- Opowiadanie: RogerRedeye - Kapelusz

Kapelusz

Po­pra­wio­na i po­sze­rzo­na wer­sja sta­re­go tek­stu z nowym za­koń­cze­niem. Opo­wia­da­nie jest utrzy­ma­ne w kon­wen­cji we­ster­nu, ale potem na­strój i kli­mat opo­wie­sci zmie­nia­ją się...

Za pierw­szą ilu­stra­cję po­słu­żył da­ge­ro­typ Billy Kida, dość zna­ne­go re­wol­we­row­ca.  

Druga przed­sta­wia re­wo­lu­cjo­ni­stę, trwa­le za­pi­sa­ne­go w hi­sto­rii - to Mak­sy­mi­lian de Ro­be­spier­re, zwany przez ja­ko­biń­skich to­wa­rzy­szy "Nie­prze­kup­nym", także jedna z po­sta­ci tej opo­wie­ści.  Tylko - czy to, co wiemy o Wiel­kiej Re­wo­lu­cji Fran­cu­skiej, na pewno jest praw­dą? 

Za ostatnią ilustrację posłużył obraz Charlesa Monneta  "Exécution de Marie-Antoinette d'Autriche".

W listopadzie 2013 r. opowiadanie opublikował portal "Herbatka u Heleny".

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

AlexFagus, regulatorzy, Użytkownicy

Oceny

Kapelusz

 

Van He­flin czuł, że po­wo­li ogar­nia go wście­kłość. Po­tę­go­wał ją jesz­cze ten ra­do­sny uśmie­szek De­xte­ra.

Naj­wy­raź­niej De­xte­ro­wi cala sy­tu­acja, bu­dzą­ca coraz więk­szy nie­po­kój Van He­fli­na, nie­zwy­kle się po­do­ba­ła.

De­xter ukła­dał broń i pu­deł­ka z amu­ni­cją pod ścia­ną szopy. Mieli dwa ka­wa­le­ryj­skie ka­ra­bi­ny Spen­ce­ra – tutaj nadal rzad­ko spo­ty­ka­ną no­wość – i du­bel­tów­kę o dłu­gich lu­fach. Strzel­by Spen­ce­ra ku­pi­li kilka dni temu i jesz­cze ich nie prze­strze­la­li.

Teraz po raz ko­lej­ny wszyst­ko prze­no­sił. Ka­ra­bi­ny znowu usta­wił przy ro­gach tyl­nej ścia­ny drew­nia­ne­go bu­dy­necz­ku. Po chwi­li wa­ha­nia umie­ścił dwu­rur­kę obok otwar­tych sze­ro­ko tyl­nych wrót.

Van He­flin splu­nął na zie­mię. Po­my­ślał z nie­sma­kiem, że na tym Dzi­kim Za­cho­dzie na­by­wa coraz gor­szych przy­zwy­cza­jeń.

– Na­praw­dę chcesz się strze­lać z tą bandą Ban­ni­ste­rów? – za­py­tał ze zło­ścią. – To ab­so­lut­nie nie ma sensu. Mamy inną ro­bo­tę do wy­ko­na­nia. Bar­dzo pilną – wiesz o tym. Nie­zwy­kle ważną. Chyba o niej za­po­mnia­łeś…

De­xter zda­wał się nie słu­chać. Po chwi­li za­sta­no­wie­nia po­now­nie prze­niósł amu­ni­cję w inne miej­sca. Ulo­ko­wał opa­ko­wa­nia z na­bo­ja­mi na kilku pła­skich ka­mie­niach.

Od­wró­cił głowę w stro­nę Van He­fli­na. Od­po­wie­dział tonem peł­nym ra­do­ści – i pew­no­ści sie­bie, może nawet ni­czym nie­za­chwia­nej wiary w po­myśl­ny wynik nie­od­le­głe­go w cza­sie star­cia.

– He­flin, w dwój­kę damy sobie radę, cho­ciaż przy­bę­dzie ich czte­rech. Dys­po­nu­je­my dwoma strzel­ba­mi Spen­ce­ra i fuzją. Nie mają nawet cie­nia szan­sy. Za­ła­twi­my ich, a potem sku­pi­my się na za­da­niu. Pro­ste.

Van He­flin prze­cią­gnął dło­nią o czole. Pocił się. Mimo wcze­sne­go przed­po­łu­dnia słoń­ce mocno już grza­ło. Wie­dział, że wy­dzie­la słoną ciecz nie tylko z po­wo­du upału – naj­zwy­czaj­niej w świe­cie bał się.

Ma­rzył o tym, żeby się napić: kilka łyków wody od­świe­ży­ło­by za­schnię­te gar­dło, ale nie miał ta­kiej moż­li­wo­ści. Pompa wia­tro­wa znaj­do­wa­ła się pa­rę­dzie­siąt jar­dów dalej, po­dob­nie jak na­peł­nio­ne ran­kiem ma­nier­ki, przy­tro­czo­na do sio­deł mu­stan­gów.

Van He­flin nawet przez chwi­lę nie roz­wa­żał pod­ję­cia sa­mot­nej uciecz­ki. Nie cho­dzi­ło wcale o to, że sro­mot­nie zrej­te­ro­wał­by. To się nie li­czy­ło. Nie mógł opu­ścić De­xte­ra, a ten do­brze o tym wie­dział – i wy­ko­rzy­sty­wał, bez naj­mniej­szej że­na­dy, świa­do­mie i na zimno.

Ma do tego prawo – po­my­ślał z go­ry­czą Van He­flin. – On też nie może mnie po­zo­sta­wić sa­me­go. Je­ste­śmy na sie­bie ska­za­ni, przy­naj­mniej na razie. De­xter do­brze o tym wie  i ja też.

Prze­tarł dło­nią czoło. Ist­nia­ła jesz­cze szan­sa, choć Van He­flin sza­co­wał, że nie­znacz­na, że De­xter coś jed­nak zro­zu­mie. Za­cznie ana­li­zo­wać sy­tu­ację, weź­mie pod uwagę wszyst­kie moż­li­we roz­wią­za­nia – i wy­bie­rze naj­lep­sze. 

Sta­rał się mówić spo­koj­nie.

– Przyj­dzie ich wię­cej niż czte­rech, dużo wię­cej. Luke Ban­ni­ster na pewno ścią­gnie kilku ku­zy­nów. Też będą mieli du­bel­tów­ki, może jeden taki ka­ra­bin, ja­ki­mi dys­po­nu­je­my my. Nie wezmą wierz­chow­ców – za dużo fa­ty­gi z przy­wią­zy­wa­niem koni przed szopą. I nie­bez­pie­czeń­stwa, że wtedy ich ostrze­la­my. To stwa­rza moż­li­wość uciecz­ki – nie po­dej­mą od razu po­ści­gu, stra­cą sporo czasu, nim go zor­ga­ni­zu­ją – je­że­li w ogóle zde­cy­du­ją się nas gonić. W każ­dym razie uje­dzie­my już wiele mil.

Van He­fli­no­wi wy­da­wa­ło się, że De­xter nadal nie słu­cha – krę­cąc głową, oglą­dał uważ­nie odrzwia, mie­rząc dłoń­mi gru­bość bali.

Kątem oka do­strzegł, że jakiś pie­sek pre­rio­wy sta­nął słup­ka le­d­wie kil­ka­na­ście kro­ków dalej. Zwie­rząt­ko pil­nie przy­pa­try­wa­ło się krzą­ta­ni­nie czło­wie­ka, po­now­nie zmie­nia­ją­ce­go usta­wie­nie kar­to­no­wych po­jem­ni­ków z na­bo­ja­mi. Po chwi­li po­ki­ca­ło w stro­nę nory, zni­ka­jąc w nie­wiel­kim otwo­rze w ziemi.

Van He­flin po­my­ślał, że pie­sek wy­brał naj­roz­sąd­niej­sze wyj­ście z sy­tu­acji. Pew­nie za­szył się w roz­le­głej plą­ta­ni­nie pod­ziem­nych ko­ry­ta­rzy – i jesz­cze ostrzegł po­bra­tym­ców. Gdyby on i De­xter dys­po­no­wa­li teraz taką moż­li­wo­ścią, nie czuł­by prze­ni­ka­ją­ce­go go coraz głę­biej po­czu­cia trwo­gi.

Gorz­ko skon­sta­to­wał, że po­zo­sta­je to w sfe­rze ma­rzeń.

Za­klął przez zęby. Cią­gnął dalej:

– Je­że­li po­zo­sta­nie­my, te typy z nie­od­par­tą przy­jem­no­ścią za­strze­lą dwóch mier­ni­czych, z oczy­wi­ście pro­ste­go po­wo­du – jeden z nich ośmie­lił się po­ło­żyć tru­pem Dave’a Ban­ni­ste­ra, brata Luke’a, a drugi nie uczy­nił nic, aby temu za­po­biec, no i to­wa­rzy­szył potem za­bój­cy. To my, De­xter, nie mamy nawet ułam­ka moż­li­wo­ści prze­ży­cia. Chło­pie, zro­zum­że to wresz­cie.

De­xter po­trzą­snął głową. Jego głos za­brzmiał pew­nie, pod­szy­ty nutą nie­zro­zu­mia­łej dla Van He­fli­na ra­do­ści, a nawet ucie­chy.

– Za­bi­łem młod­sze­go Ban­ni­ste­ra w uczci­wej walce. Do tego sze­ryf nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści – wiesz o tym.

Po­pra­wił ka­pe­lusz i uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– A co do na­szych szans – kon­ty­nu­ował z wi­docz­nym na twa­rzy oży­wie­niem – to osła­nia nas bu­dy­nek. Ty bę­dziesz stał z jed­nej stro­ny tej ścia­ny, ja z dru­giej.

Ręka wy­so­kie­go, szczu­płe­go męż­czy­zny wy­ko­na­ła sze­ro­ki ruch.

– Z tego po­wo­du tak usta­wi­łem długą broń – cią­gnął. – Gdyby za­ata­ko­wa­li od środ­ka, przez prze­ciw­le­głe wej­ście, mamy dwu­rur­kę przy tyl­nych wro­tach. W re­zer­wie. Ka­ra­bi­ny Spen­ce­ra mają spory za­sięg. Za­cznie­my strze­lać z da­le­ka – mu­si­my tylko do­brze ce­lo­wać. Ja i ty już to umie­my.

Van He­flin cięż­ko wes­tchnął. Cały ten plan, przed­sta­wia­ny z en­tu­zja­zmem przez De­xte­ra, oce­niał jed­no­znacz­nie – jako bez­na­dziej­nie głupi.

Za­sta­na­wiał się teraz, jak się w to wszyst­ko wpa­ko­wa­li. I jak on do tego do­pu­ścił.

Po­szło o nowy ka­pe­lusz De­xte­ra.

Z dru­giej stro­ny – skon­sta­to­wał – nie tylko to pięk­ne, jasne okry­cie głowy stało się przy­czy­ną na­szych kło­po­tów. Nie tylko ten biały ka­pe­lusz z za­wa­diac­kim, sze­ro­kim ron­dem i ga­lo­nem spro­ku­ro­wał to idio­tycz­ne zaj­ście.

Do mia­stecz­ka przy­je­cha­li wcze­sną wio­sną. Wy­na­ję­li sporą szopę. Wła­śnie na jej ty­łach De­xter szy­ko­wał się teraz do walki. Ko­rzy­sta­li – tak to oce­ni­li – z nie­zwy­kle wy­god­ne­go miej­sca, a do­dat­ko­wą za­le­tę sta­no­wi­ło to, że tanio pła­ci­li. Mieli dość od­lud­ne, rzad­ko od­wie­dza­ne schro­nie­nie, ide­al­ne miej­sce dla koni, gro­ma­dze­nia za­pa­sów su­szo­nej żyw­no­ści i ob­ro­ku, skła­do­wa­nia taśm mier­ni­czych, ryz pa­pie­ru kre­ślar­skie­go, łat geo­de­zyj­nych, teo­do­li­tów, map, bu­so­li i wszyst­kie­go, co po­win­ni po­sia­dać i uży­wać geo­de­ci przy wy­ty­cza­niu szla­ku linii ko­le­jo­wej. Czę­sto też w szo­pie spali, co bar­dzo im od­po­wia­da­ło. By­wa­li w niej rzad­ko, wtedy, kiedy wra­ca­li do mia­stecz­ka uzu­peł­nić za­pa­sy żyw­no­ści i zmyć z sie­bie kil­ka­na­ście dni po­by­tu na pre­rii.

Nie mogli potem nie udać się do miej­sco­we­go sa­lo­onu, po­ga­dać, wypić kilku szkla­ne­czek whi­sky i po­grać w po­ke­ra o małe staw­ki. By­ło­by bar­dzo dziw­ne, gdyby uni­ka­li kon­tak­tu z ludź­mi. Przy­cią­ga­li­by uwagę, a temu pra­gnę­li za­po­biec. Poza tym, w sa­lo­onie czuli się na­praw­dę do­brze. Opo­wia­da­li o po­stę­pach pracy, słu­cha­li rad, jak uni­kać spo­tkań z Apa­cza­mi i jak się za­cho­wy­wać, kiedy jed­nak to ta­kie­go kon­tak­tu doj­dzie. By­wal­cy udzie­la­li im wielu na­praw­dę cen­nych wska­zó­wek.

Van He­flin słu­chał ich uważ­nie i za­pa­mię­ty­wał, bo póź­niej się przy­da­wa­ły. Przy oka­zji od nie­chce­nia wy­py­ty­wał o wodza Bia­łe­go Konia. Wie­dzia­no o nim za­ska­ku­ją­co dużo, a każda nowa in­for­ma­cja o tym In­dia­ni­nie po­sia­da­ła zna­cze­nie – bar­dzo istot­ną wagę, bo nie wszyst­ko, tak jak zwy­kle, znali do końca, a każda, nawet po­zor­nie drob­na zmien­na, mogła prze­isto­czyć rze­czy­wi­stość. Nie przy­pusz­cza­li, żeby to na­stą­pi­ło, i nic nie wska­zy­wa­ło, że wy­da­rzy się coś wcze­śniej nie­za­po­wie­dzia­ne­go, ale wo­le­li się za­bez­pie­czyć.

Sta­ra­li się za­cho­wy­wać uprzej­mie i nie rzu­cać w oczy. Uni­ka­li kłót­ni i ob­sta­wa­nia przy swoim zda­niu. Z miłym uśmie­chem ustę­po­wa­li, je­że­li ktoś się przy czymś upie­rał.

Jeden z na­szych błę­dów, nie pierw­szy i nie ostat­ni – gorz­ko pod­su­mo­wał Van He­flin, ob­ser­wu­jąc, jak De­xter kręci bę­ben­kiem re­wol­we­ru.

Ich za­cho­wa­nie od­bie­ra­no jed­no­znacz­nie, jako sła­bość, lę­kli­wość ludzi ze Wcho­du przed twar­dy­mi ty­pa­mi po­gra­ni­cza, choć nikt o tym nie mówił wprost. 

Teraz Van He­flin już to wie­dział. Skon­sta­to­wał, ob­ser­wu­jąc De­xte­ra, że sporo czasu za późno.

Po­now­nie splu­nął na zie­mię. Roz­tarł czub­kiem buta dużą plwo­ci­nę.

– Sprawdź re­wol­wer! – krzyk­nął De­xter nie­na­tu­ral­nie wy­so­kim, ła­mią­cym się gło­sem.

Van He­flin do­szedł do wnio­sku, że to­wa­rzy­sza ogar­nia oraz więk­sza eks­cy­ta­cja – albo po pro­stu zde­ner­wo­wa­nie. Może jed­nak w końcu po­czął prze­ni­kać go lęk. Per­spek­ty­wa śmier­ci u każ­de­go bu­dzi­ła bo­jaźń – Van He­flin do­brze to wie­dział – nawet u czło­wie­ka tak pew­ne­go sie­bie, jak Brad De­xter.

W trak­cie licz­nych misji wie­lo­krot­nie się o tym prze­ko­nał i De­xter na pewno nie sta­no­wił wy­jąt­ku.

– Re­wol­we­ry – od­po­wie­dział spo­koj­nie. – Drugi mam z tyłu, za­tknię­ty za pasem. Poza tym, nie ma po­śpie­chu – uzu­peł­nił, uśmie­cha­jąc się skąpo. – Ci Ban­ni­ste­ro­wie prze­sia­du­ją w tej za­pchlo­nej knaj­pie do późna w noc. Długo się potem wy­sy­pia­ją. Naj­pierw dla na­bra­nia od­wa­gi wy­pi­ją parę szkla­ne­czek albo nawet kilka bu­te­lek. Zdą­ży­łem się kie­dyś o tym do­wie­dzieć. Zo­sta­ło nam nieco czasu.

– Pięk­nie! – De­xter za­trza­snął bę­be­nek. – Zwięk­sza to nasze szan­se. Te pa­ta­ła­chy będą źle mie­rzyć.

Znowu po­pra­wił na­kry­cie głowy, na­su­wa­jąc je bar­dziej na czoło.

– Nic nie mó­wi­łeś o dru­gim sze­ścio­strza­łow­cu – dodał z przy­ga­ną w gło­sie. – Mamy o jedną sztu­kę broni wię­cej. Przy­da się…

– Wy­gra­łem go w karty, kiedy ty ku­po­wa­łeś ten swój ka­pe­lusz – zja­dli­wym tonem od­po­wie­dział Van He­flin. – Raz za­ry­zy­ko­wa­łem grę o wy­so­ką staw­kę. Po­szczę­ści­ło się. Nie słu­cha­łeś, kiedy o tym opo­wia­da­łem, tak byłeś za­ję­ty pre­zen­to­wa­niem no­we­go na­kry­cia two­jej pu­stej głowy.

Ka­pe­lusz rze­czy­wi­ście pre­zen­to­wał się bar­dzo do­brze. Biały, mocno po­dob­ny do stet­so­na, z ład­nie wy­pro­fi­lo­wa­nym dużym ron­dem, do­dat­ko­wo ozdo­bio­ny fan­ta­zyj­nym ga­lo­nem. De­xter po­ka­zy­wał go wszyst­kim w sa­lo­onie i za­chwy­cał się jego wy­glą­dem. Swoim oczy­wi­ście też.

Do tej chwi­li uży­wał ni­czym się nie wy­róż­nia­ją­ce­go, zde­fa­so­no­wa­ne­go i przy­bru­dzo­ne­go na­kry­cia głowy w ciem­nym ko­lo­rze. Stary ka­pe­lusz wy­lą­do­wał w śmiet­ni­ku na ty­łach sa­lo­onu, a De­xter z en­tu­zja­zmem opo­wia­dał wszyst­kim o pięk­nym wy­glą­dzie no­we­go.

Sto­ją­cy przy barze Dave Ban­ni­ster wy­zy­wa­ją­co za­uwa­żył, że tego ro­dza­ju na­kry­cia głowy noszą tylko cioty z Po­łu­dnia.

– Zresz­tą je­steś nią, chwa­li­pięc­ki geo­de­to – dodał na za­koń­cze­nie.

– A tak ga­da­ją tylko lu­dzie, sami bez wąt­pie­nia bę­dą­cy cio­ta­mi i da­ją­cy innym dupy, a nie tylko – bez na­my­słu od­pa­lił De­xter. – Je­że­li idzie o cie­bie, nie ulega to żad­nej wąt­pli­wo­ści.

W roz­le­głym po­miesz­cze­niu na­tych­miast za­pa­dła cisza. De­xter mówił gło­śno i wy­raź­nie – wszy­scy sły­sze­li jego słowa.

Van He­flin po­cząt­ko­wo nie zwró­cił uwagi na sprzecz­kę. Z sa­tys­fak­cją, sta­ran­nie, badał wy­gra­ne­go przed chwi­lą colta. 

– Od­szcze­kaj na­tych­miast to, co po­wie­dzia­łeś, ty kon­fe­de­rac­ki wie­przu – w gło­sie Dave’a wy­raź­nie za­brzmiał ton fu­riac­kie­go gnie­wu. 

Młod­szy z Ban­ni­ste­rów od­sta­wił szklan­kę na kon­tu­ar.

Stał przy la­dzie z opusz­czo­ny­mi rę­ko­ma. Miał przy pasie pe­ace­ma­ke­ra. Wszy­scy wie­dzie­li, że Dave szyb­ko i do­brze strze­la – i nigdy nie waha się dobyć broni.

– Chcesz po­ga­dać o tej spra­wie, to zrób­my to na ulicy – har­dym i wy­zy­wa­ją­cym tonem od­rzekł De­xter. – Za­pra­szam.

Wcale nie cze­kał na od­po­wiedź. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem zmie­rzał do wyj­ścia.

Zanim Van He­flin zo­rien­to­wał się, co się dzie­je, De­xter i Ban­ni­ster stali już na­prze­ciw sie­bie po­środ­ku piasz­czy­ste­go trak­tu prze­ci­na­ją­ce­go mia­stecz­ko. Mógł się tylko bez­sil­nie przy­glą­dać temu, co się sta­nie.

Póź­niej, ana­li­zu­jąc prze­bieg wy­da­rzeń, Van He­flin do­szedł do wnio­sku, że De­xter po pro­stu ocze­ki­wał bójki na pię­ści. Te zda­rza­ły się czę­sto.

De­xter nie wziął po uwagę cha­rak­te­ru Ban­ni­ste­ra. Dave’a prze­peł­nia­ła wście­kłość, że jakiś przy­bysz, do tej pory zwy­kle sie­dzą­cy cicho w rogu sali, ośmie­lił się od­po­wie­dzieć mu tak zu­chwa­le. Poza tym był już mocno pod­chmie­lo­ny. Wypił sporo szkla­ne­czek whi­sky, co po­tę­go­wa­ło jego gniew.

Furia Ban­ni­ste­ra naj­praw­do­po­dob­niej oca­li­ła De­xte­ra. Van He­flin przy­pusz­czał też, że De­xter, nie my­śląc o tym, co może go spo­tkać, po pro­stu oka­zał się lep­szym strzel­cem. W nie­licz­nych chwi­lach wol­nych od zajęć pil­nie ćwi­czył uży­cie broni, na­ma­wia­jąc do tego swo­je­go to­wa­rzy­sza. Pew­nie miał też smy­kał­kę do strze­la­nia, od­kry­tą wła­śnie tu, w dużej osa­dzie na po­gra­ni­czu z Mek­sy­kiem.

Może i dla­te­go za­cho­wu­je się teraz tak głu­pio, jak ostat­ni baran – skon­sta­to­wał Van He­flin, przy­po­mi­na­jąc sobie teraz wszyst­ko. – Wiel­ki re­wol­we­ro­wiec, naj­szyb­szy chło­pak po tej stro­nie Rio Pecos.

Wtedy, przed barem, nie miał nawet kilku se­kund na to, aby za­re­ago­wać.

Dave wy­cią­gnął, a wła­ści­wie wy­szarp­nął re­wol­wer, strze­lił i chy­bił. De­xter dwa razy po­cią­gnął za spust i dwa razy tra­fił, raz w brzuch, drugi raz w pierś.

Trze­ci strzał oka­zał się nie­po­trzeb­ny. Dave Ban­ni­ster sko­nał po kilku mi­nu­tach.

– Zmie­rzy­li się w uczci­wej walce twa­rzą w twarz, a Dave pierw­szy chwy­cił za broń. Wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Luke, odłóż tę dwu­rur­kę.

Głos miej­sco­we­go sze­ry­fa brzmiał twar­do. Van He­flin nie za­pa­mię­tał jego na­zwi­ska.

Sze­ryf i kilku jego za­stęp­ców stali wśród ga­piów, zgro­ma­dzo­nych u wej­ścia do baru. Lu­dzie sze­ry­fa mieli ze sobą strzel­by.

– Spo­tka­my się jutro przed po­łu­dniem przy tej wa­szej szo­pie – wy­ce­dził przez zęby Luke Ban­ni­ster. Jego twarz wy­krzy­wiał gry­mas nie­na­wi­ści.

Nie­chęt­nym ge­stem opu­ścił lufę fuzji. Nie mógł się strze­lać z przed­sta­wi­cie­la­mi prawa. Ci zresz­tą mieli prze­wa­gę, choć trzech kom­pa­nio­nów Ban­ni­ste­ra zmie­rza­ło już w jego kie­run­ku, pew­nie za­mie­rza­jąc go wes­przeć. Li­czy­ło się coś in­ne­go – w przy­pad­ku śmier­ci sze­ry­fa albo któ­re­goś z jego za­stęp­ców Luke’a szyb­ko i nie­uchron­nie cze­kał stry­czek.

– Masz do tego prawo, Ban­ni­ster – spo­koj­nie za­uwa­żył sze­ryf. Jego za­stęp­cy cią­gle mie­rzy­li ze swo­ich igli­có­wek w Luke’a Ban­ni­ste­ra. – Wszy­scy ro­zejdź­cie się do domów. Cała spra­wa jest za­koń­czo­na. Luke, uprząt­nij ciało brata.

– Nikt mi nie powie, że ciało brata muszę uprząt­nąć. To nie zwie­rzę. – Ści­śnię­te wargi star­sze­go z Ban­ni­ste­rów przy­po­mi­na­ły wąski sznu­rek. – Sze­ry­fie, zwa­żaj na to, co ga­dasz, bo mo­że­my się spo­tkać poza gra­ni­ca­mi okrę­gu, sam na sam, bez tych two­ich przy­du­pa­sów.

Dłoń Luke’a Ban­ni­ste­ra za­ci­snę­ła się mocno na zamku du­bel­tów­ki.

– Do­brze, a zatem po pro­stu go po­cho­waj. – Sze­ryf nadal trzy­mał ra­mio­na skrzy­żo­wa­ne nisko na pier­siach. Sa­mot­ny Luke Ban­ni­ster nie miał żad­nej szan­sy w star­ciu z pół tu­zi­nem kon­sta­bli i za­rów­no on, jak i sze­ryf do­brze o tym wie­dzie­li. – Dość strze­la­nia na dzi­siaj.

– Spra­wa jest za­koń­czo­na – po­wtó­rzył po chwi­li mil­cze­nia.

Van He­flin po­now­nie wes­tchnął.

Nic nie zo­sta­ło za­koń­czo­ne, choć­by tego jak naj­go­rę­cej pra­gnął. Luke Ban­ni­ster do­trzy­ma obiet­ni­cy i nie­ba­wem zjawi się tutaj w to­wa­rzy­stwie spo­rej ilo­ści ku­zy­nów.

Wie­dział, że musi coś zro­bić. Czas upły­wał, a jak zwy­kle, prze­mi­ja­nie czasu po­sia­da­ło roz­strzy­ga­ją­ce zna­cze­nie.

Zde­cy­do­wał się. Nadał gło­so­wi przy­ja­ciel­ski ton.

– Słu­chaj, De­xter.

Po­kle­pał po ra­mie­niu to­wa­rzy­sza, mie­rzą­ce­go z ka­ra­bi­nu Spen­ce­ra w stro­nę ogro­dze­nia.

Ten idio­ta chyba spraw­dza pole ostrza­łu – po­my­ślał ze zdzi­wie­niem. – Moż­li­we, że za­czy­na mu po pro­stu od­bi­jać. W co myśmy się wpa­ko­wa­li?

Mówił jed­nak nadal spo­koj­nie.

– Za­bie­raj­my się stąd. Ran­kiem wy­pro­wa­dzi­łem oba wierz­chow­ce i jucz­ne­go muła. Są bli­sko, ja­kieś pięć­dzie­siąt jar­dów dalej, przy kępie drzew z tyłu. Za­ła­do­wa­łem sprzęt i za­pa­sy. Od­je­dzie­my, a potem za­ła­twi­my naszą spra­wę. Tutaj już nie wró­ci­my. Za to po­że­glu­je­my potem do sie­bie, a ten cały Luke Ban­ni­ster może nas sobie szu­kać… W nie­skoń­czo­ność – w bez­mier­nej prze­strze­ni czasu.

Twarz De­xte­ra skur­czy­ła się gniew­nie. Od­pa­lił bez na­my­słu, z wy­raź­ną nutą zło­ści w gło­sie, bar­dzo po­dob­nej do uży­wa­nej pod­czas roz­mo­wy z Ban­ni­ste­rem.

– Nikt w tym mia­stecz­ku nie powie, że Brad De­xter zmy­kał przed walką jak tchórz­li­wy zając. – De­xter po­gar­dli­wie prych­nął. – Chyba mi po­mo­żesz, Van He­flin? To pro­sta spra­wa. Póź­niej za­ła­twi­my swoje. Na to mamy jesz­cze dwa dni.

De­xter nie cze­kał na od­po­wiedź. Od­wró­cił się w stro­nę szopy. Zdjął ka­pe­lusz i za­czął się nim wa­chlo­wać.

– Oczy­wi­ście, De­xter, że cię we­sprę. – Ton głosu Van He­fli­na brzmiał uspo­ka­ja­ją­co. – Prze­cież będę mu­siał. Je­ste­śmy ze sobą zwią­za­ni, a ty do­brze o tym wiesz.

Nad­szedł wła­ści­wy i pew­nie, jak są­dził Van He­flin, je­dy­ny mo­ment, kiedy De­xter od­sło­nił czasz­kę i stał od­wró­co­ny tyłem.

Z całej siły rę­ko­je­ścią re­wol­we­ru ude­rzył De­xte­ra w po­ty­li­cę. De­xter za­chwiał się. Van He­flin po­my­ślał, że pew­nie zadał nieco za słaby cios. Wy­mie­rzył dwa ko­lej­ne razy, naj­moc­niej, jak tylko po­tra­fił. A potem ko­lej­ne dwa, może dając upust furii, spo­wo­do­wa­nej za­cho­wa­niem to­wa­rzy­sza i jego nie­po­ha­mo­wa­ną żądzą walki, cho­ciaż, słu­cha­jąc we­wnętrz­ne­go głosu roz­sąd­ku, miar­ko­wał siłę ostat­nich ude­rzeń. 

De­xter upadł na zie­mię. Leżał nie­ru­cho­mo, z sze­ro­ko otwar­ty­mi, szkli­sty­mi oczy­ma. Wy­da­wa­ło się, ze nie od­dy­cha.

Van He­flin prze­biegł wzdłuż ścia­ny szopy, pa­ku­jąc do kie­sze­ni kurt­ki pu­deł­ka z amu­ni­cją Po dro­dze zbie­rał broń. Czuł się o wiele le­piej, jakby, tłu­kąc kolbą w głowę kompana, wy­rzu­cił coś z sie­bie, albo speł­nił chęć jego uka­ra­nia. Nie miał czasu ana­li­zo­wać tej sy­tu­acji, ale ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że ra­do­śnie po­świ­stu­je pod nosem.

Stę­ka­jąc z wy­sił­ku i za­ci­ska­jąc aż o bólu zęby, uło­żył sobie ciało De­xte­ra na ra­mie­niu. Pod­trzy­my­wał je jedną ręką. Drugą dło­nią mo­zol­nie wsa­dzał pod pachę dwa ka­ra­bi­ny i du­bel­tów­kę. Szło to opor­nie, mu­siał kuc­nąć i po­ma­gać sobie dru­gim ra­mie­niem, ba­cząc jed­no­cze­śnie, żeby sztyw­ny jak kłoda De­xter nie zsu­nął się w trawę.

Le­żą­cy wśród ziel­ska prze­krzy­wio­ny jasny ka­pe­lusz uchwy­cił zę­ba­mi za rondo. Wie­dział, że obaj muszą mieć na­kry­cia głowy pod­czas wie­lo­go­dzin­nej jazdy w peł­nym słoń­cu.

Od­jeż­dża­jąc z cią­gle nie­przy­tom­nym De­xte­rem, prze­wie­szo­nym przez kul­ba­kę mu­stan­ga, Van He­flin usły­szał gęstą palbę ka­ra­bi­no­wych strza­łów.

Słu­chał przez chwi­lę i ana­li­zo­wał po­głos od­pa­leń, ich na­tę­że­nie i brzmie­nie, raz gło­śniej­sze, a potem znowu cich­sze, uło­że­nie huków w prze­strze­ni. Osą­dził, że na­past­ni­cy uży­wa­ją ośmiu sztuk broni, je­że­li nie wię­cej. 

Z dziw­ną sa­tys­fak­cją po­my­ślał, że naj­wi­docz­niej brat za­bi­te­go i jego licz­ni ku­zy­ni też po­sta­no­wi­li roz­po­cząć walkę wy­mia­ną ognia z da­le­ka.

To już, zda­niem Van He­fli­na, nie miało więk­sze­go zna­cze­nia. Nadal we­so­ło po­gwiz­du­jąc, za­ciął konia.

Nie my­ślał już o dzi­siej­szym po­ran­ku – stał się prze­szło­ścią.

Dla VabHeflina li­czy­ło się tylko jedno: po­wo­dze­nie misji, a osią­gnie­cie za­mie­rzo­ne­go celu wy­pra­wy z dziw­nie się za­cho­wu­ją­cym i ogłu­szo­nym cio­sa­mi re­wol­we­ru De­xte­rem wcale nie sta­no­wi­ło ła­twe­go za­da­nia.

 

***

 

De­xter po­wo­li do­cho­dził do sie­bie.

Leżał przy ogni­sku, na derce ze skór, z głową opar­tą o sio­dło. Van He­flin przy­krył go dwoma ko­ca­mi, żeby miał cie­pło. Wcze­śniej oczy­ścił mu­ra­wę z ka­mie­ni i ga­łę­zi, a nawet ściął nożem wątłą trawę, żeby wie­czor­na rosa nie wy­zię­bia­ła le­go­wi­ska. Oce­niał, że przy­go­to­wał cał­kiem wy­god­ne po­sła­nie. Obok pro­wi­zo­rycz­ne­go wez­gło­wia usta­wił ma­nier­kę.

Nie mieli za­pa­su leków. Po­zo­sta­wa­ła tylko na­dzie­ja, że De­xter pręd­ko doj­dzie do sie­bie.

– Cho­ler­nie słabo się czuję.

Głos De­xte­ra zabrzmiał wy­raź­nie oskar­ży­ciel­sko. Ma­ły­mi ły­ka­mi pił teraz wodę. Struż­ka płynu po­cie­kła po bro­dzie.

Starł ją znu­żo­nym ge­stem dłoni. Z tru­dem, nie­zdar­nie, za­krę­cił wiecz­ko me­ta­lo­we­go pojemnika.

– Le­piej po­zo­sta­wać przez jakiś czas nie­przy­tom­nym, niż raz na za­wsze stać się cał­kiem mar­twym – ze spo­ko­jem od­po­wie­dział Van He­flin.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

Nie prze­jął się gorz­kim wy­rzu­tem, brzmią­cym w gło­sie to­wa­rzy­sza. Przy­sma­żał na pa­tel­ni bo­czek z fa­so­lą, a na po­bli­skim, małym ogni­sku go­to­wa­ła się kawa. Wy­ma­ga­ło to sku­pie­nia. W tej chwi­li naj­bar­dziej za­przą­ta­ły jego uwagę dwie spra­wy – nie chciał przy­pa­lić wę­dzon­ki, a dzba­nek z kawą mu­siał od­sta­wić w od­po­wied­niej chwi­li, żeby płyn nie wy­ki­piał.

– Wiesz chyba, że je­że­li czło­wiek do­sta­nie parę razy że­la­stwem po gło­wie, a potem trzę­sie się kil­ka­na­ście mil prze­wie­szo­ny przez sio­dło, nie może się czuć do­brze – dodał spo­koj­nie. – Przej­dzie ci. By­ło­by świet­nie, gdyby na­stą­pi­ło to szyb­ko. Spo­tka­nie od­bę­dzie się po­ju­trze – chyba o tym pa­mię­tasz…

– Zrób mi kawy. – De­xter z wi­docz­nym wy­sił­kiem spró­bo­wał się pod­nieść.

Van He­flin po­trzą­snął głową.

– Mo­żesz mieć wstrzą­śnie­nie mózgu, dość po­waż­ne. Dam ci jesz­cze wody, żebyś się nie mę­czył z na­kręt­ką – od­po­wie­dział zde­cy­do­wa­nie. – Uzu­peł­ni­łem zapas po dro­dze. Kawa może ci za­szko­dzić.

Po­my­ślał, że De­xter z pew­no­ścią jest od­wod­nio­ny. Na szla­ku on sam trzy razy napił się do syta, ale nie­przy­tom­ny to­wa­rzysz nie miał na to szan­sy. Van He­flin zwil­żał mu tylko wargi. Je­cha­li cały dzień, bez po­sto­ju, a słoń­ce pa­li­ło mocno.

Za­trzy­ma­li się tylko raz, i to na chwi­lę, przy małym oczku wod­nym po­środ­ku skał, peł­nym cu­dow­nie chłod­nej i smacz­nej wody. Van He­flin na­po­ił konie, na­peł­nił wszyst­kie trzy manierki, z przy­jem­no­ścią prze­mył twarz i zwil­żył włosy – a potem ru­szy­li dalej. 

Po­mógł wy­god­nie usa­do­wić się De­xte­ro­wi. Nalał wodę do kubka, sta­ra­jąc się nie uro­nić ani kro­pli. Jed­nym okiem cią­gle spo­glą­dał w stro­nę pa­tel­ni.

De­xter z wi­docz­nym tru­dem, ale chęt­nie, pił ma­ły­mi ły­ka­mi. W końcu wy­są­czył wszyst­ko do dna.

– Nio­słeś mnie z szopy ten ka­wa­łek drogi do koni? Nie­po­trzeb­nie… – wy­stę­kał z tru­dem. – Ist­nia­ła inna moż­li­wość.

Wy­cią­gnął przed sie­bie puste na­czy­nie. Van He­flin kiw­nął głową i znowu prze­chy­lił szyj­kę.

– Po­wi­nie­neś po pro­stu gwizd­nąć. – W prze­rwach po­mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi sło­wa­mi De­xter sior­bał łap­czy­wie. – To prze­cież in­diań­skie konie. Apa­cze ich tego uczą – mu­stan­gi przy­bie­ga­ją, jak się na nie od­po­wied­nio świ­śnie na pal­cach.

Po­krę­cił głową, dając znak, że za­spo­ko­ił pra­gnie­nie. Wzdy­cha­jąc, uło­żył się na le­go­wi­sku.

– Nie wie­dzia­łem o tym. – Van He­flin od­sta­wił dzba­nek z kawą. – Nie na­uczy­łeś mnie też od­po­wied­nio gwiz­dać. Chyba o tym za­po­mnia­łeś. Nie mó­wiąc o tym, że świ­sta­nie na pla­cach jest dla mnie czar­ną magią.

De­xter nie od­po­wie­dział. Przy­mknął oczy i za­czął mia­ro­wo od­dy­chać. Wy­glą­da­ło na to, że się zdrzem­nął.

Za­czy­nał nawet chra­pać.

Van He­flin oce­nił, że to dobry objaw – sen po­wi­nien wzmoc­nić De­xte­ra. De­li­kat­nie pod­cią­gnął mu koce pod brodę, roz­pro­sto­wał fałdy tka­ni­ny i zajął się ko­la­cją. 

Za­ja­da­jąc go­rą­cą fa­so­lę z bocz­kiem i po­pi­ja­jąc go­rą­cą, czar­ną jak smoła kawę Van He­flin sys­te­ma­tycz­nie roz­wa­żał zmien­ne, prze­oczo­ne i nie­wzię­te przez niego pod uwagę.

Nie za­sta­no­wił się nad tym, że De­xter pil­nie ćwi­czył strze­la­nie – i zaj­mo­wa­ło mu to coraz wię­cej czasu. Na­ma­wiał do tego i jego, a oby­dwóm szło coraz le­piej. Trak­to­wał wszyst­ko lek­ce­wa­żą­co, jako za­ba­wę, a to oka­za­ło się po­waż­nym błę­dem.

Nie zwró­cił uwagi na za­cho­wa­nie De­xte­ra po za­ku­pie­niu no­wych koni. Śpią­cy teraz przy ogni­sku męż­czy­zna uparł się, żeby nabyć młode mu­stan­gi, po­cho­dzą­ce od In­dian i przez nich szko­lo­ne – han­dlo­wa­li nimi kupcy ma­ją­cy dobre kon­tak­ty z Apa­cza­mi. Mu­sie­li mieć inne ru­ma­ki, bo dwie stare ko­by­ły, wcze­śniej za­ku­pio­ne, do ni­cze­go się już nie nada­wa­ły. Sprze­daw­ca bez­ce­re­mo­nial­nie ich na­brał, a oni, znowu nie za­mie­rza­jąc na sie­bie zwra­cać uwagi, nie za­mie­rza­li go szu­kać – z ko­niecz­no­ści ko­rzy­sta­jąc z dy­cha­wicz­nych kla­czy, roz­pacz­li­wie po­wol­nych. Na­by­cie wierz­chow­ców, po­cho­dzą­cych z obo­zo­wisk czer­wo­no­skó­rych miało jedną wiel­ką za­le­tę: ko­niom nie wy­pa­lo­no zna­ków i nikt im nigdy nie za­rzu­cił­by, że zo­sta­ły skra­dzio­ne.

Van He­flin oba­wiał się, że nowe ogie­ry okażą się na­ro­wi­ste i nie­po­słusz­ne. Mylił się. Mu­stan­gi po­ru­sza­ły się szyb­ko, mknąc z wia­trem w za­wo­dy i im­po­nując wy­trzy­ma­ło­ścią. Po­słusz­nie słu­cha­ły jeźdź­ca, re­agu­jąc na każdy ruch cugli lub trą­ce­nie no­ga­mi, a nie­ba­wem na głos.

Van He­fli­na za­le­ty koni spe­cjal­nie nie in­te­re­so­wa­ły. De­xter za­chwy­cał się od­kry­wa­niem umie­jęt­no­ści obu wierz­chow­ców. Je­że­li tylko miał oka­zję, opo­wia­dał, jak jego sro­kacz po­słusz­nie kła­dzie się na ziemi wraz z nim, wsta­je na żą­da­nie, luźno pusz­czo­ny za­wsze trzy­ma się obo­zo­wi­ska, po­słusz­nie je z ręki.

Van He­flin od­sta­wił pa­tel­nię na bok. Druga część po­sił­ku prze­zna­czył dla De­xte­ra. Jesz­cze się nie prze­bu­dził i nie wy­glą­da­ło na to, że szyb­ko wsta­nie.

Brada za­fa­scy­no­wa­ło życie tutaj. – Van He­flin w myślach for­mu­ło­wał wnio­ski. – Stał się jed­nym z ludzi po­gra­ni­cza, a ja tego nie za­uwa­ży­łem. Sta­rał się im do­rów­nać, dla­te­go pod­jął walkę z Ban­ni­ste­rem, za­miast się wy­co­fać. Jest nie­prze­wi­dy­wal­ny a to jest śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne. Wy­kres zmien­nej praw­do­po­do­bień­stwa za­ist­nie­nia ja­kie­goś zda­rze­nia kształ­tu­je się ina­czej. Mój błąd, że tego nie spo­strze­głem.

Za­pa­lił cy­ga­ret­kę. Miał czas roz­ko­szo­wać się przy­jem­no­ścią, ocze­ki­wa­ną od sa­me­go rana. Do tej pory nie mógł sobie na nią po­zwo­lić.

– Za­bra­łeś mnie i przy­wlo­kłeś tutaj, bo sam nie zdo­łasz po­wró­cić, co? – Głos De­xte­ra brzmiał teraz wy­raź­niej i bar­dziej rześ­ko. – Po­wiedz praw­dę: tylko z tego po­wo­du sa­mot­nie nie ucie­kłeś, a teraz zaj­mu­jesz się mną, jak jakaś pie­przo­na mamka.

Van He­flin skon­sta­to­wał, że De­xter chyba czuje się le­piej. Może te dwa kubki wody i spo­koj­na drzem­ka pod cie­płym okry­ciem czę­ścio­wo przy­wró­ci­ły mu siły.

– Je­że­li tak uwa­żasz, to pew­nie masz rację – od­po­wie­dział enig­ma­tycz­nie, sta­wia­jąc ron­de­lek z po­wro­tem na ka­mie­niach oka­la­ją­cych ogni­sko. – Do­brze jest usły­szeć po­dzię­ko­wa­nie za wy­ciągnię­cie cię z tego gówna przy szo­pie, w które upar­cie za­mie­rza­łeś wdep­nąć. 

Fa­so­lę i bo­czek na­le­ża­ło pod­grzać, żeby De­xter zjadł w końcu jakiś po­si­łek.

Mie­sza­jąc wi­del­cem za­war­tość na­czy­nia, Van He­flin za­sta­no­wił się na ostat­nim wy­po­wie­dzia­nym przez sie­bie zda­niem. Nie brzmia­ło lo­gicz­nie – wie­dział o tym – ale le­żą­cy przy ogni­sku męż­czy­zna po­wi­nien je ro­zu­mieć. Pojąć, że Van He­flin mówił o zda­rze­niu, mo­gą­cym na­stą­pić – a je­śli­by się wy­da­rzy­ło, sta­ło­by się hi­sto­rią. Van He­flin od­wró­cił bieg wy­da­rzeń, w nie­wiel­kim, nawet ułam­ko­wym za­kre­sie zmie­nia­jąc rze­czy­wi­stość. Dla kogoś ob­ce­go zda­nie brzmia­ło­by śmiesz­nie, ale nie dla De­xte­ra – tak jak Van He­flin już dawno stał się kimś, kogo w ich świe­cie okre­śla­no enig­ma­tycz­nie „wy­słan­ni­ka­mi”.

Jakiś świerszcz za­czął ćwier­kać w nie­od­le­głej, gę­stej kępie trawy. Wy­gry­wał pro­stą, nieco smęt­ną me­lo­dię.

Van He­flin po­lu­bił na­stro­jo­we cy­ka­nie tych owa­dów. Za­sta­na­wiał się nawet, czy nie zła­pać kilku okazów i nie za­brać w drogę po­wrot­ną. Ale nie mógł tego uczy­nić – żaden z wy­słan­ni­ków, cza­sa­mi zwa­nych też „emi­sa­riu­sza­mi” ni­cze­go nie przy­wo­ził ze sobą. Do­kład­nie to spraw­dza­no. 

Van He­flin mocno tego ża­ło­wał. Świersz­cze, jak wiele in­nych owa­dów i zwie­rząt, w jego świe­cie już nie ist­nia­ły, a wspo­mnie­nie o nich sta­no­wi­ło mało zro­zu­mia­łą re­mi­ni­scen­cję za­mierz­chłych cza­sów. Bar­dzo od­le­głej prze­szło­ści. Nadal jed­nak są­dził, że wie­czor­ne gra­nie świersz­czy w po­bli­żu bu­dyn­ku nad­zor­ców, tam, w jego rze­czy­wi­sto­ści, ni­ko­mu nie prze­szka­dza­ło­by. 

Coś jesz­cze mu­siał uzmy­sło­wić De­xte­ro­wi – też zda­wał się o tym już nie pa­mię­tać – coś, co w dużej mie­rze wa­run­ko­wa­ło ich po­czy­na­nia.

– Ja je­stem na­wi­ga­to­rem sza­lu­py cza­so­wej, a ty me­cha­ni­kiem – za­uwa­żył obo­jęt­nym tonem. – Pa­mię­taj tylko, że to nie jest zmien­na lo­so­wa. To stała oko­licz­ność, jedna z klu­czo­wych. Do ob­słu­gi sza­lu­py po­trze­ba naj­mniej dwóch ludzi. To cho­ler­nie skom­pli­ko­wa­ne i czułe urzą­dze­nie. Tylko razem mo­gli­śmy tu przy­być – i tylko razem mo­że­my odejść. Po­wró­cić do domu. Je­że­li któ­ryś z nas nie wróci…

Od­kaszl­nął. Kurz i pył prze­by­tej drogi nadal ostro dra­pa­ły go w gar­dle.

– …je­że­li po­zo­sta­nie sam – kon­ty­nu­ował – nie przy­bę­dzie wy­pra­wa ra­tun­ko­wa, bo staje się czło­wie­kiem bez zna­cze­nia. Jego los nic nie zmie­ni. Jest osob­ni­kiem bez prze­szło­ści, tylko z jedną bio­gra­fią, ni­ko­go nie­ob­cho­dzą­cą. Nie­waż­ną, miał­ką, choć jemu może wy­da­wać się bar­dzo istot­na. Pa­mię­taj o tym, De­xter.

– In­ży­nie­rem – spo­koj­nie spro­sto­wał me­cha­nik. – Też o tym pa­mię­taj. In­ży­nie­rem po­kła­do­wym.

Rę­ka­wem ko­szu­li prze­tarł spo­co­ną twarz.

Świerszcz po­now­nie za­ćwier­kał kilka no­wych, rów­nie pro­stych akor­dów, tylko tro­chę dalej. Van He­flin wy­tę­żył słuch.

Po­czuł ukłu­cie żalu. Może słu­chał owa­dzie­go mu­zy­kan­ta ostat­ni raz. Nic na to nie wska­zy­wa­ło, ale nie po­wi­nien od­rzu­cać tej moż­li­wo­ści.

Uznał, że nie warto o tym my­śleć. Ci­snął nie­do­pa­łek cien­kie­go cy­ga­ra do ogni­ska.

– Prze­pra­szam, in­ży­nie­rem – rzu­cił nie­cier­pli­wym tonem. Nie chciał się kłó­cić o nie­istot­ne dro­bia­zgi: chciał coś De­xte­ro­wi uzmy­sło­wić, bo ten zda­wał się nadal ni­cze­go nie ro­zu­mieć. Wy­ja­śnić do końca. – Wiesz prze­cież, że zwy­cza­jo­wo mó­wi­my, że ktoś jest me­cha­ni­kiem, a ten drugi na­wi­ga­to­rem, a nie in­ży­nie­rem i do­wód­cą. Tak się utar­ło, bo nie po­wo­du­je to zbęd­nych nie­sna­sek. Idzie o coś in­ne­go.

Po­now­nie prze­mie­szał bo­czek i fa­so­lę. Nie za­mie­rzał ich za bar­dzo przy­piec. Uwa­żał, ze są wtedy mało smacz­ne.

– Jasne, że bez cie­bie nie po­wró­cę do na­sze­go czasu – cią­gnął, lekko ki­wa­jąc głową w rytm po­ru­szeń wi­del­ca. – Tak samo jak ty nie zro­bisz tego bez mo­je­go udzia­łu. Cóż się sta­nie, je­że­li zginę? Szyb­ko umrzesz, i to jest im­pli­ka­cja na­szej sy­tu­acji. Co mo­żesz potem uczy­nić? Wró­cić do tej osady? Za parę dni po­cio­tek Ban­ni­ste­ra strze­li ci w plecy. Wiem, że po­grzeb kosz­tu­je bur­mi­strza nie­ca­łe pięć do­la­rów – trum­na, wy­ko­pa­nie i za­sy­pa­nie grobu, mo­dli­twa pa­sto­ra. Tanio… Od­je­dziesz i zo­sta­niesz geo­de­tą? Do­brze się na tym znamy – na tyle, że mo­że­my sku­tecz­nie my­dlić lu­dziom oczy – i nic wię­cej. Zo­sta­niesz kimś bez prze­szło­ści, i pew­nie w końcu po­stra­dasz zmy­sły. Je­dy­ną dobrą stro­ną tej przy­szło­ści jest to, że żaden In­dia­nin nie roz­łu­pał­by ci to­ma­haw­kiem czasz­ki – czer­wo­no­skó­rzy bar­dzo sza­nu­ją po­my­leń­ców.

Podał De­xte­ro­wi pa­tel­nię.

– Przyj­mij­my, że je­ste­śmy na sie­bie ska­za­ni i skończ­my o tym gadać – kon­ty­nu­ował spo­koj­nie, wy­cie­ra­jąc dło­nie o trawę. Za­tłu­ści­ły się, a Van He­flin nie chciał bru­dzić chu­s­tecz­ki – i tak już nie wy­glą­da naj­le­piej. – Nie mu­si­my się lubić. Za­ła­tw­my naszą spra­wę, wtedy po­roz­ma­wia­my. Mamy ro­bo­tę do wy­ko­na­nia, a po po­wro­cie roz­sta­nie­my się. I nigdy wię­cej nie spo­tka­my.

Po­czuł ulgę. Po­wie­dział to, co na­le­ża­ło prze­ka­zać. Resz­ta na­le­ża­ła do czło­wie­ka wy­cią­gnię­te­go teraz na skó­rza­nym le­go­wi­sku. Van He­flin miał na­dzie­ję, że De­xter spo­koj­nie wszyst­ko prze­my­śli. 

Do tej pory wspól­nie z De­xte­rem prze­pro­wa­dził dwie misje, pro­ste i łatwe, zwy­kłe wy­pra­wy kon­tro­l­ne. Wcze­śniej nawet o nim nie sły­szał. Nad­zor­cy czę­sto spraw­dza­li, czy w prze­szło­ści wszyst­ko prze­bie­ga tak, jak sobie ży­czy­li – i trak­to­wa­li takie wy­pra­wy jak tre­ning przed pod­ję­ciem przez emi­sa­riu­szy po­waż­ne­go wy­zwa­nia.

Ta­kie­go jak teraz – skon­sta­to­wał. – Ta­kie­go jak teraz...

Ostry głos De­xte­ra wy­rwał go z za­my­śle­nia.

– Nie mu­sia­łeś mnie tłuc w głowę tak mocno, że nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a pę­kła­by mi czasz­ka. Cho­ler­nie prze­sa­dzi­łeś. I nie po­wi­nie­neś przy­wią­zy­wać mnie do sio­dła jak worka owsa. 

Van He­flin wstał. Ścier­pły mu nogi.

– Wła­śnie, że mu­sia­łem. – Prych­nął wście­kle, pra­wie tak samo, jak jego mu­stang, kiedy kie­dyś wsa­dził łeb do worka z gni­ją­cym ob­ro­kiem. To spo­strze­że­nie go roz­ba­wi­ło, ale nie stłu­mi­ło we­wnętrz­nej wście­kło­ści. – Usa­dzi­łem cię na koniu, ale po prze­je­cha­niu może po­ło­wy mili zwa­li­łeś się na zie­mię, pro­sto na głowę. Do­brze, że nic ci się nie stało i nie zła­ma­łeś ręki ani nogi. Wo­la­łem się za­bez­pie­czyć, jak chyba wi­dzisz, sku­tecz­nie. Ja cię po pro­stu ura­to­wa­łem, zro­zum­że to, nie­waż­ne, jak, ale oca­li­łem tobie i sobie życie. 

Z całej siły de­mon­stra­cyj­nie splu­nął. Nie za­mie­rzał dalej dys­ku­to­wać z De­xte­rem – na­le­ża­ło przed snem zaj­rzeć do mu­stan­gów.

– Prze­wią­żę konie. – Przy­po­mniał sobie o czymś, co ule­cia­ło mu z głowy. – Mało trawy tutaj, a le­piej niech się po­rząd­nie nażrą.

Jucz­ny muł dźwi­gał też dwa worki ob­ro­ku, ale, kiedy Van He­flin urzą­dzał obo­zo­wi­sko i za­brał się za kar­mie­nie ogie­rów, oka­za­ło się, że pasza jest stę­chła. Wierz­chow­ce nie chcia­ły jej jeść. Nie wspo­mniał o tym De­xte­ro­wi – to on sam ją wy­bie­rał i nie spraw­dził, czy jest jesz­cze świe­ża.

Idąc w stro­nę mu­stan­gów, Van He­flin po­my­ślał, że mówi i za­cho­wu­je się po­dob­nie jak De­xter. Wio­sną po­wie­dział­by, że mają do wy­ko­na­nie za­da­nie. Nie pluł­by w trawę, kiedy coś go nie­po­ko­iło lub dzi­wi­ło. Nie prze­ma­wiał­by ostrym, ar­bi­tral­nym tonem.

Za­cho­wy­wał­by się zu­peł­nie ina­czej.

Do­szedł do wnio­sku, że też upodob­nił się do ludzi, wśród któ­rych teraz prze­by­wa­li.

Van He­fli­na to nie dzi­wi­ło. To zda­rza­ło się pra­wie każ­dej misji. Wy­słan­ni­cy mu­sie­li się przy­sto­so­wać, a okres po­by­tu w cza­sie, wy­ma­ga­ją­cym ko­rek­ty albo zde­cy­do­wa­nej in­ter­wen­cji, trwał długo – nie­kie­dy bar­dzo długo. Nie­po­ko­iło go tylko to, że ten pro­ces u De­xte­ra na­stę­pu­je tak szyb­ko – a on go nie do­strzegł w porę.

– Przy­nieś szczot­kę do czysz­cze­nia sier­ści! – krzyk­nął De­xter.

Van He­flin mach­nął ręką po­twier­dza­ją­co. Nie poj­mo­wał, do czego De­xter po­trze­bo­wał zgrze­bła do cze­sa­nia wierz­chow­ców, ale nie wi­dział po­wo­dów, aby nie speł­nić dziw­nej proś­by.

Chciał splu­nąć w kie­run­ku naj­bliż­sze­go ka­mie­nia, ale się po­wstrzy­mał.

Wra­ca­jąc z po­wro­tem, nadal roz­my­ślał o zmia­nie cha­rak­te­ru De­xte­ra – i swo­je­go.

Przy­go­to­wa­nia do wy­pra­wy zaj­mo­wa­ły sporo czasu. Emi­sa­riu­sze uczy­li się ję­zy­ka, oby­cza­jów, spo­so­bu po­stę­po­wa­nia, bar­dzo czę­sto zasad miej­sco­wej wiary, po­zna­wa­li prak­tycz­ne umie­jęt­no­ści. Wszyst­ko to nie sta­no­wi­ło więk­sze­go pro­ble­mu – ist­nia­ły urzą­dze­nia, zna­ko­mi­cie uła­twia­ją­ce przy­swa­ja­nie ko­niecz­nej wie­dzy, nawet pod­czas snu – i szyb­kie­go za­po­mi­na­nia o niej po po­wro­cie. 

Kło­po­tem za­wsze sta­wa­ła się psy­chi­ka – i nawet nad­zor­cy nie znaj­do­wa­li za­do­wa­la­ją­ce­go roz­wią­za­nia ciągle po­wta­rza­ją­ce­go się pro­ble­mu.

Nie­któ­rzy emi­sa­riu­sze pod­czas misji szyb­ko prze­ista­cza­li się we­wnętrz­nie nie­mal w bogów – i roz­ko­szo­wa­li się mocą spraw­czą zmia­ny zda­rzeń, tak ich to fa­scy­no­wa­ło. Coraz moc­niej utwier­dza­li się w prze­ko­na­niu, że wolno im pra­wie wszyst­ko. Inni, tacy jak De­xter, za­ko­chi­wa­li się w świe­cie, sta­no­wią­cym do­ce­lo­wy przy­sta­nek wy­pra­wy – albo po pro­stu za­po­mi­na­li, po cóż przy­by­li, sycąc się ra­do­ścią życia w zu­peł­nie od­mien­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Van He­flin wzru­szył ra­mio­na­mi. Po­my­ślał, że po­now­nie roz­po­znał pro­blem, wcze­śniej już znany, i zro­zu­miał, że nie może po­peł­nić dal­szych błę­dów. Uzmy­sło­wił sobie, że po raz ko­lej­ny liczy się jedno: czas upły­wał, a czas, o czym wie­dzie­li wszy­scy emi­sa­riu­sze, po­sia­dał de­cy­du­ją­ce zna­cze­nie.

Sia­da­jąc, z roz­ko­szą wy­cią­gnął nogi. Trudy ca­ło­dzien­nej jazdy da­wa­ły o sobie znać.

Przy­glą­dał się De­xte­ro­wi. Me­cha­nik czy­ścił sta­ran­nie zgrze­błem nowy, jasny ka­pe­lusz. Mocno się przy­bru­dził, kiedy spadł na zie­mię. Van He­flin tego nie pa­mię­tał, ale okry­cie głowy wy­glą­da­ło tak, jakby wtedy na nie mocno na­dep­nął.

De­xter przy­wra­cał fil­co­wi wła­ści­wy wy­gląd. Cier­pli­wie go szczot­ko­wał, usu­wa­jąc dro­bi­ny pia­sku.

– Nie po­pla­mił się. Bę­dzie wy­glą­dał jak nowy – stwier­dził z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem.

– Na pewno tak – po­twier­dził Van He­flin. – Do twa­rzy ci w nim.

Mówił praw­dę. Wy­so­ki De­xter, szczu­pły w pasie i bar­czy­sty w ra­mio­nach, świet­nie się pre­zen­to­wał w nowym ka­pe­lu­szu. Van He­flin uznał, że drob­ny, w sumie dzie­cin­ny kom­ple­ment po­pra­wi zły na­strój in­ży­nie­ra po­kła­do­we­go.

– Tro­chę prze­sa­dzi­łem z pre­ten­sja­mi. Nie­po­trzeb­nie się unio­słem – De­xter za­ka­słał. Szczot­ka nadal po­ru­sza­ła się ryt­micz­nie. – Ale nie mu­sia­łeś krę­po­wać mnie tak, jak tutaj wiążą szyn­kę na świę­ta. Na­praw­dę prze­sa­dzi­łeś.

W jego gło­sie nadal prze­bi­jał ton na­dą­sa­nia. 

Van He­flin lek­ce­wa­żą­co mach­nął ręką. Podał De­xte­ro­wi cy­ga­ret­kę.

– Po­wiedz mi, He­flin. To, co mamy prze­pro­wa­dzić, jest ważne?

De­xter za­pa­lił cien­kie cy­ga­ro i na­tych­miast za­czął kasz­leć. Po­krę­cił głową i oddał to­wa­rzy­szo­wi.

– Bar­dzo ważne. – Van He­flin sap­nął. De­xter na­wią­zał do celu misji. Być może, osą­dził Van He­flin, coś zro­zu­miał i po­wo­li wra­cał do rze­czy­wi­sto­ści – praw­dzi­wej rze­czy­wi­sto­ści. – Nad­zor­cy przy­wią­zu­ją do wy­ko­na­nia na­sze­go za­da­nia dużą wagę. Na­praw­dę znacz­ną. 

Za­cią­gnął się głę­bo­ko. Ka­wał­kiem pa­ty­ka po­grze­bał w ogni­sku, pod­sy­ca­jąc ospa­le tlący się pło­mień. Buch­nął nie­wiel­ki snop iskier

– Wi­dzisz, ten wódz, Biały Koń, mógł­by zmie­nić hi­sto­rię. Może mu się to udać… Ma taką szan­sę, nie­zbyt wiel­ką, ale ona ist­nie­je.

De­xter wska­zał na sto­ją­cą obok niego pa­tel­nię.

– Nie mo­głem jeść – po­skar­żył się. – Nie sma­ku­je mi. Chyba nadal je­stem słaby. Le­piej przy­po­mnij sce­na­riusz – bę­dzie z tego więk­szy po­ży­tek.

He­flin z roz­ma­chem ci­snął w trawę reszt­ki je­dze­nia – pro­ste­go, nie­trud­ne­go do przy­rzą­dze­nia po­sił­ku, na­py­cha­ją­ce­go brzuch. 

Wie­dział, że brak ape­ty­tu De­xte­ra jest złym znakiem. Świad­czył o tym, że czło­wiek w bia­łym ka­pe­lu­szu nie do­szedł jesz­cze do sie­bie. To ro­dzi­ło ko­lej­ne pro­ble­my, ale nie za­mie­rzał teraz ich roz­wa­żać. Jed­nak za­in­te­re­so­wa­nie De­xte­ra tym, co mieli zre­ali­zo­wać, sta­no­wi­ło dobry objaw. Może, osą­dził Van He­flin, wresz­cie za­po­mniał o na­praw­dę nie­istot­nych chwi­lach dzi­siej­sze­go dnia. Wy­rzu­cił je z pa­mię­ci – i po­wró­cił do głów­nych zmien­nych nad­cho­dzą­cych zda­rzeń.

Uznał, że na­le­ży De­xte­ro­wi w tym pomóc, choć wcze­śniej wie­lo­krot­nie już p tym dys­ku­to­wa­li.

Sku­pił się. De­xter przy­wo­łał, co Van He­fli­na ucie­szy­ło, żar­go­no­we okre­śle­nie „sce­na­riusz”, czę­sto uży­wa­ne przez wy­słan­ni­ków.

Sce­na­riusz po­sia­dał nie­zwy­kle istot­ne zna­cze­nie i dość ści­śle okre­ślał prze­bieg zda­rzeń, zna­nych albo hi­po­te­tycz­nych. Wska­zy­wał naj­waż­niej­sze moż­li­wo­ści kształ­to­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści, a tym samym przy­szło­ści – w po­żą­da­ny spo­sób. Nigdy nie wy­stę­po­wa­ło ich wiele. Nad­zor­cy długo za­sta­na­wia­li się nad każdą im­pli­ka­cją dzia­ła­nia emi­sa­riu­szy, roz­trzą­sa­li skut­ki ich po­czy­nań, a i tak nigdy nie twier­dzi­li, że są do końca prze­ko­na­ni o na­stą­pie­niu za­kła­da­nej zmia­ny.

Sce­na­riusz oma­wia­no pra­wie w nie­skoń­czo­ność. Krok po kroku eli­mi­no­wa­no słabe punk­ty, szu­ka­no naj­lep­szych roz­wią­zań, ale za­wsze po­zo­sta­wał cień nie­pew­no­ści, czy wszyst­ko się spraw­dzi.

Van He­flin wie­dział, że wy­star­czy od­po­wied­ni sto­pień praw­do­po­do­bień­stwa, żeby takie zmia­ny na­stą­pi­ły – po­twier­dza­ły to efek­ty osią­gnię­te przez pra­wie wszyst­kie misje. Wie­rzył, że i teraz sta­nie się tak samo.

Je­że­li wszyst­ko pój­dzie do­brze… – za­strzegł się w my­ślach. – Je­że­li tylko ułoży się wła­ści­wie

Sta­ran­nie do­bie­rał słowa.  

– Biały Koń to młod­szy brat Co­chi­se’a, wiel­kie­go wodza Apa­czów. Nigdy wcze­śniej In­dia­nie nie mieli przy­wód­cy, rów­nie długo i sku­tecz­nie po­wstrzy­mu­ją­ce­go napór bia­łych. Ba, ata­ku­ją­ce­go w spo­sób prze­my­śla­ny i sku­tecz­ny. Od­no­szą­ce­go za­dzi­wia­ją­ce suk­ce­sy. Ale Biały Koń prze­ra­sta brata – jest bar­dziej prze­wi­du­ją­cy, znacz­nie in­te­li­gent­niej­szy i, jak na In­dia­ni­na, jesz­cze le­piej wy­kształ­co­ny. Zy­skał u współ­ple­mień­ców po­dob­ny po­słuch jak Co­chi­se – jeśli nie więk­szy.

Cy­ga­ret­ka do­brze się wy­su­szy­ła w skwa­rze dnia i Van He­flin z przy­jem­no­ścią ją palił. Po­sta­no­wił spraw­dzić, ile kółek dymu uda mu się wy­pu­ścić raz za razem.

Uło­żył wargi. Trzy ide­al­nie okrą­głe ob­łocz­ki, puste w środ­ku, unio­sły się w po­wie­trze. Po­my­ślał z za­do­wo­le­niem, że nadal bez wy­sił­ku do­ko­nu­je tej trud­nej sztucz­ki.

– Biały Koń do­stał się w ręce bia­łych będąc mło­dzie­niasz­kiem – cią­gnął. – Miał szczę­ście, bo tra­fił na ludzi my­ślą­cych ina­czej niż wszy­scy. Na­praw­dę ser­decz­nie się nim za­opie­ko­wa­li. By­wa­ją tutaj tacy…

Śle­dził po­ru­sza­nie się kółek dymu w po­wie­trzu. Pły­nę­ły wolno przed sie­bie, po­ru­sza­ne lek­kim ru­chem po­wie­trza, a potem ko­lej­no się roz­wia­ły.

Van He­flin znal bio­gra­fie in­diań­skie­go wodza – te­raź­niej­szą i przy­szłą – nie­mal na pa­mięć i nie miał kło­po­tów z dal­szą opo­wie­ścią.

– Do­brze mówi po an­giel­sku. Umie czy­tać i pisać, i to bez wy­sił­ku. Zna też hisz­pań­ski, na­rze­cza Ko­man­czów i Siuk­sów. Tak jak jego brat, po­sia­da wiel­ką pre­dy­lek­cję do nauki ję­zy­ków. W osa­dzie swo­ich opie­ku­nów ob­ser­wo­wał wszyst­ko i zro­zu­miał wiele spraw. Naj­waż­niej­sza z nich – zo­rien­to­wał się, że je­że­li In­dia­nie dia­me­tral­nie nie zmie­nią spo­so­bu po­stę­po­wa­nia, prze­gra­ją. Po­mi­mo dłu­giej serii zwy­cięstw i ofen­sy­wy Co­chi­se’a nie­uchron­nie po­nio­są klę­skę.

Do­ło­żył dwie ga­łę­zie do ogni­ska. Le­ciu­teń­ki wie­trzyk kie­ro­wał cie­pło pa­lą­cych się drew w stro­nę De­xte­ra.

– Wiesz, De­xter – kon­ty­nu­ował z na­my­słem – na­praw­dę lubię Bia­łe­go Konia. Mógł uciec wcze­śniej, ale sie­dział u bia­łych tak długo, aż się zo­rien­to­wał, że ni­cze­go wię­cej już się nie na­uczy. Moż­li­we, że Co­chi­se to in­spi­ro­wał. Biały Koń wró­cił do swo­je­go ple­mie­nia, mając sie­dem­na­ście lat. Ukradł dwa konie, dwa re­wol­we­ry, dwa ka­ra­bi­ny i sporo amu­ni­cji. Za­strze­lił czte­rech ludzi z grupy po­ści­go­wej. Wtedy resz­ta dała sobie spo­kój i za­wró­ci­ła.

Van He­flin po­krę­cił głową. Chrząk­nął.

– Po­myśl tylko, miał za­le­d­wie sie­dem­na­ście lat! Ale to nie jest naj­waż­niej­sze. Naj­istot­niej­sze jest to – pod­niósł głos – że Biały Koń za­mie­rza prze­ko­nać Co­chi­se’a i resz­tę Apa­czów, żeby na­tych­miast przy­ję­li wa­run­ki ro­zej­mu i prze­nie­śli się na Te­ry­to­rium In­diań­skie. Teraz, kiedy pa­nu­ją nad sy­tu­acją i sku­tecz­nie od­py­cha­ją bia­łych. Zwy­cię­ża­ją.

De­xter słu­chał uważ­nie słów Van He­fli­na, cho­ciaż rów­nie do­brze znał tę hi­sto­rię.

– Na­mó­wi do ta­kie­go kroku także inne ple­mio­na, praw­da? – za­py­tał, choć znał od­po­wiedź. Po bla­dej twa­rzy spły­wa­ły grube kro­ple potu. Prze­cią­gnął pal­ca­mi po czole.

Wy­glą­dał, jakby tra­wi­ła go wy­so­ka go­rącz­ka.

Van He­flin wie­dział, że nie może mu teraz w ni­czym pomóc. Naj­le­piej by­ło­by spę­dzić tutaj kilka dni i po­cze­kać na po­wrót to­wa­rzy­sza do zdro­wia. Jed­nak wy­po­czy­nek nie wcho­dził w ra­chu­bę – mu­sie­li wy­ru­szyć jutro, o brza­sku.

Spo­tka­nie in­diań­skich wo­dzów miało odbyć się po­ju­trze.

– Otóż to – przy­tak­nął, po­da­jąc De­xte­ro­wi chu­s­tecz­kę. – Biały Koń pra­gnie, żeby Apa­cze i Ko­man­cze na­tych­miast się tam prze­nie­śli. Co­chi­se jesz­cze się łudzi, że nieco wię­cej wy­sił­ku i znacz­niej­sze po­świe­ce­nie jego ludu przy­nie­sie suk­ces. Biały Koń już wie – to­cząc w ten spo­sób walkę Apa­cze prze­gra­ją.

Wyjął kwa­drat tka­ni­ny z pal­ców De­xte­ra. Po otar­ciu twa­rzy stał się tak mokry, że na­le­ża­ło go po­rząd­nie wyżąć, a potem uło­żyć przy ogniu, aby wy­sechł. Chciał jed­nak za­koń­czyć przed­sta­wia­nie sce­na­riu­sza.  

– Po do­bro­wol­nym i szyb­kim prze­nie­sie­niu się na Te­ry­to­rium In­diań­skie, Biały Koń za­mie­rza ze­spo­lić wszyst­kie ple­mio­na – kon­ty­nu­ował Van He­flin. – Stwo­rzy z nich naród. Ro­zu­mie do­sko­na­le, jak ważna jest wła­sność ziemi – i uzmy­sło­wi to  po­bra­tym­com. Mają wal­czyć tylko wtedy, kiedy wła­dze fe­de­ral­ne ogło­szą bu­do­wę linii ko­le­jo­wych na no­wych zie­miach Apa­czów, Ko­man­czów i Siuk­sów.

– W hi­sto­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych dużo się nie zmie­ni – scep­tycz­nym tonem za­uwa­żył De­xter.

Wy­glą­dał nieco le­piej.

– Wła­śnie, że nie. – Van He­flin po­krę­cił głową. 

Pod­niósł nóż. Ści­nał kor­de­la­sem trawę, szy­ku­jąc sobie le­go­wi­sko. Chu­s­tecz­kę uło­żył już na ka­mie­niach obok tlą­ce­go się le­ni­wie chru­stu.

Pa­mię­tał o do­ło­że­niu trzech gru­bych szczap, żeby ogień ża­rzył się całą noc. Miał na to jesz­cze czas.

– Zisz­cze­nie się za­mie­rzeń Bia­łe­go Konia może spo­wo­do­wać duże zmia­ny. – Van He­flin sap­nął. Przed star­tem wie­lo­krot­nie z nad­zor­ca­mi roz­wa­żał wszyst­kie moż­li­wo­ści – i za­wsze do­cho­dzi­li do toż­sa­mych wnio­sków. – Na­praw­dę spore. Nie­któ­re stany, takie jak Ari­zo­na, mogą po­wstać póź­niej. Może w ogóle nie po­wsta­ną… Może nie zo­stać utwo­rzo­ny stan Okla­ho­ma, tylko wolny stan in­diań­ski, a na pewno nie po­wsta­ną re­zer­wa­ty.

Oczy Van He­fli­na bły­snę­ły.

– Moż­li­we, że nawet dwa lub trzy takie wolne okrę­gi – kontynuował z na­my­słem. – Co­chi­se zo­sta­nie kimś w ro­dza­ju gu­ber­na­to­ra, a Biały Koń jego na­stęp­cą. Cał­kiem jesz­cze młody Ge­ro­ni­mo na sta­rość do­chra­pie się sta­no­wi­ska in­diań­skie­go mi­ni­stra wojny. Poj­mu­jesz to? 

Sta­ran­nie roz­ło­żył derkę i na jej brze­gu uło­żył sio­dło.

– Tak, bi­zo­ny zo­sta­ną wy­bi­te. To pew­nik. Oca­le­ją reszt­ki tych zwie­rząt. Ale In­dia­nie pew­nie po­dej­mą ho­dow­lę krów na mięso – to jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne. Linie ko­le­jo­we przez Te­ry­to­rium In­diań­skie zo­sta­ną wy­ty­czo­ne i zbu­do­wa­ne, ale dużo póź­niej i za cenę znacz­nych ustępstw rządu fe­de­ral­ne­go. Li­kwi­da­cja tego hi­po­tecz­ne­go, ale bar­dzo moż­li­we­go do za­ist­nie­nia wiel­kie­go stanu in­diań­skie­go bę­dzie długa i trud­na – je­że­li w ogóle moż­li­wa.

De­xter słu­chał z uwagą. Znowu otarł dło­nią pot z twa­rzy. 

– De­xter, może się zmie­nić bar­dzo wiele – cią­gnął Van He­flin. – Tym bar­dziej, że opi­nia spo­łecz­na w końcu prze­chy­li się w stro­nę spo­koj­nych Apa­czów, pra­wo­wi­tych i od­wiecz­nych wła­ści­cie­li ame­ry­kań­skich ziem. Za­ła­twie­nie tej spra­wy po­chło­nie tyle czasu, ener­gii i ist­nień ludz­kich, że Stany Zjed­no­czo­ne nie przy­stą­pią do pierw­szej wojny świa­to­wej – a to już może na­praw­dę bar­dzo dużo zmie­nić. W na­szym świe­cie też. To pro­sta im­pli­ka­cja. Z tego po­wo­du nas tu wy­sła­no, pa­mię­taj o tym. 

Uło­żył się wy­god­nie. Pod­cią­gnął koc pod brodę.

– Prze­śpię się ze dwie go­dzi­ny, mimo tego, że do zmro­ku mamy tro­chę czasu. – Ziew­nął sze­ro­ko. – Będę trzy­mał wartę w nocy, pil­no­wał koni i ognia, a ty wy­po­czy­waj, De­xter. Apa­cze nie kro­czą po wo­jen­nej ścież­ce, le­piej jed­nak uwa­żaj­my. Zaraz po zmro­ku za­go­tuj dzba­nek kawy, był­bym bar­dzo wdzięcz­ny.

Czuł, że za­sy­pia. Wolno od­pły­wa­ło zmę­cze­nie, prze­peł­nia­ją­ce ciało po całym dniu jazdy w upale i kurzu. Znu­że­nie po­wo­li za­mie­nia­ło się w sen.

– Po­wo­dze­nie za­mie­rzeń Bia­łe­go Konia jest głów­ną zmien­ną gra­nicz­ną?

Py­ta­nie De­xte­ra do­bie­gło do Van He­fli­na jakby z od­da­li, z po­gra­ni­cza snu i jawy. Za­nu­rzał się z roz­ko­szą w stan nie­świa­do­mo­ści i ode­rwa­nia od rze­czy­wi­sto­ści.

– To nie­zwy­kle ważna zmien­na. – Van He­flin sta­rał się mówić na tyle gło­śno, aby De­xter go do­brze sły­szał, choć przy­cho­dzi­ło mu to z tru­dem. – Pole praw­do­po­do­bień­stwa jest nie­zwy­kle gęste. Tak mówi roz­wi­nię­ta teo­ria pro­ba­bi­li­sty­ki, na razie znana tylko tam, skąd przy­by­li­śmy. Na wła­sny uży­tek okre­ślam ją cen­tral­ną zmien­ną cięż­ko­ści. Nasz czas, a w nim prze­cież tak na­praw­dę ży­je­my, wtedy się zmie­ni – i to ra­dy­kal­nie. Nad­zor­cy pra­gną temu za­po­biec.

Sły­szał po­wol­ne szu­ra­nie butów De­xte­ra, brzęk dzban­ka, chro­bot zia­ren kawy mie­lo­nej w młyn­ku. De­xter wziął się do pracy. Do uszu Van He­fli­na do­bie­ga­ło cy­ka­nie świersz­czy i da­le­kie wycie ko­jo­tów, trzask pa­lą­cych się w ogni­sku su­chych ga­łę­zi – po­wsze­dnie od­gło­sy świa­ta i czasu, bę­dą­ce­go celem misji.

Sły­szał wła­sne po­sa­py­wa­nie przez nos.

Chęt­nie dłu­żej przy­słu­chał­by się me­lo­dyj­ce, upo­rczy­wie wy­gry­wa­nej przez zie­lo­ne owady, ale i tak się ucie­szył, że znowu po chwi­li mil­cze­nia się ode­zwa­ły.

Wie­dział, że są to zda­rze­nia ele­men­tar­ne, nie ma­ją­ce żad­ne­go zna­cze­nia, tak jak ogar­nia­jąc go sen. I może wła­śnie z tego po­wo­du spra­wia­ły Van He­fli­no­wi wiel­ką przy­jem­ność.

– Bę­dzie­my mu­sie­li tylko ostrze­lać grupę wo­dzów, z któ­ry­mi ma roz­ma­wiać Biały Koń?

Głos De­xte­ra brzmiał już dla Van He­fli­na nie­wy­raź­nie.

– Po­win­no wy­star­czyć, żeby ogar­nął ich gniew i żądza ze­msty – i od­wró­cić uwagę od za­mie­rzeń Bia­łe­go Konia – mruk­nął z wy­sił­kiem. – Dla nas to pro­sta ro­bo­ta… Pa­mię­taj, obudź mnie po za­pad­nię­ciu zmro­ku.

Jęk­nął. Znowu mu­siał, choć tylko na chwi­lę, po­wró­cić do świa­ta koń­czą­ce­go się dnia i przed­sta­wić prze­bieg oczy­wi­stej zmien­nej.

To mogło mieć zna­cze­nie.

– In­dia­nie czę­sto by­wa­ją im­pul­syw­ni, a na pewne przy­wią­zu­ją wiel­ką wagę do prze­strze­ga­nia oby­cza­jów.

Wy­po­wia­dał słowa wy­raź­nie, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc zie­wa­nie. 

– Po­cząt­ko­wo osą­dzą, że strze­la­li biali i oczy­wi­ście wpad­ną w wście­kłość – kon­ty­nu­ował z wy­sił­kiem. – Znowu zła­ma­li przy­rze­cze­nia. Ale potem po­my­ślą, że ktoś zdra­dził. Ktoś, kto nie przy­był na na­ra­dę, a bę­dzie kilku ta­kich, po­in­for­mo­wał o niej wro­gów. Ogar­nie ich jesz­cze sil­niej­szy gniew. Za­czną się wza­jem­ne walki, a Biały Koń, je­że­li nadal bę­dzie upie­rał przy swoim zda­niu i na­wo­ły­wał do po­ko­ju, szyb­ko stra­ci au­to­ry­tet. Okaże się sła­be­uszem – nawet za­przań­cem. To, co wy­ko­na­my, wpro­wa­dza bar­dzo silną i efek­tyw­ną zmien­ną.

Teraz na­resz­cie mógł za­mknąć oczy. Chciał jesz­cze po­wie­dzieć, żeby De­xter nie pił kawy, bo może mu za­szko­dzić, ale roz­kosz za­pa­da­nia się w nie­ogra­ni­czo­ny bez­miar snu oka­za­ła się sil­niej­sza.

Van He­flin od­wró­cił się na bok i za­snął jak dziec­ko.

Jesz­cze przez kilka se­kund, przed przej­ściem w ob­szar wy­łą­cze­nia się ze wszyst­kie­go, co go ota­cza­ło, za­sta­na­wiał się, o czym myśli teraz Biały Koń.

 

***

 

Ran­kiem De­xter czuł się go­rzej – znacz­nie go­rzej.

Zjadł parę kęsów go­rą­cej fa­so­li z bocz­kiem, ale zaraz je zwy­mio­to­wał. Twarz po­kry­wa­ły mu mocne wy­pie­ki. Widać było, że nadal trawi go go­rącz­ka, jesz­cze sil­niej­sza niż wczo­raj.

– Do­je­dziesz? – z tro­ską w gło­sie za­py­tał Van He­flin. – Mamy przed sobą szmat drogi w żarze i braku cie­nia.

Po­mógł wsiąść to­wa­rzy­szo­wi na jego sro­ka­cza. De­xter na­zwał go Whi­sky.

– Jakoś do­czła­pię. Prze­cież muszę – tępym, bez­barw­nym gło­sem od­po­wie­dział De­xter.

Na­su­nął na czoło jasny ka­pe­lusz. Mówił z tru­dem, wy­plu­wa­jąc reszt­ki wy­mio­cin.

– Beze mnie nie wró­cisz do na­sze­go czasu, tak samo jak ja bez cie­bie. To oczy­wi­sta zmien­na. – Uśmiech­nął się z wi­docz­nym wy­sił­kiem. – Je­że­li zwalę się z konia, prze­wieś mnie przez sio­dło i przy­wiąż, tak jak po­przed­nio, choć tego nie cier­pię. Jakoś do­trze­my.

De­xter za­czy­nał się mocno pocić. Dwa razy mu­siał prze­trzeć twarz.

– Do­brze. – Van He­flin wsa­dził stopę w strze­mię. – To, że się wy­pa­casz, to może być do­brzy znak.

Nie miał po­ję­cia, czy mówi praw­dę. Bar­dzo nie­wie­le już pa­mię­tał ze szko­le­nia le­kar­skie­go, prze­pro­wa­dzo­ne­go dawno temu, kiedy przy­go­to­wy­wał się do pierw­szej misji. Pra­gnął dodać to­wa­rzy­szo­wi otu­chy – wie­dział, że może mieć zna­cze­nie w po­ko­na­niu tra­wią­cej jego ciało cho­ro­by. 

Tra­cił ko­la­na­mi de­re­sza. Ru­szy­li stępa na­przód. Van He­flin przy­po­mniał sobie coś, o czym po­wi­nien pa­mię­tać.

Po­czuł złość, że za­po­mniał o waż­nej spra­wie – znów umknął jego uwa­dze ważny szcze­gół. Nie przy­szło mu do głowy, że dys­po­nu­ją czymś, co bez ochy­by szyb­ko po­sta­wi­ło­by De­xte­ra na nogi.

Od­wró­cił głowę. Whi­sky kroczył parę jar­dów z tyłu.

– W po­bli­żu miej­sca spo­tka­nia in­diań­skich wo­dzów misja przy­go­to­waw­cza ukry­ła nie­zbęd­ne wy­po­sa­że­nie, w tym pa­kiet po­mo­cy me­dycz­nej – mówił mocno pod­nie­sio­nym gło­sem, żeby De­xter go sły­szał. – Tak na wszel­ki wy­pa­dek, bo jed­nak doj­dzie do strze­la­ni­ny. Drugi ze­staw spo­czy­wa w luku ba­ga­żo­wym sza­lu­py cza­so­wej.

Wi­dział tylko biel okry­cia głowy De­xte­ra – i nie sły­szał żad­nej od­po­wie­dzi. Ja­dą­cy z tyłu me­cha­nik pew­nie zwie­sił głowę nad szyją konia, bo nie do­strze­gał nawet frag­men­tu jego twa­rzy. Może nawet ze­mdlał. Trzy­mał się jed­nak w sio­dle, a tylko to się li­czy­ło.

Po­ru­sza­li się środ­kiem dłu­giej roz­pa­dli­ny, cza­sa­mi mocno się zwę­ża­ją­cej, a potem znowu się roz­sze­rza­ją­cej, ob­ra­mo­wa­nej wzgó­rza­mi o stro­mych, ka­mie­ni­stych zbo­czach. Miej­sce, gdzie spę­dzi­li noc, le­ża­ło u jej po­cząt­ku. Van He­flin wie­dział, że ka­nion ma dłu­gość wielu mil.

W końcu do­tar­li na miej­sce.

– Spo­tka­nie od­bę­dzie się jutro przed po­łu­dniem? – cicho za­py­tał De­xter.

Nadal źle wy­glą­dał, a jego głos brzmiał le­d­wie sły­szal­nie. Z tru­dem zsu­nął się z sio­dła na zie­mię i zaraz usa­do­wił się na ziemi tuz obok konia, jakby cał­ko­wi­cie opu­ści­ły go siły.

Whi­sky ob­wą­chi­wał zwie­szo­ną głowę swo­je­go pana, ma­cha­jąc dłu­gim ogo­nem. Łeb i brą­zo­we koń­skie śle­pia zwró­ci­ły się w stro­nę Van He­fli­na, z nie­mym py­ta­niem, cóż stało się jeźdź­co­wi. 

– Nie ostrze­la­my razem tej grupy, tak jak za­kła­dał sce­na­riusz. Nie dam rady – z tru­dem wy­chry­piał De­xter.

Pró­bo­wał wstać, opie­ra­jąc ręce o zie­mię, ale zaraz usiadł z po­wro­tem. 

– Zatem jakoś po­ra­dzę sobie sam, nie mam wyj­ścia. – Van He­flin splu­nął na zie­mię. – Prze­ana­li­zu­ję sy­tu­ację.

Zdjął jucz­ne sio­dło z muła. Znowu mu­siał urzą­dzić tym­cza­so­we obo­zo­wi­sko.

Za­ję­ło to nieco czasu.

– Bli­sko znaj­du­je się kry­jów­ka, a niej ukry­te rze­czy, mo­gą­ce się przy­dać. – Van He­flin z na­my­słem przy­glą­dał się De­xte­ro­wi. Me­cha­nik wy­glą­dał tak samo jak po­przed­nio. – Po­ja­dę tam i przy­wio­zę ze­staw me­dycz­ny. Kuruj się, w twoim przy­pad­ku to teraz naj­waż­niej­sza zmien­na. Myślę, że to tylko wstrząs mózgu, lecz jego skut­ki spo­tę­go­wa­ły upał, jazda konna i zmę­cze­nie. Je­ste­śmy już pra­wie u celu i nie zmar­nuj­my tego.

De­xter w końcu pod­niósł się z ziemi. Van He­flin po­my­ślał, że może dłuż­sza chwi­la od­po­czyn­ku nieco go wzmoc­ni­ła. Po­włó­czył no­ga­mi, ale cho­dził.

Wolno zdjął ja­sne­go stet­so­na i przyj­rzał mu się uważ­nie. Ka­pe­lusz nadal wy­glą­dał pięk­nie, nieco się tylko za­ku­rzył.

Wargi De­xte­ra rozścią­gnął nikły, bar­dzo wy­si­lo­ny uśmiech. 

– Po­zbie­ram to, co na­da­je się do pa­le­nia i roz­nie­cę ogień – stwier­dził przy­ga­słym, pi­skli­wie brzmią­cym gło­sem. – Przy­go­tu­ję kawę. Na to chyba star­czy mi sił… A ty jedź po ten pa­kiet.

Sta­ran­nie otrze­pał na­kry­cie głowy i po­now­nie na­sa­dził na głowę.

– Wszyst­ko prze­ze mnie – dodał po chwi­li. – Gdy­bym nie po­sta­wił się młod­sze­mu Ban­ni­ste­ro­wi, nie mie­li­by­śmy ta­kich kło­po­tów. Cho­le­ra, co mnie pod­ku­si­ło ku­po­wać nową część tu­tej­sze­go stro­ju. Jedna, je­dy­na zmien­na, w do­dat­ku drob­na, a tak prze­two­rzy­ła rze­czy­wi­stość…

 

***

 

Van He­flin stwier­dził, że dłu­gie źdźbła wy­su­szo­nej trawy nie­zwy­kle przy­jem­nie ma­su­ją mu brzuch.

Leżał za nie­du­żym gła­zem u wy­lo­tu skal­nej do­li­ny – wczo­raj prze­mie­rzył ją wspól­nie z De­xte­rem.

Zły na­strój minął. Wy­glą­da­ło na to, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Nikt nie od­krył i nie na­ru­szył kry­jów­ki – pra­wie nigdy się to nie zda­rza­ło. Van He­flin za­brał z niej czte­ry po­trzeb­ne rze­czy i zde­ma­te­ria­li­zo­wał resz­tę zbęd­ne­go już sprzę­tu – w żad­nym razie nie mógł do­stać się w ręce ludzi ży­ją­cych w innym cza­sie niż jego i De­xte­ra. Gdyby ktoś nie­po­wo­ła­ny od­na­lazł kry­jów­kę, sprzęt nisz­czył się sam.

Wczo­raj wcze­snym wie­czo­rem przy­wiózł do obo­zo­wi­ska pa­kiet po­mo­cy me­dycz­nej. De­xter przy­cze­pił sobie do ra­mie­nia prób­nik dia­gno­stycz­ny. Igły au­to­ma­tu wbiły się w skórę i po­bra­ły do ana­li­zy wy­cin­ki ciała i krwi.

Spra­wa oka­za­ła się pro­sta. Me­cha­nik cier­piał na dość po­waż­ne za­tru­cie żo­łąd­ko­we. Kom­plek­so­wy śro­dek lecz­ni­czy na zwy­kłe scho­rze­nia we­wnętrz­ne umiesz­cza­no w każ­dym ze­sta­wie le­kar­skim. Na­le­ża­ło go sys­te­ma­tycz­nie wstrzy­ki­wać – i nie sza­fo­wać si­ła­mi.

Van He­flin uważ­nie przej­rzał wy­świe­tlo­ny ho­lo­gram. Mógł za­or­dy­no­wać więk­szą i sku­tecz­niej­szą dawkę spe­cy­fi­ku, ale nie mógł się przy tym po­my­lić. Zie­lo­ny wskaź­nik zmie­niał po­wo­li barwę w żółtą, jesz­cze bla­da­wą, ale coraz bar­dziej na­sy­co­ną.

Uznał, że doza leku bę­dzie wy­star­cza­ją­ca, pstryk­nął pal­ca­mi, aby zga­sić obraz prze­strzen­ny – i za­koń­czył przy­go­to­wa­nia.

Z sa­tys­fak­cją przy­po­mniał sobie, że nie po­peł­nił błędu. De­xter bar­dzo szyb­ko po­wra­cał do zdro­wia.

Van He­flin jesz­cze raz ro­zej­rzał się uważ­nie. 

Długa, ka­mie­ni­sta roz­pa­dli­na w ziemi – nie­daw­no prze­by­ty ka­nion – łą­czy­ła się tutaj z ko­lej­ną, niżej po­ło­żo­ną, gó­rzy­stą do­li­ną. Prze­je­cha­ny szlak miał po­ło­że­nie rów­no­leż­ni­ko­we, a ko­tli­na, pe­ne­tro­wa­na teraz przez wzrok Van He­fli­na, bie­gła po­łu­dni­ko­wo. Jej środ­kiem pły­nął by­stry i kręty potok, nio­są­cy sporo wody. Zjazd na koniu w dół wy­da­wał się moż­li­wy, ale bar­dzo trud­ny i ry­zy­kow­ny.

Van He­flin po­my­ślał, że za­ję­te przez niego miej­sce, wcze­śniej wska­za­ne przez nad­zo­rów, ide­al­nie na­da­je się na za­sadz­kę.

Przez lu­ne­tę ob­ser­wo­wał teraz grupę ośmiu In­dian, bi­wa­ku­ją­cych po dru­giej stro­nie po­to­ku. Sie­dzie­li przy ogni­sku. Długa fajka prze­cho­dzi­ła z rąk do rąk. Gesty ich dłoni, wolne, spo­koj­ne i ce­re­mo­nial­ne ozna­cza­ły jedno – od­pra­wia­li ob­rzą­dek za­war­cia po­ro­zu­mie­nia.

Może tylko po­myśl­ne­go za­koń­cze­nia wstęp­nych per­trak­tacji – po­my­ślał, śle­dząc wolno roz­pły­wa­ją­ce się w po­wie­trzu ob­łocz­ki dymu. – Ale to zna­czy bar­dzo wiele. Biały Koń od­niósł pięk­ny suk­ces.

Wolne po­cią­ga­nie z cy­bu­cha świad­czy­ło o tym, że przy ogni­sku nie sie­dzie­li tylko Apa­cze. Van He­flin nie po­tra­fił roz­róż­nić wśród czer­wo­no­skó­rych Ko­man­czów czy Siuk­sów. Przy­by­li jed­nak na to spo­tka­nie, ina­czej nie za­cią­ga­no by się po kolei dymem, w uświę­co­ny spo­sób pieczętując za­koń­cze­nie okresu wy­nisz­cza­ją­cych spo­rów.

Prze­su­nął wi­zjer na wy­so­kie­go In­dia­ni­na o dłu­gich, ciem­nych wło­sach. Jako ostat­ni wy­pu­ścił w po­wie­trze kilka kłęb­ków nie­bie­ska­we­go oparu. Teraz szyb­ko po­ru­szał usta­mi, oszczęd­nie przy tym ge­sty­ku­lu­jąc.

Van He­flin prze­niósł obiek­tyw na twa­rze za­sia­da­ją­cych obok niego ludzi. Wy­re­gu­lo­wał obraz. Te­le­lu­ne­ta o da­le­kim za­się­gu, za­bra­na z sza­lu­py cza­so­wej, da­wa­ła bar­dzo duże przy­bli­że­nie.

Czer­wo­no­skó­rzy słu­cha­li z uwagą, po­chy­le­ni do przo­du. Przez chwi­lę Van He­flin stu­dio­wał wyraz twa­rzy sta­re­go In­dia­ni­na o buj­nych, szpa­ko­wa­tych wło­sach i orlim nosie. Ten czło­wiek chło­nął słowa mówcy w na­pię­ciu, ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi. Jego usta za­czę­ły się po­ru­szać.

Za­da­wał ja­kieś py­ta­nia. A może for­mu­ło­wał swoje sta­no­wi­sko lub zgła­szał uwagi.

Obiek­tyw po­wró­cił do męż­czy­zny, nadal trzy­ma­ją­ce­go fajkę w dłoni. Znowu za­czął prze­ma­wiać.

Van He­flin wie­dział, że Biały Koń uciekł do po­bra­tym­ców w ciem­no­gra­na­to­wej, woj­sko­wej kurt­ce – otrzy­mał ją w po­da­run­ku od opie­ku­nów.

By­wal­cy sa­lo­onu opo­wia­da­li, że brat Co­chi­se’a nadal nosi tę górną część żoł­nier­skie­go mun­du­ru. Twier­dzi­li, że się do niej przy­zwy­cza­ił i nigdy nie zmie­nił stro­ju. Przy­pi­nał do niej sre­brzy­stą po­do­bi­znę mu­stan­ga w biegu, drugi po­da­ru­nek osób spra­wu­ją­cych nad nim pie­czę. Wie­dzia­no, że twarz Bia­łe­go Konia po­kry­wa me­szek nie­znacz­ne­go za­ro­stu – mu­siał go od czasu do czasu golić. Zbyt późno do­wie­dział się, że po­wi­nien, tak jak inni In­dia­nie, wy­ry­wać po­ja­wia­ją­ce się w okre­sie doj­rze­wa­nia wło­ski na po­licz­kach i szczę­ce.

Oczy Van He­fli­na z na­tę­że­niem śle­dzi­ły po­stać Apa­cza w ka­wa­le­ryj­skiej kurt­ce wojsk Unii, z przy­pię­tą na pier­si po­do­bi­zną cwa­łu­ją­ce­go konia. Ob­ser­wo­wa­ły nie­znacz­ny, ale wy­raź­ny za­rost na mocno za­ry­so­wa­nej żu­chwie.

Wszyst­ko się zga­dza­ło.

Opu­ścił tro­chę niżej te­le­lor­ne­tę. Za pasem In­dia­nin miał za­tknię­te dwa re­wol­we­ry. Van He­flin i De­xter roz­ma­wia­li w sa­lo­onie o Bia­łym Koniu z wie­lo­ma ludź­mi. Wszy­scy wspo­mi­na­li, że  cią­gle używa on broni, zdo­by­tej przed uciecz­ką.

Van He­flin nie miał wąt­pli­wo­ści – pa­trzył na Bia­łe­go Konia. Przy­ło­żył do ra­mie­nia ka­ra­bin ma­gne­tycz­ny.

W ce­low­ni­ku, w zbli­że­niu, wi­dział po­ru­sza­ją­ce się usta wodza Apa­czów, drga­ją­cy język, dro­bi­ny śliny, po­żół­kłe od ty­to­nio­we­go dymu zęby.

Za­sta­na­wiał się, co zro­bić.

Van He­flin spę­dził wiele go­dzin w chłod­nych i ci­chych sa­lach bu­dyn­ku nad­zor­ców, stu­diu­jąc wraz z nimi wy­kre­sy zmien­nych lo­so­wych, ob­ra­zu­ją­cych skut­ki przy­ję­cia przez In­dian idei młod­sze­go brata Co­chi­sa. Wszyst­kie ob­li­cze­nia pro­ba­bi­li­stycz­ne wska­zy­wa­ły, że szyb­ka i nagła śmierć Bia­łe­go Konia jest naj­lep­szym roz­wią­za­niem pro­ble­mu.

Coś gwał­tow­nie po­ła­sko­ta­ło go w ucho. Prze­su­nął pal­ca­mi po mał­żo­wi­nie i po­czuł pod opusz­ka­mi gme­ra­ją­ce bez­rad­nie czuł­ki ja­kie­goś owada, od­waż­nie wę­dru­ją­ce­go po jego gło­wie.

Van He­flin zdjął go de­li­kat­nie i po­ło­żył na ziemi. Mały żuk po­mknął w kie­run­ku głę­bo­kiej szpa­ry po­mię­dzy dwoma ka­mie­nia­mi.

Inny wy­kres in­for­mo­wał, że można wpro­wa­dzić drugą, bar­dzo silną zmien­ną, od­wra­ca­ją­cą bieg hi­sto­rycz­nych wy­da­rzeń. Zu­chwa­łe i nie­spo­dzie­wa­ne ostrze­la­nie na­ra­dza­ją­cych się wo­dzów tak mocno po­bu­dzi­ło­by gniew, dumę i nie­na­wiść In­dian, że za­po­mnie­li­by o ide­ach Bia­łe­go Konia. Wiele wska­zy­wa­ło, że atak zo­sta­łby od­czy­ta­ny jako pod­stęp­na i wia­ro­łom­na za­sadz­ka na przy­wód­ców ledwo co skon­fe­de­ro­wa­nych ple­mion, po­czy­ty­wa­nych za zdraj­ców – źle przy­go­to­wa­ne ude­rze­nie kilku wo­jow­ni­ków kogoś nie­obec­ne­go na spo­tka­niu.

Van He­flin su­mien­nie stu­dio­wał obie gra­nicz­ne zmien­ne i ich im­pli­ka­cje. Druga da­wa­ła tylko nie­znacz­nie mniej­szą szan­sę po­zo­sta­wie­nia bez zmian biegu historycznych zda­rzeń – i całkowitej klęski Indian. 

W głębi ducha Van He­flin przy­zna­wał, że od sa­me­go po­cząt­ku, in­stynk­tow­nie i w spo­sób mało wy­ro­zu­mo­wa­ny wła­śnie do niej się skła­niał. Mar­twy czło­wiek znaj­do­wał się już poza ja­kim­kol­wiek cza­sem. Nie mógł już ni­g­dzie wró­cić.

Le­żą­cy teraz za gła­zem czło­wiek do­sko­na­le o tym wie­dział.

– Da­je­my ci wolną rękę, bo ufamy two­je­mu do­świad­cze­niu i umie­jęt­no­ści ana­li­zy sy­tu­acji – po­wie­dział jeden z nad­zor­ców tuż przed star­tem wy­pra­wy. – Wiedz jed­nak, że misja przy­go­to­waw­cza umie­ści­ła we wła­ści­wym miej­scu – wraz z innym sprzę­tem – broń ma­gne­tycz­ną.

Nad­zor­ca spoj­rzał Van He­fli­no­wi pro­sto w oczy.

– Tylko ty o tym wiesz – i ty za­de­cy­du­jesz, czy trze­ba bę­dzie jej użyć – kon­ty­nu­ował cicho. – Zle­ci­li­śmy jej wy­sła­nie tak na wszel­ki wy­pa­dek.

Po­kle­pał Van He­fli­na po ra­mie­niu i od­szedł.

Teraz Van He­flin mu­siał pod­jąć de­cy­zję.

Dla po­rząd­ku za­czął jesz­cze raz ana­li­zo­wać zmien­ne lo­so­we, cho­ciaż od razu poj­mo­wał, jaki osią­gnie wynik. Roz­wa­żał je już, jadąc na miej­sce za­sadz­ki.

Siła ognia po­je­dyn­cze­go strzel­ca mogła oka­zać się zde­cy­do­wa­nie za słaba, żeby wy­wrzeć wła­ści­wy efekt. In­dia­nie nie mu­sie­li­by szu­kać ukry­cia przed wą­tłym stru­mycz­kiem po­ci­sków, prze­la­tu­ją­cych nad ich gło­wa­mi. Ka­ra­bin Spen­ce­ra mógł się za­ciąć. Mogły wy­buch­nąć na­bo­je w ma­ga­zyn­ku tu­bo­wym, co zda­rza­ło się dość czę­sto – i jesz­cze wiele zda­rzeń ele­men­tar­nych, ni­we­czą­cych wszyst­ko.

– Naj­istot­niej­sze jest to, że nawet dwóch strzel­ców nie wy­stra­szy­ło­by do­świad­czo­nych wo­jow­ni­ków – mruk­nął do sie­bie. – Pod­ję­li­by kontr­ak­cję. Tak może my­śleć nie­do­świad­czo­ny czło­wiek ze Wscho­du, czyli ja.

Umysł Van He­fli­na drą­ży­ło dziw­ne prze­świad­cze­nie, gra­ni­czą­ce z pew­no­ścią, że nad­zor­cy do­brze o tym wie­dzie­li i znali pra­wi­dło­wą zmien­ną, ale nic mu nie po­wie­dzie­li, wie­dząc, że szyb­ciej czy póź­niej sam to zro­zu­mie.

Ist­nia­ło tylko jedno wła­ści­we roz­wią­za­nie – mu­siał się z tym po­go­dzić.

Van He­flin zro­zu­miał, że od sa­me­go po­cząt­ku rozumiał to. Od chwi­li okre­śle­nia celu misji pod­świa­do­mie zda­wał sobie spra­wę, że za­strze­li Bia­łe­go Konia. Łu­dził się tylko na­dzie­ją, że ist­nie­je inna al­ter­na­ty­wa. Spy­chał w głąb umysłu świa­do­mość, że wy­stę­pu­je zaledwie jedna zmien­na, przy­no­szą­ca po­żą­da­ny efekt.

Umie­ścił krzyż ce­low­ni­ka w środ­ku em­ble­ma­tu pę­dzą­ce­go mu­stan­ga, przy­mo­co­wa­ne­go do kurt­ki Bia­łe­go Konia.

Me­cha­nizm wi­zje­ra ka­ra­bi­nu ma­gne­tycz­ne­go uwzględ­niał wszyst­kie po­trzeb­ne dane. Ob­li­czał siłę wia­tru, prze­miesz­cza­nie się celu, zu­ży­cie prze­wo­du lufy, a nawet zbyt gwał­tow­ne ścią­gnię­cie spu­stu. W jed­nej na­no­se­kun­dzie ko­ry­go­wał lot po­ci­sku, je­że­li cel gwał­tow­nie zmie­niał po­ło­że­nie.

Seria trzech na­bo­jów ma­gne­tycz­nych nie­uchron­ne mu­sia­ła za­mie­nić ciało Bia­łe­go Konia w strzę­py krwa­wią­ce­go mięsa.

Pierś czło­wie­ka w nieco już wy­pło­wia­łej kurt­ce pod­no­si­ła się i opa­da­ła w mia­ro­wym od­de­chu. In­dia­nin nadal prze­ma­wiał, nie wie­dząc, że pod­su­mo­wu­je życie.

Van He­flin za­czął ścią­gać spust.

Kątem oka zo­ba­czył, jak żu­czek wy­nu­rza się ze szpa­ry. Po­ło­żył ka­ra­bin na ziemi.

Czu­łym i de­li­kat­nym ge­stem prze­niósł owada na drugą stro­nę ka­mie­nia.

– Żyj sobie tak długo, jak tylko mo­żesz – mruk­nął. – Ciesz się swoją hi­sto­rią i miej­scem. I nie pró­buj ich zmie­niać… Dbaj o nie.

Pa­trzył na odło­żo­ny na bok czar­ny kształt broni, do­star­czo­nej z in­ne­go czasu – czasu jego życia.

Wy­cią­gnął rękę, ale zaraz ją cof­nął.

Nie mógł zabić Bia­łe­go Konia z ka­ra­bi­nu ma­gne­tycz­ne­go. Po pro­stu nie mógł i nie chciał tego zro­bić.

– Nawet taki Dave Ban­ni­ster sta­nął do walki twa­rzą w twarz – wy­szep­tał sam do sie­bie. – Nawet on, ban­dy­ta i zwy­kły łaj­dak.

Nie miało zna­cze­nia, czy Ban­ni­ster uczy­nił tak w chwi­li bez­ro­zum­ne­go gnie­wu, czy też, pewny zwy­cię­stwa, chciał po­ka­zać, że jest czło­wie­kiem, nie strze­la­ją­cym w plecy – czy też w ogóle nie za­sta­na­wiał się, co czyni. Dave Ban­ni­ster dał De­xte­ro­wi szan­sę.

Van He­flin wie­dział, że nie daje Bia­łe­mu Ko­nio­wi żad­nej szan­sy.

Umysł Van He­fli­na szu­kał wła­ści­we­go okre­śle­nia. Zna­lazł je.

Za­bi­cie go z tej ma­gne­tycz­nej pu­kaw­ki by­ło­by takie nie­ho­no­ro­we – po­my­ślał. – Takie podłe.

Dźwi­gnią umo­co­wa­ną u dołu łoża prze­ła­do­wał ka­ra­bin Spen­ce­ra. Od­wiódł kurek.

Na­ci­ska­jąc cyn­giel, Van He­flin po­my­ślał, że po­dob­nie jak De­xter, bar­dzo szyb­ko upodob­nił się do ludzi, wśród któ­rych prze­by­wa­li – a może wcale się od nich nie róż­nił. Po­czuł go­rycz w ustach.

Kula po­wa­li­ła Bia­łe­go Konia na ko­la­na. Trzy­mał jesz­cze ręce w górze, jakby coś prze­ka­zy­wał.

Drugi strzał rzu­cił In­dia­ni­na w pło­my­ki ogni­ska. Leżał twa­rzą do dołu, nie ru­sza­jąc się, a ka­wa­le­ryj­ska kurt­ka za­czę­ła się tlić. Dłu­gie włosy Apacza oto­czy­ła nikła au­re­ola ognia, po­dob­na do nimbu oka­la­ją­ce­go głowy świę­tych na re­li­gij­nych ob­ra­zach.

Bie­gnąc w stro­nę swo­je­go de­re­sza, Van He­flin od­pa­lił trzy ła­dun­ki pro­cho­we. Wy­buch ze­rwał ka­mie­nie na stoku wio­dą­cym do do­li­ny i za­ta­ra­so­wał żleb – je­dy­ną drogę po­zwa­la­ją­cą pod­jąć po­ścig.

Van Heflin ze znu­że­niem skon­sta­to­wał, że dzi­wacz­ne i ni­czym nie­wy­tłu­ma­czal­ne po­czu­cie go­ry­czy na war­gach i w prze­ły­ku nie chce ustą­pić.

 

***

 

– Zde­ma­te­ria­li­zo­wa­łeś wszyst­ko, jak wy­ma­ga tego re­gu­la­min? – De­xter zadał py­ta­nie od nie­chce­nia, żując li­stek szcza­wiu.

Ton głosu De­xte­ra brzmiał zdaw­ko­wo. Pa­trzył przed sie­bie, może za­sta­na­wia­jąc się, jak szyb­ko dotrą do sza­lu­py cza­so­wej, a może ob­ser­wu­jąc mia­ro­we po­trzą­sa­nie łbem przez Whi­sky i roz­wa­ża­jąc, co może ono ozna­czać.  

– Oczy­wi­ście, że tak – tępym gło­sem od­po­wie­dział Van He­flin. – Zde­ma­te­ria­li­zo­wa­łem broń ma­gne­tycz­ną, te­le­lu­ne­tę, de­to­na­tor do zdal­ne­go ini­cjo­wa­nia eks­plo­zji. Za­pal­ni­ki znisz­czy­ły się same, pod­czas od­pa­la­nia. Nie zo­stał żaden ślad na­szej obec­no­ści. Żaden trop, oprócz ciała Bia­łe­go Konia. Pew­nie nad­pa­lo­ne­go.

W tym miej­scu płyt­ki wąwóz roz­sze­rzał się i mogli je­chać obok sie­bie.

Ko­py­ta mu­stan­gów i muła stu­ko­ta­ły mia­ro­wo o ka­mie­ni­ste pod­ło­że.

– Zli­kwi­do­wa­łem ze­staw po­mo­cy me­dycz­nej. Mo­że­my wra­cać do na­sze­go czasu. – De­xter po­pra­wił jasny ka­pe­lusz.

Wy­glą­dał i za­cho­wy­wał się już nor­mal­nie. Miał tylko nieco bled­szą twarz niż zwy­kle.

Van He­flin w mil­cze­niu po­ki­wał głową.

– Do­brze się czu­jesz?

Głos De­xte­ra nadal brzmiał obo­jęt­nie. Na­chy­lił się i czule po­kle­pał sro­ka­cza.

– Do­brze. – Van He­flin jesz­cze raz ospale kiw­nął głową. – Czuję się do­brze, bo dałem Bia­łe­mu Ko­nio­wi szan­sę. Mo­głem prze­cież spu­dło­wać. Dzie­li­ła nas dość znacz­na od­le­głość, więc po pro­stu mo­głem w niego nie tra­fić. Nie je­stem aż tak do­brym strzel­cem, jak ty. Poj­mu­jesz to, De­xter? Dałem mu szan­sę…

Whi­sky od­wró­cił głowę, pew­nie zdzi­wio­ny za­cho­wa­niem do­sia­da­ją­ce­go go jeźdź­ca. Par­sk­nął. 

– Bar­dzo do­brze ro­zu­miem – De­xter po­dra­pał się za uchem. – Zro­bi­łeś to, co po­wi­nie­neś uczy­nić. Nie ob­wi­niaj się – mu­sia­łeś za­pew­nić wła­ści­wy prze­bieg hi­sto­rii. Tak bywa w na­szej pracy – wy­bra­na zmien­na w ostat­niej chwi­li oka­zu­je się nic nie­war­ta.

– Po­żą­da­ny – mruk­nął Van He­flin pod nosem. – Po­żą­da­ny prze­bieg. To jed­nak jest róż­ni­ca.

Nie za­mie­rzał o tym roz­ma­wiać.

Nadal czuł go­rycz w ustach. Nie ustę­po­wa­ła.  

Dno pa­ro­wu ob­ni­ża­ło się. Van He­flin pa­mię­tał, że po prze­by­ciu kil­ku­set jar­dów za­cznie lekko się wzno­sić. Jesz­cze dalej znaj­do­wa­ło się ko­lej­ne zwę­że­nie i za­kręt. Ota­cza­ją­ce wąwóz wzgó­rza, w tym miej­scu wy­so­kie i stro­me, da­wa­ły sporo cie­nia. Zwie­trza­łe odłam­ki, spa­da­ją­ce ze sto­ków skal­nych szczy­tów, utwo­rzy­ły na dnie prze­smy­ku ka­mie­ni­sty piarg.

Sro­kacz De­xte­ra za­rżał prze­cią­gle. De­xter po­chy­lił się w sio­dle, żeby po­kle­pać konia po szyi.

Van He­flin po­my­ślał, że pew­nie się z nim żegna. Po do­tar­ciu do sza­lu­py za­mie­rza­li mu­stan­gi i muła pu­ścić wolno. Zna­le­zie­nie przez kogoś błą­ka­ją­cych się wierz­chow­ców, za­pa­sów, broni i sprzę­tu mier­ni­cze­go sce­na­riusz okre­ślał krót­ko: "zda­rze­nie in­cy­den­tal­ne, bez zna­cze­nia".

– Nie­po­trzeb­nie przed­wczo­raj tak późno piłem kawę, kiedy ty spa­łeś. Pew­nie to po­łą­cze­nie wstrzą­su mózgu, fa­so­li z bocz­kiem i moc­nej kawy roz­wa­li­ło mi żo­łą­dek.

De­xter ro­ze­śmiał się.

Koń­skie ko­py­ta głu­cho ude­rza­ły w gli­nia­ste w tym miej­scu dno jaru. Cza­sa­mi sły­sze­li gło­śniej­szy stu­kot, kiedy pod­ko­wa tra­fia­ła w odła­mek gra­ni­tu.

– Wiesz, może po pro­stu nie wy­my­łem do­brze pa­tel­ni po ostat­nim po­sił­ku kilka dni temu – za­uwa­żył Van He­flin. – Póź­niej oszczę­dza­li­śmy wodę. Nie na­le­ży od­grze­wać jesz­cze raz cze­goś wcze­śniej od­grza­ne­go. Ra­czej to stało się przy­czy­ną cho­ro­by.

De­resz Van He­fli­na też prze­cią­gle za­rżał. Strzygł usza­mi. Od­wró­cił łeb w stro­nę do­sia­da­ją­ce­go go jeźdź­ca. Lśnią­ce koń­skie śle­pie wpa­try­wa­ło się uważ­nie w czło­wie­ka sie­dzą­ce­go w sio­dle, jakby chcia­ło na coś zwró­cić jego uwagę.

Van He­flin ro­zu­miał, że De­xter go za­ga­du­je, żeby nie my­ślał o dzi­siej­szym po­ran­ku. Ale ta czcza, le­ni­wa po­ga­węd­ka nie spra­wia­ła przy­kro­ści, bo po­zwa­la­ła ode­rwać myśli od bez­sil­nie wznie­sio­nych ra­mion Bia­łe­go Konia, rzu­co­ne­go na klęcz­ki pierw­szym strza­łem.

Miał tylko jedno pra­gnie­nie. Ma­rzył o tym, aby wresz­cie za­trzy­ma­li się na po­stój. Tę­sk­nił do chwi­li, kiedy po­ło­ży się w cie­niu, owi­nie kocem i choć­by na krót­ko za­śnie. Wcale nie czuł zmę­cze­nia, bo do­brze wy­po­czął, ale pra­gnął za­nu­rzyć się w sen – nie­mal de­spe­rac­ko. W majak, osa­dzo­ny w jed­nym tylko cza­sie. W stan nie­świa­do­mo­ści, wy­peł­nio­ny tylko przez niego sa­me­go i jego czas. Czas, nie­pod­le­ga­ją­cy zmia­nie, sta­no­wią­cy wy­łącz­nie jego wła­sność, wolną od ja­kiej­kol­wiek in­ge­ren­cji.

Van He­flin z utę­sk­nie­niem cze­kał na tę chwilę, ale do po­po­łu­dnio­we­go po­pa­su po­zo­sta­wa­ło jesz­cze sporo go­dzin mo­no­ton­nej jazdy.

Whi­sky po­now­nie za­czął rżeć, tym razem gło­śniej. De­resz po chwi­li się do­łą­czył, rów­nie mocno.

– Ktoś nad­jeż­dża. – Głos De­xte­ra wy­rwał Van He­fli­na z za­my­śle­nia.

De­xter pod­niósł się w strze­mio­nach.

– In­diań­skie konie, kiedy czują albo sły­szą obce wierz­chow­ce, rżą ostrze­gaw­czo. Apa­cze ich tego uczą. Dobry zwy­czaj.

W jego gło­sie brzmia­ło na­pię­cie. Zsia­dał już na zie­mię.

Z po­chwy przy­tro­czo­nej do sio­dła wy­cią­gnął ka­ra­bin Spen­ce­ra.

– Na pewno nie są to czer­wo­no­skó­rzy – dodał sta­now­czo, bez za­sta­na­wia­nia się. – Ten wąwóz nie jest do­brym miej­scem do po­lo­wań. Mamy pokój, więc nie po­win­ni się tutaj włó­czyć tak sobie, bez żad­ne­go celu.

Van He­flin wpa­try­wał się w zwę­ża­ją­cą się gar­dziel jaru. Ni­ko­go jesz­cze nie wi­dział.

– To Luke Ban­ni­ster i jego ku­zy­ni. Ści­ga­li nas – wy­chry­piał.

Van He­flin mówił z tru­dem. Język i prze­łyk nagle stały się cał­ko­wi­cie suche.

– Też tak myślę – po­twier­dził De­xter. – Tro­pi­li nas i zna­leź­li. Pew­nie znają się na tym. 

Gwał­tow­ny­mi szarp­nię­cia­mi wy­cią­gał z juków krę­cą­ce­go się nie­spo­koj­nie muła rydel o krót­kiej rę­ko­je­ści. Po chwi­li do­ło­żył oskard.

Uważ­nie przyj­rzał się sie­dzą­ce­mu nadal na koniu to­wa­rzy­szo­wi.

– He­flin, od­pro­wadź i przy­wiąż konie i muła – będą nam prze­szka­dzać. W mię­dzy­cza­sie po­sta­ram się urzą­dzić dla nas przy­naj­mniej ze dwa sta­no­wi­ska strze­lec­kie.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, moc­ny­mi ude­rze­nia­mi ki­lo­fa za­czął kru­szyć suchą i twar­dą po­wierzch­nię ze­schnię­tej ziemi.

Van He­flin po­słusz­nie za­wró­cił. To, co po­wie­dział De­xter, brzmia­ło roz­sąd­nie. Mu­sie­li się przy­go­to­wać do spo­tka­nia ze zbli­ża­ją­cą się grupą jeźdź­ców.

– Nie za­po­mnij o przy­nie­sie­niu amu­ni­cji! – głos De­xte­ra ki­piał pod­nie­ce­niem.

Van He­flin w mil­cze­niu kiw­nął głową. Po­my­ślał, że znowu, tak jak zwy­kle, liczy się czas. 

Po­pę­dza­jąc de­re­sza, my­ślał z go­ry­czą, że nie uwzględ­nił jesz­cze jed­nej zmien­nej gra­nicz­nej. Nie wziął pod uwagę, że Luke Ban­ni­ster ze­chce po­mścić śmierć brata i po­dej­mie po­ścig. Nie za­sta­no­wił się nad cha­rak­te­rem star­sze­go brata Dave’a. Nie ana­li­zo­wał pół­gęb­kiem prze­ka­zy­wa­nych w sa­lo­onie opo­wie­ści o dziw­nych na­pa­dach na farmy osad­ni­ków. Nie­odmien­nie znaj­do­wa­no potem kilka wbi­tych w zie­mię strzał, zgu­bio­ny in­diań­ski mo­ka­syn, na­szyj­nik z kłów dra­pież­ni­ków, po­rzu­co­ny to­ma­hawk, ubro­czo­ny we krwi – a także za­bi­tych far­me­rów, ich zony i dzie­ci z ra­na­mi od strza­łów w plecy. Nie po­my­ślał, że Luke Ban­ni­ster nie tylko pra­gnie od­pła­ty za śmierć brata, ale przy oka­zji po raz ko­lej­ny ze­chce zdo­być ob­fi­ty lup – więc o ni­czym nie za­po­mni.

Dobre konie bez wy­pa­lo­nych zna­ków, muł, dwa ka­ra­bi­ny, re­wol­we­ry, na­bo­je, sio­dła, sporo do­la­rów – wy­li­czał w my­ślach, bie­gnąc z po­wro­tem. – Ze­mści się, a przy oka­zji ob­ło­wi. Pew­nie to dru­gie po­pchnę­ło go do dzia­ła­nia.

Wró­cił naj­szyb­ciej, jak tylko mógł.

De­xter wyrył w ziemi nie­zbyt głę­bo­ki, dość sze­ro­ki wykop. Ukła­dał teraz z przo­du war­stwę ka­mie­ni i ob­sy­py­wał ją zie­mią. Zdą­żył nawet po­ło­żyć od czoła kilka pła­tów darni.

Rzu­cił rydel w stro­nę Van He­fli­na. Na­wi­ga­tor zła­pał na­rzę­dzie w po­wie­trzu.

– De­xter, zu­peł­nie idio­tycz­nie nie wzią­łem pod uwagę jed­nej zmien­nej sy­tu­acyj­nej, czyli żądzy ze­msty tego Luke’a Ban­ni­ste­ra – mówił po­mię­dzy ko­lej­ny­mi, za­ma­szy­sty­mi pchnię­cia­mi ło­pa­ty w grunt. – I tych jego na­pa­dów. Upo­dab­niał je do ata­ków In­dian, a ty mi o nich opo­wia­da­łeś. Prze­pra­szam.

Wście­kły­mi ude­rze­nia­mi rydla kru­szył zie­mię. Z sa­tys­fak­cją stwier­dził, że cał­kiem nie­źle mu idzie.

– Każdy ma prawo do po­my­łek. – De­xter za­śmiał się bez­tro­sko. Sta­ran­nie ukła­dał resz­tę ka­mie­ni z boków nędz­ne­go okopu. – Pa­mię­taj, że masz drugi re­wol­wer, wy­gra­ny w karty. Mó­wi­łem ci nie­daw­no, że się przy­da – mia­łem rację. Przy­da się jak cho­le­ra.  

Kry­tycz­nym wzro­kiem obej­rzał efekt pracy – spore za­głę­bie­nie w ziemi, z li­chy­mi osło­na­mi z przo­du i boków, zie­ją­cych dziu­ra­mi w wielu miej­scach.

Za­tarł ręce, naj­wi­docz­niej za­do­wo­lo­ny z efek­tów swo­je­go dzia­ła­nia. 

– Zdą­ży­my chyba jesz­cze urzą­dzić po jed­nym za­pa­so­wym sta­no­wi­sku, ale tylko z ka­mie­ni – dodał. – Ty bie­rzesz prawą stro­nę wą­wo­zu, ja lewą. Zajmę się teraz kon­stru­owa­niem na­stęp­nej, po­dob­nej for­ta­li­cji. I pa­mię­taj – w gło­sie De­xte­ra za­brzmia­ło roz­ba­wie­nie – przy zmia­nie miej­sca bie­gnij nisko po­chy­lo­ny albo tur­laj się po ziemi. Znacz­nie mniej­sze ry­zy­ko tra­fie­nia. Nie strze­laj w biegu.

Ro­zej­rzał się i pędem pu­ścił się w stro­nę osy­pi­ska skal­nych odłam­ków u pod­nó­ża naj­bliż­sze­go wzgó­rza.

Pra­co­wa­li tak szyb­ko, jak tylko mogli. De­xter w innym miej­scu ukła­dał ko­lej­ne ochron­ne przed­pier­sie z głazów, Van He­flin koń­czył for­mo­wać wła­sny wykop.

– Gdy­by­śmy wy­koń­czy­li przy szo­pie bandę Ban­ni­ste­ra, dzi­siaj nie mie­li­by­śmy ta­kich kło­po­tów – za­uwa­żył De­xter, ude­rze­nia­mi buta wbi­ja­jąc w zie­mię uło­żo­ny nie­wiel­ki wał. Ufor­mo­wał cał­kiem zgrab­ny, niski szań­czyk, a teraz sta­rał się go moc­niej ze­spo­lić. – Co są­dzisz o tej zmien­nej?

– Nie mie­li­by­śmy kło­po­tów, gdy­by­śmy prze­ży­li – od­po­wie­dział Van He­flin, ukła­da­jąc ciało w dziu­rze w ziemi. Stwier­dził, ze jest za­ska­ku­ją­co wy­god­na. – Szan­se na to mie­li­śmy na­praw­dę nikłe. Rów­nie do­brze można też po­wie­dzieć, że nie mie­li­by­śmy żad­nych kło­po­tów, gdy­byś nie kupił tego ka­pe­lu­sza.

Nie miał już czasu na to, żeby uło­żyć do­dat­ko­wy sza­niec, tak jak uczy­nił to De­xter. Rę­ko­ma plan­to­wał jesz­cze wy­ko­pa­ną zie­mię, sta­ra­jąc się przy oka­zji ją ubić. Wcze­śniej wi­dział, że tak po­stę­pu­je me­cha­nik, i uznał, że cał­kiem sen­sow­nie.

Sły­szał już wy­so­ko brzmią­cy, twar­dy stu­kot koń­skich pod­ków o ka­mien­ny piarg. Od­gło­sy ude­rzeń huf­na­li brzmia­ły gęsto, jakby nad­jeż­dża­ło sporo koni.

Uło­żył przed sobą dwa colty i kilka pu­de­łek z na­bo­ja­mi. Z sa­tys­fak­cją stwier­dził, że nie za­po­mniał za­brać z sakwy przy sio­dle wy­gra­ne­go dwa dni temu re­wol­we­ru, choć wcale o tym nie my­ślał. 

– Coś się zmie­ni, je­że­li nas za­strze­lą? – z wy­raź­ną cie­ka­wo­ścią za­py­tał De­xter.

Też leżał już w płyt­kiej jamie za wątłą osło­ną z ka­mie­ni, ziemi i darni. Od­wró­cił twarz w stro­nę Van He­fli­na. Nie mu­siał na­tę­żać – ich sta­no­wi­ska znaj­do­wa­ły się bli­sko sie­bie.

– Nic się nie zmie­ni, Brad – spo­koj­nie od­po­wie­dział Van He­flin. Roz­wa­żył już prze­bieg tej zmien­nej lo­so­wej. Nie po­sia­da­ła wielu im­pli­ka­cji.

Przy­ło­żył ka­ra­bin Spen­ce­ra do ra­mie­nia.

– Dwóch geo­de­tów zo­sta­nie za­bi­tych przez Apa­czów – kon­ty­nu­ował – z po­wo­du wła­snej głu­po­ty. Nie­do­świad­cze­ni lu­dzie ze Wscho­du po­je­cha­li w stro­nę obo­zo­wi­ska ple­mie­nia Bia­łe­go Konia. Mło­dzi wo­jow­ni­cy sko­rzy­sta­li z oka­zji, uśmiercili ich i ob­ra­bo­wa­li. Pew­nie potem ruszy jakaś wy­pra­wa od­we­to­wa i znowu roz­pocz­nie się wojna z czer­wo­no­skó­ry­mi. W sumie to jeden z po­śred­nich celów misji.

– I tak to wła­śnie zo­sta­nie od­czy­ta­ne – w gło­sie De­xte­ra za­brzmia­ła apro­ba­ta.

– Na pewno Ban­ni­ster za­brał ze sobą kilka piór, strzał do łuków, ja­kieś pa­cior­ki – ciagnąl z ożywieniem. – Po­roz­rzu­ca wszyst­ko na po­bo­jo­wi­sku, żeby uwia­ry­god­nić na­paść Apa­czów. Może nawet roz­wa­lić któ­re­muś z nas głowę to­ma­haw­kiem, żeby wszyst­ko wy­glą­da­ło tak, jak trze­ba. 

Biały ka­pe­lusz De­xte­ra leżał za osło­ną z ka­mie­ni. Van He­flin wi­dział, jak De­xter pal­ca­mi muska rondo.

Stu­kot pod­ków o ka­mie­ni­sty grunt brzmiał coraz gło­śniej. Konie się zbli­ża­ły.

– Jasne, że tak – po­twier­dził Van He­flin. – Je­dy­ny dobry aspekt tej spra­wy byłby taki – dodał sar­ka­stycz­nym tonem. – Nikt nie powie, ze sta­li­śmy się wa­ria­ta­mi. Pa­mię­tasz, jak po­wie­dzia­łem, ze In­dia­nie żywią wiel­ki sza­cu­nek dla ludzi nie­speł­na ro­zu­mu?

Skie­ro­wał lufę w prawą stro­nę wą­wo­zu. Sły­szał śmiech De­xte­ra, kwi­tu­ją­cy jego wy­po­wiedź i po­twier­dza­ją­cy, że to­wa­rzysz nie za­po­mniał wie­czor­nej roz­mo­wy przy ogni­sku.

Za­pa­dła chwi­la mil­cze­nia. Cze­ka­li.

 – Mogą nawet oskal­po­wać nasze trupy – dodał po chwi­li De­xter gło­sem peł­nym za­sta­no­wie­nia. – To praw­do­po­dob­ne, bo wtedy nikt nie miał­by wąt­pli­wo­ści, że sta­li­śmy się ofia­ra­mi in­diań­skiej krwio­żer­czo­ści.

Van He­flin zo­ba­czył pierw­szych jeźdź­ców wy­jeż­dża­ją­cych zza za­krę­tu. Znaj­do­wa­li się jesz­cze dość da­le­ko, ale zda­wa­ło mu się, że ich syl­wet­ki są skur­czo­ne, jakby po­chy­la­li się nisko nad grzy­wa­mi koni. Mieli ka­pe­lu­sze i dłu­gie płasz­cze chro­nią­ce ciała przed słoń­cem i ku­rzem.

Po­nu­ro za­klął. Wy­glą­da­ło na to, że ści­ga­ją­cy spo­dzie­wa­li się za­sadz­ki. To ozna­cza­ło, że od­pad­nie ważny ele­ment za­sko­cze­nia.

– Nad­jeż­dża­ją.

Głos De­xte­ra prze­peł­nia­ło teraz pod­nie­ce­nia.

Van He­flin od­wró­cił głowę w jego stro­nę. De­xter nadal leżał w swoim wy­ko­pie. Za­ło­żył na głowę pięk­ny, jasny ka­pe­lusz.

– Zde­ma­sku­jesz sta­no­wi­sko – ze znu­że­niem stwier­dził Van He­flin. – Sta­ra­li­śmy się, ile tylko mie­li­śmy sił, aby się ukryć, a ty ni­we­czysz pra­wie wszyst­ko…

De­xter po­pra­wił uło­że­nie na­kry­cia głowy, na­cią­ga­jąc rondo bar­dziej na czoło.

– Le­piej się w nim czuję, a to może mieć zna­cze­nie – od­po­wie­dział pew­nym sie­bie tonem. – Wła­ści­wie, czuję się bar­dzo do­brze. Mało ważna oko­licz­ność, ale co tam. Na pewno też le­piej wy­glą­dam. Cho­ciaż, z dru­giej stro­ny, moje świet­ne sa­mo­po­czu­cie rodzi wiele po­ży­tecz­nych dla nas im­pli­ka­cji. Cie­ka­wa zmien­na i nie­ba­wem ją spraw­dzi­my.

Uśmiech­nął się sze­ro­ko. Van He­flin zo­ba­czył biel jego zębów.

– Celuj spo­koj­nie, Emmet – cią­gnął drugi czło­nek wy­pra­wy. – Ła­god­nie na­ci­skaj cyn­giel. Nie pod­noś głowy. Jeśli będą w ruchu, bierz wy­prze­dze­nie na dwa palce sze­ro­ko­ści. Je­że­li wsta­niesz, strze­laj z przy­klę­ku na jedno ko­la­no. Wstrzy­muj od­dech, kiedy mie­rzysz. Po­ra­dzi­my sobie. Do­brze wy­glą­dam?

Głos De­xte­ra brzmiał coraz ra­do­śniej, pra­wie tak samo ra­do­śnie, jak trzy dni temu, wcze­snym po­po­łu­dniem, kiedy szy­ko­wał się do walki obok szopy. Unie­sio­ne dwa kłyk­cie dłoni po­ka­zy­wa­ły, o ile Van He­flin po­wi­nien prze­su­nąć musz­kę.

– Wy­glą­dasz bar­dzo do­brze, Brad – po­twier­dził Van He­flin. – Skąd to wszyst­ko wiesz, łącz­nie ze spo­so­bem oko­py­wa­nia się? Tak to chyba okre­śla­ją?

Splu­nął na zie­mię – nie mógł się po­wstrzy­mać.

I tak nie miało to już zna­cze­nia.

Zdjął swój brą­zo­wy ka­pe­lusz, mocno już wy­gnie­cio­ny i za­bru­dzo­ny. Uważ­nie obej­rzał. Czę­sto go uży­wał jako jaśka, kła­dąc się spać wtedy, kiedy jesz­cze wy­ty­cza­li szlak linii ko­le­jo­wej. Mu­siał w duchu przy­znać, że ka­pe­lusz wy­glą­da kiep­sko. Po­cie­szył się myślą, że to też nie ma już zna­cze­nia.  

– Dave Ban­ni­ster sporo o tym opo­wia­dał w sa­lo­onie. Był sier­żan­tem w armii Unii. Twier­dził, że zwia­dow­cą i czę­sto urzą­dzał za­sadz­ki.

De­xter po­cze­kał z od­po­wie­dzią do czasu osa­dze­nia przez Van He­fli­na znisz­czo­ne­go na­kry­cia na gło­wie.

Par­sk­nął we­so­łym, mło­dzień­czym śmie­chem.

– Wiele się od niego do­wie­dzia­łem – kon­ty­nu­ował. – Je­że­li po­dej­dą bli­żej, osło­nię cię ogniem z du­bel­tów­ki i re­wol­we­ru. Wiedz jedno – cią­gnął nadal roz­ba­wio­nym tonem – nie zo­sta­wię cię, cho­ciaż nie za bar­dzo się lu­bi­my. Je­że­li to ważne, przy­zna­ję, że chyba ura­to­wa­łeś nas dwa dni temu, wy­my­ka­jąc się ban­dzie Ban­ni­ste­rów. Chyba, bo nie spraw­dzi­li­śmy do końca tej zmien­nej. No i tro­chę razem prze­szli­śmy.

Dłoń De­xte­ra po­kle­pa­ła kolbę fuzji, le­żą­cej z boku.

– Teraz ja cie­bie ura­tu­ję. I sie­bie, oczy­wi­ście, też. Na wszel­ki wy­pa­dek trzy­maj jed­nak nisko łe­pe­ty­nę, a gdy­bym zo­stał ranny, nie przy­wią­zuj mnie potem do sio­dła. Nie lubię tego.

Zęby czło­wie­ka w bia­łym, pięk­nie wy­glą­da­ją­cym ka­pe­lu­szu znowu bły­snę­ły w sze­ro­kim uśmie­chu. De­xter ro­ze­rwał kar­to­no­we opa­ko­wa­nie pu­deł­ka z na­bo­ja­mi do du­bel­tów­ki i wło­żył pa­rę­na­ście sztuk do kie­sze­ni kurt­ki.

– Ten ban­dy­ta do cze­goś się jed­nak przy­dał – mruk­nął Van He­flin pod nosem.

Wie­dział, że teraz tylko jedno się liczy. Nawet nie czas. Zna­cze­nie miało wy­łącz­nie to, o czym nie­daw­no wspo­mniał Brad De­xter.

Ist­nia­ły zalewie dwie zmien­ne, nie­wie­le w sumie zna­czą­ce, lecz w ich przy­pad­ku nie­zwy­kle istot­ne.

Na­le­ża­ło spo­koj­nie i pew­nie ce­lo­wać – i tra­fiać.

Van He­flin po­my­ślał, że wła­ści­wie od tych pra­wie nic nie­zna­czą­cych zmien­nych za­le­ży wszyst­ko.

 

 

James O’Brien, nad­zor­ca, uważ­nie wpa­try­wał się w ho­lo­gram. Bez­gło­śnie po­ru­szał przy tym usta­mi albo wo­dził pal­cem po po­licz­kach i nosie, nie­kie­dy ugnia­ta­jąc jego ko­niu­szek. Van He­flin są­dził, że czyni tak bez­wied­nie.

O’Brien nie wy­rzekł dotąd ani jed­ne­go słowa.  

Emmet wes­tchnął. Po­my­ślał, że od­czy­ty­wa­nie wi­szą­cych w po­wie­trzu za­pi­sów trwa już dość długo. Zde­cy­do­wa­nie za długo.

Wie­dział, co tak uważ­nie stu­diu­je czło­wiek sie­dzą­cy po dru­giej stro­nie biur­ka. Obraz prze­strzen­ny wy­świe­tlał spra­woz­da­nie z prze­bie­gu misji – jego i De­xte­ra. 

Van He­flin nie są­dził, aby nie­zbyt ob­fi­ty ra­port sta­no­wił pa­sjo­nu­ją­cą lek­tu­rę. Re­la­cje z uda­nych wy­praw nie epa­to­wa­ły ob­ję­to­ścią – suche ze­sta­wie­nie fak­tów, re­su­me prze­bie­gu dzia­łań, ana­li­za dzia­ła­nia głów­nych zmien­nych nie zaj­mo­wa­ły wiele miej­sca. Rzad­ko bar­dziej szcze­gó­ło­wo oma­wia­no wy­ni­ki – czę­sto na za­koń­cze­nie nad­mie­nia­no tylko, że sce­na­riusz się spraw­dził. Cza­sa­mi po­da­wa­no oko­licz­no­ści utrud­nia­ją­ce dzia­ła­nia emi­sa­riu­szy, ale w spra­woz­da­niu Van He­flin o ni­czym takim nie wspo­mniał – nawet w opi­sie zda­rzeń in­cy­den­tal­nych.

Nad­zor­cy i tak o nich wie­dzie­li – nowy sys­tem od­zy­ski­wa­nia wspo­mnień przy­no­sił nie­zwy­kle bo­ga­ty ma­te­riał stu­dyj­ny. Two­rząc ra­port, Van He­flin parę razy po­my­ślał, że nie­ba­wem re­la­cje odej­dą do la­mu­sa – i pew­nie po raz ostat­ni spo­rzą­dził pi­sem­ny mel­du­nek.

Sie­dział na­prze­ciw­ko O’Brie­na z wy­god­nie wy­cią­gnię­ty­mi no­ga­mi. Miał ocho­tę za­pa­lić cy­ga­ret­kę, ale w bu­dyn­ku kon­tro­le­rów prze­szło­ści nie mógł tego uczy­nić.

Wła­ści­wie – do­szedł do wnio­sku – pra­wie ni­g­dzie nie można palić. I pra­wie nikt już nie pali, chyba tylko my… 

Van He­flin do­brze wie­dział, że pro­ces za­po­mi­na­nia o wie­dzy nie­zbęd­nej wy­słan­ni­kom prze­bie­ga szyb­ko. Z pa­mię­ci emi­sa­riu­szy nie usu­wa­no wszyst­kie­go – zna­jo­mość ję­zy­ka, oby­cza­jów i zasad wiary za­wsze mogła się kie­dyś przy­dać. Po­zby­wa­li się umie­jęt­no­ści już nie­po­trzeb­nych – i Emmet nic już nie pa­mię­tał z zasad geo­de­zji i kar­to­gra­fii, nie­daw­no pil­nie stu­dio­wa­nych. Ale wy­ko­rze­nie­nie po­trzeb­nych w trak­cie wy­pra­wy przy­zwy­cza­jeń oka­zy­wa­ło się nie­kie­dy bar­dzo trud­ne, cza­sa­mi nie­moż­li­we. Lu­dzie wra­ca­ją­cy z misji mieli prawo palić tytoń – do tego na­ło­gu i in­nych czę­sto mu­sie­li się przy­zwy­cza­ić – i wielu z przy­jem­no­ścią ko­rzy­sta­ło z otrzy­ma­ne­go przy­wi­le­ju aż do końca życia.

Nie roz­wa­żał jesz­cze, czy podda się ku­ra­cji od­wy­ko­wej. Ko­lej­na wy­pra­wa mogła wy­ma­gać oswo­je­nia się z ni­ko­ty­ną, więc są­dził, że roz­pa­trzy tę spra­wę bez po­śpie­chu.  

Brą­zo­wy ka­pe­lusz leżał na gład­kim jak lu­stro bla­cie biur­ka gra­wi­ta­cyj­ne­go, prze­miesz­cza­ją­ce­go się na żą­da­nie wła­ści­cie­la. Van He­flin oce­nił, że pięk­ny mebel zo­stał wy­ko­na­ny z na­tu­ral­ne­go su­row­ca, może nawet z ma­ho­niu. Drze­wa tro­skli­we chro­nio­no i pie­lę­gno­wa­no, ale nie­któ­rzy z nad­zor­ców po­zwa­la­li sobie na różne fa­na­be­rie, a sprzę­ty z li­te­go drew­na – wiel­ka rzad­kość – na­le­ża­ły do jed­nej z nich.

Po po­wro­cie, w okre­sie ad­ap­ta­cyj­nym, emi­sa­riu­sze uży­wa­li jesz­cze stro­jów z okre­su wy­pra­wy, choć dość krót­ko. Van He­fli­no­wi no­sze­nie kra­cia­stej ko­szu­li, ob­ci­słych spodni z grubo tka­nej ba­weł­nia­nej tka­ni­ny, butów z wy­so­ką cho­lew­ką i ma­ry­nar­ki z sa­mo­dzia­łu spra­wia­ło dziw­ną przy­jem­ność – i z żalem kon­sta­to­wał, że nie­ba­wem roz­sta­nie się z mocno znisz­czo­nym, lecz bar­dzo wy­god­nym ubra­niem.

Po­cią­gnął nosem. Odzież zaraz po po­wro­cie od­ka­żo­no w spe­cjal­nej ko­mo­rze, na ko­niec na­są­cza­jąc ją miłym dla zmy­słu po­wo­nie­nia za­pa­chem – nadal ema­no­wa­ła przy­jem­ną wonią roz­grza­nej słoń­cem trawy.

– Świet­ny wynik i zna­ko­mi­ty ra­port, Van He­flin – głos O’Brie­na prze­rwał prze­dłu­ża­ją­ce się mil­cze­nie. – Jed­ne­go nie ro­zu­miem: skąd wzię­ła się w ka­nio­nie grupa In­dian? Bar­dzo la­ko­nicz­nie w podsumowaniu skwi­to­wa­łeś tę spra­wę.

Nad­zor­ca znowu prze­su­nął pal­cem po nosie. Kli­ma­ty­za­tor w su­fi­cie szu­miał mo­no­ton­nie, wtła­cza­jąc do po­ko­ju świe­że po­wie­trze o po­sma­ku mor­skiej bryzy, cu­dow­nie tchną­ce solą i jodem. Na ze­wnątrz bu­dyn­ku pa­no­wa­ła zwy­kła, na­tę­ża­ją­ca się z każdą go­dzi­ną spie­ko­ta, a w miej­scach nie­ocie­nio­nych już żar wcze­sne­go przed­po­łu­dnia. Van He­flin wdy­chał z roz­ko­szą po­smak at­mos­fe­ry znad oce­anu – jego brzeg znaj­do­wał się za­le­d­wie pa­rę­set kro­ków dalej.

– Do końca tego nie wiem – od­po­wie­dział spo­koj­nie, lekko znu­dzo­nym tonem.

Nie wi­dział po­wo­dów do roz­wa­ża­nia nie­istot­nej dla sce­na­riu­sza oko­licz­no­ści i nie są­dził, żeby O’Brien spe­cjal­nie się tym in­te­re­so­wał. Miał pew­ność, że we­zwał go z in­ne­go po­wo­du. Na­le­ża­ło jed­nak od­po­wie­dzieć.

– Już nie roz­po­zna­my tej zmien­nej… – cią­gnął z na­my­słem. – Sądzę, że wódz skłó­co­ne­go z Apa­cza­mi ple­mie­nia za­mie­rzał urzą­dzić tam za­sadz­kę. Czer­wo­no­skó­rzy chyba się spóź­ni­li. W każ­dym razie, wy­je­cha­li z ja­kieś od­no­gi wą­wo­zu pro­sto na bandę Ban­ni­ste­ra. Nawet nie zdą­ży­li­śmy wy­strze­lić, a już roz­pętała się walka – więc wy­co­fa­li­śmy się ra­kiem i wró­ci­li­śmy po konie i muła.

Ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że oczy­ma wy­obraź­ni wcale nie do­strze­ga tego ob­ra­zu, ale wcze­śniej­szy – ciało Bia­łe­go Konia wa­lą­ce się w pło­mie­nie ogni­ska, a potem ciem­ne włosy, ogar­nię­te ogniem.

Znowu po­czuł go­rycz w ustach. Miał ocho­tę splu­nąć na lśnią­cą pod­ło­gę, ale się po­wstrzy­mał.

Po­sadz­kę wy­ko­na­no z ma­te­ria­łu, słu­żą­ce­go do fa­bry­ka­cji ka­dłu­bów sza­lup cza­so­wych. Wy­glą­da­ła pięk­nie – jak wszyst­ko w bu­dyn­ku nad­zor­ców. Błysz­cza­ła ni­czym spo­koj­na toń rzeki, oświe­tlo­na bla­skiem księ­ży­ca w pełni.

Po pro­stu prze­łknął ślinę, sta­ra­jąc się nie czy­nić tego gło­śno. Szyb­ko za­czy­nał wy­zby­wać się pro­stac­kich na­wy­ków – i to go cie­szy­ło. Ze znu­że­niem jed­nak stwierdził, że przy­kry po­smak w prze­ły­ku nie ustę­pu­je – i nie po­tra­fi się go po­zbyć.

Wie­dział, że nie ma to zna­cze­nia – pew­nie kie­dyś jed­nak za­nik­nie. Teraz mu­siał opo­wie­dzieć O’Brie­no­wi wszyst­ko, aż do końca.

– Za­czę­li­śmy prze­my­kać się bo­kiem – kon­ty­nu­ował. – W tym miej­scu wąwóz tro­chę się roz­sze­rzał. Dość szpar­kim kro­kiem, przy­zna­ję. Długo nikt na nas nie zwra­cał uwagi, tak zaj­mo­wa­li się walką, a ko­py­ta koni wzbi­ja­ły sporo kurzu.

Wciąż nie wi­dział ga­lo­pu­ją­cych In­dian, kry­ją­cych się za koń­ski­mi szy­ja­mi, si­wa­wych kłęb­ków pro­cho­we­go dymu, tu­ma­nów pyłu i bla­da­wych ogni­ków po­ja­wia­ją­cych się u wy­lo­tów luf strzelb. Nie sły­szał huku wy­strza­łów i chry­pli­wych okrzy­ków czer­wo­no­skó­rych, prze­cho­dzą­cych w wo­jen­ne wycie. Przed oczy­ma miał obraz pa­lą­ce­go się czło­wie­ka w ciem­no­gra­na­to­wej kurt­ce wojsk Unii z em­ble­ma­tem cwa­łu­ją­ce­go mu­stan­ga na pier­si.

Nie chciał się roz­wiać. 

– Szli­śmy pie­szo – dodał po chwi­li mil­cze­nia. – Konie i kurz osła­nia­ły nas od stro­ny obu tych grup. Ja pro­wa­dzi­łem muła. Spraw­nie nam to szło. 

– W końcu De­xter jed­nak nie wy­trzy­mał? – O’Brien pstryk­nął pal­ca­mi.

Ho­lo­gram znik­nął.

– Nie zdzier­żył, bo Whi­sky zgi­nął – sucho stwier­dził Van He­flin. – Do­stał za­błą­ka­nym po­ci­skiem pro­sto w głowę. Już pra­wie wy­szli­śmy na tyły tej ko­tło­wa­ni­ny… Brad się wtedy wściekł. 

– Whi­sky? – nie­pew­nie po­wtó­rzył nad­zor­ca.

– Koń De­xte­ra – wy­ja­śnił Van He­flin. – Brad bar­dzo go lubił. A jesz­cze mu­stan­gi nas prze­cież ostrze­gły, więc De­xter nie mógł znieść wi­do­ku swo­je­go ulu­bień­ca chra­pią­ce­go z bólu. Zdaje się – cią­gnął obo­jęt­nym tonem – że dzię­ki temu kilku ku­zy­nów Ban­ni­ste­ra znacz­nie szyb­ciej prze­nio­sło się do świa­ta, gdzie nawet my nie po­tra­fi­my do­trzeć.

Na rogu biur­ka po­ja­wi­ła się spora, mo­sięż­na za­pal­nicz­ka, pew­nie, jak osą­dził Van He­flin, wy­cią­gnię­ta przez O’Brie­na z dol­nej szu­fla­dy. I chyba mocno wie­ko­wa. 

– Re­mi­ni­scen­cja daw­nych cza­sów – spo­koj­nie wy­ja­śnił nad­zor­ca w od­po­wie­dzi na zdu­mio­ne spoj­rze­nia Van He­fli­na. – Wszy­scy nad­zor­cy kie­dyś wy­ru­sza­li na misje – ja też. Za­bra­łem ją na pa­miąt­kę ostat­niej wy­pra­wy. Do tej pory nie mogę się wy­zbyć zna­ne­go ci na­ło­gu. Weź kilka cygar, dys­po­nu­ję spo­rym ich za­pa­sem. 

Ge­stem dłoni z in­ne­go za­ka­mar­ka wiel­kie­go mebla przy­wo­łał za­pal­nicz­kę gra­wi­ta­cyj­ną.

Pa­li­li w mil­cze­niu. Dym uno­sił się w górę, wchła­nia­ny przez sys­tem ab­sor­bu­ją­cy. Kli­ma­ty­za­tor nadal szu­miał cicho.

– Wsa­dzi­łem Brada na swo­je­go konia – kon­ty­nu­ował Van He­flin – Mu­sia­łem tro­chę po­trzą­snąć De­xte­rem, żeby się uspo­ko­ił. Przez to nie dałem rady utrzy­mać muła i pu­ści­łem go. Po­czy­nił sporo za­mie­sza­nia – wy­stra­szył się huków i wrza­sku. Bie­gał jak sza­lo­ny w kółko, aż w końcu też padł. My się wy­co­fa­li­śmy.

Nie zmie­rzał opo­wia­dać o tym, że zo­sta­ła tylko jedna ma­nier­ka, w do­dat­ku, jak się szyb­ko oka­za­ło, prze­strze­lo­na. Stra­ci­li wię­cej niż po­ło­wę skrom­ne­go za­pa­su wody. 

Cze­kał, co powie O’Brien. Cel wi­zy­ty nie zo­stał jesz­cze przed­sta­wio­ny. Van He­flin są­dził, że nad­zor­ca mógł­by w końcu przejść do isto­ty spra­wy.

Dym z cygar pły­nął do góry. Van He­flin ostroż­nie strzą­snął po­piół. Nie chciał za­bru­dzić pięk­nej pod­ło­gi.

– Wszyt­ko jasne. – Nad­zor­ca po­dra­pał się po nosie. – Jed­ne­go tylko nadal nie ro­zu­miem – czemu czer­wo­no­skó­rzy was nie ści­ga­li?

Van He­flin za­cią­gnął się mocno. Z przy­jem­no­ścią palił cy­ga­ro O’Brie­na. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, skąd nad­zor­ca je bie­rze.

– Jak już za­bi­li wszyst­kich z bandy Ban­ni­ste­ra, od razu po­je­cha­li w stro­nę tej do­li­ny, miej­sca na­ra­dy – wy­ja­śnił. – Dla­te­go je­stem pewny, że za­mie­rza­li przy­go­to­wać za­sadz­kę. My się nie li­czy­li­śmy: dla nich li­czył się tylko Biały Koń. Star­cie z ósem­ką ku­zy­nów Ban­ni­ste­ra – cią­gnął gło­sem wy­praw­nym z emo­cji – poj­mo­wa­li jako wy­da­rze­nie in­cy­den­tal­ne. Dzię­ki temu, w dwój­kę na jed­nym koniu, po dwóch dniach do­tarliśmy do sza­lu­py.

– Oca­le­li­ście dzię­ki Bia­łe­mu Ko­nio­wi – za­uwa­żył O’Brien. – Nie wie­dząc o tym, po śmier­ci wy­rzą­dził wam przy­słu­gę.

– Tak. – Van He­flin spoj­rzał nad­zor­cy pro­sto w twarz. – I cza­sa­mi myślę, że mam w sto­sun­ku do niego jakiś dług. Co dla mnie teraz pla­nu­jesz?

Pro­gram od­zy­ski­wa­nia wspo­mnień po­zwa­lał na do­kład­ne po­zna­nie wszyst­kie­go. Van He­flin uznał, że O’Brien po pro­stu zwłó­czy z przed­sta­wie­niem praw­dzi­we­go celu spo­tka­nia. Może zresz­tą, do­po­wie­dział sobie w my­ślach, tę­sk­ni za wy­pra­wa­mi i chciał­by jesz­cze raz po­czuć ich smak – z opo­wie­ści in­nych emi­sa­riu­szy.

Albo coś spraw­dza – uzu­peł­nił myśl. – Coś waż­ne­go.

Nad­zor­ca zga­sił nie­do­pa­łek w po­piel­nicz­ce. Tym razem prze­cią­gnął pal­ca­mi po gład­ko wy­go­lo­nym pod­bród­ku.

– Mak­sy­mi­lian Ro­be­spier­re – kaszl­nął sucho. – Znasz go z wcze­śniej­szej misji, co jest do­dat­ko­wym ar­gu­men­tem za po­wie­rze­niem tego za­da­nia. Ta eks­pe­dy­cja to dowód wiel­kie­go za­ufa­nia.

Znowu nad biur­kiem zma­te­ria­li­zo­wał się ho­lo­gram. O’Brien usta­wił obraz tak, aby Van He­flin do­brze go wi­dział.

 – Ro­be­spier­re jest do­ży­wot­nim kon­su­lem Fran­cji, o czym za­pew­ne pa­mię­tasz – kon­ty­nu­ował z wi­docz­nym oży­wie­niem. – Umrze w łóżku wiele lat póź­niej, ale jako pro­tek­tor Elby, małej wyspy na Morzu Śród­ziem­nym. Gdzieś około roku ty­siąc osiem­set czter­na­ste­go Wiel­ka Re­wo­lu­cyj­na Fran­cja, dzie­ło jego życia, le­gnie w gru­zach, a Ko­za­cy będą paśli konie na łą­kach Mont­mar­tre. Zgorzk­nia­ły Dan­ton, wi­ce­kon­sul – też go po­zna­łeś, Emmet – przy końcu swego dłu­gie­go życia zaj­mie się uzu­peł­nia­niem wspa­nia­łej ko­lek­cji ka­pe­lu­szy, zbie­ra­nej przez cale życie. Wrócą Bur­bo­no­wie. 

Wzru­szył ra­mio­na­mi. Prze­su­nął pal­cem po war­gach. Pa­trzył uważ­nie na Van He­fli­na.

– Pro­sta misja kon­tro­l­na, choć ważna. – Nad­zor­ca skąpo się uśmiech­nął. – Spraw­dzisz funk­cjo­no­wa­nie naj­waż­niej­szych zmien­nych. 

Van He­flin uważ­nie wpa­try­wał się w obraz prze­strzen­ny. Chudy męż­czy­zna o twa­rzy po­bruż­dżo­nej zmarszcz­ka­mi, w prze­krzy­wio­nej pe­ru­ce na gło­wie, z wi­docz­nym wy­sił­kiem pie­lił grząd­ki w za­pusz­czo­nym ogro­dzie. Kilku ludzi sto­ją­cych przy ka­mien­nym ogro­dze­niu, w wy­so­kich cza­pach z bia­ły­mi or­ła­mi, trzy­ma­ją­cych na ra­mie­niu ka­ra­bi­ny z ba­gne­ta­mi, wy­glą­da­ło na wy­raź­nie znu­dzo­nych.

Wy­tę­żył wzrok.

Kie­dyś, w klu­bie ja­ko­bi­nów, w re­fek­ta­rzu zse­ku­la­ry­zo­wa­ne­go do­mi­ni­kań­skie­go klasz­to­ru, kilka razy spo­tkał się z tym sę­dzi­wym już czło­wie­kiem, znacz­nie wtedy młod­szym i żwaw­szym – i za­pa­mię­tał jego na­zwi­sko: Mak­sy­mi­lian de Ro­be­spier­re, zwany przez ja­ko­biń­skich to­wa­rzy­szy „Nie­prze­kup­nym”.

– Wszyst­kie wy­kre­sy po­ka­zu­ją, że re­wo­lu­cyj­na Fran­cja roz­pad­nie się na ka­wał­ki na po­cząt­ku dzie­więt­na­ste­go wieku? – Van He­flin z uwagą śle­dził wy­sił­ki star­ca, wy­ry­wa­ją­ce­go dłu­gie chwaty. – James, jeśli łaska, pokaż głów­ne zmien­ne gra­nicz­ne.

Obraz się zmie­nił – zda­wa­ło się, że pul­su­ją­ce linie krzy­wych, opa­trzo­ne na­pi­sa­mi i da­ta­mi, opla­ta­ją twarz i ciało cięż­ko od­dy­cha­ją­ce­go męż­czy­zny, spy­cha­ją go na drugi plan, za­ma­zu­ją – aż w końcu po­kry­wa­ją cał­ko­wi­cie.

Kilka z linii, wi­ją­cych się w po­wie­trzu, ozna­czo­no żółtą barwą, po­zo­sta­łe zie­lo­ną. 

– Jedna z naj­waż­niej­szych zmien­nych – głos O’Brie­na nie­spo­dzie­wa­nie za­brzmiał jo­wial­nie. Wo­dził teraz pal­cem po zie­lo­nej krzy­wej, przy­po­mi­na­ją­cej grube pną­cze. – Mo­żesz tego nie pa­mię­tać: Ro­be­spier­re to ho­mo­sek­su­ali­sta, długo nie­wy­ży­ty. W za­mę­cie no­wych cza­sów i bu­rze­nia sta­re­go ładu znaj­du­je umi­ło­wa­ne­go – mło­de­go ary­sto­kra­tę, dość pod­łe­go typa. Nie pa­mię­tam na­zwi­ska – nad­zor­ca strze­lił pal­ca­mi – ale dziś nie ma to zna­cze­nia. Sce­na­riusz wszyst­ko ci przy­bli­ży… Nie­prze­kup­ny na­po­ty­ka mi­łość życia, więc pra­gnie się nim cie­szyć. Wy­ga­sza ter­ror, pa­cy­fi­ku­je na­stro­je. Je­że­li Ro­be­spier­re jest szczę­śli­wy, niech ta­ki­mi staną się i inni. Niech­że ko­rzy­sta­ją z owo­ców re­wo­lu­cji. I tak Mak­sy­mi­lian two­rzy Wiel­ką Re­wo­lu­cyj­ną Fran­cję. Ter­ror staje się wsty­dli­wą prze­szło­ścią. 

Van He­flin po­czuł, że nie­do­pa­łek cy­ga­ra parzy go w palce. Za­po­mniał go zga­sić. Sta­ran­nym ge­stem na­pra­wił nie­do­pa­trze­nie. 

– Na­zy­wa się Jean Cle­ment de Ne­vers. – Van He­flin uważ­nie wpa­try­wał się w przestrzenny ekran. Z boku żół­ta­we­go kon­tu­ru zda­rzeń, prze­ni­ka­ją­ce­go przez szczu­płą męską po­stać, od­czy­tał na­zwi­sko. – Przy­stoj­ny. Twier­dzisz, James, że to ka­na­lia?

Nad­zor­ca uśmiech­nął się. Na bla­cie po­ja­wi­ła się pro­sto­kąt­na, ciem­na bu­tel­ka i dwie małe szkla­necz­ki.

O’Brien strze­lił pal­ca­mi.

– To spraw­ka De­xte­ra – wy­ja­śnił, spraw­nie wyj­mu­jąc korek. – Twier­dzi, że tro­chę się przy­zwy­cza­ił do za­war­to­ści tego sta­ro­daw­ne­go na­czy­nia pod­czas wizyt w sa­lo­onie. Wiem, co to za po­miesz­cze­nie. – Mach­nął dło­nią. – Po­szli­śmy mu na rękę, oczy­wi­ście nie na długo, a kilka butelek tra­fi­ło do mnie.

Prze­chy­lił obłą szyj­kę. Van He­flin do­szedł do wnio­sku, że bul­got prze­le­wa­ją­ce­go się do szkla­ne­czek płynu jest bar­dzo przy­jem­ny dla ucha.

Whi­sky wy­bor­nie mu sma­ko­wa­ła. Z przy­jem­no­ścią wypił pierw­szy łyk, a potem drugi.

– De Ne­vers ura­to­wał głowę – nad­zor­ca ostroż­nie wsa­dził z po­wro­tem szpunt – gdyż wydal pa­ru­na­stu ko­mi­li­to­nów. Wska­zał miej­sca, gdzie się ukry­wa­li, zło­żył ob­cią­ża­ją­ce ze­zna­nia, udo­wad­nia­jąc, że za­wią­za­li spi­sek, pla­no­wa­li za­mach – a sam się po­ka­jał i ogło­sił, że świę­cie wie­rzy w nowy ład.

W gło­sie O’Brie­na wy­raź­nie za­brzmia­ła po­gar­da. Za­śmiał się ury­wa­nie, jakby coś go roz­ba­wi­ło. 

– Na pro­ce­sie pod nie­bio­sa wy­chwa­lał re­wo­lu­cję. Ary­sto­kra­ta bez ho­no­ru – kon­ty­nu­ował cicho – tak da­le­ce go po­zba­wio­ny, że kiedy przed try­bu­na­łem jeden z oskar­żo­nych, nie­daw­ny to­wa­rzysz tego pięk­ni­sia, splu­nął mu w twarz, Ne­vers po pro­stu wy­tarł chu­s­tecz­ką po­licz­ki i ze­zna­wał dalej. Jedną spra­wę spraw­dzisz do­kład­nie: pe­wien bar­dzo młody czło­wiek, jakiś wi­ceh­ra­bia, wy­zwie Ne­ver­sa na po­je­dy­nek – bez­myśl­nie, bo ten go­ło­wąs zgi­nie. Jest dawnym zna­jo­mym ko­chan­ka Nie­prze­kup­ne­go. On i Ne­vers kie­dyś sza­leń­czo się ubó­stwia­li.

Van He­flin po­cią­gnął ze szkla­necz­ki. Przez parę se­kund ana­li­zo­wał słowa O’Brie­na.

Nie wszyst­ko przed­sta­wi­ło się do­sta­tecz­nie jasno.

– De Ne­vers boi się śmier­ci, a sta­nie do walki? – za­py­tał z po­wąt­pie­wa­niem. – Wy­bacz, nieco dziw­ne…

Mały robot wy­nu­rzył się z przej­ścia do dru­gie­go po­ko­ju, pod­je­chał do biur­ka i kilka razy prze­tarł blat. Pod­nie­śli szkla­necz­ki, cze­ka­jąc, aż skoń­czy.

Kli­ma­ty­za­tor ciągle szu­miał. Au­to­mat od­je­chał, usta­wia­jąc się pod jedną ze ścian.  

– Ko­cha­nek Ro­be­spier­re’a pa­nicz­nie lęka się spo­tka­nia z ostrzem gi­lo­ty­ny – ze ską­pym uśmie­chem wy­ja­śnił O’Brien. Po­ki­wał głową. – Tro­chę go ro­zu­miem. Nie oba­wia się jed­nak star­cia na szpa­dy. Umie wal­czyć – i to do­brze. Dziw­na zmien­na, przy­zna­ję, ale Ne­vers nie do­pusz­cza do sie­bie myśli, że ktoś z daw­ne­go kręgu zna­jo­mych może po­czy­ty­wać go za tchó­rza. A je­że­li tym kimś jest jego dawny mi­ło­śnik, w do­dat­ku jesz­cze nie­zbyt do­brze wła­da­ją­cy białą bro­nią, tym bar­dziej pra­gnie roz­pła­tać mu trze­wia. Agen­ci czło­wie­ka o na­zwi­sku Fo­uche – kon­ty­nu­ował nie­dba­łym tonem – skrzęt­nie za­trosz­czą się o to, żeby prze­ciw­nik na­sze­go ko­cha­sia ru­szał się jak mucha w smole. Tro­chę środ­ków usy­pia­ją­cych do­da­nych do wina lub kawy uczy­ni swoje. Ne­vers w jed­nym z za­pusz­czo­nych par­ków po­ło­ży wi­ceh­ra­bie­go tru­pem, w pięk­ny, choć nieco chłod­ny po­ra­nek. A potem z przy­jem­no­ścią wy­pi­je z Mak­sy­mi­lia­nem kawę ze śmie­tan­ką i zje kilka ro­ga­li­ków. 

Uśmiech O’Brie­na się po­głę­bił. Prych­nął przez zęby. 

– Spraw­dzisz, czy wszyst­ko prze­bie­ga jak na­le­ży. – Prze­chy­lił szkla­necz­kę. Dopił resz­tę al­ko­ho­lu. – Wy­ru­szysz z Bra­dem De­xte­rem. Spra­wa Bia­łe­go Konia pew­nie mocno was przy­bli­ży­ła, a to ważne.

Uśmiech­nął się, tym razem sze­ro­ko.

Van He­flin nie zwró­cił uwagi na jego słowa. Mu­siał jesz­cze coś spraw­dzić. Coś istot­ne­go.

Wy­cią­gnął rękę i kiw­nął dło­nią. Obraz ho­lo­gra­mo­wy po­słusz­nie się przy­bli­żył.

Emmett uważ­nie stu­dio­wał prze­bieg zmien­nych lo­so­wych. Wszyst­kie zbie­ga­ły się w jed­nym punk­cie prze­strze­ni. Ho­lo­gram po­ka­zy­wał tylko jeden obraz – ko­lum­ny wojsk ma­sze­ru­ją­cych Po­la­mi Eli­zej­ski­mi, tłum ludzi pa­trzą­cych na nie w mil­cze­niu, kil­ku­na­stu śmie­ją­cych się cy­wi­lów, rzu­ca­ją­cych kwia­ty. Spa­zma­tycz­nie pła­czą­cą ko­bie­tę, ocie­ra­ją­cą łzy i sto­ją­ce­go u jej boku chłop­ca, trzy­ma­ją­ce­go w szczu­plej dłoni trój­ko­lo­ro­wy sztan­dar. Bro­da­te­go jeźdź­ca w ba­ra­niej cza­pie na gło­wie, zdzie­la­ją­ce­go dzie­cia­ka ba­to­giem w twarz. Grup­kę męż­czyzn z bia­ły­mi ko­kar­da­mi na ka­pe­lu­szach, parę minut temu fre­ne­tycz­nie klasz­czą­cych w dło­nie, teraz za­wzię­cie dep­czą­cych spła­cheć tka­ni­ny w trzech bar­wach. 

Pole moż­li­wo­ści wy­stą­pie­nia in­nych roz­wią­zań nie ist­nia­ło. 

– Musi być coś jesz­cze, James – teraz Emmet po­tarł kciu­kiem ko­niu­szek nosa, nie my­śląc, co czyni – bo każdy wa­riant koń­czy się upad­kiem Wiel­kiej Re­wo­lu­cyj­nej Fran­cji. Nawet za­mach stanu Dan­to­na – palec wska­zu­ją­cy Van He­fli­na prze­su­nął się w po­wie­trzu, prze­ni­ka­jąc przez obraz – i wy­sła­nie Ro­be­spier­re’a na eme­ry­tu­rę nie wnosi nic no­we­go. Prze­bieg hi­sto­rii nie ule­gnie zmia­nie – po­wró­ci dy­na­stia Bo­ur­bo­nów. Ten po­je­dy­nek nie ma zna­cze­nia. In­cy­dent nie­war­ty nawet wzmian­ki. 

O’Brien wolno po­ki­wał głową. 

– Funk­cjo­nu­je jesz­cze jedna zmien­na, dla nas bar­dzo istot­na – mówił cicho, pra­wie szep­tem – i do­brze, że to do­strze­głeś, Emmet. Jest nią pewna młoda córka ze­gar­mi­strza, Jó­ze­fi­na Meier, Szwaj­car­ka z po­cho­dze­nia. Ro­be­spier­re ożeni się z nią, oczy­wi­ście z po­wo­dów po­li­tycz­nych – i pro­pa­gan­do­wych.

Ho­lo­gram wy­świe­tlił obraz mło­dej dziew­czy­ny w stroj­nym ka­pe­lu­szu, wo­dzą­cej gęsim pió­rem po pa­pie­rze. Sze­ścio­ra­mien­ny świecz­nik, usta­wio­ny na stole po­kry­tym ko­ron­ko­wym ob­ru­sem, dawał sporo świa­tła.

Twarz ko­bie­ty, nieco skry­ta za lor­gnon z kości sło­nio­wej, za­sty­gła w wy­ra­zie sku­pie­nia. 

Van He­flin sły­szał, jak pióro skrzy­pi. Dziew­czy­na pi­sa­ła cier­pli­wie, zda­nie po zda­niu, cza­sa­mi za­gry­za­jąc usta. Nie­kie­dy prze­glą­da­ła parę opa­słych tomów, le­żą­cych z boku se­kre­te­ry – i zaraz wra­ca­ła do pracy. Za jej ple­ca­mi, na ścia­nie, pysz­ni­ło się ale­go­rycz­ne przed­sta­wie­nie Bo­gi­ni Ro­zu­mu.  

– Oj­ciec Wiel­kiej Fran­cji po­trze­bu­je żony – gest dłoni O’Brie­na przy­bli­żył obraz. – A Jó­ze­fi­na do­sko­na­le się na­da­je do roli pierw­szej damy. Miesz­czan­ka, nie­zwy­kle in­te­li­gent­na, pra­co­wi­ta i zdol­na. Szwaj­car­ka, co sym­bo­li­zu­je wspól­no­tę ludów po­łą­czo­nych ideą re­wo­lu­cji. W Świą­ty­niach Ro­zu­mu pre­zen­tu­je się wspa­nia­le i świet­nie wy­po­wia­da. Jest sym­pa­tycz­na i bez­po­śred­nia. 

– Nie­zwy­kle pięk­na ko­bie­ta – za­uwa­żył Van He­flin.

Z uwagą przy­glą­dał się szczu­płej, za­my­ślo­nej twa­rzy o sza­rych oczach z kil­ko­ma cęt­ka­mi zie­le­ni na tę­czów­kach, dłu­gim rzę­som i ślicz­nie wy­kro­jo­nym war­gom, się­ga­ją­cym aż do ra­mion, nie­upię­tym wło­som o bar­wie mło­de­go kasz­ta­na. Ko­bie­ta ma­chi­nal­nie za­krę­ci­ła lok, pew­nie za­sta­na­wia­jąc się nad ko­lej­ną frazą tek­stu. 

Miała dłu­gie, pięk­ne palce. Nie­wiel­ki pie­przyk pod lewą po­wie­ką wcale jej nie szpe­cił, przy­da­wał tylko twa­rzy wy­raź­ne­go rysu zmy­sło­wo­ści. 

Głos O’Brie­na wy­rwał Em­me­ta z za­my­śle­nia. 

– W isto­cie… – Nad­zor­ca po­ki­wał głową. – Oczy­wi­ście, Nie­prze­kup­ny ją fa­tal­nie za­nie­dbu­je. To ma­riaż po­li­tycz­ny, fa­bry­ka­cja fał­szy­we­go mi­ra­żu szczę­śli­we­go, ro­dzin­ne­go życia – dla ludu. Mak­sy­mi­lia­na Jó­ze­fi­na nie in­te­re­su­je, on kocha Ne­ver­sa.

Przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w za­wie­szo­ny w po­wie­trzu obraz, po­dob­nie jak Van He­flin. Ciszę prze­ry­wa­ło tylko szur­go­ta­nie pióra i de­li­kat­ne wy­tar­cie nosa przez sie­dzą­cą za sto­łem ko­bie­tę.

– Jó­ze­fi­na się nudzi – kon­ty­nu­ował O’Brien. – Jest córką ze­gar­mi­strza, to już wiesz. Oj­ciec opo­wia­dał jej o me­cha­ni­ce, po­ka­zy­wał, jak kon­stru­uje ze­ga­ry. W dzie­ciń­stwie ją to fa­scy­no­wa­ło. Sporo czy­ta­ła, po­czę­ła ko­re­spon­do­wać z tu­za­mi ów­cze­snej nauki. Roz­cza­ro­wa­na mał­żeń­stwem, prze­nie­sie się na wieś i na­pi­sze dzie­ło „O na­tu­rze wszech­rze­czy, czasu i jego me­an­drach”.

Ho­lo­gram po­ka­zał teraz Jó­ze­fi­nę Meier, prze­glą­da­ją­cą nie­zbyt grubą ksią­żecz­kę w opra­wie ze skóry. Uśmie­cha­ła się – nieco ni­kłym, roz­ma­rzo­nym wy­gię­ciem warg osoby, pa­trzą­cej – jak oce­nił Van He­flin – na dzie­ło swo­je­go życia.

Nadal wy­glą­da­ła pięk­nie, choć w ką­ci­kach ust ry­so­wa­ły się już dwie zmarszcz­ki. Van He­flin uznał, że wcale jej nie szpe­cą.

Słowa nad­zor­cy zmu­si­ły go do od­wró­ce­nia głowy. 

– Ro­ze­śle książ­kę do zna­jo­mych, ale przej­dzie nie­zau­wa­żo­na. Wiele osób ją wy­śmie­je. 

Twarz O’Brie­na przy­bra­ła wyraz sku­pie­nia. Za­czął bęb­nić pal­ca­mi w blat biur­ka.

– Kilku ludzi jed­nak się nad nią po­waż­nie za­sta­no­wi i roz­wi­ną myśl pięk­nej i za­nie­dby­wa­nej Jó­ze­fi­ny – kon­ty­nu­ował. – Póź­niej na­stęp­ni pójdą w jej ślady. Dzię­ki niej po­wsta­nie nasza rze­czy­wi­stość. Ta młoda Szwaj­car­ka jest…

O’Brien za­wa­hał się. Zda­wa­ło się, że szuka wła­ści­we­go po­rów­na­nia. Pstryk­nął pal­ca­mi, jakby miał je na końcu ję­zy­ka, ale jesz­cze nie do końca prze­my­śla­ne.

Ho­lo­gram znik­nął.

… jest raj­ską matką – Ewą na­szej hi­sto­rii – cią­gnął po paru se­kun­dach na­my­słu. – Dla nas naj­waż­niej­szą zmien­ną. Cen­tral­ną zmien­ną gra­nicz­ną. I ty ją spraw­dzisz, czy funk­cjo­nu­je tak, jak po­win­na.

Obaj pa­trzy­li teraz na sie­bie w mil­cze­niu.

– Oczy­wi­ście, ten nie­do­ro­stek, młody wi­ceh­ra­bia, musi zgi­nąć, aby wszyst­ko po­to­czy­ło się, tak, jak sobie ży­czy­my – sucho za­uwa­żył Van He­flin.

Słu­cha­jąc O’Brie­na, prze­tra­wiał in­for­ma­cje. Ta zmien­na wy­da­wa­ła się pro­sta – i oczy­wi­sta.

– Pa­mię­taj, Emmet, że to nic oso­bi­ste­go – ostroż­nie za­uwa­żył nad­zor­ca. Uważ­nie wpa­try­wał się w twarz Van He­fli­na. – Re­ali­zu­jesz tylko za­da­nie. Wcale nie takie trud­ne. My po pro­stu kształ­tu­je­my hi­sto­rię. Po za­koń­cze­niu wy­pra­wy zo­sta­niesz nad­zor­cą – jed­nym z nas. Spo­tka cię wiel­ki za­szczyt. Sam bę­dziesz kre­ował po­żą­da­ną rze­czy­wi­stość. Pa­mię­taj: to nic oso­bi­ste­go. 

O’Brien miał po­cią­głą twarz o bla­dej cerze, ozdo­bio­ną z boków dłu­gi­mi, czar­ny­mi ba­ka­mi i ciem­ne, nieco zmę­czo­ne oczy. Mocno już ły­siał. Teraz to szczu­płe ob­li­cze wy­ra­ża­ło za­nie­po­ko­je­nie.

Ba­daw­czo pa­trzył na Van He­fli­na. Dłoń o moc­nych pal­cach nadal pu­ka­ła w rant gład­kie­go blatu.

Van He­fli­no­wi coś się przy­po­mnia­ło – słowa, wy­po­wie­dzia­ne do sie­bie w cza­sie po­wrot­nej drogi do sza­lu­py cza­so­wej.

Po­żą­da­ny prze­bieg – sfor­mu­ło­wał je w my­ślach. – To jed­nak jest róż­ni­ca.

Nie za­mie­rzał wy­po­wia­dać ich gło­śno. Na­le­ża­ły do już ukształ­to­wa­nej hi­sto­rii.

Do­stał do wy­ko­na­nia ko­lej­ne za­da­nie i na nim po­wi­nien się sku­pić. O’Brien cze­kał na od­po­wiedź.

– I to nie bę­dzie nic oso­bi­ste­go, James. – Van He­flin wstał. Nie wie­dział, dla­cze­go, ale po­czuł znu­że­nie. Jesz­cze nie­daw­no cie­szył­by się z wie­ści, ze zo­sta­nie to­wa­rzy­szem O’Brie­na, ale teraz nie czuł nic, tylko nie­zro­zu­mia­łe dla niego sa­me­go zmę­cze­nie. – Po pro­stu ru­ty­no­wa wy­pra­wa kon­tro­l­na. Tak ją po­trak­tu­je­my, ja i De­xter. Tak, jak za­wsze. Za­koń­czy się suk­ce­sem.

Nad­zor­ca uśmiech­nął się. W mil­cze­niu po­da­li sobie ręce.

Uścisk dłoni O’Brie­na oka­zał się nad­spo­dzie­wa­nie silny. I ser­decz­ny. Po­trzą­snął kilka razy pra­wi­cą Van He­fli­na.

Jak­by­śmy za­war­li jakiś pakt – po­my­ślał Emmet. – Sy­gno­wa­li nie­zna­ne ni­ko­mu, lecz ważne po­ro­zu­mie­nie. Tylko dla kogo istot­ne?

Nigdy dotąd nie zwra­cał na to uwagi i nie za­da­wał ta­kich pytań. Za­po­zna­wał się ze sce­na­riu­szem i wcie­lał go w życie – naj­le­piej, jak tylko po­tra­fił.

Obraz prze­strzen­ny znowu się wy­świe­tlił. Dwóch męż­czyzn, ubra­nych w białe ko­szu­le z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi, ob­ci­słe spodnie, cie­li­ste poń­czo­chy opi­na­ją­ce łydki, obu­tych w trze­wi­ki ze spo­ry­mi klam­ra­mi wal­czy­ło na szpa­dy, dep­cąc wy­bu­ja­łą zie­leń traw­ni­ka. Kilka osób stało nie­opo­dal, ob­ser­wu­jąc po­je­dy­nek.

Mło­dziut­ka twarz jed­ne­go z wal­czą­cych spły­wa­ła potem. 

– Matka tego wi­ceh­ra­bie­go jesz­cze żyje? – obo­jęt­nym tonem za­py­tał Van He­flin. Zbie­rał się już do wyj­ścia. Spraw­dził, czy do­brze wło­żył cy­ga­ra do kie­sze­ni.

Nie mu­siał pytać, kto za­da­je i od­pie­ra ciosy. Wie­dział.

– Tak – znie­cier­pli­wio­nym tonem od­po­wie­dział O’Brien. Van He­flin przyj­rzał mu się uważ­nie. Nad­zor­ca wy­glą­dał na czło­wie­ka, pra­gną­ce­go zająć się już in­ny­mi spra­wa­mi. 

– Jej życia nie ma zna­cze­nia, ale, oczy­wi­ście, zba­da­li­śmy je do­kład­nie – kon­ty­nu­ował czło­wiek z czar­ny­mi ba­ka­mi. Wpa­try­wał się w obraz prze­strzen­ny. – Bar­dzo się po­sta­rza­ła w pierw­szym, gwał­tow­nym okre­sie re­wo­lu­cji. Jest znisz­czo­ną ży­ciem ma­tro­ną. Cią­gle drża­ła o syna, a teraz nawet ośmie­la się wyjść do pie­kar­ni kupić mu chleb. Opo­wia­da z ra­do­ścią, że jest pod do­stat­kiem bułek – i cie­szy się, ze pra­wie wszyst­ko się zmie­ni­ło. Prze­ży­je swo­je­go je­dy­na­ka.

O’Brien wolno po­ki­wał głową. Ge­sta­mi dłoni szyb­ko prze­wi­jał obraz prze­strzen­ny, aż tra­fił na wła­ści­wy.

– To ona – oznaj­mił krot­ko.

Le­ci­wie wy­glą­da­ją­ca, przy­gar­bio­na ko­bie­ta o si­wych wło­sach, ze śla­da­mi daw­nej urody na twa­rzy, wolno krzą­ta­ła się w nędz­nie wy­glą­da­ją­cej kuch­ni. Z wi­docz­nym wy­sił­kiem unio­sła z pieca bu­cha­ją­cy parą czaj­nik z pod­ska­ku­ją­cą po­kryw­ką i na­la­ła wrzą­tek do pięk­ne­go im­bry­ka, sto­ją­ce­go na odra­pa­nym stole bez ser­we­ty.

Van He­flin usły­szał wes­tchnie­nie ulgi, kiedy po­sta­wi­ła z po­wro­tem na­czy­nie na rów­nie nędz­nym jak kuch­nia że­la­znym piecu.

Wi­dział, jak wolno kroi po­dłuż­ny bo­che­nek, sma­ru­je fo­rem­ne krom­ki ma­słem z por­ce­la­no­wej faski – i zerka na oka­za­ły zegar, wi­szą­cy na ścia­nie, pew­nie, jak sa­dził, po­zo­sta­łość przed­re­wo­lu­cyj­nych cza­sów. Śle­dził wyraz za­nie­po­ko­je­nia, ry­su­ją­cy się na jej zwię­dłych ustach, po­licz­kach i w zmę­czo­nych oczach. Ku­rant oznaj­mił upływ peł­nej go­dzi­ny, wy­bi­ja­jąc skocz­ną me­lo­dyj­kę.

Drzwi skrzyp­nę­ły, kiedy do po­miesz­cze­nia wszedł młody, bar­dzo szczu­pły i niski męż­czy­zna, w ka­pe­lu­szu z pió­ro­pu­szem, kurt­ce prze­wią­za­nej trój­ko­lo­ro­wym pasem, ze szpa­dą u boku.

 W dłoni trzy­mał wi­kli­no­wy ko­szyk. Uprzej­mym ge­stem uchy­lił ka­pe­lusz, i wtedy Van He­flin zo­ba­czył, że męż­czy­zna ma dłu­gie pra­wie do ra­mion, ciem­ne włosy.

Van He­flin przy­po­mniał sobie ten strój. Wtedy, kiedy wi­zy­to­wał Paryż, bu­dził po­wszech­ne zdzi­wie­nie miesz­kań­ców od­mien­no­ścią kroju. Pa­trzył na ofi­ce­ra re­wo­lu­cyj­nej armii, na co wska­zy­wa­ły ga­lo­ny na ra­mio­nach.

Gość w mil­cze­niu usta­wiał na stole owi­nię­te w pa­pier więk­sze i mniej­sze pa­kun­ki.

– Przy­nio­słem wik­tu­ały – ob­wie­ścił krot­ko. – Pasz­tet stras­bur­ski, ser, go­to­wa­na kura. Ro­st­bef gar­ni­ro­wa­ny grzy­ba­mi. Parę pęt sa­la­mi. Po­mi­do­ry. To pre­zent. I umó­wio­ną ilość asy­gnat jako za­pła­tę za mi­nio­ny mie­siąc. 

Ko­bie­ta dy­gnę­ła, dziw­nie śmiesz­nym, pen­sjo­nar­skim ge­stem, po czym z wa­ha­niem wy­cią­gnę­ła przed sie­bie dłoń, może ocze­ku­jąc, że czło­wiek w mun­du­ro­wej kurt­ce po­ca­łu­ję ją w rękę.

Przy­bysz stał nie­ru­cho­mo.

– Bar­dzo pan dobry, panie Bo­na­par­te. – Stara ko­bie­ta szyb­ko zło­ży­ła dło­nie na po­doł­ku. Uśmiech­nę­ła się pro­mien­nie. – Na­praw­dę bar­dzo to za­cnie z pań­skiej stro­ny. Syn się ucie­szy, gdy wróci. 

 – Oby­wa­te­lu Bo­na­par­te – po­pra­wił ją z na­ci­skiem w gło­sie nie­wy­so­ki męż­czy­zna. – Oby­wa­te­lu Bo­na­par­te. Pro­szę za­wsze o tym pa­mię­tać. Za­wsze. Ten dar, oby­wa­tel­ko, to tylko ekwi­wa­lent za pomoc przy po­głę­bia­niu zna­jo­mo­ści ję­zy­ka fran­cu­skie­go i po­pra­wia­niu kon­dy­cji mojej wy­mo­wy. Do­ce­niam te lek­cje – nie­zwy­kle mi się przy­da­ją.

Oczy czło­wie­ka w mun­du­rze dziw­nie za­lśni­ły. Skło­nił się sztyw­no i wy­szedł. 

Van He­flin skon­sta­to­wał, że wi­dział już ten nie­po­ko­ją­cy błysk – tak wy­glą­da­ły oczy De­xte­ra, kiedy prze­mie­rzał sa­lo­on po wy­zwa­niu Ban­ni­ste­ra do walki. Do­brze zro­zu­miał wy­po­wia­da­ne słowa – i te mó­wio­ne z wy­kwint­nym, sta­ran­nym ak­cen­tem przez star­szą panią, jak i wtedy, kiedy młody ofi­cer chro­pa­wo i nie­dba­le for­mu­ło­wał zgło­ski.

Ucie­szył się, że nadal do­brze zna fran­cu­ski.

– Któż to jest? – za­py­tał z nie­ukry­wa­ną cie­ka­wo­ścią. – Pod­czas pierw­szej misji nie rzu­cił mi się w oczy.

– Fi­gu­ra bez zna­cze­nia… – O’Brien mach­nął ręką. Mówił z wy­raź­nym znie­cier­pli­wie­niem, jakby znu­dzo­ny prze­dłu­ża­ją­cą się roz­mo­wą. – Zdaje się, że ten młody, kor­sy­kań­ski ofi­ce­rek do­chra­pie się w końcu stop­nia ma­jo­ra. Nie za­przą­taj sobie nim głowy – jest nie­istot­ną, in­cy­den­tal­ną zmien­ną.

Van He­flin po­krę­cił głową. Ten zu­chwa­ły, pewny sie­bie po­łysk tę­czó­wek wy­da­wał mu się nie­po­ko­ją­cy. Jesz­cze miał czas, aby się za­sta­no­wić, co może ozna­czać.

Zwró­cił wzrok na obraz, roz­cią­ga­ją­cy się nad biur­kiem.

Ko­bie­ta sma­ro­wa­ła pasz­te­tem dwie pajd­ki chle­ba, grubo, nie­kie­dy ze sma­kiem ob­li­zu­jąc nóż. Tro­chę trzę­sły się jej dło­nie. Po kil­ku­na­stu se­kun­dach na­my­słu od­kro­iła z płata ro­st­be­fu dwa spore ka­wał­ki i uło­ży­ła na ko­lej­nych krom­kach. Roz­sta­wi­ła ta­le­rzy­ki, a potem za­bra­ła się do prze­cie­ra­ni fi­li­ża­nek i sztuć­ców, cały czas zer­ka­jąc na zegar.

Ku­rant wybił ko­lej­ne pół go­dzi­ny. 

Van He­flin pa­trzył w mil­cze­niu na krzą­ta­ni­nę matki wi­ceh­ra­bie­go, aż do chwi­li, kiedy ho­lo­gram nie znik­nął.

Już bez zdzi­wie­nia stwier­dził, że jego mozg for­mu­łu­je ko­lej­ne spo­strze­że­nia, zu­peł­nie nie zwią­za­ne z nową misją. 

Wyślę kogoś na śmierć, tym razem nawet nie zna­jąc jego na­zwi­ska – kon­sta­to­wał w my­ślach. – Tak jak Bia­łe­go Konia. Jesz­cze nie wiem, kto to jest, ale wiem, że on umrze. Musi zgi­nąć. Ta ko­bie­ta przy­go­tu­je śnia­da­nie, cze­ka­jąc na jego po­wrót z przy­ja­ciel­skie­go spo­tka­nia w parku pew­nie syn tak o tym opo­wia­dał ale chło­pak już nigdy nie wróci.

Pod­niósł dłoń w ge­ście po­że­gna­nia i od­wró­cił się.

Idąc do wyj­ścia, Van He­flin nagle od­krył, że nie­spo­dzie­wa­nie go­rycz w ustach za­czy­na po­wo­li ustę­po­wać. Może i dla­te­go, skonstatował, że wcze­śniej spłu­kał ją pa­ro­ma ły­ka­mi do­bre­go al­ko­ho­lu. A może dzię­ki myśli, ro­dzą­cej się teraz w głębi jego mózgu, ab­sor­bu­ją­cej umysł – dzi­wacz­nej, ale zaj­mu­ją­cej i cie­ka­wej per­spek­ty­wie zbu­do­wa­nia in­ne­go sce­na­riu­sza.

Kątem oka do­strzegł, że O’Brien stu­diu­je na­stęp­ny ho­lo­gram.

Zo­ba­czył jesz­cze, że robot go­spo­dar­czy znowu za­czął po­le­ro­wać boki biur­ka, a potem za­brał się do czysz­cze­nia wol­ne­go już krze­sła.

Cicho za­mknął za sobą drzwi.

Ka­mien­ne flizy wrót do bu­dyn­ku nad­zor­ców lekko szczęk­nę­ły, kiedy Van He­flin wy­szedł na ze­wnątrz. Od­ru­cho­wo spoj­rzał na mur, a potem na ota­cza­ją­cą go prze­strzeń.

Gład­ka ścia­na two­rzy­ła jed­no­li­tą płasz­czy­znę, szczel­nie od­gra­dza­ją­cą opusz­czo­ne przed chwi­lą wnę­trze od świa­ta ze­wnętrz­ne­go, a dalej po­ło­żo­ne, schod­ko­we bu­dow­le miesz­kal­ne pła­wi­ły się w słoń­cu, ni­czym ka­mien­ne zwie­rzę­ta, nie­wzru­szo­ne w swo­jej mil­czą­cej po­tę­dze.

 

***

 

Gruby żwir ścież­ki, co­dzien­nie gra­co­wa­nej i ubi­ja­nej przez ro­bo­ta go­spo­dar­cze­go, chrzę­ścił pod bu­ta­mi Van He­fli­na. Nie­opo­dal ob­ra­mo­wa­ne­go pła­ski­mi gła­za­mi szla­ku długa linia wiel­kich fon­tann wzno­si­ła ku niebu sze­re­gi ma­je­sta­tycz­nych ko­lumn pie­nią­cej się wody. Po­tęż­ne se­kwo­je rzu­ca­ły plamy cie­nia na ide­al­nie równe traw­ni­ki, roz­cią­ga­ją­ce się po­mię­dzy po­dob­ny­mi do ka­mien­nych wzgórz pi­ra­mi­da­mi miesz­kal­nym – zig­gu­ra­ta­mi, jak je na­zy­wa­no – a setki sta­ran­nie przy­cię­tych krze­wów aż po wid­no­krąg szat­ko­wa­ły ła­god­ne stoki wznie­sień na ty­sią­ce rów­nych kwa­dra­tów.

Kilka sa­mo­czyn­nych ko­sia­rek na po­dusz­ce po­wietrz­nej po­ru­sza­ło się po­wo­li, przy­ci­na­jąc trawę. Parę in­nych ma­szyn bez­gło­śnie sa­dzi­ło nową linię krze­wów, od razu wstrzy­ku­jąc w głąb ziemi płyn­ny nawóz. Nie­wiel­ki au­to­mat bie­lił fos­fo­ry­zu­ją­cym w mroku wap­nem skal­ne odłam­ki, wy­ty­cza­ją­ce dróż­kę.

Van He­flin nie­uważ­nie rzu­cił okiem na krzą­ta­ją­ce się ro­bo­ty. Wie­dział, że nadal po­ziom tlenu w at­mos­fe­rze utrzy­mu­je się nie­bez­piecz­nie bli­sko do­pusz­czal­nej gra­ni­cy, a każdy nowy okaz zie­le­ni od­da­la nie­bez­pie­czeń­stwo uczy­nie­nia po­wie­trza śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nym.

Za­wsze z tym wal­czo­no, o tym roz­ma­wia­no, spie­ra­no się o dobór środ­ków za­po­bie­gaw­czych, ale on my­ślał teraz o czymś zu­peł­nie innym.

Ścież­ka wzno­si­ła się ła­god­ny­mi za­ko­sa­mi ku pła­skie­mu szczy­to­wi dłu­gie­go ma­sy­wu, cią­gną­ce­go się setki mil wzdłuż brze­gu wiel­kie­go oce­anu. Miesz­kal­na pi­ra­mi­da Van He­fli­na znaj­do­wa­ła się bli­sko, le­d­wie kil­ka­na­ście minut mar­szu dalej – a wła­ści­wie miłej, od­prę­ża­ją­cej prze­chadz­ki.

Van He­flin wolno sta­wiał kroki. Tak jak wszy­scy, miał bar­dzo wy­god­ne i prze­stron­ne miesz­ka­nie, ob­słu­gi­wa­ne i pie­czo­ło­wi­cie pie­lę­gno­wa­ne przez ro­bo­ty – tak dużo au­to­ma­tów, że Emmet w końcu prze­stał je roz­róż­niać. We wnę­trzu zig­gu­ra­tu cze­ka­ła go przy­jem­na i cią­gle trwa­ją­ca sje­sta – choć wcale nie le­ni­wa. Nikt z miesz­kań­ców nie cier­piał na brak zajęć, tylko nikt się nie spie­szył, me­to­dycz­nie wy­ko­nu­jąc wy­bra­ne prace. Albo po­wie­rzo­ne, tak jak w przy­pad­ku wy­słan­ni­ków.

Lubił to, co jemu przy­pa­dło, a nawet ko­chał. Tak jak wszy­scy jego są­sie­dzi i zna­jo­mi uwiel­biał dłu­gie dys­ku­sje, spa­ce­ry brze­giem oce­anu, pik­ni­ki w cie­niu se­kwoi, roz­wa­ża­nia o moż­li­wo­ści wy­bu­do­wa­nia no­wych miast w głębi prze­stwo­ru wody i pracę przy pierw­szych pod­wod­nych sie­dlisz­czach, dy­żu­ry w pod­ziem­nych ha­lach pro­duk­cyj­nych, za­ję­cia w la­bo­ra­to­riach, roz­trzą­sa­nie ostat­nich wy­na­laz­ków i udo­sko­na­leń życia, dys­kret­ną opie­kę krę­cą­cych się pod ścia­na­mi ro­bo­tów, tre­nin­gi utrzy­mu­ją­ce spraw­ność fi­zycz­ną – a naj­bar­dziej to, że jest emi­sa­riu­szem, pro­wa­dzą­cym misje, coraz to trud­niej­sze.

Żwir chrzę­ścił pod wysokimi ob­ca­sa­mi kow­boj­skich butów z bi­zo­niej skóry, wy­glan­so­wa­nych do po­ły­sku przez pro­sty w kon­struk­cji au­to­mat po­moc­ni­czy. Dawno już znik­nę­ły żółte plamy gliny z dna ka­nio­nu, usu­nię­te w ko­mo­rze od­ka­ża­ją­cej, ale pa­trzą­cy w dół męż­czy­zna w brą­zo­wym ka­pe­lu­szu nadal je, nie wia­do­mo, dla­cze­go, do­strze­gał.

Nie za­mie­rzał o tym my­śleć. Wie­dział, że po­wi­nien zająć umysł czymś zu­peł­nie innym – nie prze­szło­ścią – już za­mknię­tą. W tym drob­niu­teń­kim wy­cin­ku przez niego sa­me­go okre­ślo­ną – ale bez chwi­li prze­rwy sły­szał szur­got drob­nych ka­mie­ni, pra­wie taki sam, jak od­głos od­pry­sków skał na dnie jaru, na­ci­ska­nych ko­py­ta­mi jego de­re­sza i Whi­sky De­xte­ra, we­so­ło po­trzą­sa­ją­ce­go łbem.

Van He­flin spo­koj­nie roz­wa­żał to, co po­wie­dział O’Brien. Ana­li­zo­wał istot­ne oko­licz­no­ści – i spraw­dzał dziw­ną myśl, zro­dzo­ną tuż przed wyj­ściem z bu­dyn­ku nad­zor­ców.

O’Brien mylił się – co do tego Emmet miał pew­ność – w oce­nie pew­nej zmien­nej albo nie do­strzegł jej zna­cze­nia.

W sce­na­riu­szu wy­pra­wy Jean Cle­ment de Ne­vers od­gry­wał klu­czo­wą rolę – sam o tym nie wie­dząc.

Tak, jak Biały Koń – uzu­peł­nił myśl Van He­flin. – Tak, jak ten wódz Apa­czów.

Ścież­ka bie­gła teraz pła­sko w stro­nę ka­mien­nej ścia­ny zig­gu­ra­tu.

Je­że­li de Ne­vers zgi­nie – Van He­flin for­mu­ło­wał wnio­ski – Mak­sy­mi­lian znowu po­czu­je się nie­speł­nio­ny. Skupi się na spra­wie re­wo­lu­cji, na ni­czym innym. Pod­świa­do­mie bę­dzie chciał się mścić za utra­tę mi­ło­ści życia. Wcale nie wy­ga­si ter­ro­ru na­si­li go. To zro­dzi bunt. I nie ożeni się z pięk­ną Jó­ze­fi­ną, bo wtedy nie bę­dzie mu po­trzeb­na. Nawet o tym nie po­my­śli….

Jesz­cze raz prze­tra­wił w umy­śle tę zmien­ną. Wy­da­wa­ła się pewna – i ro­dzi­ła oczy­wi­ste skut­ki.

W ryt­mie po­wol­nych stąp­nięć me­to­dycz­nie prze­my­śli­wał dal­sze kon­se­kwen­cje.

Ro­be­spier­re i Dan­ton pręd­ko tra­fią na deski sza­fo­tu, pod ostrze gi­lo­ty­ny. Nie wia­do­mo, który z nich pierw­szy, ale tam wła­śnie wy­lą­du­ją. Znał obu re­wo­lu­cjo­ni­stów i uwa­żał, że za­słu­gu­ją na to. Wy­sła­li na śmierć wielu ludzi – tak jak bra­cia Ban­ni­ste­ro­wie. I on sam, Emmet Van He­flin, wy­słał na spo­tka­nie ze śmier­cią czło­wie­ka w ciem­no­gra­na­to­wej kurt­ce z przy­pię­tym em­ble­ma­tem mu­stan­ga w cwale. A nie­ba­wem miał wy­słać na spo­tka­nie z nią mło­de­go wi­ceh­ra­bie­go. 

Prze­tarł dło­nią wargi i zwil­żył je ję­zy­kiem.

Strze­le­nie komuś w pierś i w brzuch, tak jak ja po­wa­li­łem Bia­łe­go Konia w pło­mie­nie ogni­ska, ni­czym się nie różni od zwol­nie­nia ostrza gi­lo­ty­ny – myśli Van He­fli­na bie­gły nadal wolno. – Ko­niec jest taki sam. Tylko, że ten In­dia­nin w ogóle na to nie za­słu­żył – sfor­mu­ło­wał ko­lej­ne spo­strze­że­nie. – W bez­mier­nej i nie­prze­mi­ja­ją­cej cze­lu­ści czasu to się może nie­kie­dy zda­rzyć. Ale, unie­moż­li­wia­jąc tym dwóm re­wo­lu­cjo­ni­stom sy­ce­nie się owo­ca­mi ich pracy, w jakiś spo­sób spła­cę dług – i uchro­nię ko­lej­ną ofia­rę.  

Nawet nie za­uwa­żył, że do­szedł do wy­so­kiej ścia­ny zig­gu­ra­tu. Gład­kie, ka­mien­ne płyty wy­da­wa­ły się two­rzyć jed­no­li­tą płasz­czy­znę, chro­nią­cą miesz­kań­ców przed spie­ko­tą i zim­nem nocy, ale wy­star­cza­ło w od­po­wied­nim miej­scu – a do niego do­pro­wa­dza­ła ścież­ka – po­ło­żyć dłoń albo wy­po­wie­dzieć hasło, a przej­ście w murze roz­su­wa­ło się.

Żwi­ro­wa­ty szlak za­czy­nał od tego punk­tu biec w dół, ku zło­ci­stej plaży cią­gną­cej się setki mil nad brze­giem oce­anu, koń­cząc się pra­wie do­kład­nie w miej­scu, gdzie cią­gle prze­sia­dy­wał Brad De­xter.

Van He­flin uśmiech­nął się.

Parę razy od­wie­dził już to­wa­rzy­sza. Me­cha­nik wy­le­gi­wał się pod ko­lo­ro­wym pa­ra­so­lem i opa­lał ob­na­żo­ny, umię­śnio­ny tors. Rzędy mniej­szych drzew o ko­rze­niach się­ga­ją­cych głę­bo­ko pod war­stwę pia­chu, na­wad­nia­nych pod­ziem­nym sys­te­mem iry­ga­cyj­nym, ocie­nia­ły lśnią­cy dro­bi­na­mi kwar­cu zło­ci­sty strand, ale De­xter za­ży­czył sobie wy­ko­na­nia przez ro­bo­ty tra­dy­cyj­ne­go pa­ra­so­la, przy­cią­ga­ją­ce­go uwagę – i ład­ne­go, okrą­głe­go sto­li­ka. Cią­gle nosił jasny, pięk­nie wy­glą­da­ją­cy ka­pe­lusz, przed­miot ogól­ne­go po­dzi­wu, nie po­zwa­la­jąc au­to­ma­tom – czy­ści­cie­lom nawet się do niego się zbli­żyć. Wszy­scy wie­dzie­li, że De­xter jest emi­sa­riu­szem, za­ży­wa­ją­cym za­słu­żo­ne­go wy­po­czyn­ku, a Van He­flin do­sko­na­le ro­zu­miał, że Bra­do­wi wła­śnie o to cho­dzi­ło.

W kie­sze­ni ma­ry­nar­ki coś za­sze­le­ści­ło, kiedy Emmet po­pra­wiał jej uło­że­nie na ra­mio­nach – cy­ga­ra, ofia­ro­wa­ne przez O’Brie­na. Sta­wa­ło się coraz go­rę­cej, ale Van He­fli­no­wi nie­spe­cjal­nie prze­szka­dza­ła obez­wład­nia­ją­ca spie­ko­ta. Na po­gra­ni­czu z Mek­sy­kiem zdą­żył się do niej przy­zwy­cza­ić – i stał w głę­bo­kim cie­niu. Pa­mię­tał, że za ja­kieś pół go­dzi­ny żar słoń­ca na otwar­tym te­re­nie sta­nie się nie do wy­trzy­ma­nia.

Dziw­nym tra­fem po po­wro­cie nie znisz­czo­no pu­del­ka siar­ko­wych za­pa­łek. Nadal nosił je w kie­sze­ni. Po­tarł grube dre­wien­ko o mur i wy­pu­ścił w po­wie­trze kłąb dymu. 

Chciał teraz spo­koj­nie roz­wa­żyć los de Ne­ver­sa.

Łaj­dak. Wy­da­je to­wa­rzy­szy bez wa­ha­nia i wie­dzie ich na sza­fot – sys­te­ma­ty­zo­wał ocenę. – Zbru­kał ręce krwią, tak jak Ban­ni­ste­ro­wie, Ro­be­spier­re i Dan­ton. De­xter po­ko­nał­by go, na­le­ży tylko Brada do tego prze­ko­nać. I za­stą­pić De­xte­rem wi­ceh­ra­bie­go.

Nie­wiel­ki robot wy­nu­rzył się za rogu zig­gu­ra­tu, nie­śpiesz­nie zmie­rza­jąc w stro­nę Van He­fli­na. Emmet za­trzy­mał go ru­chem ręki, na­ka­zu­ją­cym spo­czy­nek. Wie­dział, co spro­wa­dzi­ło au­to­mat – ty­to­nio­wy dym i wpro­wa­dzo­ne do mo­du­łu kie­ro­wa­nia po­le­ce­nie uprząt­nię­cia śmie­ci: nie­do­pał­ka i za­pał­ki. Tak jak wszyst­ko, co oka­zy­wa­ło się nie­po­trzeb­ne, zo­sta­ną pod­da­ne uty­li­za­cji.

Van He­flin nie za­mie­rzał się śpie­szyć. Chciał jesz­cze prze­tra­wić w umy­śle kilka spraw.

Ro­zu­miał, że się zmie­nił, nie poj­mo­wał tylko, dla­cze­go i kiedy. Nie miał też pew­no­ści, czy powinien z radością przyjąć tę przemianę.

Za­sta­no­wił się chwi­lę. Poj­mo­wał już, na czym po­le­ga róż­ni­ca – nie­wiel­ka, ale ważna. Po pro­stu brał pod uwagę inne zmien­ne, zwy­kle nie­do­strze­ga­ne. Po­mi­ja­ne albo zby­wa­ne, jako nie­istot­ne. In­cy­den­tal­ne. Za­czę­ły na­bie­rać zna­cze­nia od chwi­li, kiedy dwoma strza­ła­mi po­wa­lił Bia­łe­go Konia w żar ogni­ska i od­czuł tę dziw­ną go­rycz na war­gach. Ro­zu­miał, że wszedł w obręb tej zmia­ny, kiedy odło­żył ka­ra­bin ma­gne­tycz­ny, łu­dząc się na­dzie­ją, ze może nie trafi w prze­ma­wia­ją­ce­go In­dia­ni­na.

Z za­ci­śnię­ty­mi war­ga­mi przy­po­mniał sobie, jak sta­ran­nie mie­rzył.

Biały punk­cik bły­skał w pro­mie­niach słoń­ca za wy­lo­tem ścież­ki na plażę. Emmet miał pew­ność, że pa­trzy na jasny ka­pe­lusz De­xte­ra, po­mniej­szo­ny od­le­gło­ścią.

Brad pew­nie się prze­cha­dzał.

Van He­flin po­my­ślał, że gdyby ozdo­bić go jesz­cze za­wa­diac­kim pió­ro­pu­szem, w re­wo­lu­cyj­nym Pa­ry­żu na pewno przy­cią­gnął­by uwagę. To spo­strze­że­nie go roz­ba­wi­ło.

– W tym ka­pe­lu­szu Brad De­xter mógł­by sta­nąć do po­je­dyn­ku z Ne­ver­sem – mruk­nął pod nosem. – Czuł­by się do­sko­na­le i wspa­nia­le wy­glą­dał­by. Mu­siał­bym go tylko do tego prze­ko­nać. Opo­wie­dzieć mu wszyst­ko, co za­mie­rzam.

Stwier­dził, że jesz­cze dwie zmien­ne po­wi­nien roz­wa­żyć – los pięk­nej Jó­ze­fi­ny Meier i wła­śnie spra­wę De­xte­ra. Obie ważne, może nawet klu­czo­we.

Wy­ćwi­czo­na wie­lo­ma przy­go­to­wa­nia­mi pa­mięć Van He­fli­na przy­wo­ła­ła widok szczu­płej, pięk­nej twa­rzy ko­bie­ty o sza­rych oczach, z nie­znacz­nym rysem smut­ku w spoj­rze­niu oczu z ma­ły­mi cęt­ka­mi zie­le­ni na tę­czów­kach.

Nadal mu się po­do­ba­ła, tak samo, jak te pięk­ne, dłu­gie palce.

Jó­ze­fi­na Meier nie zo­sta­nie żoną Nie­prze­kup­ne­go, ale to wcale nie zna­czy, że nie zbada na­tu­ry wszech­rze­czy i czasu. I jego me­an­drów – po­my­ślał – i nie na­pi­sze dzie­ła swo­je­go życia – z nudów, z cie­ka­wo­ści, z po­czu­cia nie­speł­nie­nia. Gdyby jed­nak zna­la­zła kogoś in­ne­go…

Nie do­koń­czył myśli. Mu­siał się na tym za­sta­no­wić. Ta zmien­na miała bar­dzo wiele po­waż­nych im­pli­ka­cji. Dla świa­ta, pła­wią­ce­go się teraz w żarze słoń­ca, sta­no­wi­ła cen­tral­ną zmien­ną gra­nicz­ną. O’Brien i inni nad­zor­cy jej nie zlek­ce­wa­żą.

Przy­bę­dzie misja, już nie kon­tro­l­na. Może nawet kilka, w sza­lu­pach, prze­my­ka­ją­cych się jak dawne re­ki­ny cia­sny­mi me­an­dra­mi cza­so­prze­strze­ni – sfor­mu­ło­wał ko­lej­ne spo­strze­że­nie. – Być może, ja i De­xter sta­nie­my do walki. Niezwykle ciężkiego, morderczego starcia.Z dru­giej stro­ny, szczę­śli­wa Jó­ze­fi­na wcale nie musi za­po­mnieć o tym, co nur­tu­je jej umysł – i szyb­ciej prze­le­je wszyst­ko na pa­pier.

Po­trzą­snął głową. Skom­pli­ko­wa­na zmien­na ro­dzi­ła sze­reg im­pli­ka­cji. Na­le­ża­ło je roz­po­znać i usys­te­ma­ty­zo­wać. 

Umysł przy­wo­łał teraz po­stać mło­de­go ofi­ce­ra o chmur­nej, nieco na­dą­sa­nej twa­rzy, za­cho­wu­ją­ce­go się tro­chę jak dzi­kus, z zu­chwa­łym bły­skiem źre­nic. Ten obraz wy­wo­ły­wał nie­po­kój – i prze­ko­na­nie, że O’Brien nie do­ce­niał zna­cze­nia tej osoby. In­diań­ski wódz mógł zmie­nić hi­sto­rię, a ten Kor­sy­ka­nin też miał szan­sę.

Po­my­ślał, że może na­le­ży mu pomóc.  

Wie­dział, że gdyby się zde­cy­do­wał, ma na to jesz­cze sporo czasu – cały okres ad­ap­ta­cji i przy­go­to­wań do nowej misji.

Wiele dni na skon­stru­owa­nie in­ne­go sce­na­riu­sza – sfor­mu­ło­wał koń­co­wą myśl – ale dzię­ki niemu spła­cę ten dług.

Robot go­spo­dar­czy po­drep­tał nie­pew­nie kilka kro­ków do przo­du. Van He­flin ci­snął z roz­ma­chem nie­do­pa­łek w jego stro­nę. Ssaw­ka zbie­ra­ją­ca od­pa­dy wy­su­nę­ła się i schwy­ci­ła w po­wie­trzu ty­to­nio­wy oga­rek. Au­to­mat prze­su­nął się na traw­nik, pew­nie, jak uznał Van He­flin, szu­ka­jąc spa­lo­nej za­pał­ki.

Van He­flin nie za­mie­rzał go po­wstrzy­my­wać. Ist­niał jesz­cze, jak są­dził, tylko jeden pro­blem do roz­wią­za­nia.

Mógł się od­wró­cić i wejść do przy­tul­ne­go wnę­trza zig­gu­ra­tu, za­po­mi­na­jąc o wszyst­kim. Cze­ka­ło tam na niego wiele zajęć i pa­mię­tał o nich. Ale mógł też zejść ob­ni­ża­ją­cą się ła­god­nie ścież­ką do cu­dow­nie wy­glą­da­ją­cej plaży i opo­wie­dzieć wszyst­ko De­xte­ro­wi – przed­sta­wić każdy szcze­gół i wy­ja­śnić, że chce spła­cić dług. Dziw­ny dla niego sa­me­go, nie­zro­zu­mia­ły, ale cią­głe obar­cza­ją­cy duszę dług. Za­koń­czyć jed­nym zda­niem – że znowu staną do walki.

De­xter po­wi­nien znać praw­dę o tym pla­nie, aż do końca. W jed­nym ułam­ku se­kun­dy Van He­flin od­rzu­cił wszel­kie inne moż­li­wo­ści. Nie chciał, żeby De­xter kie­dyś po­czuł się tak samo jak on, kiedy ce­lo­wał w Bia­łe­go Konia – po pro­stu oszu­ka­ny.  

Miał wybór. Po raz pierw­szy od chwi­li, kiedy stał się emi­sa­riu­szem, ry­so­wa­ło się, jesz­cze nie­pew­nie, od­mien­ne roz­wią­za­nie. Nie mu­siał za­cho­wy­wać się jak sto­ją­cy nie­opo­dal au­to­mat, bez­myśl­nie czysz­cząc hi­sto­rię z nie­po­żą­da­nych osób.

Ruch w dole przy­kuł uwagę Van He­fli­na. 

Biała plam­ka w dole po­ru­sza­ła się. De­xter, osą­dził Emmet, znowu za­czął spa­ce­ro­wać. Pew­nie opo­wia­dał o star­ciu na piasz­czy­stym trak­cie, po­pstrzo­nym koń­ski­mi i kro­wi­mi od­cho­da­mi, wio­dą­cym przez jedną z osad na po­gra­ni­czu z Mek­sy­kiem.

Van He­flin pa­trzył uważ­nie. Przy­po­mniał sobie, że Brad De­xter też jest klu­czo­wą zmien­ną w tym nowym sce­na­riu­szu zda­rzeń. De­xter mógł pod­jąć walkę z de Ne­ver­sem – i wy­grać. Wy­mie­rzyć spra­wie­dli­wość, za­ra­zem oca­la­jąc komuś życie.

Van He­flin za­ci­snął wargi. Po­my­ślał, że roz­wa­ża na szczy­cie ma­sy­wu wszyst­ko, me­to­dycz­nie i spo­koj­nie, a nie wie nawet, czy Brad jest jego przy­ja­cie­lem. Nie po­tra­fi okre­ślić, czy De­xter go na­praw­dę lubi.

Me­cha­nik mógł od­mó­wić. Wy­śmiać go. Po­in­for­mo­wać nad­zor­ców – i z kimś innym udać się z misją do Fran­cji, może nawet jako do­wód­ca.

Przy­naj­mniej – podsumował Van He­flin – mamy wybór. I szan­sę. A Bia­łe­mu Ko­nio­wi i temu wi­ceh­ra­bie­mu nie dano wy­bo­ru, zaś sce­na­riu­sze po­zba­wia­ły ich ja­kiej­kol­wiek szan­sy.

Nie­ocze­ki­wa­nie stwier­dził, że Brad przy­sta­nie na ten plan. Zgo­dzi się, bo też ob­cią­ża­ło go zo­bo­wią­za­nie – chyba pa­mię­tał jesz­cze o tym, że jego to­wa­rzysz cał­kiem nie­daw­no, ran­kiem przed pewną szopą, waląc go kolbą re­wol­we­ru w głowę, ura­to­wał mu życie.

I pew­nie z tego po­wo­du, że mu się spodo­ba. Walka na szpa­dy, o dobrą spra­wę, w tym ślicz­nym, ja­snym ka­pe­lu­szu na gło­wie sta­no­wi­ła­by dla De­xte­ra przy­jem­ność.

Van He­flin uśmiech­nął się sam do sie­bie. Ro­zu­miał, że to bar­dzo liche ar­gu­men­ty. Ale, mimo wszyst­ko, ta zmien­na mogła od­nieść sku­tek – mu­siał tylko ją spraw­dzić.

Moc­niej osa­dził na gło­wie zde­fa­so­no­wa­ny ka­pe­lusz. Oparł dło­nie o gruby pas, zda­jąc sobie nagle spra­wę, że ten dzi­wacz­ny gest pew­nie pod­pa­trzył kie­dyś u De­xte­ra – i po­świ­stu­jąc pod nosem ru­szył w dół, ku sier­po­wa­to wy­gię­te­mu łu­ko­wi zło­ci­stej plaży.

Żwir znowu za­chrzę­ścił pod ze­lów­ka­mi kow­boj­skich butów. Van He­flin ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że tym razem zgrzy­tli­wy dźwięk brzmi cał­kiem przy­jem­nie.

Od­wró­cił jesz­cze głowę.

Ka­mien­ne zig­gu­ra­ty nadal pła­wi­ły się w na­ra­sta­ją­cym bla­sku słoń­ca. Van He­fli­no­wi wy­da­ło się, że teraz wy­glą­da­ją jak przy­cza­jo­ne ka­mien­ne dra­pież­ni­ki, cier­pli­wie strze­gą­ce nie­zmien­nej na­tu­ry wszech­rze­czy i czasu – i pil­nie ba­czą­ce na każdy jego krok. 

Ze zdu­mie­niem stwier­dził, że po raz pierw­szy w życiu od­niósł takie wra­że­nie. I z nieco mniej­szym zdzi­wie­niem po­czuł, że w końcu nie czuje już pa­lą­ce­go nie­sma­ku w ustach.

 

7 kwiet­nia 2013 r. Roger Re­deye

 

 

Źródła ilustracji w kolejności zamieszczenia:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Billy_Kid

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/1/12/Hw-robespierre.jpg

http://fr.wikipedia.org/wiki/Ex%C3%A9cution_de_Marie-Antoinette_d'Autriche

Koniec

Komentarze

Rogerze – w edycji tekstu jest okienko "przedmowa". Wydaje mi się, że to jest najodpowiedniejsze miejsce dla informacji o "poprawionym tekście".

A – no i teraz można wyśrodkować znaki graficzne rozdzielające cząstki tekstu.

pozdrawiam

I po co to było?

Wszystko jest pięknie, jednakże brakuje wypośrodkowania gwiazdek. To tak na pierwszy rzut oka. 

jednakże brakuje wypośrodkowania gwiazdek. To tak na pierwszy rzut oka. 

przecież już można. Opcje justowania działają.

pozdrawiam

I po co to było?

Dodam automatyczne środkowanie gwiazdek, ale już nie dzisiaj.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Zrobiłem to ręcznie. Ale automatyczne wypośrodkowanie gwiazdek, tytułów rozdziałów itp. niewątpliwie przydałoby się… Wieczorem spróbuję wstawić dwie ilustracje.

Brajcie, działa pięknie.

Wyrazy estymy. 

Wklejałeś z worda ze źródła, gdzie gwiazdki były wyśrodkowane, przez ikonę "Wklej z programu MS Word", tak?

Muszę jeszcze w wyśrodkowanych akapitach usunąć wcięcie z przodu, bo widać, że gwiazdki są lekko z prawej, a nie na środku.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Tak było. 

Bez ataków epilepsji fotogennej można przeczytać nawet dłuższe (portalowo) opowiadania. I tekst wygląda o niebo lepiej.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

To jest naprawdę sporej długości tekst i w tej wersji jest publikowany po raz pierwszy. Może ktoś go przeczyta? Niewykluczone. 

Ale edycja tekstu jest bardzo dobra.  Jeszcze dojdą dwie ilustracje, jeżeli da radę.

Pozdrówko. 

Da radę, tylko muszę napisać dokumentację do strony, żeby każdy wiedział jak np. poprawnie uzyskać odpowiednie (zdefiniowane przez stronę) rozmiary i justowanie. Później będę upraszczał okno z obrazkami, żeby zostały tylko potrzebne pola.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Brajcie, odeśpij sobie… Nie ma pośpiechu. To strona – na razie - testowa. Muszę załozyć wątek w "HP" – "Brązowe Piórko" dla Brajta za zasługi organizacyjne.

Powinno przejść przez aklamację.

Pozdrówko.  

Platynowe nawet!

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Jeszcze nie wymyślili…

Złota klawiatura :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Czemu nie? Ale "piórko" byłoby lepsze. Brajt zasłuzył sobie.  

Jak się wypośrodkowuje ilustrację na tej stronie? Byłbym wdzięczny za podpowiedź. 

W okienku edycji obrazka przechodzisz do zakładki "zaawansowane". Tam jest pole "nazwa klasy css" (docelowo wszystkie zbędne pola pousuwam). I teraz tak:

Wpisanie l wyrównuje do lewej.

Wpisanie p wyrównuje do prawej.

Wpisanie s wyśrodkowuje.

Wpisanie m ustawia mały format obrazka (dobry dla szerokich ilustracji).

Wpisanie d ustawia duży format obrazka (dobry dla wysokich ilustracji).

 

Efekt środkowania na razie będzie niewidoczny w edytorze, za to widoczny w tekście, tak jak teraz. To się zmieni na dniach.

 

Literki m i d są przydatne, jeśli chcemy obrazek równać do któregoś boku. Wówczas te rozmiary zagwarantują, że całość ładnie wygląda. Tylko muszę je odrobinę jeszcze zmienić, bo ustalałem je, zanim zmieniłem wysokość linijki tekstu.

Jeśli stosujesz dwie literki, np. "l m", to musisz je oddzielić spacją. Kolejność nie ma znaczenia.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Dzięki. Doszedłem do pewnych spraw sam, edytując drugą ilustrację. 

Brajcie, dziękuję serdecznie za możliwość delektowania się tekstem bez torturowania moich biednych ocząt:)

Rogerze, bardzo mi się podobało – pomysł może klasyczny, ale zgrabnie prowadzona narracja i ciekawi bohaterowie wiele rekompensują. Trochę literówek (głównie "ze" zamiast "że" i rzuciło mi się w oczy "pęc"); niektóre wyrażenia mi zgrzytały, lecz to kwestia gustu. Tylko ten Dexter to niezwykle twardy gość – właściwie każdy uraz głowy z utratą przytomności wiąże się z wstrząśnieniem mózgu i to tym cięższym im dłużej brak przytomności trwa – ciężkie wstrząśnienie mózgu może trwać maksymalnie do sześciu godzin, ale już po godzinie zwykle podejrzewa się stłuczenie mózgu. A tu biedak niemal cały dzień jest nieprzytomny ( chyba że źle zrozumiałam), a próbnik diagnostyczny stwierdza tylko zatrucie żołądkowe.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Długi tekst, to pewne… Pomysł klasyczny, ale chyba wizja Wielkiej Rewolucji Francuskiej taka klasyczna już nie jest.  Fajnie, że tekst się bardzo podobał. 

Co do Dextera – z tekstu wynika, że zatruł się  wcześniej, chyba jeszcze w szopie. Ale nad tym się nie rozwodziłem. Oni spożywają posiłek dopiero wieczorem. Dexter nie musiał cały czas pozostawać nieprzytomny, chociaż Van Heflin mocno go walnął. No i był upal. Pewnie Van Heflin nie chciał rozwiązać towarzysza. Ale dodam może ze dwa zdania, jaśniej przedstawiające ten aspekt sytuacji. Celne spostrzżenie. 

Literóweczki poprawię, a to dzięki ciągłej edycji tekstu, pomysłowi brajta

Jak znajdujesz ilustracje?

Pozdrówko. 

Ilustracje bardzo ładne. :) Zwróć tylko uwagę podczas dalszych edycji, aby ta literka s jednak była – ona oprócz środkowania sprawia jeszcze, że obrazek pozbawiony jest akapitowego wcięcia, przesuwającego obrazek niepotrzebnie bliżej prawej krawędzi.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Ilustracje podkreślają klimat, zwłaszcza mina Billego Kida (jakby mówił "Make my day, punk")

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Ciągła edycja rzecz świetna. Z góry przepraszam za zaśmiecanie wątku, ale skoro złapałam brajta – jak się usuwa miasto z profilu? Jak już wpisałam, to stwierdziłam, że przy moich przeprowadzkach to kiepski pomysł, a teraz nie mogę tego zmienić

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Wybierz opcję "brak".

Ale będę to musiał napisać w dziale pomocy, bo nie jest to zbyt intuicyjne. Nie wziąłem tego pod uwagę przy włączaniu opcji "wpisz co najmniej dwa znaki" – a ta jest potrzebna, bo inaczej przy tysiącu miejscowości strona będzie mocno zwalniać.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Brajcie, Twoje wskazówki bardzo się przydają.  Trochę poedytowałem ilustracji i szykuję kolejny tekst, co prawda stary – z trzema ilustracjami. Poprzednio centrowałem ilustracje wyrównaniem do środka, ale wpisanie literki "s" to co innego, nie mówiąc o formacie. Świetny element nowej stron, ta edycja ilustracji. 

Pozdrówko. 

PS. Co sądzisz o tekście – jeżeli czytałeś? 

Na razie każdą wolną chwilę poświęcam na poprawki i organizację. Powoli robi się spokojniej, wyskakuje mniej błędów i mniej nowych użytkowników się loguje, więc niedługo znajdę czas, żeby przeczytać.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Zapraszam. 

Brajcie, dzięki za przywrócenie przedmowy – w tym i w innych moich tekstach. 

To był przypadkowy błąd. Umieściłem jeden znacznik kodu za przedmową, a nie przed nią, przez co przedmowa znikła przy wszystkich nieotagowanych tekstach, choć chciałem usunąć tylko pustą linijkę nad nią. Ale tagi są, jak już ustaliliśmy, nieobowiązkowe.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Bardzo dobrze wyszło. Poprawione w okamgnieniu. Miłego urlopu – i wielu publikacji. 

Pozdrówko.

Otaguj, Rogerze

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Alex, jeżeli tak uważasz… Zrealizowałem.

Pozdróweczko.

Pierwszy raz spotykam się z przypadkiem opowiadania, które ma ponad trzydzieści komentarzy I tylko jednego czytelnika. A szkoda, bo Kapelusz, choć bardzo długi i nieco przegadany, jest zacnym opowiadaniem i czyta się całkiem dobrze.

 

Jakiś świerszcz za­czął ćwier­kać w nie­od­le­głej, gę­stej kępie trawy. Wy­gry­wał pro­stą, nieco smęt­ną me­lo­dię Van He­flin po­lu­bił na­stro­jo­we cy­ka­nie zie­lo­nych owa­dów… –> Świerszcze nie są zielone. Zielone są pasikoniki.

 

Je­że­li któ­ryś z nas nie wróci.. –> Kropka czy wielokropek?

 

Miał na­dzie­je, ze to De­xter to ro­zu­mie. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Wy­so­ki De­xter, szczu­pły w pasie i bar­czy­sty w ra­mio­nach… –> Czy mógł być barczysty w innym miejscu, nie w ramionach?

 

Śle­dził po­ru­sza­nie się kółek dymu w po­wie­trzu. Pły­nę­ły wolno przed sie­bie, po­ru­sza­ne lek­kim ru­chem po­wie­trza… –> Czy to celowe powtórzenie?

Skąd wiadomo, że kółko płynie przed siebie, a nie np. bokiem?

 

Z tru­dem zsu­nął się z sio­dła na zie­mię i zaraz usa­do­wił się na ziemi tuz obok konia… –> Powtórzenie. Literówka.

 

Wargi De­xte­ra rozścią­gnął nikły, bar­dzo wy­si­lo­ny uśmiech. –> Wargi De­xte­ra rozcią­gnął nikły, bar­dzo wy­si­lo­ny uśmiech.

 

Wolne po­cią­ga­nie z cy­bu­cha świad­czy­ło o tym… –> Ponieważ cybuch jest częścią łączącą główkę fajki z ustnikiem, nie wydaje mi się możliwe pociąganie z cybucha.

 

nad­zor­cy do­brze o tym wie­dzie­li i znali pra­wi­dło­wą zmien­ną, ale nic mu nie po­wie­dzie­li, wie­dząc… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

po­rzu­co­ny to­ma­hawk, ubro­czo­ny we krwi… –> Czy rzeczony tomahawk mógł być ubroczony w czymś innym niż krew?

 

Nie mu­siał na­tę­żać – ich sta­no­wi­ska znaj­do­wa­ły się bli­sko sie­bie. –> Czego nie musiał natężać?

 

W tym miej­scu wąwóz tro­chę się roz­sze­rzał. Dość szpar­kim kro­kiem, przy­zna­ję. –> Czy dobrze rozumiem, że wąwóz rozszerzał się szparkim krokiem?

 

Dym uno­sił się w górę… –> Masło maślane.

 

Z uwagą przy­glą­dał się szczu­płej, za­my­ślo­nej twa­rzy o sza­rych oczach z kil­ko­ma cęt­ka­mi zie­le­ni na tę­czów­kach, dłu­gim rzę­som i ślicz­nie wy­kro­jo­nym war­gom, się­ga­ją­cym aż do ra­mion, nie­upię­tym wło­som o bar­wie mło­de­go kasz­ta­na. –> Czy do ramion sięgały ślicznie wykrojone wargi, czy nieupięte włosy?

 

… jest raj­ską matką – Ewą na­szej hi­sto­rii… –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

O’Brien miał po­cią­głą twarz o bla­dej cerze, ozdo­bio­ną z boków dłu­gi­mi, czar­ny­mi ba­ka­mi… –> Czy dopowiedzenie jest konieczne? Czy baki mogą zdobić twarz w innym miejscu, nie po bokach?

 

Ku­rant wybił ko­lej­ne pół go­dzi­ny. – Czy kurant wybija godziny, czy raczej wygrywa melodię po tym, jak zegar przestaje bić?

 

Może i dla­te­go, stwier­dził. że wcze­śniej… –> Zamiast kropki winien być przecinek.

 

utrzy­mu­je się nie­bez­piecz­nie bli­sko do­pusz­czal­nej gra­ni­cy, a każdy nowy okaz zie­le­ni od­da­la nie­bez­pie­czeń­stwo uczy­nie­nia po­wie­trza śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nym. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Nawet o tym nie po­my­śli…. –> Zbędna kropka po wielokropku.

 

nie po­zwa­la­jąc au­to­ma­tom – czy­ści­cie­lom nawet się do niego się zbli­żyć. –> …nie po­zwa­la­jąc au­to­ma­tom-czy­ści­cie­lom

 

Literówki:

Van He­flin prze­cią­gnął dło­nią o czole.

po­dob­nie jak na­peł­nio­ne ran­kiem ma­nier­ki, przy­tro­czo­na do sio­deł mu­stan­gów.

Van He­flin sza­co­wał, że nie­znacz­na, ze De­xter coś jed­nak zro­zu­mie.

Dla Va­bHe­fli­na li­czy­ło się tylko jedno

Mój błąd, ze tego nie spo­strze­głem.

Może te dwie kubki wody

tłuc w głowę tak mocno, ze nie­wie­le bra­ko­wa­ło

Van He­flin znal bio­gra­fie in­diań­skie­go wodza

nieco wię­cej wy­sił­ku i znacz­niej­sze po­świe­ce­nie jego ludu przy­nie­sie suk­ces.

Wie­dział, że są to zda­rze­nia ele­men­tar­ne, nie ma­ją­ce żad­ne­go zna­cze­nia, tak jak ogar­nia­jąc go sen.

Tra­cił ko­la­na­mi de­re­sza.

Weź kilka cygar, dys­po­nu­je spo­rym ich za­pa­sem. 

gdyż wydal pa­ru­na­stu ko­mi­li­to­nów.

cie­szył­by się z wie­ści, ze zo­sta­nie to­wa­rzy­szem

Jej życia nie ma zna­cze­nia

– To ona – oznaj­mił krot­ko.

pew­nie, jak sa­dził, po­zo­sta­łość przed­re­wo­lu­cyj­nych cza­sów.

Van He­flin zo­ba­czył, ze męż­czy­zna ma dłu­gie

Przy­nio­słem wik­tu­ały – ob­wie­ścił krot­ko.

Ucie­szył się nieco, ze nadal do­brze zna fran­cu­ski.

z płata ro­st­be­fu, le­zą­ce­go na pół­mi­sku;)

Już bez zdzi­wie­nia stwier­dził, ze jego mozg for­mu­łu­je

Wie­dział, ze nadal po­ziom tlenu w at­mos­fe­rze

po po­wro­cie nie znisz­czo­no pu­del­ka siar­ko­wych za­pa­łek. ;)

łu­dząc się na­dzie­ją, ze może nie trafi

a ten Kor­sy­ka­nin tez miał szan­sę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak dla mnie – zbyt niski współczynnik wydarzeń do znaków. Ja bym cięła te opisy koni, paszy, fasoli z boczkiem… Ale Ty je chyba lubisz.

Temat zmieniania przeszłości nienowy. Przynajmniej dodajesz mu szczegóły historyczno-geograficzne.

Nie jestem pewna, czy tak obszerne przedstawianie dwóch misji w jednym tekście to dobry pomysł. OK, druga wynika z pierwszej, ale przez to nie wiadomo właściwie, którą uważasz za bardziej istotną – tę zmieniającą historię Europy czy tę, która zajmuje większość miejsca.

długim rzęsom i ślicznie wykrojonym wargom, sięgającym aż do ramion, nieupiętym włosom o barwie młodego kasztana.

W pierwszej chwili pomyślałam, że to wargi sięgają do ramion. Cóż, bywały i takie ideały urody…

Babska logika rządzi!

Wiedział, ze wydziela słoną ciecz nie tylko z powodu upału – najzwyczajniej w świecie bał się.

Istniała jeszcze szansa, choć Van Heflin szacował, że nieznaczna, ze Dexter coś jednak zrozumie.

Mój błąd, ze tego nie spostrzegłem.

Może te dwie kubki wody i spokojna drzemka pod ciepłym okryciem częściowo przywróciły mu siły.

– Pamiętaj tylko, ze to nie jest zmienna losowa.

Ostry glos Dextera wyrwał go z zamyślenia.

– Nie musiałeś mnie tłuc w głowę tak mocno, ze niewiele brakowało, a pękłaby mi czaszka.

– Na pewno tak -– potwierdził Van Heflin.

– Początkowo osądzą, ze strzelali biali i oczywiście wpadną w wściekłość – kontynuował z wysiłkiem.

Stwierdził, ze jest zaskakująco wygodna.

– Nikt nie powie, ze staliśmy się wariatami. Pamiętasz, jak powiedziałem, ze Indianie żywią wielki szacunek dla ludzi niespełna rozumu?

Twierdził, że zwiadowcą i często urządzał zasadzki.

Wiedział, ze teraz tylko jedno się liczy.

Weź kilka cygar, dysponuje sporym ich zapasem. 

Biegał jak szalony w kółko, aż w końcu tez padł.

– Możesz tego nie pamiętać: Robespierra to homoseksualista, długo niewyżyty.

Dziwna zmienna, przyznaję, ale Nevers nie dopuszcza do siebie myśli, ze ktoś z dawnego kręgu znajomych może poczytywać go za tchórza.

Opowiada z radością, że jest pod dostatkiem bułek – i cieszy się, ze prawie wszystko się zmieniło.

Leciwie wyglądająca, przygarbiona kobieta o siwych włosach, że śladami dawnej urody na twarzy, wolno krzątała się w nędznie wyglądającej kuchni.

Uprzejmym gestem uchylił kapelusz, i wtedy Van Heflin zobaczył, ze mężczyzna ma długie prawie do ramion, ciemne włosy.

I umówioną ilość asygnat jako zapłatę ze miniony miesiąc. 

Ucieszył się nieco, ze nadal dobrze zna francuski.

Po kilkunastu sekundach namysłu odkroiła z płata rostbefu, lezącego na półmisku, dwa spore kawałki i ułożyła na kolejnych kromkach.

Już bez zdziwienia stwierdził, ze jego mozg formułuje kolejne spostrzeżenia, zupełnie nie związane z nową misją. 

Może i dlatego, stwierdził. że wcześniej spłukał ją paroma łykami dobrego alkoholu.

Wiedział, ze nadal poziom tlenu w atmosferze utrzymuje się niebezpiecznie blisko dopuszczalnej granicy, a każdy nowy okaz zieleni oddala niebezpieczeństwo uczynienia powietrza śmiertelnie niebezpiecznym.

Tak ja wszyscy jego sąsiedzi i znajomi uwielbiał długie dyskusje, spacery brzegiem oceanu, pikniki w cieniu sekwoi,

Nie miał tez pewności, czy powinien się cieszyć z tej zmiany.

Rozumiał, że wszedł w obręb tej zmiany, kiedy odłożył karabin magnetyczny, łudząc się nadzieją, ze może nie trafi w przemawiającego Indianina.

Wyćwiczona wieloma przygotowaniami pamięć Van Heflina przywołała widok szczuplej, pięknej twarzy kobiety o szarych oczach, z nieznacznym rysem smutku w spojrzeniu oczu z małymi cętkami zieleni na tęczówkach.

– Być może, ja i Dexter staniemy do walki. Bez karabinów Spencera, dubeltówek i rewolwerów, ale starcia, tak jak Brad naprzeciwko Bannistera.

Coś jest nie tak z tym drugim zdaniem.

Indiański wódz mógł zmienić historię, a ten Korsykanin tez miał szansę.

Oparł dłonie o gruby pas, zdając sobie nagle sprawę, ze ten dziwaczny gest pewnie podpatrzył kiedyś u Dextera

 

Wiem, że nie wygląda to dobrze, ale w większości to tylko niedociśnięty alt, więc nie martw się ;)

Nie powiem, żebym była bardzo zdziwiona, że tak niewiele osób przeczytało to opowiadanie, bo sama się do niego długo zabierałam – ze względu na liczbę znaków. Natomiast zdecydowanie mogę je polecić wszystkim :)

Jest rogerowo: spokojnie, niespiesznie, z klimatem. Samej akcji nie ma wiele, aczkolwiek jej znaczenie jest zasadnicze, bo wpływające na losy świata ;)

Przyznam, że nie spodobało mi się przejście do drugiej części, tej francuskiej. Miałam jeszcze w głowie te mustangi, prerię i Białego Konia, a tu nagle mi wyskakujesz z rewolucją. Tak jakbyś chciał mi dać dwa opowiadania w jednym. Owszem, rozumiem, co je łączy i co wydarzy się dalej i w pewnym sensie ta druga część pierwszą domyka, ale i tak to ta pierwsza podobała mi się bardziej.

Czyta się bardzo dobrze :)

Fajne, podobało mi się :)

W pierwszej wersji opowiadanie kończyło się sceną powrotu do szalupy czasowej i spodziewanej walki z bandą Bannisterów. Było w tej wersji publikowane na starym portalu. Już nie pamiętam, kto wyraził opinię, że brakuje mu zakończenia, takiego wyrazistego. No więc dopisałem parę rozdziałów…

Chyba strzeliłem głupstwo, publikując tekst na ówczesnym nowym portalu, bo istniał jeszcze stary, a nowy dopiero raczkował. 

Dzięki za przeczytanie i uwagi, bo, być może, opowiadanie będzie miało drugie życie. Bardzo się przydadzą. Przejrzę dokładnie i poprawię.

Pozdrawiam.

PS. Literówki systematycznie usuwam, znalazłem jeszcze jedną, dużo pracy już nie zostało. W sumie, jak na taką objętość tekstu, było ich już niewiele.

Zrobione. To zdanie zastąpiłem innym, teraz jest jasne. U siebie rozdział opowiadający o rozmowie z nadzorcą podzieliłem na dwie części, ale tutaj zostawiłem bez zmian.

Nowa Fantastyka