- Opowiadanie: Cień Burzy - Szyb

Szyb

Oceny

Szyb

 

Godzina była już bardzo późna. Mroźny listopadowy wiatr szalał po opustoszałych ulicach, sprowadzając nad miasto ciężkie, czarne chmury. Pioruny – heroldowie ostatniej burzy, jaka tego roku miała rozpętać się nad miastem – coraz częściej odbijały się zimnym blaskiem w oknach ciepłych, przytulnych mieszkań. Potężne, choć bardzo jeszcze odległe grzmoty, przetaczały się pośród ciemności, wprawiając w drżenie wszystkie szyby. Lodowaty deszcz padał coraz mocniej, powoli przemieniając się w prawdziwą ulewę. Między blokami, niczym pochłaniająca wszystko na swej drodze fala, sunęła mgła tak gęsta, że ginęły w niej nawet żółte światła ulicznych latarni.

 

***

 

Siedział na podłodze, na najwyższym, ósmym piętrze, w holu od dawna opuszczonego hotelu. Głowę ukrytą w kapturze grubej, zimowej kurtki oparł na podkurczonych nogach. Ręce oplótł ciasno wokół kolan i ściskał z całych sił, trzęsąc się z zimna.

W jego otępiałym umyśle bez przerwy pojawiały się najgorsze wspomnienia z całego życia, wciąż od nowa napełniając serce falą bólu i nienawiści. Jednak wraz z upływem czasu, odmierzanego smutnym kapaniem kropel na zniszczoną podłogę, jego głośny dotąd płacz przycichał, a potem ustał zupełnie. Wycieńczony zimnem i rozpaczą, nie był w stanie skutecznie bronić się przed ogarniającą go sennością. W końcu, po wielu godzinach czuwania w samotności, ukołysany monotonnym szumem deszczu, usnął głęboko.

 

***

 

Zbudził się gwałtownie i bardzo nieprzyjemnie, a dotkliwe zimno w ciągu chwili całkowicie go otrzeźwiło.

 

Jakiś dźwięk…

 

Kroki…

 

Serce, które niemal natychmiast wypełnił paraliżujący strach, biło jak oszalałe, a umysł pracował gorączkowo, szukając odpowiedzi na bardzo wiele pytań. Jednak bez rezultatu. Był zbyt odrętwiały i przerażony by poruszyć się choćby odrobinę. Wstrząsnęły nim potężne dreszcze, kiedy uświadomił sobie gdzie jest.

I dlaczego.

 

Kroki…

 

Bał się jak jeszcze nigdy dotąd.

 

W ciemności wyraźnie wychwytywał wszystkie doskonale znane mu dźwięki: Zawodzenie wiatru, wdzierającego się bez przeszkód w niemal każdy zakamarek budynku, szum deszczu, kapanie kropel, spadających z przegniłego sufitu… Od czasu do czasu, w którymś ze zdemolowanych pokoi rozlegało się ciche skrzypienie, a potem trzask pustej ramy okiennej, bezradnie uderzającej o framugę.

Ale było coś jeszcze…

 

Kroki…

 

Słyszał, jak ktoś nieporadnie próbuje przejść pośród walających się wszędzie śmieci – kawałeczki szkła trzeszczące nieprzyjemnie pod nogami, skrzypienie nadepniętej deski, szuranie kawałka cegły po betonowej podłodze, butelka tocząca się gdzieś w ciemności…. Wszystko bardzo ciche, ale przerażająco wyraźne.

Nagle – w chwili, gdy był już pewien, że tajemnicza postać jest niemal na wyciągnięcie ręki – wszystko ucichło.

Pojawiło się za to coś innego – bardzo niejasne, ale przerażające uczucie, że jest obserwowany.

Nie działo się jednak nic. Mijały bardzo długie, koszmarne chwile, a przytłaczające wrażenie, że ktoś na niego patrzy, wciąż narastało, wżerając się coraz głębiej w jego świadomość, aż w końcu przerodziło się w niezachwianą pewność, że nie jest sam. Bał się coraz bardziej, a napięcie stawało się niemal nie do wytrzymania.

Ale nie działo się zupełnie nic.

Wciąż siedział w tej samej pozycji, chociaż było mu bardzo niewygodnie; wilgoć przedarła się przez ubrania, więc przeszywał go straszliwy ziąb, wnikający nawet w kości. Bolały go też wszystkie mięśnie, zesztywniałe od zbyt długiego siedzenia w bardzo niewygodnej pozycji. Strach był jednak znacznie silniejszy od bólu. Wypełniał całkowicie jego serce i duszę, paraliżując w nim wolę. Bał się nawet oddychać.

Tajemnicza postać czekała, ukryta w mroku. Była bardzo blisko. Czuł to.

Jego mózg pracował bardzo szybko właściwie już od momentu, w którym się przebudził, ale strach za bardzo mącił mu w głowie i nie potrafił myśleć logicznie. Kiedy jednak mijały minuty, a w dalszym ciągu nic się nie działo, powoli, bardzo powoli, zaczął się uspokajać i odzyskiwać przytomność umysłu.

W końcu zebrał całą swoją odwagę i krzyknął. Uznał, że to najrozsądniejsza rzecz, jaką może zrobić.

– Hej! Kto tu jest…!? – Nie zdobył się jednak na nic więcej. Jego głos, choć żałośnie piskliwy i wciąż drżący od wielogodzinnego płaczu, rozniósł się donośnie wśród panującej ciszy.

 

Zacisnął pięści i czekał.

Odpowiedzi udzieliło mu jednak tylko echo, wołające jego własnym głosem z każdego pustego pokoju. Zwielokrotniony krzyk oddalał się coraz bardziej w głąb ciemności, tracąc powoli swą moc, aż w końcu umilkł zupełnie. Przytłaczająca cisza, która zapanowała potem, na powrót odebrała mu całą odwagę. Zaczął odczuwać przemożną chęć zerwania się z miejsca i ucieczki prosto w noc.

 

***

 

Przez długie lata okoliczni wandale całkowicie rozkradli i zdewastowali pozostawiony własnemu losowi budynek. Każdą nie zniszczoną powierzchnię zamalowali wulgarnymi hasłami albo paskudnym graffiti, każdy przedmiot, którego nie ukradli – zniszczyli. Burzyli, łamali, trzaskali i rozbijali wszystko, co tylko mogli; urządzali imprezy i libacje, a nawet palili ogniska z kawałków mebli i śmieci. Na domiar złego mieszkańcy z pobliskich osiedli uczynili z opuszczonego budynku wysypisko śmieci i na najniższych piętrach unosił się trudny do wytrzymania smród.

W końcu wspaniały niegdyś hotel, będący chlubą, a także swoistym symbolem miasta, zamienił się w odrażającą ruinę, która sprawiała wrażenie, że może zawalić się w każdej chwili.

 

***

 

Burza minęła już jakiś czas temu, lecz niespodziewanie ostatnia, zapóźniona błyskawica przecięła niebo. Na mgnienie oka bladoniebieskie światło rozświetliło cały budynek, bezlitośnie obnażając jego upiorność i brzydotę: niezliczoną ilość szkła, drewna, gruzu, porozbijanych butelek i wszelkiego rodzaju śmieci panoszących się dosłownie wszędzie, zdemolowane pokoje, obdarte z tapet ściany, w których nierzadko ziały wielkie dziury, powybijane okna, roztrzaskane drzwi i zniszczone meble; szczątki starych łóżek, szaf, krzeseł, stolików, a także telewizorów, zlewozmywaków, muszli klozetowych i wszelkich innych sprzętów codziennego użytku.

Wiele nienaturalnie długich cieni padło na ściany, tworząc groteskowe, upiorne figury, które zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.

 

On jednak nie zwrócił najmniejszej uwagi na to wszystko. Zauważył za to coś innego, coś, co go zdumiało, przyniosło wielką ulgę, a jednocześnie jeszcze bardziej przeraziło.

 

Korytarz był pusty. Był zupełnie sam.

 

Zupełnie sam…

Kiedy znaczenie tych słów do niego dotarło, na nowo otworzyły się wszystkie rany w jego duszy.

Zupełnie sam…

Opuszczony, samotny, nikomu niepotrzebny; bezużyteczny śmieć, wyrzutek… Pasował do tego miejsca.

Ulga, którą odczuł na początku, bardzo szybko przemieniła się w wielki, palący żal. Niemal natychmiast zapomniał o całym strachu, który jeszcze przed chwilą dosłownie go dusił; jego serce z powrotem wypełniała ogromna pustka i niemal fizyczny ból.

Znów zaczął płakać, gdy myśli odpłynęły bezwolnie ku wszystkim i wszystkiemu, czego tak bardzo nienawidził.

 

***

 

Długie, bardzo długie lata samotności. Okresy, trwające czasami po parę dni, kiedy nie odzywał się do nikogo, bo też i nikt nie zwracał na niego uwagi. Były takie chwile, że bardzo chciał z kimś porozmawiać, wyżalić się, wypłakać, wykrzyczeć… Ale nie było nikogo, kto chciałby go wysłuchać. Nauczył się więc milczeć.

Rodziców nic nie obchodził. Mieli do niego tylko pretensje. Nigdy nie próbowali mu pomóc, ani nawet zrozumieć. Nienawidzili go. Gardzili nim. Odpychali… Nie, na nich nie mógł liczyć. A przecież tak bardzo ich kochał, tak bardzo się starał, żeby byli z niego dumni… Chociaż raz. Ale nie. Nigdy nie okazali mu, że coś dla nich znaczy.

Z czasem on również zobojętniał. Przestało go obchodzić, co do niego mówią, co robią, co o nim myślą, czego w ogóle od niego chcą. A im bardziej ich ignorował, tym byli dla niego gorsi. W końcu zaczął ich serdecznie nienawidzić i unikał jak tylko mógł.

W szkole było jeszcze gorzej. Nauczyciele albo nie widzieli, albo starali się nie widzieć, że nie jest z nim dobrze. Ignorowali go albo gnębili, bo był słabym uczniem. On sam też nigdy nie darzył żadnego nauczyciela sympatią ani zaufaniem. Nawet w tych krótkich i rzadkich chwilach słabości, kiedy czuł, że naprawdę potrzebuje pomocy, nie pomyślał o tym, żeby szukać jej u któregoś z nich.

W klasie też nie miał żadnych przyjaciół. Szybko stał się kozłem ofiarnym, bo był inny; dziwny, milczący, pewnie głupi… Ale przede wszystkim dlatego, że na to pozwalał. Koledzy często znęcali się nad nim – tak fizycznie jak i psychicznie – a on nigdy nie próbował się bronić, nikomu się nie skarżył i nawet nie uciekał przed nimi. Z zimną obojętnością przyjmował wszystko, co tylko zdołali dla niego wymyślić. A to doprowadzało ich do furii, bo pozbawiało całą zabawę sensu i odzierało z wszelkiej przyjemności. Ale jednocześnie stanowiło wyzwanie, którego nie mogli nie podjąć: Złamać dziwaka, zmusić go by okazał strach, by błagał o litość, by w końcu się poddał…

Ale on się nie ugiął. Nigdy. Nie dał im nawet cienia satysfakcji. Nieważne jak mocno oberwał, albo jak bardzo został poniżony. Krzywił się z bólu, nabawił się upokarzającego nawyku chowania głowy w ramionach, gdy tylko ktoś wykonał gwałtowniejszy ruch, ale milczał uparcie i pozwalał im robić ze sobą co tylko chcą. A to tylko pogarszało sprawę.

Znosił coraz częstsze i brutalniejsze ataki pozornie z tą samą co zawsze obojętnością, ale gdzieś w głębi czuł, że traci siły i wolę walki. Wiedział jednak, że musi wytrzymać; nienawidził swoich oprawców z całej duszy, ale był świadom, że jest tylko jeden sposób, by ich karać – nie dać się złamać. Trwał więc w swoim zdumiewającym uporze, choć nieraz przyszło mu za to bardzo drogo płacić.

Nikt nigdy nie stanął w jego obronie. Inni uczniowie tylko odwracali głowy, albo śmiali się z jego upokorzenia. Czasami nawet przykładali do niego rękę. Znienawidził więc również ich. Wszystkich.

 

Tylko szkolna psycholog dostrzegła, że dzieje się coś złego i próbowała z nim rozmawiać. Dwa razy zabrała go do swojego – zadziwiająco przytulnego jak na szkolne warunki – gabinetu, poczęstowała herbatą i czekoladą, i z fachowym zacięciem zaczęła podpytywać o różne sprawy: O relacje z kolegami, o dom i rodzinę, o to dlaczego z nikim nie rozmawia i nie chce się uczyć… Zdumiał się, że nie znając go wcześniej i nie zamieniając z nim ani słowa, psycholog tak łatwo odkryła, że jego fatalne wyniki w nauce są efektem tylko i wyłącznie jego niedbalstwa, czy raczej niechęci, a nie – wbrew utartej wśród nauczycieli opinii – wrodzonej tępoty.

Podczas tych spotkań patrzył na panią psycholog pustym wzrokiem i odpowiadał na pytania grzecznie, ale bezosobowo, używając nic nie wnoszących ogólników. Starannie unikał mówienia o swoich uczuciach i marzeniach.

Bo o takich marzeniach nie wolno głośno mówić.

Instynktownie czuł, że za jej troskliwością kryje się znacznie więcej niż wyrachowany profesjonalizm, ale nie wierzył, by mogła mu pomóc. Nie był nawet pewien, czy chce, by ktokolwiek mu pomógł. Wszelkie próby ingerencji w jego życie zawsze doprowadzały go do ogromnej, choć – z czego zdawał sobie sprawę – często nieuzasadnionej wściekłości; wściekłości, którą trawił, tak jak wszystkie inne uczucia, w pozornie obojętnym milczeniu.

Było mu jednak coraz trudniej się bronić; psycholog okazała się zdumiewająco cierpliwą i mądrą kobietą. Powoli i bardzo delikatnie rozkruszała mur, którym odgrodził się od świata, a on wiedział o tym i nic nie mógł na to poradzić. W pewnym momencie omal się nie złamał. Musiał walczyć już nie tylko z jej nieustępliwą cierpliwością, ale także z własnym pragnieniem, by się poddać, rozpłakać… i zacząć mówić. O wszystkim.

Przezwyciężył wtedy swoją słabość, ale tylko cudem. Wyszedł z gabinetu i zamknął się w toalecie. I dopiero gdy był zupełnie sam, z jego oczu popłynęły łzy.

Na następne spotkanie już nie przyszedł, choć psycholog uparcie go namawiała na rozmowę. Odpuściła – pełna złych przeczuć i gorzkiego poczucia winy – dopiero po kilku tygodniach, kiedy nie pomagała nawet interwencja u dyrektora, wychowawcy i rodziców.

 

***

 

Samotność, brak zrozumienia, odrzucenie, pogarda, ciągłe upokorzenia, ból… To wszystko dusiło go, zabijało i sprawiało, że czuł się nikim.

Ale to wcale nie było najgorsze.

Najgorsza była miłość.

 

***

 

Wspomnienie jej twarzy, uśmiechu, głosu, zapachu…

Jeszcze bardziej skulił się w sobie. Płacz wybuchnął z nową, niepohamowaną siłą.

 

***

 

Nie wiedział, kiedy się w niej zakochał. Nie wiedział też – dlaczego? Nie była przecież najpiękniejszą, najsympatyczniejszą, najciekawszą czy też najinteligentniejszą dziewczyną jaką spotkał. Była właściwie zupełnie przeciętna, i to pod każdym względem. A mimo to kochał ją całym sercem. Marzył o niej w długie, samotne noce, wyobrażał sobie ich wspólne, romantyczne chwile, poświęcał jej każdą swoją myśl i całe ciepło, na jakie potrafił się jeszcze zdobyć. Pragnął jej do szaleństwa. Ale nigdy nie starczyło mu odwagi, żeby się do niej choćby uśmiechnąć. Przecież był nikim; zerem, pośmiewiskiem, śmieciem… Obserwował ją tylko ukradkiem; chłonął każde słowo, odtwarzał w pamięci każdy gest… I marzył. A te marzenia były jedyną dobrą rzeczą jaka mu jeszcze została.

Kiedyś modlił się gorąco, błagając o pomoc, o ten jeden, maleńki cud, o taką drobnostkę… Aż nagle uświadomił sobie, jakie to żałosne, małostkowe i głupie, prosić Boga, żeby załatwił mu dziewczynę.

Tego dnia przestał się modlić. I nie został mu już zupełnie nikt.

 

***

 

Chociaż z całych sił starał się o tym nie myśleć, zdążył odtworzyć, przeanalizować i przecierpieć najgorszy moment swojego życia już niezliczoną ilość razy. A przecież to wydarzyło się tak niedawno temu. Tak niedawno…

 

***

 

Klęczał na korytarzu. Jeden z jego katów wykręcał mu z całej siły ręce za plecami i zmuszał do całowania butów drugiego. Nie stawiał oporu i, przy akompaniamencie śmiechu wszystkich obecnych, dotknął ustami czubków starych trampek. Potem dręczyciele zapraszali również innych uczniów do „darmowego czyszczenia butów”. Wielu się ustawiło w kolejce.

Był bliski łez, ale przysięgał sobie, że nigdy nie da swoim oprawcom tej satysfakcji. Wytrzyma… Jeszcze tylko trochę…

A potem wszystko się zmieniło.

Ona – jego najpiękniejsze marzenie, tak naiwnie czyste i romantyczne; będące w gruncie rzeczy wszystkim, co mu jeszcze zostało – stała się przyczyną jego ostatecznego upadku. Zanim został zmuszony do oddania jej pokłonu, ich spojrzenia przecięły się na moment. Chyba pierwszy raz w życiu. W jej pięknych, brązowych oczach, zobaczył tylko drwinę, złośliwą uciechę i… obrzydzenie?

W tym momencie coś w nim umarło. Zrozumiał, że ona nim gardzi, tak samo jak wszyscy inni, że jest dla niej nikim; że od początku tylko oszukiwał samego siebie…

 

Przeklęty głupiec…!

 

Ból, który przeniknął jego serce, był gorszy niż wszystko, co przeżył do tej pory. Jednym spojrzeniem udało jej się osiągnąć to, czego jego oprawcy nie mogli dokonać brutalną siłą i równie brutalnymi drwinami – sprawiła, że jego dusza zaczęła krwawić łzami. W końcu, po tylu latach upokorzeń i cierpienia, które znosił w milczeniu, złamał się całkowicie. Wszystko, co tłamsił w sobie przez całe życie, wyrwało się z jego serca razem ze szlochem, którego już nawet nie próbował powstrzymać.

Dręczyciele puścili go, widząc co się dzieje, a wszystkie śmiechy i drwiny umilkły.

Wstał i odszedł bez słowa.

 

Nikt go nie zatrzymywał.

 

***

 

Spróbował się podnieść, ale tylko jęknął, gdy wszystkie jego zastygłe mięśnie zaprotestowały bólem. Przez chwilę był pewien, że nie uda mu się wstać. W końcu jednak przemógł się i z wyraźnym trudem rozprostował ręce, a potem nogi. Na koniec pokręcił głową, by pozbyć się pulsującego bólu w szyi. Dopiero potem podjął kolejną próbę; bardzo niezgrabną, ale skuteczną. Dyszał lekko, gdy już stanął pewnie na nogach. Wsunął drżącą z zimna rękę do kieszeni i wyciągnął telefon.

Ostatnia szansa.

Nacisnął przycisk z zieloną słuchawką, a ciemność wokół niego natychmiast ustąpiła przed delikatnym, niebieskim światłem wyświetlacza, w którym jego twarz zalśniła rozmazanymi łzami, zaschniętą śliną i śluzem z nosa. Popuchnięte od płaczu oczy wydawały się nienaturalnie wielkie.

Była prawie trzecia w nocy. Żadne powiadomienie nie zasłaniało tapety przedstawiającej wielki, czerwony kwadrat. Nikt nie dzwonił i nie pisał. Nikt go nie szukał…

 

Spodziewał się tego, ale i tak gdzieś w środku poczuł dojmujący ból.

 

Zupełnie sam…

 

Patrzył przez chwilę na znienawidzony kwadrat i uśmiechnął się gorzko. Wybrał go, bo uznał, że jest bezpieczny – patrząc na telefon z taką tapetą nikt nie będzie w stanie powiedzieć czegokolwiek o jego właścicielu; nie zdoła odgadnąć jego uczuć, myśli i pragnień.

Ale teraz to już nie miało znaczenia.

 

Oderwał wzrok od telefonu i uniósł głowę. Tuż przed sobą, w przeciwległej ścianie, zobaczył czarną pustkę; głęboką, zimną otchłań, w głąb której nie docierało żadne światło – szyb dawno już nie istniejącej windy.

 

To on go tu zwabił.

 

Tyle razy tu przychodził; tyle samotnych godzin spędził patrząc w tę otchłań i marząc o niej…

Zawsze jednak wracał do swojego świata, bo miał jeszcze inne, piękniejsze marzenie. Ale tamto marzenie umarło. A cały świat razem z nim.

Pragnął tego od dawna, ale do tej pory robił to po cichu, nieśmiało. Bał się przyznać do tego nawet sam przed sobą. Ale teraz wiedział, że tego właśnie chce. Nie miał już najmniejszych wątpliwości, że to najlepsza droga.

W miejscu trzymał go już tylko strach; głupi, haniebny lęk przed…

No właśnie, przed czym?

 

Za długo to już odkładał. Ale tym razem będzie inaczej. Wiedział o tym.

 

***

 

Wyświetlacz telefonu zgasł bez ostrzeżenia – zgasła ostatnia szansa – i cały budynek na nowo pogrążył się w mroku. A mimo to rozwarta paszcza szybu była wciąż wyraźnie widoczna; nieprzenikniony cień, głębszy nawet od mroku nocy.

Milcząca obietnica.

 

***

 

Podszedł powolutku, bardzo małymi krokami, do otchłani, która go przyzywała. Wciąż walczył sam ze sobą, ale wiedział już, że…

Że wygrał.

Łzy spływały mu po policzkach, drżał… Ale w głębi duszy pragnął tego.

Zatrzymał się na samej krawędzi. Mocniej uchwycił telefon i jeszcze raz spojrzał na wyświetlacz, jakby się upewniał, że wybiła odpowiednia godzina.

 

***

 

Zbłąkana łza spadła na ekran i rozbryzgała się, rozmazując cyferki umieszczonego w rogu zegara.

Zniekształciła czerwony kwadrat.

 

***

 

Westchnął głęboko i zrobił nieznaczny ruch ręką. Czuł, jak serce niemal rozsadza mu pierś. Telefon zniknął w czarnej pustce. Przez chwilę niebieskie światełko rozświetlało wąskie ściany, ale w końcu z głuchym trzaskiem telefon uderzył o jedną z nich, i szyb z powrotem pogrążył się w ciemności.

Czekał w napięciu. Minęła następna, niezbyt długa chwila, nim rozległo się kolejne, tym razem znacznie cichsze uderzenie – urządzenie znalazło się na samym dole.

 

Stał przez długa chwilę, cicho łkając. Zrozumiał, że teraz nie ma już odwrotu.

 

***

 

Znów coś usłyszał. Jednak nie były to kroki.

Płacz…?

Rozejrzał się niespokojnie dookoła.

Nie, to tylko wiatr…

 

***

 

Nagle, posłuszny jakiemuś niespodziewanemu impulsowi, padł na kolana i zacisnął powieki. Czuł na twarzy delikatne, przesycone mdławym smrodem podmuchy wiatru, wydobywające się z gardzieli szybu, jednak, pogrążony w modlitwie, nie zwracał na nie uwagi.

Nigdy wcześniej jego modlitwa nie była tak szczera, prawdziwa… I tak bolesna.

 

***

 

Uświadomił sobie, że znów czuje na sobie czyjeś spojrzenie. Tym razem to uczucie było znacznie wyraźniejsze, bardziej natarczywe. Ale nie bał się.

Strach stracił już nad nim władzę.

 

***

 

Modlił się bardzo długo, cały czas szlochając, a wrażenie czyjejś obecności wciąż się nasilało. Czuł, jak ktoś ściska go za ramię, głaszcze po brudnych włosach, szepcze do ucha łagodne słowa, uspokaja, pociesza… Że wiele cichych, smutnych głosów chce mu przeszkodzić. Odebrać i to ostatnie marzenie.

Ale on ich nie słuchał.

Nie chciał słuchać.

Zacisnął mocniej powieki i skupił się na modlitwie. Trwał tak, aż głosy w jego głowie zlały się w jedno z szumem deszczu, a delikatne muśnięcia cudzych dłoni na powrót stały się tylko podmuchami wiatru.

I tylko z dojmującego smutku – cudzego smutku – który szarpał boleśnie jego duszę, nie potrafił się otrząsnąć.

 

***

 

– Boże, błagam… przebacz mi! – wyszeptał na zakończenie. Jednocześnie zalała go nowa fala dławiącego płaczu. Milczał przez chwilę, połykając własne łzy. – Ty wiesz, prawda? Rozumiesz…

 

Uczynił znak Krzyża i powoli wstał.

Modlitwa – a raczej spowiedź – w jakiś sposób oczyściła go i wzmocniła jego wolę.

Uśmiechnął się.

 

***

 

Zrobił krok do przodu. Potem następny…

 

***

 

Nie usłyszał już, jak z głębi korytarza rozległ się głośny krzyk, który echo beznamiętnie rozniosło po całym budynku.

Rozpaczliwe „NIEEE…!!!” rozbrzmiewało wśród pustych korytarzy jeszcze długo po tym, jak jego cierpienie się skończyło.

Koniec

Komentarze

Bardzo dobry tekst moim zdaniem, świetnie oddaje psychikę dręczonej ofiary.

Inna sprawa, że motyw fantastyczny jest tutaj bardzo umowny, a w zakończeniu, ja przynajmniej, nie załapałem kto wrzeszczał.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Fasoletti, to, że nie załapałeś, nie jest żadną ujmą dla Twojej inteligencji. Tak być po prostu musi.

Marginalność motywu fantastycznego również jest zamierzona.

Niestety, nie mogę wyjaśnić nic więcej. Nie dzisiaj i nie w taki sposób.

Zresztą duchy rodzą się z tajemnic, są tajemnicą i rodzą tajemnice... Czyż nie?

Dzięki za ciepłe słowo.

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jakiej inteligencji? :P

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

"On sam też nigdy nie darzyłżadnego nauczyciela sympatią ani zaufaniem." - brakująca spacja.

Tekst jest bardzo mocny. Zarówno od strony technicznej, jak i emocjonalnej. Widać, że potrafisz pokazać co siedzi w głowie twojego bohatera. Inna sprawa, że opowiadanie to jest raczej luźno związane z tematyką konkursu, ale nie ma to wielkiego znaczenia, zważywszy na to, jak dobry jest to kawałek prozy. 

Ode mnie piątka.

No i masz!

Nie wiem, z czego to wynika, ale zarówno w tym, jak i poprzednim opowiadaniu zaginęło mi bardzo wiele "spacji", choć w oryginalne tego nie ma.

Wyłapałem, jak wierzyłem, wszystkie, ale gdzie tam...

Za to przy okazji odkryłem pewną prawidłowość - tego typu błędy zdarzają się tylko tam (ale nie wiem - jeszcze - czy zawsze ma to miejsce w takich wypadkach), gdzie oddzielone są wyrazy, kolejno zakończone i rozpoczęte jakimś typowo polskimi literami. Jak we wspomnianym przykładzie: "darzył żadnego".

Ma ktoś może pomysł, dlaczego tak się dzieje i czy, ewentualnie, da się temu jakoś zaradzić?

Wizja czytania i poprawiania każdego swojego tekstu po kilka razy (skoro raz ewidentnie nie wystarcza ;), raczej nie zachęca do dzielenia się nimi z Wami.

 

Natomiast za cała odpowiedź na ocenę i komentarze, będzie musiał wytarczyć mój niski ukłon.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Chujowy edytor na stronie, ot, cała tajemnica.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Jasno, zwięźle i na temat...

Dziękować.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zacznę od tego, że nie cierpie takich tekstów. Nie trawie delikatności i mhoku z których się składa. Nie podobało mi się. Ale przeczytałem do końca i nie sprawiło mi to większego problemu, więc całkiem nieźle piszesz. Jedyne do czego mogę się przyczepić obiektywnie to rozdrbnienie fragmentów. Całość przypomina jakiś dziwny, biały wiersz.

Jeszcze propo zakończenia, nie wiem czy dobrze zrozumiałem. Wymodlił chopak cud i ktoś się jednak nim zainteresował ale on i tak zdążył skoczyć?

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Russ, o gustach sie nie dyskutuje, więc mimo wszystko w swej straszliwej próżności zapisze sobię Twój komentarz in plus.

Z tym zakończeniem, to w pewien sposób sam sobie podstawiłem świnie, prawdę mówiąc. Zdaje sobie sprawę, że w takiej formie jest ono niepełne, niezrozumiałe i przez to drażniące. A jednocześnie  nie mogłem go zmienić. Wyjaśnić wszystkiego też jeszcze nie mogę. Mogę najwyżej powiedzieć, dlaczego tak właśnie jest; otóż to opowiadanie ma już swoje lata i - tak naprawdę chyba od samego początku - było częścią, poczatkiem, znacznie dłuższeji i - jak wierzę - bardzo ciekawej historii, którą mam niegasnącą nadzieję kiedyś dokończyć.

Ggdybym teraz wyjaśnił o co tu tak naprawdę be, to byłoby to bardzo brzydki samobój. Nie było by nawet połowy zabawy - mniej więcej tak jakby Rowling już na poczatku "Harry'ego P. i kamienia filozoficznego" wyjawiła (UWAGA SPOILER!), że Snape jest jednak swój chłop.

Zdecydowałem się na wystawienie tego fragmentu - czy po prostu prologu - do konkursu, bo mimo wszystko całkiem nieźle sprawdza się jako osobne opowiadanie (czego potwierdzeniem są Wasze komentarze), no i jest o duchach.

 

Wątpię, by ta odpowiedź kogokolwiek satysfakcjonowała, ale innej udzielić nie mogę. Potraficie, to wybaczcie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Heh, gdybyś jednak chciał podyskutować to zapraszam do siebie.

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Podobało mi się. Mam podobne odczucia jak Fasoletti. Opisywane dręczenie ofiary naprawdę dobre, natomiast fragmenty z duchem słabsze. Również nie załapałem, kto krzyczał na końcu i dlaczego.

 

Niezły tekst. Ocena 6/10.

 

Pozdrawiam.

Dzięki.

 

Wierzę, że starczy mi życia, by zaspokoić Waszą ciekawość.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Tekst jeżeli chodzi o wykonanie -  ok. Może to kwestia pory porannej, lecz mimo wszystko klimatem przypomniał mi raczej zadanie z warsztatów dla piszących, swoistą wprawkę. Treść sprowadza się do schematu: "Siedział sam. Wspominał i było mu źle. Zrobił coś. Krzyknął ktoś."   

Bardzo dobry tekst, wychodzący poza tradycyjny sztafaż fantastyki. Bardzo dobrze zbudowany klimat opowieści. Jedna długa scena, a tekst czyta się  bez znużenia i z dużym zainteresowaniem. A to zasługa sposobu prowadzenia narracji, spoosbu opisu. dobrania właściwej kompozycji  i użytego jezyka.  Piękna sprawa.

Pozdrówko.

5/6

 

 

Cieniu, zachęciłeś mnie do przeczytania właśnie tego tekstu. Lubię się bać, choć to nie typowy horror, ale podobał mi się klimat całej opowieści. Żal trochę głównego bohatera. Sama prawie wpadłam w depresję. Tak się wczułam w tekst. ;) Szkoda, że zakończenie takie niewyjaśnione… Aż się prosi by coś dopisać. Czy ta dłuższa historia jeszcze powstaje? Jeden błąd wychwyciłam zamiast "niepodziewanemu impulsowi " powinno być "niespodziewanemu impulsowi".

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Prawdę mówiąc wcale nie jestem zaskoczony, widząc Cie tutaj, Morgiano.

 

Błąd poprawiłem, dziękuję.

Cieszę się, że tekst zrobił na Tobie takie wrażenie, choć, oczywiście, nie chciałbym wpędzać Cię w depresję.

Historia leży sobie spokojnie i czeka na swoją kolej. Na razie głowę zaprzątają mi inne projekty. Niemniej pomysł na tę opowieść jest na tyle ciekawy, przynajmniej dla mnie, że nie darowałbym sobie, gdybym przynajmniej nie spróbował się z nim zmierzyć i zobaczyć, co mi z tego wyjdzie, więc nie trać nadziei.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Aż tak bardzo przewidywalna jestem? Straszne historie mnie kręcą. Tego nie da się ukryć. To, że tekst wywołał takie, a nie inne uczucia, samo w sobie powinno być pochwałą. Czkam na kontynuację. Pozdrawiam. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bardzo poruszająca, wręcz wstrząsająca historia.

Zdumiewasz mnie, Cieniu, każdym kolejnym opowiadaniem. Nie ma dla Ciebie rzeczy niemożliwych, umiesz napisać o wszystkim.

Z komentarzy dowiedziałam się, że tekst jest początkiem czegoś większego, co planowałeś napisać w przyszłości, ale ponieważ Szyb znakomicie prezentuje się jako samodzielne opowiadanie, oznaczenie fragment uważam za bardzo mylące.

Aha, i nie muszę wiedzieć, kto krzyczał.

 

Wy­cień­czo­ny z zimna i roz­pa­czy, nie był w sta­nie sku­tecz­nie bro­nić się przed ogar­nia­ją­cą go sen­no­ścią.Wy­cień­czo­ny zimnem i rozpaczą, nie był w sta­nie sku­tecz­nie bro­nić się przed ogar­nia­ją­cą sen­no­ścią.

 

Nie ważne jak mocno obe­rwał, albo jak bar­dzo zo­stał po­ni­żo­ny.Nieważne jak mocno obe­rwał, albo jak bar­dzo zo­stał po­ni­żo­ny.

 

po­świę­cał jej każda swoją myśl i całe cie­pło… – Literówka.

 

do­tknął usta­mi czub­ków sta­rych tramp­ków. – …do­tknął usta­mi czub­ków sta­rych tramp­ek.

 

a wra­że­nie czy­jejś obec­no­ści wciąż się na­si­li­ło. – …a wra­że­nie czy­jejś obec­no­ści wciąż się na­si­la­ło. Lub: …a wra­że­nie czy­jejś obec­no­ści znów się na­si­li­ło.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, jak dostałam zaproszenie, to grzech byłoby nie wejść. Zresztą widzę, że nie tylko ja komentuję tekst po trzech latach.

 

Mimo że ostatnio jestem trochę zmęczona ciężkimi opowiadaniami (może dlatego, że innych prawie nie czytam, heh) i planowałam ich unikać, podobało mi się. Przekonująco oddałeś uczucia bohatera (choć może sama jego sytuacja zbyt stereotypowa) i to, że "Pasował do tego miejsca" – za to duży plus. Te szyby od wind same w sobie są przerażające, aż czytając poczułam bijący stamtąd chłód. I to określenie "milcząca obietnica" – ładniusie. Dobrze wyszła też forma – rozbicie na krótsze fragmenty, mimo tak naprawdę tej samej sceny.

Zaskoczyły mnie w tekście dwie rzeczy: pierwsza – przedstawienie szkolnej psycholog jako pozytywnej postaci. Naprawdę, nigdy chyba jeszcze nie spotkałam normalnej psycholog ;) No i druga – sama końcówka, nie wiem czemu jakoś do końca myślałam, że coś go od tego odciągnie. Tylko tak jak przedpiścy zastanawiam się, co Ci tam jeszcze w głowie siedzi. Ale jeśli porównałeś zdradzenie tego do zaspoilerowania wątku Snape'a, to chyba dobrze, że jeszcze nie wiemy :)

Ale jeśli porównałeś zdradzenie tego do zaspoilerowania wątku Snape'a

Naprawdę napisałem coś tak głupiego? O próżności młodego pisarczyka! Maro, coś świat cały obrócić postanowiła na głowę, a sił Ci brakło, by własny ciężar udźwignąć… A kysz! A kysz! A kysz!

 

Dziękuję za skorzystanie z zaproszenia, Teyami. Było – jest – mi bardzo miło Cię u siebie gościć, choć przecież zabrałem Cię do swoistego piekła. Tym bardziej cieszę się jednak, że mimo wszystko opowiadanie Ci się podobało.

 

Losy bohatera rzeczywiście są sztampowe, ograne do bólu. Ale czy właśnie nie to jest w nich najgorsze – fakt, że powielają schematy, których ofiarami bez przerwy padają tysiące dzieciaków?

 

Natomiast szkolna psycholog będąca postacią pozytywną – no cóż, zdarza się. Osobiście miałem szczęście poznać jedną.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Naprawdę napisałem coś tak głupiego? O próżności młodego pisarczyka!

Oj tam, może faktycznie lekka próżność (Snape to jednak Snape :D), ale patrz jaką później poezję tworzysz! Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem… a nie, to nie to.

 

"Ale czy właśnie nie to jest w nich najgorsze – fakt, że powielają schematy, których ofiarami bez przerwy padają tysiące dzieciaków?"

Coś w tym jest. Parę dni temu właśnie jechałam pociągiem, a na drugim końcu wagonu siedział chłopak z rodzicami i widać było, że rodzina raczej patologiczna. Niby nic mu złego nie robili, ale dzieciak musiał ich prawie błagać, żeby przestali pić w kiblu, bo szła konduktorka i dostaliby mandat, a do bogatych zdecydowanie nie należeli. Okropność. Zwłaszcza, że to nie wyglądało na pierwszą ani na ostatnią taką sytuację.

Hej, Teyami.

 

Temat dawno się wypalił, a i Ciebie, jak widzę, jakoś tu nie widzę, więc rozpisywał się nie będę: dzięki raz jeszcze i kłaniam się. A długa noc powoli dobiega końca…

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Fajne :)

Hmm. A mnie zmęczyło. Fantastyki za bardzo nie widać, prawie nic się nie dzieje, tylko klimat ciężki.

Kiedyś Ci interpunkcja kulała.

Babska logika rządzi!

Nadal kuleje, ale teraz już tak zgrabnie, że niemal tańczy.^^

 

Dzięki za wizytę, dziewczyny.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka