- publicystyka: Co staruchy zawdzięczają demoludom?

publicystyka:

artykuły

Co staruchy zawdzięczają demoludom?

Za wnikliwą betę tego artykułu gorąco dziękuję Śniącej!

 

PRL i fantastyka. Zdawałoby się, że nie ma odleglejszych od siebie pojęć. Tu – brak papieru toaletowego i sznurka do snopowiązałek, tam – postęp techniczny i świetlana przyszłość. Ale być może to właśnie je łączyło? Z zetknięcia z przaśną rzeczywistością rodziły się marzenia o czymś wielkim, o kroku w lepszą przyszłość? Tu właśnie pomagała fantastyka. A ta docierała do nas zewsząd. Z Zachodu, z „demoludów”, od rodzimych autorów…

 

Ale zaraz! Ciągle zapominam, że „Nową Fantastykę” czytają głównie młodzi ludzie. I im słowo „demoludy” nie mówi nic. Cóż  więc kryje się za tym zapomnianym słowem?

Ogólnie rzecz biorąc, były to państwa pozostające w orbicie politycznych wpływów ZSRR po opadnięciu żelaznej kurtyny. Zaliczano do nich: NRD, Czechosłowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Polskę i oczywiście sam Związek Radziecki. Ale co to ma wspólnego z literaturą? Z samymi książkami – zgoła nic. Za to z dostępnością do nich bardzo wiele. Wszelkie towary zachodnie, w tym licencje na wydawanie książek, były wówczas kosmicznie drogie.  Ponieważ jednak natura nie znosi próżni, artykuły zza „żelaznej kurtyny” zastępowane były ich miejscowymi zamiennikami. O dziwo, dotyczyło to również książek.

 

„Czwartym członkiem naszej załogi, nie licząc kuchennego robota, który wiecznie się psuje, oraz automatów terenowych, jest Alicja”

 

I tu dochodzimy do tytułowych „demoludów”. Bo skoro nie można było czytać Tolkiena czy Clarke’a, „demoludy” wypromowały własnych autorów. Czasem (choć wyjątkowo rzadko) nawet lepszych niż ci, których mieli zastępować.

By nie być gołosłownym – takim pisarzem, lepszym niż „zgnili kapitaliści”, był dla mnie Kir Bułyczow. Jego „dorosła” twórczość ze wszech miar godna jest polecenia, ale ponieważ skupiam się na literaturze dla młodszych czytelników, to dziś wymienię cykl o przygodach Alicji Sielezniewej. Alicja, córka profesora kosmobiologii, to bohaterka ponad pięćdziesięciu książek i opowiadań, których akcja osadzona jest w latach 2083-2092. Z Alicją po raz pierwszy spotkałem się w zbiorze „Ludzie jak ludzie” („Iskry”, 1976), w  którym pojawiają się opowiadania zaliczane do głównych nurtów twórczości Bułyczowa: wykpiwający radziecką rzeczywistość cykl o Wielkim Guslarze, spaceoperowe opowiadania o doktorze Pawłyszu, i właśnie opowiadania o Alicji (przez tłumaczkę zwanej jeszcze wtedy Alisą). Trzydzieści stron, cztery opowiadania, a właściwie – mikroopowiadania. Ale to są prawdziwe perełki dobrych pomysłów i humoru wspaniałej, oldskulowej SF. Od sposobu na obłaskawienie sklonowanego brontozaura, przez przypadkowe odnalezienie pozostałości po upadłej marsjańskiej cywilizacji, niesamowite nawiązanie „kontaktu” z szuszą, przedstawicielem rozumnej rasy, aż do dziwnych efektów nieudanej teleportacji, które zauważyć może tylko Alicja.

 

 

 

Po raz drugi spotkałem się z dziewczynką, której przygody szukały same, w powieści „Podróże Alicji” (Nasza Księgarnia, 1978). Piszę powieści, choć to raczej hybryda kilku opowiadań i jednej dłuższej historii. Książka zaczyna się właśnie takimi miniopowiadaniami: o poszukiwaniu zamiennika dla półtorakilogramowego samorodka złota, zgubionego przez Alicję podczas połowów szczupaka-olbrzyma, o licznych pasażerach na gapę, zdążających statkiem Alicji i jej ojca na Księżyc. Są jeszcze pseudoekologiczne przygody z olbrzymimi kijankami, przekształcającymi się w… niespodzianki, spotkanie z przerażającymi śpiewokrzewami, które okażą się całkiem łagodne oraz tajemnica „pustej planety”, czasem tętniącej życiem, a czasem zdającej się wymarłą. Cała historia osnuta jest wszak wokół wyprawy moskiewskiego zoo po nowe, obcoplanetarne okazy fauny. Wyprawą kieruje oczywiście profesor Sielezniew, a w jej skład wchodzą jeszcze doświadczony kosmonauta-bohater Połoskow i wiecznie zrzędzący mechanik Zielony. Wyprawa z czasem przekształca się w ekspedycję ratunkową, której celem jest uratowanie pochodzącego z innej galaktyki odkrycia, ważnego dla całej Drogi Mlecznej, oraz uratowania Drugiego Kapitana. O kim mowa? O jednym z trzech największych bohaterów znanego Kosmosu. Z losami zaginionego Drugiego wiążą się oczywiście losy Pierwszego i Trzeciego Kapitana. Zagrażają im złowrodzy kosmiczni piraci, którzy nie cofną się przed niczym, nawet przed kradzieżą tożsamości. Przy okazji poznamy kustosza Muzeum Trzech Kapitanów (tak tak, ci wielcy bohaterowie zasłużyli już na swoje muzeum), doktora Wierchowcewa, archeologa Gromozekę z planety Czumaroz, budzącego grozę swym wyglądem, robota-koordynatora ze świata popsutych maszyn oraz oczywiście całe dziwne bractwo, odwiedzające jarmark w Palaputrze na planecie Błuk, na którym bywają wszyscy amatorzy osobliwości z ósmego sektora Galaktyki.

 

 

Cała powieść to przystosowana dla (bardzo) młodego czytelnika mieszanka rzeczy nowych: podróże w Kosmos, obce formy życia, futurystyczne wynalazki, ze starymi, jakby żywcem wyjętymi z rosyjskich bajek: czapka-niewidka, gadający ptak, Alicja w roli prostaczka Wani. I czyta się „Alicję” naprawdę dobrze, mimo, że tu i ówdzie trąci myszką. Polecam!

 

„Obcy statek miał kształt litery V. Nie znał tego rodzaju statków stworzonych ludzką dłonią”

 

Co jeszcze miały nam do zaoferowania „demoludy”? Na przykład – „Łowców asteroidów” Carlosa Rascha (Iskry, 1968). „Asteroidenjäger” – jak to pięknie brzmi w oryginale ;).

 

 

„Łowcy asteroidów” to po części socjalistyczny produkcyjniak. Ziemia kieruje swych najlepszych ludzi do obrony przed kosmicznym zagrożeniem. Wysyła floty statków, tytułowych łowców, pomiędzy orbity Marsa i Jowisza, by czyścić je z kosmicznych śmieci, skalnych okruchów zagrażających komunikacji wewnątrzukładowej. Ciekawie robi się właściwie dopiero pod koniec książki – oto jeden ze statków natrafia na obiekt o niespotykanym kształcie. Czy może to być pojazd Obcych? W miotaniu się pomiędzy chęcią porozumienia a zniszczenia przybysza widać wyraźnie podskórne echa „zimnej wojny”. Kiedy w końcu przybysz okazuje się uszkodzoną ziemską rakietą, emocje nie opadają. Otóż załoga zniszczonego statku, zajęta próbą nawiązania łączności z obcą cywilizacją z Epsilona Eridani (a jednak!), zbagatelizowała niebezpieczeństwo i zginęła w zderzeniu z meteorem, nieomal zaprzepaszczając możliwość kontaktu. I lektura tych ostatnich stron, mimo że fabuła zostaje dość gwałtownie ucięta, sprawia do dziś sporą satysfakcję czytelniczą.

 

„Gwiazdolot opuścił się nisko, tuż nad głowami idących w pochodzie mężczyzn, kobiet i dzieci”

 

A jak mógł wyglądać kontakt z zaawansowaną cywilizacją, opisuje Petyr Stypow w „Gościach z planety Mion” (Śląsk, 1970). Od razu powiem, że to książka niedobra. Pełna nachalnej propagandy, dziur logicznych i błędów rzeczowych. Fabuła rozpoczyna się porwaniem inżyniera Skribina i jego córki przez złowrogich gangsterów. Skribin pracuje nad zbudowaniem „Perłowej Gwiazdy”, kosmicznego miasteczka dla miłującego pokój i prawdę Związku Socjalistycznych Republik (już nie „Radzieckich”, bo zdaje się całą Europą zawładnął komunizm). Złowrodzy gangsterzy to oczywiście przedstawiciele kapitalistycznej Ameryki, zazdroszczący Skribinowi osiągnięć i chcący, by ten pracował dla nich na Księżycu. Podczas podróży na naszego satelitę rakieta, którą podróżują porywacze i porwani, zostaje przejęta przez statek obcej cywilizacji, pochodzącej z planety Mion. Okazuje się, że Miończycy byli już wcześniej na Ziemi i są odpowiedzialni za zniszczenie Sodomy i Gomory oraz exodus Żydów z Egiptu. Z Miończykami przylatuje także Ziemianin Asur, były niewolnik, uratowany od śmierci tysiące lat temu, który dzięki Obcym miał okazję poznać samą planetę Mion, jej mieszkańców i ich osiągnięcia. Wskutek machinacji złych kapitalistów ginie dwóch przedstawicieli obcej cywilizacji, a reszta, czując się zagrożona, postanawia wracać na ojczystą planetę, nie kontaktując się ponownie z Ziemianami. Miończycy zostawiają jednak Skribinowi urządzenie do komunikacji ze swą ojczystą planetą, a także Asura, tęskniącego za Ziemią.

 

 

Powtórzę – to książka niedobra. Czemu więc o niej wspominam? Spójrzcie proszę na rok wydania. Däniken swą pierwszą książkę wydał ledwie dwa lata wcześniej. Toteż powiązanie obcej cywilizacji z opowieściami biblijnymi było dla młodego czytelnika czymś wówczas bardzo świeżym, odkrywczym. A i wątek pochodzenia Ziemian od Marsjan (ten motyw pojawia się już pod koniec powieści) wart jest odnotowania.

 

„Tam gdzie była kulka, zajaśniał w ciemności płonący punkt. Powiększał się. Stał się przezroczysty. Unosił się w górę. Szybował w powietrzu”

 

A na koniec zostawiłem sobie pozycję, którą bardzo lubię. „Odyseusza i gwiazdy” (Nasza Księgarnia, 1981) czeskiego pisarza i scenarzysty Oty Hofmana. To akurat pozycja wyjątkowo strawna. Akcja tej powieści toczy się w latach siedemdziesiątych, z klamrą dziejącą się w roku 2003, czyli dla bohaterów opowieści – w odległej przyszłości.

O czym traktuje „Odyseusz i gwiazdy”? Jest rok 1975. Misza Kraus wchodzi w posiadanie tajemniczego kamienia. na Jego ojciec natrafił na ten fragment skały w kamieniołomie, w którym pracuje. Za pomocą kamienia można zatrzymywać silniki samochodów. A kiedy Misza wraz z przyjaciółmi, eksperymentując z nadajnikiem radiowym, przypadkowo uaktywniają kamień, okazuje się, że jest to sonda obcej cywilizacji. Szukając kontaktu z wyższymi formami życia, jedyne, na co sonda natrafia to nocne motyle i kot Odyseusz. Po krótkiej aktywności, sonda milknie, cichnie, zamienia się w zwykłą stalową kulkę.

 

 

Dwadzieścia osiem lat później dorosły już Misza relacjonuje całe zdarzenie swemu synowi. Kiedy światową sensacją staje się lądowanie statku Obcych, przywożącego ze sobą kopie nocnych motyli i Odyseusza, opuszcza syna. Nagle sonda z roku 1975 aktywuje się, i chłopiec już wie, jak się zachować, jak porozumieć się z Obcymi…

Siłą tego tekstu nie jest wyszukana fabuła czy olśniewające pomysły. Jego mocno stroną jest trafne opisanie małomiasteczkowej rzeczywistości lat siedemdziesiątych, trochę przaśnej, trochę śmiesznej, a trochę wzruszającej. Warstwa obyczajowa zawsze zresztą Czechosłowakom świetnie wychodziła, by wspomnieć tylko seriale „Spadla z oblakov” („Majka z kosmosu”) czy „Návštěvníci” („Goście”).

Nieprzypadkowo wspominam o filmach, bo książka „Odyseusz i gwiazdy” to zbeletryzowana wersja scenariusza do identycznie zatytułowanego obrazu, nakręconego w roku 1976. Autorem i scenariusza, i książki, jest wspomniany Ota Hofman.

 

Nuda, powie dzisiejszy czytelnik. Co to za wyświechtane pomysły: statki obcych cywilizacji, podróże kosmiczne, rakiety, wałkowanie po raz n-ty Obcych jako bogów naszej planety?

Zgadzam się! Tak to wygląda z perspektywy dzisiejszego czytelnika. Ale co z kontekstem? Dla każdego z czytających te słowa smartfon w kieszeni, komputer na biurku to normalność, nic, co może wzbudzić jakiekolwiek emocje. Ale czy tak było jeszcze trzydzieści lat temu? Wtedy to były (lub miały być) fajerwerki techniki, niemalże największe osiągnięcia ludzkiego umysłu. Tak też jest z książkami, o których wspomniałem. Dziś wielkiego wrażenia nie robią, ale wtedy…

Miały siłę rażenia jak współczesne powieści Dukaja czy Orbitowskiego. Zmieniały młodociane umysły, otwierały je na cuda świata, kazały zadawać pytania, nakłaniały do poszukiwań.

Chyba im się udało :).

Komentarze

Każda epoka ma swoich nowatorskich autorów, którzy zmieniają umysły ludzi na dobre i na złe. 

Obecnie wydaje mi się, iż jest ich zbyt wielu, gdyż czytelnik nie jest w stanie zastanowić się nad wartością tego, co przeczyta. Co sekundę narzuca mu się coś nowego, a to nie jest zbyt zdrowe.

Dzięki za przypomnienie starszych tytułów. Pamiętam niektóre z nich z biblioteczki moich rodziców.

A wydawnictwa “Iskry”, czy “Koliber” wspominam z łezką w oku. 

Do dziś wolę starsze wydania z dawnych lat od nowszych bestsellerów...

 

 

@Agunia – dzięki za lekturę :)

A jakie były Twoje lektury młodości? Które zmieniły Twój sposób postrzegania, jak te wymienione wyżej – zmieniły mój?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Nowa Fantastyka