- Opowiadanie: Unfall - ***"Niebagatelna przygoda" TOM 1, ROZDZIAŁ XIX (+18!!!)***

***"Niebagatelna przygoda" TOM 1, ROZDZIAŁ XIX (+18!!!)***

Wrzucam tylko fragment mej powieści, aby Wam narobić smaka i aby potem się cała rozeszła jak ciepła bułeczka w PEMPIKU, albo innej równie remontowanej sieci bibliotek.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

***"Niebagatelna przygoda" TOM 1, ROZDZIAŁ XIX (+18!!!)***

Niebagatelna przygoda

 

Tom I8

 

Rozdział XIX – Strzał z oddali.

 

 

 „Gdzie są do cholery moje slipy w żółte grochy? Zaraz krew mnie zaleje!"

 Unfall

 

 

 

S  zli tak leśnym duktem, którego koniec nikł był wśród kniei,  rozglądając się nerowo na boki w obawie przed rabusiami.  Rycerz, mag i elf – zaiste niespotykana to była kompanija, aż  stuletnie drzewa, które już wiele widziały i z niejednego pieca  chleb jadły, dziwowały się wielce, pogwizdując dziuplami. A  może to tylko wiatr gonił się z własnym cieniem wśród  zmiętych  czasem gałęzi.

Coś poruszyło się w krzakach.

– Zgiń! Przepadnij! – Miecz szlachetnego Palladyna błysnął nagą klingą i z tymże okrzykiem ruszył w pogoń za szelestem zarośli.

– Co się dzieje! – wrzasnął niespokojnie elf, napinając jednocześnie cięciwę swego łuku, z nerwów zapominając o wyjęciu strzały z kołczanu.

– Spokojnie. To tylko wiewiórka – uspokoił go czarodziej.

– Znowu? – oburzył się elf, po czym spuścił powietrze z cięciwy. – Co on ma z tymi wiewiórkami?

– Każdy Palladyn wybiera sobie bestie, które potem musi tępić do tej ostatniej, albo do emerytury.

– Ale…. wiewiórki?

– Podobno – mag ściszył tembr głosu – gdy był mały, wiewiórki łupały jego orzeszki.

– Uszła, wredna poczwara! – z tymi słowy z kniei wynurzać się poczęła postawna zbroja. – Ale ja jeszcze to ścierwo dorwę w swoje brudne łapska. Zetrę na proch, na krwawą miazgę zmielę, a potem wypatroszę i żeby więcej cierpienia zadać, wszystkie rude kudły pojedynczo wyrywać będę aż do wyłysienia! – pieklił się rycerz. – Ale nic to – powiedział z innej beczki. – Popatrzcie jeno, kogo w lesie znalazłem.

Oczom wesołej komitywy pokazała się ziemskiej wręcz urody niewiasta, wzdychając z ulgą, gdy miecz zbrojnego męża wreszcie znalazł się w pochwie.

– Witajcie w Wurstlandii, zacni wędrowcy – jedwabisty głos kobiety rozpłynął się w powietrzu. – Jestem Gargumiła.

– Co taki lachon robi sam w lesie? – mag zatarł ręce do swych brudnych myśli.

– Glandafie! Zachowuj się! – Strefował go Palladyn. – Nadobnaż niewiasto – tu nieoczekiwanie zwrócił się do niewiasty – cóżesz robisz, o szlachetna pani, samotnież zaszczycając te ciemne, leśne odstępy swym jasnym obliczem – tu nabrał powietrza – jak świeca w ciemnej dupie.

Figlarny wietrzyk skończył zabawę wśród drewnianych koron i podwiał zdradziecko damską spódniczkę. Ta jednak splotła ramiona na mymłonie, ratując w ostatniej chwili cnotę, której już dawno nie miała, ale oni o tym nie wiedzieli, bo i z kąt.

– Szukam męża…. – otwarła swe spłonięte udawanym wstydem oblicze, aż ślina pociekła stróżkami kontem ust mężów zacnych. Jedynie elf Alfąs, znudzony nieco i na wdzięki niewieście odporny z przyrodzenia, dłubał strzałą w zębach, by zazdrość nieukrywaną trochę jednak ukryć. – męża, który…. – kontynuowała niewiasta – swe męstwo – ciągnęła dalej – mi okaże i panu złemu na okolicznym zamku siedzącym, moją ulubioną miotłę – zapłakała – odbierze, bym znów mogła latać…. nago po izbie i kurze przebrzydłe pod dywan zamiatać.

– Jam ci on – huknął z przytupem rycerz. – Mąż twój, który mietłę zamkowemu pyszałkowi z gardła wydrze, dla ciebie, moja pani.

– Wątpię, żeby ten ów miotłę w gardle trzymał – na pomknął czarodziej.

– To mu ją tam wepchnę, a potem wydrę. – błyskotliwie skonfundował maga tank. – Mamy questa.

– Nie, no bez jaj – odezwał się elf, choć do teraz się nie odzywał, to teraz postanowił wtrącić swoje pół złamanego grosza. – Ostatnio musieliśmy dymać aż do Makaronii. To nie jest śmieszne.

– Spoko, dopiero się rozkręcam – obruszył się autor, ale nikt go nie słuchał.

– Ruszać dupy! – ryknął bez cienia sprzeciwu rycerz, więc zebrali wspomniane dupy w troki i je ruszyli.

Ledwo śmiałkowie zdążyli zniknąć za siedmioma górami i siedmioma lasami, z cudnej urody fałszywą dziewicą zaczęło się dziać coś dziwnego. Prukwa jej straszna i owłosiona wyskoczyła na nosie. Zęby z łoskotem upadły na trawę, wszystkie co do jednego, tylko trzy w gębie pozostały zieleniejąc. Tipsy odpadły od wykrzywionych pazurów, odklejone rzęsy uleciały z wiatrem jak czarne płatki śniegu, a szybko siwiejące włosy rozpierzchły się na czubku głowy, jakby szalony fryzjer ostrzygł ją na Kryszaka. Gładka dotąd skóra rozstąpiła się nagle, jak Czerwone Morze przed laską Mojżesza, by po chwili zalać kobietę ogromem fałd, zmarszczek i pomarańczowej skórki.

Tak to wiedźma wróciła do swego prawowitego wyglądu, w duchu śmiejąc się w głos z naiwności ludzkiej czarami omamionej. Po chwili na jej ramieniu usiadła czarna kawka, jej towarzyszka wierna, która wszędzie jej towarzyszyła, aby na podryw chodziły osobno. Ruszyła Gargumiła w te pędy, chyżo kuśtykając o lasce, aby te pędy do mikstury odmładzającej szybko uzbierać, mikstury nawarzyć i aby mężów zacnych z miotłą powróconych gościną podjąć i umęczonych trudami bezwzględnie przenocować.

Natenczas mężowie owi wspomniani do zamku warownego się zbliżali, aby miotłę z niewoli odbić i dziewicy upragnionej oddać. Jedynie Alfąs niewiasty nie pragnął, bo jak i żadna inna nie była w jego typie, ale i on się na nocleg u damy szykował, bo a nóż się któryś z kolegów pomyli i wśród swawolnych igraszek nie tam gdzie zamierzał wceluje.

A zamek ów wyglądał tak:

Zamek

Bramy natomiast pilnował ogromny troll, ale na rysunku go nie ma, bo akurat na chwilę poszedł siusiu. Ale i bez tego trolla zamek był nie do zdobycia, bo jak sami widzicie warowny był niemiłosiernie.

– Niemiłosiernie warowny ten zamek – zauważył Palladyn.

– I troll wrócił na bramę – zauważył Glandaf.

– Ale jesteście spostrzegawczy – zauważył uszczypliwie Alfąs.

I tak by siedzieli i wymieniali spostrzeżenia, gdyby czas nie naglił i dziewica nie stygła. A słońce nieubłaganie zachodziło za północną ścianą lasu, kładąc się coraz dłuższym cieniem pod leśną ściółką.

– Bierz swój miecz i rozpłataj tego trolla – rzekł wreszcie mag do rycerza.

– Zwariowałeś? Ja mam inną specjalizację. Lepiej ty rzuć w niego błyskawicą, albo zaklnij w kamień – rzekł rycerz do maga.

– Pogięło cię? Ja jestem specjalistą od iluzji – rzekł mag do rycerza, po czym obaj spojrzeli na elfa.

– Na mnie nie patrzcie. Dla mnie on jest za duży, to co ja z nim będę, jak Goliat z Dawidem, co wiecie jak on źle skończył. – Nie wiedzieli, ale i tak jeszcze raz popatrzyli na elfa z politowaniem. – A w ogóle to wam się dupy zachciało – kontynuował wypatrzony. – Że też wy się chorób generycznych nie boicie, gniewu bożego i alimentów, to ja się wam dziwię – i się zdziwił, aby poprzeć swe słowa.

– Ja się nie boję, hahaha – zaśmiał się malowniczo mag – bo ja mam prezerwatywę -3 do przebić. Służy mi od lat i jeszcze mnie nigdy nie zawiodła.

– O ja cię, pokaż! – Zabłyszczał oczami Palladyn, a Alfąs, udając niezainteresowanego, też zerknął chyłkiem w magowe porcięta. – Z kąt masz? – dopytywał się zbrojny, dostając z podniecenia wypieków na przyłbicy.

– Kupiłem w promocji na stacji benzynowej – chwalił się czarodziej niemal pękając z dumy, ale na szczęście w porę wypuścił powietrze.

– Szkoda, że masz tylko jedną – rzekł rycerz do maga.

– To nic, będziemy sobie pożyczać – rzekł mag do rycerza, po czym obaj spojrzeli na elfa. – Tobie nie – rzekł mag do elfa – bo ty śpiwór już masz, maluchu.

– HAHAHAHAHA! – ryknęli nieuczciwie śmiechem dwóch na jednego jak zwykli dresiarze.

Zawstydzony elf wleciał do torby czarodzieja i owinął się szczelnie swymi motylimi skrzydełkami.

– MAM!!! – wrzasnął czarodziej, jak małpa w ukropie, do której był nawet nieco podobny, choć dziadek nawet zza grobu wypierał się tej znajomości i przyrzekał babci na swoje, przedwcześnie zakończone życie, że nic ich nie połączyło. – Pójdziemy kanałami, jak partyzanci – wyjawił drżącym z podniebienia głosem, wskazując na pokrywę włazu walającą się w trawie.

Palladyn dopadł klapy i wyrwał ją z posad swą mocarną ręką, która wyleciała w powietrze, by kilkadziesiąt metrów dalej upaść płasko i potoczyć się w pobliskie krzaczory. Taką miał siłę nasz chwat. Z odkrytego otworu spojrzała na niego ciemna czeluść, a smród płynących pod ziemią ku morzu fekaliów obezwładnił mu nozdrza tak, że nawet nie mógł kręcić nosem.

– No dobra, ja otwarłem, a kto wchodzi? – zapytał retorycznie. – Ja nie mogę, bo mi się zbroja wygniecie – rzekł rycerz do maga.

– Ja mam klajstrofobię – rzekł mag do rycerza. – Już na samą myśl mam jakieś dziwne deja vu.

Obaj spojrzeli na torbę czarodzieja.

– Na mnie nie patrzcie – odparła torba głosem elfa. – ja bym chętnie pomógł, ale po kanałach to mi wiara nie pozwala. Po lasach, proszę bardzo, ile chcecie, ale pod ziemią, to by musiał raczej jaki krasnolud…

– No masz! – trzepnął się mag torbą w głowę, zanim ta nie skończyła i zamiast tego z bólu zaskowytała. – No przecież! Tak czułem, że nam w drużynie jeszcze kogoś brakuje.

– Hobbita? – zapytał zbity z trapu wojownik.

– Tylko nie hobbita! – zgodnie zaoponowała torba. – One mają brudne, bose nogi, jak Cejrowski i w dodatku włochate. Obrzydlistwo!

Mag już nie słuchał tej całej dygresji swoich towarzyszy. Zdjął kapelusz i ułożył go wygodnie na trawie, po czym mocno zdekoncentrowany, mląc w gębie zaklęcia jak tytoń, zaczął wierzgać nad nim rękoma. Po chwili z kapelusza wyszedł drugi kapelusz, tylko czerwony, a nie zielony jak ten pierwszy, a krok w krok za nim wylazł cały krasnolud.

– I co powiecie? – trysnął dumą Glandaf.

– Dziwny jakiś…. – nie potrafił ukryć zmieszanych uczuć rycerz. – Włosy rude, broda siwa. Jakiś punk-oldboy nam się trafił. Jak cię zwą, dziwolągu?

– Wypraszam sobie!

– Dziwne imię.

– Mówią na mnie Kraft. A to siwe na brodzie to krem do golenia, palancie – odgryzł się dziwoląg, wycierając wiklinowym fartuchem białą pianę z pyska. Dopiero teraz zauważyli, trzymaną w innej niż fartuch ręce, ostrą jak brzytwa, brzytwę.

– Ty, Kraft, ty się golić chciałeś? Jaki z Ciebie krasnolud? – zaciekawiona głowa elfa wychynęła z torbiastego zacisza i łypnęła ciekawskim okiem na postać w czerwonym kapturku.

– Jeśli już, to panno Kraft – oświadczyła się panna Kraft wydymając spowite zarostem usta jak maliny.

– Baba z brodą. Hmm…. Może to i jest dla mnie jakiś kompromis – zadumał się w zamyśleniu elf, po czym już pewniej, wysuwając z torby całą swą wdzięczną osobowość, rzekł – Jam jest Alfąs le Golas.

– Glandaf zielony, mag iluzjonista trzeciej klasy – przedstawił się Glandaf witając nowego członka drużyny. – Witam w naszej drużynie.

– Hobbit Bilbao, bardzo mi miło – usłyszeli z uśmiechniętej głowy, wysuniętej z czarodziejskiego kapelusza, którego brudna i kudłata gira dyndała przewieszona przez rondo, już prawie dotykając ziemi.

Pierwszy zareagował elf, rzucając pawiem w torbę. Drugi zareagował rycerz, stając jak wryty w bezruchu. Trzeci w kolejce był czarodziej, który nie dając szans na reakcję następnej z rzędu krasnoludzicy, wyrwał jej z ręki ostrą jak brzytwa brzytwę, teleportował się do leżącego na trawie kapelusza i uciął uśmiechniętą głowę od ucha do ucha, podczas gdy jego druga ręka, dławiąc się z obrzydzenia, wpychała śmierdzącą girę wgłąb.

– Co robisz! – krzyknęli pospołu i chórem każdy z osobna, choć nieco nieszczerze, bo dopiero upewniwszy się, że niechciana głowa spadła.

– Musiałem – odparł mag wargami w bólu spierzchniętymi i z, krwią głowy splugawioną, brzytwą w dłoni – niemym i mimowolnym zbrodni narzędziem. – Arcymistrz Ockham zawsze powtarzał, że nie wolno zbyt wielu bytów z kapelusza wyciągać, więc mi głowa ta niechciana, a tym bardziej gira włochata wyboru nie pozostawiły.

Po tym mrocznym zdarzeniu, bowiem słońce zajść już zdążyło i kształty swe ciężarne za horyzontem złożyć, zapadła grobowa cisza, w której spokojnie drużyna mogła wyjaśnić pannie Kraft, jakie zadanie ją czeka. Początkowo wzbraniała się brodata dziewczyna przed spacerem po podziemnym strumyku, ale usłyszawszy, że po wykonaniu questa drużyna do Bigosji podąża, zgodziła się, by w rodzinne strony powrócić. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że to tam krasnoludy z dziada pradziada swe kopalnie czarnym złotem opływające pielęgnują, a do Wurstlandii przybywają jeno trochę dorobić, na straży pięknych ogrodów stojąc i ich przysadzistą, choć wątpliwą ozdobą będąc.

– Właź że wreszcie do tej dziury. Tam Gargumiła czeka, żeby izbę nago zamieść – zniecierpliwiony rycerz wspomniał wybrankę swego serca na tę noc. – Masz broń?

Kraft wyciągnęła zza podwiązki wielki tłuczek do mięsa, który kształtem przypominał nieco młot, a z drugiej strony jakby patrząc topór, dzięki czemu wątła niewiasta nie musiała nosić obu.

– Jak masz na imię, cny rycerzu – zagaiła zalotnie, mrugnąwszy brodatym obliczem przeciągając strunę. – wszyscy się przedstawili, aby ty nie.

– Jestem Palladyn – odparł zniecierpliwiony przeciągającą się zwłoką.

– Świetnie. A jak masz na imię, zacny paladynie? – przeciągała strunę dalej.

– No co się głupio pytasz, jak wiesz?

– Nie wiem. – Przeciągnięta do granic struna zdawała się zaraz pęknąć, brzęcząc niemal namacalnie.

– Palladyn.

– Jak?

– Palladyn! – warknął Palladyn.

– Paladyn Palladyn?

– Palladyn, Palladyn, Palladyn!!! – wrzeszczał jak opętany Palladyn, a przeciągnięta struna pękła w nim wreszcie, jak guma w majtkach sparciała. – Ile razy mam ci powtarzać, ty rudy, kudłaty łbie! Rudy! Kudłaty! Jak wiewióra! Aaaarrrr!!!! – I błysnął blaskiem bersekerskiego szału miecz jego obnażony i nagi. I spadła by kolejna głowa, gdyby nie spadła przezornie do śmierdzącej dziury razem z resztą postaci, tłuczkiem do mięsa, misją do spełnienia i głośnym pluskiem ohydnej cieczy pod stopami, aż do pasa, bo niska to postać była. I tylko huk wystrzału daleki do ich uszu dobiegł.

– Słyszeliście? Już po niej – załkał elf Alfąs.

– A gdzież tam – odparł mag Glandaf spokojnie – To tylko strzelba w mym domu na ścianie wisząca. Jest bowiem powiedziane, że jeśli strzelba na ścianie wisi, to w końcu wypalić musi, inaczej po co by wisieć miała.

 

Koniec

Komentarze

pempikowcy już dzwonią: chcemy, by i nasz orzechy były łupane Mało!

Work smart, not hard

Ale typografia, odpadłem po "S" i turlam się, turlam :D Później dopiszę więcej :D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No nie da się z tym edytorem współpracować. Najpierw popsuł mi "S", przez co premiera opowiadania nieco się przesunęła, a o postawieniu zamku w zaplanowanym miejscu to już wcale mowy nie było. Dobrze, że chociaż "S" mi się udało troszkę odratować. A zamek to już Wam musiałem wrzucić na focie, jak on wygląda u mnie, żebyście wiedzieli co i jak. Jeszcze miałem mapkę, z opisem… :(

Jeszcze mi wredota motto przesunęła na lewo, choć było na prawo od lewa. Ech…

Więcej, Unfallu! Nie szczęść nas! ;)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Unfall mistrz nad mistrze. Jestem posikany. Nie mam słów. Zatę powieść Nobel pewny, albo ja spuszczę powietrze z cięciwy. Pozdrowienia.

Jak jakies poł godziny temu zobaczyłem tutuł i zajrzałem, to coś czułem że to się tak skonczy. :)  Jeszcze piszesz czy juz skonczyłeś?

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Orzeszki łupane wiewiórkami jak świeca w ciemnej dupie :D Cieknom moje stróżki z kontów (przelew nie dotarł… :)  )  Tank z chorobami generycznymi :):) obtańcowujący panne KRaft, brzytwę i arcymistrza Ockhama! :)  I palladyn, jako żywo Arcturiusa po Tomek. A tkże seksbomba z filmów niemieckich kaset, Ghargumila KAwowsky!   Ja ci powiem Unfallu, widac progress jak dokuje na stacji kosmicznej jusz tóż tusz, bo postacie są wylosowane wielobarwnymi koścmi, a jednak na typach archeologicznych zrencznie oparte, przy tym komiczne w pursęsowym stylu, jak w dobrym skeczu o papugach i złym dow cipie o tirowcu wyciongnionym przez cinkłaczento z rowu (bo na holenderskim gazie było). Przy tym, pszyznajem z zadrości, Huberto Eko morze schować sie ze postmortemizmem swym, bo tfuj lepsiejszy jest i nasiejszy, a jakrze radosny, zaś nawionzanie do szczelby Czkawkoka w finale wprost godne dodatkowych PD na koniec sesji. Dowcip s krzysie lepije niż Cejrowskiego giczał na piaskach świata, a wiadomo, że Krzysie nie opublikowane som podejrzane, wjęc musimy naczaskać kogo cza i zadbać o rozgłos! Ja ciem nominujem do pjórka, jak mi postafisz browara, bo wtedy korekta na pewno poprawi tfuj tekst i sprzedasz go za grube, a jak w kopalni sie nie przyjmi, to na wyciongu chociaż. I ftedy stróżka pszypilnuje, rzebyś już wiencej przelać mi nie zapomnił, piwa szczególnie.  :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zalth – skończyłem. Rybko – piwo chętnie postawię, jak się nam kiedyś spotkać przyjdzie. Dziękuję czytaczom obecnym i przyszłym i pozdrawiam serdecznie.

Arcyprzewybitne arcydzieło, Unfallu. Kupiłbym powieść, której framentem nas tutaj olśniłeś.

A dziękuję, wtedy będę musiał się rewanżować… O jajku, ale będzie w domu tłumaczenia nad ranem… :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Świetne, wręcz kapitalistyczne! Och! Jest nawet nawiązanie do słynnej strzelby Puszkina! ;) Ja czytelnik nie w czoło bity, tom wychwycił. I jeszcze konsekwentnie stosowany czterokropek. WOW

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tak własnie wyglądało moje granie w Kryształy Czasu, jak już z kumplami mielismy wiek odpowiedni i mogliśmy bezkarnie na sesji wódke pić. :) Rozbawione pozdrówki. Inicjał i obrazki wymiatają!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Niech mi gwiazdka wigilijna mruga – wrócę pózniej 

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

Zaprawdę pod wrażeniem Twego kunsztu jesteśmy, panie Unfall. Z roku na rok coraz bardziej nas w zachwyt wprawiasz, widomy znak geniuszu swego łaskawie na tym portalu objawiając. I ja bym Twoją powieść nabyła drogą kupna w Pempiku, byle z pantografem i dedykcją ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ale szczające wściekłe zombie były brdziej grafomaańskie ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję wszystkim. 

 

Wrzuciłem jeszcze mapkę, którą miałem gotową, a która miała być pod tekstem (a zamek w środku), ale poległem z walce z edytorem.

Joseheim – no jak Ci się mogą bardziej podobać zombi, jak Ty lubisz fantasy, a zombi to nie fantasy, a to o tytaj to tak?

Piękna mapa ; D   Nie mówię, że zombie mi się bardziej podobały, tylko że były bardziej grafomańskie ; P Tu widać, że za dobrze się bawiłeś podczas pisania ^ ^

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Za mało grafomańskie… No cóż, mam jeszcze drugie podejście ;)

Mapka – mistrzostwo… Europy? ;)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Shit – kraj na wschód od Bigosji występuje rownież w moim dziele pod tą samą nazwą. Teraz będzie, że Dziki Wschód od ciebie ściągnąłem… 

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

Milczę, albo wiem, sów mi brakuje by oodać ogrom Twej magnificencji,Unfallu. Niemiłorzebnie oczekuję ciągu dalszego, bo martwiem sie o Kraft, która jest moją perserweracją, bo tłuczek nawet taki sam miałam, z raczką pomarańczową pod kolor włosów (chociaż występnie, bo tłuczek w rodzinie od dziecka był, a włosy póniej pofarbowałam, no pianki a do brody nie używam, mi tam pinceta wystarczy)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Tyraelu – przyjmijmy, że Dziki Wschód zawsze tam był gdzie jest i żaden z nas go nie wymyślił, bo na takie cudo fantazji nawet ułanom by nie starczyło i że to dobro nasze wspólne, o którym każdy pisać może, a nazwa wspomniana sama na myśl przychodzi.

 

Alex – z tym dalszym ciągiem to nie wiem. To moja pierwsza, nieśmiała próba w tym gatunku i może powinienem pozostać przy SF, aby świata Fantasy nie zdemolować do reszty. Bowiem mogłoby się okazać, że do pogromów hobbitów zacznie dochodzić za ich giry włochate, że latające elfy zaczną się uganiać za brodatymi, czerwonymi kapturkami, a zacni i szlachetni dotąd rycerze zaczną się rozglądać za tuningowanymi pannami przy drodze, w lesie stojącymi. I co wtedy zostanie fanom Fantasy z ulubionego ich świata?

Jako że piszę z telefonu (stacjonarnego rzecz jasna), z dłuższym komentarzem wstrzymam się do jutra. A na tęcza's napiszę: brawo!

Z mapką jest jeszcze epickiejsze. Ten kontynent wydaje mi się dziwnie znajomy… Hmmmmmm…… Nie zgapiałeś przypadkiem od Tolkiena?

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Epicki map ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Garguśka! Mordo ty moja! Wróciłaś! Inicjał wymiata, reszta dekoracji też niezgorsza. Kawał dobrej grafomanii. Ze szczególnym uwzględnieniem grafo. Jako niewiasta, czuję się rzucona na kolana i w puch. ;-)

Babska logika rządzi!

Widzę, że zdecydowałeś się na trochę inny typ grafomanii niż w ubiegłym roku. Ale czytało się równie przyjemnie!   gdy był mały, wiewiórki łupały jego orzeszki. […] – Spoko, dopiero się rozkręcam – obruszył się autor, ale nikt go nie słuchał.

– Ruszać dupy! – ryknął bez cienia sprzeciwu rycerz, więc zebrali wspomniane dupy w troki i je ruszyli.  […] A zamek ów wyglądał tak, jak na obrazku (patrz na obrazek). […] dostając z podniecenia wypieków na przyłbicy.  […] wyrwał jej z ręki ostrą jak brzytwa brzytwę, To moje ulubione teksty, ale uśmiech pojawiał się na mej twarzy o wiele częściej :D Gdybym na sklepowej półce ujrzał zbiór opowiadań z takimi fragmentami, jak te przytoczone wyżej, długo nie zastanawiałbym się nad kupnem :P Aha, i jeszcze jedno: Bramy natomiast pilnował ogromny troll, ale na rysunku go nie ma, bo akurat na chwilę poszedł siusiu. – Tutaj nagniotłeś rzeczywistość!!11 Trolla nie było, bo zgładził go dzielny Perfista w trakcie swej pierwszej przygody!!1 

Uprzedzona do Ciebie wiedziałam że nie będzie to historia o kontynuacji losowej kapitana Rape Victima to też i bez zbytniego niedowierzania zanurzyłam się w dzieje nowym bohaterom przypisane. I nie zawiodłam się akurat w tym zakresie. Co prawda to prawda, ale nakreśliłeś ich, tych owych bohaterów nowych, wizerunki znajdujące się w innym czasie i miejscu niżby już wspomniany kapitan R.V., ale jak się wysłowiłeś o nich to wszystkich dało się polubić i towarzyszyć im nie raz z ramieniem duszą  obciążonym, bo takie niesamowite i groźne przeżycia mieli, że normalnie żal dupę ściska że taka normalna czytelniczka jak ja, pomarzyć sobie tylko o podobnych morze a nie dać akces do udziału w człapaniu choćby i w kanałowych gówienkach, z których można wyjść i okryć się sławą i chwałą. Dziękuję Ci Unfallu, że dzięki Tobie było ni dane sięgnąć niesięgalnego w innych warunkach poziomu myśli twórczej Cię cechującej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Udało się!!! Hurrra!!! ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:):):)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Michale, Psychofishu, Koiku, Ryszardzie, Zalthcie, Zygfrydzie, Szyszkowy Dziadku, Tyraelu,Joseheim, Alex, Perruxie, Finklo, Regulatorko.

Dziękuję wam wszystkim serdecznie. 

o ja cie, zarumieniłem się :D

Work smart, not hard

Szyszkowy Dziadku – map jest mój własny, kserowany z atłasu co go mam na półce.

Finklo – no przecież nie mogłem Garguśki w pierścień zaklętej zostawić. Tutaj ja karty rozdaję, więc będzie tu miała jak w puchu i mikstury pod dostatkiem że hej.

Perruxie – nie jednemu trollowi na imię Burek, więc to mógł być inny. Tego łazi tyle co pielgrzymek.

Regulatorko – cieszę się niezmiernie, że wreszcie na te właściwe opowiadanie trafiłaś i Szalona Ryba Cię żadnym cynamonowym smakołykiem nie zwiódł z właściwej drogi, albo tylko na chwilę. ;)

Tak, Unfallu. Przez pamięć kapitana Victima, mimo że błądziłam długo i zaciekle, trafiłam tu gdzie trzeba. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj tam zwiódł zwiódł od razu, w promocji rozdawałem… :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Pieńkne że aż pem Pek mięknie! Tyle przygód – o, ile! – niejeden zadarty nos przyprawi o gile! A żeby nie było rwetesu -  nie było jeszcze kretesu! Czyli czek Amy na więcej! Kawa u dobrej roboty! -  "krzyknęli pospołu i chórem każdy z osobna"  … czytelnicy :D A niech ich krew szaleje! ;)

Hm. No to może tak (tłumaczenie komentarza powyżej) : podobało mi się. Pozdrawiam.

Blue Ice – wielkie dzięki (za oba komentarze).

Pomysł z Było kilka zdań, po lekturze których musiałem przerwać czytanie z powodu napadu śmiechu (np. to o naciąganiu cięciwy bez strzały, czy tez moment pojawienia się tanka i questu), ale grafomania to to nie jest, Unfallu ;) Inicjał przerewelacyjny :)

Sorry, taki mamy klimat.

Początkowy "Pomysł z" uznaj za nieistniejący. :(

Sorry, taki mamy klimat.

Pomysł na powinno być :D Pomysł na kilka zdań każdego dnia

Work smart, not hard

Oj tam oj tam :)

Sorry, taki mamy klimat.

Sethraelu – dzięki za komentarz. Jeśli chodzi o grafomańską stronę tekstu, to pewnie, tak jak Joseheim, masz rację. Grafomania była impulsem do pisania, inspiracją dla powstania pomysłu. Problem w tym, że im bardziej pisanie jakiegoś tekstu sprawia mi przyjemność, tym mniejsze znaczenie zaczynają mieć początkowe założenia, a już jakieś tam konkursowe ramy stają się niemal abstrakcją. W efekcie wyszła taka hybryda, ni pies ni wydra, bo to ani poprawnie napisane, ani do końca grafomańskie. I co z tym teraz zrobić? Może po prostu…. pieprzyć to. :D Skoro mi sprawiło przyjemność pisanie, kilku osobom czytanie, to już wystarczy. Mission accomplished. ;)

prawidłowe myślenie, w końcu literacki nobel sam się nie zdobędzie :P

Work smart, not hard

Niestety, Unfallu, choć posikałe się ze śmiechu, to muszę z przykrością stwierdzić – za dobre, jak na grafomanię.   Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy ;)

Mee!

No i wróciłem… Nie pożałowałem. Fragment z krasnoludem – wyborny. Z resztą podobnie – kilka dziwnych i lekko infantylnych tekstów gdzieś tam się zabłąkało, ale całość zahacza o geniusz, przez duże G, jak w "Grafomanii". Szacun, Panie, Szacun.

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

Tyraelu, Juniorze – dzięki za komentarze. 

Wysoko zarzucona poprzeczka! Świetne!

Nowa Fantastyka