- Opowiadanie: ocha - Pierwsza żona

Pierwsza żona

Dalsze losy bohaterów - chociaż w nieco zmienionym na ich i moje potrzeby świecie - opisałam w "Osadzie".

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pierwsza żona

Rudy mężczyzna o twarzy pokrytej tatuażami w roślinne motywy pochylił się, by z uwagą obejrzeć oblicze śpiącej kobiety. Jej czarne, długie włosy leżały rozsypane w nieładzie na drukowanej w żółte różyczki poduszce. Pełne, lekko rozchylone usta drżały odrobinę. Oddychała może nieco zbyt ciężko, ale równo i spokojnie. Wierzchem dłoni dotknął jej bladego policzka – skóra była ciepła, gładka i delikatna. Wyglądała pięknie, ale mężczyzna nie dawał się zwieść pozorom. Wyczuł zapach śmierci i ogarnęła go ekscytacja, jak zawsze wówczas, gdy wiedział, że czeka go trudna walka. Walka, której rezultatu nie potrafił przewidzieć.

– I co, doktorze?

Rudzielec wyprostował się, opanowawszy podniecenie, i popatrzył na stojącego po drugiej stronie łóżka mężczyznę.

– Nie wiem. Zrobię, co mogę, mam nadzieję, że uda mi się przywrócić siły twojej żonie. Ale… no cóż, jej stan wydaje się być naprawdę ciężki, a najgorsze jest to, że nie wiem, co jest jego przyczyną. Zrobię, co mogę – powtórzył. Ugryzł się w język w ostatniej chwili, bo rozpacz malująca się na twarzy tamtego omal nie wyrwała z gardła niepotrzebnych obietnic.

Nieszczęsny mąż potężną dłonią przeczesał gęste, ciemne włosy, czarne oczy wyraźnie się zaszkliły. Pokiwał głową i powiedział:

– Tak… To stało się tak nagle. Jeszcze trzy dni temu tańczyła… na naszym weselu.

– Jak to się zaczęło?

Gospodarz wzruszył ramionami.

– Przygotowywała się w swoim pokoju do nocy poślubnej. – Uśmiechnął się blado. – Usłyszałem krzyki. Zachowywała się, jakby zupełnie oszalała, uderzała w ścianę, jakby próbowała przedrzeć się na drugą stronę. A jej oczy… jej oczy… Wyglądała jakby w jednej chwili straciła rozum. Próbowałem ją uspokoić, przytrzymać… Nigdy byś nie przypuszczał, że ma tyle siły. – Palcem wskazał na długie, głębokie zadrapania biegnące wzdłuż prawego policzka. – Nagle po prostu zamknęła oczy i osunęła się bez przytomności na ziemię. I od tej pory tak leży. Budzi się kilka razy dziennie, tylko po to, żeby pokrzyczeć, i znowu zasypia.

– Co krzyczy? – zapytał lekarz.

Ciemnowłosy mężczyzna w zamyśleniu przypatrywał się żonie.

– Chodźmy – odezwał się i gwałtownym ruchem pociągnął doktora za rękę. – Musimy porozmawiać. Ale nie tutaj.

 

***

 

Siedzieli przy stole w przestronnej, surowo urządzonej kuchni. Doktor zdążył już do połowy opróżnić stojącą przed nim szklankę z winem, a jego towarzysz wciąż milczał. Medyk poczuł, że robi mu się duszno, tęsknym okiem zerknął na szczelnie zamknięte okno i rozluźnił stójkę prostej, żołnierskiej kurtki.

– I? – zagaił w końcu, lekko zirytowany.

Gospodarz spojrzał na niego przekrwionymi oczami.

– Mówiłeś, doktorze, że nie wiesz, co spowodowało chorobę mojej żony. W tym mogę ci pomóc. – Zamilkł znowu, ponownie popadając w otępienie.

– Tak? – ponaglił delikatnie lekarz, z trudem powstrzymując zniecierpliwienie.

Mężczyzna drgnął.

– Moja pierwsza żona. Była żona.

Doktor siedział lekko pochylony do przodu, czekając na dalszy ciąg. Gospodarz postanowił jednak najwyraźniej ponownie zaniemówić.

– Gdzie ona jest?

W oczach mężczyzny pojawił się lęk. Machnął ręką w stronę okna.

– Tam, na cmentarzu. Pochowaliśmy ją dwa miesiące temu.

Doktor tkwił chwilę w pochylonej pozycji, zastanawiając się, czy dobrze usłyszał, czy jego rozmówca zwariował, czy też może z niego żartuje.

– Czyli… nie żyje, tak? – Pytanie było absurdalne, ale poczuł nagłą potrzebę dokładnego ustalenia faktów.

Tamten skinął głową i zaczął w końcu mówić:

– Moja żona… Tarkia – wskazał dłonią w kierunku pokoju, w którym leżała chora kobieta – krzyczała wtedy jej imię – Liwia. Błagała o litość. Była przerażona, oszalała ze strachu, rozumiesz? – Uniósł się nieco, szybko jednak opadł z powrotem na krzesło. – A teraz, gdy się budzi, oczy ma szeroko otwarte ze strachu i znowu krzyczy: Liwia, Liwia!

Najwyraźniej wczuł się w rolę, bo wytrzeszczył oczy i zaczął krzyczeć, pohukując i machając rękami.

Lekarz wpatrywał się w niego tępo, czując w głowie coraz większy ucisk. Gospodarz musiał to zauważyć, bo nagle stracił animusz i opuścił dłonie.

– Nie wierzysz mi, poruczniku – stwierdził zrezygnowany. – Ale my tu wierzymy w takie rzeczy. Widzisz, ożeniłem się z Tarkią sześć tygodni po śmierci Liwii, ale moje poprzednie małżeństwo tak naprawdę od dawna było martwe. Byłem dla niej dobrym mężem, przynajmniej taką mam nadzieję. Szanowałem ją, nie krzywdziłem. Ale to Tarkię kochałem od dawna i z całego serca. Ludzie nam wybaczyli ten pospieszny ślub, wiedzieli, jak się mają sprawy. Pewnie nie wszyscy, ale cóż nas to wtedy obchodziło? Może niepotrzebnie tak jawnie się cieszyliśmy, może Tarkia nie powinna tańczyć tak radośnie. Ale ona przecież jest jeszcze młoda! Liwię musiało to zaboleć, dlatego teraz się mści. Z zawiści.

Lekarz z trudem oderwał od niego wzrok – mężczyzna najwyraźniej wierzył w to, co mówił. Zniechęcony dopił wino, wstał, ruszył w kierunku drzwi. W progu odwrócił się jeszcze i powiedział:

– Nie znam się na czarach i duchach. Jestem lekarzem. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby uratować twoją żonę. Ale, błagam, nie stosuj kadzideł, zaklęć, włosów z brody skrzata, wywaru z serc wampirów czy krwi niemowlaków. A przynajmniej nie bez porozumienia ze mną. Zwłaszcza to ostatnie.

 

***

 

Doktor wszedł do przydzielonego mu pokoju, zamknął za sobą drzwi, oparł się o nie plecami. Przymknął oczy. Poczuł się nagle bardzo zmęczony. Duchy, zjawy i upiory, tego mu tylko brakowało. Banda wariatów w zabitej dechami wsi.

Podszedł do torby, którą wcześniej ostrożnie umieścił pod ławą. Wyjął z niej gruby, gęsto zapisany zeszyt, zaczął go pospiesznie, nerwowo kartkować. Warknął cicho, niezadowolony cisnął nim o krzesło. Ponownie sięgnął do torby, aby delikatnie, powoli powyciągać z niej niezliczoną ilość fiolek, pudełeczek, woreczków. Ustawił je w równych rządkach na stole, chwilę przypatrywał się im zamyślony. Westchnął głośno. Zdjął kurtkę, odwiesił ją na oparcie krzesła. Z lekkim ukłuciem żalu stwierdził, że wyhaftowane na niej srebrną nitką oficerskie dystynkcje zdążyły już stracić nieco blasku. Koszulę ściągał pośpiesznie, rozpinając guziki niecierpliwymi palcami. Jego ciało, podobnie jak twarz, pokryte było tatuażami, zapisane starannym, drobnym pismem, ozdobione misternymi rycinami. Lekarz w skupieniu wodził palcami po skórze na piersi, żebrach, brzuchu. Podszedł do stojącego w kącie lustra, odwrócił się do niego plecami i ze zmarszczonymi brwiami studiował odbicie. Skrzywił się nieco na widok szczupłego, bladego, pokrytego piegami ciała. W końcu podniósł prawą rękę, wbił wzrok w przedramię, najwyraźniej wreszcie czymś zainteresowany. Po krótkiej chwili uniósł głowę, doskoczył do stołu, wlał zawartość dwóch fiolek do pustej szklanki, starannie odmierzając proporcje, dodał jeszcze szczyptę proszku ze skórzanego woreczka, wymieszał. Ubrał się szybko, przelał miksturę do małej buteleczki, zakorkował ją, włożył do kieszeni i wyszedł.

 

***

 

Przy łóżku Tarkii siedziała dziewczyna. Odwróciła się w stronę wchodzącego mężczyzny i uśmiechnęła delikatnie.

– Witaj, poruczniku – szepnęła, odgarniając z czoła pasmo długich, jasnych włosów.

Lekarz odwzajemnił uśmiech:

– Widzę, że wiadomości rozchodzą się tu szybko.

Nie odpowiedziała. Tkwiła na krześle, z lekko nieobecnym wyrazem twarzy, zadumana.

Kerk patrzył na nią przez chwilę, ale nie doczekawszy się więcej żadnej reakcji, wyjął z kieszeni buteleczkę, przytknął ją do ust nieprzytomnej kobiety i wlał w nie połowę zawartości. Przytrzymał jej szczękę aż do momentu, w którym był pewien, że kobieta przełknęła lekarstwo. Jasnowłosa dziewczyna obserwowała go z ciekawością.

– Co to? – zapytała w końcu, a pionowa zmarszczka między brwiami pogłębiła się jeszcze bardziej.

– Lekarstwo. Powinno ją wzmocnić.

– Ziółka… – Młoda blondynka pokiwała głową i uśmiechnęła się nieco szerzej. – No dobrze.

W jej zachowaniu było coś nienaturalnego, dziwnie ulotnego, ale doktorowi spodobała się od razu.

– Jesteś jej przyjaciółką? Krewną?

Zastanowiła się chwilę i potrząsnęła głową.

– Nie. Raczej powinowatą. Jednak mogę chyba powiedzieć, że należymy teraz do rodziny. A ty, jesteś w końcu żołnierzem czy lekarzem?

– Jednym i drugim. Porucznik Kerk Tor. – Postarał się, żeby zabrzmiało to możliwie imponująco.

Dziewczyna ponownie pokiwała głową z poważną miną, chociaż w wielkich, niebieskich oczach zabłysły iskierki rozbawienia. Mężczyzna zmieszał się i zapytał nieco zaczepnym tonem:

– A ty jak się nazywasz?

– Możesz mówić do mnie po prostu Liwia. Chociaż nie lubię tego imienia. – Skrzywiła się uroczo. – Jest takie miękkie i delikatne. Pasowało do mnie jeszcze kilka miesięcy temu. Ale od tamtej pory tyle się wydarzyło… – Łagodnym wzrokiem popatrzyła na nieprzytomną Tarkię.

Porucznik Tor poczuł mimowolny skurcz w sercu. Liwia… Czyż nie tak…?

– Tak miała na imię pierwsza żona gospodarza.

– Zgadza się. Martwa żona – dziewczyna zachichotała nerwowo. – Że też mnie to musiało się przytrafić – westchnęła cicho.

– Co?

Spojrzenie Liwii niespodziewanie stało się figlarne:

– No, jak to co? To! Widziałeś kiedyś własne ciało po śmierci? Uczestniczyłeś w swoim pogrzebie? Słuchałeś głupich plotek i śmichów-chichów na stypie? Po twoim pochówku? Mówię ci, wstrząsające doświadczenie, nikomu nie życzę.

Porucznik Tor smętnie pokiwał głową, a gdy się odezwał, jego głos przepełniony był lekko zabarwioną zniecierpliwieniem rezygnacją:

– Jesteś upiorem.

Dziewczyna zamilkła, chwilę nad czymś się zastanawiając.

– Nie. Chyba nie. Moje ciało grzecznie gnije w grobie, jak bozie nakazały. No, cholera, nie jestem pewna, przecież właściwie nie mam o tym pojęcia. Nie wiem, no po prostu nie wiem. Upiór to właściwie kto? Duch? Ciało? Wiesz, nigdy mnie to nie obchodziło, kto by przypuszczał, że taka wiedza może mi się kiedyś przydać. Siedzę tu od tygodni i zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodzi. Myślisz, że łatwo mi  uwierzyć? Ale wszystko wskazuje na to, że tak właśnie jest. Pokazałam się paru ludziom we wsi, wrzeszczeli jak opętani. Poszłam na cmentarz, moja mogiła jest świeża, ale jest. Wybacz, nie czułam się na siłach, by ją rozkopywać. Po dwóch miesiącach gnicia… – Skrzywiła się z obrzydzeniem i potrząsnęła głową. – Wiem już, że nie wszyscy mnie widzą. To znaczy, widzą mnie wtedy, kiedy chcę, by mnie widzieli. Jak to robię, nie wiem. Po prostu tak się dzieje.

Kerk bezwiednie przewrócił oczami i pokręcił głową.

– Czy mogłabyś mi w takim razie wyjaśnić, dlaczego zdecydowałaś się pokazać akurat mnie?

– Nie tylko tobie. Jej też. – Wskazała brodą na leżącą Tarkię. – Myślisz, że dlaczego tak wrzeszczy, kiedy się budzi? A teraz najzwyczajniej w świecie chciałam z kimś porozmawiać. Mój stan ma swoje dobre, nawet zabawne, strony, ale bywa też nużący. Zagadałam do mojej przyjaciółki – zemdlała. Pokazałam się szwagrowi – niemal oszalał. Wybrałam ciebie, bo wydajesz się interesujący. I nie jesteś stąd, nie znałeś mnie wcześniej. Tarkii również pokazuje się głównie dla rozrywki. Mogłabym ją przecież zadusić bez tego całego teatru.

– Aha – mruknął porucznik. – To powiedz mi jeszcze jedno. Dlaczego właściwie chcesz ją zabić? Twój mąż twierdzi, że z zawiści.

Liwia kapryśnie wydęła usta.

– Ojoj, miałam wiele wad, ale nigdy nie byłam małostkowa. Kochał Tarkię, wiedziałam o tym i nawet mu się nie dziwiłam. Przynajmniej miała… ma charakter. I dopięła swego, poślubiła go. A siebie sama miałabym dosyć. Byłam taka nijaka – powiedziała z niesmakiem. – Myślałam, że taka mam być. Miła, uśmiechnięta, posłuszna, cicha. Tak mnie nauczono i okazałam się pilną uczennicą, wszystkie pragnienia, pytania, namiętności chowając bardzo głęboko. Tak głęboko, że nawet nie wiedziałam, czy istnieją. Powiedziano mi, że tego oczekują mężczyźni; jak się okazało, oczekują jednak czegoś więcej. Czasem wydaje mi się, że właściwie nie na niej powinnam się mścić. – Zadumała się na chwilę, ale jej twarz szybko się rozjaśniła. – Ale moi rodzice przecież już nie żyją. Ten ostatni miesiąc – bywa nudno, zwłaszcza nocą, kiedy wszyscy śpią. Ja nie potrafię spać. Mimo to nigdy się tak dobrze nie bawiłam – uśmiechnęła się szeroko. – Podglądam chłopców, dziewczyny zresztą też, robię żarty wścibskim sąsiadom, chodzę, gdzie chcę, czasem kogoś postraszę.

– Więc dlaczego…?

– Ona? Po prostu muszę to zrobić i akurat tutaj powód jest prosty i bardzo typowy. Zabiła mnie. Otruła. Razem z moim kochanym mężulkiem. Och, przecież nie robiłam mu scen, gdy do niej szedł i wracał dopiero nad ranem. Musiał mnie naprawdę mieć po dziurki w nosie.

Zapadła niezręczna cisza. Kerk poczuł, jak opadają mu ramiona. Nagle zapragnął uciec, zostawić ten domu szaleńców daleko za sobą i wrócić do przytulnej stanicy. Liwia patrzyła na niego kpiącym wzrokiem, a on zupełnie nie wiedział, co powiedzieć.

Dziewczyna podniosła się z krzesła.

– Strasznie się rozgadałam, prawda? Zasługujesz chyba na mały dowód. Zdziwiłabym się, gdybyś mi wierzył, bo na twoim miejscu też wzięłabym siebie za wariatkę. A jestem po prostu trupem.

Powoli, niezgrabnie usiadła okrakiem na piersi nieprzytomnej kobiety. Zachwiała się, omal nie spadła. Uśmiechnęła się przepraszająco.

– Nie mam jeszcze wprawy.

Kerk chciał zaprotestować, gestem osadziła go jednak w miejscu. Głos uwiązł mu w gardle, nie był w stanie się poruszyć i tylko coraz szerzej otwartymi oczami oglądał rozgrywające się przed nim widowisko. Liwia położyła dłonie na czole Tarkii, nachyliła się ku jej twarzy. Oddech leżącej stał się jeszcze cięższy, świszczący, otworzyła usta, by złapać trochę powietrza. Nic dziwnego, przygniatał ją ciężar młodej, wyraźnie z siebie zadowolonej dziewczyny. Liwia uniosła dłonie i zaraz potem chora otworzyła powieki. Jasnowłosa kobieta z trudem powstrzymywała śmiech. Uniosła ręce jeszcze wyżej, wygięła je jakoś strasznie nienaturalnie, zaczęła przewracać oczami, wykrzywiać usta, kręcić głową, zamiatać włosami. Z gardła wydobył się nieprzyjemny charkot, w kącikach ust pojawiły się bąbelki śliny. Kerk sceptycznie uniósł brwi – wyglądała groteskowo. Tarkia chyba jednak uważała inaczej – jej oczy miały już wielkość spodków, otwarła piękne usta i wydobyła z nich potężny, histeryczny ryk, wrzask śmiertelnie przerażonego, walczącego o życie zwierzęcia:

– Liwiaaaaaa!!! – wyła. – Liwiaaaaa! Zostaw mnie, odejdź!!! Demonie!!!

Lekarz stał jak wmurowany, ogłupiały, w niejasnym poczuciu, że bierze udział w jakimś absurdalnym przedstawieniu. Drzwi otworzyły się z hukiem, wpadł przez nie gospodarz, przemknął tuż obok porucznika, chwycił żonę w ramiona, przelatując przez ciało Liwii zupełnie bez oporu.

– Tarkia, kochanie, jestem tu, Tarkia! Doktorze, zrób coś, do jasnej cholery!

Kerk drgnął, a Liwia opadła na ziemię, zwijając się ze śmiechu. Chichotała spazmatycznie, trzymając się za brzuch. Doktor postąpił krok naprzód, sztywno położył drżącą dłoń na czole roztrzęsionej kobiety. Liwia wstała, ocierając załzawione oczy, rozbawiona jak małe dziecko. Dotknęła palcami oczu Tarkii, która w tym samym momencie uspokoiła się i ponownie zapadła w sen.

Gospodarz łkał bezgłośnie, klęcząc przy łóżku żony, opierając głowę o jej dłoń. Porucznik przesunął dłonią po rudej czuprynie, zszokowany, przestraszony.

– Nie widziałeś jej? – szepnął w końcu. – Liwia, to była ona?

Łkający mężczyzna nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, tkwił zasklepiony w swoim bólu.

– Szkoda czasu. – Kerk usłyszał za sobą łagodny szept Liwii. – On mnie nie widzi, nie słyszy, nie słyszy też ciebie, gdy mówisz o mnie. Albo do mnie… Nie pytaj – uprzedziła go. – Tak chcę, więc tak się dzieje. Słyszy wrzaski Tarkii, bo to mi pasuje. Twoich słów nie usłyszy, bo tak postanowiłam. Niesamowite, nie? Sama nie wiem, dlaczego tak jest. Może kiedyś się dowiem.

Odwróciła się i wyszła, a Kerk po chwili wahania ruszył za nią. Znalazł ją w ogrodzie, siedzącą wygodnie pod starą, rozłożystą, właśnie owocującą gruszą, z nieodłącznym uśmiechem w kącikach ust.

– Dlaczego to robisz? Dlaczego to robicie? Co to za teatr!? – Poczuł, że w jego głosie pojawiają się niebezpieczne nutki histerii.

Liwia nieoczekiwanie spoważniała. Wstała, zbliżyła się do niego.

– Dotknij mnie – zażądała.

Kerk niepewnie wyciągnął dłoń, chwycił dziewczynę za nadgarstek. Najzwyklejszy na świecie, szczupły, kobiecy nadgarstek. Ścisnął nieco, powstało małe zaczerwienienie. Wzruszył ramionami, a Liwia przymknęła powieki. Gdy je ponownie uniosła, Kerk zamknął dłoń w pięść, przenikając przez widmowe ciało.

Oczy rozszerzyły mu się w zdumieniu, usta otwarły gapowato.

Dziewczyna uśmiechnęła się ponownie, tym razem jednak samymi wargami.

– Widzisz, to nie żart. Nie jestem jeszcze pewna, czy to dobrze, czy źle, ale wygląda na to, że naprawdę jestem martwa.

 

***

 

Porucznik Tor wszedł ciężkim krokiem do kuchni, usiadł naprzeciw gospodarza, który bez słowa przysunął ku niemu szklankę i butelkę wódki. Oficer skorzystał skwapliwie, nalewając sobie solidną porcję.

– Jeśli uważasz, że twoją żonę dręczy duch Liwii, dlaczego poprosiłeś o pomoc mnie, a nie jakiegoś… egzorcystę?

Mężczyzna skierował na lekarza zmęczone spojrzenie.

– Poprosiłbym, gdybym jakiegokolwiek znalazł. Ale o egzorcystów teraz niezwykle trudno. Nie wierzysz mi – stwierdził bezbarwnym głosem. – Ja też właściwie nie wierzę, że jesteś w stanie cokolwiek zrobić, ale łapię każdą możliwość.

Kerk zastanowił się chwilę, wreszcie spróbował:

– Widziałem ją. Widziałem Liwię, widziałem, jak siadała na piersi Tarkii, jak dusiła ją swoim ciężarem, jak ją straszyła.

Gospodarz ponuro wpatrywał się w pustą szklankę.

– Może zresztą masz rację, doktorze. Może to tylko histeria, a przyczyna choroby jest całkiem zwyczajna. Medyczna.

– Nie mam racji. Liwia tu jest, duch, zjawa, czy jak to tam nazwać. Rozmawiałem z nią.

– Po prostu nie chcę jej stracić.

Porucznik westchnął. Gospodarz rzeczywiście zachowywał się, jakby go nie słyszał. Zaczął więc inaczej:

– Jak umarła twoja poprzednia żona, Liwia?

Tamten zerknął na niego przelotnie.

– Nie obudziła się. Zasnęła i już nie wstała. To też był szok, była przecież młodziutka, zupełnie zdrowa. Ale, niech mi bogowie wybaczą, też pewne wybawienie. Nie pasowaliśmy do siebie zupełnie, była taka bezwolna, uległa, pozbawiona charakteru. – Alkohol najwyraźniej rozwiązał mu język. – Dobra dziewczyna, ale tak strasznie nudna. – Pokręcił głową, sięgnął po butelkę. ­­– To był błąd. Połakomiłem się na jej młodość, urodę. Pochodziła z biednej rodziny, bardzo biednej. Chciałem ją wyrwać z tej beznadziei, ubierać w ładne suknie, sprawić, by się głośno śmiała, by rozjaśniała moje dni. Na tym zaścianku jestem przecież kimś, poruczniku. Kimś! Mam dobre nazwisko, niemały majątek… Mogłem wybrać każdą, a Liwia, zamiast docenić, cieszyć się… Tkwiła w szarej skorupie, posłuszna, cicha, niemal niewidoczna. A Tarkię znałem od dawna, ale na ślubie, na ślubie z Liwią – jakbym zobaczył ją pierwszy raz w życiu, zupełnie na nowo.

Porucznik słuchał w milczeniu, patrząc, jak twarz tamtego zarumienia się, nie tylko od alkoholu. Postanowił próbować jeszcze raz:

– Liwia twierdzi, że ją zamordowaliście. Ty i Tarkia. Otruliście ją.

Gospodarz spokojnie chwycił butelkę i przysunął do siebie szklankę doktora.

– Napijmy się. Co nam pozostało…

 

***

 

Noc minęła spokojnie. Liwia się nie pokazała, Tarkia spała bez przeszkód. Kerk wstał rano, umył się, zajrzał do nieprzytomnej kobiety, postudiował swoje notatki. Przemyślał wczorajsze wydarzenia i doszedł do wniosku, że dał się ponieść panującemu tu nastrojowi rozpaczy i obłędu. A może zresztą to wszystko był sen. Tak, ta myśl była zdecydowanie krzepiąca, trzeba teraz się zastanowić, jak uratować chorą.

Wyszedł do ogrodu, by nieco odetchnąć świeżym powietrzem. Jaśmin tłumił delikatny zapach róż, aromat drobnych, białych kwiatów upajał, niemal przyprawiał o zawrót głowy. Zmęczona upałem, stęskniona za deszczem trawa żółciła się pod stopami. Porucznik uśmiechnął się do siebie. Było pięknie.

A Liwia siedziała pod tą samą gruszą co wczoraj, grzejąc się w cieple wczesnojesiennego słońca. Doktor zaklął cicho.

Dziewczyna spoglądała gdzieś w przestrzeń rozmarzonym wzrokiem, z cieniem łagodnego uśmiechu błąkającym się po różowych ustach. Na widok rudego oficera ożywiła się nieco, machnęła ręką, krzyknęła:

– Poruczniku!

Podszedł do niej zrezygnowany, usiadł nieopodal.

– Dałaś Tarkii spokój tej nocy.

Liwia uśmiechnęła się szerzej.

– Tak. Byłam zajęta. Poszłam sobie na spacer. Do twojej stanicy.

Kerk drgnął, popatrzył na nią przerażony.

– Och, coś ty taki nerwowy! – powiedziała z wesołą przyganą. – Pooglądałam sobie tylko. Muszę przecież coś robić, gdy wszyscy śpią. Ale tam też wszyscy spali, oprócz strażników, którzy byli tak skupieni i poważni, że odechciało mi się żartować. Więc tylko sobie pospacerowałam. Macie u siebie też dziewczyny – stwierdziła to z jakąś pełną szacunku i fascynacji nabożnością.

Kerk potwierdził, a Liwia chwilę siedziała zamyślona.

– No nic… Widzisz… A ja… No nic, minęło. Więc obejrzałam sobie najpierw twoich towarzyszy, potem towarzyszki, spali wszyscy grzecznie. Wtedy trafiłam do pokoju… Taki młody chłopak tam spał, sam. Twój dowódca chyba, obejrzałam jego kurtkę. Kapitan?

Lekarz sztywno skinął głową.

– Hmmm… Myślałam, że to ty jesteś najważniejszy – roześmiała się. – Więc ten kapitan bardzo niespokojnie spał, coś mamrotał, rzucał się w łóżku. Ładny był. – W jej oczach ujrzał rozmarzenie. – Nawet pomyślałam, żeby go obudzić, by mnie zobaczył, może coś spróbować. Ciekawe, czy to możliwe. – Zamilkła na chwilę, zastanawiając się ze zmarszczonymi brwiami. – Ale postanowiłam najpierw sprawdzić, jakie sny go tak męczą. – Spoważniała nagle. – Weszłam na chwilę w jego wspomnienia, zaraz się wycofałam. Chyba nie chciałby, żeby to ktoś oglądał. – Spojrzała pytająco na Kerka, który trwał w bezruchu, czując, jak w gardle powstaje mu supeł. – Tak myślałam. Pocałowałam go tylko, uspokoił się zaraz. A potem patrzyłam, jak się budzi, myje, ubiera, starannie unikając widoku swojego poharatanego ciała. I jak wychodzi, przed progiem nakładając maskę oficera idealnego.

Porucznik słuchał, obserwując własne dłonie.

– Mój mąż był moim jedynym mężczyzną, życiową oczywistością, bezdyskusyjną koniecznością – mówiła dalej Liwia. – W dniu ślubu skończyłam szesnaście lat. Nie wiedziałam nawet, że istnieją tacy chłopcy jak twój kapitan, nie wiedziałam, że istnieje w ogóle coś takiego jak wybór. Cóż – na twarz powróciła jej filuterność – teraz już wiem. Tylko nie mam pojęcia, czy ta wiedza jeszcze mi się do czegoś przyda. I nie dąsaj się tak – dała mu kuksańca w bok. – Ty też jesteś niczego sobie. Może trochę za blady, zbyt piegowaty. I trochę za chudy. Chociaż właściwie podobają mi się chudzielcy. No i te twoje tatuaże – przewróciła oczami.

– Asger też ma tatuaż – wybąkał, stwierdzając zdumiony, że rzeczywiście jest nieco zazdrosny. – I całe mnóstwo blizn.

– Asger – szepnęła Liwia. – Asger – powtórzyła powoli, rozkoszując się brzmieniem tego imienia. – Pięknie. A te twoje tatuaże – nie martwi cię, że zabraknie miejsca?

– Martwi – odparł. – Nie przypuszczałem, że tyle rzeczy okaże się godnych zapisania. A i tak uwieczniam tylko najważniejsze odkrycia i receptury. Przynajmniej mam pewność, że ich nie zgubię.

– Chyba, że ktoś odrąbie ci rękę z przepisem na krem rozjaśniający piegi. I gdybyś przytył, zrobiłbyś sobie więcej miejsca. – Roześmiała się głośno, odsłaniając ostre, białe zęby. Uśmiechnął się rozbawiony. Dziewczyna podobała mu się coraz bardziej. Nagle uświadomił sobie, że najwyraźniej jego też podglądała. Receptura na krem, po którym miały znikać piegi, rzeczywiście tkwiła na jego lewym przedramieniu. Jeden z pierwszych, młodzieńczych zapisków, wykonany samodzielnie i mocno koślawo. Od dawna żałował zmarnowanej na niego powierzchni, przede wszystkim dlatego, że maść okazała się wysoce nieskuteczna. Aby ukryć zmieszanie, szybko zmienił temat:

– Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę? Że Tarkia i twój mąż cię zabili?

Liwia wzruszyła ramionami:

– Znikąd. Nie czuję potrzeby, by ci to udowadniać. Muszę teraz się zemścić, bo po to wróciłam. Tarkia umrze i obawiam się, że twoje ziółka nic tu nie zwojują, możesz je oszczędzać na mniej beznadziejne przypadki. Co będzie dalej… Czy coś będzie dalej… Nie mam pojęcia. A on – ruchem głowy wskazała na dom – naprawdę wierzy, że to ja stoję za chorobą Tarkii?

– Przecież wiesz doskonale, skoro tak łatwo wchodzisz w ludzkie umysły. Tak, jest o tym przekonany.

Dziewczyna zamyśliła się.

– Masz rację. Jest to dla mnie jednak pewne zaskoczenie. Myślałam, że ma w głowie więcej oleju.

Kerk parsknął śmiechem.

 

***

 

Postanowił, że mimo wszystko tak szybko się nie podda. Poił Tarkię swoimi specyfikami, podczas gdy Liwia siedziała obok, przypatrując się jego wysiłkom z uwagą i zainteresowaniem. Kręciła głową, komentowała, a potem zaczynała przedstawienie. Powoli, niechętnie, zaczynał przyzwyczajać się do myśli, że Tarkia jest stracona. Jego wysiłki nie dawały rezultatu, może jedynie taki, że i Liwia wykazywała coraz mniejszy entuzjazm podczas wygibasów. Chyba było jej żal doktora.

Rozmawiali dość często, zazwyczaj siedząc pod gruszą, w ich spotkania zaczęła się jednak wkradać melancholia i niecierpliwość. Liwia często sprawiała wrażenie zamyślonej, nieobecnej. Wspominała, że musi iść dalej, chociaż nie wiedziała jeszcze dokąd i po co. Uświadomił sobie, że będzie mu jej brakować.

Po czterech dobach bezowocnych wysiłków ocknął się przed świtem. Chwilę leżał w pościeli, zanim uświadomił sobie, co go obudziło – na korytarzu słychać było podniecone głosy, potem tupot stóp. Zerwał się z łóżka, naciągnął buty. Dopadł do drzwi w tym samym momencie, kiedy ktoś w nie zapukał od drugiej strony. Szarpnął za klamkę, otworzył drzwi i ujrzał przerażone oblicze młodej służącej, dziewczyny, którą widział tu już parę razy.

– Doktorze – szepnęła zmartwiałym głosem. – Ona chyba… – Drżącą rękę wyciągnęła w stronę pokoju Tarkii. Kerk runął w tamtym kierunku.

Oczy martwej kobiety były szeroko otwarte, ale ku jego zaskoczeniu – spokojne. Przyjrzał się jej dokładniej – włosy miała przygładzone, uporządkowane, smukłe dłonie złożone na piersiach. Tak, jakby ktoś postarał się, by wyglądała pięknie i godnie. Z poczucia lekarskiego obowiązku przytknął do jej szyi dwa palce, nie wyczuł tętna. Krew musiała przestać krążyć już jakiś czas temu, bo ciało zdążyło się wyraźnie ochłodzić.

Wyszedł zadumany i powoli ruszył korytarzem do sypialni gospodarza. Zapukał, nie było odzewu. Zapukał mocniej, ponownie odpowiedziała mu cisza. Nacisnął klamkę, drzwi uchyliły się z lekkim skrzypnięciem.

Nogi mężczyzny dyndały tuż nad podłogą. Kerk podniósł wzrok i wzdrygnął się na widok wytrzeszczonych, przekrwionych oczu. Bez krztyny wątpliwości należących do trupa. Doktor cofnął się kilka kroków, oparł o ścianę, ścisnął palcami skronie. Zrobiło mu się słabo, poczucie całkowitej klęski spadło na niego nagle i uderzyło z wielką siłą.

Liwia podniosła się z fotela i podeszła do porucznika, patrząc nań z niepokojem.

– Kerk – zaczęła delikatnie. – Nie przejmuj się za bardzo. Nie byłeś w stanie nic zrobić, nie ma tu twojej winy.

– To twoja sprawka? – spytał, wskazując na wisielca.

Wzruszyła ramionami.

– Zrobiłam, co musiałam zrobić. Wracaj do swoich, nic tu po tobie. Ja zresztą też zaraz wyruszam. Sama nie wiem, co mnie teraz czeka, wszystko jest wciąż takie nowe – westchnęła niepewnie. – Żegnaj. I pozdrów ode mnie swojego kapitana. – Wspięła się na palce i ze smutnym uśmiechem musnęła wargami jego usta. Wyszła bezszelestnie, niezauważona przez nikogo.

 

***

 

Kerk wrócił do stanicy już po zmierzchu. Z ulgą powitał znajome twarze strażników, a pierwsze kroki skierował do jadalni, w nadziei na kolację. Głodny, wyczerpany i przygnębiony pospiesznie i niedbale odpowiadał na saluty. Korytarze były niemal puste, minął zaledwie kilku wojskowych, wszystkich z własnego oddziału.

Okazało się, że wszyscy już zjedli, posadzono go jednak przy stole, a jeden z żołnierzy oddelegowany został do kuchni. Tor rozmawiał właśnie ze swoją zastępczynią, wysoką dziewczyną o przenikliwym i poważnym spojrzeniu, gdy w drzwiach stanął krótko ostrzyżony, jasnowłosy młody mężczyzna. Na jego widok Kerk wstał z krzesła, podszedł kilka kroków, uniósł rękę do salutu.

– Kapitanie.

Tamten machinalnie podniósł prawą rękę, by odpowiedzieć na pozdrowienie, na twarzy pojawił mu się jednak wówczas grymas bólu; luźny rękaw ciemnozielonej koszuli odsłonił biały opatrunek.

– Poruczniku – jęknął i poprowadził Kerka do małego stolika przy oknie. Jeden rzut oka na jego znużoną twarz wystarczył doktorowi by stwierdzić, że przymusowy urlop, czym w rzeczywistości miał być ten dwutygodniowy pobyt w stanicy, nie przyniósł oczekiwanego efektu. Przynajmniej nie w przypadku młodego dowódcy.

Chudy żołnierz o nastroszonych włosach i twarzy dziecka pojawił się przy nich z tacą, gdy tylko usiedli. Bez słowa postawił przed porucznikiem kufel grzanego piwa i talerz zupy. Pytająco spojrzał na kapitana, ten jednak pokręcił głową na znak, że nic więcej nie potrzeba.

– Jak ci poszło?

Rudy oficer podrapał się po brodzie.

– Nie poszło. Nie przeżyła. On zresztą też. Powiesił się dziś przed świtem.

Kapitan wydął policzki.

– To kiepsko. Pułkownik będzie niepocieszony. Niedługo się z nim zobaczymy, przyszły rozkazy do ewakuacji. Oddział Ariego wyjechał już wczoraj, a my czekaliśmy tylko na ciebie.

– Zostałeś bez lekarza! – Kerk niemal krzyknął.

– Przez pół dnia. Żyję.

Porucznik w zadumie skinął głową. Przez ostatnie dni niemal zapomniał, dlaczego w ogóle podjął się tego zadania. Bez wątpienia dlatego, że nudziło mu się w stanicy okrutnie, ale też z powodu starej znajomości jego niedawnego gospodarza z pułkownikiem Elifem. To na jego prośbę kapitan Asger Sidort wysłał swojego lekarza i przyjaciela do tej nieszczęsnej wsi.

– Co jej się właściwie stało? – Asger nie wyglądał na prawdziwie zainteresowanego, chciał po prostu podtrzymać rozmowę.

Kerk pociągnął spory łyk ciepłego piwa.

– Poprzednia żona jej męża, Liwia, która postanowiła w ten sposób zemścić się za swoją śmierć… na swoich mordercach. Pozdrawia cię – dodał szybko.

Intensywnie zielone oczy kapitana spoczęły na nim z uwagą, ale bez krztyny zrozumienia.

– Przynajmniej według wersji ducha Liwii, której jestem skłonny zawierzyć. Przyznaję jednak niestety, że dowodów nie mam żadnych – dokończył porucznik, stwierdzając, że tym razem wzrok przyjaciela przybrał dokładnie taki wyraz, jakiego się spodziewał. To znaczy pełen niedowierzania, kpiny i lekkiego rozbawienia. A gdy Asger przekonał się, że doktor mówi zupełnie poważnie, wzniósł oczy do sufitu i prychnął gniewnie:

– Kerk, litości. Ty też?

Tor przewidział taką reakcję, dlatego zawczasu przygotował sobie odpowiedź. Znacząco wskazał na prawą rękę kapitana i powiedział:

– Jak na kogoś, kogo miesiąc temu pogryzł pół-człowiek, pół-wilk, twój sceptycyzm przypomina już ośli upór, Asger. Może czas zaakceptować wreszcie fakt, że nie jesteśmy na tym świecie sami. Coś się zmieniło. Coś się budzi.

Sidort patrzył na niego z wyrazem pochmurnego zniechęcenia. To prawda, kilka tygodni temu jego wiara w absolutną poznawalność i opartą na niej przewidywalność rzeczywistości doznała poważnego uszczerbku. Wciąż jednak uważał, że tamte wydarzenia można wytłumaczyć. Jakoś… Niby wiedział, że w krążących legendach jest sporo prawdy, że jeszcze nie tak dawno, bo ze sto lat temu, po lasach, polach, morzach harcowały istoty, których mniej lub bardziej spokojne żywoty zostały w pewnym momencie nieodwracalnie odmienione przez kogoś, kto dysponował mocą igrania z naturą. Ale znał je tylko z opowieści. Nieliczne, wymarłe, legendarne stwory, których realnością czy też jej brakiem nie warto było zaprzątać sobie głowy. Magia została skutecznie zakazana, a parające się nią osoby systematycznie i skrupulatnie wyeliminowane na długo przed jego narodzinami; świat, w którym przyszło mu żyć, bywał nieprzyjazny i okrutny, mimo to w miarę uporządkowany i logiczny. Przynajmniej w jakimś stopniu dający się kontrolować. A teraz… Najgorsze było to, że kolejną rewelację przynosił porucznik Tor, twardo stąpający po ziemi, zapatrzony w swoje naukowe receptury porucznik Tor. Jeśli nie zwariował, mówił prawdę.

Asger westchnął ciężko:

– Proszę cię tylko, Kerk, darujmy tę historię pułkownikowi.

Poczuł mrowienie w pokąsanej ręce; odwrócił głowę, zapatrzył się w ciemność za oknem. Zza linii drzew wyskoczył okrągły jak talerz księżyc. Asgerowi chciało się wyć. Pytania, których wcale nie miał zamiaru zadawać, mknęły mu przez głowę. Co się dzieje? Dlaczego akurat teraz? W co jeszcze będzie musiał uwierzyć? Strzygi, upiory, wampiry, wilkołaki, duchy… a może również baby grochowe i krasnoludki?

Ściągnął wargi w ponurym grymasie. Nie, ta myśl wcale mu się nie podobała.

 

Koniec

Komentarze

Dobra, odważyłam się. Daję pierwszy tekst, który kiedykolwiek skończyłam i przeleżał swoje w kompie. Problem jest taki, że nie mam do niego w ogóle dystansu. Nic a nic. Być może jest on po prostu nudny. Krytykę przyjmę na klatę, niech się dzieje, co chce :). Polubiłam bohaterów.

Oj Ocha, naprawdę mi zaimponowałaś. Jakbym czytał Edgara Alana Poe. Nawet nie przypuszczałem, jakie możliwości siedzą w tobie. Wyrzuć trochę czasownika "być" Maleńkie błędy w niektórych zdaniach. Moim zdaniem, to twój najlepszy tekst.Mimo, że nie lubię duchów i czarów, twój tekst nie pozwolił mi przestać czytać. Mroczna, przejmująca i poruszająca

opowieść. Pozdrawia zaskoczony przyjaciel.

O, kurcze! Przepraszam, chciałam go trochę poedydować i skasowałam. Dodam ponownie, jak będę miała chwilę na polikwidowanie wszystkich dziwnych odstępów w tym edytorze jeszcze raz. Jeszcze raz przepraszam za zamieszanie, prawdziwa epidemia usuwania tekstów tutaj jest ostatnio :). Tytuł też skasowałam, żeby się pusty tekst nie pojawiał.

Serio, Ryszardzie? Powiem szczerze, nie spodziewałam się takiej opinii. Bardzo jestem niepewna tego tekstu. Dobra, postaram się go jak najszybciej znowu dodać:).

No, jest. Jeszcze raz przepraszam za zamieszanie. Znikające i pojawiające się teksty to ostatnio cecha charakterystyczna tego portalu:).

Z tym Poe to jednak trochę pojechałeś, Ryszardzie:). Ale  bardzo mi miło:). Obiecuję przejrzeć go pod kątem nadużywania "być". Pozdrawiam.

?Rudy mężczyzna o twarzy pokrytej roślinnymi tatuażami z uwagą przypatrywał się obliczu śpiącej kobiety. Jej czarne, długie włosy rozrzucone były w nieładzie po drukowanej w żółte różyczki poduszce, ładne, pełne, lekko rozchylone usta drżały odrobinę. Oddychała może nieco zbyt ciężko, ale równo i spokojnie. Wierzchem dłoni dotknął jej bladego policzka - skóra była ciepła, gładka i delikatna. Wyglądała pięknie, ale był zbyt doświadczony, by dać się zwieść pozorom. Czuł to – czuł zapach śmierci i wiedział, że czeka go trudna praca, której efektu nie był w stanie przewidzieć."

Tak, Roger, zgadza się.Trochę "być" już polikwidowałam (widzisz, na serio biorę uwagi:)). Z tym "jej" już próbowałam zrobić coś wcześniej, bo wiem, że mam tendencję do nadużywania.Było więcej pierwotnie :). Pomyślę jeszcze trochę, może coś wymyślę. Pozdrawiam.

Z

tym "roślinnym tatuażem, Roger trochę przyparł cię do muru. Popraw. Mam nadzieję, że twoja"klata" (na pewno ponętna) przyjmie każdy wytyk.

     I nie "po poduszce",  tylko "na poduszce" leżały loki. Po poduszce to mogą splywać łzy, albo krew, chociaż lepiej byłoby i tak wtedy napisac "z poduszki".  Przydałoby się kilka gwałtownych paroksyzmów ciala tej kobiety w pierwszym akapicie, bo jest nudny. 

     Pozdrówko.

Przegięłaś z czytaniem zapisków, umieszczonych na plecach. Sprawdż eksperymentalnie, czy jedno lustro wystarczy...  

Za nic nie rozumiem roli i potrzeby tatuowania twarzy w motywy roślinne.  

Reszta w porządku. Koncepcja powrotu magii, związanych z nią istot i wydarzeń jest, uważam, interesująca, ale nie do zamknięcia w ramach jednego opowiadania o jednym przypadku. To przykład swoistej "zajawki". Siądź --- czy też inną sprzyjającą myśleniu pozycję przyjmij --- i podumaj nad kilkoma związanymi wspólną myślą przewodnią tekstami.

M

am przed sobą "Opowieści niesamowite" E. A. P. Nigdzie nie pojechałem.Następnni za mną na pewno to i owo skrytykują. Ja jestem trochę leniwy i mało drobiazgowy.

     Zdecydowanie przydałoby sie też wprowadzenie gwiazdek. Jak to jest przygotowany tekst...  

Doktor zdążył już do połowy opróżnić stojącą teraz przed nim szklankę z winem, a jego towarzysz wciąż milczał. Zaczęło mu to powoli działać na nerwy. - W pierwszym momencie myślałam, że to doktor działa towarzyszowi na nerwy

Dopadł do drzwi w tym samym momencie, w którym ktoś w nie zapukał od drugiej strony. Szarpnął za klamkę i ujrzał przerażone oblicze młodej służącej, dziewczyny, którą widział tu parę razy i która najwidoczniej wstawała jako pierwsza.

 No i receptury na plecach mogłyby grozić kręczem karku, a tatuażysta miałby sporo kłopotu z lustrzanym odbiciem tekstu. Poza tym trochę szkoda skóry, od czego jest mnemotechnika 

Bardzo mi się podobało, więc przeczytałam zbyt szybko, by wyłapać coś więcej

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Roger - to "na poduszce" poprawiałam chyba w momencie, w którym pisałeś komentarz :). Gwiazdki - jeśli dobrze zrozumiałam, gdzie mam je dać - zaraz dam. Jeśli źle zrozumiałam gdzie, też dam :). Adam KB - wybacz obrzydliwą analogię, ale kiedy byłam młodsza, jedno lustro starczyło to zlokalizowania mi pryszczy na plecach :). Wybacz:).

Co do tego, że to zajawka - tak, to prawda. Mam pewien pomysł i kilka nie pokończonych fragmentów. Chodzi mi o zderzenie - w opowieści zdecydowanie nawiązującej do fantasy - elitarnego oddziału, bardzo mentalnie współczesnego (także jeżeli chodzi o traktowanie wojny), właśnie z powracającą magią, która za cholerę nie pasuje do ich światopoglądu. Jak być może zauważyłeś - Asger został wcześniej pokąsany przez coś w rodzaju wilkołaka, co było dla wszystkich poważnym szokiem ;). Ale to by mi się już w opowiadaniu nie zmieściło, mam plan do minipowieści, napiszę ją pewnie na emeryturze, czyli nigdy :))). Ale plan jest.

AAAAAA.... znowu te powtórzenia! Dzięki, Alex, już poprawiam:).

     "Rudy mężczyzna o twarzy pokrytej tatuażami o skomplikowanych, roślinnych motywach z uwagą przypatrywał się obliczu śpiącej kobiety. Jej czarne, długie włosy leżały w nieładzie na drukowanej w żółte różyczki poduszce, ładne, pełne, lekko rozchylone usta drżały odrobinę. Oddychała może nieco zbyt ciężko, ale równo i spokojnie.

     Wierzchem dłoni dotknął bladego policzka spoczywającego bezwładnie ciała -  wyczuł ciepło skóry,  gładkiej i delikatnej. Leżąca  wyglądała pięknie, ale miał zbyt dużo doświadczenia, by dać się zwieść pozorom.

     Czuł to – czuł zapach śmierci i wiedział, że czeka go trudna praca, może bezowocan, bo jej efektu nie mógł przewidzieć.
   Wyprostował się i skierował wzrok na stojącego po drugiej stronie łóżka mężczyznę, spoglądającego na niego z niepokojem i nadzieją."

     Sorry za propozycje guasi --- autorskie.... Ale podzial tekstu na akapity jest zawsze istotny.

Nie ma problemu - poczekam, pewnie się jeszcze jakieś uwagi pokażą, mam nadzieję, że zdążę z nich skorzystać.

No i kurczę - sprawdziłam, jakoś nie miałabym problemu, żeby coś przeczytać z pleców, z pomocą jednego lustra. Chyba nie jestem jakaś dziwna? ;). Pozdrawiam

(...)  mam plan do minipowieści, napiszę ją pewnie na emeryturze, czyli nigdy  (...).  

Czy to znaczy, że albo nie masz zamiaru dożyć do emerytury, albo nie masz podstaw do otrzymania emerytury?  :-)  

Gdy byłam młodsza... Wybacz, ale pryszcz to nie tekst; zapisków na skórzy było wiele, musiały być drobnym pismem "dziergane", więc pozostaję przy swoim zdaniu.

Rzeczywiście momentami gdzieś tam prześwitywał Poe. Poza tym, zgadzam się z Adamem, że pomysł jest bardzo ciekawy i warto go pociągnąć. Trudno mi stwierdzić, czy jest to Twoje najlepsze opowiadanie, bo "Noc" bardzo przypadła mi do gustu, ale z pewnością bardzo dobre.

Po prostu lubię swoją pracę i sobie siebie na emeryturze jakoś nie wyobrażam:). Pewnie do czasu. Tak jak pisalam - sprawdziłam, jestem przekonana, że ewentualne teksty na swoich plecach bym w ten sposób przeczytała. Ale to może jakaś moja specyfika. Potrzebne by były szersze badania;) - jak się okaże, że to rzeczywiście raczej mało prawdopodobne, przemyślę sposób radzenia sobie porucznika z notatkami.

KaelGorann - bardzo dziękuję :).

     No dobrze, starczy. W tekście jest jeszcze sporo do poprawienia. Weźmy to zdanie: "  Rudzielec zmarszczył brwi, milczał jeszcze chwilę, aż w końcu odparł: (...)", Bliskie siebie powtórzenia: rudy, rudzielec. A warto płynnie poinformować czytelnika, że lekarz  jest wojskowym. I wystarczy napisać tak: Męźczyna w wojskowym unformie zmarszczył brwi, milczał jeszcze chwilę, aż w końcu odparł:... W sposób naturalny wprowadzamy istotną informację, o ten "poruczmik" w dalszej partii tekstu  juz nie zaskakuje.

     Miło było.

No właśnie, to jest problem z tekstami, których szersze tło jest w głowie autora, ale nikt w niej przecież nie siedzi:). Ten   uniform mi po prostu nie pasuje, nie może go tam być, bo to dość specyficzny oddział ma być. 

Odpisuję na komentarze z doskoku, mam nadzieję, że wieczorem zdążę jeszcze wprowadzić jakieś zmiany do samego tekstu. Ale nawet jeśli nie - każdy rzeczowy komentarz jest dla mnie cenny, nawet jak nie dam rady tekstu poprawić, to mam nad czym pomyśleć. Pozdrawiam.

Rudy mężczyzna - to jakaś nowa grupa etniczna? nie znam;) Poza tym w pierwszym akapicie wychodzi mi, że ten "rudzielec" najpierw dotykał kobiety, a potem zwrócił się sam do siebie, bo stał się doktorem.

Surowo urządzona kuchnia? 

Szoszoon - aż zajrzałam do słownika :). Rudy mężczyzna -tzn. że jak, miałoby być rudowłosy? SJP  PWN: rudy - 2. «mający rude włosy» . Może tak jednak zostać? Czy o coś innego chodzi?

Surowy - 

4. «skromny, pozbawiony ozdób»

5. «pozbawiony wygód, przyjemności»

Cy jednak również o co innego chodzi? Jeśli coś źle zrozumiałam, przepraszam, zmęczona jestem.

Co do tego rudzielca z rozdwojeniem jaźni - przeczytałam dwa razy, to co napisałeś, potem trzy razy to, co ja napisałam i rzeczywiście, coś może być na rzeczy. Niestety, pustka w głowie jak to zgrabnie zmienić. Żeby nie wyszło jeszcze dziwniej. 

Dzięki za przeczytanie i uwagi, pozdrawiam serdecznie.

Facet w rudych włosach! I wszystko jasne.

Skromnie urządzona kuchnia - też brzmi prościej:)

Nie ma za co.

rudy, rudzi
będący koloru rdzy, czerwonobrązowy, ryży.
Rude włosy, wąsy.
Rude liście.
Ruda glina.
 pot. Spocić się jak ruda mysz - bardzo się spocić
rudy, ruda w użyciu rzecz.: człowiek o rudych włosach, rudowłosy.  

Człowiek o rudych, nie w rudych, włosach.

Całkiem przyjemny tekst. Prosta historia, ale ma swój klimacik. Podobało mi się.

 

Pozdrawiam.

Dziękuję, Eferelin Rand.

Ocha - dołączam do grona Twoich stałych czytelników:)

Nie było mnie kilka dni - a tu po powrocie,  taki fajny rarytasik - dzięki :)

Proszę bardzo:). Zastanawiałam się właśnie, gdzie się podziewasz, nawet Cię chciałam jakoś internetowo poszukać i wysłać - co sądzisz o tekście, i generalnie - szerszym pomyśle. Dobrze, że nie muszę się narzucać:). Tak jak już tu pisałam, pewnie się szybko nie zbiorę, by coś z nim zrobić, ale, kto wie:). To takie opowiadanko nieco testowe, cieszę się, że zostało w miarę pozytywnie przyjęte. Trochę chcę bohaterom w głowach namieszać. Fajnie, że Ci się podobało i fajnie, że pewnie będą Twoje nowe teksty. Już dawno dołączyłam do grona Twoich stałych czytelniczek. Pozdrawiam:).

Mam pomysł - magii nie było jakiś czas, bo została zabroniona, coś na zasadzie zakazu prób jądrowych, kiedy wszyscy zobaczyli, do czego jest w stanie doprowadzić. Ale jest wojna, więc wszystkie chwyty dozwolone, okazuje się, że nie udało jej się zlikwidować tak do końca, zresztą odżywa też na zasadzie opóźnionej choroby popromiennej. No i do tego racjonalni do bólu, mentalnie bardzo współcześni bohaterowie, którzy muszą się z tym zmierzyć. Plus to, że niektórzy mają mocno krzywo pod sufitem, z różnych przyczyn:). Taki sobie temat wymyśliłam :). Chciałabym coś zrobić, ale każde opowiadanie, które sobie planuję , rozrasta się do takich rozmiarów, że nie mam kiedy poskładać tego do kupy. Pożyjemy, zobaczymy :).

Czyta się bardzo przyjemnie. Opowiadanie wciągnęło mnie wyjątkowo mocno. Z chęcią przeczytałabym inne Twoje teksty :)

Dziękuję bardzo:). Kilka jest już tutaj - kliknij sobie na mój nick, powinny sie pokazać. Króciutkie, więc dużo czasu nie zajmą, a może się spodobają. Pozdrawiam.

 

Życzę piórka, bo ci się należy. Pozdrawiam.

Ryszard ma rację. Będziemy lobbowac :)

Ryszardzie - ponownie Ci dziękuję :). Twoje poparcie i opinie sprawiają, że trochę bardziej w siebie wierzę i chce mi się wymyslać historie i je spisywać. Wiem, że to strasznie pompatycznie brzmi, ale taka jest prawda. A, i kiedy przy okazji edycji tekstu skasowało mi się to opowiadanie, to - szczerze mówiąc - nie jestem pewna, czy dałabym je tu z powrotem, gdybym nie zobaczyła Twojego komentarza.  Dołączyłabym do licznego grona Autorów Znikających Opowiadań, ale nie z powodu takiego, że traktuję swoją pisaninę za "wiekopomną", raczej wręcz przeciwnie, dlatego, że jestem jej zwyczajnie niepewna. Ty utwierdzasz mnie w przekonaniu, że to, co napiszę, może dać paru osobom chwilę przyjemności :).

Uf, ale się rozpisałam. Starczy patosu, nie znoszę go :).

Marcinie, Tobie też oczywiście baaaardzo dziękuję za poparcie!

Jeśli nie zauważyłaś przedtem, nadmieniam szeptem, że ja też popieram.

A, to również dziękuję:). Właściwie to nie, nie zauważyłam:). Zawsze jestem Ci wdzięczna za rady, ale Twoje opinie - w przypadku moich tekstów - są dla mnie tajemnicą :).

:-) Chyba za szybko czytasz komentarze. Czy słowa, że koncepcja jest ciekawa, można uważać za przyganę? Dla mnie to by był komplement...  :-)  
Niepewność co do własnych tekstów to rzecz może nie aż chwalebna, ale na pewno pożyteczna. Pozwala, nawet skłania, do przyjrzenia się, choćby po jakimś czasie, tekstowi i zastanowienie: a może by tak, a nie tak? Oczywiście jest to powtórzenie standardowej rady: odłóż, niech przefermentuje... --- ale chodzi o to, że Ty i bez tej rady zaczniesz tak czynić, z powodu rzeczonej niepewności. Bo zechcesz skontrolować, poprawić, ulepszyć. Więc niech Tobie ta niepewnośc towarzyszy --- ale, bardzo proszę, bez przeginania, bo wtedy do końca świata będziesz tylko poprawiała i poprawiała...

Wciągajęce z klimatem. Przyjemnie się czytało.

Dziękuję, homar. Cieszę się, że się spodobało.

Przeczytałem z zainteresowaniem. Szkoda, że dopiero teraz. Naprawdę nie rozumiem dlaczego wcześniej nie rzuciło mi się w oczy to opowiadanie. Historia prosta, ale niebanalna. Zdecydowanie na plus.

O, ktoś tu jeszcze zajrzał. Fajnie :). Dzieki, vyzart.

Zajrzałam tu bo Vyzart kazał ; P I myślę, że dobrze, że kazał, bo choć historia nie jest skomplikowana, poprowadzona jest przyjemnie, z wyczuciem, a zakończenie dodaje odpowiedniego smaczku.

 

Dodam tylko, że uważam wątek tatuażu za zbędny, mogący budzić kontrowersje (za Adamem uznam, że pisanie sobie drobnym maczkiem na plecach jest wysoce niepraktyczne), ale to szczegół.

 

Pozdrawiam!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, Joseheim. I dzięki Vyzart, przy okazji :). Jasne, wątek tatuażu jest zbędny, ale jakoś mam słabość do tatuaży (na innych, bo sama jestem dość tchórzliwa pod tym względem). A tatuowane notatki są inspirowane autentyczną osobą. Oczywiście, nie jest to tak ekstremalne jak w  przypadku porucznika, ale jakoś na tyle mnie zafrapowało, że trafiło do tego tekstu.

Pozdrawiam.

Nie, źle napisałam. Nie jest zbędny, ale nie jest niezbędny, o tak:). Jakoś sobie w głowie już te postaci poukładałam, i tak je widzę. To ma być w jakiś sposób elitarna zbieranina oryginałów pełnych swoich dziwactw i fobii - tak to ma w każdym razie wyglądać w tej powieści, którą napiszę na emeryturze, czyli nigdy:).

I - ponieważ Beryl pogonił mnie ze swojego wątku - to tu chciałam podziękować Marcinowi za nominację. Cieszę się, bo jak widać, jeszcze parę osób to opowiadanie przeczyta :). 

Pozdrawiam

Masz racje :) nominacja napędza koniunkturę - cieszę się że dzieki temu to opowiadanie przeczyta więcej osób. Na prawdę warto!

Mam nadzieję, że zgarniesz piórko:)

Rzeczywiście, fajny tekst.

pozdrawiam

I po co to było?

Dziękuję. Coraz mi przyjemniej :).

Przejście z zakładki najnowsze do zakładki wyróżnione, to jak wypicie szklaneczki Jameson'a po kieliszku Żubra.

Dobre opowiadanie, aczkolwiek pasowałby mi tu nieco cięższy klimat w stylu Lovecraft'a.

No widzisz, a ja starałam się maksymalnie "odciążyć" :). Zależało mi raczej właśnie na pewnej lekkości. Dziękuję.

Podobał mi się tekst i wcale mnie nie dziwi, że został uhonorowany piórkiem - gratulacje! :)

 

Co do samego motywu - powracający zza grobu mściciel nie jest niczym nowym, ale zazwyczaj mamy do czynienia z opętanym żądzą zemsty umarlakiem, który zabije i krzywdzicieli, i jeszcze paru, którzy nawiną mu się pod rękę. Twoja Liwia jest inna i może za to ją polubiłam? To inteligentna, obdarzona poczuciem humoru, wesoła osoba, której prawdziwy charakter chyba został skutecznie stłamszony przez wychowanie. Sama przecież przyznaje, że wychowywana była na posłuszną żonę. Przyznam, że początkowo nieco mi zazgrzytał taki "przeskok" - lata wychowania i wpojone zasady robią swoje, więc zmiana potulnej żonki w sarkastyczną, konkretną i zdecydowaną babkę wydała mi się nieco niewiarygodna. Ludzie nie zmieniają się w końcu tak łatwo. Ale z drugiej strony kupuję tezę, że po śmierci Liwii było juz wszystko jedno - zobaczyła, jak to jest, robić to na co się ma ochotę i nie podlegać żadnym zasadom, a wtedy ujawnił się jej prawdziwy charakter (nie ten wyuczony).

 

Porucznik Kerk wypada przy Liwii nieco blado, co nie znaczy, że jest źle napisany. To kompetentny, rzeczowy człowiek, budzi sympatię. Być może przyćmiła go nieco żywiołowość i temperament Liwii?

 

Jedno zdanie szczególnie mi się spodobało:

"Może czas zaakceptować wreszcie fakt, że nie jesteśmy na tym świecie sami. Coś się zmieniło. Coś się budzi."

 

Końcówka wypowiedzi nasuwa mi na myśl pytanie - ocha, nie myślałaś, aby ten tekst potraktować jako wstęp do czegoś dłuższego? Do historii świata, który zepchnął magię do podziemi, a teraz musi przyjąć do wiadomości fakt, że magia istniała, istnieje i istnieć będzie? Wprawdzie całość jest bardzo ciekawa jako miniatura, ale jeśli planujesz potraktować go jako prolog do czegoś dłuższego, to trzymam kciuki! :)

No widzisz, ocho? Następne zachęcenie do stworzenia większego dzieła. To jak będzie?

Zoee - dziękuję za miły i obszerny komentarz:). Cieszę się, że się podonało.

Tak, myślałam o tym, żeby opisać taki świat. Jeśli zerkniesz do moich komentarzy powyżej -  co nieco można już z nich wywnioskować na temat mojej wizji. To, co piszesz o Liwii i tym "przeskoku" - myślałam o tym również, ale uznałam, że tak szokujące doświadczenie jakim jest własna śmierć ma możliwość zupełnie przebudować nasz system wartości.

Co do Kerka - jeśli wydaje Ci się, że wypadł on blado, to dla mnie jest to temat do przemyśleń. Co prawda w tej większej całosci nie jest on postacią centralną (chociaż jedną z głównych), ale lubię Kerka, więc chciałabym, żeby miał charakter.

Mam to już wszystko dość konkretnie poukładane w głowie, też coś w rodzaju planu na papierze. Kilka niepokończonych fragmentów. I tyle.

Adamie - bo dostanę z tego powodu jakiegoś hopla :). Chciałabym bardzo, jest tylko jeden problem: czas. I to nie 5 minut tu, 15 minut tam, tylko trochę więcej czasu na skupienie. Na razie to towar luksusowy. Ale zrobię to, kiedyś...

Pozdrawiam

Znam ten problem...

Zoee - jeszcze jedna uwaga, taka bardziej osobista:). Przejrzałam właśnie kilka Twoich komentarzy pod innymi opowiadaniami i jestem pod wrażeniem. Obszerne, rzeczowe, dotyczące fabuły. Bardzo fajne i przydatne. Mam nadzieję, że zostaniesz tutaj na dłużej :).

Ocha, teraz to mi zrobiło się miło :) Postaram się komentować częściej...

Przewrotne. :)

 

Liwia jest rozkoszna. Gadatliwa, otwarta, zabawna a zarazem zupełnie bez skrupułów okrutna. Uważam, że jej charakterystyka bardzo pasuje do młodego (bo dopiero co umarłego) upiora. Porucznik doktor Kerk (faktycznie przydałoby się poinformować gdzieś na początku, że jest wojskowym) też jest postacią w którą łatwo się wczuć. Jest w nim pewna głębia, czytając czuję, że wiesz o nim więcej, niż jest na papierze (em... znaczy na ekranie) i chętnie odkryłabym co. Dla mnie te jego tatuaże są bardzo dobrym, nie wahałabym się powiedzieć – niezbędnym – elementem charakterystyki. Coś znaczą, czemuś służą, wyróżniają go z tłumu. I działają na wyobraźnię. Ja je widzę na zielono. ;) Może dlatego, że "motyw roślinny".

 

Jednak najbardziej fascynującą postacią jest dla mnie kapitan. Ja lubię takich tajemniczych, młodych i przystojnych typków po przejściach. Wyjaśnienie traumy wydało mi się trochę zbyt proste (że to wilkołak i, że ledwie miesiąc temu), ale pozostaje mieć nadzieję, że w tej powieści, którą napiszesz na emeryturze będzie coś tam jeszcze w jego mrocznej przeszłości (uuuuu... ekhm. sori).

 

Tempo narracji i konstrukcja fabuły są bez zarzutu. Opowiadanie wciąga i nie puszcza. A ta końcówka z wschodzącym księżycem i tak dalej wywołuje drapieżny uśmiech na mojej twarzy. Mimo, że nie lubię opowieści o wampirach i wilkołakach. Dziwne.

 

Mam niewielkie zastrzeżenia do rozmowy doktora z mężem w kuchni. Narracja jest trochę rwana. Rozumiem, że mąż miał trudności z wyartykułowaniem swoich podejrzeń, że to duchy itd., ale przelało się to na pewne zająknięcia w narracji właśnie. Nie jestem pewna, jak można by to poprawić (wiem, że teraz to niemożliwe, tak na przyszłość i trochę dla siebie się zastanawiam). Chyba potrzebna byłaby większa jasność w motywacji bohatera.

 

Bo widzisz, dowiedziałam się czegoś z Twoich komentarzy, co nie wynika tak do końca z tekstu (albo wynika dopiero pod sam koniec, a mogłoby chyba wcześniej (jeśli w ogóle)) – że w tym świecie istniała magia, potem została zakazana, a teraz wraca. Może właśnie ta rozmowa, drugi fragment opowiadania, to właściwe miejsce, żeby pokazać trochę wyraźniej jakiś "world building".

 

Druga rzecz – bardzo chciałabym wiedzieć więcej o tym oddziale wojskowym. Kim są, dlaczego są tacy? Z kim walczą? Ale to też bardziej przez komentarze, niż po przeczytaniu tekstu. Brak tych informacji nie przeszkadza mi w odbiorze opowiadania, jako kompletnej całości, nie w tym rzecz. Ale sądząc po Twoich wypowiedziach, chciałaś pokazać ich "współczesność myślenia", ale nie do końca to wyszło.

 

To jest taki dysonans, bo naprawdę, dla odbioru opowiadani ani sprawa istnienia / nie-istnienia magii, ani "współczesności" oddziału wojskowego nie ma najmniejszego znaczenia. Opowiadanie jest kompletne, takie, jakie jest. Ale Ty najwyraźniej chciałaś to przekazać. Tylko, że nie da się nawrzucać zbyt wielu grzybów w barszcz.

 

Myślę, że wybrnęłaś z problemu obronną ręką, właśnie dzięki oszczędności w dozowaniu informacji. Pokazałaś tylko to, co dla fabuły opowiadania jest naprawdę istotne (z jednym rodzynkiem, czyli informacją o kapitanie, bez której opowiadanie mogłoby się obyć, ale dzięki niej zyskuje pewien smaczek) i tak powinno być. Myślę, że masz prawo czuć się dumna z tego tekstu. Szkoda, że tak mało czasu na pisanie... ;)

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Oj, t.leno, bardzo Ci dziękuję za taki wyczerpujący komentarz. I właściwie wszystko dobrze wyczułaś:). To kapitan miałby być centralną postacią, pojawił się w tym opowiadaniu, bo musiałam po prostu go wreszcie wyciągnąć na światło dzienne, nawet w epizodzie;). I nie, jego "przeszłość" to nie wydarzenia z "wilkołakami" (to też nie do końca takie tam wilkołaki). A z tą magią to - według mnie - musiało tak być, bo oni, zwłaszcza Asger, nie wierzą, bo uwierzyć też nie chcą. Utrata kontroli nad własnym życiem to wizja przerażająca:). Chociaż, utracić można i bez magii... Tak więc to też pojawiło się na marginesie, jako pewne podsumowanie, a jednocześnie otwarcie czegoś innego.

Cieszę się, że spodobał Ci się ostatni fragment, bo mnie się również podoba;). Miał być niejednoznaczny, wskazujący na niepewność co do dalszych losów kapitana. Fajnie, że jednak się udało. Mam nadzieję.

Ten tekst właściwie jest w charakterze nieco inny od tego, co mam w głowie. Ale też to był jedyny pomysł, który byłam w stanie zmieścić w jakimś  rozsądnym rozmiarze.

Dziękuję Ci za poświęcony czas i celny, obszerny komentarz.

Aha, i bardzo, bardzo się cieszę, że tatuaże też wydają Ci się sensowne. Kerk taki jest. I już. Kropka:).

bardzo dobre

Haha :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dzięki, Unfallu, za mały rajd :). A Ty, Berylu, z czego się rechoczesz? :)

Nie, nic, tak tylko… wesoły takie jestem czegoś ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Fajny tekst. Nie dziwię się przedpiścom, że wołali o kontynuację. W zasadzie zakończyłaś główny wątek żony, a potem nagle zaczynasz opowiadać o Asgerze. I urywasz w ciekawym momencie. No to się nie dziw… Cieszę się, że ciągniesz temat.

A tatuaż mi się bardzo spodobał. Wydaje mi się, że literki na plecach można przeczytać, tylko na kręgosłupie trochę trudniej. Ale to kwestia czcionki. Nie sądzę, że między napisami na klacie i łopatkach jest jakaś duża różnica w odbiorze. :-)

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo. :)

Ja z tym tatuażem będę się upierać i przekonać się nie dam. Da się przeczytać i już! Cieszę się, że mam w Tobie tu sojuszniczkę. ;)

Jeju, znowu szóstka! Dzięki, Sajko. Czuję się taaaaaka doceniona! :)

 

A przy okazji – tatuaże Ci się podobały? :)

Ten na lewym przedramieniu – zdecydowanie tak. ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

:)

Tekst wciąga, bardzo przyjemnie się czyta, ale zakończenie pozostawia niedosyt. No nic, w takim razie lecę do Osady :P

Tylko nie "Tęcza"!

Jakiś czas temu przeczytałem to opowiadanie, ale nie zostawiłem komentarza, sam nie wiem dlaczego. Dlatego, jak czytałem wczoraj, od razu wydało mi się znajome :)

Podobało mi się. Ładnie napisane. Postać Liwii była dla mnie najciekawsza (i pewnie dla większości), dziwne, że mąż się przy niej nudził. A może przeszła pośmiertną ewolucję? Trochę słabiej wypadł Kerk. Po końcówce odniosłem wrażenie, może mylne, że tekst powstał jako część czegoś większego.

Bardzo podobała mi się scena dialogu, w której duch “wypikał” niewygodne fakty :)

W najbliższym czasie planuję “Osadę”.

Zygfrydzie, bardzo Ci dziękuję za wizytę i komentarz. 

Hm, o który fragment dialogu z “wypikaniem” Ci chodzi? 

Liwia na pewno przeszła pośmiertną ewolucję, powiedziałabym nawet – rewolucję. :)

To jest część czegoś większego, na razie staram się to trzymać w ramach opowiadań, “Osada” jest kolejnym z nich. Moim zdaniem “Osada” jest lepsza, ale zdania czytelników niekoniecznie to potwierdzały. :) Ostatnio dopisałam do niej epilog, więc miałbyś kilka tysięcy znaków więcej niż poprzedni czytelnicy.

W każdym razie – serdecznie zapraszam. :)

Chodzi mi o dialog, w którym bohater mówił prawdę o Liwii, a jego rozmówca go nie słyszał.

Liwia jest cudowna, całkowicie cudowna. Wolna i swobodna dusza, która przed śmiercią spętana była okowami konwenansu i życiowej roli, wreszcie bierze los w swoje ręce. W sumie to powinna podziękować swoim mordercom. Znowu postaci są na pierwszym planie (piję do czytanej dziś wcześniej “Osady”), a tło – jest tylko tłem maźniętym jedynie niewyraźnie. Mnie to jak najbardziej leży. Skoda że przeżycia Asgera mają tak “trywialne” źródło (cudzysłów - bo wiem, że pasuje do koncepcji, ale jednak marzyło mi się cos bardziej zagmatwanego). Czekam na dalszy ciąg.:)

Dziękuję za wizytę i komentarz również tutaj. :) To, co ukształtowało Asgera to nie te wydarzenia z ludźmi – wilkami. Tamto wydarzyło się wcześniej. Ale już ktoś tak wcześniej podejrzewał, więc pewnie rzeczywiście można by tak wywnioskować. Ale ten tekst, właśnie z tymi wilkopodobnymi, chciałabym napisać. Bo to chyba fajny pomysł, to co mi w głowie siedzi. Ale na zdecydowanie dłuższy tekst, więc musi na razie poczekać.

Oo, nie skomentowałem tego tekstu, choć czytałem go dawno temu.

Sorry, taki mamy klimat.

Przeczytałam opowiadanie już dawno, a na życzenie Autorki wypowiedziałam się, tyle że nie tutaj, więc teraz zostawiam ślad i oświadczenie, że to bardzo porządne opowiadanie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No cóż, Sethraelu, zawsze możesz nadrobić. :) Chyba, że już nic nie pamiętasz.

Regulatorzy – tak, zgadza się. Pamiętam, jak przeraził mnie Twój pełen kolorów mail. :)

Czy kolory były tak bardzo źle dobrane i gryzły się, i to Cię tak przeraziło? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kolory były świetne, jedne z moich ulubionych, o ile dobrze pamiętam. Na szczęście dla mojego zdrowia psychicznego mam zamiłowanie do pstrokacizny. ;)

(Nieuświadomionym wyjaśniam, że wesołymi kolorkami Regulatorzy zaznacza błędy, błędziki i sugestie).

Zgodnie z życzeniem.

Pamiętam, że tekst bardzo mi się podobał, że urzekł mnie jego klimat, że pierwsza żona, mimo swej nadnaturalności, pojawiała się tak zwyczajnie, jak to w realizmie magicznym bywa i jest urzekające. Co ciekawe, trudno mi było zdefiniować czasy – przypasować realia do jakiegoś konkretnego okresu historycznego. Coś w tekście sugerowało jakiś XVII-XVIII wiek, nie pamiętam co to było, a ten okres nie jest przecież najlepszy do umiejscowienia fantasy – tak sobie wtedy pomyślałem, a pod koniec tekstu musiałem zweryfikować opinię. Do tej pory we łbie mam jedno z ostatnich zdań, o tym, że (cytuję z pamięci, a czytałem to prawie dwa lata temu, więc wybacz ewentualną niedokładność) “księżyc wyskoczył jak talerz, a głównemu bohaterowi chciało się wyć”, dobrze pamiętam? Jakoś tak to szło, bo to stwierdzenie, niby rzucone tak od niechcenia, podziałało na mnie elektryzująco. To był świetny tekst. Jeśli chcesz, mogę przeczytać go jeszcze raz i znów się wypowiedzieć. Sądzę jednak, że opinia wydana tyle czasu po lekturze, ma swoją unikalną wartość.

Pozdrawiam Cię serdecznie, Ocho.

Sorry, taki mamy klimat.

Wczoraj wieczorem przeczytałam, wzruszyłam się, napisałam komentarz dziękczynny i internet trafił mi szlag.

Więc powtarzam: komentarz wymuszony, ale jaki miły! 

Te zdania (Poczuł mrowienie w pokąsanej ręce; odwrócił głowę, zapatrzył się w ciemność za oknem. Zza linii drzew wyskoczył okrągły jak talerz księżyc. Asgerowi chciało się wyć.) to miał być taki haczyk, cieszę się, że się złapałeś. PsychoFish też się złapał. ;)

Co do okresu – pisałam wtedy jakoś tak bezrefleksyjnie, bo uznałam, że jak fantasy –  no to musi być jakieś tam średniowiecze. Cholernie schematycznie, bez wątpienia. A że bohaterowie mi do średniowiecza nie pasowali – no to trudno. Z opisami też była u mnie wtedy totalna lipa, więc nawet po nich nie można było się zorientować, co to za czas. Potem sprawę przemyślałam i zdecydowałam się na niby – XIX wiek, a właściwie pierwszą jego połowę, i tego się trzymam. W ogóle myślę, żeby ten tekst przepisać na nowo, by stanowił spójną całość z pozostałymi z tego świata. W końcu się zbiorę, i jeżeli będziesz miał ochotę wówczas przeczytać jeszcze raz – zapraszam i bardzo się ucieszę.

Również Cię serdecznie pozdrawiam, Sethraelu.

Kirk potwierdził, a Liwia chwilę siedziała zamyślona.

 Literówka. Chyba, że chodziło o tego, ale wtedy kapitan, a nie porucznik. ;)

Naprawdę świetnie wykreowany klimat i niepokojąco-fascynująca postać Liwii. Dużo sympatyczniejszy z niej umarlak od tego gościa z “Powrotu”.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

SzyszkowyDziadku – muszę znaleźć tę literówkę. Bo wiedziałam, że ona tam jest, ale cały czas mi umykała.

A cóż Ty tu robisz, pod tak starym tekstem? ;) Bardzo się cieszę i jest mi niezmiernie miło. Dziękuję. :)

 

EDIT: Ha! Znalazłam.

Uzbierało mi się trochę opowiadań w kolejce i postanowiłem w końcu się za nie wziąć. W najbliższym czasie jeszcze odkopię jakieś starocie.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Bardzo mi się podobało. Jutro przeczytam kontynuacje.

 

Pozdrawiam.:)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgiano –  bardzo się cieszę i dziękuję. W takim razie z niecierpliwością czekam na komentarz pod “Osadą”. :)

Pozdrawiam.

Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każda uwaga niewłaściwie stosowana zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.

 

Jej czarne, długie włosy leżały w nieładzie na drukowanej w żółte różyczki poduszce, ładne, pełne, lekko rozchylone usta drżały odrobinę.

Tutaj są dla mnie rytmicznie dwa zdania, więc bym rozdzielił.

 

Wyglądała pięknie, ale miał zbyt dużo doświadczenia, by dać się zwieść pozorom. Czuł to – czuł zapach śmierci i wiedział, że czeka go trudna praca, której efektu nie mógł przewidzieć.

Z jednej strony niby ma doświadczenie (dużo doświadczenia czy duże doświadczenie? tu nie jestem pewien), a z drugiej strony efektu nie potrafi przewidzieć. To mi nie gra – albo albo. Rozumiem, że coś może być nieprzewidywalne, ale właśnie doświadczenie daje pewną orientacje przynajmniej odnośnie kierunku efektu.

 

Nieszczęśliwy mąż potężną dłonią przeczesał gęste, ciemne włosy, czarne oczy wyraźnie się zaszkliły.

Drażni mnie "Nieszczęśliwy" i wydaje mi się zbędne, ponieważ wcześniej było o niepokoju, więc jestem w stanie sam wczuć się w męża i stwierdzić, że jest nieszczęśliwy. Nie potrzeba mi tego na siłę wmawiać.

 

Nie podoba mi się rozmowa w pierwszej scenie, bo mam wrażenie, że postaci nie mówią do siebie, tylko do mnie, a przez to wychodzi nienaturalnie.

Poza tym nie grają mi tam relacje między nimi – mąż mówi "doktorze", a doktor "twojej" – więc jak to w końcu jest?

Do tego lekarz zazwyczaj najpierw zbiera wywiad, a dopiero później bada pacjenta. Zresztą wydaje mi się, że dla każdego powinno być normalne, że najpierw należy zebrać informacje, a tutaj jest wszystko odwrotnie.

Mąż też jakiś dziwny, że dopiero po trzech dniach wzywa lekarza. Nie wspominając o rodzinie czy znajomych, którzy byli na ślubie.

 

zagaił w końcu, lekko zirytowany

Zagaić można do kumpla, a nie do męża pacjentki.

 

Mężczyzna podniósł na niego oczy

Trochę za dużo tego podnoszenia oczu.

 

Rudzielec tkwił chwilę w wychylonej pozycji

Wychylonej czy pochylonej? Bo wychyla się zazwyczaj skądś.

 

Nie wierzysz mi, poruczniku

Rozumiem, że jest żołnierzem i lekarzem, ale zazwyczaj jak ktoś się zwraca do kogoś w określony sposób, to później nie próbuje tego mieszać (jeśli nie ma jakiegoś szczególnego powodu). Musisz jakoś inaczej pokazać, że to również wojskowy.

 

Podszedł do torby, którą wcześniej niedbale wetknął pod stół. Wyjął z niej gruby, gęsto zapisany zeszyt, zaczął go pospiesznie, nerwowo kartkować. Warknął cicho, cisnął nim o krzesło, najwyraźniej niezadowolony. Ponownie sięgnął do torby, aby delikatnie, powoli powyciągać z niej niezliczoną ilość fiolek, pudełeczek, woreczków. Ustawił je w równych rządkach na stole, chwilę przypatrywał się im zamyślony.

Nie gra mi to. Jego zachowanie zmienia się zbyt gwałtownie.

 

podskoczył do stołu

Może "doskoczył"? Bo tak to wygląda, jakby stół był gdzieś wyżej.

 

a pionowa zmarszczka między brwiami pogłębiła się jeszcze bardziej

A wcześniej się już pogłębiła?

 

jak bozie nakazały. No, cholera

Te zwroty gryzą mi się z ust tej samej osoby. Zwłaszcza jeden po drugim.

 

Ona? Po prostu muszę to zrobić i akurat tutaj powód jest prosty i bardzo typowy. Zabiła mnie. Otruła. Razem z moim kochanym mężulkiem. Och, przecież nie robiłam mu scen, gdy do niej szedł i wracał dopiero nad ranem. Musiał mnie naprawdę mieć po dziurki w nosie.

Po tym fragmencie coś się sypie, bo raczej po otruciu żony nikt nie odważyłby się na ślub miesiąc po pogrzebie. Zbyt podejrzane.

Od początku mi to nie pasowało, ale teraz to już w ogóle.

 

gestem osadziła go jednak w miejscu

Tzn. jak? Bo nie mogę sobie tego wyobrazić.

 

Głos uwiązł mu w gardle i tylko coraz szerzej otwartymi oczami oglądał rozgrywające się przed nim widowisko (…) Kerk sceptycznie uniósł brwi (…) Lekarz stał jak wmurowany, ogłupiały, w niejasnym poczuciu, że bierze udział w jakimś absurdalnym przedstawieniu

No to w końcu jak? Bo już nie wiem, jak on reaguje: przerażony, sceptyczny czy ogłupiały?

 

tkwił zasklepiony w swoim bólu

A nie miał w ramionach Tarkii?

 

Przecież wiesz doskonale, skoro tak łatwo wchodzisz w ludzkie umysły. Tak, jest o tym przekonany.

Dziewczyna zamyśliła się.

– Masz rację. Jest to dla mnie jednak pewne zaskoczenie. Myślałam, że ma w głowie więcej oleju…

Kerk parsknął śmiechem.

Fajne :)

 

Z poczucia lekarskiego obowiązku przytknął do jej szyi dwa palce, nie wyczuł tętna

A nie lepiej stetoskopem osłuchać serce? Tak postąpiłby lekarz.

 

Wyszedł zadumany i powoli ruszył korytarzem do sypialni gospodarza. Zapukał, nie było odzewu. Zapukał mocniej, ponownie odpowiedziała mu cisza. Nacisnął klamkę, drzwi uchyliły się z lekkim skrzypnięciem.

Nogi mężczyzny dyndały tuż nad podłogą

Podoba mi się, że nie napisałaś wprost tylko wprowadziłaś napięcie. Nawet w tak krótkim fragmencie.

 

oczu. Bez krztyny wątpliwości należących do trupa

A do kogo innego?

 

 

 

Mam wrażenie, że czasami masz problem z podmiotami. W kilku miejscach, ale dla przykładu dam to: "Kerk patrzył na nią przez chwilę, ale nie doczekawszy się więcej żadnej reakcji wyjął z kieszeni buteleczkę, przytknął ją do ust nieprzytomnej kobiety i wlał w nie połowę zawartości. Przytrzymał jej szczękę aż do momentu, w którym był pewien, że kobieta przełknęła lekarstwo"

 

Nie pasuje mi opisywanie Liwii jako dziewczyny, zalotnej nastolatki, podczas gdy z wypowiedzi jej męża wynikało, że małżeństwo już chwilę trwało, tzn. na tyle długo, że byli po ślubie, uczucia i emocje przeminęły, a mąż zakochał się w innej, a Liwia umarła. Chociaż później poznajemy wiek Liwii i rzeczywiście jest nastolatką, to cała historia traci na wiarygodności. Jakie panują tam zasady zawierania związków? Dlaczego mąż nie mógł od razu ożenić się z Tarkią? Tym bardziej, że po śmierci pierwszej żony tak szybko organizuje drugi ślub. Gdzie jakieś zwyczaje, obyczaje? Bo z jednej strony wydaje się, że akcja dzieje się w czasach historycznych, bo Liwia nie ma wyboru i w ogóle, a z drugiej część działań bohaterów przypomina raczej współczesność. Gryzą się motywacje i przekonania dawne ze współczesnymi.

 

Nie przekonuje mnie dlaczego wojskowy lekarz wzywany jest do Tarkii i do tego zostaje w domu, zwłaszcza gdy niedaleko jest stanica. A już szczególnie gdy dowódca jest ranny.

 

Mam problem z mężem. Jest go mało, więc za dużo o nim powiedzieć nie można, ale sprawia wrażenie kukiełki i w ogóle go nie czuję.

 

Kerk może być. Jego motywacje są jasne, chociaż czasami nie rozumiem jego emocji, bo za szybko się zmieniają. Nie pasują mi też ziółka, bo to w końcu lekarz. Inna rzecz, że nieznajomość realiów świata powoduje, że nie wiemy, jaki to medyk – cyrulik (chirurg) czy lekarz, bo (trochę upraszczając) w historii były to dwa osobne zawody. Chyba że rzecz jest bardziej współczesna, ale tu znowu wracamy do realiów.

 

Liwia jest najlepiej stworzoną postacią. Motywacje są wyjaśnione, a jednocześnie ona sama przyznaje, że ma zadanie, ale nie wie, co będzie dalej, a to daje pewną tajemnicę. Właściwie to odniosłem wrażenie, że tutaj drzemie siła tego tekstu i trochę żałuję, że nie zostało to bardziej wykorzystane. Chciałbym się dowiedzieć, jak to się dzieje, że Liwia wie, że ma to zadanie i co się z nią dzieje dalej. Chociaż z drugiej strony może to taki diaboliczny zamysł autorki, żebym się nad tym zastanawiał i nie mógł spać ;)

Przekonała mnie zadziorność i podobnie jak Kerk, też Liwię polubiłem. Mimo że jest umarlakiem i zabiła dwie osoby ;)

Nie miałem problemu z nagłą zmianą, jaka zaszła w Liwii. Co najmniej kilka razy widziałem takie szybkie przemiany u dziewczyn "zbyt krótko trzymanych", które nagle doświadczyły wolności.

 

Historia była ciekawa, choć trochę przewidywalna. Wiedziałem jak się skończy, bo Liwia sama to powiedziała, dlatego brakowało czegoś, co pchałoby mnie dalej. Takim czymś mogłaby być chęć przeciwstawienia się siłom nadprzyrodzonym przez Kerka, ale jest tego stanowczo za mało i nie widać jego zaangażowania.

 

Całość jest napisana sprawnie, bez wpadek ortograficznych czy stylistycznych. Czytało się przyjemnie i styl pozwalał wejść w świat.

Odnośnie świata już pisałem, ale powtórzę – jest za mało określony, a ponieważ zwyczaje ogrywają w akcji rolę, to trzeba realia nakreślić lepiej.

 

A co do pisania po plecach, to rzeczywiście może to być niepraktyczne, ale jakoś nie przeszkadzało mi to w tekście. Gdzieś już byli bohaterowie z tatuażami (np. zaklęciami) i nie budziło to większego sprzeciwu.

Raczej zaciekawiło, bo wokół bohatera powstała aura tajemnicy. Chociaż nie obraziłbym się, gdy było o tym coś więcej np. podczas rozmowy z Liwią. Pozwoliłoby to pogłębić bohatera.

 

 

Podsumowując, jest trochę rzeczy do poprawy, ale ten tekst pokazuje, że powinnaś dać sobie z nimi radę. Do tego pomysł ciekawy i widać, że masz w głowie wizję czegoś większego.

Dlatego z przyjemnością zabiorę się za kolejne Twoje opko :)

 

 

Pozdro!

 

B.A.

 

 

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

B.A., dzięki wielkie za wizytę i wyczerpujący komentarz. Trudno mi się z Tobą w większości przypadków nie zgodzić, mogę się tylko bronić w pierdołach (np. dowódca ranny został miesiąc wcześniej, już mu raczej nic nie jest, nie potrzebuje więc stałej opieki lekarza).

To opowiadanie nade mną wisi od wielu miesięcy, bo z perspektywy czasu widzę, jak bardzo jest niedopracowane i jak wielu poprawek wymaga. Jeżeli chcę się za ten mój cykl zabrać bardziej serio, no to w jego przypadku czeka mnie jeszcze sporo pracy. Twoje uwagi na pewno będą bardzo przydatne.

Jeszcze raz dziękuję za wnikliwą i cenną opinię i zapraszam do kolejnych części.

Pozdrawiam. 

Dzisiaj widziałem ostatnią część Hobbita po raz drugi i… nie czytać dalej, jeśli ktoś nie oglądał… uświadomiłem sobie, że Kerk zachowuje się trochę jak Thorin, tzn. emocje, motywacje służą fabule, ale nie sprawiają wrażenia autentycznych.

 

A co do powrotu lekarza do jednostki, to będę obstawał przy swoim, mimo że dowódca nie potrzebuje stałej opieki. Kirk zostaje i przez to tworzy się jakaś tajemnica, bo ja (czytelnik) zadaję sobie pytanie – dlaczego? Nawet w dziwnych oddziałach, lekarz wróciłby do stanicy, bo przecież w każdej chwili może być potrzebny.

Na końcu jest powiedziane, że dostał rozkaz, ale wówczas robi się taki niewybuch. Czy ta tajemnica jest potrzebna? Nie lepiej wcześniej napisać, że dostał rozkaz pozostania tam? A przy okazji wyjdzie, że jest wojskowym.

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

:)

Upierać się (przynajmniej teraz) nie będę, bo to jest tekst właściwie do ponownego przepisania. Sporo rzeczy, i to w dużej mierze podstawowych, nie miałam jeszcze wtedy wystarczająco przemyślanych. I to wychodzi.

Upierać się będę, jak się w końcu wezmę.

A w końcu się wezmę. ;)

 

EDIT: W ogóle mam takie wrażenie, czysto subiektywne (bo w komentarzach czytelników w sumie to się nie potwierdziło) że między “Pierwszą żoną” a “Osadą” doznałam jakiegoś skoku świadomościowego, jeżeli chodzi o pisanie. Ogromna w tym zasługa portalu.

Ale może tylko mi się tak wydaje.

O, a biorąc pod uwagę, że mi się Osada nie podobała… zaraz, zaraz? Dlaczego mi gwiazdka miga przy tym tekście, czy ja komentowałem? Hmm… o, rzeczywiście. I to jak merytorycznie! No, to nie pozostaje nic innego, jak nadrobić zaległości w lekturze.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Oj tam, Berylu, daj spokój. Jednym z elementów mojego skoku świadomościowego było to, że nie każdemu się musi podobać. :) I wszystkich rad należy słuchać, ale nie do wszystkich się stosować.

Daj mu ciasteczko. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wiadomo, że do moich nie należy, bo są głupie :) Ale co, serio, mówisz mi, żebym nawet nie próbował czytać Twojego tekstu? No dobrze, trudno.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Weź się, weź, bo warto.

A skok świadomościowy ocenię przy “Osadzie” ;)

 

I wszystkich rad należy słuchać, ale nie do wszystkich się stosować.

Wydaje mi się, że to jeden z momentów, które każdy piszący powinien zaliczyć.

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

No dobrze, to pytając poważnie: a to naprawdę mieliście kiedykolwiek taki etap, że słuchaliście wszystkich rad? :P Przecież to niemożliwe.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Berylu, ależ Ty desperujesz. A serio piszę tylko tyle, że – jak Ci to już chyba mówiłam – wydaje mi się, że mamy zupełnie odmienne gusta. Bo Tobie się generalnie niemal nic nie podoba, ale jak już coś się zdarzy – to wtedy nie podoba się to mnie. Więc nie chciałabym, żebyś się męczył. :) A o radach pisałam ogólnie, o czym zresztą pewnie doskonale wiesz. Nie da się wszystkich zadowolić, i tyle. Też zresztą kiedyś pisałam, zdaje się pod “Osadą”, że podejrzliwie podchodzę do rzeczy, które podobają się wszystkim. Bo to taki pop. ;)

Jednak jeśli przeczytasz – będzie mi miło. I chętnie wysłucham Twoich uwag.

Pozdrawiam.

 

EDIT: Może nie słuchałam, ale się przejmowałam. A teraz po prostu mam świadomość, że tak już jest i nic na to nie poradzę.

Berylu, ależ Ty desperujesz.

Ocho, mówi się – dramatyzujesz. Jak Mirmił, Lubawa zawsze mawiała: “Będzie dramatyzował…” :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mirmił to mirmiłował. :)

Aha, a ciasteczek nie ma. Przykro mi. ;)

Despe… co? ; ) Nie, nie, po prostu dziwi mnie autor, który sam odradza czytanie własnego tekstu – jak do tej pory tylko ryszard tak robił na tym forum. No i czuję się osobiście dotknięty takim postawieniem sprawy ;’(

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Prąciem :-)

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jak już coś wklejasz, to przynajmniej pomniejsz :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Och, dobra. Ja idę spać. Nie pozwolę się wmanewrować w te Wasze męskie, emocjonalne gierki. :)

Berylu, jeśli przeczytasz, bardzo się ucieszę. 

Dobranoc.

Cholera, nie ma z Tobą zabawy, ocho :/ Dobranoc.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No dobrze, to pytając poważnie: a to naprawdę mieliście kiedykolwiek taki etap, że słuchaliście wszystkich rad? :P Przecież to niemożliwe.

A czytałeś kiedykolwiek komentarze pod tekstem początkujących autorów, że zadajesz takie pytanie? :P

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Jak już coś wklejasz, to przynajmniej pomniejsz :)

Próbowałem, ale parametr “s” nie dieła w Chrome, Windows.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho – klikasz na obrazek i pojawia się ramka, za pomocą której manipulujesz rozmiarem ;)

 

A czytałeś kiedykolwiek komentarze pod tekstem początkujących autorów, że zadajesz takie pytanie? :P

Czytałem. I nie zaobserwowałem zjawiska “dzięki, posłucham was wszystkich” – tym bardziej, że rady są często sprzeczne ;)

 

Dobra, panowie, nie ma offtopowania pod tym opowiadaniem. Kończymy.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Psycho – klikasz na obrazek i pojawia się ramka, za pomocą której manipulujesz rozmiarem ;)

No więc nie. Mam tylko pop-up, w którym kiedys działało to, co brajt zapiął na sztywno zamiast podania stylu+rozmiar(duże, małe, w9-w16) – a teraz nie dieła. Manipulatora na zmianę rozmiaru typu “kliknij i przeciągnij” nie znalazłem na żadnej krawędzi lub narożniku obrazka, zarówno po zazanaczeniu bez pop-upa jak i w popupie.

 

Przyjąłem. Sprawdzę czy u Jose to działa tak, jak u mnie, żeby stwierdzić czy to problem z przeglądarką (ja mam Firefoxa) czy może moderatorzy mają jakieś super prawa do posiadania manipulatora.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Informacyjnie – wreszcie znalazłam chwilę czasu, by poprawić ten tekst na tyle, bym mogła być z niego trochę zadowolona. :)

A chwila nieczasu nie poczuła się tym obrażona? ;)

Sorry, taki mamy klimat.

…niezadowolona?

 

A co poprawiałaś i zmieniałaś? W sensie drobiazgi czy coś istotniejszego w postaciach lub fabule?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Seth :)

Wrednyś, Małpiszonie Sethraelu. ;)

 

Sajko – troszkę poprawiłam, pousuwałam zaimki, dodałam parę zdań, parę opisów. Mąż z dzieckiem poszli na zakupy przez góry, to miałam CHWILĘ CZASU. O!

Chciałam ten tekst przepisać na nowo, ale uznałam, że szkoda czasu. Tak więc mam nadzieję, że teraz wygląda po prostu na tyle dobrze, że nikomu szczęka nie opadnie ze zdziwienia, że to coś dostało piórko. ;) Bo, jak go teraz przejrzałam, to był w sumie fajny tekst, ale mocno niedopracowany.

Zmiany są fabularnie właściwie nieistotne, więc jak już ktoś przeczytał, to nie ma za bardzo sensu czytać ponownie.

Cieszę się, że wróciłaś do tego tekstu i wprowadziłaś poprawki. Warto, bo fajny :)

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

A o!… Znaczy, skoro poprawiasz, siedmioksiąg jak w banku, bo nie remontuje się porzuconych sadyb :-) .

Siedmioksiąg? O, rany! Chyba muszę powiedzieć mojemu dziecku, że pierwsza klasa podstawówki to czas, by się wyniósł na swoje i zaczął sobie wreszcie radzić sam. ;) Adamie, wiesz, że nie porzucam, boś jednym z molestowanych męczenników. Dzięki Wam wszystkim wielkie i zostaniecie wymienieni w przedmowie. ;)

Ja tu czekam na tę powieśc, tak nieśmiało zabulgoczę… Krwawo… Groźnie… Z błyskiem w oku, obiecującym masakrę, gdyby jednak nie… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Żarciki o siedmioksięgu swoją drogą, a zapoczątkowany “na naszych oczach” cykl opowiadań ma w sobie solidny potencjał. Można myśleć o przekształceniu w powieść, można o pozostawieniu w obecnej postaci cyklu opowiadań.

Sajko, bardzo jesteś kochany. Ja już kiedyś policzyłam, że jak moja rodzina szarpnie się na dziesięć sztuk, to jakiś tuzin egzemplarzy mam sprzedany na pniu. :) Adamie, a pamiętam, jak przy piórkowaniu narzekałeś, że "kiepski miesiąc", a piórko dla "Pierwszej żony" to bez przekonania i "na zachętę". Pamiętam, bom pamiętliwa! ;) I przepraszam za formę komentarza, ale normalny Internet znowu mi szlag chwilowo trafił, a mój telefon akapitów tu nie uznaje.

Ale miałem przeczucie z tą zachętą? No, jak, miałem, czy nie? :-)

No miałeś, miałeś. :) I w głowie mi namąciłeś, i inni namącili… ;) Za co w sumie jestem wdzięczna.

Adamie, zostałeś oficjalnie “mąciochą” :-D

 

Ocha, ja – miły?

 

To jakaś pomyłka ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nieuważnie czytasz, Sajko. Napisałam nawet, że jesteś kochany! :) Takie komentarze, jak Twój, nawet jeśli kurtuazyjne, są bardzo miłe.

No masz, masz, podrzucę do góry… ;-)

 

Mój komentarz ma z kurtuazją tyle, co ja z mercedesami, a jak nie boisz się męża i do obcej ryby powiadasz “kochany” – to już tam wasze domowe sprawy. Próbowałem ratować, było na priv z czułymi słówkami przejść… ;-)

 

Tak poważniej: niezależnie od tego, czy to będzie cykl opowiadań powiązany głównym bohaterem i jego przybocznymi i główną linią fabularną w tle (vide trio SYL Emelkali i jej bajki)  czy też pełnoprawna powieść, stworzyłaś ciekawe postaci, interesujące tło i wiem, że coś tam, pod sukienką, pichcisz i pichcisz powolutku. Poślij więc małża z synem w diabły na tydzień czy dwa i dopichcij, bom ciekaw ;-)

 

W każdym bądź razie, masz pomysł, masz bohaterów, masz już nawet czekających na ich przygody czytelników. Sukces, przynajmniej jak na tym, przed-drukowym etapie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dobra, to żeby nie było, że podrzucam do góry, to odpiszę, kiedy jest na górze. ;) Chociaż z krwawiącym sercem. ;(

Wielkie dzięki, Sajko, a że sam piszesz, to doskonale wiesz, jak bardzo takie słowa jak Twoje (Adama, Sethraela i paru innych osób) są istotne. 

Ocho, oczywiście masz rację: pochwały czy wręcz zachęcanie do kontynuacji mają niebagatelną rolę motywującą, uruchamiają mechanizm nagrody i takie tam. Są ważne. Na pewno też, w związku z rosnącymi oczekiwaniami, zdarzy ci się potknąć lub zgoła zawieść odbiorców, a tym samym siebie. Tak już jest.

Tym niemniej, wydaje mi się, że ty już sama w sobie, w Czesku, okrzepłaś i wiesz, że możesz. Pytanie tylko, czy chcesz, ewentualnie czy czas pozwala :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Podpisuję się pod tym , co Psycho w ostatnich dwóch komentarzach naklepał. Wiem, powtarzam się, ale nie z dowolnie rozumianego nachalstwa, lecz z chęci podtrzymania Twoich chęci.

To co, nie mam wyboru? :)

Wiecie, że to niebezpieczne? W ten sposób zaczynają frustraci wszelkiej maści – od bolesnego zderzenia się z rzeczywistością. ;)

Wyboru nie masz tylko po ostrzegawczym strzale w tył głowy ;-)

 

Po zderzeniu – bo nastąpi na pewno – albo możesz poskładać marzenia do kupy i jechać dalej, naokoło, ciut rozsądniej, albo zostawić je rozbite w drobny mak i niech sobie gniją, zapomniane. Ty wybierasz. (tu powinien być filmowy uśmiech i palec w stronę widza, ale nie zdążyłem nakręcic wideło). ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Po zderzeniu – bo nastąpi na pewno – albo możesz poskładać marzenia do kupy i jechać dalej, naokoło, ciut rozsądniej, albo zostawić je rozbite w drobny mak i niech sobie gniją, zapomniane.

 

Ha! Mam Cię! Widzę, że opcji “sukces” nie przewidujesz. ;)

Absolutnie przewiduję, ale nie taki orgiastyczny, od pierwszego dotknięcia “Wyślij” w komputerze, a raczej taki mozolnie wypracowany, budowany przez miesiące czy nawet – lata. I po drodze będzie dużo chwil podłamania, zwątpienia lub czarnych myśli: “A może by to tak w pierony rzucić…?”. Znaczy, będzie sukces, ale niełatwy, bo tak już z sukcesami jest – trzeba się na nie porządnie natyrać, a największym sprzymierzeńcem jest cierpliwość.

Masz synka, masz rodzinę, masz pracę – nie poświęcisz na to osmiu godzin dziennie. A czas nie jest z gumy, ja to wiem bardzo dobrze :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ocho, Ty powinnaś zrobić grafik i powiedzieć: “Synu, od jutra mieszkasz u wujków z NF, a ja zabieram się do pisania powieści”

 

Pisz, ocho, bo warto. Masz wyobraźnię, umiesz tworzyć historie, tylko warsztat musisz szlifować, żeby to wszystko jak najlepiej przedstawić. Będzie dobrze :)

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Synu, od jutra mieszkasz u wujków z NF – ło matko, jak na (niemal) sześciolatka on i tak ma głowę zanadto napchaną zombiakami, rycerzami Jedi, smokami, słowiańskimi bestiami, duchami, potworami, pilotami statków kosmicznych, zakrzywieniami czasoprzestrzeni… Co to by było po realizacji takiego grafiku? ;)

Dojdzie Cthulhu, trochę Obcych i pogadamy o reinkarnacji z dżdżownicą…. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O znajomość Cthulhu to już jego tata zaczyna dbać. :)

To też mi się podobało :)

Widzę, że Anet jest w formie. :D

Sorry, taki mamy klimat.

I bardzo dobrze. :)

Ja zawsze jestem w formie (chyba, że przeczytam coś baaardzo źle napisanego) ;)

Przyjemnie się czytało:-)

 

Dziękuję. Miło mi. :)

Przyznaję, że przeczytałam Pierwszą żonę w jednym ciągu jako element większej całości. Dlatego też nieco trudno jest mi ocenić jako osobny tekst.

Chociaż, z drugiej strony, jeśli spojrzeć na to opowiadanie jak na zamkniętą historię, to łatwiej mi docenić postać Liwii, którą tu wysuwa się na pierwszy plan i którą szczerze polubiłam. Za jej lekkie zagubienie, krotochwilność, ale i powagę (np. podejście do Asgera). 

Bardzo mi się. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zerknąłem z ciekawości po wiadomo czym.

W tym tekście dochodzi problem rodem z finału “Poszukiwaczy zaginionej arki” i to jest bardzo poważny problem – o co chodzi? A no o to, że główny bohater nie ma na nic wpływu. Próbuje coś zrobić, ale nie jest w stanie, zostaje mu rola obserwatora, a wydarzenia których jest świadkiem lecą prosto do celu, bez żadnych zakrętów czy niespodzianek.

No i, mimo że w tamtym tekście niby się trochę wyróżniał, to tutaj jakoś nie jestem w stanie nic konkretnego o nim powiedzieć. Jest taki… przeźroczysty. Nawet z tymi swoimi tatuażami.

 

Tarkia/Trakia… – warto byłoby bardziej różnicować te imiona/nazwiska, no ale to już wiesz ;)

 

Porucznik Tor smętnie pokiwał głową, a gdy się odezwał, jego głos przepełniony był lekko zabarwioną zniecierpliwieniem rezygnacją:

– Jesteś upiorem.

Ma z nimi do czynienia na co dzień? Nawet się specjalnie nie zdziwił.

 

nie słyszy też ciebie, gdy mówisz o mnie. Albo do mnie… Nie pytaj – uprzedziła go. – Tak chcę, więc tak się dzieje.

To dość słabe wyjaśnienie (”bo tak”), podobnie jak i skutki takiego stanu rzeczy dla całości opowiedzianej historii nie wydają się być zbyt korzystne.

 

Kerk runął w tamtym kierunku.

Owszem, runąć jest też synonimem “rzucić się” ale w tym wypadku mi zgrzyta (może ze względu na połączenie z tym kierunkiem) i jednak użyłbym tego drugiego słowa.

 

I przy okazji – mam jeden tekst z trochę podobnym motywem (ale nie aż tak bardzo) :)

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Dzięki. :)

 

główny bohater nie ma na nic wpływu – no tak. O to chodziło.

 

Wiem, że lubisz sobie podyskutować, ale niestety nie mam specjalnie energii na obronę. Mam sentyment to tego opowiadania, bo to pierwszy tekst, który napisałam od początku do końca i moje pierwsze piórko na portalu. Ale z cyklu wypada, no i wiem, że mam tutaj kilka lepszych opowiadań, również wśród tych niepiórkowych.

Więc – jeszcze raz grzecznie dziękuję za opinię. :)

Kurcze, masz taką łatwość podawania historii :). Lektura leci sama. Bardzo fajne!

Trochę tylko nie wierzę w przemianę Liwii, że niby śmierć powoduje przejście od cichej, szarej myszki do asertywnego prawie-wampa, ale… licentia poetica :)!

I dla tradycji (bo przecież szkoda ten tekst poprawiać):

– “Zwłaszcza to ostatnie” – powinno być “Zwłaszcza tego ostatniego”;

– “Na tym zaścianku” – “W tym zaścianku”;

– “Rozkazy do ewakuacji” – “rozkazy ewakuacji”.

 

W każdym razie – jestem bardzo zadowolony z potrójnego spotkania z kapitanem Asgerem Sidortem, biję brawo i… czekam na więcej! 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruchu, nie masz pojęcia (a może masz;)) jak miło czytać takie opinie pod tekstem o bohaterach, których się lubi najbardziej ze wszystkich swoich bohaterów. Fajnie by było, gdyby można wysłać do wydawnictw, razem z książką, listę potencjalnych czytelników. Dopisałabym Cię. ;)

Przyznam, że “Pierwsza żona” była opowiadaniem, na którym uczyłam się pisać, dlatego traktuję ją nieco pobłażliwie, ale też z dużym sentymentem.

Dziękuję!

Nie mam pojęcia, ale dobrze, że Ty się cieszysz. Ja też, bo to po prostu dobra literatura jest!

Jak… znaczy, KIEDY wydasz książkę, proszę o egzemplarz z dedykacją i autografem :). 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ależ oczywiście! ;)

Wow, fajne :D

Podobnie jak “Miasto” i to opowiadanie czyta się samo i podobnie jak tamtemu – brakuje twistów fabularnych. Za to tytuł znacznie bardziej pasuje do treści ;)

Miło było wejść tym razem w skórę “kolesia, który robił sobie notatki na skórze”, powrót Asgera również ucieszył.

Podobało mi się, a ten fragment:

– Poprzednia żona jej męża, Liwia, która postanowiła w ten sposób zemścić się za swoją śmierć… na swoich mordercach. Pozdrawia cię – dodał szybko.

piękny w swej bezpośredniości XD

 

Tyle ode mnie. Popraw jeszcze pierwsze zdanie, bo przytrafiło Ci się tam zdublowane “z” ;)

 

Trzymaj się, Ocho.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki. Cieszę się, że teksty z tego uniwersum raczej się podobają. Mam do nich dość emocjonalny stosunek. Nawet do tego, chociaż widzę, jak bardzo jeszcze miałam wszystko nieprzemyślane, gdy go pisałam.

Trzymaj się też. ;)

Wielkie postępy zrobiłaś od Pierwszej Żony do Miasta. Przyznam szczerze, że mnie lektura nie usatysfakcjonowała tak bardzo. Męczyły mnie szczególnie dialogi, które, choć same w sobie nie brzmiały źle, czasem chaotycznie skakały po tematach. Natomiast tym bardziej doceniam teraz misterną budowę Miasta, przywiązanie do detali i pogłębiony rys psychologiczny bohaterów. Czytając Pierwszą Żonę czułam się, jakbym dostała przypadkiem wersję demo gry, której pełną wersję już znam :) 

O, i wiesz co? Tytuł Pierwsza Żona jest fajny! Chyba dlatego zabrałam się za nią najpierw, mimo że od dawna przymierzam się do OsadyZamiany :D

Czytając Pierwszą Żonę czułam się, jakbym dostała przypadkiem wersję demo gry, której pełną wersję już znam :) 

Ha, no wreszcie ktoś się ze mną zgadza! ;)

Dzięki, kam_mod. Aha, “Zamiana” to inna bajka. Ale oczywiście również zapraszam. :)

Ojej, jak to dawno wrzucone, chyba cała historia NF w komentarzach…

 

Kam_mod się tytuł spodobał, a mnie właśnie długo odrzucał. Nie wiem, chyba obawiałam się jakiegoś romansu czy innej Mody na sukces. Albo po prostu jednak za długi jak na Ciebie :D :D

 

Podobało mi się. Trochę inny klimat niż w pozostałych opowiadaniach, ale to nie znaczy, że źle. Wpłynęła zresztą na to zapewne zmiana perspektywy – w sumie ciekawie było pochodzić po Twoim świecie tym razem innym bohaterem.

Postać Liwii rzeczywiście wyszła bardzo fajnie, jej otwartość wzbudza sympatię. Plusy za to, że ona sama nie do końca rozumiała swoją sytuację i za pomysł "zagłuszania" niewygodnych wypowiedzi.

Co do reszty… Fabularnie prosto, ale napisane interesująco. Mogę się tylko powtórzyć, że podoba mi się Twój styl i stworzony świat i mam nadzieję, że oprócz uderzania z książką do wydawnictw wrzucisz coś jeszcze nam na portal.

 

Aha, i wiesz co? Żałuję, że Kerk nie jest jakimś bohaterem z animsów, bo wtedy po prostu wpisałabym go w google i walnęła sobie na tapetę. Jego wygląd jest zarąbisty :)

Dziękuję, Teyami. Tak, Kerk wygląda na swój sposób spektakularnie. ;)

“Pierwsza żona” to w sumie taki trochę spin-off, chociaż powstała pierwsza. :)

 

Z wrzucaniem na portal to chyba będzie trochę lipa. Z tego świata mam gotowe jeszcze tylko jedno opowiadanie, które wysłałam na “Fantazmaty”. Jak tam nic nie ugra, to będę pewnie próbowała do jakiejś “Esensji”, a to kolejny rok z głowy. :)

wyjął z kieszeni buteleczkę, przytknął ją do ust nieprzytomnej kobiety i wlał w nie połowę zawartości. Przytrzymał jej szczękę aż do momentu, w którym był pewien, że kobieta przełknęła lekarstwo.

Nieprzytomni ludzie nie przełykają. Wlewając jej tak na chama specyfik, pan doktor mógł wywołać co najwyżej zapalenie płuc. Do tego trzymał jej szczękę, czyli fragment twarzy od ust w górę i nie wiem jak to mu pomogło uniknąć wycieku płynu. Dużo efektywniejsze byłoby przytrzymanie żuchwy. ;)

 

Przybywam ze złotą łopatą w ramach akcji czyszczenia kolejki! Przybywam także kompletnie rekreacyjnie – licząc na świetnie napisaną historię i właśnie to dostałem. Kapitan Asger zasługuje na uwagę i mam nadzieję, że nie przestajesz rozsyłać jego przygód po wydawnictwach.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to wszyscy, łącznie z Liwią, twierdzą, że dziewczyna była cicha, wręcz nudna, a tymczasem wydaje się być całkiem wygadana, wręcz pyskata i krnąbrna. Ale to pierdoła. Warsztat może ciut bardziej chropowaty niż obecnie, niemniej nie przeszkadza to w lekturze. Za to przejrzałem komentarze i niezły oldskul w nich znalazłem! ;D

Trzymaj się!

Dzięki! Weszłam sobie na mój profil, tak sobie o, a tu taka niespodzianka. Liwia stała się wygadana dopiero po śmierci, sama żałuje, że tak późno. ;)

Dziękuję za komentarz i miłe słowa.

Trafiłem tutaj, przeglądając antyczne piórka.

Najbardziej podoba mi się to, że nie próbujesz niczym zaskoczyć, nie czekasz na mnie z twistem, który urwie mi głowę, przedstawiasz historię, która jest prosta (podajesz rozwiązanie tajemnicy na samym początku), ale kurczę, fajnie to prezentujesz. Nie sama intryga, a bohaterowie w nią zaplątani są interesujący i napędzają całość. Drobiazgowy lekarz, figlarny duch, nie-do-końca-dobry gospodarz i na deser, intrygujący kapitan.

Naprawdę solidny spin-off, kompletny element większej całości. Podobało mi się.

Toż to prawdziwa piórkowa archeologia! ;)

Cieszę się, że najbardziej podobało Ci się to, co i mnie się podoba, a co innym podoba się najmniej. :)

Dzięki!

Nowa Fantastyka