- Opowiadanie: Bardjaskier - Widmo z Lewantu

Widmo z Lewantu

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Widmo z Lewantu

Hubert – wtorek 

 

Jan Weber wszedł do mieszkania punktualnie o czternastej, jak zawsze nienagannie ubrany. Dzięki swoistemu honorowi i elegancji zyskał przydomek "Anglik". Ściągnął kaszkiet i położył go starannie na stole, wybierając najczystszy fragment blatu. Gdy usiadł, zapytał: 

– I jak po pierwszym miesiącu na wolności?

– Trochę trudno mi się przyzwyczaić, ale pomału się wdrażam – powiedziałem, szczerze zadowolony z odwiedzin przyjaciela. – Dziękuję za przetrzymanie dla mnie forsy i ogólnie za całe wsparcie, gdy siedziałem.

– Mam u ciebie dług, którego papierami nie spłacę. 

Wzruszyłem ramionami, bo i co można powiedzieć. Już taki jestem, że nie wsypuję kumpli.

Jan siedział skwaszony, może chodziło o bajzel w mieszkaniu, a może myślał, jak mnie poprosić o przysługę. Bo miał do mnie jakiś interes – obaj wiedzieliśmy, że ludzie mi nie ufają, a mimo to przyszedł.

– Martyna poprosiła mnie o pomoc. Właściwie nas, ale do ciebie bała się odezwać – powiedział w końcu. 

– No tak, nie odwiedziła mnie, nie wysyłała nawet paczki. Za to wysłała list, że odchodzi. Więc już nic mnie nie łączy z tą kobietą. – Zrobiłem obojętną minę, ale wspomnienie byłej wciąż bolało.

– Nie chodzi o nią, a o jej syna.

– Michała? – Cholera, uwielbiałem tego chłopaka.

– Tak, w sobotę spotkał się z kumplami, Robertem i Stefanem. O dwudziestej drugiej miał być w domu, ale nie wrócił.

– Psy wiedzą? 

– Tak. Dzisiaj Martyna była na komendzie. Wypytywali ją o belfra ze szkoły Michała, Mateusza Klimczaka. Michał i jego kumple chodzili do niego na dodatkowe zajęcia z historii. Szkoła zgłosiła zaginięcie nauczyciela.

Anglik podał mi dzisiejszy numer "Faktu" z Marylą Rodowicz. “W Chorzowie zaginął nauczyciel historii wraz z uczniem” – głosił jednym z nagłówków.

– Podobno cała czwórka była dość zżyta ze sobą. 

– Dobra, pogadam z tymi kolegami Michała – powiedziałem.

Anglik pomacał daszek kaszkietu, a palcami lewej dłoni zabębnił o blat biurka.

– Nie chcę cię w to wciągać – powiedział ostrożnie. – Ale rozumiesz, że moi ludzie zrobiliby za duży dym. 

– Rozumiem. Wiesz, dla Martyny nie ruszyłbym dupy, ale Michał to porządny chłopak. 

Podszedłem do barku, wyciągnąłem soplicę, dwa kieliszki i rewolwer. Siadając, położyłem klamkę na stole i nalałem do szkieł.

– Po co ci to? – zapytał Anglik, sięgając po kieliszek.

– Stare przyzwyczajenie – wyjaśniłem. – Zresztą, jest w mieście jeszcze kilku gości, którzy mogą mieć do mnie sprawy, z dawnych lat. 

Anglik potaknął, wypiliśmy, a ja dolałem wódki.

– W tę sobotę, wiadomo, gdzie się spotkali? – zapytałem.

– U Roberta – powiedział Anglik. – Mam jego adres, jak coś.

– Wyślij mi go SMS-em. Porozmawiam z tymi kumplami Michała.

– Dobra – zgodził się Anglik – ja muszę skoczyć w kilka miejsc. Pamiętaj, że jeśli będziesz potrzebował pomocy, to dzwoń.

– Jasne. Do zobaczenia wieczorem. 

– Będę w kontakcie i dobrze cię znów widzieć – powiedział, wypił wódkę i ruszył do wyjścia. 

 

Odpaliłem papierosa i zajrzałem do portali społecznościowych. Znalazłem przyjaciół Michała bez trudu. Byli oznaczeni na wspólnym zdjęciu. Przyglądałem im się przez chwilę.

Robert był najwyższy – miał długie, czarne włosy i ciemne oczy. Na zdjęciu pozował w koszulce zespołu metalowego, którego nazwa była do rozszyfrowania tylko przez najzatwardzialszych fanów tego gatunku muzyki. Z wystawionym językiem i wyciągniętym środkowym palcem oświadczał, jakie ma przesłanie dla świata. Zdecydowanie wyróżniał się na tle przyjaciół. 

Wygląd Michała mnie zaskoczył, zmienił się – włosy gładko zaczesane do tyłu, ubrany cały na czarno, z zaciętą miną, ale spojrzenie miał rozbawione, drwiące. Biła od niego siła charakteru, a był najmniejszy z całej trójki. 

Strój Stefana niczym szczególnym się nie wyróżniał, dżinsy, koszulka. Spoglądał w obiektyw z zażenowaniem. Kasztanowe włosy miał starannie przycięte i ułożone – jako jedyny trzymał puszkę piwa, choć sprawiał wrażenie najpotężniejszego. Wyglądali na dobrych znajomych. 

 Anglik dał mi adres Roberta, niedaleko liceum. Było jeszcze dość wcześnie, więc pojechałem pod szkołę. Wysiadłem z tramwaju naprzeciwko placówki.

Dochodziła piętnasta, gdy zadzwonił dzwonek. Licealiści hałasowali tak, jak tylko oni potrafią z głowami wypełnionymi plątaniną emocji i spraw, kompletnie niezrozumiałych i nieistotnych dla wszystkich tych, którzy już dawno pożegnali wiek nastoletni. Uczniowie wypadli na zewnątrz. Kolegów Michała nie widziałem, ale gdy ten rozentuzjazmowany tłum mnie minął, nagle pojawił się Stefan. Podszedłem do niego i zapytałem: 

– Nieciekawie, co? 

 Spojrzał na mnie zdezorientowany, tym bardziej mnie zakłuło, gdy wypalił:

– Na łeb panu padło. Wszystko dobrze pod kopułą? 

– W najlepszym. A co słychać u Michała?

Pobladł nieco. 

– A tobie co do tego?

– Jestem kolegą jego matki. Poprosiła mnie, przez wzgląd na to, że kiedyś ją pieprzyłem, bym dowiedział się, co się stało z Michałem, więc to mi do tego, że bardzo lubiłem pieprzyć matkę twojego kumpla i teraz czuję się zobowiązany, by jej pomóc. 

Wyciągnąłem papierosy. Stefan stał ze spuszczonym wzrokiem. 

– Palisz? – zapytałem, podsuwając mu paczkę. 

– Tak, dzięki. – Wyciągnął jednego. 

– Tak, dzięki, proszę pana – poprawiłem go. 

– Proszę pana – powtórzył. 

– Świetnie, a teraz powiesz mi, gdzie jest Michał – stwierdziłem, podając mu ognia. 

– Nie wiem, ostatni raz widziałem go u Roberta w sobotę… 

– O której? – Dmuchnąłem w niego dymem. 

– O szesnastej, potem się rozeszliśmy. 

– O której się rozstaliście? – zapytałem z naciskiem.

– Około dwudziestej drugiej.

– Co robiliście? 

– Graliśmy w grę – skłamał bez mrugnięcia okiem. 

– Gówno prawda. 

– Przysięgam, graliśmy, potem chwilę rozmawialiśmy, o dwudziestej drugiej wyszliśmy od Roberta. 

– Dobra, powiedzmy, że to kupuję, ale czemu nie wrócił do domu? 

– Nie wiem, naprawdę…

Podniosłem palec, więc dodał szybko:

– Proszę pana.

Nie mówił całej prawdy, ale chyba był szczerze zmartwiony.

Postanowiłem na razie dać mu spokój, poklepałem go w policzek.

– Dobra, spokojnie, Stefan, kiedy masz rozmawiać z policją? – zapytałem

– Dzisiaj o siedemnastej. 

– Robert dostał wezwanie na wcześniejszą godzinę? – zapytałem, a Stefan przytaknął. 

– To zmykaj, oni nie lubią jak ktoś się spóźnia. Robią się od tego nerwowi.

Chłopak pstryknął palcami, wystrzeliwując niedopałek i ruszył w stronę przystanku.

A ja pojechałem do Roberta. Wolałem rozmawiać z dzieciakiem bez rodziców. Liczyłem po cichu, że jeszcze nie wrócił z komendy i może uda mi się go złapać przed mieszkaniem. 

Wysiadłem na typowym blokowisku. Odnalazłem jego numer i na domofonie wybrałem mieszkanie szesnaste, ale nikt nie odebrał. 

Postanowiłem zaczekać.

Robert pojawił się z ojcem chwilę później. Wyszli ze srebrnej toyoty. Podszedłem do nich. Chłopak był blady, miał zaczerwienione oczy. Musieli go nieźle przycisnąć na komendzie. 

Przedstawiłem się i zapytałem, czy mogę porozmawiać z Robertem na stronie.

Ojciec zgodził się bez robienia dodatkowych problemów. 

– Pójdę do sklepu – powiedział do Roberta. – Chcesz coś?

Chłopak pokręcił przecząco głową, po chwili zostaliśmy sami.

– Wiem, że miałeś ciężki dzień – powiedziałem.

Spojrzał na mnie z wdzięcznością. 

– Ale mam to w dupie. Michał zaginął, jego matka odchodzi od zmysłów, więc zapytam tylko raz, gdzie on jest? 

– Nie wiem, mówiłem na przesłuchaniu, że wyszedł ode mnie o dwudziestej drugiej, więcej go nie widziałem. – Dzieciak ledwie się trzymał, a łzy znów napłynęły mu do oczu. 

– Wierzę, ale nie o to pytam. Gdzie on jest? 

– Nie wiem, przysięgam… – zakwilił. 

– Widzisz, Stefan mówił coś innego. 

 Robert otworzył i zamknął usta, ale nie zdołał wykrztusić słowa. 

– A za chwilę, to samo powie gliniarzom. Gdy porównają sobie zeznania Stefana z twoimi, dojdą do wniosku, że coś ukrywasz i wezmą ci się do dupy. 

Kątem oka zauważyłem, że ojciec obserwuje nas przez sklepową witrynę, więc stanąłem przed chłopakiem, by zaoszczędzić sobie problemów.

– Gówno wiesz, koleś – warknął niespodziewanie Robert, mimo że łzy spływały mu po policzkach. 

Wtedy spojrzał ponad moim ramieniem. Na twarzy chłopaka pojawiło się przerażenie. Obróciłem się, pomału podążając za wzrokiem chłopaka. Pomiędzy dwoma blokami był parking, za nim pas zieleni, dalej trasa szybkiego ruchu i przystanek autobusowy. 

Wtedy go zobaczyłem. Stał obok rozkładu. Mężczyzna w okolicy czterdziestki w szarym płaszczu, bez zarostu, krótko ścięty, niczym się niewyróżniający, gdyby nie to, że patrzył wprost na Roberta. Był daleko, jednak czułem, że patrzy dokładnie na chłopaka. A gdy przesunął nieznacznie głowę i spojrzał na mnie, spuściłem wzrok. 

Drzwi sklepu otwarły się i Robert pobiegł do ojca, który objął go, jakby miał siedem, a nie siedemnaście lat. Po chwili weszli do klatki. Byłem kompletnie oszołomiony. Spojrzałem ponownie na przystanek, ale stał tam już autobus. Ludzie wychodzili z niego, podążając za własnymi sprawami, a po facecie w płaszczu nie było śladu.

 

Henryk

 

Henryk krążył po pokoju hotelowym, wciąż nie mogąc się przyzwyczaić do ściętych włosów oraz ogolonej twarzy, czystych ubrań i możliwości zaspokojenia potrzeb w każdej chwili. Usiadł przy stole. Ze stosu zeszytów ściągnął ten podpisany “Śląsk”. Umówiony był na czternastą, a dopiero świtało. Walczył chwilę z sobą, znów czując przemożną chęć zniszczenia dzienników, ale gdy tylko pomyślał, ile lat im poświęcił, o wynikach badań, zwyczajnie nie potrafił tego zrobić. Zamiast tego przekartkował zeszyt. Na pierwszej pustej stronie zanotował datę i uświadomił sobie, że za sześć dni miał skończyć siedemdziesiąt dwa lata. 

 

Pewnego październikowego ranka Henryk wysiadł z pociągu na dworcu w Katowicach. Świadomość, że to właśnie tu prowadził ostatni trop dodawała mu sił, ale też napawała niepokojem. Co jeśli będzie fałszywy. Ostatnie dwa lata spędził na poszukiwaniach. Poświęcił dom, pracę na uczelni i godność, wybierając życie osoby bezdomnej, by odzyskać skradzione mu książki. Ale przede wszystkim chciał jeszcze raz spojrzeć w oczy osobie, która go zdradziła. 

W czarnej saszetce nosił całe dawne życie. Dokumenty, kartę do bankomatu, klucze do mieszkania. Nie korzystał z nich, żeby nie pozostawić śladów. Włożył rękę do kieszeni puchowej kurtki i przejechał palcem po zimnej stali glocka. Dotyk broni zawsze dodawał mu sił. Przypominał, że musi wytrwać. 

Henryk wiedział, że Klimczak uczy historii w liceach. Pozostawało tylko ustalić, w którym mieście.

W pierwszych dniach wybrał kilku z miejscowych bezdomnych, upewniwszy się, że nie są niebezpieczni. Gdy usiedli przy ognisku, rozpalonym pod wiaduktem, Henryk wyciągnął wódkę, by uzyskać w zamian informacje o okolicy. Szybko dowiedział się gdzie może liczyć na gościnę, a gdzie lepiej nie zaglądać, gdzie zdobyć pożywienie, a gdzie destylat. 

Nocował w Katowicach. Było tu sporo podobnych mu ludzi, tych wyrzuconych poza margines społeczeństwa. Czasem poszukiwania zmuszały go, by został dłuższy czas w sąsiednich miastach. Ostatecznie jednak zawsze wracał do Katowic, gdzie skrupulatnie wykreślał z listy kolejne szkoły i planował kolejne wypady.

Po dwóch miesiącach Henryk znał już każdy kąt w aglomeracji. Wtedy dopadło go znużenie tułaczką i brakiem efektów. Przebywał w Chorzowie, ostatnim mieście, którego jeszcze nie sprawdził. W ruinach starej huty, przy niewielkim ognisku, wykreślał kolejną szkołę z listy. Zapadła nocy, a Henryk przeglądał wszystkie zapiski, jeszcze z lat profesorskich i doszedł do wniosku, że już nigdy nie odzyska książek, a co za tym idzie, nigdy już nie wróci do badań. Zmęczony poszukiwaniami postanowił udać się w ostatnią podróż, by odkryć największą z niewiadomych.

 

Hubert – środa 

 

Byłem strasznie zawiedziony tym, jak nieefektywne są społecznie akceptowane środki przymusu. Postanowiłem więc przemyśleć całą sytuację, degustując zawartość barku. Obudziłem się następnego dnia, odczuwając skutki tej degustacji. Otworzyłem oczy i z przykrością stwierdziłem, że zasnąłem w fotelu, nawet nie pamiętając o ściągnięciu kurtki. Zapaliłem papierosa i zajrzałem do internetu.

Na stronie internetowej widniał nagłówek: “Trwają poszukiwania nauczyciela i ucznia”. Pomyślałem, że dla psiarni ojczym i były skazaniec, byłby aż nadto kuszącym podejrzanym w tej sprawie. Mimo to postanowiłem działać i tym razem przycisnąć chłopaków. 

Zacząłem od Roberta. Na miejscu domofon odebrała matka chłopaka. Zapytałem o kolegę Michała. W odpowiedzi usłyszałem, że jest chory. Postanowiłem sprawdzić, jak bardzo. 

Znalazłem niewielką knajpkę naprzeciwko. Zająłem miejsce z dobrym widokiem na wejście do bloku.

Jedząc obiad, zajrzałem do internetu w poszukiwaniu informacji o Klimczaku. Nauczyciel nie lubił się uzewnętrzniać. Nie znalazłem żadnej wzmianki o nim na najpopularniejszych portalach do społecznie akceptowalnego ekshibicjonizmu. 

Odłożyłem telefon na stolik. Wtedy dostrzegłem Roberta wychodzącego z klatki. 

Poczekałem chwilę, niepewny, co robić dalej. Zdecydowałem, że pójdę za chłopakiem. Skręcił między blokami w stronę parku, dalej tunelem pod trasą szybkiego ruchu, do stadionu. Tam Robert ruszył na asfaltową drogę, prowadzącą nad staw otoczony knajpkami i budkami z jedzeniem. Było tu znacznie jaśniej, a kolorowe światła barów trochę ożywiały ponury, jesienny krajobraz. 

Pod jedną z budek zauważyłem Stefana. Gdy mnie spostrzegł, zapalił papierosa. Wyciągnąłem paczkę i podszedłem do chłopaków. Dopiero wtedy Robert zdał sobie sprawę z mojej obecności.

– Czego chcesz? – warknął. 

– Porozmawiać, z tobą i Stefanem.

– Czemu niby mielibyśmy chcieć z tobą rozmawiać? 

 Olałem bezczelną odzywkę i powiedziałem do Stefana: 

– Witaj. – Wyciągnąłem mu papierosa z ust, żeby odpalić własnego. – Piękny wieczór na przechadzkę.

– Musiał śledzić mnie od domu – powiedział Robert, gdy Stefan spojrzał na niego pytająco.

– Zgadza się – potwierdziłem, oddając papierosa Stefanowi.

– Co my teraz zrobimy, Stefan? – rozhisteryzował się nagle Robert. 

– Najlepiej będzie, jak powiecie mi, gdzie jest Michał – powiedziałem, obserwując, jak wymieniają szybkie spojrzenia. – Dobra, koniec tej zabawy, mówcie, co jest grane, to może będę mógł wam pomóc. 

– Mówiłem ci, że nie masz pojęcia, co się dzieje i nasze wyjaśnienia tego nie zmienią – powiedział Robert.

Miałem już dość tego płaczliwego gnojka, chciałem go przycisnąć, ale Stefan mnie uprzedził. 

– Niekoniecznie – powiedział, widząc, że tracę cierpliwość. – Możemy sprawdzić magazyn. 

– Nie, nie pójdę tam, nie dam rady – zakwilił Robert, łapiąc się za głowę. 

– Spójrz, co mi wysłał.

Stefan wyciągnął telefon z kieszeni i przystawił do twarzy kolegi, spojrzałem przez ramię Roberta. To był SMS od Michała, o treści “86”. Robert patrzył tępo na cyfry, w końcu potrząsnął głową. 

– Nie dam rady – załkał. 

– On z nami będzie. – Stefan wskazał na mnie i upewnił się. – Pójdzie pan z nami? 

– Pójdę – powiedziałem bez chwili wahania. 

– A jeśli on tam będzie? – Nie dawał się przekonać Robert. 

– Klimczak? – zapytałem.

Na dźwięk nazwiska Robert wbił wzrok w ziemię. Stefan pokiwał tylko twierdząco głową. Rozpiąłem kurtkę i pokazałem im broń.

– No już, dzieciaku, weź się w garść.

Poklepałem chłopaka po plecach. Wziął głęboki wdech i chyba się nieco uspokoił. 

– Robert, ty miałeś klucze do magazynu – stwierdził Stefan.

Robert przytaknął.

 

Poprowadzili mnie przez zarośniętą część parku z gęsto posadzonymi drzewami. 

Wyszliśmy na brukowaną alejkę, dochodzącą do trasy szybkiego ruchu. 

Zapytałem, czy długo będziemy tak chodzić po nocy, a Stefan wskazał mi kompleks hal, magazynów i biur po drugiej stronie ulicy. Były to pozostałości po hucie, której szkielet straszył w oddali. 

Teren był ogrodzony, a w małej budce warował stróż. Śmierdział kawą i tanim tytoniem. Poprosił Roberta o wpis do zeszytu i wpuścił nas na teren. Szliśmy, mijając kolejne budynki. Gdzieniegdzie stały stare wózki widłowe, podkłady kolejowe, oraz kontenery pokryte rdzą. 

– To tutaj – powiedział Stefan.

Zatrzymaliśmy się przed podłużnym, piętrowym budynkiem. Robert podszedł do drzwi po rozsypujących się kamiennych schodach. Wyciągnął klucz i umieścił w zamku, który dopiero po chwili puścił. 

W środku było ciemno, Stefan wymacał skrzynkę z bezpiecznikami i dokręcił jeden z nich. Robert obrotowym, czarnym przełącznikiem, włączył światło. Stare jarzeniówki zatrzeszczały, zamigotały i część z nich się rozświetliła, pozostałe migały niezdecydowanie. Korytarz zalało białe nieprzyjemne światło, kojarzące się ze szpitalem. Nieco dalej przed nami były metalowe schody, prowadzące na piętro. Korytarz kończył się niewielkim oknem. Nic poza tym, tylko ściany pokryte pleśnią i odpadającym tynkiem. Wszedłem po schodach. W połowie drogi obejrzałem się na chłopaków, stojących jak zamurowani.

Usiadłem na stopniu i powiedziałem:

– Nie wiem, co Klimczak wam zrobił, ale ze mną jesteście bezpieczni, obronię was. 

Patrzyli wystraszeni, a na dźwięk imienia nauczyciela Robert drgnął.

 – Pamiętajcie, że trzeba pomóc Michałowi. Znajdę go tam na górze? – Milczeli. – A znajdę coś, co pomoże mi go odnaleźć? 

– Tak, tam powinno coś być. – Stefan złapał Roberta za rękę i pociągnął w górę schodów. 

Wstałem i weszliśmy na piętro. Był tam krótki korytarz z metalowymi drzwiami. Podszedłem i złapałem klamkę. Drzwi ustąpiły z cichym trzaskiem. Poczułem zapach topionego wosku. W środku panował półmrok. Światło latarni padało tylko przez niewielkie okno na drewniany stół.

– Włącznik jest po lewej – powiedział Stefan. 

Zapaliłem światło, jarzeniówki zasyczały, zamigotały, w końcu się zapaliły. W pomieszczeniu ustawiono pod ścianami regały. Jeden zawalony był książkami, a drugi ozdobami i glinianymi naczyniami. 

Na podłodze rozłożono poduszki dookoła dużej tablicy. Wszedłem do środka. Stefan od razu podszedł do regału z książkami. Robert stał przy drzwiach, spoglądając na pomieszczenie rozbieganym wzrokiem. Tablica była częściowo starta, ale rysunek na niej przypominał jakąś figurę geometryczną, był też fragment tekstu, zdaje się po arabsku. Podszedłem do regału z ozdobami. Były tam gliniane miski i flaszki. W niektórych znajdował się kolorowy piasek. Podniosłem tę z gwiazdą wymalowaną na etykiecie. Potrząsnąłem nią, a w środku jakiś płyn zachlupotał. W kilku naczyniach leżały zasuszone rośliny o dziwnym zapachu. Figurki przedstawiały przeważnie niekompletne postaci, nagich kobiet lub mężczyzn, niektórym brakowało głów, innym kończyn. 

– Co wy tu robiliście? – zapytałem. 

– Nie ma jej – powiedział Stefan.

– Wtedy, Klimczak nie brał jej ze sobą – wyjąkał Robert. 

– Wiem! Więc kto ją zabrał?! – Stefan spojrzał na Roberta. – Michał? 

– Bez ibin-kusch? Na nic by mu się nie przydała – odpowiedział Robert.

Stefan przejrzał leżące na stole papiery, a następnie stanął obok mnie i zajrzał do naczyń. Sprawdzał każde po kolei, w końcu podniósł jedno i podszedł z nim do Roberta. 

– Zobacz. – Pokazał mu zawartość. 

– Zrobił to – wyszeptał ledwo słyszalnie Robert. 

– Podaj mi jakąś kartkę – powiedział Stefan. 

– Nie wejdę tam. – Robert chwycił się framugi, jakby obawiał się, że przyjaciel wciągnie go do środka. 

– Daj mi tę cholerną kartę! – wrzasnął na niego Stefan, tak niespodziewanie, że aż się wzdrygnąłem. 

– Nie. 

– Czekaj – powiedziałem i ściągnąłem jakiś papier ze stołu.

Podszedłem do Stefana. 

– Niech pan zegnie – poprosił. Stefan przesypał niebieski proszek i ostrożnie zawinął go w papier. 

– To jakiś narkotyk? – zapytałem, gdy chłopak położył mi na dłoni zawiniątko. 

– Nie – powiedział Stefan. – Proszę to dobrze schować. 

– Po co? 

– Może być potrzebne – powiedział poważnie. 

– To po to mnie tu ściągnęliście?

– Nie po to, po coś innego, ale Michał musiał to zabrać. 

– Dobra, koniec tego pieprzenia – powiedziałem, łapiąc Stefana za kołnierz kurtki i potrząsnąłem nim kilka razy. – Gdzie on jest? Gdzie jest mój pasierb? 

Stefan spojrzał znów na Roberta. 

– Nie patrz na niego, tylko na mnie, i mów, gdzie on jest? – warknąłem. 

– Robert? – Stefana zwrócił się do przyjaciela, patrząc mi w oczy. – Michał znał wzór, wiedział jak go odtworzyć? 

– Nie, na pewno nie – odpowiedział Robert. 

– To w takim razie, Michał może być tylko w jednym miejscu. 

– Nie mów mu – jęknął Robert. 

– A mamy inne wyjście? – zapytał Stefan, wciąż patrząc mi w oczy.

– Nie. Nie wiem… – powiedział Robert i urwał, jakby się zadławił. 

– Wie pan, gdzie jest stara hurtownia herbaty? – zapytał mnie Stefan.

– Wiem, to niedaleko stąd, koło dworca – powiedziałem. 

Wtedy Robert wrzasnął:

– Nie! 

– Na trzecim piętrze, na ścianie od strony schodów – mówił dalej Stefan. – Ktoś namalował swastykę czerwoną farbą. W ścianie brakuje dwóch cegieł, w ich miejscu powinna być ustawiona kamera. 

– Nieee! – wrzasnął Robert i rzucił się do schodów.

Dopiero wtedy zrozumiałem, że on nie krzyczał do nas. 

Obróciłem się do okna. W prawym górnym rogu zauważyłem twarz o sinym kolorze, jak u wisielca. O bystrych oczach z przekrwionymi białkami. Nie miały tęczówek, tylko wielkie czarne źrenice. Poruszały się szybko, wodząc wzrokiem po wnętrzu pomieszczenia. Spoglądając to na mnie, to na Stefana. Te oczy, ich ruch – nie miały w sobie nic ludzkiego, przypominał raczej spojrzenie owada. Puściłem dzieciaka i cofnąłem się, wpadając na framugę. Stefan rzucił się w stronę schodów. Wtedy głowa zniknęła za ścianą.

Stałem osłupiały, nie mogąc dojść do siebie, oprzytomniałem, dopiero, gdy drzwi wejściowe trzasnęły z hukiem. Zbiegłem na dół i wypadłem na zewnątrz. Dojrzałem obu licealistów, jak biegli w stronę stróżówki. Wyciągnąłem broń i zacząłem pomału obchodzić budynek, idąc wzdłuż ściany. Dotarłem do rogu szybciej, niż bym sobie tego życzył. Stałem chwilę, wstrzymując oddech. A gdy zebrałem się na odwagę, wyskoczyłem na tył budynku, niepewny, czy celować przed siebie, czy w górę. Nikogo jednak nie było. Spojrzałem w stronę pierwszego piętra. Okno znajdowało się jakieś trzy do czterech metrów nade mną, a ściana była całkiem gładka. Nie było nawet parapetów, po których można by się wspiąć. Wyszedłem zza budynku i ruszyłem w stronę stróżówki. W głowie kotłowały mi się myśli. Jedno było pewne. Wiedziałem, gdzie szukać Michała i jeśli miałem go odnaleźć, to powinienem zrobić to jeszcze tego wieczoru.

 

Mając park i ulicę po lewej, ruszyłem chodnikiem wzdłuż siatki odgradzającej pozostałości po hucie. Idąc, odczuwałem narastający niepokój. Latarnie migotały lub gasły nagle, gdy pod nimi przechodziłem, by zapalić się znów za moim plecami. Oprócz szumu wiatru i mżawki towarzyszyło mi jedynie brzęczenie starej instalacji, jakimś cudem nadal doprowadzającej prąd do zdezelowanych latarni, zalewających chodnik pomarańczowym światłem. Wydawało mi się, że zostałem ostatnim człowiekiem w tym industrialnym rumowisku. Zerkając z ukosa przez siatkę, w ciemności, każdy cień przyprawiał mnie o szybsze bicie serca.

Dotarłem do skrzyżowania. Na drugą stronę prowadziło przejście podziemne. Zszedłem po śliskich, wytartych schodach i czym prędzej przedostałem się przez śmierdzący moczem tunel. Skręciłem w lewo i chodnikiem poszedłem w stronę wiaduktu biegnącego nad starym dworcem. 

 Zadzwoniłem do Anglika.

– Wiem, gdzie jest Michał – powiedziałem natychmiast, gdy odebrał. 

– Zamieniam się w słuch. 

 – Wiesz, gdzie jest stara hurtownia herbaty, obok dworca? – zapytałem. 

– Wiem, już tam jadę – powiedział i się rozłączył. 

 

Zbliżałem się pomału do hurtowni. Na prawo od niej był kompleks rozpadających się ceglanych budynków. Starej masarni i przyległej do niej mleczarni. Za tym wszystkim lśniły światła biurowców z odległego centrum. Bardziej cywilizowana część Chorzowa, nawet tu, gdzie ludzie żyli wspomnieniami o hutach i kopalniach, dawała znać o sobie. Przypominając, że rozrastające się centrum, niczym nowotwór, wkrótce zajmie i te rejony.

Stanąłem przy wiadukcie, patrząc na torowisko, wagony i sterty podkładów kolejowych. Po chwili przyjechał Anglik, gdy wysiadł z wozu, zapytał: 

– To tu? – Popatrzył zdziwiony na budynek. 

– Tak.

– Nie masz serca, że każesz mi łazić po takiej ruinie. 

– Mam serce, ale odpowiada tylko i wyłącznie za pompowanie krwi. 

Anglik przyjrzał się krytycznie wejściu, które zabito deskami.

 – Ale tędy nie wejdziemy, może uda się przez rzeźnię – zaproponował. 

Poszliśmy w stronę ceglanego muru. Szybko natrafiliśmy na wyrwę i przedostaliśmy się na teren rzeźni, skąd weszliśmy do hurtowni. 

Okna były powybijane, wszędzie leżały sterty złomu, cegieł, gruzu i innych śmieci. Zapaliliśmy latarki w telefonach.

Śmierdzący stęchlizną korytarz prowadził do licznych pomieszczeń i jednej z dwóch klatek schodowych, mieszczących się po obu stronach budynku. Anglik zauważył, że przeszukanie całości zajmie nam przynajmniej godzinę, więc się rozdzieliliśmy.

Jan poszedł sprawdzić parter, a ja ruszyłem od razu na trzecie piętro. Faktycznie swastyka była nie do przegapienia, ktoś włożył w jej namalowanie dużo serca i jeszcze więcej sprayu. Odnalazłem również kamerę w miejscu brakujących cegieł. Schowałem ją do kieszeni kurtki i wszedłem do pomieszczenia, w którego kierunku był zwrócony obiektyw. Było puste, nie licząc walających się puszek, potłuczonego szkła i kartonów, nic więcej. Pomieszczenie miało dwa przejścia do kolejnych wnętrz i korytarza. Z okien pozbawionych szyb roztaczał się całkiem ładny widok na oświetlone centrum. 

Wodząc światłem latarki po podłodze, próbowałem odnaleźć jakiś trop. Nic nie zwróciło mojej uwagi, zrezygnowany sięgnąłem po kamerę i sprawdziłem pliki. Były dwa, zdecydowałem się na ten krótszy nagrany w sobotę. 

Na początku ekran wypełniła twarz Michała. Dzieciak odszedł od obiektywu, widziałem jedynie jego kształt, kręcący się chwilę na środku pomieszczenia. Poświeciłem latarką w to samo miejsce, leżały tam kartony. 

Na filmie Michał stanął przy oknie, mniej więcej w tym samym miejscu, w którym i ja stałem. Światło wpadające z zewnątrz nieco oświetlało jego niską postać. Starannie przycięte, uczesane włosy i poważną twarz, o zaciętym wyrazie. Trzymał książkę. Otworzył ją i chwilę wertował strony, następnie zaczął czytać. Podgłośniłem nagranie. W pustym wnętrzu jego głos wyraźnie się roznosił, odbijając echem po pustostanie. Mówił w obcym języku. Chyba po arabsku.

Przez kolejne piętnaście minut nagrania nic się nie działo. Michał wciąż powtarzał ten sam tekst, z wyrazem największego skupienia na twarzy, a słowa wypowiadał płynnie, jakby znał język lub nauczył się tekstu na pamięć. W pewnym momencie Michał wyraźnie spojrzał w stronę klatki schodowej. Dzieciak zaczął pośpiesznie wertować strony. Zatrzymał się i zaczął czytać. Pewność w jego głosie zniknęła. 

Zauważyłem, że spoglądał na kogoś stojącego w wejściu do pomieszczenia, tuż za obiektywem kamery. Ciemny kształt mignął w kadrze. Ale byłem pewien, że to mężczyzny w płaszczu. Stanął w drugim końcu pomieszczenia naprzeciwko chłopaka. Michał nie spuszczał go z oczu. W jego głosie było słychać narastające przejęcie. Postać chodziła niespokojnie, przemieszczając się wzdłuż przeciwległej ściany. Michał patrzył za nią, jakby celował w intruza wypowiadanymi słowami. Postać stanęła nagle. Odniosłem wrażenie, że coś się stało, coś, czego nie wychwyciłem na nagraniu. Zająknął się, raz, potem drugi i w końcu ucichł. Coś jednak było słychać. Przystawiłem głośnik kamery do ucha. Michał łkał. Widziałem, jak próbuje zaczerpnąć tchu, gdy przerażenie chwyciło go za gardło. 

Postać stała nieruchomo. Niemal zlewając się z ciemnością. Michał uniósł prawą rękę. Dostrzegłem, że trzyma coś w zaciśniętej pięści, jakby chciał pogrozić intruzowi. Postać ruszyła w jego kierunku. Michał rozwarł pięść, coś upadło na podłogę. Chłopak rzucił się w stronę sąsiedniego pomieszczenia. Mężczyzna patrzył za biegnącym Michałem. W pierwszej chwili wyglądał, jakby w ogóle nie miał zamiaru go gonić. Wtedy sylwetka zwróciła się w stronę kamery. Twarz była skryta w cieniu, a mimo to byłem przekonany, że patrzy w obiektyw. Ręce zaczęły mi drżeć, gdy uświadomiłem sobie, jak bardzo się myliłem. On nie patrzył na kamerę, lecz przez nią, wprost na mnie. 

W jednej chwili wyłączyłem urządzenie. Zorientowałem się, że patrzę dokładnie w miejsce, w którym stał mężczyzna w płaszczu. Wciąż czułem na sobie spojrzenie, niemal namacalne, jakby mnie dotykał, wzdłuż całego ciała, centymetr po centymetrze, penetrując każdą część. Przenikał pomału, głębiej do środka. Upuściłem kamerę. Upadła na podłogę z cichym trzaskiem. Trzęsącymi dłońmi sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyciągnąłem paczkę papierosów. Zapaliłem, całą uwagę skupiając na wypuszczanym dymie. Gdy byłem w połowie papierosa, wrażenie minęło. Niedopałek wyrzuciłem przez strzaskane okno. Odetchnąłem i podniosłem kamerę. Wtedy dostrzegłem na podłodze niebieski proszek pod urządzeniem. Wydawał się taki sam, jak ten, który wcisnął mi do kieszeni kurtki Stefan. Poświeciłem latarką, w stronę, w którą pobiegł Michał. 

Poszedłem do przejścia, wodząc światłem po ziemi i po chwili dostrzegłem ślad przeciągnięty wraz z kurzem i gruzem po podłodze. Nieco dalej leżała książka Michała, a obok niej wyraźnie odciśnięte ślady bosych stóp. Poświeciłem wokół, ale nie znalazłem niczego, co by wskazywało na to, że ten, kto je zostawił, poszedł gdzieś dalej. Jakby już nie ruszył z miejsca. Nagle poczułem suchość w gardle i odruchowo skierowałem strumień latarki na sufit. Patrzyłem chwilę, próbując odgonić myśl o pełzającym po nim mężczyźnie.

Podniosłem książkę, była ciężka, choć niewielkich rozmiarów, oprawiona w grubą skórę, zabarwioną na ciemny brąz. Zajrzałem do środka. Strony zapisano odręcznie niebieskim atramentem, w alfabecie łacińskim, jednak nic nie rozumiałem z języka, w którym były prowadzone notatki. Schowałem książkę do wewnętrznej kieszeni kurtki, wtedy zadzwonił telefon. To był Anglik.

– Znalazłem go – powiedział.

Zszedłem na pierwsze piętro, krążyłem chwilę po pomieszczeniach, do chwili, gdy znalazłem Anglika, stojącego obok szybu windy. Podszedłem do niego i spojrzałem w dół. Michał leżał na plecach i wyglądałby, jakby odpoczywał, gdyby nie nienaturalnie skręcona głowa i przyprawiający o mdłości guz na szyi, w miejscu, gdzie kręgi nieomal przebiły skórę. 

– Spójrz na to – powiedział Anglik i poprowadził mnie nieco dalej, oświetlając dziurę w suficie.

Następnie skierował strumień latarki na ślady krwi, ciągnące się wraz z wytartym kurzem do szybu.

– Wygląda na to, że chłopak spadł tutaj z któregoś z wyższych pięter – powiedział Anglik.

– A potem doczołgał się do szybu i znów spadł? – zapytałem przez zaciśnięte zęby.

– Mało prawdopodobne. – Jan złapał mnie za ramię i dodał. – Posłuchaj, zadzwonię do tego kumpla z dochodzeniowego, będzie mi wdzięczny za taki cynk, ale lepiej by cię tu nie było, jak przyjadą.

Wróciłem do domu tramwajem, wyciągnąłem z barku wódkę i zalałem się w trupa.

 

Hubert – czwartek

 

Obudził mnie telefon. Kac był nieznośny, a pistolet leżący obok flaszki budził niepokój – nie pamiętałem, bym go wyciągał.

Na stoliku leżało zawiniątko od Stefana, kamera i książka. Wyciągnąłem dłoń w stronę okładki i zawahałem się, potarłem niespokojnie palce. Sprawdziłem telefon. Dwadzieścia jeden nieodebranych połączeń, w tym od Anglika, matki Michała, jakiegoś numeru stacjonarnego i kuratora. Do nikogo z nich nie miałem ochoty oddzwaniać. Usłyszałem dzwonek do drzwi. Otwarłem je gotowy na każdego, ale nie na Stefana.

– Znalazł pan? – zapytał od progu.

– Kamerę i książkę – odpowiedziałem.

– A…? – urwał.

– Tak. – Nie musiałem mówić nic więcej, zrozumiał.

– Pomoże mi pan?

– Tak, ale tylko, jeśli zaczniesz być ze mną szczery.

Wszedł do mieszkania roztrzęsiony, więc nalałem mu kielicha. Gdy usiadł w fotelu, podniosłem kamerę i książkę.

– Zanim przejdziemy do tego – powiedziałem. – Powiedz mi, gdzie jest Robert?

– Jak zobaczyłem Klimczaka, to spanikowałem. Dopiero w parku zacząłem trzeźwo myśleć. Roberta nigdzie nie było. Pomyślałem, że pobiegł do domu, więc poszedłem na osiedle… Niedaleko od przejścia podziemnego zobaczyłem ich.

Stefan urwał, a ja nalałem mu jeszcze jednego, wypił i mówił dalej trzęsącym się głosem.

– To znaczy Roberta i Klimczaka. Stali na chodniku. Robert był… Nie wiem… Stał z szeroko otwartymi oczami. Klimczak chwycił go za ramię. Poprowadził jak bezbronne dziecko. Weszli między zarośla. Było ciemno i zupełnie cicho. Czekałem… Po chwili zza krzaków wyszedł tylko Kilmczak. Wtedy uciekłem. Nie wiedziałem, co robić. Bałem się być sam, wsiadłem do autobusu i przez resztę nocy jeździłem, aż kierowca zjechał do zajezdni. Stamtąd przyszedłem do pana.

– Skąd miałeś mój adres? – zapytałem.

– Byłem tu raz z Michałem, po kilka drobiazgów, jak pan siedział.

– Dobrze zrobiłeś, że przyszedłeś. – Nalałem mu jeszcze wódki. – Opowiedz mi teraz o Klimczaku.

– Niech pan zrozumie, to nie jest jego wina, przynajmniej nie całkiem – zaczął Stefan. 

– Spokojnie, pomału, od początku.

– W trzeciej klasie zaczął uczyć nas historii. To nie był zwykły belfer, tylko naprawdę porządny facet. Kazał mówić sobie po imieniu i interesował się tym, czym my. Kiedyś po lekcji zaprosiliśmy go na grę fabularną. 

Spojrzał na mnie, a ja przytaknąłem na znak, że kojarzę temat. 

– A on się zgodził – ciągnął Stefan. – Po którejś sesji zagadnął nas, czy chcielibyśmy się czegoś więcej dowiedzieć o historii magii. Byliśmy zachwyceni. Powiedział, że nie możemy o tym mówić na lekcjach, ale zaproponował, że zorganizuje dodatkowe zajęcia, gdzie będziemy mogli grać i uczyć się o ciekawszych fragmentach historii. Tak to nazwał. Załatwił nam miejsce i dał klucze Robertowi i Michałowi. Byli strasznie dumni, że to ich wybrał. 

Wyciągnął w moją stronę kieliszek. Nalałem mu. Wypił i powiedział:

– Niech pan zobaczy nagranie, proszę. Inaczej mi pan nie uwierzy.

Wzdrygnąłem się na wspomnienie filmu z Michałem. Drugie nagranie było znacznie dłuższe. Podszedłem do telewizora i podłączyłem kamerę. 

– Proszę… zaczekać. – Stefan wstał i zachwiał się. – Ja… ja nie mogę. 

– Jasne. – Podałem mu butelkę. – Obok jest sypialnia, prześpij się, obudzę cię później.

Dopilnowałem, by trafił do łóżka, założyłem słuchawki i puściłem nagranie. 

 

Henryk 

 

Ruiny starej rzeźni wydały się Henrykowi odpowiednie na samobójstwo. Zjadł porządny posiłek. Napił się nieco wódki i przygotował pętle ze znalezionego przewodu. Był gotów, gdy usłyszał rozmowę. Dziwnie znajomy głos jednego z rozmówców kazał mu schować się za ścianą pobliskiej hurtowni herbaty i sprawdzić czwórkę przechodniów. Szli żywo, prowadząc dyskusję, wyraźnie podnieceni. Henryk nie mógł uwierzyć własnym oczom. Było to jak urzeczywistnienie najskrytszych marzeń. W towarzystwie trzech młodych chłopaków szedł Mateusz Klimczak. Widmo przeszłości Henryka i przyczyna bezdomności profesora. Gdy cała czwórka weszła na teren hurtowni przez zrujnowaną rzeźnię, Henryk poszedł za grupą. Zatrzymali się na trzecim piętrze. Henryk obszedł pomieszczenie, korzystając z klatki schodowej po drugiej stronie budynku i ukryty w mroku sąsiedniego wnętrza, obserwował ich.

Długowłosy chłopak ustawiał kamerę w miejscu brakujących cegieł w jednej z wewnętrznych ścian. Dwóch pozostałych zamiatało podłogę. Klimczak, w szarym płaszczu, wertował strony książki oprawionej w skórę. Henryk nie spuszczał jej z oczu. Po chwili był już pewien, że nie jest to żaden z skradzionych mu egzemplarzy. Kiedy podłoga została uprzątnięta, Klimczak rozdał reszcie kartki. Chłopcy czytali, wymieniając się spostrzeżeniami co do wymowy poszczególnych słów. Mateusz wyjął czerwoną kredę i zaczął kreślić na podłodze wzór, który odrysowywał z książki.

Henryk nadstawił uszu. Po chwili był już pewny, że chłopcy czytają po arabsku. Zastanowił się chwilę, tłumacząc w myślach niektóre słowa i pobladł. Były niepokojące, odnosiły się do istoty nazywanej maridem, o której Henryk niegdyś czytał. Klimczak dał znać, że wszystko jest przygotowane. Rozstawili świece, zapalili je i zgasili latarki. Mateusz ściągnął buty i skarpetki, wypowiedział jakieś niezrozumiałe słowa, następnie wszedł do wyrysowanego kręgu. Reszta stanęła wokół. Na znak Klimczaka, chłopcy zaczęli czytać z kartek.

Zrobiło się bardzo cicho. Henryk poczuł się jak owad zamknięty wewnątrz szczelnie zakręconego słoika. Słowa rozbrzmiewały w pomieszczeniu i nagle cichły, jakby wpadały w nicość. Klimczak czytał z książki, a każde zdanie wypowiadał z pasją godną wirtuozów lub malarzy w trakcie tworzenia, tak, jak niegdyś, biła od niego pasja. Sięgnął lewą ręka do kieszeni płaszcza i wyciągnął garść czerwonego proszku. Zaczął nim sypać, kreśląc zaciśniętą pięścią w powietrzu jakiś symbol. 

Zrobiło się ciepło i duszno, jakby pod słój, w którym zamknięto Henryka, ktoś podsunął płomień świecy. Powietrze wewnątrz kręgu, zaczęło gęstnieć, a postać Mateusza się rozmyła. Henryk dostrzegł wypełniający wnętrze kręgu cień. Nagle chłopak o długich włosach umilkł, a za nim pozostali. 

Henryk dobrze zapamiętał tę chwilę. Młodzieniec o jasnych, zaczesanych włosach wrzasnął na tego, który umilkł, a w głosie miał strach zmieszany ze złością.

Klimczak zastygł, zdezorientowany. Niespodziewanie zawył, tak przeraźliwie, że długowłosy chłopak zadrżał i rzucił się do wyjścia. Za nim zaczęli uciekać pozostali, pozostawiając Mateusza w kręgu samego z cieniem. Temperatura tak, jak się podniosła, tak samo nagle opadła. Henryk odetchnął z ulgą, łapiąc powietrze. Nagle spostrzegł toczącą się flaszkę. Nie zauważył, kiedy mu wypadła. Podszedł, by ją podnieść, a kiedy się wyprostował, zobaczył Klimczaka, stojącego przed nim. Henryk spoglądał w oczy o rozlanych źrenicach, czarnych niczym bezkresna nicość. Cofnął się tak gwałtownie, że stracił równowagę i upadł. Stwór podszedł nieśpiesznie, jakby miał całe wieki, by go dopaść. Słowa same wypłynęły z ust Henryka. Wypowiedział je instynktownie, nawet nieświadom, że nadal pamiętam fragment niegdyś czytanego Koranu: 

– “Czyż nie widzicie, jak niebo i ziemia łączą się, aby głosić chwałę Przedwiecznego. Ptaki po lasach chwalą Go na swój sposób. Wszystkie istoty stworzone znają hołd, jaki Mu są winne, a Jemu wiadome jest, co one czynią”.

Stwór wrzasnął wściekle, aż tynk posypał się ze ścian. W następnej chwili, Klimczak długim skokiem pokonał pomieszczenie i wyskoczył przez okno. Henryk zdał sobie sprawę, że fragment arabskiej świętej księgi, którego niegdyś używał, głównie by brylować w towarzystwie, ocalił mu życie. Wstał i podszedł ostrożnie do okna, by sprawdzić, co się stało z Mateuszem, ale nie dostrzegł nawet śladu po nim. Wrócił do pomieszczenia z kręgiem, w chwili, gdy jeden z chłopaków o jasnych włosach podnosił z podłogi grubo oprawioną książkę. Młodzieniec, oczyma przerażonymi niczym u zwierzęcia, popatrzył na bezdomnego stojącego w cieniu. Dopiero gdy Henryk podszedł, wchodząc we wpadające z zewnątrz światło latarni, dzieciak odetchnął. Bez słowa podniósł książkę i wybiegł. 

Henryk zakrył kartonami znaki na podłodze. A gdy dostrzegł czerwoną diodę kamery, podszedł i wyłączył urządzenie.

 

Hubert – czwartek

 

Ściągnąłem słuchawki i opadłem na oparcie fotela. Zapaliłem papierosa, próbując poskładać wszystko do kupy. Mogłem pójść na komendę z tym, co miałem. Spojrzałem na kamerę z powątpiewaniem. Bo nagranie, choć dziwne, nie wskazywało, że Klimczak popełnił jakąkolwiek zbrodnię. Miałem też świadka, w postaci Stefana. Ten jednak był pewny, tylko jeśli zacząłby mówić do rzeczy, czyli pomijając wszystkie kwestie duchów i czarów. Zeznania chłopaka mogłoby wystarczyć do zamknięcia Klimczaka. Drugie wyjście to spróbować dorwać zabójcę Michała. Drzwi sypialni otwarły się i Stefan wszedł do pokoju. 

– Zobaczył pan? – zapytał.

– Tak. 

– I co teraz?

– Wiesz, gdzie może być Klimczak? 

– Tak. 

– W hurtowni? – zapytałem, choć znałem odpowiedź. – Powiedz mi, Stefan, ty w to wierzysz, że coś się tam wydarzyło? Coś magicznego? Że wasze gadanie spowodowało, że coś się pojawiło i właściwie co? Zmusiło Klimczaka do zabicia twoich przyjaciół? 

– Krąg ogranicza przyzywaną istotę – zaczął Stefan. – Gdy Robert przerwał zaklęcie ochronne, marid zawładnął ciałem Klimczaka, ale można odpędzić marida. Michał wysłał mi numer strony, na której jest odpowiednia inkantacja. Mamy też ibin-kusch. – Wskazał zawiniątko z proszkiem. – Trzeba tylko pójść do hurtowni, wypowiedzieć formułę i obsypać marida składnikiem, wtedy Klimczak powinien być wolny. 

– A ja miałbym ci pomóc? 

– Nie będę miał dość odwagi, żeby zrobić to samemu, ale Michał miał… Zostawił nam składniki i wysłał numer strony, na wypadek…

– Dobra, mały, pomogę ci – skłamałem, bo miałem już dość tego pieprzenia. – Co miałbym robić? 

– Właściwie, tylko być przy mnie – powiedział ożywionym głosem Stefan. – Nie nauczy się pan tekstu, ani wymowy, ja to wszystko umiem, potrzebuje tylko książki i proszku. 

– Jasne, młody. – Położyłem zawiniątko na okładce i mu podałem. 

– Naprawdę pan mi pomoże? – upewnił się. 

– Jasne – powiedziałem już zdecydowany, że najlepiej będzie, jak dopadnę nauczyciela. 

 

 O dziewiętnastej poszliśmy do hurtowni. A ja konsekwentnie unikałem odbierania jakichkolwiek telefonów. Niedaleko dworca weszliśmy po schodach na wiadukt, idąc wzdłuż ulicy. Hurtownia z każdym krokiem była coraz bliżej, a ja, nie wiem czemu, zacząłem się denerwować. Może to przez chłopaka, który tak mocno ściskał okładkę książki, że aż mu palce zbielały. A może dlatego, że choć miałem broń, to zaczynałem się czuć coraz mniej pewnie.

Weszliśmy od strony rzeźni, mijając policyjne taśmy. Na schodach Stefan zatrzymał się i wyciągnął książkę. Włożył zawiniątko z proszkiem między kartki i ostrożnie podszedł do miejsca z wybitymi cegłami. Zajrzał do środka i gwałtownie przywarł do ściany. 

– Jest? – zapytałem. 

– Tak – odpowiedział. 

– Dobra, jesteś gotowy – zapytałem Stefana, i nie czekając na odpowiedź, wszedłem do środka. 

Dzieciak wślizgnął się za mną. Klimczak leżał, skulony na kartonach niczym kot. Wyglądał jak typowy bezdomny z bosymi ubłoconymi stopami, brudnymi od kurzu i tynku. Iście po zwierzęcemu przekręcił się na bok, tak, by nas widzieć. Nie wstając, podniósł jedną powiekę, jakby od niechcenia. 

Stefan otworzył już książkę, a ja poczułem, jak ogarnia mnie wściekłość. Wyszarpnąłem rewolwer z kabury i wrzasnąłem: 

– Koniec tego, pierdolony dzieciobójco, wstawaj!

– Co pan robi?! Mieliśmy go odegnać! – zawył Stefan. 

– Zamknij się, gnoju! Dość już tych bzdur – warknąłem. 

Klimczak wstał pomału i spojrzał na mnie oczyma o rozwartych do granic możliwości źrenicach.

– A teraz zdychaj skurwielu.

Wypaliłem, huk rozniósł się po pustostanie, odbijając echem od ścian. Kula trafiła Klimczaka w udo. Nauczyciel nie wydał najmniejszego nawet jęku. Ruszył w moim kierunku. Stefan krzyknął coś. Huk kolejnego wystrzału go zagłuszył. Drugi pocisk trafił go w kolano. Chłopak upuścił książkę, zakrywając uszy rękoma. Klimczak szedł dalej, jakby dziura w kolanie w niczym mu nie przeszkadzała. Pomyślałem, że to szok albo narkotyki pchają go naprzód. Wycelowałem w tułów i wystrzeliłem dwa razy. Siła uderzenia przewróciła nauczyciela na podłogę. 

– Ty skurwielu, zabiłeś go! – wrzasnął Stefan i wybiegł.

Schowałem broń i wyciągnąłem telefon. Klimczak się poruszył. To było niemożliwe, trafiłem dwa razy w mostek. Wtedy nauczyciel podniósł głowę. Przerażony rzuciłem się w tył. Wpadłem na ścianę. Telefon wypadł mi z rąk. Wyciągnąłem broń, zmacałem spust, pierwszy pocisk trafił go w gardło, a drugi w policzek. Głowa odskoczyła, uderzając potylicą o posadzkę. Naciskałem spust, choć nie nastąpił już żaden wystrzał, jedynie bębenek rewolweru przeskakiwał z cichym klikiem. 

Zdjąłem palec ze spustu. Zrobiło się bardzo cicho. Słyszałem tylko szum aut z pobliskiej ulicy. Poczułem ucisk w brzuchu, krew zaszumiała w skroniach, a nogi ugięły się pode mną. Upadłem na podłogę, gdy Klimczak wstał. Nie krwawił. Próbowałem uciec, szorując podeszwami o podłogę, ale za plecami miałem ścianę. I wtedy uświadomiłem sobie, jak straszliwy błąd popełniłem.

Klimczak rozejrzał się, w szyi ziała dziura, z pokiereszowanego policzka odchodził płat skóry, odsłaniając strzaskaną kość. Dojrzał mnie, na jego sinej, zdeformowanej twarzy pojawił się uśmiech, odsłaniający czarne zęby. 

Wtedy dłonią natrafiłem na książkę. Schowałem broń i podniosłem ją, trzęsącymi się dłońmi. Między nogi wypadło mi zawiniątko z proszkiem. Chwyciłem je i zacząłem wertować strony, ale nic z tego nie rozumiałem. Jęknąłem rozpaczliwie. Nie miałem odwagi patrzeć na Klimczaka, ale słyszałem, że się rusza, człapiąc bosymi stopami po podłodze. 

Która to była strona? Która… Stefan dostał od Michała SMS–a z numerem… Osiemdziesiąt… i? Cyfry migały mi przed oczyma. Strony czepiały się palców. Osiemdziesiąt pięć, a może osiemdziesiąt sześć. Kroki się zbliżały. Osiemdziesiąta piąta była zapisana po arabsku, osiemdziesiąta szósta w alfabecie łacińskim, osiemdziesiąta siódma również, osiemdziesiąta ósma po arabsku. Więc to musiała być osiemdziesiąt szósta lub siódma. Znad książki zobaczyłem nagie ubłocone stopy, pokryte kurzem, o paznokciach czarnych od brudu lub oderwanych od ciała. Zacząłem czytać.

Klimczak przykucnął. Sine palce zacisnął mi na nadgarstku. Z trudem utrzymywałem książkę. Pociągnął moją rękę. Książka upadła. Zobaczyłem twarz i oczy. Nie było w nich nic, prócz przerażającej, bezkresnej nicości. Palcami prawej dłoni rozdarłem zawiniątko od Stefana. Jednym desperackim ruchem wtarłem zawartość w twarz nauczyciela.

Odskoczył jak oparzony. Wstałem. Nogi trzęsły mi się pod ciężarem ciała. Z trudem powstrzymywałem napływające mdłości. Klimczak zgięty wpół, zasłaniał twarz. Postąpiłem krok w stronę klatki schodowej. 

Wtedy nauczyciel obrócił głowę w moją stronę, odsłonił twarz, a ja zrozumiałem, że on się śmiał, szczerząc czarne zęby. Wybiegłem, pędząc jak oszalały. Na schodach nie trafiłem w stopień. Runąłem w dół na półpiętro. Ból nieco mnie oprzytomnił. Wstałem, czując, jak rwie mnie w skręconej kostce. Kulejąc, pokonałem resztę schodów. Przeszedłem przez rumowisko między hurtownią a rzeźnią, zrywając policyjne taśmy.

Pamiętam, że szedłem wiaduktem, patrząc w stronę centrum. Wsparty o barierkę, pragnąłem uciec od hurtowni, a potem była już tylko ciemność. 

 

Henryk

 

Henryk wrócił do rzeźni i długo rozmyślał o wydarzeniach, których był świadkiem. Trząsł się z przerażenia, ale też nie umiał powstrzymać uśmiechu. Sam wielokrotnie sobie wyobrażał, co zrobi Klimczakowi, jeśli jeszcze kiedyś na niego wpadnie. Ale to przekraczało najśmielsze wyobrażenia. Henryk krążył dookoła śpiwora i rozsypanych konserw. Czemu Klimczak wyszedł z kręgu tak odmieniony oraz dlaczego odstraszyła go muzułmańska modlitwa. Książki, zdobyte przez Henryka z takim trudem, musiały gdzieś być, tu na Śląsku. Czuł podniecenie, tak silne, że ledwie nad sobą panował. Wtedy dostrzegł pętlę z kabla zawieszoną na stropie i podjął decyzję. 

Rankiem Henryk zjadł kilka konserw i ruszył do hurtowni. Wypad przyprawiał go o skurcze brzucha. Dzień był słoneczny, gdy Henryk wchodził na trzecie piętro. Przeszedł korytarzem do pomieszczenia, w którym cytował Koran. Przez nie zajrzał do wnętrza z kręgiem. Było puste. Przyjął to z ulgą, jednak nie odważył się wejść do środka. Wyciągnął czysty zeszyt, ołówek i zaczął notować. Gdy siedział, rozmyślając o przeszłości, dopadł go niepokój – co, jeśli Klimczak już nie wróci do hurtowni.

Te rozważania przerwał odgłos kroków na schodach. Henryk ostrożnie zajrzał do pomieszczenia z kamerą. Mateusz właśnie wszedł. Zdawał się zupełnie wyczerpany. Twarz miał posiniałą, a bose stopy brudne i pokaleczone. Podszedł i położył się na kartonach zasłaniających krąg. Henryk obserwował go do wieczora. Pragnął zemsty na dawnym studencie, ale teraz Klimczak budził politowanie, gdy leżał owładnięty tym co wyszło z kręgu. Henryk przypomniał sobie dzień, gdy poznał młodego studenta historii. Ich długie rozmowy. Pierwsze spotkanie poza uczelnią. A następnie list, ten przeklęty skrawek papieru, który zniszczył dwa lata życia Henryka. W którym Klimczak beztrosko poinformował ukochanego profesora o swojej zdradzie.

Z rozmyślań wyrwał go Mateusz. Wstał, był pełen wigoru i szybko ruszył w stronę klatki schodowej. Henryk zamknął zeszyt, poczekał, aż odgłos kroków ucichnie i postanowił zbadać leże stwora. Zaczął od kręgu. Przesunął kartony i odrysował dokładnie wzór na podłodze wraz z symbolami. Następnie sprawdził nagranie na kamerze. Postanowił, że na razie zostawi ją na miejscu. Był niezwykle ciekaw, czy ktoś po nią wróci i jak stwór zareaguje na takie odwiedziny. Udało mu się też znaleźć jedną z kartek, które mieli młodzi pomocnicy Klimczaka. Henryk ułożył kartony z powrotem na miejscu. Następnie wrócił ze znaleziskiem do rzeźni, by przestudiować tekst. Okazał się być po arabsku, choć był zapisany w alfabecie łacińskim. Na marginesach zanotowano uwagi dotyczące poprawnej wymowy. Zrozumienie całości tekstu okazało się dla Henryka zbyt trudne. Na podstawie poszczególnych słów, wnioskował, że mógł dotyczyć modlitwy bądź zaklęcia, które odnosiło się do istoty nazywanej maridem. Żałował teraz, że nie ma książki, z której korzystał Mateusz, choć zadowoliłby się nawet słownikiem.

Przez kolejne dwa dni Henryk kontynuował obserwację. Upewnił się co do zwyczajów marida i był już pewien, że za dnia nie stanowił zagrożenia, natomiast nocą Henryk postanowił zachować ostrożność i nie ryzykować spotkania z nim. Przypuszczał też, że Klimczak już nie żyje. Jest jedynie powłoką, wykorzystywaną przez marida. Zaobserwował też, że nowy właściciel ciała niezbyt o nie dba. Skóra Klimczaka była coraz bardziej sina, a twarz i stopy nosiły widoczne ślady obrażeń. Henryka zastanawiało, do czego też marid wykorzystuje ciało nieszczęsnego Mateusza. Pod koniec drugiego dnia długo przyglądał się nieruchomej postaci na podłodze, w końcu zanotował w zeszycie – “Przypuszczenie: Marid pragnie uwolnić się z ciała M. Wniosek: Szuka sposobu, by tego dokonać”. 

Wieczorem, gdy marid podniósł się z leża i opuścił hurtownię, Henryk notował jeszcze przez chwilę w dzienniku. Nim skończył, usłyszał kroki na schodach. Nie był to odgłos bosych stóp Klimczaka. Henryk spojrzał przez pomieszczenie i zobaczył młodzieńca, tego samego, który, jako jedyny z czwórki chłopaków, był na tyle przytomny, by zabrać książkę. Był sam. Henryk obserwował go uważnie. Gdy wydobył z kieszeni kurtki książkę i zaczął czytać, a Henryk zrozumiał, że jasnowłosy chłopak przyzywa marida, pospiesznie ruszył do wyjścia. Przebiegł korytarzem do klatki schodowej po przeciwległej stronie budynku. Już miał wejść na schody, gdy usłyszał odgłos bosych stóp. Wszedł do pierwszego pomieszczenia i wstrzymał oddech. Marid wszedł na piętro, przeszedł korytarzem niespiesznie, podążając w miejsce wezwania. Henryk zbiegł po schodach. Wiedział, że tej nocy nie może czuć się bezpieczny w ruinach rzeźni. Zabrał ze sobą tylko czarną saszetkę z dokumentami i zeszyt. Gdy wyszedł na ulicę, z hurtowni doszedł go gwałtownie przerwany krzyk.

Henryk zatrzymał się na wiadukcie i zanotował – “Przypuszczenie: Czy maridem można sterować?”.

 

Henryk posiadał pieniądze na koncie bankowym, a wyciągnięcie ich było zaledwie formalnością, ale w obecnym stanie, żaden bank by go nie obsłużył. Nie mógł też liczyć na hotel, choć gotówki na nocleg mu nie brakowało. Skorzystał z przytułku. W miejskim schronisku najpierw sprawdzono, czy jest trzeźwy, a następnie został dokładnie umyty, ostrzyżony, ogolony i odwszawiony. Dostał czyste ubranie i łóżko.

Następnego ranka wyszedł na ulicę miasta, znów jako społecznie akceptowany obywatel. Z początku nie mógł się przyzwyczaić do braku stygmatyzujących spojrzeń i odruchowo schodził ludziom z drogi. Poszedł do banku, następnie do sklepu po odpowiedni strój, a na końcu do biblioteki miejskiej, gdzie odzyskał równowagę i znów poczuł się dawnym sobą. Brakowało mu otoczenia książek i wiedzy na wyciągnięcie ręki. 

Najistotniejsze treści na temat marida uzyskał w postaci kopii za niewygórowaną opłatą. To, czego nie mógł powielić i było jedynie do wglądu, przepisał ręcznie. Po obiedzie w restauracji nabył słownik języka arabskiego i wynajął pokój w hotelu, by porządnie wypocząć oraz w spokoju studiować materiały. 

Drugi dzień korzystania z wygód przyniósł Henrykowi dość zaskakujące informacje w postaci artykułu w jakimś szmatławcu. Na zdjęciach widniały dwie twarze chłopaków z hurtowni oraz Klimczaka w płaszczu. Tekst był napisany kiepsko, ale dość jasno objaśnił Henrykowi, co się dzieje wokół marida. Miał mało czasu, gdyż wszystko wskazywało na to, że może wkrótce go stracić. Henryk jeszcze tego samego dnia wrócił do rzeźni. 

 

Na miejscu zastał gapiów i policję. Pełen obaw, postanowił wrócić po zmroku. 

Kiedy okolica opustoszała, Henryk pospiesznie zbadał legowisko marida. Było puste. Na próżno szukał książki, zabrano też kamerę. Zorientował się, że popełnił błąd, zostawiając ją na miejscu. Najbardziej jednak martwił się o marida. Zaniepokojony postanowił poczekać w sąsiednim pomieszczeniu do rana, był pewien, że jeśli obiekt nie został schwytany, to wróci w końcu do kręgu. 

Większość nocy spędził nad notatkami i kserokopiami z biblioteki. Wspomnienia jednak atakowały go niczym natrętne muchy. Był ciekaw, jak środowisko profesorskie zareagowałoby na marida. Chętnie zobaczyłby, jak kpiące uśmieszki znikają z zarozumiałych mord. Poczuł ukłucie wściekłości na wspomnienie uczelnianego środowiska, kiedy dowiedziało się o jego okultystycznych zainteresowaniach. Nadano mu przezwisko “duszek”. Z czasem studenci zaczęli tak go nazywać. Uśmiechnął się nad kartkami zeszytu, na wspomnienie wspólnych badań z Klimczakiem. Tak dobrze było dzielić z kimś pasję, dzielić zachwyt, kiedy Henrykowi udało się kupić dwie arabskie księgi od kolekcjonera z Hiszpanii. Henryk wydał na nie niemal wszystkie oszczędności. Palce Henryka zgniotły kartkę z zeszytu, gdy zacisnął pięść.

Nad ranem usłyszał znajomy odgłos bosych stóp. Henryk zajrzał ostrożnie do pomieszczenia, a gdy zobaczył Klimczaka leżącego na podłodze, niemal krzyknął z radości. Tego dnia postanowił odpocząć w rzeźni, by móc wrócić do marida. 

Obudził się wieczorem. Spakował dzienniki i ruszył do hurtowni. Miał nadzieję, że marid swoim zwyczajem nie opuścił jeszcze legowiska. Idąc korytarzem, usłyszał huk i zamarł. Kolejny wystrzał odbił się echem po pomieszczeniach hurtowni. Ciekawość zwyciężyła. Pobiegł do sąsiedniego pomieszczenia. Zobaczył mężczyznę z bronią, stojącego nad maridem w towarzystwie ostatniego z uczestników felernego rytuału. Była też książka, która już raz prześlizgnęła się Henrykowi przez palce. Leżała u stóp chłopaka. Henryk stanął za ścianą, gdy padły dwa kolejne strzały. Huk był tak donośny, że Henryka zamroczyło. Poprzez dzwonienie w uszach usłyszał tekst czytany z książki. Pośpiesznie zanotował to, co był w stanie zrozumieć. Nagle wszystkie odgłosy ucichły. Zajrzał do pomieszczenia. Było puste. Henryka najbardziej interesowała książka, która leżała wciąż na podłodze. Odczekał stosowną chwilę, następnie wszedł i porwał z ziemi zdobycz. Wtedy zobaczył też kartkę papieru z niebieskim proszkiem oraz portfel.

 

Hubert – piątek 

 

Zerwałem się, zlany potem, serce waliło mi jak oszalałe. Sięgnąłem po paczkę papierosów. Zapaliłem i zacząłem się pomału uspokajać. Panika ustąpiła, a jej miejsce zajęło pełne niepokoju uczucie wyobcowania. Byłem w mojej melinie, z dawnych lat, w której niegdyś czułem się lepiej niż w domu, ale teraz kawalerka wydawała się obca – nieprzyjazna.

Wstałem i podszedłem do drzwi łazienki. Niepokój nie opuszczał mnie. Z okna, wychodzącego na ulicę, wpadało światło latarni, dodające nieco otuchy. Szum życia, docierający gdzieś z dołu, dawał nadzieję normalności. Stwierdziłem, że nie chcę się znaleźć w pomieszczeniu pozbawionym tej iskry życia. Skręcona kostka zabolała nagle, kulejąc podszedłem do ściany i nacisnąłem włączniki. I nic. No, tak, nie zapłaciłem rachunku. Usiadłem na sofie, czując narastający ból w skroniach. Znalazłem telefon. Był wyłączony, więc patrzyłem na czarny ekran. Patrzyłem na czarny ekran i wtedy zaczął do mnie wracać, pomału, niczym pełznący noga za noga pająk, koszmar zeszłego wieczoru.

 

Henryk

 

Henryk większość materiałów zdobywał w bibliotece, a wieczorami pracował w hotelowym pokoju nad książką Klimczaka. Ustalił z przykrością, że była zlepkiem przepisanych fragmentów. Musiały pochodzić ze skradzionych mu egzemplarzy. Znalazł w niej opisy rytuałów odnoszących się do duchów i demonów Lewantu. Składników do wytworzenia pyłów, naparów czy medalionów. A także wszystkie fragmenty, które usłyszał w hurtowni. Po tylu latach w końcu mógł się zapoznać choć z namiastką wiedzy skrywanej w księgach, które niegdyś zdobył z takim trudem. Henryka szczególnie zainteresował fragment o minerałach i metalach reagujących na obecność marida. Według zapisków, połączenie srebra, złota i kwarcu dawało najlepszy efekt. Jeszcze tego samego dnia odwiedził jubilera, wręczając mu oszlifowany duży kawałek kwarcu i poprosił o wprawienie go w srebro oraz złoto.

 

Hubert – piątek 

 

 Wciąż dygotałem i trząsłem się, rozważając wszystko to, co było nieprawdopodobne. Czy to, co zostało z Klimczaka, chce zabić wszystkich biorących udział w tym… sam nie wiedziałem, jak to nazwać – czymś. Jeśli tak, to czemu miałby się mną interesować, nie było mnie tam, nie miałem z tym nic wspólnego. 

“Czyżby?”

 Głos zaskrzeczał w mojej głowie niczym wydobyty za pomocą igły gramofonu, z winylu. 

– Nie było mnie tam – powiedziałem do pustego ciemnego pomieszczenia. 

“Wypowiedziałeś słowa i teraz jesteśmy związani. Czuję cię i widzę, zostawiasz ślad niczym ślimak”. 

– To pokaż się! – Wstałem, wyciągając broń, jednocześnie uświadamiając sobie, w jaki paranoiczny stan się wprowadziłem. 

– Jestem gotowy! No, chodź! – krzyknąłem w ciemności. 

Zapadła cisza. Poczułem się głupio, stojąc tak z rewolwerem w ręku. Już miałem usiąść, gdy igła gramofonu znów zachrobotała. 

“Jestem”. 

Rozejrzałem się uważnie. Byłem sam, tego byłem pewien. Wtedy mój wzrok padł na drzwi wejściowe. Podszedłem ostrożnie, spojrzałem przez judasza. Na zewnątrz było zupełnie ciemno. Przekręciłem zamek i nacisnąłem klamkę. Uchyliłem drzwi, wyjrzałem ostrożnie… korytarz był pusty. Dostrzegłem światło na niższym piętrze. Spojrzałem odruchowo na lampę. Siedział w rogu pod sufitem z dłońmi wspartymi o ściany i stopami o sufit. Z podkurczonymi nogami wyglądał jak żaba, wpatrywał się we mnie szeroko rozwartymi oczami bez tęczówek. Otwory po kulach zionęły pustką. Cofnąłem się za próg mieszkania, aż wpadłem na ścianę. Oprzytomniałem i kopnięciem zamknąłem drzwi. Doskoczyłem i szybko przekręciłem zamek. Zapanowała głucha cisza, jakby zamknięto mnie pod szklanym kloszem. Patrzyłem na drzwi osłupiały. Podniosłem broń z przerażeniem, uświadamiając sobie, że równie dobrze mogłaby to być łyżka. Nagle zobaczyłem, jak pokrętło zamka się przesuwa, niczym wskazówka zegara, niespiesznie i nieubłaganie. Usłyszałem kolejne zgrzytnięcie zamka. Drzwi były otwarte. Uchyliły się bezgłośnie. Najpierw na suficie zobaczyłem dłoń, potem głowę. Wpełzł na czworakach. Wodziłem za nim wzrokiem do chwili, gdy znalazł się tuż nade mną.

“Wiesz, co należy zrobić?”. 

Zazgrzytało mi pod czaszką.

– Wiem – odpowiedziałem zaskoczony własnym spokojem. – Czy wtedy odejdziesz? 

“Tylko wtedy”. 

Odłożyłem broń i padłem na sofę. Na zewnątrz właśnie zaczęło świtać. 

 

Henryk 

 

Henryk ściągnął okulary i przetarł oczy. Biblioteka miejska była pusta. Rozmyślał, gdzie też Klimczak mógł ukryć oryginały ksiąg i co zrobiłby, będąc na miejscu marida. Wyciągnął portfel znaleziony w hurtowni. Przejrzał dokumenty. Na dowodzie osobistym widniało nazwisko Hubert Kaczyński. Henryk znalazł potwierdzenie, że Hubert niedawno został zwolniony z więzienia, wizytówkę kuratora, zdjęcie jednego z chłopaków z hurtowni i numer telefonu do niejakiego Jana Webera. Henryk podniósł czerwony flamaster, otworzył bieżącą gazetę i skreślił w niej zdjęcia dwóch ofiar Klimczaka. Spojrzał na kartkę z kontaktem do Webera. Podszedł do bibliotekarki i zapytał, czy może skorzystać z telefonu. Bibliotekarka poprowadziła go do aparatu. Henryk wybrał numer. Po trzecim sygnale usłyszał w słuchawce: 

– Jan, słucham. 

– Dzień dobry, nazywam się Radosław Strzelczyk, mam informację na temat zabójcy Michała, możemy porozmawiać – powiedział Henryk.

 

Po skończonej rozmowie resztę dnia spędził na poszukiwaniu saletry, białej szałwii i sproszkowanego złota. 

 

Henryk – sobota

 

O godzinie czternastej, Henryk, uzbrojony w fajkę nabitą waniliowym tytoniem i z gazetą pod pachą, czekał na wiadukcie, obserwując składy kolejowe. Miał stąd świetny widok zarówno na wieżę ratusza z zegarem, jak i na starą hurtownię herbaty. Weber miał jeszcze pięć minut, by się zjawić. Henryk zastanawiał się, gdzie też podziewa się marid, nie było go w leżu. Mógł tropić ostatniego z chłopców, ale mógł też być z Kaczyńskim, który wypowiedział przecież formułę. Pewnie nie miał pojęcia, co robi. W dodatku posłużył się wzmacniającym zaklęcia proszkiem ibin-kusch… Marid związany przysięgą jest pewnie wściekły i szuka okazji, żeby się wyrwać, za to Kaczyński nic nie wie, marid łatwo może go zmanipulować. A może marid po prostu zaczeka, aż czar osłabnie. Wtedy będzie mógł wrócić do swoich spraw… z rozmyślań wyrwał go Jan Weber, który podjechał mercedesem pod wieżę ratusza. Gdy wyszedł z samochodu, Henryk wsiadł do wynajętego opla. Zjechał z wiaduktu i zatrzymał się przy fontannie. Obserwował Webera do chwili, gdy ten stracił cierpliwość i wrócił do samochodu. Henryk pojechał za mercedesem.

 

Weber wrócił do mieszkania, był to dom jednorodzinny niedaleko parku. Henryk czekał cierpliwie. O osiemnastej Jan znów się pojawił. Najpierw pojechał do sklepu, następnie pod czteropiętrową kamienicę. Gdy wszedł do środka, Henryk wyciągnął kawałek kwarcu oprawiony w złoto, zawieszony na srebrnym łańcuszku. Chwycił go w dłoń i podszedł do sieni. Nic się nie wydarzyło. Wrócił do auta. Nie był pewien, na ile medalion jest skuteczny. Może reagował dopiero przy bezpośrednim kontakcie z maridem? 

Weber wyszedł na ulicę. Henryk walczył z myślami. Czy sprawdzić kamienicę, czy jechać za Janem. Mercedes ruszył. Henryk włączył kierunkowskaz i podążył za nim.

Jan wjechał do obskurnej dzielnicy. Tu z kamienic sypał się tynk, a ze zdewastowanych fasad spoglądały na Henryka łby lwów, gargulców i nietoperzy. Mercedes stanął obok pomnika jakieś zapomnianej osobistości. Popiersie było zniszczone i pomazane farbą, tak, że nie sposób było rozpoznać, kto dostąpił tej wątpliwej przyjemności, że jego podobizna ozdobiła skwer. Henryk poczuł na piersi ciepło. Zaparkował i wyciągnął medalion. Weber wszedł do sieni, nad którą wisiały lisie łby. Henryk czekał, aż Jan wrócił do mercedesa. Gdy odjechał, Henryk wyszedł z samochodu i podszedł do budynku. Kwarc był coraz cieplejszy, a przy wejściu do sieni zaczął parzyć dłoń Henryka. 

 

Henryk czekał cierpliwie, zabijając czas lekturą i pykaniem z fajki. O północy drzwi kamienicy otwarły się i stanął w nich Hubert. Henryk ostrożnie ruszył za Kaczyńskim. Zachowanie Huberta było co najmniej dziwne. Przystawał, spoglądając na ściany i dachy kamienic, jak gdyby wybrał się na nocny spacer w celu podziwiania architektury.

Zatrzymał się na przystanku. I wsiadł do pierwszego autobusu. Henryk jechał za nim, aż do Katowic, gdzie Hubert wysiadł obok ronda i ruszył w stronę rynku. Dalej droga była zamknięta dla ruchu. Henryk zaparkował. Wyciągnął ze schowka pistolet typu glock, schował go do kieszeni marynarki i poszedł za Kaczyńskim w stronę Mariackiej. Ulica była pełnej pubów, klubów i jeszcze pomniejszych barów i pijalni wódki. Tu tłum studentów i innej młodzieży bawił się w lokalach i na ulicy. Henryk przyśpieszył, by nie stracić z oczu Huberta. W połowie ulicy Kaczyński stanął przed barem o nazwie “Marabut” z drewnianym ptaszyskiem ustawionym na jednej nodze przed wejściem. Henryk ustawił się po drugiej stronie ulicy, niedaleko wejścia do jednego z pubów. Hubert dopalił papierosa i ruszył do środka. Henryk czekał. Nagle znów poczuł, jak medalion na piersi zaczyna go parzyć. Wyciągnął go szybko i zaczął się rozglądać. W jednym z zaułków dostrzegł postać. Stała w bluzie z kapturem i poszarpanym płaszczu. Henryk od razu rozpoznał Marida, nim jeszcze zwrócił uwagę na bose stopy. Pijana młodzież mijała go jak wielu bezdomnych, był dla nich tak nieistotny, że prawie niewidzialny. Henryk świetnie to rozumiał.

W przewalającym się ulicą tłumie Henryk na chwilę stracił postać Klimczaka z oczu, a gdy znów spojrzał w zaułek, marida już nie było.

 Kątem oka dostrzegł za to Huberta w towarzystwie ostatniego z chłopaków. Kaczyński ściskał go za przedramię. Szybko weszli w tłum. Henryk przecisnął się przez większą grupę studentów, która zagrodziła mu drogę. Rozejrzał się po ulicy. Nigdzie nie dostrzegł Huberta. Przyśpieszył kroku, rozpychając stających mu na drodze przechodniów. Henryk stanął zdyszany przy kościele na końcu Mariackiej. Na prawo odchodziła ulica, z lewej biegła alejka między drzewami. Na jej końcu Henryk dostrzegł jakiś ruch.

Przez chwilę wahał się, w końcu pobiegł w tamtą stronę. W połowie alejki poczuł narastający ucisk w klatce piersiowej. Dotarł do jezdni ciężko dysząc, w oddali zobaczył idącego wzdłuż ulicy Huberta. Usłyszał dźwięk tramwaju, dający sygnał do wsiadania. Henryk stał kilka metrów od przystanku. Zerwał się w jednej chwili i rzucił w stronę wejścia. Wskoczył do środka, zanim drzwi się zamknęły. Motorniczy potoczył tramwaj po szynach.

Ból w piersi nie ustępował i Henryk uświadomił sobie, że to może być zawał. Zgiął się wpół trzymając za pierś. Nim tramwaj dojechał do kolejnego przystanku, ucisk pomału zaczął zanikać. Wysiadający mężczyzna zaczepił go pytaniem, czy nie potrzebuje. pomocy. Henryk wyprostował się, słowa mężczyzny z trudem do niego dochodziły, gdy rozbieganym wzrokiem szukał wśród przechodniów Huberta. Tramwaj ruszył.

Henryk zaklął pod nosem. Nie mógł uwierzyć, że stracił okazję. Wtedy ich zobaczył, jak skręcają w stronę przejścia podziemnego. Henryk nerwowo zaczął naciskać przycisk otwierania drzwi, wypatrując kolejnego przystanku.

 

 Gdy tramwaj stanął, Henryk wysiadł pośpiesznie i przebiegł na drugą stronę ulicy, ignorując trąbiących kierowców. 

Chodnik przy jezdni był pełen ludzi, ale w okolicy przejścia podziemnego nikt się nie kręcił. Jedyna latarnia, która mogła dać choć odrobinę światła temu ciemnemu zakątkowi, była stłuczona.

 Henryk podszedł do krawędzi schodów. Z tunelu dochodził głos chłopaka. Zszedł ostrożnie po stopniach w śmierdzący stęchlizną tunel.

Hubert stał naprzeciwko dzieciaka w białym świetle jarzeniówek. Nagle złapał go i jednym mocnym szarpnięciem rzucił na ścianę, trzymając za kołnierz kurtki. W drugiej ręce trzymał rewolwer, z którego mierzył w twarz chłopaka. Henryk sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął glocka. Wymierzył i nacisnął spust, ten jednak nie reagował. Chłopak, oparty o ścianę, spoglądał w lufę rewolweru ze łzami w oczach. Hubert, jakby ogarnięty współczuciem, puścił go, a chłopak zsunął się po ścianie. 

– Wybacz mi, Stefan – powiedział Kaczyński. 

– Proszę, nie – łkał chłopak, podkurczając nogi i łapiąc je oburącz, jakby próbował zwinąć się w kulkę. 

– On tu jest, nie mam wyjścia. Nie będzie bolało – próbował go uspokoić Hubert. 

Żaden z nich nie spostrzegł Henryka, próbującego odnaleźć zabezpieczenie broni. W końcu wymacał przełącznik. Złapał oburącz glocka i wymierzył w chwili, gdy Hubert przystawił lufę pistoletu do czoła chłopaka. Henryk oparł palec na spuście i wypalił. Odrzut rzucił nim na schody. Henryk oparł łokcie na stopniach, próbując się podnieść. Dzwoniło mu w uszach. Kaczyński ściskał lewy bok, tuż nad biodrem. Patrzył na Henryka z niedowierzaniem. Podniósł broń, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa i upadł, upuszczając rewolwer. Henryk wstał i zaraz oparł się o ścianę, dzwonienie w uszach nie przechodziło i z trudem łapał równowagę. W tym nagle niemym świecie cała pewność siebie opuściła go. Spojrzał w górę schodów, gotów uciec, ale było już za późno. Nie usłyszał wołań Stefana, który wył z przerażenia, ale dostrzegł ruch na sklepieniu. Henryk podniósł wzrok i zauważył marida, który przebierając rękoma i nogami niczym owad, pędził w jego stronę.

Gdy znalazł się u wylotu tunelu, wyciągnął zsiniałą dłoń i sięgnął w stronę gardła Henryka.

– “Allahu Akbar, Allahu Akbar, Aszhadu anna la ilaha illa Allah – wykrzyknął Henryk, a marid w ostatniej chwili cofnął rękę. – Aszhadu anna la ilaha illa Allah, Aszhadu anna Muhammadan Rasulu Allah”.

Henryk wykrzyczał z furią, w stronę dżina. Marid zaczął się wić, jak by słowa go raniły. Henryk, nie przerywając modlitwy, sięgnął lewą ręka do kieszeni marynarki i wymacał sakwę.

– “Aszhadu anna Muhammadan Rasulu Allah. Hajja ala As-Sala, Hajja ala As-Sala, Hajja ala Al-Falah”. – Wyciągnął garść piachu al – farishi zmieszanego ze sproszkowanym złotem i białą szałwią. Marid próbował się wycofać i umknąć w głąb tunelu przed słowami świętej księgi, ale Henryk już podszedł.

 – “Hajja ala Al-Falah. Allahu Akbar, Allahu Akbar La ilaha illa Allah!" – wykrzyknął na koniec i obsypał dżina proszkiem. 

Ciało marida zaczęło się skręcać na sklepieniu tunelu, kończyny wyginały się w stawach, gdy Henryk zaczął recytował zaklęcie z przeklętej Księgi Czterech Wiatrów. Henryk słyszał wrzask cierpiącego marida, przeplatany z przeraźliwym trzaskiem wyłamywanych stawów i łamiących się kości, gdy ten pląsał w makabrycznym tańcu. Henryk zakończył inkantację, wdzięczny własnej przezorności, iż wyuczył się tekstu na pamięci. Wtedy marid odpadł z sklepienia na bruk. Henryk obsypał ciało Klimczaka resztą proszku al– farishi. Dopiero teraz z przerażeniem uświadomił sobie, że nie ma żadnego naczynia. Krzyknął do Stefana:

– Podaj mi to! – Wskazując plastikową butelkę, leżącą pod ścianą naprzeciw chłopaka. 

Ten skoczył w stronę ściany tunelu, chwycił butelkę i puścił się pędem w stronę Henryk.

– Odkręć ją – polecił Henryk, który już zdążył wyciągnąć książkę Klimczaka i szukał odpowiedniego zaklęcia. 

Chłopak trzęsącymi się dłońmi wykonał polecenie. Henryk uklęknął przy ciele nauczyciela, lewą ręką rozchylił usta, a następnie uniósł głowę. 

– Wsadź mu butelkę w usta – polecił Stefanowi. 

Chłopak, cały rozdygotany, spojrzał w płonące z podniecenia oczy Henryka.

– No już! – wrzasnął Henryk na dzieciaka. 

Stefan ostrożnie umieścił gwint między czarnymi zębami, z trudem utrzymując butelkę w rozdygotanych dłoniach. Wtedy Henryk zaczął odczytywać formułę egzorcyzmu. Henryk czytał z coraz to większym przejęciem, aż jego głos grzmiał w tunelu. Nagle szczęki Klimczaka zacisnęły się na szyjce butelki ze straszna siłą, a Henryk pomyślał, ileż ma szczęścia, że jest plastikowa, a nie szklana. Następnie spojrzał zaskoczony na Stefana, który zaczął powtarzać czytany tekst – znał słowa egzorcyzmu i teraz wtórował Henrykowi z entuzjazmem. Zwłoki zaczęły drgać, a gdy drgawki przeszły w konwulsje, powietrze w butelce zaczęło gęstnieć, stało się mleczne jak dym o oleistej konsystencji. Zgnieciona plastikowa butelka zaczęła pęcznieć, gdy marid wypełnił jej wnętrze. Ciało Klimczaka zesztywniało. Henryk patrzył wraz z Stefanem, jak biały obłok wiruje w butelce, mieniąc się i pobłyskując. Henryk złapał naczynie i ostrożnie wyciągnął z ust nieboszczyka. Następnie wręczył Stefanowi. 

– Potrzymaj, chłopcze – poprosił, a sam wyciągnął sakwę ze złotym proszkiem i przesypał go do butelki, zapełniając ją w trzech czwartych, następnie podniósł czerwoną zakrętkę i nakręcił na gwint.

– Duch pustyni jest uwięziony i osłabiony pyłem al – farishi. W takiej postaci mamy nad nim całkowitą kontrolę – powiedział Henryk.

– Czy to już koniec? – zapytał chłopak, patrząc, jak oleisty dym w butelce unosi drobiny proszku, wirując we wnętrzu plastikowego naczynia.

– Jeszcze nie całkiem – powiedział Henryk.

Wstał i podszedł do Huberta. Kaczyński trzymał oburącz miejsce postrzału, a krew przeciekała między palcami. Był blady, a usta zsiniały. Henryk rozejrzał się po tunelu, jakimś cudem w przejściu oprócz ich trzech nadal nikogo nie było. Podniósł broń Kaczyńskiego, który obserwował każdy ruch zachodzącymi mgłą oczami. Uśmiechając się lekko, w końcu powiedział:

– Ja cię znam. 

– To niemożliwe – odparł Henryk.

– Widziałem cię na nagraniu, to ty wyłączyłeś kamerę.

To były jego ostatnie słowa. 

Stefan podszedł, uklęknął nad Hubertem i zamknął mu powieki. Henryk niespiesznie podniósł rewolwer Kaczyńskiego.

– Czy…? – zaczął, ale słowa uwięzły mu w gardle na widok lufy rewolweru.

Henryk nacisnął spust. Kula roztrzaskała skroń Stefana. Henryk nieco odciągnął ciało od Kaczyńskiego. Podszedł do Huberta i włożył mu w dłoń rewolwer. Henryk sprawdził kieszenie byłego skazańca. Zabrał klucze, na ich miejsce włożył portfel. Szybkim krokiem ruszył do wyjścia z drugiej strony tunelu. Kilka ulic dalej wrzucił glocka do studzienki kanalizacyjnej. 

 

Henryk jeszcze tego samego wieczoru udał się do mieszkania Kaczyńskiego. Był pewien, że jeśli Hubert go rozpoznał, to policja też może. Użył znalezionych kluczy, by wejść do środka i zabrał kamerę. Pozostało jeszcze ustalić, gdzie mieszkał Klimczak.

 

Henryk skończył notować w zeszycie. Spojrzał na zegarek. Dochodziła czternasta. Zamknął zeszyt i zaczął się ubierać do wyjścia. 

 

Młoda kobieta oprowadziła go po pokojach, a on bacznie zwracał uwagę na drgania plastikowej butelki w kieszeni marynarki. W salonie z oknami wychodzącymi na ulicę zapytał właścicielkę, czy mógłby zostać sam, gdyż musi skonsultować wynajem przez telefon i potrzebuje odrobiny prywatności. Gdy wyszła, zamknął za nią drzwi. Wyciągnął butelkę, piach wirował, mieniąc się złotym pyłem. Henryk jeszcze raz obszedł pokój i stanął, gdy w butelce powstało coś na podobieństwo trąby powietrznej, a piach zaczął z sykiem uderzać o plastikowe ścianki naczynia. Tupnął parę razy obcasem w parkiet i usłyszał głuchy odgłos. Odstawił butelkę i scyzorykiem podważył jedną z desek parkietu, potem kolejną. Wewnątrz skrytki znajdował się pakunek owinięty w ręcznik. Rozwinął go ostrożnie, były w nim dwie książki, większą nosiła tytuł Arbae Riah.

– Księga Czterech Wiatrów – przetłumaczył na głos.

Mniejsza była bez tytułu. Zawierała informację o ziołach i minerałach przydatnych do tworzenia ingrediencji oraz medalionów. Marid wewnątrz plastikowego więzienia szalał, wirując w bezsilnej złości. Henryk odłożył deski na miejsce i schował książki pod marynarkę. Drzwi uchyliły się i do pokoju weszła właścicielka. Henryk szybko podniósł butelkę i włożył do kieszeni marynarki. 

– Obawiam się, że muszę się jeszcze zastanowić co do wynajmu – oświadczył i minąwszy kobietę w drzwiach, ruszył do wyjścia.  

Zaczał schodzić po schodach z poczuciem dobrze wykonanej pracy. Na półpiętrze zamarł. 

– Jak…? – wyjąkał na widok Jana Webera.

– Dzwoniłeś z biblioteki. Ta starsza pani jest bardzo uczynna – powiedział Anglik.

Henryk ruszył do kolejnych schodów. Weber stanął mu na drodze. Był potężnie zbudowany. Górował nad profesorem. Złapał Henryka za marynarkę i jednym silnym pchnięciem posłał na ścianę. Książki trzymane pod pachą upadły na posadzkę.

– Po co dzwoniłeś do mnie z biblioteki? – warknął Anglik.

Henryk otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć, dostał w twarz otwartą ręką.

– Po co za mną jechałeś? 

Kolejny cios strącił Henrykowi okulary. 

– Co robiłeś w mieszkaniu Klimczaka? 

Anglik bił coraz mocniej.

– Co cię z nim łączyło?

Ręką zawisła nad twarzą profesora. Uwagę Jana zwróciła butelka wystająca z kieszeni marynarki. Wyciągnął ją i spojrzał na mieniący się piach.

– Proszę – zaczął Henryk – nie wiesz, co robisz. Jeśli otworzysz…

Kolejny cios rozbił nos profesora. Anglik odkręcił butelkę i przed twarzą Henryka wysypał zawartość.

– Co masz wspólnego ze śmiercią Huberta i Michała? – wysyczał Anglik i chwycił profesora za gardło.

Henryk nie odpowiedział. Patrzył, jak piach, wirując, błyskawicznie oddziela się od złota i szałwi. 

– Patrz na mnie, jak do ciebie mówię – warknął Weber.

Piach wirował wzdłuż ciała Anglika, unosząc się coraz wyżej. Henryk patrzył, jak dociera do twarzy Jana. Anglik dostrzegł wirujące drobiny, ale było już za późno. Piach błyskawicznie zaczął się wdzierać przez usta, nozdrza i uszy. Anglik odskoczył i złapał się za twarz. Drobiny przeniknęły między palcami.

Henryk stał osłupiały, gdy Anglik odsłonił twarz. Zobaczył dwie wpatrzone w niego źrenice. Marid uśmiechnął się, odsłaniając czarne zęby.

 

Dżin stanął w drzwiach sieni i sprawdził kieszenie kurtki Anglika. Wyciągnął ciemne okulary i założył. Wyszedł na chodnik z dwiema książkami pod pachą i szybko wmieszał się w tłum przechodniów. 

 

Koniec

Komentarze

Cześć, Bardzie!

 

W sumie zabawnie wyszło, że w podobnym czasie publikujemy teksty, które wzajemnie sobie betowaliśmy… Niemniej, bardzo dobrze czyta się przeplatające się losy Huberta, Henryka i… Anglika osadzone w polskich realiach ze szczyptą orientalnego klimatu. Opowiadanie zaczyna się w konwencji thrillera detektywistycznego, by płynnie wejść w muzułmański okultyzm i grozę, to wszystko buduje naprawdę dobry klimat. 

 

Fajnie wyszło zakończenie, jednocześnie domyka rozpoczęte wątki i daje pole manewru pod kątem ewentualnej kontynuacji.

 

Tekst zdecydowanie biblioteczny, więc biegnę polecać :) Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

„Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy”

Hej, Cezary, dziękuję jeszcze raz z betę oraz klika i również życzę Ci powiedzenia w konkursie:). Pozdrawiam:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

A dziękuję Koalo :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Dobre :) i dziękuję jeszcze raz za bete – świetna robota :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

laugh

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Cześć, Bardzie!

Michał zaginął, jego matka odchodzą od zmysłów

literówka

Idąc, odczuwam narastający niepokój.

Dlaczego czas teraźniejszy?

– Wiem, gdzie jest Michał – powiedziałem natychmiast gdy odebrał. 

Brakuje przecinka.

Klimczaka z oczu, a dy znów spojrzał w zaułek, marida już nie było.

Literówka

 

Początkowy natłok imion sprawił, że strasznie się pogubiłem w tym, kim kto jest. Niemniej pod koniec, jak już padło nieco trupów, zrobiło się przejrzyściej. ;p

Nie wiem też, czy to celowe niedopowiedzenie, czy mnie coś umknęło (czytałem tylko raz), ale nie rozumiem motywacji i celu działań Henryka.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie.

„Pisałem wiele, ale co uważałem za niedoskonałe, rzucałem w ogień, bo ten najlepiej poprawia”. Owidiusz

Hej, Atre­ju dziękuję za odwiedziny i wyłapanie błędów. Poprawię, pewnie jutro. Motywacja Henryka jest tak, by odzyskać książek i "spotkać" dawno niewidzianego znajomego:). Pozdrawiam.

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Podszedłem do barku, wyciągnąłem soplice, dwa kieliszki i rewolwer.

Literówka.

 

Kasztanowe włosy miał starannie przycięte i ułożone – jako jedyny trzymał puszkę piwa, choć sprawiał wrażenie najpotężniejszego.

Co ma trzymanie puszki piwa do sprawiania wrażenia najpotężniejszego?

 

 Wysiadłem z tramwaju na naprzeciwko placówki.

– Ale mam to w dupie. Michał zaginął, jego matka odchodzą od zmysłów, więc zapytam tylko raz, gdzie on jest? 

Kątem oka zauważyłem, że ojciec obserwuję nas przez sklepową witrynę, więc stanąłem przed chłopakiem, by zaoszczędzić sobie problemów.

Literówki.

 

Pewnego październikowego ranka Henryk wysiadł z pociągu na dworcu w Katowicach..

Nadmiarowa kropka.

 

Znalazłem niewielką knajpkę naprzeciwko. Zająłem miejsce z dobrym widokiem na wyjście do bloku.

Raczej wejście.

 

Skręcił między blokami w stronę parku, dalej tunelem pod trasą szybkiego ruchu, do stadionu. Tam Robert skręcił na asfaltową drogę, prowadzącą nad staw otoczony knajpkami i budkami z jedzeniem

Brzydko to brzmi.

 

– Porozmawiać, z tobą i Stefanem.

– Czemu niby mielibyśmy chcieć z tobą rozmawiać? 

 Olałem bezczelną odzywkę i powiedziałem do Stefana

– Witaj. – Wyciągnąłem mu papierosa z ust, żeby odpalić własnego. – Piękny wieczór na przechadzkę.

– Musiał śledzić mnie od domu – powiedział Robert, gdy Stefan spojrzał na niego pytająco.

– Zgadza się – potwierdziłem, oddając papierosa Stefanowi.

– Co my teraz zrobimy, Stefan? – rozhisteryzował się nagle Robert. 

Straszna Stefanoza :)

 

– Niech pan zegnie – poprosił. Stefan przespał niebieski proszek i ostrożnie zawinął go w papier. 

Zerkając z ukosa przez siatkę, w ciemności, każdy cień przyprawiali mnie o szybsze bicie serca.

Stanął w drugim końcu pomieszczenia na naprzeciwko chłopaka. MIchał nie spuszczał go z oczu.

Strony zapisano odręcznie niebieskim atramentem, w alfabecie łacińskim, jednak nic nie rozumiałem z języka, w którym były prowadzono notatki.

Henryka poczuł się jak owad zamknięty wewnątrz szczelnie zakręconego słoika.

Drugie wyście to spróbować dorwać zabójcę Michała.

Głową odskoczyła, uderzając potylicą o posadzkę.

Ból nieco mnie oprzytomniał.

Literówki.

 

Pragnął zemsty na dawnym studencie, ale teraz Klimczak budził politowanie. gdy leżał owładnięty tym co wyszło z kręgu.

Tu się coś potentego.

 

Po tylu latach w końcu mógł się zapoznać choć z wiedzy skrywanej w księgach, które zdobył z takim trudem

Nie rozumiem tego zdania :/

 

Przystawał, spoglądając na ściany i dachach kamienic, jak gdyby wybrał się na nocną przechackę w celu podziwiania architektury.

W przewalającym się ulicą tłumie Henryk na chwilę stracił postać Klimczaka z oczu, a dy znów spojrzał w zaułek, marida już nie było.

Podniosłem broń Kaczyńskiego, który obserwował każdy ruch zachodzącymi mgłą oczami.

Henryka nacisnął spust.

Pozostał jeszcze ustalić, gdzie mieszkał Klimczak.

Drzwi uchylił się i do pokoju weszła właścicielka.

Kolejny cias stracił Henrykowi okulary. 

Literówki.

 

W wielu miejscach znalazłem też problemy z interpunkcją.

 

Opinia najprawdopodobniej jutro, bo dziś już brak mi sił :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

wybrał się na nocną przechackę

Kurczę, trzy razy Ci tę “przechackę“ wytykałam. Argh. Do kąta!

Robisz mi antyreklamę :P

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Cześć, Pierwszy tekst na konkurs! Bardzo się cieszę. Przeczytam niebawem :)

Atreju – poprawione :D

 

Outta Sewer – Dziękuję za wyłapanie błędów i przeczytanie tekstu i czekam na komentarz z wrażeń ogólnych :

 

Podszedłem do barku, wyciągnąłem soplice, dwa kieliszki i rewolwer.

 

co jest nie tak :D 

 

Kasztanowe włosy miał starannie przycięte i ułożone – jako jedyny trzymał puszkę piwa, choć sprawiał wrażenie najpotężniejszego.

Co ma trzymanie puszki piwa do sprawiania wrażenia najpotężniejszego?

 

:D Edward też na to zwrócił uwagę – co jest z wami :D chłopaki mają po 17 lat nie są jeszcze pełnoletni ;)

 

– Porozmawiać, z tobą i Stefanem.

– Czemu niby mielibyśmy chcieć z tobą rozmawiać? 

 Olałem bezczelną odzywkę i powiedziałem do Stefana

– Witaj. – Wyciągnąłem mu papierosa z ust, żeby odpalić własnego. – Piękny wieczór na przechadzkę.

– Musiał śledzić mnie od domu – powiedział Robert, gdy Stefan spojrzał na niego pytająco.

– Zgadza się – potwierdziłem, oddając papierosa Stefanowi.

– Co my teraz zrobimy, Stefan? – rozhisteryzował się nagle Robert. 

 

No tu to muszę się zastanowić – w dialogu biorą udział 3 osoby, więc warto też by było wiadomo kto co mówi i do kogo ;)

 

Pragnął zemsty na dawnym studencie, ale teraz Klimczak budził politowanie. gdy leżał owładnięty tym co wyszło z kręgu.

 

Hmmm no nie wiem, zobaczę czy ktoś jeszcze zwróci na to uwagę :)

 

Po tylu latach w końcu mógł się zapoznać choć z wiedzy skrywanej w księgach, które zdobył z takim trudem

 

No i nic dziwnego w trakcie poprawek ucierpiało :D Już jest chyba lepiej :)

 

W wielu miejscach znalazłem też problemy z interpunkcją.

 

No to trudno :D ja z interpunkcją miałem tyle wspólnego co z drogimi samochodami… :P 

 

 

Tarnina - przechackę zmieniłem na spacer. I z tego miejsca, czyli z domu, pragnę oświadczyć, że wszystkie błędy w tekście są wyłącznie MOJĄ zasługą, a Tarnina nie miała z nimi nic wspólnego :). 

 

BrunoSiak – Dzięki Bruno, mam nadzieje, że do tego czasu uda się usunąć wszystkie usterki ;) 

 

Pozdrawiam :)

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Niezłe. Przede wszystkim dojrzałe. Bez dostrzegalnych infantylizmów i z zachowaną dyscypliną intelektualną oraz pisarską. Nieco zbyt rozwlekłe, co – niestety – romywa gdzieś potencjalną grozę. A szkoda. No ale cóż – to pełnowymiarowe opowiadanie. Nie żaden zastępczy szort ;) . I bardzo dobrze. Co jeszcze… Całkiem udatnie poukładane dialogi. Podobało się. Jak z czasów ambitnej świetności portalu.Pozdr.

p.s Nie klikam wyłącznie z tego powodu, że po prostu nie uznaję za właściwe betowania w konkursach.

Już tylko spokój może nas uratować

Hej Ry­ba­k3, dziękuję za odwiedziny i komentarz, miło mi, że opowiadanie się podobało. Co do klikania i bety, to ok ale pozwolisz, że zapytam, redagowanie przed publikacją popierasz? ;) Pozdrawiam.

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Popieram … Ale nie w konkursach. Konkurs to wg mnie praca czysto indywidualna.

Już tylko spokój może nas uratować

Wszystko jasne :) dziękuję jeszcze raz za odwiedziny.

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

I tak masz stać w kącie XD

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Stoje, to i tak lepsze niż praca ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Ulubiona_emotka_Baila.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Bardzo ciekawe opowiadanie, dużo akcji, ciekawi bohaterowie. Horror jak się patrzy. Trochę baboli(może ktoś wcześniej zauważył), które trzeba wyłapać, te z początku, poniżej:

 

Wyszli ze srebrnej toyoty – wysiedli

 

Chłopak pokiwał przecząco głową, po chwili zostaliśmy sami. – pokręcił

 

stojących jak zamurowani. - wmurowani

 

Za pomysł i akcję klikam i życzę powodzenia!

 

P.S. Żal chłopców.

 

Hej, Milis dziękuję za odwiedziny i klika :). Błędy sprawdzę wieczorem. I bardzo mi miło, że opowiadanie się podobało :). "Horror jak się patrzy." – a to cieszy najbardziej. "Żal chłopców." – to dobrze :) Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Niezły horror. Podobali mi się dobrze zarysowani bohaterowie i naturalnie brzmiące dialogi.

Dobrze się czytało.

Hej, dziękuję pusia za odwiedziny, miło mi że się podobało:) Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Czytałam mocno na raty, więc trochę się gubiłam. Ale po namyśle – jest tu sens.

Mam wrażenie, że tekst jest rozwleczony, żeby dobić do limitu.

Z niektórymi decyzjami bohaterów trudno mi się pogodzić. No, głupio się zachowują momentami.

I wciąż masz trochę literówek.

Babska logika rządzi!

Hej, dziękuję za odwiedziny i klika :). No co ja Ci mogę napisać, mi się wydaje, że decyzje bohaterów są uzasadnione, ale każdy ma swój punkty widzenia. Ale za to zdradzę Ci, że ten tekst miał jeszcze 1,5 roku temu 530k. Na betę wpadł mając 100k, a po becie udało się zejść do 76 ;). Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Hmmm. Facet ogląda na filmie magiczne wydarzenia i mimo to postanawia przekonać głównego bohatera strzałami z rewolweru? Tym bardziej, że Michałowi życia to i tak nie wróci…

Babska logika rządzi!

Hubert do fragmentu z pukawką nie wierzy w historię chłopaków, poświęciłem trochę znaków, by to podkreślić ale może niewystarczająco. Co do Michała to Hubert właśnie dlatego strzela by się zemścić, w końcu jest przestępcą, a oni często tak załatwiają sprawy osobiste :). Ale z opowiadaniami jest jak z bobem, jeden lubi ze skórką, a drugi bez ;).

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzo dobrze się czytało! Skojarzyło mi się trochę ze zbiorami opowiadań Pilipuka, brzmi jak historia która by tam pasowała, do tego swobodny, naturalny język i “swojskość”, może tylko młodzież gorzej wychowana :) Trochę się wszystko przeciąga, ale innych zarzutów nie mam. Ciekawe, że w konkursie na polski horror zdecydowałeś się sprowadzić elementy fantastyczne z Biskiego Wschodu, odważny zabieg, ale ostatecznie może mocno wyróżnić tekst na tle innych. Brawo i doklikuję bibliotekę.

Hej, Re­inee dziękuję za odwiedziny i klika :). Miło mi, że opowiadanie się podobało. Do Pilipiuka jeszcze mnie nie porównywano, a czemu nie do Kinga ;). Oczywiście żartuję, bardzo się cieszę z takiego skojarzenia. Szkoda, że opowiadanie się dłuży – pewnie gdzieś w środku – starałem się by mimo tak dużej ilości znaków uniknąć dłużyzn. Bliski Wschód został wprowadzony, bo mam już opowiadania z wampirami i wilkołakami, a mitologia słowiańska też nie jest tym co mnie kręci i raczej szukam inspiracji w innych klimatach :). Więc nie chciałem pisać czegoś na siłę. Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Podszedłem do barku, wyciągnąłem soplice, dwa kieliszki i rewolwer.

Skoro jedną to soplicę i nie wiem czy nie z dużej.

 

– Będę w kontakcie

Zazwyczaj spotykałam się z frazą będziemy w kontakcie.

 

którego nazwa było

była

Było jeszcze dość wcześnie, więc pojechałem pod szkołę. Zresztą Anglik dał mi adres Roberta, niedaleko liceum.

 

Zastanów się nad brzmieniem tych zdań.

 

Walczył chwilę z sobą, znów czując przemożną chęć zniszczenia dzienników, ale gdy tylko pomyślał, ile lat im poświęcił, o wynikach badań, zwyczajnie nie potrafił tego zrobić.

 

Przeredagowałabym.

 

 

Były to pozostałości po hucie, której szkielet fundamentów straszył w oddali.

 

Fundamenty nie byłyby widoczne z daleka, może starczy szkielet?

 

 

Ochroniarz wpuszczający do obiektu obcych mało wiarygodny.

 

Robert podszedł do drzwi z rozsypującymi się kamiennymi schodami.,

Raczej rozsypującymi schodami poszedł do drzwi, bo teraz brzmi jakby drzwi miały schody.

 

 

Komentarz merytoryczny zachowam na później.

 

Powodzenia!

W dół urwiska, w stronę przepaści, na samym jej brzegu...

Skoro jedną to soplicę i nie wiem czy nie z dużej.

IMO, małą. Póki co, bo chyba w tej kwestii RJP namieszała i ma się zmienić. Tak się zastanawiam, czy soplica w tym przypadku jest rodzaju żeńskiego czy męskiego.

I przypomniała mi się anegdotka z Mazur:

Łajba przechodziła przez śluzę, mnie wysłano z listą zakupów do sklepu. Ale okazało się, że nie był tak dobrze zaopatrzony, jak myśleliśmy. Stanęłam więc na mostku, nad tłumem łódek i wrzeszczę:

– Jacek! Nie ma Soplicy!

A jakiś życzliwy doradca z obcej żaglówki:

– To weź Pana Tadeusza!

Babska logika rządzi!

Hej, Ambush dziękuję za odwiedziny i wskazanie błędów :). 

 

“– Będę w kontakcie

Zazwyczaj spotykałam się z frazą będziemy w kontakcie.”

 

A to aż tak razi, chodzi o to, że ja tak mówię i moi znajomi też. I wydaje mi się, że przy gadce dwóch gangusów chyba nie wszystko musi być idealnie poprawne ;)

 

Było jeszcze dość wcześnie, więc pojechałem pod szkołę. Zresztą Anglik dał mi adres Roberta, niedaleko liceum.

 

Pozmieniałem szyk i wywaliłem zresztą i chyba jest lepiej :)

 

Były to pozostałości po hucie, której szkielet fundamentów straszył w oddali.

 

Słusznie fundament wyrzucony.

 

Robert podszedł do drzwi z rozsypującymi się kamiennymi schodami.,

 

 

A tu właśnie to miałem na myśli – oczywiście nie w sensie dosłownym. Ale są drzwi i rozwalone schody prowadzące do nich. Więc jw. podszedł do drzwi z rozsypującymi się schodami :). Oczywiście można to zmienić, ale wtedy zdanie będzie rozwleczone. Robert podszedł do rozsypujących się schodów na końcu których znajdowały się drzwi. Trochę dużo znaków jak na tak prosty opis :).

 

Ochroniarz wpuszczający do obiektu obcych mało wiarygodny.

 

Tu, podobnie. Wyżej gdzieś padło, że opowiadanie w którymś miejscu się dłuży. A jeśli wstawimy do tego historię wynajmu i wyjaśnienia, że cieć dobrze zna chłopaków i dlatego nie robi problemów z wejściem. to chyba dużo niepotrzebnych wyjaśnień. A tak w domyśle wiemy, że pobiera podpis bo jest to normalna sytuacja dal tego miejsca. 

 

Oczywiście nie upieram się i dziękuję za wszystkie sugestie :). Na marginesie strasznie tajemnicza się zrobiła stara gwardia – Outta czeka z komentarzem, ty też się czaisz :D. Taki ukryty Outta i przyczajona Ambush ;)

 

 

Edit – Po namyśle schody drzwi zmienione :D Na – Robert podszedł do drzwi po rozsypujących się kamiennych schodach. 

 

 

Finkla – :D.

 

Dwóch moich znajomych wchodząc do sklepu zaczynali od tekstu: 

 

– Teraz będzie zagadka matematyczna. Poprosimy 0,5 1906 x 2 

 

Pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Zagadka trudna, bo musiałam wyguglać, że taka gorzała jest…

Babska logika rządzi!

Ach Finkla, jak ty mało wiesz, o tanich wódkach ;). 1906 i Z czerwoną kartką to ambrozje weteranów parkowych ławek :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Widzisz, ja nawet nie wiedziałam, jakie są dobre zamienniki dla Soplicy… ;-)

Babska logika rządzi!

A jeśli wstawimy do tego historię wynajmu i wyjaśnienia, że cieć dobrze zna chłopaków i dlatego nie robi problemów z wejściem. to chyba dużo niepotrzebnych wyjaśnień.

A mogli po prostu przeleźć przez dziurę w płocie ;P

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Bo jestem drogi Bardzie jurorem i będę komentować, przyznawać punkty, a liczę na to, że pojawią się opowiadania konkurencyjne do Twojego;)

W dół urwiska, w stronę przepaści, na samym jej brzegu...

Aaa, no tak :D. Dobra wszystko jasne :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzie, Twoja historia od pierwszych zdań budziła zainteresowanie, a opisane wypadki tylko je podsycały, zwłaszcza że cały czas coś się działo a napięcie nieustannie rosło.

Za bardzo dobry pomysł uważam możliwość obserwowania zajść oczami kolejnych bohaterów, odkrywanie powodujących nimi przesłanek i choć początkowo odnosiłam wrażenie pewnego zamętu, z każdym akapitem widziałam rzecz jaśniej i nic nie zepsuło nie do końca jasnego finału.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia. Zastanawiam się też, Bardzie, dlaczego do dziś nie wyjustowałeś tekstu.

 

– Dobra – zgo­dził się An­glik. – ja muszę sko­czyć w kilka miejsc. → Zbędna kropka po didaskaliach.

 

Przed­sta­wi­łem się i po­pro­si­łem czy mogę po­roz­ma­wiać z Ro­ber­tem na stro­nie.Przed­sta­wi­łem się i po­pro­si­łem o rozmowę z Ro­ber­tem na stro­nie. Lub: Przed­sta­wi­łem się i zapytałem, czy mogę po­roz­ma­wiać z Ro­ber­tem na stro­nie.

 

Chło­pak po­ki­wał prze­czą­co głową… → Chło­pak pokręcił prze­czą­co głową

Kiwamy głową, kiedy przytakujemy/ zgadzamy się; kiedy przeczymy, kręcimy.

 

Świa­do­mość, że to wła­śnie tu pro­wa­dził ostat­ni trop do­da­wał mu sił, ale też na­pa­wał nie­po­ko­jem. → Piszesz o świadomości, która jest rodzaju żeńskiego, więc: Świa­do­mość, że to wła­śnie tu pro­wa­dził ostat­ni trop do­da­wała mu sił, ale też na­pa­wała nie­po­ko­jem.

 

Na stro­nie in­ter­ne­to­wej wid­niał na­głó­wek – “Trwa­ją po­szu­ki­wa­nia na­uczy­cie­la i ucznia”. → Zamiast półpauzy postawiłabym dwukropek.

 

 Pod­sze­dłem i zła­pa­łem za klam­kę.Pod­sze­dłem i zła­pa­łem klam­kę

 

po obu stro­nach bu­dyn­ku. An­glik za­uwa­żył, że prze­szu­ka­nie bu­dyn­ku zaj­mie… → Czy to celowe powtórzenie?

 

Po­świę­ci­łem la­tar­ką w te samo miej­sce… → Po­świe­ci­łem la­tar­ką w to samo miej­sce

 

MI­chał nie spusz­czał go z oczu. → Literówka.

 

Po­świę­ci­łem la­tar­ką, w stro­nę, gdzie po­biegł Mi­chał. → Po­świeci­łem la­tar­ką w stro­nę, w którą po­biegł Mi­chał

 

Po­świę­ci­łem wokół, ale nie zna­la­złem ni­cze­go… → Literówka.

Bardzie, co Ty ciągle z tym poświęceniem?

 

– Zanim przej­dzie­my do tego? – po­wie­dzia­łem. → Co tu robi pytajnik, skoro nikt o nic nie pyta?

 

Mło­dzie­niec po­pa­trzył na bez­dom­ne­go sto­ją­ce­go w cie­niu oczy­ma prze­ra­żo­ny­mi ni­czym u zwie­rzę­cia. → A może: Mło­dzie­niec, oczy­ma prze­ra­żo­ny­mi ni­czym u zwie­rzę­cia, po­pa­trzył na bez­dom­ne­go sto­ją­ce­go w cie­niu.

 

Wska­zał na za­wi­niąt­ko z prosz­kiem.Wska­zał za­wi­niąt­ko z prosz­kiem.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

Po­czu­łem ścisk w brzu­chu… → Po­czu­łem ucisk w brzu­chu

 

czła­piąc bo­sy­mi sto­pa­mi pod­ło­gę. → …czła­piąc bo­sy­mi sto­pa­mi po pod­ło­dze

Człapiemy, czyli idziemy po czymś, nie o coś.

 

Ste­fan do­stał od Mi­cha­ła SMS– a z nu­me­rem… → Ste­fan do­stał od Mi­cha­ła SMS-a z nu­me­rem

 

Nogi trząsł mi się pod cię­ża­rem ciała. →  Nogi trzęsły mi się pod cię­ża­rem ciała.

 

Do­pa­dłem wyrwy w murze, zry­wa­jąc po­li­cyj­ne taśmy. → Nie brzmi to najlepiej.

 

Klim­czak bu­dził po­li­to­wa­nie. gdy leżał owład­nię­ty tym co wy­szło z kręgu. → Zamiast pierwszej kropki powinien być przecinek.

 

Z roz­my­śleń wy­rwał go Ma­te­usz. → Literówka.

 

“ Przy­pusz­cze­nie: Marid pra­gnie uwol­nić się… → Zbędna spacja po otwarciu cudzysłowu.

 

Hen­ry­ka spoj­rzał przez po­miesz­cze­nie… → Literówka.

 

“Przy­pusz­cze­nie: Czy Ma­ri­dem można ste­ro­wać?”. → Dlaczego wielka litera, do tej pory i później pisałeś małą?

 

na­stęp­nie zo­stał do­kład­nie umyty, ob­cię­ty, ogo­lo­ny… → …na­stęp­nie zo­stał do­kład­nie umyty, ostrzyżony, ogo­lo­ny

 

Po­czuł ukłu­cie wście­kło­ści na wspo­mnie­nie uczel­nia­ne­go śro­do­wi­ska. Jak do­wie­dzia­ło się o jego okul­ty­stycz­nych za­in­te­re­so­wa­niach. → A może: Po­czuł ukłu­cie wście­kło­ści na wspo­mnie­nie uczel­nia­ne­go śro­do­wi­ska, kiedy do­wie­dzia­ło się o jego okul­ty­stycz­nych za­in­te­re­so­wa­niach.

 

Byłem sam, tego byłem pe­wien. → A może: Byłem sam, miałem tego pe­wność.

 

Pod­sze­dłem ostroż­nie, zaj­rza­łem w ju­da­sza. → Raczej: Pod­sze­dłem ostroż­nie, spojrzałem przez ju­da­sza.

Judasz nie służy do zaglądania weń, a do spoglądania przezeń.

 

Hen­ryk o go­dzi­nie czter­na­stej, uzbro­jo­ny w fajkę… → A może: O godzinie czternastej, Hen­ryk, uzbro­jo­ny w fajkę

 

Po­pier­sie było znisz­czo­ne i po­ma­za­ne farbą. Tak, że nie spo­sób było roz­po­znać… → Zamiast kropki proponuję przecinek: Po­pier­sie było znisz­czo­ne i po­ma­za­ne farbą, tak że nie spo­sób było roz­po­znać

 

Sta­nął na przy­stan­ku. I wsiadł do pierw­sze­go au­to­bu­su. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Zatrzymał się na przy­stan­ku i wsiadł do pierw­sze­go au­to­bu­su.

 

gdzie Hu­bert wy­szedł obok ronda… → …gdzie Hu­bert wy­siadł obok ronda

 

Wy­cią­gnął z schow­ka pi­sto­let… → Wy­cią­gnął ze schow­ka pi­sto­let

 

po­szli za Ka­czyń­skim w stro­nę Ma­riac­kiej. → Z kim poszedł Henryk?

Pewnie miało być: …poszedł za Ka­czyń­skim w stro­nę Ma­riac­kiej.

 

Chod­ni­ku przy jezd­ni był pełen ludzi… → Literówka.

 

ale do­strzegł ruch na su­fi­cie. → Nie wydaje mi się, aby w tunelu był sufit.

Proponuję: …ale do­strzegł ruch na sklepieniu/ stropie.

 

– “Al­la­hu Akbar, Al­la­hu Akbar, Aszha­du anna la ilaha illa Allah, – wy­krzyk­nął Hen­ryk… → Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

Al­la­hu Akbar La ilaha illa Allah! " → Zbędna spacja przed zamknięciem cudzysłowu.

 

Ciało ma­ri­da za­czę­ło się skrę­cać na su­fi­cie tu­ne­lu… → Ciało ma­ri­da za­czę­ło się skrę­cać na sklepieniu/ stropie tu­ne­lu

 

wrzask cier­pią­ce­go ma­ri­da, prze­pla­ta­ny z prze­raź­li­wy trza­skiem… → Literówka.

 

Wtedy marid od­padł z su­fi­tu na bruk. Wtedy marid od­padł ze sklepienia/ stropu na bruk.

 

Wska­zu­jąc na pla­sti­ko­wą bu­tel­kę… → Wska­zu­jąc pla­sti­ko­wą bu­tel­kę

 

dźwi­gnął bu­tel­kę i pu­ścił się pędem… → Nie wydaje mi się, aby plastikową butelkę trzeba dźwigać.

Proponuję: …chwycił bu­tel­kę i pu­ścił się pędem

 

– Od­kręć ją – Po­le­cił Hen­ryk… → – Od­kręć ją – po­le­cił Hen­ryk

 

krew prze­cie­ka­ła mu mię­dzy pal­ca­mi. Był blady, a usta mu zsi­nia­ły. → Zbędne zaimki.

 

w przej­ściu oprócz nich trzech nadal ni­ko­go nie było. → …w przej­ściu oprócz ich trzech nadal ni­ko­go nie było. Lub: …w przej­ściu oprócz nich nadal ni­ko­go nie było.

 

Szyb­kim kro­kiem ru­szył do wyj­scia… → Literówka.

 

 An­glik od­sko­czył i zła­pał za twarz.An­glik od­sko­czył i zła­pał się za twarz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, re­gu­la­to­rzy dziękuję za odwiedziny i komentarz :). Bardzo mi miło, że opowiadanie się podobała, a najbardziej mnie cieszy, że trzymało w napięciu, bo pojawiły się komentarze, że trochę się dłuży. A tak wiem, że w tym temacie zdania są podzielone :). Błędy zostaną poprawione wieczorem, a tekst wyjustowany. A czemu nie zrobiłem tego wcześniej, odpowiedź jest prosta – zapomniałem :). Piszę ostatni na kolanie w przerwach między pracą, a życiem rodzinnym i zwyczajnie umykają mi takie sprawy :). Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzo proszę, Bardziejaskrze. Miło mi, że mogłam się przydać. :)

Życzę powodzenia w konkursie i żebyś nie musiał pisać na kolanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

regulatorzy 

 

Poprawione :)

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

To bardzo zacnie z Twojej strony. Żałuję, że już nie mam po co chodzić do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dla mnie Twój komentarz jest wystarczająco satysfakcjonujący :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmm ale znowu zapomniałem wyjustować tekst, zrobię to jak tylko będę znowu przy komputerze.

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nie wątpię. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytane na raty, w przerwach między ostatnimi wojażami. Bardzo dobry tekst IMO, mnie absolutnie kupił klimatem i zdecydowanie należało mu się miejsce w Bibliotece.

Nie powiem, na początku miałam pewien problem, żeby składać wszystko do kupy, ale równie dobrze możesz zrzucić odpowiedzialność na mój tryb czytania. ;-)

Powodzenia, Bardzie!

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Hej, Rossa to już kolejne moje opowiadanie, które przeczytałaś, za co dziękuję, miło mi, że się podobało i głupio mi, że nie przeczytałem Twojego, choć ostatnio jedno wrzuciłeś. Obiecuję to zmienić, ale nie mogę obiecać, że na dniach. Na usprawiedliwienie dodam, że innych opowiadań też nie mam czasu czytać. Pozdrawiam:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nie przepraszaj, Bardzie, dobrze rozumiem czym jest brak czasu ;-) A Twoje opowiadania będę czytać i tak, bo masz fajny styl pisania :-)

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Bardzo mi miło, że Ci się podoba :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Przeczytałem. Ocena po zakończeniu konkursu.

 

Maszynista potoczył tramwaj po szynach.

Nie lepiej motorniczy?

 

Wpełzł na czworaka.

Czworakach.

 

Nie byłem w mieszkaniu. To była moja melina, z dawnych lat, w której niegdyś było mi lepiej niż w domu

Jest trochę powtórzeń. Literówki też się zdarzały.

Hej, zyg­fry­d89 dziękuję za odwiedziny i komentarze:). To się trochę naczekam do grudnia :D. Pozdrawiam :)/

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Może inaczej – po zakończeniu tej fazy konkursy, w której wybierane są teksty w I etapie.

A, to co innego :) To czekam cierpliwie.

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzie, ja mam podobnie jak Zygfryd. Coś konkretniej Ci napiszę po zakończeniu I etapu, więc musisz się uzbroić w cierpliwość :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Uzbrojony jestem po zęby:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Cześć. 

 

Wydaje mi się, że to porządne opowiadanie. Spełnia też założenia konkursowe. W mojej opinii sceny grozy mogą ruszyć czytelnika jedynie przy Hubercie i te zalecam wydłużyć :)

 

Uwagi, które pomogą lepiej wczuć się w akcję i się nie zgubić:

1) Mateusz – to imię dezorientuje, lepiej tylko nazywac tą postać Klimczak i poslugiwać się tylko nazwiskiem, Tak samo z Weberem lepiej nazywać go po nazwisku, nie mowic raz Jan a raz Weber (nie każdy słucha / czyta ze 100% uwagą), ja się pogubiłem w pewnym momencie

2) Unikałbym nazwisk ktore kojarzą się natychmiast czyli Kaczynski

 

Błędy merytoryczne:

1) Pistolet to nie rewolwer, w ostatniej scenie Hubert przystawia pistolet a powinien rewolwer

2) Glock nie ma zabezpieczen zewnetrznych (przelacznikow) ma tylko jezyczek na spuscie, a wiec Henryk nie mógł szukać przełączników zanim strzelił

 

Rada by potęgować grozę (moim zdaniem):

W scenach kiedy marid wnika w Huberta lepiej tą scenę przedłużyć (jak wychodzi z kamery) , następna scena do przedluzenia to ta z maridem na suficie (+ dzwiek + zapach + uczucia Huberta)

 

Pozdrawiam, 

Bruno Siak

Hej Bru­no­Siak dziękuję za odwiedziny i komentarz. Postaram się w najbliższym czasie wprowadzić zmiany :). Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nowa Fantastyka