- Opowiadanie: Sethrael - Wojna Puci

Wojna Puci

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Wojna Puci

 

PROLOG

 

Ewa łamała wysuszone badyle. Przychodziło jej to z trudem, była zmęczona, niewyspana i głodna. Organizm domagał się odpoczynku i spokoju, zwłaszcza że nosiła w sobie nowe życie. Brzuch, choć jeszcze niewielki, powoli zaczynał odznaczać się na tle wychudzonego ciała. Trzask oznajmił, że kolejny patyk uległ uporowi kobiety. Ewa wrzuciła połamane fragmenty do ogniska. Nie zwracała uwagi na pokaleczone palce i kolana. Wizja ciepłego posiłku i strach przed utratą ognia sprawiły, że granice wytrzymałości przesunęły się daleko poza horyzont. Podniosła się powoli i rozejrzała. W końcu! Na tle wypłowiałego morza traw, z którego wynurzały się gdzieniegdzie wysepki krzaków i pojedyncze drzewa, dojrzała zbliżającą się postać. Przyłożyła dłoń do czoła, zmrużyła powieki i znieruchomiała. Słabnący z wiekiem wzrok zatajał przed nią szczegółowe informacje, którymi kiedyś tak chętnie się dzielił. Dostrzegła jednak to, co chciała. Ślina wypełniła jej usta, a nagły przypływ energii pognał kobietę do przerwanego zajęcia. Pochłonięta pracą nie zauważyła nawet, kiedy Adam przebył dzielący ich dystans. Mężczyzna zrzucił z barków młodą gazelę i przysunął się do Ewy. Zaskoczona, odwróciła się gwałtownie i ujrzała go całego umazanego krwią zabitego zwierzęcia. Widać było, że nie wytrzymał i zaraz po upolowaniu jadł ciepłe, surowe mięso. Teraz, kiedy w końcu zaspokoił największy głód, gdy udane łowy dodały mu sił, obudził się też w nim inny instynkt. Ewa znała to spojrzenie, ten wyraz twarzy, która teraz, lepka od zastygającej czerwieni, wydawała się obca. Nie sprzeciwiała się. Nic by to nie dało. Adam był znacznie silniejszy i stawał się agresywny, gdy nie dostawał tego, czego pragnął, a co miał w zasięgu ręki. Nie mogła zrobić nic, by mu przeszkodzić. Niema bierność pozwalała przyjąć los bez dodatkowej porcji siniaków. Całe szczęście, jak zwykle mężczyzna skończył równie szybko i gwałtownie jak zaczął, po czym położył się dysząc ciężko. Odrzucona wcześniej tuż obok na ziemię sztywniejąca gazela, spoglądająca na miłosną scenę swoim martwym, wyłupiastym okiem, kusiła Ewę, podobnie jak wcześniej skusiła Adama. Kobieta postanowiła choć trochę przypiec mięso, aby uniknąć mdłości, jakie towarzyszyły jej, ilekroć jadła surowe. Chwyciła kamienny kozik, sprawnie zerwała skórę, po czym wycięła dwa fragmenty z uda zwierzęcia i wrzuciła je na płaskie kamienie umieszczone w ognisku. Gdy mięso zaczęło się przypalać wydobyła je z płomieni za pomocą patyków. Zgodnie ze zwyczajem Adam natychmiast wyrwał jej z ręki jeden kawałek i zaczął ogryzać go spokojnie, przyglądając się jedzącej łapczywie kobiecie. Ewa jak przez mgłę pamiętała dawne czasy, kiedy przechadzała się nago po przepięknym ogrodzie, a towarzyszący jej Adam był inny – bardziej spokojny, czuły i miękki, a nawet nieco… nudny? Z początku wyrzucała sobie, że to przez jej ciekawość los się odmienił, że musieli opuścić miejsce, w którym wszystko było na wyciągnięcie ręki, gdzie nagość nie budziła instynktu, a powietrze było lepkie od nadmiaru dobroci. Winiła siebie, odganiając natrętną myśl, że to przez nią mężczyzna staje się agresywną maszyną do zdobywania pożywienia, a brutalność zaczyna sprawiać mu rozkosz. Wyrzuty w końcu ustały zagłuszone instynktem przetrwania, walką o codzienny byt i unikaniem bólu. W tych nielicznych momentach, kiedy była najedzona i wyspana, a gapiący się w niebo Adam pochłonięty był własnymi myślami, zastanawiała się, czy znów zerwałaby owoc, by poznać jak smakuje życie. Na to pytanie nie znajdowała odpowiedzi.

 

I

 

Nigdy się do tego nie przyzwyczaję. Nie zaakceptuję, ani nie zrozumiem. Jak można tak jeździć? Obserwowałam kolejnego króla szos w rdzewiejącym gruchocie, który wyprzedzał pod górkę, na podwójnej ciągłej, bo przecież tir za wolno jedzie. Nie mógł idiota poczekać na kawałek prostej z widocznością. Gdzie się tacy debile rodzą?

– Wszędzie, cholera, wszędzie… i to w zastraszającym tempie – odpowiedziałam sama sobie pod nosem. Nie pierwszy raz mówiłam do siebie. Wielokrotnie w myślach przeklinałam tych zidiociałych kierowców osobówek, zadawałam retoryczne pytania na ich temat, a następnie odpowiadałam. Często już na głos. To pomagało zrelaksować się na chwilę. Na chwilę. Oczywiście nie minęła minuta, a już kolejny samobójca wyprzedzał na trzeciego, by ostatecznie dotrzeć do najbliższego miasta dwie minuty przede mną. I oni ośmielają się twierdzić, że są lepszymi kierowcami, Jezu… Nie potrafi jeden matoł z drugim jechać szybko, a jednocześnie bezpiecznie małym, zwinnym autem. Za to w opowieściach przed kumplami przy piwku, to pewnie opowiada taki trep, że Martyna w porównaniu z nim nic nie wie o samochodach. Oj, chłopcy rajdowcy domorośli, durne patałachy wciskające gaz do dechy, żeby zapomnieć choć na chwilę o mizernych ptaszkach, ot co.

Analizując własne umiejętności w dziedzinie prowadzenia pojazdów mechanicznych przejechałam spory odcinek trasy, po czym zatrzymałam się na parkingu przy zajeździe i odetchnęłam. Czułam potrzebę rozprostowania nóg już od dłuższego czasu, zdjęłam zatem moje ulubione drewniaki dając przepoconym, wilgotnym stopom chwilkę odpoczynku. Gdy te już wyschły, a moje zmysły przywykły do woni na tyle, by ją ignorować, włożyłam wygodne, sportowe buty i udałam się w stronę zajazdu.

W lokalu panował półmrok i było duszno. Mdły zapach przetrawionego alkoholu mieszał się z kłębami papierosowego dymu tworząc nieapetyczną zawiesinę. Zamówiłam piwo oraz schabowego z frytkami i surówką. Przyjrzałam się lokalowi. Był taki jak inne przydrożne bary – odpychający. Mimo to marzyłam o znalezieniu się tu już od kilku godzin. Większość klienteli stanowili mężczyźni – oczywiście koledzy po fachu. Hm… koledzy, to może za dużo powiedziane. Nie zdołałam nigdy – pewnie dlatego, że nawet nie spróbowałam – przebić się przez mur zdziwienia i niechęci, który powstawał, gdy dowiadywali się, że wykonujemy ten sam zawód. Traktowali mnie jak diablicę plugawiącą ten niby-męski światek pseudotwardzieli samą swoją obecnością. Z niemą satysfakcją obserwowałam przychodzącą po zdziwieniu złość na wieść, że jestem jedną z nich. Przecież skoro kobieta może prowadzić tira oznacza to, że nie jest to zawód dla starannie wyselekcjonowanych przez naturę prawdziwych mężczyzn, którym strach i higiena osobista to pojęcia obce. W wyniku – oceniając po mimice – wyczerpującego procesu myślowego, dochodzili do wniosku, że nie przynależą już do ostatniej twierdzy twardzieli, atakowanej bezustannie przez armie metroseksualnych dziwolągów i wpieprzających się we wszystko wrednych bab, że ta twierdza upadła… wraz z moim pojawieniem się. Widok kobiety w szeregach tirowców postrzegali jako namacalny dowód na to, że ich zawód stracił prestiż. Zdaniem większości spotykanych w zajazdach jak ten, mężczyzn, kobieta w kabinie nadaje się tylko do jednej rzeczy. Ewentualnie do dwóch – jeśli trafi się na troglodytę z wyobraźnią. Z całą pewnością jednak nie do prowadzenia.

Siedziałam wpatrzona w dno pustej szklanki po piwie żując leniwie ostatni kęs kotleta, kiedy usłyszałam, tuż nad głową, aksamitny baryton formułujący sentencję o jakże niebanalnej treści:

– Dzień dobry. Nie miałaby pani nic przeciwko temu, abym się przysiadł?

– A co, wszystkie miejsca zajęte? – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od dna.

– Proszę sobie wyobrazić, że tak. Zatem?

– Zatem proszę rozejrzeć się jeszcze raz, bo jakoś ciężko mi w to uwierzyć – powiedziałam oschle, unosząc jednocześnie głowę. Wtedy, na tle niezbyt zapełnionego lokalu, zobaczyłam mojego rozmówcę. Tak, udało nam się wmówić mężczyznom, że większość z nas nie zwraca uwagi na wygląd, bo przecież dla kobiety liczy się wnętrze i osobowość. Mało tego, nawet niektóre z nas święcie w to wierzą, mamiąc ego próżną wizją własnej wrażliwości, ukierunkowanej jedynie na uzewnętrzniających się intelektualistów. Nie jestem aż taką hipokrytką, żeby nie przyznać, że ładnie zapakowany myśliciel jest lepszy od tego w szarym pudełku. Często zaś samo opakowanie może trafić w gusta tak, że jego zawartość staje się, przynajmniej na jakiś czas, zupełnie nieistotna. Przede mną stało opakowanie idealne. – Może powinien pan sobie sprawić okulary – dodałam już znacznie łagodniej. – O tam na przykład – wskazałam palcem puste miejsce w przeciwległym brzegu sali – widzę wolne siedzisko.

– Przykro mi, lubię tylko szybkie siedziska – odparło, siląc się na dowcip, idealne pudełko. – Ponieważ może panią niepokoić jakiś nieznajomy facet, stojący jak idiota przy stoliku, przedstawię się. Nazywam się Dawid Zaszczuta – prawie szeptem rzekło opakowanie, które wraz z podaniem imienia nabrało cech ludzkich i wbrew zasadom savoir-vivre pierwsze wyciągnęło do mnie dłoń.

– Kazimiera – odparłam odwzajemniając uścisk. – To co, teraz, skoro już się znamy, może pan spokojnie usiąść gdzieś indziej? – spytałam, licząc już jednak na kolejną wykrętną odpowiedź.

– Widzi pani, pani Kaziu…

– Pani Kazimiero – przerwałam stanowczo. Nienawidziłam zdrobnienia własnego imienia. W ogóle nie trawiłam zdrobnień. Bułeczka, kartofelki, masełeczko… chujeczko.

– Proszę wybaczyć, pani Kazimiero – poprawił się Zaszczuta. – Gdybym pani nie znał, oddaliłbym się natychmiast, nie wypada przecież przysiadać się ot tak do kobiet, to nie w moim stylu. Byłoby jednak nietaktem nie porozmawiać ze znajomą, którą spotkałem przypadkiem w lokalu, nieprawdaż?– spytał odsłaniając klawiaturę śnieżnobiałych zębów w pięknym uśmiechu.

– Może i prawdaż – odparłam, walcząc z cisnącym się na twarz grymasem budzącej się wesołości. Bezczelny dupek.

– Mogłaby mi pani powiedzieć, cóż porabia w tak nietypowym dla kobiet lokalu? – spytał Zaszczuta, siadając naprzeciw mnie.

– Zaskoczę pana – westchnęłam. – Proszę sobie wyobrazić, że jadłam posiłek i piłam piwo. Dziwne zachowanie w zajazdowej jadłodajni.

– Rzeczywiście, zaskakujące. To teraz ja może panią zaskoczę niespodziewaną propozycją – może przejdziemy na „ty”? Przypominam, że nazywam się Dawid.

– Nigdy bym się nie spodziewała.

– Czyli udało mi się, plus dla mnie – powiedział triumfalnie Dawid pstrykając jednocześnie palcami.

– I minus za zbytnią pewność siebie – mruknęłam, choć musiałam przyznać, że ta pewność drażniła mnie w równym stopniu, co się podobała.

– Zatem wychodzę na zero. Zacznę inaczej. Co taka piękna kobieta jak ty robi tutaj, sama? – ostatnie słowo wypowiedział dobitnie wolno. – Poza konsumowaniem oczywiście, bo pusty talerz i kufel zdają się coś sugerować…

– Jestem w pracy – powiedziałam, złoszcząc się na siebie, że najbardziej kretyński, wyświechtany tekst o pięknej kobiecie, którą rzekomo jestem, zawsze musi stopić trochę lodu.

– W pracy?

– Ano. Nigdy nie słyszałeś o pracy? To takie coś, co ludzie wykonują, żeby mieć pieniądze.

– Muszę to sobie zapisać – odparł Dawid. – A cóż to za praca?

– A taka, zwyczajna.

– Hm?

– Jestem tirownicą – powiedziałam, zdając sobie sprawę, że ta odpowiedź może wywołać serię kolejnych pytań. Ale co tam. Rozmowa zaczynała sprawiać mi przyjemność – to po pierwsze. Po drugie, stosowanie właściwego nazewnictwa, niewypaczonego przez trwający wiekami patriarchalny system społeczny, powinno być obowiązkiem każdej świadomej kobiety, aby w końcu stało się normą.

– Tirownicą? – Dawid został wyraźnie wytrącony z rytmu.

– Tak, jeśli nie rozumiesz zdefiniuję inaczej. Jestem kierowczynią tira.

– Kierowczynią tira… – powtórzył.

– A ty co? Za echo zacząłeś robić?

– A zatem feministka – stwierdził po dłuższym zastanowieniu.

– No, no – zaśmiałam się. – Widzę, że nawet na takim zadupiu można spotkać prawdziwego Sherlocka Holmesa. Nie przejmuj się – dodałam widząc, że mój rozmówca stracił sporo z niedawno manifestowanej pewności siebie. – Mimo wszystko uważam, że Kopernik był mężczyzną.

 

II

 

Patrzyłam w lustro krytycznie, licząc na to, że zobaczę coś więcej niż poprzednio. Pozytywną, najdrobniejszą zmianę – jaśniejsze spojrzenie, choćby minimalnie, w cudowny sposób zredukowaną zmarszczkę, gładszą cerę, cokolwiek. Przechylałam głowę to w jedną, to w drugą stronę, szczerzyłam zęby przesuwając po nich od czasu do czasu językiem, przeczesywałam włosy w poszukiwaniu tych siwych, prychałam ze złością zauważywszy gdzieniegdzie rozdwojone końcówki. Napinałam palcami skórę policzków patrząc jak sprężynuje puszczona. Życie w kabinie odbijało się negatywnie na wyglądzie. Nie żeby było jakoś tragicznie – co to, to nie. Jednak młodsza się nie robiłam i dotarło do mnie, że najwyższy czas, by w końcu zacząć dbać o siebie. Refleksje dotyczące konieczności poprawy własnej strony wizualnej zostały zainicjowane zbliżającą się randką. Pierwszą od dawna, na której mi zależało. Naturalnie spotykałam się czasami z różnymi facetami, w końcu nie byłam z kamienia. Takie kontakty zwykły przybierać jednak charakter czysto fizyczny – zaliczałam, zapominałam i już. Wszystko było jasne i przejrzyste od początku do końca. Kiedy jednak zadzwonił Dawid, zaczęłam się stresować na myśl o spotkaniu, zupełnie jakbym była podlotkiem. Jak głupia gówniara! Chyba mi odbiło. Wytrzeszczyłam oczy, aby lepiej zobaczyć siatkę czerwonych niteczek – efektu niedospania. Dbaj o siebie dziewczyno. Odchyliłam głowę lustrując skórę szyi. Przecież to tyko kolejny chłop. Przyjrzałam się brwiom, podejmując decyzję o zrobieniu henny w najbliższym czasie. Oby tylko nie wyszła gehenna.

– Nic to. Czas na piknik – zamruczałam pod nosem, otwierając kosmetyczkę.

Po godzinie obserwowałam z zadowoleniem efekty własnej pracy. Lustro spoglądało na zadbaną kobietę nieco przyjaźniej – norma. Wydłużone tuszem rzęsy wyglądały zalotnie, przypominając trochę promyki. Powieki, przyciemnione w stylu smoky eye, dodawały spojrzeniu wyrazistości. Całe szczęście rozświetlacz idealnie zamaskował wory pod oczami – pozostałości po długiej trasie. Z zadowoleniem stwierdziłam, że odcień nowego fluidu dobrze pasuje do mojej cery – kobietka w sklepie znała się widać na rzeczy. Sprawdziłam jeszcze raz, czy równomiernie rozprowadziłam całość po twarzy i szyi, bo efekt maski, tak często widywany u kobiet nieumiejętnie stosujących podkład, bawił mnie niezmiennie od lat, a nie chciałam się wygłupić. Było idealnie.

– No, Kazimiero – powiedziałam spoglądając na własne odbicie. – Niezła z ciebie laska.

Kilkadziesiąt minut później, po podjęciu ostatecznej decyzji polegającej na wyborze odpowiedniego, czyli pasującego do makijażu oraz charakteru spotkania, stroju szłam do Diabelskiego Pubu. Nie spieszyłam się zbytnio. Wolałam, żeby to Dawid na mnie poczekał. Piętnaście minut spóźnienia nie zaszkodzi, zwłaszcza że na temat jego punktualności nie wiedziałam nic. W ogóle mało o nim wiedziałam. Dawid – przystojny przedsiębiorca, handlowiec. W miarę dowcipny. Uparty. I tyle. Jakie ma poglądy? Co lubi? Czy czegoś nienawidzi? Czego się boi? Potrafi być romantyczny? Umie kłamać? Czy uderzyłby kobietę? Mnie? Spróbowałby… Ech. Zatrzymaj się! Znów to samo. Za dużo niepotrzebnej agresji, Kazimiero. Besztasz w myślach faceta, który zrobił przecież na tobie dobre wrażenie, ponownie wchodzisz w schematy. Tradycyjnie negatywne. Daj mu szansę, kobieto.

Weszłam do znajdującej się w piwnicy knajpy. Powietrze przesycone było zapachem palącej się parafiny. W każdym możliwym zagłębieniu, na wszystkich ceglanych półkach i w małych niszach płonęły świece. To one były głównym źródłem światła w lokalu. W zestawieniu ze starymi, kruszącymi się gdzieniegdzie cegłami, z których wykonane były ściany Diabelskiego Pubu, tworzyły dość tajemniczą atmosferę, przyciągając masę nawiedzonych, ubranych na czarno młodych ludzi.

Dawid siedział przy małym dwuosobowym stoliku, ze wzrokiem utkwionym w płomień. Prawą ręką podpierał głowę, zaś wskazującym palcem lewej dłoni ugniatał rozgrzaną parafinę, deformując miękką świecę. Ogień oświetlający jego twarz od dołu, nadawał jej demonicznego wyrazu, uwydatniając kości policzkowe i zamieniając oczodoły w ciemne plamy. Dawid był przystojny. Cholera, był zajebiście przystojny. Na tyle, że nieco mnie onieśmielał, a to już był wyczyn. Wyczyn? Też mi wyczyn – urodzić się ładnym. Za mną też się przecież faceci oglądali, choć oni mają to do siebie, że oglądają się prawie za wszystkim, co nie ma penisa. Nieważne. Czas chwycić byka za rogi, czy co on tam ma innego…

Po trzech godzinach i czterech piwach na głowę zdałam sobie sprawę, że nigdy z żadnym facetem nie rozmawiało mi się lepiej niż z Dawidem. Zatopiliśmy się w opowiadaniu o sobie, pytaniach, żartach, wzajemnych docinkach i idiotycznych toastach. Świat wirował, wszyscy wokół pili i nawet towarzystwo dwóch siedzących obok panów, którzy byli dumnymi posiadaczami żołnierskich fryzur i grubych łańcuchów na prawie nieistniejących szyjach, nie przeszkadzało mi wcale. Śmiałam się z Dawida, a on ze mnie. Razem, niczym beztroskie żaby przy ruchliwej szosie, rechotaliśmy z poważnych min nawalonych chłopców-metalowców i guciowatych spojrzeń pobliskich, prawie nieprzytomnych sąsiadów i ich wyjętych prosto z wędzarni blond-towarzyszek.

Dawid wracał akurat do stolika niosąc kolejna porcję piwa, kiedy jeden z siedzących obok nas macho, podpierając się o stół, spróbował wstać. Alkohol połączony z grawitacją potrafi dać zaskakujące efekty, więc mimo nadmiaru mięśni Bolek – bo tak go z Dawidem nazwaliśmy – nie opanował własnego cielska. Zatoczył się i wpadł na mnie, a właściwie oparł się o moje krzesło tyłkiem, tylko dzięki temu zachowując równowagę. Normalnie już byłabym wściekła, że jakiś pijany burak z nadmiarem testosteronu się na mnie nawala, nawet jeśli czyni to przypadkiem. Dziś jednak nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Tak myślałam.

Bolek, chwilę po tym jak na mnie wpadł, odwrócił się powoli i chwiejnie, popatrzył na mój dekolt i przemówił. Po facecie z jego wyglądem spodziewałam się raczej tekstu w stylu: „Sorry, dziunia, tak mnie jakoś wyszło”. Zamiast tego usłyszałam coś zgoła innego.

– Patrz, kurwa, gdzie siadasz, głupia pizdo – warknął Bolek, z trudem łapiąc równowagę.

– Że co? – wysyczałam podnosząc się z krzesła. Wściekłość wypełniła mnie w ułamku sekundy, od pięt po czubek głowy.

– Spokojnie, Kazimiero, szkoda nerwów. – Poczułam na ramieniu dłoń Dawida.

– Właśnie, Kaziu – zarechotał Bolek. – Słuchaj tego twojego lalu… – nie zdołał dokończyć zdania. Nauczyłam się, będąc jeszcze nastolatką, że kopniak między nogi nawet największego twardziela przemienia w bezbronne pisklę. Rzeczywiście, Bolek zgiął się i jakby zmalał, gdy tylko czubek mojego buta trafił w jego krocze. Pusta butelka po piwie, która chwilę później znalazła się w mojej dłoni, wydała z siebie głuchy dźwięk przy zderzeniu z potylicą prawdziwego mężczyzny. Cholera, nie tak łatwo rozwalić butelkę o czyjś łeb. Może tak jest, kiedy łomocze się w pusty. Nic to, należało próbować. Przy trzecim uderzeniu, kiedy Bolek już prawie dotykał czołem podłogi, a twarz jego żądnego interwencji kolegi przeżywała właśnie spotkanie z butem Dawida, szkło nie wytrzymało i na podłodze wylądowały dziesiątki zielonych okruchów.

Ochroniarze pracujący w knajpie nie byli w stanie zrozumieć, że to my tak naprawdę jesteśmy ofiarami, że nas obrażono, zaczepiono, że na nas wpadnięto i wyzwano. Widok dwóch pobitych osiłków, nad którymi skakały – piszcząc przy tym straszliwie – skrzywdzone przez solaria damy z twarzami ciężkimi od nadmiaru kosmetyków, był bardziej przekonujący niż nasze wyjaśnienia. Zostaliśmy wyrzuceni i poinformowani, że więcej nie mamy się tu po co pokazywać. I powinniśmy się cieszyć, że nie wzywają policji. Kiedy drzwi zamknęły się, tłumiąc dochodzący z knajpy gwar, zostaliśmy sami na środku chodnika. Było cicho. Ciepła mżawka skrzyła się w żółtym świetle latarni, a niezadymione nocne powietrze przywracało siły i dawało złudne wrażenie trzeźwienia. Spojrzałam na Dawida, on na mnie i wybuchnęliśmy śmiechem. Chwilę później szliśmy trzymając się za ręce. Beztroscy jak dzieci. Do mnie? Do niego? Bez różnicy.

 

III

 

– Zakochałaś się. W końcu! Na dobre ci to wyjdzie. A teraz gadaj dalej, wszystko, ze szczegółami – powiedział Piotr wiercąc się w głębokim fotelu.

– A co tu gadać – odparłam i łyknęłam wina. – Jest tak jak u innych. Chyba. Przynajmniej rodzina się ucieszy, oczywiście jeśli w końcu im powiem. Chłop na stałe to jeszcze nie wymarzony przez nich ślub i niewolnictwo do końca życia, ale zawsze iskra nadziei dla rodziców. Matka pewnie będzie na tacę więcej dawała, żebym zaszła w ciążę i się hajtała. Byłoby po bożemu. No i ich znajomi przestaliby w końcu gadać, że jestem lesbijką.

– Starych drzew się nie nagina, moja droga. Wiesz o tym, że nigdy się nie zmienią, przegadaliśmy to kilka razy i wystarczy może, co? – Piotr wlał w siebie resztkę wina jaka została w kieliszku, po czym napełnił go ponownie czerwonym, wytrawnym trunkiem i odstawił pustą butelkę. – Gadaj mi lepiej o tym Dawidzie. Jestem ciekaw faceta, który zdołał wywrzeć na tobie silne wrażenie.

– Ty wywarłeś.

– Niby tak, ale miałem łatwiej, bo nie dość, że byłaś młoda i naiwna, to praktycznie od początku wiedziałaś kim jestem i nasza relacja mogła dzięki temu oprzeć się na zdrowych podstawach – stwierdził Piotr. Miał rację. Kiedy go poznałam, nie pamiętam nawet ile lat temu, spodobał mi się. Był przystojny, dobrze zbudowany, zadbany w taki pozornie niechlujny sposób, a przede wszystkim był męski. Sprawiał wrażenie twardziela. Rozmawiało się z nim cudownie, a on chyba wyczuł, że mi się podoba, wiec raptem, ni z gruszki ni z pietruszki, oznajmił, że jest gejem. Cóż, w tamtych czasach moje wyobrażenie o gejach było mocno uproszczone i sprowadzało się do obrazu zniewieściałego, wdzięczącego się do wszystkich, piskliwego faceta. Podzieliłam się z nim swoją opinią i przyznałam do zaskoczenia. Uśmiechnął się i spytał, czy wiem, kto to Kajacow. Oczywiście, że wiedziałam, w końcu był to najbardziej znany telewizyjny modniś w kraju. Piotr powiedział wtedy coś, co utkwiło mi w pamięci: „Widzisz, ja jestem gejem, a czyni mnie nim niezależny ode mnie pociąg seksualny do facetów. A taki Kajacow, trąbiący wszędzie, że jest homoseksualistą, jest zwyczajnym pedałem, który wygląda i zachowuje się jak żałosna mieszanka kurwiszona z imbecylem, zawsze chętna do obrabiania pały byle menelowi, a na dodatek występująca w kretyńskich wdziankach. Nigdy, przenigdy nie myl geja z pedałem.” Od tamtej pory nie myliłam, a Piotr z czasem stał się moim najlepszym kumplem. Dotąd jednak nie rozmawialiśmy o facetach, ani jego, ani moich. Uważał, że szkoda naszej energii na strzępienie języków o przelotnych romansach i pewnie miał rację, zwłaszcza że mieliśmy wiele wspólnych tematów. Szczególnie od czasu, gdy wkręciłam się, lekko popchnięta w tym kierunku przez niego, w tryby zgłębiania wiedzy na temat doktryn i idei feministycznych. Te z kolei, po jakimś czasie, podsunęły mi genialny pomysł udowodnienia sobie i światu, że kobieta, wbrew obiegowej samczej opinii, może bez problemu wykonywać tak zwany typowo męski zawód, czyli na przykład siedzieć za kierownicą tira. Z biegiem lat przekonałam się, że to co robię świat ma w głębokim poważaniu, a bycie tirownicą stawało się powoli coraz bardziej męczące, z różnych względów. Wraz z pojawieniem się Dawida zaczęłam postrzegać moje dotychczasowe życie w mniej przyjaznych, niż do tej pory, barwach, a chęć zmiany coraz silniej pulsowała pod skorupą zastygłego systemu wartości i potrzeb.

– Nie wiem, od czego zacząć – odparłam zamyślona.

– Może spróbuj od miejsca, w którym przed chwilą skończyłaś opowiadać, hm? Poznaliście się w barze, zagadał, było miło i sympatycznie na tyle, że dałaś mu twój numer, zadzwonił, spotkaliście się w knajpie i daliście komuś po mordzie. Wszystko w normie, co dalej? – Policzki Piotra pokrywały czerwone plamy – było tak ilekroć spożywał alkohol, czyli często.

– Co dalej? Poszliśmy wtedy do Dawida i kochaliśmy się. Było świetnie oraz – co najważniejsze i zarazem najbardziej dziwne – rano, kiedy obudziłam się obok niego, byłam spokojna i zrelaksowana. Nie miałam potrzeby tradycyjnego, nagłego porannego wyjścia z mieszkania. Leżałam, a Dawid mnie obejmował i było mi po prostu dobrze. Wtedy przeszła mi przez głowę dziwna myśl, że mogłabym tak budzić się każdego dnia. Uśmiechnęłam się, a on spytał o czym pomyślałam. Skłamałam, że przypomniały mi się miny tych panienek, towarzyszek Bolka. Nie mogłam przecież przyznać, że uśmiecham się z powodu pomysłu wspólnych poranków na stałe. Wyszłabym na jakąś zdesperowaną wariatkę, nie? – spytałam, nie czekając na odpowiedź. – Zaczęliśmy gadać i jakoś tak minęło nam całe niedzielne przedpołudnie, a nawet i kawałek popołudnia. Od tamtej pory widujemy się często.

– I co robicie? – Piotr w czasie mojej relacji zdołał opróżnić kolejny kieliszek.

– Nic. Gadamy, kochamy się, łazimy bez celu po mieście, robimy razem zakupy. Nic nadzwyczajnego.

– I?

–I co? I jest dobrze. Chyba o to w tym wszystkim chodzi, hm?

– Ciekawe, co na to twój feminizm. Dawid zna twoje poglądy? Akceptuje je?

– Naturalnie. Nie ma innego wyjścia, jeśli chce się ze mną spotykać. Poza tym Dawid to popiera. Co prawda, potrafi czasem rzucić jakąś zaczepną uwagę, ale chyba głównie po to, żeby sprowokować dyskusję. Zresztą lubię jak tak robi, bo nasze debaty bardzo często kończą się w łóżku. Tak czy siak ujął mnie stwierdzeniem, że całe moje zaangażowanie, uczestnictwo w konferencjach, Kongresie, czy chodzenie na Manify on odbiera jako walkę o prawa człowieka. Nasze opinie w tej tematyce różnią się jedynie w sprawie parytetów. Dawid twierdzi, że skoro ma być zagwarantowane pewne minimum dla jednej płci, to tak samo musi być dla drugiej, bo inaczej jest to dyskryminacja. Nie bierze niestety pod uwagę filarów, na jakich został zbudowany nasz system i nie chce zrozumieć tego, że w polityce kobiety mają gorszą sytuację ze względu na głębokie zacofanie w świadomości społecznej, skażonej historycznie przez odwieczną dominację mężczyzn. Że tylko my jesteśmy tu stroną zagrożoną, stąd parytety mają zagwarantować nam należne prawa, wagi których nasze zacofane mentalnie społeczeństwo nie jest jeszcze w stanie zrozumieć. Nie chcemy robić przecież krzywdy facetom.

– A pieprzysz, Kazimiero – powiedział niezbyt wyraźnie Piotr. Z miesiąca na miesiąc alkohol uderzał w niego coraz szybciej. Nadwyrężona wątroba pewnie nie dawała rady. Potrafił upić się już dwoma kieliszkami wina i to w kilkanaście minut, aby potem wlewać w siebie kolejne litry nie powodujące już żadnych zmian. Zbliżył do mnie purpurową twarz i bełkotliwy potok słów popłynął mącony od czasu do czasu nasilającą się czkawką. – Równość ma dawać jednakowe szanse obu stronom. W waszym wydaniu ochrona słabszych ma być skonstruowana tak, aby uczynić z nich w rzeczywistości stronę silniejszą. Wykorzystując ideały równości i obrony chcecie zdobyć, kurwa, dominację. Jak dla mnie tu akurat zaczynacie się zatracać i przypominać tak krytykowanych przez was facetów – Piotr mówił coraz głośniej i jednocześnie mniej wyraźnie. – Popieram feminizm. Jako gej jestem wręcz skazany na wychwalanie równouprawnienia, o które walczycie, ale w tym konkretnym przypadku zgadzam się z tym twoim Dawidem. Ma chłop widać łeb na karku! I na dodatek, mówisz, jest ładny. Ładny i mądry. Ideał, kurwa! Żebym cię tak nie kochał, Kazimiero, to bym mu obciągnął. O!

– No to byś się zdziwił – odparłam. – Zdziwiłbyś się jak cholera!

– A to niby, za przeproszeniem, kurwa, dlaczego?

– A, bez przeproszenia, kurwa, dlatego, że jego sperma ma smak truskawek.

 

IV

 

Dokładnie rok po tym jak się poznaliśmy, Dawid poprosił mnie o rękę. Ku mojemu zaskoczeniu gest ten tak mnie rozczulił, że zamiast odpowiedzieć płakałam jak idiotka, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Kiedy to wspominam żal mi Dawida, który musiał klęczeć kilka dobrych minut nim wreszcie zdołałam opanować się na chwilę tylko po to, żeby powiedzieć: „tak” i ponownie rozpocząć festiwal wycia. W ogóle wiele moich zachowań było wówczas zaskakujących. Zakochanie zaczęło wywierać na mnie coraz silniejszy wpływ. Przede wszystkim dzięki niemu złagodniałam. Zaczęłam dostrzegać rzeczy, które wcześniej skrywał mrok obojętności. Otrzymanie herbacianej róży potrafiło wprowadzić mnie w doskonały nastrój na kolejne godziny, podczas gdy wcześniej taki podarunek skwitowałabym zapewne niewybrednym komentarzem o szowinistycznej próbie ogłupienia za pomocą zniszczonej bez powodu rośliny. Cieszyłam się na myśl o czekający, nas wspólnym wyjściu na spacer. Przyjemność zaczęło sprawiać mi pichcenie. Przeprowadziłam się do niego, a rodzącego się zamiłowania do spędzania czasu w domu nie wiązałam z uczuciem do Dawida, lecz raczej z wiekiem – z tym, że w końcu do tego dorosłam. Ile można szaleć? Jak długo trzeba włóczyć się po świecie, żeby ostatecznie poczuć nieodpartą potrzebę stworzenia i doglądania domowego ogniska? Na mnie przyszła pora. Zegar biologiczny powoli przeobrażał mnie w zaprzeczenie dawnej Kazimiery. Przyjmowałam to z uśmiechem. I pogodą ducha, która stała się moją nową cechą. Dawny sceptycyzm oraz wola walki odchodziły w zapomnienie, w miarę jak zakochanie niepostrzeżenie przybierało cechy miłości. Dzień przed rocznicą poznania Dawida zdałam sobie sprawę, że kocham go ponad wszystko i że nie wyobrażam sobie bez niego życia. Pewnie dlatego następnego dnia zareagowałam jak wariatka. Przeradosna wariatka!

Nigdy nie chciałam wychodzić za mąż. Wytłumaczenia mojej niechęci doszukiwałam się w feministycznych poglądach i one dawały mi przez lata wygodne wymówki. Kiedy jednak własny ślub zbliżał się wielkimi krokami, zdałam sobie sprawę, że to nie żadne doktryny, a najzwyczajniejszy strach wywoływał niechęć do sformalizowania związku. Strach przed wieloma konsekwencjami, przed spaleniem kilku mostów, strach przed deklaracjami na teoretyczne wieki wieków, strach przed podpisami, przed tłumem ludzi, przed księdzem, przed rodziną, przed ceremonią, strach o wygląd, o pogodę, o tysiąc głupot, którymi normalnie nie zawracałabym sobie głowy. Zjeździłam pół Europy będąc zdana jedynie na siebie, a bałam się ceremonii, o której podobno większość kobiet marzy. Okazało się, że mój lęk był nieuzasadniony. Już po wszystkim dostrzegłam śmieszność własnych obaw. Sam ślub przeleciał nie wiadomo kiedy, podobnie jak kolejne miesiące i lata. Spostrzegłam, że wraz z wiekiem czas mija szybciej. Pojawienie się pierwszego dziecka przypieczętowało zachodzące we mnie zmiany. Stałam się przysłowiową Matką Polką, wiecznie zmęczoną, nie do końca zadbaną, lecz czerpiącą satysfakcję z każdego dnia, odczuwającą radość z każdego nowego słowa, jakiego nauczyła się córka. Dawid, ze względu na specyfikę swojej pracy i kolejne awanse, musiał wyjeżdżać coraz częściej w sprawach służbowych, a ja, dawna feministka, zostawałam w domu z dzieckiem, a później z trójką, bo los obdarzył nas bliźniaczym szczęściem i nie mogłam doczekać się powrotów męża.

Od momentu, w którym poznałam Dawida, moja egzystencja wywróciła się do góry nogami. Dzięki uczuciu jakim się obdarzyliśmy, mój system wartości i postrzeganie rzeczywistości uległy całkowitemu przeobrażeniu. Teraz, z perspektywy lat, mogę powiedzieć, że gdybym miała szansę zacząć wszystko od nowa, nie zmieniłabym praktycznie nic. Jedyną rysą szpecącą wspomnienia ostatnich dekad jest bezsensowna śmierć Piotra, który nie zdołał wrócić z kolejnej imprezy i zamarzł nocą na przystanku autobusowym. Żałuję tylko, że nie poświęciłam mu więcej czasu, nie interweniowałam, choć widziałam, w jakie tarapaty popada, jak się uzależnia. Poza tym przebiegłam przez życie szczęśliwa, wychowując dzieci i dbając o najwspanialszego mężczyznę na świecie, czyli mojego męża. Najlepszego przyjaciela i kochanka, jakiego mogłabym sobie wyobrazić. Dzięki niemu radość, spełnienie i… tak, smak truskawek, towarzyszyły mi wiernie w najdłuższej wędrówce.

 

EPILOG

 

– Otwórz, Ateno, proszę.

– Dobrze, mamo. Dziękuję – powiedziała dziewczynka, niszcząc kokardę, by dostać się do zawartości pudełeczka. Jej chude, długie palce wydobyły z opakowania metalicznie połyskującą kulkę o średnicy paru centymetrów. Oczy dziewczynki rozbłysły radością z powodu niewielkiego prezentu. Atena podskoczyła najwyżej jak umiała, po czym z piskiem podbiegła do matki i obejmując ją krzyczała:

–Dziękuję! Dziękuję, mamo, jesteś kochana! W końcu mam własną, tylko moją neurotronkę! Kocham cię, mamo! Kocham!

– Spokojnie, spokojnie. Już dobrze – odpowiedziała Eteria, z zadowoleniem przyjmując radość córki. – Musisz się z nią teraz zintegrować, wiesz jak to zrobić?

– Też mi coś, oczywiście, że wiem – odparła dziewczynka, po czym schowała kulkę w złączonych dłoniach, przymknęła powieki i zamarła w bezruchu. Matka przyglądała się scenie z niemą dumą, ale i z żalem. Właśnie zamykał się jeden z rozdziałów w życiu jej jedynej córki. Przestawała być dzieckiem i prawo nakładało na matki obowiązek wdrażania córek w tryby systemu edukacyjnego Ligi. Neurotrona była w tym zakresie urządzeniem wybitnie przydatnym. Eteria postanowiła dać małej kilka dni na samodzielne badanie możliwości osobistego portalu wiedzy i analiz.

– Chyba się zintegrowałam – powiedziała dziewczynka otwierając oczy.

– Zaraz się przekonamy – odparła matka, kucając naprzeciw córki. – Co w takim razie powiesz mi na temat Wielkiej Ofensywy Patriarchalnej?

– Już… już – rzekła dziewczynka, mrużąc powieki. Połączenia między urządzeniem a mózgiem Ateny nie były jeszcze stabilne, zatem obraz, jaki próbowała zinterpretować i odczytać, tracił co chwilę ostrość lub ginął w gąszczu innych informacji. Pozyskiwanie wiedzy z nowej neurotrony nie było proste, w szczególności gdy użytkowniczka nie miała w tym temacie żadnego doświadczenia. Dobrze, że urządzenie dostosowywało poziom przekazywanej wiedzy i słownictwo do wieku oraz zdolności analitycznych zintegrowanej właścicielki.

– Spokojnie, nie spiesz się nigdzie. Powoli. – Eteria gładziła włosy córki.

– Wielka Ofensywa Patriarchalna – zaczęła mówić Atena – została rozpoczęta w dwudziestym pierwszym wieku przez doktora Józefa Heima, który – jak okazało się dopiero po jego śmierci – był prawnukiem, Josefa Mengele. Józef Heim, działając na rzecz koncernu farmaceutycznego BabyCarex, opracował szczepionkę eliminującą powstawanie dodatkowego chromosomu na parze numer dwadzieścia jeden, za co otrzymał tak zwaną Nagrodę Nobla. Dopiero po upływie czterdziestu lat od wprowadzenia obowiązkowego szczepienia preparatem stworzonym przez doktora Heima wyszło na jaw, że szczepionka w swojej strukturze posiada substancję dodatkowo modyfikującą genetycznie przedstawicieli płci męskiej. Jej efektem było przyjście na świat milionów chłopców, którzy po osiągnięciu wieku dojrzałego zaczynali nieświadomie wywierać destrukcyjny wpływ na kobiety. Za sprawą produkowanych przez zmodyfikowany męski organizm silnych feromonów, kobiety zatracały własne zdanie i zdolność logicznego, samodzielnego myślenia, uzależniając się emocjonalnie od swoich partnerów. Mężczyźni, sami o tym nie wiedząc, wpływali na świadomość kobiet tak mocno, że traciły one nieraz zdolność do właściwego postrzegania kolorów, czy nawet interpretacji smaków. Feromony były na tyle silne, że pozostawiały toksyczne zmiany w organizmach kobiet, które były poddawane ich działaniu. Najstarsze odnalezione i przebadane szczątki, w których wykryto takie zmiany, należały do Kazimiery Zaszczuty, której nazwisko stało się późniejszym symbolem i przestrogą. Wielka Ofensywa Patriarchalna została zatrzymana w wyniku Wielkiej Kontrofensywy Genetycznej Kobiet, zainicjowanej przez Putianę Wladymirownę – Matkę Założycielkę Ogólnoświatowego Kobiecego Ruchu Edukacji Samoobronnej, przekształconego następnie w, sprawującą do dziś władzę, Światową Ligę Kobiet – Atena skończyła recytować tekst, który z każdym kolejnym zdaniem wypowiadała szybciej i bardziej płynnie.

– Świetnie, córuś! Szybko się uczysz. Widzę, że neurotrona nie będzie miała przed tobą tajemnic. Już niebawem, w miarę treningu oraz rosnącej stabilizacji i drożności połączeń, będziesz w stanie przyswajać i analizować znacznie dłuższe teksty w ciągu ułamków sekund. A teraz powiedz mi coś na temat Wielkiej Kontrofensywy Kobiet i będziesz mogła sama ćwiczyć w dowolnie wybranej tematyce.

– Wielka Kontrofensywa Genetyczna Kobiet – zaczęła mówić dziewczynka, przymykając powieki – czyli inaczej Wojna Puci, która to nazwa pochodzi od zdrobniałej formy imienia Matki Założycielki – Putiany Wladymirowny. Pod koniec dwudziestego pierwszego wieku Matka Założycielka dostrzegła masową zmianę w zachowaniach kobiet, polegającą na tym, że stały się one zależne od mężczyzn i spędzały życie w radosnym amoku, mylonym często z miłością. Matka Założycielka pracując wówczas w BabyCarex nad unowocześnieniem szczepionki stworzonej przez Józefa Heima szybko, bo w ciągu zaledwie kilkunastu lat badań, odkryła związek między zmianą zachowań populacji kobiecej, a działaniem szczepionki. Po latach prac udało się jej zmodyfikować szczepionkę tak, by nie wywoływała ona zaplanowanego przez Józefa Heima dodatkowego efektu. Zamiast tego specyfik zyskał inną funkcję – modyfikował genetycznie mężczyzn, aby byli mniej agresywni, a bardziej ulegli. Zmieniona przez Pucię szczepionka spowodowała, że na świat przychodzić zaczęli chłopcy o określonych, pożądanych przez kobiety cechach: nieagresywni, posłuszni, łagodnie inteligentni, silni, sprawni, odporni na nałogi i usłużni. Wojna Puci zakończyła się miażdżącym sukcesem kobiet, dzięki czemu świat stał się na powrót, straconym w wyniku męskiej zachłanności i łakomstwa, legendarnym Edenem, a kobiety w końcu zajęły właściwe miejsce. Dzięki zwycięstwu Matki Założycielki, mężczyźni, zgodnie z odwiecznym prawem natury, służą do pracy, dostarczania rozrywki i przyjemności, oraz usługiwania swoim żonom – Atena skończyła monolog i zamyśliła się. – Mamo – spytała po chwili – to dlatego mój braciszek mając siedem lat uczy się całymi dniami wbijać młotkiem drewniane kołki, podczas gdy ja w jego wieku już płynnie czytałam i umiałam liczyć?

– Ateno, taka jest jego rola. Twój brat z pewnością znajdzie kiedyś dobrą żonę, która pozwoli mu się zadowalać i obsługiwać, oraz wykonywać proste czynności fizyczne w pracy. Ty zaś zostaniesz głową rodziny i będziesz musiała dbać, aby Twój mąż nie zagubił się w codzienności i zawsze miał co robić. To jest właśnie efekt Wielkiej Kontrofensywy.

– Czyli znaczy to, że dzięki niej stałyśmy się lepsze i mądrzejsze, tak? – spytała dziewczynka patrząc litościwie na stukającego młoteczkiem brata.

– Teoretycznie i owszem, choć tak naprawdę sprawiłyśmy po prostu, że mężczyźni stali się od nas głupsi. Efekt, koniec końców, jest przecież taki sam.

 

Koniec

Komentarze

J

eden z najbardziej dowcipnych i inteligentnych tekstów, jaki ostatnio przeczytałem. Przekrojowy, syntetyzuj ący problem płci. Wymaga trochę skupienia. Nareszcie nie ma demonów i prymitywnej "magii". Najlepsza jest część środkowa, lubię inteligentnie podany wątek obyczajowy. Trochę odniesienia do "Seksmisji" --- Kopernik był jednak mężczyzną... "Mucho", a nie"Macho" Zdania budowane prawie perfekcyjnie. Scena w lokalu doskonała. W ogóle nie mogę się nadziwić. Tekst właściwie do druku i szkoda go na portal. Pozdrawiam.

 

tak w ogóle przekonuję się, że niektóre opowiadania na stronie biją teksty spotykane w druku.

Bardzo dobre opowiadanie, realistyczne i zarazem dowcipne. Ujawnia, że Autora cechuje nie byle jakie poczucie humoru. Ponieważ prolog i epilog bardzo zgrabnie spełniają warunki konkursu, Autor mógł w części głównej przeistoczyć się w prawdziwą kobietę, nie stosując czarów marów. No, może trochę, w scenie malowania się Kazimiery – dla Autora to pewnie czarna magia. Lektura tego tekstu sprawiła mi prawdziwą przyjemność.

 

„Zdaniem większości spotykanych w zajazdach jak ten mężczyzn…” – Czy zajazd był naprawdę tym  mężczyznem, w którym spotkana większość miała zdanie? ;-)

A gdyby: Zdaniem większości spotykanych w zajazdach jak ten, mężczyzn

 

„…napinałam palcami skórę policzków patrząc jak sprężynuje puszczona, prychałam ze złością zauważywszy gdzieniegdzie rozdwojone końcówki”. – Mam już, rzec można, swoje lata, ale nigdy nie zdarzyło mi się zobaczyć, choćby gdzieniegdzie, rozdwojonych końcówek sprężynującej skóry policzków. ;-)

Proponuję:przeczesywałam włosy w poszukiwaniu tych siwych, prychałam ze złością zauważywszy gdzieniegdzie rozdwojone końcówki. Napinałam palcami skórę policzków patrząc jak sprężynuje puszczona.  

 

„Kiedy jednak zadzwonił Dawid, pierwszy raz odkąd przestałam być podlotkiem, zaczęłam się stresować na myśl o spotkaniu”. – A kiedy Kazimiera była podlotkiem, Dawid dzwonił bezustannie. ;-)

Ja napisałabym: Kiedy jednak zadzwonił Dawid, zaczęłam się stresować na myśl o spotkaniu, zupełnie jakbym była podlotkiem.  

 

„Czas na piknik – zamruczałam pod nosem otwierając kosmetyczkę”. – Nigdy nie otwierałam swojej kosmetyczki pod nosem, mimo że zawsze ładnie pachniała. ;-)

Może: Czas na piknik – zamruczałam pod nosem, otwierając kosmetyczkę.

 

Oczy, przyciemnione w stylu smoky eye, dodawały spojrzeniu wyrazistości”. – Niechby Kazimiera dała spokój oczom i zajęła się powiekami. ;-)

Proponuję: Powieki, przyciemnione w stylu smoky eye, dodawały spojrzeniu wyrazistości.

 

„Przejeździłam pół Europy będąc zdaną jedynie na siebie…” – Ja napisałabym: Przejeździłam pół Europy będąc zdana jedynie na siebie

 

„Od momentu, w którym poznałam Dawida moją egzystencja…”Od momentu, w którym poznałam Dawida, moja egzystencja

 

„…zatem obraz jaki próbowała zinterpretować i odczytać tracił co chwile ostrość…” – …zatem obraz jaki próbowała zinterpretować i odczytać tracił co chwilę ostrość

 

„…zainicjowanej przez Putianę Wladymirowną…” – …zainicjowanej przez Putianę Wladymirownę

 

„…formy imienia Matki Założycielki – Putiany Wladymirownej”. – …formy imienia Matki Założycielki – Putiany Wladymirowny.

 

Pozdrawiam.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Świetne opowiadanie. Możliwe, że jestem pod wpływem jakiejś szczepionki, ale zadziwiająco zgadzam się z poglądami narratorki na temat kierowców-mężczyzn. Co i raz uśmiechałem się pod wpływem spostrzeżeń bohaterki, dialogów i aluzji w nazwiskach postaci. Czyżbym znalazł też aluzję do wyśmiewanej przez wielu prozy Janusza L. Wiśniewskiego, czy to tylko takie moje skojarzenie?  Mam jedynie nadzieję, że "Józef Heim" nie jest nawiązaniem do naszej portalowej koleżanki, zwłaszcza że nie zauważyłem, żeby koleżanka owa "zjechała" któreś z Twoich opowiadań ;-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Aha, dodam jeszcze, że podoba mi się tytuł. Przeglądając teksty na portalu, nieraz wypowiadałem w myślach: "o, kolejne opowiadanie do konkursu o wojnie puci". Tak, "puci", fajnie brzmi ;-) Więc zarejestrowawszy Twój tytuł, moje myśli zrobiły podwójne "o".

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Podobało mi się bardzo, chociaż na początku i w środku Epilogu już zaczęłam się trochę jeżyć. Nie znoszę "Seksmisji":). Ale końcówka bardzo fajna, zinterpretowałam ją sobie tak, by mnie pasowało, i jest dobrze:).

Zgadzam się z Regularorami, że scena makijażu to dla autora taka czarna magia trochę, ale raczej z tego względu, że dla mnie elementem fantastycznym jest fakt malowania się przez GODZINĘ! Słyszałam już z innych źródeł pogłoski, że to możliwe, ale nie mogę sobie wyobrazić, jak to możliwe? I mówi to osoba, która lubi się malować:).

A z poważniejszych rzeczy: aluzje do realnych osób są oczywiste, ale nie irytujące. Dyskusje feministyczne i gejowskie - poruszają istotę rzeczy, ale bez zaciekłości i protekcjonalizmu. Nawiasem mówiąc - mam dwie znajome lesbijki, które mówią, że wkurzają je parady równości itp., ponieważ tego rodzaju wydarzenia, gdzie widoczni są czesto przestoretypizowani (jest takie słowo w ogóle?) geje odwracają uwagę od realnych problemów tego środowiska, irytują osoby, które są do gejów i lesbijek ustosunkowani niezbyt chętnie, przez co utrudniają spokojną i rzeczową dyskusję. Może mają rację, może nie, ale dało mi to do myślenia, właśnie dlatego, że same są lesbijkami. Zresztą, ja podobny problem mam z feministkami - sama się za taką uważam, natomiast jak widzę panią w żołnierskim kasku z poutykanymi w nim gałązkami, która piszczy coś do patrzącego się na nią jak na wariatkę Ziobrę, to czuję, jak mi opadają ramiona.

Co do facetów kierowców - zgadza się, oczywiście też tylko czasem:). Sama jeżdżę ostatnio sporo, małym autkiem, mnóstwo facetów ma ambicję po prostu mnie wyprzedzić, tylko po to, by jechać dwa metry przede mną. A jak ja zaczynam ich wyprzedzać, to z miejsca przyśpiszają. Zabawne.

Miałam tam jeszcze kilka uwag, ale straciły one na ważności po lekturze Epilogu, więc zmilczę:).

A, i ja chciałam być strażakiem. Znaczy się - strażaczką.

No niestety, do mnie niezbyt przemawia. Pomysł ok, szczególnie ze szczepionką, chociaż całość za bardzo mi się kojarzy z Seksmisją i z jeszcze jednym opowiadaniem, chyba nawet stąd - podobnie była przyszłość przedstawiona. Myślę, że to taka męska wizja - od razu widać, że autorem jest mężczyzna. Pewnie też dlatego tak bardzo się podoba facetom, bo jest im to bliskie.

Bohaterka niezbyt ciekawa - jakbyś na siłę chciał zrobić stereotypową feministkę, nie widzę żadnych cech charakterystycznych, nie czuję jej zupełnie. 

Tytuł fajny. Jakiś związek z prezydentem/premierem naszego wschodniego sąsiada?

 

Kilkadziesiąt minut później, po podjęciu ostatecznej decyzji polegającej na wyborze odpowiedniego, czyli pasującego do makijażu oraz charakteru spotkania, stroju szłam do Diabelskiego Pubu.

- A! A! Tu powinieneś napisać, co założyła!

Mnie też się podobało. Sprawiasz, że czytelnik może polubić główną bohaterkę, zrozumieć ją, "wejść do jej głowy". Cieszy mnie też to, że potrafisz pokazać, że wśród kobiet istnieją nie tylko słodkie, głupiutkie anioły, ale też dziewczyny o cechach bardziej... męskich. Właśnie. Męskich? Dlaczego męskie ma być to, że ktoś potrafi kopnąć w czułe miejsce napastliwego buca? To jest przeciez po prostu ludzkie.

Może podoba mi się również dlatego, że ja sama jestem takim "nie-aniołem". Wprawdzie nie potafię prowadzić tira, ale szpilek nie noszę i ze zrobieniem sobie dobrego makijażu mam problem :D

 

...Same dziewczyny komentują... codo diabła?

Ryszardzie – Twój komentarz sprawił, że zrobiło mi się niezwykle miło i aż głupio zarazem. Nie spodziewałem się aż tak pozytywnej opinii – jestem z jej powodu wzruszony i radosny - nadal nie mogę uwierzyć, że napisałeś to, co napisałeś. Czytałem to chyba z dziesięć razy. Szczerze. Bardzo dziękuję.

Regulatorzy – jesteś prawdziwym skarbem tego portalu. Dziękuję za zwrócenie uwagi na potknięcia. To, że uznajesz tekst za dobry jest dla mnie nie lada wyróżnieniem. Dzięki!

Jerohu – Miło mi, że dałem rade Cię rozbawić. Aluzji do Wiśniewskiego nie planowałem ;) Józef Heim to... takie puszczenie oka w stronę Współorganizatorki konkursu . Dziękuję za komentarz.

Ocho – jak zwykle zgadzasz się ze mną „nie do końca” ;) Owszem, nawiązania do Seksmisji są jawne lecz nieczęste. Przyznaję, że uwielbiam ten seksistowski, przezabawny film. Co do godzinnego malowania – to nie fantastyka, sam byłem świadkiem czegoś takiego. Poza tym Kazimiera, jako kobieta, która nie ma czasu żeby zadbać o siebie, nie miała, w moim założeniu, wprawy w robieniu makijażu. Dzięki za komentarz! Do następnej wymiany opinii!

Piwak – przykro mi, że bohaterka jawi się w Twoich oczach jako postać bez wyrazu. Jako jej twórca mam nadzieję, że po prostu źle ją odbierasz. Nie chciałem zrobić z niej stereotypowej feministki – chciałem stworzyć feminizującą kobietę, która nie jest konkretnie taka czy siaka, lecz jest zmienna – jak to w życiu bywa. Dziękuję za poświęcony czas i opinię.

Fanto – ech, zabierałem się za komentarz pod „Vessi” (przeczytane zaraz po wstawieniu), zabierałem i przez kończenie „Wojny Puci” nie napisałem go w ogóle, co postaram się nadrobić w ciągu kilku dni. Kazimiera wcale nie miała być męska – to po prostu kobieta z charakterem, odwagą i temperamentem, zatem postrzegamy jej zachowanie podobnie. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Dzięki za komentarz.

Sorry, taki mamy klimat.

Wiesz, po prostu mam wrażenie, że trochę przypadkowo pozbierałeś jej cechy. Na przykład zawód. Czemu kobiety nie jeżdżą na ciężarówkach i to jeszcze na trasy międzynarodowe? Odwiedź jest prosta - szefom zależy na czasie, kosztem snu kierowcy, łamania prawa podczas resetowania zegarów. A kobieta pozostanie kobietą - kilka razy częściej musiałaby się zatrzymywać, by skorzystać z ubikacji, co może wydłużyć czas jazdy o godzinę albo i dłużej - szefom, by się coś takiego nie podobało. No i zagranicę jeżdżą wielkie tiry - kierownice więc pewnie są podobne jak te w autobusach. A widziałam dzisiaj w dzienniku z jakim trudem trzy wcale nie delikatne babki próbowały zapanować nad rozpędzonym autobusem, gdy kierowca zemdlał.

Poza tym znam parę chłopczyc pracujących z samymi facetami i wizerunek wyizolowanej babki mi tu nie pasuje. Wszystkie kumplują się z kolegami, którzy nie mają problemu z ich akceptacją. Jedna architekt nawet mówiła kiedyś, że z budowlańcami super jej się pracuje, znacznie gorzej z "kolegami" po fachu. Chociaż tego nie rozumiała, to właśnie ci wykształceni faceci byli największymi seksistami, którzy uważali, że włazi z buciorami do ich męskiego klubu.

Może właśnie dlatego nie czuję twojej bohaterki - wydaje mi się to wszystko niespójne.

Poza tym znam parę chłopczyc pracujących z samymi facetami i wizerunek wyizolowanej babki mi tu nie pasuje

Piwaku - zarzucasz mi popadanie w stereotypy, a sama wydajesz się od nich nie stronić. Kazimiera nie jest chłopczycą! Poza tym, jak miałaby kumplować się z przypadkowo spotkanymi w zajazdach kierowcami, których już pewnie nigdy więcej nie spotka? Wyizolowanie spowodowane jest tu raczej specyfiką zawodu, ja przynajmniej tak to widzę. Dodam, że nigdzie w tekscie nie ma przesłanki, że bohaterka nie "kumpluje się" z innymi mężczyznami lub kobietami.

Cech Kazimiery nie pozbierałem przypadkowo - znam osobę o podobnym charakterze. Może nieumejętnie owe cechy przedstawiłem, skoro odniosłaś takie wrażenie, wolę jednak myśleć, że to Ty nieumiejętnie je odczytałaś ;)

Co do przytaczanej przez Ciebie sceny z autobusem - powiem Ci, że widuję kobiety - kierowczynie autobusów tak często, że przestało już mnie to dziwić. Nie sądzę, aby specjalnie dla nich zmniejszano w pojezdzie kierownicę, więc ten argument uważam za nietrafiony.

Czemu kobiety nie jeżdżą na ciężarówkach i to jeszcze na trasy międzynarodowe? Odwiedź jest prosta - szefom zależy na czasie...

Mam inna prostą odpowiedź dlaczego kobiety nie jeżdzą tirami - bo nawet nie przychodzi im do głowy, że w ogóle mogłby to robić. Dlaczego tak jest, to już temat na długą debatę.

 

Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Sethrael - Otóż to! Wcale nie uważam, że Kazimiera jest męska. Bo dlaczego mamy odwagę, charakter i temperament uważać za męskie cechy? One mogą być zarówno męskie jak i kobiece.

Mój komentarz pod Twoim opowiadaniem absolutnie nie zobowiązuje Cię do komentowania mojego tekstu ;)

Fanto - pewnie że nie zobowiązuje, ale jeśli czytam tekst to go komentuje z reguły, uważam bowiem, że nic tak nie zniechęca autora do pracy nad warsztatem jak brak zainteresowania jego twórczością, wyrażonąa np. na pomocą komentarzy. Widzę jednak, że będę musiał przeczytać Vessi jeszcze raz, bo wpisy pod Twoim tekstem sugerują, że nie mogę już przyczepić sie do sceny z niedźwiedziem :)

Sorry, taki mamy klimat.

Ech, trochę zagmatwałem powyższe zdanie. Brak możliwości edycji komentarza dobija.

Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Chyba i tak rozumiem, o co chodzi :) No tak, miś został załatwiony w inny sposób :P

Mnie też dobija brak możliwości edycji komentarzy. Czasem piszę je z dzieckiem na ręku albo "wiszącym" przy nodze, muszę przerywać pisanie, a potem, gdy wracam powtarzam się albo plączę składnię, bo nie pamiętam, co napisałam wcześniej, a nie mam czasu przeczytać :D

Sethraelu - zgadzać się z kimś "nie do końca";) - to własnie jest fajne. Więc generalnie tak, masz rację, ale zawsze zostanie nieco pola do dyskusji. Inaczej byłoby nudno :).

No i tu zgodzę się z Twoim komentarzem - również nierzadkim dla mnie widokiem są kobiety prowadzące autobusy, i to nie żadne herod - baby, ale zwyczajnych rozmiarów panie. Architekci - mam znajomego architekta, którego w życiu nie podejrzewałabym o seksizm, dopóki nie zaczął opowiadać właśnie o swoich koleżanakch po fachu. Jego koronnym argumentem było stwierdzenie, że kobiety lubią ładnie wyglądać, a w szpilkach po budowie nie da się chodzić. Do tej pory argumentu nie rozumiem, bo te panie wcale po budowie w szpilkach nie paradowały. Zostałam więc z głupia miną i mętlikiem w głowie:).

Czytałam natomiast kiedyś reportaż o kobiecie (Polce), która kierowała tirem. Według niej rzeczywiście koledzy ją szykanowali, specjalnie przez CB dawali jej błędne informacje, żeby miała spóźnienia. Więc te spóźnienia miała i szefowie zadowoleni nie byli. Ale to była jej relacja, z tego, co pamiętam, autor/-ka reportażu  nie pofatygował/-a się, aby zapytać drugą stronę o przyczyny konfliktu, więc jak to tam naprawdę było - nie wiadomo.

Wracając do tekstu - momenty, w których się jeżyłam, to te,w których bohaterka przechodziła metamorfozę. I to nie dlatego, że postanowiła zostać w domu, bo jeśli tak chce i ma takie możliwości - proszę bardzo. Spełniać się można na różne sposoby. Ale dlatego, że spodziewałam się morału - no, kobieta zrozumiała, gdzie jej miejsce. Drugi moment - początek Epilogu - kojarzący mi się właśnie z "Seksmisją". Ale tak jak napisałam wcześniej - końcówka według mojej interpretacji spowodowała, że uwagi te straciły znaczenie. Bo ja uważam, że końcówka przełożona na język łopatologiczny brzmi tak: wychowaj dziewczynki tak, by myślały, że ich życiową powinnością jest gotowanie i sprzątanie, to wszyscy będą uważać, że nadają się tylko do tego i niczego więcej. Wychowaj chłopców tak, by myśleli, że sensem ich życia jest wbijanie gwoździ i przepychanie kibla, to tak się będzie ich postrzegać. A zmiana takiego postrzegania świata jest długa i bolesna.

Ufff, ale się upisałam:). Lubię teksty, pod którymi są ciekawe dyskusje.

Sethrael, tylko że kierowcy się znają - ciągle się kontaktują przez cb radio, informując się wzajemnie, gdzie stoi policja, gdzie są korki etc. Jak się później zajeżdża do jakiegoś baru, trudno udawać, że się w ogóle nie zna, jeśli wcześniej się rozmawiało. Owszem, z początku mogą być problemy, ale tak samo mają faceci - też muszą się zawsze w jakimś sposób "wkupić" do grupy, do której chcą należeć.

Piszesz, że nie ma przesłanek, że się z nikim nie kumpluje - tylko, że w ogóle nie ma żadnych przesłanek. Nie wiadomo czemu wybrała taki, a nie inny zawód, nie wiadomo co myśli - poza frazesami z propagandy feministycznej. A to za mało.I dlatego w ogóle jej nie czuję.

Nie pisałam, że kobieta nie może prowadzić autobusu czy tira. Chodziło mi o coś innego. Musi się to wiązać ze sporą siłą fizyczną, by zapanować nad tak wielkiimi pojazdami (podobnie jak w latach 50. rzucano hasło "kobiety na traktory" - i jeżdziły, tylko zwykle się nie pamięta, że te pierwsze traktory były przeróbkami ruskich czołgów i przeciętna kobieta skakała po sprzęgle, a to ani drgnęło). Tak więc kierowca tira nie może być drobną kobietką, a u ciebie jedyny opis wyglądu pojawia się, gdy Kazimiera stwierdza, że podoba się facetom, odwracają się na jej widok i ogólnie uważa się za atrakcyjną bez żadnych kompleksów. Ok, może i zdarzają się kobiety bez kompleksów, chociaż osobiście żadnej nie znam, ale to nie zmienia faktu, że brakuje mi opisów, charakterystyki Kazimiery. Przegląda się w lustrze i ja jej nie widzę.

 Nie sądzę, by w naszych czasach chodziło o to, że kobietom nie wpada do głowy, że mogą coś robić. Moja pierwsza praca po studiach to była agencja pracy wysyłająca ludzi do Holandii. CV różnych kobiet dostawałam - i spawaczy, i elektryków, i operatorów wózka widłowego itp. A co do kierowców tirów - drugi problem to dzieci. Matce mimo wszystko trudniej je zostawiać na większość dni w tygodniu niż ojcu, pomijam już kwestie karmienia, ciąży etc. To że Kazimiera zrezygnowała z pracy, bo zaszła w ciążę jest normalne - to że zupełnie zrezygnowała z siebie już powinno budzić niepokój. Działają feromony, ok - ale facet w ciągłych wyjazdach, długo go nie ma - wtedy nie działają, więc powinna zacząć sama myśleć., zastanawiać się.

ocha, miałam podobnie z tym fragmentem zmiany u Kazimiery; feromony faceta w jakiś sposób to tłumaczą, ale jak już powyżej pisałam - powinny działać, gdy facet jest przy niej - przy częstych wyjazdach dziwi jednak, że wygląda jakby dalej działały. Pierwsze spotkanie dla mnie też trochę niezrozumiałe - facet podchodzi, rzuca filmowy frazes: co taka kobieta, jak ty, robi w takim miejscu - a po chwili ona uważa, że jest ciekawy, chociaż nic ciekawego nie powiedział - i w ogóle jej to nie zastanawia.

A skoro już dyskutujemy, zawsze mnie zastanawiało, jak można winić Ewę za to, że zjadła jabłko? Właśnie zwykle faceci z rozżewnieniem stwierdzają, że jakby nie ona, to byśmy żyli w raju. Jacy my? Przecież w raju Ewa nie rodziła, więc o żadnej ludzkości by nie mogło być mowy. Powinno się ją raczej wielbić za to poświęcenie - w końcu to musiał być szok, gdy się okazało, że po wyjściu z raju muszą ciężko pracować, by przeżyć, pojawiają się dzieci, a ona nie ma pojęcia co z nimi robić etc.;-)

Znać  kogos, a kojarzyć przez CB radio, to dwie różne sprawy.Poza tym właśnie Kazimiera ani nie chciała, ane nawet niezbyt mogła się "wkupić"w towarzystwo tirowców -więc mur niechęci jest, moim zdaniem, jak najbardziej naturalny i wytłumaczalny.

Mówisz, że za mało Ci przesłanek. Odpowiem najbardziej szczerze, prosto i bezpośrednio jak potrafię: nie opisywałem historii życia Kazimiery od kołyski, nie wymieniłem wszystkich jej wad i zalet, nie przedstawiłem poglądów na wszelakie aspekty życia bo byłoby to nudne, przegadane i niepotrzebne.Jej wygląd ma powstac w wyobraźni czytelnika. Wystarczy informacja, że uważa się za kobietę w miare atrakcyjną. Nigdzie nie ma nawet sugestii, że Kazimiera jest pozbiawiona kompleksów. Jej zachowanie może jedynie sugerować, że potrafi sobie z kompleksami radzić. To opowiadanie nie jest studium psychologicznym bohaterki, ani jej szczegółową biografią!

Według mojej koncepcji (może nie wyjaśniłem jej do końca, ale cenię siłę niedopowiedzień i indywidualnej interpretacji czytelnika) feromony były na tyle silne, że zostawiały toksyczne (fantastyka!) ślady w szczątkach, zatem tym bardzoej prawdopodobe jest, że działały odurzająco przez długi czas, stąd częste wyjazdy nie miały na końcowy efekt wpływu (nie były to wyjazdy na pół roku - były częste, co oznacza też w miarę krótkie, nie da się wyjeżdzać na długo i często - nie wyjedzie się raz w tygodniu na pół roku - byc może błędnie założyłem oczywistość zbliżonej interpretacji).

Feromony były na tyle silne, że działały od razu - stąd też Kazimiera była przy pierwszym spotkaniu, ze tak powiem - bardziej podatna.

Musi się to wiązać ze sporą siłą fizyczną, by zapanować nad tak wielkiimi pojazdami (podobnie jak w latach 50. rzucano hasło "kobiety na traktory" - i jeżdziły, tylko zwykle się nie pamięta, że te pierwsze traktory były przeróbkami ruskich czołgów i przeciętna kobieta skakała po sprzęgle, a to ani drgnęło). Tak więc kierowca tira nie może być drobną kobietką, a u ciebie jedyny opis wyglądu pojawia się, gdy Kazimiera stwierdza, że podoba się facetom, odwracają się na jej widok i ogólnie uważa się za atrakcyjną bez żadnych kompleksów - wybacz - Kazimiera jedzi tirem w dwudziestym pierwszym wieku, a nie przerobionym radzieckim czołgiem w latach pięćdziesiątych. Wszędzie jest wspomaganie wszystkiego - od kierownicy po hamulce. Niektórzy kierowcy tirów to sześćdziesięcio kilogramowe chuchra. Obecnie nie trzeba być słoniem żeby prowadzić ciężarówkę.

Kto wini Ewe, że zjadła jabłko? Dzięki temu męzczyźni przestali być nudni, prawda? Właśnie zwykle faceci z rozżewnieniem stwierdzają, że jakby nie ona, to byśmy żyli w raju. Jacy my? Przecież w raju Ewa nie rodziła, więc o żadnej ludzkości by nie mogło być mowy. Powinno się ją raczej wielbić za to poświęcenie - w końcu to musiał być szok, gdy się okazało, że po wyjściu z raju muszą ciężko pracować, by przeżyć, pojawiają się dzieci, a ona nie ma pojęcia co z nimi robić etc.;-) - to jak rozumiem (wolę sie upewnić) jest takie ogólne pytanie/zarzut, bo autorowi opowiadania raczej braku spojrzenia na problem z wielu stron nie powinnaś zarzucać.

 

Czekam na ripostę, miło się rozmawia.

Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Brawo autorze, nie dałeś się zjeść w kaszy. Moja córka wydrukowała sobie twe opowiadanie, potem do mnie zadzwoniła. Będę miał dla ciebie propozycję, wrzuć swój adres na mą skrzynkę. Pozdrawiam ciebie i dziewczyny. Dalej nie ma

męskiego komentarza...

Fakt, pisałeś, że nawet nie próbowała wtopić się w to towarzystwo i pewnie tu był główny problem. Ale wydaje mi się, że jak się facetowi podoba babka, to złość w reakcji na to, jak powiedziała, że robi to samo, co on jest dziwaczna i niezrozumiała. Żartowanie z tego czy wyśmiewanie jest chyba bardziej naturalniejsze (a przynajmniej częściej o takich reakcjach facetów słyszę - najlepszym przykładem jest chyba kościół), chociaż myślę, że typowemu facetowi raczej by się spodobało, że ma podobny stosunek do seksu i nie chce stałego związku. W każdym bądź razie jakby to była jednostkowa sytuacja - to jeszcze ok. Ale pakujesz wszystkich kierowców do jednego worka. Jeszcze jakby na koniec, jak odchodziła z pracy, zorganizowali jej jakieś pożegnanie i wtedy odważyli się powiedzieć coś w stylu - tyle razem przepracowaliśmy i zawsze byłaś wyniosła i oschła, a teraz się pokazujesz jako sympatyczna babka, aż szkoda, że odchodzisz - to też byłoby takie normalne. W końcu to częste, że tworzy się błędne wyobrażenia o tym, co ktoś o nas myśli - jak się w ogóle nie rozmawia z tą osobą.

Jasne, nie chodzi o to, by tworzyć szczegółową biografię czy studium psychologiczne, ale też żeby coś więcej można powiedzieć o bohaterce poza tym, że rzuca frazesami femistycznymi. Póki co jest carte blanche.

Swoją drogą, tak sobie myślę, że jakby mi dziewczyna powiedziała, że jest kierowniczką tira - pierwsze skojarzenie, to że jest dyspozytorką. Kierowczyni brzmi już lepiej, chociaż to neologizm. I z tego, co się orientuję, obecnie feministki odchodzą od przeróbek zawodów, jeśli wychodzi coś śmiesznego - to też nie ma przecież sensu, by się ośmieszać. W każdym bądź razie po takiej wypowiedzi na pewno nie pomyślałabym od razu , że to feministka.

No tak XXi wiek, pełne wspomaganie - ten autobus z PKS-u też wyglądał na nowiutki, ale jakimś dziwnym trafem we trzy miały problem tak pokierować, by wrócić na swój pas, bo ciągle im odbijała. A sześćdziesięciokilogramowe "chuchro" może być, jeśli facet wysoki. Poza tym wagę pewnie rzucasz po tym, co widzisz. Znam facetów bardzo chudych, takie szkapiny wręcz, ale i bardzo silnych. Kobiety mają inną budowę - jak są chude to i słabe. Koleżanka czasem jeżdżi furgonetką swojego faceta ze wspomaganiem i ma problem z jazdą, a szczególnie zimą - mogę to porównać, bo często z nią jeżdżę. A jej "codzienne" małe auto jest bez wspomagania - przy parkowaniu trochę się namęczy kręcąc kierownicą, ale i tak w ogólnym rozrachunku woli jeżdżić małym. A nie jest słabinką, grywa czasem w squasha, więc mięśnie ramion nie są zwiotczałe;-)

Ostatnia uwaga była oczywiście bardzo ogólna - po prostu często się spotykam z takim stwierdzeniem. 

U ciebie jest to opisane inaczej, oryginalnie - ale jakbym ja miała mieć takie życie po raju, to bym się nie zastanawiała, czy żałuję, czy nie, bo odpowiedź jest jednoznaczna;-) Nie widzę powodu, dla którego miałaby nie żałować. Za to gdybyś napisał, że widząc zakrwawionego Adama przynoszącego jej gazelę odczuwa radość i dumę, i sama ma ochotę od razu się na niego rzucić - wtedy też nie byłoby zastanawiania się, ale z odwrotnej przyczyny;-)

Pozdrawiam

Istotne jest to, że pod wpływem idei, wyświechtanych czy nie, feministycznych - podjęła trud/ryzyko/wyzwanie/próbę kierowania tirem. Czy idee były słuszne? Jej się wtedy takie wydawały. Nie lubiła zbytnio swoich kolegów po fachu - traktowała ich stereotypowo/negatywnie. Reszta jest do dopowiedzenia, jeśli ktoś potrzebuje takich informacji. Ja uznałem że są nieistotne, bo idąc tym tropem musiałbym w końcu analizowac również życie prababki Kazimiery, bo przecież  zachowania bohaterki mogą być w pewnien sposób uwarunkowane przeżyciami odległych pokoleń.To Kazimiera (nie ja) pakuje kierowców do jednego worka i ma takie prawo.

Forma jej odejścia z pracy nie ma wpływu na istotę opowiadania. Można o bohaterce powiedizeć znacznie więcej, trzeba tylko zdjąć filtr "feministycznych frazesów". Kazdy, na podstawie jej zachowań i tekstów (niedotyczących doktryn) może poznać ją w nieco inny sposób. Widzę tę kwestię zupełnie inaczej niż Ty.

Zgodzę sie, że "kierowczyni" brzmiałoby lepiej! Mój błąd.

Co do autobusu to nie podejmuję dalszych prób wyprowadzenia Cię z błędu, uważam, że sie mylisz. Argumenty podałem w poprzednim poście.Jeśli nie przekonuje Cie, że kobiety zawodowo prowadzą autobusy, a widzisz bezsporny argument w sytuacji, gdy jakies przypadkowe babki, które być może w ogóle w życiu nawet malucha nie prowadziły,  nie są w stanie ( we trzy jednoczesnie - czemu tu się dziwić?) opanować kierownicy pod którą leży nieprzytomny facet - to wybacz - inny poziom abstrakcji.

Niektórzy kierowcy tirów są chudzi, niscy i drobni - upierasz się przy swoim - masz prawo, skoro rzeczywiście wierzysz w to, co piszesz. Dla mnie ten Twoj argument jest bardziej niż naciągany :)

Dobrze, że choć ostatnia uwaga była ogólna.

Pozdrawiam!

Sorry, taki mamy klimat.

Będę, nieco samobójczo, szczery i przyznam, że tylko dwa fragmenty naprawdę przyciągnęły moją uwagę. Wstęp i zakończenie.  

Sethraelu, zapamiętaj, że wołacze wydzielamy przecinkami.

AdamieKB, tak jest!

Sorry, taki mamy klimat.

Sethrael - ja się tego domyślam, że pod wpływem idei, ale tego w tekście jednak zabrakło. A może po prostu lubiła prowadzić, dalekie podróże, samotność? Bo już niżej Kazimiera wyjaśnia, czemu nie chciała wyjść za mąż - i nie musiała się cofać do prababki, by to wyjaśnić. Przy wyborze zawodu tego zabrakło. I wiem, że kobieta może prowadzić tira, ale jednak jeśli wprowadza się w opowiadaniu coś niezwykłego, to wypada to wyjaśnić - nawet jednym krótkim zdaniem, ale jednak.

Jeśli chciałeś stworzyć jakąś "everywoman" bez cech charakterystycznych poza dodatkami feministycznymi, które miały wzmocnić wymowę późniejszej zmiany, to ok. Ale jeśli to miała być żywa, pełna bohaterka, to niestety, nie udało się, bo nic o niej nie wiadomo.

Pozdrawiam

 

Muszę jednak bronić autora (mimo, że jest mężczyzną;)) - uwzięłam się i znalazłam:

Szczególnie od czasu gdy wkręciłam się, lekko popchnięta w tym kierunku przez niego, w tryby zgłębiania wiedzy na temat doktryn i idei feministycznych. Te z kolei, po jakimś czasie, podsunęły mi genialny pomysł udowodnienia sobie i światu, że kobieta, wbrew obiegowej samczej opinii, może bez problemu wykonywać tak zwany typowo męski zawód, czyli na przykład siedzieć za kierownicą tira.

Pamiętałam, że coś takiego musi to być, bo podczas czytania tekstu z tego powodu przypomniałam sobie, że w przeszłości z podobnych przyczyn rozważałam karierę w straży pożarnej :).

Pozdrawiam

Przeczytałam. Wrażenia napiszę później, w wątku zbiorczym z wynikami. Dzięki za udział w konkursie! ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeczytałem --- w sumie sympatyczny tekst. Jak dla mnie niestety, co jest wyłącznie kwestią gustu, prolog, środek i epilog --- mimo że tematycznie jak najbardziej spójne --- leżą zbyt daleko od siebie.

pozdrawiam

I po co to było?

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Sorry, taki mamy klimat.

Mnie jakoś tekst nie ruszył. Jest oczywiście sensownie napisany i czyta się go lekko, bez zgrzytów. Po prosu nie przemawia do mnie konstrukcja. Mamy tutaj taką trochę moralizatorską bajkę, w której kierująca tirem feministka zmienia się w szczęśliwą, zakochaną "matkę polskę", a potem - na samym końcu - wrzuca się jakby na siłę wątek sf i wyjaśnia wszystko tajemniczą szczepionką. To nie dla mnie, zdecydowanie nie dla mnie.

Moralizatorska bajka - dobre! :) Dzięki za czas poświęcony na lekturę oraz komentarz.

Sorry, taki mamy klimat.

Fajne :)

Przynoszę radość

Opowiadanie doczekało się druku.

Chciałam napisać, że "fajnie", ale zamienię to na "cieszę się" :)

Przynoszę radość

Anet, czy pisałem, że Twoje komentarze urzekają? Mnie na przykład już od rana, jak widać ;) Dzień dobry, Ryszardzie! Nie ma to jak zobaczyć migającą gwiazdkę przy własnym tekście sprzed roku! ;) Od razu poranek lepszym się jawi.

Sorry, taki mamy klimat.

Nie wiem, ale ja ciągle lubię tego słuchać ;) Do "starszych" tekstów niestety trudniej dotrzeć.

Przynoszę radość

Dopiero teraz przeczytałem – bardzo fajne i ciekawe.

Nie ma to jak nowy komentarz (i to pozytywny!) pod tekstem opublikowanym ponad rok temu. Wyjątkowo miłe uczucie. Dzięki!

Sorry, taki mamy klimat.

No tak, żartobliwa drwina, kontrast na zasadzie zamiany ról a potem oczywiste rżnięcie Seksmisji w co tam Adam Ewę a Kazimiera Dawida… Trochę nuda. Nie ma demonów, nie sika krew, flaki – no flaki są, bo coś tam upolował, ale kto nie lubi zjeść flaków przed piciem wódki? I tylko geja szkoda, bo tak po macoszemu go zamarzłeś, że niby alkoholik, może jeszcze nieszczęśliwy? Ale rozumiem, rozumiem, jak autorem jest facet, to gej musi zamarznąć i już! Poważnie…?

Finał zdecydowanie mi się nie podoba, mimo inteligentnej przewrotności. Godzi w me patriarchalne łubido, kołek ci w ucho i ogólnie młotkiem po paluchach. A tak poważnie, to szczepionka… Tak ograny chwyt fabularny, że ściska, skręca i wykręca. Machulski powinien cię pozwać za plagiat.

Oczywiście napisałem to tylko po to, by cię podkurwić i żeby żyłkę na skroni uruchomić. Musisz mieć z rana lepszy przepływ krwi, to się rozbudzisz. A naści, twojego własnego lekarstwa ;) Bardzo mi się opowiadanie spodobało, przewrotne, niegłupie. W dodatku czyta się lekko, uśmiecha często… Nie podejrzewałem, że jednak masz oleju trochę w głowie (krąży krew? :D) – no dobrze, podejrzewałem, bo przecież potrafisz ze mną podyskutować, więc przestrzeń między uszami nie może być pusta :) Nic, tylko pozazdrościć ujęcia tematu płci w tak zgrabne opowiadanie.

Od zarania dziejów rysuje się konflikt, który po zmierzch czasu najpewniej potrwa. Ponure w sumie. I śmieszne :)

Se pacnę, a co se mam nie pacnąć, jakąś gałkę z oceną, znaj moją dobroć ;)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rybosławie, zawał był tuż tuż, wylew potężny i nagły prawie uderzył w skroń z siłą wszystkich wodospadów, mącących na co dzień spokojny nurt Czarnej Hańczy, mroczki z nadmiaru emocji jęły pełzać po gałkach ocznych, świat okrutny przesłaniając mgłą ruchomą, gdy lekturę Twojej wypowiedzi zacząłem. I wcale nie domyśliłem się, że Ty właśnie moją prywatną broń we mnie skierujesz, że potraktujesz mię jako i ja Ochę kiedyś potraktowałem żartem okrutnym, lecz celnym jakże; to byłoby przecież nie w Twoim stylu. Wspomnienie o braku demonów i flaków również nie skierowało mych myśli ku cieniom analiz, dzięki którym mógłbym żart z Twej strony podejrzewać. Brnąłem więc otulony narastającym lękiem, przygniatany poczuciem beznadziei, które zrodziła Twa miażdżąca moje dzieło, a przez to – nie ukrywajmy – i mnie, krytyka. Nie doczytałem więc Twojego komentarza, gdyż zdrowie jest wartością nadrzędną, a już moje szczególnie, jeszcze szczególniej dla mnie. Domyślam się jedynie, iż dalsza część Twojej krytyki jest jeszcze ostrzejsza, lecz nie pozwolę Ci mnie zabić. O nie! Jedno tylko spokoju mi nie daje: otóż, przez pomyłkę zapewne, ocenę najwyższą opowiadaniu wystawiłeś, prawda? Nadmienić pragnę, iż za ten błąd i tak wdzięczny jestem. Dzięki temu patrzeć na świat jest mi nieco lżej, wiem bowiem, że nawet taki okrutnik jak Ty, czasem niechcący coś dobrego zrobić może!

;)

Sorry, taki mamy klimat.

No, jeśli Mroczki latały ci przed oczami, to natychmiast przestań oglądać ten serial, bo ich widok normalnemu facetowi szkodzi gorzej niż cios wymierzony w krocze. Jest to jedyne twoje usprawiedliwienie, że dałeś się przygnieść, podeptać, a nawet nieco stłamsić, gdyż inaczej posądziłbym cię o haniebne zniewieścienie, które objawia się tzw. "czajniczkiem" i dupowatością ogólną, a czasem i rozmemłaniem rozlazłym. W garść się weź, bo jeszcze mi się zachce ocenę zmienić! :)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie drwij z moich idoli: mistrzów aktorstwa, artystów pełną gębą, Ty nieczuły draniu! :)

Sorry, taki mamy klimat.

I tancerzy, tancerzy nad tancerze…! Tfu! :)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O, widzę, że Alex przeczytała tekst. Szkoda, że komentarza nie dała, ale za ocenę i tak dzięki.

 

Rybosławie, właśnie sprawdziłem – rzeczywiście moi idole brali udział w telewizyjnych potańcówkach… jak mogłem to przegapić? <wali głową w pustą przestrzeń> W życiu sobie tego nie wybaczę! Dobrze, że choć Ty trzymasz rękę na pulsie, to teraz, uzbrojony w wiedzę, obejrzę powtórki na YT i nadrobię straty! ;)

A zmieniając temat – zerkniesz może tutaj ( http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/9328 ), jak będziesz miał chwilkę? Jestem ciekaw Twojej opinii, a tekst krótki.

Sorry, taki mamy klimat.

zniewieścienie, które objawia się tzw. "czajniczkiem" i dupowatością ogólną, a czasem i rozmemłaniem rozlazłym.

 

Hę?

Jesteś kobietą. Nie zrozumiesz.*

 

*:) A jakiej odpowiedzi się spodziewałaś pod "Wojną Puci"? :D

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Na Czarnej Hańczy  nie ma wodospadów! :)

Ocho, a co to za rozmemłana odpowiedź? :D Za powyższy tekst Rybosław powinien zostać przybity przez Ciebie do wiecznie gorejącego krzyża feminizmu. O!

Sorry, taki mamy klimat.

Jak rany, mam za szybkie palce. I głupią manię, że gdy nominuję do biblioteki albo wstawiam ocenę, to zapomnę najpierw zatwierdzić komentarz nim popędzę z na górę klikać.

I dziwię się, czemu mi się tu na żółto światełko nie zapala.

Seth – bardzo mi się podobało. Opowiadanie dokładnie pamiętam po nastu miesiącach od przeczytania. Podobała mi się bohaterka, tylko wybór zawodu na "męski" tylko po to, żeby udowodnić światu, że można, jakoś mi nie pasował – taka twarda babka powinna robić coś bo lubi i ma gdzieś to, co inni sądzą na ten temat.

Pozdrawiam.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Sadysthraelu, z tą Czarną Hańczą to jakiś szyfr, zrozumiały tylko dla kobiałek. One mają te swoje emocjonalne tiki, triki i porozumiewawcze wzdychy. Wiesz, Jedna coś mówi, a inne: "Oooooch…" – to podobno znaczy, że rozumieją i współczują, a w dodatku wiedzą jak jest jej ciężko, więc solidaryzują się. Dasz wiarę?

Gorejący krzyż feminizmu, niezłe niezłe…. Myślałem, że zechcesz mnie wsadzić na polany łatwopalną cieczą stos sufrażystek… ;)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wiesz, Rybko, sezon grillowy blisko, więc lepiej unikaj tematu zaganiania kobiet do kuchni;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

A one w ogóle z niej wyszły? O, to lipa, reklamację do kowala na łańcuch składać! :D

 

Wojna? Wojna? :)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja się biję tylko w kisielu.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki, Alex, miło mi bardziej niż niezwykle ;) Tak jakoś sobie myślałem, że owa twardość bohaterki mogła właśnie objawiać się w trwaniu w przyjętej dzięki podszeptom ideałów misji. Teoretycznie takie zachowanie może świadczyć zarówno o sile, ale również o jej braku, zależy jak na to spojrzeć. Tak? Nie? Cholera wie? Hmm, no to tego… Chciałbym wiedzieć jedno: dlaczego Ocha mnie nie broni? Oo I gdzie te walki w kisielu?

Sorry, taki mamy klimat.

Walk na razie nie ma, bo wszyscy cykorzą. Poza tym łańcuch nieco mnie ogranicza. Chlip

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Alex, owiń mu łańcuch dookoła szyi i łupnij kajdanami w głowę!

Sethraelu, przepraszam, że tak offtopuję. Czytałam tekst bardzo dawno temu, kiedy wydawało mi się, że nie ma co komentować starych opowiadań, bo już nikt o nich nie pamięta. Podobał mi się. :-)

Babska logika rządzi!

Alex, no to dawaj, na gołe klaty w kisielu… ;) Finkla, jak możesz ją tak podburzać przeciw naturalnemu porządkowi rzeczy, ty szowinistyczna kobieca świ… Akhem, feministko ;)

 

A to nie jest czasem tak, Sethraelu, że kobieta tiró… tirownica, po prostu na zasadzie kontrastu płci z zajęciem do niedawna typowo samczym – po prostu pasowała ci do podkreślenia jej niezależności, którą potem tak łacno przehandlowała za spermę o smaku truskawek?

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Od razu podburzać. Tylko zachęcam, żeby rozsądnie wykorzystywała swoje naturalne, kobiece atrybuty. ;-p

Babska logika rządzi!

Jej, zgadnij o czym pomyślałem ;)

Knockout.

Seria uderzeń w podbródek lewą piersią, wykończona silnym hakiem z prawego cy… z prawej piersi, kształtnej, jędrnej :)

Zmyłki, uskoki, zmiany kierunku – genialna praca nóg, odwracające uwagę kołysanie się bioder ;)

 

Tak, kobiety to naturalne maszyny do zabijania… ;)

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ty się Psycho nie śmiej – raz poprosiłam męża o asekurację przy ćwiczeniach, a nie dość dokładnie wytłumaczyłam, jak będzie wyglądać ewolucja. No i dostał biedak łydką w szczękę z półobrotu. Cały wieczór się do mnie nie odzywał.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Podziwiam faceta, musi bardzo cię kochać – tak ładnie przemilczał :) Ale faktycznie… Prawdziwa wojna płci :)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Sethraelu, no przecież nie będę dublować obrony! :) Zdaje się już te argumenty były przerabiane z Piwak, nie?

Finklo! Zgroza i zgrzytanie trzonowców! Jak mogłaś w komentarzach pod opowiadaniem napisać coś o tekście?! Ładnie to tak offtop zaśmiecać? No, ładnie? Otóż, moja droga, bardzo, ale to bardzo ładnie! Dzięki ;)

Tak, Rybosławie, przemilczał, bo…

Alex, może mąż po prostu nie był w stanie się odezwać? Niektórzy tak mają z okazji złamanej szczęki i relokacji zębów na podłogę. Tak słyszałem oczywiście, bo ja to z nikim nie przegrałem nigdy <bierze testosteronowy wdech by dzielniej przemilczeć, że trudno przegrać, nie podejmując walki> :) Ps. Co Ty ćwiczysz? Trochę bać się zaczynam, nie powiem, że nie… Oo <wydech>

Ocho, no właśnie były przerabiane, więc liczyłem na to, że skoro znasz już wszystkie chwyty i wiesz, jak odeprzeć taki atak, to wystąpisz z inicjatywą. Ale nie, skądże! Oczywiście jak trzeba mi Twojej pomocy, to musisz być offline, w kuchni pewnie, połączona z kaloryferem silną, metalową więzią. :D

 

Sorry, taki mamy klimat.

Przepraszam, to się więcej nie powtórzy. Pod tym tekstem. ;-)

Babska logika rządzi!

Kurczę, cieszę się, bo wygląda na to, że czytało to więcej osób niż mi się wcześniej wydawało. I dlaczego ma się nie powtórzyć? Jeśli np. jeszcze raz napiszesz, że Ci się podobało, to wcale się nie obrażę ;) No dobra może trochę, by pokazać, że niby taki skromny jestem i nie lubię pochwał. Po chwili jednak Rybosław i tak zarzuci jakiś offtop i popłyniemy dalej nurtem nieokiełznanego słowotoku, ahoj. :)

Sorry, taki mamy klimat.

Jeszcze kilka osób mogło przeczytać w książce…

Babska logika rządzi!

No niby tak, ale nie sposób dowiedzieć się, ilu ludzi czytało wydrukowaną wersję. Choroba, jakoś nikt nie przysyła listów z prośbami o więcej mojej doskonałej prozy. Dziwne. Choć z drugiej strony nie znają przecież adresu do korespondencji; tak, to zapewne stąd ta pocztowa cisza, o! ;)

Sądziłem, że jak ktoś tu ów tekst przeczytał, to i komentarz zostawił. Co prawda w przypadku tego opowiadania Koleżanka Piwak nadrobiła za kilka osób, więc i tak nie mogłem narzekać :)

Sorry, taki mamy klimat.

Seth, przy okazji biblioteki, uświadomiłam sobie, że skomentowałam jakieś 10% tekstów, które czytałam i mi się podobały. Oraz jakiś 1 % tych które mi się nie podobały. Jednym słowem – wychodzę na świnkę. Leniwą na dodatek:)

Mężowi zęby nie wypadły – jest twardszy niż Kazimiera. Choć nie tak jak Ty, oczywiście.

A jeśli chodzi o ćwiczenia --próbowałam zrobić coś takiego

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Te kaloryfery to teraz takie, że trudno do nich coś solidnie przymocować. 

 

Zajęta byłam, no! I powiem jedno – jeśli ogląda się przedstawienie, przygotowane przez dzieci dla rodziców, i nie występuje w nim twoje dziecko, to to wcale nie jest urocze. Dwie godziny oglądania bandy nieumiejących śpiewać i tańczyć dzieciaków jest totalnie, ale to totalnie odmóżdżające! 

I nudne. I wcale nie słodkie.

…Alex, a niech mnie… :)

Ocha, ty typowa matko swoich dzieci! :)

Sethraelu – nie wywołuj offtopu z Ryby, bo cię tak pokarze… ;P Wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie odnośnie tekstu i zawodu bohaterki ;)

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O w mordę, Alex, zadziwiasz mnie. Gdzie ćwiczy się takie figury? W domu masz rurę? Siłę musisz mieć niesamowitą, zatem… ehm, wiesz, jeśli kiedykolwiek coś tam nie tak napisałem, to tego… przypadkiem i nieświadomie było!

 

Ocho, ja też zauważyłem, że dzieci dzielą się na genialne i cudze :D

 

Rybosławie, ja tam lubię Twoje offtopowanie, a tu i tak jakoś marnie się udzielasz <smutny>. Pewnie dlatego, że Finkla zamilkła z nieznanych przyczyn :( A odpowiadając na pytanie: jej zajęcie musiało być takie, żeby to co robi, postrzegane było jako radykalne. Jej "twardość" była w tym wypadku czymś naturalnym, chyba. Poza tym, w którymś tam wątku, kilka wczesnych opowiadań konkursowych doczekało się mniej więcej takiego podsumowania przez Jose: kolejna bohaterka będąca stereotypową blondyną. Postanowiłem zatem odwrócić stereotypy ;)

 

Sorry, taki mamy klimat.

Oj tam, oj tam. Od razu zamilkła. Widać nie miałam nic błyskotliwego do dodania. Hmmm, chyba niewiele się zmieniło…

Babska logika rządzi!

No to może – kawy? :)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

@ Seth – mam rurę na środku salonu – więc wystrój domu cokolwiek oryginalny. Jak mieszkałam we Wrocławiu trenowałam w klubie… sportowym oczywiście. Pożyteczne zajęcie. Świetnie dzięki niemu odkręcam słoiki. Tylko niektóre kroje sukienek odpadają bo mi za bardzo kaptur wystaje:)

O, a jak się jedna pani ze Świadków Jehowy zdziwiła, gdy zapukała do drzwi w czasie mojego treningu, a ja pobiegłam otworzyć, bo myślałam, że to kominiarz…

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Kominiarz?

Akhem…

Do rury? :D

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Do pieca. Gazowego.

Dobrze, że nie listonosz chociaż, nie?

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Albo mleczarz.

Chociaż listonosz podobno lepszy – zawsze puka dwa razy ;)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Finklo, rozgość się, ciastka czekają, ale najpierw może coś na rozgrzewkę, np. … ?

 

Alex, sportowym, powiadasz? ;) Ja też się kiedyś zastanawiałem nad wieloma sportami, wybierałem, przebierałem i okazało się, że to jednak planowanie zajęć podczas picia piwa najlepiej mi swojego  czasu wychodziło. Poza tym, no właśnie, lubię sport, ale żeby nie móc kiecki potem włożyć? Oo Chyba za duże wyrzeczenie :D

 

Rybosławie, w najnowszym wątku w Hyde Parku wspomniałeś o organizacji, której pierwsze litery poszczególnych wyrazów tworzą ciekawe zestawienie. Patrzyłeś może pod tym kątem na pierwotną nazwę Ligi z "Wojny Puci"? ;) 

Sorry, taki mamy klimat.

Absolutnie tak :)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

:D

Sorry, taki mamy klimat.

Przeczytałam. :-) Opowiadanie świetne, cieszę się, że zostało wydrukowane, gratulacje. Wrażliwość, spostrzegawczość, dbałość o detale tak duża, że mam dwa wnioski– autor jest gejem lub kobietą :-))) i w obu przypadkach jest to jak najbardziej komplement. Powinieneś się drukować, przyjacielu,serio.  Tekst przewrotny, nie dający jednoznacznych odpowiedzi, tak jak lubię. Ps. Opis makijażu rozłożył mnie na łopatki :-))) Mój chłopak wie, że bez błyszczyka nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji i odczuwam lekki niepokój, gdy nie mam go przy sobie, ale podkład dobrany do koloru cery??? Sethrael, znowu mi szczęka opadła :-). Pozdrawiam.

Hi hi, z szufladki okultystycznej wpadłem teraz do – łagodnie mówiąc – niemęskiej. ;) To jest dyskryminacja! Że co, że niby standardowy facet nie może być wrażliwy, spostrzegawczy i zwracać uwagi na szczegóły, z których, jak by nie patrzeć, składa się rzeczywistość, hę?! Jak możesz tak mnie ranić?! :) Okrutnaś, oj i to bardzo! :D

No cholera jasna, muszę Cie rozczarować – ani ze mnie gej, ani kobieta; stety albo i niestety jestem standardowy, nawet żonaty i dzieciaty. Z drugiej strony jak się z tą samą babą jest związanym – właśnie obliczyłem – już osiemnaście lat, to nie ma szans, żeby nie wgłębić się choć trochę w kobiecą naturę i uwrażliwić na potrzeby drugiej płci. I uwrażliwić w ogóle, bo chyba w tym kierunku związki powinny rozwijać ludzi.

Cieszę się, że tekst Ci się spodobał, fajnie, że udało się znów zaskoczyć; przepraszam, że ponownie wyskoczyłem z szufladki ;)

Sorry, taki mamy klimat.

W takim razie stanowisz gatunek nieistniejący– mężczyznę idealnego :-) Zastanawia mnie dlaczego tak mało publikujesz na portalu w ostatnim czasie, czyżbyśmy już coś wydał w druku? Chętnie kupię :-) 

Mów do mnie jeszcze, Saro; takich wyroków każdy chciałby słuchać! ;)

Publikuję zaś mało, a nawet nic, bo nie mam tyle czasu na pisanie, ile chciałbym mieć. Jeśli kiedykolwiek dokończę choć jeden z dwóch rozgrzebanych duuużych projektów i – dream mode ON – ktoś to wyda, z pewnością Ci się pochwalę.

Sorry, taki mamy klimat.

Przez opowiadanie płynie się niczym na zawodach kraulem. ;) Szybko i do mety. Bardzo wciągający tekst i poruszający taką kwestię, że aż dziw, że wyszedł spod męskiego pióra. Główna bohaterka też bardzo dobrze nakreślona. A prolog i epilog sprawiają, że opowiadanie nabiera dodatkowych znaczeń. Naprawdę świetny tekst.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Oj, Morgiano, uśmiech nie schodzi mi z buźki po lekturze Twojego komentarza.  Właśnie sprawiłaś, że dzień stał się o wiele lepszy. Dziękuję pięknie!

Sorry, taki mamy klimat.

To się cieszę, bo poniedziałek zazwyczaj nie zachęca do uśmiechu. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka