- Opowiadanie: Zanais - Fiolet i cień

Fiolet i cień

Nigdy wię­cej map!

Wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia dla moich be­tu­ją­cych: Gra­vel i Kro­kus, któ­rzy bar­dzo mi po­mo­gli.

 

Atry­but: Ku­la­wy pie­chur

Motyw: Kres nie­śmier­tel­ne­go

 

Za­wie­ra jeden wul­ga­ryzm.

Życzę wszyst­kim przy­jem­nej lek­tu­ry.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Fiolet i cień

 

 

 

Sall nie pla­no­wał za­jeż­dżać do Bak-ar-Saud.

Duże mia­sta ozna­cza­ły dużo ludzi, z któ­rych przy­naj­mniej nie­któ­rzy nie omiesz­ka­ją spy­tać, czemu ktoś po­dró­żu­je w peł­nej zbroi pły­to­wej, gdy z nieba bucha letni skwar.

Po­chy­lił się w sio­dle i mruk­nął do gra­wi­ko­nia:

– Spójrz na ten tłum, za­rdze­wia­ły fa­jan­sie. To twoja wina i two­je­go ze­psu­te­go przy­dzie­la­to­ra. Ze­żar­łeś pół na­sze­go Świa­tła. 

Gdy prze­ci­snął się przez za­tło­czo­ną bramę miej­ską, za­pa­no­wał błę­kit. Sall uznał, że to coś z jego ocza­mi, ale nie… wszyst­kie nie­bie­skie isto­ty mię­dzy nie­bie­ski­mi bu­dyn­ka­mi sta­nę­ły jak na za­wo­ła­nie i z wy­ra­zem cał­ko­wi­te­go zdzi­wie­nia na twa­rzach spoj­rza­ły w niebo. Oba słoń­ca we­szły w ko­niunk­cję, być może pierw­szy raz w hi­sto­rii. Sall ledwo zdą­żył za­czerp­nąć od­dech, nim świat po­wró­cił do zwy­kłych barw. 

Przez mo­ment nikt nie po­wie­dział nawet słowa…

A potem wrza­wa wy­bu­chła z całą siłą. Miesz­kań­cy od­da­li się za­wzię­tym roz­mo­wom lub pę­dzi­li w kie­run­ku doków, by na po­wietrz­nych stat­kach świa­tło­łap­nych zbie­rać co rzad­sze ko­lo­ry. Gło­si­cie­le koń­ców świa­ta każ­dej z setek re­li­gii wy­ro­śli na uli­cach jak grzy­by po desz­czu, sto­jąc obok tych, któ­rzy twier­dzi­li, że ko­niunk­cja to dowód na ist­nie­nie ich – i tylko ich – boga.

Kie­dyś Sall rów­nież rzu­cił­by się do badań, ale te czasy mi­nę­ły. Teraz do­ce­niał, że im wię­cej ludzi pa­trzy­ło w górę, tym mniej pa­trzy­ło na niego. Przy­piął gra­wi­ko­nia obok in­nych do ba­rier­ki ma­gne­tycz­nej i zga­sił sil­ni­ki; po­kle­pał me­ta­lo­we zwie­rzę po karku, aż opa­dło na bruk. Potem ru­szył do Lśnią­ce­go Kramu Hu­bol­da, za­chę­co­ny wiel­ką re­kla­mą w kształ­cie śli­ma­ko­ida w cy­lin­drze i na­pi­sem TU – naj­rzad­sze ko­lo­ry! Szedł non­sza­lanc­kim kro­kiem, aby spra­wiać wra­że­nie twar­dzie­la, któ­re­go le­piej nie za­cze­piać. Idzie waż­niak w zbroi, dro­dzy pań­stwo, ktoś chce do­stać w zęby? 

Po­zo­ry są naj­waż­niej­sze.

Wszedł do wnę­trza… I pra­wie wpadł na bie­gną­cą do wyj­ścia parę.

Facet z głową śli­ma­ka nosił gu­stow­ny sur­dut oraz wy­so­ki cy­lin­der. Na­tych­miast roz­ło­żył ręce, by za­sło­nić czar­no­skó­rą ludz­ką dziew­czy­nę z cał­ko­wi­cie bia­ły­mi ocza­mi. Nie­wi­do­ma. W jed­nej dłoni trzy­ma­ła kijek, drugą zaś opie­ra­ła na nie­wiel­kiej musz­li prze­wod­ni­ka.

– Za­mknię­te! – jęk­nął mię­czak. – Pro­szę wyjść!

Sall sta­nął w przej­ściu.

– Śli­ma­ko­id nie chce za­ro­bić? Czyż­by jed­nak świat się koń­czył?

Na mo­ment sprze­daw­ca za­stygł z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi, jed­nak szyb­ko od­zy­skał mowę.

– Do wi­dze­nia, że­gnam!

Na­parł na Salla, lecz rów­nie do­brze mógł­by pró­bo­wać od­su­nąć górę.

– Tato, kto to? – szep­nę­ła dziew­czy­na.

– Tato? Dzień pełen cudów – mruk­nął Sall. – Ni­g­dzie nie wyjdę bez Świa­tła. Mój gra­wi­koń uszko­dził sobie przy­dzie­la­tor i mu­sia­łem na­pę­dzać go wła­sny­mi za­pa­sa­mi. Po­trze­bu­ję Żółci oraz… co­kol­wiek masz naj­rzad­sze­go. Do­brze za­pła­cę. – My­śl­roz­ka­zem ob­ró­cił pas na bio­drach: pi­sto­let, race, bomby… Za­trzy­mał na skryt­ce pie­nięż­nej. Wy­grze­bał dia­ment i pod­su­nął pod szy­puł­ki z wiel­ki­mi ocza­mi.

– Och, to fa­tal­ny mo­ment. Śpie­szy­my się – po­wie­dział sprze­daw­ca, ale wyjął mo­nokl na łań­cusz­ku i obej­rzał lśnią­cy ka­mień z za­wo­do­wą chci­wo­ścią. – Może pan wpaść za kilka dni?

– Tato, sprze­daj mu Świa­tło. Parę minut nas nie ura­tu­je.

– Wła­śnie, tatku. Pa­nien­ka mą­drze gada – przy­tak­nął Sall, wci­ska­jąc dia­ment w lepką dłoń. – Le­d­wie mi­nę­ło po­łu­dnie, więc zdą­ży­cie na pik­nik, czy gdzie tam was nie­sie.

– Oooch! Chodź, Mayu! – Śli­ma­ko­id po­cią­gnął za sobą córkę. Ge­stem na­ka­zał jej stać przy ścia­nie, sam zaś wszedł za ladę i roz­po­czął prze­szu­ki­wa­nie wy­so­kich półek.

Lśnią­cy Kram Hu­bol­da wy­da­wał się bo­ga­to za­opa­trzo­ny we wszel­kie­go ro­dza­ju lu­ne­ty, dzie­cię­ce ze­sta­wy do syn­te­zy do­mo­wej, so­czew­ki i ak­ce­so­ria al­che­micz­ne. Mię­dzy drew­nia­ny­mi słu­pa­mi pod­trzy­mu­ją­cy­mi sufit znaj­do­wa­ły się re­ga­ły, na któ­rych wy­ło­żo­no dzie­siąt­ki szkla­nych po­jem­ni­ków – głów­nie z po­spo­li­tą Bielą i Żół­cią, tylko gdzie­nie­gdzie prze­bły­ski­wał Po­ma­rań­czo­wy.

Sall miał na­dzie­ję, że to nie cały asor­ty­ment.

Zbro­ja grze­cho­ta­ła i zgrzy­ta­ła, kiedy pod­cho­dził do lady. Zer­k­nął na dziew­czy­nę obok. Pełne wargi, smu­kłe uda wy­sta­ją­ce spod krót­kiej su­kien­ki… Tak dawno nie czuł do­ty­ku skóry, że teraz tra­cił humor na samo wspo­mnie­nie. Wbił wzrok w kon­tu­ar.

Śli­ma­ko­id prze­bie­rał rę­ka­mi, brzę­cza­ły fiol­ki.

– Pro­szę, za­pa­ko­wa­łem Żółć i Zie­leń dru­go­sło­necz­ną. Gdzieś tu po­wi­nie­nem mieć reszt­ki Kar­ma­zy­nu pierw­szej klasy.

– To wszyst­ko? – Sall nie ukry­wał roz­cza­ro­wa­nia. – Może Zie­leń pla­mi­sta, La­wen­do­wy… Albo Fio­let?

– Żar­tu­jesz, chłop­cze? Fio­let? Może na po­łu­dniu, w Par­foi albo Ge­besh, znaj­dziesz wa­ria­tów, któ­rzy bawią się w ry­zy­kow­ne syn­te­zy. Po­dob­no dwa lata temu jakiś dureń stam­tąd pró­bo­wał otrzy­mać Czerń. Wy­buch sły­sza­no w całym mie­ście. Wiele ofiar. – Cmok­nął znie­sma­czo­ny.

– Obiło mi się o uszy – burk­nął Sall. – Masz ten Kar­ma­zyn?

– Mo­men­cik, gdzieś tutaj…

Ale Sall już nie słu­chał. Pa­trzył na wcho­dzą­cych do skle­pu fa­ce­tów i cho­ciaż przez więk­szość życia ob­ra­cał się w krę­gach da­le­kich od pół­świat­ka, na­tych­miast roz­po­znał, że ta czwór­ka nie przy­szła za­ku­pić Świa­tła. Ob­li­cze pierw­sze­go skła­da­ło się głów­nie z wiel­kich ro­pie­ją­cych prysz­czy, drugi za­miast ręki miał lśnią­cą pro­te­zę z głów­ką młota w miej­scu dłoni, trze­ci po­tknął się od razu po wej­ściu, może dla­te­go, że jego twarz wy­glą­da­ła jak pod­sma­żo­ny bekon i wi­dział tylko jed­nym okiem przez wąską szpa­rę mię­dzy bli­zna­mi. Ostat­ni był śli­ma­ko­idem jak Hu­bold; kulał, ale spra­wiał wra­że­nie, że do­wo­dzi całą zgra­ją – nosił pod­bi­ty fu­trem płaszcz, złoty łań­cuch na szyi, a wokół bio­der pas z oso­bi­stą tar­czą ener­ge­tycz­ną, co samo w sobie sta­no­wi­ło dowód, że pływa w pie­nią­dzach. Wszy­scy przy bo­kach mieli krót­kie mie­cze, znak dwóch słońc na rę­ka­wach, a ich spoj­rze­nia od razu utknę­ły w sprze­daw­cy jak kleszcz pod pachą.

– Witaj, Hu­bol­dzie – rzekł Ku­la­wy.

Uśmiech roz­ja­śnił twarz sprze­daw­cy.

– Dau­ler! Już je­steś? Ko­niunk­cja, wy­obra­żasz sobie? Ko­niunk­cja! Wła­śnie się zbie­ra­li­śmy, tylko klient wpadł na ostat­nią chwi­lę.

Prysz­cza­ty pod­szedł do lady. 

– Dawaj kost­kę – wark­nął.

– Co? Dau­le­rze? O co… cho­dzi… – Hu­bold spoj­rzał na każ­de­go z męż­czyzn z osob­na, jakby w końcu do­tar­ło do niego, po co przy­szli i za­drżał, upusz­cza­jąc jedną z fio­lek, która roz­bi­ła się na pod­ło­dze w bły­sku zgni­łej zie­le­ni. – Na Wiel­ki Śluz! Zdra­dzi­łeś? Nie mo­żesz!

Ku­la­wy uniósł rękę.

– Hu­bol­dzie, pro­szę! Moi lu­dzie wła­śnie zdo­by­wa­ją po­zo­sta­łe kost­ki. Na­praw­dę spo­dzie­wasz się, że zmie­nię zda­nie? Spójrz na nas. Czy nie wy­glą­da­my na zde­cy­do­wa­nych? Oddaj kost­kę.

Sall wes­tchnął z wię­cej niż odro­bi­ną go­ry­czy. Wy­glą­da­ło na to, że raźno wma­sze­ro­wał w sam śro­dek lo­kal­nych po­ra­chun­ków.

– Naj­pierw moje Świa­tło – po­na­glił. Za­mie­rzał wyjść stąd jak naj­szyb­ciej.

Prysz­cza­ty zmie­rzył go wzro­kiem.

– A kim ty, kurwa, je­steś?!

Dzie­ciak był drob­ny, ży­la­sty. Pew­nie całe życie pró­bo­wał butą i okru­cień­stwem nad­ro­bić marną po­stu­rę. Sall znał ten typ.

– Pierw­szym klien­tem – od­parł Prysz­cza­te­mu. – Mię­czak do­stał forsę, więc cze­kam na Świa­tło. Potem mo­że­cie go okra­dać. A jeśli jesz­cze raz pod­nie­siesz na mnie głos, stra­cisz zęby.

Kiedy zgry­wasz waż­nia­ka, mu­sisz pod­sy­cać po­zo­ry jak ogień w ko­min­ku.

Prysz­cza­ty otwo­rzył gębę, ale Ku­la­wy wszedł mu w słowo.

– Jak cię zwą?

– Sall.

– No­sisz pi­sto­let Po­przed­ni­ków i nie­ty­po­wą zbro­ję. Mam oko do ta­kich rze­czy.

Sall zbli­żył rękę do pasa. Już kilka razy pró­bo­wa­no go okraść, mimo że za­wsze sta­rał się wy­glą­dać na trud­ny cel. Naj­wy­raź­niej na ludz­ką od­wa­gę można li­czyć rów­nie czę­sto co na głu­po­tę. A może zbyt trud­no je od­róż­nić?

– Zmie­rzam na pół­noc i nie ob­cho­dzą mnie pro­ble­my tu­tej­szych skle­pi­ka­rzy – od­parł.

– Mą­drze po­wie­dzia­ne. Hu­bol­dzie, daj mu jego Świa­tło.

Śli­ma­ko­id po­ło­żył fiol­ki na la­dzie, które Sall za­czął w mil­cze­niu wkła­dać do skryt­ek przy pasie. Po­wo­li i ostroż­nie, choć sam nie wie­dział czemu. Może jed­nak in­te­re­so­wa­ło go, dokąd zmie­rza sy­tu­acja?

– Teraz kost­ka! – po­na­glił Prysz­cza­ty.

– Pomóż nam – Maya przy­su­nę­ła się do Salla i szep­nę­ła tak cicho, że le­d­wie usły­szał jej słowa.

Nie od­po­wie­dział.

Dau­ler pstryk­nął pal­ca­mi.

– Szyb­ciej, Hu­bol­dzie, albo za­bie­rze­my ją z two­je­go trupa.

Sprze­daw­ca wyjął z kie­sze­ni czer­wo­ną kost­kę ho­lo­gra­ficz­ną. Starą, bar­dzo starą, i Sall od razu po­znał, że wy­ko­na­no ją przed ty­sią­ca­mi lat. Cza­sem badał ar­te­fak­ty wy­mar­łych cy­wi­li­za­cji, nie­któ­re cenne, inne – zwy­kłe bi­be­lo­ty. Czemu ta była tak ważna? Zdu­sił za­wo­do­wą cie­ka­wość. 

Mię­czak podał kost­kę Prysz­cza­te­mu, a ten rzu­cił ją sze­fo­wi.

– To nie wszyst­ko. – Ku­la­wy wes­tchnął, gło­śno i me­lo­dra­ma­tycz­nie jak na tanim przed­sta­wie­niu. – Komu Flenb sprze­dał kost­kę? Go­rza­ła za­bra­ła mu pa­mięć, ale twier­dzi, że wiesz, kto ją ma. Chcę na­zwi­sko!

– Nic ci nie po­wiem, zdraj­co. Znisz­czysz cały świat.

– Uzdro­wię! – wrza­snął Dau­rel. – Gdy ty ba­wi­łeś się w skle­pi­ka­rza, ja szu­ka­łem in­nych od­rzu­co­nych i nie­szczę­śli­wych. Kult Dwóch Słońc wy­cią­gnął do nich po­moc­ną dłoń i teraz zbie­ra­my owoce na­sze­go mi­ło­sier­dzia. By­li­śmy go­to­wi, Hu­bol­dzie! Wie­rzy­li­śmy w na­dej­ście ko­niunk­cji! A teraz mów albo dziew­czy­na umrze.

Naj­wy­raź­niej do tego skle­pu zdro­wy roz­są­dek nie miał wstę­pu. A może całe mia­sto zwa­rio­wa­ło? Sku­tek ubocz­ny ko­niunk­cji? Sall za­czął roz­wa­żać w my­ślach po­ten­cjal­ne przy­czy­ny, ledwo słu­cha­jąc dal­szej roz­mo­wy śli­ma­ko­idów…

– I tak nas za­bi­jesz – stwier­dził Hu­bold.

– Można umrzeć na różne spo­so­by. Na przy­kład po­wo­li. – Dau­rel ski­nął na Prysz­cza­te­go. – Ode­tnij jej dłoń.

Maya jęk­nę­ła cicho.

– Nie! – Sall zdzi­wił się, że to on krzyk­nął. Co z za­sa­dą zgry­wa­nia waż­nia­ka i uni­ka­nia kon­flik­tów? – Osza­la­łeś? 

Prysz­cza­ty za­marł z do po­ło­wy wy­cią­gnię­tym mie­czem i spoj­rzał z nie­mym za­py­ta­niem na szefa.

– Bierz Świa­tło i się wynoś – syk­nął Dau­ler.

Sall go­rącz­ko­wo szu­kał w gło­wie po­my­słu na roz­ła­do­wa­nie na­pię­cia. Z jed­nej stro­ny miał prze­ra­żo­ną dziew­czy­nę, z dru­giej wi­dział błysk ostrej stali Prysz­cza­te­go. Po­zo­sta­ło dalej grać mar­nej ja­ko­ści dy­plo­ma­tę.

– Ostat­nie, czego chcę, to walka, ale nie po­zwo­lę ich tor­tu­ro­wać. Na pewno mo­że­my się jakoś do­ga­dać. – Zde­cy­do­wał od­wo­łać się do uni­wer­sal­ne­go środ­ka per­swa­zji. – Mam pie­nią­dze…

– Za­bij­cie go.

Sall po­krę­cił głową.

– Pe­cho­wy dzień.

Chwy­cił Prysz­cza­te­go za kark i z trza­skiem pę­ka­ją­ce­go drew­na wbił mu twarz w ladę. Zęby, ropa i krew pry­snę­ły na boki, po czym ciało chu­dziel­ca spły­nę­ło bez­wład­nie na pod­ło­gę. Mło­to­rę­ki oraz Spa­lo­na Twarz jed­no­cze­śnie do­by­li mie­czy i ru­szy­li do ataku. Sall za­mach­nął się pan­cer­ną pię­ścią w Spa­lo­ną Twarz, ale spu­dło­wał, gdy tam­ten zro­bił unik. Tra­fił za to w słup i po­słał w po­wie­trze desz­cz drzazg. Po­czuł, jak miecz ban­dy­ty od­bi­ja się od jego na­ra­mien­ni­ka, zatem roz­pacz­li­wie uniósł ręce do gardy i stęk­nął, kiedy me­ta­lo­wy obuch Mło­to­rę­kie­go z brzę­kiem ude­rzył go w hełm. Za­mro­czo­ny zro­bił kilka kro­ków w tył i wpadł ple­ca­mi na regał; kilka szkla­nych kul sto­czy­ło się i roz­bi­ło o pod­ło­gę. Bły­snę­ło na biało i żół­to.

– Nie po­zwól­cie im uciec! – roz­ka­zał Ku­la­wy.

Maya obu­rącz trzy­ma­ła przed sobą kijek i ma­cha­ła nim na boki. Spa­lo­na Twarz z chi­cho­tem uni­kał jej nie­po­rad­nych cio­sów.

Mło­to­rę­ki szedł po­wo­li w stro­nę Salla.

– Ga­dasz jak waż­niak – przy­znał, uno­sząc pro­te­zę do osta­tecz­ne­go ciosu. – Ale wal­czysz jak ko­bie­ta.

– Nie­praw­da – od­parł Sall, się­ga­jąc do pasa. – Wal­czę znacz­nie go­rzej.

Od­pa­lił racę.

Fio­le­to­wa po­świa­ta za­la­ła sklep. Sprzę­ty i isto­ty za­mi­go­ta­ły, gwar ulicy do­cho­dził jakby z da­le­ka.

– Tato! – krzyk­nę­ła Maya. – Co się dzie­je?

Mię­dzy ban­dy­ta­mi wy­ro­sła syl­wet­ka dziew­czy­ny, czar­na jakby wy­cię­ta z ciem­no­ści, uzbro­jo­na w dy­mią­cy ra­pier. Po­ru­sza­ła się szyb­ko, prze­śli­zgi­wa­ła z jed­ne­go miej­sca do dru­gie­go. Wbiła ostrze w plecy Mło­to­rę­kie­go. Zdu­mio­ny ban­dy­ta szep­nął coś nie­zro­zu­mia­łe­go i upadł na ko­la­na, jakby chciał zło­żyć hołd Sal­lo­wi, w tej samej chwi­li Spa­lo­na Twarz wrza­snął, gdy ra­pier prze­szył mu brzuch. Maya wy­ko­rzy­sta­ła oka­zję i trza­snę­ła go kijem w szczę­kę, mo­ment póź­niej ostrze roz­pła­ta­ło plecy ban­dy­ty. Spa­lo­na Twarz upadł, char­cząc i wijąc się w kon­wul­sjach.

– Nie! – krzyk­nął Sall, gdy widmo za­mach­nę­ło się na Mayę. – Ona i mię­czak są przy­ja­ciół­mi! Hu­bold, ucie­kaj­cie! Raca wkrót­ce zga­śnie! – Kątem oka do­strzegł, że Ku­la­wy wy­cią­ga spod płasz­cza naj­dziw­niej­szy pi­sto­let, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dział, co nie wró­ży­ło nic do­bre­go.

– Fa­scy­nu­ją­ce – wes­tchnął śli­ma­ko­id, wo­dząc ocza­mi po fio­le­to­wych re­flek­sach tań­czą­cych na szkle po­jem­ni­ków, ale zaraz oprzy­tom­niał i po­biegł do Mayi. Wid­mo­wa dziew­czy­na do­strze­gła Ku­la­we­go i ru­szy­ła w jego kie­run­ku, ale tam­ten zdą­żył włą­czyć tar­czę ener­ge­tycz­ną. Prze­źro­czy­sta ga­la­re­ta ob­ję­ła jego ciało. Dy­mią­cy ra­pier ude­rzał w serii bły­ska­wicz­nych cięć i pchnięć, lecz nada­rem­no.

Ku­la­wy strze­lił w naj­bliż­szy sto­jak.

Me­ta­lo­wy mebel za­ry­czał, wy­giął pręty jak ra­mio­na i ude­rzył w cie­ni­stą szer­mier­kę, nie czy­niąc jej żad­nej krzyw­dy.

Oży­wio­ny regał! Ar­te­fakt oży­wia­ją­cy mar­twą ma­te­rię!

– Chcę ten…! – Sall wska­zał broń Ku­la­we­go, ale wtedy raca zga­sła, fio­le­to­we Świa­tło znik­nę­ło, a wraz z nią wid­mo­wa po­stać. – …pi­sto­let – do­koń­czył cicho.

Ku­la­wy wy­szcze­rzył trium­fal­nie zęby. Wtedy tar­cza ener­ge­tycz­na rów­nież znik­nę­ła z ci­chym syk­nię­ciem i uśmiech spełzł mu z twa­rzy.

– Ko­niec ba­te­rii, dur­niu! – za­wo­łał we­so­ło Sall, po czym krzyk­nął, gdy me­ta­lo­wa wić za­ła­pa­ła go za nogę. Kiedy koń­czą się opcje, za­ufaj pan­ce­rzo­wi. Wyjął bombę z pasa i rzu­cił pod nogi wście­kłe­go mebla. Zanim do­le­cia­ła, Ku­la­wy wy­sko­czył przez okno wśród brzę­ku tłu­czo­ne­go szkła. Mądra de­cy­zja, przy­znał Sall i, za­my­ka­jąc oczy, my­śl­roz­ka­zem zde­to­no­wał ła­du­nek.

Po­czuł żar ognia, ogłuchł, wnę­trza po­wiek roz­bły­sły jakby spoj­rzał w słoń­ce, i zro­zu­miał, że leci do tyłu nie­sio­ny po­dmu­chem eks­plo­zji. Roz­bił ścia­nę jakby była z pa­pie­ru, prze­ko­zioł­ko­wał, ude­rzył o coś i wpadł w ster­tę śmier­dzą­cych od­pad­ków.

Otwo­rzył oczy.

Zle­ciał ze scho­dów i leżał na po­dwór­ku na ty­łach skle­pu. Od stro­ny głów­nej ulicy do­bie­ga­ły krzy­ki oraz wo­ła­nia o pomoc. Lśnią­cy kram Hu­bol­da pło­nął, raz za razem strze­la­jąc w niebo roz­bły­ska­mi ko­lo­ro­wych Świa­teł, a jego wła­ści­ciel wraz z córką na­chy­la­li się nad Sal­lem.

– Och, wsta­waj! Mu­si­my ucie­kać!

Sall zi­gno­ro­wał wy­cią­gnię­tą rękę śli­ma­ko­ida i wstał chwiej­nie.

– Chodź­my, wiem, kto nam po­mo­że! Pręd­ko, pręd­ko! – traj­ko­tał dalej Hu­bold.

– Nic ci nie jest? – za­py­ta­ła dziew­czy­na, marsz­cząc nos. Latem od­pad­ki go­to­wa­ły się we wła­snym sosie. – Dzię­ku­ję, że… – urwa­ła, gdy Sall przy­ło­żył jej lufę pi­sto­le­tu do czoła.

– Z czego strze­lał tam­ten facet?

Maya prze­łknę­ła ślinę.

– Nic nie wi­dzia­łam.

– Ha, ha, gdy­bym miał ocho­tę na marny dow­cip, po­szedł­bym słu­chać pi­ja­nych szot­ków. Znają naj­gor­sze ka­wa­ły. – Sall strzą­snął z nogi coś lep­kie­go. – Wpa­ko­wa­łem się w ja­kieś gówno i nie mówię tylko me­ta­fo­rycz­nie, więc le­piej za­cznij­cie śpie­wać, o co tu cho­dzi albo wy­mie­nię dziew­czy­nę na tam­ten pi­sto­let.

– Och! Bła­gam – jęk­nął śli­ma­ko­id. – Prze­cież do­pie­ro nas ura­to­wa­łeś!

– I za­czy­nam ża­ło­wać. – Sall wy­słał my­śl­roz­kaz do gra­wi­ko­nia. – Mu­sia­łem zużyć racę!

– Po­wiem, co wiem, ale nie tutaj. Mamy nie­wie­le czasu. Cały świat ma nie­wie­le czasu.

– Dla­cze­go?

– Bo za dwa dni wszy­scy umrze­my.

Sall mil­czał przez chwi­lę.

– Albo to praw­da, albo naj­głup­sza wy­mów­ka, jaką sły­sza­łem, ale w jed­nym się zga­dza­my: trze­ba stąd zni­kać – oznaj­mił, gdy z pło­mie­ni wy­ło­nił się me­ta­lo­wy rumak, a od stro­ny ulicy do­bie­gły dźwię­ki gwizd­ków stra­ży miej­skiej. – Pro­wadź, mię­cza­ku! I pa­mię­taj, że mam was na musz­ce!

 

***

 

Hu­bold za­pro­wa­dził ich do za­mtu­zu swojego przy­ja­cie­la, Fonza. Przy­by­tek ów nosił dumne miano La­gu­na i w środ­ku dnia był cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ny klien­tów. Ofe­ro­wał jed­nak spory ze­staw luk­su­sów do­stęp­nych od ręki…

Sall wy­cią­gnął się w balii. Zza wiel­kich okien po­ko­ju do­cho­dzi­ło ćwier­ka­nie ptasz­ków i przy­tłu­mio­ne od­gło­sy ulicy, bą­bel­ki piany skrzy­ły się w bla­sku słońc. Kiedy ostat­ni raz za­ży­wał ką­pie­li? Na­mo­czył gąbkę w go­rą­cej wo­dzie i po­no­wił szo­ro­wa­nie na­go­len­ni­ka, pró­bu­jąc nie zwra­cać uwagi na cho­dzą­ce­go wokół balii wście­kłe­go śli­ma­ko­ida.

– Zdraj­ca! Prze­brzy­dły zdraj­ca! Chciał nas zabić!

Sie­dzą­ca przy stole dziew­czy­na wy­da­ła obu­rzo­ny po­mruk, na­stęp­nie wzię­ła z tacy sma­żo­ną pa­ję­czą nóżkę spo­rych roz­mia­rów, za­mo­czy­ła w sosie i wpa­ko­wa­ła sobie do ust.

– Zna na­zwi­ska, ad­re­sy. Zdraj­ca!

– Po­wta­rzasz się. – Sall ob­ró­cił nogę i syk­nął, gdy ból prze­szył go aż do szyi. Zbro­ja daje fał­szy­we prze­ko­na­nie, że nie grożą ci rany. – Usiądź w końcu, zjedz obiad. Sklep prze­padł, ale ży­je­cie.

Hu­bold siadł cięż­ko na krze­śle.

– Byłem ubez­pie­czo­ny. Masz rację, ży­je­my dzię­ki tobie. – Urwał na mo­ment. – Pierw­szy raz widzę, aby ktoś kąpał się w zbroi. Sta­wiam moją musz­lę, że nie mo­żesz jej zdjąć.

– Zga­dłeś. Żyję tylko dzię­ki niej, a dziś ura­to­wa­ła i was. – Sall się­gnął do pasa prze­wie­szo­ne­go przez po­ręcz krze­sła. Szu­kał fiol­ki z Czer­wie­nią, ale pierw­szą zna­lazł Sza­rość, co nie umknę­ło uwa­dze Hu­bol­da.

– Och, Szary, dawne świa­tło mojej rasy. Cenna rzecz. Dia­men­ty, ar­te­fak­ty… Bo­ga­ty z cie­bie czło­wiek.

– Ro­dzin­na for­tu­na. Zbro­ja rów­nież. – Wy­jąw­szy Czer­wień, Sall na­ci­snął ukry­ty pod na­pier­śni­kiem przy­cisk. W oko­li­cy serca po­ja­wił się otwór, do któ­re­go wło­żył szkło z ko­lo­rem. – Mój oj­ciec, niech spo­czy­wa w po­ko­ju, stwo­rzył to pół­ży­we cu­deń­ko. Ciało, metal i Świa­tło w ide­al­nej rów­no­wa­dze.

– Ale mu­sisz jakoś jeść – wtrą­ci­ła Maya.

– Je­dze­nie! – Wes­tchnął, gdy na­pę­dza­ne Świa­tłem we­wnętrz­ne me­cha­ni­zmy za­czę­ły uśmie­rzać ból i re­ge­ne­ro­wać tkan­ki. – Tę­sk­nię za pro­sty­mi przy­jem­no­ścia­mi.

Hu­bold wy­tarł szmat­ką śluz z czoła. Za­czął ko­ły­sać się na krze­śle, spo­glą­da­jąc na Salla zmru­żo­ny­mi ocza­mi.

– Ale po co? I skąd wzią­łeś Fio­let? To nie były barw­ni­ki, czu­łem… A potem dziew­czy­na z ciem­no­ści!

– Dziew­czy­na z ciem­no­ści? Opo­wiedz, pro­szę! – wtrą­ci­ła Maya, nim za­to­pi­ła zęby w ko­lej­nej nóżce.

– Dość już o mnie! – Sall wy­rzu­cił do miski ka­wa­łek zgni­łe­go glona spod na­ko­lan­ni­ka. – Gdzie znaj­dę Ku­la­we­go? Ilu ma ludzi?

– In­te­re­su­je cię tylko jego pi­sto­let?

– Wła­śnie, śli­macz­ku. Tylko pi­sto­let. Oży­wia­ją­ce cu­deń­ko. Pierw­szy krok na dro­dze do wy­cią­gnię­cia mnie z tej pusz­ki.

I dla Lyssy, aby uwol­nić ją z cie­nia, dodał w my­ślach.

Hu­bold na­chy­lił się do Salla. Ob­li­zał wargi, jakby szy­ku­jąc się do roz­mo­wy z wy­jąt­ko­wo trud­nym klien­tem.

– Mo­że­my pomóc sobie na­wza­jem.

– Już wam po­mo­głem.

– Na co ci pi­sto­let, je­że­li na­stą­pi ko­niec świa­ta?

– Prze­ko­naj mnie – od­parł Sall. Jesz­cze jeden glon tra­fił do miski.

– W po­rząd­ku. Ist­nie­je pro­roc­two…

– Hej, hej, hej! – Sall po­gro­ził pal­cem śli­ma­ko­ido­wi. – Żad­nych pro­roctw i in­nych za­bo­bo­nów. Mó­wisz do czło­wie­ka nauki, mi­ło­śni­ka su­chych fak­tów.

– Ale pro­roc­two…

– Rzucę w cie­bie gąbką! Nie in­te­re­su­je mnie beł­kot ja­kie­goś bro­da­cza z ba­gien, który zjadł ha­lu­cy­no­gen­ną ro­ślin­kę, albo wi­dze­nia ka­płan­ki po­łą­czo­ne z oczo­plą­sem i wy­pły­wa­ją­cą śliną. Zmie­niam zda­nie. Po­wiedz krót­ko, o co cho­dzi.

Ktoś za­pu­kał do drzwi w umó­wio­ny spo­sób.

Hu­bold wy­szedł na ko­ry­tarz i wró­cił po mi­nu­cie ze zmar­twio­ną miną.

– Złe wie­ści, złe. Po­pro­si­łem Fonza, aby wy­słał po­słań­ców. Lu­dzie Dau­le­ra zdo­by­li kost­ki, za­bi­li in­nych Opie­ku­nów i ich pod­opiecz­nych.

– Będą mnie szu­kać – po­wie­dzia­ła Maya.

Sall cięż­ko wes­tchnął.

– Po­nu­ra spra­wa.

Śli­ma­ko­id po­tarł szy­puł­ki zmę­czo­nym ru­chem.

– U Fonza je­ste­śmy bez­piecz­ni. W po­rząd­ku, chcesz krót­szą wer­sję? Było nas dzie­się­ciu. Opie­ko­wa­li­śmy się ślep­ca­mi, chro­ni­li­śmy kost­ki i prze­ka­zy­wa­li­śmy je na­stęp­nym po­ko­le­niom. Każda kost­ka ho­lo­gra­ficz­na po­ka­zu­je drogę i jed­no­cze­śnie służy jako klucz otwie­ra­ją­cy wej­ście do ja­ski­ni w Bez­gło­wiach… To góry na pół­noc­nym wscho­dzie.

– A w środ­ku znaj­dę…?

– Za­gła­dę! – Hu­bold pod­niósł głos.

– Jasne – mruk­nął Sall.

– Znam tylko opo­wie­ści od po­przed­nich Opie­ku­nów. W cza­sach wa­szych wiel­kich Po­przed­ni­ków, mój lud zbu­do­wał rów­nie wspa­nia­łą cy­wi­li­za­cję głę­bo­ko pod zie­mią. Zanim obie prze­pa­dły, od­kry­to coś w Bez­gło­wiach. Od­kry­to, za­bez­pie­czo­no i stwo­rzo­no kost­ki. Za­pi­sa­no na nich pro­roc­two, które… – urwał, gdy mokra gąbka tra­fi­ła w sur­dut, zo­sta­wia­jąc sporą plamę. – Dzie­ciak z cie­bie.

– Ostrze­ga­łem.

– Dawny język mego ludu wy­marł, więc tłu­ma­cze­nie po­zo­sta­wia nieco do ży­cze­nia. We­dług pro­roc­twa: „Dru­gie­go świtu po ko­niunk­cji słońc tylko śle­piec po­wstrzy­ma za­gła­dę świa­ta. Jeśli za­wie­dzie, życie przej­dzie w inne życie, cho­rzy zrów­na­ją się ze zdro­wy­mi, nie bę­dzie ka­le­kich i sza­lo­nych, lecz tylko jed­ność”. Resz­ta to in­struk­cje dla nie­wi­do­me­go wy­ba­wi­cie­la lub w na­szym wy­pad­ku, wy­ba­wi­ciel­ki. Nie może sta­nąć w świe­tle ani krzyk­nąć. Musi po­cze­kać, aż z głowy wy­ru­szą po­słań­cy, wejść przez usta i znisz­czyć pło­mień.

Sall ro­ze­śmiał się gło­śno.

– Co za beł­kot! A temu kul­to­wi Dwóch Słońc pew­nie marzy się… za­gła­da? – Ostat­nie słowo wy­po­wie­dział, pod­no­sząc dło­nie i prze­bie­ra­jąc pal­ca­mi.

– Pro­blem w jed­nym znaku. – Hu­bold wziął pa­ję­czą nóżkę z ta­le­rza, za­mo­czył w sosie i na­ry­so­wał nią sym­bol na ścia­nie. – Ozna­cza za­gła­dę…

– Lub zmia­nę.

– Znasz ten język?

– Może nie wy­glą­dam, ale byłem uczo­nym, a trud­no otwie­rać sta­ro­żyt­ne pu­deł­ko, gdy nie wiesz, czy napis na po­kryw­ce to ostrze­że­nie przed bombą, czy nazwa cu­kie­recz­ków w środ­ku. Od­dasz gąbkę? Dzię­ki. I jak tłu­ma­cze­nie ma się do two­je­go zdraj­cy?

Hu­bold wstał i znów za­czął krą­żyć wokół balii, żywo ge­sty­ku­lu­jąc.

– Dau­rel cho­ru­je od lat, a jego ludzi sam wi­dzia­łeś. Za­stąp za­gła­dę w, cy­tu­ję, „nie­wi­do­my po­wstrzy­ma za­gła­dę ca­łe­go świa­ta” zmia­ną i masz powód. „Nie­wi­do­my po­wstrzy­ma zmia­nę ca­łe­go świa­ta”. Zrów­na­nie cho­rych ze zdro­wy­mi. Za­bi­ją każ­de­go, kto może sta­nąć na dro­dze do ich wy­le­cze­nia. 

Sall mu­siał przy­znać, że mo­ty­wa­cja ban­dy­tów ze skle­pu ma naj­wię­cej sensu z całej hi­sto­rii Hu­bol­da. Strasz­ne czyny w imię szczyt­nej idei to do­me­na każ­dej rasy.

– Może mają rację? – za­py­tał.

– I są­dzisz, że moi przod­ko­wie trzy­ma­li wszyst­ko w ta­jem­ni­cy, a nawet wy­ko­na­li za­bez­pie­cze­nia, by nie spro­wa­dzić ja­kie­goś bez­gra­nicz­ne­go szczę­ścia na świat? – Hu­bold prych­nął. – Nie wie­rzę. Maya musi tra­fić do świą­ty­ni, ale bez mapy to nie­moż­li­we. Dau­ler zabił in­nych Opie­ku­nów, jed­nak nie wie, gdzie jest ostat­nia kost­ka. A ja ow­szem – dodał we­so­ło. – Trze­ba ją wy­kraść.

– Jak już tak krą­żysz, może umy­jesz mi plecy?

– Ma ją Mok­kok, eme­ry­to­wa­ny ge­ne­rał, bo­gacz, me­lo­man i ko­lek­cjo­ner. Rok temu od­ku­pił kost­kę od śli­ma­ko­ida, który oka­zał się mo­czy­mor­dą i fa­tal­nym Opie­ku­nem. Dziś wie­czo­rem wy­krad­nie­cie kost­kę z re­zy­den­cji Mok­ko­ka, na­stęp­nie ru­szy­cie w po­dróż do Bez­gło­wi i po­wstrzy­ma­cie za­gła­dę. Fonzo już szuka wam ka­pi­ta­na stat­ku po­wietrz­ne­go, za­ła­twił też me­cha­ni­ka dla two­je­go gra­wi­ko­nia.

– Zgoda! – Maya ze­bra­ła pa­ję­czą nóżką reszt­ki sosu z ta­le­rza. – Nigdy nie le­cia­łam stat­kiem po­wietrz­nym! I nigdy się nie wła­my­wa­łam! – pi­snę­ła z ucie­chy.

Głu­po­ta. Nie, sza­leń­stwo. Sall spoj­rzał na ojca i córkę, za­sta­na­wia­jąc się, które z nich ma bar­dziej nie po kolei w gło­wie.

– Zwa­rio­wa­li­ście! Wła­ma­nie? Ja mam na sobie zgrzy­ta­ją­cą zbro­ję pły­to­wą, a ona jest ślepa. Ślepa, do dia­bła! Naj­gor­sza para wła­my­wa­czy na świe­cie. Za­trud­nij kogoś!

– Nie mo­że­my ni­ko­mu ufać.

– To odkup mapę!

Hu­bold gwał­tow­nie po­krę­cił głową, roz­chla­pu­jąc śluz.

– Od ko­lek­cjo­ne­ra? Nigdy jej nie sprze­da.

– Nie. – Parę kro­pel tra­fi­ło w hełm Salla. Starł je i z obrzy­dze­niem strze­pał z rę­ka­wi­cy. – Mowy nie ma. Wy­klu­czo­ne. Radź­cie sobie sami. Ja pró­bu­ję uni­kać kło­po­tów, cho­ciaż rzad­ko mi wy­cho­dzi.

Maya przy­klę­kła przy balii. Usta dziew­czy­ny drża­ły, a pro­mień słoń­ca padał wprost na młodą twarz, pod­kre­śla­jąc łzy le­cą­ce z bia­łych oczu. Efekt psuły je­dy­nie duże plamy sosu w ką­ci­kach ust.

– Pro­szę cię. Nie chcę umie­rać.

– Ale…

Hu­bold nie dał mu do­koń­czyć. Przy­klęk­nął z dru­giej stro­ny.

– Mo­żesz ura­to­wać świat. Mo­żesz ura­to­wać moją córkę. Bła­gam cię!

– Ale…

– Szu­kasz pi­sto­le­tu Dau­re­la? Nawet jeśli pro­roc­two to bujdy, Dau­rel bę­dzie z nim w Bez­gło­wiach, gdzie mo­żesz mu go ode­brać. Wy­gry­wasz w każ­dym sce­na­riu­szu.

Sall otwo­rzył usta, by wy­krzy­czeć całą gamę kontr­ar­gu­men­tów, i za­mknął je bez słowa. Jak do tego do­szło? Głos roz­sąd­ku w jego gło­wie roz­ło­żył bez­rad­nie ręce.

– Niech bę­dzie – wes­tchnął. – Co za pe­cho­wy dzień.

 

***

 

Prze­nie­śli się pod za­da­szo­ny taras. Śli­ma­ko­id zbu­do­wał z ka­wał­ków drew­na ma­kie­tę domu ge­ne­ra­ła, dzię­ki czemu mogli ob­my­ślać plan wła­ma­nia, który Sall oce­nił jako naj­gor­szy plan naj­dur­niej­sze­go skoku w hi­sto­rii zło­dziej­stwa. Teraz jed­nak sie­dział w samym jego środ­ku, więc po­zo­sta­ło robić dobrą minę do złej gry. 

– Jesz­cze raz – po­le­cił Hu­bold.

– O zmro­ku za­wio­zę nas pod pół­noc­ny mur – roz­po­czął Sall. – Wejdę na drze­wo z na­dzie­ją, że mnie utrzy­ma.

– To silne dęby – za­pew­nił śli­ma­ko­id.

– Obyś się nie mylił. Do­sta­nie­my tuby trans­mi­syj­ne. Będę in­for­mo­wał Mayę, kiedy droga wolna i pro­wa­dził ją do re­zy­den­cji.

Maya prze­su­nę­ła pal­ca­mi po krzy­wej li­stew­ce.

– Prze­ska­ku­ję przez mur. Dziś pierw­szy dzień mie­sią­ca, więc Mok­kok or­ga­ni­zu­je ka­me­ral­ny kon­cert córki. – Dwa palce po­drep­ta­ły do kwa­dra­to­we­go kloc­ka. – Kiedy traw­nik zmie­ni się w ka­mie­nie, zwal­niam, bo za kilka kro­ków na­tra­fię na wy­so­ki kwiet­nik. Wspi­nam się na niego i ska­czę na bal­kon. – Pa­lusz­ki zna­la­zły się na kloc­ku.

– Masz tylko jedną próbę – przy­po­mniał oj­ciec.

– Prze­cież wiesz, że do­sko­na­le ska­czę. Okno bę­dzie otwar­te.

– Przy­naj­mniej było, gdy od­wie­dza­łem Mok­ko­ka parę lat temu. Jego żona nie znosi za­du­chu i latem więk­szość okien jest uchy­lo­na. Sall, co zro­bisz, gdy jed­nak bę­dzie za­mknię­te?

– Jadę pod bramę i rzu­cam bombę, syn­chro­ni­zu­jąc wy­buch ze zbi­ciem szyby przez Mayę.

– Kost­ka jest w ga­blot­ce do­kład­nie nad ko­min­kiem. Za­bie­ram ją i ucie­kam tą samą drogą, a Sall osła­nia mnie z drze­wa przed ewen­tu­al­nym po­ści­giem.

Sall klep­nął na­cią­gnię­ta na ramię opa­skę z ła­dun­ka­mi do pi­sto­le­tu.

– Spró­bu­ję. Mam na­dzie­ję, że nie bę­dzie ko­niecz­no­ści.

– Jak my wszy­scy – przy­tak­nął Hu­bold. – Póź­niej je­dzie­cie do portu i szu­ka­cie stat­ku Ol­fan­des. Ka­pi­tan do­stał pie­nią­dze od Fonza i za­bie­rze was, dokąd wska­że­cie. Naj­pierw wła­ma­nie. Pa­mię­taj­cie! Cicho, pro­fe­sjo­nal­nie, bez­piecz­nie.

– Idę się prze­brać! – W gło­sie Mayi po­brzmie­wa­ła czy­sta eks­cy­ta­cja i zu­peł­ny brak stra­chu. Ma­ca­jąc ścia­nę i drzwi, dziew­czy­na we­szła do La­gu­ny.

– To fa­tal­ny po­mysł – mruk­nął Sall.

– Je­dy­ny, który nam po­zo­stał.

– Nie le­cisz z nami.

Śli­ma­ko­id spoj­rzał w dal, mru­żąc oczy.

– Tylko bym was spo­wal­niał. Jest za go­rą­co, za sucho. Fonzo opła­cił ulicz­ni­ków. Wie­czo­rem będą krą­żyć po mie­ście i uda­wać was tak długo, aż zdo­ła­cie wy­je­chać z mia­sta. – Po­ło­żył rękę na barku Salla. – Opie­kuj się Mayą. Nie jest ni­cze­mu winna. Całe po­ko­le­nia żyły w spo­ko­ju, cze­ka­jąc na ko­niunk­cję, aż tra­fi­ło na nas.

Sall się uśmiech­nął, jak zwy­kle za­po­mi­na­jąc, że hełm to ukry­wa.

– Pe­cho­wy dzień, co?

 

***

 

Je­cha­li mię­dzy ob­sy­pa­ny­mi li­sto­wiem drze­wa­mi, kurz wi­ro­wał pod sil­ni­ka­mi gra­wi­ko­nia. Nie roz­ma­wia­li przez całą drogę. Sall czuł pod na­pier­śni­kiem ob­ję­cia Mayi. Naj­gor­si zło­dzie­je w hi­sto­rii, po­wta­rzał sobie.

Po wgra­niu wy­tycz­nych me­cha­nicz­ne zwie­rzę bez trudu od­naj­dy­wa­ło drogę do re­zy­den­cji ge­ne­ra­ła.

– Je­ste­śmy – oznaj­mił Sall na widok wy­so­kie­go, ka­mien­ne­go muru. – Mam na­dzie­ję, że się do­brze wspi­nasz.

– Do­sko­na­le. Akro­ba­ty­ka to moja pasja.

Nie mógł jej od­mó­wić pew­no­ści sie­bie.

– Wła­ma­nia też? – za­kpił.

– Mu­zy­ka i śpiew, ale dziś nie będą przy­dat­ne.

Za­trzy­mał gra­wi­ko­nia mię­dzy gę­sty­mi kę­pa­mi wy­so­kiej trawy. Słoń­ca za­szły już jakiś czas temu i ciem­ność za­gar­nia­ła niebo. Jakiś ptak roz­po­czął wie­czor­ny śpiew.

Maya po­de­szła do muru. Ciem­no­skó­ra, ubra­na w czar­ny kom­bi­ne­zon przy­po­mi­na­ła cień, przy­po­mi­na­ła… Sall prze­łknął ślinę. Bra­ko­wa­ło tylko dy­mią­ce­go ra­pie­ra w dłoni. Od­wró­cił wzrok, by po­szu­kać do­god­ne­go dębu.

– Chro­po­wa­te ka­mie­nie i sporo dziur – oznaj­mi­ła dziew­czy­na. – Nic trud­ne­go.

– Dam ci znać, czy droga wolna.

Sall wspiął się ostroż­nie i po­wo­li, aby nie ha­ła­so­wać bar­dziej niż ko­niecz­ne. W końcu zna­lazł się na gru­bym ko­na­rze. Wi­dział stam­tąd tył re­zy­den­cji, traw­nik, drzew­ka i barw­ne kwiet­ni­ki. Wy­cią­gnął lu­ne­tę i prze­cze­sał teren wzro­kiem. Straż­ni­ków nio­są­cych po­chod­nie uj­rzał przy za­chod­niej bra­mie.

– Sły­szysz mnie? – po­wie­dział do za­wie­szo­nej na szyi małej tuby trans­mi­syj­nej.

– Gło­śno i wy­raź­nie. Mów ci­szej – do­biegł głos ze środ­ka, gdy Maya szep­nę­ła do swo­jej.

– W po­rząd­ku. Droga wolna.

– Patrz i po­dzi­wiaj – od­rze­kła we­so­ło.

Sall mu­siał przy­znać, że dziew­czy­na nie kła­ma­ła. Wspię­ła się na szczyt muru ni­czym pająk, wy­pro­sto­wa­ła się, roz­ło­ży­ła ręce i ze­sko­czy­ła na drugą stro­nę, wy­ko­nu­jąc efek­tow­ne salto, a Sall po­zwo­lił sobie wresz­cie na luk­sus na­dziei.

Cicho, pro­fe­sjo­nal­nie, bez­piecz­nie. 

– Aiiiii! – pisk Mayi wy­pło­szył ptac­two z drzew.

– Maya! Co się stało?!

Zła­ma­ła nogę? Nie­wi­docz­ny za murem straż­nik prze­szył ją mie­czem?

– Pomóż! Aaa! Wpa­dłam w dziką różę!

– Boże… – Sall stuk­nął heł­mem w korę. – Dla­cze­go ja? Dla­cze­go?

Dziew­czy­na dalej pisz­cza­ła za każ­dym razem, gdy tra­fia­ła na cierń. Za­alar­mo­wa­ni straż­ni­cy truch­ta­li w jej kie­run­ku, ale to widok męż­czy­zny wy­ła­nia­ją­ce­go się zza igla­ków przy domu spra­wił, że Sall na­praw­dę spo­sęp­niał.

Ge­ne­rał wy­na­jął sobie fo­to­man­tę.

Sall zer­k­nął na cze­ka­ją­ce­go gra­wi­ko­nia. Zo­sta­wić dziew­czy­nę? Od­je­chać i znik­nąć z tej sza­lo­nej hi­sto­rii?

– Trzy­maj się! – krzyk­nął. – Cho­ler­ne plany – mruk­nął. Wy­rzu­cił lu­ne­tę, ze­rwał tubę i zsu­nął się z drze­wa. – Ja nie po­tra­fię wal­czyć, do dia­bła!

Na­brał roz­pę­du i nad­sta­wił bark. Od ude­rze­nia w ka­mien­ną ścia­nę za­drża­ły mu zęby, chmu­ra pyłu wzle­cia­ła w po­wie­trze. Sta­nął wśród zgnie­cio­nych krza­ków róży.

Przez za­łza­wio­ne oczy uj­rzał sza­mo­czą­cą się Mayę. Ręce maga Świa­tła za­lśni­ły na żółto; kie­ro­wał je w stro­nę dziew­czy­ny.

Sall nie cze­kał. Się­gnął po pi­sto­let i strze­lił z bio­dra, cho­ciaż wie­dział, że stoi za da­le­ko. Roz­gałęziona bły­ska­wi­ca wy­sko­czy­ła z lufy, prze­cię­ła po­wie­trze i nie­groź­nie ude­rzy­ła w trawę, wy­pa­la­jąc kilka źdźbeł, ale przy­cią­gnę­ła uwagę fo­to­man­ty, który wy­cią­gnął ręce i po­słał w od­po­wie­dzi fa­lu­ją­cą smugę Żółci.

Sall zdą­żył za­sło­nić oczy przed­ra­mie­niem. Owio­nął go roz­pa­lo­ny po­dmuch. Krza­ki do­oko­ła sta­nę­ły w ogniu. Po­czuł gry­zą­cy dym, uj­rzał ciem­ną syl­wet­kę Mayi, usły­szał jej krzy­ki.

Przez mo­ment znów był da­le­ko stąd, na ze­wnątrz wyła śnie­ży­ca, a on leżał wśród ruin, pło­nął i wył, pa­trząc na nie­przy­tom­ną dziew­czy­nę, za­gar­nia­ną przez mrok ka­wa­łek po ka­wał­ku, aż jej ciało przy­bra­ło formę dy­mią­cej ciem­no­ści.

– Lyssa – szep­nął.

Wtedy, po­pa­rzo­ny i na gra­ni­cy śmier­ci, mógł tylko bła­gać o łaskę, która nie na­de­szła. Tym razem było ina­czej.

Wstał i syk­nął, gdy bełt z kuszy straż­ni­ka ude­rzył w na­pier­śnik. Prze­ła­do­wał pi­sto­let; dy­mią­ca łuska ude­rzy­ła o zie­mię. Wy­ce­lo­wał, strze­lił. Pio­run tra­fił pierw­sze­go straż­ni­ka i prze­sko­czył do dru­gie­go, po­sy­ła­jąc obu nie­przy­tom­nych na trawę. Fo­to­man­ta zdo­łał wznieść osło­nę z błysz­czą­cej Bieli, zyg­za­ki bły­ska­wic roz­peł­zły się po jej po­wierzch­ni.

Naj­ostroż­niej jak po­tra­fił wziął Mayę na ręce. Jęk­nę­ła, ma­te­riał roz­pruł się w paru miej­scach. Sall wy­biegł przez dziu­rę w murze.

– Kost­ka – szep­nę­ła dziew­czy­na.

– Wiem, do dia­bła! Prze­cież tam wra­cam…

Bez kost­ki nie zdo­bę­dzie pi­sto­le­tu Ku­la­we­go.

– Za­cze­kaj na mnie – wark­nął i po­ło­żył dziew­czy­nę pod drze­wem.

Za­sko­czo­ny fo­to­man­ta wy­ba­łu­szył oczy, gdy uj­rzał, że zło­dziej, za­miast ucie­kać, wraca. Sall ru­szył bie­giem, cięż­ki­mi kro­ka­mi wy­bi­ja­jąc mia­ro­wy rytm. Od­ru­cho­wo chwy­cił racę przy pasie – Fio­let spro­wa­dzi Lyssę do tego wy­mia­ru – ale zaraz ją pu­ścił. Mu­siał je oszczę­dzać, zresz­tą tym razem po­ra­dzi sobie sam. Nie dla­te­go, że musi, ale dla­te­go, by udo­wod­nić sobie, iż po­tra­fi.

Uj­rzał gry­mas stra­chu na twa­rzy maga. Ko­lo­ry wi­ro­wa­ły wokół dłoni, ukła­da­jąc się w nowe za­klę­cia.

Sall wy­strze­lił bły­ska­wi­cę. Prze­ła­do­wał. Strze­lił. Fo­to­man­ta wzno­sił ochron­ną Biel, ale nie mógł zro­bić nic wię­cej i kiedy osło­na opa­dła, nagle uj­rzał Salla tuż przy sobie.

– Taka praca… – zdo­łał po­wie­dzieć, nim pan­cer­na rę­ka­wi­ca wy­sła­ła go ze zła­ma­nym nosem w ciem­ność.

Droga na bal­kon stała otwo­rem. Sall znów biegł, nie­sio­ny eu­fo­rią ze zwy­cię­stwa. Od tylu mie­się­cy ucie­kał na mrocz­ną pół­noc, by szu­kać wie­dzy i od­ku­pie­nia win. On, pe­cho­wiec o strza­ska­nym ciele za­mknię­tym w pół­ży­wej zbroi. On, lu­me­no­log, który przez całe życie uni­kał walki.

Wciąż mógł cze­goś do­ko­nać. Choć­by ura­to­wać tę dziew­czy­nę. Pan­cerz był nie tylko wię­zie­niem, lecz rów­nież szan­są, bro­nią i siłą.

Wy­so­ki, ka­mien­ny kwiet­nik był coraz bli­żej. Bal­kon z uchy­lo­nym oknem rów­nież, zu­peł­nie jak prze­wi­dział Hu­bold. Skoro Maya za­mie­rza­ła tam do­sko­czyć, to i jemu się uda.

Na­brał pręd­ko­ści, wbiegł na ka­mie­nie, zdep­tał kwia­ty i sko­czył, wy­cią­ga­jąc ręce do ba­rie­rek i śmie­jąc się gło­śno. Był nie­po­wstrzy­ma­ny! Praw­dzi­wy bo­ha­ter!

Nie do­le­ciał.

Ude­rzył w ścia­nę po­ni­żej, prze­bił ją wśród ogłu­sza­ją­ce­go huku oraz krzy­ków wy­stra­szo­nych gości, i wpadł na for­te­pian, miaż­dżąc go z od­gło­sem pę­ka­ją­cych strun. Młoda dziew­czy­na z wy­ra­zem szoku na twa­rzy sie­dzia­ła tuż obok, wciąż trzy­ma­jąc roz­cza­pie­rzo­ne palce, cho­ciaż kla­wi­sze już spod nich ucie­kły.

– Nie­na­wi­dzę ścian – wy­chry­piał Sall, pod­niósł się chwiej­nie i wy­szedł szu­kać scho­dów. Na ko­ry­ta­rzu po­je­dyn­czy ochro­niarz wy­ba­łu­szył na niego oczy i uniósł miecz. Sall sta­ra­no­wał go bez trudu. Krzy­ki do­cho­dzi­ły już z ca­łe­go domu.

Nie dbał o nic. La­se­ro­wa wiąz­ka wy­pa­li­ła dziu­rę w ścia­nie obok jego oczu. Nie­waż­ne. Dwa bełty ude­rzy­ły go w plecy. Le­d­wie dra­śnię­cie. Od­na­lazł scho­dy i wbiegł na górę, ści­ga­ny krzy­ka­mi oraz od­gło­sa­mi bie­ga­ni­ny.

Drzwi wy­le­cia­ły z za­wia­sów, kiedy w nie wbiegł. Szkla­ne ga­blot­ki pę­ka­ły, gdy o nie za­ha­czał, eks­po­na­ty roz­trza­ski­wa­ły o pod­ło­gę. Po­rwał kost­kę ho­lo­gra­ficz­ną i sko­czył przez bal­kon na kwiet­nik, roz­trza­sku­jąc ka­mie­nie.

Bie­gnąc w stro­nę muru, na­ci­snął przy­cisk na ko­st­ce.

Zo­bacz­my, czy śli­ma­ko­id sobie czego nie zmy­ślił.

Dro­bi­ny błę­kit­ne­go świa­tła wy­sko­czy­ły z ar­te­fak­tu i utwo­rzy­ły wi­ru­ją­cy ho­lo­gram z pul­su­ją­cym błę­kit­nym punk­tem u pod­nó­ża wiel­kich gór.

– A niech mnie! – mruk­nął Sall.

Na­praw­dę ra­to­wał świat?

 

***

 

– Au! Au! – Maya ję­cza­ła przy każ­dym wzno­sze­niu się i opa­da­niu gra­wi­ko­nia.

Nie było czasu na wyj­mo­wa­nie kol­ców róży, nie teraz. Je­cha­li przez mrocz­ne ulicz­ki, lu­dzie uska­ki­wa­li im z drogi. Sall wi­dział nad bu­dyn­ka­mi ciem­ne plamy na tle gwieź­dzi­ste­go nieba – po­dłuż­ne ba­lo­ny, do któ­rych li­na­mi do­cze­pio­no ka­dłu­by stat­ków.

Za­ha­mo­wa­li w oświe­tlo­nym lam­pa­mi por­cie wśród noc­nych tra­ga­rzy z pa­kun­ka­mi na ple­cach.

Sall prze­szu­kał wzro­kiem burty.

– Tam! Ol­fan­des! – Otwo­rzył wnękę ba­ga­żo­wą przy za­dzie gra­wi­ko­nia, wy­cią­gnął torbę z za­pa­sa­mi świa­tła oraz cen­ny­mi ar­te­fak­ta­mi, po czym uru­cho­mił zwie­rzę­ciu tryb sa­mo­dziel­no­ści. – Cze­kaj na mnie, żar­łocz­na be­stio.

Byli w po­ło­wie trapu, kiedy na jego końcu uj­rze­li le­wi­tu­ją­ce­go szczu­ra oto­czo­ne­go błę­kit­ną po­świa­tą. Nosił ma­leń­ki tri­korn i pod­pie­rał bio­dra łap­ka­mi.

– Noc, zbro­ja, czar­ny strój, rany – wy­mie­nił za­dzi­wia­ją­co głę­bo­kim gło­sem. – Bę­dzie do­pła­ta, eh?

– O, bo­go­wie… – jęk­nął cicho Sall. – Ten dureń wy­na­jął szot­ków.

 

***

 

Ka­pi­tan Krzy­wy Pysk wydał roz­kaz i stru­gi zie­lo­ne­go Świa­tła po­pły­nę­ły ru­ra­mi. Śmi­gła na rufie za­czę­ły po­wol­ną pracę, balon za­sy­czał, na­prę­żył się i wydął.

Sall uru­cho­mił kost­kę. Dla ka­pi­ta­na dziw­ni pa­sa­że­ro­wie wraz z jesz­cze dziw­niej­szy­mi ar­te­fak­ta­mi naj­wi­docz­niej nie byli no­wo­ścią, po­nie­waż tylko zer­k­nął na ho­lo­gram i mruk­nął:

– Jasne. Usta­wiam kurs.

Olfan­des oka­zał się ze­zło­mo­wa­nym okrę­tem wo­jen­nym prze­ro­bio­nym na jed­nost­kę na­jem­ną, któ­rej za­ło­ga nie gar­dzi­ła żad­nym zle­ce­niem. W ka­ju­tach pa­sa­żer­skich śmier­dzia­ło stę­chli­zną z le­żą­cych na łóż­kach futer. Deski skrzy­pia­ły, prze­cią­gi szar­pa­ły koń­ców­ka­mi lin mo­cu­ją­cych sze­re­gi armat przy bur­tach, ło­po­ta­ły flagi i małe ha­ma­ki. Sall nie miał za­ufa­nia do stanu okrę­tu, ale ro­zu­miał, że za późno, by na­rze­kać. Poza tym szot­ko­wie – szczu­ry z te­le­ki­ne­zą krót­ko­za­się­go­wą – wy­da­wa­li się zu­peł­nie pewni swego. Dzię­ki sile umy­słów le­wi­to­wa­li, prze­cią­ga­li cię­ża­ry, spla­ta­li węzły i czy­ści­li balon. Wszę­dzie było ich pełno tak jak i fru­wa­ją­cych przed­mio­tów.

Szczur me­dycz­ny zręcz­nie spra­wił, że wszyst­kie kolce wy­pa­dły z ciała Mayi, maści lecz­ni­cze – do­dat­ko­wo płat­ne – oraz ban­da­że za­ło­ży­ły się same. Sall nigdy nie wi­dział lep­szych opa­trun­ków.

I dawno tak szyb­ko nie za­snął.

 

***

 

Zimno. Na tej wy­so­ko­ści lo­do­wa­te po­wie­trze wci­ska­ło się w każdy za­ka­ma­rek.

Wyj­rzał przez bulaj. Da­le­ko pod Ol­fan­de­sem po­ły­ski­wa­ły linie rzek, za­le­sio­ne wzgó­rza zle­wa­ły się w ogrom zie­le­ni. Słoń­ca mu­sia­ły już stać wy­so­ko na nie­bie.

Mayi nie było w ka­ju­cie, ale prócz tur­ko­tu prze­ta­cza­nych be­czek i pi­skli­wych gło­sów szot­ków, Sall usły­szał brzdęk strun oraz szyb­ki, me­lo­dyj­ny śpiew.

Od­na­lazł ją na po­kła­dzie. Sie­dzia­ła na kłę­bie zwi­nię­tej liny, a jej plecy i ra­mio­na okry­wa­ło grube futro, za­pew­ne po­da­ro­wa­ne przez szczu­ry. Sall przy­pusz­czał, że w ra­mach po­dzię­ko­wań za mu­zy­kę, gdyż dziew­czy­na w jed­nej dłoni trzy­ma­ła lirę, w któ­rej rolę strun peł­ni­ły wiąz­ki Świa­tła o róż­nych bar­wach, a drugą, ubra­ną w spe­cjal­ną rę­ka­wi­cę, trą­ca­ła ko­lo­ry, wy­do­by­wa­jąc czy­ste dźwię­ki. Wy­glą­da­ła na za­do­wo­lo­ną. Głos miała czy­sty i silny; Sall nie dzi­wił się szot­kom, że prze­la­tu­jąc obok, przy­sta­wa­li za­uro­cze­ni śpie­wem, po czym le­wi­to­wa­li dalej, po­ga­nia­ni wście­kły­mi okrzy­ka­mi sto­ją­ce­go za ste­rem Krzy­we­go Pyska.

– Roz­le­ni­wia mi chło­pa­ków – na­rze­kał, gdy Sall wszedł na mo­stek. – Sły­szysz ją, chłop­ta­siu? Sły­szysz, eh? Zna nawet „Ogon miała par­szy­wy, lecz śle­pia ocho­cze”. Kto ją tego na­uczył?

– Wolę nie zga­dy­wać. Gdzie je­ste­śmy?

– Pod słoń­ca­mi, gdzież­by in­dziej, eh? Spójrz tam! – Ka­pi­tan wska­zał kilka bia­łych punk­tów na ho­ry­zon­cie. – Bez­gło­wia.

– Mu­si­my tam do­trzeć przed ju­trzej­szym świ­tem.

– Le­ci­my z pełną pręd­ko­ścią. A teraz wynoś się, bo przez twoje zgrzy­ta­nie nic nie sły­szę.

Sall wró­cił do ka­ju­ty, wyjął kost­kę i zba­dał wy­ry­te na niej mi­nia­tu­ro­we znaki. Co pe­wien czas sły­szał piski szot­ków, póź­niej śpiew Mayi ustał, od­głos dzwon­ka oznaj­mił na­dej­ście pory obia­do­wej, aż w końcu, gdy cie­nie za­czę­ły się wy­dłu­żać, Sall do­szedł do smut­ne­go wnio­sku, że Hu­bold miał rację. Pro­roc­two mó­wi­ło do­kład­nie to, co opo­wie­dział w La­gu­nie.

Znie­chę­co­ny uciął sobie drzem­kę…

– Ka­pi­tan wzywa – oznaj­mił szczur le­wi­tu­ją­cy w wej­ściu.

 

***

 

Maya znów sie­dzia­ła na li­nach, z twa­rzą ską­pa­ną w po­świa­cie liry. Wy­gry­wa­ła cichą, spo­koj­ną me­lo­dię, a wiatr hulał w jej gru­bym fu­trze.

Sall nie po­tra­fił stwier­dzić, czy skrzy­wie­nie pyska ka­pi­ta­na Krzy­we­go Pyska to uśmiech, czy coś zgoła in­ne­go.

– Odro­bi­nę nad łbem tego bia­łe­go majt­ka. – Ka­pi­tan wska­zał łapką za sie­bie.

Na tle ciem­nie­ją­ce­go nie­ba wy­raź­nie od­ci­na­ły się dwa czar­ne punk­ty.

– Okręt? – za­py­tał Sall, cho­ciaż znał od­po­wiedź. Jego pech nie mógł go tak po pro­stu opu­ścić.

– Ay – przy­tak­nął Krzy­wy Pysk. – Z każdą go­dzi­ną coraz bli­żej. Komuś pod­pa­dli­ście, eh? Przez lu­ne­tę wi­dzia­łem ban­de­rę z dwoma słoń­ca­mi i naj­dziw­niej­szą za­ło­gę: bez rąk, nóg, kasz­lą­cy, po­pa­rze­ni. Praw­dzi­wy po­wietrz­ny la­za­ret, ale broni mają, jakby ru­sza­li na wojnę, eh?

Sall przy­pusz­czał, że Ku­la­we­go tam nie było. Nie, ra­czej cze­kał już w Bez­gło­wiach, a to je­dy­nie straż tylna, psy goń­cze, po­lu­ją­ce na nie­do­god­no­ści w po­sta­ci śle­pej dziew­czy­ny z kost­ką ho­lo­gra­ficz­ną. Ilu nie­szczę­śni­ków Ku­la­wy za­ra­ził wizją cu­dow­ne­go uzdro­wie­nia? Czy wspo­mniał im o moż­li­wo­ści znisz­cze­nia ca­łe­go świa­ta? Sall ich ro­zu­miał. Pra­gnę­li nor­mal­ne­go życia tak jak i on, po­dob­nie skłon­ni za­ry­zy­ko­wać wszyst­ko dla cie­nia szan­sy, lecz teraz le­cie­li zabić jego i Mayę, a na to nie mógł po­zwo­lić.

– Dacie radę im uciec?

Krzy­wy Pysk za­chi­cho­tał.

– Tą łajbą? W tam­ten okręt wło­żo­no na­praw­dę wiele forsy.

– Więc bę­dzie­my wal­czyć.

– Za to nam nie za­pła­co­no! I daruj sobie ar­gu­ment, że je­dzie­my na tym samym wózku, eh? – Pod­fru­nął do Salla i spoj­rzał nań czar­nym okiem. – My po­tra­fi­my bez­piecz­nie zle­cieć, więc… – urwał, gdy Sall wyjął garść dia­men­tów. – My­ślisz, że każdy pro­blem roz­wią­żesz świe­ci­deł­ka­mi?

– Bywa, że dzia­ła cał­kiem nie­źle.

Zo­sta­ło mu osiem rac do przy­wo­ła­nia Lyssy. Osiem rac, aby wyjść cało z po­dniebnej walki i póź­niej, w gó­rach. Wcze­śniej my­ślał, że to sporo, teraz wy­da­wa­ło się zde­cy­do­wa­nie za mało.

– Zbliż­cie się, burta w burtę i od­daj­cie jedną salwę, dobrą salwę, która zrobi dziu­rę w ich ka­dłu­bie. Kto jak kto, ale wy dacie radę – dodał szyb­ko na widok krę­cą­ce­go łbem ka­pi­ta­na.

– Oni też zdążą strze­lić, a ich burty utwar­dzo­no Brą­zem. Nasze le­d­wie Zie­le­nią i to po­śled­niej ja­ko­ści.

– Jedna salwa z bli­ska, ka­pi­ta­nie, i wasz naj­lep­szy mio­tacz.

– Chcesz im wrzu­cić bombę?

– Coś lep­sze­go. Umowa stoi? – Sall prze­krę­cił dłoń. – Są twoje. – Dia­men­ty okrą­ży­ły ka­pi­ta­na, po czym ła­god­nie osia­dły na jego ka­pe­lu­szu, błysz­cząc w słoń­cach.

– Bos­man Kwik do mnie!

Biały szczur z na­dę­tym brzu­chem zle­ciał z ta­kie­lun­ku.

– Ay, ay!

– Wydaj grog chło­pa­kom!

Sall uniósł brew.

– Grog?

– Czyż­bym sły­szał po­wąt­pie­wa­nie w twym gło­sie, chłop­ta­siu?

– Wi­dzia­łem już pi­ja­nych szot­ków.

Ka­pi­tan zbył te słowa mach­nię­ciem łapki.

– Jakże ru­szać do walki na trzeź­wo? Oby twój plan wy­pa­lił, chłop­ta­siu albo czeka cię szyb­ka droga w dół. Dalej, za­wszo­ne szczu­ry! Ła­do­wać dzia­ła bu­rzą­cym Cy­ja­nem dru­go­sło­necz­nym! Śmi­gła pełna moc! Wy­bij­my tym dra­niom reszt­ki zębów!

 

***

 

– Nie, Mayu, nie mo­żesz zo­stać. Ty! – Sall za­cze­pił spie­szą­ce­go się gdzieś szczu­ra. – Za­pro­wadź dziew­czy­nę do ka­ju­ty.

Gry­zoń zmru­żył śle­pia, ale te­le­ki­ne­tycz­nie uniósł trzy­ma­ną przez Mayę lirę.

– Pro­szę iść za in­stru­men­tem, pa­nien­ko.

– Uwa­żaj na sie­bie – mruk­nę­ła i ru­szy­ła za szot­kiem.

Sall za­ci­snął dło­nie na bur­cie. Punk­ty na nie­bie rosły z każdą chwi­lą, spod po­kła­du roz­brzmie­wa­ły od­gło­sy prze­ta­cza­nych dział i pi­skli­we roz­ka­zy, a on wy­li­czał w my­ślach wszyst­ko, co może pójść nie tak. Wy­chy­lił się i spoj­rzał w ot­chłań. Wie­czór za­gar­niał lasy oraz wzgó­rza – da­le­ko, da­le­ko w dole.

Cze­kał.

I cze­kał, ukry­ty za fal­szbur­tą, mię­dzy pi­ja­ny­mi szot­ka­mi, które chi­cho­ta­ły i opo­wia­da­ły sobie dow­ci­py, trzy­ma­jąc w ła­pach małe ar­ke­bu­zy. 

– Hej, duży! – ode­zwał się szczur le­wi­tu­ją­cy przy jego ra­mie­niu. – Dla­cze­go pie­karz kupił ta­blet­ki na serce i za­pła­cił ro­ga­li­ka­mi? Bo… Bylem nie spa­lił… Bo za­nie­mógł! Ro­zu­miesz? Za-nie-mógł. Ha, Ha, Ha! Nie wy­trzy­mam!

Sall za­gryzł wargi. Przy­pusz­czał, że jeśli ist­nie­je pie­kło, pi­ja­ni szot­ko­wie ze swo­imi żar­ta­mi muszą tam peł­nić funk­cję opraw­ców. Krzyk ka­pi­ta­na po­wi­tał nie­mal z ra­do­ścią.

– Je­ste­śmy go­to­wi, chłop­ta­siu! Jedna salwa, eh?!

Ko­rzy­sta­jąc z więk­szej ma­new­ro­wo­ści, Ol­fan­des wzniósł się, od­cze­kał, aż wrogi okręt wy­ko­na po­dob­ny ma­newr – lecz znacz­nie wol­niej – i na ko­men­dę dał całą wstecz, jed­no­cze­śnie opa­da­jąc.

Sall zo­ba­czył nazwę ga­le­onu – Przy­pływ – i rząd armat go­to­wych do strza­łu. Stat­ki prze­su­wa­ły się teraz rów­no­le­gle do sie­bie, od­da­lo­ne o rzut ka­mie­niem. Do­kład­nie o to cho­dzi­ło.

– Ognia! – wrza­snął Krzy­wy Pysk.

Dzia­ła na obu jed­nost­kach wy­strze­li­ły jed­no­cze­śnie.

Sall przy­trzy­mał się nad­bur­cia, gdy mocne szarp­nię­cie za­ko­ły­sa­ło mu w gło­wie. Huk go ogłu­szył, wszyst­ko uto­nę­ło w roz­bły­skach In­dy­go i Cy­ja­nu, drza­zgi wy­bu­cha­ją­ce­go po­kła­du ude­rzy­ły głu­cho o pan­cerz; pe­cho­wi szot­ko­wie, któ­rzy nie mieli ta­kiej osło­ny, za­pisz­cze­li, lecz resz­ta szczu­rów wy­chy­li­ła się i strze­li­ła sno­pa­mi Czer­wie­ni z ar­ke­bu­zów. Z prze­ciw­ne­go po­kła­du do­bie­gły krzy­ki ran­nych i umie­ra­ją­cych.

Prze­ciw­ni­cy zri­po­sto­wa­li za po­mo­cą kusz. W burtę za­stu­ka­ły że­la­zne groty, nie­któ­re z sy­kiem prze­le­cia­ły po­wy­żej, jeden szczur padł mar­twy, gdy do­stał pro­sto w pierś.

Sall do­strzegł dziu­rę w bur­cie Przy­pły­wu.

– Tam! – Wska­zał ją od­de­le­go­wa­ne­mu do niego mio­ta­czo­wi, od­pa­la­jąc racę. – Pchnij ją tam! – krzyk­nął i, wi­dząc ma­te­ria­li­zu­ją­cą się dziew­czy­nę, dodał: – Drugi okręt!

Rzu­co­na te­le­ki­ne­zą raca po­mknę­ła pro­sto w wyrwę, za­bie­ra­jąc ze sobą po­świa­tę. Okręt kultu Dwóch Słońc roz­bły­snął Fio­le­tem. Kolor wy­cho­dził każdą szpa­rą, każdą szcze­li­ną, a wraz z nim do uszu Salla do­bie­gły pierw­sze prze­ra­żo­ne wrza­ski.

Za­czął li­czyć i, gdy nad­szedł czas, chwy­cił ko­lej­ną racę.

– Jesz­cze raz!

Wkrót­ce z dru­gie­go stat­ku do­cho­dzi­ły tylko szum i trza­ski wi­docz­nych w ła­dow­ni pło­mie­ni. Iskry buch­nę­ły z po­dziu­ra­wio­nej burty, dziób opadł i Przy­pływ udał się w ostat­nią drogę w stro­nę lądu, cią­gnąc za sobą kon­dukt ża­łob­ny z dymu i ognia.

Sall ża­ło­wał nie­licz­nych, któ­rzy jesz­cze tam żyli i wie­dzie­li, dokąd zmie­rza­ją.

– Opu­ścić okręt! – ryk­nął ka­pi­tan.

Ol­fan­des sam nie wy­glą­dał do­brze: ze­rwa­ne liny, ka­wał­ki desek od­la­tu­ją­ce z wia­trem. Zie­lon­ka­we Świa­tło są­czy­ło się z rury ukry­tej we­wnątrz głów­ne­go masz­tu, łą­czą­ce­go po­kład z ba­lo­nem.

Sall wbiegł na mo­stek.

– Co ro­bi­cie?!

– Tra­dy­cyj­nie to, co każdy szczur, kiedy okręt czeka za­gła­da – wy­ja­śnił Krzy­wy Pysk. – Zbior­ni­ki uszko­dzo­ne, Świa­tło wy­cie­ka w kilku miej­scach. Dobra ta twoja sztucz­ka. Nawet nie pytam; każdy ma swoje asy w rę­ka­wie, eh? Nie myśl o nas źle, okręt się nie pali, a ja usta­wi­łem kurs na Bez­gło­wia, zgod­nie z twoją mapą. To pro­sta droga i bę­dzie­cie le­cieć do sa­me­go końca, a potem… – Roz­ło­żył łapy. – Życzę po­wo­dze­nia! Prze­każ dziew­czy­nie, że cu­dow­nie śpie­wa. Dalej, szczu­ry! Za­bie­rać ran­nych i wy­le­wi­to­wać mi tu zaraz na zie­mię. Ku­pi­my sobie nową łajbę!

 

***

 

Szczęk­nę­ła za­pi­na­na klam­ra.

– To ener­ge­tycz­na tar­cza oso­bi­sta. Ar­te­fakt Po­przed­ni­ków. – Sall wziął dłoń Mayi i po­kie­ro­wał do włącz­ni­ka. – Tutaj uru­cha­miasz, ale cze­kaj na mój sy­gnał. Ba­te­ria jest nie­mal pusta, a dziś już nikt nie wie, jak ją na­peł­nić.

– A ty? Też masz taką tar­czę? – Zie­lo­ne świa­tło z masz­tu nada­ło skó­rze Mayi cho­ro­bli­wy od­cień. Księ­życ za­stą­pił słoń­ca i mróz przy­brał na sile, ale Sall wie­dział, że dziew­czy­na nie drży z po­wo­du zimna.

– Nie po­trze­bu­ję. Pan­cerz mnie ochro­ni.

Uśmiech­nę­ła się smut­no.

– Marny z cie­bie kłam­ca.

– Krzy­wy Pysk obie­cał, że le­ci­my w do­brym kie­run­ku. – Sall zmie­nił temat i uru­cho­mił kost­kę. – I mapa twier­dzi tak samo. Już nie­da­le­ko.

Nie­da­le­ko. Słowo, które tak wy­so­ko, na znisz­czo­nym okrę­cie brzmia­ło jak po­nu­ry żart. Wzgó­rza zmie­ni­ły się w okry­te ciem­no­ścią fałdy, ale Bez­gło­wia lśni­ły księ­ży­co­wym bla­skiem od­bi­tym od za­le­ga­ją­ce­go śnie­gu. Ogrom­ne szczy­ty z pła­ski­mi wierz­choł­ka­mi rze­czy­wi­ście wy­glą­da­ły jak klę­czą­cy, zde­ka­pi­to­wa­ni ska­zań­cy.

– Zimno – stwier­dzi­ła Maya.

– Tak. – Nie wie­dział, co wię­cej dodać.

Ciszę mię­dzy nimi wy­peł­ni­ło skrzy­pie­nie desek i szum ucie­ka­ją­ce­go Świa­tła. Coś zgrzyt­nę­ło nie­po­ko­ją­co.

Sall scho­wał kost­kę do prze­wie­szo­nej przez ramię torby. Trzy­mał tam kilka ar­te­fak­tów i za­pa­so­we fiol­ki, ale nic przy­dat­ne­go w obec­nej sy­tu­acji. Sta­nął przy nad­bur­ciu. 

– Skąd znasz Hu­bol­da? 

– Mia­łam sześć lat, gdy mnie zna­lazł. Że­bra­łam na ulicy i prze­szu­ki­wa­łam śmiet­ni­ki. Ro­dzi­ców już nie pa­mię­tam, ich głosy zlały się z set­ka­mi in­nych. Hu­bold dał mi wszyst­ko.

– A w za­mian chce je­dy­nie, abyś ura­to­wa­ła świat.

Za­śmia­ła się.

– Cho­ciaż tak mogę się od­wdzię­czyć.

– A jeśli Dau­rel ma rację?

Długo nie od­po­wia­da­ła.

– Py­tasz, czy nie za­wa­ham się w ostat­niej chwi­li, po­nie­waż za­pra­gnę wi­dzieć? Je­stem córką skle­pi­ka­rza, wiem, że nie ma nic za darmo, a złu­dze­nia Dau­re­la to ku­po­wa­nie kota w worku. Wolę być nie­wi­do­ma niż… – Głos jej się za­ła­mał, gdy z dołu do­bie­gło gło­śne szczęk­nię­cie i sta­tek prze­chy­lił się nie­znacz­nie w dół. – Tę­sk­nię za ojcem… Do­brze, że nie po­je­chał z nami. Nie tra­fił na ten głupi okręt. – Od­cze­ka­ła tro­chę, nim za­py­ta­ła: – A ty, Sall? Tę­sk­nisz za kimś?

Jesz­cze wczo­raj od­parł­by, że to nie jej spra­wa, że on pró­bu­je tylko zdo­być pi­sto­let Ku­la­we­go, a potem nigdy wię­cej się nie zo­ba­czą. Teraz wy­obra­ził sobie, co Maya czuje – wsłu­cha­na w od­głos roz­pa­da­ją­ce­go się okrę­tu, który zmie­rzał ku spek­ta­ku­lar­nej ka­ta­stro­fie. Życie w ciem­no­ści ozna­cza życie w stra­chu. On przy­naj­mniej wie­dział, kiedy na­stą­pi zde­rze­nie.

Uświa­do­mił sobie, że pa­trzy w niebo, wy­so­ko, jakby bał się spoj­rzeć w dół. Za­ci­snął dło­nie, aż za­trzesz­cza­ło drew­no.

– Na imię jej Lyssa.

Jasne włosy i cho­ro­bli­wie biała skóra; w bla­sku słońc zda­wa­ła się zle­wać ze świa­tłem. Jesz­cze pa­mię­tał jej twarz, ale wie­dział, że czas za­trze obraz, wy­pa­czy go, aż zo­sta­nie tylko ob­li­cze z cie­nia.

– Naj­lep­sza fech­mi­strzy­ni Ge­besh – rzekł gło­śno, jak wtedy, gdy z dumą przed­sta­wiał ją przy­ja­cio­łom.

– Dziew­czy­na z ciem­no­ści! To ona?

– Nie za­wsze tak było. Prze­ciw­ni­cy, któ­rych po­ko­na­ła, zwali ją „Lyssą o sta­lo­wym po­ca­łun­ku”, gdyż koń­ców­ką ra­pie­ra zo­sta­wia­ła im krwa­wiące cię­cia. Dla mnie jej usta za­wsze były mięk­kie.

Po­kła­dem za­trzę­sło, Maya pi­snę­ła i chwy­ci­ła kur­czo­wo jedną z na­prę­żo­nych lin.

– Mów… dalej… Pro­szę, mów. – Od­dy­cha­ła z tru­dem.

Sall prze­szedł na śro­dek po­kła­du i objął maszt.

Wie­rzył, że zbro­ja go ura­tu­je, ale czy nie za czę­sto wią­zał z nią na­dzie­ję? Raz za razem wy­sta­wiał ją na coraz trud­niej­sze próby. Czy dziś wresz­cie go za­wie­dzie? Nie był nie­zwy­cię­żo­ny. Złud­ne prze­ko­na­nie o wła­snej po­tę­dze to krót­ka droga do po­raż­ki.

– Moi ro­dzi­ce byli sław­ny­mi wy­na­laz­ca­mi, więc i po mnie ocze­ki­wa­no wiel­kich od­kryć. Dzie­li­łem czas mię­dzy Lyssę a lu­me­no­lo­gię. Do­ko­na­łem uda­nej syn­te­zy Fio­le­tu, ale pra­gną­łem wię­cej. Sły­sza­łaś, jak twój oj­ciec śmiał się z dur­nia, który pró­bo­wał otrzy­mać czar­ne Świa­tło?

– To ty?

– Za­pro­si­łem Lyssę i naj­zna­mie­nit­szych oby­wa­te­li, by uj­rze­li cud lu­me­no­lo­gii. Fio­let, a na­stęp­nie Czerń. Prze­szedł­bym do hi­sto­rii.

Okręt znów się prze­chy­lił z gło­śnym skrzy­pie­niem. Wle­cie­li mię­dzy pierw­sze góry Bez­gło­wia. Tra­ci­li wy­so­kość.

– Zo­staw! – krzyk­nął, wi­dząc, że ręka Mayi wę­dru­je do włącz­ni­ka tar­czy. – Za­ufaj mi. Jeśli teraz włą­czysz tar­czę, zgi­niesz.

– Mów dalej! – Wiatr ze­rwał jej futro z ra­mion. Od­le­cia­ło w pust­kę, ło­po­cząc wście­kle. – Muszę wie­dzieć, że tu je­steś!

– Razem z Lyssą uro­czy­ście roz­po­czę­li­śmy fuzję. – Wzgó­rza się zbli­ża­ły, ale Sall już nie czuł stra­chu. – Czar­ne Świa­tło… Nawet sobie nie wy­obra­żasz. Nie było zwy­kłą ciem­no­ścią, lecz ra­czej… – Po­krę­cił głową. – Pięk­ne i prze­ra­ża­ją­ce. Uni­ce­stwia­ło wszyst­ko na swej dro­dze, ale ja i Lyssa zna­leź­li­śmy się w samym środ­ku. Tam było… ina­czej. Ją za­bra­ła Czerń, a mnie ogień… Trzy­maj mocno!

Liny za­trzesz­cza­ły i jedna po dru­giej pękły; maszt nie wy­trzy­mał ob­cią­że­nia, zła­mał się ze zgrzy­tem wy­gi­na­ne­go me­ta­lu. Ode­rwa­ny balon zo­stał na nie­bie, a ka­dłub pi­ko­wał, sy­piąc ka­wał­ka­mi drew­na.

Maya trzy­ma­ła dwie­ma rę­ka­mi koń­ców­kę liny ob­wią­za­ną wokół sta­lo­we­go koła wbi­te­go w po­kład. Krzy­cza­ła i śli­zga­ła się po po­kła­dzie.

– Teraz! – Sall miała na­dzie­ję, że dziew­czy­na go usły­szy. Pęd po­wie­trza gwiz­dał prze­raź­li­wie. – Włącz tar­czę! Maya! Włącz…

Ko­ro­ny drzew mknę­ły im na spo­tka­nie.

– Włącz!

Gdy ka­dłub roz­padł się w ogłu­sza­ją­cym trza­sku, Sall pu­ścił maszt i za­krył głowę rę­ko­ma. Zdą­żył przy­po­mnieć sobie, co wy­buch w Ge­besh zro­bił z jego cia­łem, i tak jak wtedy, za­padł w ciem­ność.

 

***

 

– Sall! Sall, pro­szę! Gdzie je­steś?!

Po­wo­li od­zy­ski­wał przy­tom­ność. Za­ci­snął palce i po­czuł grudy ziemi oraz ko­rze­nie trawy.

A zatem żył.

Wydał gło­śny jęk, gdy pod­niósł się na klęcz­ki; bok rwał tępym bólem, ale kiedy Sall prze­su­nął pal­ca­mi po zbroi, nie zna­lazł żad­ne­go wy­gię­cia. Jak zwy­kle pro­ble­mu nie spra­wiał metal, lecz ciało.

Kiedy za­ka­słał, przez dziur­ki od­de­cho­we wy­pły­nę­ły cien­kie struż­ki krwi.

– Sall! – Maya tra­fi­ła dłoń­mi na jego hełm. – Prze­ży­łeś! Dzię­ki Bogu. My­śla­łam, że zo­sta­nę tu zu­peł­nie sama. Je­steś ranny?

– Nic mi nie jest – szep­nął.

– Mó­wi­łam, że nie po­tra­fisz kła­mać.

– Po­trze­bu­ję tylko… nieco Czer­wie­ni. – Się­gnął do pasa. Więk­szość fio­lek nie prze­trwa­ła lą­do­wa­nia, zo­sta­ły z nich je­dy­nie szkla­ne okru­chy. Spró­bo­wał więc w tor­bie i w wy­ście­ła­nej syn­te­tycz­ną gąbką prze­gród­ce zna­lazł ostat­ni Kar­ma­zyn. Otwo­rzył przy­ser­co­wy otwór i wło­żył Świa­tło. Ból za­czął top­nieć.

– Krwa­wisz – po­wie­dział.

Maya z peł­nym wsty­du uśmie­chem do­tknę­ła skle­jo­nych krwią wło­sów.

– Twoja tar­cza za­dzia­ła­ła, jak obie­cy­wa­łeś, cho­ciaż lą­do­wa­nie nie na­le­ża­ło do przy­jem­nych. Zga­sła, kiedy cię szu­ka­łam i… ude­rzy­łam głową w gałąź. – Po­smut­nia­ła. – Jesz­cze noc, ale latem słoń­ce wsta­je wcze­śnie. Jak da­le­ko do wej­ścia?

Sall uru­cho­mił kost­kę.

– Dość bli­sko. – Spoj­rzał na roz­łu­pa­ny okręt; szcząt­ki utknę­ły na ko­na­rach, liny zwi­sa­ły ni­czym eg­zo­tycz­ne pną­cza. Czar­ny las oświe­tla­ły tylko smugi księ­ży­co­we­go świa­tła wpa­da­ją­ce gdzie­nie­gdzie przez li­sto­wie. – Wska­kuj na moje plecy, za­nio­sę cię.

– Mogę biec – za­pro­te­sto­wa­ła.

– Nie wi­dzisz, a las jest gęsty i pełen ko­rze­ni. Po pro­stu zrób to, Mayu – dodał, gdy na jej twa­rzy uj­rzał roz­go­ry­cze­nie.

Wdra­pa­ła się i ob­ję­ła go no­ga­mi w bio­drach i rę­ko­ma za szyję. Pra­wie nie czuł jej cię­ża­ru. Wstał po­wo­li, ocze­ku­jąc na­głe­go bólu z ja­kiejś nie­wi­docz­nej wcze­śniej rany.

Ru­szył bie­giem.

Omi­jał drze­wa i po­wa­lo­ne pnie, ska­kał nad do­ła­mi i tylko raz pra­wie upadł, gdy za­ha­czył o gruby ko­rzeń. Wdra­py­wał się po zbo­czu, z ocza­mi utkwio­ny­mi w czar­nej ścia­nie ogrom­nej góry. Gdy prze­bie­gał przez po­la­nę, uj­rzał nie­da­le­ko ba­lo­ny stat­ków po­wietrz­nych.

– Zwo­len­ni­cy Dau­le­ra już tam są – po­wie­dział.

– Co zro­bi­my?

Wy­cią­gnął pi­sto­let i wło­żył do niego świe­ży ła­du­nek.

– To, co ko­niecz­ne.

 

***

 

Mu­sie­li przy­być tłum­nie. Cho­rzy i ka­le­cy, roz­cza­ro­wa­ni ży­ciem i po­szu­ki­wa­cze dru­giej szan­sy. Na stat­kach świa­tło­łap­nych, okrę­tach z rzę­da­mi am­bra­zur, za­sty­głych gra­wi­ko­niach i pie­szo, o czym świad­czy­ły wy­dep­ta­ne ścież­ki. U pod­nó­ża góry wy­cię­to drzew­ka oraz krza­ki, oczysz­czo­no wej­ście – zie­ją­cy czer­nią pro­sto­kąt – na któ­re­go stra­ży posta­wio­no trzech osił­ków. Kiedy do­strze­gli Salla, naj­więk­szy pod­niósł świe­cą­cą na żółto la­tar­nię.

– Stać! Czy przy­by­wasz, by…

Bły­ska­wi­ca tra­fi­ła całą trój­kę.

Sall prze­ła­do­wał w biegu, roz­glą­da­jąc się na boki. Ni­ko­go. Sta­nął przy cia­łach, po­cze­kał aż Maya zej­dzie mu z ple­ców, na­stęp­nie pod­niósł upusz­czo­ną la­tar­nię i krót­ki miecz w po­chwie, który przy­pa­sał dziew­czy­nie.

– Na wszel­ki wy­pa­dek. Tylko się nie po­tnij. Wcho­dzi­my – po­wie­dział na widok kost­ki wło­żo­nej przez ban­dy­tów w nie­wiel­ki otwór. Maya po­ło­ży­ła dłoń na jego barku.

– Je­stem go­to­wa – oznaj­mi­ła.

– Żeby cho­ciaż tak wie­dzieć, na co – mruk­nął Sall i ru­szył na­przód.

Ka­mien­ny ko­ry­tarz pro­wa­dził do błysz­czą­cych drzwi, które zo­sta­wio­no otwar­te za po­mo­cą innej kost­ki ho­lo­gra­ficz­nej, wło­żo­nej w za­głę­bie­nie tuż obok. Wy­star­czył rzut oka na gład­ki metal, jego wy­ko­na­nie oraz skom­pli­ko­wa­ne ryty, aby Sall po­czuł ra­dość ba­da­cza, że COŚ tu nie­wąt­pli­wie jest i ukłu­cie lęku, bo wy­glą­da­ło na to, że Hu­bold miał rację. Jeśli gdzieś ist­nia­ła wtycz­ka do wy­łą­cze­nia świa­ta, rów­nie do­brze może znaj­do­wać się za tymi drzwia­mi.

Ko­ry­tarz w środ­ku był sze­ro­ki, zbu­do­wa­ny cał­ko­wi­cie z po­zba­wio­ne­go rdzy me­ta­lu; po ma­łych wzo­rach na ścia­nach prze­bie­gły re­flek­sy świa­tła, kurz stu­le­ci za­kry­wa­ją­cy pod­ło­gę zo­stał nie­daw­no star­ty przez stopy. Mnó­stwo stóp kultystów Dwóch Słońc. Z nik­ną­cej w ciem­no­ści od­da­li do­cho­dzi­ło echo in­kantacji.

– Sły­szę ich – szep­nę­ła Maya. – Tak wielu.

– Nie wie­dzą, że tu je­ste­śmy. Pa­mię­tasz in­struk­cje?

– Jak wła­sne imię. Nie mogę sta­nąć w świe­tle ani krzyk­nąć. Gdy z głowy wy­ru­szą po­słań­cy, wcho­dzę przez usta i nisz­czę pło­mień. Szko­da, że nie­wie­le ro­zu­miem.

– Tak. Ja też. Chciał­bym wie­dzieć, jak to za­koń­czyć.

Lampa za­mi­go­ta­ła, więc się­gnął po fiol­kę. Nie zna­lazł Żółci, tylko rzad­sze ko­lo­ry, więc wło­żył La­wen­dę pierw­szej klasy. Wzory na ścia­nach uwy­pu­kli­ły się, zro­bi­ły tro­chę wy­raź­niej­sze.

– Boże… – szep­nął Sall. – To lu­men­tyk.

– Co ta­kie­go?

– Ce­re­mo­nial­ne pismo śli­ma­ko­idz­kich au­gu­rów. Nigdy nie wi­dzia­łem go na wła­sne oczy, ale czy­ta­łem pewne wzmian­ki. Jest wi­docz­ne tylko w ich świę­tej bar­wie.

– Sza­rość!

Sall za­czął prze­szu­ki­wać pas. Wszyst­ko stłu­czo­ne. Się­gnął do torby.

– Ostat­nia, ale jest.

Wy­mie­nił Świa­tło w la­ta­ren­ce i spoj­rzał na in­for­ma­cje sprzed ty­siąc­le­ci. Tłu­ma­czył, chło­nął wie­dzę i za każ­dym sło­wem uświa­da­miał sobie, że po­wi­nien prze­pro­sić Hu­bol­da. Może tak zrobi, kiedy bę­dzie oka­zja, co zwa­żyw­szy na słowa za­pi­sa­ne w lu­men­ty­ku, nie było wcale takie pewne.

– Sall. Świt już nie­dłu­go – po­wie­dzia­ła Maya po mi­nu­cie lub kil­ku­na­stu. Zu­peł­nie stra­cił po­czu­cie czasu. – Co na­pi­sa­li?

– Wszyst­ko – od­parł. – Za­war­li tutaj wszyst­ko.

– Zatem kto ma rację? Mój oj­ciec? Dau­ler?

Sall wes­tchnął.

– Obaj.

 

***

 

Sta­nę­li u wy­lo­tu ko­ry­ta­rza. Kil­ka­na­ście stop­ni w dół pro­wa­dzi­ło wprost na wy­peł­nio­ną tłu­mem prze­strzeń.

W jaskini stały setki kul­ty­stów, ale ko­lej­ne setki zmie­ści­ły­by się bez trudu. Męż­czyź­ni, ko­bie­ty i dzie­ci, sta­rzy i mło­dzi, po­łą­cze­ni w ocze­ku­ją­cą na cud wspól­no­tę. Śpie­wa­li w pod­nio­słym na­stro­ju, fa­na­tycz­nie szczę­śli­wi, ale i zde­ter­mi­no­wa­ni, o czym świad­czy­ły dło­nie na rę­ko­je­ściach mie­czy i buz­dy­ga­nów, drzew­cach włócz­ni i po­chod­niach. Wspól­nie pa­trzy­li na obiekt po­środ­ku pie­cza­ry.

Przy­po­mi­nał me­ta­lo­wy bu­dy­nek wprost z umy­słu sza­lo­ne­go ar­chi­tek­ta. Kilka kro­ków do­oko­ła jego ścian roz­cią­ga­ła się sfera, któ­rej wnę­trze co parę chwil wy­peł­nia­ło białe świa­tło; na ze­wnątrz blask był przy­tłu­mio­ny, ale po od­czy­ta­niu lu­men­ty­ku Sall wie­dział, że w środ­ku jest zu­peł­nie ina­czej.

Bar­dzo, bar­dzo jasno.

Ko­lej­ną zwrot­kę za­czął po­je­dyn­czy głos, który Sall już sły­szał dzień wcze­śniej.

Dau­rel. Stał w od­osob­nie­niu przed sondą, od­gry­wa­jąc rolę mi­strza ce­re­mo­nii. Gar­dła pod­chwy­ci­ły jego słowa i złą­czy­ły się w na­stęp­nej ra­do­snej pie­śni.

– Jaki masz plan? – za­py­ta­ła Maya.

– Mam na­dzie­ję, że po­słu­cha­ją głosu roz­sąd­ku.

– A jeśli nie?

– Zo­sta­nie druga opcja – wes­tchnął. Nie mu­siał do­da­wać, że ta moż­li­wość prze­wi­dy­wa­ła pi­sto­let, bomby i cał­kiem sporo krwi.

Zo­sta­ło sześć rac – nie­wie­le czasu, aby Lyssa po­mo­gła mu do­pro­wa­dzić Mayę na śro­dek ja­ski­ni. Kiedy zga­śnie ostat­nia, zbro­ja nic nie po­mo­że. Od­piął pas i podał Mayi.

– Race. Czu­jesz? Tu chwy­tasz i po­cią­gasz. Po­czu­jesz, kiedy się za­pa­li. Przed nami schod­ki, nie po­tknij się.

– Jest nas tylko dwoje.

Sall na­chy­lił się i szep­nął jej do ucha:

– Troje. Fio­let spro­wa­dzi Lyssę. Nie za­pa­laj ko­lej­nej racy, póki po­przed­nia nie zga­śnie. My zaj­mie­my się resz­tą. Jeśli ich nie prze­ko­nam, uto­ru­ję drogę. – Po­ło­żył jej rękę na ra­mie­niu. – Dziś ty je­steś bo­ha­ter­ką, Mayu. Ura­to­wa­łem ci życie, ale ty mo­żesz ura­to­wać cały świat. Go­to­wa?

– Nie sądzę – pi­snę­ła, przy­ci­ska­jąc race do pier­si.

– Zuch dziew­czy­na.

Jak za­cząć? Kie­dyś już prze­ma­wiał na zgro­ma­dze­niach, naj­czę­ściej luź­nych spo­tka­niach to­wa­rzy­skich lub sym­po­zjach, ale nigdy o końcu świa­ta. Za­cze­kał na prze­rwę mię­dzy zwrot­ka­mi i krzyk­nął ile tchu w pier­si:

– To żaden cud!

Od­bi­te od ścian słowa do­tar­ły do naj­dal­szych krań­ców groty. Pieśń umil­kła i wszyst­kie oczy zwró­ci­ły się ku niemu.

Wska­zał me­ta­lo­wą rzecz.

– To sta­tek ko­lo­ni­za­cyj­ny! Tech­ni­ka poza naszą zdol­no­ścią poj­mo­wa­nia, ale nadal tech­ni­ka. Szuka świa­tów do ko­lo­ni­za­cji, a gdy takie znaj­du­je, wy­sy­ła sy­gnał i czeka na roz­kaz roz­po­czę­cia prze­mia­ny. Ale… – Sall zro­bił dra­ma­tycz­ną pauzę, by wpa­trzo­ne w niego setki twa­rzy z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi zro­zu­mia­ły po­wa­gę sy­tu­acji. – Nasze słoń­ca blo­ko­wa­ły sy­gnał. Aż do wczo­raj­szej ko­niunk­cji! Nie­sa­mo­wi­te, praw­da? Sta­ro­żyt­ne śli­ma­ko­idy zna­la­zły tę sondę, za­bez­pie­czy­ły i zo­sta­wi­ły pro­roc­two za­pi­sa­ne na kost­kach ho­lo­gra­ficz­nych. Wie­dzia­ły, że nad­cią­ga ko­niec cy­wi­li­za­cji, więc użyły pro­stych okre­śleń, aby nawet pry­mi­tyw­ne ple­mio­na zro­zu­mia­ły… – Za­czął tra­cić wi­dow­nię. Usta się za­my­ka­ły, a czoła marsz­czy­ły w wy­ra­zie głę­bo­kie­go nie­zro­zu­mie­nia. – Eee… Nie po­tra­fi­ły uni­ce­stwić sondy, ale od­czy­ta­ły z niej dane i… Zna­czy, do­pie­ro dziś bę­dzie moż­li­wość, aby ją znisz­czyć, a jeśli się nie uda, zo­sta­nie­my nie­wol­ni­ka­mi i eee… – Zde­cy­do­wa­nie za dużo in­for­ma­cji, a za mało czasu. – Daj­cie nam przejść, aby… eee… ura­to­wać świat?

Dau­rel wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem.

– Co za beł­kot! Zabić he­re­ty­ków!

Fala szep­tów prze­to­czy­ła się przez tłum.

– Za­sta­nów­my się wspól­nie… – Sall uniósł ręce w po­jed­naw­czym ge­ście.

Od­po­wie­dział mu zgrzyt wy­cią­ga­nych ostrzy i syk uru­cha­mia­nych buz­dy­ga­nów ener­ge­tycz­nych. Bły­snął metal dłu­gich noży i gro­tów włócz­ni.

Maya wy­ję­ła racę.

– Opcja numer dwa? – za­py­ta­ła bez śladu drwi­ny.

Na­iw­ny jak wio­sko­wy głu­pek, ina­czej Sall nie po­tra­fił sie­bie okre­ślić.

– Co się stało z ludz­kim roz­sąd­kiem? – wark­nął. – Za­pa­laj. I trzy­maj się bli­sko mnie. – Wy­ce­lo­wał pi­sto­let w paru krzy­czą­cych męż­czyzn, któ­rzy już pę­dzi­li w ich stro­nę.

Na widok fio­le­to­wej po­świa­ty roz­legł się szmer za­chwy­tu. Dy­mią­ca syl­wet­ka uka­za­ła się przed Sal­lem.

– Lysso, chroń dziew­czy­nę.

Na­ci­snął spust. Pio­run prze­szył widmo dziew­czy­ny i objął naj­bliż­szych kul­ty­stów. Wrza­snę­li krót­ko i upa­dli, nie­któ­rzy wciąż wijąc się w drgaw­kach.

Sall już zbie­gał po parę stop­ni, Maya ostroż­nie za nim, a coś czar­ne­go i nie­uchwyt­ne­go prze­ska­ki­wa­ło mię­dzy nimi, zo­sta­wia­jąc za sobą roz­cię­te gar­dła i prze­bi­te serca.

Rąb­nął w szczę­kę pierw­sze­go kul­ty­stę, sta­ra­no­wał bar­kiem na­stęp­ne­go, przy­jął ude­rze­nie mie­czem na hełm i ude­rzył na­past­ni­ka w czoło. Zdep­tał czy­jąś nogę, usły­szał trzask ła­ma­nej kości i prze­raź­li­we wycie.

Chaos.

Twa­rze po­ja­wia­ły się przed wi­zje­rem – wy­krę­co­ne, pełne bólu, stra­chu i wście­kło­ści, lub wszyst­kie­go jed­no­cze­śnie. Ude­rzał w każdą, bez wy­jąt­ku czy na­le­ża­ła do mło­dzień­ca, czy sta­rej ko­bie­ty. Wy­słu­cha su­mie­nia, kiedy już Maya ura­tu­je świat, a jeśli nie zdoła, jakie zna­cze­nie bę­dzie miał stos mar­twych ciał? Łok­cia­mi roz­łu­py­wał czasz­ki, ko­la­na­mi miaż­dżył koń­czy­ny. Rzu­cił bombę ponad tłum i zde­to­no­wał my­śl­roz­ka­zem. Ogłu­sza­ją­cy huk prze­to­czył się przez ja­ski­nię. Ranni kul­ty­ści ję­cze­li gło­śno, ale na miej­sce każ­de­go po­wa­lo­ne­go nad­cho­dzi­ło dwóch ko­lej­nych.

Sall zro­zu­miał, że nie zdążą. Zo­sta­ły dwie ostat­nie race.

Spoj­rzał przez ramię. Maya bie­gła z za­ci­śnię­ty­mi zę­ba­mi i po­licz­ka­mi mo­kry­mi od łez. Kul­ty­ści bie­gli do niej ze wznie­sio­ną bro­nią, lecz gi­nę­li, krzy­cząc i chla­piąc krwią, gdy cień Lyssy ob­da­ro­wy­wał każ­de­go po­ca­łun­kiem ra­pie­ra i prze­bi­jał ko­lej­ne­go, nim ciała po­przed­nich zdą­ży­ły upaść.

– Zabić ich! Zabić! – wrzesz­czał Dau­rel ochry­płym gło­sem, coraz bliż­szy pa­ni­ki. W dłoni trzy­mał pi­sto­let, na widok któ­re­go Sall wark­nął wście­kle.

Tech­no­lo­gia oży­wia­nia przed­mio­tów; pierw­szy krok, aby wy­do­stać się z me­ta­lo­wej sko­ru­py, a może nawet po la­tach badań znów oblec Lyssę w ciało… Wbił oczy w pi­sto­let jak łow­czy w zwie­rzy­nę.

Przed Sal­lem wy­ro­sła niska dziew­czy­na z wy­ra­zem eks­ta­zy na twa­rzy. Roz­ło­ży­ła sze­ro­ko ręce.

– Moja wiara cię po­wstrzy…

Zmiótł ją ru­chem ręki, strze­lił w star­ca uno­szą­ce­go drew­nia­ną pałkę i syk­nął, gdy bły­ska­wi­ca ob­ję­ła i jego pan­cerz. Do dia­bła, dla­cze­go oni się nie koń­czy­li?! Pra­wie upadł, gdy bar­kiem na­tra­fił na ja­kie­goś osił­ka.

– Sall! – krzyk­nę­ła Maya.

Prze­wró­ci­ła się o jedno z ciał. Sall ru­szył do niej, lecz wtedy noga się pod nim ugię­ła, tra­fio­na w ko­la­no pa­ra­li­żu­ją­cym cio­sem buz­dy­ga­nu. Gdy przy­klęk­nął, jakaś ko­bie­ta wsko­czy­ła mu na plecy, wyjąc i ude­rza­jąc pię­ścia­mi w hełm; stra­cił rów­no­wa­gę i runął na zie­mię.

– Wsta­waj! – wrza­snął. Gwał­tow­nie od­chy­lił głowę do tyłu i usły­szał chrup­nię­cie. – Bie­gnij! – Ból roz­le­wał się aż do bio­dra.

Maya upu­ści­ła racę, jej ręce śli­zga­ły się na peł­nym krwi pod­ło­żu. Łkała cicho, a może i gło­śno, któż mógł po­wie­dzieć w tym ja­zgo­cie? Raca się do­pa­la­ła. Wkrót­ce zga­śnie i zo­sta­nie jesz­cze jedna, ostat­nia, a potem kul­ty­ści po­grze­bią ich oboje samą licz­ebnością. Ko­bie­ta na ple­cach nie prze­sta­wa­ła dra­pać pan­ce­rza, pluć i war­czeć. Czy­jeś ręce chwy­ci­ły go za zra­nio­ną nogę i po­cią­gnę­ły. Sall ryk­nął wście­kle i pod­niósł się na klęcz­ki. Jak w zwol­nio­nym tem­pie za­uwa­żył nad­cią­ga­ją­cy w stro­nę jego oczu buz­dy­gan; gło­wi­ca trza­ska­ła iskra­mi ki­pią­cej ener­gii.

Zatem po­raż­ka. Po­czuł krót­kie ukłu­cie żalu. Po raz ko­lej­ny za­wiódł.

Ra­pier od­ciął dłoń trzy­ma­ją­cą buz­dy­gan. Ma­czu­ga wciąż z za­ci­śnię­ty­mi na niej pal­ca­mi tra­fi­ła w na­pier­śnik Salla i od­bi­ła się z brzę­kiem. Krzyk oka­le­czo­ne­go męż­czy­zny uto­nął w prze­ni­kli­wym ja­zgo­cie, który do­biegł ze stat­ku ko­lo­ni­za­cyj­ne­go.

Tłum wes­tchnął, wznie­sio­no ręce, ki­ku­ty i pro­te­zy w ocze­ki­wa­niu na cud. Krzy­cząc proś­by o uzdro­wie­nie, drob­na sta­rusz­ka zla­zła z ple­ców Salla, a on klę­czał oszo­ło­mio­ny fak­tem, że jesz­cze żyje – po raz ko­lej­ny dzię­ki Lys­sie – i z nowo od­bu­do­wa­ną na­dzie­ją, pod­szedł na czwo­ra­kach do Mayi, by pomóc jej wstać.

Raca zga­sła, ale nikt nie ata­ko­wał.

Część ka­dłu­ba roz­su­nę­ła się na boki, uka­zu­jąc roz­świe­tlo­ny ko­ry­tarz. Z wnę­trza do­biegł szum; na­ra­stał i na­ra­stał, aż dzie­siąt­ki kul wiel­ko­ści dłoni wy­fru­nę­ło ni­czym stado wy­pło­szo­nych nie­to­pe­rzy. Stoż­ki mdłe­go, pra­wie prze­źro­czy­ste­go świa­tła wy­strze­li­ły z każ­de­go drona – tam, gdzie pa­da­ły, ma­te­ria zmie­nia­ła się w metal. Tra­fie­ni lu­dzie krzy­cze­li, gdy ich skóra przy­bie­ra­ła lśnią­cą formę, a głosy zmie­nia­ły się w elek­tro­nicz­ny ja­zgot. Przez chwi­lę ro­bo­ty pa­trzy­ły w szoku na swoje nowe me­ta­lo­we koń­czy­ny, lecz potem z ich twa­rzy od­pły­wa­ły emo­cje. Mil­kły i, nie zwa­ża­jąc na chaos do­oko­ła, za­czy­na­ły zbie­rać czę­ści pan­ce­rzy, broń oraz ka­wał­ki me­ta­lu. Jedni kul­ty­ści ucie­ka­li od la­ta­ją­cych kul, inni wprost prze­ciw­nie, bie­gli do nich, cze­ka­jąc na prze­mie­nia­ją­ce świa­tło.

– Po­słań­cy wy­ru­szy­li z ust! – Sall po­cią­gnął Mayę za sobą w stro­nę ko­ry­ta­rza. – Mu­sisz wejść do środ­ka stat­ku! – Ku­le­jąc, ję­cząc przy każ­dym kroku, prze­pchnął się mię­dzy zdez­o­rien­to­wa­ny­mi ludź­mi i ro­bo­ta­mi. – Zapal racę!

– To ostat­nia!

– Wiem!

Gdzie pi­sto­let?! Gdzie Dau­rel?! Zna­lazł śli­ma­ko­ida na­prze­ciw wej­ścia. Pod­ska­ki­wał ko­micz­nie na zdro­wej nodze i ma­chał w stro­nę kul. 

– Tu! Ulecz­cie mnie! – Piana le­cia­ła mu z ust.

Śli­ma­ko­id obej­rzał się, gdy wszyst­ko za­mi­go­ta­ło od Fio­le­tu. Dy­mią­ce ostrze ude­rzy­ło w pierw­sze kule – za­brzę­cza­ły i ru­nę­ły, dy­miąc z ob­wo­dów.

– Nie! – krzyk­nął. – Zo­staw­cie je! – Wy­cią­gnął pi­sto­let i strze­lił.

Sall upadł z gło­śnym brzę­kiem, gdy oży­wio­ny płaszcz z któ­re­goś ciała owi­nął mu nogi. Upadł na uszko­dzo­ne ko­la­no i zawył z bólu. Maya przy­sta­nę­ła.

– Bie­gnij! Na wprost! Bie­gnij! – krzyk­nął do niej.

Ru­szy­ła ostroż­nie, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie rękę z racą.

– Nie! – Dau­rel uj­rzał dziew­czy­nę.

Cień po­ja­wił się tuż przy nim i prze­bił mu rękę. Pi­sto­let upadł. Lyssa za­mach­nę­ła się po raz drugi, ale ga­la­re­ta już ob­ję­ła ciało Dau­re­la.

Sall jęk­nął, prze­ła­do­wu­jąc wła­sny pi­sto­let. Tar­cza ener­ge­tycz­na. Ten drań ma drugą tar­czę!

Sto­żek z kuli tra­fił wprost w Lyssę. Czar­ne Świa­tło na­bra­ło sre­brzy­stej barwy, ale wciąż ude­rza­ło ostrzem w ran­ne­go śli­ma­ko­ida, który nie zwa­ża­jąc na ciosy, bez­piecz­ny za tar­czą oso­bi­stą Po­przed­ni­ków, schy­lił się, by pod­nieść pi­sto­let.

Raca zga­sła, ale na wpół ma­te­rial­na Lyssa trwa­ła ucze­pio­na tego wy­mia­ru – krzyk­nę­ła i rzu­ci­ła się na Dau­re­la, prze­wra­ca­jąc go. Śli­ma­ko­id za­czął peł­znąć w stro­nę pi­sto­le­tu, wy­cią­gnął rękę, pra­wie go miał…

Wy­star­czy, że trafi w kom­bi­ne­zon Mayi i dziew­czy­na umrze, zmiaż­dżo­na lub udu­szo­na ni­czym w że­la­znych ob­ję­ciach gi­gan­tycz­ne­go węża. Umrze, a cały świat za­mie­ni się w metal; nie bę­dzie już ludzi, śli­ma­ko­idów, nawet szot­ków. Au­gu­rzy z daw­nych cza­sów od­czy­ta­li taki sce­na­riusz wśród li­ni­jek kodu ob­ce­go stat­ku. Coś wej­dzie do tego wy­mia­ru, za­stą­pi niebo pół­prze­źro­czy­stą kuź­nią i za­sią­dzie na jej tro­nie, jak uczy­ni­ło na wielu, wielu świa­tach, gdzie spra­wu­je dyk­tat.

W lu­men­ty­ku na­zwa­no tę isto­tę De­ma­chi­nur­giem.

Sall za­gryzł wargi. Zbro­ja utrzy­ma go przy życiu. Uwię­zio­na w Świe­tle Lyssa nigdy się nie ze­sta­rze­je. Mają czas. Wiele, wiele czasu. Wspól­nie znaj­dą roz­wią­za­nie, spo­sób, aby wró­cić do daw­nych po­sta­ci.

Ale nie dziś. Na­ci­snął spust.

Bły­ska­wi­ca tra­fi­ła w pi­sto­let Dau­re­la i roz­trza­ska­ła go na ka­wał­ki.

Śli­ma­ko­id krzyk­nął jak tor­tu­ro­wa­ny wię­zień, w sza­leń­czym przy­pły­wie sił zrzu­cił z sie­bie Lyssę, wstał i po­kuś­ty­kał za Mayą, nie zwa­ża­jąc, że we­szła już w roz­świe­tlo­ną sferę i zbli­ża­ła się do ko­ry­ta­rza. Wbiegł za nią, za­ci­ska­jąc palce na rę­ko­je­ści mie­cza, lecz gdy blask ze stat­ku do­tknął jego oczu, wrza­snął z bólu.

– Nic nie widzę!

Usły­szał go sys­tem obron­ny. Stru­mień ener­gii wy­strze­lił z me­ta­lo­wej ścia­ny, prze­bił tar­czę oso­bi­stą i Dau­rel roz­padł się na kilka zwę­glo­nych ka­wa­łecz­ków.

Maya znik­nę­ła w środ­ku stat­ku.

Płaszcz nie sta­wiał wiel­kie­go oporu, gdy Sall chwy­cił go i ro­ze­rwał. Nie mógł wstać, ale to już nie miało zna­cze­nia. Jego rola skoń­czo­na, teraz wszyst­ko za­le­ża­ło od nie­wi­do­mej dziew­czy­ny. Więk­szość ja­ski­ni zmie­nio­no w metal. Część kul zna­la­zła wyj­ście i zmie­rza­ła na ze­wnątrz, by roz­nieść me­ta­lo­wą za­ra­zę. Lu­dzie krę­ci­li się bez­rad­nie, mo­dli­li na ko­la­nach lub pró­bo­wa­li zwró­cić na sie­bie uwagę dro­nów. Wielu ucie­kło już wcze­śniej. Na­pę­dza­ne nie­zna­nym przy­mu­sem ro­bo­ty bu­do­wa­ły coś na kształt wiel­kie­go pieca.

Noga pło­nę­ła bólem. Sall ob­ró­cił się na plecy, po­obi­ja­ny i zmę­czo­ny.

Blask ze stat­ku zgasł jak pło­mień zdmuch­nię­tej świe­cy.

Kule spa­dły po łuku, roz­trza­sku­jąc się na ka­wał­ki. Metal po­wra­cał do in­ne­go wy­mia­ru, cofał się, ustę­pu­jąc ka­mie­nio­wi, skó­rze i ciału. Ja­ski­nia od­zy­ski­wa­ła dawny wy­gląd, ro­bo­ty ję­cza­ły, gdy krew za­czy­na­ła krą­żyć w od­zy­ska­nych ży­łach i roz­glą­da­ły się, oszo­ło­mio­ne.

Ro­ze­śmiał się gło­śno i się­gnął do torby po lecz­ni­czą Czer­wień. Przy­po­mniał sobie, że zużył ostat­nią, a resz­ta się stłu­kła.

– Pe­cho­wy dzień – wes­tchnął.

Po­czuł dłoń na heł­mie. Uj­rzał nad sobą twarz Lyssy. Była tu – bez racy, z me­ta­lo­wym cia­łem. Ma­te­rial­na.

Dłu­gie żółte kable za­miast wło­sów, chro­mo­wa­na twarz po­ły­sku­ją­ca lekko w bla­sku do­ga­sa­ją­cych po­chod­ni. Spoj­rza­ła mu pro­sto w oczy.

– Ko­cham… cię… – po­wie­dzia­ła z tru­dem, jakby jej usta od­wy­kły już od mó­wie­nia.

A potem chrom ustą­pił i, zanim Sall zdą­żył coś od­po­wie­dzieć, czar­na po­stać Lyssy roz­pły­nę­ła się z ci­chym wes­tchnie­niem.

Długo nie mógł wy­du­sić choć­by słowa, nawet gdy usły­szał ra­do­sne wo­ła­nie Mayi.

 

***

 

Kult Dwóch Słońc stra­cił powód ist­nie­nia i upadł, zo­sta­wia­jąc za sobą wiele roz­cza­ro­wa­nych dusz oraz mar­twych ciał.

Skle­py świetl­ne w Bak-ar-Saud pę­ka­ły w szwach, ob­ło­wio­ne od­mia­na­mi Zie­le­ni, Czer­wie­ni oraz Błę­ki­tu, zdo­by­ty­mi pod­czas ko­niunk­cji. Nie­licz­ni szczę­śliw­cy, a jed­no­cze­śnie ry­zy­kan­ci wy­two­rzy­li nawet tro­chę Sza­ro­ści. Sall wy­ku­pił całą, a także wiele in­nych ko­lo­rów, i na­stęp­ne dni spę­dził w wy­na­ję­tym warsz­ta­cie, gdzie po­wo­li stwo­rzył nowe race.

Nie za­mie­rzał tra­cić wię­cej czasu w mie­ście.

 

***

 

Wdra­pał się na sio­dło. Za bramą wi­dział ciem­ny ho­ry­zont. Do­trze tam, a potem jesz­cze dalej, aż do nie­go­ścin­nych te­re­nów wiecz­ne­go lodu.

– Mało kto wraca z pół­no­cy – rzekł Hu­bold. Obej­mo­wał córkę, która wciąż no­si­ła ban­da­że na po­pa­rzo­nych rę­kach. Pło­mień z pro­roc­twa oka­zał się roz­grza­nym ogni­wem – wy­star­czy­ło znisz­czyć jedno, czego Maya do­ko­na­ła za po­mo­cą zwy­kłe­go mie­cza, i re­ak­cja łań­cu­cho­wa wy­łą­czy­ła za­si­la­nie stat­ku.

– Mało kto – przy­tak­nął Sall. – Po­dob­no są tam jesz­cze nie­od­kry­te la­bo­ra­to­ria ba­daw­cze Po­przed­ni­ków, za­po­mnia­ne tech­no­lo­gie i ar­te­fak­ty.

– I wiele nie­zna­nych be­stii – przy­po­mnia­ła Maya.

Po­kle­pał pas wy­peł­nio­ny bom­ba­mi, ra­ca­mi i fiol­ka­mi Świa­tła.

– Nie będę sam. Co teraz zro­bi­cie?

Hu­bold wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Zbyt wielu ludzi z oko­li­cy może ob­wi­niać nas o śmierć bli­skich. Otrzy­ma­łem pie­nią­dze z ubez­pie­cze­nia, dla­te­go wie­czo­rem od­la­tu­je­my na po­łu­dnie. Otwo­rzę sklep świetl­ny w Par­foi. Od­wiedź nas kie­dyś.

Sall ski­nął głową. Wie­dział, że praw­do­po­dob­nie nigdy ich już nie zo­ba­czy.

– Że­gnaj­cie.

Od­je­chał, nim zdo­ła­li jesz­cze coś po­wie­dzieć. W sa­kwie trzy­mał jedną z mar­twych obec­nie kul. Spa­dła na mięk­kie zwło­ki. Cała i nie­na­ru­szo­na. Ide­al­ny obiekt do dłu­gich stu­diów – kto wie jakie ta­jem­ni­ce skry­wa? Jed­nak ba­da­nie obcej tech­no­lo­gii wy­ma­ga do­brych na­rzę­dzi i zna­ko­mi­te­go la­bo­ra­to­rium.

Miał na­dzie­ję, że znaj­dzie je na pół­no­cy.

Koniec

Komentarze

Klik teraz, komentarz później. A mapka fajna wyszła, nie marudź ;)

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Witaj. 

Bardzo dużo akcji i emocji w tej przygodówce, mapki świetne, fabuła i pomysł na atrybut oraz tytuł bardzo oryginalne. :) Zabawne imiona/przezwiska niektórych bohaterów dodatkowo wzbogacają opowieść. :)

Pozdrawiam, powodzenia, klik. :)

Pecunia non olet

Hej 

Mam problem z SF. Bo nie przepadam i źle mi się czyta. A tu mamy fantasy połączone właśnie z SF :) 

Świat jest ciekawy, barwny i komiczny ( jak widzę masz taki styl i w tym opowiadaniu wątki humorystyczne mi się podobały ). Dużo akcji fajnie napędza historię, tym bardziej, że sceny walki są świetnie opisane z ciekawymi zwrotami akcji. Przeszkadzało mi to co w SF, jest rzucone jakieś hasło np. grawikonik i koniec, zostawiasz mnie z tym i sam muszę sobie coś wykombinować jak on może wyglądać :). Mam też problem z tym jak bohater się ratuje z opresji. Ma zbroję i właściwe to rozwiązuje większość problemów, albo jakieś pole siłowe i proszę bardzo katastrofa statku już nie jest problemem. Trochę za łatwo i za prosto. 

Czy wymagania konkursowe opowiadanie spełnia? Oczywiście :) Atrybut: Kulawy piechur hmm no ok ;) 

Całe opowiadanie mi się podobało mimo, ww. uwag i czytało się nie tak źle jak przypuszczałem po pierwszym fragmencie ( SF naprawdę źle mi się czyta :P) . A i bardzo ładne mapy :)

Pozdrawiam

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Powracam z komentarzem. Będzie krótki, bo podczas bety chyba dość dosadnie wyraziłam satysfakcję z lektury.

Przez “Fiolet i cień” się płynie, bo pióro masz wyrobione, piszesz na poziomie drukowalnym i czyta się Ciebie zwyczajnie dobrze. A cała reszta – fabuła, postaci, światotwórstwo – wychodzą Ci najlepiej, kiedy masz miejsce, żeby się rozpisać. Tak jak tutaj: dobra, fabuła nie należy do jakoś szczególnie oryginalnych, wszak chodzi, znowu, o ratowanie świata, ale ma wartką akcję, trochę humoru, trochę patosu do podlania aspektu heroic i wyrazistych bohaterów. No i nie czuć tych 70k znaków, czyli że wciąga. Czy mogłoby być lepiej? Pewnie tak, ale imho jak na tę liczbę znaków jest naprawdę dobrze. Przede wszystkim lekko i rozrywkowo.

Podobało mi się to, na co narzekał Bardjaskier:

jest rzucone jakieś hasło np. grawikonik i koniec, zostawiasz mnie z tym i sam muszę sobie coś wykombinować jak on może wyglądać

Jeśli zrobiony umiejętnie, to ten sposób wprowadzania w świat jest najbardziej naturalny; bez infodumpów, bez elaboratów, traktujemy elementy świata przedstawionego, jakby rzeczywiście istniały, a czytelnik powinien o nich wiedzieć. Tobie się udało zrobić to tak, że i tak z kontekstu można się domyślić, co czemu służy. Rozumiem wszelako, że nie każdy musi lubić takie rozwiązania; zgodzę się też, że jakiś krótki chociaż opis grawikonika opku by nie zaszkodził. Ale rozumiem, znaki ;P

Podobało mi się także połączenie fantasy z elementami SF, wprowadziło powiew świeżości. Zresztą to konkretne uniwersum zachwalałam już chyba przy “Spleciu”, więc moją opinię znasz. Chciałabym kiedyś przeczytać coś z tego świata w formacie książkowym.

Podsumowując: dobrze się bawiłam, dziękuję za lekturę.

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Hej, Gravel

A mapka fajna wyszła, nie marudź ;)

:O

 

Wcale nie taki krótki ten komentarza ;)

70k limitu zdecydowanie bardziej mi pasuje niż np. 30k i łatwiej wtedy pisać stylem gdzie zdecydowana większość to show, nie tell. Fabuła – jak to u mnie – taki pastisz, i może będę jedyny z oklepanym ratowaniem świata, ale przynajmniej któreś opko powinno być o tym ;)

No i nie czuć tych 70k znaków, czyli że wciąga

To mnie bardzo cieszy, bo sam wzdycham, gdy widzę 70+k do przeczytania.

Jeśli zrobiony umiejętnie, to ten sposób wprowadzania w świat jest najbardziej naturalny; bez infodumpów, bez elaboratów, traktujemy elementy świata przedstawionego, jakby rzeczywiście istniały, a czytelnik powinien o nich wiedzieć. Tobie się udało zrobić to tak, że i tak z kontekstu można się domyślić, co czemu służy. Rozumiem wszelako, że nie każdy musi lubić takie rozwiązania; zgodzę się też, że jakiś krótki chociaż opis grawikonika opku by nie zaszkodził. Ale rozumiem, znaki ;P

No mam tak samo, przyznaję. Bez ekspozycji, bez infodumpów. Grawikoń szybko zostaje przedstawiony podczas “dokowania”, ale wiem, wiem, można by tutaj masę rzeczy opisać dokładniej. Tak to jest z nowym światem.

Zresztą to konkretne uniwersum zachwalałam już chyba przy “Spleciu”, więc moją opinię znasz. Chciałabym kiedyś przeczytać coś z tego świata w formacie książkowym.

Ja bym chciał wymyślić fabułę, aby zrobić z niej książkę :P Ale mam wrażenie, że do Salla i Lyssy jeszcze wrócę.

Jeszcze raz wielkie podziękowania za świetną betę. Zdecydowanie poprawiła tekst.

Pozdrawiam!

 

Hej, Bruce

Cieszę się, że przypadło do gustu. To lekka przygodówka, ale ostatnio za dużo pisałem “ciężkich” rzeczy ;)

Dziękuję za wizytę i pozdrawiam

 

Hej, Bardjaskier

 

Styl mam jeszcze w powijakach, ale zawsze miło słyszeć, że jest w porządku :) Zarzut co do science fiction troszkę mnie dziwi, bo nie ma tutaj za bardzo science, a w zwykłym fantasy też mogą się zdarzyć gizarmy, intarsje czy cetnary, które nie każdy czytelnik zna i rozumie. Akurat grawikoń jako koń mechaniczny jest dość szybko opisany podczas działania ;)

Mam też problem z tym jak bohater się ratuje z opresji. Ma zbroję i właściwe to rozwiązuje większość problemów, albo jakieś pole siłowe i proszę bardzo katastrofa statku już nie jest problemem. Trochę za łatwo i za prosto. 

Ja to rozumiem. Naprawdę. Ale mamy heroic fantasy i tu – według mnie – są dwie metody. Albo piszesz heroika z bohaterem w stylu Conana, Kane’a, Dilvisha, który wiadomo, że przetrwa wszystko, nie odetną mu ręki, nie wyłupią oka itepe itede, a druga to taka, w której bohater na końcu bohatersko ginie. Uważam, że rozplaskanie Salla podczas katastrofy mogłoby nieco wpłynąć na dalszą część opowiadania ;)

Dobrze, że jednak jakoś się przeczytało ;)

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

70k znaków… A zatem będzie czytane!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Dziękuję i pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Super opowiadanko

Cześć, Zan!

Nie zapalaj kolejnej racy, póki poprzednia nie zgaśnie.

a co by się wtedy stało? xD tak się teraz zastanawiam…

 

Przeczytałem jeszcze raz, ale część rzeczy powtórzę z bety:

Nudne, bezsensowne i irytujące.

Takie właśnie było to betowanie – nudne, bo nie było gdzie szpilek powbijać, bezsensowne, bo wykonane bardzo solidnie i irytujące, bo ja tak nie umiem.

O stylu słów kilka, bo bądź co bądź trochę się tego czepiałem. Jest trochę inaczej, mniej beztrosko i humorystycznie, choć wciąż lekko. Jeśli coś zmieniałeś, to na plus, a jeśli nie, to widocznie w drugim czytaniu już tego nie odczułem XP

Światotwórstwo czasami ogranicza się do nowych słów, gdzie trzeba samemu puścić wodze fantazji. Mam tu trochę niedosytu, choć to akurat lepsze niż przesyt. Postawiłeś na akcję, a ta jest zdecydowanie na plus. Fajnie powiązane opowiadanie ze “Spleciem” – kto czytał, to mógł wyłapać nawiązania. Mapka, cóż… Klasyka! :D

Szotkowie fajni, odniosłem wrażenie, że trochę podrasowałeś kapitana statku i to wyszło bardzo na plus.

Ogólnie uważam, że to ciekawe podejście do heroic fantasy, bo niby jest klasycznie (a tego wymagał konkurs), ale w innych szatach, spójnych, na tyle, na ile zdołałeś zarysować świat.

 

Trzeba wzywać jurorów ;)

Pozdrówka!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, Krarze85

70k znaków… A zatem będzie czytane!

No jako jury wyboru nie masz :P

 

Hej, Kazik12

Krótko, ale treściwie. Dzięki za wizytę.

 

Hej, Krokusie

a co by się wtedy stało? xD tak się teraz zastanawiam…

To by było marnotrawstwo :P

Przeczytałem jeszcze raz, ale część rzeczy powtórzę z bety:

Nudne, bezsensowne i irytujące.

Oh, you…!

Jest trochę inaczej, mniej beztrosko i humorystycznie, choć wciąż lekko. Jeśli coś zmieniałeś, to na plus, a jeśli nie, to widocznie w drugim czytaniu już tego nie odczułem XP

Wyprostowałem błędy wskazane przez Gravel, ale nic nie zmieniałem poważnego. No i jak teraz przekonać jury, aby przeczytało to opko dwa razy, skoro przy drugim zyskuje? ;)

Światotwórstwo czasami ogranicza się do nowych słów, gdzie trzeba samemu puścić wodze fantazji. Mam tu trochę niedosytu, choć to akurat lepsze niż przesyt.

Czyli odwrotnie niż Gravel – już jej mówiłem, że wszystkim się nie dogodzi i trzeba się trzymać własnego stylu.

Fajnie powiązane opowiadanie ze “Spleciem” – kto czytał, to mógł wyłapać nawiązania.

A kto nie, nie potrzebuje. To tylko takie cameo ;)

Szotkowie fajni, odniosłem wrażenie, że trochę podrasowałeś kapitana statku i to wyszło bardzo na plus.

Ej, nic mu nie zmieniłem xD

Trzeba wzywać jurorów ;)

Dwóch już przyszło!

Jeszcze raz wielkie dzięki za betę i przycinaj swoje, żebym również mógł napisać jakie nudne… ;p

Czytałem, nie mogąc się oderwać. Bardzo misię pomysł z działaniem różnych kolorów, to, że niewidoma miała odegrać główną rolę w ratowaniu świata i tak się stało z pomocą nietypowego bohatera. Zakończenie pozwala domagać się od Autora sequela. Powodzenia.

Hej, Misiu

Fajnie, że zdecydowałeś się na lekturę takiej “kobyły”! Tym bardziej, że Ci się zmisiowało. Najpierw w głowie był obraz dziewczyny z cienia, a potem już wizja nabrała kolorów.

Zakończenie pozwala domagać się od Autora sequela.

Sam polubiłem ten świat. Wiele sensu pewnie nie ma, ale do luźnej przygodówki w sam raz :)

Dzięki za wizytę i pozdrawiam

Ej, nic mu nie zmieniłem xD

W takim razie szotkowie byli spoko od początku. Tak, zrób coś, żeby jurki przeczytały tekst 2 razy XD

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, przeczytałam, podobało mi się. Sama kiedyś miałam pomysł ze światem kolorów, ale Twój dużo lepszy, doceniam. Akcja wartka, interesująca. Jedyne, co mnie nurtuje, to chwile kiedy dziewczyna nie może posłużyć się wzrokiem, a ma coś zrobić, np. nie zapalaj drugiej racy, póki pierwsza nie zgaśnie… skąd ona wie, że zgasła? Jak na niewidomą, porusza się bardzo sprawnie… Ale to drobny zarzut, bo całość dobra. Poniżej małe usterki. 

 

Młoda dziewczyna z szokiem na twarzy siedziała tuż obok,

To źle brzmi. Szok tutaj brzmi jak makijaż. Jakoś inaczej… w szoku można być. 

Kilkanaście stopni w dół prowadziło wprost na zastawioną tłumem przestrzeń.

Przestrzeń zastawiona tłumem… nie, meblami tak, ale tłumem? 

 

Pozdrawiam cieplutko!

Hej, JolkaK

Dzięki za łapankę, już poprawione. Co do dziewczyny, to nie wiem, o których przypadkach dokładnie mówisz – mamy włamanie, gdzie Sall służy jej za oczy, tak samo podczas lotu okrętem. Jeśli chodzi o racę, podkreślam na początku, że:

Fioletowa poświata zalała sklep. Sprzęty i istoty zamigotały, gwar ulicy dochodził jakby z daleka.

Nawet Maya wtedy pyta, co się dzieje. Oczywiście, można było jeszcze zaznaczyć, że raca syczy podczas spalania (ale w tym krzyku na koniec można też by było wtedy powiedzieć, że nie da rady usłyszeć), dlatego zdecydowałem się raczej na trochę zniekształcenie świata. Do tego krzyki umierających, zabitych przez Lyssę, czy odgłos padających ciał. Zawsze jest miejsce na poprawki, ale jak widać, zostało mi tylko 220 znaków do limitu konkursowego, więc potrzebuję trochę niewiary czytelnika ;)

Miło mi, że nie przeszkadzało Ci to w czytaniu :)

Pozdrawiam równie ciepło!

 

Czyli raca fioletową poświatą przygłuszała okolice? To nie wyłapałam tego. Po prostu na końcu jest jatka, a ona wie kiedy odpalać race i wie w którą stronę iść, jakby ją tam coś ciągnęło… Może ją tam coś ciągnęło! laugh

Pozdrawiam i powodzenia!

P.S. Dam klika, jeśli już mogę, chyba już mogę, czy ja mogę? laugh

Czyli raca fioletową poświatą przygłuszała okolice? To nie wyłapałam tego.

Tak to sobie wymyśliłem, że każda barwa jakoś oddziałuje na otoczenie, ale za dużo pomysłów, a za mało znaków. Uznałem, że niech na koniec biegnie za głosem Salla, za zgrzytem zbroi, albo najzwyczajniej wprost do statku. No i tak się potknęła ;)

P.S. Dam klika, jeśli już mogę, chyba już mogę, czy ja mogę?

Wydaje mi się, że już możesz. Masz skomentowane 50 opowiadań. W każdym razie – dzięki :)

Mam problem ze złożeniem uwag w jakiś logiczny ciąg, więc pozwolę sobie wymienić je w punktach:

  1. Przynajmniej do pojawienia się szotków opowiadanie wydawało mi się zbyt szybkie (być może później też jest, ale w tym punkcie wciągnąłem się na tyle, by nie zwracać na to uwagi;)). Oczywiście to kwestia limitu, ale przykładowo pierwsze zasugerowanie mrocznej przeszłości z Lyssą od wyjaśnienia, co się z nią stało, dzielą zaledwie niecałe dwie sceny. Trochę za mało, żeby nawiązać wystarczającą więź z bohaterem i aby ujawnienie jego winy w uśmierceniu ukochanej uderzyło emocjonalnie. Z drugiej strony ta przeszłość musi być wyjawiona wcześnie, aby z kolei końcowe poświęcenie w postaci zniszczenia pistoletu odbyło się przy pełnej świadomości po stronie czytelnika skali tegoż poświęcenia. Ogólnie właśnie miałem trochę problem z wciągnięciem się emocjonalnie w postacie i chociaż oczywiście budujesz bohatera z przeszłością i cechami charakteru przez tę przeszłość ukształtowanymi, to w trakcie czytania miałem bardziej przemyślenia typu “tutaj autor chce żebym poczuł to i to” niż faktyczne odczucie.
  2. Całe opowiadanie można chyba zaliczyć do konwencji conanowo-pulpowej (choć Sall przypominał mi też trochę Vuko z “Pana Lodowego Ogrodu”), przynajmniej pod kątem osadzenia opowieści wokół bohatera, który bez szwanku wychodzi nawet z największych opresji. Ogólnie, przynajmniej na gruncie tego opowiadania, podobało mi się to, choć być może lepiej zagrałoby, gdyby kolejne “moce” pancerza i asortymentu Salla ujawniały się stopniowo, w odpowiedzi na kolejne zagrożenia.
  3. Ciągnąc wątek z punktu poprzedniego, w mojej opinii, choć tekst dobrze ogrywa konwencję, to jednak nie uniknął gdzieniegdzie nadmiernej kliszowatości. Na gruncie światotwórstwa wskazałbym na ślimakoidy, które, przynajmniej w obrębie tego opowiadania, można by zastąpić równie dobrze krasnoludami i wszystko by się nadal zgadzało. Tak więc zabrakło im większego wyróżnika. Na gruncie fabularnym natomiast przyczepiłbym się do początkowej sceny w sklepie. Otóż było dość oczywiste, że Sall w końcu postanowi pomóc sklepikarzowi, bo bohater, który chce trzymać się swoich interesów, ale ostatecznie nie jest w stanie przełamać wewnętrznego poczucia sprawiedliwości, to jednak mocno ograny motyw. Miałem wszakże cichą nadzieję, że zabawisz się z tymi oczekiwaniami i np. Sall rzeczywiście wyjdzie, nie reagując, a cała dalsza akcja oprze się na motywie poniesienia przez niego konsekwencji tej decyzji. Oczywiście z perspektywy przeczytania całości widzę, że w takim razie musiałbyś napisać zupełnie inne opowiadanie. Być może jednak będzie to uwaga przydatna w przyszłości, że warto zwracać uwagę na zarządzanie oczekiwaniami czytelnika na poziomie mikro ;)
  4. Trochę muszę pokręcić też nosem na końcówkę, a konkretnie przemienienie z powrotem robotów w cielesnych ludzi. Sugeruje to, że ich ciała nie tyle przemieniły się w metal, co przybrały taką formę, która musiała być podtrzymywana przez statek, co jakoś mnie nie przekonuje. Oczywiście to fantasy, czy też science fantasy, i możesz stwierdzić, że tak to w tym uniwersum po prostu działa i zapewne ma też jakieś uzasadnienie, ale sygnalizuję tylko, że moje zawieszenie niewiary trochę się na tym elemencie, nomen omen, zawiesiło.
  5. Gdzieś w czasie walki finałowej Lyssa ucina komuś rapierem rękę. Nie jestem wielkim specjalistą od broni białej, ale o ile mi wiadomo, rapier służy przede wszystkim do pchnięć, pytanie zatem, czy ucięcie nim ręki byłoby możliwe?
  6. Kolejnym szczegółem, do którego muszę zgłosić krytykę, to to, że mi również Maya wydaje się nieco zbyt sprawna, jak na niewidomą. Szczególnie w scenie walki:

Maya oburącz trzymała przed sobą kijek i machała nim na boki. Spalona Twarz z chichotem unikał jej nieporadnych ciosów.

Maya wykorzystała okazję i trzasnęła go kijem w szczękę, moment później ostrze rozpłatało plecy bandyty.

Wprawdzie nigdy nie miałem okazji widzieć walczącą niewidomą, ale mam wątpliwości, czy byłaby w stanie powstrzymywać przez pewien czas uzbrojonego przeciwnika, a później jeszcze celnie go uderzyć. (Nota bene – czemu w przeciągu kilku akapitów kijek zamienił się w kij?).

 

Pomimo tych uwag “Fiolet i cień” było bardzo przyjemną lekturą i jestem w stanie wymienić niemało elementów, które mi się podobały. Należą do nich m.in. motyw cienistej ukochanej-szermierza, latająco-morscy skaveni, napięcie pomiędzy uleczeniem choroby, a utratą człowieczeństwa (czy też ślimaczeństwa), no i wreszcie motyw tykającej bomby cywilizacyjnej, której instrukcja rozbrojenia została tak skrzętnie przechowana. Zresztą samo uniwersum, jako świat zbudowany na gruzach upadłych cywilizacji, też bardzo mi się podoba.

I chociaż marudziłem na możliwości związania z bohaterami, to pod koniec zaszło ono tak daleko, że chętnie dowiedziałbym się z kontynuacji, co też Sallowi udało się odszukać na dalekiej północy :)

 

I jeszcze na koniec dwa fragmenty:

– To statek kolonizacyjny! […] Eee… Nie potrafiły unicestwić sondy, ale odczytały z niej dane i… Znaczy, dopiero dziś będzie możliwość, aby ją zniszczyć, a jeśli się nie uda, zostaniemy niewolnikami i eee… – Zdecydowanie za dużo informacji, a za mało czasu. – Dajcie nam przejść, aby… eee… uratować świat?

Ten mi się niezbyt podobał. Zaplątanie się Salla jest opisane dość łopatologicznie i wydaje mi się, że można to było bardziej rozbudować. Choć podejrzewam, że odpowiedzialnością za ten skrót należy obciążyć limit ;)

Uderzył w ścianę poniżej, przebił ją wśród ogłuszającego huku oraz krzyków wystraszonych gości, i wpadł na fortepian, miażdżąc go z odgłosem pękających strun. Młoda dziewczyna z wyrazem szoku na twarzy siedziała tuż obok, wciąż trzymając rozczapierzone palce, chociaż klawisze już spod nich uciekły.

Ten fragment za to szczególnie mi się spodobał, chyba dzięki efektowi komicznemu :D

Hej, Światowiderze

Przede wszystkim dzięki za rozbudowany komentarz. Odniosę się do uwag po kolei:

  1.  Limitem bronić się nie będę. Z pewnością nie próbowałem tutaj wymusić na czytelniku emocji, bardziej chodziło o to, co sam zaznaczasz, a więc zbudowanie bazy pod zniszczenie pistoletu na końcu, co dopiero pokazuje heroizm bohatera. Problem ze światem, który jest dość nowy, polega też na tym, że wyjaśnienia muszą pojawiać się w wielu momentach i trzeba je równomiernie rozłożyć, aby nie doszło do sytuacji, kiedy taka Lyssa czy konflikt moralny bohatera wyskakuje niespodziewanie i wygląda na deus ex machina.

    Mówisz, że Lyssę i wyjaśnienia dzielą zaledwie dwie sceny, ale to i tak masa znaków. Nawet obawiałem się, czy rozmowa w karczmie i plan włamania nie są zbyt statyczne i nie zamieniają się w jeden wielki infodump.

    Nie, na pewno nie jest idealnie i masz rację, że wielkich emocji tu raczej nie wywołam.

  2. Czyli wpisuje się w heroik ;) Conana nie czytałem, Kane i Dilvisha owszem. Za każdym razem wychodzą z opresji bez szwanku. Cóż, bójka w barze – wygrywa z obolałą nogą (leczenie), udaje mu się wykraść kostkę, przeżywa katastrofę (leczenie), wygrywa finałowe starcie (z rozwalonym kolanem, wymagane leczenie). Przegrywa główny cel, nie osiąga niczego – tutaj bardziej wzorowałem się na Mad Maxie, który zawsze wraca na końcu do punktu wyjścia.
  3. “Na gruncie światotwórstwa wskazałbym na ślimakoidy, które, przynajmniej w obrębie tego opowiadania, można by zastąpić równie dobrze krasnoludami i wszystko by się nadal zgadzało.”

    Całkowita zgoda. Elf, krasnolud, chomikoid czy cokolwiek innego.

    ” Być może jednak będzie to uwaga przydatna w przyszłości, że warto zwracać uwagę na zarządzanie oczekiwaniami czytelnika na poziomie mikro ;)”

    Też zgoda. Wiadomo było, że pomoże, bo jakiś motyw musi być – z Salla i tak trochę kliszowaty bohater, bo to “reluctant hero”, wchodzi w całą przygodę bez wielkich chęci i ogólnie narzeka, ale wizja pistoletu i własnych korzyści pcha go do przodu, aż po zmianę nastawienia i uratowanie świata kosztem osobistych korzyści.

  4. “Trochę muszę pokręcić też nosem na końcówkę, a konkretnie przemienienie z powrotem robotów w cielesnych ludzi.”

    Rozumiem. Bardziej chodziło o nałożenie się wymiarów, ale najwyraźniej za mało zostało zaznaczone. No i powrót do normalności też jest nieco cliche.

  5. Rapier może być również sieczny. Można wtedy nim normalnie ciąć. Po drugie to rapier, jeśli chodzi o wygląd broni, ale przecież zrobiony z ciemności, nie podlega ograniczeniu zwykłej stali.
  6. Spalona Twarz się z nią bawi – to nie tak, że ona z nim walczy. A kiedy już klęczy i wyje, uderzenie w źródło dźwięku nie jest dużym wyczynem.

    Co do Mayi: wpada w różę, uderza się w gałąź po katastrofie, potyka o ciało. Nie powiedziałbym, że zrobiłem z niej Daredevila ;)

  1. Pomimo tych uwag “Fiolet i cień” było bardzo przyjemną lekturą i jestem w stanie wymienić niemało elementów, które mi się podobały. Należą do nich m.in. motyw cienistej ukochanej-szermierza, latająco-morscy skaveni, napięcie pomiędzy uleczeniem choroby, a utratą człowieczeństwa (czy też ślimaczeństwa), no i wreszcie motyw tykającej bomby cywilizacyjnej, której instrukcja rozbrojenia została tak skrzętnie przechowana. Zresztą samo uniwersum, jako świat zbudowany na gruzach upadłych cywilizacji, też bardzo mi się podoba.

Spodziewałem się podsumowania w innym tonie (że ogólnie źle) ;)

Właściwie wyszło uniwersum, które bym chętnie wykorzystał do czegoś większego, tylko nie wiem, czy właśnie nie za bardzo cliche. A szotki uznaję za najlepszy pomysł w tym tekście ;)

Ten mi się niezbyt podobał. Zaplątanie się Salla jest opisane dość łopatologicznie i wydaje mi się, że można to było bardziej rozbudować. Choć podejrzewam, że odpowiedzialnością za ten skrót należy obciążyć limit ;)

Oj, tutaj był spory problem. Spokojne tłumaczenia byłyby za dużym infodumpem, a nie chciałem monologu, który wyjaśniałby całą tajemnicę. Dlatego przerobiłem go na nieudane wystąpienie, zakończone słowami, które Sall wypowiada wcześniej w odpowiedzi na wywód Hubolda: Co za bełkot!

Ten fragment za to szczególnie mi się spodobał, chyba dzięki efektowi komicznemu :D

Ten włam nie miał prawa się udać :P

 

Dziękuję za konstruktywną krytykę, dla takich komentarzy warto tu publikować. Cieszę się, że ogólne wrażenie było na plus.

Pozdrawiam serdecznie

Na pewno bogaty świat. Te szczurki z telekinezą bardzo fajne, zwłaszcza po pijaku. A cwane…

Intrygujący pomysł z kolorami, ale nie do końca rozumiem, na czym polega. To, co opisujesz, kłóci się z moim rozumieniem (naszego) świata. Kolory są w mózgu patrzącego, to kwestia długości fali promieniowania elektromagnetycznego. Nie można ich przechowywać. Można przechowywać farbę, ale to nie to samo. Może łyknęłabym te rzeczy, gdybyś wyjaśnił, jak Ty to widzisz.

Jakoś nie zauważyłam powiązań ze światem ze “Spleć…”, dopóki nie padło słowo stamtąd.

Zgodzę się, że bohater bardzo wypasiony, aż trudno mu tę zbroję zadrapać. Prawdopodobnie ludzie z heroic fantasy tak mają.

Fabuła daje radę.

Proroctwo od razu wydało mi się podejrzane. Jeśli ktoś obiecuje, że dwie grupy zostaną zrównane, to wcale nie oznacza, że niższa będzie podciągnięta na obecny poziom wyższej.

Długie, ale nieźle się czytało. Podobało się, czyli.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo

Na pewno bogaty świat. Te szczurki z telekinezą bardzo fajne, zwłaszcza po pijaku. A cwane…

Muszę te szczury rzucające czerstwymi żartami jeszcze gdzieś wykorzystać…

Intrygujący pomysł z kolorami, ale nie do końca rozumiem, na czym polega. To, co opisujesz, kłóci się z moim rozumieniem (naszego) świata. Kolory są w mózgu patrzącego, to kwestia długości fali promieniowania elektromagnetycznego. Nie można ich przechowywać. Można przechowywać farbę, ale to nie to samo. Może łyknęłabym te rzeczy, gdybyś wyjaśnił, jak Ty to widzisz.

Tutaj przyznaję, liczę na zawieszenie niewiary. Ogólnie to nie tylko kolor w oku patrzącego, ale sam rodzaj światła ma dane właściwości, chociaż już zabrakło miejsca, aby bardziej to rozbudować. Żółte i białe światło miało być powszechnym paliwem, zielone – rzadszym (jak paliwo lotnicze) i tak dalej. Chciałem dać każdej barwie jakieś oddziaływanie na otoczenie oraz ludzi, ale wyszło zdecydowanie za dużo znaków, a nie wnosiło wiele do fabuły.

Jakoś nie zauważyłam powiązań ze światem ze “Spleć…”, dopóki nie padło słowo stamtąd.

Powiązanie miało być bardziej malutkim cameo niż kolejną częścią, czy czymś większym. Wolałbym nie pisać nic, co wymagałoby znajomości Splecia, którego przecież nawet wielu portalowiczów nie czytało.

Zgodzę się, że bohater bardzo wypasiony, aż trudno mu tę zbroję zadrapać. Prawdopodobnie ludzie z heroic fantasy tak mają.

Muszę nad tym popracować. Ale zgoda, heroiczni bohaterowie bywają wypasieni. (I bardziej bym powiedział, że wypasione jest leczenie, bo zadrapać łatwo – w sklepie, w katastrofie, w ostatniej bitwie).

Fabuła daje radę.

To zawsze dobrze :p

Proroctwo od razu wydało mi się podejrzane. Jeśli ktoś obiecuje, że dwie grupy zostaną zrównane, to wcale nie oznacza, że niższa będzie podciągnięta na obecny poziom wyższej.

Oj, było z pewnością podejrzane, ale nadzieja często robi ludzi ślepych na oczywiste fakty.

Długie, ale nieźle się czytało. Podobało się, czyli.

Najdłuższe, co napisałem. Bardzo się cieszę, że przypadło do gustu :)

Pozdrawiam serdecznie

 

Mówisz, że Lyssę i wyjaśnienia dzielą zaledwie dwie sceny, ale to i tak masa znaków. Nawet obawiałem się, czy rozmowa w karczmie i plan włamania nie są zbyt statyczne i nie zamieniają się w jeden wielki infodump.

Myślę, że z fetyszyzacją zwalczania infodumpów nie należy przesadzać. Dopóki postaci nie mówią do siebie nienaturalnie (klasyczne “Pamiętasz, jak…”) to moim zdaniem to jest nadal “show”, a nie “tell”. Nie każde opowiadanie musi formą odpowiadać scenariuszowi filmu Marvela ;)

Czyli wpisuje się w heroik ;) Conana nie czytałem, Kane i Dilvisha owszem. Za każdym razem wychodzą z opresji bez szwanku. Cóż, bójka w barze – wygrywa z obolałą nogą (leczenie), udaje mu się wykraść kostkę, przeżywa katastrofę (leczenie), wygrywa finałowe starcie (z rozwalonym kolanem, wymagane leczenie). Przegrywa główny cel, nie osiąga niczego – tutaj bardziej wzorowałem się na Mad Maxie, który zawsze wraca na końcu do punktu wyjścia.

Tak, ale te szkody fizyczne nie przekładają się zasadniczo na fabułę, natomiast fabularnie bohater żadnych szkód nie ponosi*. Wyjątkiem jest rzeczywiście finał, ale też można się spierać, bo przecież w międzyczasie cel główny się zmienił i bohater wprawdzie “nie osiąga niczego”, ale jednocześnie zyskuje wszystko, bo uratował świat.

Przy czym ponownie podkreślę, że jak najbardziej mieści się to w przyjętej konwencji. Ale sądzę, że taka opowieść powinna rekompensować brak istotnych zmagań bohatera: 1) jakąś jego specyficzną charakterystyką, tworzącą mu “fanbazę”, gdzie sensem opowieści jest właściwie odgrywanie tej charakterystyki wciąż na nowo (tu właśnie wliczyłbym Conana, w dużym stopniu też różne ikoniczne postacie detektywów), 2) fabułą, która co prawda sprowadza się do “zabili go i uciekł”, ale łączy się to z wartką akcją i obfitością zwrotów akcji (tu znakomitym przykładem jest moim zdaniem “Azazel” Akunina), 3) Bohater wprawdzie wychodzi ze wszelkich opresji, ale robi to pomysłowo i zaskakująco, innymi słowy suspens opiera się nie na tym “czy”, ale “jak” (Pomysłowy Dobromir ;)).

Sall w moim odczuciu oscyluje gdzieś między 1., a 3. opcją, ale żadna nie jest, przynajmniej według mnie, wyraźnie zarysowana. Stąd uważam, że, jakkolwiek, znów powtórzę, bardzo dobrze wykorzystałeś tę konwencję, to mogłoby być lepiej.

Spodziewałem się podsumowania w innym tonie (że ogólnie źle) ;)

Nie no, bez przesady, po prostu jestem wrednym człowiekiem, któremu łatwiej się rozpisywać nad negatywami, niż docenić pozytywy ;P Ale uważam, że informacja, że coś działa, jest równie ważna, jak informacja, że coś nie działa, stąd starałem się w swoim komentarzu zawrzeć obie, nawet jeśli w bardzo nierównych proporcjach.

 

*odnoszę się tu do założenia, że akcja w krótkim tekście powinna być oparta na tym, że bohater ma jakiś cel i kolejne sceny na pytanie “czy bohater zbliżył się do celu?” dają odpowiedź “tak, ale…” (Han, Leia i Luke uciekli przed szturmowcami, ale wpadli do zgniatanego śmietnika) albo “nie i…” (Luke’owi nie udaje się dokończyć szkolenia u Yody i nie udaje mu się uratować przyjaciół). Natomiast w Twoim opowiadaniu mamy do czynienia niemal wyłącznie z odpowiedziami “tak i…” lub ewentualnie “tak, ale…”, które, wg wyżej wspomnianego założenia czy struktury, powinny mieć miejsce dopiero w kulminacji akcji opowiadania.

Myślę, że z fetyszyzacją zwalczania infodumpów nie należy przesadzać. Dopóki postaci nie mówią do siebie nienaturalnie (klasyczne “Pamiętasz, jak…”) to moim zdaniem to jest nadal “show”, a nie “tell”. Nie każde opowiadanie musi formą odpowiadać scenariuszowi filmu Marvela ;)

Przerobienie infodump na dialog wciąż mnie razi, ale to już moje subiektywne wrażenia po lekturze wielu monologów na stronę czy dwie ;)

Tak, ale te szkody fizyczne nie przekładają się zasadniczo na fabułę, natomiast fabularnie bohater żadnych szkód nie ponosi*. Wyjątkiem jest rzeczywiście finał, ale też można się spierać, bo przecież w międzyczasie cel główny się zmienił i bohater wprawdzie “nie osiąga niczego”, ale jednocześnie zyskuje wszystko, bo uratował świat.

Tu już się można spierać, w jakim stopniu potrzebujemy osobistych motywacji bohatera, gdy chodzi o los całego świata.

(Han, Leia i Luke uciekli przed szturmowcami, ale wpadli do zgniatanego śmietnika)

Hm, tutaj bym polemizował, bo to po prostu scena wydłużająca osiągnięcie celu – Leia jest nadal uratowana. U mnie katastrofa statku jest czymś takim, bo szczury równie dobrze mogłyby dowieźć ich bez problemów. Ogólnie tak – zdobywają mapę, dokańczają podróż, ratują świat. Musiałbym przebudować całkowicie opowiadanie, aby włożyć tutaj “Tak, ale” lub “Nie, i”. Co nie znaczy, że się nie zgadzam, tylko co wywalić? ;)

Stąd uważam, że, jakkolwiek, znów powtórzę, bardzo dobrze wykorzystałeś tę konwencję, to mogłoby być lepiej.

Jak zawsze :)

Nie no, bez przesady, po prostu jestem wrednym człowiekiem, któremu łatwiej się rozpisywać nad negatywami, niż docenić pozytywy ;P Ale uważam, że informacja, że coś działa, jest równie ważna, jak informacja, że coś nie działa, stąd starałem się w swoim komentarzu zawrzeć obie, nawet jeśli w bardzo nierównych proporcjach.

Zdecydowanie bardzo pomocne komentarze, szczególnie gdybym siadał do pisania czegoś bez limitu. Chociażby w tym uniwersum.

Dzięki, Światowiderze :)

Trzeba zacząć czytać te konkursowe olbrzymy;)

 

Idzie ważniak w zbroi, drodzy państwo, ktoś chce dostać w zęby? 

Nie powinno być kursywą?

 

A może zbyt trudne, by je odróżnić?

Zgrzyta mi. A może zbyt trudno je odróżnić?

 

W kajutach pasażerskich śmierdziało stęchlizną z leżących na łóżkach futer.

Jakoś mi się nie podoba.

 

Maya znów siedziała na linach, z twarzą skąpaną w poświacie dobiegającej z liry.

Tak bym wolała;)

 

Znakomite opowiadanie, wchłonęło mnie od pierwszych akapitów. Zbudowałeś spójny, intrygujący świat i bohaterów, których nie sposób minąć.

Zakończenie nieco mdłe, ale zawsze mam takie wrażenie, kiedy emocjonująca historia kończy się happy endem.

W dół urwiska, w stronę przepaści, na samym jej brzegu...

Hej, Ambush

Idzie ważniak w zbroi, drodzy państwo, ktoś chce dostać w zęby? 

Nie powinno być kursywą?

Nie bardzo, w Deep Pov to dość normalne zdania :)

A może zbyt trudne, by je odróżnić?

Zgrzyta mi. A może zbyt trudno je odróżnić?

A tu racja. Poprawiam.

W kajutach pasażerskich śmierdziało stęchlizną z leżących na łóżkach futer.

Jakoś mi się nie podoba.

Hm, ale co dokładnie? Gdzie futra leżą, tam i stęchlizną może pachnieć.

Maya znów siedziała na linach, z twarzą skąpaną w poświacie dobiegającej z liry.

Tak bym wolała;)

Znów racja :)

 

Znakomite opowiadanie, wchłonęło mnie od pierwszych akapitów. Zbudowałeś spójny, intrygujący świat i bohaterów, których nie sposób minąć.

Dziękuję bardzo. Planowałem iść w dark fantasy, ale trochę lekkości i humoru znacznie lepiej tu pasowało.

Zakończenie nieco mdłe, ale zawsze mam takie wrażenie, kiedy emocjonująca historia kończy się happy endem.

Trochę takie klasycznie westernowe (przynajmniej mam nadzieję). Brak happy endu jednak nie pasowałby do tej historii. A tak w ogóle, lubię happy endy ;)

Dzięki za wizytę i pozdrawiam serdecznie!

 

Bardzo spodobał mi się pomysł na świat i fabułę, chociaż brakowało mi trochę wyjaśnień odnośnie funkcjonowania uniwersum (jak pogodziłeś ze sobą bełty i lasery, grawikonia oraz mechaniczną zbroję, przy braku samochodów czy innych motorów/śmigaczy?).

Żałuję, że wcześniej nie poznałam historii i motywacji głównego bohatera. Z początku zupełnie nie rozumiałam jego decyzji, aż w pewnym momencie zaczęłam go uważać za wiejskiego głupka.

Mam wrażenie, że od wejścia na statek szotków nastrój opowiadania zmienił się na bardziej dramatyczny i właściwie dopiero od tego momentu historia zdołało mnie wciągnąć – wcześniej odrzucała kliszowość fabuły i niezrozumienie decyzji bohatera. 

Trochę przeszkadzało mi, że Sall dysponował artefaktem na każdą okazję, a jego sposoby wychodzenia z opresji były dla mnie mało satysfakcjonujące.

Nie spodziewałam się, że u celu wędrówki czyha statek kosmitów. Fajny twist. Podobała mi się finałowa walka, pełna dynamizmu i emocji. Żałuje tylko, że ostateczne pokonanie zła stało się bez udziału bohatera i w sumie poza kadrem.

Liczyłam na trochę dłuższą, łzawą wymianę zdań pomiędzy Lyss i Sallem. :( Ta dwójka bardzo mnie zaciekawiła i chętnie poczytałabym więcej o ich losach, ale już w nieco poważniejszym tonie (nie jestem pewna, czy humor dobrze się zgrywa z ich dramatem).

Hej, ośmiornico

Bardzo spodobał mi się pomysł na świat i fabułę, chociaż brakowało mi trochę wyjaśnień odnośnie funkcjonowania uniwersum (jak pogodziłeś ze sobą bełty i lasery, grawikonia oraz mechaniczną zbroję, przy braku samochodów czy innych motorów/śmigaczy?).

Czytałaś “Droga niewybrana” Harry’ego Turtledove? Wynalazek w jednej dziedzinie nie musi od razu oznaczać wynalazku w innej.

Żałuję, że wcześniej nie poznałam historii i motywacji głównego bohatera. Z początku zupełnie nie rozumiałam jego decyzji, aż w pewnym momencie zaczęłam go uważać za wiejskiego głupka.

Na brak motywacji i wytłumaczeń zachowania nikt mi na becie nie zwrócił uwagi, ja też tam nie widzę nic, co mogłoby określać go jako głupka. Raczej trudno zacząć od tłumaczeń i historii, bo przechodzimy w infodump, a ja wolę odkrywać karty z czasem.

Mam wrażenie, że od wejścia na statek szotków nastrój opowiadania zmienił się na bardziej dramatyczny i właściwie dopiero od tego momentu historia zdołało mnie wciągnąć – wcześniej odrzucała kliszowość fabuły i niezrozumienie decyzji bohatera. 

Najpierw piszesz, że spodobała Ci się fabuła, po czym jednak odrzucała kliszowatość? Cóż, nie wiem w sumie, co na to odpowiedzieć. Nie traktuję tej fabuły jako grimdarka – takie rzeczy oferuje Warhammer, chociaż nawet i tam zdarzają się autorzy próbujący humoru np. opowiadania o halflingskim detektywie Samie Parble (czy jak mu tam było). No i u szotków też jest humor (chociaż czerstwy, bo, wiadomo, pijane szotki…)

Trochę przeszkadzało mi, że Sall dysponował artefaktem na każdą okazję, a jego sposoby wychodzenia z opresji były dla mnie mało satysfakcjonujące.

Z artefaktów ma pistolet, równie dobrze mogłaby to być kusza, lub magiczny miecz (przy czym ma go od początku) oraz tarczę energetyczną dla Mayi w jednej scenie. Jako wynalazca, uczony i bogacz, myślę, że to dość uzasadniony zestaw. Taki Batman ;)

Nie spodziewałam się, że u celu wędrówki czyha statek kosmitów. Fajny twist. Podobała mi się finałowa walka, pełna dynamizmu i emocji. Żałuje tylko, że ostateczne pokonanie zła stało się bez udziału bohatera i w sumie poza kadrem.

Miło mi, że walka była dobra. A dlaczego ostateczne pokonanie przeciwnika bez udziału bohatera? Przecież Maya to też bohaterka. Uważam, że spotkanie na chwilę z Lyssą bardziej warto pokazać niż rozwalenie części statku ;) No, ale to moja opinia.

Ta dwójka bardzo mnie zaciekawiła i chętnie poczytałabym więcej o ich losach, ale już w nieco poważniejszym tonie (nie jestem pewna, czy humor dobrze się zgrywa z ich dramatem).

Tak bez humoru? W tej konwencji? Nieee ;) Grimdarka w fantasy już się naczytałem i mam go powyżej uszu. Humor nie wyklucza dramatu.

Dzięki za odwiedziny i uwagi :)

Pozdrawiam serdecznie

 

Wejście do Twoich światów nigdy do łatwych nie należy, zawsze potrzebuję chwilki, by do nich przywyknąć. Ale potem idzie jak po maśle. Nawet nie zauważyłam, jaka to kobyłka, ba, na końcu poczułam niedosyt. Nie chodzi mi o fabułę, bo przygód bohaterowie mieli dostatek, a i za łatwo im nie poszło, ale żal mi było opuszczać świat, który ledwie liznęłam, a wydawał się naprawdę odlotowy. Na dodatek mamisz czytelnika obietnicami – a to wspomnieniami Lyssy, a to przeszłością samego bohatera, a to nieodkrytymi wciąż artefaktami, jakimś rodzajem katastrofy, która już najwyraźniej ten świat dotknęła. Wszystko to sprawia, że chce się więcej. Jak nie książkę, to zrób przynajmniej cykl opek ;)

Ale pomarudzę trochę też. Scena z kradzieżą przypomina trochę serię gagów: On pobrzękuje wdrapując się na drzewo, ona wpada w kolce, on ją przerzuca przez mur, chce skoczyć do okna, zamiast tego robi dziurę w ścianie, ucieka i razem odjeżdżają w stronę wschodzącego słońca, tylko ona przy tym jęczy, bo się jej kolce w dupę wbiły. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim wrzucasz jeszcze pierwsze wspomnienie Lyssy. Jak lubię takie połączenie humoru z dramatem, tak tu ciutkę mi to nie pasowało.

Klika bym dała, ale znowu spóźniona jestem.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, Irko

Zacznę od końca ;)

Ale pomarudzę trochę też. Scena z kradzieżą przypomina trochę serię gagów: On pobrzękuje wdrapując się na drzewo, ona wpada w kolce, on ją przerzuca przez mur, chce skoczyć do okna, zamiast tego robi dziurę w ścianie, ucieka i razem odjeżdżają w stronę wschodzącego słońca, tylko ona przy tym jęczy, bo się jej kolce w dupę wbiły. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim wrzucasz jeszcze pierwsze wspomnienie Lyssy. Jak lubię takie połączenie humoru z dramatem, tak tu ciutkę mi to nie pasowało.

Czymże byłby komentarz bez marudzenia! Wyszło rzeczywiście trochę gagowato, głównie to przerzucenie przez mur. Lot Mayi wynikał z problemu – jak wydostać ją z opresji, jednocześnie nie przerywając włamania. Uwierz mi, że rozważałem różne alternatywy, ale wchodząc w głowę Salla, uznałem, iż nie ma tu czasu na rozmyślania. Może ją zostawić w krzakach? Ale przecież tego by nie zrobił. Nie wykluczam ewentualnej poprawki, jednak coś na pewno musi się stać, aby Maya nie dobiegła do budynku. Do przemyślenia.

Połączenie pewnie nie podpasowało przez zaburzenie proporcji w tej scenie – za dużo tu humoru, za mało dramatu. Łatwo na przykład usunąć zgrzytanie przy wspinaniu ;)

Wejście do Twoich światów nigdy do łatwych nie należy, zawsze potrzebuję chwilki, by do nich przywyknąć.

Wysoki próg wejścia już się pojawił na becie. Przyjmuję ten zarzut :)

Nawet nie zauważyłam, jaka to kobyłka, ba, na końcu poczułam niedosyt. Nie chodzi mi o fabułę, bo przygód bohaterowie mieli dostatek, a i za łatwo im nie poszło, ale żal mi było opuszczać świat, który ledwie liznęłam, a wydawał się naprawdę odlotowy. Na dodatek mamisz czytelnika obietnicami – a to wspomnieniami Lyssy, a to przeszłością samego bohatera, a to nieodkrytymi wciąż artefaktami, jakimś rodzajem katastrofy, która już najwyraźniej ten świat dotknęła.

Bardzo mnie cieszy, że nie zauważyłaś “kobyłowania”. Dużą uwagę przykładałem, aby nie było dłużyzn, bloków tekstu i infodumpów.

Świat jest postapo, ale nie Ziemia, i, w sumie, też go polubiłem ;)

 Jak nie książkę, to zrób przynajmniej cykl opek ;)

Książka, ha! xD Cykl opek ma ten problem, że za każdym razem trzeba na nowo tłumaczyć świat, o ile nie jest dość defaultowy. Może, może… ;)

Dziękuje za wirtualnego klik i odwiedziny.

Pozdrawiam!

Hej, Zanais! w poniższym komentarzu oczekuj chaosu, bo nie jestem w nich dobry.

Na początku powiem, że czytało się w miarę lekko, ale chyba mam za dużo ale. Mimo barwnego świata, miałem dziwne odczucie, że mieszasz gatunki. Zaczynasz fantastyką, szturchasz science, latasz na statkach wyciągniętych ze steampunku, i dolatujesz do statku obcych. Nie wiem, czy to zamierzony efekt, ale koniec końców, mimo że z początku się podobał i był fascynujący, tak z czasem przestał i powodował u mnie więcej pytań niż powinien.

Ale, ale, zacznę od początku. Mapka średnia, naciągane 4/10 :)

Sam początek okej, sklep, strzelanina, bitka, to lubię i ogólnie ze względu na początek nie porzuciłem czytania. Jest to też chyba najlepszy fragment całego tekstu, ale trochę w tym początku brakuje. Na przykład motywacja bohatera? Jaka jest? Gość w zbroi, który lubi bajery chce pistolet? Podobno był naukowcem i tak dalej, nie może sobie takiego w wolnym czasie zrobić? Ale myślę, oki doki, mogę to przyjąć, może to jakiś unikat – problem w tym, że przez kupę tekstu nie mamy tej prawdziwej motywacji i on wychodzi na gościa, który ratuje świat bo chce pukawkę. Trochę absurdalne i… mało wiarygodne? A to powinno być ważne, bo będziemy z tą myślą dość długo, gdyż karty odkrywasz bardzo późno.

Sall bierze ślimakoida i dziewczynę na muszkę, choć sekundę temu uratował im tyłki? Czemu? Nie wiadomo, tak miało być. Trochę to naiwne, ale dalszy festiwal naiwności jest kawałek dalej. Otóż, nie mam pojęcia, co mają we łbach śmikoidy, ale na pewno nie mózgi, skoro wysyłają na niebezpieczny włam ślepą dziewczynę. Heh, nie, nie kupuję tego, totalnie, została tam wrzucona bez konkretnego powodu, żeby po prostu spędziła czas z bohaterem (a przy tym nie wyczułem, żeby nawiązali jakąś więź). Podniosła rękę, zgłosiła się i jedynym głosem sprzeciwu było “Ja mam na sobie zgrzytającą zbroję płytową, a ona jest ślepa. Ślepa, do diabła! Najgorsza para włamywaczy na świecie.” na co odpowiedzią było “E tam, marudzisz, Zigi, to ma sens”.

Otóż “no nie bardzo, chyba że chodzi tylko o humor”. Miałoby, gdyby jej umiejętności były jakoś niezbędne, albo przynajmniej potrzebne. Tak tylko zaszczyca nas obecnością i humorem.

Myślę, że koniec końców nawet ty, Zanaisie, to zauważyłeś, bo wywalileś ślepą przez mur i pozwoliłeś się zająć sprawą naszemu metalowemu taranowi, który wpadł do posiadłości i z niej wypadł jak gdyby nigdy nic. Nie wierzę, że dom kolekcjonera nie miał silniejszej straży, solidnych zabezpieczeń, alarmów czy chociażby pułapek (a nawet jak nie mieli, to nie posłali za nim przynajmniej pościgu?). Mocne bronie, jak lasery chybiają, ale bełty trafiają i się odbijają. Jak zwykle szturmowcy nie przeszli szkolenia :/ Ogólnie cała akcja poszła za łatwo. Poza tym, że Sall został zmuszony do działania gwałtownego, nie stało się nic, co mogłoby mu zagrozić (jego obrażenia fizyczne, które wspomniałeś w poprzednich komentarzach można przyrównać do drzazgi w palcu, bo finalnie nie przekładają się na fabułę – np. nie miał problemu ze skokiem, bo bolała go noga tylko po prostu nie doleciał). A szkoda, bo fajne miejsce na pierwsze kłopoty. Sall mógłby wywołać zamieszanie i zostać złapany, a ta dziewczynka tymczasem wkradłaby się i gwizdnęła mapę – albo odwrotnie, bo skoro Sall jest nietykalny, to postaw stawkę na dziewczynę, która ma uratować świat – po czym oboje jakoś wykaraskaliby się z tarapatów dzięki np. sprytowi May i głupiej odwadze Salla, a nie armorowi i broni walącej piorunami. A tak mamy “Taranuj, Sall, taranuj, jakoś to będzie!”. Tutaj zgadzam się z komentarzem Światowider przy temacie “tak, i” oraz “tak, ale”. 

Wygląda to tak, jakbyś nie miał planu na ten fragment fabuły i chciał wcisnąć jakąś akcję. Problem w tym, że akcja powinna powodować w czytelniku emocje, chwilę niepewności, gdy bohater staje przed zagrożeniem i napięcia, gdy próbuje je pokonać. Tutaj tego absolutnie nie ma. Ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że Sall może zostać schwytany albo mieć poważne kłopoty.

I to też jest mój główny zarzut – brak napięcia w opowiadaniu. Bohaterowie robią co muszą i dzieje się to bez żadnych konsekwencji.

Późniejsza scena statkiem ma chyba tylko dwa zadania – wprowadzić backstory bohatera i wyjaśnić w końcu motywację oraz rzucić nam kolejną dawką akcji. Wprowadzenie nowej rasy szczurowatych i ich mocy próbuje rozbudowywać świat, ale niepotrzebnie przedłuża opowiadanie. Ich rasa nie wnosi absolutnie nic, prócz tego, że są załogą statku (i humoru oczywiście) a całość mogłaby się bez nich obejść nic nie tracąc, albo zmieniając ich na np. ludzi albo ślimakoidy. Nawet jeśli limit jest duży, nadal warto skupiać się na rzeczach najważniejszych, a szczuraki to typowy rozpraszacz, który ma pozować na coś ciekawego. (i dla wielu może takie być, ale wolałbym rozbudowany inny fragment)

Co do samego starcia powietrznego już ciekawszym byłoby, gdyby byli to ludzie kolekcjonera, któremu chwilę temu nacisnęli na odcisk.

Zakończenie, cóż… było. Być może bardziej doceniłbym finalną akcję, gdybym choć trochę się martwił bohaterami. Sallem nie martwiłem się w ogóle, Mayą również, bo Sall stoi za nią murem i w razie czego staranuje zagrożenie. Poświęcenie pukawki jakoś nie uderza, bo przez większość tekstu myślałem, że on po prostu ją chce, bo lubi gadżety i zdążyłem przywyknąć do tej myśli. A zniszczenie statku obcych mieczem… humor do kwadratu i jak spojrzeć na to logicznie to pojawiają się kolejne pytania.

 

Ogólnie jestem zawiedziony opowiadaniem. Miało potencjał, wątek kolorów całkiem dobry (przypomina mi system z “Rozjemcy” Sandersona), bohater z początku ciekawi, bo nosi zbroje i ma gadżety, ale koniec końców nie wpada w żadne kłopoty, nie ma problemów, nie zmienia się (co nie musi być wadą) i ratuje z Mayą świat. Sama Maya też jakoś tak nie wybrzmiewa w tekście. Jest głównie elementem humorystycznym i kimś, komu bohater może opowiedzieć o sobie. O samym świecie i technologii nie będę się wypowiadał, bo bym się rozpisał na co najmniej dwa razy tyle xd.

Ot, przygoda, przy której nie bawiłem się dobrze i trochę mnie nużyła, ale nie było też źle.

Całość oceniam na Średniaka, przy którym można się dobrze bawić mocno mrużąc oczy ;).

Hej, ZigiN

Widzę długi komentarz, krytyczny, no to lecimy ;)

Na początku powiem, że czytało się w miarę lekko, ale chyba mam za dużo ale. Mimo barwnego świata, miałem dziwne odczucie, że mieszasz gatunki. Zaczynasz fantastyką, szturchasz science, latasz na statkach wyciągniętych ze steampunku, i dolatujesz do statku obcych. Nie wiem, czy to zamierzony efekt, ale koniec końców, mimo że z początku się podobał i był fascynujący, tak z czasem przestał i powodował u mnie więcej pytań niż powinien.

Oczywiście, że mieszam gatunki. Nie pierwszy raz i nie ostatni, a całość była całkowicie zamierzona.

Ale, ale, zacznę od początku. Mapka średnia, naciągane 4/10 :)

Na najpiękniejszą mapkę nie startuje. Ma tylko spełniać zadanie, więc 4/10 wystarczy.

Na przykład motywacja bohatera? Jaka jest? Gość w zbroi, który lubi bajery chce pistolet? Podobno był naukowcem i tak dalej, nie może sobie takiego w wolnym czasie zrobić? Ale myślę, oki doki, mogę to przyjąć, może to jakiś unikat – problem w tym, że przez kupę tekstu nie mamy tej prawdziwej motywacji i on wychodzi na gościa, który ratuje świat bo chce pukawkę. Trochę absurdalne i… mało wiarygodne? A to powinno być ważne, bo będziemy z tą myślą dość długo, gdyż karty odkrywasz bardzo późno.

Motywacja jest – a że nie wyjaśniona od samego początku w całości. Cóż, nie wykładam od razu kawy na ławę i tyle. Tak, Sall ratuje świat, bo początkowo chce pukawkę, potem chce uratować świat i mieć pukawkę, później tylko uratować świat. A czemu chce pukawkę? Bo chce ją studiować. A czemu chce ją studiować? Bo zobaczył, co ona potrafi. A jak ma się jej moc do chęci zdobycia? Ano właśnie, ktoś, kto nie może zdjąć zbroi i dziewczyna z cienia łączą się z mocą pistoletu.

Sall bierze ślimakoida i dziewczynę na muszkę, choć sekundę temu uratował im tyłki? Czemu? Nie wiadomo, tak miało być.

Bo właśnie przez nich musiał walczyć, wyleciał przez sklep, wylądował w opadkach, trochę się poharatał, chciałby wiedzieć, co się tu dzieje i przede wszystkim – jak ślimakoid i dziewczyna są związani z Kulawym i co wiedzą o pistolecie. Czy nacisnąłby spust? Nie. Grożenie komuś nie znaczy, że zamierzasz komuś zrobić krzywdę.

Otóż, nie mam pojęcia, co mają we łbach śmikoidy, ale na pewno nie mózgi, skoro wysyłają na niebezpieczny włam ślepą dziewczynę. Heh, nie, nie kupuję tego, totalnie, została tam wrzucona bez konkretnego powodu, żeby po prostu spędziła czas z bohaterem (a przy tym nie wyczułem, żeby nawiązali jakąś więź). Podniosła rękę, zgłosiła się i jedynym głosem sprzeciwu było “Ja mam na sobie zgrzytającą zbroję płytową, a ona jest ślepa. Ślepa, do diabła! Najgorsza para włamywaczy na świecie.” na co odpowiedzią było “E tam, marudzisz, Zigi, to ma sens”.

Mam wrażenie, że ominąłeś co drugie zdanie w tekście, albo ja piszę wyjątkowo niejasno, ale spoko, już wyjaśniam ;) Po kolei: wysyła jeden ślimakoid ślepą dziewczynę na włam, bo sam do tego się kompletnie nie nadaje, a plan, że Sall jest jej oczami, ma przynajmniej jakieś szanse powodzenia. Więc nie wysyła jej samej, prawda? Co do więzi, Twój odbiór to Twój odbiór, nic mi do tego.

Otóż “no nie bardzo, chyba że chodzi tylko o humor”. Miałoby, gdyby jej umiejętności były jakoś niezbędne, albo przynajmniej potrzebne. Tak tylko zaszczyca nas obecnością i humorem.

Akrobatycznie uzdolniona jest. A nawet gdyby szanse byłyby małe, rozmowa w Lagunie wyjaśnia, że i tak nie mają wyboru, bo bez kostki są skazani na porażkę. Lepsza mała szansa niż żadna, prawda? No i wciąż na miejcu jest Sall.

Myślę, że koniec końców nawet ty, Zanaisie, to zauważyłeś, bo wywalileś ślepą przez mur i pozwoliłeś się zająć sprawą naszemu metalowemu taranowi, który wpadł do posiadłości i z niej wypadł jak gdyby nigdy nic.

Przykro mi, ale nic takiego nie zauważyłem.

Nie wierzę, że dom kolekcjonera nie miał silniejszej straży, solidnych zabezpieczeń, alarmów czy chociażby pułapek (a nawet jak nie mieli, to nie posłali za nim przynajmniej pościgu?). Mocne bronie, jak lasery chybiają, ale bełty trafiają i się odbijają. Jak zwykle szturmowcy nie przeszli szkolenia :/

Miał strażników, miał maga. Czy gdyby na dachu umieszczono wieżyczki obronne, które Sall zestrzeliłby pistoletem, byłaby to drastyczna zmiana? Alarm? Rozbicie muru chyba wystarczająco zaalarmowało strażników na zewnątrz. Czy gdyby laser trafił i wypalił dziurę w ręce Salla zmieniłoby to zakończenie włamu? Aha, i bełty mają pełne prawo odbić się od zbroi.

Ogólnie cała akcja poszła za łatwo. Poza tym, że Sall został zmuszony do działania gwałtownego, nie stało się nic, co mogłoby mu zagrozić (jego obrażenia fizyczne, które wspomniałeś w poprzednich komentarzach można przyrównać do drzazgi w palcu, bo finalnie nie przekładają się na fabułę – np. nie miał problemu ze skokiem, bo bolała go noga tylko po prostu nie doleciał).

Nie miał problemu ze skokiem z powodu nogi, bo wyleczył ją w Lagunie… A o jakie konkretnie zagrożenie Ci chodzi? Bo…

A szkoda, bo fajne miejsce na pierwsze kłopoty. Sall mógłby wywołać zamieszanie i zostać złapany, a ta dziewczynka tymczasem wkradłaby się i gwizdnęła mapę – albo odwrotnie, bo skoro Sall jest nietykalny, to postaw stawkę na dziewczynę, która ma uratować świat – po czym oboje jakoś wykaraskaliby się z tarapatów dzięki np. sprytowi May i głupiej odwadze Salla, a nie armorowi i broni walącej piorunami. A tak mamy “Taranuj, Sall, taranuj, jakoś to będzie!”. Tutaj zgadzam się z komentarzem Światowider przy temacie “tak, i” oraz “tak, ale”. 

Z pewnością “dziewczynka” uratowałaby Salla, gdy jest niewidoma. Przed chwilą zarzucałeś, że Hubold wysłał ją na włam (z Sallem), a teraz sam ją wysyłasz na włam bez pomocy. Trochę konsekwencji w narzekaniu ;) Ciekawe, co rozumiesz przez spryt Mayi i głupią odwagę Salla. Natomiast argument przeciw bronie walącej piorunami jest również argumentem przeciw magicznym np. mieczom, bo gdyby nie magiczny miecz bohater nie pokonałby demona itp. itd. A zbroi nie wspomnę, bo facet, który nie może wyjść ze zbroi, jest z nią fabularnie związany, a więc udawanie, że jej nie ma, nie służy niczemu.

Wygląda to tak, jakbyś nie miał planu na ten fragment fabuły i chciał wcisnąć jakąś akcję. Problem w tym, że akcja powinna powodować w czytelniku emocje, chwilę niepewności, gdy bohater staje przed zagrożeniem i napięcia, gdy próbuje je pokonać. Tutaj tego absolutnie nie ma. Ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że Sall może zostać schwytany albo mieć poważne kłopoty.

Cóż, jeśli tak dla Ciebie wygląda, nie mam na to wpływu. Może to po prostu słaby fragment ;)

I to też jest mój główny zarzut – brak napięcia w opowiadaniu. Bohaterowie robią co muszą i dzieje się to bez żadnych konsekwencji.

Kiedy czytam książkę, gdzie na zbudowanie postaci autor ma kilkaset stron, po czym tej postaci grozi śmierć – odczuwam napięcie. Kiedy czytam opowiadanie, szczególnie w heroik fantasy, tego rodzaju napięcia nie odczuwam. Nie wiem, czy czytałeś, ale naprawdę podczas któregokolwiek z opowiadań o Gotreku i Feliksie, Eryku z Melnibone, Kane, Dilvishu, Shev i Javre, czułeś strach, że bohater zginie? Jeśli tak, to zazdroszczę, ja nie.

Późniejsza scena statkiem ma chyba tylko dwa zadania – wprowadzić backstory bohatera i wyjaśnić w końcu motywację oraz rzucić nam kolejną dawką akcji.

Zapomniałeś o głównym – podróży w góry.

Wprowadzenie nowej rasy szczurowatych i ich mocy próbuje rozbudowywać świat, ale niepotrzebnie przedłuża opowiadanie.

Nie piszę świata na potrzeby bohaterów. Staram się, aby u mnie świat żył. Można to lubić albo nie.

Ich rasa nie wnosi absolutnie nic, prócz tego, że są załogą statku (i humoru oczywiście) a całość mogłaby się bez nich obejść nic nie tracąc, albo zmieniając ich na np. ludzi albo ślimakoidy. 

Oczywiście, że całość mogłaby się obejść bez nich. Powiedziałbym, że o ile dane opowiadanie nie dotyczy głównie różnic kulturowych między danymi rasami, zdecydowana większość innych ras w fantasy mogłaby nie istnieć. 

Nawet jeśli limit jest duży, nadal warto skupiać się na rzeczach najważniejszych, a szczuraki to typowy rozpraszacz, który ma pozować na coś ciekawego. (i dla wielu może takie być, ale wolałbym rozbudowany inny fragment)

Co kto lubi :)

Co do samego starcia powietrznego już ciekawszym byłoby, gdyby byli to ludzie kolekcjonera, któremu chwilę temu nacisnęli na odcisk.

Możliwe, tylko pod jakim kątem ciekawsi? A gdyby to był przypadkowy statek piracki?

Zakończenie, cóż… było. Być może bardziej doceniłbym finalną akcję, gdybym choć trochę się martwił bohaterami. Sallem nie martwiłem się w ogóle, Mayą również, bo Sall stoi za nią murem i w razie czego staranuje zagrożenie.

Czyli gdy maczuga leci wprost w głowę Salla też się nie martwisz, bo wiesz, że sobie poradzi. W takim razie, kiedy się martwisz? Czy jakby Sall stracił rękę, byś się martwił, czy uznał, że sobie poradzi, bo ma drugą? ;) Wybacz, ale to martwienie się o bohaterów mnie śmieszy. Może za dużo poczytałem Abercrombiego, gdzie nie martwiłem się o bohaterów, a jednak nie potrafiłem się oderwać od lektury. Kwestia gustu, jak sądzę.

A zniszczenie statku obcych mieczem… humor do kwadratu i jak spojrzeć na to logicznie to pojawiają się kolejne pytania.

Następny razem postaram się dać bohaterom jakaś silniejszą broń – karabin albo pistolet z piorunami… oh, wait. Wtedy nie będzie napięcia ;)

Ogólnie jestem zawiedziony opowiadaniem.

Nie dogodzi się wszystkim. Nadal dzięki, że przemęczyłeś i dotrwałeś do końca.

Miało potencjał, wątek kolorów całkiem dobry (przypomina mi system z “Rozjemcy” Sandersona), bohater z początku ciekawi, bo nosi zbroje i ma gadżety, ale koniec końców nie wpada w żadne kłopoty, nie ma problemów, nie zmienia się (co nie musi być wadą) i ratuje z Mayą świat.

Bohater ciekawy, bo ma zbroję? o.0

Akurat bohater trochę się tam zmienia, ale co tam. Natomiast, że ratuje świat to wada? Drugie o.0

Sama Maya też jakoś tak nie wybrzmiewa w tekście. Jest głównie elementem humorystycznym i kimś, komu bohater może opowiedzieć o sobie.

Poza wpadnięciem w krzak róży nie widzę w jej historii wiele humoru, ale co odbiór to odbiór.

O samym świecie i technologii nie będę się wypowiadał, bo bym się rozpisał na co najmniej dwa razy tyle xd.

Nie krępuj się.

 

Miło, że wpadłeś i napisałeś długi komentarz. Czekam teraz na Twojego heroika i mam nadzieję, że poczuje to osławione napięcie, inaczej będę rozczarowany ;)

Pozdrawiam

 

 

 

 

Motywacja jest – a że nie wyjaśniona od samego początku w całości. Cóż, nie wykładam od razu kawy na ławę i tyle. Tak, Sall ratuje świat, bo początkowo chce pukawkę, potem chce uratować świat i mieć pukawkę, później tylko uratować świat. A czemu chce pukawkę? Bo chce ją studiować. A czemu chce ją studiować? Bo zobaczył, co ona potrafi. A jak ma się jej moc do chęci zdobycia? Ano właśnie, ktoś, kto nie może zdjąć zbroi i dziewczyna z cienia łączą się z mocą pistoletu.

No tak, ale tekst nie wyjaśnia nam, czy dziewczyna z cienia jakkolwiek może się łączyć z mocą z pistoletu. Może to być część technologii tego świata, coś na wzór broni i tyle, bez głębszego dna. Okazuje się inaczej, ale dość późno. Zaznaczenie tego wcześniej wymusiłoby pewne zmiany, ale może motywacja Salla byłaby konkretniejsza.

 

Bo właśnie przez nich musiał walczyć, wyleciał przez sklep, wylądował w opadkach, trochę się poharatał, chciałby wiedzieć, co się tu dzieje i przede wszystkim – jak ślimakoid i dziewczyna są związani z Kulawym i co wiedzą o pistolecie. Czy nacisnąłby spust? Nie. Grożenie komuś nie znaczy, że zamierzasz komuś zrobić krzywdę.

Sall sam się wciągnął w konflikt, który przy charakterze bohatera był nieunikniony. Na upartego można powiedzieć, że musiał walczyć przez napastników. Ale celowanie w bronią w osoby, które dopiero co się uratowało nie jest raczej/nie powinno być pierwszą rzeczą, jaką się robi. Skoro ich uratował, to na spokojnie mógłby zapytać, zamiast grozić – nawet jeśli groźby nie spełni. W końcu są mu coś winni. No ale ilu ludzi tyle reakcji. Moim zdaniem to dość dziwna reakcja, biorąc pod uwagę, że stanął w ich obronie. Finalnie kwestia sporna.

Mam wrażenie, że ominąłeś co drugie zdanie w tekście, albo ja piszę wyjątkowo niejasno, ale spoko, już wyjaśniam ;) Po kolei: wysyła jeden ślimakoid ślepą dziewczynę na włam, bo sam do tego się kompletnie nie nadaje, a plan, że Sall jest jej oczami, ma przynajmniej jakieś szanse powodzenia. Więc nie wysyła jej samej, prawda? Co do więzi, Twój odbiór to Twój odbiór, nic mi do tego.

Piszesz jasno, ale nie wyjaśniasz. To nie odpowiada na moje pytanie “Dlaczego ślepa dziewczyna ma iść na włam”. Sall bez niej poradziłby sobie równie dobrze, w końcu ma oczy (oczywiście mam na myśli, że przebiły się do celu, a nie skradał). Z tego, co zrozumiałem, ona miała się wkraść, a Sall miał jej ogarniać drogę tubami transmisyjnymi. Tutaj też było pole do manewru, gdyby prawie-prawie im się udało i zostałaby schwytana. Wtedy przebijanie się Salla przez wrogów byłoby ciekawsze.

Miał strażników, miał maga. Czy gdyby na dachu umieszczono wieżyczki obronne, które Sall zestrzeliłby pistoletem, byłaby to drastyczna zmiana? Alarm? Rozbicie muru chyba wystarczająco zaalarmowało strażników na zewnątrz. Czy gdyby laser trafił i wypalił dziurę w ręce Salla zmieniłoby to zakończenie włamu? Aha, i bełty mają pełne prawo odbić się od zbroi.

Miał strażników i maga, przez których Sall się przebił. Nie mówię, żeby umieszczać alarmy i pułapki na każdym możliwym kroku. A gdyby laser wypalił dziurę w ręce Salla i przez to zostałby ranny i schwytany to tak, zmieniłoby to zakończenie.

Nie miał problemu ze skokiem z powodu nogi, bo wyleczył ją w Lagunie… A o jakie konkretnie zagrożenie Ci chodzi? Bo…

O takie, że cokolwiek mu będzie, wydaje się, że Sall z łatwością sobie z tym poradzi. Dlatego wspomniałem, że np. akcja mogłaby się trochę zamieszać i May by została złapana. To jest ewidentne zagrożenie dla ich misji. Sall musiałby ją odbijać i istniałoby ryzyko, że stanie się jej krzywda, przez którą nie mogłaby kontynuować misji ratowania świata. Zagrożenie powinno polegać właśnie na tym – zagrożeniu ich misji. ps. wiem że wyleczył nogę i właśnie o to chodzi – Sall się zawsze wykaraska, przez co nie czuć, że coś może mu się złego stać, a takiej postaci trudno kibicować.

Z pewnością “dziewczynka” uratowałaby Salla, gdy jest niewidoma. Przed chwilą zarzucałeś, że Hubold wysłał ją na włam (z Sallem), a teraz sam ją wysyłasz na włam bez pomocy. Trochę konsekwencji w narzekaniu ;) Ciekawe, co rozumiesz przez spryt Mayi i głupią odwagę Salla. Natomiast argument przeciw bronie walącej piorunami jest również argumentem przeciw magicznym np. mieczom, bo gdyby nie magiczny miecz bohater nie pokonałby demona itp. itd. A zbroi nie wspomnę, bo facet, który nie może wyjść ze zbroi, jest z nią fabularnie związany, a więc udawanie, że jej nie ma, nie służy niczemu.

“albo odwrotnie” jak napisałem. Jestem, a przynajmniej próbuję być konsekwentny w narzekaniu, choć często tracę na to ochotę :p. odwrotnie – May złapana, Sall musi ją ratować. Co rozumiem przez spryt i głupią odwagę? A to, że May mogłaby się sprytem wykazać, a Sall jest głupio odważny, skoro nie potrafi się bić, jak sam mówi, a idzie się bić. Hipotetyczna sytuacja, gdyby szli z planem, a May zostałaby złapana. Sall się wbija, robi zamieszanie i walczy ile może, heroicznie próbując odbić dziewczynkę. Tymczasem gdy oni są nim zajęci, May po omacku (bo jest ślepa) znajduje cel włamu, w kominku pali się ogień i uznaje, że pożar to fajny pomysł. Rozpoczyna się chaos, w którym walka zbiega na drugi plan, bo trza ratować kolekcję właściciela, niemal pokonany Sall to wykorzystuje, łapie ją pod pachę i wio za okno. Ona sprytnie rozproszyła wrogów, a on heroicznie ją uratował.

Żebyśmy się teraz źle nie zrozumieli. Mieszasz gatunki, więc broń waląca piorunami jest okej, tu i tak jest scena walki. Chodziło mi raczej o odczucie, że Sall wydaje się rozwiązywać wszystko dzięki gadżetom. Zbroja jest bardzo, bardzo ciekawym elementem. Robi z niego taran, który rozwala ściany i tak dalej, czyniąc go nietykalnym. A skoro on jest nietykalny, to zagrożenie jest małe, dlatego tak często wspominałem w moim komentarzu, żeby podbić stawkę i zamiast rzucenia wszelkich sił na Salla, wciągnąć do akcji May i to ją wpakować w kłopoty. Skoro gość jest niemalże nietykalny, niech się pomartwi o innych.

Kiedy czytam książkę, gdzie na zbudowanie postaci autor ma kilkaset stron, po czym tej postaci grozi śmierć – odczuwam napięcie. Kiedy czytam opowiadanie, szczególnie w heroik fantasy, tego rodzaju napięcia nie odczuwam. Nie wiem, czy czytałeś, ale naprawdę podczas któregokolwiek z opowiadań o Gotreku i Feliksie, Eryku z Melnibone, Kane, Dilvishu, Shev i Javre, czułeś strach, że bohater zginie? Jeśli tak, to zazdroszczę, ja nie.

Gdyby chodziło tylko o strach, czy bohater zginie, przyznałbym ci rację. Nie wiem czy czytałeś, ale wezmę dość popularny i gadany przez tłumy przykład. Uwaga, sięgam do Sapkowskiego xD. Czytając “Mniejsze Zło” po prostu wiem, że Geralt nie umrze. Bo się nie da, bo to zabijaka, bo to wiedźmin. Ale przejmuję się nim, przejmuję się Renfri i pluję na głupiego maga. I gdy Geralt koniec końców zabija Renfri, jestem zwyczajnie smutny. To mam ma myśli pisząc “Konsekwencje”. A tak to bohater nie ma żadnych większych konsekwencji. Włam? Udało się, lecim dalej. Atakują nasz statek? Jep, źli pokonany, nasz statek spada? Nie szkodzi, damy radę. Nikomu nic nie jest. Finalna decyzja? Zniszczony pistolet. Ktoś ucierpiał? Tylko źli, w drogę czas. 

Zapomniałeś o głównym – podróży w góry

Nie, nie zapomniałem. Po prostu mój mózg skupił się na innych aspektach tej sceny i zapomniał dodać zdania :(

Nie piszę świata na potrzeby bohaterów. Staram się, aby u mnie świat żył. Można to lubić albo nie.

Szanuję podejście, jest jak najbardziej poprawne, ale świat nie byłby mniejszy bez szczuraków, którzy niewiele wnoszą do samej historii. Prócz podróży w góry, oczywiście.

Możliwe, tylko pod jakim kątem ciekawsi? A gdyby to był przypadkowy statek piracki?

Gdyby to był przypadkowy statek piracki to bym się uśmiał :) No nie ważne.

Czyli gdy maczuga leci wprost w głowę Salla też się nie martwisz, bo wiesz, że sobie poradzi. W takim razie, kiedy się martwisz? Czy jakby Sall stracił rękę, byś się martwił, czy uznał, że sobie poradzi, bo ma drugą? ;) Wybacz, ale to martwienie się o bohaterów mnie śmieszy. Może za dużo poczytałem Abercrombiego, gdzie nie martwiłem się o bohaterów, a jednak nie potrafiłem się oderwać od lektury. Kwestia gustu, jak sądzę.

Odpowiadając na pierwsze pytanie. Zmartwiłbym się, gdyby go złapali, zabrali gadżety i unieruchomili, po czym chcieli zrobić z niego grilowaną zbroję. Gdyby stracił rękę, to bym się nie martwił. Pewnikiem ma gadżet, który mu ją odrośnie. W sumie to byłoby fajne. Ucina mu się rękę, statek zmienia go w robota, ręka mu odrasta gdy się odmienia. Gites xD – oczywiście w żartach.

Też naczytałem się Abercrombiego. W książkach pomiędzy trylogiami raczej się o bohaterów nie martwiłem, ale w samych trylogiach zawsze towarzyszyła mi ta presja i niepewność, co się z nimi stanie. W krótkich formach czasami mam podobne doświadczenia. Np. nie wiem czy czytałeś “Cena Milczenia” autorstwa Pawełka. Tam bohater staje się praktycznie nieśmiertelny, można powiedzieć, że jego skóra stała się zbroją nie do przebicia. I ratuje go ona przed zagrożeniem fizycznym, tak jak zbroja ratuje Salla, ale w przeciwieństwie do niego on wpada w kłopoty innego rodzaju, gdzie musi częściej ruszyć głową (nie mylić z żartem o przyłożeniu z bańki) żeby wyjść z opresji albo podjąć konkretną decyzję. I często właśnie zagrożenie nie dotyka bezpośrednio jego, a osoby mu towarzyszące. Taką decyzję, żeby ratować May podjął Sall pod koniec, gdy zniszczył pistolet, ale ona nie wybrzmiewa, bo spluwa nie jest jedynym rozwiązaniem problemu Salla i w przyszłości możliwe, że znajdzie co innego. 

 

Następny razem postaram się dać bohaterom jakaś silniejszą broń – karabin albo pistolet z piorunami… oh, wait. Wtedy nie będzie napięcia

Ależ będzie! Jeśli postać nie ogarnie odrzutu kałacha to przestrzeli żyrandol nad głową, on spadnie i ją zabije. XD. Ale serio. Zniszczyć statek mieczem (czy tam ogniwa i tak dalej)? Weź miecz, łom, czy cokolwiek i spróbuj zniszczyć np. pralkę. Trochę będzie zabawy, a co dopiero przy statku kosmitów. Powodzenia.

Bohater ciekawy, bo ma zbroję? o.0

Akurat bohater trochę się tam zmienia, ale co tam. Natomiast, że ratuje świat to wada? Drugie o.0

Zanaisie, nie wiem czy robisz sobie ze mnie żarty czy tak jakoś wyszło. Tak, bohater, który nie może zdjąć zbroi, która czyni go op może być ciekawy. Myśłałem, że o tym wspominałem. Znam kilka przypadków (a przynajmniej dwa). Twój jest z początku. Wjeżdża na gravikoniu, udaje kozaka, bije się gadżetami i… i tak przez cały czas. Brakło tutaj delikatnego urozmaicenia. Nie mówię o jakichś fajerwerkach, ale, no nie wiem. Może uwypuklenia wad? Bo na ten moment zalety posiadania zbroi o wiele przebijają wady. Jestem niezniszczalny – jestem głośny. Mogę rozbijać mur – jestem głośny. Pominę żarty o tym gdzie się wypróżnia xD. Ratowania świata nie uważam za wadę.

Za wadę uważam.

Późne wprowadzenie motywacji bohatera.

Brak trudniejszych wyzwań na drodze bohatera i konsekwencji wydarzeń/starć

Słabe napięcie z powodu niezniszczalnego bohatera, który ciągle wychodzi z opresji i nudę, jaką to powoduje.

Brak

 

Poza wpadnięciem w krzak róży nie widzę w jej historii wiele humoru, ale co odbiór to odbiór

Bo później zrobiło się smutnawo – rozmowa, backstory Salla itp. finał. Ale od początku jest krzykliwa, zgłasza się, śmieje że nigdy się nie włamywała, piszczy że ją róża ukuła, gdy mają być cicho itp. Przy okazji nie mówię, że ten humor jest zły. Git, git.

Nie krępuj się

Przepraszam, już się skrępowałem ;-;

 

Miło, że wpadłeś i napisałeś długi komentarz. Czekam teraz na Twojego heroika i mam nadzieję, że poczuje to osławione napięcie, inaczej będę rozczarowany ;)

Drogi Zanaisie, umiejętność (choć możliwe że marna w moim wykonaniu) wskazania czegoś – cokolwiek – w opowiadaniu innym niż mojego autorstwa nie równia się sztuce ukazania tego we własnym opowiadaniu. Nie wiem też, czy wyślę coś na ten konkurs, ale postaram się. A jak nie zdążę to i tak pewnie wrzucę jakiś tekst, więc czuj się zaproszony ;)

Mimo że rzuciłeś teraz potężne 20 na perswazje i prowokację, ja wyrzuciłem więcej na “możliwe, że nie będzie mi się chciało” xD

No tak, ale tekst nie wyjaśnia nam, czy dziewczyna z cienia jakkolwiek może się łączyć z mocą z pistoletu. Może to być część technologii tego świata, coś na wzór broni i tyle, bez głębszego dna. Okazuje się inaczej, ale dość późno. Zaznaczenie tego wcześniej wymusiłoby pewne zmiany, ale może motywacja Salla byłaby konkretniejsza.

Cóż, jak pisałem, Twój odbiór, to Twój odbiór.

Sall sam się wciągnął w konflikt, który przy charakterze bohatera był nieunikniony. Na upartego można powiedzieć, że musiał walczyć przez napastników. Ale celowanie w bronią w osoby, które dopiero co się uratowało nie jest raczej/nie powinno być pierwszą rzeczą, jaką się robi. Skoro ich uratował, to na spokojnie mógłby zapytać, zamiast grozić – nawet jeśli groźby nie spełni. W końcu są mu coś winni. No ale ilu ludzi tyle reakcji. Moim zdaniem to dość dziwna reakcja, biorąc pod uwagę, że stanął w ich obronie. Finalnie kwestia sporna.

Wiesz, gdyby każdy bohater unikał kłopotów, miałbyś albo opowiadania kończące się po pięciu zdaniach, albo bohaterów, których trzeba siłą przymuszać, aby coś zrobili – pasywnych. Celowanie z broni w spokojnej rozmowie nie miałoby sensu, tutaj? Ja go widzę.

Piszesz jasno, ale nie wyjaśniasz. To nie odpowiada na moje pytanie “Dlaczego ślepa dziewczyna ma iść na włam”. Sall bez niej poradziłby sobie równie dobrze, w końcu ma oczy (oczywiście mam na myśli, że przebiły się do celu, a nie skradał). Z tego, co zrozumiałem, ona miała się wkraść, a Sall miał jej ogarniać drogę tubami transmisyjnymi. Tutaj też było pole do manewru, gdyby prawie-prawie im się udało i zostałaby schwytana. Wtedy przebijanie się Salla przez wrogów byłoby ciekawsze.

Dlatego, że pierwszą myślą przy włamaniu nie musi być wjechanie ciężarówką w sklep (choć i to się zdarza), tylko cicha kradzież. Uciekasz się już tutaj do argumentu typu “lepiej by było, gdyby było inaczej”, który jest tak ogólny, że trudno się konkretnie przed nim obronić. I znów wracasz do schwytania. Nie, dla mnie schwytanie to nie top budowania napięcia czy przygody i według mnie nie byłoby ciekawsze.

Miał strażników i maga, przez których Sall się przebił. Nie mówię, żeby umieszczać alarmy i pułapki na każdym możliwym kroku. A gdyby laser wypalił dziurę w ręce Salla i przez to zostałby ranny i schwytany to tak, zmieniłoby to zakończenie.

Schwytany po raz kolejny. Nie, nie zmieniłoby zakończenia, bo tak czy inaczej, musieliby wykraść mapę i iść dalej. Wydostanie się z niewoli to nie główna oś tego opowiadania.

O takie, że cokolwiek mu będzie, wydaje się, że Sall z łatwością sobie z tym poradzi. Dlatego wspomniałem, że np. akcja mogłaby się trochę zamieszać i May by została złapana. To jest ewidentne zagrożenie dla ich misji. Sall musiałby ją odbijać i istniałoby ryzyko, że stanie się jej krzywda, przez którą nie mogłaby kontynuować misji ratowania świata. Zagrożenie powinno polegać właśnie na tym – zagrożeniu ich misji. ps. wiem że wyleczył nogę i właśnie o to chodzi – Sall się zawsze wykaraska, przez co nie czuć, że coś może mu się złego stać, a takiej postaci trudno kibicować.

O złapaniu już nie będę się powtarzał. Czy Sall by wbiegł tam po kostkę, czy aby uratować Mayę, której wiadomo, że się nic nie stanie, koniec byłby taki sam. Mylisz zasady konwencji i całości tekstu. To nie dark fantasy, co można szybko i łatwo poznać. Naprawdę spodziewałbyś się tutaj zabicia niewidomej dziewczyny, od której zależy powodzenie całej misji? Przecież to wiadomo, że nie może tak po prostu umrzeć w 1/3 drogi.

Nie, kibicowanie postaci nie zależy od leczenia. Inaczej bohaterowie po paru odcinkach serialu albo cyklu opowiadań przypominaliby okaleczonych żebraków.

A to, że May mogłaby się sprytem wykazać, a Sall jest głupio odważny, skoro nie potrafi się bić, jak sam mówi, a idzie się bić. Hipotetyczna sytuacja, gdyby szli z planem, a May zostałaby złapana. Sall się wbija, robi zamieszanie i walczy ile może, heroicznie próbując odbić dziewczynkę. Tymczasem gdy oni są nim zajęci, May po omacku (bo jest ślepa) znajduje cel włamu, w kominku pali się ogień i uznaje, że pożar to fajny pomysł. Rozpoczyna się chaos, w którym walka zbiega na drugi plan, bo trza ratować kolekcję właściciela, niemal pokonany Sall to wykorzystuje, łapie ją pod pachę i wio za okno. Ona sprytnie rozproszyła wrogów, a on heroicznie ją uratował.

Po czym kończymy opowiadanie, bo właśnie wyczerpał się limit. Nie twierdzę, że Twój pomysł nie ma sensu (pomijając szczegóły, o czym za chwilę), ale kiedy planujesz tekst, wybierasz styl i wybierasz sceny do pokazania. Ja piszę tutaj prawie bez tella, głównie show, a to wydłuża. Po drugie jest tu motyw dalekiej podróży. A po trzecie, przyglądając się Twojemu pomysłowi, Mayę już dawno by zabito albo przynajmniej związano, oczywiście też twierdzisz, że Maya po omacku znajduje cel włamu – czyli uważasz, że daliby ją gdzieś blisko kolekcji, nie zwrócili uwagi na chodzącą dziewczynę-włamywaczkę, a ona znalazłaby kostkę, po czym podpaliła dom ze sobą w środku, bo walka nie jest wystarczającym chaosem ;) Zarzucasz mi, że nie planuję scen, ale moje przynajmniej nie obrażają mojego poczucia logiki ;) Wolę krzak róży z humorem niż coś takiego. Ach, no i oczywiście, skoro podpaliliśmy dom, to ciekawe ile osób spłonie… A może pali się tylko obok kominka, w takim razie skąd ci na dole mają o tym wiedzieć? Bo przecież nie ma nikogo z Maya, inaczej ktoś mógłby powstrzymać ją przed wznieceniem pożaru i kradzieżą.

Żebyśmy się teraz źle nie zrozumieli. Mieszasz gatunki, więc broń waląca piorunami jest okej, tu i tak jest scena walki. Chodziło mi raczej o odczucie, że Sall wydaje się rozwiązywać wszystko dzięki gadżetom. Zbroja jest bardzo, bardzo ciekawym elementem. Robi z niego taran, który rozwala ściany i tak dalej, czyniąc go nietykalnym. A skoro on jest nietykalny, to zagrożenie jest małe, dlatego tak często wspominałem w moim komentarzu, żeby podbić stawkę i zamiast rzucenia wszelkich sił na Salla, wciągnąć do akcji May i to ją wpakować w kłopoty. Skoro gość jest niemalże nietykalny, niech się pomartwi o innych

Skoro gość jest nietykalny – dostaje w łeb w pierwszym starciu, zraniona noga, zranienie podczas lądowania, strzaskane kolano i prawie śmierć podczas finału, co wymusza zniszczenia pistoletu, który chciał zdobyć, brak leczenia. To więcej problemów niż wielu bohaterów napotyka w swoich heroikach.

Gdyby chodziło tylko o strach, czy bohater zginie, przyznałbym ci rację. Nie wiem czy czytałeś, ale wezmę dość popularny i gadany przez tłumy przykład. Uwaga, sięgam do Sapkowskiego xD. Czytając “Mniejsze Zło” po prostu wiem, że Geralt nie umrze. Bo się nie da, bo to zabijaka, bo to wiedźmin. Ale przejmuję się nim, przejmuję się Renfri i pluję na głupiego maga. I gdy Geralt koniec końców zabija Renfri, jestem zwyczajnie smutny. To mam ma myśli pisząc “Konsekwencje”. A tak to bohater nie ma żadnych większych konsekwencji. Włam? Udało się, lecim dalej. Atakują nasz statek? Jep, źli pokonany, nasz statek spada? Nie szkodzi, damy radę. Nikomu nic nie jest. Finalna decyzja? Zniszczony pistolet. Ktoś ucierpiał? Tylko źli, w drogę czas.

Nie czytałem Wiedźmina, choć próbowałem i nie zamierzam, więc trudno mi się odnieść. Porównujesz inną konwencję do innej, jedno opko do drugiego, a ja widzę, że brak Ci po prostu śmierci jakiejś postaci pozytywnej. Masz problem z happy endem. Heroik nie wymaga szarości Wiedźmina, bo to nie dark fantasy. 

Finalna decyzja? Zniszczony pistolet. Ktoś ucierpiał? Tylko źli, w drogę czas.

Ale jaki pistolet, w tym cała sprawa. I tak, ucierpieli głównie źli, natomiast brak osiągnięcia celu to również porażka. Niestety, nie postrzegam tego, jak Ty.

Zapomniałeś o głównym – podróży w góry

Nie, nie zapomniałem. Po prostu mój mózg skupił się na innych aspektach tej sceny i zapomniał dodać zdania :(

Eee… czyli zapomniałeś.

Nie piszę świata na potrzeby bohaterów. Staram się, aby u mnie świat żył. Można to lubić albo nie.

Szanuję podejście, jest jak najbardziej poprawne, ale świat nie byłby mniejszy bez szczuraków, którzy niewiele wnoszą do samej historii. Prócz podróży w góry, oczywiście.

To argument, na który ja powiem A, a Ty, B. Nie ma sensu kontynuuować.

 

Odpowiadając na pierwsze pytanie. Zmartwiłbym się, gdyby go złapali, zabrali gadżety i unieruchomili, po czym chcieli zrobić z niego grilowaną zbroję. Gdyby stracił rękę, to bym się nie martwił. Pewnikiem ma gadżet, który mu ją odrośnie. W sumie to byłoby fajne. Ucina mu się rękę, statek zmienia go w robota, ręka mu odrasta gdy się odmienia. Gites xD – oczywiście w żartach.

Złapanie po raz n-ty…

Też naczytałem się Abercrombiego. W książkach pomiędzy trylogiami raczej się o bohaterów nie martwiłem, ale w samych trylogiach zawsze towarzyszyła mi ta presja i niepewność, co się z nimi stanie. W krótkich formach czasami mam podobne doświadczenia. Np. nie wiem czy czytałeś “Cena Milczenia” autorstwa Pawełka. Tam bohater staje się praktycznie nieśmiertelny, można powiedzieć, że jego skóra stała się zbroją nie do przebicia. I ratuje go ona przed zagrożeniem fizycznym, tak jak zbroja ratuje Salla, ale w przeciwieństwie do niego on wpada w kłopoty innego rodzaju, gdzie musi częściej ruszyć głową (nie mylić z żartem o przyłożeniu z bańki) żeby wyjść z opresji albo podjąć konkretną decyzję. I często właśnie zagrożenie nie dotyka bezpośrednio jego, a osoby mu towarzyszące. Taką decyzję, żeby ratować May podjął Sall pod koniec, gdy zniszczył pistolet, ale ona nie wybrzmiewa, bo spluwa nie jest jedynym rozwiązaniem problemu Salla i w przyszłości możliwe, że znajdzie co innego. 

Książki pomiędzy trylogiami? Ja akurat przeczytałem od niego wszystko prócz YA i nie przypominam sobie, abym w którymkolwiek miejscu bał się o bohatera. Ale co czytelnik, to odbiór…

Nie, nie czytałem Pawełka i Sall nie jest nieśmiertelny, ani nie do zranienia.

Zniszczyć statek mieczem (czy tam ogniwa i tak dalej)? Weź miecz, łom, czy cokolwiek i spróbuj zniszczyć np. pralkę. Trochę będzie zabawy, a co dopiero przy statku kosmitów. Powodzenia.

Nie wiedziałem, że teraz zostałeś ekspertem od statków obcych :) Moje ogniwa to pralka. Spoko.

Zanaisie, nie wiem czy robisz sobie ze mnie żarty czy tak jakoś wyszło.

Mógłby spytać Cię o pewne zdania z Twojego komentarza, które też uważam za żarty.

Tak, bohater, który nie może zdjąć zbroi, która czyni go op może być ciekawy. Myśłałem, że o tym wspominałem. Znam kilka przypadków (a przynajmniej dwa). Twój jest z początku. Wjeżdża na gravikoniu, udaje kozaka, bije się gadżetami i… i tak przez cały czas. Brakło tutaj delikatnego urozmaicenia. Nie mówię o jakichś fajerwerkach, ale, no nie wiem. Może uwypuklenia wad? Bo na ten moment zalety posiadania zbroi o wiele przebijają wady. Jestem niezniszczalny – jestem głośny. Mogę rozbijać mur – jestem głośny. Pominę żarty o tym gdzie się wypróżnia xD. Ratowania świata nie uważam za wadę.

W takim razie musisz dokładniej pisać, co masz na myśli, bo odnoszę się do Twojego komentarza, a tam właśnie piszesz o wadach w postaci ratowania świata i bohatera ze zbroją. Powtarzam do znudzenia, że nie jest niezniszczalny, ale jak ktoś się uprze…

Za wadę uważam.

Późne wprowadzenie motywacji bohatera.

Brak trudniejszych wyzwań na drodze bohatera i konsekwencji wydarzeń/starć

Słabe napięcie z powodu niezniszczalnego bohatera, który ciągle wychodzi z opresji i nudę, jaką to powoduje.

Twój odbiór to Twój odbiór. Szanuję i nie mam nic do tego.

Drogi Zanaisie, umiejętność (choć możliwe że marna w moim wykonaniu) wskazania czegoś – cokolwiek – w opowiadaniu innym niż mojego autorstwa nie równia się sztuce ukazania tego we własnym opowiadaniu. Nie wiem też, czy wyślę coś na ten konkurs, ale postaram się. A jak nie zdążę to i tak pewnie wrzucę jakiś tekst, więc czuj się zaproszony ;)

Po Twoim niezwykle długim i wnikliwym komentarzu (nie wiem, dlaczego akurat ja zostałem zaszczycony tak długim wywodem) wnoszę, że właśnie wiesz, jak tych wad uniknąć we własnym tekście. To jak z błędami – rozumiesz je, znasz, więc ich nie robisz.

Ale nie ma sprawy, już mnie odwiedzali tacy, co krytykowali, a nic swojego nie dawali ;)

Mimo że rzuciłeś teraz potężne 20 na perswazje i prowokację, ja wyrzuciłem więcej na “możliwe, że nie będzie mi się chciało” xD

Mam nadzieję, że nie będzie Ci się chciało przez perspektywę mojej wizyty ;)

 

Przed konkursem czytałem sobie sporo heroików. Nie przypominam sobie żadnego, gdzie bohater umiera na końcu, ale wiem, że są. Nie mówię też o jakiejś wyjątkowej zmianie w samym bohaterze, bo to nie jest wtedy heroik, lub heroik, gdzie zmiana równa się śmierci, oznacza koniec bohatera. W każdym razie ewentualny smutek w opowiadaniu brał się ze śmierci postaci pobocznych, np. Wilczy Jeźdźcy i śmierć dziewczyny Felixa, czy Twój przykład z Renfri. Natomiast w wielu przypadkach ginęli tylko ci źli, bohater nie doświadczał żadnych zmian lub niewielkich. W opowiadaniach, które były przygodówkami, znajdował się i humor i nawet wyśmianie śmierci – np. Ucieczka z miasta, Abercrombiego i nieciekawy koniec karczmarza, gdzie czytelnik raczej się zaśmieje, niż zasmuci nad niewinnym facetem. Myślę, że, jak sam przyznałeś, wolisz dark fantasy, dlatego nie dziwię się, że mój tekst nie przypadł Ci do gustu. Ma swoje wady (jak każdy), natomiast w ramach swojej konwencji raczej spełnia założenia. Epatowanie obrzydliwościami, flakami i krwią, czy dramatyczne, egzystencjonalne wewnętrzne przeżycia bohatera na razie mi się znudziły. Ostatnio napisałem ich za wiele, a teraz chciałem napisać coś lekkiego, z naprawdę niewielką szarością.

Zgódźmy się na niezgadzaniu się i mam nadzieję, że zobaczę Twój tekst ;)

Wiesz, gdyby każdy bohater unikał kłopotów, miałbyś albo opowiadania kończące się po pięciu zdaniach, albo bohaterów, których trzeba siłą przymuszać, aby coś zrobili – pasywnych. Celowanie z broni w spokojnej rozmowie nie miałoby sensu, tutaj? Ja go widzę.

ej, ja nie mówię, że mieszanie się w konflikt jest złe

Dlatego, że pierwszą myślą przy włamaniu nie musi być wjechanie ciężarówką w sklep (choć i to się zdarza), tylko cicha kradzież. Uciekasz się już tutaj do argumentu typu “lepiej by było, gdyby było inaczej”, który jest tak ogólny, że trudno się konkretnie przed nim obronić. I znów wracasz do schwytania. Nie, dla mnie schwytanie to nie top budowania napięcia czy przygody i według mnie nie byłoby ciekawsze

łapanie bohaterów nie musi być top. Na pewno są inne sposoby. Wiesz, dla mnie bohater przebijający się przez wrogów, łapiący co ma złapać i uciekający bez większego szwanku też nie jest top. No ale tutaj gdybam nad tym, co byłoby ciekawsze, bo co innego mogę zrobić? Niezbyt lubię mówić coś w stylu “jak ja bym to zrobił” dlatego podaję losowe przykłady. Ogólnie każdy przykład typu “według mnie” jest zbyt ogólny i trudno cokolwiek powiedzieć.

Schwytany po raz kolejny. Nie, nie zmieniłoby zakończenia, bo tak czy inaczej, musieliby wykraść mapę i iść dalej. Wydostanie się z niewoli to nie główna oś tego opowiadania.

to jest ciągle ten sam przykład – schwytany/schwytana można zamienić na jakikolwiek inny problem.

O złapaniu już nie będę się powtarzał. Czy Sall by wbiegł tam po kostkę, czy aby uratować Mayę, której wiadomo, że się nic nie stanie, koniec byłby taki sam. Mylisz zasady konwencji i całości tekstu. To nie dark fantasy, co można szybko i łatwo poznać. Naprawdę spodziewałbyś się tutaj zabicia niewidomej dziewczyny, od której zależy powodzenie całej misji? Przecież to wiadomo, że nie może tak po prostu umrzeć w 1/3 drogi.

Nie, kibicowanie postaci nie zależy od leczenia. Inaczej bohaterowie po paru odcinkach serialu albo cyklu opowiadań przypominaliby okaleczonych żebraków.

Zanais. Nie chodzi mi o zabijanie kogokolwiek. To nie jest dark fantasy, gdzie takie zabiegi mogą zaistnieć.

Co do leczenia, to nie jest odcinkowy serial albo cykl opowiadań. I nie chodzi mi strikte o to, że się leczy. Ech… nie ważne. Tutaj się nie zrozumieliśmy.

 

Po czym kończymy opowiadanie, bo właśnie wyczerpał się limit. Nie twierdzę, że Twój pomysł nie ma sensu (pomijając szczegóły, o czym za chwilę), ale kiedy planujesz tekst, wybierasz styl i wybierasz sceny do pokazania. Ja piszę tutaj prawie bez tella, głównie show, a to wydłuża. Po drugie jest tu motyw dalekiej podróży. A po trzecie, przyglądając się Twojemu pomysłowi, Mayę już dawno by zabito albo przynajmniej związano, oczywiście też twierdzisz, że Maya po omacku znajduje cel włamu – czyli uważasz, że daliby ją gdzieś blisko kolekcji, nie zwrócili uwagi na chodzącą dziewczynę-włamywaczkę, a ona znalazłaby kostkę, po czym podpaliła dom ze sobą w środku, bo walka nie jest wystarczającym chaosem ;) Zarzucasz mi, że nie planuję scen, ale moje przynajmniej nie obrażają mojego poczucia logiki ;) Wolę krzak róży z humorem niż coś takiego. Ach, no i oczywiście, skoro podpaliliśmy dom, to ciekawe ile osób spłonie… A może pali się tylko obok kominka, w takim razie skąd ci na dole mają o tym wiedzieć? Bo przecież nie ma nikogo z Maya, inaczej ktoś mógłby powstrzymać ją przed wznieceniem pożaru i kradzieżą.

Tutaj można się rozwodzić, jaka byłaby długość takiej akcji, jak by to rozpisać na krótko ale dobrze, gdzie np. coś przyciąć i te sprawy, więc sobie daruję. Co do mojego pomysłu, weź pod uwagę, że to hipotetyczny, zupełnie losowy przykład i doczepianie się do niego to jak bicie niepełnosprawnego, któremu ktoś podstawił nogę. Nie miałem zamiaru obrazić nią czyjegokolwiek poczucia logiki. Chociaż jak kruche musi być czyjeś poczucie logiki by zostać obrażone randomowym przykładem z przysłowiowej d… . Ten przykład można by rozbudować w dowolny sposób, albo dać inny, ale gdzie w tym sens? 

Skoro gość jest nietykalny – dostaje w łeb w pierwszym starciu, zraniona noga, zranienie podczas lądowania, strzaskane kolano i prawie śmierć podczas finału, co wymusza zniszczenia pistoletu, który chciał zdobyć, brak leczenia. To więcej problemów niż wielu bohaterów napotyka w swoich heroikach.

Nie będę się kłócił. Ale zdziwiłbyś się, ile bohaterowie spotykają niedogodności w innych historiach. Uznajmy że nietykalność to przenośnia określająca gościa w mocnej zbroi, który potrafi się leczyć, podczas gdy jego przeciwnicy nie znają tej tajemnej sztuki (albo cokolwiek) i skończmy temat.

Nie czytałem Wiedźmina, choć próbowałem i nie zamierzam, więc trudno mi się odnieść. Porównujesz inną konwencję do innej, jedno opko do drugiego, a ja widzę, że brak Ci po prostu śmierci jakiejś postaci pozytywnej. Masz problem z happy endem. Heroik nie wymaga szarości Wiedźmina, bo to nie dark fantasy. 

Uparłeś się tego dark fantasy jak nie wiem. Twoje opowiadanie nie jest w tym stylu i to widać. Już w komentarzu pisałem, że nie chodzi mi o śmierć żadnej postaci. Nie tu tkwi problem.

 

Ale jaki pistolet, w tym cała sprawa. I tak, ucierpieli głównie źli, natomiast brak osiągnięcia celu to również porażka. Niestety, nie postrzegam tego, jak Ty.

I też dobrze.

Złapanie po raz n-ty…

tak xd no co ja ci będę mydlił oczy, Zanais, bazuję na jednym przykładzie bo nie chce mi się wymyślać. W takim razie dajmy na to odstrzelenie nóg, wyłupienie oka, polanie słoną magiczną wodą co spowoduje natychmiastową korozję zbroi. Albo jeszcze lepiej kwas. Albo rzucenie przez maga zaklęcia nieważkości, albo pojawienie się głowy smoka wystającej z łokcia kusznika. Nie wiem. Pasuje? To twój świat, nigdy nie chciałem narzucać czegoś w stylu “mogłeś to napisać tak” tylko wyłożyłem, że obecnie dla mnie jako czytelnika jest trochę nuda, a “złapanie” nie tyczyło się tylko i wyłącznie faktu by ich złapać. Mój komentarz nie oznacza, że jest jakoś mega źle, czy coś. Jest ok, masz dobry styl i piszesz lekko, przez fragmenty można płynąć, już po tym widzę, że prawdopodobnie znajdę u ciebie jakiś tekst, który mega mi się spodoba i nie będę narzekał. Ale podczas narzekania nie będę wymyślać przykładów na każdą scenę, którą uważam za słabszą. Dlatego-jest-jeden-i-ten-sam.

Nie, nie czytałem Pawełka i Sall nie jest nieśmiertelny, ani nie do zranienia

Wyobraź sobie, że wiem, że nie jest nie do zranienia. Chodzi mi raczej o to, że jego obrażenia nie mają żadnego znaczenia poza chwilą, gdy jest zraniony, bo lada chwila się wyleczy. Prócz końcówki, tam trzeba było go pocisnąć, tak mówię, bo zaraz mi to wytkniesz. Mało jest też bohaterów nieśmiertelnych lub nie do zranienia z oczywistych powodów. Mniejsza o to, wygląda na to, że walczysz o rację, więc ci ją przyznaję.

Nie wiedziałem, że teraz zostałeś ekspertem od statków obcych :) Moje ogniwa to pralka. Spoko.

Nigdzie nie robię z siebie eksperta od czegokolwiek. Tak samo jak ty nim nie jesteś. Ściągnij czasami subiektywne okulary, bo do każdego tekstu można się doczepić. Twój na pewno nie jest idealny, moje też nie są. Moglibyśmy tak gadać i przerzucać się opiniami całą noc, ale z opiniami jak z dupą. Każdy ma własną.

 

Twój odbiór to Twój odbiór. Szanuję i nie mam nic do tego

Odbijam! Masz swoje zdanie na temat swojego tekstu, a ja mam nieco odmienne. Mój pierwszy komentarz był raczej rzeką chaotycznych przemyśleń, bo jak wspomniałem słaby jestem w komentowaniu. A już w tego typu enefowych przepychankach na pewno, pewnie się gdzieś pogubiłem. I nie ma powodu by pisać do mnie z dużej. To czat, nie listy oficjalne.

 

Po Twoim niezwykle długim i wnikliwym komentarzu (nie wiem, dlaczego akurat ja zostałem zaszczycony tak długim wywodem) wnoszę, że właśnie wiesz, jak tych wad uniknąć we własnym tekście. To jak z błędami – rozumiesz je, znasz, więc ich nie robisz.

Ale nie ma sprawy, już mnie odwiedzali tacy, co krytykowali, a nic swojego nie dawali ;)

A to dobre pytanie! Dlaczego ty? Bo lubię kobyłki na ponad 50k znaków i siedzę z nimi i czytam je i bardzo lubię dłuższe teksty. Dlatego spędzam z nimi więcej czasu i staram się wczuć w świat, poznać bohaterów, po prostu spędzić dobrze czas. I mam pewne oczekiwania, więc jeśli się zawiodę to czasami trzasnę dłuższy komentarz. Z krótszymi to tak przeczytam, przemyślę krótko i zapomnę, a dłuższe zostają mi w pamięci i żrą, że nie powiedziałem autorowi/autorce tego, co chciałem. Aktualnie nie ma wielu z drogi długiej, a jeden betowałem i autorka dobrze zna moją opinię, więc tylko ty zostałeś.

Po Twoim niezwykle długim i wnikliwym komentarzu → pierwszym czy drugim? Twoja odpowiedź na mój pierwszy kom to też był dłuuugi kom.

wiesz, jak tych wad uniknąć we własnym tekście. To jak z błędami – rozumiesz je, znasz, więc ich nie robisz.

→ znów rzut na perswazję? Nie, Zanais, nie wciągniesz mnie w zabawę, którą pół enefów chciało wciągnąć osvalda, czyli “to może sam pokażesz swoją twórczość, skoroś taki mądry”. Ten cios nie trafi i jest po prostu słaby. Gdy widzę, że obraz artysty ma jedno oko delikatnie krzywe to nie znaczy, że namalowałbym lepiej. Do tego bym to porównał. Poza tym pokaż mi kogoś, kto nie popełnia błędów. Nikogo za ich popełnianie nie potępiam, a tych, co mnie krytykują nie wzywam do pokazania swoich wielkich umiejętności. Nawet twój tekst uważam za dobry mimo wad, a to, że się był czasami nudny i nie przekonał mnie do siebie to inna kwestia.

Przed konkursem czytałem sobie sporo heroików. Nie przypominam sobie żadnego, gdzie bohater umiera na końcu, ale wiem, że są.

Oczep się od tego ogona. Nie chcę nikogo zabijać! Gdzie ja wspomniałem, że należy kogoś zabić w twoim tekście? Nie wiem, ale na pewno przeczytam jeszcze raz swoje komentarze, żeby odnaleźć, jeśli to palnąłem.

 

I to też nie tak, że lubię tylko dark fantasy. Lubię trochę bardziej, niż resztę. Bardzo lubię epic, heroic i wiele innych. Czytam sci-fi, czytam fantasy kryminalne, czytam fantasy złodziejskie i w przeważającej części – tu się zdziwisz – bohaterowie nie umierają.

 

I w sumie na tym moglibyśmy zakończyć, bo ja nie mam ochoty na dalsze przepychanki, które nic nie wniosą. Zdecydowanie wolę je czytać, jest w nich więcej konfliktu i napięcia niż w powyższym opowiadaniu :) (to ostatnie to chamski żarcik, nie zrozum go jako atak na twoją twórczość)

 

Pozdrawiam i życzę ci samych sukcesów, Zanais, ja się zmywam i czekam na kolejne opka konkursowe, by móc pokomentować i pobawić się w eksperta. A mój tekst mam coraz mniejszą ochotę wrzucać :) o ile go skończę.

ZigiN, nie odniosę się już do Twoich uwag, bo się nie dogadamy.

Inaczej patrzymy na pewne rzeczy, ale nie ma w tym nic złego. Nie przekonamy siebie, skoro mamy inne gusta, więc mogę tylko również życzyć Ci sukcesów i znalezienia dobrych opek u innych autorów :)

Nie wiem, dlaczego masz coraz mniejszą ochotę wrzucać tekst. Nie chodzi o argument z osvaldem – kiedy każdy tekst miałem przez niego masakrowany, nadal wrzucałem na portal. Chyba nie przejmujesz się moją ewentualną wizytą pod swoim tekstem?

W każdym razie pozdrawiam :)

Wysoki próg wejścia już się pojawił na becie. Przyjmuję ten zarzut :)

To nie jest zarzut :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wysoki próg wejścia już się pojawił na becie. Przyjmuję ten zarzut :)

To nie jest zarzut :)

A to już zależy – ja od paru opowiadań Dukaja się odbiłem, bo próg wejścia był już kompletnie poza moją skalą tolerancji ;)

W przypadku książki daję szansę: 50 stron, w przypadku opka – do wielkości szorcika ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Zanaisie!

Naprawdę przyjemna lektura – myślę, że dobrze realizująca założenia gatunku – płynie się przez kolejne sceny, nie czując długości. Nie zauważyłem też większych niedociągnięć redakcyjnych, naprawdę robi wrażenie, jak bardzo poprawiłeś się pod tym względem. Nie robiłem zbyt uważnego przeglądu, ale mocno rzuciło mi się w oczy tylko to:

Zastąp zagładę w, cytuję, „niewidomy powstrzyma zagładę całego świata” na zmianę i masz powód.

Nie można czegoś “zastąpić na zmianę”, można “zastąpić zmianą”.

 

Hubold jest cudowny!

– A w środku znajdę…?

– Zagładę! – Hubold podniósł głos.

Prześli(ma)czne. Odczuwam z nim znaczne pokrewieństwo duchowe.

 

Zastanawiam się, co mógłbym tutaj napisać rzeczywiście przydatnego. Jeżeli opowiadanie sprawiło mi przyjemność, ale w końcu nie zachwyciło, to może dlatego, że trudno zrozumieć osobowość głównego bohatera, współczuć mu (albo z nim)? Jest badaczem, eksperymentował z trudnymi syntezami; pochodzi z bardzo bogatej rodziny; przeżył znaczną tragedię osobistą – trudno mi jednak dostrzec, w jakiej mierze to wszystko przekłada się na jego zachowania czy nawet sposób mówienia (oprócz raczej deklaratywnych uwag, że nie potrafi walczyć). Może trochę nieuważnie czytałem, ale wyglądał mi na stereotypowego bohatera epatującego cynizmem, aby na końcu przewidywalnie okazać, że jest jednak zdolny do odruchów serca.

 

A Lyssa, owszem, wszystko dobrze, dziewczyna… smukłe to jak brzózka… Forma jej opresji kojarzy mi się wyraźnie z Hiją z Siewcy wiatru, ale nie mam pewności, czy to była inspiracja. W połączeniu z powyższym zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, gdyby Sall powiedział o niej trochę więcej, trochę wcześniej, abyśmy mogli zrozumieć jej sytuację, a nie tylko się domyślać. Względem Mai natomiast – ambitnie i chyba z powodzeniem piszesz niepełnosprawne postaci, niemniej scena włamania również i mnie nie wydała się do końca sensowna.

 

Po przejrzeniu powyższej wymiany uwag pomyślałem, że może zaczęliśmy (bo i u siebie dostrzegam ten problem) trochę zbyt defensywnie reagować na krytykę. Jeżeli ktoś pisze, że na przykład zniszczenie ogniw statku kosmicznego mieczem wytrąca go z zawieszenia niewiary albo chciałby przeczytać scenę z pojmaniem któregoś z bohaterów – nie świadczy to koniecznie o słabości opowiadania, ale na pewno warto rozważyć. Taka wiedza o gustach czytelniczych może się jakoś przydać na przyszłość, tak przynajmniej myślę.

 

Pozdrów ode mnie ślimakoidów!

Hej, Ślimaku

Nie zauważyłem też większych niedociągnięć redakcyjnych, naprawdę robi wrażenie, jak bardzo poprawiłeś się pod tym względem.

To raczej zasługa betujących, nie moja.

Jest badaczem, eksperymentował z trudnymi syntezami; pochodzi z bardzo bogatej rodziny; przeżył znaczną tragedię osobistą – trudno mi jednak dostrzec, w jakiej mierze to wszystko przekłada się na jego zachowania czy nawet sposób mówienia (oprócz raczej deklaratywnych uwag, że nie potrafi walczyć).

Z pewnością nie jest to opowieść ukierunkowana na pokazanie wnętrza bohatera. Sposób mówienia nie jest ucharakteryzowany, tutaj zgoda. Pochodzenie z bogatej rodziny wolę przedstawiać w inny sposób. Podczas napadu:

Zdecydował odwołać się do uniwersalnego środka perswazji. – Mam pieniądze…

I u szotków:

urwał, gdy Sall wyjął garść diamentów. – Myślisz, że każdy problem rozwiążesz świecidełkami?

– Bywa, że działa całkiem nieźle.

Dużo? Nie. 

Może trochę nieuważnie czytałem, ale wyglądał mi na stereotypowego bohatera epatującego cynizmem, aby na końcu przewidywalnie okazać, że jest jednak zdolny do odruchów serca.

A tego cynizmu to się nie spodziewałem, bo bardziej starałem się zrobić go rozsądnym i niewierzącym w bzdurne pomysły.

A Lyssa, owszem, wszystko dobrze, dziewczyna… smukłe to jak brzózka… Forma jej opresji kojarzy mi się wyraźnie z Hiją z Siewcy wiatru, ale nie mam pewności, czy to była inspiracja.

Nie, bo nie znam.

W połączeniu z powyższym zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, gdyby Sall powiedział o niej trochę więcej, trochę wcześniej, abyśmy mogli zrozumieć jej sytuację, a nie tylko się domyślać.

Nie wykluczam, natomiast balans między zarzuceniem czytelnika informacjami o świecie i bohaterze jest zawsze trudny do utrzymania. Jestem zdania, że najpierw ma się dziać, a tajemnice odkrywa się stopniowo, ale to wyłącznie moja subiektywna maniera w pisaniu.

Względem Mai natomiast – ambitnie i chyba z powodzeniem piszesz niepełnosprawne postaci, niemniej scena włamania również i mnie nie wydała się do końca sensowna.

Scena włamania zbiera największe cięgi, więc pewnie tak jest. Zapamiętam na przyszłość.

Po przejrzeniu powyższej wymiany uwag pomyślałem, że może zaczęliśmy (bo i u siebie dostrzegam ten problem) trochę zbyt defensywnie reagować na krytykę. Jeżeli ktoś pisze, że na przykład zniszczenie ogniw statku kosmicznego mieczem wytrąca go z zawieszenia niewiary albo chciałby przeczytać scenę z pojmaniem któregoś z bohaterów – nie świadczy to koniecznie o słabości opowiadania, ale na pewno warto rozważyć.

Rozważam każdą krytykę, natomiast nie każdej zamierzam słuchać. Pewne błędy widzę, innych nie uznaję za błąd.

A jeśli chodzi o reagowanie na krytykę, to mam szczerą nadzieję wrzucać coraz mniej na portal, więc problem rozwiąże się sam ;)

Dzięki za odwiedziny, Ślimaku i pozdrawiam

 

Przyjemne. No i niemal od początku wywoływało u mnie silne skojarzenia ze Spleć z głosów kwiat piekielny, jak się pod koniec okazało – nie bez przyczyny.

 

Zacząłem pisać ci taki typowy mój komentarz. Fabuła poprawna, postacie w porządku, światotwórstwo nieco zbyt poziome, ale może być, językowo dobrze… Ale spojrzałem na niego i stwierdziłem, że zwyczajnie nie będzie on pomocny dla ciebie, jak autora o wyrobionym warsztacie – trochę przypominałoby to chwalenie stolarza, że taboret wszystkie nogi ma równe.

Więc wziąłem lupę, podkręciłem czepliwość o jeden ząbek i przysiadłem do takiej trochę konkretniejszej analizy.

 

Fabuła

 

Jest solidnie, choć nie idealnie. Ogrywasz tu dość klasyczne motywy – bohatera wbrew woli, kult, zapomnianą technologię – ale łączysz je na tyle sprawnie, że to nie przeszkadza.

Struktura fabuły jest w oczywisty sposób przemyślana, mamy tu dobrze zrobione związania-rozwiniecia-zakończenia. Bardzo dobrze zrobiony wątek finałowego poświęcenia bohatera – dzięki jasno określonej stawce i motywacji bohatera czuć ciężar tej decyzji.

Nie jestem za to fanem mini-wątku leczniczej czerwieni. Dwukrotnie w tekście pokazujesz, że bohater wykorzystuje ją do leczenia, potem pokazujesz, jak zużywa ostatnią fiolkę i jasno dajesz do zrozumienia, że więcej leczenia nie będzie – ale w finale okazuje się, że to jedynie drobna niedogodność. Nie jestem pewien, czy był to celowy zabieg, mam raczej wrażenie, że po prostu nie myślałeś o tym jako o metodzie budowania napięcia, ale widzę tu niewykorzystany potencjał.

Trochę zgrzytnął mi też podwątek poświęcony tarczy. We wstępie dowiadujemy się, że ten zły ma tarczę, ale kończą mu się baterie. Potem dowiadujemy się, że nie idzie ich naładować. Ale on po prostu ma drugą tarczę – całość sprawia wrażenie daremnej. Przypuszczam, że tarcza została dodana nieco na siłę, by wymusić zniszczenie pistoletu zamiast zastrzelenia złola, ale pozostaje lekkie rozczarowanie.

Ekspozycja. Jest jej tu sporo, ale dla mnie i tak o źdźbło za mało. Więcej o tym przy omówieniu światotwórstwa. Ta, która jest, jest zrobiona dobrze. W żadnym momencie nie ciągnęła mi się ani nie wydawała wymuszona. Dobrze równoważysz je dynamiczniejszymi scenami. Jestem fanem ekspozycji odnośnie przepowiedni – zwięzła, dowcipna, ale konkretna. Przeczepić mogę się jedynie do opowieści na opadającym statku – nie, żeby jej czegoś brakowało, bo ekspozycja jako taka jest w porządku, ale mocno mieszasz w tej scenie emocje, bo z jednej strony mamy adrenalinę i bliską zgubę, a z drugiej rzewną opowieść o utraconej miłości.

Jestem też nieco skonfliktowany odnośnie finałowej przemowy bohatera. Zasadniczo wstawienie ekspozycji do sceny finałowej należałoby uznać za błąd, bo rozcieńcza się emocje. Rozgrywasz to jednak na tyle sprytnie, że uchodzi ci to płazem, zyskujesz dzięki temu pewien efekt komiczny. Nie wiem, czy zrobiłeś to celowo, czy tak wyszło, ale gratuluję – niemniej sugerowałbym wielką ostrożność z takimi manewrami.

Ciągłość. Nie zauważyłem żadnych błędów ciągłości. Wydarzenia naturalnie wynikają jedne z drugich. Wydarzenia mają jasno zarysowane przyczyny i konsekwencje. Dwie sceny, które nieco wyróżniają się na minus to napad na kolekcjonera – który spala sporo znaków wnosząc niewiele do tekstu w kwestiach fabularnych – i podniebna bitwa, którą również można by z tekstu wyciąć przy minimalnych zmianach w reszcie opowiadania. Niemniej są to sceny ważne dla kreacji postaci, więc można na to przymknąć oko.

Logika wewnętrzna. Nie dostrzegłem większych bzdur, których nie dałoby się uzasadnić konwencją. Jedyny zgrzyt to, jak zwykle w takich opowieściach, dawna rasa i jej postępowanie. Nie pytam, czemu nie wrzucili statku do wulkanu lub rowu oceanicznego, bo takie pytania są bez sensu. Nie pytam nawet czemu mogli odczytać kod statku, ale nie go zmienić lub po prostu wykasować. Trochę wątpliwości budzi fakt, że tak starannie go ukryli, skoro chcieli, by był znaleziony, ale niech tam. Ale już fakt, że do otwarcia lochów potrzeba (co najmniej) dwóch kostek dziwi – rozsądnym wydaje się założenie, że powinna wystarczyć jedna, skoro chcieli zwiększyć szanse powodzenia. Podobnie fakt zapisania kluczowych informacji pismem, które widać tylko w ściśle określonym świetle wydaje się rozwiązaniem co najmniej wątpliwym. Nie są to duże problemy i wynikają w dużej mierze z przyjętej konwencji, ale są tam, więc uwierają.

 

Kreacja postaci

Motywacja. Wszystkie postacie, łącznie z pobocznymi, mają jasno określone motywacje. Godne uznania.

Ewolucja. Bohater przechodzi widoczną, sensowną ewolucję, która daje się logicznie uzasadnić i na żadnym etapie nie wydaje się wymuszona.

Spójność. Zachowanie bohaterów jest w większości spójne. Jedno, co mogłoby być nieco lepiej wyeksponowane na wcześniejszych etapach tekstu to niechęć bohatera do walki i jego fascynacja nauką – jedno i drugie odgrywa ważną rolę w finale, a choć pojawia się w dialogach od początku, to już w działaniach bohatera nie do końca. Nie jest to zarzut, a raczej lekkie poczucie niedosytu.

Mam też lekkie wątpliwości co do zachowania Mayi – mimo swojej ślepoty sprawnie manewruje nawet w najtrudniejszych warunkach (na polu bitwy). Owszem, przydarzają się jej czasem drobne wypadki, ale gdyby usunąć z tekstu wzmianki o jej niepełnosprawności, mógłby on pozostać niemal niezmieniony – wszystkie te zdarzenia można by swobodnie złożyć na karb lekkiej niezdarności.

Dialogi. Porządnie napisane, skutecznie charakteryzują bohaterów.

 

Światotwórstwo

W moim odczuciu jest to najsłabszy element tekstu. Jest ono bardzo poziome (składa się na nie dużo elementów), ale mało pionowe (konsekwencje wprowadzenie poszczególnych elementów są niewielkie). Twoja “kolorowa” magia to ciekawy, barwny element, ale gdyby zastąpić ją “zwykłą” magią, tekst działa w zasadzie tak samo. Gdyby zastąpić pistolet błyskawic różdżką, a leczniczy szkarłat miksturami życia – podobnie, bo amunicja nigdy się nie kończy, a światło “pije” się z fiolki. Temu uniwersum brakuje w moim odczuciu głębi czegoś, co odróżniłoby je od innych fantasylandów na poziomie innym niż najbardziej powierzchowny. Gdyby przykładowo ta “świetlna” magia podlegała ograniczeniom związanym prawami optyki lub funkcjonowała tylko w świetle słonecznym lub gdyby łapanie światła w widoczny sposób wpływało na życie mieszkańców świata, byłoby to znacznie bardziej interesujące uniwersum – bo wprowadzenie takich konkretnych rozwiązań wiązałoby się z określonymi konsekwencjami i ograniczeniami.

Wcześniej pisałem, że trochę zabrakło mi ekspozycji. Uzasadniam – nie potrafiłem sobie wyobrazić tego świata, a to za sprawą settingu, w którym plączesz elementy z rozmaitych realiów. Mamy tu kąpiel w balii i kusze, mechanicznego konia i statki powietrzne, syntetyczną gąbkę i kod komputerowy. W bardziej jednorodnym lub choćby bardziej typowym fantasylandzie autor w zasadzie nie musi pisać opisów – czytelnik sam wie, jak wygląda miasto, jaki mniej więcej poziom technologiczny jest oczekiwany i tak dalej. U ciebie tego nie czuję. Nie wiem, czy mam wyobrażać sobie miasto pełne drewnianych domów krytych strzechą, ceglanych kamienic czy betonowych klocków krytych papą. Skutek jest taki, że kiedy w finale pojawia się statek kosmiczny, nie robi to na mnie wrażenia – bez wyrobionego obrazu świata wszystko jest możliwe, więc nic nie zaskakuje.

 

Podsumowując – pod wieloma względami jest to bardzo porządnie napisane opowiadanie. Ma kilka drobnych usterek, kilka rzeczy widziałbym zrobione inaczej, ale zasadniczo czytałem z przyjemnością i zainteresowaniem.

Mam nadzieję, że taka bardziej rozbudowana analiza okaże się przydatna. W razie pytań – pytaj.

 

Hej, None

Idzie None czyli masakra w każdym aspekcie ;)

Przyjemne. No i niemal od początku wywoływało u mnie silne skojarzenia ze Spleć z głosów kwiat piekielny, jak się pod koniec okazało – nie bez przyczyny.

Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

Więc wziąłem lupę, podkręciłem czepliwość o jeden ząbek i przysiadłem do takiej trochę konkretniejszej analizy.

 

Fabuła

 

Jest solidnie, choć nie idealnie. Ogrywasz tu dość klasyczne motywy – bohatera wbrew woli, kult, zapomnianą technologię – ale łączysz je na tyle sprawnie, że to nie przeszkadza.

To fakt. Szału nie ma, bardziej pastisz ze znanych motywów.

Bardzo dobrze zrobiony wątek finałowego poświęcenia bohatera – dzięki jasno określonej stawce i motywacji bohatera czuć ciężar tej decyzji.

Jako że usłyszałem też przeciwne opinie, cieszy mnie, że Ci się podobało.

Nie jestem za to fanem mini-wątku leczniczej czerwieni. Dwukrotnie w tekście pokazujesz, że bohater wykorzystuje ją do leczenia, potem pokazujesz, jak zużywa ostatnią fiolkę i jasno dajesz do zrozumienia, że więcej leczenia nie będzie – ale w finale okazuje się, że to jedynie drobna niedogodność. Nie jestem pewien, czy był to celowy zabieg, mam raczej wrażenie, że po prostu nie myślałeś o tym jako o metodzie budowania napięcia, ale widzę tu niewykorzystany potencjał.

Myślałem, ale nie wykorzystałem. Dojechałem do wydłużonego limitu i przyznam, że jeszcze trochę scen obciąłem. Najwyżej mogę żałować ucięcia pewnych rzeczy a zostawienia innych.

Trochę zgrzytnął mi też podwątek poświęcony tarczy. We wstępie dowiadujemy się, że ten zły ma tarczę, ale kończą mu się baterie. Potem dowiadujemy się, że nie idzie ich naładować. Ale on po prostu ma drugą tarczę – całość sprawia wrażenie daremnej. Przypuszczam, że tarcza została dodana nieco na siłę, by wymusić zniszczenie pistoletu zamiast zastrzelenia złola, ale pozostaje lekkie rozczarowanie.

Twoje przypuszczenie jest w 100% słuszne. Inaczej Lyssa lub bohater mogli po prostu zabić złola. Myślę, że teraz bym dodał zdanie czy dwa, kiedy w pierwszej scenie po wygaśnięciu baterii, Kulawy wyciąga drugą tarczę, co zmusza Salla do odpalenia bomby.

Ekspozycja. Jest jej tu sporo, ale dla mnie i tak o źdźbło za mało. Więcej o tym przy omówieniu światotwórstwa. Ta, która jest, jest zrobiona dobrze. W żadnym momencie nie ciągnęła mi się ani nie wydawała wymuszona. Dobrze równoważysz je dynamiczniejszymi scenami. Jestem fanem ekspozycji odnośnie przepowiedni – zwięzła, dowcipna, ale konkretna.

O, to dobrze. Starania z unikaniem infodumpów nie poszły na marne. Ale zaraz w światotwórstwie się dowiem, że jednak trzeba było trochę infodumić ;)

Przeczepić mogę się jedynie do opowieści na opadającym statku – nie, żeby jej czegoś brakowało, bo ekspozycja jako taka jest w porządku, ale mocno mieszasz w tej scenie emocje, bo z jednej strony mamy adrenalinę i bliską zgubę, a z drugiej rzewną opowieść o utraconej miłości.

Hm, a dla mnie te emocje się właśnie dobrze łączyły. Coś jak na Titanicu. Pewnie zamysł niezły, tylko gorzej z wykonaniem.

Jestem też nieco skonfliktowany odnośnie finałowej przemowy bohatera. Zasadniczo wstawienie ekspozycji do sceny finałowej należałoby uznać za błąd, bo rozcieńcza się emocje. Rozgrywasz to jednak na tyle sprytnie, że uchodzi ci to płazem, zyskujesz dzięki temu pewien efekt komiczny. Nie wiem, czy zrobiłeś to celowo, czy tak wyszło, ale gratuluję – niemniej sugerowałbym wielką ostrożność z takimi manewrami.

Ja też nie jestem z niej do końca zadowolony, ponieważ fabularnie kostki i cała afera ze statkiem okazała się trudna do wytłumaczenia bez infodumpu. Zacząłem pisać przemowę bohatera, gdy odwołuje się do rozsądku kultystów, i w trakcie pisania wyszło, że to wielki infodump, więc wprowadziłem trochę humoru. Fajnie, że ktoś zauważył ;) “Co za bełkot!” kwitujący tłumaczeniaSalla, to te same słowa, które Sall wypowiada wcześniej, kwitując tłumaczenia Hubolda.

Ciągłość. Nie zauważyłem żadnych błędów ciągłości. Wydarzenia naturalnie wynikają jedne z drugich. Wydarzenia mają jasno zarysowane przyczyny i konsekwencje. Dwie sceny, które nieco wyróżniają się na minus to napad na kolekcjonera – który spala sporo znaków wnosząc niewiele do tekstu w kwestiach fabularnych – i podniebna bitwa, którą również można by z tekstu wyciąć przy minimalnych zmianach w reszcie opowiadania. Niemniej są to sceny ważne dla kreacji postaci, więc można na to przymknąć oko.

Napad na kolekcjonera zbiera najwięcej batów w opiniach. Poniosło mnie z wprowadzaniem humoru, ale też chciałem przedstawić pistolet Salla oraz trochę retrospekcji.

Bitwa podniebna wynikała z obawy, że sama podróż okrętem szotków będzie zbyt nudna, a potencjał szczurów nie zostanie wykorzystany.

Logika wewnętrzna. Nie dostrzegłem większych bzdur, których nie dałoby się uzasadnić konwencją. Jedyny zgrzyt to, jak zwykle w takich opowieściach, dawna rasa i jej postępowanie. Nie pytam, czemu nie wrzucili statku do wulkanu lub rowu oceanicznego, bo takie pytania są bez sensu. Nie pytam nawet czemu mogli odczytać kod statku, ale nie go zmienić lub po prostu wykasować. Trochę wątpliwości budzi fakt, że tak starannie go ukryli, skoro chcieli, by był znaleziony, ale niech tam. Ale już fakt, że do otwarcia lochów potrzeba (co najmniej) dwóch kostek dziwi – rozsądnym wydaje się założenie, że powinna wystarczyć jedna, skoro chcieli zwiększyć szanse powodzenia. Podobnie fakt zapisania kluczowych informacji pismem, które widać tylko w ściśle określonym świetle wydaje się rozwiązaniem co najmniej wątpliwym. Nie są to duże problemy i wynikają w dużej mierze z przyjętej konwencji, ale są tam, więc uwierają.

Na mniejsze bzdury byłem gotowy. Jesli chodzi o statek, przeważnie nie lubię wyjaśniać wszystkiego, bo bohaterowie nie mają skąd tego wiedzieć. Myślałem, czy nie dodać zniszczonej części statku, gdzie dawne ślimakoidy podłączyły się do systemów, ale to rodziłoby kolejne pytania. Uznaję te problemy, chociaż w sprawie drzwi myślałem o tym, że wkładasz kostkę, otwierasz pierwsze, wyciągasz kostkę, otwierasz drugie. Teraz widzę, że niekoniecznie to wynika z tekstu.

To jak wieczne imperia w fantasy i inne bzdurki. Przyjmuje się, że są, ale owszem moga drażnić, więc racja.

Motywacja. Wszystkie postacie, łącznie z pobocznymi, mają jasno określone motywacje. Godne uznania.

O, super. Co prawda chorzy jako “źli” to jechanie po bandzie.

Ewolucja. Bohater przechodzi widoczną, sensowną ewolucję, która daje się logicznie uzasadnić i na żadnym etapie nie wydaje się wymuszona.

yes

Spójność. Zachowanie bohaterów jest w większości spójne. Jedno, co mogłoby być nieco lepiej wyeksponowane na wcześniejszych etapach tekstu to niechęć bohatera do walki i jego fascynacja nauką – jedno i drugie odgrywa ważną rolę w finale, a choć pojawia się w dialogach od początku, to już w działaniach bohatera nie do końca. Nie jest to zarzut, a raczej lekkie poczucie niedosytu.

Osłonię się limitem! Nie, no, rozumiem. Jesli wrócę do tej postaci, to będę pamiętał.

Mam też lekkie wątpliwości co do zachowania Mayi – mimo swojej ślepoty sprawnie manewruje nawet w najtrudniejszych warunkach (na polu bitwy). Owszem, przydarzają się jej czasem drobne wypadki, ale gdyby usunąć z tekstu wzmianki o jej niepełnosprawności, mógłby on pozostać niemal niezmieniony – wszystkie te zdarzenia można by swobodnie złożyć na karb lekkiej niezdarności.

Hm, biegnie wprost za Sallem, potyka się. Może za dobrze sobie radzi z wejściem do statku, owszem. Do przemyślenia.

Dialogi. Porządnie napisane, skutecznie charakteryzują bohaterów.

Mnie się wydawały za krótkie i proste o.0

Światotwórstwo

W moim odczuciu jest to najsłabszy element tekstu. Jest ono bardzo poziome (składa się na nie dużo elementów), ale mało pionowe (konsekwencje wprowadzenie poszczególnych elementów są niewielkie). Twoja “kolorowa” magia to ciekawy, barwny element, ale gdyby zastąpić ją “zwykłą” magią, tekst działa w zasadzie tak samo. Gdyby zastąpić pistolet błyskawic różdżką, a leczniczy szkarłat miksturami życia – podobnie, bo amunicja nigdy się nie kończy, a światło “pije” się z fiolki. Temu uniwersum brakuje w moim odczuciu głębi czegoś, co odróżniłoby je od innych fantasylandów na poziomie innym niż najbardziej powierzchowny. Gdyby przykładowo ta “świetlna” magia podlegała ograniczeniom związanym prawami optyki lub funkcjonowała tylko w świetle słonecznym lub gdyby łapanie światła w widoczny sposób wpływało na życie mieszkańców świata, byłoby to znacznie bardziej interesujące uniwersum – bo wprowadzenie takich konkretnych rozwiązań wiązałoby się z określonymi konsekwencjami i ograniczeniami.

Bardzo cenne spostrzeżenie. I w sumie teraz myślę, że gdyby wracał do tego uniwersum, bym je przebudował pod tym kątem. Co prawda, zastąpienie pistoletu różdżką czy fiolek miksturami życia można zarzucić wielu kreacjom światów, ale to nie powód, aby powielać ten błąd.

Wcześniej pisałem, że trochę zabrakło mi ekspozycji. Uzasadniam – nie potrafiłem sobie wyobrazić tego świata, a to za sprawą settingu, w którym plączesz elementy z rozmaitych realiów. Mamy tu kąpiel w balii i kusze, mechanicznego konia i statki powietrzne, syntetyczną gąbkę i kod komputerowy. W bardziej jednorodnym lub choćby bardziej typowym fantasylandzie autor w zasadzie nie musi pisać opisów – czytelnik sam wie, jak wygląda miasto, jaki mniej więcej poziom technologiczny jest oczekiwany i tak dalej. U ciebie tego nie czuję. Nie wiem, czy mam wyobrażać sobie miasto pełne drewnianych domów krytych strzechą, ceglanych kamienic czy betonowych klocków krytych papą. Skutek jest taki, że kiedy w finale pojawia się statek kosmiczny, nie robi to na mnie wrażenia – bez wyrobionego obrazu świata wszystko jest możliwe, więc nic nie zaskakuje.

Też przyznaję rację. Tylko między statkami powietrznymi (które są nawet w zwykłych fantasy, np. Earthdawn), a statkiem kosminczym jednak widziałbym pewną różnicę. Na przyszłość mniej akcji, więcej ekspozycji w nowym uniwersum. Tutaj celowałem w science fantasy, no, ale ono wymaga więcej opisów. Zgoda.

Podsumowując – pod wieloma względami jest to bardzo porządnie napisane opowiadanie. Ma kilka drobnych usterek, kilka rzeczy widziałbym zrobione inaczej, ale zasadniczo czytałem z przyjemnością i zainteresowaniem.

I tak spodziewałem się znacznie gorzej, więc jestem zadowolony.

Bardzo dziękuję za tak szczegółową analizę, szczególnie że parę przemyśleń pokrywa się z moimi, a dodatkowo wiem co nieco o słuszności pewnych decyzji. Niektóre wybory okazały się trafne, inne mniej.

Mam nadzieję, że taka bardziej rozbudowana analiza okaże się przydatna. W razie pytań – pytaj.

Bardzo przydatna, na dodatek doceniam jej chłód i rzeczowość. To świetna konstruktywna krytyka.

A sprawie pytań, muszę przemyśleć całość na spokojnie :)

Jeszcze raz wielkie dzięki i pozdrawiam!

Z poślizgiem, ale wracam.

Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

Jako, że teksty są powiązane – chyba dobrze.

Hm, a dla mnie te emocje się właśnie dobrze łączyły. Coś jak na Titanicu. Pewnie zamysł niezły, tylko gorzej z wykonaniem.

A może to moja znieczulica? :P

O, super. Co prawda chorzy jako “źli” to jechanie po bandzie.

Czemu? Osoby chore też mogą być złe, cierpienie może wydobyć z duszy różne rzeczy. A tutaj nawet nie tyle są złe, co próbują osiągnąć szczytny cel brutalnymi metodami.

 runął do przodu.

Czy w tej scenie on po prostu nie runął na ziemię?

 

Piszesz tak, że się nie potykam podczas lektury, więc do mięska:

 

Dialogi i postaci – klasyczne klisze. Nic odkrywczego (dama w opałach, bohater mimo woli, mroczna tajemnica, sympatyczni łotrzykowie, złowrogi kult) – wszystko, co w przygodówkach lubimy i co powoduje, że z radością przymykamy oko na umowność czy stereotypowość, bo po prostu tego chcemy od tej konwencji. Pamiętałeś nawet wrzucić charakterystyczne powiedzonko protagoniście ;-)

 

Światotwórstwo: bardzo lubię pomieszane światy, wsparte delikatnym, choć nie atakującym zewsząd słowotwórstwem. Podoba mi się mechanika oparta o energię światła w falach widzialnych, ale prezentujesz ją wyłącznie przez gadżety i przedmioty, brak mi tutaj trochę tła, konsekwencji takiej, a nie innej głównej siły energetycznej także w zwyczajach, strojach, strukturze społecznej czy języku istot zamieszkujących ten świat. Automatycznie nasuwają się pryzmaty jako narzędzia obrony i ataku jednocześnie, mistrzowie pryzmatycznej broni itp itd. Odczuwam więc zaciekawienie, ale i spory niedosyt. Uważam, że to jest główna siła tego tekstu, ten oryginalny, świetlny świat i chciałbym odrobinę więcej ekspozycji.

Protagonista, uwięziony w rycerskiej zbroi, bardzo silnie kojarzy się z pewną manga i anime o braciach-alchemikach ;-) Podobnie tez świat, będący mieszanką starego z nowym, ale myślę, że użycie pseudo-naukowych lub zgoła naukowych podstaw związanych ze światłem dałoby tutaj dużo, dużo ciekawsze rozwiązanie niż alchemia (bo element ‘magiczny’ byłby dużo mniej eksponowany).

 

Fabuła: klasyka gatunku, trzeba uratować świat i pomóc dziewczynie. Ekspozycja motywacji następuje naturalnie, elementy komiczne wplatasz tam gdzie trzeba i nie pozwalasz im przesłonić ciągu zdarzeń. Autoironia/samoświadomość dobrze robi temu tekstowi, nie pozwala potraktować go śmiertelnie poważnie i to jest zdecydowanie na plus.

Miałem jednak kilka puchatych łotdefaków.

Podkreślasz Czerwień, że resztki ciała w pancerzu trzeba leczyć i że się skończyła. Na końcu i tak się okazuje, że pancerz to tak naprawdę Panzerkampfwagen wzór IV w 1940 i poobijany w ciul, ale bohater przeżył i jeszcze przeżyje, a w dodatku będzie kąsał. Finalne poświęcenie osobistych marzeń na rzecz ‘większego dobra’ w tej sytuacji okazuje się bardzo mocno osłabione. No bo w sumie – po co się starać, jak i tak sobie dadzą radę, to tylko kwestia czasu?

No i ta druga tarcza. Tak, przewróciłem oczami. Deus ex, znasz te okreslenia. Pierwsza, baterie siadły, nikt nie umie naładować, podkreślasz jej unikalność i jednorazowość, a złol, w finalnej potyczce, niczym królika z kapelusza wyciąga tę drugą. Niby mała rzecz, ale… Ech.

Scena włamu, który idzie źle – rozumiem jej zamierzony komizm, ale decyzja protagonisty, żeby wynieść niewidomą i dopiero jej głos rozsądku ‘kuźwa ić tam i ukradnij tom kostkie, bo wjesz, pojutrze konjec świata’ – kłuje, jak ten kolec róży w piętę. Myślę, że pokazanie bohatera jako przede wszystkim ludzkiego, osiągnąłeś już wcześniej i ten fragment wydaje się całkowicie zbyteczny. Przecież protagonista już się zobowiązał, zna stawkę, wie o co walczy – tak łatwo by z tego zrezygnował, zwłaszcza, że są inne opcje, np. grawikoń czekał gotów i wystarczyło wrzucić na niego dziołchę i kazać uciekać w razie kłopotów? Tak, mam zastrzeżenia co do logiki tego rozwiązania w tekście, szczególnie biorąc pod uwagę finałowe rozważania bohatera przy wyborze co zrobić.

 

 

Reszta jest po prostu w konwencji – bardzo sprawnie napisane, zachęca do ponownego spotkania z tym uniwersum.

 

Dziękuję za lekturę ;-)

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie mam pewności jak traktować światło, które jest istotnym elementem Twojej opowieści. Co jest jego nośnikiem, skoro można je przechowywać, przelewać, a czasem nim strzelać. Czy mrok, w którym jest uwięziona Lyssa ma aspekt metafizyczny, czy jest to jakaś forma “antyświatła”. Sporo wątpliwości, ale też okazja do rozważań i szukania inspiracji. 

Generalnie, dobrze mi się czytało i nawet nie zauważyłem kiedy to 70k znaków zleciało. Warsztatowo prezentujesz wysoki poziom, a fabuła wciąga czytelnika (przynajmniej mniesmiley). Używasz pewnych klisz, ale mam wrażenie, że to celowy zabieg. Poza tym, co w tym złego? Zwłaszcza jeśli robi się to z pomysłem.

Hej, PsychoFishu

 runął do przodu.

Czy w tej scenie on po prostu nie runął na ziemię?

W sumie…

Dialogi i postaci – klasyczne klisze. Nic odkrywczego (dama w opałach, bohater mimo woli, mroczna tajemnica, sympatyczni łotrzykowie, złowrogi kult) – wszystko, co w przygodówkach lubimy i co powoduje, że z radością przymykamy oko na umowność czy stereotypowość, bo po prostu tego chcemy od tej konwencji. Pamiętałeś nawet wrzucić charakterystyczne powiedzonko protagoniście ;-)

Zapewniam, że kliszowatość była celowym zabiegiem. Do Twojej listy dodałbym ratowanie świata.

Światotwórstwo: bardzo lubię pomieszane światy, wsparte delikatnym, choć nie atakującym zewsząd słowotwórstwem. Podoba mi się mechanika oparta o energię światła w falach widzialnych, ale prezentujesz ją wyłącznie przez gadżety i przedmioty, brak mi tutaj trochę tła, konsekwencji takiej, a nie innej głównej siły energetycznej także w zwyczajach, strojach, strukturze społecznej czy języku istot zamieszkujących ten świat.

Zgadzam się, tło i większy wpływ tej technologii na świat wypadałoby uwypuklić, ale odbyłoby się to kosztem znaków, a już czułem się źle z obcięciem niektórych scen.

Uważam, że to jest główna siła tego tekstu, ten oryginalny, świetlny świat i chciałbym odrobinę więcej ekspozycji.

Mam alergię na ekspozycję, ale staram się z nią walczyć. Gdyby tak był limit 100k znaków ;)

Protagonista, uwięziony w rycerskiej zbroi, bardzo silnie kojarzy się z pewną manga i anime o braciach-alchemikach ;-

Nie oglądam anime i nie czytam mang, więc nie wiem, o co chodzi, ale przypuszczam, że można znaleźć odniesienie np. do Mandaloriana.

ale myślę, że użycie pseudo-naukowych lub zgoła naukowych podstaw związanych ze światłem dałoby tutaj dużo, dużo ciekawsze rozwiązanie niż alchemia (bo element ‘magiczny’ byłby dużo mniej eksponowany).

Ach, to już kwestia gustu. W takie mocne science fantasy to nie zamierzam wchodzić. Wychodzę też z założenia, że odpowiednie nazewnictwo powinno pokazywać się w odpowiednich momentach, a nie mamy tu spotkania naukowców. Jest to świat właściwie postapo, a cechą takiego świata jest zanik rozumienia pewnych spraw przez ogół (z wyjątkiem pojedynczych przypadków).

Ogólnie problemem z wprowadzaniem nowego świata jest znacznie większa liczba znaków jakie są potrzebne, by świat stał się namacalny. Ta historia mogłaby się dziać w klasycznej fantasy (zresztą jak wiele sf itp), którą czytelnik przyjmuje już bez oporu i wie, na czym stoi, bo widział ją wielokrotnie. Wtedy unikamy wyjaśnień i ekspozycji. Tutaj wolałem wrzucać na głęboką wodę, budować raczej tło niż wchodzić w szczegóły. Pewnie, teraz wiem, że trochę za bardzo potraktowałem tło jako tło, ale łatwo mówić po komentarzach… ;) 

Fabuła: klasyka gatunku, trzeba uratować świat i pomóc dziewczynie. Ekspozycja motywacji następuje naturalnie, elementy komiczne wplatasz tam gdzie trzeba i nie pozwalasz im przesłonić ciągu zdarzeń. Autoironia/samoświadomość dobrze robi temu tekstowi, nie pozwala potraktować go śmiertelnie poważnie i to jest zdecydowanie na plus.

O, cieszę się, że to widzisz. Tak, klasyka, pastisz, ale ze świadomością klasycznych motywów gatunku. Trochę bez sensu, trochę poważnie, czasem komicznie. Zebranie drużyny, droga do swoistej Góry Przeznaczenia, ostateczna walka.

Podkreślasz Czerwień, że resztki ciała w pancerzu trzeba leczyć i że się skończyła. Na końcu i tak się okazuje, że pancerz to tak naprawdę Panzerkampfwagen wzór IV w 1940 i poobijany w ciul, ale bohater przeżył i jeszcze przeżyje, a w dodatku będzie kąsał. Finalne poświęcenie osobistych marzeń na rzecz ‘większego dobra’ w tej sytuacji okazuje się bardzo mocno osłabione. No bo w sumie – po co się starać, jak i tak sobie dadzą radę, to tylko kwestia czasu?

czy bohater w heroiku nie kąsa, nawet kiedy ranny? Bywa, że właśnie wtedy kąsa najbardziej. A co do przeżycia, cóż, ta historia nie brzmiałaby mi za dobrze, gdyby bohater umierał na końcu w akcie jakiegoś heroicznego samopoświęcenia. Ostatniego punktu nie rozumiem, ale odwołam się do mojego ulubionego przykładu z komediami romantycznymi – wiemy, jak się skończą, a jednak są oglądane dla samej drogi do finału.

No i ta druga tarcza. Tak, przewróciłem oczami. Deus ex, znasz te okreslenia. Pierwsza, baterie siadły, nikt nie umie naładować, podkreślasz jej unikalność i jednorazowość, a złol, w finalnej potyczce, niczym królika z kapelusza wyciąga tę drugą. Niby mała rzecz, ale… Ech.

Rozumiem, może powinienem wcześniej zaznaczyć, że miał parę tych tarcz. Przynajmniej tutaj deus ex wyskoczył dla antagonisty ;)

Scena włamu, który idzie źle – rozumiem jej zamierzony komizm, ale decyzja protagonisty, żeby wynieść niewidomą i dopiero jej głos rozsądku ‘kuźwa ić tam i ukradnij tom kostkie, bo wjesz, pojutrze konjec świata’ – kłuje, jak ten kolec róży w piętę. Myślę, że pokazanie bohatera jako przede wszystkim ludzkiego, osiągnąłeś już wcześniej i ten fragment wydaje się całkowicie zbyteczny. Przecież protagonista już się zobowiązał, zna stawkę, wie o co walczy – tak łatwo by z tego zrezygnował, zwłaszcza, że są inne opcje, np. grawikoń czekał gotów i wystarczyło wrzucić na niego dziołchę i kazać uciekać w razie kłopotów? Tak, mam zastrzeżenia co do logiki tego rozwiązania w tekście, szczególnie biorąc pod uwagę finałowe rozważania bohatera przy wyborze co zrobić.

Racja, to była zmiana na ostatnią chwilę i już jest lepiej.

Reszta jest po prostu w konwencji – bardzo sprawnie napisane, zachęca do ponownego spotkania z tym uniwersum.

 

Dziękuję za lekturę ;-)

Miło mi i ja również dziękuję za konstruktywny komentarz.

Pozdrawiam serdecznie :)

Jestem winna komentarz do piórkowej nominacji – późno, ale jeszcze w terminie.

Nominuję tekst przede wszystkim ze względu na niebanalne, oryginalne światotwórstwo, kojarzące się – ideą, nie wykonaniem czy detalami – nieco z twórczością Chiny Mieville’a, wykazujące podobną rozbuchaną, barwną, ale jednocześnie wpisaną w wymogi fabuły fantazję. Z tych elementów mnie akurat podobają się ślimakoidy (to właśnie one mi się trochę Mieville’owskie wydały), wykorzystanie kolorów i związana z nimi koncepcja magii oraz obraz i historia ukochanej bohatera.

Ten świat trochę przypomina jakąś odlecianą wersję Dzikiego Zachodu, w którą wpisana jest klasyczna, wywodząca się z tradycji wczesnej przygodowej fantasy w typie Conana, przygoda. Tekst jest pomysłowy, oryginalny w pomyśle – nawet jeśli wykorzystuje klasyczne schematy fabularne i koncepcyjne, to łączy je we własną całość – i znakomicie mi się go czytało. To wszystko zadecydowało o mojej nominacji.

ninedin.home.blog

Bardzo fajne, mega przyjemne opowiadanie i… jejku, jakie długie :D. Aż nie wiem jak skomentować poza tym, że to bardzo przyjemna przygoda, fajny system magiczny i bohater. No i charakter przygodowy bardzo mi siadł, historia nie była ciężka, ale też nie była leciutka, niosła mnie do samego końca na bezdechu. Jestem świeżo po lekturze i w takim stanie trudno mi napisać konstruktywny komentarz nawet gdy chcę :D. Dlatego ograniczę się do krótkiego i prostego.

Bardzo mi się podobało!

 

tylko jedyny problem miałem ze ślimakoidami, bo nie jestem do końca pewny, jak one wyglądają. Nie umiem ich sobie wyobrazić :/

Cześć, Zanaisie!

Jestem na TAK.

Rozpisywałam się już, więc teraz w skrócie: bardzo dobry język i świetny misz-masz światotwórczy. Nad słowem panujesz znakomicie, a dla mnie – oceniając pod kątem piórkowości – bardzo ważne jest czytanie bez potykania się o dziwne konstrukcje, błędy i chropawe zdania. U Ciebie tego nie ma, przez tekst się płynie, zupełnie nie odczuwając ciężaru tych 70k znaków.

Świat, imho, jest świetny, barwny, a przede wszystkim – dający wiele możliwości dalszego pogłębiania i eksplorowania.

Te dwa elementy nadrabiają niedostatki fabuły – która jest w zasadzie dość oklepana, nie wyróżnia się zanadto spośród innych questów ku ratowaniu świata – i czynią lekturę niezwykle przyjemną.

Dla mnie – takie powinno być przygodowe fantasy.

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Hej, Ninedin

Jestem winna komentarz do piórkowej nominacji – późno, ale jeszcze w terminie.

A wizard is never late… czy jakoś tak.

Nominuję tekst przede wszystkim ze względu na niebanalne, oryginalne światotwórstwo, kojarzące się – ideą, nie wykonaniem czy detalami – nieco z twórczością Chiny Mieville’a, wykazujące podobną rozbuchaną, barwną, ale jednocześnie wpisaną w wymogi fabuły fantazję.

Kolejny autor, którego nie znam, ale muszę poznać.

Ten świat trochę przypomina jakąś odlecianą wersję Dzikiego Zachodu,

Też miałem te klimaty na myśli podczas pisania, szczególnie na początku, w klasycznej scenie w barze (tutaj w sklepie świetlnym).

Tekst jest pomysłowy, oryginalny w pomyśle – nawet jeśli wykorzystuje klasyczne schematy fabularne i koncepcyjne, to łączy je we własną całość – i znakomicie mi się go czytało.

Klasyczne schematy to u mnie typowe, ale cieszę się, że uznałaś połączenie za oryginalne :) Dziękuję za nominację i komentarz.

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, Lambertos

Bardzo fajne, mega przyjemne opowiadanie i… jejku, jakie długie :D

Dzięki. Długie jest, aż do samej końcóweczki limitu, mam jednak nadzieję, że czyta się szybko.

Jestem świeżo po lekturze i w takim stanie trudno mi napisać konstruktywny komentarz nawet gdy chcę :D. Dlatego ograniczę się do krótkiego i prostego.

Bardzo mi się podobało!

Bardzo mi miło.

tylko jedyny problem miałem ze ślimakoidami, bo nie jestem do końca pewny, jak one wyglądają. Nie umiem ich sobie wyobrazić :/

Facet z głową ślimaka xD Oczy na szypułkach, trochę lepka skóra… 

Dzięki za odwiedziny i miło mi, że przebrnąłeś przez taki duży kawał tekstu.

Pozdrawiam

 

Hej, Gravel

Nad słowem panujesz znakomicie, a dla mnie – oceniając pod kątem piórkowości – bardzo ważne jest czytanie bez potykania się o dziwne konstrukcje, błędy i chropawe zdania.

Dobra beta w tym pomogła ;)

U Ciebie tego nie ma, przez tekst się płynie, zupełnie nie odczuwając ciężaru tych 70k znaków.

To mnie bardzo cieszy, bo sam odczuwam pewne drżenie serca, widząc tekst na 70k znaków do czytania. Jakoś na papierze łatwiej się czyta długie historie.

Świat, imho, jest świetny, barwny, a przede wszystkim – dający wiele możliwości dalszego pogłębiania i eksplorowania.

Tak, żałuję, że nie pogłębiłem go bardziej, ale może jeszcze nadarzy się okazja.

Te dwa elementy nadrabiają niedostatki fabuły – która jest w zasadzie dość oklepana, nie wyróżnia się zanadto spośród innych questów ku ratowaniu świata – i czynią lekturę niezwykle przyjemną.

Nie mogłem odpuścić napisania czegoś o standardowym ratowaniu świata ;) Wiem, że oryginalności w fabule nie ma.

Dla mnie – takie powinno być przygodowe fantasy.

Bardzo mnie cieszą takie słowa od wybrednej czytelniczki ;) Dziękuję za pomoc i za TAKa!

Pozdrawiam serdecznie

 

Przeczytane kilka dni temu, ale nie było kiedy komentarza napisać :(

 

Ciekawy zamysł na świat, choć muszę od razu powiedzieć, że szczególnie na początku miałam trudność, aby w pełni się w nim odnaleźć i zrozumieć jego działanie. 

Zdecydowanie najmocniejszym elementem opowiadania jest jednak główny bohater – uczony uwięziony w zbroi (mocno mi się kojarzy z Full Metal Alchemist), który tak naprawdę nie jest wojownikiem. Urzekły mnie też szotki <3 

 

Jest jednak sporo elementów, które mnie nie przekonały, choć pewnie wiele w tym subiektywności.

Humor. No jednak odrzucają mnie elementy takie jak Maya wpadająca w kolce i zwracająca na siebie uwagę strażników, taki humor nieco z parodii pomyłek? Było takich gagów trochę, za dużo jak na mój gust, ale pod tym kątem mogę być w mniejszości wśród czytających. 

Maya. Aj aj aj. Prosta i jednowymiarowa, w dodatku niby ślepa a jakimś cudem dobiega sama do kosmicznego statku i jakoś nawiguje w środku. No tutaj moja niewiara jednak za nic nie dała się zawiesić. Szczególnie, że Sall machał tym mieczem i machał, a ona tylko raz się potknęła… No niby ślepa, a jednak nie. Ale do niewiary jeszcze wrócę. Niemniej Mayą jestem rozczarowana bardzo, brakuje jej głębi. I tak wiem, to ma być heroic fantasy, ale z Sallem Ci jakoś wyszło, znam poziom Twojego pisania, co powoduje, że mam pewne (wysokie) oczekiwania. No i się srogo zawiodłam.

W temacie niewiary jeszcze, to w wielu momentach było jak dla mnie zbyt wiele przypadków dogodnych dla bohaterów, Sall niby nie wojownik, a jakoś jednak walczył sporo i to całkiem umiejętnie. 

 

Podsumowując opowiadanie niezłe, przyznam się jednak, że nieco mi się dłużyło (to jednak nie do końca moja bajka), ale na pewno znajdzie swoich fanów.

Hej, Shanti

Ciekawy zamysł na świat, choć muszę od razu powiedzieć, że szczególnie na początku miałam trudność, aby w pełni się w nim odnaleźć i zrozumieć jego działanie. 

Tak, jesteś kolejną osobą, która o tym mówi. Przyznaję, że robię tak, by uniknąć infodumpów. Od razu wrzucam na głęboką wodę.

Zdecydowanie najmocniejszym elementem opowiadania jest jednak główny bohater – uczony uwięziony w zbroi (mocno mi się kojarzy z Full Metal Alchemist), który tak naprawdę nie jest wojownikiem. Urzekły mnie też szotki <3 

FMA nie znam, ale już ktoś o tym wspomniał. Może czas się zapoznać?

Jest jednak sporo elementów, które mnie nie przekonały, choć pewnie wiele w tym subiektywności.

Jak wszędzie ;)

Humor. No jednak odrzucają mnie elementy takie jak Maya wpadająca w kolce i zwracająca na siebie uwagę strażników, taki humor nieco z parodii pomyłek? Było takich gagów trochę, za dużo jak na mój gust, ale pod tym kątem mogę być w mniejszości wśród czytających. 

Upadek w róże to slapstikowy humor, zgoda, ale nie bardzo wiem, gdzie jeszcze tego typu gagów się dopatrzyłaś? Reszta humoru wydaje mi się tylko słowa, chyba że chodzi o rzut gąbką, chociaż nie sądzę…

Maya. Aj aj aj. Prosta i jednowymiarowa, w dodatku niby ślepa a jakimś cudem dobiega sama do kosmicznego statku i jakoś nawiguje w środku. No tutaj moja niewiara jednak za nic nie dała się zawiesić.

Na pewno nie jest jakoś mocno rozbudowana, tu jej bronić nie będę. Że dobiegła? Dałaby radę, a potknięć nie musiało być jedno, tylko jedno zakończyło się upadkiem. Sall ma Mayę z tyłu, więc jej nie widzi, a skoro nie widzi, to nie opisuję w jego narracji.

Szczególnie, że Sall machał tym mieczem i machał, a ona tylko raz się potknęła…

Sall nie macha mieczem w żadnym momencie opowiadania.

Niemniej Mayą jestem rozczarowana bardzo, brakuje jej głębi. I tak wiem, to ma być heroic fantasy, ale z Sallem Ci jakoś wyszło, znam poziom Twojego pisania, co powoduje, że mam pewne (wysokie) oczekiwania. No i się srogo zawiodłam.

Salla nie uważam za bardzo głęboką postać, a Mayę za bardzo płaską, ale to, oczywiście, zdanie czytelników się liczy. Starałem się dać Mayi trochę tła, jest akrobatką i potrafi grać oraz śpiewać, co wykorzystuje w opowiadaniu, boi się latania, jest ciekawa świata, entuzjastyczna, ale też przytłoczona czekającym na nią zadaniem. Okazuje się jednak na tyle silna, by podołać. Szału w jej charakterystyce nie ma, ale jak na postać drugoplanową w przygodówce uznałem, że wystarczy. W każdym razie na pewno zapamiętam uwagę.

W temacie niewiary jeszcze, to w wielu momentach było jak dla mnie zbyt wiele przypadków dogodnych dla bohaterów, Sall niby nie wojownik, a jakoś jednak walczył sporo i to całkiem umiejętnie. 

Hm, o jakie dokładnie przypadki chodzi? Przypadkiem na pewno jest spotkanie w pierwszej scenie, chociaż umotywowane awarią grawikonia. Podczas napadu? Na statku udaje im się dzięki współpracy z szotkami, katastrofę przeżywają dzięki tarczy osobistej i zbroi, potem jest jeden holyłódzki moment uratowania bohatera przez Lyssę i w sumie tyle.

Co do walki Salla – on nie walczy, on się przebija. W pierwszej walce dostaje bęcki, podczas włamania wygrywa strzałami z pistoletu, co nie wymaga zbytnio umiejętności, a potem po prostu roztrąca wszystko po drodze, i tak samo na końcu, gdzie jest facetem w zbroi przeciwko chorym i kalekim. Walkę wymagającą umiejętności widzę tylko na początku.

 

Dzięki za odwiedziny i komentarz, 70k może się dłużyć (dobrze, że tylko trochę).

Pozdrawiam!

Cześć, Zan!

 

Przybywam jeszcze raz, pewnie wiesz dlaczego. Nie wracałbym, gdyby nie to, że w poprzednim komentarzu w zasadzie tylko chwaliłem, a ostatecznie będę na NIE.

To jest świetna przygodówka, bardzo ładnie napisana, przy której spędza się fajnie czas, ale chyba nie zostanie ze mną na dłużej.

Tutaj, w przeciwieństwie do “Splecia…” nie poszedłeś na karkołomne światotwórstwo, przez co wiele stoi po stronie czytelnika. Tu zostaję z niedosytem, bo odniosłem wrażenie, że niektóre nazwy były wymyślone, żeby po prostu były inne niż zwykłe.

Sam bohater jest jak dla mnie over-powered – owszem, pojawiły się trudności, ale nie podniosły napięcia na tyle, bym mógł zwątpić w to, że mu się uda. To pasuje do konwencji Heroic Fantasy, ale osłabia napięcie.

Teraz jest jeden komentarz z chwaleniem, a drugi z marudzeniem. Uważam, że ten tekst to bardzo mocna biblioteka, coś co możesz bez zakłopotania sygnować swoim mocnym literacko nazwiskiem, ale do piórka mi tu trochę zabrakło.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć!

 

Tekst przeczytany, komentarz po zakończeniu konkursu.

A póki co -1 pkt. za brak entuzjazmu w stosunku do genialnego i cudownego pomysłu z mapami.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Ze wszystkich przeczytanych przeze mnie jak dotąd tekstów, ten najlepiej wpisuje się w konwencję, do tego stopnia, że w sumie nie czułem zaskoczenia w żadnym momencie… Wróć. Zdziwiło mnie szczęśliwe zakończenie. Fabuła szła po tak idealnym, heroiczno-fantastycznym sznurku, że byłem w szoku, że to nie pułapka. ;P

Najbardziej mi się podoba świat, jest taki ,,inny”, w sensie nie jest kolejnym klonem Śródziemia/Forgotten Realms/Warhammera. Nawet go sobie wyobrażałem jako połączenie ,,Arcane” z ,,Piratami z Karaibów”. No i szotki. <3

Obsadzenie kalek w roli złych jest IMO mało poprawne politycznie :P ale też pasuje do konwencji.

Ogólnie mam odczucia trochę jak po seansie blockbustera – było fajnie, nawet bardzo fajnie, ale tylko tyle. Dzięki za umilenie podróży pociągiem.

Show us what you got when the motherf...cking beat drops...

Hej, Krokusie

Nie wracałbym, gdyby nie to, że w poprzednim komentarzu w zasadzie tylko chwaliłem, a ostatecznie będę na NIE.

Bardzo dobrze, Jasiu. A teraz siada, pała. xD

Nie ma sprawy, rozumiem.

Tutaj, w przeciwieństwie do “Splecia…” nie poszedłeś na karkołomne światotwórstwo, przez co wiele stoi po stronie czytelnika. Tu zostaję z niedosytem, bo odniosłem wrażenie, że niektóre nazwy były wymyślone, żeby po prostu były inne niż zwykłe.

Człowiek sam sobie wiesz wysoko poprzeczkę…

Komentarze teraz wyrównane, dzięki jeszcze raz betę i pozdrawiam.

 

Hej, Krarze

A póki co -1 pkt. za brak entuzjazmu w stosunku do genialnego i cudownego pomysłu z mapami.

:O

 

Hej, SNDWLKR

Ze wszystkich przeczytanych przeze mnie jak dotąd tekstów, ten najlepiej wpisuje się w konwencję, do tego stopnia, że w sumie nie czułem zaskoczenia w żadnym momencie…

I teraz nie wiem, czy to dobrze, czy źle…

Zdziwiło mnie szczęśliwe zakończenie.

Tutaj smutne zakończenie nie za bardzo by pasowało. Sam bym się na nie zdziwił.

Fabuła szła po tak idealnym, heroiczno-fantastycznym sznurku, że byłem w szoku, że to nie pułapka. ;P

Czasem brak twista jest twistem :P

Najbardziej mi się podoba świat, jest taki ,,inny”, w sensie nie jest kolejnym klonem Śródziemia/Forgotten Realms/Warhammera. Nawet go sobie wyobrażałem jako połączenie ,,Arcane” z ,,Piratami z Karaibów”.

Mogłem bardziej rozbudować, ale cieszę się, że przypadł do gustu. Chciałbym kiedyś napisać normalne fantasy, ale to kiedyś.

No i szotki. <3

Tych panów jeszcze muszę gdzieś użyć.

Obsadzenie kalek w roli złych jest IMO mało poprawne politycznie :P ale też pasuje do konwencji.

Zwrócono mi na to już uwagę, ale motywacji mają nie do podważenia.

Ogólnie mam odczucia trochę jak po seansie blockbustera – było fajnie, nawet bardzo fajnie, ale tylko tyle. Dzięki za umilenie podróży pociągiem.

W sumie na nic więcej nie liczyłem i w nic więcej nie celowałem. Mogę być Michaelem Bay’em konkursu :P

Dziękuję za wizytę i pozdrawiam

Cześć, Zanais

Świetne! Oczarowałeś mnie tym tekstem. Naprawdę dobra robota. Ładnie wykorzystałeś założenia gatunku, nie popadając w przesadę. 

Przede wszystkim na uwagę zasługuje wykreowany przez ciebie świat i sposób działania magii. Pomysł na bronie: od mieczy aż po pistolety i lasery na plusie, wniósł wiele nowego do opowieści. Zaintrygował również świat kolorów, z których każdy ma swoje magiczne właściwości – tym mnie kupiłeś. Podobał mi się pomysł na fioletowe race uwalniające na określony czas Lyssę.Podobało mi się spotkanie z lewitującymi szczurami. Miałeś na nie ciekawy pomysł i fajnie pokazałeś charakter ich przywódcy, może i jest on dość typowy, ale mi to w żadnym wypadku nie przeszkadzało. Polubiłem go. 

Najmniej podobało mi się samo zakończenie, bo jasne, było dobre, ale liczyłem na coś więcej. Trochę się zawiodłem. Opowiadanie uważam za bardzo udane, a jego lektura dostarczyła mi sporo przyjemności. Dzięki. 

Pozdrawiam. 

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

Hej, Młody pisarzu

Dzięki, bardzo mi miło. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystko się zmieściło – parę scen z Lyssą zostało wyciętych, ale po relacji, gdzie jedno nie może się odzywać, nie spodziewałbym się jakichś cudów ;) Szotki są dość typowe pod kątem charakteru, to szczury piraci i tutaj zaskoczenia nie ma. A zakończenie, hm, przyjmuję uwagę, tylko nie bardzo wiem, co tam nie tak – może trochę nagiąłem z realizmem, ale to heroik, mam nadzieję, że przejdzie ;)

Cieszę się, że wpadłeś i pozdrawiam serdecznie. 

Och, ale to jest fajne. Mam sporo uwag, ale to jedno z tych opowiadań, których wymyślenia autorowi zazdroszczę.

Udało się tu w zasadzie wszystko: dobrze rozplanowana fabuła z odpowiednio rozmieszczonymi foreshadowingami i innymi haczykami (choć może idzie to troszkę po sznureczku, a bohaterom nieco zbyt płynnie wszystko się udaje, aczkolwiek ma to konwencyjne, fabularne i światotwórcze uzasadnienie), ciekawie wykreowany świat (choć tu akurat pozostaję z dozą niedosytu, chciałabym więcej i mam nadzieję, że świat rozwiniesz w dalszych tekstach z tego uniwersum, bo przecież Sall musi odzyskać Lyssę, prawda?), wiarygodni i żywi bohaterowie (choć chciałabym więcej o ślimakoidach w ogóle, co trochę podpada pod “więcej o świecie”, oraz o tych dwóch mięczakowych bohaterach: Huboldzie i Daurelu).

Btw świat jest mocno “Sapkowski” z tym chaosem technologicznym, ale to nie przeszkadza, choć nie miałabym też nic przeciwko temu, żebyś rozwinął to w wyjaśnienia.

Te drobne “ale” już wpisałam w nawiasach. Z innych marudzeń: Hubold mówi, że język jego rasy wymarł, a potem jednak okazuje się, że Opiekunowie go pamiętają, a Sall nie ma problemu z jego odczytaniem. To imho zasługuje na rozwinięcie, bo jest nieco deusexmachinowe, nawet jeśli Sall jest uczonym. Troszkę się też zawiesiłam na roli Opiekunów – jest w tekście, ale w skłaniającej się leciutko ku infodumpowi wypowiedzi ślimaka (choć przyznam, całą scenę, w której Hubold usiłuje wpaść w rasowy infodump, rozegrałeś bardzo fajnie). Uważam też, że nieco przegiąłeś z tym, jak Maya sobie radzi, mimo że jest niewidoma. Nie do końca też kupuję pogodzenie się Hubolda z tym, że nie leci z nimi, znowu nieco zbyt łatwo.

Ogólnie – świetnie mi się czytało i to mimo robienia łapanki, którą znajdziesz poniżej. Część marudzenia związana jest zapewne z tym, że przez ten tekst się płynie, więc paradoksalni nie wszystkie informacje, które są istotne, a nie dość podkreślone, zapamiętałam.

 

Stylistycznie jest okej, choć drobnych wpadek odnotowałam sporo.

 

Najwyraźniej do tego sklepu zdrowy rozsądek nie miał wstępu. A może całe miasto zwariowało? Skutek uboczny koniunkcji? Zaczął rozważać w głowie potencjalne przyczyny, ledwo słuchając dalszej rozmowy ślimakoidów.

Uważaj na podmioty domyślne. Tu niby jest dość jasne, że rozważać zaczął Sall, a nie skutek uboczny, niemniej podmiot by się przydał. “W głowie” → imho lepiej “w myślach”. Albo po prostu rozważać.

 

Pierwszy krok na drodze do wyciągnięcia mnie z tej puszki.

I dla niej, aby uwolnić ją z cienia, dodał w myślach.

No i tu to już zdecydowanie do uwolnienia puszki z cienia ;) Nie wydaje mi się, żeby zdradzenie tu imienia Lyssy miało jakkolwiek zaszkodzić. Wiemy już o tym, że on kogoś przywołuje i że to kobieta. Imho to nawet by tu dobrze zadziałało, dodało osobistego wymiaru. Gdyby jeszcze było tak, że Sall sobie wytworzył tabu na imię pół-utraconej ukochanej (i ono pojawiło się dopiero wtedy, kiedy Maya wprost pyta o jego tęsknotę), to bym się gimnastykowała, żeby je ukryć, ale ono niedługo pada z jego ust.

 

Maya przyklękła przy balii. Usta jej drżały

Usta balii.

 

ale przyciągnęła uwagę fotomanty; wyciągnął ręce i posłał w odpowiedzi falującą smugę Żółci.

Niedobra ta składnia ze średnikiem. Nie masz nigdzie w okolicy “który”, więc go użyj, bo tu pasuje najbardziej.

 

Wtedy, strzaskany i na granicy śmierci

Strzaskany mi nie pasuje, bo on chyba wtedy nie był w zbroi? To jest scena destylacji Czerni?

 

Hubold gwałtownie pokręcił głową, rozchlapując śluz. Parę kropel trafiło w hełm Salla, co było dość obelżywe.

Imho obelżywe byłoby, gdyby Hubold zrobił to celowo, a tak nie jest.

 

wciąż trzymając rozczapierzone palce

Niewiele wcześniej miałeś rozczapierzoną błyskawicę. To słowo mocno zwraca uwagę.

 

– O, bogowie… – jęknął cicho Sall. – Ten dureń wynajął szotków.

Tu i wcześniej miałam wrażenie, że Sall zna kapitana, a wychodzi na to, że nie.

 

Mamy umowę?

Anglicyzm. → Umowa stoi?

 

– Tam! – Wskazał oddelegowanemu do niego miotaczowi, odpalając racę

Coś jest nie tak z tym didaskalium. Może wystarczy dodać dopełnienie, bo wskazać trzeba coś

 

ale ja i Lyssa znaleźliśmy się w oku cyklonu. Ją zabrała Czerń, a mnie ogień…

“Oko cyklonu” to miejsce, gdzie wichura nie powoduje szkód albo niewielkie, czyli gdyby się w nim znaleźli, powinni wyjść w zasadzie bez szwanku, a nie prawie zabici.

 

na którego straży wystawiono

→ postawiono. Wystawić straże, ale postawić kogoś na straży. Polska język trudna język ;)

 

Wchodzimy – powiedział na widok kostki włożonej przez bandytów w niewielki otwór.

Tu się zawiesiłam na tym, czym tak naprawdę są kostki i do czego służą, dlaczego w końcu nie trzeba było ich wszystkich zdobyć i tak dalej. To dla mnie jedna z dziurek logicznych fabuły, ale albo coś przegapiłam, albo łatwa do załatania.

 

– Żeby chociaż tak wiedzieć[+,] na co

 

Śpiewali w podniosłym nastroju; fanatycznie szczęśliwi,

Przecinek nie średnik, ewentualnie dwukropek. Średnik w polszczyźnie ma znacznie mniejsze zastosowanie niż po angielsku.

 

– Zuch dziewczyna. – Jak zacząć? Kiedyś już przemawiał na zgromadzeniach………..

Wszystko od “Jak zacząć” nie jest didaskalium, ale powinno się znaleźć w nowym akapicie.

 

Twarze pojawiały się przed wizjerami

Wizjerami?

 

lecz wtedy noga się pod nim ugięła, trafiona w kolano paraliżującym ciosem buzdyganu. Przyklęknął, a wtedy

 

na zakrwawionym podłożu

Nie pasuje mi to zakrwawione do podłoża.

 

Ujrzał nadciągający w stronę jego oczu buzdygan

Uch, widzę ten dostojnie płynący w powietrzu buzdygan ;) Tu trochę przesadziłeś stylistycznie i zarżnąłeś dynamikę sceny.

 

Gdzie pistolet?! Gdzie Daurel?! Znalazł go naprzeciw wejścia. Podskakiwał komicznie na zdrowej nodze i machał w stronę kul.

“Go” zamieniłabym na ślimakoida albo co, bo inaczej jest dwuznacznie, czy jednak nie chodzi o pistolet. Skądinąd – ślimakoidy mają dwie nogi? Naprawdę by się przydało nieco więcej o tej rasie, bo muszle są, ale poza tym najwyraźniej antropomorfizm… To niby jest na początku, że wychodzi facet z głową ślimaka, ale nieco więcej by nie zaszkodziło. 

 

Metal wracał do swojej rzeczywistości, cofał [+się], ustępując kamieniowi, skórze i ciału.

Pierwszy człon zdania mi zgrzyta, bo wracać do rzeczywistości znaczy trochę co innego, swojej wydaje się nadmiarowe, i dopiero potem wiadomo, o co chodzi. Przemeblowałabym to zdanie. Zaimek “się” po cofał konieczny.

 

roboty znów jęczały, gdy krew zaczynała krążyć w odzyskanych żyłach i rozglądały się, oszołomione, z naręczami metalowych kawałków. 

To imho też wymaga lekkiego remontu.

 

Poczuł dłoń na hełmie. Ujrzał nad sobą jej twarz. Była tu – bez racy, z metalowym ciałem. Materialna.

Twarz dłoni. Znów: imię tu nie zaszkodzi, ale pomoże.

http://altronapoleone.home.blog

Hej, Drakaino

Och, ale to jest fajne. Mam sporo uwag, ale to jedno z tych opowiadań, których wymyślenia autorowi zazdroszczę.

:O

dobrze rozplanowana fabuła z odpowiednio rozmieszczonymi foreshadowingami i innymi haczykami (choć może idzie to troszkę po sznureczku, a bohaterom nieco zbyt płynnie wszystko się udaje, aczkolwiek ma to konwencyjne, fabularne i światotwórcze uzasadnienie)

Następnym razem urwę bohaterowi kończyny i zamknę w piwnicy ze wściekłą owcą, bo mam wyraźnie inne niż czytelnicy pojęcie “idzie za łatwo” ;p Cieszę się, że patrzysz na konwencję. Wpłynęła na sporo elementów tego opowiadania, i to się zgodzę, że niekoniecznie dobrze.

ciekawie wykreowany świat (choć tu akurat pozostaję z dozą niedosytu, chciałabym więcej i mam nadzieję, że świat rozwiniesz w dalszych tekstach z tego uniwersum, bo przecież Sall musi odzyskać Lyssę, prawda?

Tak, wiem. None już zwrócił uwagę na świat rozbudowany poziomo, a nie pionowo. Czy Sall odzyska Lyssę? Hm, hm ;)

wiarygodni i żywi bohaterowie (choć chciałabym więcej o ślimakoidach w ogóle, co trochę podpada pod “więcej o świecie”, oraz o tych dwóch mięczakowych bohaterach: Huboldzie i Daurelu).

Wiarygodni i żywi bohaterowie mieli być główną zaletą tekstu. Niestety, limit (przy 70k nadal istnieje) nie pozwolił na rozbudowę postaci trzecioplanowych.

Z innych marudzeń: Hubold mówi, że język jego rasy wymarł, a potem jednak okazuje się, że Opiekunowie go pamiętają, a Sall nie ma problemu z jego odczytaniem. To imho zasługuje na rozwinięcie, bo jest nieco deusexmachinowe, nawet jeśli Sall jest uczonym.

Hm, chyba lepiej by było go nazwać nie do końca wymarłym językiem.

Troszkę się też zawiesiłam na roli Opiekunów – jest w tekście, ale w skłaniającej się leciutko ku infodumpowi wypowiedzi ślimaka (choć przyznam, całą scenę, w której Hubold usiłuje wpaść w rasowy infodump, rozegrałeś bardzo fajnie).

Dajcie 30k znaków więcej! Opiekunowie nie bardzo mieli się gdzie pojawić, bo na początku opka są gdzieś tam mordowani. Scena z tłumaczeniami Hubolda też mi wyglądała na infodump, więc starałem się maksymalnie ją urozmaicić.

Uważam też, że nieco przegiąłeś z tym, jak Maya sobie radzi, mimo że jest niewidoma.

Wiem, tutaj na pewno mnie poniosło. Może odezwały się wspomnienia ze Splecia xD

Nie do końca też kupuję pogodzenie się Hubolda z tym, że nie leci z nimi, znowu nieco zbyt łatwo.

Tu się będę bronił – po co Hubold? Nie jest wojownikiem, tylko sklepikarzem, ale główny powód to lato – wysechłby jak ślimak na słońcu.

Ogólnie – świetnie mi się czytało i to mimo robienia łapanki, którą znajdziesz poniżej.

Bardzo mnie to cieszy!

Część marudzenia związana jest zapewne z tym, że przez ten tekst się płynie, więc paradoksalni nie wszystkie informacje, które są istotne, a nie dość podkreślone, zapamiętałam.

Czy jest tak dobrze, że aż się robi źle xD

Stylistycznie jest okej, choć drobnych wpadek odnotowałam sporo.

Cały ja…

 

Poprawki wprowadzone, prócz tu:

– O, bogowie… – jęknął cicho Sall. – Ten dureń wynajął szotków.

Tu i wcześniej miałam wrażenie, że Sall zna kapitana, a wychodzi na to, że nie.

Nie wiem, skąd to wrażenie, bo szotki to rasa. Tak, jakby ktoś narzekał, że generic krasnoludy są pijakami.

 

Dziękuję za wizytę i komentarz.

Pozdrawiam serdecznie

parę scen z Lyssą zostało wyciętych, ale po relacji, gdzie jedno nie może się odzywać, nie spodziewałbym się jakichś cudów ;)

Nie czułem do końca jego bólu związanego ze stratą, gdzieś zabrakło emocji. I jeszcze ostatnie słowa Lyssy mi nie podpasowały, to “Kocham cię” było dla mnie dość suche. Jednak, jak widzisz, usunąłem ten zarzut, niestety trochę za późno, bo dopiero rano, chwilę przed twoją odpowiedzią. Dlaczego skasowałem? Uważam, że były to ZBYT subiektywne odczucia.

Szotki są dość typowe pod kątem charakteru, to szczury piraci i tutaj zaskoczenia nie ma.

To prawda, ale kocham ten typ charakteru. Zresztą epizodyczne postacie nie potrzebują głębokiej osobowości, można grać w ich przypadku na schematach. Tutaj stworzyłeś bardzo sympatyczne stworki, które świetnie wypadły, bez problemu je zrozumiałem i mogłem im kibicować. 

A zakończenie, hm, przyjmuję uwagę, tylko nie bardzo wiem, co tam nie tak – może trochę nagiąłem z realizmem, ale to heroik, mam nadzieję, że przejdzie ;)

Podobało mi się najmniej, ale nadal się podobało. Po tak dobrej fabule liczyłem na mega niesamowite zakończenie, ale moje oczekiwania często są wygórowane ;)  Więc według mnie nie zrobiłeś nic źle.

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

parę scen z Lyssą zostało wyciętych, ale po relacji, gdzie jedno nie może się odzywać, nie spodziewałbym się jakichś cudów ;)

Nie czułem do końca jego bólu związanego ze stratą, gdzieś zabrakło emocji. I jeszcze ostatnie słowa Lyssy mi nie podpasowały, to “Kocham cię” było dla mnie dość suche. Jednak, jak widzisz, usunąłem ten zarzut, niestety trochę za późno, bo dopiero rano, chwilę przed twoją odpowiedzią. Dlaczego skasowałem? Uważam, że były to ZBYT subiektywne odczucia.

Kurczę, a mi to “Kocham cię” jako jedyne słowa wypowiedziane przez dziewczynę, która na moment dostaje możliwość mówienia, wydają się najbardziej naturalną rzeczą, którą powiedziałaby ukochana do ukochanego. Ale to subiektywne ;) No i nie umiem w romanse.

Szotki są dość typowe pod kątem charakteru, to szczury piraci i tutaj zaskoczenia nie ma.

To prawda, ale kocham ten typ charakteru. Zresztą epizodyczne postacie nie potrzebują głębokiej osobowości, można grać w ich przypadku na schematach. Tutaj stworzyłeś bardzo sympatyczne stworki, które świetnie wypadły, bez problemu je zrozumiałem i mogłem im kibicować. 

Przypuszczałem, że szotki się spodobają i wiele opinii to potwierdza – jest coś urzekającego w piratach, a jeszcze szczury? ;) Sam bym o takich poczytał, ale racja, są dość proste. Z drugiej strony, zawsze można rozbudować.

Podobało mi się najmniej, ale nadal się podobało. Po tak dobrej fabule liczyłem na mega niesamowite zakończenie, ale moje oczekiwania często są wygórowane ;)  Więc według mnie nie zrobiłeś nic źle.

Wysoka poprzeczka to trudna poprzeczka :)

Kurczę, a mi to “Kocham cię” jako jedyne słowa wypowiedziane przez dziewczynę, która na moment dostaje możliwość mówienia, wydają się najbardziej naturalną rzeczą, którą powiedziałaby ukochana do ukochanego. Ale to subiektywne ;)

Dlatego wycofałem zarzut. Możliwe, że w moim przypadku problem nie leży w słowach, a w gestach? W ułożeniu zdań? Czasami niewiele potrafi zmienić wszystko. Ta “śmierć” była dla mnie mało emocjonalna, czegoś mi w niej brakowało. Przy tego typu opisach rozumiem, że prostota jest ważna, ale tutaj myślę, że lekko z nią przesadziłeś. 

Zgłosiłem taki przypadek. Jeśli ktoś jeszcze zgłosiłby podobną wątpliwość, to wtedy można się nad tym zastanowić, a jeśli nie, to pojedynczą uwagę (mnie nieznającego się na pisaniu, więc wyrażającego całkowicie subiektywne myśli) można zignorować. Takie jest moje zdanie :)

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

Nie wiem, skąd to wrażenie, bo szotki to rasa. Tak, jakby ktoś narzekał, że generic krasnoludy są pijakami.

Szotki nie mają z tym wrażeniem wiele wspólnego, po prostu odniosłam wrażenie, że Sall zna jakiś statek i jego kapitana, a potem wyszło, że nie, więc zasygnalizowałam. Może tu decyduje to “ten dureń”, powiedziane jak o kimś znajomym?

http://altronapoleone.home.blog

Jeju, przeczytałem i jest pod ogromnym wrażeniem twoich zdolności. Oczywiście utworzony świat, jego historia i mechaniki, są intrygujące i pobudzają wyobraźnię, ale już na warstwie samego języka, prowadzenia dialogów i budowania fabuły widać niezłą ekspertyzę. 

Ale nie chcę słodzić, wystarczy chyba jeśli powiem, że bardzo mi się podobało i przepłynąłem przez ten (dłuuuugi) tekst, jakby miał nie więcej niż 20k znaków (chociaż czytałem na dwa razy, bo oderwały mnie obowiązki), i że nauczyłem się z niego paru rzeczy jako autor. Mam parę uwag do samego tekstu, choć myślę, że te mankamenty w większości wynikają z ograniczonej objętości tekstu.

Po pierwsze primo, foreshadowing wypadł trochę blado. Może to wina tego, że czytam jak rozkojarzona małpa, ale znalazłem trzy punkty, które się na niego składają. Najpierw mamy scenę w sklepie, gdzie handlarz wspomina, że ktoś tam gdzieś tam syntezował czerń i BUM. I w sumie tyle z wprowadzenia. Potem mamy krótką retrospekcję, gdy bohater widzi, jak jego ukochaną wchłania mrok (w czasie czytania nawet nie zastanowiłem się co to za mrok, a potem już w sumie zapomniałem w ogóle, że cokolwiek ją wciągnęło – byłem przekonany, że oboje ucierpieli w pożarze). No i pod koniec już wykładamy karty i cała historia jest opowiedziana w szczegółach. I moim zdaniem to nie działa. Są tu trzy etapy foreshadowingu (wzmianka, sugestia i ujawnienie) ale wzmianka na początku nie sugeruje w ogóle, by to była istotna informacja, więc szybko odfiltrowuje się ją z myśli, potem sugestia jest dość słaba, chyba dlatego, że za krótka i też nie przykuwa się do niej dużej uwagi (tym bardziej, że przerywa dość dynamiczną akcję, więc przelatuje się przez nią z rozpędu). Zwieńczenie tego wątku za to jest całkiem ok technicznie, wszystko powinno działać, ale za mało napięcia się nabudowało we wcześniejszych etapach, żeby to zaskoczyło porządnie. Rozpisałem się o tym dużo, ale nie daj się zwieść xD to wcale nie jest imho wielki problem. Dałoby się to łatwo naprawić, gdyby nie ten limit znaków, bo po prostu więcej uwagi czytelnika można by do określonych fragmentów przykuć. Można by też trudniej, zręcznie manipulując tempem akcji i kładąc większy akcent na reakcje bohaterów, np. (choć to trochę krindżowe się wydaje) bohater mógłby jakoś wyraźnie zmienić temat albo odpowiedzieć bardziej emocjonalnie w czasie początkowej rozmowy z handlarzem, ale to tam wiesz na pewno. Teraz konkluzja tego wątku wydaje się wzięta z powietrza. Nie wykluczam też, że sam problem jest po mojej stronie, w końcu widziałem wyżej pozytywne zdanie o tym aspekcie, a sam wiem, że mam problem z uważnym czytaniem, ale mimo wszystko wolałem o nim wspomnieć.

Po drugie primo relacja bohatera i jego ukochanej jest bardzo blada. W ogóle nie czuję ich więzi i dramatu, jaki ich spotkał. Po części się to wiąże z pierwszą uwagą, bo jednak ta rewelacja, że to sam Sall ich tak urządził, powinna ukłuć czytelnika w serduszko i zrobić z niego bohatera-smutasa, ale się to nie udaje – chyba znowu dlatego, że za mało uwagi poświęca narrator na ten wątek. Hmm…Może jakby wywalić ten fragment z przygrywaniem szczurom na lutni, to by się zmieściła scenka, która silniej zarysowałaby tło tej historii miłosnej? Podobnie już działa scena, gdy Sall patrzy na dziewczynkę i widzi jej podobieństwo do Lyssy, więc to nie musiałoby być bardzo długie. Jakaś krótka wzmianka w trakcie powolnego segmentu tekstu by wystarczyła. Gdzieś wyżej mi też mignęła wzmianka o ostatnich słowach Lyssy. No i zgadzam się po części z tym zarzutem – faktycznie mogła powiedzieć coś innego, co spełniłoby dodatkową rolę, niż tylko przypomniało o czymś, z czego doskonale zdajemy sobie sprawę – że go kocha. Myślę, że jakieś “nie winię cię” albo przeciwnie – “nienawidzę cię, wypuść mnie xD” byłoby ciekawsze i wzbudziło silniejsze emocje w czytelniku. Masz rację, że użycie kochamcia jest bardzo naturalne i pewnie w prawdziwości właśnie takie słowa padły, ale jesteśmy w opowiadaniu, gdzie można się trochę pobawić językiem, by zbudować kolejną historię w historii. W końcu, może Lyssa nie ma innego wyjścia i chciałaby umrzeć, ale jakaś siła trzyma ją w postaci widma i nie pozwala odejść? Może gdy w końcu Sall zdoła przywrócić jej ciało, wcale nie będzie zadowolona, a może nawet stanie się jego śmiertelnym wrogiem, bo nigdy nie wybaczyła mu tego, co im zrobił?

Zakończenie trochę zrushowane, ale to chyba normalne jak się rozpędzi przy pisaniu, moje opko też z tego powodu ucierpiało xD. Ciekawie wypada przemowa Salla do kultystów, mimo że ma charakter komediowy, to wypada bardzo realistycznie i idealnie pasuje do tego, jak zarysowałeś charakter tej postaci. Z drugiej strony motyw wajchadłowców kosmitów, z których wylatują metalowe kule, które zmieniają ludzi w roboty jest już trochę zbyt dziwny, żeby mi się spodobał. Nie był zły, ale w porównaniu z resztą światotwórstwa, wypada najgorzej. Na pewno nie czuję, żeby pasował do reszty koncepcji i to chyba ta niespójność mnie świerzbi.

No i z tych uwag, to chyba tyle. Jakby mi się coś jeszcze przypomniało, to postaram się dopisać coś w kolejnym komentarzu. Ogółem opowiadanie robi spore wrażenie i bardzo przyjemnie spędziłem przy nim czas. Gratuluję świetnej roboty i piórka :D Powodzenia przy następnych tekstach!

Hej, MetronomeArthritis

Się rozpisałeś ;)

Cieszy mnie pozytywny odbiór i fakt, że przez tekst przepłynąłeś szybko. Dla mnie to też była niezła nauka pisania, szczególnie po lekturze komentarzy.

Foreshadowing to trudna sztuka i w sumie męczyłem się z nią. W sklepie nie chciałem za bardzo sugerować, że to Sall zsyntezował czerń, a wiadomo, rozmowa musi brzmieć naturalnie. Jego reakcja wydaje mi się odpowiednia – urywa rozmowę na niewygodny temat.

– Obiło mi się o uszy – burknął Sall.

Ale wiadomo, autor chce jedno, a czytelnik dostaje drugie ;)

Z drugim zarzutem też się częściowo zgadzam, to nie jest jakaś wielka relacja. Pomysł, aby Maya bardzo przypominała Lyssę pojawił się w pierwszej wersji tekstu, ale uznałem go za zbyt duży zbieg okoliczności w tekście, gdzie i tak niewiara czytelnika nie ma łatwo, więc zostało ucięte.

Podobnie z ostatnimi słowami – nie winię cię, czy przebaczam ci, były rozważane, ale uznałem, że skoro Lyssa pomaga Sallowi, mówi wystarczająco – nie ma żalu. Pewnie, słowa o kochaniu lepiej by wybrzmiały po lepszej relacji, ale wydawały mi się najbardziej naturalne.

Zakończenie nie było rushowane, jeśli tak wyszło, to moja wina. Miałem wręcz odczucie, że jest za długie. Dlatego przemowa do kultystów, która praktycznie jest infodumpem, została przerobiona na komedię (i tu jestem zadowolony z wyniku).

Kule zmieniające wszystko w metal są dziwne, ale nie takie rzeczy się w heroikach widziało ;)

Część rzeczy wygładzi się w redakcji, nie ukrywam, że trochę pozmieniam zgodnie z odbiorem czytelników :)

Dziękuję bardzo za długi komentarz i gratulacje!

Pozdrawiam

 

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Hej, Anet

Dzięki :)

Pozdrawiam

No więc, tak:

Zaczęłam czytać pare dni po tym jak tekst się pokazał, przeczytałam do rozdupki sklepu i … przestałam. Szczerze, już nie pamiętam co się stało, czy mi się nie chciało, czy mi coś przerwało (wow rymy częstochowskie).

Postanowiłam wziąć się za dokończenie i skomentowanie tekstów, które z różnych względów zostawiłam rozgrzebane. Otworzyłam merlota i jako pierwszy wzięłam na warsztat Twój, bo pamiętałam dobrze, co zdążyłam przeczytać, więc stwierdziłam – nie muszę zagłębiać się od początku.

Miałam podejść krytycznie, no bo przeca nie przeczytałam jednym tchem, ale…

Czytając znalazłam momenty, przy których się śmiałam i znalazłam też taki, przy którym płakałam. Nie wiem, czy to robota wypitego wina, czy emocji przekazanych przez Ciebie, ale biorąc pod uwagę, że jeszcze nie skończyłam butelki stawiam na to drugie. Dlatego, nawet biorąc pod uwagę wszystkie zarzuty, o jakich pisali przedmówcy, ja stwierdzam, że tekst jest genialny. Przyprawić Inannę o łzy – nie w kij dmuchał.

Szacun, Zanais.

Koń jaki jest każdy widzi, a i tak darowanemu w zęby nie zaglądasz.

Hej, Inanna

Myślę, że jednak wino częściowo wpłynęło na odbiór tekstu, ale w sumie co w tym złego. Bardzo mi miło, że tekst przypadł Ci do gustu i dobrze się przy nim bawiłaś :)

Pozdrawiam serdecznie

ArtStation – Barik – Tyranny

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Łał. Czytam i… Łał. To jak wstęp do długiej opowieści, do świata, który jest całkowicie nowy, świeży, wymyślony przez Ciebie. Te nazwy, te rasy, jakie to wszystko staranne, jak dobrze opisane, jak wciągające… 

 

Motyw bohatera w zbroi, co przyjeżdża do miasta nie jest może odkrywczy, ale Twoje opisy robią świetną robotę. Czarujesz tym światem, mógłbyś całą książkę napisać. Czytałabym! 

 

Sall miał nadzieję, że to nie cały asortyment.

Mam wrażenie, że tu jest pogrubiony przecinek? Czy może się mylę? 

 

Dochodzę do momentu wspomnianego Fioletu, ciekawe, od razu intrygujesz, te kolory brzmią ciekawie. :) 

 

Podobają mi się opisy tych łotrów z półświatka, jedynie ta wzmianka

złoty łańcuch na szyi

tak trochę dziwnie brzmi, nie wiem, zbyt po naszemu. Nie mówię, że to błąd, ale mnie raziła przy czytaniu. 

 

Walka opisana świetnie. I jeszcze ten Sall, który nie jest super-mega-herosem, który bez trudu pokonuje wszystkich złych. Cudowne. Na takich bohaterów zawsze czekam. O takich chcę czytać. 

 

I dalej, Sall odpala racę, to jest ten Fiolet? Nieźle namieszał… 

 

Jednej rzeczy nie rozumiem. Mamy tekst, że wyrosła sylwetka dziewczyny, wycięta z ciemności, nie mamy pojęcia, co to za dziewczyna, chyba że to tak jakby cień Mayi? Bo jest zdanie:

 

Maya wykorzystała okazję i trzasnęła go kijem w szczękę, moment później ostrze rozpłatało plecy bandyty.

 

Czy to ta dziewczyna-Maya z Fioletu czy to nasza Maya? Bo w opowiadaniu jest niewidoma, więc jak trzasnęłaby kijem gościa w trakcie walki? 

Edycja po całości: okej, to nie Maya, więc może przydałoby się wprowadzić krótki opis tej dziewczyny z cienia (po przeczytaniu wiem, że to Lyssa), choć dwa słowa. No i problem Mayi, która jako niewidoma uderza kijem, pozostaje… 

 

O, dalej jest jeszcze lepiej. Powiem tylko krótko, że opisy masz takie, że nie ma się do czego przyczepić. Ale szalenie podoba mi się, że Sall nie jest zawstydzonym bohaterem, co to stwierdzi, że "nie ma za co, uratowałem was, bo tak trzeba" albo "to nic takiego" (wersja macho bohaterów). Nie, on jest żywy, prawdziwy, trochę żałuje, że stracił racę, nie wie, w co się wpakował, ma wątpliwości. 

 

Pierwsza część do gwiazdek: wyborna lektura. 

 

Co do Salla noszącego cały czas zbroję, skojarzył mi się z Mandalorianinem ze SW. 

 

Dobrze rozegrana scena, tak lekko napisana, a wiemy na czym stoimy. Proroctwo, szukanie kostki, wyprawa się szykuje, czytam dalej. 

 

Opowiadanie nabiera rozpędu, mamy już kostkę, nie poszło gładko, więc to na pewno na plus. Cały czas podoba mi się, jak prowadzisz bohatera.

 

Te szczury medyczne trochę taki cud, który załatwia problem kolców u Mayi, ale okej, niech mają trochę szczęścia. :) Zwłaszcza że już są na ich tropie. Tutaj kolejny plus za to, że kostka ma też uzdrawiać. Nie dać bogactwo czy siłę, ale uzdrowić kalekich. To takie inne od tego, co często się czyta. Ten statek z poparzonymi, często bez rąk, bez nóg… Mocny obraz. 

 

Ach, no i co jeszcze mnie tu zachwyca: że ten świat to tak w pełni Twój świat i widać to na każdym kroku, w każdym odniesieniu, czy to do innej broni, świateł, jedzenia (nóżki pająków…), szczurów na okręcie, ślimaków itd. Widać, że to nie tylko fantasy, gdzie mamy bohatera wędrującego przez świat, ale mamy właśnie ten cały, bogaty świat, stworzony z wielką dbałością o szczegóły. To jest niesamowite. Właśnie to przedstawienie świata, w sposób, który byłby też zrozumiały dla czytelnika, a jednocześnie bez łopatologicznego tłumaczenia. Wszystko wychodzi Ci naturalnie. I jasne, można więcej opisać te rasy, ślimaki (skojarzenie z Huttami, no wybacz xd), ale z drugiej strony, to i tak długie, więc rozumiem kwestię limitu.

 

Fragment z pijanymi szotkami na plus. Za kawały do piekła, he he. :D

 

Walka świetnie poprowadzona, szczury uciekły, bohaterowie płyną dalej. Wyczuwam nostalgię, ponury nastrój, bardzo klimatyczny. Piękne opisy. Ten niżej szczególnie mnie urzekł:

 

Niedaleko. Słowo, które tak wysoko, na zniszczonym okręcie brzmiało jak ponury żart. Wzgórza zmieniły się w okryte ciemnością fałdy, ale Bezgłowia lśniły księżycowym blaskiem odbitym od zalegającego śniegu. Ogromne szczyty z płaskimi wierzchołkami rzeczywiście wyglądały jak klęczący, zdekapitowani skazańcy.

 

Czytam dalej i… Zanais, Ty te dialogi masz mistrzowskie! Nie będę wklejać, bo bym musiała przekopiować całą rozmowę. :p

 

Piękna scena na statku. Czuć napięcie, emocje, mamy historię Salla i Lyssy, no co ja mogę tu napisać, jak wszystko jest po prostu tak poprowadzone, tak opisane, że chapeau bas. 

 

bok rwał tępym bólem, ale kiedy (Sall) przesunął palcami po zbroi

Przydałby się właściwy podmiot, ten w nawiasie. ;) 

 

Tu mi coś trochę zgrzyta:

 

– Mam nadzieję, że posłuchają głosu rozsądku.

– A jeśli nie? – Jej głos sugerował całkowity brak wiary w perswazję. Sall również miał wątpliwości, ale czasem trzeba zaufać sile rozumu.

 

Skoro Sall mówi, że ma nadzieję, że posłuchają rozsądku, to bez sensu w tym ostatnim zdaniu podkreślać, że miał wątpliwości, ale trzeba ufać sile rozumu, bo to właściwie prawie to samo. No i blisko to powtórzenie „głos”.

 

O, łał, sonda kosmiczna?! Ale mnie zaskoczyłeś! Tego się nie spodziewałam. W tak bogatym świecie, dopracowanym i o niesamowitej historii, proroctwie… jeszcze ten dodatek prosto z kosmosu. Świetne. 

 

Dalej akcja pędzi na złamanie karku, zatrzymałam się dopiero po radosnym wołaniu Mayi. 

 

Tak, trochę tu nie bardzo rozumiem, dlaczego obca cywilizacja nadeszła, zamieniła część z nich w roboty, a potem magicznym cudem wszystko wróciło do normy. Ja wiem, że mamy tutaj magię tego świata, ale jednak istoty z kosmosu chyba działały na innych warunkach? Tak mi nie pasuje to po prostu. Może zbyt łatwe? Cyk – roboty. Cyk – już ludzie. Poza tym, jeśli aktywowali wezwanie, to czy nie przyleci kolejny statek? 

 

Co jeszcze jak dla mnie wymagałoby pogłębienia? Sprawa kolorów. Brakowało rozwinięcia, jak te kolory pozyskiwali, bo bez tego nie ma dużej różnicy między eliksirem a kolorem, a gdyby dodać fragment o pozyskiwaniu jednego z nich, to już byśmy mieli konkret. Jak to działało, skąd były te kolory? 

 

Podsumowując, czytało się płynnie, wsiąknęłam w ten świat tak, że ciężko mi było odrywać się na bieżące pisanie o fabule. Wykreowałeś naprawdę świetną historię, którą z przyjemnością pochłonęłam.

 

 

Edycja po komentarzach: Ach, tak, dawno temu czytałam mangę FMA, tam faktycznie dusza jednego z braci (Ala) została uwięziona w zbroi. Tutaj jednak jest trochę inaczej: Sall jest człowiekiem, a ta zbroja go pokrywa, nie pozwala się wydostać. Dlatego mi to bardziej przypominało Mandalorianina. Ale tak sobie pomyślałam teraz, że warto by było wspomnieć gdzieś o niedogodnościach. Zobacz, mamy scenę z balią, jak bohater się „kąpie”, może wtedy? Gorzki tekst, że brakuje mu kąpieli, że chciałby poczuć wodę na ciele, albo pytanie Hubolda, jak tak wytrzymuje i może coś o tym, że musi brać jakiś kolor na skórę, która pod zbroją by mu tam, zgniła czy coś. Dzięki temu ta zbroja oprócz zalet, miałaby też wady, które są wskazane w tekście. 

 

Co do Lyssy, może racja, że trochę zabrakło tej emocji w ich relacjach, może podkreślić mocniej, że się bohater waha nad zniszczeniem pistoletu i ew. gdzieś tam wcześniej zaznaczyć, może w rozmowie z Mayią na statku, że pomaga im dla broni, żeby odzyskać Lyssę. Gdzieś tam mogłoby to być ujęte, myślę, że dzięki temu, gdyby Sall powiedział jeszcze takie zdania dopisane przeze mnie w stylu tego w nawiasie:

 

Tam było… inaczej. Ją zabrała Czerń, a mnie ogień… (Gdy zdobędę pistolet, uratuję ją! To przez ten cholerny pistolet ruszyłem za wami, dla niej… I zrobię wszystko, żeby go zdobyć, żeby Lyssa…) Trzymaj mocno!

 

to byłoby bardziej emocjonalnie w końcówce, kiedy ten pistolet musiał poświęcić. Nie chodzi mi oczywiście o to, żebyś takie zdania wstawił, ale może coś podobnego wymyślisz, co pokaże, że ten pistolet był ważny, żebyśmy jako czytelnicy to odczuli.

 

Ale ja do tego opowiadania podchodziłam mimo wszystko bardziej na luzie, bo to heroic, a tak jak kocham dramaty i ogólnie przy happy endach jestem na nie, tak w pewnych konwencjach przymykam oko, od komedii nie wymagam trupów, a od przygodówki wielkiego dramatu. ;) 

 

Dlatego całość oceniam bardzo pozytywnie, co można wywnioskować z mojego komentarza pisanego na bieżąco. 

 

Nie czytałem Wiedźmina, choć próbowałem i nie zamierzam, więc trudno mi się odnieść.

Jesteś drugą osobą na NF, która tak napisała. A czytałeś dawno temu? Czemu przerwałeś, jeśli można wiedzieć? 

 

Pozdrawiam serdecznie, 

Ananke

Hej, Ananke

Łał. Czytam i… Łał. To jak wstęp do długiej opowieści, do świata, który jest całkowicie nowy, świeży, wymyślony przez Ciebie. Te nazwy, te rasy, jakie to wszystko staranne, jak dobrze opisane, jak wciągające… 

Opinie są rozbieżne, ale dziękuję :P

Motyw bohatera w zbroi, co przyjeżdża do miasta nie jest może odkrywczy, ale Twoje opisy robią świetną robotę. Czarujesz tym światem, mógłbyś całą książkę napisać. Czytałabym! 

Ja tu waliłem kliszami jak z karabinami.

Książkę w tym świecie planuję, ale na razie nie potrafię xD

Sall miał nadzieję, że to nie cały asortyment.

Mam wrażenie, że tu jest pogrubiony przecinek? Czy może się mylę? 

Dobre, czujne oko. Przecinek poszedł na dietę.

złoty łańcuch na szyi

tak trochę dziwnie brzmi, nie wiem, zbyt po naszemu. Nie mówię, że to błąd, ale mnie raziła przy czytaniu. 

Może wyszło zbyt “dresowo”. Zmienię przy redakcji ;)

Walka opisana świetnie. I jeszcze ten Sall, który nie jest super-mega-herosem, który bez trudu pokonuje wszystkich złych. Cudowne. Na takich bohaterów zawsze czekam. O takich chcę czytać. 

To naukowiec, uwięzienie w zbroi nie zrobi nagle z niego wojownika. Chociaż pojawiły się głosy, że za łatwo mu idzie, ale sądzę, że taka zbroja – cud techniki – jednak daje jakąś przewagę.

Jednej rzeczy nie rozumiem. Mamy tekst, że wyrosła sylwetka dziewczyny, wycięta z ciemności, nie mamy pojęcia, co to za dziewczyna, chyba że to tak jakby cień Mayi? Bo jest zdanie:

 

Maya wykorzystała okazję i trzasnęła go kijem w szczękę, moment później ostrze rozpłatało plecy bandyty.

 

Czy to ta dziewczyna-Maya z Fioletu czy to nasza Maya? Bo w opowiadaniu jest niewidoma, więc jak trzasnęłaby kijem gościa w trakcie walki? 

Pewnie nie napisałem tego jasno. Maya uderzyła kijem, a Lyssa chwilę później dobiła.

No i problem Mayi, która jako niewidoma uderza kijem, pozostaje… 

Myślę, że uderzyć w źródło krzyku nie jest dużym problemem, ale można wyciąć.

 O, dalej jest jeszcze lepiej. Powiem tylko krótko, że opisy masz takie, że nie ma się do czego przyczepić. Ale szalenie podoba mi się, że Sall nie jest zawstydzonym bohaterem, co to stwierdzi, że "nie ma za co, uratowałem was, bo tak trzeba" albo "to nic takiego" (wersja macho bohaterów). Nie, on jest żywy, prawdziwy, trochę żałuje, że stracił racę, nie wie, w co się wpakował, ma wątpliwości. 

A myślałem, że przystawienie pistoletu do głowy niewidomej będzie trochę… dziwne ;) Sall jest wkurzony, bo starał się uniknąć kłopotów, a teraz wpadł jak śliwka w kompot; na dodatek, bardzo chce pistolet Kulawego, więc posunie się do wielu rzeczy, by zyskać informacje. Wydawało mi się to logicznym zachowaniem, Sall głównie chce uratować siebie i Lyssę.

Co do Salla noszącego cały czas zbroję, skojarzył mi się z Mandalorianinem ze SW. 

Wiem, mi potem też, ale równie podobny jest Frost z Batmana, który chce uratować żonę, albo Vader, który spalony, też jest zamknięty w zbroi podtrzymującej życie. I bądź tu, człowieku, oryginalny ;) Pewnie znalazłoby się jeszcze paru takich bohaterów jak ze wspomnianego FMA. Sam nie znałem FMA, więc nawet nie wiedziałem, że tam jest ktoś taki.

Dobrze rozegrana scena, tak lekko napisana, a wiemy na czym stoimy. Proroctwo, szukanie kostki, wyprawa się szykuje, czytam dalej. 

Infodump w dialogu, ale gdzieś trzeba wyjaśnić całą sprawę.

Te szczury medyczne trochę taki cud, który załatwia problem kolców u Mayi, ale okej, niech mają trochę szczęścia. :)

To też taka klisza, bo w heroicu nie mogę zrobić, że ok – Maya ma kolce, teraz trzy tygodnie leczenia i rekonwalescencji. Rany długo się goją, a fabuła musi iść naprzód. Pomysł z medykiem pokładowym ma przynajmniej jakieś ręce i nogi.

Tutaj kolejny plus za to, że kostka ma też uzdrawiać. Nie dać bogactwo czy siłę, ale uzdrowić kalekich. To takie inne od tego, co często się czyta.

Dość kontrowersyjne i nie wiem, czy pasujące do heroika, ale uzdrowienie jest silną motywacją, która może skłonić ludzi do jakichkolwiek czynów.

Ach, no i co jeszcze mnie tu zachwyca: że ten świat to tak w pełni Twój świat i widać to na każdym kroku, w każdym odniesieniu, czy to do innej broni, świateł, jedzenia (nóżki pająków…), szczurów na okręcie, ślimaków itd. Widać, że to nie tylko fantasy, gdzie mamy bohatera wędrującego przez świat, ale mamy właśnie ten cały, bogaty świat, stworzony z wielką dbałością o szczegóły. To jest niesamowite. Właśnie to przedstawienie świata, w sposób, który byłby też zrozumiały dla czytelnika, a jednocześnie bez łopatologicznego tłumaczenia. Wszystko wychodzi Ci naturalnie. I jasne, można więcej opisać te rasy, ślimaki (skojarzenie z Huttami, no wybacz xd), ale z drugiej strony, to i tak długie, więc rozumiem kwestię limitu.

Dziękuję. Staram się, aby świat nie istniał dla bohatera, lecz aby bohater istniał w świecie. Tylko liznąłem świat, na co dobrze uwagę zwrócił None w swoim komentarzu.

Czytam dalej i… Zanais, Ty te dialogi masz mistrzowskie! Nie będę wklejać, bo bym musiała przekopiować całą rozmowę. :p

Wierzę na słowo :P

bok rwał tępym bólem, ale kiedy (Sall) przesunął palcami po zbroi

Przydałby się właściwy podmiot, ten w nawiasie. ;) 

 

Tu mi coś trochę zgrzyta:

 

– Mam nadzieję, że posłuchają głosu rozsądku.

– A jeśli nie? – Jej głos sugerował całkowity brak wiary w perswazję. Sall również miał wątpliwości, ale czasem trzeba zaufać sile rozumu.

Poprawione.

Tak, trochę tu nie bardzo rozumiem, dlaczego obca cywilizacja nadeszła, zamieniła część z nich w roboty, a potem magicznym cudem wszystko wróciło do normy. Ja wiem, że mamy tutaj magię tego świata, ale jednak istoty z kosmosu chyba działały na innych warunkach? Tak mi nie pasuje to po prostu. Może zbyt łatwe? Cyk – roboty. Cyk – już ludzie. Poza tym, jeśli aktywowali wezwanie, to czy nie przyleci kolejny statek? 

Cóż, chodziło o połączenie jednego wymiaru w drugi. Po przerwaniu transformacji wszystko się cofa. Oczywiście, lepiej by wyglądało, gdyby to, co zmieniono, już takie zostało, ale fabuła by się nieco rypła. Przyznaję, że zrobiłem kliszowe uratowanie świata według nielogicznych zasad heroika :P

Co jeszcze jak dla mnie wymagałoby pogłębienia? Sprawa kolorów. Brakowało rozwinięcia, jak te kolory pozyskiwali, bo bez tego nie ma dużej różnicy między eliksirem a kolorem, a gdyby dodać fragment o pozyskiwaniu jednego z nich, to już byśmy mieli konkret. Jak to działało, skąd były te kolory? 

Ja bym pogłębił jeszcze wiele spraw, ale zostało mi wtedy 111 znaków :)

Ale tak sobie pomyślałam teraz, że warto by było wspomnieć gdzieś o niedogodnościach. Zobacz, mamy scenę z balią, jak bohater się „kąpie”, może wtedy? Gorzki tekst, że brakuje mu kąpieli, że chciałby poczuć wodę na ciele, albo pytanie Hubolda, jak tak wytrzymuje i może coś o tym, że musi brać jakiś kolor na skórę, która pod zbroją by mu tam, zgniła czy coś. Dzięki temu ta zbroja oprócz zalet, miałaby też wady, które są wskazane w tekście. 

 

Co do Lyssy, może racja, że trochę zabrakło tej emocji w ich relacjach, może podkreślić mocniej, że się bohater waha nad zniszczeniem pistoletu i ew. gdzieś tam wcześniej zaznaczyć, może w rozmowie z Mayią na statku, że pomaga im dla broni, żeby odzyskać Lyssę.

I tu jak wyżej. Tekst miał 13 wersji, szczególnie zmieniał się początek i w ogóle funkcjonowanie świata. Z pewnością pewne rzeczy zrobiłbym teraz inaczej – feedback był niezwykle pomocny, a nowy świat to zawsze ryzyko.

Ale ja do tego opowiadania podchodziłam mimo wszystko bardziej na luzie, bo to heroic, a tak jak kocham dramaty i ogólnie przy happy endach jestem na nie, tak w pewnych konwencjach przymykam oko, od komedii nie wymagam trupów, a od przygodówki wielkiego dramatu. ;) 

To zdecydowanie opowiadanie na luzie, chociaż pierwsza wersja była znacznie bardziej komediowa, a w tej jest nieco więcej uczucia. No i taki wielki happy end tu nie wystąpił, raczej powrót do status quo.

Nie czytałem Wiedźmina, choć próbowałem i nie zamierzam, więc trudno mi się odnieść.

Jesteś drugą osobą na NF, która tak napisała. A czytałeś dawno temu? Czemu przerwałeś, jeśli można wiedzieć? 

Czytałem bardzo dawno pierwszy zbiór opowiadań. Do książek nawet nie podchodziłem. Nie polubiłem postaci, ale już nie pamiętam za co. Pierwsze wrażenie było słabe, więc nie zabierałem się przez lata, a teraz myślę, że nie chce czytać o antybohaterze, który nie jest wcale taki antybohaterski. Do tego humor wydaje mi się zupełnie drętwy z tymi przekleństwami. Gra i serial utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie lubię tej postaci ani świata.

 

Dzięki wielkie za rozbudowany (jak zawsze) komentarz :)

Pozdrawiam

Cześć Zan!

 

Wszystko przeczytane, czas komentować…

Zaczyna się niepozornie, ale potem jest już tylko lepiej. Scena w sklepie początkowo pachnie klasyką i ślimakami, ale szybko pokazujesz co potrafisz. Kolory. Niby proste i naiwne, ledwie detal, a ile zmienia ta zmiana nazwy. Z zakutej pały potrafi wydobyć bohatera, który sprosta oczekiwaniom i nawet przepowiedni (+1 za przepowiednię, heroic LUBI takie smaczki)

W scenie w rezydencji momentami miałem wrażenie, że humoru jest trochę z dużo i zaczyna przytłaczać, ale heroic często obfitował w takie treści. A potem wjechały szczury… I wpadłem, chwilowa sielanka na pokładzie, przyśpiewki, które poruszyły nawet kapitana, pertraktacje o jedną salwę… Miodzik. Sielanka przed burzą, która nadeszła.

Zakończenie było – przynajmniej dla mnie – mocno nieprzewidywalne i wręcz tonęło w fantasy, te wszystkie kolory, nadzieje i nieuchronność zderzyły się ze statkiem kosmicznym. Demachinurg wrócił! Znowu, niby detal, ale umiejętnie wykorzystany i +1 z pkt. widzenia osób, które czytały Twoje wcześniejsze opka. Drobnostka, a cieszy, zwłaszcza, że pasuje.

 

Napisane umiejętnie, zaplanowane i przystępne. Umiejętnie zwalniasz i przyspieszasz, budujesz napięcie przeplatane z pasującym do gatunku humorem. Jeden – imho z trzech najlepszych tekstów na drodze krętej (imho, wyniki niebawem)

 

Atrybut: Wykorzystany i mający wpływ na fabułę. Pass.

 

Hasło: Jak wyżej, może całość nie kręci się wokół tego, ale jest to istotny element.

 

Mapa: Jest, ale z programu… więc zaliczone.

 

Piórkowo byłem na TAK, ale to już pewnie wiesz ;-)

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Opinie są rozbieżne, ale dziękuję :P

A to, że opinie są rozbieżne, mnie nie dziwi. Każdy ma trochę inny gust. Poza tym widzę że jest Piórko, gratulacje. :)

 

Książkę w tym świecie planuję, ale na razie nie potrafię xD

Poczekamy. :)

 

Myślę, że uderzyć w źródło krzyku nie jest dużym problemem, ale można wyciąć.

Źródło krzyku to jedno, ale przecież trzeba się tym kijem zamachnąć, nie oberwać przy okazji od kogoś innego, przy tym jest ciągłe napięcie, strach, to nie osoba, która jest zawodowym wojownikiem itd.

 

A myślałem, że przystawienie pistoletu do głowy niewidomej będzie trochę… dziwne ;)

No dla mnie to było zrozumiałe, przecież on ich nie znał. ;)

 

Wydawało mi się to logicznym zachowaniem, Sall głównie chce uratować siebie i Lyssę.

Dla mnie jest logiczne, choć widziałam w komentarzach, że to był element, który dziwi.

 

Co do Vadera – no, on akurat był poparzony i nie miał już innej opcji. W sensie nie walczył o to, żeby tę zbroję zrzucić.

 

Rany długo się goją, a fabuła musi iść naprzód. Pomysł z medykiem pokładowym ma przynajmniej jakieś ręce i nogi.

No ja się przyczepiłam nie kwestii samego wyleczenia, po prostu tego, że to poszło tak łatwo i cudownie. Może zamiast kolców, mogło jej się stać coś innego, czego nie można tak magicznie wyleczyć, ew. jakieś rany po kolcach. Bo to tak trochę wyglądało, że znowu bohaterowie wyszli cało i wszystko super. Zresztą, nawet mając kolce i lecząc się u medyka, fajnie, jakby to nie było idealne uleczenie, a zostałyby jakieś ślady, które Maya czułaby pod palcami, które by jej przeszkadzały. Taka drobnostka, a już trochę inaczej wybrzmiewa. Bardziej o tym myślałam, a nie o trzech tygodniach rekonwalescencji. :D

 

Dość kontrowersyjne i nie wiem, czy pasujące do heroika

A czemu nie pasuje do heroika? Myślę, że te motywy innych ludzi to jednak odrębna sprawa niż u głównego bohatera.

 

Tylko liznąłem świat, na co dobrze uwagę zwrócił None w swoim komentarzu.

No ja tam wiem, że mimo wszystko limit ograniczał, więc tylko czekać na rozbudowę. ;)

 

Przyznaję, że zrobiłem kliszowe uratowanie świata według nielogicznych zasad heroika :P

:p

 

Co do Wiedźmina – skoro czytałeś bardzo dawno temu, może warto dać szansę. :)

 

Nie polubiłem postaci, ale już nie pamiętam za co.

No to tym bardziej jak się nie pamięta, można dać szansę. :) Mimo wszystko to klasyka i świetny warsztat. Mnóstwo rozwiązań, na których później bazują ludzie. ;)

 

czytać o antybohaterze, który nie jest wcale taki antybohaterski

A czemu Geralt miał by być antybohaterski? On jest dość mocno bohaterski, tzn. naiwny i dobry, a że po drodze zabija potwory… Taki zawód. Ale nawet nie każdego potwora zabije.

 

Do tego humor wydaje mi się zupełnie drętwy z tymi przekleństwami.

Co do przekleństw, to nie było ich aż tyle, no i zależy jakich bohaterów mieliśmy. Geralt akurat nie przeklinał za bardzo. ;)

 

Gra i serial utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie lubię tej postaci ani świata.

Serial? Jaki serial? Nie ma dobrego serialu na podstawie „Wiedźmina”!!! To są w dużej mierze bluźniercze twory :p Nie można tego porównać, to jest zupełnie coś innego o czymś zupełnie innym. Gra zresztą też nie jest odwzorowaniem książek. ;)

 

Ja tak miałam z „Gwiezdnymi Wojnami”, gdzieś w telewizji coś tam widziałam, ale nie interesowałam się. Dopiero jak byłam na studiach, mąż mnie namówił i tak wsiąknęłam, że nawet kupiliśmy trochę komiksów. :)

Hej, Krarze

 

Scena w sklepie początkowo pachnie klasyką i ślimakami, ale szybko pokazujesz co potrafisz.

Nie wiem, jak pachną ślimaki, ale klasyka na pewno. Klisze przede wszystkim!

+1 za przepowiednię, heroic LUBI takie smaczki

Brakuje tylko wybrańca, ale Maya trochę spełnia jego rolę. Klisze!

W scenie w rezydencji momentami miałem wrażenie, że humoru jest trochę z dużo i zaczyna przytłaczać

Ta scena jest najsłabszym punktem programu, chociaż ja wciąż tam nie widzę dużo humoru. Ale czytelnicy zdecydowali.

A potem wjechały szczury… I wpadłem, chwilowa sielanka na pokładzie, przyśpiewki, które poruszyły nawet kapitana, pertraktacje o jedną salwę… Miodzik. Sielanka przed burzą, która nadeszła.

Lewitujące szczury były pomysłem tak głupim, że żal byłoby nie wsadzić do heroika.

Zakończenie było – przynajmniej dla mnie – mocno nieprzewidywalne i wręcz tonęło w fantasy, te wszystkie kolory, nadzieje i nieuchronność zderzyły się ze statkiem kosmicznym. Demachinurg wrócił! Znowu, niby detal, ale umiejętnie wykorzystany i +1 z pkt. widzenia osób, które czytały Twoje wcześniejsze opka. Drobnostka, a cieszy, zwłaszcza, że pasuje.

Demachinurg to takie cameo, nie każdy musi rozpoznać, ale broni się samo przez siebie. Z perspektywy czasu trochę uprościłbym całą intrygę w backstory. Fabuła prosta, ale tło za skomplikowane.

Napisane umiejętnie, zaplanowane i przystępne. Umiejętnie zwalniasz i przyspieszasz, budujesz napięcie przeplatane z pasującym do gatunku humorem. Jeden – imho z trzech najlepszych tekstów na drodze krętej (imho, wyniki niebawem)

Bardzo mi miło.

Piórkowo byłem na TAK, ale to już pewnie wiesz ;-)

Wiem, dzięki :)

 

 

Ananke

 

Niestety, Wiedźmin zupełnie do mnie nie przemawia w samej koncepcji samotnego, przepakowanego bohatera. Ja w ogóle polskiej fantastyki raczej nie tykam i jak pomyślę, dlaczego miałbym przeczytać Wiedźmina, to chyba jedynie, aby podłapać styl :) 

Zanais – wszystko rozumiem, ale Geralt jako przepakowany? XD

A co do samotności, przecież Sall w opowiadaniu też jest samotnym bohaterem. :) No i Geralt tak często na łamach książki samotny nie bywał. :p

A jeśli chodzi o styl – no warto czytać choćby dla samego stylu i wielu nawiązań.

A nie był przepakowany? ;) 

Styl owszem, chociaż mówię, mam jakąś tam książkę o Geralcie (żona czytała) i nie porwało mnie tak bardzo pod kątem stylu, co nie znaczy, że uważam go za słaby. (Za słaby to uważam np. styl Dicka, ale on wygrywał w innych kwestiach ;P ). A jeśli chodzi o nawiązania, masz na myśli jakieś do baśni, typu Piękna i Bestia? W książkach też jakieś są?

Zan, nie był – jechał na dopalaczach. ;-)

I tak – w sadze wiedźmińskiej są nawiązania do bajek. Ale nie potrafię przytoczyć żadnego z pamięci ze szczegółami.

Babska logika rządzi!

No jak dla mnie nie. ;) Ani wyglądem nie był przepakowany, ani siłą. Zwłaszcza że przegrywał też walki, doznając trwałego uszczerbku, co jednak w fantasy nie jest tak częste. ;) 

Mi się podobała dynamika i opisy. Nie nudziłam się nigdy. :) 

Tak, nawiązania do baśni, zabawa formą. Oprócz tego do klasyków (Sapkowski lubił Le Guin, smok to takie mrugnięcie okiem w jej stronę ;)), poza tym do naszych słowiańskich wierzeń. Nawet dziecko-niespodzianka. :) No i kraina od króla Artura, nie chcę za wiele spoilerować, ale bawił się różnymi nawiązaniami. 

Dobra, chyba wypadałoby skomentować tekst, który wybraliśmy na pierwsze miejsce, co nie?

 

Kurde, dobre to było. Na początku skojarzyło mi się z planetą Tattooine z uniwersum Star Wars, ale bynajmniej na tym podobieństwa do świata Gwiezdnych Wojen się skończyło. Bohaterowie wyraziści, o każdym da się coś powiedzieć, kobieca towarzyszka może nieco zbyt… nieporadna, ale no cóż, chcieliśmy mieć typowe heroic fantasy, to je dostaliśmy. xD

Pomysł nietuzinkowy – wojowniczy naukowiec w świecie, gdzie kolory są czymś więcej niż tylko spektrum światła widzialnego wypadł naprawdę dobrze. Z początku zastanawiałem się jak to wszystko w ostatecznym rozrachunku wypadnie, ale się nie zawiodłem. Mamy kilka różnych scenerii i motywów, a każdy z nich odgrywa znaczącą rolę i buduje tekst jako całość. Nie czułem się przytłoczony.

Motyw, hasło i mapka: są i to fajnie wykorzystane.

Daję dużego kciukasa w górę.

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Hej, BC

Komentarz jurorski doczłapał się z opóźnieniem, ale przybył!

Kobieca towarzyszka była już oskarżona o nadmierną “poradność”, więc wyśrodkowując, uznaję, że jest mniej więcej w sam raz ;) Dobrze, że zastanawiałeś się, jak to wszystko wypadnie na końcu, bo znaczy, że przebieg fabuły nie był zupełnie przewidywalny.

Dzięki za konkurs, pierwsze miejsce i komentarz :)

Pozdrawiam

Szanowny panie Zanaisie!

Chyba nie będę się długo pastwił nad Tobą, bo tekst wypada bardzo dobrze. W zasadzie wszystkie elementy pisarskiego rzemiosła prezentują się tu na odpowiednim poziomie. Bohaterowie mają jasno określone motywacje. Świat i jego elementy są dobrze przedstawione. Językowo jest nie tylko poprawnie, ale i błyskotliwie – na co nawet znalazłem fragment:

– Gadasz jak ważniak – przyznał, unosząc protezę do ostatecznego ciosu. – Ale walczysz jak kobieta.

– Nieprawda – odparł Sall, sięgając do pasa. – Walczę znacznie gorzej.

Dobrze wypada też sprawne rozwiązywanie wątków (podobało mi się wyjaśnienie, czemu dziewczyna musi być ślepa i nie może krzyczeć xP Bardzo naturalnie wyszło). I elementy świata są powoli dawkowane, choć – jak zauważył None – tej ekspozycji mogłoby być nieco więcej. Szczególnie, że jest po prostu ciekawa i wciągająca:P

Na minus mogę wspomnieć, że momentami trochę siadało napięcie i robiła się nuda. Fragmentami i głównie w środku – szczególnie na statku. Bo tak wiadomo było, dokąd zmierzamy, wiadomo, że raczej tam dotrzemy i ta walka wydawała się takim zapychaczem. Trochę mi to przypomniało taką starą animację “Laputa”, gdzie fabuła podobnie staje w podobnym locie, i zastanawiam się gdzie jest różnica – póki co chyba stawiałbym, że następuje jednak po intensywniejszych wydarzeniach i z większą niepewnością co do tego, dokąd lecą – i w konsekwencji stanowi bardziej takie wytchnienie. Generalnie też sama walka jest taka e, bo z fioletem dość bezproblemowo rozprawiają się z drugim statkiem.

Mój drugi typ – bo może niekoniecznie to kwestia panowania nad napięciem – to jakieś przeładowanie akcją i zbyt mało charakterystyczni bohaterowie. Sallowi jednak brakuje do Geralta, a Maya (jak zauważyła np. Shanti) jest nieco jednowymiarowa. A jednak nie ma miejsca na zbyt duże budowanie np. ich relacji, bo fabuła w zasadzie idzie w sekwencji walka – dialog – walka – dialog – walka – dialog… Coś dałoby się jednak dorzucić.

Ale sam nie jestem do końca przekonany, co za tym stoi. Ale wierzę, że coś stoi, bo jednak momentami tam mi się dłużyło:/

 

Tak czy inaczej – naprawdę dobre opowiadanie, a przede wszystkim na uwagę zasługuje po prostu równe wykonanie we wszystkich piśmienniczych elementach. Daje na pewno świadectwo coraz większej dojrzałości i świadomości pisarskiej (które rzeczywiście widzę, jak porównuję ten tekst z Twoimi pierwszymi piórkami pokroju całek albo spleć z włosów…).

Póki co to chyba jeden z kandydatów plebiscytowych, choć nie odrywa się bardzo wyraźnie z reszty peletonu;)

Слава Україні!

Panie Golodzie!

Przegapiłem ten komentarz, ale już się odnoszę.

Chyba nie będę się długo pastwił nad Tobą, bo tekst wypada bardzo dobrze.

:O

Dobrze wypada też sprawne rozwiązywanie wątków (podobało mi się wyjaśnienie, czemu dziewczyna musi być ślepa i nie może krzyczeć xP Bardzo naturalnie wyszło).

Ten element wymagał sporej dawki procesów myślowych ;)

Na minus mogę wspomnieć, że momentami trochę siadało napięcie i robiła się nuda. Fragmentami i głównie w środku – szczególnie na statku. Bo tak wiadomo było, dokąd zmierzamy, wiadomo, że raczej tam dotrzemy i ta walka wydawała się takim zapychaczem. Trochę mi to przypomniało taką starą animację “Laputa”, gdzie fabuła podobnie staje w podobnym locie, i zastanawiam się gdzie jest różnica – póki co chyba stawiałbym, że następuje jednak po intensywniejszych wydarzeniach i z większą niepewnością co do tego, dokąd lecą – i w konsekwencji stanowi bardziej takie wytchnienie. Generalnie też sama walka jest taka e, bo z fioletem dość bezproblemowo rozprawiają się z drugim statkiem.

Ano widziałem ten problem podczas pisania. Gdy fabuła jest przewidywalna, a jest, bo to heroic, trudno utrzymać napięcie na ciągłym poziomie (poza tym nie umiem w fabuły). Mógłbym jeszcze wymienić kilka elementów, które tu nie zagrały, ale po co mam się bić sam po jajkach? Od tego mam komentujących :P

Mój drugi typ – bo może niekoniecznie to kwestia panowania nad napięciem – to jakieś przeładowanie akcją i zbyt mało charakterystyczni bohaterowie. Sallowi jednak brakuje do Geralta, a Maya (jak zauważyła np. Shanti) jest nieco jednowymiarowa. A jednak nie ma miejsca na zbyt duże budowanie np. ich relacji, bo fabuła w zasadzie idzie w sekwencji walka – dialog – walka – dialog – walka – dialog… Coś dałoby się jednak dorzucić.

Bo tu doszło do zbytniego rozbudowania światotwórstwa kosztem innych spraw. Geralt miał zresztą całe książki do budowania charakteru, w opowiadaniach jest również płaski. Maya to sidekick i nie wybrzmiewa, ale nie ma na to miejsca.

Walka – dialog – walka – dialog = heroic fantasy :P

 

Daje na pewno świadectwo coraz większej dojrzałości i świadomości pisarskiej (które rzeczywiście widzę, jak porównuję ten tekst z Twoimi pierwszymi piórkami pokroju całek albo spleć z włosów…).

:O Nie no, Spleć był zdecydowanie lepszy, moim zdaniem, ale Całek bronić nie będę ;)

Dzięki za komentarz, mam nadzieję, że lektura nie dłużyła się za bardzo.

Hej wciągająca historia. Polubiłem nawet bohaterów, więc myślę, że bardzo zręcznie to opisałeś. Piórko jak najbardziej zasłużone. 

Pozdrawiam

Hej, Natrofie

Dzięki za wizytę i komentarz. Cieszę się, że przypadło Ci do gustu.

Pozdrawiam 

Hej, Zanaisie.

Przeczytałem Twoje opowiadanie kilka tygodni temu, ale jak nie mam nic pożytecznego do powiedzenia Autorowi, na ogół zostawiam opowiadanie bez komentarza. Jednak zbliża się plebiscyt roku, więc chciałbym zostawić chociaż kilka słów pod każdym piórkiem, żeby zagłosować z czystym sumieniem.

Chyba pod większością Twoim opowiadań pisałem, że masz świetną wyobraźnię i budujesz wspaniałe światy, na ogół zbyt rozbudowane jak na opowiadanie. I nie inaczej jest tym razem. :)

A ja w tej ilości danych, bardzo ciekawych zresztą, gubię się gdzieś z emocjami, i często też z połączeniem wszystkich faktów. Trudniej mi związać się z bohaterami i nie kibicuję im. Mam też nieodparte wrażenie, że od jakiegoś czasu piszesz pod forum NF. To nie jest absolutnie zarzut. Po kilku latach pobytu tutaj zauważyłem, że zdarza się to sporej grupie osób, najczęściej takim, które są mocno zaangażowane w forum i przebywają tu codziennie, albo prawie codziennie. I mnie chyba kiedyś też się to udzieliło. Człowiek angażuje się w społeczność i chce dobrze wypaść.

Osobiście wolałbym Cię w obyczajówce. Konie na dalekim brzegu świadczą, że umiałbyś pisać “na grubo”. Jednak i fantastyka dobrze by Ci wyszła. Mam oczywiście na myśli powieści. Za każdym razem będę mówił, że talent masz duży. :)

Pozdrawiam.

Hej, Darconie

Zbyt rozbudowany świat? Całkiem możliwe. Widzę limit 60k znaków, myślę, że w końcu można poszaleć, a tutaj ledwo człowiek scenę napisze i już 15k uciekło ;)

W każdym razie nie piszę pod tutejszą społeczność, bo nigdy nie wiem, kto przeczyta, a i tak każde opowiadanie można pochwalić lub skrytykować. Piszę raczej coś, co sam chciałbym poczytać, mam zaś dość staroświeckie podejście do fantastyki, no i science fantasy.

Osobiście wolałbym Cię w obyczajówce. Konie na dalekim brzegu świadczą, że umiałbyś pisać “na grubo”.

To był jednostkowy przypadek – coś z wewnętrznej potrzeby wylania żalu wobec systemu. I tamto opowiadanie za dużo mnie kosztowało. Teraz wolę napisać coś dla rozrywki niż dalej zagłębiać się w smutek :)

Jednak i fantastyka dobrze by Ci wyszła. Mam oczywiście na myśli powieści. Za każdym razem będę mówił, że talent masz duży. :)

Dziękuję :) Akurat świat z “Fiolet i cień” mam zamiar przenieść w dłuższą formę.

Pozdrawiam serdecznie!

Chyba pomogłeś mi sprecyzować odpowiedź. :)

To był jednostkowy przypadek – coś z wewnętrznej potrzeby wylania żalu wobec systemu. I tamto opowiadanie za dużo mnie kosztowało. Teraz wolę napisać coś dla rozrywki niż dalej zagłębiać się w smutek :)

Widzisz, ja nie czytam dla rozrywki. Nie oglądam też filmów ani nie chodzę na wystawy malarstwa dla rozrywki. Robię to, żeby coś przeżyć. Stąd ciągną mnie dramaty, a bardzo rzadko komedie, na które prawie nigdy nie chodzę. Podobnie z beletrystyką…

I żeby nie było, że próbuję się wyróżnić na tle “rozrywkowego mainstreamu” – czy to nie właśnie obyczajowe Konie na dalekim brzegu są Twoim najbardziej docenionym tutaj, na portalu o fantastyce, opowiadaniem? Czy to nie nim wygrałeś plebiscyt roku?

Nie będę Cię odwodził od pisania rozrywkowych opowiadań czy powieści, ani od ich czytania. :) Ale nie to ceni sobie najbardziej każdy, albo prawie każdy czytelnik. Najbardziej docenione są te utwory, które powstają poprzez pot, krew i łzy. I to nie są górnolotne słowa, tylko jak widzisz powyżej, fakty.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Widzisz, ja nie czytam dla rozrywki. Nie oglądam też filmów ani nie chodzę na wystawy malarstwa dla rozrywki. Robię to, żeby coś przeżyć. Stąd ciągną mnie dramaty, a bardzo rzadko komedie, na które prawie nigdy nie chodzę. Podobnie z beletrystyką…

Szanuję, ale podchodzę inaczej. Dla mnie śmiech to też przeżycie.

Tak, Konie są najbardziej docenione i zdaję sobie sprawę, że są z pewnością lepsze pod kątem wartości niż reszta moich dzieł. Ale nie zamierzam się tak katować ;) Pisanie ma być dla mnie eskapizmem, rozrywką, więc nie dołączę raczej do tego nurtu mainstreamowego, a podniosłe treści zostawię osobom, które bardziej się na tym znają i odpowiada im przenoszenie tego na papier ;)

Tak przy okazji niektóre rozrywkowe teksty też powstają przez pot, krew i łzy :)

Dzięki za wiarę w moje Konie i dyskusję!

Pozdrawiam

Tak przy okazji niektóre rozrywkowe teksty też powstają przez pot, krew i łzy :)

Ha, ha. :) To prawda. :) Ja też lubię się pośmiać, ale coraz rzadziej robię to na współczesnych komiediach.

 

Ciekawa dyskusja. :) 

Na komedie polecam chodzić do teatru, są lepsze niż filmowe. :) 

Polityczna poprawność stępiła komedię (przynajmniej według mnie), natomiast mówiąc o tekstach rozrywkowych, nie miałem na myśli tylko na myśli tekstów komediowych, tylko zwyczajne opowiadania i powieści, które nie noszą ze sobą głębszych refleksji. Heroic fantasy czyta się dobrze, ale nie sądzę, aby często tam poruszano ważne kwestie, a przynajmniej nie stanowią osi fabuły.

A oglądaliście 8 Rue de l'Humanité?

Dość nowa (dobra, czas szybko leci ;p) komedia, fajnie uwypuklone absurdy covida. ;)

 

Co do tekstów rozrywkowych i poważnych – w tych drugich też nie zawsze wartości są na pierwszym miejscu, czasami stanowią dodatek do fabuły. ;)

Powiązaliście ze sobą dwie kwestie. Pisząc “coś przeżyć” nie miałem koniecznie na myśli podniosłych treści, i wielkich (moje dopowiedzenie) wartości, które wymieniła Ananke. Mogło tak wyglądać, gdy przywołałem Konie, ale to nie jest warunek konieczny.

Kolejny raz, za co z góry przepraszam, bo część z Was może to już żenować, przywołam wypowiedź jednego z użytkowników tego forum, człowieka niezmiernie utalentowanego, a która pozostaje dla mnie cały czas ważna i doskonale pasuje do omawianych zagadnień:

 

W tym tkwi siła przekazu samych opowiadań, że potrafią trafić do ludzi, którzy nie szukali ani takiego pytania, ani takiej odpowiedzi.

Wydaje mi się, że tu nie trzeba już nic dodawać. To nie zawsze musi chodzić o podniosłe czy wielkie rzeczy, ale powyższe zawsze będzie dla mnie gwarantem sukcesu (nie mylić z komercją). Tą myślą, która przyciąga tłumy.

 Jeśli zaś chodzi o komedię, to zgadzam się z Wami. :) Na pewno poprawność polityczna ma na to wpływ, także mocno skomercjalizowane ostatnio kino (Czy tylko ja widzę w Dollarwood kino nastawione na duże zyski? Niekończących się Transformerów, Marvelów i wszelkiej maści $uperbohaterów?).

Ananke, powyższego jeszcze nie widziałem, ale mam w planach. Lubię Dany’ego Boona. Widziałem z nim dwie czy trzy komedie i facet “robi robotę”, nawet jak całość nie zawsze jest wysokich lotów. Jeśli nie widziałaś, to całkiem fajne jest Jeszcze dalej niż północ. W ogóle o filmach to ja mogę bez końca…

Pozdrawiam.

 

Kino to w ogóle inna sprawa. Hollywood jest nastawiony na ukierunkowany przekaz i trudno w dużych projektach znaleźć już coś normalnego i oryginalnego.

Przeżywanie może mieć różne oblicza i nie uważam, aby śledzenie z wypiekami na twarzy losów Conana było czymś złym w porównaniu do lektury “filozoficznych” tekstów. Szukamy emocji, ale różnych emocji – zwykła ciekawość, co będzie dalej, jest dla mnie wystarczającym bodźcem do czytania. Prostą historię też trzeba napisać tak, aby zaciekawić. No i zdecydowanie wolę fantastykę, gdzie nie jest ona tylko tłem. Niektórych moich tekstów sam bym nie przeczytał w antologii, gdyby napisał je ktoś inny ;) Ale trzeba próbować pisać różne rzeczy, nawet dla samego szlifowania warsztatu. A potem wystawić na ocenę i dostać krytykę. I tutaj portal sprawdza się doskonale.

Osobiście nie lubię dramatów. Pławienie się w jakiejś smutnej historii to nie dla mnie. Wolę pogodne zakończenia, szczęśliwe miłości i tym podobne lukry. Dopóki autor nie próbuje wbić mi do głowy swojego światopoglądu – jest ok. Stąd moje rozczarowanie dzisiejszym kinem.

Jestem młoda stażem, więc wypowiedzi nie znałam, ale to prawda. Co więcej – właśnie takie opowiadania stanowią świetny bodziec do rozpalenia iskry poznawania czegoś innego, co może zostać z nami na dłużej. 

 

Ja mam trochę uraz do słowa „wartościowy”, bo wydaje mi się, że obecnie te wartości są często wtłaczane na siłę, bez przemyśleń, na zasadzie „Dodajmy taką scenę, film będzie miał wyższą wartość”. 

 

Darconie, widzisz to, na co patrzysz, ja nie śledzę Marvela i żadnych takich produkcji, a jak widzę – odwracam wzrok. Wiem, że są i nie znikną, ale dzięki temu, że nie śledzę gigantów – aż tak mnie to nie denerwuje jak kiedyś. 

Dzięki za polecenie „Jeszcze dalej niż na północ”, dodam do kolejki. :) 

 

Zanaisie, zgadzam się, że szukamy różnych emocji. I ja też głównie tego szukam w tekstach – czegoś, co poruszy, niekoniecznie uderzając w smutek, czasami wystarczy, że dostanę żal, złość albo uśmiech, a przyjemność z przeczytanego tekstu zostanie ze mną na dłużej. Ale jako że jestem czytelniczą masochistką – no cóż, jednak wolę dramaty. 

 

Chciałam napisać, że chyba nie jest takie złe to obecne kino, ale tak patrzę… I okazuje się, że z lat produkcji 2020-2024 mam obejrzane tylko 12 filmów. Z drugiej strony – aż cztery bardzo dobre. No nic, oglądam jednak głównie starsze filmy. 

 

A z seriali gorąco polecam – „Expanse”.

 

 

To prawda, zaciekawić trzeba umieć, bez względu na gatunek.

Ale trzeba próbować pisać różne rzeczy, nawet dla samego szlifowania warsztatu.

Tu już mam odmienne zdanie. Niewielu znam takich, którzy potrafią pisać różne rzeczy. Fakt, że do nich należysz, dodałbym jeszcze Fmsduvala i kilka innych osób, ale to zdecydowanie mniejszość. Większość dobrze porusza się w wąskich nurtach.

A potem wystawić na ocenę i dostać krytykę. I tutaj portal sprawdza się doskonale.

O tak, znam to dobrze.

Jednak piszący komedię czy literaturę rozrywkową, nadstawia się co najwyżej na wzruszenie ramion albo w ogóle brak komentarza, jeśli mu nie wyjdzie. Ewentualnie zarzuty o braku śmieszności w komedii lub słabej akcji w rozrywce. Ale autor dramatu, to coś innego. Niejednokrotnie czytałem pod opowiadaniami, tutaj właśnie, o “epatowaniu traumą”, “tanim pogrywaniem maltretowanymi dziećmi”, czy “do bólu zdartymi i wyświechtanymi obrazami pijących i bijących ojców”, albo “pisaniem pod publiczkę o gwałconych kobietach”. Komentarze nieraz bardziej dosadne i nie przebierające w słowach padały z ust całego przekroju społecznego na forum. Od jednotygodniowych wichrzycieli, którzy wpadali tu na krótkie występy, poprzez początkujących, a dalej od stałych i docenianych użytkowników, aż na samych lożownikach kończąc. Dlatego warto uświadomić piszącym i czytelnikom, jeśli jeszcze o tym nie wiedzą, że autor dramatu naraża się na znacznie ostrzejszą krytykę, niż piszący jakikolwiek inny gatunek beletrystyki.

Ananke, nie trzeba oglądać Transomarvelów aby dostrzegać ogrom budżetowy i ilościowy jaki za tym stoi. Ciężko to już zresztą nazwać kinem, raczej szeroko pojętą branżą rozrywkową.

Pozdrawiam.

 

Tu już mam odmienne zdanie. Niewielu znam takich, którzy potrafią pisać różne rzeczy. Fakt, że do nich należysz, dodałbym jeszcze Fmsduvala i kilka innych osób, ale to zdecydowanie mniejszość. Większość dobrze porusza się w wąskich nurtach.

A to chyba zależy, czy ktoś czuje się na tyle dobrze w danym gatunku, aby w nim siedzieć i nie wychodzić. W sumie też wolałbym ograniczyć się do jednego, ale różne opowieści wymagają różnych podejść. Częściowo w tym wina portalu, bo chciałem brać udział w różnych konkursach i musiałem pisać w różnych konwencjach.

Jednak piszący komedię czy literaturę rozrywkową, nadstawia się co najwyżej na wzruszenie ramion albo w ogóle brak komentarza, jeśli mu nie wyjdzie. Ewentualnie zarzuty o braku śmieszności w komedii lub słabej akcji w rozrywce. Ale autor dramatu, to coś innego. Niejednokrotnie czytałem pod opowiadaniami, tutaj właśnie, o “epatowaniu traumą”, “tanim pogrywaniem maltretowanymi dziećmi”, czy “do bólu zdartymi i wyświechtanymi obrazami pijących i bijących ojców”, albo “pisaniem pod publiczkę o gwałconych kobietach”. Komentarze nieraz bardziej dosadne i nie przebierające w słowach padały z ust całego przekroju społecznego na forum. Od jednotygodniowych wichrzycieli, którzy wpadali tu na krótkie występy, poprzez początkujących, a dalej od stałych i docenianych użytkowników, aż na samych lożownikach kończąc. Dlatego warto uświadomić piszącym i czytelnikom, jeśli jeszcze o tym nie wiedzą, że autor dramatu naraża się na znacznie ostrzejszą krytykę, niż piszący jakikolwiek inny gatunek beletrystyki.

Przyznam Ci rację. Nie zastanawiałem się nad tym, ale rzeczywiście im poważniejszy opisujemy problem, tym mocniejsza idzie krytyka. Sam dostałem zarzuty o wykorzystywanie problemu niepełnosprawności w Koniach. I, moim zdaniem, problem tkwi tutaj w braku możliwości sprawdzenia “czystości” intencji autora. Na to jednak nie widzę rady. Zawsze ktoś powie, że dajesz takie a taki motyw, żeby wzbudzić określoną reakcję u czytelnika. 

Sam dostałem zarzuty o wykorzystywanie problemu niepełnosprawności w Koniach. I, moim zdaniem, problem tkwi tutaj w braku możliwości sprawdzenia “czystości” intencji autora.

Nie jestem pewien, czy rozumiem, co masz na myśli. Jakie mógłbyś mieć nieczyste intencje? Jakie może mieć ktoś, kto porusza temat gwałtu, alkoholizmu, bicia czy maltretowania. Jakie mógłby wyciągnąć z tego niewłaściwe według ogólnie przyjętych norm korzyści? Rozumiem, że to miałeś na myśli, pisząc o nieczystych intencjach.

 

Mógłby brać taki temat, aby szukać poklasku albo wywoływać określone emocje u czytelnika. Jeśli przykładowo – wybacz przykład – napiszę tekst o śmierci handlarza narkotyków, to z samego opisu będzie miał mniejsze oddziaływanie niż tekst o śmierci małej dziewczynki. Można też czepiać się autora, że bierze jakiś temat, bo jest chwytliwy albo bierze go, mimo że się na nim nie zna.

Właściwie czepiać się można wszystkiego, tutaj wyobraźnia ludzka też nie zna ograniczeń ;)

Mógłby brać taki temat, aby szukać poklasku

Przypomnę Ci najpierw Twoje własne słowa:

 I tamto opowiadanie za dużo mnie kosztowało.

Praktycznie identyczne zdanie słyszałem niejednokrotnie przy podobnych rozmowach. Myślę, że można obiektywnie przyjąć (choć raz coś nie będzie subiektywne ;) ), że pisanie takich opowiadań to ani fun, ani bułka z masłem. Logika podpowiada, że autor powinien liczyć się z podobną reakcją u czytelnika. To znaczy zmusza go do opuszczenia strefy komfortu, a lektura takiego opowiadania nie będzie ani zabawna, ani przyjemna. Nie klei mi się to z szukaniem poklasku. Publikacja na szerokim forum, czyli czymś więcej, niż najbliższa rodzina, wiąże się z możliwością osiągnięcia tak samo sukcesu jak i porażki. I chyba zdaje sobie z tego sprawę każdy publikujący. Nie wydaje mi się zaś, że konkretny temat gwarantuje czy choćby przybliża do osiągnięcia tego sukcesu. Nie sprawdzałem statystyk, ale przypuszczam, że ani nagrodę Zajdla, ani Nike nie otrzymywały częściej powieści czy opowiadania o maltretowanych dzieciach czy gwałconych kobietach. Tym samym nie przypuszczam aby ktoś siadał do takiego utworu z myślą o Nike. A czy autor chciałby taką dostać? Z pewnością tak, ale tak samo jak autorzy wszystkich innych gatunków literackich.

Zgodzę się z Tobą częściowo jeśli mowa o większym oddziaływaniu emocjonalnym “śmierci małej dziewczynki”, ale nie na to, że jest to napisane z założenia aby znaleźć poklask. Jak doszliśmy chyba do wspólnego zdania, autor dramatu naraża się przede wszystkim na ostrzejszą krytykę i zdobycie uznania jest przez to trudniejsze. Zapewne w końcowym rozrachunku lepiej smakuje, ale idą też za tym większe wyrzeczenia.

Tym długim wywodem chciałem powiedzieć, że nie przekonałeś mnie pisząc, że ostrzejsza krytyka dramatu ma związek z chęcią zdobycia poklasku przez autora.

Jeśli znajdziesz czas, to chętnie się dowiem, czy masz jeszcze inne wyjaśnienie takiej krytyki.

Pozdrawiam.

 

Hej!

Trochę z początku nie mogłam rozeznać się w klimacie opowiadania, bo z jednej strony serwujesz tu gościa w płytówce, a w drugiej mechanicznego konia. Wraz z postępem tekstu jednak ten dysonans działał coraz lepiej, aż ostatecznie okazał się naprawdę interesującym światem. Choć motyw prekursorów czy jak ich tam nazwać nie jest w żadnym razie nowy, to moim zdaniem ma w sobie dużo mocy, jeżeli zostanie fajnie wykorzystany. Podobało mi się, że Poprzednicy jednocześnie byli istotnym elementem fabuły i nie zdominowali jej całkowicie, zostawiając miejsce zarówno dla motywu świateł, jak i dla obcych ras. Telekinetyczne szczury są w tym względzie moimi faworytami.

Jeżeli chodzi o bohaterów, wszyscy wyszli Ci bardzo charakterystyczni. Przyznam, że gdy Sall się pojawił, bałam się trochę, że będzie bezmyślnym, cynicznym osiłkiem, może jakimś standardowym byłym wojskowym, zmęczonym problemami świata. Uczynienie go naukowcem, a jego partnerki fechmistrzynią to dobre odwrócenie schematu i znakomicie się sprawdziło. Niewidoma Maya też moim zdaniem bardzo się udała. Przede wszystkim, nie popełniłeś tak częstego błędu przy tworzeniu postaci niepełnosprawnych – nie zdefiniowałeś jej jedynie niepełnosprawnością. Odróżniała się muzyką i akrobatyką, miała własny charakter, dokładnie tak jak powinno być. Równocześnie widać dalej, że mamy do czynienia z osobą zwyczajnie młodą, która – choć świadoma przepowiedni od dawna, jeśli dobrze rozumiem – jest przerażona widmem śmierci.

Miałam wrażenie, że w środku tekstu akcja nieco za bardzo zwolniła, ale po zastanowieniu chyba było to potrzebne ekspozycji. Trzymasz dobre tempo, a wszystkie wątki i tajemnice serwujesz w odstępach, co podbija zainteresowanie. Kwestia Lyssy, jej zniknięcia zaciekawiła mnie z tego wszystkiego chyba najbardziej.

Jeśli chodzi o zgrzytnięcia, przy walce w sklepie i pierwszym pojawieniu się cienistej szermierki przez chwilę nie ogarniałam, skąd ona się wzięła, że to w ogóle nowa postać, i nieco pomieszały mi się przez to podmioty. Pewnie jakieś drobne zmiany by to naprawiły. No i jest jeszcze ten fragment z początku opowiadania:

Gestem nakazał jej stać przy ścianie, sam zaś wszedł za ladę i rozpoczął przeszukiwanie wysokich półek.

Niewidomej? :p

Z drugiej strony, przypadła mi do gustu ta piękna dawka szczerości:

Sall ocenił jako najgorszy plan najdurniejszego skoku w historii złodziejstwa.

W każdym razie, dobre opowiadanie, rozrywkowe, w ciekawym świecie i z fajnymi bohaterami. :D

Ponoć robię tu za moderację, więc w razie potrzeby - pisz śmiało. Nie gryzę, najwyżej napuszczę na Ciebie Lucyfera, choć Księżniczki należy bać się bardziej.

Mógłby brać taki temat, aby szukać poklasku

Przypomnę Ci najpierw Twoje własne słowa:

 I tamto opowiadanie za dużo mnie kosztowało.

Praktycznie identyczne zdanie słyszałem niejednokrotnie przy podobnych rozmowach. Myślę, że można obiektywnie przyjąć (choć raz coś nie będzie subiektywne ;) ), że pisanie takich opowiadań to ani fun, ani bułka z masłem.

Tak, ale w naszej społeczności, ja mogę powiedzieć, że za dużo mnie kosztowało, a Ty nie masz powodu, aby mi nie wierzyć. Co innego, gdy autor się nie tłumaczy. A zarzut o to, że wziąłem w Koniach taki “mocniejszy” temat, słyszałem od dwóch osób. Czy ktoś jeszcze tak pomyślał, tylko nie napisał? Kto wie.

To znaczy zmusza go do opuszczenia strefy komfortu, a lektura takiego opowiadania nie będzie ani zabawna, ani przyjemna. Nie klei mi się to z szukaniem poklasku.

Nie chodzi o zabawność. Ale ludzie nadal czytają o gwałtach, zbrodniach wojennych czy umieraniu. Co ich do tego ciągnie? Ja na przykład nie rozumiem. 

ublikacja na szerokim forum, czyli czymś więcej, niż najbliższa rodzina, wiąże się z możliwością osiągnięcia tak samo sukcesu jak i porażki. I chyba zdaje sobie z tego sprawę każdy publikujący. Nie wydaje mi się zaś, że konkretny temat gwarantuje czy choćby przybliża do osiągnięcia tego sukcesu. Nie sprawdzałem statystyk, ale przypuszczam, że ani nagrodę Zajdla, ani Nike nie otrzymywały częściej powieści czy opowiadania o maltretowanych dzieciach czy gwałconych kobietach. Tym samym nie przypuszczam aby ktoś siadał do takiego utworu z myślą o Nike. A czy autor chciałby taką dostać? Z pewnością tak, ale tak samo jak autorzy wszystkich innych gatunków literackich.

Hm, nie siedzę w statystykach ani w teorii literatury, właściwie dzielę się tylko przemyśleniami, ale gdybym miał walczyć o jakąś nagrodę, uwierzyłbym raczej w lepsze szanse dla poważnej powieści o poważnych sprawach niż książkową wersję przygód Jasia Fasoli.

Zgodzę się z Tobą częściowo jeśli mowa o większym oddziaływaniu emocjonalnym “śmierci małej dziewczynki”, ale nie na to, że jest to napisane z założenia aby znaleźć poklask.

Nie, nie twierdzę, że tak jest pisane, natomiast sam dostałem takie zarzuty, wiec zastanawiam się, czy tylko ja. Szantaż emocjonalny na czytelniku się zdarza, ale nie musi wynikać ze złych intencji autora.

Jak doszliśmy chyba do wspólnego zdania, autor dramatu naraża się przede wszystkim na ostrzejszą krytykę i zdobycie uznania jest przez to trudniejsze. Zapewne w końcowym rozrachunku lepiej smakuje, ale idą też za tym większe wyrzeczenia.

Tak, tu się zgadzamy.

Tym długim wywodem chciałem powiedzieć, że nie przekonałeś mnie pisząc, że ostrzejsza krytyka dramatu ma związek z chęcią zdobycia poklasku przez autora.

Właściwie nawet takie coś nie było moim zamiarem, ale mam problem z jasnym formułowaniem myśli :P Ogólnie uważam dobry dramat za bardzo trudny do napisania, ale wpływa na to też mój stosunek do dramatów. Mało który mnie wciągnął, w ogóle nie przepadam za obyczajówkami. Za obyczajówkami z domieszką fantastyki również, chociaż popełniłem takie. 

Dodam coś jeszcze do dyskusji. 

Wywoływanie silnych emocji wiąże się też z równie silną reakcją odbiorców, którzy nie potrafią odróżnić autora od narratora/bohaterów. 

Kiedy czytam opowiadanie wiem, że autor niekoniecznie jest za wypowiedziami bohaterów. Może być, jasne, ale nie musi. A wydaje mi się, że są osoby (nie mówię o forum, po prostu ogólnie), które nie mogą tego rozłączyć. Zdarzyło mi się usłyszeć, że jestem męską szowinistką i mam wielkie kompleksy, bo mój dorastający bohater taki był. Tyle że ja nie mam 15 lat i nie jestem szowinistką. XD A pisząc o pewnych bohaterach, trudno nie zawrzeć cech podkreślających określony typ charakteru. 

 

Zastanawiające jest w tym wszystkim to, że kiedy autor pisze o gwałtach czy niepełnosprawnych – może dostać łatkę fascynata gwałtów czy wykorzystującego niepełnosprawność, a kiedy zerkniemy na przeciętne opowiadanie, w którym autor opisuje mordercę (ale na sucho, bez podawania szczegółów) nikt nie zwraca na to uwagi. Czy to kwestia tematów tabu? Kiedyś był taki wątek na forum i każdy pisał, że w sumie jakoś nie ma tabu w fantastyce. A może właśnie dla niektórych jest? 

 

Co ich do tego ciągnie? Ja na przykład nie rozumiem. 

Ale przecież otwierając opowiadanie, tak naprawdę nie wiemy, co znajdziemy w środku. Czasami są szczegółowe ostrzeżenia, czasami tylko ogólne, a zakładam, że nikt nie szuka opowiadań z misją znalezienia sceny gwałtu. :p 

A jeśli już czytamy brutalne, mocne opowiadanie i ta scena tam jest, to całość nie podoba się ze względu na scenę, ale po prostu się podoba i tyle, a naturalnie napisana scena dodaje dramatyzmu. 

Oglądaliście „NIGHTINGALE”? Scena gwałtu, którą długo musiałam odchorować. Ale czy uznaję ją za tani chwyt? Nie, czasami bez bolesnego wstrząsu nie ma takich przemyśleń. 

Ano łączenie autora z tekstem to problem. Sam mam w FP 2022 ostry tekst i zastanawiam się, jak zostanie oceniony, a na Złodziejskie poszło coś jeszcze mocniejszego. To nie tylko problem z literaturą, np. muzycy heavy metalowi, których niektórzy biorą za satanistów, w rzeczywistości są bardzo miłymi, rodzinnymi facetami. Tworzenie dobrej historii czasem wymaga wymyślenia naprawdę dziwnych rzeczy. Pamiętam, jakie wrażenie wywarło na mnie opowiadanie Gaimana o gargulcu – świetne, dziwne, obrzydliwe. A to przecież nic w porównaniu do pisarzy horrorów ekstremalnych.

Zastanawiające jest w tym wszystkim to, że kiedy autor pisze o gwałtach czy niepełnosprawnych – może dostać łatkę fascynata gwałtów czy wykorzystującego niepełnosprawność, a kiedy zerkniemy na przeciętne opowiadanie, w którym autor opisuje mordercę (ale na sucho, bez podawania szczegółów) nikt nie zwraca na to uwagi. Czy to kwestia tematów tabu? Kiedyś był taki wątek na forum i każdy pisał, że w sumie jakoś nie ma tabu w fantastyce. A może właśnie dla niektórych jest? 

Czy w ogóle w literaturze jest tabu? Morderca podany na sucho to coś normalnego. W ogóle “zwykła” przemoc jest znacznie bardziej tolerowana niż przemoc seksualna.

Ale przecież otwierając opowiadanie, tak naprawdę nie wiemy, co znajdziemy w środku. Czasami są szczegółowe ostrzeżenia, czasami tylko ogólne, a zakładam, że nikt nie szuka opowiadań z misją znalezienia sceny gwałtu. :p 

Nawet nie chodzi mi o opowiadanie, bo tu jednak się ostrzegamy, ale o powieści, a tam raczej wiemy, czego się spodziewać. Mamy okładki, mamy blurby na końcu. Ja tam jestem za przejrzystością – czytelnik powinien wiedzieć, co kupuje, tak jak w sklepie spożywczym wybiera dobry owoc, czy przymierza spodnie w odzieżowym. Nie chciałbym kupić czegoś reklamowanego jako pogodny romans i dostać sceny gwałtów.

Zastanawiające jest w tym wszystkim to, że kiedy autor pisze o gwałtach czy niepełnosprawnych – może dostać łatkę fascynata gwałtów czy wykorzystującego niepełnosprawność, a kiedy zerkniemy na przeciętne opowiadanie, w którym autor opisuje mordercę (ale na sucho, bez podawania szczegółów) nikt nie zwraca na to uwagi.

Morderca podany na sucho to coś normalnego.

Pokażcie mi opowiadanie, w którym ktoś nie ginie. :) Oczywiście da sie takie znaleźć, ale zabijanie w opowiadaniach jest tak częste, że zupełnie spowszedniało. 

Jeszcze nie doszłam do Twojego złodziejskiego, Zanaisie, ale jestem ciekawa. ;) A patrząc na dyskusję, wolisz pogodniejsze historie, więc… jak to się stało? :D No właśnie coś jednak jest w tym, że wymyślamy sceny, które nie są łatwe w odbiorze. ;) Wystarczy spojrzeć na konkurs erotyczny, w którym oprócz opisów seksu mieliśmy sporo śmierci, gwałtów, bólu. 

 

Czy w ogóle w literaturze jest tabu?

Skoro jednak sporo ludzi się oburza na takie sceny – może dla nich to właśnie ta nieprzekraczalna linia? 

 

Mamy okładki, mamy blurby na końcu. Ja tam jestem za przejrzystością – czytelnik powinien wiedzieć, co kupuje, tak jak w sklepie spożywczym wybiera dobry owoc

Niestety ja jestem w tej grupie z niepopularną opinią, że lepiej nie wiedzieć. Ale to tylko moja opinia, dla mnie powinny istnieć znaczki +18 i nic więcej. Irytują mnie obecne trendy na ostrzeżenia "gwałt", "samobójstwo", " tortury", bo psuje mi to odbiór tekstu, kiedy z góry wiem, co się wydarzy. Poza tym na forach do przesady ostrzegamy przed scenami, w efekcie czego czasami śmiesznie to wygląda. No tyle że większość chyba woli wiedzieć i nic nie poradzę, dostosuję się. ;)

 

 

 Pokażcie mi opowiadanie, w którym ktoś nie ginie. :) Oczywiście da sie takie znaleźć, ale zabijanie w opowiadaniach jest tak częste, że zupełnie spowszedniało. 

Czy idąc tym tropem gwałty i tortury w opowiadaniach kiedyś spowszednieją? 

 

Pokażcie mi opowiadanie, w którym ktoś nie ginie. :)

Trochę jest, ale faktycznie śmierć to już normalna sprawa. Jak w filmach – możesz nagrać krwawy horror i nikt nie powie złego słowa. Pokaż nagą kobietę – trochę więcej oburzonych. Pokaż nagiego faceta – o, matko! Może bierze się to z purytańskiej kultury amerykańskiej? Nie wiem. 

 

Jeszcze nie doszłam do Twojego złodziejskiego, Zanaisie, ale jestem ciekawa. ;) A patrząc na dyskusję, wolisz pogodniejsze historie, więc… jak to się stało? :D

Jak to się stało? Szerokie zainteresowania :P

Wystarczy spojrzeć na konkurs erotyczny, w którym oprócz opisów seksu mieliśmy sporo śmierci, gwałtów, bólu. 

Też mnie to dziwi. Erotyka dla mnie to jednak subtelność. Po co opisywać gwałt?

Niestety ja jestem w tej grupie z niepopularną opinią, że lepiej nie wiedzieć. Ale to tylko moja opinia, dla mnie powinny istnieć znaczki +18 i nic więcej. Irytują mnie obecne trendy na ostrzeżenia "gwałt", "samobójstwo", " tortury", bo psuje mi to odbiór tekstu, kiedy z góry wiem, co się wydarzy. Poza tym na forach do przesady ostrzegamy przed scenami, w efekcie czego czasami śmiesznie to wygląda. No tyle że większość chyba woli wiedzieć i nic nie poradzę, dostosuję się. ;)

Jestem absolutnie przeciw tzw. trigger warning, wprowadzanym ostatnio przez snowflakową kulturę. “Bo może kogoś urazić”. No i co z tego? Wszystko może kogo urazić. Polityczną poprawność uważam za idiotyzm. 18+ wystarczy albo sam opis. Jeśli kupuję książkę z “mroczną” okładką, a blurb mówi o kulcie składającym ofiary z ludzi, to wiem, że słodko nie będzie.

Natomiast tutaj na forum wolę już ostrzegać przed scenami, tak jak to robię w złodziejskim, bo wiele osób o te ostrzeżenia prosi. Nie chciałbym, aby spodziewali się miłej komedii, a dostali wbijanie rozgrzanych prętów w oczy.

 

 Pokażcie mi opowiadanie, w którym ktoś nie ginie. :) Oczywiście da sie takie znaleźć, ale zabijanie w opowiadaniach jest tak częste, że zupełnie spowszedniało. 

Czy idąc tym tropem gwałty i tortury w opowiadaniach kiedyś spowszednieją? 

Dobre pytanie. Tortury już nieco spowszedniały. Gwałty? Nie sądzę. Na razie wygląda na to, że przemoc łatwiej przechodzi niż gwałt.

A mnie się wydaje, że gwałty nie są aż takie rzadkie w literaturze. Ale na pewno można je różnie przedstawić i podawać w różnych sosach. Taki Zeus nie wszystkie kochanki brał po dobroci. Czy ludzi to teraz oburza? Po prostu w podstawówkach naucza się ocenzurowanej wersji. I że Afrodyta to z morskiej piany, a nie z odciętych genitaliów Uranosa…

Babska logika rządzi!

Jak to się stało? Szerokie zainteresowania :P

Ale masz odpowiedź, dlaczego ludzi tak ciągnie do tego typu tekstów. :) 

 

Też mnie to dziwi. Erotyka dla mnie to jednak subtelność. Po co opisywać gwałt?

Nie wiem, ale z drugiej strony – ludzie mają różne definicje erotyki, chyba nic mnie nie zaskoczy. 

 

Jestem absolutnie przeciw tzw. trigger warning

Ja już z całych sił staram się nie patrzeć na te oznaczenia na górze, ale czemu nie ma opcji wyłączenia ich? Bo rozumiem, że są ludzie, co tego potrzebują, ale niech będzie jakaś sprawiedliwość. 

 

Natomiast tutaj na forum wolę już ostrzegać przed scenami, tak jak to robię w złodziejskim, bo wiele osób o te ostrzeżenia prosi. 

Wiem, też to widziałam, dostosowuję się i też dodaję oznaczenia, kiedy trzeba. Ale sama często czytam przedmowy na koniec tekstu i nie patrzę na tagi. :p

 

A mnie się wydaje, że gwałty nie są aż takie rzadkie w literaturze. 

Nie są, ale w skali śmierć-gwałt to widać dysproporcje. Przy czym śmierć jest często pokazana w całości, a gwałt urywkowo albo początek/koniec.

Nawet w „Wiedźminie” nie mieliśmy mocniejszej sceny gwałtu, o ile jakaś w ogóle była… 

 

Taki Zeus nie wszystkie kochanki brał po dobroci. Czy ludzi to teraz oburza? 

No właśnie nie wiem, mnie nie oburza, ale czuję, że na pewno kogoś oburzy, tylko pytanie: na ile? 

Ale masz odpowiedź, dlaczego ludzi tak ciągnie do tego typu tekstów. :) 

Właściwie nie widzę tu odpowiedzi ;)

Nie wiem, ale z drugiej strony – ludzie mają różne definicje erotyki, chyba nic mnie nie zaskoczy. 

Mam staroświeckie podejście, że erotyka to subtelność, a brak subtelności to już porno.

Ja już z całych sił staram się nie patrzeć na te oznaczenia na górze, ale czemu nie ma opcji wyłączenia ich? Bo rozumiem, że są ludzie, co tego potrzebują, ale niech będzie jakaś sprawiedliwość. 

Mam w złodziejskim ostrzeżenia i tagi – omiń przedmowę ;) Chyba trzeba zacząć dawać ostrzeżenia przed ostrzeżeniami :P

A mnie się wydaje, że gwałty nie są aż takie rzadkie w literaturze.

W fantasy mam wrażenie jest wiele gwałtów. Czasem nawet protagonista jest gwałcicielem. Nie lubię.

Taki Zeus nie wszystkie kochanki brał po dobroci. Czy ludzi to teraz oburza? Po prostu w podstawówkach naucza się ocenzurowanej wersji. I że Afrodyta to z morskiej piany, a nie z odciętych genitaliów Uranosa…

Ano właśnie, uczą ocenzurowanej wersji. Zdecydowana większość ludzi zna mitologię bardzo ugładzoną, podobnie jak np. bajki braci Grimm, gdzie taki książę gwałci śpiącą królewnę i tak dalej. Kultura masowa robi swoje.

Właściwie nie widzę tu odpowiedzi ;)

Skoro nawet Ciebie ciągnie do takich opowiadań (mimo że wolisz lżejsze klimaty) – no to czemu ludzi miałoby nie ciągnąć? :)

 

Mam staroświeckie podejście, że erotyka to subtelność, a brak subtelności to już porno.

Też jestem bardziej w tej grupie, ale z drugiej strony nie każdy brak subtelności oceniam jako porno. ;)

 

Mam w złodziejskim ostrzeżenia i tagi – omiń przedmowę ;) Chyba trzeba zacząć dawać ostrzeżenia przed ostrzeżeniami :P

Haha, ostrzeżenia o tekście, który zawiera ostrzeżenia, ciekawe. :) Został mi jeszcze jeden tekst i dojadę do Twojego. ;)

Skoro nawet Ciebie ciągnie do takich opowiadań (mimo że wolisz lżejsze klimaty) – no to czemu ludzi miałoby nie ciągnąć? :)

Niby tak, ale ja jakiś zwichrowany jestem ;)

Mam staroświeckie podejście, że erotyka to subtelność, a brak subtelności to już porno.

Też jestem bardziej w tej grupie, ale z drugiej strony nie każdy brak subtelności oceniam jako porno. ;)

Kwestia oceny, co jest subtelnością, a co ją przekracza, to zbyt indywidualna sprawa, abyśmy wymyślili tu jakąś definicję ;)

Mam w złodziejskim ostrzeżenia i tagi – omiń przedmowę ;) Chyba trzeba zacząć dawać ostrzeżenia przed ostrzeżeniami :P

Haha, ostrzeżenia o tekście, który zawiera ostrzeżenia, ciekawe. :) Został mi jeszcze jeden tekst i dojadę do Twojego. ;)

Przygotowuję się na sto tysięcy zarzutów xD

Niby tak, ale ja jakiś zwichrowany jestem ;)

A inni ludzie to co? :D

https://youtu.be/_CeHX86njp0?si=QMlGET1Zog8SGJXO

 

Przygotowuję się na sto tysięcy zarzutów xD

Zaraz sto tysięcy. XD Nie będę pierwsza, więc pewnie już coś tam się nazbierało. :) 

Nawet w „Wiedźminie” nie mieliśmy mocniejszej sceny gwałtu, o ile jakaś w ogóle była… 

Gwałt w “Wiedźminie” był, chociaż nie na pierwszym planie i może nie wprost. Słabo pamiętam, ale była gdzieś scenka, jak to Geralt widział żołnierzy ciągnących dziewczynkę i powstrzymał się od reakcji. Albo po ogłoszeniu armii, że udaje się z bratnią pomocą, dziesiętnik powtórzył ludziom, że bab nie gwa… baby gwałcić po cichu.

Babska logika rządzi!

No właśnie o to mi chodzi – sceny nie było. Wiele razy wspominali, nawet wiemy, że pewna bohaterka na M (nie będę spoilerować) została zgwałcona, Ciri też miała krótkie spięcie z wiadomą osobą… I Yennefer, a scena mogłaby być najmocniejsza z całej sagi. Ale jednak sceny jako sceny Sapkowski nie dał.

Skuszony piórkiem trochę niechcący otworzyłem to opowiadanie. Od długiego bowiem czasu odczuwam przesyt fantasy. Zobaczyłem mapki i już, już miałem kliknąć “wróć”, ale zadziałał automatyzm i zacząłem czytać. Zaciekawił mnie grawikoń i zatrzymał do samego końca.

Tak, uległem ciekawości. I bardzo dobrze, bowiem otworzył się przede mną interesujący, oryginalny i przemyślany świat. Jestem pod wrażeniem dopracowanej nomenklatury, która mogłaby świetnie funkcjonować w języku mówionym: wspomniany już grawikoń, ale też przydzielator, fotomanta, lumentyk. Równie dobrze jest nazwami rodzajów istot (gatunków?). Brawa za uniknięcie anglicyzmów!

Fabuła jest wartka, sprawna. Wciąga. Może czasem trzeba się tego i owego domyślić, ale przecież to nie proza dla przedszkolaków.

Co prawda wychodzi na to, że nie potrafią tam stawiać solidnych murów ani ścian. Kto wie, może tamtejsza fizyka pozbawia sensu powiedzenie “walić głową w mur” nadając osiłkom potęgę niczym po magicznym napoju Galów.

Niektóre dialogi wydają mi się nieco przeintelektualizowane, niedopasowane do sytuacji. No i trochę pogubiłem się przestrzennie w opisie ataku na kultystów.

Brakuje mi bardzo nazw obu słońc. Na Ziemi mamy jedno Słońce, którego nazwa jest jednocześnie funkcją w układzie planetarnym. Jestem pewien, że dwa obiekty dominujące na dziennym niebie noszą miana odrobinę bardziej zaszczytne niż Pierwsze i Drugie.

Ostatnimi czasy zbyt mało znajduję w fantasy oryginalności, ciągle tylko miecze, mięśnie, magia i zdrada. Nie sądzę, by dzięki Fioletowi i cieniowi wróciło mi łaknienie tego gatunku, ale chętnie bym przeczytał kolejne opowiadania ze Świata Swiatła (jeśli mogę tak go przezwać). Bo jego historia – jak zgaduję – dopiero się zaczyna.

Cieszę się, że grawikoń pojawił się w pierwszych wierszach tekstu…

Serdecznie pozdrawiam z Bladobłękitnej Kropki, तारान्तरयात्री [tɑːrɑːntərəjɑːtri]

Hej, Tārāntarayātrī

Skuszony piórkiem trochę niechcący otworzyłem to opowiadanie. Od długiego bowiem czasu odczuwam przesyt fantasy. Zobaczyłem mapki i już, już miałem kliknąć “wróć”, ale zadziałał automatyzm i zacząłem czytać. Zaciekawił mnie grawikoń i zatrzymał do samego końca.

Z neologizmami jak z ruletką, czasem można trafić uwagę czytelnika, czasem uśmiech zażenowania. Ha! Przynajmniej pokazał, że nie będzie typowego fantasy.

Tak, uległem ciekawości. I bardzo dobrze, bowiem otworzył się przede mną interesujący, oryginalny i przemyślany świat. Jestem pod wrażeniem dopracowanej nomenklatury, która mogłaby świetnie funkcjonować w języku mówionym: wspomniany już grawikoń, ale też przydzielatorfotomantalumentyk. Równie dobrze jest nazwami rodzajów istot (gatunków?). Brawa za uniknięcie anglicyzmów!

Miło mi, chociaż pewnie trochę pozmieniam, aby nadać światu większy rys Dzikiego Zachodu. Wymyślanie nazw to w sumie dobra zabawa, miło mi, że przypasowały :)

Fabuła jest wartka, sprawna. Wciąga. Może czasem trzeba się tego i owego domyślić, ale przecież to nie proza dla przedszkolaków.

Trochę sznurkowa, były też głosy, że prosta, ale jakaś tam jest. Może lepiej wybrzmiałaby w dłuższym tekście.

Co prawda wychodzi na to, że nie potrafią tam stawiać solidnych murów ani ścian. Kto wie, może tamtejsza fizyka pozbawia sensu powiedzenie “walić głową w mur” nadając osiłkom potęgę niczym po magicznym napoju Galów.

Trochę filmowo wyszło, ale to już mój odwieczny ból – scena dobrze “wygląda”, niekoniecznie ma sens.

Niektóre dialogi wydają mi się nieco przeintelektualizowane, niedopasowane do sytuacji. No i trochę pogubiłem się przestrzennie w opisie ataku na kultystów.

Sztuka pisania dialogów to trudna sztuka. Przestrzenność też. Mam nadzieję, że będzie z tym u mnie lepiej.

Brakuje mi bardzo nazw obu słońc. Na Ziemi mamy jedno Słońce, którego nazwa jest jednocześnie funkcją w układzie planetarnym. Jestem pewien, że dwa obiekty dominujące na dziennym niebie noszą miana odrobinę bardziej zaszczytne niż Pierwsze i Drugie.

Z reguły unikam dawania nazw rzeczom, które nie mają istotnego wpływu na fabułę. Tu niby chodzi o koniunkcję, ale uznałem, że czytelnik i tak ma sporo do przyswojenia. Myślę, że dałoby to radę zmienić i wezmę pod uwagę przy redakcji do FP2023.

Ostatnimi czasy zbyt mało znajduję w fantasy oryginalności, ciągle tylko miecze, mięśnie, magia i zdrada. Nie sądzę, by dzięki Fioletowi i cieniowi wróciło mi łaknienie tego gatunku, ale chętnie bym przeczytał kolejne opowiadania ze Świata Swiatła (jeśli mogę tak go przezwać). Bo jego historia – jak zgaduję – dopiero się zaczyna.

Dziękuję, to duży komplement. Chciałbym wreszcie wrócić do któregoś ze światów z opowiadań, a nie wymyślać kolejne, więc kto wie… ;)

Cieszę się, że grawikoń pojawił się w pierwszych wierszach tekstu…

Ja też ;p

Pozdrawiam i dzięki za komentarz

Zanaisie, nawet nie zdążyłam dobrze spostrzec, jak długie jest to opowiadanie, bo czytało się je doskonale, zwłaszcza że pokazałeś świat wielce interesujący i nadzwyczaj barwny, a poczynania bohaterów nie pozwalały nudzić się ani chwili. I mogę tylko żałować, że dotarłam tu tak późno, ale cóż, nie czas żałować… To szalenie satysfakcjonująca lektura! :D

 

 Potem ru­szył do Lśnią­ce­go kramu Hu­bol­da… → Potem ru­szył do Lśnią­ce­go Kramu Hu­bol­da

 

i na­pi­sem TU – naj­rzad­sze ko­lo­ry!. → …i na­pi­sem TU – naj­rzad­sze ko­lo­ry!

Po wykrzykniku nie stawia się kropki.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/kropka-po-wykrzykniku;11165.html

 

Lśnią­cy kram Hu­bol­da wy­da­wał się… → Lśnią­cy Kram Hu­bol­da wy­da­wał się…

 

Hu­bold za­pro­wa­dził ich do za­mtu­zu jego przy­ja­cie­la, Fonza.Hu­bold za­pro­wa­dził ich do za­mtu­zu swojego przy­ja­cie­la, Fonza.

 

za­czął krą­żyć wokół balli… → …za­czął krą­żyć wokół balii

 

Jęk­nę­ła, ma­te­riał roz­pruł się w paru miej­scach. Wy­biegł przez dziu­rę w murze. → Czy dobrze rozumiem, że materiał wy­biegł przez dziu­rę w murze?

 

Mnó­stwo stóp kultu Dwóch Słońc. → Czy kult na pewno ma stopy?

A może miało być: Mnó­stwo stóp kultystów Dwóch Słońc.

 

wprost na wy­peł­nio­ną tłu­mem prze­strzeń.

Ja­ski­nię wy­peł­nia­ły setki kul­ty­stów… → Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Reg

Jaka miła niespodzianka, że jeszcze ktoś tu zawitał :)

Twoja łapanka przyszła w idealnym momencie, bo akurat trwa korekta tego tekstu do FP2023, więc uwagi oczywiście przyjmuję i pięknie za nie dziękuję (materiał wybiegający przez dziurę w murze to gotowy pomysł na opowiadanie).

Cieszę się, że sprawiłem Ci zajmującą lekturę w lżejszym tonie niż moje ostatnie opowiadanie o skórożercach ;)

Pozdrawiam serdecznie

Zanaisie, bardzo się cieszę, że sprawiłam Ci niespodziankę, a łapanka się przydała.

 

(materiał wybiegający przez dziurę w murze to gotowy pomysł na opowiadanie).

Mam nadzieję, Zanaisie, że zdecydujesz się zrealizować ten pomysł. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzień dobry!

 

Komentarz po czasie! Co tu dużo mówić, fajne. Pomysł na ślimakoidy nawet bardzo fajny. Bawiłam się dobrze czytając, świat był wiarogodny i wyglądał na dobrze przemyślany i rozbudowany. Przeczytałabym coś jeszcze w tym uniwersum ;)

Ilustrowało się przyjemnie ;P

 

Dziękuję za lekturę!

Hej, Gruszel

Cieszę się, że przypadło do gustu. Ilustracja i współpraca na najwyższym poziomie :)

Dziękuję i pozdrawiam!

Hej!

Jak zwykle u Ciebie oryginalne podejście z kolorami jako artefaktami. Dobrze napisany bohater, podobało mi się, że był naukowcem ale w zbroi :). Ciekawie i wartko poprowadzona akcja. Postacie drugoplanowe charakterystyczne i nie sprawiające, że są tylko tłem. Fajny pomysł ze ślimakoidem. Zastanawiałem się jak to wygląda w praktyce.

Krótko mówiąc profesjonalna robota.

 

Znalazłem jeszcze dwie drobnostki:

 

Na tle ciemniejącego niebie

nieba

 

Maya pisnęła i chwyciła kurczową

kurczowo

 

Pozdrawiam!

Hej, Edwardzie

Co mogę powiedzieć, skoro wszystko zagrało? Dziękuję za lekturę i za łapankę, oczywiście, już poprawione.

Miło, że wpadłeś.

Pozdrawiam

 

Dobre opowiadanie akcji, żywe postaci. Doceniam poczucie humoru i niezłe bon moty. Czytało się przyjemnie.

Zacne, choć nieco zwariowane, new weirdowe światotwórstwo. Może nawet światłotwórstwo. Gdyby chcieć nazwać ten gatunek… Fotopunk? ;)

Ślimakoidzi i szotkowie to niewątpliwie odświeżająca (oraz odpowiednio wariacka) alternatywa dla krasnoludów i wróżek.

Rozumiem, że mapka powstała w wyniku konkursowych wymagań, ale jest ona zupełnie niepotrzebna :)

 

zam•tuz -za, -zie; -zy, -zów (słownik internetowy PWN-u). Doroszewski podaje jednak jako “albo” wersję z -zu, więc się nie czepiam, tylko zwracam uwagę, że odmiana “zamtuza” jest częstsza. 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Nowa Fantastyka