- Opowiadanie: t.lena - Błąd Zachariasza

Błąd Zachariasza

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Błąd Zachariasza

Zachariasz rozpoczynał pracę punktualnie. Za minutę ósma odsuwał krzesło i siadał przed pulpitem dekodującym. O ósmej zaczynały napływać dane.

 

Poprzedniego dnia poczętych zostało siedemnaście zygot. Zachariasz uśmiechnął się – to dużo. Kiedyś, pięćset lat temu, było ich więcej, znacznie więcej, ale już od kilku pokoleń populacja Arki spadała jak w studni grawitacyjnej. Tegoroczna średnia wynosiła dziesięć urodzeń dziennie, na blisko dwadzieścia kremacji. Gdyby cała wczorajsza siedemnastka została zatwierdzona do rozwoju, sprawiłoby to radość wszystkim Pasterzom. Oczywiście nie było to możliwe, wady genetyczne wciąż nie zostały całkowicie wyeliminowane i rolą Pasterza było dopilnować, by nieprawidłowe jednostki nie zanieczyszczały puli genowej Arki. Stado powinno po prostu płodzić więcej dzieci.

 

Niestety, działania propagujące rozmnażanie miały ograniczoną skuteczność. Stymulowanie owulacji miało sens tylko wtedy, kiedy dochodziło do stosunku, a to niestety zależało od wolnej woli ludzi. Oczywiście Pasterze stwarzali im odpowiednie warunki. Młodym, którzy dobierali się w pary, dawano przytulne nisze; w sieci popularyzowano romanse a informacje o katastrofach i zagrożeniach udostępniano jedynie w ostateczności. Mimo to, dopóki Pasterze nie zdecydują się na zdjęcie barier z ludzkich sieci neuronalnych, by można było na ich mózgi oddziaływać tak samo, jak na biochemię reszty ciała, wszystkie te działania miały zaledwie skuteczność manipulacji.

 

Zachariasz nie był zwolennikiem mechanicznego sterowania stadem Arki. Jeśli jednak mieli przetrwać jako gatunek, prawdopodobnie za kilka miesięcy trzeba będzie podjąć radykalne działania.

 

Nie zależało to jednak od niego. On musiał przejrzeć zapis genetyczny poczętych wczoraj zygot, a statystycznie w tej siedemnastce trafić się mógł co najmniej jeden, w najgorszym wypadku połowa, osobników wadliwych. Program eliminacji chorób z puli genowej Arki funkcjonował od dwóch pokoleń i teraz już widać było efekty. Początkowo przecież prewencja anulowała ponad połowę poczęć. Żal tylko, że Ziemia, wysyłając Arkę w mającą trwać tysiąc lat podróż do nowego świata, nie wprowadziła dekretu o czystości genetycznej. Że Pasterze musieli dochodzić do tego rozwiązania w bólach i mękach, patrząc na degenerację społeczeństwa, na nieszczęścia i cierpienie. Teraz wreszcie, w połowie podróży, wizja społeczeństwa doskonałego – zdrowego i szczęśliwego – zaczynała się powoli realizować.

 

Na pulpicie wyświetliła się podwójna helisa pierwszej zygoty. Za każdym razem, gdy ten widok ukazywał się oczom Zachariasza, nie mógł on powstrzymać westchnienia zachwytu. Natura, która stworzyła coś tak wspaniałego, godna była najwyższego uznania. Gdyby tylko w ten skomplikowany wzór nie wkradały się niedoskonałości.

 

Zachariasz podzielił materiał genetyczny na chromosomy. Przeglądał kod każdego z nich po kolei. To będzie dziewczynka. Będzie miała niebieskie oczy i jasne włosy, które z wiekiem ściemnieją. Będzie niska, ale w granicach normy. Z tendencją do próchnicy. Zachariasz zapisał to w uwagach, by Pasterze, na którymś z dalszych etapów, ci dbający o jej rozwój, dopilnowali stworzenia dla niej odpowiedniej diety. Nie będzie miała tyle swobody, co inne dzieci; Zachariaszowi było jej trochę żal. Po blisko pół godzinie analizowania genomu dziewczynki z ulgą i odrobiną współczucia zatwierdził ją do dalszego rozwoju.

 

Podobnie było z kolejną trójką. Chłopiec będzie bardzo szybko wzrastał w okresie dojrzewania – ktoś wtedy będzie musiał dopilnować, by się dobrze odżywiał i wzmacniał mięśnie. Kolejny chłopiec miał w zapisie genetycznym krótkowzroczność – tu może będzie konieczna korekta, ale o tym zadecydują inni, później. Przy jego genomie pojawił się pomarańczowy wykrzyknik, dziecko będzie pod specjalnym nadzorem. I dziewczynka, tym razem o skłonnościach do tycia. Znowu dieta, ćwiczenia, ograniczenia.

 

Następna dziewczynka była fizycznie niemal doskonała. Dla dopełnienia perfekcji, jej potencjał intelektualny stawiał ją wysoko ponad przeciętność. Zachariasz czuł ucisk w gardle; jeśli Pasterze zadbają o jej rozwój emocjonalny i społeczny, kiedyś może nawet zasilić ich pulę genową. Oznaczył jej zapis zieloną gwiazdą – do szczególnej opieki. Dawno nie natrafił na taki klejnot.

 

Piąte dziecko było wadliwe.

 

Zachariasz nawet nie spojrzał na jego płeć. System sam oznaczył potencjalnie niebezpieczne rejony, więc skupił się na ich analizie. I, rzeczywiście, dziecko będzie przejawiało cechy autyzmu. Będzie miało trudności w relacjach z rówieśnikami, problemy w rozróżnieniu informacji istotnej od nieistotnej, nadwrażliwość na bodźce, być może tysiące innych cech, które uczynią jego życie trudnym do zniesienia i zmuszą otoczenie do ciągłego dostosowywania się do jego potrzeb.

 

Podczas szkoleń Zachariasz poznał wszystkie schorzenia znajdujące się na liście cech przeznaczonych do eliminacji z puli. Do tych, które bezwzględnie należało zlikwidować należały wszelkiego rodzaju nowotwory, potencjalne niedorozwoje, zaburzenia autoimmunizacyjne, czy rzadkie, nie wyeliminowane wcześniej, jeszcze na Ziemi, choroby genetyczne. Autyzm nie znajdował się na głównej liście. Niektórzy obserwatorzy utrzymywali, że w lekkich przypadkach osoby autystyczne przejawiały wiele potencjalnie pozytywnych cech, jak umiejętność skupienia się, uparte dążenie do celu, dostrzeganie schematów i układów zależności niewidocznych dla innych. Jednak większość specjalistów uznawała, że zaburzony rozwój społeczny sprawia, iż ilość nakładów poniesionych na dostosowanie przeważa nad przydatnością takich osobników dla stada. Dlatego obecnie odgórna dyrektywa mówiła o likwidacji.

 

Zachariasz zawahał się jeszcze przez chwilę. Przecież dzieci było coraz mniej, może należało rozpatrzyć wątpliwości na korzyść dodatkowego osobnika? Ale z drugiej strony jednostka z zaburzonym rozwojem społecznym nie miała szans by spłodzić własne dzieci. Poza tym, w dzisiejszej puli było dość dużo zygot. Gdyby to dziecko pojawiło się wczoraj, kiedy Zachariasz miał ich tylko pięć, być może pozwoliłby tej jednej przetrwać i opatrzyłby ją jedynie bardzo wysokim priorytetem obserwacyjnym, do ewentualnej aborcji w ciągu pierwszych trzech miesięcy.

 

Ponieważ jednak wierzył, że do dalszego rozwoju przeznaczy dzisiaj ponad dziesięcioro dzieci, zdecydował o natychmiastowym anulowaniu tej zygoty. Matka dziecka nie będzie nawet niczego świadoma. Oczywiście dowie się później, że poczęła, bo nie będzie jej dane mieć więcej dzieci z tym partnerem. Zanim jednak oboje otrzymają jakąkolwiek informację, zostaną przeprowadzone dokładniejsze badania zarówno matki, jak i ojca. Pasterze muszą wykazać czy wina leży po jednej ze stron, czy błędny wynik jest po prostu rezultatem połączenia genomu jego i jej. Jeśli którekolwiek z nich jest nosicielem prekursora wadliwego genu, ta osoba zostanie natychmiast wysterylizowana. I znów ktoś zniknie z puli genowej gwiazdy.

 

Likwidacja wadliwej zygoty zawsze była trudną i bolesną decyzją. Zachariasz jednak podjął ją, bo zdawał sobie sprawę z konsekwencji. Wiedział, co czekałoby populację, gdyby tego nie zrobił. Gdyby pozwolono przeżyć jednemu choremu dzieciakowi, ktoś miałby potem wątpliwości przy kolejnym, potem przy bardziej wadliwym, aż w końcu dopuściliby znów do panoszenia się patologii.

 

Musiał jednak zrobić przerwę. Musiał odetchnąć świeżym powietrzem oranżerii, zjeść słodką brzoskwinię, napić się wody. Potem poprosił o kontakt ze swoją narzeczoną, ale wymienili jedynie zdawkowe pozdrowienia, bo była zajęta konserwacją napędu. Pracowała w sekcji Arki, która dbała, by posuwali się cały czas do przodu, cały czas w stronę Epsilon Eridani, gdzie – jak już od setek lat przed wyruszeniem ich gwiazdolotu było wiadomo – istniała planeta o parametrach podobnych do Ziemi. Planeta, na której ich potomkowie, oraz całe rzesze tych, którzy teraz czekali w inkubatorach w stanie nasiennym, mieli stworzyć nową cywilizację.

 

Aby ta cywilizacja była doskonała, teraz ludzie tacy jak Zachariasz musieli dbać o czystość puli genowej, musieli analizować helisę DNA i stopniowo, pokolenie po pokoleniu, usuwać z niej niepotrzebne fragmenty.

 

Zachariasz wrócił do swojej pracy. Sprawdził kolejne pięć genomów i wszystkie z nich zatwierdził. Zjadł obiad, sprawdził kolejne trzy. Znów jeden był do odrzucenia, ale tym razem bez żalu, dziecko było zagrożone rakiem, rzadką już teraz chorobą, którą genetycy próbowali zlikwidować odkąd w ogóle zaczęto analizować ludzki genom. Niestety wciąż uparcie powracała, w nowych dziwnych formach.

 

Czternasta zygota zaskoczyła go i uradowała niezmiernie. Był to potencjalny potomek Pasterzy. Dzieci wśród jego pobratymców zdarzały się jeszcze rzadziej niż w pozostałej populacji. Przede wszystkim dlatego, że liczba Pasterzy nie przekraczała pięciu procent ogółu, a poza tym ich obowiązki związane z czuwaniem nad wszystkimi aspektami życia w Arce, począwszy od opieki nad ludźmi, przez utrzymanie systemów podtrzymywania życia wewnątrz gigantycznego statku kosmicznego aż po nadzorowanie napędów i utrzymywanie Arki na wyznaczonym kursie – nie zostawiały wiele czasu na oddawanie się przyjemnościom cielesnym. Wprawdzie lepiej niż reszta ludzi zdawali sobie sprawę z konieczności utrzymania ciągłości gatunku, a zwłaszcza swojej grupy, jednak sama świadomość, to było jeszcze zbyt mało, by motywować do rozmnażania się. A co jak co, ale manipulacja Pasterzami na żadnym poziomie nie wchodziła w grę.

 

Zachariasz podszedł do zygoty Pasterza z bijącym sercem. Było to po prostu ludzkie dziecko. Pochodziło z wyselekcjonowanej, lepszej puli genowej, ale tak samo, jak inne, było narażone na nieprawidłowości. Trzeba je było przeanalizować ze szczególną starannością. Zachariasz oglądał zapis genetyczny chromosom po chromosomie, niemal kod każdego białka z osobna. Mógł domyślać się nawet cech charakteru chłopca – bo to miał być chłopiec – pracowitość, współczucie. Prawdopodobnie mógł mieć predyspozycje do nauk biologicznych, tak, jak Zachariasz.

 

Obserwator na chwilę wstrzymał oddech. Ze swoją narzeczoną starali się o dziecko. A jeśli ktoś z nadzoru funkcji gruczołów wewnętrznych zainicjował u niej owulację? Albo może doszło do niej w sposób zupełnie naturalny, to też się zdarzało. Zachariasz potrząsnął głową i wrócił do analizowania zygoty. Nie powinien znać tożsamości rodziców, przynajmniej do chwili, gdy ostatecznie zadecydował o losie potencjalnego dziecka.

 

Trudno mu było się skupić. Nie mógł sobie pozwolić na popełnienie błędu, nie w tak istotnym przypadku. Skłonność do alergii. Tak, on sam został z tego wyleczony tuż po urodzeniu. Zachariasz oznaczył dziecko do dalszej obserwacji w tym kierunku. Jeśli skłonność była tak silna, że zwykłe procesy odczulające mogłyby nie wystarczyć, będzie o tym wiadomo w ciągu kilku godzin – jak tylko korektorzy przeanalizują zapis kodu pewnych konkretnych białek. Przypadki by alergie były nieuleczalne zdarzały się rzadko, nie powinien się tym niepokoić. Mimo to Zachariasz ze ściśniętym żołądkiem przeglądał kolejne białka, kolejne chromosomy, kolejne informacje. Jeśli znajdzie coś jeszcze… Nie! To dziecko musiało przetrwać. Nieważne, czy był to jego syn, czy innego z Pasterzy. Musiał przeżyć dzisiejszy dzień, jutro wprowadzą do jego genomu mutacje zwiększające szybkość przepływu bodźców nerwowych, inteligencję, zdolność do analizy i syntezy. A potem chłopiec się urodzi, dorośnie i zostanie kolejnym Pasterzem, kolejnym z tych na pierwszej linii walki o przetrwanie rodzaju ludzkiego.

 

Chłopiec był zdrowy. Zachariasz otarł pot z czoła, zdziwiony, że badanie tak go zmęczyło. Spojrzał na zegar – dzieciak zajął mu prawie dwie godziny. A potem zatwierdził akceptację do dalszego rozwoju.

 

Uśmiechnął się do siebie.

 

Powinien poczekać. Ostateczny werdykt miała wydać dopiero komisja analizy białek i korektorzy, ale po prostu nie wytrzymał. Musiał wiedzieć. Otworzył plik z danymi i jego serce zaczęło walić tak mocno, że miał wrażenie, że zaraz wyskoczy mu z piersi. Że radość i duma po prostu go rozsadzą.

 

Miał zostać ojcem.

 

Niewyobrażalne było zajęcie się dalszymi zygotami. Nie był w stanie w tej chwili myśleć. Chciał zaraz skontaktować się ze swoją narzeczoną, z matką swojego dziecka, ale powstrzymał się. Powie jej dopiero po werdykcie komisji. Czekanie będzie torturą, ale musiał poczekać.

 

I musiał się zająć pracą. Jeszcze trzy zygoty. Trzeba się skupić, one też są ważne, przy nich też nie można popełnić błędu.

 

Myśli Zachariasza uciekały jednak cały czas do jego własnego syna. Kiedy pięć lat później przeprowadzano śledztwo, nie potrafił powiedzieć, co wtedy zadecydowało o takiej, a nie innej jego decyzji. Dwie z zaakceptowanych przez niego pod koniec tego dnia zygot urodziły się i rozwijały bez problemów. Trzecia – wiedział już wtedy – kilka godzin później podzieliła się na dwa zarodki. Wtedy ucieszyła go ta informacja w zapisie genetycznym komórek. Pomyślał, że to jakby rekompensata za to autystyczne dziecko, które się nie narodzi. Że z całej siedemnastki tego dnia usunięte zostanie tylko jedno dziecko.

 

Być może przeoczył pewną predyspozycję. Być może dostrzegł ją, ale uznał za nieistotną, bo tak bardzo chciał, by nic nie przyćmiło jego radości. Pięć lat później niewielka infekcja wirusowa u jednego z bliźniąt doprowadziła do ostrej odpowiedzi układu immunologicznego. Ta przerodziła się w autoagresję komórek odpornościowych, które zniszczyły jeden z narządów wewnętrznych dziecka, powodując u niego niemal zapomnianą chorobę.

 

Przez swoją nieuwagę Zachariasz sprawił, że cierpienie i ból powróciły do świata Arki, bo pięcioletniego dziecka nawet Pasterze nie mogli anulować.

 

#

Koniec

Komentarze

Czytałam ten tekst już jakiś czas temu i pamiętam, że mi się podobał. Teraz podobał mi się jeszcze bardziej. Spokojna, niespieszna narracja, opis każdej kolejnej zygoty czyta się jak prawdziwy dreszczowiec. Opowiadanie wciąga, cały czas ma się wrażenie, że wydarzy się coś niespodziewnego, czeka się na ten moment w napięciu. No, moim zdaniem udało Ci się :).

Ocha, dzięki, kocham Cię!

I dzięki oczywiście za tamte uwagi, wtedy, były bardzo pomocne. :) W zasadzie to nie wiem, bo czuję, że powinnam podziękować beta-czytaczom w jakiejś notce odautorskiej, ale wydaje mi się, że nie jest to przyjęte tu na portalu. Hm. W każdym razie to opowiadanie miałoby zupełnie inny kształt i pewnie byłoby mniej udane, gdyby nie pomoc Ochy i KaelGoranna. Ukłony dla Was obojga. :)

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

…Droga Leno. Dla Ciebie przerywam urlopowe milczenie. Tak mało na tym portalu opowiadań S. F. inteligentnych i z pomysłem. Podobało mi się, pomimo drobnych mankamentów. To Twoje opowiadanie jest jak Twoje zarodki: do rozwinięcia.

…Na ogół nie lubię kobiet piszących S. F. Ale na tym portalu poznałem teraz dwie: Ciebie i Mariannę. Od teraz jesteście moimi przyjaciółkami w tematyce science fiction. Mógłbym z Tobą podyskutować o Twoim opowiadaniu parę godzin, ale w takich komentarzach, to niemożliwe. Proszę Agnieszkę, aby zaproponowała opowiadanie do wyróżnienia za – pomysł. Pozdrawiam uśmiechnięty.

Ryszardzie – cóż stoi na przeszkodzie, żebyś Ty to zrobił? Jako beta – czytaczce byłoby mi nieco niezręcznie. A po Twojej prośbie – jeszcze bardziej :). Ryszardzie, przełącz się na Hyde Park i zrób to. Tam nie gryzą ;). Pozdrawiam.

Aż nie wiem, co powiedzieć. Może to, że siedzę przed komputerem i szczerzę się tak, że zaraz mnie posądzą o zwariowaność jaką. :) Ryszardzie, naprawdę? mógłbyś? parę godzin??? To ja chyba maila do Ciebie napiszę. ;) S-F to moja pasja. Do poduszki, jako dzieciak czytać nie umiejący, czytane miałam "Bajki robotów". Czym skorupka za młodu i tak dalej. Wyróżnienie? Wyróżniłeś mnie swym komentarzem. :) A jeśli chodzi o rozwinięcie, to na razie istnieje jedynie w mojej głowie, ale po takiej zachęcie… Dziękuję ogromnie.

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

t.leno, ukłony. Plus życzenia: dalej do przodu… Wyrazy uznania dla bet.

Łe, czytałem to już ; )

Adamie, mozolnie, krok za krokiem, aż może wreszcie po czterdziestce dokądś się dojdzie. ;) Dzięki. Kaelu… A-a-ale… Łe? I tak się cieszę, że przeczytałeś drugi raz. ;p

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

…Zauważyłem że niektóre zdania kończysz przymiotnikami. I mnie się to często zdarza. Polecam do Twego opowiadania – Hugsleya "Nowy, wspaniały świat" i S. Lema  "Powrót z gwiazd". Pozdrowienia.

Kawał dobrego opowiadania, t.leno. Przeczytałem z przyjemnością. Pomimo braku akcji wprost z kina akcji i diesiątek wyrazistych bohaterów tekst wciąga i otula czytelnika swoją klimatycznością. A po wszystkim zmusza do refleksji, do kiwnięcia z uznaniem głową. Poza tym, co mnie bardzo cieszy, nie jest to jakiś hard s-f i mogłem wszystko zrozumieć, bez sięgania po ciocię wikipedię. :) Wpierw zastanowiłem się nad rozdzieleniem podwójnej helisy na chromosomy (bo ja bym ją rozdzielił na łańcuchy), ale po chwili zrozumiałem, co miałaś na myśli. Tylko informuję, że w tym momencie na chwilę się zatrzymałem. Może podzielił? Zresztą, być może tylko mi to brzdękneło (czy zgrzytnęło:). Super.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Nie jest dobrze dopracowany tekst…  "Zachariasz rozdzielił helisę na chromosomy. Przeglądał kod każdego z nich po kolei. To będzie dziewczynka. Będzie miała niebieskie oczy i jasne włosy, które z wiekiem ściemnieją. Będzie niska, ale w granicach normy. Z tendencją do próchnicy. Zachariasz zapisał to w uwagach, by Pasterze, na którymś z dalszych etapów, ci dbający o jej rozwój, dopilnowali stworzenia dla niej odpowiedniej diety. Nie będzie miała tyle swobody, co inne dzieci; Zachariaszowi było jej trochę żal. Po blisko pół godzinie analizowania genomu dziewczynki z ulgą i odrobiną współczucia zatwierdził do dalszego rozwoju.

 

Podobnie było z kolejną trójką. Chłopiec będzie bardzo szybko wzrastał w okresie dojrzewania – ktoś wtedy będzie musiał dopilnować, by się dobrze odżywiał i wzmacniał mięśnie. Kolejny chłopiec miał w zapisie genetycznym krótkowzroczność – tu może będzie konieczna korekta, ale o tym zadecydują inni, później. Przy jego genomie pojawił się pomarańczowy wykrzyknik, dziecko będzie pod specjalnym nadzorem. I dziewczynka, tym razem o skłonnościach do tycia. Znowu dieta, ćwiczenia, ograniczenia." W całym tekście występuje zdecyodwany nadmiar czasownika "być" i czasownika "mieć". I jeszcze dochodżą zaimki. Zabrakło ostatecznego szlifu.  Pozdrówko. 

Dawno nie czytałam opowiadania o kilku godzinach czyjejś pracy, zdawałoby się monotonnej i rutynowej. Niby nic się tu nie dzieje, a jednak tekst jest napisany w sposób niepozwalający przerwać lektury. Gratuluję.  

 

Nie ważne, czy był to jego syn, czy innego z Pasterzy”. –– Nieważne, czy był to jego syn, czy innego z Pasterzy.  

 

„Że radość i duma po prostu go rozsadzi”. –– Że radość i duma po prostu go rozsadzą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Koiku, sprawiłeś mi tym komentarzem ogromną przyjemność. Dziękuję. :) Może "podzielił"? Pomyślę, mam jeszcze jakieś osiemnaście godzin… ;)   Rogerze, trochę racja. Mimo to, zostanę przy tym, co jest. Nadużywanie czasowników "być" i "mieć", zwłaszcza w przypadku tych dwóch akapitów było (tak, wiem, znowu było) po części zamierzone. A po części może wyniknęło z mojej niewiedzy, braku doświadczenia, nie wiem. Ale w jaki sposób pisać w czasie przyszłym nie używając czasownika "być"? Mimo wszystko, dziękuję za zwrócenie uwagi. Na pewno w przyszłości pomyślę uważniej. O! I udało mi się bez "bycia". :)   Regulatorzy. Znów wielki uśmiech na mojej twarzy. Dzięki. Błędy poprawione.   I jeszcze Ryszardzie drogi. :) Ależ Huxley to mój idol. A i "Powrót z gwiazd" chyba trochę pamiętam. 

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Gratuluję pomysłu i wykonania. :).

Ogół nie chce wiedzieć, że jest myślącą masą złożoną z bezmyślnych jednostek

"Opowiadanie wciąga, cały czas ma się wrażenie, że wydarzy się coś niespodziewnego, czeka się na ten moment w napięciu". No i właśnie właściwie nic się nie wydarza. Spodziewałem się mocniejszego uderzenia pod koniec. Dramatu Zachariasza odkrywającego błąd w genomie swojego potomka. Albo przegapiającego taki błąd – z konsekwencjami. To mogłoby być straszne… i ciekawe. Jednak to Ty jesteś autorką i wybrałaś inne rozwiązanie. Opowiadanie i tak mi się podoba :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Koiku, właśnie zauważyłam nominację. Łał. Zaczerwieniłam się.   Kiwi, dzięki. :)   Jerohu, to jest tak, że poprzednia wersja tego opowiadania składała się z dwóch części i w tej drugiej było takie właśnie mocniejsze uderzenie i wyjaśnienie, i stosunek Zachariasza do całej sprawy, i konsekwencje, i co tylko jeszcze. Tylko, że coś nie siedziało. Się zrobiło melodramatyczne jakieś. To jest temat, który – co ja mam z tymi tematami – wymaga głębszej analizy, poważniejszego podejścia, nie wiem. Czegoś, czego ja nie potrafię zrobić w pięciu tysiącach słów i w taki sposób, żeby robiło wrażenie. Próbowałam. Wydłużałam coraz bardziej i zamiast pełnego napięcia dramatu, otrzymywałam tekst coraz bardziej pompatyczny. A nie o to chodziło. Dlatego obcięłam, przyklepałam i zostawiłam. Tak, moja decyzja. Dobrze, że nie przypadkowa. :) I cieszę się, że mimo mankamentów tekst przypadł do gustu.

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Mocniejsze uderzenie byłoby, IMO, do bólu przewidywane. Wyjaśnienia – po co? Jeszcze może notkę odautorską dodać? :) Modne ostatnio… :)

Tutaj masz tekst – scenkę – i furtkę na podumanie. To zakończenie podoba mi się, bo pokazuje szerszą paletę emocji Zachariasza; no i wymyka się przewidyalności. Kopnięcie na końcu i tak jest przecież iście końskie.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

No i właśnie właściwie nic się nie wydarza - no bez przesady :). Mnie się to zakończenie bardzo podoba.  A jeżeli tekst jest taki, że czeka się cały czas z napięciem na rozwój wypadku, a na końcu nie ma jakiegoś oczywistego, podanego na tacy trzęsienia ziemi, a mimo to całość nie sprawia zawodu (tak jak to było w moim przypadku) – no to już w ogóle super. Hmmm, czy ten komentarz jest zrozumiały dla kogokolwiek oprócz mnie? ;) A, co tam, poprę Koika.

Na początek zaznaczę, że opowiadanie mi się podoba, a w dodatku należy do mojego ulubionego gatunku.

 

Trochę poczułem niedosyt, tak jak Jeroh, ale chyba nie do końca dlatego, że zabrakło mi mocnej końcówki. Nie ma przecież reguły, zgodnie z którą autor ma obowiązek "na dowidzenia" naprać czytelnika po głowie, tym bardziej, jeśli w trakcie już obił mu nieco plecki. Niedosyt wynika chyba bardziej z tego, że sam temat-pomysł ma ogromny potencjał. Ja już wyobraziłem sobie sceny, w których rzeczona arka dociera do celu, uwalnia swój ładunek i okazuje się, że wyselekcjonowane, wychuchane i wypieszczone społeczeństwo nie nadaje się do tworzenia nowej cywilizacji, bo wraz z błędami genetycznymi pozbyto się takich cech, jak kreatywność, inwencja, czy determinacja, że pozbyto się, jako odbiegających od normy, zbuntowanych i energicznych jednostek, które są katalizatorem zmian, a więc i rozwoju.

 

W każdym razie, jeśli tekst pobudza moją wyobraźnię, to ja nie mam żadnych powodów, aby się na coś skarżyć.

 

Pozdrawiam

Naprawdę nie mozna? Można… Myślniki i zaimki wskazujące są bardzo cennymi wynalazkami. Tekścik niżejpoprawiony  tak na szybko.  Zachariasz rozdzielił helisę na chromosomy. Przeglądał kod każdego po kolei. To będzie dziewczynk – z niebieskimi oczyma i jasnymi włosami, ciemniejacymi z wiekiem,  niska, ale w granicach normy. Z tendencją do próchnicy. Zachariasz zapisał w uwagach, aby Pasterze – ci dbający o jej rozwój ---  na którymś z dalszych etapów dopilnowali stworzenia  odpowiedniej diety. Kiedyś / prędko . niebawem dowie sie, że nie  dysponuje taką swobodą,  co/jak  inne dzieci – i serce  Zachariasza przesyło lekkie pocucie żalu.  Po blisko pół godzinie analizowania genomu dziewczynki z ulgą i odrobiną współczucia zatwierdził dalszy rozwój zarodka. 

 

Podobnie wyglądala sprawa z kolejną trójką. Chłopiec bardzo szybko wzrosnie w okresie dojrzewania – ktoś wtedy  dopilnuje, dzień po dniu, przez wiele lat, aby się dobrze odżywiał i wzmacniał mięśnie. W zapisie genetycznym kolejnego chłopca żachariasz dostrzegł krótkowzroczność – tu pewnie korekta okaże się konieczna, ale o tym póżniej zadecyduje ktos inny. Przy tym genomie postawił pomarańczowy wykrzyknik – dziecko obejmie specjalny nadzór Pasterzy.  Następna zygota: dziewczynka, tym razem o skłonnościach do tycia. I znowu dieta, ćwiczenia, ograniczenia."  No i co – mozna zlikwidować nadmiar "być" i "mieć", czyli notorycznych i statycznyh powtórzeń? ?A co do opowiadania – zachwyty są kompleynie nieuzasadnione:  to scena. Scenka z pracy Pasterza. Koniec jest rozwodniony i jakby dopisany na siłę, a powinien stać  się odrębną, bardzo dramatyczna częścią. Do przeczytnia, ale nic więcej. Poza tym, temat oklepany aż do bólu.  Pozdrawiam. 

8:1, o ile dobrze liczę. Nie wiem, po której stronie umieścić Kaela. Nie jest źle, t.leno ;)

Aha, i jeszcze Twoja wersja z zamierzonymi powtórzeniami bardziej mi odpowiada, niż wersja Rogera naszpikowana myślnikami. Ale to pewnie kwestia gustu.

Nie bardzo wiem, o co chodzi, ale mnie można śmiało postawić po tej stronie, której się podobało ; ) A to zakończenie jest moim zdaniem lepsze niż to z pierwszej wersji ; )

No to 9:1. Co do zakończenia – zgadzam się ;).

No to 10:1

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mam mieszane uczucia. Temat bardzo ciekawy i wciągający, lecz zakończenie mnie trochę rozczarowało. Opowiadanie – to tylko moja opinia – skończyło się zbyt szybko. Taki temat wręcz domaga się rozwinięcia fabuły, a nie jednej scenki zakończonej krótkim podsumowaniem.   Pozdrawiam

Mastiff

Czy bez trzęsienia ziemi, ponownego wybuchu Krakatau, a jeszcze lepiej bez wodorówki, nie można się obyć? Ten tekst nie potrzebuje dopalaczy, bo pokazuje pod mikroskopem to, co najważniejsze.   t.leno, nie daj się przekonać, że jest inaczej.

Podobało mi się – świetnie napisane opowiadanie (11;)). Mam kilka uwag technicznych, w których być może się mylę, bo z genetyką ostatni raz miałam do czynienia na studiach – więc jakiś czas temu. Nie rozumiem dzielenia helisy DNA na chromosomy – chromosom to dwie chromatydy – nitki "skręconego" DNA, chyba lepiej byłoby: "podzielił materiał genetyczny na chromosomy". Rozumiem, że rozwój techniki pozwolił na ocenę kodu genetycznego zygot "in utero", ale nie rozumiem czemu – zamiast wybijać te z wielkim trudem poczęte zygoty w ciele kobitek – nie wrócić do poczciwego, XX-wiecznego in vitro, by przeprowadzać selekcję zarodków wcześniej. Zwłaszcza, że zależy im na dzietności, a etyka i tak dostaje po łbie. No i to dążenie do całkowitego wyeliminowania "kiepskich" genów jest trochę nierozsądne – heterozygoty mają swoje plusy, a to, co zwykle skraca życie, przy zmianie środowiska może się okazać ewolucyjnym strzałem w dziesiątkę ( dla ciekawych : przykład anemii sierpowatej i malarii). Pozdrawiam.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Rogerze, dziękuję za lekcję. Mówię z całą powagą, bardzo sobie cenię konstruktywną krytykę, bo tylko dzięki niej można się czegoś nauczyć. Ale to lekcja na przyszłość, bo… Piszesz, że powtórzenia "być" i "mieć" czynią tekst statycznym. A mnie właśnie o pewnego rodzaju statyczność chodziło. O rutynę i zwyczajność. Bohdanie, jak już odpowiedziałam Jerohowi, próbowałam napisać inne, bardziej rozwinięte zakończenie. Nie wyszło. Aczkolwiek masz rację, oczywiście, ten temat wymaga rozwinięcia fabuły. Ciekawe, czemu pod większością moich opowiadań pojawia się taka uwaga? :) Cóż, opowiadania to tak naprawdę nie moja bajka. Najchętniej wrzuciłabym tutaj pierwsze rozdziały moich trzech pisanych obecnie powieści. Tylko, że na to nie pozwala przyjęta na portalu formuła, a ja chcę być potraktowana poważnie, a nie jak jedna z tych co to zaczyna i pewnie nie skończy. :) Dlatego w pewnym Universum, które mam w głowie, staram się stworzyć historie, będące zamkniętą całością. Wychodzi z różnym skutkiem, ale chyba coraz lepiej. ;) Wracając zaś do problemu rozwinięcia tematu zawartego w tym opowiadaniu – nie wiem, czy w ogóle w opowiadaniu dałoby się taki temat przedstawić wystarczająco szeroko, unikając zarazem niepotrzebnej górnolotności i patetyczności (patetyzmu?). Może. Nie twierdzę, że nie. Uważam jedynie, że ja nie potrafię. Czy potrafię w dłuższej formie – też tak naprawdę nie wiem. Ale sądzę, że będzie mi łatwiej. Unfallu, to powyżej to też trochę odpowiedź na Twój komentarz. :) Wszystkim komentującym bardzo dziękuję. Ocho, Ryszardzie, Kaelu – Wasze nominacje wprawiły mnie w tak dobry nastrój, że nawet nadchodzący początek roku szkolnego mi nie straszny. ;) (btw. Kaelu, im pewnie chodziło o to "Łe", zresztą dla mnie też było to trochę mylące. ;) Aleksie, Tobie odpowiem jutro, jak będę trochę bardziej przytomna i trochę mniej śpiąca. Dobranoc.

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Też mam mieszane uczucia. Opowiadanie dobrze napisane, wciągające, tylko… jakoś nie mogłam pozbyć się natrętnej myśli o eugenice, której nie lubię. Po prostu nie wierzę, że jeśli ktoś odgórnie decyduje, co jest dobre dla innych, to z tego cokolwiek dobrego wyniknie. Tak samo jak AlexFagus, przemknęła mi przez głowę anemia sierpowata. Ale właściwie to nie wina Autorki, że mam do tematu stosunek emocjonalny i jest on negatywny. W prowadzonym głosowaniu wstrzymuję się od głosu. ;-)

Babska logika rządzi!

T.lena, rozumiem, zresztą tak coś czułem, że pierwotny zamysł był inny. Powodzenia w realizacji planów powieściowych :-)   "Czy bez trzęsienia ziemi, ponownego wybuchu Krakatau, a jeszcze lepiej bez wodorówki, nie można się obyć?" Jeśli pijesz do mojego komentarza, to oświadczam, że niczego takiego nie twierdziłem. Jednak kiedy – czytając "Błąd Zachariasza" – wciąż miałem nadzieję, że zagłębiam się w intrygujący wstęp do czegoś większego, a wtem zorientowałem się, że do końca zostały trzy krótkie akapity, oczekiwałem realizacji przynajmniej części wytworzonego potencjału w formie mocnej puenty. Zasugerowane przeze mnie rozwiązanie niekoniecznie byłoby lepsze od obecnego. Tak czy inaczej, moim zdaniem to opowiadanie aż prosi się, żeby pociągnąć je choć trochę dalej. Adamie, a czy wiesz, że żadna wodorówka nie wybuchła z taką mocą jak Krakatau?

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Bardzo dobre opowiadanie. Nie pozwoli o sobie szybko zapomnieć. Gratulacje.

Prokris, ogromnie mi miło. :)     Finklo, Twój komentarz trochę mnie przestraszył. Czy z jakiegoś powodu sądzisz, że to opowiadanie jest, nie wiem, manifestem popierającym eugenikę i jej pokrewne działania? Dlaczego? nie wierzę, że jeśli ktoś odgórnie decyduje, co jest dobre dla innych, to z tego cokolwiek dobrego wyniknie – ależ ja się zgadzam i przecież to właśnie chciałam tym opowiadaniem powiedzieć! Jedynym, co sprawiło, że nie zastanawiałam się przez cały dzień gdzie popełniłam błąd i co napisałam źle jest fakt, że kilka innych osób stwierdziło, że tekst "zmusza do myślenia", a Unfall nawet opisał możliwe konsekwencje podjętych przez Pasterzy działań. Finklo, mam wrażenie, że zgadzamy się w założeniach, więc ponawiam pytanie – co w opowiadaniu sprawiło, że odniosłaś wrażenie, że ja mam odmienne poglądy?     Aleksie. Przede wszystkim, pozwoliłam sobie skorzystać z podsuniętego przez Ciebie zdania. Dzięki. Wychodzi na to, że nawet najlepszy risercz nie zastąpi paru lat studiów. ;) Czy jeśli jeszcze kiedyś będę potrzebowała porady w zakresie terminów związanych z biologią, mogę zwrócić się do Ciebie o korektę?   A w odpowiedzi na Twoje pytanie czemu nie in-vitro. A czy uważasz, że poczęcie in-vitro jest łatwiejsze niż in-utero? Ja sądzę, że metoda wypracowana przez miliony lat ewolucji jest jednak prostsza, szybsza i pewniejsza. Pamiętaj, że trzeba jeszcze te poczęte "w probówce" zarodki wszczepić w czyjąś macicę. A to po pierwsze – może się nie udać. A po drugie, tych macic też trzeba trochę mieć, czyli wychodzi na jedno – muszą być kobiety chcące mieć dzieci. No, chyba że zastosujemy słoje wyściełane wieprzowiną… Ale to już ktoś przede mną wymyślił… ;)   Dążenie do całkowitego wyeliminowania "kiepskich" genów jest trochę nierozsądne. Podobnie jak niegdyś dążenie do wybicia zagrażających ludzkim siedzibom drapieżników takich jak wilki czy foki, osuszanie bagien, czy bardziej współcześnie – dążenie do wybicia wszystkich bakterii za pomocą antybiotyków, mydeł antybakteryjnych itp. To, że coś nie jest rozsądne, nie znaczy, że tego nie robimy. :) Dążąc za wszelką cenę do szczęścia zapominamy, że aby je dostrzec musimy czasem poczuć się nieszczęśliwi.

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Trochę dziwnie czuję się z tą wirtualną zmiana płci, ale co tam;) Biologiem nie jestem, ale na ile będę potrafiła, chętnie pomogę. Co do in vitro – jasne, że skuteczność najlepsza nie jest (bodajże jakaś 1/3), ale w przypadku twojego społeczeństwa odniosłam – być może mylne – wrażenie, że problemem jest nie tyle decyzja o posiadaniu dzieci, ile o kopulacji. A wtedy przekonanie kobiet do macierzyństwa "z próbówki" mogłoby mieć większą szansę. Poza tym, skoro możliwe jest odczytanie kodu genetycznego komórki bez jej uszkadzania (robią to przy zygotach) to powinna być możliwa jego ocena na poziomie gamet – a wtedy możemy wybrać odpowiedni plemnik i komórkę jajową (bez feralnych genów), by stworzyć satysfakcjonujący nas organizm i unikamy zakazu łączenia się z danym partnerem czy sterylizacji. A metoda naturalna oczywiście jest lepsza, przyjemniejsza, a i w dużej mierze odwala robotę Pasterzy;) Co do naszego nierozsądku – przyznaję rację. Pozdrawiam.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Tekst czyta się dobrze. Mimo nie-mojej tematyki wchodzi gładko, jest krótki, interesujący. Ale jednak czegoś mi tu brakuje. Zakończenie mnie nie przekonuje. Jest słabsze od reszty tekstu, bo już nawet nie spodziewałam się fajerwerków, jak niektórzy, a po prostu sensownego, porządnego zamknięcia. A tu… blado jakoś. Co nie zmienia faktu, że drugie zdanie mojego komentarza pozostaje aktualne ; )   Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Gratulacje :) Naprawdę świetne opowiadanie, bardzo mi się podobało.

"Godzina czytania jest godziną skradzioną z raju." Thomas Wharton

  …Pozdrawiam koleżankę AlexFagus, której ostatni komentarz pokrywa się całkowicie z moim zdaniem. To jest rozwiązanie dla gatunku ludzkiego. To jest "eugenika z ludzką twarzą". To jest również główna teza jednego z moich tekstów.Jest to także podstawa do dyskusji o przyszłości człowieka. W innym przypadku czeka nas nieuchronna degeneracja spo wodowana łamaniem twardych praw ewolucyjnych, a przede wsystkim praw doboru naturalnego. Pozdrawiam.

Alex, o jejku. Przepraszam najmocniej za zmianę płci. Wiesz, jak imię nie kończy się na -a, to tak jakoś… Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić w profilu. Biję się w piersi. Sądzę, że wyjaśnienie problemu czemu nie in-vitro wymaga opisania struktury społeczeństwa, dla którego to opisania nie znalazło się miejsce w tekście. Niespecjalnie lubię takie tłumaczenie się w komentarzach, ale myślę, że w tym przypadku jest to nie tyle problem niedopowiedzenia przez zapomnienie, co raczej Twojej dociekliwości (którą zresztą bardzo cenię), więc co mi tam. :) Widzisz, zwykli ludzie tak nie do końca zdają sobie sprawę z istnienia Pasterzy. Całe to rozmnażanie, jak i zresztą inne aspekty życia, mimo że są bardzo dokładnie kontrolowane, mieszkańcom Arki wydają się dziać zupełnie naturalnie. Kłamstwo i manipulacja. In-vitro sprawiłoby, że byłoby widać ingerencję. A do tego nie można dopuścić. Nie wiem, czy takie wyjaśnienie, w tych kilku zdaniach, jest wystarczające, ale naprawdę nie chciałabym się bardziej zagłębiać w temat w komentarzach do opowiadania. Takie rzeczy powinna wyjaśniać treść opowiadania. Tego, lub możę kolejnego… Joseheim, dziękuję za pozytyną opinię. Cóż, żal mi, że zakończenie Cię nie przekonuje, ale takie jest, bo takie właśnie – otwarte, niejednoznaczne – miało być. Takie wydawało mi się najlepsze. Ale każdy czytelnik odbiera tekst inaczej i dobrze, że tak jest. :) Aredhela, miło mi. :)

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

T.leno, spokojnie, oddychaj głęboko, wszystko będzie dobrze. Tak na gorąco nie potrafiłam tego dobrze sformułować, ale mój problem chyba polega na tym, że nie lubię głównego bohatera. Bo robi coś szkodliwego społecznie (według mnie i w długim okresie) i jeszcze marudzi, jaką to on ma odpowiedzialną i ważną pracę. Ale to jest mój problem, a nie Twój. Potem zastanawiałam się, kogo z naszej historii pasterze by wyeliminowali; Chopina (za słabe płuca), Beethovena (bo słuch miał mu się podejrzanie szybko zużyć), Turinga (za nieprowadzący do rozmnożenia homoseksualizm, jeśli dobrze pamiętam)? Skąd protagonista wie, że fizycznie zdrowy oznacza najbardziej wartościowy? A do tego, szczęście jest względne. Jeśli ludzie nie mają prawdziwych zmartwień, to do rangi problemu urasta pryszcz w doskonale widocznym miejscu, niedostateczny z plastyki, małpa ubrana w taką samą sukienkę jak moja, konieczność zjedzenia obiadu przed deserem… Z Twoimi poglądami nie dyskutuję. Odnosiłam się tylko do opowiadania. Nie, nie odebrałam go jako manifestu popierającego eugenikę. Ale sam świat, w którym coś takiego jest na porządku dziennym, mnie odrzuca. Wyjaśniłam, dlaczego miałam mieszane uczucia. Ale nie musisz się nimi w ogóle przejmować. :-)

Babska logika rządzi!

Ależ muszę się przejmować! Przecież po to piszę, by wywołać w czytelniku jakieś emocje i jest dla mnie ważne, czy osiągam zamierzony efekt, czy przeciwny, czy w ogóle jakiś inny, niż mi się zdawało. I wiesz co, opisujesz dokładnie takie przemyślenia, masz dokładnie takie uczucia o jakie mi chodziło. To, co piszesz o Chopinie, Beethovenie i Turingu to jest DOKŁADNIE TO. Nie podoba Ci się świat przedstawiony, nie podoba Ci się bohater – i mają się nie podobać. A zatem opowiadanie spełniło swój cel. :) Ja jestem usatysfakcjonowana. Przykro mi, że po przeczytaniu opowiadania czujesz dyskomfort. Ale tak naprawdę, to właśnie było moim celem… Przepraszam… (z tym, że nie tak całkiem :)

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Finklo, czyli podobają Ci się tylko takie historie, które dzieją się w podobającym Ci się świecie i z podobającymi Ci się bohaterami? ;) Pozdrawiam :)

"Potem zastanawiałam się, kogo z naszej historii pasterze by wyeliminowali; Chopina (za słabe płuca), Beethovena (bo słuch miał mu się podejrzanie szybko zużyć), Turinga (za nieprowadzący do rozmnożenia homoseksualizm, jeśli dobrze pamiętam)? Skąd protagonista wie, że fizycznie zdrowy oznacza najbardziej wartościowy?".   Załóżmy, że "pasterze" dążą do populacji o określonej liczebności (bo arka ma skończone zasoby). Czy w populacji ludzi fizycznie zdrowych będzie mniej geniuszy? Zresztą pasterz chyba wyławia zygoty lepiej rokujące pod różnymi względami. Dlaczego nie pod względem geniuszu? Jednocześnie może dążyć do jak największego zróżnicowania fenotypów, większego niż jest to naturalne (mimo niedopuszczania do ujawnienia się cech upośledzających, a tylko wyjątkowo dających korzyść, jak anemia sierpowata). Tak powstała populacja powinna mieć statystycznie większe szanse na przetrwanie w niespodziewanych warunkach niż populacja, w którą się nie ingerowało.   "A do tego, szczęście jest względne".   A od genów zupełnie nie zależy? :P Czy szczęście jest najwyższą wartością? Jeśli tak, to czyje?   Nie narodzi się jeden beethoven (przykre), zamiast tego będziemy mieli innego beethovena (jeżeli do geniuszu potrzebna mu głuchota, zawsze może się zdarzyć jakiś wypadek), bacha – genialnego muzyka, ale też świetnego myśliwego oraz dwóch vincich – tj. dwóch genialnych artystów, architektów, techników… z bonusem: talentem do zapierających dech w piersiach akrobacji. Być może wszyscy oni będą ponadto szczęśliwi?   Przyjmując rolę adwokata diabła, staram się tylko pokazać, że racjonalizacja moralnego niepokoju może prowadzić na manowce.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Czy może próba racjonalizacji.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Gdzieś ostanio czytałem, że nasza inteligencja powstała w wyniku działania tych samych czynników, ktore powodują choroby psychiczne. Spotkał nas, taki mały, genetyczny wypadek przy pracy matki natury. Myślimy, bo u jakiejś małpy rozwineła się bardzo wyjątkowa choroba psychiczna.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ależ dyskusja robi się interesująca! Finklo, czyli podobają Ci się tylko takie historie, które dzieją się w podobającym Ci się świecie i z podobającymi Ci się bohaterami? ;) No, w zasadzie tak. Jeśli z jakiegoś powodu nie chciałabym mieszkać w przedstawionym świecie, to szczegóły przestają mnie interesować. Chyba, że pojawią się jakieś sposoby naprawienia paskudnego świata, a ci źli dostają po łbie. :-) Jeroh, raczej się z Tobą nie zgadzam. Czy w populacji ludzi fizycznie zdrowych będzie mniej geniuszy? Zresztą pasterz chyba wyławia zygoty lepiej rokujące pod różnymi względami. Dlaczego nie pod względem geniuszu? A w jakim stopniu geniusz jest dereminowany genetycznie? Obstawiałabym, że w niewielkim. W populacji ludzi zdrowych na pewno będzie mniej genialnych lekarzy. Jeśli Arka w końcu gdzieś wyląduje i napotka jakikolwiek zagrażający czynnik, to może nawet nie mieć laboratorium z prawdziwego zdarzenia. Jednocześnie może dążyć do jak największego zróżnicowania fenotypów, większego niż jest to naturalne (mimo niedopuszczania do ujawnienia się cech upośledzających, a tylko wyjątkowo dających korzyść, jak anemia sierpowata). W jaki sposób dąży się do zróżnicowania fenotypu, usuwając osobniki nie przystające do zdrowego szablonu? Większość mutacji jest szkodliwa. Ile jest takich cech jak anemia? Zasadniczo mniej lub bardziej szkodliwych, ale jednak, czasem… Podobno Newton mógł być lekko autystyczny. I bez tego nie sformułowałby swojej teorii. Tak powstała populacja powinna mieć statystycznie większe szanse na przetrwanie w niespodziewanych warunkach niż populacja, w którą się nie ingerowało. Serio? Coś w rodzaju malarii rozłoży ją błyskawicznie. Im bardziej zróżnicowany fenotyp, tym większe szanse w zmienionym środowisku. Nie bez powodu przyroda wymyśliła seks, a klony jakoś są mało popularne. I co w ogóle jest optymalne? Wysoki wzrost jest fajny, ale w niskich temperaturach lepiej być niskim i pulchnym. A do jakiego ideału dążą Pasterze? "A do tego, szczęście jest względne".   A od genów zupełnie nie zależy? :P Czy szczęście jest najwyższą wartością? Jeśli tak, to czyje?   Nie mam pojęcia, czy zależy od genów. Pewnie produkcja serotonimy i dopaminy tak, ale można je modyfikować. Wystarczy pierwszy lepszy nałóg. Nie wiem, czy jest najwyższą wartością, ale w końcówce opowiadania pojawiają się cierpienie i ból jako coś strasznego, godnego śledztwa. Nie narodzi się jeden beethoven (przykre), zamiast tego będziemy mieli innego beethovena (jeżeli do geniuszu potrzebna mu głuchota, zawsze może się zdarzyć jakiś wypadek), bacha – genialnego muzyka, ale też świetnego myśliwego oraz dwóch vincich – tj. dwóch genialnych artystów, architektów, techników… z bonusem: talentem do zapierających dech w piersiach akrobacji. Być może wszyscy oni będą ponadto szczęśliwi? Potrzebujemy kombinacji mnóstwa czynników. Żeby trafić jednego Beethovena, trzeba próbować miliony razy. Usuwając niektóre zygoty, zmniejszamy szanse. Genialny muzyk i myśliwy. Świetnie, o ile nie skoncentruje się wyłącznie na zwierzynie i pokazywaniu wszystkim laskom, jaki to z niego łowca. Czy palce dostatecznie silne, żeby napiąć cięciwę i oprawić zwierzę, będą w stanie tańczyć po klawiaturze fortepianu? Czy gdyby Leonardo urodził się jako ślubny syn swoich rodziców i na przykład trzeci, rozwinąłby swój niesamowity potencjał? Czy może wstąpiłby do armii lub klasztoru i tam nauczyliby go wykonywać rozkazy i nie dyskutować? Pozdrawiam. :-)  

Babska logika rządzi!

  …Już za samą tę dyskusję autorce należy się "piórko" Pozdrawiam Finklę pełen niekłamanego uznania.

…Przecież i obecnie, na Ziemi, każdego dnia, prawdopodobnie tracimy setki a może tysiące geniuszy, którzy, z takich czy innych powodów, nigdy się nie narodzą. Dlatego natura obdarza gatunek biologiczny takim nadmiarem jajeczek i plemników. Inaczej być – nie może.

Już za samą tę dyskusję Rzsyardzie, Kochani, piórka nie piórka – dyskusja wywołana opowiadaniem to najlepsiejsza nagroda na świecie. :))) Ponieważ ja zazwyczaj w dyskusjach nie biorę udziału, bo dyskutować nie umiem, więc się cichaczem wycofam i poczytam sobie. A Wy, jeśli wola, dyskutujcie dalej.

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

O trochę mnie ominęło:) Ryszardzie, dziękuję za pozdrowienia i również pozdrawiam. Co do doboru gamet, to z punktu widzenia populacji też nie jest najlepszym rozwiązaniem, bo również zubaża pulę genetyczną, ale egoistycznie patrząc ma duże plusy. Tylko trzeba by stworzyć jakiś  bank rzadkich genów – tak na wszelki wypadek. t.leno – jeśli działania Pasterzy są trzymane w całkowitej tajemnicy, to in vitro faktycznie odpada – no chyba, że przez prowadzoną cichaczem akcję nanobotów;) (ale wtedy mogliby mieć problem z inwazją mesjaszy lub Anakinów Skywalkerów).

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Ten świat tu przedstawiony, to trochę przeciwieństwo tego, który Bemik zaprezentowała w "Tatuażu". Tu niemal ścisłe trzymanie się szablonu genetycznego, tam wręcz ingerencje, aby uzyskać nowe, niespotykane cechy.

Unfall, nie spoiluj! Tekstów na ten konkurs na razie jeszcze nie czytam (mam nadzieję, że sama coś spłodzę i nie chcę się inspirować).

Babska logika rządzi!

"A w jakim stopniu geniusz jest dereminowany genetycznie?" Na pewno można wyróżnić jakieś geny predysponujące do bycia geniuszem (jakkolwiek takiego zdefiniujemy). Przyjmijmy jednak, że tak nie jest. W takim razie wnoszę, że Twoja uwaga (parafrazuję): "ojej! szkoda geniuszy!" – była czysto uczuciowa i nie oznaczała, że czarno widzisz przyszłość populacji regulowanej przez pasterzy (że niby pojawi się mniej geniuszy).   "W populacji ludzi zdrowych na pewno będzie mniej genialnych lekarzy." I na pewno więcej genialnych genetyków.   "W jaki sposób dąży się do zróżnicowania fenotypu, usuwając osobniki nie przystające do zdrowego szablonu? Większość mutacji jest szkodliwa. Ile jest takich cech jak anemia? Zasadniczo mniej lub bardziej szkodliwych, ale jednak, czasem…" W taki, że eliminuje się zygoty, które doprowadziłyby do ekspresji grup genów już licznie ujawnionych w populacji, a preferuje się geny oryginalne (jeśli nie są "złe"). Eliminacja niektórych genów z fenotypu nie oznacza eliminacji ich z genomu całej społeczności. W ogóle – zakładasz, że pasterze są głupi, krótkowzroczni i nie potrafią odróżnić genów potencjalnie ważnych od przynoszących więcej szkody niż pożytku. Anemia nie jest jedynym sposobem pokonania malarii. Nawiasem – w każdej populacji istnieje wiele recesywnych genów letalnych. Co robić z zygotami, z których wyczytano, że taki gen się ujawni?   "Podobno Newton mógł być lekko autystyczny. I bez tego nie sformułowałby swojej teorii". Czyli jednak określene geny, na przykład te odpowiedzialne za autyzm, zwiększają prawdopodobieństwa wystąpienia geniuszu?   "Nie mam pojęcia, czy zależy od genów. Pewnie produkcja serotonimy i dopaminy tak, ale można je modyfikować. Wystarczy pierwszy lepszy nałóg". I pewnie uważasz, że pierwszy lepszy nałóg jest dobrą alternatywą dla genów, które powodują, że przez większość czasu jesteś zadowolona z życia ;P   "Potrzebujemy kombinacji mnóstwa czynników. Żeby trafić jednego Beethovena, trzeba próbować miliony razy." Może jeśli odpowiednio się ustawi geny, to tylko tysiące razy?   Ryszardzie. Słabe opowiadanie (nie mówię, że powyższe akurat takie jest) też może zawierać kontrowersyjne pytanie. Jeśli postawiony problem jest niebyt oryginalny, opowiadaniu przydałyby się intrygujące sytuacje, konflikty, różne niebanalne konsekwencje wydarzeń, które zrodziły pytanie. Ogólnie jakaś eksploracja tematu, twórcze rozwinięcie. Wiem, łatwo stawiać wymagania. W każdym razie dyskusję, która tu nastąpiła, można zapoczątkować jednym zdaniem: "co myślicie o eliminowaniu niektórych zygot w celu ulepszenia człowieka?". Przyznasz, że samo w sobie nie jest ono świetnym opowiadaniem ani wybitnym esejem.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

…Jerohu, patrz, gdzie jesteśś. To amatorski portal literacki. Nie można tu oczekiwać wybitnych, doskonałych i bezbłędnych tekstów literackich, gdzie ciekawy problem oprawiony jest w fascynującą fabułę. Tutaj mamy literackie warsztaty i miej to na uwadze. I tak na stronie nie brakuje żenująco słabych tekstów. A więc moje oceny i komentarze są dostosowane do możliwości autorów. Jeżeli autorka ma dopiero trzydzieści kilka lat i pisze jak pisze, to za kilka, kilkanaście lat może nas zadziwić piękną, ciekawą prozą. Pozdrawiam uśmiechnięty.

Ryszardzie, przez większość czasu pamiętam, gdzie jestem :-) Twoje podejście jest rozsądne i chyba nie różnimy się w nim specjalnie. Pozdrawiam.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Na pewno można wyróżnić jakieś geny predysponujące do bycia geniuszem (jakkolwiek takiego zdefiniujemy). Przyjmijmy jednak, że tak nie jest. W takim razie wnoszę, że Twoja uwaga (parafrazuję): "ojej! szkoda geniuszy!" – była czysto uczuciowa i nie oznaczała, że czarno widzisz przyszłość populacji regulowanej przez pasterzy (że niby pojawi się mniej geniuszy). Trochę emocjonalna moja uwaga była, ale pogrzebałam w pamięci i wsparłam ją adekwatnymi, jak sądzę, przykładami. Populacja bez geniuszy nie musi być skazana na porażkę (Beethoven nie jest niezbędny do życia). Ale jest uboższa, a przez to (wydaje mi się) mniej inspirująca. Czarno widzę przyszłość opisanej populacji, bo nie wierzę, że "pasienie" wyjdzie jej na dobre. Nie wiem, Jerohu, czy pamiętasz uroki życia w gospodarce centralnie planowanej. A przecież planiści tak się starali. W końcu inwestowanie w ciężki przemysł kosztem spożywczego nie mogło być złą decyzją, prawda?

"W populacji ludzi zdrowych na pewno będzie mniej genialnych lekarzy." I na pewno więcej genialnych genetyków.

To prawda. Ale do rozwiązywania jeszcze nieznanych problemów mogą się przydać geniusze z różnych dziedzin. Albo po prostu dobrzy fachowcy.

W ogóle – zakładasz, że pasterze są głupi, krótkowzroczni i nie potrafią odróżnić genów potencjalnie ważnych od przynoszących więcej szkody niż pożytku. Anemia nie jest jedynym sposobem pokonania malarii. Nawiasem – w każdej populacji istnieje wiele recesywnych genów letalnych. Co robić z zygotami, z których wyczytano, że taki gen się ujawni? Z grubsza tak właśnie zakładam. Nie można przewidzieć problemów, z jakimi będą musieli się zmierzyć nasi praprapra…wnukowie. Wycinając część spektrum (choćby nam ten kolor wydawał się bardzo nieatrakcyjny), ograniczamy wachlarz możliwości. A może komputer na Arce szlag trafi i autystyk potrafiący dokonywać w pamięci złożonych obliczeń okaże się niezastąpiony? Co do zygot, decyzję pozostawiłabym rodzicom. Przy śmiertelnych kombinacjach genów pewnie nie będą mieli wątpliwości. A przy alergii… ich wola.  

"Podobno Newton mógł być lekko autystyczny. I bez tego nie sformułowałby swojej teorii". Czyli jednak określene geny, na przykład te odpowiedzialne za autyzm, zwiększają prawdopodobieństwa wystąpienia geniuszu?

Niezupełnie. Nie wiem, jaki jest odsetek geniuszy wśród autystyków. Nie sądzę, że wyższy niż w pozostałej części populacji. Ale wydaje mi się (acz pewności nie mam), że wśród wybitnych matematyków autystycy są nadreprezentowani.

I pewnie uważasz, że pierwszy lepszy nałóg jest dobrą alternatywą dla genów, które powodują, że przez większość czasu jesteś zadowolona z życia ;P Nie. Uważam, że usuwanie z populacji potencjalnie nieszczęśliwych zygot (na przykład podatnych na depresję) dopiero byłoby głupie i nieodpowiedzialne. Ja osobiśnie potrafię być zadowolona z życia nawet bez kawy. ;-p  

"Potrzebujemy kombinacji mnóstwa czynników. Żeby trafić jednego Beethovena, trzeba próbować miliony razy." Może jeśli odpowiednio się ustawi geny, to tylko tysiące razy? Być może. Wracamy do pytania "czy geniusz jest determinowany przez geny". Nie znam odpowiedzi, ale sądzę, że nie tylko. Rozstrzygnąć tę kwestię może chyba tylko sklonowanie jakiegoś geniusza i wychowanie dużej liczby egzemplarzy. A to podobno jest nielegalne i nieetyczne.   Pozdrawiam. :-)

Babska logika rządzi!

"Uważam, że usuwanie z populacji potencjalnie nieszczęśliwych zygot (na przykład podatnych na depresję) dopiero byłoby głupie i nieodpowiedzialne". Finklo, rzecz w tym, że nie ma prawa, które stwierdza, że czym więcej wersji danego genu, tym lepiej dla populacji, niezależnie od tego jak niektóre wersje upośledzają organizm, w którym się ujawnią. A to oznacza, że usunięcie niektórych genów może przynieść danej populacji korzyść. Trzeba tylko wiedzieć których. Nie ma też prawa, które uniemożliwia zdobycie odpowiedniej wiedzy jakimś przyszłym "pasterzom".   Z depresją możesz mieć rację albo nie. (Gdybyśmy znów strzelali do siebie argumentami, pewnie i tym razem nie okazałyby się rozstrzygające). Jeżeli masz, to ile powinno być w danej społeczności osób cierpiących na depresję, jaka liczba jest optymalna? Może ogólnie za dużo szczęścia szkodzi? W takim razie, jeśli przypadkiem pojawi się zbyt dużo "szczęśliwych zygot", część należałoby usunąć. To chyba nawet straszniejsze niż usuwanie zygot z wadami.   Pozdr ;-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

jerohu, tylko że patrząc na opisany stan wiedzy owych Pasterzy, oni zachowują się głupio i krótkowzrocznie: " Podczas szkoleń Zachariasz poznał wszystkie schorzenia znajdujące się na liście cech przeznaczonych do eliminacji z puli. Do tych, które bezwzględnie należało zlikwidować należały wszelkiego rodzaju nowotwory, potencjalne niedorozwoje, zaburzenia autoimmunizacyjne, czy rzadkie, nie wyeliminowane wcześniej, jeszcze na Ziemi, choroby genetyczne. " – doprawdy? Eliminujemy wszystkich, którzy mają dziedziczne skłonności – podkreślmy: skłonności – do chorób autoimmunologicznych i nowotworów? I to w sytuacji mocno ujemnego przyrostu demograficznego? No to ja się nie dziwię, że mają problem z utrzymaniem liczebności populacji. "Oczywiście dowie się później, że poczęła, bo nie będzie jej dane mieć więcej dzieci z tym partnerem. Zanim jednak oboje otrzymają jakąkolwiek informację, zostaną przeprowadzone dokładniejsze badania zarówno matki, jak i ojca. Pasterze muszą wykazać czy wina leży po jednej ze stron, czy błędny wynik jest po prostu rezultatem połączenia genomu jego i jej. Jeśli którekolwiek z nich jest nosicielem prekursora wadliwego genu, ta osoba zostanie natychmiast wysterylizowana. I znów ktoś zniknie z puli genowej gwiazdy." – I w sytuacji, w której – skoro już eliminujemy te nieszczęsne wadliwe zygoty – mamy co najmniej 50% szans na poczęcie zdrowego osobnika, sterylizujemy nosiciela feralnego genu. Zresztą, z tego co wiem, większość poruszanych w opowiadaniu przykładów jest prawdopodobnie warunkowana wielogenowo i modyfikowana przez środowisko. Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

A to oznacza, że usunięcie niektórych genów może przynieść danej populacji korzyść. Trzeba tylko wiedzieć których. I tu się z Tobą zgodzę. Trzeba wiedzieć, które geny warto usuwać, a które mogą się przydać. Nie tylko teraz, ale także za sto czy tysiąc pokoleń. Czy pasterze wiedzą? Może ogólnie za dużo szczęścia szkodzi? W takim razie, jeśli przypadkiem pojawi się zbyt dużo "szczęśliwych zygot", część należałoby usunąć. To chyba nawet straszniejsze niż usuwanie zygot z wadami. Sądzę, że szkodzi. Nie wiem, jak populacji, ale dla jednostki spełnienie wszystkich marzeń nie jest zdrowe. Tak mi się wydaje. Ale nie trzeba od razu usuwać szczęśliwych zygot. Ludzkość opracowała mnóstwo sposobów na masowe obniżanie poziomu szczęścia. ;-/ Pozdrawiam. :-)

Babska logika rządzi!

"Sądzę, że szkodzi. Nie wiem, jak populacji, ale dla jednostki spełnienie wszystkich marzeń nie jest zdrowe". Mnie chodziło o "geny szczęścia" w populacji. BTW, czytałem jakiś czas temu o wynikach badań, według których ludzie naprawdę dziedziczą zwykły poziom szczęścia (różnią się tym poziomem).   AF, no racja, trochę zbłądziłem. Postawiłem problem w sposób ogólny. Przy czym przegapiłem, że ktoś może cały czas mieć na myśli tę szczególną sytuację z opowiadania. Tymczasem przekonująco pokazałaś, że pasterze T.leny rzeczywiście nie wydają się rozsądni i zgadzam się z wami, że ich ingerencja najpewniej będzie miała przykre skutki. Nie znaczy to, że wycofuję się ze swoich tez :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Nie przebrnałem przez dyskusję, za to opowiadane utwierdza mnie w przekonaniu, że warto zaglądać do tekstów nominowanych. Mimo że to nie moja bajka, przeczytałem z przyjemnością. Gratuluję dobrego tekstu.

Sorry, taki mamy klimat.

Też dyskusji nie czytałem. Ale zabawa w Boga przedstawiona w opowiadaniu spodobała mi się.

Sethraelu, Homarze, dziękuję. :) 

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Pomysł jest ciekawy. Wydaje mi się, że wykonanie trochę go psuje. Dwojako – jako że moją dziewczyną jest doktorantka biotechnologii, poprzez swoistą osmozę ja wiem co nieco na temat jej działki, a ona na temat prawa – odnoszę wrażenie, że kwestie hard-sf niebezpiecznie zbliżają się do okolic magii. Dopytam się jeszcze i w niedzielę/poniedziałek przyczłapię z pogłębionym komentarzem na ten temat. Drugie – do mnie również nie przemówiło takie urwane zakończenie. Nie mówię, że powinno stać się coś mózgojebnego na koniec, bo sama idea finału jest w porządku, ale historii zdaje się brakować środka. 

I po co to było?

Generalnie nie przyswajam zbyt dobrze treści o małym stężeniu akcji. Lubię, kiedy rzeczy się dzieją. A tu proszę, niby powolne opowiadanie z rutynową pracą w tle, a jednak wciąga. Czyta się lekko i bez zgrzytów, a światotwórstwo podawane jest nienachalnie, w odpowiednich dawkach. Bardzo miła lektura.

Vyzarcie, jak ja Cię lubię. :) Dzięki.   Syf.ie, Twoje wrażenie, że hard sf ociera się w tym opowiadaniu o magię może być słuszne. :) Ja tak trochę przychylam się ku opinii, że nowoczesna technologia, włączając w to telefony komórkowe i samochody naszpikowane elektroniką, to już prawie magia. A co będzie za kilkaset lat?… Więc być może to moje zdanie w jakiś sposób przeniknęło do tekstu. W takim razie nie mogę odebrać Twojej uwagi jako krytykę.   Zdaję sobie natomiast sprawę z niedoskonałości mojej wiedzy na tematy, nad którymi inni spędzają całe lata studiów. Ja pamiętam coś ze szkoły, a przy pisaniu opowiadania spędziłam może kilkanaście, może kilkadziesiąt godzin próbując sobie pewne prawdy odświeżyć a inne przyswoić. To mało. Jeśli będziesz – czy Twoja Dziewczyna – miał jakiekolwiek konstruktywne uwagi, przyjmę je z radością i z pokorą.   Co do zakończenia i braku… czegoś… Była tu, na portalu, dyskusja – albo może ją sobie tylko wyobraziłam? – o tym, jak pisać "króciaki". Że zamiast wstawiać na stronę "pierwszy rozdział wiekopomnej powieści", można na przykład wyłuskać z większego pomysłu jakiś wątek i przedstawić go w całości, z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Szkoda, że nie pamiętam pod jakim tematem była ta dyskusja. : W każdym razie to opowiadanie, jak zresztą (prawie) wszystkie moje tutaj, jest właśnie takim wyłuskanym pomysłem. Ja po prostu nie mam pomysłów na krótkie teksty i w tej sytuacji mogę albo próbować tej metody z lepszym, lub gorszym skutkiem (coraz lepszym, sądząc po reakcjach na kolejne opowiadania), albo nie publikować wcale. A swoją drogą ćwiczenie w pisaniu krótkich form tak, czy inaczej bardzo mi się przydaje. :)   I, oczywiście, dziękuję za przeczytanie i komentarz. :)

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

 pomysłu jakiś wątek i przedstawić go w całości, z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem

No właśnie ja odniosłem wrażenie, że jest początek a potem zakończenie, natomiast to rozwinięcie jakby gdzieś znikło ; )

I po co to było?

Tobie brakuje rozwinięcia, komuś gdzieś wyżej brakowało zakończenia. Po prostu może brakować czegoś, nie twierdzę, że nie. :) Na szczęście było też kilka osób, którym nic nie brakowało, więc tym się pocieszam. ;)

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Na przykład ja, kiedy czytałam opowiadanie, nic mi nie brakowało. Miałam wszystko na swoim miejscu, poukładane, każda klepka tam gdzie trzeba. Czułam się kompletna, wręcz doskonała! ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

…Drodzy – Leno i Syfie. W końcu wszyscy chcemy napisać powieść – bo to korona dla każdego piszącego. A wy oboje do takiej"korony powinniście dążyć jako młodzi autorzy. Życzę wam obojgu tego w najbliższych latach. Pozdrawiam pełen uśmiechu.

Ja się również czułam kompletna i doskonała, ale ja tak mam na co dzień ;).

A u mnie ten stan trwa nie tylko na co dzień, ale także w niedziele i święta. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ok, poddaję się. Wygrałaś. ;)

Kochana Regulatorzy, jak Ty pięknie wszystko regulujesz. :) No, dobrze (do syf.a): "Twoim zdaniem w opowiadaniu brakuje rozwinięcia, ktoś inny odniósł wrażenie, że brakuje tu zakończenia. Na szczęście, są i tacy, którzy uważają je za kompletne." ;p I miło, że są tacy, co mają też wszystkie klepki, klapki i frędzelki. I nie zapominajmy o uśmiechu. :) Ja pośmiałam się z tej wymiany zdań a to ponoć zdrowo.

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Moim zdaniem w tym opowiadaniu brakuje opowiadania. Spodobał mi się pomysł kontroli zarodków i dobrze mi się czytało opis świata, czekałem na jakieś rozwinięcie, a tu nagle dostałem szybkie, niezbyt udane zakończenie. Dlatego, w moim przekonaniu jest to przede wszystkim przedstawienie pomysłu, a nie kompletne opowiadanie.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dziękuję za opinię, Berylu. Będę jednak polemizować. :) Zastanawiałam się nad definicją "opowiadania", poszukałam tu i ówdzie, nawet w podręczniku do literatury, który mam w domu (żeby nie było, że tylko w necie) i dowiedziałam się jedynie, że opowiadania charakteryzują się swobodą kompozycyjną, nie mają sprecyzowanej konstrukcji. Nigdzie nie jest napisane, że w opowiadaniu musi występować więcej niż jedna postać, że muszą być dialogi i musi się dużo dziać. W opowiadaniu zdarzenia powinny następować po sobie, w zależności przyczynowo-skutkowej. Opowiadanie powinno mieć strukturę dramatyczną (ekspozycja, rozwój akcji, punkt kulminacyjny, rozwiązanie akcji), przy czym elementy początkowy i końcowy mogą być skrócone, mogą występować zakończenia otwarte, a nawet punkt kulminacyjny i puenta mogą nie być wyraźnie zaznaczone. Bardziej rygorystycznie traktowana jest konstrukcja noweli. Tyle teoria.   W praktyce, każdy odbiera tekst inaczej, czytelnicy mają różne oczekiwania i przyzwyczajenia, dlatego szanuję Twoje zdanie. Mimo, że się z nim nie zgadzam. :)

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Myślę, że moje odczucia można doskonale zrozumieć bez szukania definicji "opowiadania", gdyż nie chodziło mi przecież o technikalia :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Ale jest potrzebna, żeby zrozumieć moj odczucia, bo ja taka techniczna jestem. ;)

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Podbijam pisząc, że to świetne opowiadanie, zasługujące – moim skromnym zdaniem – na piórko. Niech trafi chociaż do biblioteki.

Opowiadanie ze świetnym zakończeniem. ;)

Pomimo moich zastrzeżeń – niech będzie biblioteka, zagłosowałem.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No to opowiadanie ma spore szanse na pobicie rekordu w tempie trafiania do biblioteki. Jeden głosik został…

A czytały tylko dwie osoby… ;-)

Babska logika rządzi!

Bo "Błąd Zachariasza" to był jeden z błędów loży. :P

No proszę – drugi rekordzik, całkiem nie spodziewany. Sześcioro bibliotekarzy zdążyło kliknąć i poprzeć tekst. Niechże teraz któryś lożownik zatwierdzi, zanim wynik pójdzie w dziesiątki. ;-)

Babska logika rządzi!

Zatwierdzone.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Miało być 5 gwiazdek, ale smartphone mnie pokonał. Poprawię później:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

O! Łał! Ale fajnie. :)))

rzeczywistość jest dla ludzi, którzy nie radzą sobie z fantastyką

Nowa Fantastyka