- Opowiadanie: Światowider - Skosztuj Krwi Bachusa

Skosztuj Krwi Bachusa

Opowiadanie w swym pierwszym wcieleniu ukazało się w X tomie Fantazji Zielonogórskich. Zapraszam do lektury :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Skosztuj Krwi Bachusa

Dwa miał w życiu afekta pan Jan Golski, wojski trembowelski: małmazję i nowiny z traktu. Pobłogosławił go też Stwórca dworem na Podolu, tuż przy szlaku, którym ciągnęli kupcy ormiańscy, wiozący w kufach napitki z Węgier, Multanów oraz Turcji. Gdy handlarz przejeżdżał w pobliżu, wojski oczekiwał go już z czeladzią, by grzecznie zaprosić na wieczerzę. Mało który kupiec śmiał odmówić, zwłaszcza gdy w oczy zaświecono mu lufami samopałów. Wypadało zaś, aby gość suto przyjęty wywdzięczył się gospodarzowi, przekazując zasłyszane na gościńcu wieści przy kielichu pełnym najlepszego z wiezionych trunków.

Pewnego razu pojawił się we dworze wojskiego przybysz niepospolity. Golski siedział właśnie ze swym sąsiadem, Młodziejewskim, snując rozmowę podlewaną miodem, gdy drzwi alkierza rozwarły się i do pomieszczenia wkroczyło dwóch pachołków, wiodąc mężczyznę odzianego w długi chałat. Nieznajomy zdjął z głowy zdobną czapę, kłaniając się nisko. Gospodarz wstał w odpowiedzi.

– Polityczny widzę z waści człek – oznajmił. – Kogóż witam w skromnych progach?

– Zwą mnie Poghos Manukian. Ormianinem jestem, handlem winami się trudniącym.

Golski podkręcił z radości wąsa.

– Tedy, skoroś tu waść przybył, grzech nie popróbować owych specjałów. A każże je tu waszmość przynieść. Nawet jeśliś nie szlachcic urodzony, to przecie gość w dom, Bóg w dom, więc chętnie waszmości kompanii dotrzymamy.

Ormianin skłonił się ponownie i zaklaskał. Wnet zza drzwi wychynął sługa, niosąc pokaźny antałek.

– Gdym tu jechał, z dala już doszła mnie sława waszej wielmożności, jako człeka w znawstwie win biegłego – jął mówić uroczyście Manukian. – Ośmieliłem się zawitać do dworu waszej wielmożności, bom pewien jest, że w tym oto antałku wiozę trunek tak dobry, iż wasza wielmożność bez ochyby lepszego w życiu nie pił.

Golski klepnął się po udzie.

 – Takiś pewny? Cóże to za cudowny napitek?

Kupiec odebrał od sługi naczynie i nalał zeń do kielicha dobytego wcześniej z tobołków.

– Oto jest wino zwane "Krwią Bachusa", z grodu Grünberg pochodzące.

To powiedziawszy, podał kielich Golskiemu. Ten, nie zwlekając, upił łyk, po czym zmrużył oczy.

– Zaiste, nigdym czego lepszego w życiu nie pił. Rzekłeś waszmość, że małmazję ową Krwią Bachusa zowią? Godna nazwa, boski smak ma ten trunek. Spróbujże, mości Młodziejewski.

Szlachcic skwapliwe przyjął kielich.

– Prawda, wino to ekstraordynaryjne – ocenił po chwili. – Dziwno mi jeno, że z niemieckiego miasta rodem. Wiadoma to przecie rzecz, iż Niemcy, jako lud do nationes barbarae najpodobniejszy, piwsko tylko pijają, szlachetnego wina gardłami swymi nie kalając. Waszmość też nie ze Śląska, ale od Multan jedziesz, jakżeś tedy mógł owego napitku dostać?

– Ha! – zawołał Golski. – Znać zaraz, że człek uczony mówi.

Ormianin uśmiechnął się.

– Rację ma wasza wielmożność, aleć Grünberg to gród niezwyczajny. Jak prawi legenda, ziemie te skropiła krew Bachusa, gdy z ordonansu Junony uśmiercili go tytani. Z niej wyrosły winnice, które mieszkańcy tamtejsi uprawiają do dziś, na przekór zwyczajom swego narodu. Że miasto zaś na Śląsku leży, nie szkodzi to, by płody jego ziemi trafiały na Multany.

– Tak czy inaczej, zacniejszego wina nigdym nie pił i za tak niepospolity dar niepospolicie godzi się nagrodzić – rzekł Golski. – Gdy będziesz waszmość odjeżdżał, ekonom mój wręczy waszmości sto czerwonych złotych.

– Wdzięczny jestem waszej wielmożności – odparł, kłaniając się, Manukian.

Szlachcice pogwarzyli jeszcze z kupcem kęs czasu, aż wreszcie antałek okazał swe dno. Wtedy Ormianin począł się żegnać. Wnet opuścił dwór, odprawiony z największą serdecznością przez Golskiego.

– Widzi mi się, mości sąsiedzie, że trza by do owego Grünbergu ruszyć, małmazji tej więcej nabyć – ozwał się wojski, wróciwszy do alkierza.

– Toć przecie w Niemczech wojna.

Golski machnął ręką.

– Taka tam wojna. Weźmiem garść mych hajduków, to choćby sam Torstensson na nas nastąpił, juści mu się nie damy.

– Zali i mnie już chcesz waść w ową peregrynację włączyć?

– A jakże inaczej? Waćpan wszak uczony jesteś, więc pewnikiem o tym całym Bachusie niejedno wiesz. Umiesz też szwargotać w języku tamtejszym nie gorzej niźli po polsku. Gdzieżbym miał bez waści na taką ekspedycję się puszczać?

– Juści, żem na akademii studia odebrał i głowy byle jakiej nie mam. Do wielkich też rzeczy mogłem w nauce dojść, żebyż jeno nie ta invidia ludzka… Et, nie ma co o tym gadać. Skoro waszmość o bezpieczeństwie podróży upewniasz, z chęcią na nią ruszę.

 

*

 

Okolice Grünbergu rozczarowały boleśnie Golskiego. Miast mozaiki wzgórz zdobnych w okryte kwieciem krzewy winne, ujrzał ponury krajobraz szarej, powleczonej popiołem krainy. Na każdym kroku napotykał wojski ślady żołdaków przemierzających ziemie Śląska, a zostawujących po sobie jeno wodę i kamienie. Wioski witały przybyszów osmalonymi kikutami spalonych chat. Parokroć trafili nawet na włóczące się bandy maruderów, szczęściem hajducy Golskiego bez trudu odparli ich napaści.

Dotarli wreszcie do miasta. Przedstawiało widok iście opłakany. Musiał je ktoś w ostatnim czasie puścić z dymem, z przedmieść bowiem ostały się jeno ponure zgliszcza. Widząc, że niełacno będzie o stancję, Golski kazał hajdukom rozłożyć się w pobliżu obozem, sam zaś wraz z Młodziejewskim ruszył ku ocalałym budynkom Grünbergu. Niemal cały dzień strawili na poszukiwaniu noclegu. Mieszczanie na widok polskiego stroju brali podróżnych za lisowczyków i zamykali przed nimi drzwi, złorzecząc przy tym głośno. W ocalałych z pożogi gospodach dla odmiany chętnie witano obcych przybyszów, lecz to jeno dla nadziei, iż skłonni są oni srogo zapłacić. Na ostatku Golski porzucił wiarę w odnalezienie taniej i wygodnej stancji. Miast tego usiadł z towarzyszem w pierwszym lepszym szynku, by spędzić wieczór przy kielichu wina.

Wnętrze karczmy świeciło pustkami. Gospodarz, chudy niczym szczapa Ślązak o bladym, zapadniętym licu, widząc urodzonych gości, powiódł ich zaraz do bocznego alkierza.

– Poprośże waćpan, by nam Krwi Bachusa nalał – ozwał się Golski, gdy tylko usiedli.

Młodziejewski przemówił zaraz do karczmarza. Ten jednak skrzywił się i odszwargotał coś cierpko.

– Co on mówi? – zapytał wojski.

– Powiada, iże o żadnym Bachusie w życiu nie słyszał, a jeśli nam się krwi zachciało, tośmy źle trafili, bo z tutejszych juże ją Szwedzi do cna wyssali.

– A to człek niepolityczny, zaraz znać, że Niemiec – westchnął Golski. – Nic to, każ mu tedy waszeć dać wina co najlepszego.

Ślązak zakrzątnął się, podając gościom dzban trunku i dwa pokaźne kielichy, po czym ostawił ich samych. Golski upił łyk.

– Nie powiem, zacne, aleć to nie toż samo, co Krew Bachusa – rzekł smętnie. – Nie może to być, żeby ów karczmarz nie znał tego napitku, nawet jeśli sam go nie szynkuje. Poczynam myśleć, że Ormianin nas okpił.

– Przecie piliśmy owo wino. Po cóż miałby kupiec łgać o jego pochodzeniu?

– Nie wiem.

Siedzieli czas jakiś w milczeniu, topiąc smutek w przepastnych kielichach.

– Ha! – zawołał nagle Młodziejewski, plaskając się dłonią w czoło.

Zaskoczony Golski aż się zakrztusił. Nie zważając na to, kompanion jego jął mówić:

– Wiesz waćpan, żem wiele lat w Akademii spędził. Do wielkich też rzeczy mogłem w nauce dojść, żebyż jeno nie ta invidia ludzka… Et, nie ma co o tym gadać. Dość, że o Bachusie, alias Dionizosie, wiem niejedno. Przypomniało mi się, iże poganie starożytni, którzy dla tego bożka szczególną żywili dewocję, łączyli się w gromady. W nich też obrzędy dla jego czci odprawowali. – Odetchnął i pociągnął łyk z kielicha. – A teraz słuchaj waćpan uważnie. Czynili to w sekrecie, bo praktyk ich, jako nieobyczajnych i godności ludzkiej uwłaczających, pospolicie wzbraniano. Ergo może to być, że i tutaj kult takowy się zalągł, któren ową Krwią Bachusa się poi i, wzorem ancestorów, w tajemnicy skrywa.

Golski żachnął się.

– Ejże, prostym człek, ale widzi mi się, że nazbyt waść imaginacji wodzy popuszczasz. Gdzieżby, w chrześcijańskim od wieków kraju, miał kult tego bałwana się utrzymywać?

– Juści, niezwyczajne byłoby to zjawisko – odparł, nie dając się zbić z tropu, Młodziejewski. – Zważ wszakże waszmość, że tu wszędzie lud luterski, a przeto o uszach podszeptom diabelskim snadniej posłuch dających. Czort jeden wie, kogo owi kacerze czczą.

Golski pokiwał głową.

– Prawda to. Cóż więc radzisz czynić, panie bracie?

Młodziejewski milczał przez chwilę, na dzban w skupieniu patrzając.

– Otóż – podjął wreszcie – główne obrządki ku czci Bachusa, podług określonych terminów się odbywały. Któryż to dziś mamy dzień? Ach, decimus Martii. Fortuna nam zatem sprzyja! Za trzy dni przypadnie data, w której Rzymianie zwykli obchodzić święta Liberaliami zwane. Jeżeli zaiste w tym mieście zelanci Bachusa się gnieżdżą, ani chybi będą ową okazję celebrować. Mamy tedy trzy dni, by miejsce ich schadzek odnaleźć. Gdy tego dokażemy, w noc świąteczną się na nich zasadzim.

– Ale gdzież mogliby na takowe spotkania się zbierać?

– Juści, że nie na rynku. Suponuję, iże najsnadniej byłoby im to czynić gdzieś poza miastem, albo… – Zamyślił się na chwilę. – Albo w jakowychś podziemiach. Piwnic wśród tylu winiarni pewnie nie brak, trza by je wszystkie przepatrzeć.

– Senatorska u waćpana głowa! – orzekł Golski, nalewając obu wina. – Wypijmy za powodzenie owej imprezy!

– Wypijmy!

 

*

 

Po nocy spędzonej w rozbitym przez hajduków obozowisku, szlachcice ruszyli na poszukiwania. Żołnierzom zaordynował Golski dyskretne przeczesanie obszarów dokoła miasta, sam zaś wraz z Młodziejewskim ruszył na ponowną peregrynację po winiarniach Grünbergu. Tym razem za cel obrali odszukanie piwnicy, stanowiącej wrota do Bachusowych podziemi. Prędko jednak spostrzegli, że nie będzie to zadanie łatwe. Niemal każdy szynk posiadał własną piwnicę. Nadto niejeden gospodarz wzbraniał się przed pokazaniem jej gościom. W takim wypadku musieli dotrzeć do niej sprytem i fortelem, co niemało zabierało cennego czasu.

Strawili na tym zajęciu dwa dni. Nie przyniosło jednakże spodziewanych owoców. Widywali wprawdzie piwnice większe i mniejsze, żadna jednak nie zdała im się sposobną do odprawiania sekretnych misteriów. Trzeciego dnia zaszli do stojącej na uboczu miasta niewielkiej gospody "U Sylena". Na pytanie o podziemia szynkarz odparł, iże brak tu takowych, wino swe bowiem w osobnej komorze trzyma. Szlachcice siedli więc, rezygnacji pełni, sącząc w milczeniu podły trunek.

Golskiego opadły ponure myśli. Nie zwrócił nawet uwagi, gdy Młodziejewski wstał od ławy, dając głośno znać, że wychodzi za potrzebą. Wojski rozpamiętywał smak Krwi Bachusa i wzdychał nad bezowocnością wyprawy. Brakło mu już wiary w powodzenie poszukiwań.

Z tych rozmyślań wyrwał go powrót kompaniona. Golski dostrzegł w oku towarzysza błysk podniecenia, któren tchnął w serce jego nową nadzieję. Rozumiejąc, że przyjaciel nie chce dzielić się nowinami w przytomności karczmarza, wojski dopił czym prędzej wino.

Gdy tylko szlachcice opuścili gospodę, Młodziejewski przemówił:

– Łgał ów łyk. Ma piwnicę i to niepoślednią.

– Jakże to? Gdzie?

– A ot, w komorze za szynkiem schowaną. By wejść do niej, trza było z zamkiem się sprawić, ale ja, jako żak w Akademii, nie tylko łaciny i greki żem się wyuczył.

– No i cóżeś waść widział we wnętrzu? – przerwał Golski, nie chcąc, by towarzysz na uczelni wspomnienie wpadł w zwykłą sobie melancholię.

– Miast piwnicy tunel, daleko w głąb się ciągnący.

– Tunel!

 – Jako żywo! Myślę, mości sąsiedzie, żeśmy nasz cel znaleźli. Z braku światła nie postąpiłem dalej, ale niech mnie pioruny zatrzasną, jeśli to nie owej sekty tajemny korytarz. Przeć i patron tegoż szynku, Sylen, podług starożytnych wierzeń kompanem był Bachusa. Jedno, co nam zostaje, to tuż przed wieczorem w owej komorze się schować i zdążających na święto czekać.

– Trza by tu jeszcze hajduków zawołać.

– Ej, nie, za małaż ta komora, by się pomieścili w ukryciu. Aleć prawda, że trzeba im znać dać, by się nas na noc nie spodziewali.

Wrócili do żołnierzy. Gdy tylko Golski rozmówił się z wachmistrzem, szlachcice ruszyli jeszcze do najbliższej winiarni, uczcić sukces poszukiwań i dodać sobie ochoty przed końcową rozprawą. Tam przepędzili mile czas, aż słońce jęło się leniwie chylić ku zachodowi. Wtedy ruszyli ponownie ku gospodzie “U Sylena”.

Karczma niknęła powoli w cieniu zmierzchu. Ulice dokoła niej ziały pustką i próżno było wyglądać na nich czcicieli pogańskiego bożka. Niestropieni tym szlachcice przemknęli skrycie do komory na tyłach budynku. Jej wnętrze tonęło w mroku. Po omacku odszukali stertę worków i skrzyń, za którą skryli się, dając baczenie ku wejściu.

Siedzieli tak w milczeniu. Mijał pacierz za pacierzem, godzina za godziną, a nic się nie działo. Golski na nowo począł nabierać wątpliwości. Nie dość, że zelanci Bachusa, jakoby na złość, nie przybywali, to jeszcze brzuch wojskiego domagał się jadła, a oczy morzył sen. Już z wolna skłaniał głowę ku piersi, gdy wtem trącił go łokciem kompanion.

– Słyszysz, waść? – zapytał szeptem Młodziejewski.

Golski ocknął się i nastawił uszu. Po chwili dobiegły go odgłosy licznych kroków. Oczy szlachcica uderzył blask, przebijający przez szczeliny drewnianych ścian komory. Nie minęła zdrowaśka, a już do budynku wkroczyła niosąca nieliczne lampy gromada. Szlachcice skulili się w kryjówce. Siedząc cicho jak trusie, obserwowali uważnie przybyszy. Mimo słabego światła dostrzegli, że nie mieli przed sobą pospolitych postaci. Ludzie ci miast obcisłych strojów, właściwych ich narodowi, nosili długie szaty, podobne tym, jakie w dni procesów wdziewali członkowie palestry. Tajemna grupa nie przepędziła wiele czasu w komorze. Wraz dało się słyszeć skrzypienie, pośród gromady nastąpiło krótkie zamieszanie, a wnet wszystko ustąpiło. Głosy ucichły, poznikały światła.

Szlachcice odczekali chwilę, po czym wyszli zza osłony.

– Te ich stroje… – szepnął Młodziejewski. – Takowe właśnie nosili starożytni.

Towarzysz Golskiego schylił się i, nie czekając odpowiedzi, począł szukać czegoś po omacku na podłodze. Po chwili wojski usłyszał znajome już skrzypienie.

– Proszę waszmości za mną, jeno uważnie. – Głos Młodziejewskiego dobiegł jakoby spod ziemi.

Golski zbliżywszy się, ujrzał w ciemności zarys otworu w podłodze, wewnątrz niego zaś niknącą głowę kompaniona. Odczekał chwilę, po czym schylił się i zmacał gładkie drążki drabiny. Jął powoli schodzić, dziękując w myśli Bogu, że szyb dość miał szerokości, by nie czynić przeszkody dla jego tuszy. Nie minęło wiele czasu, a już stał na twardej posadzce u boku Młodziejewskiego.

Nie trawiąc ani chwili na zbędne gawędy, obaj podążyli tunelem w ślad za dziwaczną gromadą. Znalazłszy się tak blisko celu, mimo woli przyśpieszali kroku, nie zważając na groźbę potknięcia w panujących ciemnościach. Skutkiem tego niknące zrazu w dali światła lamp jęły się coraz bardziej zbliżać. Już doścignęli je na strzał z samopału, gdy zniknęły nagle, niby zwodzące nocnych wędrowców ogniki bagienne. Szlachcice stanęli jak wryci.

– Cóż sądzisz, waszmość? Bo mi zdradą parszywą to pachnie – wyszeptał Młodziejewski.

Golski milczał przez chwilę.

– Postępujmy naprzód – rzekł wreszcie. – Nic nam lepszego nie zostaje.

Ruszyli znowu, aleć tym razem ostrożnie, jak żołnierze nachodzący o pierwszym brzasku obozowisko wroga. Nie uszli wszakże nawet czterdziestu łokci, gdy znaleźli się w miejscu odmiennym od tunelu, tak jakby przeszli przez taflę czarodziejskiego zwierciadła.

Nowe otoczenie przywodziło na myśl izbę zamożnej karczmy. Zarówno podłogę, jak i ściany wzniesiono z czerwonej cegły, jakże różnej od pospolitego drewna i klepiska. We wnętrzu zdobionego ornamentami kominka igrały raźno płomienie. Zwróciwszy się ku środkowi izby, wojski ujrzał dwa podłużne stoły, zastawione suto najwybrańszym jadłem. Powierzchnię ciemnych mebli zalegały przeróżne mięsiwa, jako to dziki, jelenie, sarny, kuropatwy, kiełbasy, słoniny. Jedne spoczywały upieczone w całości, inne pokrajano, mieszając z kapustą i grzybami. Biło od nich nęcące ciepło i zapach nozdrza nieznośnie drażniący. Oczy wabił błysk tłuszczu, ściekającego na srebrne wazy i półmiski. Wokół stołów gromadzili się tłumnie ludzie, tak kobiety, jak i mężczyźni. Wszyscy olbrzymiej tuszy, pożerali łapczywie kolejne kęsy, co i rusz oblizując własne palce. Kto już jeść nie był mocen, odchodził na stronę, by wypróżnić się i powrócić do uczty. Całą izbę wypełniały odgłosy przeżuwania oraz mlaskania.

Wojski jakby zapomniał o Bożym świecie. Począł zbliżać się do biesiadujących, chłonąc wciąż nowe obrazy i zapachy. Nie dbał już o towarzysza, nie dbał o Krew Bachusa nawet, chciał jeno włączyć się w ciżbę, by wraz z nią korzystać z uciech stołów, póki sił mu starczy. Ochota jego wzrosła jeszcze, gdy za szeregiem mięs dojrzał słodkie wety i misternie zdobione baszty oraz zamki z cukru. 

Już miał Golski zasiąść do stołu, gdy uczuł żelazny uścisk na ramieniu. Młodziejewski obrócił go przemocą i wskazał ciemny kąt, do którego wbrew zwykłemu porządkowi świata nie docierało światło kominka. Ciałem wojskiego wstrząsnęły dreszcze, jakoby zobaczył upiora, bo też nie mniej straszny widok przedstawił się jego oczom. W rogu izby zalegał stos brzuchatych ciał, sztywno powykręcanych w pozy naturze urągające, niczym okazy z pracowni szalonego medyka. Monstrualny kopiec oblepiały zaschnięte owoce womitacji. Obraz ten ocucił Golskiego w jednej chwili. Wojski nie miał wątpliwości, że widzi przed sobą górę nieboszczyków. Łatwo też odgadł, cóż tych nieszczęśników o śmierć przyprawiło.

Szlachcic zapragnął czym prędzej opuścić gospodę. Na lewo od trupiego stosu dojrzał przejście, wyglądające jak dalsza część korytarza, który przed momentem wraz z Młodziejewskim opuścił. Nie wahając się ani chwili, Golski ruszył w tę stronę. Towarzysz pośpieszył za nim. Gdy tylko przekroczyli próg, poczuli pod sobą znów twarde kamienie. Mimo woli obrócili się. Za nimi widniała jeno ciemność podziemnego tunelu, po karczmie nie ostał się żaden ślad. Obaj odetchnęli z ulgą.

– No, mości sąsiedzie, szczęście, żem cię wyciągnął. Ani chybi skończyłbyś, jako tamci – ozwał się Młodziejewski.

Golski przez nadmiar konfuzji nie odparł nic, miast tego ruszył naprzód.

Szli uważniej jeszcze niźli uprzednio, wypatrując blasku latarni. W mroku zatracali z wolna miarę odległości i czasu. Gdy poczynał ich już sen morzyć, niespodziewanie znowuż przeszli granicę, jakoby między światami dwoma.

Tym razem wkroczyli do przestronnej komnaty, wyglądającej jak część pałacu osmańskiego baszy. Nozdrza Golskiego uderzyła słodka woń kadzideł. Stopy zanurzyły się w pokrywającym posadzkę dywanie perskiej roboty. Uszy pieściła delikatna muzyka cytr i fletu, nie wiadomo skąd dochodząca. Ściany izby ozdabiały misterne mozaiki, pełne różnych barw, pod którymi, na aksamitnych poduszkach wylegiwała się czereda młodych kobiet. Na widok przybyszów wszystkie podniosły się i jęły do nich zbliżać. Odziane w najdroższe jedwabie oraz muśliny, które więcej odsłaniały, niźli kryły ich wdzięki, a nadto bransolety ze złota i kości słoniowej, wyglądały jakoby hurysy z mahometańskiego raju. Znajdowały się w tym wdzięcznym zastępie córy wszystkich chyba krain świata: blade niewiasty Skandynawii, czarnobrewe mołodycie ze stepów Ukrainy i białogłowy z dalekiego południa, o skórze barwy hebanu.

Golski oderwał od nich wzrok i począł szukać dalszego przejścia. Czuł nadal w trzewiach strach, jakim napełnił go widok w poprzedniej sali, doprawdy nie chciał więc wiedzieć, cóż za pułapkę kryją za sobą rozkosze tej komnaty. Dostrzegł jednak, że Młodziejewski nie podziela tych obaw. Szlachcic przyglądał się kobietom z zawadiackim uśmiechem, jakoby myślał, że znów jest żakiem, szukającym łatwej rozrywki po krakowskich przybytkach. Wojski nie zważał wpierw na zachowanie kompana, poszukując dalej korytarza. Miast wyjścia ujrzał jednak to, czego pragnął uniknąć. W zacienionym kącie komnaty spoczywał pokotem rząd nagich mężczyzn bez tchu i życia. Raz jeszcze po skórze Golskiego przemknęły dreszcze.

Okruch nadziei przyniósł mu za to widok przejścia, położonego tuż przy nieboszczykach. Zwrócił się ku towarzyszowi. Ujrzał ze zgrozą, że Młodziejewski osaczon został przez trzy ponętne zmory, które myszkowały smukłymi dłońmi pod połami jego żupana i odpinały kolejne srebrne guzy. Ferezja szlachcica leżała już porzucona na posadzce. Golski podskoczył do nich jak rozjuszony odyniec i odepchnął niewiasty od kompaniona. Dziewczęta z piskiem upadły na podłogę. Wojski uchwycił towarzysza za ramiona i wrzasnął mu prosto w twarz:

– Chodźże, do kroćset!

Młodziejewski zamrugał oczyma, jak człek ze snu przebudzony, spojrzał na leżącą ferezję i podniósł ją. Bojąc się, by piękne hurysy nie przypadły do nich znowu, Golski pociągnął kompana siłą ku wyjściu.

Gdy tylko dotarli do korytarza, biegiem puścili się w objęcia mroku. Po niejakim czasie zwolnili, idąc dalej zwykłym krokiem. Nie zamienili ni jednego słowa, przeżuwając milcząco własne słabości.

Wszakże zwodząca ich tajemna siła nie chciała dać im spokoju. Po raz trzeci przeszli jakby na drugą stronę lustrzanej tafli, by wkroczyć wprost w środek zielonego ogrodu. Obaj zrazu ruszyli naprzód, wypatrując jeno wyjścia, a nie zważając na złudne uroki tego miejsca. Po chwili przystanęli jednak niezdecydowani. Oto ujrzeli bowiem, że otaczają ich rzędy winnych krzewów, uginające się od obfitości owoców. Pod nimi stały drewniane balie, w których pląsali półnadzy ludzie obojej płci, wyciskając drogocenny sok. Pośrodku ogrodu wznosił się kamienny, opleciony bluszczem stół. Dokoła niego hasał krąg taneczników, dzierżących w dłoniach kielichy pełne trunku i śpiewających wesoło.

Duszę Golskiego rozdzierało wahanie. Widział wokół siebie tłum upajających się winem biesiadników. Zali nie to właśnie stanowiło jego cel?

Jakoby na potwierdzenie owych myśli do szlachciców podbiegł chyżo podrostek z pucharem, w którym wręcz przelewał się napitek.

– Pijcie wino, wielmożni panowie! – zawołał radośnie, podsuwając naczynie. – Pijcie wino, idźcie spać! – dodał, wolną dłonią wskazując gdzieś za plecy rozmówców.

Drugie wezwanie gołowąsa zdumiało Golskiego i napełniło niepokojem. Nie powiódł wzrokiem za gestem młodzieńca, przeczuł bowiem, co się tam znajduje. Podejrzenie potwierdził wyraz twarzy Młodziejewskiego, któren obróciwszy głowę, pobladł, jakoby śmierć ujrzał. Wnet wszakże zreflektował się i pociągnął Golskiego w bok, z dala zarówno od taneczników, jak i wyrostka. Wojski prędko ujrzał, ku czemu wiódł go przyjaciel. Pośród krzewów, wewnątrz zbocza pokrytego kwieciem pagórka, czekało wejście do tunelu, przypominającego znany już dobrze szlachcicom korytarz. Z ulgą dopadli doń, zostawując za sobą dziwny ogród.

Podążyli dalej naprzód, nie zwlekając. Dyszeli ciężko, zdrożeni niezwyczajnymi przygodami. Golski pogrążył się w rozstrząsaniach nad świeżymi przeżyciami. Dziwiło go, że tak łacno przeszli przez zastawione na nich sidła. Wszak tylu ujrzeli innych, którzy dawali się zamknąć jak ryby w saku, nie widząc, jaki koniec czekał uległych pokusom. Łamał sobie głowę wojski, dlaczegóż oni dwaj jeno widzieli owe ponure frukta oddania się nęcącym zabawom, a takoż i drogę ucieczki od nich. Nie umiał sobie tego inaczej wytłumaczyć, jak tylko działaniem siły jakowejś, złu się przeciwstawiającej, a nad szlachcicami sprawującej opiekę.

Ocknęła Golskiego nowa, choć tym razem mniej już cudowna zmiana. Przywykłymi do ciemności oczyma dostrzegł, że znikła dokoła cegła, a miast niej wkroczyli w korytarz skalny. Ów jął się zwężać i ciągnąć w dół, tak iż szlachcice musieli się skulić, zstępując powoli, jakoby ku trzewiom piekieł. Niczym na potwierdzenie tej myśli, w głębi tunelu dojrzał wojski blask ognia. Zrazu raził oczy Golskiego, upewniając go, iże nie ma tym razem do czynienia ze złudną marą.

Wreszcie dotarli do wylotu korytarza, za którym ukazała się przepastna pieczara. Na środku płonęło czerwienią wielkich rozmiarów ognisko. Wkoło niego w szalonej ekstazie tańczyły postacie, wśród których wojski poznał widzianych wcześniej mieszczan Grünbergu. Dostojni gospodarze, ich stateczne żony i pobożne córki – wszyscy wili się, jakoby opici szalejem.

Nie tylko jednak ludzie brali udział w owym szaleńczym korowodzie. Pośród nich kręciły się stworzenia, których widok zmroził krew w żyłach Golskiego. Lubo posiadały kształt człowieczy, to ich porośnięte szczeciną ciała, zwieńczone rogami głowy i stukające po kamiennym podłożu kopyta, przywodziły na myśl zgoła insze istoty.

– Szatani – szepnął wojski.

– Nie, to satyrowie – odparł spokojnie Młodziejewski. – A tam ich pan.

Golski powiódł wzrokiem wedle wskazania towarzysza. Za ogniskiem powierzchnia pieczary wznosiła się, wiodąc do tronu ze złota, oplecionego gałązkami winorośli. Siedział nań mąż o posturze olbrzyma i wspaniałej brodzie. Okrywała go powłóczysta szata, a skronie ozdabiał bluszczowy wieniec. W prawej dłoni dzierżył długą, dębową laskę, takoż oplecioną bluszczem, a nadto zwieńczoną u szczytu sosnową szyszką. W lewej ręce trzymał niepospolicie piękny roztruchan, rzezanymi klejnotami zdobiony. U stóp nieznajomego spoczywały po dwa tygrysy i smukłe pantery, takie, jakich skór używali towarzysze husarscy.

Oględziny przerwało Golskiemu uczucie niepokoju. Podniósł oczy, by napotkać spojrzenie niezwykłej postaci. Mimo woli wojski cofnął się o krok.

– Ejże, chodźcie tu panowie Sarmaci, ileż czekać na was mamy – zagrzmiał siedzący na tronie mąż.

Wnet tanecznicy, niby kompania niemieckiej piechoty na rozkaz przez obersztera wydany, zbili się w jedną grupę i jęli zbliżać ku szlachcicom. Chcąc nie chcąc, Golski wraz z Młodziejewskim ruszyli ku nim, kładąc dłonie na głowicach szabel. Gromada przed nimi rozstąpiła się na dwa szpalery, czyniąc im prosty gościniec ku tronowi.

Dało to wojskiemu okazję, by przyjrzeć się tanecznikom dokładniej. Jako człek ze sztuką nieobeznany, nie widział nigdy malarskich przedstawień bachantów i bachantek, czczących przed wiekami boga upojenia. Nie wątpił jednak, że mogliby oni wyglądać tak, jako postacie przed nim się prezentujące. Okrywały ich długie szaty, a także skóry wilków, niedźwiedzi, jaźwców i inszych dzikich zwierząt, wszystkie wszakże poszarpane, jakby ktoś darł je porwany szałem. Spod nich dawało się widzieć nagie ciało, nieraz pokryte ranami, niby od ugryzień czy zadrapań. Wszyscy biesiadnicy dyszeli ciężko, jakoby świeżym znojem zdrożeni. Spoglądali dziwnie na szlachciców, mętnym, ale przy tym łakomym wzrokiem, co w duszy wojskiego nową zbudziło obawę.

Otoczeni tak niepospolitą kompanią, szlachcice dotarli do stóp skalnego wzniesienia. Tu stanęli, spoglądając na siedzącego ponad nimi mężczyznę.

– Czemuż milczycie? – przemówił znów nieznajomy. – Witajże, mości Golski! Czy mnie nie poznajesz? Przeć to mnie szukałeś. Jam jest Bachus! Jam cię tu sprowadził, bom wiedział, że wiernie mi służysz, choć nieświadomie. Widzę, żeś skosztował już mej krwi, skoroś przeszedł przez wszystkie próby i dotarł aż tutaj nienaruszony. Spełnię więc twe pragnienie. Wypij więcej tego najznamienitszego z napojów, a wyniosę cię ponad wszystkie me sługi.

To powiedziawszy, przywołał gestem dwóch satyrów. Ci wraz doskoczyli, odbierając z rąk bóstwa laskę i kielich. Następnie podszedł trzeci, niosąc na wyciągniętych dłoniach nóż w kształcie półksiężyca. Bachus ujął go prawicą, lewą rękę podniósł zaś wyprostowaną przed sobą. Dzierżący puchar satyr podsunął pod nią naczynie. Bożek przyłożył ostrze do skóry lewego przedramienia.

– Pijcie! – zawołał gromko Bachus, po czym szybkim ruchem ciął się nożem.

Trysnęła krew, spływając do przysposobionego roztruchana.

Golski z przerażeniem patrzał na rozgrywającą się przed nim scenę. Dotąd ani przez myśl nie przeszło mu, by nazwa upragnionego przezeń trunku miała znaczenie dosłowne. Poczuł chęć, by uciec z tej straszliwej pieczary, lecz nogi jego jakby wrosły w skałę. Stał więc, aż kielich dopełnił się krwią.

Bachus opuścił lewicę, a uczyniona weń rana wnet się zasklepiła. Powstał z tronu, odbierając z rąk satyrów z powrotem laskę oraz puchar.

– Oto krew, którą przed wiekami rozlali tytani – zagrzmiał bożek. – Oto krew, która zrosiła tę ziemię, dając jej żyzność i bogactwo. Pijcie ją dziś, śmiertelnicy! Skosztujcie jej wy, którzy pragniecie dostąpić pełni życia! Skosztujcie ci, którzy chcecie żyć jeno uczuciem, którzy łakniecie niebiańskich uciech! Skosztujcie wy, zdrożeni znojem i grozą rozszalałej dokoła was wojny!

Na trzykrotne wezwanie odpowiedział za plecami Golskiego dziki wrzask radości bachantów.

– Pijcie wino – ciągnął Bachus, zwracając się wprost ku szlachcicom. – Wasz Bóg przemienił wino w swą krew. Ja dla was krew przemieniam w wino!

To mówiąc, schylił się, przysuwając powoli roztruchan ku Golskiemu.

Duszą szlachcica wstrząsnęła burza sprzecznych emocji. Oto na wyciągnięcie ręki, nie, bliżej jeszcze, czekał skarb, który stanowił obiekt jego pragnień przez ostatnie tygodnie. A przecież ów specyfik wzrósł przez ten czas w cenie! Z trunku nad trunkami stał się cudownym nektarem, dającym szczęście i rozkosz. Jakże mógł Golski nie sięgnąć po tak wspaniały dar?

Wszakże myśli te zepchnął afekt potężniejszy, który rozpalił krew wojskiego gniewem, jak tchnienie podsycające żar ogniska. Cóż czynisz szaleńcze, mówiło coś w sercu Golskiego. Przeć stoisz przed demonem pradawnym albo innym jakim lichem, które ze śmiechem na parszywej gębie bluźni przeciw świętościom. Zali naprawdę na służbę mu się oddasz?

Ten głos wykrzesał z wnętrza Golskiego siłę, która tliła się dotąd przytłumiona przez lata leniwego życia. Nie wahając się dłużej, wyciągnął rękę ku kielichowi. Miast jednak przyjąć naczynie, nagłym ruchem wytrącił je z dłoni Bachusa. Złoto brzęknęło o skałę, a rozlana krew poczęła syczeć i parować.

– Precz stąd, zła siło! – zawołał wojski, szabli dobywając.

Twarz Bachusa stężała.

– A więc tak – warknął. – Jednak niegodnyś jest, by spożywać napój herosów. Lecz może twój towarzysz więcej ma w głowie oleju.

Zwrócił się ku Młodziejewskiemu.

– Wiem, żeś nie mi, ale raczej Apollinowi w służbę się oddał. Wolałeś zawsze wawrzynowym wieńcem wiedzy, niźli winnym bluszczem afektu przyozdabiać czoło. Lecz i w tobie drzemie pragnienie uczucia. Porzuć ścieżki rozumu, a oddaj się moim darom!

Szlachcic uniósł wysoko czoło. Nie odparł nic, miast tego spojrzał zuchwale ku bożkowi, idąc przy tym w ślad przyjaciela i dobywając szabli.

– Dobrze – rzekł po chwili Bachus. – Na nic mi zatem jesteście. Kto boskiego napoju odmawia, sam stanie się pokarmem dla mych sług.

Uderzył spodem laski w skałę. Pieczara zadrżała, a zgromadzeni ludzie wraz z satyrami jęli zawodzić obłąkańczo. Spoczywające u stóp tronu zwierzęta obnażyły kły, wyszczerzając je na szlachciców.

Golski spojrzał ku kompanionowi. Obaj porozumieli się bez słów. Zbyt wielu nieprzyjaciół ich otaczało, by ważyć się na hazard stawienia im czoła. Pozostawało próbować ujść z życiem.

Obrócili się i ruszyli wprost na gromadę bachantów. Ci wpierw chcieli powstrzymać uciekających, lecz pod razami szabel musieli ustąpić im z drogi. Tym sposobem szlachcice dotarli do tunelu, którym przybyli.

– Nie ujdziecie! – Dobiegł ich głos Bachusa.

Pędzili tunelem, nie oglądając się, choć z tyłu dochodziły wrzaski, warczenie i śmiechy. Wszystko dokoła drżało jak podczas trzęsienia ziemi, na uchodzących sypały się kamienie, gdy pięli się ku górze. Mimo to zdołali dotrzeć do miejsca, w którym skałę zastępował ceglany korytarz. Przejście zagrodziła im jednak pajęczyna bluszczu. Nie myśląc wiele, jęli rąbać ją szablami. Niełacno to szło.

– A niech płomienie Febusa porwą owo zielsko! – zaklął Młodziejewski. – Toć jest ono twarde niczym drewno dębowe. Topora by na nie trzeba.

Coraz bliżej słyszeli odgłosy pogoni. Lubo bluszcz z wolna ustępował, to jednocześnie wypuszczał coraz to nowe pędy, które rosły w oczach i oplatały nogi szlachciców jak kajdany. Widząc to, Golski schował szablę, po czym jął szukać gorączkowo za pazuchą krzesiwa i krzemienia. Znalazłszy, począł ocierać je o siebie drżącymi rękoma.

– Na świętego Floriana, zapłońże wreszcie – warknął, niemocen wykrzesać iskier z zawilgotniałych podczas podziemnego marszu przedmiotów.

Czy święte imię oddziałało czy też miano bożka słońca wcześniej wezwanego, dość, że na winorośli zapełgał nikły płomyk. Ogień, lubo mizerny, jakoby wstrzymał działanie czaru. Bluszcz jął słabnąć i snadniej dał się rozrąbać szabli Młodziejewskiego.

– Jesteście! – zawołał za plecami Golskiego Bachus.

– Bodajbyś zdechł! – odkrzyknął wojski, puszczając się biegiem za towarzyszem.

Tym razem nie natrafili na ogród ani cudowne komnaty. Korytarz wiódł prosto i okazał się krótszy, niźli poprzednio. Zdyszani dopadli drabiny. Młodziejewski skoczył na nią zwinnie niczym wiewiórka. Większe brzemię własnego ciała niosący Golski przystanął z tchu braku. Gdy jednak dojrzał bieżące ku niemu rozwarte paszcze tygrysów, także i on wstąpił na drabinę.

– Ratujże, mości sąsiedzie! Sił mi nie staje! – zawołał żałosnym głosem.

Młodziejewski, wychyliwszy się, chwycił Golskiego za ręce, po czym, sapiąc i klnąc apetyt przyjaciela, wyciągnął go na powierzchnię. Wojski padł dysząc na podłogę, wnet jednak podniósł się, by wspomóc towarzysza. Razem zatrzasnęli wejście do podziemia i przywalili leżącymi w komorze workami. Nie dufając wszakże wiele w takową zaporę, bez odpocznienia wypadli z budynku.

Świtało już i miasto, lubo świeżo zniszczone, budziło się leniwie do życia. Na ulice wylegli pojedynczy czeladnicy, czyniący sprawunki dla mistrzów, a także nieliczni przekupnie. Nie zważając na nich, szlachcice pędzili, jakby ścigało ich stado biesów. Zwolnili dopiero minąwszy rogatki. Okrutnie zdrożeni dotarli do obozowiska. Golski wykrzesał ostatnie siły, by zaordynować hajdukom siodłanie koni, po czym padł bez przytomności.

 

*

 

Wojski ocknął się obolały, lecz żywy. Leżał na własnym sienniku, okryty kocem. Dokoła dostrzegł krzątających się lub drzemiących hajduków. Nigdzie nie widział ani śladu napaści sług Bachusa. Przez myśl przeszło mu, że cała wyprawa odbyła się jeno w złym śnie. Jął przetrząsać pazuchę żupana.

– Nie mam krzesiwa – mruknął.

– Postradałeś je waść w tunelu – powiedział Młodziejewski, po czym, kucnąwszy, wręczył Golskiemu bukłak.

– A więc to wszystko stało się naprawdę? – Wojski odkorkował bukłak i powąchał jego zawartość. – Precz mi z tym! – zawołał, ciskając naczyniem.

– Cóż waść czynisz? Napijże się!

– Przysięgam panie bracie, Bóg mi świadkiem, że nigdy już wina, ni żadnej małmazji do gęby nie wezmę. Piwsko będę odtąd jeno i kwas pijał, bo, doprawdy, insze trunki po owej imprezie do cna mi obrzydły.

– Winszuję waszmości – odparł nie do rzeczy zamyślony Młodziejewski.

– Widziałem bachanalia, prawdziwe bachanalia – mruczał do siebie ledwie słyszalnym szeptem. – Ej, miałbym o czym powiadać na Akademii. Żebyż nie owa invidia ludzka…

Koniec

Komentarze

Hej 

Ale mi narobiłeś :) Na początek gratulacje za styl, napisać opowiadanie posługując się takim językiem to już zasługuje na pochwały. Jednak przemyślałem całą historię i ta nie zwaliła mnie z nóg. I powiedziałbym, że opowiadanie jest ok gdyby nie coś jeszcze :) Świetny klimat opowiadania, od początku wciąga i trzyma przy lekturze, więc tym oto sposobem usatysfakcjonowany, że odtąd wiem czemu Niemcy żłopią piwo mogę z czystym sumieniem postawić szóstkę :) 

Pozdrawiam

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Witaj.

Jak zawsze u Ciebie – rewelacyjny klimat, doskonały język epoki, dbałość o każdy szczegół, charakterystyczne sylwetki bohaterów, rubaszny humor oraz niezwykły pomysł na oryginalną opowieść. 

Teraz widzę, jak najłatwiej zaprzestać picia. :)

Mocno zastanawia mnie, kim był i jaką rolę tak naprawdę odegrał ormiański gość. :)

Wspomnieni lisowczycy pozwolili mi konkretniej umieścić akcję w czasie. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia, podwójny klik. :)

Pecunia non olet

Znakomity tekst!

Naprawdę solidna, konsekwentna stylizacja. Z początku może trochę przeszkadzała mi w lekturze, bo nie czytało mi się tego lekko, ale historia zassała i szybko się przyzwyczaiłem. Fabuła ciekawie się rozwija, zmierza do spodziewanego punktu kulminacji i potem i tak jest intrygująco.

Wielcem rad, żem mógł przeczytać to opowiadanie!

 

Pozdrawiam! 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Przeczytam, zwłaszcza że kiedyś na FZ wysłałam opko o winie w czasach Fryderyka Wielkiego, ale przepadło ;) A wykorzystuję tam legendę o krwi Bachusa i przysięgam, że żadnego tomu FZ nie miałam nigdy w ręce… Mówię to, bo może uda mi się ten tekst opublikować gdzie indziej. Ale na razie: super, że powróciłeś na portal!!!

http://altronapoleone.home.blog

Ojej, ile komentarzy! Dziękuję wszystkim za wizytę i dobre słowo :)

 

Bardjaskier, zgadzam się, że historia do najwybitniejszych nie należy, ale cieszę się, że lektura sprawiła Ci przyjemność, bo też po prawdzie do niczego więcej to opowiadanie nie pretenduje ;)

 

Bruce, no cóż, tajemniczy ormiański gość był zapewne po prostu tajemniczym ormiańskim gościem ;D

Czas akcji opowiadania można określić bardzo dokładnie, rozgrywa się ona tuż po spaleniu Zielonej Góry przez wojska szwedzkie w 1626 r. – Edit: przepraszam, chodziło o 1631 r. Co prawda w 1626 też doszło do pożaru, ale wtedy Szwedzi jeszcze nie weszli do wojny.

 

Nazgulu, bardzo dziękuję za pochwały. Cieszę się, że udało się przełamać opory wywołane przez stylizację. No i wielcem rad, żeś wielce rad ;)

 

Drakaino, w takim razie czekam z niecierpliwością na Twój komentarz. Co do powrotu na portal, może to być radość przedwczesna, bo wypadałoby teraz jeszcze napisać coś nowego, a nie tylko odgrzewać stare kotlety, ech…

Miło Cię znów widzieć, Światowidrze, a lektura sprawiła przyjemność! Potoczysta, nie czuje się wcale tych trzydziestu kilku tysięcy znaków, sarmatyzm aż bucha, inkaust z krwi i okowity. Stylizacja raczej przyjemna, bez większych potknięć, może jako zamiast jak przynajmniej w niektórych miejscach wydało mi się niezręczne. Trójscena z kuszeniem bardzo smakowicie podana. Opowieść raczej przygodowa, nie udało mi się w niej dostrzec istotnego głębszego zamysłu, chociaż w końcu zmusza do zastanowienia, czy bohaterowie uciekli przed rzeczywistym niebezpieczeństwem, czy tylko niepotrzebnie pozbawili się możliwych doznań i rozgniewali Bachusa.

Dwa miał w życiu afekta pan Jan Golski, wojski trembolewski

Nie miał aby być trembowelski?

– Taka tam wojna. Weźmiem garść mych hajduków, to choćby sam Torstensson na nas nastąpił, juści mu się nie damy.

Czyli Golski raczej z tych, co to Przed jednym tysiąc zbrojnych uciekało razem / Ni się w dziesięć tysięcy obejrzeć nie śmieli?

lecz to jeno dla nadziei, iż skłonni są oni srogo zapłacić.

Nie jestem pewien srogo w tym znaczeniu, ale nie wykluczam.

które więcej odsłaniały, niźli kryły ich wdzięki

Może raczej zamiast więcej? Względnie które więcej ich wdzięków odsłaniały, niźli kryły?

– Pijcie wino, wielmożni panowie! – zawołał radośnie, podsuwając naczynie. – Pijcie wino, idźcie spać! – dodał, wolną dłonią wskazując gdzieś za plecy rozmówców.

Czy słusznie tutaj wyczuwam nawiązanie? Pij, drużyno, pij, drużyno! Chrystus wodę mienił w wino, gdy weselny słyszał śpiew, gdy wesele było w Kanie – a gdy przyszło zmartwychwstanie, Chrystus wino mienił; w krew

Chcąc nie chcąc, Golski wraz z Młodziejewskim ruszyli ku nim, kładąc dłonie na głowniach szabel.

Prawie bym to przeoczył, ale chyba jednak powinni kłaść na głowicach, jeżeli szabel chcieliby dobyć i nie pokaleczyć się przy tym?

– Precz stąd zła siło! – zawołał wojski, szabli dobywając.

Przecinek przed “zła”, bo tu zaczyna się grupa wołacza.

 

Podsumowując – pełen fantazji sarmacki klik dla tego tekstu!

Witaj, Ślimaku!

Opowieść raczej przygodowa, nie udało mi się w niej dostrzec istotnego głębszego zamysłu, chociaż w końcu zmusza do zastanowienia, czy bohaterowie uciekli przed rzeczywistym niebezpieczeństwem, czy tylko niepotrzebnie pozbawili się możliwych doznań i rozgniewali Bachusa.

Myślę, że z perspektywy zachowania czystości ich dusz, to właśnie te doznania stanowiły same w sobie niebezpieczeństwo ;)

Nie miał aby być trembowelski?

Aj waj, taki błąd w pierwszym zdaniu… Aż sprawdzę, czy korekta w wersji papierowej to wyłapała xD

Czyli Golski raczej z tych, co to Przed jednym tysiąc zbrojnych uciekało razem / Ni się w dziesięć tysięcy obejrzeć nie śmieli?

Na początku wojny o ujście Wisły szlachta wielkopolska mówiła o Gustawie Adolfie, że “pogoni tego śledzia z powrotem do Szwecji”, więc pan wojski prezentuje podobne podejście ;D

Co prawda historyczny pan Golski żył raczej w cieniu swojej żony*, która była archetypicznym wręcz przykładem tzw. wilczycy kresowej, ale postanowiłem ukazać jego drugą, nieznaną historykom twarz :D

*choć akurat fragment z napastowaniem handlarzy winem jest autentyczny i wyjąłem go właściwie żywcem z Łozińskiego.

Czy słusznie tutaj wyczuwam nawiązanie?

Jak najbardziej.

Prawie bym to przeoczył, ale chyba jednak powinni kłaść na głowicach, jeżeli szabel chcieliby dobyć i nie pokaleczyć się przy tym?

Ech, no i ujawniła się moja ignorancja, co do anatomii broni białej. Dziękuję za wytknięcie tego.

Dzięki za lekturę i klika!

Przyznam, że nie przyszło mi do głowy sprawdzić, czy może pan Golski był historyczny, natomiast z pewnością szanuję takie solidne podejście źródłowe do tworzenia opowieści! A z tą wilczycą kresową ciekawy zbieg okoliczności, bo przymierzam się pomału i nieśmiało do takiej postaci historycznej: epoka tylko odrobinę późniejsza, walczył, zdaje się, nie dla prywatnych ambicyjek, tylko o wolność swojego ludu, dowodził powstaniem ze zmiennym powodzeniem, przeciwnicy przezwali go królem, jeżeli gdzie dotąd występował w polskich tekstach, to chyba raczej jako czarny charakter – i właśnie też miał żonę wojowniczkę z prawdziwego zdarzenia… Nie wiem, czy coś z tego będzie, ale para na pewno warta opracowania.

Dziękuję, pozdrawiam i powodzenia. :)

Pecunia non olet

A z tą wilczycą kresową ciekawy zbieg okoliczności, bo przymierzam się pomału i nieśmiało do takiej postaci historycznej: epoka tylko odrobinę późniejsza, walczył, zdaje się, nie dla prywatnych ambicyjek, tylko o wolność swojego ludu, dowodził powstaniem ze zmiennym powodzeniem, przeciwnicy przezwali go królem, jeżeli gdzie dotąd występował w polskich tekstach, to chyba raczej jako czarny charakter – i właśnie też miał żonę wojowniczkę z prawdziwego zdarzenia… Nie wiem, czy coś z tego będzie, ale para na pewno warta opracowania.

Hm, myślę, myślę, ale jakoś nie przychodzi mi do głowy, o kogo może chodzić. Tak czy inaczej, życzę żeby przymierzanie się pomału i nieśmiało nabrało prędkości i śmiałości ;D

No, niewielu mamy w Polsce autorów, potrafiących z taką swadą, wdziękiem i wiedzą (!) pisać w takiej stylizacji. Językowo czysta rozkosz, fabularnie i zabawnie, i w guście bardzo lubianych przeze mnie opowieści łotrzykowskich, a jako wielbicielce mitologii (i jej późniejszych dziwacznych wędrówek po świecie :)) oczy mi się do twoich pomysłów i tego, jak te post-mitologiczne lokalne legendy ogrywasz. Czysta przyjemność z lektury!

ninedin.home.blog

Ninedin, no nie wiem, czy pan Golski byłby zadowolony z zaliczenia go do kręgów łotrzykowskich, przecież nikogo nie rabował, tylko grzecznie zapraszał w gości! ;P

Bardzo dziękuję za lekturę, komentarz i klika!

Cześć,

 

powtórzę za przedpiścami, że językowo jest to prawdziwa perełka i naprawdę chylę czoła przed kunsztem, bo miejscami mam wrażenie, że zawstydziłbyś samego Sienkiewicza.

Konstrukcja świata, klimat, perypetie bohaterów to również chwalę, bo jest to historia energiczna, wesoła i świetnie skonstruowana.

To czego nieco mi osobiście zabrakło, to jakiegoś większego napięcie przy spotkaniu z Bachusem i rozwiązania konfliktu w bardziej misterny sposób niż prosta ucieczka.

 

Ostatni klik, jeżeli dobrze widzę.

Edit: a nie, jeszcze jednego brakuje.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Witaj, Piwniczny Kluczu!

bo miejscami mam wrażenie, że zawstydziłbyś samego Sienkiewicza.

Oj, bez przesady, jeszcze nie ta liga (z naciskiem na “jeszcze”;)).

To czego nieco mi osobiście zabrakło, to jakiegoś większego napięcie przy spotkaniu z Bachusem i rozwiązania konfliktu w bardziej misterny sposób niż prosta ucieczka.

Oczywiście rozumiem i przyjmuję zarzut, ale też czasem proste wyjścia są najlepsze ;P (choć rzeczywiście niekoniecznie w opowiadaniu).

Dziękuję i również pozdrawiam!

Bardzo udana stylizacja i przesympatyczna para bohaterów, którzy za niezwykłym trunkiem to hoho, wojaż uskutecznili nielichy. Wprawdzie temat bachanalii, tych mitologicznych, w FZ nienowy, ale udało Ci się napisać bardzo przyjemną, przygodową w charakterze odsłonę tego zjawiska, osadzając ją w konwencji sarmackiej. 

I uśmiecha i przyjemną lektura, dziękuję. Poziom wykonania – bardzo dobry, stylizacja konsekwentna, a jednocześnie nie utrudniająca lektury to jest, mimo wszystko, oznaką pewnej umiejętności. Przyjemnie spędziłem czas.

 

Do biblioteki, hop!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFishu, bardzo się cieszę, że moje wypociny umiliły Ci czas. No i dziękuję pięknie za klika!

Jeszcze dodam, że mieliśmy okazję ze Świrybem rozmawiać w Sobótce o zielonogórskich winach i tenże tekst przypomniał mi o tych okolicznościach. Nie miałem okazji jeszcze pokosztować tych małmazji, ale trzeba będzie na pewno.

Che mi sento di morir

To na wrzesień najlepiej, na Winobranie pojechać, wycieczka będzie, wino drogie jakby sam szatan marże ustalał, ale wtedy wszyscy daja najlepsze w pierwsze dni i to już naprawde smakuje porządnie ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cześć!

Największym plusem tego opowiadania jest oczywiście stylizacja, bardzo konsekwentna i, co tu dużo mówić, robiąca wrażenie. Zgrzytnęła mi w trzech tylko miejscach, ale możliwe, że wychodzi tu na jaw moja skryta ignorancja w zakresie starodawnej polszczyzny, więc potraktuj to, proszę, nie jako uwagi, lecz jak pytania głupca poszukującego odpowiedzi:

Ludzie ci miast obcisłych strojów, właściwych ich narodowi, nosili podłużne szaty, podobne tym, jakie w dni procesów wdziewali członkowie palestry.

No nijak nie mogę znaleźć uzasadnienia dla użycia tego akurat słowa w tym kontekście. To nie błąd, jak przypuszczam, po prostu dziwi, ponieważ nie jest to słowo, które przychodzi na myśl jako pierwsze, kiedy szukamy sposobu na określenie długich szat.

 

Znajdowały się w tym wdzięcznym zastępie córy wszystkich chyba krain świata: blade niewiasty Skandynawii, czarnobrewe mołodycie ze stepów Ukrainy i białogłowy z dalekiego południa, o skórze barwy hebanu.

A tutaj zestawienie białogłowy ze skórą barwy hebanu dało nieco komiczny rezultat ;) Ponadto: czy białogłową nie była kobieta zamężna?

 

Widząc to, Golski schował szablę, po czym jął szukać gorączkowo za pazuchą hubki i krzesiwa. Znalazłszy, począł ocierać je o siebie drżącymi rękoma.

Powodzenia, panie Golski, w ten sposób ognia pan nie rozpali xD

Hubka to przecież materiał łatwopalny, na który mają paść iskry. A żeby iskry skrzesać, trzeba o krzesiwo czymś twardym, najlepiej nożem, energicznie uderzyć, hubkę jednocześnie mając podstawioną, ażeby zapłonęła.

Po tym, jak to napisałam, oczywiście opadły mnie wątpliwości – bo w sumie nie mam pewności, że dawniej hubka nie znaczyła czegoś innego – ale po kilkunastu minutach przetrząsania internetów nie znalazłam informacji, które mogłyby sugerować, że w definicji dokonał się na przestrzeni wieków jakiś fikołek.

 

I jeszcze Ci dorzucę kapkę wytężonego czepiactwa:

Obaj zrazu ruszyli naprzód, wypatrując jeno wyjścia, a nie zważając na ułudne uroki tego miejsca.

Aliteracja.

 

– Łgał ów łyk.

Mocarne <3 Podobnie jak owoce womitacji oraz ponure frukta oddania się nęcącym zabawom. Coś czuję, że te zdania wejdą do mojego codziennego słowniczka.

 

Poza tymi drobnostkami czytało się bardzo dobrze, z przyjemnością chłonęłam plastyczne, działające na wyobraźnię opisy. Poznałam też parę nowych słówek, można więc rzec, że opowiadanie ma także walor edukacyjny :D

Szkoda, że pod innymi względami nie jest aż tak dobrze.

Historia sympatyczna i lekka; może wręcz nazbyt lekka. Po nieco przydługim wstępie prowadzisz bohaterów do celu jak po sznurku, nie stawiając przed nimi żadnych istotnych wyzwań. Tam, gdzie aż się prosi o podkręcenie napięcia – próby Bachusa – wyprawa w poszukiwaniu trunku wypada płasko, jak spacerek po ogrodzie osobliwości, chociaż późniejsza przemowa bożka zdaje się sugerować, że były to próby trudne i wymagające: Widzę, żeś skosztował już mej krwi, skoroś przeszedł przez wszystkie próby i dotarł aż tutaj nienaruszony.

Scena ucieczki jest nieco bardziej dramatyczna, pojawia się moment niepewności o losy bohaterów, jednak znowu wszystko prowadzi do zbyt łatwego happy endu. BasementKey dobrze to ujął, więc mu kradnę: To czego nieco mi osobiście zabrakło, to jakiegoś większego napięcie przy spotkaniu z Bachusem i rozwiązania konfliktu w bardziej misterny sposób niż prosta ucieczka.

I mnie zostawiłeś z niedosytem.

Niemniej, pomimo marudzenia, opowiadanie znajduję nadzwyczaj przyjemnym. Lubię opowieści poprowadzone z taką swadą, by nie rzec – przytupem. To jest jeden z tych tekstów, które mają własny charakter, jak rubaszny wujcio na rodzinnym zjeździe, raczący gości niestworzonymi historiami. Dlatego podwójna szkoda, że fabuła nie jest większą petardą.

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Witaj, Gravel!

A tutaj zestawienie białogłowy ze skórą barwy hebanu dało nieco komiczny rezultat ;)

Właściwie nie powinno, bo słowo “białogłowa” nie odnosi się do koloru skóry, natomiast rozumiem, że niezbyt fortunnie to razem wypadło.

Ponadto: czy białogłową nie była kobieta zamężna?

W zakresie etymologii tego słowa – tak, natomiast znaczenie oderwało się chyba od tak zawężającej interpretacji, bo słownik Doroszewskiego podaje: “białogłowa: kobieta, zwłaszcza zamężna” i dodaje do tego cytat z Prusa “Gdy mu białogłowa jaka w oko wpadnie, wówczas choćby była zamężna, gotów i oto nie dbać”. Podobnie, o ile pamiętam, stosuje to słowo Sienkiewicz. Tak więc przynajmniej w XIX w. określenie to nie implikowało od razu bycia w związku małżeńskim. Przyznaję natomiast, że nie wiem, jak sytuacja wyglądała w XVII w., bo ta literatura, z którą jak dotąd miałem do czynienia, raczej odnosi się do konkretnych kobiet (i wtedy je określa per panna, pani, łowczanka, starościanka, kasztelanowa etc.).

Powodzenia, panie Golski, w ten sposób ognia pan nie rozpali xD

Racja, ale wystarczy chyba podmienić hubkę na krzemień i będzie dobrze. Co prawda podpalenie winorośli iskrami jest pewnie równie mało prawdopodobne, no ale akurat pechowo nie mieli pod ręką zapalniczki ;)

Mocarne <3 Podobnie jak owoce womitacji oraz ponure frukta oddania się nęcącym zabawom. Coś czuję, że te zdania wejdą do mojego codziennego słowniczka.

Rozumiem, że jako fragment w dziale “wytężonego czepiactwa”, mam te słowa rozumieć ironicznie. Osobiście wydaje mi się, że te sformułowania pasują do konwencji, dlatego pozwolę sobie przy nich pozostać.

 

Zarzuty dotyczące fabuły w pełni przejmuję. Mogę się wytłumaczyć tylko o tyle, że będąc ograniczony limitem, musiałem wybierać między formą (tzn. np. skupieniem na opisach), a treścią/akcją, stąd jakieś nadmierne mieszanie na drodze bohaterów nie wchodziło za bardzo w grę. Ale to oczywiście w pełni mnie nie usprawiedliwia, bo nadal mogłem obmyślić jakieś bardziej satysfakcjonujące zakończenie. Spróbuję się na przyszłość poprawić ;)

…wyprawa w poszukiwaniu trunku wypada płasko, jak spacerek po ogrodzie osobliwości, chociaż późniejsza przemowa bożka zdaje się sugerować, że były to próby trudne i wymagające: Widzę, żeś skosztował już mej krwi, skoroś przeszedł przez wszystkie próby i dotarł aż tutaj nienaruszony.

Przemowa bożka w zamyśle miała być odpowiedzią na Twój zarzut, to znaczy poszło im tak łatwo, bo wcześniej się napili i to ich znieczuliło wystarczająco, by byli w stanie odeprzeć wszystkie czekające po drodze pokusy. Ale, ponownie, w pełni uznaję, że fabuła nie powala na kolana.

Niemniej, pomimo marudzenia, opowiadanie znajduję nadzwyczaj przyjemnym.

Niezwykle mnie to cieszy :)

 

Wielkie dzięki za lekturę i konstruktywną krytykę!

Dzięki za wyjaśnienie tych białogłowych!

 

Rozumiem, że jako fragment w dziale “wytężonego czepiactwa”, mam te słowa rozumieć ironicznie. Osobiście wydaje mi się, że te sformułowania pasują do konwencji, dlatego pozwolę sobie przy nich pozostać.

Nie, to nie było ironiczne i nie miało się znaleźć w dziale wytężonego czepiactwa; powinnam to była jakoś wyraźniej oddzielić. Sformułowania bardzo mi się spodobały :P

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Nie, to nie było ironiczne i nie miało się znaleźć w dziale wytężonego czepiactwa; powinnam to była jakoś wyraźniej oddzielić. Sformułowania bardzo mi się spodobały :P

Uff, czuję się uspokojony ;D

Rewelacyjny język. Świetna historia, nie pozwalająca się oderwać i zakończenie wieńczące całość. Nie rzuciły mi się w oczy uchybienia logice wydarzeń ani interpunkcji, Być może ich nie ma, Nie szukałem, zajęty fabułą. Nie waham się polecić do biblioteki, bo niewiele tam takich pozycyj.

 

Edit: Ujrzałem właśnie, że tekst już jest w bibliotece. Słusznie.

Dzięki, Koalo!

Komentarz nominacyjny.

 

Bardzo udane wykorzystanie legendy o krwi Bachusa (jeśli moje opko z podobnym motywem ukaże się tam, gdzie je posłałam, to od razu się zastrzegam, że napisałam je ze dwa lata temu, całkowicie niezależnie…), jak zwykle u Ciebie świetna znajomość realiów i dobra, nienachalna stylizacja. No i wreszcie opowiadanie z “Fantazji Zielonogórskich” (choć nie znam wszystkich, oczywiście), które Zielonej Góry nie traktuje pretekstowo.

Fabuły może dużo tu nie ma, ale jest nastrój, klimat epoki, dobrze skrojone postacie, ładnie wykorzystana “moda na antyk”.

Czytało mi się płynnie, gdzieś może jakiś drobiazg byłby do ewentualnej poprawy, ale nic nie zwróciło mojej uwagi tak, żebym zapamiętała, a czytałam z komórki.

Gratuluję!

http://altronapoleone.home.blog

Witaj Światowider!

 

Świetne opowiadanie, zarówno pod względem treści, jak i formy. Wciągnęła mnie fabuła, było napięcie i przeleciałem przez te ponad 30k znaków błyskawicznie.

 

Mała sugestia techniczna do rozważenia:

Odziane w najdroższe jedwabie oraz muśliny, które więcej odsłaniały, niźli kryły ich wdzięki, a nadto bransolety ze złota i kości słoniowej.

Jakoś to “ich wdzięki” mi zazgrzytało tu…

Drakaino, Kronosie,

Bardzo dziękuję za wizyty i komentarze! Miło zostać nominowanym zarówno drogą lożową, jak i przez głosy czytelników, dziękuję :)

Nie przepadam za opowiadaniami pisanymi na konkursy, których założeń nie znam, więc powiem tylko, że to zacne opowiadanie, zwłaszcza że zgrabnie włączyłeś do treści wątek mitologiczny, nie rezygnując przy tym z nad wyraz udanie stylizowanej staropolszczyzny. :)

 

orzekł Gol­ski, po­le­wa­jąc obu wina. → Raczej: …orzekł Gol­ski, na­le­wa­jąc obu wina.

Polewać to dość współczesny potocyzm.

Za SJP PWN: polaćpolewać  1. «lejąc jakiś płyn, zmoczyć coś» 2. pot. «nalać alkohol do kieliszków»

 

i zma­cał gład­kie drąż­ki drew­nia­nej dra­bi­ny. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy drabina mogła być inna, nie drewniana?

 

Woj­ski jakby za­po­mniał o Bożym świe­cie.Woj­ski jakby za­po­mniał o bożym świe­cie.

 

bia­ło­gło­wy z da­le­kie­go po­łu­dnia, o skó­rze barwy he­ba­nu. → Czy to na pewno były białogłowy? Dawniej nazywano tak kobiety zamężne.

 

Okry­wa­ły ich po­dłuż­ne szaty… → Co to znaczy, że szaty były podłużne?

A może miało być: Okrywały ich długie szaty

 

 – Wiem, żeś nie mi, ale ra­czej Ap­po­li­no­wi w służ­bę się oddał. → – Wiem, żeś nie mnie, ale ra­czej Ap­o­lli­no­wi/ Apollowi w służ­bę się oddał.

 

– Przy­się­gam panie bra­cie, Bóg mi świad­kiem, że nigdy już wina, ni żad­nej mał­ma­zji do gęby nie wezmę. → Małmazja to też wino.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, bardzo dziękuję za wizytę :)

Nie przepadam za opowiadaniami pisanymi na konkursy, których założeń nie znam

Zasady konkursu zakładały po prostu napisanie opowiadania fantastycznego związanego z Zieloną Górą, nie sądzę więc, by ich znajomość była szczególnie potrzebna do lektury czy oceny tekstu ;)

Czy dookreślenie jest konieczne? Czy drabina mogła być inna, nie drewniana?

To jest w sumie dobre pytanie, czy w Pierwszej Rzeczpospolitej można było natrafić na drabinę sznurową, ale chyba rzeczywiście drewnianość (drewnistość?) była domyślną cechą drabin.

Wojski jakby zapomniał o Bożym świecie. → Wojski jakby zapomniał o bożym świecie.

Obie formy zapisu są poprawne, więc pozwolę sobie pozostać przy swojej.

Czy to na pewno były białogłowy? Dawniej nazywano tak kobiety zamężne.

Cytując moją odpowiedź dla Gravel: W zakresie etymologii tego słowa – tak, natomiast znaczenie oderwało się chyba od tak zawężającej interpretacji, bo słownik Doroszewskiego podaje: “białogłowa: kobieta, zwłaszcza zamężna” i dodaje do tego cytat z Prusa “Gdy mu białogłowa jaka w oko wpadnie, wówczas choćby była zamężna, gotów i oto nie dbać”. Podobnie, o ile pamiętam, stosuje to słowo Sienkiewicz. Tak więc przynajmniej w XIX w. określenie to nie implikowało od razu bycia w związku małżeńskim. Przyznaję natomiast, że nie wiem, jak sytuacja wyglądała w XVII w., bo ta literatura, z którą jak dotąd miałem do czynienia, raczej odnosi się do konkretnych kobiet (i wtedy je określa per panna, pani, łowczanka, starościanka, kasztelanowa etc.).

Małmazja to też wino.

Tak, ale tutaj powtórzenie znaczeniowe jest celowe dla podkreślenia siły wyrzeczenia bohatera ;D

 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za lekturę i komentarz!

Bardzo proszę, Światowidrze, i dziękuję za wyjaśnienia.

Rozumiem też Twoje podejście do sprawy i chęć zachowania własnych określeń. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, ależ mi się to dobrze czytało :) Fajna przygodówka z ciekawie wplecionymi motywami mitologicznymi. Stylizacja językowa też udana, zupełnie nie przeszkadzała. Bohaterów nie da się nie polubić. Masz we mnie zadowolonego czytelnika :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć!

 

Świetna stylizacja, całkiem sporo fantastyki i Zielona Góra w tle. Banalny – z pozoru – motyw wyprawy do monopolowego po zbawienie dla ciała przedstawiłeś w piękny, niedzisiejszy i jakże plastyczny sposób (wkładając w to zapewne naprawdę wiele pracy). To zdecydowanie najmocnijszy – imho – aspekt całości. Coś mi mówi, że siedzi tu też sporo mitologii, ale to nie moja bajka, więc się nie wypowiem.

Humor pachnący nieco rubasznym czerepem (choć braku otwartości trudno bohaterom zarzucić) dominuje w pierwszej części, w drugiej (w tunelach) ustępuje miejsca powoli narastającemu patosowi, który dobrze wygląda z tej perspektywy: oto łotrzykowie opuszczają dobrze znaną dziedzinę i wstępują do królestwa Bachusa. Droga przez trzy komnaty nieco się dłuży, intrygując jednocześnie, by w końcu doprowadzić towarzyszy na prawdziwe bachanalia. Tutaj ogromny punkt za “opamiętanie” bohatera na słowa o przemianie krwi w wino, wyszło bardzo swojsko i przekonująco, takie instynktowne, zawadiackie nawrócenie ;-) Szabelka też robi robotę. Jak z bata strzelił akcja przyspieszasz, bohaterowie odmawiają i zaczynają uciekać… I uciekają, tak po prostu, pomimo – wydawałoby się – beznadziejnego położenia. Trochę szkoda, bo jak na tak długo budowane napięcie zbyt łatwo i szybko to poszło (a czerep rubaszny mógł jeszcze nawywijać…). W sumie to jak się zastanowić, to wszystko im jakoś tak łatwo idzie, a bohaterowie są jedynie jakby widzami. Czy to więc może również alegoria pijackiej wędrówki?

Końcówka nieco bajkowa, ale dobrze podsumowująca efekty spotkania z biesem. Teraz kupców piwnych będzie łupić, więc chyba i przeprowadzka ;-) Świetnie napisany tekst, bardzo ładna stylizacja i oczko w stronę przywar narodowych. Zastanawiam się natomiast o czym jest to opowiadanie (czego w nim szukać prócz lekkiej przygodówki)? Bo sama końcówka to trochę zbyt mało w kwestii przekazu imho.

Pokminię, poczytam komentarze, a póki co…

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć, Światowiderze!

Niestety, jestem na NIE.

Rozpisywałam się już o tym, co mi nie zagrało, więc w telegraficznym skrócie: bardzo dobra stylizacja i klimat, które zdominowały pozostałe aspekty tekstu, w tym fabułę. Bohaterom poszło zbyt prosto, zbyt szybko, a w opowieści przygodowej powinno być jednak jakieś napięcie. Dlatego, mimo że lektura była bardzo przyjemna, a język tekstu budzi podziw, to sama stylizacja, imho, nie wystarczy na piórko.

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Irko, bardzo dziękuję za miłe słowa :)

 

Krarze, wielkie dzięki za wnikliwy komentarz!

Tutaj ogromny punkt za “opamiętanie” bohatera na słowa o przemianie krwi w wino, wyszło bardzo swojsko i przekonująco, takie instynktowne, zawadiackie nawrócenie ;-)

To szczególnie ważna dla mnie pochwała, bo pisząc miałem silne obawy, czy uda mi się przekonująco “sprzedać” tę decyzję bohaterów jako uzasadnioną.

Kwestii przesłania pozwolę sobie na razie nie komentować, niech, przynajmniej do zakończenia głosowania piórkowego, tekst broni się sam ;)

 

Gravel, dziękuję za uzasadnienie decyzji. Przyznam, że takiego głosu się z Twojej strony spodziewałem i w pełni rozumiem przyczyny. Mam jednak nadzieję, że będę miał jeszcze kiedyś okazję zyskać Twoje “TAK” ;D

Hej, Światowiderze

Od razu uprzedzę, że nie lubię tekstów stylizowanych, więc tu już miałeś pod górkę. Natomiast Twój tekst “łyknąłem” dość gładko, ale czego to dokładnie zasługa – nie potrafię powiedzieć ;)

Za największą zaletę nie uznałbym jednak znakomitej stylizacji (choć ma ona w tym niemały udział), lecz klimat. To taka opowieść jak o Twardowskim, z nienachalnym humorem oraz lekką dozą absurdu, pełną sarmackości od początku do końca.

Towarzysze sympatyczni, jeden w stylu Zagłoby, drugi uczony, który chyba nie bardzo przykładał się do nauki ;) Zarówno zawiązanie akcji, jak i motywacja wpisują się w konwencję dziwnej przygody, a spotkanie Bachusa z polskimi szlachcicami jest tyle niepoważne, co po prostu fajne.

Owszem, nie ma tutaj napięcia i wiadomo, że wyprawa skończy się dla przyjaciół mniej lub bardziej szczęśliwie, ale nie raziło mnie to, bo od razu sugerujesz dość lekki żartobliwy charakter opowieści.

Podsumowując będę na TAK, za ciekawe połączenie dwóch różnych światów, stylizację, przy której nawet ja się nie męczyłem, humor oraz poczucie dobrej zabawy, która myślę, że ten tekst zapewnia.

Pozdrawiam

Piórkowo będę na TAK – do swoich uwag w poprzednim komentarzu dodam jeszcze warsztatową klasę. To jest pierwszorzędnie (jak chodzi o język, konstrukcję fabuły, pewną pastiszowość w stosunku do epoki, wpisanie w konwencję powiastki łotrzykowskiej, wreszcie styl) napisany tekst i IMHO zdecydowanie zasługuje na miejsce wśród najlepszych portalu :)

ninedin.home.blog

Zanaisie, dziękuję za wizytę!

Natomiast Twój tekst “łyknąłem” dość gładko, ale czego to dokładnie zasługa – nie potrafię powiedzieć ;)

Może jednak Twoja awersja nie odnosi się do stylizacji w ogóle, tylko do źle wykonanych stylizacji (że tak, niezwykle nieskromnie, pozwolę sobie zasugerować)?

Towarzysze sympatyczni, jeden w stylu Zagłoby, drugi uczony, który chyba nie bardzo przykładał się do nauki ;)

Wręcz przeciwnie, przecież jak sam powtarza, właśnie nazbyt się przykładał i wyłącznie przez wywołaną tym invidię innych jego kariera naukowa się zakończyła! ;P

Podsumowując będę na TAK, za ciekawe połączenie dwóch różnych światów, stylizację, przy której nawet ja się nie męczyłem, humor oraz poczucie dobrej zabawy, która myślę, że ten tekst zapewnia.

Bardzo mnie cieszy kolejny usatysfakcjonowany czytelnik, szczególnie jeśli jest członkiem Loży :D

Również pozdrawiam!

 

Ninedin, ponownie bardzo dziękuję za pochwały i przychylny werdykt :)

Cześć, Światowiderze!

 

Taką mi przydzielono rolę, że mam czytać określone teksty i marudzić. Lud domaga się Krwi, zatem przychodzę.

Ale marudzenia będzie niewiele, ledwie kapkę dla smaku.

Zdziwiło mnie, że Golski tak beztrosko przyjął wino od przybysza – nie bał się, że może być zatrute? Wszystkich ściągano z gościńca niemal siłą, a tu Manukian wchodzi sam z siebie i daje im swojego wina.

Zabrakło mi choćby próby opisu smaku Krwi Bachusa. Wszak owy smak napędza nam fabułę, a w tekście stoi tak:

To powiedziawszy, podał kielich Golskiemu. Ten, nie zwlekając, upił łyk, po czym zmrużył oczy.

– Zaiste, nigdym czego lepszego w życiu nie pił.

Przy tak kwiecistym języku wyszło bardzo sucho. A jeśli nie opis smaku, to chociaż reakcji Golskiego po upiciu powyższego łyka.

A teraz ta przyjemniejsza część – pochwały.

Język i stylizacja – jest ktoś kto za to nie chwalił? Lubię ładny język, a taka się wieść po portalu rozeszła, wzmocniona faktem, że z tego słyniesz, Światowiderze. Nie zawiodłem się, a nawet przyjemnie zaskoczyłem, bo można napisać tekst stylizowany, który będzie mocno niezrozumiały dla takich prostych czytelników jak ja, albo czytany zdanie po zdaniu z wysiłkiem, ale napisałeś tekst, przez który przepłynąłem z dużą przyjemnością. Ale dość już o formie.

Fabuła. Nie ma jej dużo, jest dość prosta, ale oddająca bardzo przyjemny klimat sarmackiej przygodówki. To się bardzo fajnie przeplata z bohaterami, z których każdy, jak to szlachcic, ma swoje dziwactwa i słabości.

Samo podejście do legendy o Krwi Bachusa również bardzo udane. Podróż przez tunele i kolejne komnaty śledziłem z przyjemnością i zainteresowaniem. Może tylko brakło mi większego poczucia niebezpieczeństwa w ostatecznym starciu i ucieczce (choć nie mówię, że nie było go wcale – przecie Golski już bez tchu był).

Dobry to tekst!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Witaj, Krokusie!

Lud domaga się Krwi, zatem przychodzę.

To idealnie trafiłeś, zaraz Cię Bachus krwią ugości ;)

Zdziwiło mnie, że Golski tak beztrosko przyjął wino od przybysza – nie bał się, że może być zatrute? Wszystkich ściągano z gościńca niemal siłą, a tu Manukian wchodzi sam z siebie i daje im swojego wina.

No bez przesady, Golski nie był aż tak pesymistycznie nastawionym człowiekiem, żeby, gdy raz wreszcie napotkał grzecznego gościa, zamiast się ucieszyć, nabrał podejrzeń.

Przy tak kwiecistym języku wyszło bardzo sucho. A jeśli nie opis smaku, to chociaż reakcji Golskiego po upiciu powyższego łyka.

Ten zarzut w pełni przyjmuję. Zupełnie o tym nie pomyślałem, a rzeczywiście trudno to traktować inaczej, niż jako poważny brak.

Fabuła. Nie ma jej dużo, jest dość prosta, ale oddająca bardzo przyjemny klimat sarmackiej przygodówki. To się bardzo fajnie przeplata z bohaterami, z których każdy, jak to szlachcic, ma swoje dziwactwa i słabości.

Bardzo się cieszę, bo to dokładnie chciałem osiągnąć.

Dobry to tekst!

I równie zacny komentarz, za który bardzo dziękuję!

Również pozdrawiam!

Stylizacja robi ten tekst. Staranna, z wykorzystaniem różnorodnych terminów i delikatnym wejściem w łacinę, a przy tym nieutrudniająca lektury.

Bohaterowie też mi się podobali, bo te postacie żyją – jeden wojowniczy, drugi podkreślający swoje studia (przy tym ani jeden, ani drugi chyba większych sukcesów na wybranym polu nie odniósł), jeden obżartuch, drugi babiarz… Ładnie się ich wady i zalety uzupełniają, jeden może drugiego ratować z opresji.

Fabuła faktycznie niezbyt skomplikowana, ale jeśli limit Cię gniótł, to nie było znaków na błądzenie w podziemiach…

Pomieszanie sarmatów z antykiem fajnie wyszło.

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Dobre

Finklo, bardzo dziękuję za komentarz i TAKa!

Bohaterowie też mi się podobali, bo te postacie żyją – jeden wojowniczy, drugi podkreślający swoje studia (przy tym ani jeden, ani drugi chyba większych sukcesów na wybranym polu nie odniósł)

Golski wojowniczy chyba tylko w gębie, ale przynajmniej sprawnie potrafi wykonać odwrót taktyczny na z góry upatrzone pozycje (i to pomimo zadyszki!) ;D

 

Pawelek, dzięki za lekturę :)

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Dzięki, Anet!

Cześć!

Przyszłam w imię nadrabiania tegorocznych piórek. :D Muszę powiedzieć, że stylizacja językowa na początku nieco mnie męczyła, ale pod koniec tekstu byłam już absolutnie pod wrażeniem, jak dobrze udało Ci się dopasować styl do fabuły. Bardzo to dodawało klimatu tekstowi, który generalnie jako całość ma świetną i dopracowaną atmosferę.

Przypadło mi do gustu zawiązanie akcji – jednocześnie proste i bardzo sprawne, dobrze uzasadniające motywacje bohaterów. Muszę jednak powiedzieć, że fabuła nieco mi się dłużyła. Zarówno poszukiwania kultu Bachusa, jak i kolejne “komnaty” czy jak nazwać światy, do których wpadali bohaterowie, zrobiły na mnie wrażenie przewidywalnych, a przez to niekoniecznie utrzymywały napięcie. Podobnie po wszystkim, co widziałam, nie zaskoczyło mnie, że krew Bachusa była, cóż, krwią.

Zdecydowanie bardziej, moim zdaniem, wyszli Ci bohaterowie. Z jednej strony, nie są bardzo oryginalni na tle tekstów z tej kategorii, z drugiej jednak są wyraziści, nie są “bohaterami jednej cechy”. Każdy z nich ma charakter, który faktycznie dobrze ich od siebie odróżnia. Mają też coś, dzięki czemu ja, jako czytelnik, mogłam im kibicować w poczynaniach, pomimo różnych wad.

Chyba tyle przyszło mi do głowy podczas lektury. Fajny tekst i nie dziwię się, że zgarnął piórko, nawet jeżeli mnie akcją aż tak nie kupił. :D No i że powtórzę – bo warto – stylizacja złoto.

Ponoć robię tu za moderację, więc w razie potrzeby - pisz śmiało. Nie gryzę, najwyżej napuszczę na Ciebie Lucyfera, choć Księżniczki należy bać się bardziej.

Witaj, Verus!

Niestety zapomniałem odpisać zaraz po przeczytaniu, ale licząc na to, że lepiej późno niż wcale, bardzo dziękuję za tak niespodziewany prezent pod choinkę!

Cieszę się, że stylizacja obroniła się w Twoich oczach. No i że bohaterowie przypadli Ci do gustu.

Jeszcze raz bardzo dziękuję za lekturę i komentarz!

Dwa razy podchodziłęm do Twojego opowiadania i nie dałem rady. Jednak to nie ma nic wspólnego z jakością tekstu, tylko gatunkiem, który rzadko czytuję. Przebiegłem po akapitach i widać w nich, że masz sprawną rękę i świetnie stylizujesz opowieść. Na tyle dobrze, że niektórych zdań nie potrafiłem płynnie przeczytać, hamując na coraz to ciekawszych i barwniejszych słowach dawnych czasów. Widać kawał dobrej roboty. I za to gratulacje.

Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka