- Opowiadanie: adam_c4 - Nieszczęśliwy Człowiek i szafa

Nieszczęśliwy Człowiek i szafa

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Nieszczęśliwy Człowiek i szafa

Zaczęło się od tego, że Autor znalazł stroik.

Wydobył go z dna kartonu, spośród mniej lub bardziej przydatnych szpargałów, które w końcu miały trafić tam, gdzie ich miejsce – do śmieci.

Sztuczne igły były szorstkie i wyblakłe, płatki gwiazdy betlejemskiej zmięły się i postrzępiły. Dwie szyszki sterczały po bokach, w miejscu trzeciej wystawał drut.

Autor wpatrywał się w sfatygowaną ozdobę, nie mogąc poskładać myśli do kupy. Zadrżał. Początek grudnia przyniósł mrozy, na strychu panował przejmujący chłód.

 Stąpając ostrożnie, zszedł po drabince. Rzucił stroik na tapczan, dołożył drewna do pieca i rozejrzał się po izbie.

Tam, przy oknie, stała choinka.

Miała gwiazdę na czubku?

Dość!

Tego dnia planował zająć się czymś do bólu przyziemnym – posprzątać strych, przeklętą „terra incognita” pełną bezwartościowych skarbów.

Odruchowo sięgnął po wiszący na szyi klucz. Dobrze wiedział, że z dzisiejszych porządków nici. Podszedł do szafy i otworzył ją. 

Już wyciągał rękę po Młodzieniaszka, ale zrezygnował. Pod wpływem impulsu stanął na palcach i wyciągnął zeszyt Drwala. Nie zaglądał do niego od dwóch tygodni.

Na śliskiej okładce umieszczono zdjęcie kociątka w czapce z pomponem. Autor otworzył tam, gdzie skończył.

 

„…czując narastającą gorączkę”.

 

No tak. Drwala rozkładała choroba, pewnie się przeziębił, wracając z potańcówki w remizie. Stary głupiec, na co on liczył? Wystroił się jak fircyk, śmiano się z niego za plecami, równie dobrze mógł przyjść w samych kalesonach z dziurą na tyłku, zrobiłby podobne wrażenie.

Autor usiadł przy biurku i sięgnął po długopis. Westchnął. Zapowiadał się nudny rozdział.

W trakcie pisania stwierdził, że z przeziębienia zrobi jednak grypę. Wprowadzi też Jadzię, dobrotliwą sąsiadkę, która zajdzie z wizytą. Na widok Drwala czym prędzej pogna do apteki po odpowiednie proszki i nie tylko dopilnuje, by chory je zażył, ale zostanie z nim do wieczora, umilając czas rozmową.

Nagle Autor zatrzymał się. Coś przyszło mu do głowy.

Czy to ma sens? A, co tam.

„Patrząc na obnażoną pierś rosłego mężczyzny, mężczyzny, którego znała od dawna i o którym nie potrafiła myśleć bez czułości, poczuła coś dziwnego, jakiś niedookreślony dreszcz…”

Podniósł długopis. Jaki? Niedookreślony? Głupie. Mniejsza o to…

Leciał dalej, nie zważając na kolejne średnio fortunne metafory i stylistyczne grudy, a kiedy skończył, otworzył zeszyt na ostatniej stronie i napisał:

 

„Wpadnij”.

 

Postanowił zaparzyć sobie kawę. Ledwie postawił czajnik na piecu, a rozległo się pukanie do drzwi.

Drwal garbił się, sprawiając wrażenie dużo niższego i bardziej kruchego, niż był w istocie. Twarz i policzki płonęły purpurą, oczy błyszczały. Przerzucony przez ramię wór ciągnął go ku ziemi.

– Mikołaj wpadł wcześniej w tym roku!

Żadnej reakcji, choćby krzywego uśmiechu czy ironicznego parsknięcia. Ze swoim drewnianym usposobieniem świetnie nadawał się do życia w głębi lasu.

– Słabo wyglądasz.

– Źle się czuję.

– Brzmisz jeszcze gorzej.

Drwal rzucił wór na tapczan, omal nie przygniatając stroika.

– Uważ… – wymknęło się Autorowi. Ugryzł się w język.

Drwal nie zwrócił na to uwagi. Wyciągał dobra z worka.

– Ładne ci wyszło – przyznał Autor, biorąc do ręki drewnianego konika.

– Strugałem go całą noc.

Tak, poświęciłem na to pół rozdziału. O czym on…? A, strugał konika, myśląc o żonie i dzieciach. Może jednak powinni do niego napisać? Nie zrywać kontaktu…

– Wiem, co chodzi panu po głowie – sapnął gość. Stół zastawiony był mniej lub bardziej udanymi figurkami, za które handlarze w miasteczku zapłacą ładne pieniądze.

– Niby co?

– Nie chcę, żeby wracali.

– Nawet na dłużej?

Szlag! Czemu to powiedziałem?! Nie miałem zamiaru…!

– Nawet na dłużej. – Mężczyzna ruszył w stronę drzwi.

– A jak ci się podobało z Jadzią?

Drwal stanął w pół kroku, jakby ktoś złapał go za ramię. Odwrócił się. W błękitnych oczach błyszczały łzy.

– Pan ma bałagan w głowie. Straszny bałagan.

Nie czekając odpowiedzi, szarpnął klamkę i wyszedł.

Autor zamyślił się.

Gdyby wszyscy faceci… mężczyźni… tak reagowali na kobiece zaloty… to ludzkość niechybnie by… wymarła… wyginęła.

Nie, to było słabe. Podobnie jak reakcja Drwala. 

Wielka obraza majestatu, bo Jadzia wskoczyła mu pod kołdrę. Co z tego, że starsza o parę lat?

Nieoczekiwanie Autor poczuł znajomy ucisk w dole brzucha.

No nie, teraz?

Podszedł do otwartej szafy i omiótł spojrzeniem grzbiety zeszytów. Dominowały wśród nich trzy barwy: zielona, żółta i różowa. Dawniej pilnował kolorów, ale wystarczyło jedno odstępstwo, by sobie odpuścił. Kiedyś wysłał Drwala na wyrąb, pisząc na luźnej kartce papieru. Ten rozdział nie był ważny, Autor mógł się wstrzymać i pójść rano do miasteczka po nowy zeszyt, zwłaszcza że miał pod ręką inne postacie, jednak nie, uparł się, czyniąc wyjątek, który stał się regułą. Od tamtej pory skończyło się wybrzydzanie, pisał na czym popadnie.

Mimo wszystko nie zdobyłby się na poplątanie barw; wolałby, na przykład, porzucić Madame, niż kontynuować jej istnienie na kartkach zielonego zeszytu. Ten kolor należał do Drwala.

Madame. Sięgnął po kołonotatnik.

 

„…samotnie w łóżku”.

 

Tak, wróciła z przyjęcia bez towarzystwa. Autor miał pomysł na króciutki rozdział, machnąłby go w dwadzieścia minut, ale nie, nie chciał tracić czasu.

 

„Wpadnij”.

 

Nie liczył na to, że zjawi się równie szybko jak Drwal. Uwielbiała się z nim drażnić, zdarzało się, że czekał na nią od rana do wieczora.

Tym razem była łaskawa. Po niecałej godzinie weszła cicho, nie kłopocząc się pukaniem. Miała na sobie futro z gronostajów i trzewiki na obcasie, a włosy uczesała tak, jak Autor lubił najbardziej.

Poderwał się z krzesła.

– Może najpierw jakieś „dzień dobry"? Może…

Zamknął jej usta pocałunkiem. Zanurzył rękę w miękkim futrze, szukał guzików czy zatrzasków, nie pamiętał, choć nie pierwszy raz zdzierał z niej tę kosztowną odzież, prezent od któregoś z dawno puszczonych kantem „narzeczonych".

Rozprawiwszy się z pierwszą i jedyną warstwą odzienia, porwał kobietę na ręce.

Cholerstwo!

Stroik leżał na samym środku tapczanu, jakby ktoś położył go tam celowo, złośliwie. Autor zatoczył się, ale zdołał nie wypuścić Madame z rąk. Niewprawnym kopnięciem strącił ozdobę na podłogę.

Jasny szlag.

Przywarł do kobiety i znów ją pocałował.

Nie.

Przesunął dłonie po bladym ciele, błądził spojrzeniem po idealnych, tak miłych dla oka, kształtach.

Nie.

Kolejny pocałunek.

Po co?

Wiedział, że to na nic. Płonący w nim ogień zgasł na dobre, jakby chluśnięto nań wiadrem wody zaczerpniętej z górskiego potoku.

Usiedli obok siebie.

– Coś cię dzisiaj ugryzło? – zapytała Madame.

– Nie – burknął w odpowiedzi Autor. Gapił się na stroik.

– Jakiś nieswój jesteś.

– Przymknij się.

Wstał i poszedł dorzucić drew. Słodkie perfumy Madame drażniły go.

– Ej! Bo przestanę być dla ciebie miła!

Tylko udawała oburzenie. Nie potrafiła złościć się na mężczyzn, od których była zależna.

– Ej! Bo przestanę o tobie pisać! 

To zrobiło na niej wrażenie. Uśmiech zgasł, piękna twarz stężała. Kobieta ruszyła w stronę drzwi.

– Poczekaj…

Podszedł do niej, próbował ją objąć.

– Łapy przy sobie! – wrzasnęła. Tak zwróciła się niegdyś do dyplomaty na przyjęciu w ambasadzie. Facet jej się nie podobał i cały wieczór flirtowała z nim tylko po to, by mieć pretekst do wykrzyczenia tych trzech słów.

– Porozmawiajmy.

– O czym? – warknęła, narzucając futro.

– O… tobie. 

– Nie widzisz, że to kicz? – W jej spojrzeniu pojawiło się coś nowego. Pogarda?

– Co?

– Mimo twoich usilnych starań, mimo tego, że próbujesz zrobić ze mnie przygłupią… panienkę, myślącą… niewiele myślącą, nie jestem taka, jaką mnie sobie wymyśliłeś.

Jeszcze nigdy nie wypowiedziała do niego tak wielu słów naraz. Ale ich mnogość nie była nawet w połowie tak zaskakująca jak treść, którą niosły.

Wychodząc, rzuciła przez ramię:

– Futro z gronostajów narzucone na gołą dupę? Kicz! Tandeta!

Dopiero po dłuższej chwili Autor podjął się diagnozy całej sytuacji:

To przez książki. Co mnie napadło, żeby kazać jej czytać? I to klasyków! Przemądrzała się zrobiła. Trzeba ją było posadzić z szydełkiem…

Znów stał przy szafie. Powinien był jednak sięgnąć po Młodzieniaszka.

Wyciągnął żółty zeszyt, pierwszy od lewej. Początek historii. Stworzył tę postać w zeszłym roku, chciał wypełnić pustkę po Marynarzu, który odszedł na wieczną wachtę.

Młodzieniaszek pochodził z górniczej osady, ale marzył o wielkim świecie.

Kicz! Tandeta!

Dobry chłopak. Szkoda, że miał pod górkę. Stracił rodzinę, własna matka go porzuciła. Ojciec nie chciał znać…

…bałagan w głowie. Straszny bałagan.

Autor otworzył zeszyt i przeczytał pierwsze zdanie:

„Los nie był łaskawy dla pewnego młodego chłopca…"

Z furią odrzucił zeszyt. Łopocząc kartkami przeleciał przez izbę i uderzył o ścianę.

Sięgnął po notatnik w kratkę. Otworzył go tam, gdzie skończył, oparł o drzwi szafy i nagryzmolił:

Młodzieniaszek odkrył, że umie być szczęśliwy tak po prostu, bez niczego! Dorósł, zmężniał, wziął ślub z piękną kobietą i doczekał się gromadki dzieci. Koniec bajki i bomba, kto nie słuchał, kij mu w nery.

Zgarnął zeszyty i luźne kartki z „żółtej" półki, po czym wrzucił wszystko do jednego z worów, które przyszykował sobie na rupiecie ze strychu. Właśnie, strych. Poczłapał do wyłazu i cisnął wór na górę.

Dyszał, serce waliło mu jak oszalałe. Położył się na tapczanie.

Kiedy otworzył oczy, nie wiedział, gdzie jest, ani co się stało.

Spałem?

Z trudem usiadł. Bolała go głowa, czuł drapanie w gardle.

Zaraził mnie? Niech go szlag!

Poczłapał do łazienki, przejrzał się w lustrze. Nie wyglądał dobrze.

W kuchennej szafce znalazł saszetkę z lekami. Łyknął jakieś tabletki, chyba z paracetamolem, i wrócił na tapczan. Nie miał siły ścielić łóżka, położył się w ubraniu.

Zasypiał i budził się co chwila, nękały go koszmary. Gorączkował.

W końcu ujrzał sunącą po ścianie bladoróżową plamę światła. Doczekał ranka.

Gdybym tu teraz zdechł, kto by mnie znalazł? Kiedy?

Gorączka nie ustępowała, choć łykał pigułki. Leżał w łóżku do późnego popołudnia, a kiedy wstał, wmusił w siebie trochę chleba z serem. Kręcił się po domu bez żadnego celu, w stronę szafy nie chciał nawet spoglądać.

Kolejną noc przespał bez koszmarów. Temperatura ciała chyba wróciła do normy, czuł się lepiej. Spojrzał na kalendarz.

Dzisiaj już szósty? Powinienem pójść po sprawunki.

Powinienem?

Zajrzał do spiżarni. Miał spory zapas konserw.

Zdążę?

Otworzył szafę i wyjął z niej wszystkie niezapisane zeszyty, notatniki i kartki. Zaparzył sobie kawę i już siadał do pisania, ale zawahał się.

Stroik leżał na podłodze, dokładnie tam, gdzie przedwczoraj posłał go kopniakiem. Położył ozdobę na biurku.

Rozdział Pierwszy…

 

***

 

Dzień przed Wigilią poszedł do miasteczka po zakupy. Wszyscy sklepikarze przyznali, że „już zaczynali się o niego martwić".

Ale nie na tyle, by sprawdzić, czy nie gniję sobie na tapczanie.

Po powrocie do domu naostrzył siekierę i ruszył do lasu. Długo zmagał się z okazałym świerkiem, a kiedy już przywlókł go do izby, był ledwie żywy ze zmęczenia. Mimo to znalazł w sobie dość siły, aby oczyścić rybę.

Tej nocy spał twardo, ocknął się koło południa.

Podszedł do szafy i drżącymi dłońmi sięgnął po klucz. Wyciągnął zeszyt, w którym skończył spisywać historię, i otworzył go na ostatniej stronie.

Zapraszam Cię na kolację wigilijną. Przyjdź, proszę.

Usiadł za biurkiem, wbił spojrzenie w pustkę. Bał się, że czekanie będzie mu się dłużyć, ale nie; minuty płynęły zaskakująco szybko.

Czy to koniec?

O czternastej nakrył do stołu, potem ustawił na piecu garnki i patelnię. Barszcz i uszka były kupne, przynajmniej rybę przyrządził sam. Przeklęta panierka, za dużo bułki tartej…

Kiedy zaczęło się ściemniać, usłyszał pukanie.

– Proszę.

Szczęśliwy Człowiek wszedł do izby.

Nie wyglądał na zakłopotanego. Biła od niego spokojna pewność siebie. Był taki, jaki powinien być.

Idealny.

­– Siadaj, proszę.

– Pomogę ci.

– Nie… dobra.

Szczęśliwy Człowiek sięgnął po półmisek z rybą i przeniósł go na stół. Autor przyglądał się jego ruchom.

Czy ja też miałem kiedyś w sobie tyle gracji? Niemożliwe.

Usiedli naprzeciwko siebie.

– Jak się masz? – zapytał Autor.

Szczęśliwy Człowiek pokręcił głową.

– Naprawdę? Będziemy gadać o moim samopoczuciu?

– Nie musimy.

– Jestem pewien, że nie chcesz o tym rozmawiać.

– Mówię przecież, że nie musimy!

Autor spuścił wzrok, bo nieoczekiwanie widok Szczęśliwego Człowieka stał się dla niego przykry.

Tuż obok płonącej świecy leżał stroik.

Gdyby nie on…

Bzdura! Myślał o tym od dawna.

– Dlaczego mnie zaprosiłeś?

Autor poderwał głowę.

– Chciałem z tobą zjeść wigilię.

– Musi chodzić o coś więcej.

– Przechodzimy do sedna? Tak od razu?

Odpowiedzią było wzruszenie ramion.

– Zaprosiłem cię… Cóż, chciałbym, żebyś mnie zabił.

Tym razem Szczęśliwy Człowiek roześmiał się.

– Proszę. Przemyślałem to. Zajmij moje miejsce. – Po twarzy Autora popłynęły łzy.

– Po to mnie stworzyłeś? Idealną wersję siebie?

– Możesz sprowadzić tu żonę i dziecko. Spodoba im się.

– Skąd wiesz?

– Znam ich.

– To czemu sam tu z nimi nie zamieszkasz? Z tymi… prawdziwymi?

Autor zawył i uderzył pięścią w stół. Świeca przewróciła się i zgasła.

Siedzieli w ciemnościach, milcząc. Szczęśliwy Człowiek odezwał się w końcu:

– Naprawdę wierzysz w to, że jestem bezgranicznie zadowolony z życia? Że czerpię radość z tego, że wszystko układa się doskonale, z tego, że mnie i mojej rodziny nie imają się choroby i nieszczęścia?

Pstryk. Jasny płomyk rozgonił ciemność.

– To, co piszesz, jest bezgranicznie naiwne. – Szczęśliwy Człowiek zbliżył zapalniczkę do twarzy. – Płytkie. Piszesz od dawna?

– Od zawsze – szepnął Autor.

– Po co od razu umierać? Może lepiej umrzeć… troszeczkę?

Płomień zbliżył się do obrusu i skrytego pod nim sianka. Autor zerwał się z miejsca, ale na drodze stanęła mu młodsza, bardziej wysportowana, rzekomo szczęśliwsza wersja samego siebie.

– Nie! Proszę, nie!

– Tak, do cholery!

Szczęśliwy Człowiek złapał Autora w pasie i powlókł go do drzwi. Długo szamotali się w progu. Kiedy runęli na śnieg, Autor jeszcze walczył, ale w końcu odpuścił. Uklęknął, patrząc na płonący dom.

Szczęśliwy Człowiek ściągnął koszulę i zarzucił ją na ramiona swego stwórcy.

– Bywaj – rzekł, szeroko się uśmiechając. – Jesteś wolny.

Ruszył biegiem w stronę budynku i rzucił się przez próg, wzbijając w powietrze snop iskier.

Wkrótce zaczęli schodzić się ludzie z miasteczka. Zadawali Autorowi pytania, szarpali go, próbowali podnieść ze śniegu. Nie zwracał na nich uwagi. Obracał w głowie słowo, jedyną cenną rzecz, jaka mu została, i jaka wystarczy mu już do końca życia, bez względu na to, jak długo miałoby ono jeszcze trwać.

Wolny.

Koniec

Komentarze

Witaj.

Tekst miejscami zawiera sporo żartów i zabawnych dialogów, ale w ogólnym przekazie mam odczucie, że jest przygnębiający wyjątkowym smutkiem, jaki niesie. Dowiadujemy się o życiu głównego bohatera, Autora, które wcale nie jest szczęśliwe, jak i on sam. Sporo go przygnębia, sporo przygniata i odbiera chęć do życia. Swojskie klimaty, mocny realizm, a przy tym – pełne pesymizmu, powolne dogorywanie zniechęconego pisarza. I, jakby przekornie, świąteczny klimat. :)

Ciekawy pomysł na odwiedziny bohaterów powieści. :)

Podobnie na brawa zasługuje tytuł – wskazanie na przeciwieństwo pojawiającego się, Szczęśliwego Człowieka. :) 

 

Z technicznych mam wątpliwość, czy tu nie powinien być pytajnik:

– Jestem pewien, że nie chcesz o tym rozmawiać.

 

Pozdrawiam, klikam, Wesołych oraz Zdrowych Świąt! :) 

Pecunia non olet

Autorze!

Bardzo intrygujące świąteczne opowiadanie, które szalenie mi się spodobało. Opisujesz życie autora, które z wierzchu wdaje się w porządku, a nawet rochę ekscytujące; i dopiero konfrontacja ze Szczęściem obnaża jego mizerię. Autor ugrzązł w życiu, do którego dorabia sobie motywy, wymówki i puste cele. Jak na Święta przystało końcowa wymowa jest optymistyczna, chociaż go to trochę kosztowało. Oczywiście żałowałam, że nie przedstawiłeś też innych bohaterów z zeszytów autora, np. wilka morskiego…

Pozdrawiam i zgłaszam do biblioteki.

 

Witajcie!

 

Bruce,

Tekst miejscami zawiera sporo żartów i zabawnych dialogów, ale w ogólnym przekazie mam odczucie, że jest przygnębiający wyjątkowym smutkiem, jaki niesie.

Rzeczywiście, los autora nie jest godzien pozazdroszenia, sam tekst jest smutny. Na tyle, że nie mogłem się oprzeć, by zrezygnować z zakończenia, które, przynajmniej dla mnie, jest jednak szczęśliwe :)

Cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu. Dzięki za wysoką ocenę i zgłoszenie!

Pozdrawiam i życzę wesołej końcówki Świąt :)

 

chalbarczyk.

miło, że tekst oceniasz tak wysoko!

Autorze!

Na szczęście z głównym bohaterem łączy mnie chyba tylko zamiłowanie do pisania ;) 

Oczywiście żałowałam, że nie przedstawiłeś też innych bohaterów z zeszytów autora, np. wilka morskiego…

Myślę, że gdyby nie limit, skusiłbym się na przybliżenie jeszcze jednej postaci.

Jak na Święta przystało końcowa wymowa jest optymistyczna, chociaż go to trochę kosztowało.

Wierzę, że wyjdzie mu to na dobre :)

Dziękuję za wysoką ocenę i zgłoszenie do biblioteki!

Pozdrawiam!

To ja bardzo dziękuję, cała przyjemność po mojej stronie, pozdrawiam świątecznie. :)

Pecunia non olet

Cześć adam_c4,

Ciekawy pomysł, smutna historia, opowiedziana bardzo subtelnie. Podoba mi się, że w zasadzie to wszystko mogło się rozgrywać tylko w jego głowie. Opowiadanie byłoby dla mnie idealne, ale w całej tej konstrukcji brakuje mi jednego klocka, albo jest on tak subtelnie zasygnalizowany, że nie wyłapałam: dlaczego on tam siedzi sam? Rozumiem, że to jest dom, w którym kiedyś, jak był “Młodzieniaszkiem”, mieszkał z żoną i dziećmi. Czyli to oni wyjechali, zostawili go. Dlaczego? Wdał się w romans z jakąś Jadzią? Dlaczego teraz jest “Drwalem” i nie może do nich pojechać i dlaczego oni nie chcą wrócić do niego?

 

Parę technicznych rzeczy: 

– Chciałem zjeść z tobą wigilię.

Czy można “zjeść wigilię”? Chyba “zjeść w wigilię”. Albo zjeść kolację wigilijną lub spędzić wigilię. Bo wigilia to dzień poprzedzający ważne święto.

 

W niektórych dialogach nie byłam pewna który bohater co mówi, np. tu (chyba że to zamierzone, bo oni są tą samą osobą):

– Słabo wyglądasz.

– Źle się czuję.

– Brzmisz jeszcze gorzej.

Pozdrawiam i gratuluję pomysłu.

Sabina

Czy można “zjeść wigilię”? Chyba “zjeść w wigilię”.

‘Zjeść wigilię’ to elipsa. Dozwolona i tutaj bardzo pasuje.

Witaj, Sabino!

 

…ale w całej tej konstrukcji brakuje mi jednego klocka, albo jest on tak subtelnie zasygnalizowany, że nie wyłapałam: dlaczego on tam siedzi sam?

Postanowiłem nie podawać konkretnych powodów takiego stanu rzeczy. Wiadomo, że jego rodzina gdzieś tam żyje, ale z jakichś przyczyn osobno. Można zakładać, że z winy samego Autora.

Rozumiem, że to jest dom, w którym kiedyś, jak był “Młodzieniaszkiem”, mieszkał z żoną i dziećmi. Czyli to oni wyjechali, zostawili go. Dlaczego? Wdał się w romans z jakąś Jadzią? Dlaczego teraz jest “Drwalem” i nie może do nich pojechać i dlaczego oni nie chcą wrócić do niego?

Myślę, że tworząc postacie nie o tyle pisze o samym sobie, co bardzo mocno inspiruje się własnym życiem i doświadczeniami. Po wizytach Drwala i Madame, po tym, co mu powiedzieli, dociera do niego coś, z czego pewnie od dawna zdawał sobie sprawę – że jest dla tworzonych przez siebie postaci okrutny. Stąd impuls, by od początku spisać swoje własne losy, ich fortunną (przesadnie fortunną) wersję, powołać do życia Szczęśliwego Człowieka – dla Autora to jedyny sposób na polepszenie nieciekawego stanu rzeczy.

Dziękuję za wszystkie miłe słowa i sugestie, pozdrawiam!

Cześć, adamie!

Przyznam, że do mnie tekst nie trafił, ale głównie dlatego, że po prostu rozminął się z moimi gustami. Obiektywnie jest to napisane nieźle i bez wątpienia oparte na ciekawym pomyśle; podobał mi się także nastrój, poszukiwanie towarzystwa wśród wymyślonych postaci miało w sobie pewien smutek. Myślę, że taka forma ucieczki przed samotnością jest dość uniwersalnym zjawiskiem, zwłaszcza w środowisku osób piszących, w tym moi. Z bohaterem można się więc do pewnego stopnia utożsamiać, a przynajmniej wczuć w jego sytuację.

Tylko że, jak to Sabina zauważyła, zabrakło jakiegoś szerszego kontekstu dla przyczyn samotności Autora. Jasne, można sobie dopowiedzieć pewne rzeczy, snuć domysły, ale wydaje mi się, że w tekście brakuje klocków, z których dałoby się zbudować jakieś sensowne uzasadnienie, dlaczego jest sam i poszukuje towarzystwa własnych postaci. Wydaje mi się, że historia robiłaby większe wrażenie, gdyby czytelnik miał lepszy wgląd w przeszłość Autora.

Kolejną niewiadomą jest końcówka. Nie wiem, co się wydarzyło, mimo że przeczytałam ją dwa razy. Zamienili się miejscami? Autor doznał jakiegoś załamania i do reszty uciekł w swoją wyobraźnię? Nie potrafię zinterpretować ostatnich scen.

Nastrój świąteczny, imo, ledwie zarysowany; po kilku drobnych zmianach akcja mogłaby się dziać w dowolnym momencie. Nie jestem też pewna pierwszego hasła konkursowego: perły przed wieprze. Nie widzę tego w tekście, ale może to tylko moja niedomyślność.

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Znowu burzymy czwartą ścianę, znowu śmierć autora, znowu jego rozterki i niespełnienie twórcze. Któreż to opowiadanie na ten temat? Nie bardzo mam ochotę o tym czytać. Czyżby dlatego, że odnajduję w nim siebie? I co do cholery z tą wolnością?

Kolejny tekst, który przywodzi mi na myśl “Czerwone koszule” Scalziego. Od samego początku człowiek chce ten tekst rzucić w kąt, ale z jakiegoś powodu nie potrafi.

Bo jest dobrze napisane? Bo ma haczyk? Bo zakończenie czyta się pięć razy?

Bez postscriptum.

Jeśli komuś się wydaje, że mnie tu nie ma, to spieszę powiadomić, że mu się wydaje.

Witaj, gravel!

Tylko że, jak to Sabina zauważyła, zabrakło jakiegoś szerszego kontekstu dla przyczyn samotności Autora.(…) Wydaje mi się, że historia robiłaby większe wrażenie, gdyby czytelnik miał lepszy wgląd w przeszłość Autora.

Tak, przyznaję, że informacje na temat Autora są szczątkowe. Myślę, że gdyby nie limit, to poświęciłbym odrobinę miejsca jego przeszłości.

Zamienili się miejscami? Autor doznał jakiegoś załamania i do reszty uciekł w swoją wyobraźnię?

Jak dla mnie, Szczęśliwy Człowiek ocenił, że jedynym sposobem na uratowanie Autora przed nim samym będzie radykalne odcięcie go od miejsca, w którym tworzy i od owoców jego pracy. Dlatego postanawia spalić dom, a wraz z nim wszystkie spisane przez Autora historie. Sam również, jako stworzona przez niego postać, rzuca się w płomienie.

Nastrój świąteczny, imo, ledwie zarysowany; po kilku drobnych zmianach akcja mogłaby się dziać w dowolnym momencie.

„Świąteczne” założenia chciałem zrealizować głównie za pomocą stroika, który przypomniał Autorowi o tym, że niegdyś obchodził Boże Narodzenie wspólnie z rodziną.

Nie jestem też pewna pierwszego hasła konkursowego: perły przed wieprze. Nie widzę tego w tekście, ale może to tylko moja niedomyślność.

Jak dla mnie to powiedzenie odnosi się do Autora, który w sposób niegodny, wręcz przedmiotowy, traktował postacie, które stworzył. 

 

Bardzo dziękuję za wizytę i obszerny komentarz :)

 

fizyku111,

 

mam nadzieję, że całościowo oceniasz tekst pozytywnie ;) A może inaczej – nie żałujesz tego, że poświęciłeś mu czas. Za co dziękuję!

 

Pozdrawiam!

Owszem, to jest temat realizowany wielokrotnie w literaturze – ale może dlatego, że dla piszących ważny? Mnie się Twoja próba zmierzenia z tematem podobała, może dlatego, że w centrum stoi nie tyle zmaganie się z procesem pisania, co relacja autora z własnymi postaciami, a przyznam, że mam słabość do tego konkretnego motywu co najmniej od czasów fascynacji “Misery” Stephena Kinga. Klimat świąteczny – no, jest jego odwrotność, samotność z lekka przyprawiona frustracją bohatera, ale jest też, na końcu, nadzieja. Innymi słowy, dobrze się czytało.

Cześć, ninedin!

może dlatego, że w centrum stoi nie tyle zmaganie się z procesem pisania, co relacja autora z własnymi postaciami, a przyznam, że mam słabość do tego konkretnego motywu co najmniej od czasów fascynacji “Misery” Stephena Kinga.

Myślę, że gdyby nie „Misery”, to nie napisałbym tego opowiadania :) Ale pewności mieć nie mogę, nie inspirowałem się bezpośrednio. Ale tak, lektura kultowej powieści Kinga dawno temu zrobiła na mnie wrażenie i zwróciła uwagę na to, że stosunek autora do kreowanych przez siebie postaci może być, oględnie mówiąc, nieoczywisty.

Cieszę się, że tekst Ci się spodobał. Dziękuję za komentarz i klika.

Pozdrawiam!

Adamie, cały pierwszy akapit mojego komentarza miał być przewrotnie ironiczny. Przepraszam, jeśli to nie wybrzmiało – miałem nadzieję, że porównanie do Scalziego jest wystarczającą wskazówką.

Jeśli komuś się wydaje, że mnie tu nie ma, to spieszę powiadomić, że mu się wydaje.

Podobało mi się. W kontekście konkursu i opowiadań świątecznych mało jest dla mnie ważne, że temat jest znany i mało oryginalny. Dla mnie oryginalną wartością tego opowiadania jest umieszczenie tego wszystkiego – pisarza samotnego wśród własnych tworów – w kontekście świątecznym. Bo jak dla mnie wyszła Ci taka “Opowieść wigilijna” z duchami przeszłych świąt i z nadzieją na wyzwolenie.

Najciekawsza jest oczywiście konfrontacja ze Szczęśliwym Człowiekiem i dlatego pewnie wylądował – przewrotnie – w tytule, zwłaszcza że i Pisarz w sumie pozornie jest człowiekiem szczęśliwym, skoro robi coś, co lubi.

Wątek płytkości tworzonych postaci, znów najmocniejszy w ostatnim epizodzie, na duży plus, bo to jest coś, co przewija się przez mnóstwo dyskusji o pisaniu, także tu, na portalu. I akurat ten wątek być może zasługiwałby na coś więcej, ale zarazem w przyjętej konwencji tyle wystarczy, bo gdybyś zaczął drążyć, to wpadłbyś w eseistykę ;)

W zasadzie jedyne, co jak dla mnie jest niejasne (ale czy to źle?), to jest interpretacja tej wolności na końcu. Ale intryguje. Ode mnie masz klika.

http://altronapoleone.home.blog

Intrygujące, ale smutne i przygnębiające mimo zakończenia niosącego nadzieję na wolność.

Witajcie!

 

Fizyku111,

nie ma za co, przyznam, że średnio to wyłapałem :) Dzięki za wyjaśnienia.

 

Drakaino,

 Dla mnie oryginalną wartością tego opowiadania jest umieszczenie tego wszystkiego – pisarza samotnego wśród własnych tworów – w kontekście świątecznym.

Cieszę się, że to doceniasz.

I akurat ten wątek być może zasługiwałby na coś więcej, ale zarazem w przyjętej konwencji tyle wystarczy, bo gdybyś zaczął drążyć, to wpadłbyś w eseistykę ;)

Ano właśnie. Można by ten temat drążyć i wgryzać się od wielu, wielu stron.

W zasadzie jedyne, co jak dla mnie jest niejasne (ale czy to źle?), to jest interpretacja tej wolności na końcu. Ale intryguje.

W zamyśle miałem wolność od pisania, od tworzenia postaci, które miały kompensować Autorowi jego niedostatki. Szczęśliwy człowiek jednoznacznie określa pisaninę Autora jako płytką i naiwną – a jako alter ego mógł mieć rację. Brutalny komentarz oraz puszczenie z dymem samotni i wszystkich papierowych postaci to radykalna, ale najpewniej skuteczna, droga do wyzwolenia.

Ode mnie masz klika.

Dzięki :)

 

Koalo,

tekst rzeczywiście jest miejscami przygnębiający, ale perspektywa wolności sporo rekompensuje :)

 

Pozdrawiam!

Podobał mi się pomysł na korespondowanie z własnymi postaciami.

Reszta przeżyć Autora bardziej standardowa, chociaż połączenie tego ze świętami już trochę wyłamuje się ze schematu.

Czytało się przyjemnie, acz nieco to wszystko za szybko się dzieje, jakby powierzchownie.

Ciekawie podszedłeś do prezentu świątecznego.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo!

Czytało się przyjemnie, acz nieco to wszystko za szybko się dzieje, jakby powierzchownie.

No niestety, z racji limitu musiałem przystrzyc dialogi i przemyślenia, towarzyszące Autorowi podczas rozmowy z gośćmi.

Miło, że doceniasz pomysł, na którym oparłem tekst i moją interpretację hasła. Dzięki za klika!

Pozdrawiam! 

Przyznaję, że smutne, ale relacja twórcy z dziełem, podczas tworzenia zrobiła na mnie wrażenie.

Cudna zależność między postacią, a pisarzem taka bolesna symbioza.

 

Hej, Ambush!

Przyznaję, że smutne, ale relacja twórcy z dziełem, podczas tworzenia zrobiła na mnie wrażenie.

Cieszę się :) Dziękuję Ci za wizytę, pozdrawiam!

Smutne, ale z nadzieją na odkupienie. Zaintrygował mnie gest Szczęśliwego Człowieka, zarzucającego koszulę na ramiona Autora, choć nie jestem jeszcze pewna, dlaczego.

Pomysł z odwiedzinami postaci też ciekawy. Jako że sama miewam problemy z tworzeniem pełnowymiarowych bohaterów, zaczęłam się zastanawiać, czy łatwiej byłoby mi wyłapać ich płytkość, gdybym mogła ich faktycznie spotkać jak Autor. 

Adamie!

 

No, kolejny przygnębiający tekst, ale nie mogę powiedzieć, że słaby. W końcu nie mogą być same wesołe teksty (ale o ich istnienie, jak już wiesz, też zadbałem xD), a dla równowagi jakieś smutasy warto też publikować.

Na początku byłem nieco skonfundowany, ale po chwili wszystko zaskoczyło. Tworzenie postaci na podstawie własnych przeżyć, by w pewnym sensie przebyć autoterapię – tyle że Autor podchodził do tego od złej strony, bo próbował wyidealizować siebie, dążyć do perfekcji, jednocześnie ślęcząc nad negatywnymi momentami z własnej przeszłości.

Dopiero pozbycie się jarzma zdarzeń przeszłych pozwoliło mu poczuć się wolnym. I o to właśnie w życiu chodzi.

Czytało się dobrze, nie mam żadnych zarzutów.

Fajny tekst.

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Zaintrygował mnie gest Szczęśliwego Człowieka, zarzucającego koszulę na ramiona Autora, choć nie jestem jeszcze pewna, dlaczego.

W którejś bajce był motyw, że koszula podarowana przez szczęśliwego człowieka daje szczęście.

A w innej – bogaty złol wziął sobie nagą biedną żonę. Po latach chciał ją wypędzić też nagą, a ona poprosiła o koszulę w zamian za dziewictwo, które jej odebrał.

Babska logika rządzi!

Piękne opowiadanie z dobrym pomysłem i świetnym nastrojem. Szczęśliwy Człowiek to, moim zdaniem, najciekawsza postać. Nawet problem wolności przedstawiony intrygująco w zakończeniu. W tym konkursie to kolejne, wg mnie, opowiadanie na podium! Pozdrawiam!

Witajcie!

 

adanbareth,

Jako że sama miewam problemy z tworzeniem pełnowymiarowych bohaterów, zaczęłam się zastanawiać, czy łatwiej byłoby mi wyłapać ich płytkość, gdybym mogła ich faktycznie spotkać jak Autor. 

Gdyby Autorowi zależało na tworzeniu postaci bogatych i pełnowymiarowych, to rzeczywiście mógłby z tych spotkań wiele wyciągnąć. Tymczasem jest negatywnie zaskoczony tym, że postacie rozwijają się wbrew jego przewidywaniom, a może nawet woli. Swoją drogą ciekawe, czy kiedykolwiek zdobył się na to, aby „zdyscyplinować” jakiś swój krnąbrny twór, czynią jego/jej życie jeszcze bardziej uciążliwym.

 

Zaintrygował mnie gest Szczęśliwego Człowieka, zarzucającego koszulę na ramiona Autora, choć nie jestem jeszcze pewna, dlaczego.

W którejś bajce był motyw, że koszula podarowana przez szczęśliwego człowieka daje szczęście.

A w innej – bogaty złol wziął sobie nagą biedną żonę. Po latach chciał ją wypędzić też nagą, a ona poprosiła o koszulę w zamian za dziewictwo, które jej odebrał.

O, nie znałem tych motywów, o których wspomniała Finkla. Tym drobnym gestem chciałem pokazać, że papierowy bohater troszczy się o Autora, że naprawdę zależy mu na jego dobru.

 

Barbarianie,

ich istnienie, jak już wiesz, też zadbałem xD

I dobrze Ci to wyszło ;)

Podoba mi się Twoja interpretacja :) Cieszę się, że tekst oceniasz pozytywnie! 

 

JolkoK,

dziękuję za entuzjastyczną opinię. Miło mi, że tekst oceniasz aż tak wysoko.

 

Pozdrawiam!

Ależ mi się to podobało. Bardzo ciekawy pomysł, choć wielka szkoda, że nie wyjaśniłeś ciut więcej kim jest autor, jak tworzy i czemu jego postacie żyją. Ma nad nimi całkowitą władzę? Chyba nie, biorąc pod uwagę końcówkę. Skłania do przemyśleń i na temat pisarzy, ale też i tego mitycznego poszukiwania szczęścia. Istnieje człowiek idealnie szczęśliwy? 

Można się czepiać, że równie dobrze wątek świąt nie jest tutaj potrzebny, ale ująłeś temat dość luźno, w ciekawy sposób i tutaj zdecydowanie się wyróżnia. 

Cześć, Shanti!

Ma nad nimi całkowitą władzę? Chyba nie, biorąc pod uwagę końcówkę.

Starałem się pokazać, ze Autor nigdy nie może być pewien tego, jak zachowają się jego postacie. Trudno określić z absolutną precyzją, jak dane zdarzenie wpłynie na ich postrzeganie rzeczywistości czy samej postaci ich twórcy. 

Skłania do przemyśleń i na temat pisarzy, ale też i tego mitycznego poszukiwania szczęścia. Istnieje człowiek idealnie szczęśliwy? 

Myślę, że określenie Szczęśliwy Człowiek pasuje do ostatniej postaci w taki sam sposób, w jaki Drwal, Madame czy Młodzieniaszek pasowały do pozostałych. Najdelikatniej rzecz ujmując, nie oddaje istoty sprawy. Stąd zarzut, że postacie tworzone przez Autora były płytkie – jego ograniczenia w postrzeganiu rzeczywistości w sposób naturalny przełożyły się na to co, i w jaki sposób, tworzył.

Można się czepiać, że równie dobrze wątek świąt nie jest tutaj potrzebny, ale ująłeś temat dość luźno, w ciekawy sposób i tutaj zdecydowanie się wyróżnia. 

Tak, zgodzę się, że to jakiś inny bodziec, niekoniecznie związany ze Świętami, mógł doprowadzić do kryzysu.

Bardzo mi miło, że tekst Ci się spodobał :) Dziękuję za wizytę, pozdrawiam!

Z dotychczasowych tekstów ten był najtrudniejszy – niektóre fragmenty czytałem po dwa, trzy razy, by je zrozumieć.

Powyższe stwierdzenie proszę po stronie plusów zapisać – lubię wymagającą lekturę.

Perły przed wieprze, jak dla mnie, zostały wplecione w fabułę tak, że nie zdołałem ich wyłuskać. Kto i dlaczego zbawicielem został, nie nastręczyło trudności.

Bunt postaci i rozterki autora – takie życiowe, gdy podczas pisania bohaterowie pod wpływem napływu pomysłów stają się innymi niż te początkowo przez piszącego wyobrażone. Tu, na dodatek, się materializują. Ileż to możliwości i zagrożeń.

Dobre opowiadanie, choć świąteczny był jeno stroik.

Witaj, PanKratzku!

Perły przed wieprze, jak dla mnie, zostały wplecione w fabułę tak, że nie zdołałem ich wyłuskać. Kto i dlaczego zbawicielem został, nie nastręczyło trudności.

Chciałem, by to powiedzenie odnosiło się do autora, który w sposób przedmiotowy traktował stworzone przez siebie postacie – choć może się to wydawać paradoksalne, nie było godzien ich zaangażowania i pracy, którą dla niego wykonywali.

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Ciekawy tekst, ale świąt w nim trochę mało, biorąc pod uwagę, że opko na konkurs świąteczny… Niby jest stroik i kolacja wigilijna, ale równie dobrze mogłaby być zwykła kolacja, a zamiast stroika mógłby na tapczanie leżeć dowolny inny przedmiot.

Na początku czułam się mocno zagubiona, dopiero po jakimś czasie się rozjaśniło, ale tak chyba miało być. Ponownie moją dezorientację wywołał fragment o kolorach zeszytów. Bo najpierw mówisz, że kiedyś pilnował kolorów, ale z czasem zaczął pisać na czym popadnie, a potem znowu że trzyma się kolorów…

Mocną stroną opowiadania są z pewnością dialogi: oszczędne, ale jednak pełne treści.

 

Kosmos to bazgranina byle jakich wielokropków!

Cześć, Krokusie!

 

Witaj, mindenamifaj!

Ponownie moją dezorientację wywołał fragment o kolorach zeszytów. Bo najpierw mówisz, że kiedyś pilnował kolorów, ale z czasem zaczął pisać na czym popadnie, a potem znowu że trzyma się kolorów…

Chciałem podkreślić, że choć Autor nie dba już o to, czy losy danej postaci spisuje w zeszycie o odpowiednim kolorze, tak, mimo wszystko, nie zdobyłby się na to, aby – z niechlujstwa – „poplątać” kolory różnych postaci.

 

Mocną stroną opowiadania są z pewnością dialogi: oszczędne, ale jednak pełne treści.

Bardzo mnie to cieszy, na tym mi zależało :)

Dziękuję za wizytę i podzielenie się opinią.

Pozdrawiam!

Autorzy dzieł pisanych to bardzo szczególny rodzaj twórców, więc chyba rozumiem, dlaczego tuż przed świętami Twojego samotnego bohatera nawiedziło kilka postaci, które stworzył, a ponadto wspomnienia z własnej przeszłości. 

Nie wnikam dlaczego Autor jest samotny, bo chyba nie powody takiego stanu rzeczy są tu istotne, ale muszę powiedzieć, że nie do końca pojmuję, co wydarzyło się w finale – dlaczego płonął dom i czemu Autor wtedy poczuł się wolny? A może pożar był symboliczny – coś na kształt spalenia mostów za sobą i wyzwolenie się od balastu przeszłości?

Wykonanie mogłoby być nieco lepsze.

 

„…czu­jąc na­ra­sta­ją­cą go­rącz­kę”. → Albo: …czu­jąc na­ra­sta­ją­cą go­rącz­kę. Albo: „…czu­jąc na­ra­sta­ją­cą go­rącz­kę”.

Słów i zwrotów napisanych kursywą nie ujmujemy w cudzysłów. Uwaga dotyczy także przypadków w dalszej części opowiadania.

 

Pa­trząc na ob­na­żo­ną pierś ro­słe­go męż­czy­zny, męż­czy­zny, któ­re­go znała od dawna→ Czy to powtórzenie jest konieczne?

 

Ode­rwał dłu­go­pis od kart­ki. → Czy długopis był przytwierdzony do kartki, że musiał go odrywać?

A może wystarczy: Uniósł dłu­go­pis. Lub: Przestał pisać.

 

Daw­niej pil­no­wał się ko­lo­rów… → Daw­niej pil­no­wał ko­lo­rów… Lub: Daw­niej zważał na kolory

 

Się­gnął po ko­ło­wy no­tat­nik. → A może: Się­gnął po ko­ło­no­tat­nik.

 

– O czym? – wark­nę­ła, na­rzu­ca­jąc płaszcz. → Skąd wzięła płaszcz, skoro zjawiła się w futrze?

 

Trze­ba ją było po­sa­dzić przy szy­deł­ku… → Trze­ba ją było po­sa­dzić z szy­deł­kiem

Gdyby ją posadził przy szydełku, to pewnie siedziałby bezczynnie, a szydełko leżało gdzieś obok.

 

rzu­cił się przez próg, wzbi­ja­jąc w po­wie­trze deszcz iskier. → Obawiam się, że deszcz nie wzbiłby się w powietrze.

Proponuję: …rzu­cił się przez próg, wzbi­ja­jąc w po­wie­trze snop iskier.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, reg!

muszę powiedzieć, że nie do końca pojmuję, co wydarzyło się w finale – dlaczego płonął dom i czemu Autor wtedy poczuł się wolny? A może pożar był symboliczny – coś na kształt spalenia mostów za sobą i wyzwolenie się od balastu przeszłości?

Tak, chciałem, żeby spalenie domu, samotni, w której Autor tworzył swoje postacie, miało wymiar symboliczny. Istotne są słowa, którymi zwróciła się do niego „idealna” wersja samego siebie – skrytykowała jego pisarstwo, a potem zasugerowała, że może warto „umrzeć troszeczkę”, a więc że nadeszła pora na radykalne zmiany, na pogrzebanie przeszłości i znalezienie nowego sposobu na życie. 

 

Dziękuję za łapankę, niezwłocznie nanoszę poprawki. Co do tego:

Patrząc na obnażoną pierś rosłego mężczyzny, mężczyzny, którego znała od dawna… → Czy to powtórzenie jest konieczne?

Przyznam, że celowo wrzuciłem to zbędne powtórzenie, aby oddać manierę pisarską Autora :)

 

Słów i zwrotów napisanych kursywą nie ujmujemy w cudzysłów. Uwaga dotyczy także przypadków w dalszej części opowiadania.

Tutaj miałem wątpliwość – myśli Autora w tekście zapisałem kursywą, natomiast to, co pisał w zeszytach, postanowiłem zapisać kursywą ujętą w cudzysłów, aby ukazać, że to wciąż jego myśli, ale przelane na papier. Może przekombinowałem?

Dzięki za wizytę, pozdrawiam!

Adamie, bardzo dziękuję za wyjaśnienia, a także za utwierdzenie mnie w przypuszczeniach. :)

 

Przyznam, że celowo wrzuciłem to zbędne powtórzenie, aby oddać manierę pisarską Autora :)

Rozumiem, Autor ma prawo pisać jak zechce. Niech Twój pisze z manierą.

 

…myśli Autora w tekście zapisałem kursywą, natomiast to, co pisał w zeszytach, postanowiłem zapisać kursywą ujętą w cudzysłów, aby ukazać, że to wciąż jego myśli, ale przelane na papier. Może przekombinowałem?

Owszem, Adamie, obawiam się, że przekombinowałeś – albo kursywa, albo cudzysłów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Dzięki, Anet :)

Mnie z kolei mało obchodzą przyczyny samotności bohatera – wiemy dokładnie tyle, ile potrzeba, czyli że Autor jest sam jak palec i pociechy szuka u fikcyjnych, wymyślonych przez siebie postaci. Pewnie trochę nadinterpretuję, ale mi ten płonący dom na końcu skojarzył się z pożegnaniem przykrych wspomnień z czasów, kiedy Autor był szczęśliwszy. Tak długo, jak dom stał, a bohater był uwięziony w jego ścianach, nie mogło nastąpić nic dobrego. W takiej interpretacji bardzo dobrze, że dostał kopa w dupę od szczęśliwszej wersji samego siebie :)

Pomysł na twórcę zmagającego się z samotnością oklepany z każdej strony, ba, sam mam taki tekst u siebie na profilu xD Między innymi z tego powodu nie będę się czepiać, ale wychodzę też z założenia, że znacznie ważniejsze od nowatorskości tekstu jest ciekawe poprowadzenie opowieści, a to Ci się, Adamie, udało.

Fajne opowiadanie.

 

Za pierwszym razem miałem problem z przeczytaniem tekstu, a to dlatego, że przeplatanie się pisaniny z realnymi odwiedzinami nie jest dość jasne. Okazało się jednak, że byłem zwyczajnie zmęczony. Przełożyłem lekturę na dzisiaj (Polecam to każdemu, który ma problem ze zrozumieniem jakiegoś tekstu, to uczciwe dla autora. Nie wszystko da się przeczytać z przymrużonymi oczami.).

 

No i rozumiem, jakoś łatwiej weszło. Nie działy się alternatywne historie, a po prostu bohaterowie pojawiali się po wpisaniu słowa kluczowego w świecie autora. Jest w tekście kilka ciekawych wątków, jak choćby życie bohaterów, którego nie opisał autor. Można to uzasadnić logiką tekstu, która rządzi się swoimi prawami i nie zawsze autor opisuje faktyczne to, co powinno się zdarzyć. Ciekawy jest krytycyzm wobec jego pisarstwa.

Napastowanie bohaterki czy w ogóle realizację własnych fantazji (włącznie ze śmiercią) są interesujące, choć flegmatyczna narracja obniża nieco odczucie tej dziwności. Bohater główny opowiadania jest dość depresyjny i apatyczny. Czyta się przyjemnie choć po zaznajomieniu się z pomysłem bez wielkich odkryć. Co nie znaczy, że bez przyjemności.

 

Nie czuć mocno atmosfery świąt, choć przenika przez całość jakiś spokój. Bliższy jednak rezygnacji niż gwiazdkowemu odprężeniu.

Pisałem... odkąd-jeszcze-zanim-byłem-w-planach-pamiętam.

Слава Україні!

Hej, hej, hej!

Dziękuję Ci, Adamie, za udział w krokusie!

Poniższy komentarz jest pisany jeszcze przed wstawieniem obrazka jurorsko-konkursowego :)

Całość dzieje się w Święta, choć nie jest mocno w nich osadzone. Motyw świąteczny fajnie wykorzystany, z hasłem przewodnim chyba trochę gorzej – trzeba by puścić trochę wodze interpretacji.

Ciekawy pomysł z przyzywaniem bohaterów, fajnie wykorzystane pomysły na kiczowatość i naiwność postaci. Jednak na pierwszy plan wyszła tu jakaś niemoc twórcza, a nie samotność bohatera. W końcówce bałem się napadu moralizatorstwa, ale bardzo fajnie przed tym uciekłeś – końcówka mi się podoba!

Za największy plus uznaję wykonanie – staranne, świetnie się czyta. Gratuluję warsztatu!

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Witajcie, witajcie!

 

AmonieRa,

Tak długo, jak dom stał, a bohater był uwięziony w jego ścianach, nie mogło nastąpić nic dobrego. W takiej interpretacji bardzo dobrze, że dostał kopa w dupę od szczęśliwszej wersji samego siebie :)

Właśnie o to mi chodziło :)

Między innymi z tego powodu nie będę się czepiać, ale wychodzę też z założenia, że znacznie ważniejsze od nowatorskości tekstu jest ciekawe poprowadzenie opowieści, a to Ci się, Adamie, udało.

O, to fajnie, że mimo pewnej wtórności pomysłu uważasz, że opowiadanie broni się pod względem fabuły.

Dzięki za wizytę!

 

Vacter,

Przełożyłem lekturę na dzisiaj (Polecam to każdemu, który ma problem ze zrozumieniem jakiegoś tekstu, to uczciwe dla autora. Nie wszystko da się przeczytać z przymrużonymi oczami.).

Doceniam!

Cieszę się, że mimo zastrzeżeń tekst czytało Ci się dobrze. Dzięki!

 

Gruszel, Golodh, 

fajne obrazki :)

 

Krokusie,

Motyw świąteczny fajnie wykorzystany, z hasłem przewodnim chyba trochę gorzej – trzeba by puścić trochę wodze interpretacji.

Tak, zgodzę się, że hasło potraktowałem w sposób (pewnie nazbyt) niestandardowy. Fajnie, że motyw świąteczny zdołał się przebić.

W końcówce bałem się napadu moralizatorstwa, ale bardzo fajnie przed tym uciekłeś – końcówka mi się podoba!

Super, bo zależało mi na tym, aby końcówka była mocnym punktem historii.

Za największy plus uznaję wykonanie – staranne, świetnie się czyta. Gratuluję warsztatu!

Cieszy mnie to bardzo :)

Dzięki za jurorski komentarz!

 

Pozdrawiam wszystkich!

Nowa Fantastyka