- Opowiadanie: drakaina - Nie pytaj

Nie pytaj

Tekst jest otagowany, ale ze względu na czas publikacji, niekonkursowy.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Nie pytaj

Mon cher ami!

Spieszę Ci donieść, że dla zabicia ennui, które pożera mą duszę dniem i nocą, zaszedłem do Madame T., na séance… i na cały kwadrans stał się cud! Bo się nie nudziłem, patrząc, jak owa dama siłą umysłu wprawia w ruch stolik, z niego zaś fluidem powodowane wyskakują litery proroctwa.

Potem skusiło mnie, by samemu o przyszłość zapytać, ona zaś spojrzała mi w oczy przeciągle, jak gdyby nie chciała prosić duchów o wróżbę.

Widziałem w jej wzroku, że chce mnie odprawić, nie przyjąwszy nawet zapłaty, a wtedy, wierz mi, przyjacielu, stolik zaczął wirować, litery zaś, które dla mnie los wybrał, ułożyły się niechybnie w to słowo: Mort.

Wierz mi: pragnąłem, by na ten widok przeszedł mnie dreszcz metafizyczny, ale hélas! Nic z tego! Bo czyż może być coś mniej interesującego niż wróżba śmierci, zwłaszcza dla melancholika?

Addio, przyjacielu, wpadnij jutro na kawę wczesnym popołudniem, może zdołasz znów choć na kwadrans ożywić mą duszę!

Twój, A.

 

Kiedy komisarz skończył czytać, odchrząknąłem.

– Domyślam się – policjant nie dopuścił mnie do głosu – że coś się stało, skoro uraczył mnie pan lekturą tego bełkotu. Ennui! Chciałbym mieć czas się nudzić! – wykrzyknął, rzucając kartkę na stół.

Wziąłem ją delikatnie w palce, złożyłem i schowałem do portfela. Była ostatnią pamiątką po przyjacielu.

– Nie zastałem go.

Odpowiedziało mi uniesienie brwi. Nie pełne zaciekawienia jednak, ale raczej… znudzenia.

– I przybiegł pan na policję, która nie ma nic innego do roboty, jak szukać złotych młodzieńców, balujących teraz zapewne z tancerkami albo topiących ennui w trunkach, o jakich ja mogę co najwyżej poma…

– To było prawie tydzień temu. Zachodziłem dwa razy na dzień, w końcu konsjerż powiedział mi, że on chyba wyjechał. On by tego nie zrobił! Nie wyjechałby sam, nie opowiedziawszy się nikomu…

– Niech pan roześle listy do Biarritz, Plombières czy nawet Baden, gdziekolwiek się bogate towarzystwo bawi. Może i do kolonii! Jeśli go nigdzie nie będzie, wróci pan do mnie.

Odniosłem wrażenie, że w powietrzu zawisło niedopowiedziane „chyba że wcześniej wyłowimy go z Sekwany”.

*

W zacinającym śniegu z deszczem wyraźnie słyszałem za sobą kroki. Przeklinałem własną głupotę, która kazała mi wracać do domu piechotą, dla zebrania myśli. Przy tej pogodzie nie znajdę fiakra, za to niechybnie stanę się łupem rzezimieszków, których pełno w Saint-Michel.

Zwolniłem nieco, by po chwili nagle przyspieszyć, lecz nie uwolniło mnie to od prześladowcy. Miałem wręcz wrażenie, że obok własnego walącego jak młotem serca słyszę drugie.

Zacisnąłem dłonie w pięści i odwróciłem się znienacka. Spodziewałem się zobaczyć przed sobą twarz, a przynajmniej sylwetkę, może zderzyć się z kimś – wokół jednak nie było nikogo, nawet żadnego cienia poza moim.

– Kim jesteś? – zawołałem w pustkę.

Unosząca się znad rzeki mgła pochłonęła słowa, zimne krople zamarzały mi na twarzy.

I wtedy przez jedno uderzenie serca wydało mi się, że słyszę głos, dalekie wołanie. Płatki śniegu układały się w świetle gazowej latarni w tunel. Ruszyłem za ich wskazaniem, wszedłem w korytarz śmigających wokół białych strzał, po omacku wyciągałem ręce, rozgarniałem śnieżną zasłonę, a głos był coraz bliżej i teraz byłbym przysiągł, że to Albert mnie woła, więc przyspieszyłem kroku, niepomny, że buty ślizgają się na oblodzonym bruku…

Poczułem przeraźliwe zimno, lodowata woda pozbawiła mnie oddechu. A potem mocne ręce chwyciły me ramiona, pociągnęły ku ocaleniu. Nad sobą ujrzałem brodate oblicze i przez mgnienie oka wydało mi się, że zawędrowałem do ojcowskich opowieści o odwrocie spod Moskwy.

– No, paniczyku, niewiele wam brakło! – Z odrętwienia wyrwał mnie tubalny głos. Z ust mówiącego woniało tanią gorzałką, lecz błogosławiłem ten zapach, który przywracał mi życie. – Nie wiem, czyście się chcieli topić, czy zabłądziliście w tym śniegu, ale nikt nie utonie w pobliżu mojej barki!

Wymruczałem podziękowanie, wcisnąłem dobremu człowiekowi w dłoń parę franków; przyjął chętnie i pozwolił mi ogrzać się przez chwilę przy niedużym koksowniku.

– Szedłem w tę stronę, bo słyszałem wołanie – wymamrotałem, trochę do siebie, a trochę do niego, w nadziei, że powie mi coś, co ukoi nerwy. On jednak zerknął na mnie z ukosa.

– Nie było tu nikogo poza mną, w tę pogodę psa nie wygoni.

– Mój przyjaciel – odparłem, półprzytomnie – myślicie, że się utopił i mnie wołał?

– Zwidy – burknął. – Idźcie w stronę Châtelet, tam znajdziecie fiakra.

*

Najdroższy Albercie,

wysyłam ten list na poste restante w każdej miejscowości, do której mogłeś się udać w nadziei, że zdoła cię ona uleczyć z ennui. Nie ustaję w poszukiwaniach, a jeśli przez tydzień nie dostanę od Ciebie żadnej wieści, dalibóg objadę Alpy i wybrzeże atlantyckie, Prowansję i Ardeny, by Cię znaleźć. Lękam się jednak, że coś złego mogło Ci się przytrafić…

 

Skreśliłem ostatnie zdanie i wpatrywałem się w kartkę z przerażeniem. Dlaczego komisarz policji nie przejął się wróżbą? Dlaczego uznał, że Albert wyjechał do wód, w góry albo do kolonii, dla odpoczynku?

Na schodach rozległy się kroki. Przyskoczyłem do drzwi i otwarłem je gwałtownie na oścież. Stary Marchand, lokator z poddasza, rzucił mi podejrzliwe spojrzenie. Wymamrotałem, że czekam na gościa, i wycofałem się do mieszkania.

W starej gazecie odszukałem inserat madame T. Adres w Le Marais, podumałem więc przez chwilę nad upadkiem tej dzielnicy, po czym założyłem ciepły płaszcz z wysokim kołnierzem i zszedłem na ulicę, by zatrzymać fiakra.

Kwadrans później pukałem, a potem waliłem pięścią w drzwi budynku, który z miejskiego pałacu przemienił się w kamienicę czynszową. Otworzył mi nieogolony młodzian o aparycji malarza i wymamrotał, że stróż odsypia wesele córki, a mieszkanie madame medium znajduje się na pierwszym piętrze po lewej.

W drzwiach, które otwarły się, kiedy tylko wspiąłem się na ostatni stopień, ujrzałem Alberta. Uniosłem rękę do ust, by stłumić krzyk, i obraz rozwiał się. Na progu stała chuda kobieta w prostej ciemnej sukni z koronkowym kołnierzykiem. Pomyślałem nawet, że to służąca, lecz przenikliwy wzrok i władczy gest, jakim zaprosiła mnie do środka, przeczyły temu przekonaniu.

Znalazłem się w salonie pełnym niedużych mebelków, a uwagę przyciągnął natychmiast niepozorny stoliczek, na oko zwyczajny guéridon, tyle że z blatem ozdobionym literami i wsparty na rzeźbionej nodze z egzotycznego drewna. Madame uśmiechnęła się nieznacznie.

– Przyszedł pan po wróżbę?

Nie potaknąłem ani nie zaprzeczyłem.

– Sprawy sercowe czy kariera ministerialna? – indagowała.

– Niecałe dwa tygodnie temu był u pani mój przyjaciel.

Nie wiem, czemu to powiedziałem. Nie zamierzałem ujawniać powodu wizyty.

Czy domyśliła się, o kim mówię, skoro zerknęła w stronę stolika?

– Przez mój salon przewija się wiele osób – odparła, lecz dotychczasowa pewność siebie znikła z jej głosu. – Zwłaszcza podczas seansów.

Podszedłem do stolika. Wyciągnąłem rękę.

Madame była szybsza.

– On pana nie posłucha. – Stanęła między meblem a mną. – To ja jestem medium.

W jej głosie wyczuwałem ulotny niepokój, nie zdążyłem się jednak nad tym zastanowić, ponieważ stolik zawirował. Spodziewałem się, że maska obojętności na twarzy madame zmieni się w wyraz triumfu, więc śmiertelne przerażenie zaskoczyło mnie.

T. uniosła dłonie do twarzy, cofnęła się, zatoczyła pod ścianę. Skoczyłem, by ją podtrzymać, lecz odepchnęła mnie z siłą, której się po niej nie spodziewałem.

Blat stolika poruszył się ponownie i zatrzymał. Kątem oka dostrzegłem, że rzeźbiona w roślinne wici wskazówka zatrzymała się na literze O. Madame osunęła się na podłogę. Blat zawirował i stanął, ukazując R. Czułem, że krew odpływa mi z twarzy, kiedy znów zaczął się kręcić. Nie zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem ostrze strzały wymierzone w T, domyśliłem się też, że kiedy nie patrzyłem, stolik musiał raz się zatrzymać, na M.

Przez jedno uderzenie serca pomyślałem, że może Albert, pochodzący ze znanej rodziny, padł ofiarą politycznej intrygi, a ja będę następny, jako jego najbliższy przyjaciel… Dlaczego jednak madame T. miałaby być aż tak przerażona wróżbą dla nieznanych mężczyzn? Czyż zresztą nie jest tak, jak twierdzą uczeni – że stolikami poruszają sprytnie media?

– Niech pan usiądzie. – Głos pani T. był teraz głosem przestraszonej dziewczynki. Zdołała podnieść się z podłogi, otrzepywała właśnie nerwowo spódnicę. – Pamiętam pańskiego przyjaciela.

– On nie żyje? – Z mojego gardła dobył się skowyt.

Pokręciła głową.

– Nie wiem.

Wskazała kanapę, zadzwoniła po służącą i kazała podać gorącą czekoladę. Zrozumiałem, że w ten sposób usiłuje się uspokoić i odwlec dalszą rozmowę. Palce wciąż skubały tkaninę sukni, w oczach czaił się strach, twarz nie potrzebowała pudru, by wyglądać jak oblicze osoby obcującej z duchami.

Kiedy dziewczyna wyszła z salonu, postawiwszy na etażerce tacę z dzbankiem i dwiema filiżankami, madame wstała, lecz nie podała mi napoju. Podeszła do stolika i uniosła blat – moim oczom pokazał się prosty mechanizm złożony z kilku sznurków i kółek zębatych.

– Ten stolik to mój wynalazek – powiedziała. – Zabawa. Jak to wszystko – zatoczyła ręką krąg, wzięła do ręki leżącą na etażerce talię tarota. – Ja… nie wierzę w duchy, ale daję jednym ludziom nadzieję lub ukojenie po stracie, innym zaś rozrywkę. Pański przyjaciel przyszedł po to drugie, prawda? Na czwartkowe séances przychodzą głównie zamożni, znudzeni paryżanie. A pan… pan przyszedł, bo z nim się coś stało, prawda?

– Nie wiem, czy coś się stało – odparłem, bo nagle zapragnąłem uwierzyć w to, co mówił policjant. – Może Albert wyjechał do wód?

Bladoniebieskie oczy wpatrywały się we mnie tym razem z niedowierzaniem.

– Pan nie rozumie, prawda?

Rozłożyłem bezradnie ręce. Tak, nie rozumiałem, co wstąpiło w przyjaciela… I nagle uświadomiłem sobie, co musiała mieć na myśli. Jej przerażenie przed chwilą, kiedy wróżba pokazała i moją śmierć. Poczułem, że po plecach spływają mi lodowate krople.

– To – wskazałem na stolik, na którym liściasta strzała wciąż tkwiła w literze T – nie jest zabawa, tak?

Skinęła głową.

– Czasem pozwalam gościom sterować blatem, czasem coś podpowiadam. Kiedy tu usiadł pański przyjaciel, z początku myślałam, że zna podobne zabawy i sam wybiera litery. Zwłaszcza że nie okazał przerażenia, tylko roześmiał się, jakby los sprawił mu zabawny psikus.

Wyciągnąłem list Alberta.

– Niech pani przeczyta, bo zastanawiam się, które z państwa kłamie.

Przebiegła tekst wzrokiem i jeszcze większa bladość pokryła jej policzki, choć wydawało się to niemożliwe. Długo nie podnosiła wzroku.

– Musiało mu się tak wydawać – powiedziała w końcu cicho. – Wielu z moich gości naczytało się modnych powieści i wyobraża sobie mistyczne przeżycia. A ja jestem tylko kobietą, która usiłuje zarobić na życie.

Chwyciłem ją za ręce. Drgnęła, ale nie wyrwała się; siedziała sztywno niczym lalka-automaton, kolejna modna rozrywka znudzonych młodzieńców pokroju Alberta.

– Co pani ukrywa? – zapytałem.

Bardzo powoli podniosła głowę. W oczach pozbawionych teraz niemal całkowicie koloru czaiła się pustka.

– Niech pan idzie – powiedziała T. głucho. – Nie potrafię panu pomóc.

– Co pani ukrywa?! – krzyknąłem, potrząsając nią. – Pani się śmiertelnie przeraziła, kiedy ten stolik przed chwilą zawirował! Z początku sądziła pani, że to Albert steruje blatem… czyli potem przyszła inna myśl?

Pozostawała tak doskonale nieruchoma, że miałem ochotę zedrzeć z niej suknię, by przekonać się, czy nie kryje mechanicznych członków, poruszanych sznurkami niczym blat stolika.

– To się nigdy wcześniej nie wydarzyło – wyszeptała w końcu. – Niech pan już idzie.

Nie wierzyłem w jej słowa, wiedziałem jednak, że nic więcej tu nie wskóram. Wsunąłem list Alberta z powrotem do portfela i wyjąłem stamtąd banknot.

– Niech pan nie płaci – powiedziała głucho madame T. – Błagam, niech pan nie płaci.

*

Wracałem piechotą, choć od domu dzieliła mnie godzina drogi. Wczesny zmierzch już zapadł, gazowe latarnie ledwie rozświetlały szarą, wilgotną mgłę.

Tym razem kroki usłyszałem przed sobą, a potem mrok zaczął kształtować się w postać. Mgła stłumiła krzyk.

– Albert? Albert?!

Zatrzymał się, nasze spojrzenia spotkały się – a w jego oczach była ta sama pustka, którą dopiero co oglądałem we wzroku spirytystki.

– Albert, to ja, nie poznajesz mnie?

Wyciągnąłem ręce, chciałem chwycić go w ramiona, poprowadzić do domu, gdzie rozgrzejemy się przy kominku dobrym winem.

I trafiłem na powietrze. Za mną mgła pożerała cichnące kroki.

Rzuciłem się biegiem w tamtą stronę, wpadłem na przechodnia, który okazał się nie być Albertem, wymamrotałem przeprosiny i pędziłem dalej za złudnym pogłosem, aż w końcu poślizgnąłem się na wyboistym bruku i usłyszałem nad sobą wiązankę przekleństw pomieszaną z rżeniem konia i uderzeniem czegoś ciężkiego w mur.

Otrzeźwiło mnie to. Zobaczyłem tuż obok przechyloną dorożkę, jedno z kół leżało kilka kroków dalej. Fiakier miotał nadal w moim kierunku najgorszymi epitetami. Wyjąłem portfel i wcisnąłem grożącemu mi policją człowiekowi wszystkie banknoty. Uspokoił się, niemniej kątem oka dostrzegłem charakterystyczną sylwetkę żandarma. Nie było sensu uciekać.

*

Zażądałem rozmowy z tym samym komisarzem, u którego wcześniej zgłosiłem zaginięcie Alberta, i zdałem mu relację z wydarzeń poprzedzających wypadek.

– Dlaczego pan od razu nie powiedział, o kogo chodzi? – zapytał, pobladły.

Nie chciałem mu wypominać, że sam tego nie skojarzył; Albert nosi nazwisko dość pospolite.

– Nie chciałem, żeby jego pozycja społeczna rzutowała na śledztwo.

Uraczył mnie spojrzeniem spode łba, mówiącym wyraźnie „na razie nie ma żadnego śledztwa, ale być może popełniłem największy błąd w życiu, nie wszcząwszy go od razu”.

– Jutro skoro świt wyślę ludzi do tej kobiety.

Pokręciłem głową. W opowieści pominąłem własną wizytę u madame T. i obracający się samorzutnie stolik.

– Ona nie ma z tym nic wspólnego.

To było kłamstwo w żywe oczy. Byłem absolutnie przekonany, że jeśli ktokolwiek ma ze zniknięciem – i pojawianiem się – Alberta związek, to właśnie ona. Nie miałem tylko pojęcia, na czym ten związek polega. Przede wszystkim zaś nie podejrzewałem, żeby kobieta była winna.

– Pozwoli pan, że to my zdecydujemy – odparł komisarz z przekąsem, a ja pożałowałem, że chciałem z nim rozmawiać.

– Czy mogę wrócić do domu? Dałem fiakrowi wysokie odszkodowanie.

– Nie widzę powodu, żeby pana przetrzymywać.

Poszeptał chwilę z podwładnym, który mnie zatrzymał, po czym zostałem puszczony wolno.

Przed komisariatem czekała na mnie dorożka, pojechałem więc potulnie do domu.

Była już noc, powinienem położyć się od razu do łóżka, lecz ponieważ nie czułem senności, kazałem sobie podać gorący napar z liści pomarańczy i coś do zjedzenia.

– I zamknij porządnie drzwi – burknąłem do służącego – bo ciągnie zimno.

– Drzwi są zatrzaśnięte, położyłem też koc na progu – odparł valet, po czym dodał, zanim zdążyłem zareagować: – Tak samo zrobiłem z oknami.

To była prawda, a mimo to czułem lodowaty powiew pełznący po parkiecie, przenikający przez dywan, wspinający się ku mnie, by chwycić za gardło…

W oknie, rozświetlonym jedynie daleką poświatą ulicznej latarni, dostrzegłem cień. Wkrótce wśród kropli na szybie zarysowała się twarz i było to znów oblicze Alberta, którego nie mógłbym z nikim pomylić! Usta zjawy otwarły się, jakby chciała mi coś powiedzieć albo jakby krzyczała z bólu. Przyskoczyłem do okna, zacząłem się mocować z zamkiem. Marznący deszcz spływał powoli, rozmazując widmową postać.

Wybiegłem z kamienicy, lecz na zewnątrz nie było nikogo, tylko gałęzie starej lipy uderzały w szyby.

– Albert! – zawołałem w pustkę.

Nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że przyjaciel istotnie umarł, a ja widzę tylko jego ducha.

W oddali słyszałem kroki i omal nie rzuciłem się znów w ich kierunku. Powstrzymał mnie służący, który przyskoczył do mnie z płaszczem i parasolem.

– Przeziębi się pan! – oznajmił z naganą.

– Vincent… – Głos mi drżał, cały dygotałem, jakby już trawiła mnie gorączka. – Tam idzie pan Albert, słyszysz?

Kroki umilkły, tylko wiatr szeleścił suchymi liśćmi na chodniku.

Wróciłem do domu, zażądałem grzanego wina, po czym wyciągnąłem z portfela fatalny list. I zamarłem. Kartka była zamoknięta, a na samym dole widniał dopisek, którego z całą pewnością wcześniej nie było. Trzy słowa po łacinie „Tu ne quaesieris”. Znałem je doskonale, pamiętałem Alberta recytującego ten wiersz w liceum, ale kto dodał cytat do listu, z którym prawie się nie rozstawałem?

I dlaczego papier był wilgotny i zimny?

Przeszedł mnie dreszcz na wspomnienie widma.

I na jeszcze jedno wspomnienie. „Jutro skoro świt wyślę ludzi do tej kobiety”.

– Vincent, znajdź fiakra! – krzyknąłem, lecz uświadomiłem sobie, że godzinę przed północą niełatwo będzie znaleźć dorożkę, chyba że ktoś z sąsiadów akurat wracałby z teatru albo kolacji. – Albo lepiej konia ze stacji pocztowej!

– Pogoda taka, że pan kark skręci – burknął służący.

– Rób, co ci każę.

Pół godziny później pędziłem po śliskich ulicach. Cylinder spadł z głowy na pierwszym zakręcie, ale nie przejąłem się tą stratą. Kilka razy omal nie wyleciałem z siodła, zmrożony deszcz siekł mnie po twarzy, cudem wyminąłem łachmaniarza pchającego taczki pod murami kamienic.

Otworzył mi ten sam młodzian, co poprzednio. Tym razem ujrzałem w nim rzeźnika w fartuchu zbryzganym krwią, więc cofnąłem się z przerażeniem, by zaraz dostrzec, że pierwsze skojarzenie miałem poprawne: człowiek ten miał narzucony na koszulę chałat poplamiony farbami.

Nie czekałem na uwagi w kwestii dobijania się koło północy, tylko pobiegłem, przeskakując stopnie, na pierwsze piętro. Niemalże spodziewałem się zobaczyć znów widmo Alberta, lecz otwarła mi sama madame T. w nocnej koszuli i ze splecionymi w warkocz ciemnymi włosami przetykanymi siwizną, z lichtarzem w ręce.

– Nie mamy chwili do stracenia! – krzyknąłem. – Niech pani się ubierze i jedzie ze mną! Rano będzie tu policja!

Spodziewałem się protestów, nie rezygnacji i bierności. Kiedy z salonu przeszła do znajdującego się obok pokoju, podejrzewałem, że nie wróci do mnie i będę zmuszony wtargnąć do sypialni czy buduaru.

Ona jednak stanęła przede mną w sukni i narzuconym na nią ciepłym wełnianym płaszczu, ja zaś nagle uświadomiłem sobie, że nie miałem pomysłu, co dalej. Pragnąłem zabrać ją stąd, żeby nie opowiedziała policji o przygodzie Alberta i mojej, o tym, że w naszej obecności działo się tu coś nieoczekiwanego. Podszedłem szybko do stolika, on jednak ani drgnął.

– Co tu się dzieje? – wyszeptałem.

Byłem przekonany, że kiedy się odwrócę, jej tam nie będzie, ale stała w tym samym miejscu, nawet nie drgnęła.

– Niech mnie pan stąd zabierze. Opowiem panu wszystko, co wiem.

Spojrzałem w jej oczy. W przyćmionym świetle zdawały się niemal czarne, lecz przynajmniej nie były całkowicie puste, jak kilka godzin temu.

– Pani wie, czy on żyje?

– Nie. – Pokręciła głową i dodała szybko: – Nie wiem. Nic już nie wiem. Niech mnie pan stąd zabierze.

*

Moje mieszkanie nie był dobrą kryjówką, ale po nocy, konno, we mgle i marznącej mżawce nie byłbym w stanie dojechać z drugą osobą w żadne dalej położone miejsce. Rozważałem umieszczenie madame T. w hotelu, nie chciałem jednak spuszczać jej z oczu.

– Jutro wyjedziemy na wieś – mruknąłem, kiedy oddawałem wodze konia zdumionemu, lecz o nic nie pytającemu Vincentowi.

– Jutra nie będzie – odparła nieswoim głosem, a mnie przeszedł dreszcz.

– Niech pani nie wierzy w te brednie. Pani wie najlepiej, ile są warte.

Udawałem odwagę i obojętność, których nie było we mnie. Czy list Alberta był tym samym? Popisem brawury w obliczu przerażenia?

– Widzę wciąż jego widmo – powiedziałem, usadowiwszy się przed kominkiem, w którym Vincent, zachowujący nadal stoicki wręcz spokój, napalił bez szemrania.

Madame zignorowała to wyznanie. Sięgnęła po kubek z grzanym winem, zamknęła oczy i przez chwilę delektowała się zapachem, by następnie wychylić wszystko duszkiem.

– Smakuję chwilę – powiedziała wyjaśniającym tonem. – Tylko to mi pozostało.

Potrzebowałem chwili, by zrozumieć, czemu i te słowa wywołały we mnie dreszcz.

Carpe diem – szepnąłem. – Pani to zna?

– W szkołach dla dziewcząt uczą trochę łaciny – odparła z przekąsem.

To było nierealne: siedzieliśmy przed kominkiem, w którym na przekór pogodzie wesoło buzował ogień, rozmawialiśmy o Horacym i szkolnych doświadczeniach, jak gdyby za oknem nie czaiły się mary, a lodowe języki nie sięgały do wnętrza.

– Pan chciał wyjaśnień – odezwała się po chwili. – Słyszał pan o quimbois?

Pokręciłem głową.

– A był pan kiedykolwiek w koloniach?

Też musiałem zaprzeczyć. W licealnych latach roiliśmy wraz z Albertem o takiej podróży, bo jego rodzina miała związki z Antylami… Nie, to niemożliwe, nie przedsięwziąłby przecież wyprawy z dnia na dzień, bez przygotowań, nie opowiedziawszy się nikomu.

Kobieta jakby czytała mi w myślach.

– Ja urodziłam się na Martynice – oznajmiła. – I tam wszystko się zaczęło. Tylko ja w to nie wierzyłam… Do dnia, w którym w moim salonie pojawił się pański przyjaciel.

Popłynęła opowieść, jakby wino rozwiązało pani T. język. Historia pełna dygresji, o młodości w koloniach, śmierci rodziców w pożarze i o tym, jak dwunastoletnią Blanche, bo tak madame miała na imię, przygarnęli bezdzietni wujostwo na południu Francji. Jak i oni zginęli w wypadku dyliżansu, kiedy dziewczyna miała niespełna dwadzieścia lat.

– Śmierć kroczy w ślad za mną – powiedziała, a w jej oczach znów zagościła znana mi już pustka. – Nie wiem, czemu tym razem wybrała akurat panów. Quimbois to sprawa między mną a Martyniką.

Z wcześniejszej opowieści wywnioskowałem, że tajemnicza nazwa odnosi się do miejscowej magii, nadal jednak nie widziałem związku z Albertem.

– Dlaczego? – szepnąłem bardziej do siebie niż do rozmówczyni.

Pytanie dotyczyło przyjaciela, ona jednak najwyraźniej zrozumiała je inaczej, bo westchnęła ciężko i nagle z kobiety, która ze swadą opowiedziała mi swoje dzieje, przemieniła się znów w przerażoną istotę, którą widziałem w jej własnym salonie.

– Kilka dni przed tym, jak wypłynęliśmy do Francji – powiedziała bardzo cicho, skubiąc znów materiał sukni – natknęłam się w Fort-de-France na osobę, o której wcześniej jedynie słyszałam. Euphémie była legendą, nikt nie wierzył, że wciąż żyje, przepowiadała przecież przyszłość jeszcze w poprzednim stuleciu, a jednak ludzie opowiadali, że pojawia się nadal w porze zmierzchu na ulicach miasta. Tak było i ze mną. Wynurzyła się z mroku, jakby sama była z niego utkana, dotknęła mojej dłoni i natychmiast się cofnęła. Nie wiem, czy była zjawą, czy żywym człowiekiem, lecz słowa, które przypłynęły do mnie, kiedy jej palce musnęły moje, brzmią mi w uszach do dziś. „Strzeż się śmierci, dziewczyno”, tak mi powiedziała. Przez lata myślałam, że to ja przynoszę śmierć i tego muszę się strzec.

Zamilkła, a ja czułem, że po jej głowie krążą podobne myśli jak po mojej.

– Bawiła się pani profesją tej Euphémie. Dlaczego?

– Chciałam udowodnić sobie i światu, że to bajki, że nie jestem przeklęta. Przez dwadzieścia lat stawiałam ludziom karty, wróżyłam wahadełkiem, najpierw w Awinionie, potem, kiedy zyskałam renomę na prowincji, przyjechałam do Paryża…

– Gdzie zaczęła pani też wywoływać duchy, bo nastała na to moda? – wszedłem jej w słowo. – Wszystko ku uciesze znudzonych młodzieńców, jak mój przyjaciel?

Potaknęła.

– Nie skłamałam, mówiąc panu, że dawałam ludziom nadzieję. Oszukiwałam, bo oni chcieli być oszukiwani, pragnęli ukojenia lub rozrywki. Dostawali to, czego chcieli. A ja uwierzyłam, że Euphémie nie była w swoim czasie niczym innym niż ja, że to spotkanie było tylko grą wyobraźni, podpowiedzią, co mogę robić w życiu.

Zapadło milczenie, przerywane jedynie trzaskaniem ognia w kominku i miarowym stukotem deszczu o szybę. Polana dopalały się, a dźwięk gongu zegara, który wybił trzecią godzinę, zabrzmiał niczym złowróżbny dzwon.

– Jest już jutro – powiedziałem, by odgonić posępną atmosferę. – Oboje żyjemy.

– Nie powinnam była igrać z tym wszystkim – odparła. – Nie ja.

Wciąż coś ukrywała, coś, co mogło być kluczem do zagadki. Za kilka godzin policja wejdzie do jej mieszkania, odkryje oszukańcze stoliki, a przede wszystkim przekona się, że madame zniknęła. A ja nadal nie miałem dowodów na to, że jest niewinna. Co więcej, zaczynałem nabierać przekonania, że nawet jeśli nie stoi za zniknięciem Alberta, ma z tym bezpośredni związek. Żeby rozwikłać zagadkę i być może uratować przyjaciela, potrzebowałem kilku elementów, lecz nie wiedziałem, gdzie ich szukać.

– Mówiła pani o quimbois – nie byłem pewny, czy dobrze zapamiętałem nazwę. – O co z tym chodzi? To miejscowa magia, tak?

Skinęła głową.

– Kiedy w naszym domu wybuchł pożar, mówiono, że podpalaczem był czarownik.

Chwyciłem się w rozpaczy za głowę. Co jeszcze kryło się w jej historii?

– Pan nie zna kolonii. – Na jej ustach zagościł blady uśmiech, jakby domyśliła się gonitwy moich myśli. – Tam wszyscy wierzą w duchy, czary i demony. Wierzą czarni i biali. W miłość i śmierć. Właśnie dlatego tak bardzo chciałam się od tego odciąć, pokazać, że to gusła i przesądy. Pan zacytował Horacego, pamięta pan cały wiersz? Pamięta pan, czego należy się wystrzegać?

– „I babilońskich nie pytaj wróżbiarzy” – zacytowałem i tym razem mój głos zabrzmiał głucho, jakby pustka, która wyzierała niekiedy z oczu Blanche, wkradła się również w moją duszę.

– Żyłam chwilą, nie pytałam, nie szukałam odpowiedzi na to, co otaczało mnie na rodzinnej wyspie. Myślałam, że przed tym uciekłam. Kim jest pański przyjaciel? Kim jest pan? Dlaczego niesiecie mi śmierć?

Te słowa uderzyły mnie niczym obuchem.

– Pani śmierć?

Potaknęła.

– Jeszcze pan nie zrozumiał? „Strzeż się śmierci, dziewczyno”. Kiedy on wyszedł, ten pański przyjaciel, kiedy zakończył się seans, postawiłam sama sobie karty. Nigdy tego nie robiłam. Stawiałam je raz za razem i zawsze wychodziła śmierć. Przyszła po mnie po latach krążenia dookoła.

– Nie – powiedziałem z mocą – nikt nie umrze. Dlaczego ten czarownik chciał śmierci pani rodziny? I co ma do tego Albert Dupont?

Kubek po winie, który Blanche wciąż trzymała w rękach, upadł na podłogę z brzękiem.

– Skąd pan zna to nazwisko?

Spojrzałem na nią ze zdumieniem.

– Tak się nazywa mój zaginiony przyjaciel. Myślałem, że pani wie…

W liście nie było podpisu, a na seansie goście zapewne się nie przedstawiali. Miała prawo nie wiedzieć. Nadal jednak nie rozumiałem…

– To dlatego on go wybrał na narzędzie – szepnęła. – Czarownik nazywał się Albert Dupont, to popularne nazwisko. Był synem niewolnicy…

Urwała, bo tym razem ja pobladłem.

– Stryjeczny dziadek Alberta był urzędnikiem kolonialnym jeszcze przed rewolucją, kiedy Fort-de-France nazywało się Fort-Royal. Nie rozumiem tylko, co ma do tego pani rodzina…

Gdyby ktoś spojrzał na nas teraz przez okno, musiałby uznać, że rozmawiają dwa upiory, bo trudno było powiedzieć, które z nas było bledsze. Ogień dogasał, po podłodze pełzły znów języki lodowatego powietrza.

– Widzi pan – odparła Blanche z niespodziewanym spokojem – kiedy moi rodzice zginęli w pożarze, Albert Dupont, czarownik parający się podobno quimbois, nie żył od kilku lat. Zastrzelił go mój ojciec, gdy Dupont usiłował uwieść jego siostrę, nasłał na nią demona zmysłowego szaleństwa.

Wszystko zaczęło układać się w upiorną, lecz sensowną całość.

– Dlaczego ja?

– Bo pan go szukał. Tylko dlatego. On się obawiał próby powstrzymania losu. A pan nie jest częścią tej historii. Ja jestem ostatnia, to moją śmierć wywróżył stolik. Rzeczywiście ten mebel jest moim dziełem, ale byłam na tyle nierozsądna, by wykorzystać pamiątkę przywiezioną z Martyniki. Quimbois to magia związana z drewnem, z panowaniem nad nim. Pański przyjaciel nie skłamał w liście. Wiedziałam w chwili, kiedy go zobaczyłam. Nie chciałam, by dotykał tego blatu.

Ująłem ją za rękę, nie zaprotestowała.

– Niech mi pani pozwoli sobie pomóc.

Zamknęła oczy.

– Czemu pan nie chce pozwolić mi odejść? Zgrzeszyłam pychą, drwiłam z sił, których nie rozumiałam.

Ledwie jej słuchałem, bo w myślach układałem ostatnie elementy tej historii.

– Magia drewna – powtórzyłem bez przekonania. – Uważa pani, że duch Alberta Dupont ukrywał się w pani mebelku i czekał na okazję, by doprowadzić zemstę do końca? I wykorzystał w tym celu swojego krewnego i imiennika?

W korytarzu rozległy się kroki. Nie poderwałem się, nie pobiegłem w tamtym kierunku, bo nagle poczułem, że ogarnia mnie uczucie, którego w żaden sposób bym się nie spodziewał: pożądanie. Siedząca przede mną kobieta wydała mi się najponętniejsza na świecie, miałem ochotę zedrzeć z niej suknię, już nie po to, by przekonać się, czy skrywa żywe ciało, ale by posiąść to ciało w uścisku miłości i śmierci. Co więcej, w jej oczach dostrzegłem podobny głód, jej dłonie zaczęły szukać moich.

Przekleństwo zmysłów – wyszeptała Blanche, szarpiąc moją koszulę. – Dupont…

Kroki ucichły, drzwi do salonu otwarły się cicho i stanął w nich Albert, utkany z mgły i deszczu, a zarazem całkowicie cielesny. W wyciągniętej ręce trzymał pistolet, palec powoli odciągał kurek.

– Uciekaj, to demon! – zdążyła krzyknąć Blanche i w tej samej chwili padł strzał.

Odruchowo zasłoniłem ją ciałem i poczułem przeszywający ból w piersi.

– Jules! – krzyk Alberta rozdarł ciszę. – Nie!

Przyjaciel rzucił się ku mnie, zaczął tamować krew, chwilę później do salonu wpadli Vincent i stary Marchand.

Byłem przekonany, że umieram, bo zdołałem odwrócić przeznaczenie i uratować Blanche T., chciałem powiedzieć to tym wszystkim ludziom pochylającym się nade mną, opatrującym ranę.

– Blanche – szepnąłem i wtedy mój wzrok napotkał szkliste, spokojne spojrzenie martwych oczu.

– Wygląda na to, że miałeś szczęście, Jules – powiedział Albert – kula tylko musnęła cię po żebrach, ale, parbleu, co tu robiła ona? I co się tu stało? Skąd ja się tu wziąłem?

Chciałem wykrzyczeć, że to on strzelał, on ją zabił, lecz w tej chwili rozległy się kroki. Ku drzwiom zmierzał cień, pistolet upadł na progu salonu, jakby Albert nigdy nie trzymał go w ręce.

Ja zaś osuwałem się powoli w ciemność z błogim poczuciem, że na czas jakiś zabiję ennui przyjaciela.

Koniec

Komentarze

Cześć!

Od strony technicznej bez zarzutu, oddaję tylko jedną drobną sugestię pod Twoją rozwagę:

Tym razem uj­rza­łem w nim rzeź­ni­ka w far­tu­chu zbry­zga­nym krwią, więc cof­ną­łem się z prze­ra­że­niem, by zaraz do­strzec, że pierw­sze sko­ja­rze­nie mia­łem po­praw­ne: czło­wiek ten miał na­rzu­co­ny na ko­szu­lę cha­łat po­pla­mio­ny far­ba­mi.

Pierwsze skojarzenie było na tyle dawno, że ja już zapomniawszy. Może by tak przeredagować i dać czytelnikowi jakąś przypominajkę?

 

Napisane bardzo ładnie i świetnie się czytało. Podobał mi się deszczowo-niesamowity klimat, a opowieść zaciekawiła. Niestety, rozwiązanie zagadki – albo raczej sposób zaprezentowania rozwiązania – trochę mnie rozczarowały. No bo tak. Fabuła jest w zasadzie liniowa, główny bohater właściwie nie robi przez cały tekst nic, poza plątaniem się i snuciem. Czyta się to dobrze, nie nudzi, cały czas budujesz klimat, co samo w sobie jest okej, ale… Wreszcie chłop zaplątuje się do postaci, która wszystko mu wyjaśnia, od A do Z, zero problemów. Na co poszło 30k znaków? Wydaje mi się, że opowiadaniu przydałaby się drobna zmiana rozłożenia akcentów; mniej plątaniny, więcej zagadki. Szczerze mówiąc, bardziej zaciekawiłaby mnie ta opowieść pani T., którą tylko streściłaś:

Po­pły­nę­ła opo­wieść, jakby wino roz­wią­za­ło pani T. język. Hi­sto­ria pełna dy­gre­sji, o mło­do­ści w ko­lo­niach, śmier­ci ro­dzi­ców w po­ża­rze i o tym, jak dwu­na­sto­let­nią Blan­che, bo tak ma­da­me miała na imię, przy­gar­nę­li bez­dziet­ni wu­jo­stwo na po­łu­dniu Fran­cji. Jak i oni zgi­nę­li w wy­pad­ku dy­li­żan­su, kiedy dziew­czy­na miała nie­speł­na dwa­dzie­ścia lat.

Niemniej, pomysł fajny, wykonanie bardzo porządne, więc klika otrzymujesz.

 

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Witaj.

 

Z technicznych mam wątpliwości:

Miałem wręcz wrażenie, że obok własnego walącego jak młotem serca słyszę drugie. – tu mi nieco zgrzytnęło

 

… jak dwunastoletnią Blanche, bo tak madame miała na imię, przygarnęli bezdzietni wujostwo na południu Francji. – i tu

 

Dość zagadkowe treści. Tajemnica długo trzyma w niepewności. Mroczna historia z koloniami, losami dziewczyny/staruszki, zemstą czarownika, powiązaniami rodów – bardzo ciekawa. 

Forma opowiadania nader typowa dla Ciebie, świetny język, mnóstwo obcojęzycznych form, dodających uroku dialogom. Doskonale czuje się klimat grozy oraz horroru. 

 

Pozdrawiam i klikam podwójnie. ;)

Pecunia non olet

Cześć drakaina !!!

 

Trochę nie najlepiej się czuję w tej chwili ale nie chcę odwlekać oceny na później. A więc tak; początek mnie zaciekawił, kilka zdań w tekście bardzo mi się spodobało, kilka wątków czy zdań jak zwał tak zwał. Czasem na chwilę wdarła się lekka nuda, ale to na chwilkę. Końcówka według mnie bardzo złożona niczym kryminał :) Ogólnie ciekawie się czytało. Ja tam nie specjalnie lubię opowieści z duchami a więc ta moja pozytywna ocena tylko może dobrze świadczyć o Twoim opku. Zakończenie, twist ciekawy. Dużo rzeczy wyjaśniło się na końcu i to na duży plus.

 

Pozdrawiam!!!

Jestem niepełnosprawny...

Mnie się też podobało – przede wszystkim dobrze splatasz intrygę i prowadzisz nas do rozwiązania, umiejętnie kreując klimat. Fakt, że bohater dostaje jej rozwiązanie niejako na talerzu, ale do takiej stylizacji na klasyczne opowieści grozy właśnie z czasów Maupassanta czy Poego to w sumie pasuje. Podobają mi się główny bohater i to, jak piszesz taką frenetyczną romantyczną przyjaźń o pół kroku o platonicznego zakochania – to też jest historycznie trafione, no ale tobie akurat nie muszę o tym mówić.

Gdy zobaczyłem Twój tekst z tagiem Nokturny, ale nie horror, rzuciłem się nań jak wygłodniały pies. Czytam pracowicie horrory konkursowe, bo nieopatrznie się w to wdałem i mam dość, a ich przybywa. Twój tekst mnie nie zawiódł. Z przyjemnością czytałem opowieść zawierającą elementy zagadki kryminalnej, okultyzmu, magii i grozy, ale bez lejącej się strugami krwi i działających zombich. Do tego umiejscowiona akcja w XIX wieku w sposób nie nachalny ma swój koloryt. Otwarte zakończenie daje możliwość uruchomienia własnej fantazji co do dalszych losów bohaterów. Klik

Drodzy komentatorzy!

 

Bardzo wam dziękuję za miłe słowa :)

 

Zacznę od końca:

 

 

@Miś

Otwarte zakończenie daje możliwość uruchomienia własnej fantazji co do dalszych losów bohaterów

Hmm. Zaczęłam właśnie się zastanawiać, czy to ma potencjał na sequel…

 

@ninedin

Fakt, że bohater dostaje jej rozwiązanie niejako na talerzu, ale do takiej stylizacji na klasyczne opowieści grozy właśnie z czasów Maupassanta czy Poego to w sumie pasuje.

Bo to w założeniu nie miał być kryminał, w którym bohater rozwiązuje zagadkę. To miała być frenetyczna opowieść o człowieku, który szuka przyjaciela, nie znajduje pomocy, bo tu nikt nie może pomóc – to jest historia, która ma się sama wyjaśnić, niezależnie od wysiłków bohatera.

 

piszesz taką frenetyczną romantyczną przyjaźń o pół kroku o platonicznego zakochania

Tak, bardzo w to celowałam.

 

@Dawid

Ja tam nie specjalnie lubię opowieści z duchami a więc ta moja pozytywna ocena tylko może dobrze świadczyć o Twoim opku.

To duży komplement :)

 

@Bruce

O ile z sercem może istotnie coś zgrzyta, o tyle nie rozumiem uwagi o wujostwie, ale poza tym dziękuję za kliki ;)

 

@Gravel

Zawsze miło, że coś się spodobało ;) ale przyznam, że (jak zwykle w podobnych okolicznościach) nie rozumiem uwagi

Wreszcie chłop zaplątuje się do postaci, która wszystko mu wyjaśnia (…) opowiadaniu przydałaby się drobna zmiana rozłożenia akcentów; mniej plątaniny, więcej zagadki.

Tylko że to w założeniu nie miał być kryminał. Jak już pisałam do ninedin, to miała być historia, w której bohater nic nie może znaleźć ani odgadnąć na własną rękę, bo wszystko zostało ułożone i wykonane przez postać, która w zasadzie się nie pojawia w akcji. I z którą nie ma szans na porozumienie. Starałam się, żeby było tak, że ona nie do końca mu wyjaśnia, a raczej, że oni sobie wzajemnie wyjaśniają, bo żadne z nich nie ma wyjściowo wszystkich danych i dopiero jak on przypadkiem poda nazwisko, a ona wspomni o Martynice, to odgadują – oboje – co się stało, ale jest za późno, żeby czemukolwiek zapobiec.

Jak pewnie wiesz, nie jestem fetyszystką (a nawet zwolenniczką) zasady, że punkt widzenia musi być punktem działania. Tu działanie jest poza przedstawioną akcją, mamy tylko jego przebłyski i to jest celowe założenie. 

 

Szczerze mówiąc, bardziej zaciekawiłaby mnie ta opowieść pani T., którą tylko streściłaś

Mam wrażenie, że opowiadanie poświęcone tej historii byłoby banalne ;) Tzn. można by o tej kobiecie napisać pewnie fajną obyczajówkę, ale jako fanastyka? Widzę tu marny potencjał na coś naprawdę ciekawego.

 

Niemniej dziękuję za klik i opinię, że czyta się dobrze.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję, czasem coś mi nie pasuje, ale to tylko takie moje niezbyt poprawne odczytanie. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Przeczytawszy.

Tekst łączy zgrabną intrygę i ciekawe tło. Co prawda podobnie do gravel mam wątpliwości, czy nie skupiamy się aby na mniej ciekawym bohaterze (pani T. zdecydowanie powinna dostać więcej miejsca lub własny spin off)… Ale historia wciąga tak czy inaczej. I chociaż rozwiązanie intrygi potem wydaje się tak proste, że nie wierzymy, że musiała doprowadzić nas do niego tak pogmatwana historia… Cóż w życiu też tak bywa, nawet bez mędrców i magów.

Wyznam Ci, Oidrin, że gdybym pisała po ogłoszeniu wyników, to napisałabym ostry weird może i ze skrętem w bizarro, tyle że vintage ;) (No dobra, vintage piszę prawie zawsze)

http://altronapoleone.home.blog

Jak pewnie wiesz, nie jestem fetyszystką (a nawet zwolenniczką) zasady, że punkt widzenia musi być punktem działania. Tu działanie jest poza przedstawioną akcją, mamy tylko jego przebłyski i to jest celowe założenie. 

To nam się gusta rozjechały, bo ja nieszczególnie przepadam za przyglądaniem się wydarzeniom z daleka, wolę widzieć je przed sobą, na ekranie. Ale skoro taki miałaś zamysł… Ty tu jesteś khaleesi, Ty tu rządzisz ;)

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Wydawało mi się, że kwestia naszych rozjechanych gustów jest powszechnie znana ;)

http://altronapoleone.home.blog

Oj tam oj tam. Na przykład Twój ostatni tekst w Nowej Fantastyce bardzo mi się podobał.

three goblins in a trench coat pretending to be a human

To miłe, ale jednak przyznasz, choćby w kontekście nowego wątku w HP, że mamy zazwyczaj odmienne oczekiwania :)

http://altronapoleone.home.blog

Nastrojowa historia.

Spodobały mi się opisy zjawisk nadprzyrodzonych – prawie widzenie ducha w deszczu, na szybie, wszędzie i przy każdej okazji. Coś takiego musi działać na nerwy.

Sama fabuła dość prosta, ale pewnie sobie nie poszalejesz przy konkursowym limicie.

Babska logika rządzi!

A podziękować, Finklo :) za last klik na gwiazdkę ;)

 

Czasem mam wrażenie, że nastroje są tym, co mi wychodzi najlepiej XD Zwłaszcza przy niskich limitach

http://altronapoleone.home.blog

Dłobiazg.

30 koła to niski limit? Uch, ależ niektórzy są rozrzutni ze znakami… ;-)

Babska logika rządzi!

Ćwiczę ostatnio cnotę pisania na 30k i chyba coraz lepiej mi to wychodzi, ale do mistrzostwa jeszcze mi daleko XD

http://altronapoleone.home.blog

Ale celem jest zmieszczenie się w 30 k czy napisanie dokładnie 30 k? ;-)

Babska logika rządzi!

Ekhem. Czasem bawię się w to drugie…

http://altronapoleone.home.blog

Nominuję za:

*  język, oddający żywo i plastycznie klimat epoki,

* wartką, wciągającą fabułę i ciekawie poprowadzone zakończenie – rozwiązanie,

* detale, faktografię budującą realizm zdarzeń i biorących udział w nim person dramatycznych.

 

Przeczytałam komentarze, zawsze tak robię po napisaniu swojego komentarza, chcąc sprawdzić, czy coś ważnego, zauważonego przez innych nie pozostawiłam odłogiem.

Dla mnie fabuła jest poprowadzona ok i zakończenie na nic nie cierpi, wręcz zdziwiłabym się, gdybyś rozpoczęła nową historię o czasach w koloniach, ponieważ rozbiłaby zamysł tego tekstu – opowieść Julesa o przyjacielu. Twój tekst przypomniał mi detektywistyczne historie, które piszesz o sama wiesz kim. 

Czy fabuła jest linearna – tak, jednak każda taką się staje, gdy nie pokazujemy innych planów i narracja prowadzona jest pierwszoosobówką.

Czy ciekawsza byłaby historia z Martyniki – nie wiem, choć sądzę że mogłaby być równie interesująca, podobnie jak powieść na ten temat.

 

pzd srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Fantastycznie budujesz klimat, językowo – jak zwykle – świetnie, czuje się, że znasz epokę. Czytało się dobrze, wciągnęło, choć fabuły wartką bym nie nazwała ;) Raczej snuje się powoli, jak to często u Ciebie, ale ja akurat takie snucie lubię :)

Zakończenie trochę mnie rozczarowało, bo cała zagadka zostaje wyjaśniona w dialogu. Nie mogła ta siła gdzieś go po drodze ostrzegać, żeby się bohater nie pchał tam, gdzie nie powinien? A i zaskoczenie Alberta na koniec wydaje mi się trochę sztuczne. Gość ma jatkę przed sobą, a wykrzykuje: Skąd się tu wziąłem?

Wiem, że taką konstrukcję opka chciałaś, ale ona prowadzi do tego, że historia nie zapada w pamięć. Ponieważ pojawiła nominacja, zabrałam się do czytania i dopiero w połowie zajarzyłam, że już to przecież czytałam. Minęły jakieś dwa, może trzy tygodnie i opko wyleciało mi z głowy.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, Irko – na szybko odpowiem póki co tyle, że w wersji do nokturnowej antologii dopisałam foreshadowingi związane z koloniami i niesamowitością stolika, żeby wyjaśnienie było zapowiedziane, natomiast nie za bardzo widzę, co by miało bohatera ostrzegać ;) 

http://altronapoleone.home.blog

Irko, dla mnie wartkość fabuły jest rzeczą względną, ponieważ zależy od rodzaju opowiadania czy filmu. ;-) Jak na opowiadanie nokturnowe sporo się działo, tj. klimat i zdarzenia zasysały mnie jako czytelnika, każąc czytać dalej. Chyba jest tak, że odmiennych rzeczy oczekuję od Tolkiena, cyberpunku, Adamsa, Prachetta, Draculi, Piły. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zachodziłem dwa razy na dzień, w końcu konsjerż powiedział mi

Od pierwszych zdań są wplatane słowa po francusku, akcja ewidentnie dzieje się we Francji, czemu zatem konsjerż a nie concierge?

 

Płatki śniegu układały się w świetle gazowej latarni w tunel.

A deszcz w tym czasie normalnie padał? Bo przypominam, że padał śnieg z deszczem.

 

Poczułem przeraźliwe zimno, lodowata woda pozbawiła mnie oddechu. A potem mocne ręce chwyciły me ramiona, pociągnęły ku ocaleniu. Nad sobą ujrzałem brodate oblicze i przez mgnienie oka wydało mi się, że zawędrowałem do ojcowskich opowieści o odwrocie spod Moskwy.

 

W drzwiach, które otwarły się, kiedy tylko wspiąłem się na ostatni stopień

 

Wskazała kanapę, zadzwoniła po służącą i kazała podać gorącą czekoladę. Zrozumiałem, że w ten sposób usiłuje się uspokoić i odwlec dalszą rozmowę. Palce wciąż skubały tkaninę sukni, w oczach czaił się strach, twarz nie potrzebowała pudru, by wyglądać jak oblicze osoby obcującej z duchami.

Strach jest doskonale widoczny w bogatym opisie zachowań medium w tym akapicie. Uważam, że zaznaczony fragment jest tutaj zbędny.

 

Wielu z moich gości naczytało się modnych powieści i wyobraża sobie mistyczne przeżycia. A ja jestem tylko kobietą, która usiłuje zarobić na życie.

Chwyciłem ją za ręce. Drgnęła, ale nie wyrwała się; siedziała sztywno niczym lalka-automaton, kolejna modna rozrywka znudzonych młodzieńców pokroju Alberta.

 

Vincent, zachowujący nadal stoicki wręcz spokój, napalił bez szemrania.

Zachowywać spokój i zrobienie czegoś bez szemrania to IMO powielanie tej samej informacji, toteż jedno z określeń bym wywalił.

A poza tym – dosłownie parę linijek wcześniej pada, że służący jest zdumiony, jednak taktownie o nic nie dopytuje. Powielona powyżej informacja powiela zatem to, co już przed chwilą padło. :>

I jeszcze odniosłem wrażenie, że Vincent ma w tej scenie poświęcone co chwilę jakieś zdanie, a w zasadzie służy tam tylko za dekorację…

 

 

No daleki jestem od zachwytu. :P Nie zagrało mi w sumie kilka rzeczy. Bardzo dziwna relacja głównego bohatera i Alberta. Pełna egzaltacji, jakichś takich emocji, których źródła nie znalazłem w tekście. Nie mówię, że zawsze wszystkie karty powinny zostać wyłożone na stół, ale tutaj bardzo niewiele tych kart w ogóle wyłożono. Albert wydaje się być lekkoduchem, jego przyjaciel zaś osobą twardo stąpającą po ziemi, stąd zarysowanie tej relacji, dlaczego tak różne osoby w ogóle się tolerują i lubią, byłoby IMO bardzo ciekawe. Szkoda.

Wątek wróżki przyjąłem raczej chłodno. Te wszystkie poblednięcia po każdym zdaniu klienta, wielkie i puste oczy, historia z przekleństwem – miałem wrażenie, że wszystko to już kiedyś widziałem. Wykładanie tajemnicy w ekspozycyjnym monologu pod koniec uznaję za wypadek przy pracy. Realia XIX-wieczne i egzotyczne ciuszki w postaci Martyniki to trochę za mało.

A może właśnie umieszczenie akcji na Martynice nadałoby temu opowiadaniu świeżości? Bo historię gościa ze średnio-wyższej klasy, posiadającego służbę, obytego w świecie, żyjącego w XIX-wiecznej Francji to mam wrażenie, że już nam opowiadałaś i to nie raz. :P

Krótko mówiąc: przeczytałem bez przykrości, ale też bez zachwytów i uważam, że masz w portfolio dużo bardziej interesujące pozycje. O “Nie pytaj” mnie nie pytaj, bo obawiam się, że może mi wylecieć z głowy za jakiś czas.

– Dlaczego pan od razu nie powiedział, o kogo chodzi? – zapytał, pobladły.

Nie chciałem mu wypominać, że sam tego nie skojarzył; Albert nosi nazwisko dość pospolite.

– Nie chciałem, żeby jego pozycja społeczna rzutowała na śledztwo.

Można by to zrozumieć w sytuacji, kiedy komisarz podjąłby śledztwo po pierwszej rozmowie.

Ale jeżeli bohaterowi zależało wówczas na tym, by śledztwo wszczęto – a tekst sugeruje, że zależało – to, wybacz drakaino, ukrywanie faktu wysokiej pozycji Alberta po odmowie komisarza nie miało najmniejszego sensu. To był argument, który mógł zmienić zdanie komisarza. Nie kupuję tego, że bohater nie użył go wcześniej.

To wygląda tak, jakbyś chciała jednak do tego śledztwa doprowadzić, a nie mając lepszego sposobu, sięgnęła po wyskakującą jak królik z kapelusza pozycję Alberta. I w sumie po co? Czy wydarzenia poprzedzające drugie spotkanie z komisarzem nie mogły by się zadziać, gdyby policja od razu wszczęła śledztwo? Moim zdaniem mogłoby. A luka fabularna by zniknęła.

Wybiegłem z kamienicy, lecz na zewnątrz nie było nikogo, tylko gałęzie starej lipy uderzały w szyby.

– Albert! – zawołałem w pustkę. […] W oddali słyszałem kroki i omal nie rzuciłem się znów w ich kierunku.

Pierwszy, drugi, trzeci raz… ok, rozumiem reakcję bohatera. Ale w końcu powinien dojść do wniosku, że to nie prawdziwy Albert, a widziadło. Wydaje mi się, że prędzej by zaczął martwić się o to, czy aby nie traci zmysłów, niż kolejny raz rzucił się w skazaną na niepowodzenie pogoń za przywidzeniem.

Ona jednak stanęła przede mną w sukni i narzuconym na nią ciepłym wełnianym płaszczu, ja zaś nagle uświadomiłem sobie, że nie miałem pomysłu, co dalej. Pragnąłem zabrać ją stąd, żeby nie opowiedziała policji o przygodzie Alberta i mojej, o tym, że w naszej obecności działo się tu coś nieoczekiwanego. Podszedłem szybko do stolika, on jednak ani drgnął.

To nie lepiej było z nią wszystko ustalić na miejscu?

Jeśli policja jej nie zastanie, to będą rozpytywać – a przecież ten odźwierny(?) jest świadkiem, który opowie o nocnej wizycie szlachcica.

Może chcesz popchnąć fabułę w kierunku takiej właśnie komplikacji, ale bohater wypada przez to nieco głupkowato.

Też musiałem zaprzeczyć. W licealnych latach roiliśmy wraz z Albertem o takiej podróży, bo jego rodzina miała związki z Antylami… Nie, to niemożliwe, nie przedsięwziąłby przecież wyprawy z dnia na dzień, bez przygotowań, nie opowiedziawszy się nikomu.

To ważna informacja. Szkoda, że nie pojawiła się ciut wcześniej. Ot, chociażby w liście, że nie zrealizują swoich pragnień o wspólnej podróży. Bo obecnie to tak wygląda, że dowiadujemy się tego, a potem ma to zasadnicze znaczenie dla fabuły, co daje takie wrażenie, jakby właśnie w ty momencie przyszło ci to do głowy.

– Stryjeczny dziadek Alberta był urzędnikiem kolonialnym jeszcze przed rewolucją, kiedy Fort-de-France nazywało się Fort-Royal. Nie rozumiem tylko, co ma do tego pani rodzina…

No, skoro są spokrewnieni i Albert ma być narzędziem, to raczej nie nie zginął. Hmm, ciekawe…

Przekleństwo zmysłów – wyszeptała Blanche, szarpiąc moją koszulę. – Dupont…

W sumie po co on rzuca ten czar? Aby nie uciekali?

 

Interesujący tekst. Jak zawsze świetnie napisany, klimatyczny, pozwalający czytelnikowi na romans z tajemnicą. Nieodmiennie jestem urzeczony tym, jak opisujesz zjawiska niesamowite – ma to taki nieco oniryczny klimat, jak z opowieści o marach i zjawach, które opowiadali sobie ludzie na wsiach.

Dostrzegam też elementy charakterystyczne, które przewijają się przez twoje opowiadania – od konstrukcji (wyjaśnienie tajemnicy tuż przed zakończeniem), przez sposoby na zawiązanie fabuły (komisarz, policja, ktoś zaginął), aż po sposób ukazywania tych niesamowitości właśnie.

Z jednej strony to urzeka, tworzy spójny obraz jednego świata we wszystkich tekstach – z drugiej… po prostu można się tego spodziewać.

Może gdyby to był pierwszy twój tekst, który przeczytałem, to byłbym pod mocniejszym działaniem niewątpliwego uroku tej historii, a tak, to parę mankamentów – wylistowane powyżej – rzuciło mi się w oczy. Poza nimi jeszcze zakończenie.

A co z nim nie tak? Otóż to, że nie jestem w stanie zrozumieć, czemu duch czarownika czekał aż do jutra i aż do momentu, kiedy madame zakończy swoją historię, by się zemścić. Jeśli posiadł ciało Alberta, mógł to zrobić od razu. Z kolei jeśli władał nim, to jak Albert napisał list do przyjaciela pozbawiony władzy nad własnym ciałem i wychodzi na to, że też pamięci o tym, co się działo/dzieje? Oczywiście, można to wytłumaczyć jakimiś warunkami tej magii, chociażby że aby czar zadziałał, musi minąć x czasu, ale w tekście tego nie ma, przez co cały ten element – w końcu zasadniczy – wypada dość naciąganie.

Swoją drogą, jeżeli tekst się kończył tak a nie inaczej, to w ogóle nie wiem po co w nim motyw komisarza. Spokojnie i bez tego można by zmotywować bohatera, aby madame odwiedził i przegadał z nią noc – chociażby dlatego, że chce się dowiedzieć, co się dzieje, ma omamy i jest zdesperowany.

Wydaje mi się, że opowiadaniu brakuje właśnie ostatnich kilku szlifów od strony fabularnej, dlatego jestem zmuszony dać NIE, choć z lektury wyszedłem zadowolony i tylko z lekkim uczuciem niedosytu przez to nagłe zakończenie – tym bardziej, że zasadnicza część historii skupia się w końcowym monologu.

"brawo. Jestem z Ciebie dumny" - Osvald

Poszeptał chwilę z podwładnym, który mnie zatrzymał, po czym zostałem puszczony wolno.

Przed komisariatem czekała na mnie dorożka, pojechałem więc potulnie do domu.

Była już noc, powinienem położyć się od razu do łóżka, lecz ponieważ nie czułem senności, kazałem sobie podać gorący napar z liści pomarańczy i coś do zjedzenia.

Po-po-po.

 

Hm, nie przekonało mnie.

Od strony technicznej, potknąłem się tylko na powyższym fragmencie, choć przyznam, że dwa razy skorzystałem z tłumacza, bo trochę zgubiłem się w obcych nazwach, a nie chciałem, by ominął mnie jakiś ważny szczegół. Całość napisana – jak to u Ciebie – książkowo, więc pod tym kątem zarzutów nie ma.

Klimat również wytworzony bardzo dobrze, czuć gotyk w tym standardowym (co nie znaczy gorszym) wydaniu, wraz z całą plejadą “akcesoriów”: mgła, deszcz, duchy, tajemnicze głosy, stolik medium itp. itd.

Nie zagrały mi jednak dwie rzeczy. Po pierwsze kolejne pojawienia się Alberta nie przynoszą nowych informacji, bohater gania z jednego miejsca do drugiego, nie dochodząc do żadnych wniosków, pociąga za sznurki, czekając, aż trafi na właściwy. I trochę mi się tu wkradło zmęczenie, bo ile można czekać na postęp? I tu przejście do drugiego problemu. Rozwiązanie zagadki wyskakuje trochę z kapelusza. Nie jest to infodump, bo dobrze przedstawiasz dialog i “rozmywasz” wyjaśnienia opisami, reakcjami, didaskaliami, ale wciąż odczułem brak śledztwa i związku z pierwszą częścią tekstu. Ilość wprowadzonych elementów w opowieści pani T. przytłacza i nie wiem, czy historia raczej nie powinna mieć z 60k znaków, aby wszystkie ja ładnie rozłożyć po całym tekście.

Przy okazji, tych 30k nie czuć. Nie wiem, czy to zaleta, czy wada, ale połknąłem ten tekst bardzo szybko ;)

Pozdrawiam

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Przed przeczytaniem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą. Po przeczytaniu obficie popijać (niekoniecznie wodą).

Ostrzeżenie dla alergików: ze względu na fakt, że w głowie krwiożerczego Osvalda produkowane są w dużych ilościach wredne myśli, komentarz może zwierać śladowe ilości takich zwrotów jak: bzdura, grafomania, bezmyślne, idiotyczne, efekciarskie, nijakie, bez sensu.

 

Opowiadanie zdecydowanie szezlongowe. Trudno przebrnąć do końca, bo nic się tutaj nie dzieje, w żadnym momencie nie odczułem ciekawości. Nie obchodził mnie ani los Alberta, ani rozwiązanie zagadki, ani poczynania zupełnie bezbarwnego i pozbawionego charyzmy bohatera. Co scenę miałem wrażenie, że tylko nawarstwia się ilość bzdur, a licha fabuła staje się coraz bardziej naciągana.

– Domyślam się – policjant nie dopuścił mnie do głosu – że coś się stało, skoro uraczył mnie pan lekturą tego bełkotu.

Ten fragment mnie rozśmieszył, bo miałem dokładnie takie samo odczucie jak komisarz.

Miałem wręcz wrażenie, że obok własnego walącego jak młotem serca słyszę drugie.

Wręcz wrażenie i własnego walącego? Paskudna aliteracja.

– Zabawa. Jak to wszystko – zatoczyła ręką krąg, wzięła do ręki leżącą na etażerce talię tarota.

Dobrze, że nie wzięła talii w zęby. Faktycznie warto było to zaznaczyć, robiąc przy okazji brzydkie powtórzenie.

W oczach pozbawionych teraz niemal całkowicie koloru czaiła się pustka.

Purpura.

 Wczesny zmierzch już zapadł, gazowe latarnie ledwie rozświetlały szarą, wilgotną mgłę.

Ciekawe czy mgła może być sucha?

Nie chciałem mu wypominać, że sam tego nie skojarzył; Albert nosi nazwisko dość pospolite.

– Nie chciałem, żeby jego pozycja społeczna rzutowała na śledztwo.

To nie ma sensu. Bohater martwi się o przyjaciela, ale nie porusza argumentu, który mógłby zmusić policję do działania.

To było kłamstwo w żywe oczy. Byłem absolutnie przekonany, że jeśli ktokolwiek ma ze zniknięciem – i pojawianiem się – Alberta związek, to właśnie ona. Nie miałem tylko pojęcia, na czym ten związek polega. Przede wszystkim zaś nie podejrzewałem, żeby kobieta była winna.

Tutaj zadałem sobie pytanie, po co mówił komisarzowi cokolwiek. I czy o zwidach też mu powiedział.

Była już noc, powinienem położyć się od razu do łóżka, lecz ponieważ nie czułem senności, kazałem sobie podać gorący napar z liści pomarańczy i coś do zjedzenia.

“Lecz ponieważ” to kanciaste połączenie.

Powstrzymał mnie służący, który przyskoczył do mnie z płaszczem i parasolem.

Znowu “mnie”.

Vincent, znajdź fiakra! – krzyknąłem, lecz uświadomiłem sobie, że godzinę przed północą niełatwo będzie znaleźć dorożkę, chyba że ktoś z sąsiadów akurat wracałby z teatru albo kolacji. – Albo lepiej konia ze stacji pocztowej!

Czyli co? Bohater teraz zamierza naprawiać sytuację, którą sam spaprał, mieląc ozorem bezmyślnie? Jest to wierutna bzdura.

Ona jednak stanęła przede mną w sukni i narzuconym na nią ciepłym wełnianym płaszczu, ja zaś nagle uświadomiłem sobie, że nie miałem pomysłu, co dalej. Pragnąłem zabrać ją stąd, żeby nie opowiedziała policji o przygodzie Alberta i mojej, o tym, że w naszej obecności działo się tu coś nieoczekiwanego. Podszedłem szybko do stolika, on jednak ani drgnął.

To jest kolejna bzdura. Naprawdę trudno się czyta o poczynaniach bohatera będącego kompletnym idiotą i jednocześnie pchanego bezwolnie przez fabułę. Dobrze, że do końca została już tylko jedna scena, bo więcej bym nie zniósł.

Popłynęła opowieść, jakby wino rozwiązało pani T. język. Historia pełna dygresji, o młodości w koloniach, śmierci rodziców w pożarze i o tym, jak dwunastoletnią Blanche, bo tak madame miała na imię, przygarnęli bezdzietni wujostwo na południu Francji. Jak i oni zginęli w wypadku dyliżansu, kiedy dziewczyna miała niespełna dwadzieścia lat.

Ech, sztampa.

– Skąd pan zna to nazwisko?

Spojrzałem na nią ze zdumieniem.

– Tak się nazywa mój zaginiony przyjaciel. Myślałem, że pani wie…

W liście nie było podpisu, a na seansie goście zapewne się nie przedstawiali. Miała prawo nie wiedzieć. Nadal jednak nie rozumiałem…

– To dlatego on go wybrał na narzędzie – szepnęła. – Czarownik nazywał się Albert Dupont, to popularne nazwisko. Był synem niewolnicy.

Urwała, bo tym razem ja pobladłem.

To jest… po prostu złe. Tak złe, że aż parsknąłem śmiechem. Nie dość, że cała i tak nijaka intryga wyjaśnia się w jednej wypowiedzi, to jeszcze coś takiego. Ach, ten zbieg okoliczności.

Gdyby ktoś spojrzał na nas teraz przez okno, musiałby uznać, że rozmawiają dwa upiory, bo trudno było powiedzieć, które z nas było bledsze. Ogień dogasał, po podłodze pełzły znów języki lodowatego powietrza.

Przez całe opowiadanie przewija się to sztuczne podkreślanie strachu, gdy to, o czym się czyta nawet odrobiny grozy nie zawiera.

 – Widzi pan – odparła Blanche z niespodziewanym spokojem – kiedy moi rodzice zginęli w pożarze, Albert Dupont, czarownik parający się podobno quimbois, nie żył od kilku lat. Zastrzelił go mój ojciec, gdy Dupont usiłował uwieść jego siostrę, nasłał na nią demona zmysłowego szaleństwa.

A teraz wjeżdża motyw jak z brazylijskiej telenoweli.

Wszystko zaczęło układać się w upiorną, lecz sensowną całość.

Sensowną? Tu nie ma na nawet odrobiny sensu. Próżno jej szukać w całym opowiadaniu. Zarówno w kontekście zachowania bohaterów, jak i samej historii.

– Bo pan go szukał. Tylko dlatego. On się obawiał próby powstrzymania losu. A pan nie jest częścią tej historii. Ja jestem ostatnia, to moją śmierć wywróżył stolik. Rzeczywiście ten mebel jest moim dziełem, ale byłam na tyle nierozsądna, by wykorzystać pamiątkę przywiezioną z Martyniki. Quimbois to magia związana z drewnem, z panowaniem nad nim. Pański przyjaciel nie skłamał w liście. Wiedziałam w chwili, kiedy go zobaczyłam. Nie chciałam, by dotykał tego blatu.

Kolejne wmuszone czytelnikowi wyjaśnienie. Jakież to wygodne. Opowiadanie przypomina ułożone na siłę puzzle, w których elementy zupełnie do siebie nie pasują.

– Magia drewna – powtórzyłem bez przekonania. – Uważa pani, że duch Alberta Dupont ukrywał się w pani mebelku i czekał na okazję, by doprowadzić zemstę do końca? I wykorzystał w tym celu swojego krewnego i imiennika?

Czarownik ukrył się w drewienku, wróżka z tego drewienka zrobiła mebelek, imiennik i krewny akurat przyszedł to tej wróżki. Motyw klątw i przeznaczenie jest w fantastyce popularny, ale tutaj ilość zbiegów okoliczności zakrawa na absurd.

– Uciekaj, to demon! – zdążyła krzyknąć Blanche i w tej samej chwili padł strzał.

Odruchowo zasłoniłem ją ciałem i poczułem przeszywający ból w piersi.

– Jules! – krzyk Alberta rozdarł ciszę. – Nie!

Wyjątkowo groteskowe.

 

Jestem czytelnikiem, którego nie przekona takie byle co. Głosy w mgle, siły obracające stoliczek, wróżka, która postanowiła zostać wróżką, żeby udowodnić, że wróżenie to bzdura i na koniec monolog, w którym po prostu jest wykładana nielogiczna historia. Czytelnik ma w to wszystko uwierzyć? Nie przekonało mnie w tym opowiadaniu nic. Bohaterowie są tekturowi, brak w ich zachowaniu choćby odrobiny motywacji. Scena z wizytą u wróżki to literacka porażka. Zachowanie samej kobiety też nie ma najmniejszego sensu. Skoro domyślała się, o co chodzi, to czemu nic nie powiedziała bohaterowi przy pierwszej wizycie? Można dziwaczne zachowanie przypisać czarom, ale to słabe wytłumaczenie. Bohater kręci się w kółko i nic z jego działań nie wynika. Poszedł na komisariat, potem do wróżki, potem znowu rozmawia z komisarzem, mówi mu o wróżce, ale nie chce, żeby ją przepytywali, jedzie ją zabrać, nie wie dokąd, więc zaprasza do siebie. Na koniec śmieszna scena z postrzałem.

Skłaniam się ku stwierdzeniu, że rozpoczęcie opowiadania od listu było błędem, bo przez to cała fabuła jest przewidywalna, przez połowę tekstu czyta się o czymś, co z listu wynika. Wiadomo, że zniknięcie Alberta ma związek z wróżką, wiadomo, że bohater tam pójdzie. Zupełnie nie ma ten tekst klimatu grozy. Rozwlekłe opisy paskudnej pogody to za mało. Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach, a w tym tekście właśnie szczegóły są piekielnie irytujące. Dowiedziałem się w jaki konkretnie płaszcz ubiera się bohater, co dokładnie było na tacy, którą wniosła służąca, poznałem przemyślenia bohatera o możliwości złapania dorożki.

Styl jest poprawny, ale zupełnie nijaki, nie natrafiłem nawet na jedno zdanie, które mógłbym uznać za ładne, pomysłowe czy zapadające w pamięć.

Dużym mankamentem jest relacja między bohaterami, bo nie została ona nawet w minimalnym stopniu zarysowana, ot są przyjaciółmi i bohater w kółko to powtarza. Łazi po ciemku i smęci: “mój przyjacielu, gdzie jesteś”. Nie ma w tym nawet odrobiny głębi, historii, nie wiadomo jak się poznali, czemu są dla siebie tacy ważni. Puste to wszytki i miałkie. A przede wszystkich niesamowicie nudne.

Aspekt śledztwa i wizyt bohater u komisarza jest urwanym wątkiem i równie dobrze mogłoby go zupełnie nie być. Miałoby to więcej sensu, gdyby bohater postanowił pójść od razu do wróżki i od razu ją zabrać, wszystko, co się dzieje pomiędzy, jest jedynie zbędnym rozwlekaniem opowiadania.

Ostatnia scena to jedno wielkie rozczarowanie. Wróżka wyciąga niestworzoną historię i podaje ją jako wyjaśnienie. Zabicie rodziny, mszczący się czarownik, tajemnicze spotkanie, przepowiednia śmierci, i jeszcze ta wzmianka o drewnie, to wszystko nie trzyma się kupy.

Opowiadanie nie zasługuje nawet na jedną gwiazdkę. Jak do tej pory jest to jedno z najgorszych opowiadań, jakie przeczytałem na portalu. Poważnie bym się zastanawiał, czy powinno trafić do biblioteki.

„Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich" – Friedrich Nietzsche

Z jednej strony miałam wrażenie, że podobnych opowiadań widziałam już wiele. Wróżka, tajemnicza przepowiednia, zjawy plus obowiązkowe okoliczności przyrody w postaci ponurej aury. Bardzo oklepane zestawienie i żeby zrobić z tego tekst zostający w pamięci, potrzebny jest naprawdę dobry pomysł. Tu, szczerze mówiąc, zamiast dobrego pomysłu zobaczyłam chaos kompozycyjny, mocno łopatologiczny infodump wyjaśniający całą historię, przekombinowaną serię zbiegów okoliczności i brak logiki w działaniu bohatera. Chaos kompozycyjny – bo bohater snuje się z miejsca do miejsca szukając przyjaciela, choć czytelnik w prologu zostaje poinformowany, które miejsce jest istotne, po czym w końcówce dostaje wyjaśnienia na tacy. Do tego wyjaśnienia z rodzaju tak bardzo przekombinowanych, że zupełnie niewiarygodnych, plus podanych w nieatrakcyjnej formie. Czytelnik nie ma szans wymyślić o co chodziło, a przeczytawszy zamiast efektu ‘wow, wszystko wskoczyło na swoje miejsce’ jest ‘hmmm ale serio?’. Twist z ‘ukryciem’ nazwiska to niestety strzał w stopę – pierwsze co mi się nasunęło, to ‘dlaczego bohater idąc na policję i zgłaszając zaginięcie, nie powiedział KTO zaginął’. Jak poszłam do przychodni i mówię, że ‘mama dzwoniła’ to pielęgniarka z miejsca ‘proszę imię i nazwisko, mama nic mi nie mówi’, a tu na policji nawet nie spytają kto to ‘przyjaciel’ :p

Na plus, zaintrygowała mnie relacja bohatera z Albertem. Z niedopowiedzeń, gorliwości poszukiwań (a także nagłówku ‘Najdroższy’) wychodzi mi, że to niekoniecznie była klasyczna przyjaźń ;) a niejednoznaczne relacje męsko-męskie lubię :P Językowo też nie mam nic do zarzucenia, ale na piórko to imo zdecydowanie za mało.

Nowa Fantastyka