- Opowiadanie: Outta Sewer - Jak zostałem...

Jak zostałem...

Początkowo to opowiadanie miało być tekstem na pojedynek z fmsduvallem, gdzie hasłem przewodnim było “superhero vigilante”. Jednak okazało się, że w żaden sposób nie dam rady zamknąć się z ta historią w ustalonym limicie. Ostatecznie w pojedynku wziął udział tekst “Odbicia”, a to opowiadanie na spokojnie dokończyłem, nie martwiąc się ilością znaków, i teraz mogę Wam je zaprezentować.

JolkaK – serdeczne dzięki za betę! :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Jak zostałem...

Wiesz, co jest wyjątkowego w tym gabinecie? W ścianach, drzwiach, kanapie, fotelu, biurku? Oknie za obrotowym krzesłem? Może nic, może to ty jesteś wyjątkowy, a wszechświat realizuje kolejną z możliwości, dając ci fragment środowiska, w którym możesz funkcjonować na czas mojej wizyty. Pewnie tak jest. Choć naprawdę nie wiem.

I właśnie po to tu jestem. Żeby się dowiedzieć i zrozumieć, zajrzeć do ostatniego pudełka, zobaczyć co w nim jest. Mam wiele szans, ale nie nieskończenie wiele. Musisz wiedzieć, że nieskończoność to abstrakt wymyślony na nasz użytek, wałkowany przez Arystotelesa, Zenona, Proklosa, Leibnitza i innych – szkopuł tkwi w tym, że nie ma odzwierciedlenia w fizycznej rzeczywistości. Upraszczamy to, czego nie potrafimy objąć umysłem. Albo komplikujemy. Zupełnie niepotrzebnie.

No dobrze… Wypadałoby zacząć, opowiedzieć o tym, co doprowadziło mnie do tego miejsca i czasu. Gdy skończę, zadam ci kilka pytań, więc słuchaj uważnie, skoro i tak nie masz niczego lepszego do roboty.

Żebyś zrozumiał, zacznę od opowiedzenia ci o tym, jak zostałem…

 

…szarlatanem

 

Od zawsze widziałem wokół ludzi i zwierząt aury, które jako dziecko nazywałem “tęczami”. Kiedy byłem mały, czasem mówiłem o tym rodzicom. Na przykład, że tęcza babci jest bardzo blada. A za kilka miesięcy babcia odmeldowywała się z tego świata. Albo, że tęcza wujka Tomka jest dziwnie ciemna, jak u tego chorego pana, którego widziałem w przychodni, kiedy mama wzięła mnie na bilans siedmiolatka. A potem wujek Tomek odwalał kitę z powodu zmian nowotworowych w płucach.

Matka mówiła, że to bujna fantazja i mam o tym nikomu nie wspominać, bo uznają mnie za dziwadło, a dzieci nie będą się chciały ze mną bawić. Bardzo się przejąłem i już więcej nie opowiadałem o tęczach, a matka chyba uznała, że to było jedynie dziecinne gadanie, z którego wyrosłem.

Tylko, że to nie były żadne fantazje. Widziałem aury, a z wiekiem nauczyłem się rozpoznawać co oznacza ich kolor, zasięg, gęstość i zmiany tych wartości. Teraz wiem, że to rodzaj siły życiowej, którą zużywamy. Każda choroba, uraz, nawet zadrapanie albo siniak, powodują, że energii ubywa, a im poważniejszy problem zdrowotny, tym więcej jej potrzeba, by go wyleczyć. Oczywiście są też schorzenia i rany, które zamieniają człowieka w durszlak, z którego siła życiowa momentalnie wylewa się na zewnątrz i rozprasza, pozostawiając pustą skorupę ciała.

Umieć coś, a nie móc się tym pochwalić – wiesz jakie to uczucie? To coś, co siedzi cały czas z tyłu głowy, uwiera, szamocze się i próbuje wydostać na wolność, szuka okazji. 

Miałem kotkę, Tyldę. W zasadzie to Matyldę, ale wszyscy skracaliśmy jej imię, wołając na nią tak, jak nazywał ją mój ojciec. Jej aura była pierwszą, z jaką spróbowałem wejść w kontakt. Pewnego dnia, kiedy wylegiwała się na kanapie, usiadłem obok, położyłem dłoń na jej głowie i zacząłem głaskać. Sięgnąłem ku niej własną aurą, połączyłem się i szarpnąłem. Tylda drgnęła, a z jej gardła wydostał się ten dźwięk… wiesz, taki koci pomruk, który szybko narasta, aż w końcu przechodzi w syk. Zabrałem kotu trochę energii, a on się zorientował, ugryzł mnie i zeskoczył na podłogę.

Tylda unikała mnie przez kilka dni, a kolejne dwa tygodnie zajęło mi przekonanie jej do siebie z powrotem. Koty są wyjątkowe, wiesz? To jedyne zwierzęta, które są świadome energii, która napędza każdy żywy organizm. Słyszałeś pewnie o przypadkach, kiedy sierściuch kładł się komuś na bolącym miejscu, przynosząc ulgę? Albo o kotach, które wykrywają choroby. One naprawdę to potrafią, widzą aury, rozpoznają ich znaczenie. A najciekawsze, że koty posiadają kilka razy więcej energii niż jakikolwiek inny żywy organizm, więc teoretycznie mogłyby żyć bardzo, bardzo długo. Tylko, że zużywają jej o wiele więcej. Robią to świadomie, nie przejmują się tym, że szastanie energią prowadzi do szybszej śmierci. Stąd też pewnie wziął się przesąd, że koty mają dziewięć żyć.

Wracając do tematu: wtedy nie wiedziałem, że tylko koty wyczuwają próby manipulacji przy aurach, więc przez długi czas nie podejmowałem prób łączenia aur z kimkolwiek.

W szkole średniej miałem kumpla, Artura, który był bardzo chorowity i miał alergie na prawie wszystko. A także bardzo słabą aurę. Energii na dwadzieścia kilka lat życia. Jego rodzice jeździli z nim po lekarzach, klinikach, dziesiątkach specjalistów, wydawali ogromne sumy pieniędzy na leczenie. A wszystko jak krew w piach, nie widziałem, żeby chociaż jedna z zastosowanych kuracji zmniejszyła wycieki.

Często bywałem u niego, mieszkał niedaleko, razem się uczyliśmy. Podczas jednej z takich wizyt, do jego pokoju wparowała matka z jakimś obcym facetem. Śniada cera, złoty łańcuch wystający spod rozpiętego kołnierza koszuli, gruby brzuch i małe świńskie oczka. Nazywał się Witalij i był energoterapeutą, podobno bardzo dobrym – istnym cudotwórcą – zaproszonym z polecenia którejś ciotki, czy kuzynki.

Koleś przywitał się z nami łamaną polszczyzną, potem złapał dłoń mojego kumpla, a ja po raz pierwszy zobaczyłem jak czyjeś aury się łączą. Nagle Wasilij zaczął zasysać energię Artura, żeby po chwili zmienić kierunek przepływu i wtłaczać w niego własną. I tak kilka razy, wte i wewte. Ten wielki energoterapeuta nie wiedział co robi, po prostu podejmował losowe działania, jak małpa klikająca w przypadkowe klawisze maszyny do pisania. Finalnie zostawił aurę Artura silniejszą, a jego własna nieznacznie przybladła. Naładował go, ale nie uleczył, choć pewnie kilka razy w swojej karierze mogła mu się ta sztuka nieintencjonalnie udać.

Od tego momentu zacząłem znów eksperymentować z aurami. Tylda już dawno nie żyła, ale w domu mieliśmy psa, trzyletniego kundelka o imieniu Tofik. Tylko koty ogarniają aury, psy oraz jakiekolwiek inne żywe organizmy już nie.

Long story short, jak to mówią Amerykanie: poprzez moje doświadczenia, z którymi zacząłem poczynać sobie coraz śmielej, nauczyłem się zabierać energię, przekazywać ją, a także kanalizować. Byłem pieprzonym Robin Hoodem energoterapii – zabierałem tym, co mieli jej dużo i oddawałem tym, u których występowały braki. Oczywiście bez wiedzy jednych i drugich. Wątpliwe moralnie, prawda? Ale nie przejmowałem się tym zanadto, uważałem tę praktykę za sprawiedliwą.

Szkoły nie skończyłem. Bo i po co miał być mi fach mechanika samochodowego, skoro nie miałem zamiaru się tym zajmować? Rzuciłem technikum w cholerę, a moi rodzice nie byli z tego, delikatnie mówiąc, specjalnie zadowoleni. Jeszcze mniej ciekawie się zrobiło, kiedy powiedziałem im, jak mam zamiar zarabiać.

Zdziwiłbyś się ilu ludzi szuka pomocy różnych cwaniaczków, mających rzekomo umiejętności uzdrawiania dzięki różnym szemranym terapiom. Pełno tego ścierwa ogłaszało się w sieci, funkcjonowały fora dla oszołomów, sklepy z magicznymi bębenkami i innym gównem, poradniki… Wlazłem w to środowisko, porozglądałem się i złapałem kilku klientów. Początkowo szło ciężko, nikt nie chciał wierzyć gówniarzowi, który twierdzi, że potrafi leczyć. Ale jeden klient, drugi i po-szło! Najlepsza w tym biznesie jest poczta pantoflowa, wierz mi.

Oczywiście nie leczyłem ludzi w pełni, o nie! Etapami, powoli, kilka wizyt. Żeby zarobić. A moją robinhoodowską działalność prowadziłem nadal. Wiesz, miałem trochę wyrzutów sumienia, że mając taki dar zarabiam kasę, zamiast pomagać bliźnim bezinteresownie. No i dlatego… Powiedzmy, że wyrównywałem szanse. Egalite, Fraternite, sretetete, takie – jak mówiłem wcześniej – moralnie wątpliwe, ale wtedy uważałem to za świetny pomysł.

Klientów przybywało, wieści się niosły, ludzie zaczęli gadać. Moim staruszkom wtedy już zupełnie odwaliło, większość czasu spędzali na modłach. A kiedy nie klepali różańców, to nic, tylko biadolili o tym, że inaczej mnie wychowali, że muszą żyć pod jednym dachem z oszustem… I tak dalej. W domu rodzinnym przestałem być mile widziany. Z dnia na dzień wyprowadziłem się do wynajętego w pobliżu centrum mieszkania. Urządziłem się po swojemu, a jedno z czterech dostępnych pomieszczeń zaadaptowałem na gabinet dla pacjentów. Zerwałem do reszty ten marny kontakt, który jeszcze miałem z rodziną i bez żalu skupiłem się na karierze.

Pewnego dnia przyszła do mnie dziennikarka z lokalnej gazety, chciała przeprowadzić wywiad. Stawałem się rozpoznawalny. Po gazecie przyszła wizyta na antenie telewizji regionalnej, potem ogólnokrajowej i przez chwilę miałem mocne parcie na szkło. Zostanie gównocelebrytą nie przyszłoby mi trudno – nienawidzili mnie zarówno prawdziwi medycy, przyrównując mnie do wszelkiej maści szarlatanów, choć nigdy nie podważałem dogmatów współczesnej medycyny, i nienawidzili mnie ci drudzy, czyli oszuści, o których hochsztaplerstwie mówiłem głośno, bez ogródek. Jak cię widzą, tak cię piszą. A jak cię nienawidzą, to na pewno o tobie napiszą. Taka prawda.

Na szczęście w porę się zorientowałem, że zwracanie na siebie uwagi to nie najlepszy pomysł. Odpuściłem sławę.

Niedługo później odkryłem, że potrafię łączyć się z aurami ludzi bez potrzeby fizycznego kontaktu, i że moc nie ogranicza się do leczenia. Dzięki niej mogłem również modelować tkanki, nadawać im kształt oraz formę, a nawet zmieniać ich typ. Wiesz, co to oznaczało? Wiesz, na czym zarabia się naprawdę grubą forsę? Na chirurgii plastycznej. A ja mogłem zagwarantować najlepszy efekt, bez żadnych blizn.

Zarabiałem dobrze, żyło mi się nieźle, ale kolejna prawda – ta o apetycie rosnącym w miarę jedzenia – nadała moim działaniom nowy kierunek. I tak zostałem…

 

…bogaczem

 

Żeby otworzyć klinikę potrzebowałem jakiegoś jelenia. I jeleń się trafił, a na imię miał Kordian. Gość prowadził niewielki gabinet, miał odpowiednie wykształcenie oraz wiedzę praktyczną, jednak brakowało mu serca do tej roboty. Poznałem go przez jego siostrę, która jeździła do mnie z teściową, hipochondryczką… Dobra, to nie jest istotne, więc do brzegu.

Powiedziałem Kordianowi co potrafię, nawet zrobiłem pokaz. Jak w filmach, “Nieśmiertelny”, Christopher Lambert, wiesz, o co chodzi. Cięcie nożem wzdłuż przedramienia i zasklepienie rany w kilka sekund. Pieprzony Wolverine.

Gość był w szoku, początkowo nie wierzył w to, co widział, myślał, że to jakaś sztuczka. Koniec końców, jakoś to przetrawił, w czym niewątpliwie pomógł mu nakreślony przeze mnie biznesplan, wraz z szacunkowym zyskiem. Bardzo dużym zyskiem. No i otwarliśmy tę klinikę, a ja zarzuciłem działalność szarlatana.

Zmieniłem numery telefonów, miejsce zamieszkania, usunąłem z sieci ślady swojej działalności i zająłem się bardzo kosztownymi operacjami plastycznymi. Zabiegi oczywiście pod narkozą – żeby się pacjent nie zorientował, że to ja modeluję ciało, a Kordian w tym czasie się opierdziela. Zostawiałem jakieś niewielkie ślady, tak jakby rzeczywiście pracował w danym miejscu skalpel, na wszelki wypadek. Później Kordian zawijał delikwenta, lub delikwentkę, w bandaże, a po wybudzeniu upominał, żeby ich nie ruszać aż do wizyty kontrolnej.

Interes się kręcił. Zadowolona klientela polecała nas – właściwie to Kordiana – swoim znajomym, dzięki czemu pod mój fantomowy skalpel zaczęli podkładać się wszelkiego sortu celebryci i bogacze.

Spaliśmy na forsie, a Kordian stał się całkiem sławny – zapraszano go do telewizji, wypytywano o sekret bezśladowych operacji, nawet próbowano namówić na własny program, w którymś z lajfstajlowych kanałów telewizyjnych. Oczywiście gadał wszystkim, że to tajemnica. Pary z ust nie puści, bo to jego autorski pomysł i inne, podobne farmazony. Ale raz mu się rozwiązał język przy szkolnym koledze, z którym spotkał się na jakimś raucie. Ten jego kumpel był po pas unurzany w gównie – pan minister, robiący szybką karierę w strukturach macierzystej partii. Nie żaden nołnejm, tylko wciąż nabierająca masy ryba, utuczona pieniędzmi, władzą i możliwościami. Jedyny zgrzyt w życiu tego faceta był taki, że na doczepkę los dorzucił mu pięciolatkę z białaczką.

Mało nie zabiłem mojego zdurniałego wspólnika, kiedy przyprowadził do gabinetu tego gościa. Kordian musiał być wyjątkowo przekonujący w rozmowie z panem politykiem, bo facet do mnie od razu: muszę pomóc, on zrobi wszystko co będę chciał, że próba to mój obowiązek, bo to Bóg dał mi tę moc, takie tam bzdury.

Odezwało się we mnie przykurzone sumienie i wyleczyłem małą.

Konsekwencją tego wydarzenia stało się wznowienie mojej działalności robinhoodowskiej. Tylko nieco zmieniłem jej wymiar: nadal kradłem ludziom niewielką część energii, ale zacząłem ją w sobie magazynować. Wiesz, co kradnie się najłatwiej? To, czego ludzie nie są świadomi, że posiadają. I sumienie tak bardzo nie kłuje.

Wracając do tematu: raz w tygodniu wybierałem się do losowego szpitala i zużywałem nadwyżki energii do leczenia najpoważniejszych przypadków. Wyposażony w stosowne dokumenty wchodziłem na oddziały jak do siebie – pan minister naprawdę potrafił wiele załatwić.

No, ale języka za zębami też trzymać nie umiał. Zupełnie jak Kordian. Wygadał się i nie minęły dwa miesiące od czasu wyleczenia jego córki, kiedy zadzwonił do mnie kolejny znany polityk z niecierpiącym zwłoki problemem. Potem następny, i jeszcze jeden. Poczta pantoflowa okazała się być równie efektywna w zamkniętym środowisku ludzi władzy. I tak wróciłem do punktu wyjścia – znów leczyłem za kasę.

Dzięki kontaktom i protekcji moich nowych znajomych klinika nam się rozrosła, a ja przestałem się martwić o jakiekolwiek kontrole oraz śledztwa, które mogłyby nas zdemaskować. Zatrudniliśmy kilku chirurgów do krojenia pacjentów w tradycyjny sposób, a koszt usług Kordiana wzrósł o kilkaset procent.

Miałem mnóstwo pieniędzy. Żyłem w luksusie, tak jak marzyłem, a moje szpitalne wizyty uzdrowicielskie zagłuszały nieśmiałe popiskiwania sumienia. Było całkiem fajnie. Ale kiedy jest zbyt fajnie, to zawsze coś się spieprzy. I tak dochodzimy do fragmentu opowieści, z którego dowiesz się, jak zostałem…

 

…mordercą

 

Ludzie u władzy to nie tylko politycy. Oprócz nich jest cała menażeria, kręcąca się tu i tam, załatwiająca sprawy, ubijająca biznesy, zdobywająca wpływy – biznesmani, milionerzy, celebryci. Różni ludzie do mnie trafiali. Czasem tacy, których nie miałem zamiaru leczyć, bo wiedziałem jakimi są ludźmi. W dobie internetu i dostępu do wolnych mediów nietrudno ujrzeć czyjąś prawdziwą twarz, kryjącą się pod maską zakładaną na użytek gawiedzi. Tych nie leczyłem. Udawałem, że leczę, a tak naprawdę nie robiłem nic. A gdy nie następowała poprawa, rozkładałem ręce i mówiłem, że nie wszystko, i nie u wszystkich, da się uleczyć. Po pierwsze nie szkodzić, ale dwa razy mi się zdarzyło w przypadku wyjątkowych gnid – jednemu zafundowałem stymulację wzrostową komórek rakowych, drugi dostał prezent w postaci impotencji. Powiedziałbyś, że niefajnie, co? Zaraz zrobi się gorzej.

Przez jednego z moich wysoko postawionych klientów trafił wreszcie do mnie ktoś, kim się wyjątkowo brzydziłem. Nie miałem zamiaru go leczyć, i nie miałem zamiaru nawet udawać, że go leczę. Gość był zamieszany w kilka naprawdę ciemnych interesów z mafijnym tłem, handlem ludźmi, porwaniami. Nie przeszkadzało mu to brylować na salonach. Pisały o nim zarówno poważne dzienniki, jak i serwisy plotkarskie: celebryta gangster, któremu jakimś trafem nie zdołano niczego udowodnić. Znikający świadkowie, zaginione dowody, wycofane oskarżenia, te sprawy. Skurwiel miał wpływy oraz znajomości. Ale ja też kręciłem się w tym środowisku od jakiegoś czasu, przez co czułem się ważny. I stanąłem okoniem: nie leczę cię, bo ponieważ, penis ci w odbytnicę, a tam są drzwi, więcej się tu nie pokazuj.

Na początku zapytał, czy wiem kim jest. Potem się wkurwił i zaczął mi grozić. Olałem go. Olałem groźby, kazałem spadać. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniło do mnie kilku wysoko postawionych znajomych z ostrzeżeniem, że ta gnida rozpytuje, próbuje zebrać jak najwięcej informacji na mój temat. Trochę ze mnie zeszła para, nawet się przejąłem, ale przez kolejne dni nie dostałem żadnego sygnału, żeby miało się coś dziać, więc przestałem się martwić.

Tydzień później zadzwonił do mnie i powiedział, że nawet nie wyobrażam sobie konsekwencji, które mnie spotkają, jeśli go nie uzdrowię. Rozłączyłem się. Tak po prostu, jakbym odebrał rozmowę z telemarketerem, próbującym wcisnąć mi garnki.

Po dwóch dniach od tamtej sytuacji zadzwoniła do mnie matka, tylko po to, żeby mnie poinformować, że ojciec miał wypadek. Potrącenie ze skutkiem śmiertelnym przez nieznanego sprawcę, który zbiegł z miejsca zdarzenia. Dokładnie tak to powiedziała, jakby czytała raport policyjny, a nie informowała mnie o śmierci własnego męża, a mojego ojca. Na pogrzeb pojechałem. Choć nie miałem z nim dobrego kontaktu, to jednak był mój stary… Z matką nie gadałem, pewnie nawet mnie nie zauważyła, ponieważ w kościele stałem przy wejściu, a na cmentarzu też trzymałem się w sporej odległości od grobu i opuszczanej do dziury trumny.

Tego samego dnia znów odebrałem telefon od pana gangstera. Wiesz, co zrobiłem? Zaprosiłem go na wieczór, kiedy w klinice już nikogo nie będzie. I byłem na tyle przekonująco wystraszony, że przyjechał.

Kazałem mu się położyć w gabinecie zabiegowym. Potem sięgnąłem ku aurom jego dwóch, czekających na korytarzu, ochroniarzy. Ustanowiłem kanał i w sekundę opróżniłem ich ciała z energii – jakbym wyciągnął bateryjki z dziecięcych zabawek. Padli w tym samym momencie. Potem zabrałem się za ich pracodawcę.

Zabił mojego ojca. Groził mi. Robił naprawdę złe rzeczy. Zasłużył na cierpienia, które zadawałem mu przez kolejne dwie godziny. Manipulując energią z ciał ochroniarzy doprowadzałem do złamań, wywoływałem bóle zębów i migreny, powodowałem skręty jelit, dusiłem go, dławiłem, inicjowałem kontrolowane zawały serca. Żeby cierpiał. Żeby przed śmiercią poczuł ból, strach oraz rozpacz i zrozumiał, że to co robił, było złe.

Nie krzyczał, nie pozwalałem mu. A kiedy wreszcie przerwałem tortury, by wysłuchać, co ma mi do powiedzenia, naiwnie wierząc, że zrozumiał swoje błędy, on powiedział tylko jedno słowo… Spierdalaj. Tak powiedział. A mnie mało szlag nie trafił.

Pamiętam siebie z tamtej chwili. Jakbym stał obok i oglądał własną twarz, zaciśnięte szczęki, zmarszczone czoło, rozszerzone nozdrza. Walnąłem w niego wszystkim, co miałem. Skupiłem się nie na nim, ale na własnej złości, na niemocy przekonania go do skruchy. Chciałem wepchnąć w jego ciasny umysł zrozumienie, wywołać je cierpieniem. I właśnie wtedy sam oberwałem.

Wszedłem mu do głowy i poczułem jego ból. W odruchu obronnym zerwałem połączenie. Kiedy doszedłem do siebie cofnąłem wszystkie zmiany w jego ciele, a potem raz jeszcze, tym razem świadomie, spróbowałem dostać się do jego umysłu. Nie było żadnych nieudanych prób, jak w filmach, w których bohater uczy się okiełznywać posiadaną moc. Poszło łatwo. Chciałem, więc się działo, moc reagowała na moją potrzebę. Zajrzałem do zmagazynowanych w jego mózgu wspomnień, do myśli i uczuć, poznałem go. I nie spodobało mi się to, co zobaczyłem. Zabiłem tego śmiecia, a jego zwłoki, wraz z ciałami dwójki ochroniarzy, przerobiłem na biomasę, której używałem, kiedy któraś klientka chciała sobie dodać tu, czy tam.

Tamtego dnia pękły dwie tamy – jedna, która utrzymywała w ryzach moją umiejętność wykorzystywania mocy, i druga, broniąca siedzącej we mnie złości do wylania się wściekłą falą na zewnątrz.

Widzisz, zrozumiałem, że mogę używać energii w dowolny sposób. Nie tylko do leczenia, ale do wywoływania różnego rodzaju efektów. Miałem dostęp do tysięcy pomysłów, a dostarczały mi ich Marvel i DC, Shūeisha i Waneko, Paramount i Disney – cała cholerna popkultura, pod korek zalana różnego sortu superbohaterami. Pirokineza, teleportacja, projekcje energetyczne, telekineza. Wszystko, z wyjątkiem kontroli umysłu. Mogę przeczytać twoje myśli, zagłębić się w twoich wspomnieniach, ale tutaj działa taka sama zasada, jak u striptizerek: patrz, ale nie dotykaj. Nie mogę zmienić twoich wspomnień, nie potrafię ci niczego narzucić, mogę tylko przeglądać archiwa i monitorować bieżącą aktywność.

Z tego też powodu moja wiara, że bólem przekonam gangstera do zrozumienia swoich błędów, była tylko pobożnym życzeniem. Zmienić możesz się tylko sam. Wybacz truizm.

Choć zabiłem trójkę ludzi, uważam, że na tym etapie nie byłem jeszcze mordercą. To przyszło niewiele później.

Bo widzisz, z wielką mocą przychodzi wielka ochota, żeby jej użyć. Sprawdzić, gdzie leży granica, móc wykorzystać jej pełen potencjał. Pamiętasz tę organizację terrorystyczną, o której swego czasu było głośno, a potem nagle ucichło, tak jakby zapadła się pod ziemię? Część z jej członków rzeczywiście skończyła pod ziemią. Albo tę serię wyglądających na naturalne zgonów wśród polityków i biznesmenów? Zmniejszoną aktywność karteli narkotykowych? Było tego znacznie więcej, ale nie o wszystkim informowano w mediach.

Głowę nabitą miałem tysiącem fabuł przyswajanych w trakcie poszukiwań inspiracji dla wykorzystania mocy. A że bliżej mi było do Punishera, niż do sztywnej praworządności Collosussa…

Nie miałem notesu, a byłem jak Raito Yagami – jeśli wiedziałem kim jesteś, nie było przede mną ucieczki. Jak Ghost Rider, kiedy oskarżycielskim wzrokiem zaglądałem w ich umysły. Sędzia Dredd – ława przysięgłych, oskarżyciel, sędzia i kat.

Doktor Manhattan, któremu dorównywałem potęgą. Jednak nie byłem taki jak on.

Moc, oprócz tych wszystkich możliwości, o których ci już opowiedziałem, dała mi też lepszy wgląd w naturę rzeczywistości. Wiem, jak górnolotnie i sztywno to brzmi, ale to prawda. Moja potęga wzrastała, a wraz z nią zrozumienie mechanizmów, którymi rządzi się wszechświat. Moore odmalował Manhattana jako byt, który za moc płaci człowieczeństwem, ukazanym w “Strażnikach” jako zdolność odczuwania emocji, empatii i rozumienia pobudek, kierujących ludzkimi działaniami. Pytamy: dlaczego istota o wiedzy znacznie przekraczającej to, co ludzkość kiedykolwiek będzie zdolna osiągnąć, miałaby się przejmować błahostką, jaką jest istnienie mieszkańców jednej z miliardów rozrzuconych po wszechświecie planet? Przyjmujemy taką postawę dla tej nadistoty jako naturalną, właściwą, logiczną – to bardzo naiwne rozumowanie. To my życzymy sobie by ona taka była, ponieważ nie chcemy by kierowała się emocjami. Dlaczego? Bo emocje prowadzą do działań sprzecznych z logiką, impulsywnych, nieprzewidywalnych i nierzadko destruktywnych. Nawet twory naszej wyobraźni ograniczamy w ich potędze, bojąc się istot wszechmocnych.

Brak emocji u niebieskiego doktorka to bzdura. Uczucia nie są czymś, co można wyłączyć. Jesteś w stanie porzucić część swojej osobowości? Emocje to ty.

Ale jedna rzecz dotycząca emocji faktycznie ulega zmianie, kiedy zyskujesz coraz większą potęgę – możesz przestać się w nich ograniczać. Możesz dać się ponieść, pozwolić, by przejęły stery.

Przez kolejne pół roku uśmierciłem ponad cztery tysiące ludzi. Żeby utrzymać pozory w tygodniu byłem Clarkiem Kentem szemranej medycyny estetycznej, zaś w weekendy zaszywałem się w domu, zamieniałem we wkurwionego Supermena z misją przez wielkie “M” i ruszałem zbawiać świat. Ubrdałem sobie, że posiadanie takiej mocy musi mieć jakiś wyższy cel, a za ów cel uznałem oczyszczenie świata z chwastów, którymi są ludzie źli i pozbawieni skrupułów. By go zrealizować potrzebowałem jak najwięcej energii życiowej, więc zaprzestałem charytatywnego uzdrawiania, które sporo jej zużywało. To oczywiście też było okłamywanie się, bo z ofiar pozyskiwałem więcej energii, niż mogłem wykorzystać. Zachowywałem się jak gracz, który chomikuje w trakcie rozgrywki zasoby. Wiesz: amunicja, apteczki, jakieś buffy – na czarną godzinę albo cięższą przeprawę. Tylko, że nie mogło być mowy o żadnej cięższej przeprawie, ponieważ nie istniało nic, co mogłoby mi zagrozić.

Teraz mogę szczerze przyznać, że zachłysnąłem się nowymi możliwościami, a uzdrawianie mnie po prostu znudziło. Chciałem zostać Miracle Manem wprowadzającym ludzkość w Złotą Erę, taką miałem ambicję. Wtedy nie widziałem błędów w swoim rozumowaniu.

No dobra. Chyba przyszła pora, żebyś się dowiedział, jak zostałem…

 

…zbawicielem

 

Bawiłem się możliwościami. Pojedyncze cele zabijałem tak, żeby ich śmierć wyglądała naturalnie, jednak gdy robiłem rajdy na siedziby mafijnych rodzin i tym podobnych… Krótko mówiąc: nie ograniczałem się.

Inspiracji dostarczali mi X-meni, Justice League, Wild C.A.T.S., Avengersi i cała masa innych postaci, wyposażonych w moce zrodzone w wyobraźniach ich twórców. Ciąłem jak Wolvie, miażdżyłem jak Hulk, jak Manhattan gestem powodowałem, że eksplodowali. Zamrażałem, podpalałem, rozbijałem na atomy, raziłem prądem, zmniejszałem, przenosiłem na szczyty Himalajów, czasem do wnętrz aktywnych wulkanów albo wysyłałem na środek pustyni Gobi. Oczywiście nie wszystkich. Skądś musiałem brać energię, żeby robić te cuda – co drugi ludzki odpad mógł się nazywać szczęściarzem, umierając bezboleśnie, opróżniony do zera.

Tamtego dnia oczyszczałem posiadłość kartelu, zajmującego się narkobiznesem, prostytucją, przemytem, handlem ludźmi, zabójstwami i wszystkim, co tylko mogło przynieść zysk. Wteleportowałem się na sam środek dziedzińca jak niebieski diabełek Nightcawler i zacząłem zabawę.

A było się z kim bawić, bo swoich szefów ochraniało kilkudziesięciu żołnierzy. Szło jak z płatka. Bez pośpiechu dotarłem do bossów, zafundowałem im przymusową, bardzo bolesną eutanazję i już miałem się zbierać, kiedy usłyszałem warkot silnika, dochodzący z zewnątrz. Jeden z żołnierzy wsiadał pospiesznie na miejsce pasażera białej furgonetki, która następnie z kopyta ruszyła w kierunku bramy. Pomyślałem wówczas, że ci durnie grubo się mylą, jeśli sądzą, że istnieje przede mną ratunek.

Nie wiem czemu, ale do głowy przyszedł mi Cyclops. Chwilę później strumień płynącej z moich oczu bursztynowej energii zamienił uciekający wóz w rozdartą na pół, dymiąca puszkę.

Skupiłem się na otoczeniu, by wyczuć aury pozostałych ewentualnych ocaleńców i zamknąć sprawę tego miejsca. Jedyna emanacja, którą zlokalizowałem, znajdowała się w zniszczonym przed chwilą samochodzie. To, że ktoś przeżył mój atak trochę mnie zdziwiło, więc sięgnąłem ku aurze żywego pasażera i prawie natychmiast zerwałem połączenie.

Zabijałem złych ludzi. Tak miało być. Miałem uważać, żeby nikomu innemu nic się nie stało, a tam, w furgonie, było dziecko. Umierało, mogłem mu pomóc. Ale tego nie zrobiłem. Wiesz dlaczego? Bo w jego umyśle zobaczyłem bardzo świeże wspomnienie: żołnierza kartelu, który wyprowadza tego chłopca razem z grupką siedmiu innych dzieci do furgonetki; ponagla i popycha; mówi, że trzeba uciekać; że człowiek–demon zabija wszystkich w posiadłości.

Wiedziałem co znajdę w środku, ale nie miałem zamiaru tam zaglądać. Przestałem uważać i zabiłem niewinnych. Po raz pierwszy od pół roku poczułem wyrzuty sumienia. I co zrobiłem? Uciekłem. Tak było łatwiej.

Następnego dnia powiedziałem Kordianowi, że biorę urlop. Nie określiłem, ile mnie nie będzie i gdzie mnie szukać, co mojemu wspólnikowi niespecjalnie się spodobało, ale miałem to głęboko w poważaniu – i tak nie chciałem dłużej ciągnąć zarówno tej działalności, jak i usług uzdrowicielskich dla wybranych.

Tamten incydent spowodował, że znów zacząłem się zastanawiać dlaczego mam tę zasraną moc. Skoro jest, to musi czemuś służyć, jak więc mam ją wykorzystać w najlepszy sposób? Kilka tygodni przesiedziałem samotnie na jednej z bezludnych wysepek na Karaibach, czas spędzając naprzemiennie na rozmyślaniu i próbach niemyślenia. Z obu tych czynności zrodziło się we mnie coś nowego.

Niemyślenie pozwoliło mi na pełniejsze zgłębienie mocy. Zrozumiałem, że wcale nie potrzebuję czerpać siły życiowej z innych istot. Mogę sam ją wytwarzać. No, może nie do końca, ale z grubsza chodzi o to, że jest możliwa zamiana jednej energii w drugą. Zamieniałem przecież wcześniej życiową w – na przykład – kinetyczną, i jakoś nie pomyślałem, że w drugą stronę to też może zadziałać. Moja świadomość własnych możliwości urosła nagle, jak…

Dmuchałeś kiedyś balonik? Na początku idzie ciężko, skupiasz się na wtłoczeniu powietrza do tego cholernego kawałka gumy, nadymasz policzki, ale kiedy wreszcie dmuchniesz dostatecznie mocno, wówczas balonik zaczyna nabierać kształtu i kolejne wydechy bez trudu powiększają jego rozmiar. Tak to, mniej więcej, zadziałało.

Rozmyślania z kolei doprowadziły mnie do szeregu refleksji na temat ludzi, którzy coś poświęcili, by innym żyło się lepiej. Skoro oni mogli, to czemu nie ja? Poświęcać coś dla siebie ważnego jest niezwykle trudno, ale wydawało mi się, że i tutaj zadziała ta sama zasada z balonikiem. Pierwszy krok najtrudniejszy, a potem już z górki. Jasne…

To właśnie wtedy uznałem, że złożę się w ofierze dla dobra ludzkości. Szlachetne, żałosne bzdury; popychana przez sumienie chęć wybielenia się we własnych oczach, przy jednoczesnym szukaniu uwielbienia u innych. Pewne rzeczy potrafimy przyznać przed sobą dopiero po latach, przyglądając im się z perspektywy czasu, a hipokryzja działa tylko u tych, którzy nie wiedzą czym ona jest.

Dalszą część znasz pobieżnie z gazet, internetu, telewizji, setek opracowań, debat i dyskusji. Wybrałem stadion piłkarski, bo takie obiekty mają niezłą infrastrukturę, którą łatwo można zaadaptować na potrzeby pielgrzymów. Zawisnąłem w kuli energii kilka metrów nad środkiem boiska, nadałem ogólnoświatowy komunikat: cześć, jestem tutaj, czekam na wszystkich chorych i kalekich, by ich uleczyć. Pobierałem energię słoneczną, zamieniałem w życiową i wypromieniowywałem ją na kilkadziesiąt metrów wokół. Tak to działało.

Pierwszy miesiąc obserwowałem, jak to wszystko się rozwinie. Może pamiętasz, że kilka razy musiałem interweniować? Powtarzać że jestem dla wszystkich? Nie tylko dla naukowców z ich urządzeniami; nie tylko dla wojska i służb, próbujących odizolować teren; nie dla polityków i ich kampanii; nie dla cwaniaków, kombinujących jak na mnie zarobić? Że jestem dla ludzi? Widzę, że pamiętasz.

Młody Werter Jesus Christ Superstar mash-up. Zbawiciel, uzdrowiciel, pocieszyciel, idiota.

Widzę, że nigdy nie skorzystałeś. Nie pielgrzymowałeś. Ale wiele osób z twojego otoczenia tak. Sam więc dobrze wiesz, co o mnie mówiono, jakie snuto na mój temat fantazje, o czym spekulowano. Stałem się obiektem kultu przez duże K. Prawdziwym, namacalnym, cholernym zbawicielem.

Zostawiłem kawałek siebie w tej bańce, pewien, że będziecie już wiedzieć jak korzystać z tego, co oferowałem. Może lepiej: ofiarowałem. Reszta mnie powędrowała ku gwiazdom. Chciałem odnaleźć życie poza naszą planetą, poznać je, nawiązać kontakt, a potem wrócić na Ziemię i opowiedzieć wam, co odkryłem. A opowiedzieć musiałbym tak naprawdę, jak zostałem…

 

…z niczym

 

Wiesz, czym jest równanie Drake’a? Pobożnym życzeniem.

Poszukiwania obcego życia rozpocząłem od najbliższego sąsiedztwa naszego układu. Podróżowałem z prędkością myśli, przeszukiwałem wiele miejsc jednocześnie, nie znalazłem niczego. Więc wypuściłem się dalej, do sąsiednich galaktyk. Ale i tam było pusto. Szukałem wszędzie – na każdej planecie, każdym księżycu, wewnątrz gwiazd i czarnych dziur, w pustce i na wzburzonych krawędziach wszechświata. I nic.

Nie znalazłem żadnego śladu życia w całym zasranym kosmosie. Spróbowałem więc sam je stworzyć. Wybrałem planetę o specyfice zbliżonej do ziemskiej, z jednym naturalnym satelitą, orbitującą w “strefie jasnowłosej” gwiazdy zbliżonej wielkością do naszego Słońca. Następnie poddałem tamten świat serii przyspieszonych procesów, mających doprowadzić do powstania życia w sposób analogiczny do tego, w jaki – według hipotez – powstało ono na Ziemi. Nie udało mi się uzyskać choćby jednego aminokwasu.

Uznałem w końcu, że skoro nie mogę stworzyć, to może spróbuję zaszczepić tam jakieś życie. Terraformowałem część planety do bardziej przyjaznej postaci, a następnie sprowadziłem kilka prostych, ziemskich organizmów. Oczywiście cel był taki, żeby przyspieszyć ich ewolucję i zobaczyć, jakie to przyniesie efekty. A te, niestety, były mierne. Organizmy nie chciały się rozwijać, wciąż musiałem zasilać je energią życiową, której zużywały zbyt wiele i zbyt szybko. Niczego nie dało się z tym zrobić. Wreszcie dałem spokój, pozwoliłem im zdechnąć.

Jesteśmy wyjątkowi. Ilość warunków, które muszą zostać spełnione, by powstało życie jest ogromna. Ziemia to unikat na skalę wszechświata, który wykorzystał tę możliwość i drugi raz tego nie zrobi.

Wróciłem na Ziemię, i nie spodobało mi się to, co zaszło przez te trzydzieści lat, w trakcie których nie interesowałem się sytuacją na naszej planecie. Jesteś przed pięćdziesiątką, więc wiesz o co mi chodzi. Co się pozmieniało, jak było przedtem. Wojny, autorytaryzmy, chore ambicje jednostek zdolnych narzucić swoje wizje masom.

Kiedy zobaczyłem stadion otoczony wysokim murem, z drutem kolczastym na szczycie… Przyjrzałem się setkom żołnierzy pilnujących terenu, wozom patrolowym eskortującym limuzyny do jedynej bramy, wybrańcom dopuszczonym bliżej mojej emanacji, zrozumiałem ostatecznie, że niczego się nie nauczyliście. I niczego nie da się was nauczyć.

Mógłbym na tysiące sposobów usprawiedliwiać to, co zrobiłem później. Nigdy nie wierzyłem w wyższe siły sprawcze, jak jednak wyjaśnić to, że tylko na Ziemi powstało życie? Że my powstaliśmy – gatunek doprowadzający do wymierania innych gatunków, niszczący własną kolebkę i dążący do zagłady? Jeśli stworzył nas jakiś Bóg, to musiał mieć w tym cel, a ja wciąż nie wiem jaki. Właśnie dlatego unicestwiłem ludzkość. Aby rzucić wyzwanie Bogu, wymusić na nim objawienie się, żebym mógł zapytać o sens tego wszystkiego. Jeśliby istniał jakiś Stwórca, to nie pozwoliłby przecież na wymordowanie własnych tworów, prawda?

Gówno prawda. Zabiłem wszystkich, a on nie przyszedł. Mimo wszystko nie mogę jednak uznać, że Bóg nie istnieje. A to dlatego, że jesteś jeszcze ty.

Chciałbyś się dowiedzieć, jak to się stało, że nie zostałem…

 

…sam?

 

Też chciałbym.

Zniszczenie całego życia wymagało jedynie myśli. Jak pstryknięcie placami w wykonaniu Thanosa.

Na całej wymarłej planecie pozostało jednak miejsce, z którego emanowała energia, wskazująca na istnienie żywego organizmu. Ono przyciągało mnie do siebie – nie jak latarnia wabiąca ćmy, raczej jak smród padliny ściągający sępy.

Gabinet psychologa na czwartym piętrze kamienicy. Twój gabinet. A w środku ty.

To było prawie sto lat temu.

Jak zwykle nie wierzysz. Dla ciebie wciąż jest tamten dzień. Jesteś zawieszony w czasie, który rusza tylko podczas moich wizyt. Stajesz się, gdy cię odwiedzam, więc przychodzę i opowiadam ci moją historię, za każdym razem taką samą. A później proszę, żebyś mi powiedział: dlaczego? Dlaczego mam tę moc? Dlaczego tylko ty zostałeś? Dlaczego Bóg nie chce ze mną rozmawiać? I choć działamy wciąż według tego samego schematu, twoje odpowiedzi za każdym razem są inne. Tyle, że jak dotychczas żadna mi się nie spodobała. Choćbym miał tutaj spędzić milion lat, wreszcie się dowiem, nie odpuszczę, możesz być tego pewien.

No! Wysłuchałeś już wszystkiego, co miałem do powiedzenia. Teraz pozwolę ci się ruszyć i przemówić, ale chcę tylko odpowiedzi na zadane pytania. Nie zastanawiaj się, po prostu mów. Masz kolejną szansę powiedzieć coś, co wreszcie pozwoli mi zrozumieć.

I może tym razem cię nie zabiję.

Koniec

Komentarze

Witaj.

Bardzo dobry pomysł i bardzo dobra jego realizacja, jak zawsze u Ciebie.

Miejscami wyznania bohatera są wręcz wstrząsające. Pchające się z początku na usta żartobliwe: “Adin-dwa-tri-cietyrje” sprzed lat, zostaje zastąpione przez szok, zaskoczenie, niedowierzanie, czytanie z zapartym tchem nowych fragmentów swoistej spowiedzi narratora. Zakończenie masakrycznie piorunujące.

Żal niewinnych dzieci. W sumie żal każdego człowieka, wiadomo, ale jednak istot bez winy – najbardziej.

 

Pozdrawiam, klikam. :)

Pecunia non olet

Łooo. No, brawo.

Jak dla mnie – świetny tekst.

Dobrze, pomysłowo skonstruowany, z narracją i sposobem jej prowadzenia w błyskotliwy sposób kreującymi fabułę (bo i zwrot do słuchacza na początku, i to, jak domykasz, ujawniając tożsamość i sytuację tegoż słuchacza, wpisują się i w to, jak charakteryzujesz bohatera, i w przebieg akcji – innymi słowy, nie opowiadasz po prostu, co zrobiła postać i co się stało, ale starannie dobierasz sposób opowiadania do opowiadanej fabuły, co jest trochę wyższą warsztatową szkołą jazdy.

Do tego dokłada się kwestia konstrukcji opowiadania: jasnego podziału na części, pomysłowo sygnalizowanego kolejnymi pytaniami. Te pytania też są dobrze pomyślane, od pierwszych prowadzących nas przez progresję kariery bohatera (od szarlatana do zbawiciela), po dwa ostatnie, zaskakujące.

Udanie i skutecznie też budujesz postać narratora, ogrywając klasyczny archetyp bohatera z nadludzkimi mocami, od naiwnego idealisty Supermana do odczłowieczonego jak obojętny bóg Doktora Manhattana (i zmierzającego szybkim krokiem w kierunku Homelandera). Co jest bardzo fajne, to to, że mimo supermocy psychologicznie twój bohater jest i pozostaje zwykłym człowiekiem – jego ambicje, frustracje, złość, lekka (?) mania wielkości, to wszystko – o czym on nam zresztą wprost mówi – nie podlega zmianie z powodu supermocy. Jego emocje są ludzkie, on tylko może z nimi znacznie więcej zrobić.

Jestem też pod wrażeniem tego, jak ogrywasz komiksowe aluzje. Bohater ma ich w głowie pełno, i one wychodzą naturalnie: to nie jest pakowanie do tekstu na siłę skojarzeń, one w naturalny sposób wypływają z tego, co i jak bohater odczuwa i jakich mechanizmów używa, żeby tłumaczyć sobie samego siebie i swój dar. Wzorce daje mu popkultura – i to go kształtuje, to sprawia, że on nie tylko używa swoich mocy tak, a nie inaczej, ale i tak, a nie inaczej je opisuje.

No i jeszcze jedno: przefrunęłam przez ten tekst jak Superman nad Metropolis. Bardzo się go dobrze czytało, bo i narracja ciekawa, i fabuła wciąga, i sam tekst, IMHO, potoczyście napisany i przyjemny w lekturze.

To my życzymy sobie PRZECINEK by ona taka była, ponieważ nie chcemy PRZECINEK by kierowała się emocjami.

Powyższe na dowód, że czytałem dokładnie, ale oczywiście inni coś jeszcze znajdą. Po komentarzu ninedin nie potrafię nic dodać i dlatego nie klikam. Jestem pewien, że dostaniesz tych klików dosyć bez mojego i nie skończy się na bibliotece. Dawno nie czytałem czegoś tak dobrego.

 

@koala

i nie skończy się na bibliotece.

 

Też mam takie nadzieje i plany.

Z przyjemnością betowałam, zwłaszcza że to była moja pierwsza beta i trafiłam na tak dobry tekst! Gratuluję i powodzenia! :)

Nie wiem, kto uwierzy, iż opowiadanie przeczytałem przed południem, ale brakło czasu na komentarz.

Po pierwsze – science w tym za maksimum pięć groszy, ale pal to licho.

Po drugie – widać porządne rozplanowanie tekstu, jeśli chodzi o kolejne przemiany bohatera. Proporcje, sądzę, też właściwe, między opisami działań a refleksjami nad nimi, od przyczyn do skutków.

Po trzecie – finał można rozpatrywać na dwa sposoby. Dysponował coraz większą mocą, wykorzystywał na coraz większą skalę. Naturalne i banalne. Cel jednakże przedostatniego przedsięwzięcia i ostatni ostateczny czyn / wyczyn w połączeniu z fiaskiem poprzednich starań można rozumieć jako prezentację postaci ułomnego boga (małą literą, bo to nie dotyczy żadnego ze znanych, mających czynnych wyznawców). Ułomność polega na braku sił / wiedzy, pozwalających na udane powtórzenie kreacji i swoistym zrekompensowaniu sobie tego w akcie unicestwienia ludzkości – ale nie całej, ponieważ nawet prawie bogu potrzebny jest świadek jego istnienia…

Chcę wierzyć, że Autor pisał ze świadomością powyższego.

Autorze, jak to z tym było?

Czy tak, czy nie, pozdrawiam i kłaniam się w podziękowaniu za solidny i dobry tekst.

Cześć!

 

Jest noc, jestem w pracy i mam moment, żeby Wam odpowiedzieć :)

 

@bruce

 

Dzięki za pozytywną opinię. Nie wiem czy cieszyć się z tego, że jest tam jakiś szok i piorunujące zakończenie, ale jednak poczytam to na plus ;) Co do tego, czy kogoś żal, to też tak do końca nie wiem, bo w zasadzie w tym świecie nie miałoby już być komu żal tego, co zostało zniszczone. Tak sobie myślę, że w dzisiejszych czasach jakoś łatwiej nam przełknąć tragedie, jesli mają ogromną skalę, a tragedie jednostek potrafią nas poruszyć. Może to z tego wynika, że wielka tragedia składa się z wielu małych, a one nam się rozmywają z powodu mnogości i nie potrafimy się skupić, empatyzować z tą większą masą :/ No nic, takie tam przemyslenia wieczorową porą ;) Dziękuję za wizytę i komentarz.

 

@ninedin

 

Dziękuję bardzo za przychylną opinię. Akurat Ty jesteś jedną z tych osób, których odbioru byłem najbardziej ciekaw, jako że dzielimy zamiłowanie do komiksów. Jesteś na portalu jedną z tych osób, które wiem, że kojarzą MiracleMana i wiedzą kim jest Swamp Thing. I właśnie dlatego Twoja opinia też wielce mnie cieszy :)

 

od naiwnego idealisty Supermana do odczłowieczonego jak obojętny bóg Doktora Manhattana (i zmierzającego szybkim krokiem w kierunku Homelandera). Co jest bardzo fajne, to to, że mimo supermocy psychologicznie twój bohater jest i pozostaje zwykłym człowiekiem – jego ambicje, frustracje, złość, lekka (?) mania wielkości, to wszystko – o czym on nam zresztą wprost mówi – nie podlega zmianie z powodu supermocy. Jego emocje są ludzkie, on tylko może z nimi znacznie więcej zrobić.

A ten fragment mnie szczególnie cieszył, bo właśnie o bohatera, który się zmienia, aby ostatecznie posiąść niemal boską moc, lecz bez jednoczesnej utraty ludzkich przywar, mi chodziło. Homelander jest tutaj mniej więcej adekwatnym skojarzeniem.

 

co i jak bohater odczuwa i jakich mechanizmów używa, żeby tłumaczyć sobie samego siebie i swój dar. Wzorce daje mu popkultura – i to go kształtuje, to sprawia, że on nie tylko używa swoich mocy tak, a nie inaczej, ale i tak, a nie inaczej je opisuje.

To akurat jest ta część autobiograficzna ;DD Sam mam głowę nabitą tysiącami fabuł, bohaterów, przeszkód na jakie natrafiają i sposobów na to, by te przeszkody pokonać. Myślę, że dla kogoś z dużą wiedzą na temat superbohaterskich historii to byłoby całkiem naturalne. Kiedyś myślałem nad tym jak w sposób użytkowy, bez superbohaterzenia, można by wykorzystać różne moce. Ktoś z mocami tworzenia portali (Manifold) mógłby być przecież królem spedycji. Silne zdolności telekinetyczne (Jean Grey) dają przeogromny wachlarz możliwości – mechanika precyzyjna, chirurgia, prace konstrukcyjne i tak dalej. Zdolność leczenia innych (Elixir) rozumie się samo przez się. Chciałbym przeczytać komiks, w którym ludzie z supermocami nie wykorzystują ich do superbohaterstwa/superzłoczyństwa, tylko w normalnym życiu i pracy zarobkowej :)

Raz jeszcze dzięki za miłą recenzję :)

 

@Misiu

 

I Tobie dziękuję za przybycie, przeczytanie i zostawienie po sobie śladu :)

 

@JolkaK

 

I kolejny raz – dzięki za betę :) To była przyjemność z Tobą współpracować nad szlifowaniem tekstu :)

 

@AdamKB

 

Wrócę za jakąś godzinę, dwie i odpowiem Ci na Twoje wątpliwości. Poruszyłeś ważną kwestię, do której musze się odnieść i wyjaśnić Ci mój pogląd.

 

Known some call is air am

Cześć Outta!

Pamiętam wasz pojedynek, pamiętam oba teksty… i nie pamiętam który był czyj. :P

Podobały mi się, tak jak i ten mi się podoba, ale najpierw zacznę od narzekania.

Mnóstwo niepotrzebnych kolokwializmów. Już zdążyłem poznać twój styl pisania, romansujący często z mową potoczną, uliczną wręcz, i zwykle daje to dobry efekt. Tym razem jednak, moim zdaniem, przegiąłeś pałkę. Tym bardziej, że te kolokwializmy służą bardzo często temu, aby po prostu pogonić z tekstem, przeskoczyć do kolejnego punktu historii, która przecież jest sama w sobie interesująca.

Poczucie gonitwy to drugi element, któremu chcę poświęcić chwilę marudzenia. W niektórych fragmentach dobrze robi, ale ten stały rytm w punktach kulminacyjnych powoduje takie niezbyt pożądane uczucie, jakbym obcował ze streszczeniem. Jest to po części konsekwencją obranej formy, bardzo pasującej do pomysłu i jak dla mnie przyjemnej, ale mogłeś miejscami dodać ciut dramatyzmu, pozwolić emocjom rosnąć. Podobnie wiele czytamy opisów stanów emocjonalnych bohatera, a rzadko możemy te emocje zobaczyć.

Po trzecie przesyt nawiązań. Za pierwszym razem wypadły one fajnie. Za drugim w porządku. Później już w moim odczuciu zacząłeś ocierać się o karykaturę. Fakt, takie momenty jak analiza Doktora Manhattana jako przeciwieństwo twojej postaci ratują cały koncept, ale w miejscach, gdzie nawiazania padają tylko dla samych nawiązań, mocno bym się zastanowił nad ich liczbą w tekście.

Mimo powyzszych, tekst naprawdę mi się podobał i śledzenie historii twojego wszechmocnego harosa było przyjemnością. Nie zrozumiałem za bardzo czemu nie potrafi zmienić czyichś wspomnień, skoro jest w stanie modulować tkanki czy działać na poziomie atomowym (w końcu wspomnienia to zapis informacji w sieciach neuronowych; można je modulować np. poddając mózg działaniu pół elektromagnetycznych, były takie eksperymenty), ale pominę tę nieścisłość, bo wcale nie jest istotna jeżeli chodzi o tekst. Zastanawiałem się, gdzie nas zaprowadzisz, czy pojawi się jakiś antagonista – wyszło na to, że bohater sam był swoim wrogiem. Historia przypomina nieco takie filmy jak Limitless, Lucy czy Kronika, można dostrzec wiele punktów wspólnych, ale jest satysfakcjonująca.

W pewnych momentach ocierasz się wręcz o jakąś metaopowieść o całym gatunku (?) fantastyki superbohaterskiej (czy jak to nazwać) i to jest bardzo dobre. 

Podobnie fajnie wybrzmiało zakończenie. Dołujące, ale w opisywanej rzeczywistości prawdopodobne. 

Najlepiej za to wypadł motyw stopniowej przemiany bohatera i to zasługuje na szczególne pochwały.

"brawo. Jestem z Ciebie dumny" - Osvald

Yo!

 

@AdamKB

 

Nie wiem, kto uwierzy, iż opowiadanie przeczytałem przed południem, ale brakło czasu na komentarz.

Ja wierzę :)

 

Po pierwsze – science w tym za maksimum pięć groszy, ale pal to licho.

Masz rację, błąd przy publikacji, zaraz poprawimy na fantasy.

 

Cel jednakże przedostatniego przedsięwzięcia i ostatni ostateczny czyn / wyczyn w połączeniu z fiaskiem poprzednich starań można rozumieć jako prezentację postaci ułomnego boga (małą literą, bo to nie dotyczy żadnego ze znanych, mających czynnych wyznawców). Ułomność polega na braku sił / wiedzy, pozwalających na udane powtórzenie kreacji i swoistym zrekompensowaniu sobie tego w akcie unicestwienia ludzkości – ale nie całej, ponieważ nawet prawie bogu potrzebny jest świadek jego istnienia…

Możesz to odczytywać jako próbę prezentacji ułomnego boga, jasne, nawet coś w tym jest, ale to nie był mój zamiar. Chciałem pokazać człowieka, nie boga. Człowieka, który posiadł boską moc, ale nadal został człowiekiem, z wszystkimi wadami, z całym bagażem emocji, fiksacji, przekonania, że postępuje właściwie. Miał dobre chęci, ale nie wyszło. To co miało wyjśc z tej postaci, to człowiek, a z historii to, że tak wielka potęga w rękach istoty myślącej po ludzku, istoty targanej zrywami emocji, jest przekleństwem i najpewniej doprowadzi ją do szaleństwa.

Zauważ, że on nie jest bogiem. On sam nawet za takiego się nie uważa, nigdzie nie pada z jego ust takie określenie siebie. Zbawiciel, obiekt kultu, ale nie Bóg. Jeśli już muszę to wyjaśnić, to zamysł odnośnie jego postrzegania siebie i wiary był taki: próbując stworzyć życie na innej planecie chciał udowodnić, że mogą zajść takie warunki, dzięki którym powstanie życie. Jeśliby mu się to udało, wówczas potwierdziło by się jego przekonanie o nieistnieniu Boga, dostałby dowód, że zycie jest przypadkiem, że prawa rządzące wszechświatem pozwoliły na jego zaistnienie i wszechświat je zrealizował. Ale się nie udało – nie udało się nawet zaszczepienie życia na innej planecie. To popchnęło go na ścieżkę zwątpienia, czy rzeczywiście Boga nie ma. Nie znalazł tego Boga, więc uznał, że zabije jego dzieło, cały ludzki gatunek, wierząc, że Bóg, jeśli istnieje, na to nie pozwoli. I znów się pomylił.

Nie wiem, może to niedostatecznie zaznaczone w tekście jest, ale ten ostatni człowiek, adresat jego historii, to, że on żyje, nie jest dziełem bohatera. Z jakiegoś powodu ten jeden, konkretny człowiek nie umiera, jest zawieszony w czasie dnia zagłady, emanuje życiową energią, a czas rusza dla niego tylko wtedy, gdy bohater go odwiedza. Bohater go za każdym razem zabija, a on (to jest w tekście) staje się ponownie, gdy bohater znów postanawia pójść do jego gabinetu, który również się nie zmienia. To miejsce, ten człowiek, nie pozwalają bohaterowi ostatecznie zwątpić w istnienie Boga. On wręcz uważa, że Bóg z nim pogrywa. Lecz jemu wreszcie będzie dane poznać prawdę, kiedy po raz któryś słuchacz przemówi i powie coś, co bohatera usatysfakcjonuje, da mu ostateczną odpowiedź. To, że za każdym razem odpowiedź słuchacza jest inna też przemawia w jego mniemaniu za tym, że za słuchaczem stoi Bóg.

 

A teraz jeszcze kwestia:

 

ale nie całej, ponieważ nawet prawie bogu potrzebny jest świadek jego istnienia…

Chcę wierzyć, że Autor pisał ze świadomością powyższego.

Autorze, jak to z tym było?

Adamie, ja nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo to, czy bogu potrzebny jest choć jeden wyznawca, lub chociaż świadek jego mocy, zależy od tego, w co kto wierzy.

Jeślibyśmy wzięli podejście z popkultury, na przykład z D&D, to bogów stwarza wiara. Co było pierwsze: jajko czy kura? Bóg czy wiara? W dedekach najpierw wiara, potem bóg i temu bogowi potrzebni są wyznawcy, inaczej umiera.

Podchodząc do sprawy ateistycznie, musiałbym powiedzieć, że bogu nie są potrzebni wyznawcy, to bóg jest potrzebny wyznawcom. Tyle, że wiarą go nie stwarzają, on nie istnieje, a rzeczom nieistniejącym niczego nie potrzeba, no chyba, że nieistniejących wyznawców ;)

A jeśli ktoś wierzy w Boga/bogów? Zakładając, że bóg istnieje, to wyznawcy są mu tak samo potrzebni jak każdemu z nas terrarium z mrówkami w domu – może być, ale w zasadzie nic się nie stanie, jak go nie będzie. A jak już jest, to niech jest, zajrzysz czasem, doglądniesz żeby nie padły mróweczki, a jak się znudzisz i mrówy z jakiegoś powodu padną, cóż, shit happens, wymarłe terrarium nadal będzie sobie stało pośród innych szpargałów, tylko może w mniej eksponowanym miejscu, albo nawet wyląduje w piwnicy. Nie, istocie tak potężnej jak Bóg nie są potrzebni wyznawcy.

Nie wiem czy Bóg istnieje, Adamie, ale domniemywam, że nie istnieje. I nie mogę z całą pewnością powiedzieć, że mam świadomość, że bogu potrzebni są świadkowie jego istnienia.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

PS. Geki – dziś już nie mam siły, odpowiem Ci jutro, spoko?

Known some call is air am

Bardzo smutne słowa. Żyjemy w ciężkich czasach…

Pozdrawiam i także dziękuję. :)

Pecunia non olet

PS. Geki – dziś już nie mam siły, odpowiem Ci jutro, spoko?

 

A serio to spoko, mnie też już brakło sił pod koniec, dlatego część wychwalająca była tak skąpa. :P

"brawo. Jestem z Ciebie dumny" - Osvald

Hej, Geki!

 

Mnóstwo niepotrzebnych kolokwializmów. Już zdążyłem poznać twój styl pisania, romansujący często z mową potoczną, uliczną wręcz, i zwykle daje to dobry efekt. Tym razem jednak, moim zdaniem, przegiąłeś pałkę. Tym bardziej, że te kolokwializmy służą bardzo często temu, aby po prostu pogonić z tekstem, przeskoczyć do kolejnego punktu historii, która przecież jest sama w sobie interesująca.

Masz rację zarówno co do mojego stylu (jeśli jakiś w ogóle skonkretyzowany mam ;)), jak i tego, że chociażby takie “long story short” zawarte w tekście właśnie temu miały służyć. Mógłbym po kolei opisywać losy bohatera, dodać kilka zdań o tym jak rozkręcał klinikę, dorzucić nieco więcej mięcha w postaci jakichś masakr, których dokonywał na mafiach, ale uważam, że znudziłbym czytelnika. Stąd wolę skracać, pomijać pewne etapy, które może by i podkolorowały historię, ale jednocześnie niepotrzebnie rozciągnęły. Te kolokwializmy to też część osobowości bohatera, zwykłego gościa, któremu przypadła w udziale niewyobrażalna potęga.

 

Poczucie gonitwy to drugi element, któremu chcę poświęcić chwilę marudzenia. W niektórych fragmentach dobrze robi, ale ten stały rytm w punktach kulminacyjnych powoduje takie niezbyt pożądane uczucie, jakbym obcował ze streszczeniem. Jest to po części konsekwencją obranej formy, bardzo pasującej do pomysłu i jak dla mnie przyjemnej, ale mogłeś miejscami dodać ciut dramatyzmu, pozwolić emocjom rosnąć. Podobnie wiele czytamy opisów stanów emocjonalnych bohatera, a rzadko możemy te emocje zobaczyć.

No to jest to skracanie, o którym pisałem. Może i masz rację co do tego streszczania, ale jak sam napisałeś – pasuje do formy ;) Co do emocji pełna zgoda, ostatnio Darcon mi na to uwagę zwrócił i dobrze ją sobie zapamiętałem, jednak w tym tekście nie widziałem możliwości oddania emocji tak, by można je było zobaczyć “na bieżąco” – to historia opowiadana post factum, emocje, które bohater odczuwał są jedynie wspomnieniami, a nie aktualnymi stanami emocjonalnymi bohatera. Jedynie z tym wiele bym się jednak kłócił, bo starałem się właśnie na to uważać, będąc pomnym rady imć Darcona – dodać parę słów od narratora o uczuciach, ale nie przegiąć pałki. Chociaż nie ma chyba jasno sprecyzowanego limitu, powyżej którego pałka się przegina ;)

 

Po trzecie przesyt nawiązań. Za pierwszym razem wypadły one fajnie. Za drugim w porządku. Później już w moim odczuciu zacząłeś ocierać się o karykaturę. Fakt, takie momenty jak analiza Doktora Manhattana jako przeciwieństwo twojej postaci ratują cały koncept, ale w miejscach, gdzie nawiazania padają tylko dla samych nawiązań, mocno bym się zastanowił nad ich liczbą w tekście.

A mogłem posłuchać Jolki, bo zwróciła mi na to uwagę na becie :/

Cóż, mogłem, nie mogłem, zostawiłem jak jest. Te nawiązania nie są moim zdaniem bezcelowe, bo odnoszą się zawsze do postaci, które mają w jakiś sposób sprecyzowany pogląd na świat. Owszem, jest kilka wyjątków, gdzie nawiązuję do Nightcrawlera albo Hulka, żeby zobrazować kumatym, jak to wyglądało, ale pozostałe postacie są przywołane celowo. Jasno sprecyzowany pogląd na sprawiedliwość, compadre, spójrz jakie postacie przywołuję (nie wiem jak głęboko siedzisz w komiksach, ale ja te postacie właśnie mocno kojarzę ze względu na ich podejście do superbohaterstwa): Raito Yagami, Punisher, Ghost Rider, Sędzia Dredd, MiracleMan, Doktor Manhattan, Collosus, Cyclops, Thanos, Superman.

 

Nie zrozumiałem za bardzo czemu nie potrafi zmienić czyichś wspomnień, skoro jest w stanie modulować tkanki czy działać na poziomie atomowym (w końcu wspomnienia to zapis informacji w sieciach neuronowych; można je modulować np. poddając mózg działaniu pół elektromagnetycznych, były takie eksperymenty), ale pominę tę nieścisłość, bo wcale nie jest istotna jeżeli chodzi o tekst.

Jeśli miałbym się kłócić, to podniósłbym (wymyślony na szybko ;):P) argument, że w domyśle dla tego opowiadania Bóg istnieje, a skoro on istnieje, istnieje również dusza. Bohater nie może zmienić wspomnień, bo one są częścią duszy, a duszy zmienić nie może. Tak samo nie może nikogo kontrolować. Nawet Bóg nie kontroluje ludzi, bo dał im wolną wolę ;)

Ale kłócić się nie będę, bo przy projekcji energetycznej, albo w trakcie używania supermocy, drwiących z prawa zachowania masy, to jest to tylko mała nieścisłość ;)

 

Historia przypomina nieco takie filmy jak Limitless, Lucy czy Kronika, można dostrzec wiele punktów wspólnych, ale jest satysfakcjonująca.

Limitless nie widziałem, Lucy jest okropna, a Kronika bardzo mi się podobała. Choć akurat nie myślałem o niej w trakcie wymyślania historii, to jednak widzę teraz te kilka punktów wspólnych.

 

W pewnych momentach ocierasz się wręcz o jakąś metaopowieść o całym gatunku (?) fantastyki superbohaterskiej (czy jak to nazwać) i to jest bardzo dobre. 

Wielce mnie to cieszy :)

 

Dzięki, Geki, za reckę i pozytywne odczucia względem tekstu.

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Na moment, Outta Sewerze, wrócę do wymiany poglądów. Nie rozstrzygniemy, nad tym łamali tęgie głowy niejedni, i też, praktycznie, do niczego nie doszli. Moim rzeczywistym zdaniem problem jest zwyczajnie nierozstrzygalny, więc remis – Ty masz rację i ja też ją mam. Kwestia założeń wyjściowych.

Niejako na marginesie tej tematyki, widzianej ogólnie – ciekawym, kto odważyłby się napisać opowiadanie, w którym ludzkość jest bytem cyfrowym, powołanym w celu przedyskutowywania trudnych problemów, bo twórcy superhiperkomputera sa zbyt leniwi, by samym główkować.

Pozdrawiam – Adam

Dokładnie, Adamie – kwestia założeń wejściowych, w dodatku w żaden sposób niefalsyfikowalnych :)

 

napisać opowiadanie, w którym ludzkość jest bytem cyfrowym, powołanym w celu przedyskutowywania trudnych problemów, bo twórcy superhiperkomputera sa zbyt leniwi, by samym główkować.

A kto wie czy nie jesteśmy? ;)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Hej,

 

tekst mi się podoba, stąd kliczek biblioteczny i nominacja do piórka. Myślę, że jest to jeden z lepszych tekstów, które przeczytałem w tym roku.

 

Jest tutaj wszystko to, co lubię – przede wszystkim konflikty i emocje, one najłatwiej przykuwają uwagę czytelnika. Dalej tajemnica, z jednej strony przez narrację wypowiedzianą do niepoznanego odbiorcy, a z drugiej przez rozwijanie mocy bohatera, który to rozwój rodzi nieuchronne pytanie: “co będzie dalej?” Nieuchronnie w ten sposób dotykamy także formy tej historii o potędze, którą odbieram jako swoiste stopniowanie z jednej strony (coraz większa moc), a z drugiej strony jest to swoiste krążenie pomiędzy “dobrem” i “złem” odbijanie się od extremum.

Otwarta końcówka też robi robotę (notabene). We mnie rodzi skojarzenia z AI, sztuczny byt, jedyny jaki pozostał z czyszczoną pamięcią po każdej wizycie. (”I może tym razem cię nie zabiję.”)

 

I właściciwie zabrakło mi tylko (aż) jednego, “miłości”. Albo jej braku, ale takiego uzasadnionego. W tym tekście brak jakiejkolwiek głebszej relacji bohatera z ludźmi obok – pojawiają się właściwie jedynie rodzice, z którymi kontakt szybko się urywa i kto, który umiera nie wywołując żadnej reakcji. A wiemy, że nasz domorosły bóg nie jest wolny od innnych emocji, dlaczego więc nie szuka bratniej duszy? Czy nie czuje się samotny? IMHO relacje są haczykiem trzymającym ludzi w tym świecie; rodzice, partnerzy, dzieci, przyjaciele, nawet zwierzęta – ludzie spełniają się w relacjach.

Oczywiście można by pójść w drugą stronę i ukazać jak miałki jest ten relacyjny świat, że nikt nie równa się bogowi, że dziewczyny zdradzają, rodzice nie szanują, a wszyscy są z gruntu kłamliwi i źli. Choć na pewno nie byłoby to takie proste. Czy świadomie wyjąłeś ten puzzel z układanki? ;)

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Cześć, BK :)

 

Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu i jestem wdzięczny za klika i nominację piórkową :)

 

We mnie rodzi skojarzenia z AI, sztuczny byt, jedyny jaki pozostał z czyszczoną pamięcią po każdej wizycie. (”I może tym razem cię nie zabiję.”)

Może być też, bo nie jesteśmy w stanie wykluczyć opcji, że cała ludzkość wraz z cywilizacją to tylko symulacja :)

 

I właściciwie zabrakło mi tylko (aż) jednego, “miłości”. Albo jej braku, ale takiego uzasadnionego.

Czy świadomie wyjąłeś ten puzzel z układanki? ;)

 

W wersji bardzo pierwotnej bohater był żonaty i miał córkę. Ale porzuciłem tę wersję, głównie dlatego, że miłość i uczucia, które mógłby żywić do żony albo córki zadziałałyby jak hamulec. Świadomie usunąłem ten element, żeby bardziej skupić sie na bohaterze i jego zafiksowaniu. Miłość – uważam – byłaby tym, co hamowało by jego rozwój, nie pozwoliło osiągnąć tej mocy, która w końcu posiadł, miłość stonowałaby jego emocje, nie dopuściła do tego, że przestał się w nich hamować i zaczął poddawać kaprysom. Boję się za każdym razem, kiedy podejmuję temat miłości, a obawa wynika z tego, że nie chcę spłycać tego uczucia, nie chcę go definiować. Boję się pisac o miłości, bo nie potrafię pisać o miłości, więc poniekąd był to też manewr asekuracyjny ;)

 

Dzięki za odwiedziny i komentarz, BK :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

No, to jest przemiana bohatera. Podobał mi się ten ciąg przemian, całkiem rozsądnie zbudowany.

Poruszasz interesujące problemy. Bohater ma moc prawie boską – może odbierać życie, nawet hurtowo, ale nie może go stworzyć. Co zniszczy, to znika bezpowrotnie. W sumie każdy z nas tak ma, tylko skala mniejsza. No, nie zazdroszczę.

Dlaczego po powrocie na Ziemię nie szukał dziesięciu sprawiedliwych? Nie zorganizował arki? Czy to skutek tego, że władza absolutna korumpuje absolutnie? Czy to wspomniany wyżej brak miłości jest skazą? A jeśli nawet nie miłości, to może chociaż szacunku dla życia, skoro już sprawdził, że nowego sobie nie załatwi?

Obstawiam, że ten ostatni ktoś, którego nie da się na dobre zabić nie jest testem dla niego, tylko dla bohatera.

Ciekawa lektura.

Jestem na TAK, czyli.

A Adams już napisał książkę, w której cała Ziemia była specjalnie skonstruowanym superkomputerem.

Babska logika rządzi!

Mógłbym po kolei opisywać losy bohatera, dodać kilka zdań o tym jak rozkręcał klinikę, dorzucić nieco więcej mięcha w postaci jakichś masakr, których dokonywał na mafiach, ale uważam, że znudziłbym czytelnika. Stąd wolę skracać, pomijać pewne etapy, które może by i podkolorowały historię, ale jednocześnie niepotrzebnie rozciągnęły.

Jasne, tylko z tą skrótowością nie można przesadzać, żeby nie wyszło streszczenie. :P

dodać parę słów od narratora o uczuciach, ale nie przegiąć pałki

Ja uważam, że lepiej jest te uczucia pokazać, niż wymienić. Jasne, przedstawiasz wspomnienia, ale nic nie stoi na przeszkodzie temu, aby opisać jakąś sytuację z oddaniem emocji.

Cóż, mogłem, nie mogłem, zostawiłem jak jest. Te nawiązania nie są moim zdaniem bezcelowe, bo odnoszą się zawsze do postaci, które mają w jakiś sposób sprecyzowany pogląd na świat.

No trochę nie zawsze, bo np. nawiązanie do takiego Cyclopsa to po prostu fanserwisowy ozdobnik. Nawet jeśli ma to być jakieś nawiązanie do charakterystyki tej postaci, to – przynajmniej dla mnie – w tym wypadku było nieuchwytne, a na pewno nie wyeksponowane.

Te, gdzie rzeczywiście odnosisz się do światopoglądu bohatera, są bardzo OK.

 

Koniec końców będę na NIE, ale to porządne opowiadanie. :)

"brawo. Jestem z Ciebie dumny" - Osvald

Porządnie opisałeś osobliwe koleje losu bohatera obdarzonego specyficznym darem i wykorzystującym go z bardzo różnymi zamiarami, w bardzo różnych okolicznościach. Szczególnie wrażenie zrobiły na mnie kierujące nim motywy, zmieniające się w zależności od sytuacji. I choć miał zamiar pomagać ludziom, nie brakło tu chęci zysku, ale i wątpliwości natury etycznej, że o naprawianiu świata przy udziale metod szczególnie drastycznych nie wspomnę.

Jakkolwiek rozumiem jego chęć przekonania się o istnieniu Boga, to niespecjalnie przemówiła do mnie część o penetrowaniu kosmosu – zdała mi się dość monotonna i sprowadzona do opisania suchych faktów. Choć z drugiej strony – co ciekawego miało się tam dziać, skoro nic się nie działo i mimo wysiłków bohatera nic nie chciało zacząć się dziać.

Pewnie umknęło mi wiele z opowiadania, bo nie oglądam filmów, nie gram i nie zadaję się z komiksami, ale i tak nie mogę narzekać – Jak zostałem… czytało się świetnie.

 

 

Jego ro­dzi­ce jeź­dzi­li z nim po le­ka­rzach… → Czy pierwszy zaimek jest konieczny? Bo chyba nie jeździli z nim rodzice innych dzieci?

 

I tak kilka razy, wte i wewte.I tak kilka razy, w te i we w te.

 

nie­na­wi­dzi­li mnie za­rów­no praw­dzi­wi me­dy­cy, przy­rów­nu­jąc mnie do wszel­kiej maści szar­la­ta­nów… → Czy drugi zaimek jest konieczny?

 

Potem za­bra­łem się za ich pra­co­daw­cę.Potem za­bra­łem się do ich pra­co­daw­cy. Lub: Potem zająłem się ich pra­co­daw­cą.

 

bro­nią­ca sie­dzą­cej we mnie zło­ści do wy­la­nia się wście­kłą falą na ze­wnątrz. → Nie bardzo rozumiem – jak moc może bronić złości do wylania?

A może: …bro­nią­ca sie­dzą­cej we mnie zło­ści przed wy­la­niem się wście­kłą falą na ze­wnątrz.

 

że bólem prze­ko­nam gang­ste­ra do zro­zu­mie­nia swo­ich błę­dów… → …że bólem prze­ko­nam gang­ste­ra do zro­zu­mie­nia jego błę­dów… Lub: …że bólem prze­ko­nam gang­ste­ra, by zrozumiał swoje błędy

 

że czło­wiek–demon za­bi­ja wszyst­kich… → …że czło­wiek-demon za­bi­ja wszyst­kich

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

sa­te­li­tą, or­bi­tu­ją­cą w stre­fie ja­sno­wło­sej gwiaz­dy… → Albo: …sa­te­li­tą, or­bi­tu­ją­cą w stre­fie ja­sno­wło­sej gwiaz­dy… Albo: sa­te­li­tą, or­bi­tu­ją­cą w „stre­fie ja­sno­wło­sej” gwiaz­dy…

Słów napisanych kursywą nie ujmuje się w cudzysłów, a jeśli stosuje się cudzysłów, rezygnujemy z kursywy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

Tekst ma ode mnie nominację piórkową i TAK-a (oczywiście), a uzasadnienie jest w moim pierwszym komentarzu.

Przed przeczytaniem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

 

Ostrzeżenie dla alergików: ze względu na fakt, że w głowie krwiożerczego Osvalda produkowane są w dużych ilościach wredne myśli, komentarz może zwierać śladowe ilości takich zwrotów jak: bzdura, grafomania, durne, bezmyślne, idiotyczne, efekciarskie, nijakie, bez sensu.

 

Po połknięciu komentarz obficie popijać (niekoniecznie wodą).

 

Taczka z bagiennym szlamem miałkich przemyśleń ledwie się przez ten tekst przetoczyła. Litości, ależ to było nijakie. Zacznę od najgorszego elementu, czyli mocy bohatera. Najpierw jest to sztampa, czyli widzenia aury, potem nagle bohater może bezpośrednio zmieniać ciała, a następnie może wszystko. Koty widzą aury, niektórzy ludzie też, ale tylko u bohatera rozwija się to w nieograniczoną moc.

Napisanie tekstu, w którym wydarzenia się dzieją, bo tak i nic nie zostaje zamknięte ani wyjaśnione, jest jak dla mnie chodzeniem na łatwiznę. To takie mówienie czytelnikowi: czytaj co napisałem i nie zadawaj pytań. A tymczasem co i raz natrafia się na bzdury, wymagające zawieszenia niewiary. Cała historia zdobycia przez bohatera bogactwa jest uproszczona i ma za dużo dziur. Nie tak prosto prowadzić klinikę, powinien być jakiś personel, a fakt, że ktoś przy operacjach stosuje technikę, której nie chce ujawnić, co pada w tym momencie: “Oczywiście gadał wszystkim, że to tajemnica. Pary z ust nie puści, bo to jego autorski pomysł i inne, podobne farmazony, to już wierutna bzdura”, jest wyssany z palca.

Efekciarstwo jest w tym tekście posunięte tak daleko, że lektura jest torturą. Cały wątek polityków wygląda na doklejony na siłę, tylko po to żeby bohater mógł sobie na nich ponarzekać, a potem wchodzić do szpitala, choć wcale aż takie machinacje nie byłyby potrzebne, żeby pokazać leczenie ciężko chorych, mógł po prostu zostać wolontariuszem w hospicjum.

Wygląda to też jak wykładanie w tekście własnych poglądów autora, którzy chce sobie po prostu ponarzekać. Żadne z działań bohatera nie jest wiarygodne, a jak wjeżdża na scenę podróżowanie po kosmosie i wymordowanie ludzkości tekst traci i tak już nikły sens. 

Bohater jest antypatyczny, wyprany z emocji, kłamliwy i prostacki. Podejmuje kolejne działania, zdając się nie mieć żadnego celu. Ktoś leczy najbardziej chorych, potem zabija całą ludzkość? 

Narracja jest do bólu monotonna, nie ma nawet odrobiny zróżnicowania, jakby bohater to wszystko miał wyrzucić z siebie na jednym wydechu. Całościowo było to po prostu nużące, bo nic tu nie ciekawi – ani wnioski bohatera, ani obserwacje, ani podejmowane przez niego działania.

Skłaniam się ku wnioskowi, że całe opowiadanie jest tylko urojeniem pacjenta zakładu psychiatrycznego. Przemawia za tym brak logiki wydarzeń, wiarygodności tego całego planu bohatera, nawiązania do komiksów oraz mocy Boga, który jedynie na wolną wolę nie może wypływać, i fakt, że ostatnią żyjącą osobą jest psycholog.

Całościowo jest to niedopracowany i nieprzemyślany tekst. Podczas lektury towarzyszyło mi uczucie przesytu i znudzenia.

 

A teraz wysilę się niesamowicie i spróbuję znaleźć coś do pochwalenia… A więc początek tekstu zaciekawia, a ten opis uważam, za zgrabnie napisany: “Dmuchałeś kiedyś balonik? Na początku idzie ciężko, skupiasz się na wtłoczeniu powietrza do tego cholernego kawałka gumy, nadymasz policzki, ale kiedy wreszcie dmuchniesz dostatecznie mocno, wówczas balonik zaczyna nabierać kształtu i kolejne wydechy bez trudu powiększają jego rozmiar. Tak to, mniej więcej, zadziałało”.

„Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich" – Friedrich Nietzsche

Cześć!

 

Przeczytałem z tydzień temu, ale zapomniałem skomentować, więc będzie taki komentarz z perspektywy. Bardzo podoba mi się koncepcja superbohatera, który powoli poznaje swój potencjał i wykorzystuje go według potrzeb. Najpierw mamy więc ostrożne stąpanie by wygrzebać się z biedy, potem jest faza zachwytu dobrobytem by w końcu stać się niejako mecenasem lub graczem wysokiej ligi (a następnie bogiem, ale o tym później). Umiejętnie pokazałeś nieco ufantestycznioną drogę do sukcesu.

Tekst napisany imho sprawnie, czytało się całkiem nieźle, bez zgrzytów czy dłużyzn, choć nieco oderwany od reszty (pozornie) początek oraz gawędzierski styl przywodziły na myśl “Oumuadua”. Nieco humoru się załapało, nieco polityki, ale tekst wciągał i budził ciekawość, w miarę jak kula śniegowa nabierała rozpędu. Jeżeli czegoś zabrakło, to życia prywatnego i relacji międzyludzkich bohatera, bo bez tego robi trochę wrażenie człowieka ze stali, nastawionego na działanie w zasadzie bez ludzkiej twarzy.

Pierwszym punktem zwrotnym, który jakoś zaburzył mi obraz, była masakra w kartelu. Celnie pokazałeś tu skutki igrania z ogniem, natomiast – jak dla mnie – zbyt dużo tego ognia w “protagoniście”. On w zasadzie jest tu już bogiem, toczącym jedynie bój wewnątrz siebie, świat zewnętrzny jest jedynie areną biernie czekającą na jego działania. To się jeszcze pogłębia w zakończeniu, gdzie bohater pozostawia ludziom jeden z swoich cudów – cząstkę siebie – i rusza w drogę pozwiedzać niebiosa. Z superbohatera w mesjasza czy anioła śmierci, trochę zbyt szybko jak dla mnie, zabrakło podbudowy.

Końcówka to już z kolei następny poziom wyżej, ale to już tak nie razi, bo poprzednie skoki na to przygotowały, znowu pojawia się też humor. Zabił wszystkich, ale jeden psycholog przeżył, zawieszony w czasie, który pomimo ogromu doświadczeń bohatera nie potrafi pomóc, nawet pod groźbą. Oj, nielekka dola psychologa ;-)

 

Z rzeczy, które jakoś rzuciły mi się w oczy:

Podróżowałem z prędkością myśli

Czyli w sumie niezbyt szybko.

Więc wypuściłem się dalej, do sąsiednich galaktyk. Ale i tam było pusto.

Oj ta boża rozrzutność ;-)

 

Pozdrawiam i szczęśliwego nowego życzę!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Siema.

Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wrzuciłeś opko w czwartek. Niby jest to dzień mojego dyżuru, a tym razem mogłem połączyć przyjemne z pożytecznym – właśnie wyrobiłem normę za grudzień, a przy okazji przeczytałem tekst, który mnie nie nudził, a przeciwnie – dostarczył rozrywki, zastanowił i zaciekawił.

Z uwag technicznych:

biznesman

Według mnie lepiej brzmi businessman lub biznesmen

 

Dmuchałeś kiedyś balonik?

Nie wiem czy ta forma jest poprawna, ale zdecydowanie wolę go nadmuchiwać. Słowo “dmuchanie” budzi u mnie dodatkowe skojarzenia, które w zestawieniu z balonikiem… Chociaż nie. Zmieniam zdanie. Wszystko pasuje.

 

Samo opko kozackie.

Chociaż mam swoją interpretację. W tym świecie sporo spraw wydaje się być nie w porządku. Po pierwsze – jest jedyną osobą, która posiada takie moce. Pomijając opcję bycia istotą boską, bądź też diabłem co się zowie, wydaje się to nieco nieprawdopodobne, by tylko jedna istota z całej ziemskiej populacji posiadała taką cechę. 

Dodatkowo paradoks Fermiego i niemożność powtórzenia ziemskiego eksperymentu w obcych warunkach. Tu już sprawa wydaje się oczywista: Świat w którym żyje bohater jest symulacją / eksperymentem / urojeniami.

Obecność psychologa w ostatniej scenie podpowiada to ostatnie. Żyjemy w świecie schizofrenika, zamkniętego w świecie własnej fantazji, a lekarz jest jego ostatnim oknem na świat i potencjalnym punktem nawiązania kontaktu z rzeczywistością.

Jednym z potencjalnych rozwiązań paradoksu Fermiego jest hipoteza zoo, a jeśli przenieść to na Twoje opko, to widzę to jako drugą ewentualność. Albo to eksperyment laboratoryjny, albo np. coś bardzo potężnego zorientowało się dość szybko, że bohater może sporo namieszać i przeniosło go do jakiegoś odseparowanego bąbla – izolatki, w którym może narobić problemów głównie samemu sobie, co się ostatecznie dzieje. 

Tak czy owak, wyszło naprawdę fajnie, bo rozrywkowo, a jednocześnie można było trochę pogłówkować.

Także, ten tego, opinia biegunowo odmienna od mojego przedprzedmówcy, ale już zdążyłem się do tego faktu przyzwyczaić. Życie.

Nie wiem czy masz już nominację do pierza, ale i tak Cię tam zakabluję, bo wlazło jak rzadko kiedy XD

Nie betuję tekstów ze względu na brak czasu.

Oy, Outta, Outta, nic nie działa na mnie tak, jak rzucenie wyzwania ^^ dlatego zamiast pracować, będę czytać, głównie Twoje opowiadania ;)

 

Nazywał się Witalij i był energoterapeutą, podobno bardzo dobrym – istnym cudotwórcą – zaproszonym z polecenia którejś ciotki, czy kuzynki.

Bez przecinka przed “czy kuzynki”

 

Pełno tego ścierwa ogłaszało się w sieci, funkcjonowały fora dla oszołomów, sklepy z magicznymi bębenkami i innym gównem, poradniki…

 

Oczywiście mój spaczony umysł podesłał obraz T.Gonzales grającej na bębenku. 

 

Początkowo szło ciężko, nikt nie chciał wierzyć gówniarzowi, który twierdzi, że potrafi leczyć.

Jest i ciężko :P chociaż tutaj mnie nie razi, bo cała opowieść ma własny styl. Poza tym pewnie optowałabym na zmianę “początkowo było trudno”, ale takie stwierdzenie nie pasuje mi do bohatera ^^ Niżej przy baloniku też się to pojawia, ale kontrargument jest jw.

 

Żeby otworzyć klinikę potrzebowałem jakiegoś jelenia.

przecinek przed potrzebowałem

 

Zmieniłem numery telefonów, miejsce zamieszkania, usunąłem z sieci ślady swojej działalności i zająłem się bardzo kosztownymi operacjami plastycznymi.

Nie byłoby to chyba takie łatwe. Jasne, materiały, które on wrzucił można usunąć, ale udzielał wywiadów, więc jakiś ślad musiał po nim pozostać.

 

Oprócz nich jest cała menażeria, kręcąca się tu i tam, załatwiająca sprawy, ubijająca biznesy, zdobywająca wpływy – biznesmani, milionerzy, celebryci.

Bardziej pasowałoby mi interesy. Dodatkowo zmiana zlikwiduje problem powtórzenia

 

Różni ludzie do mnie trafiali. Czasem tacy, których nie miałem zamiaru leczyć, bo wiedziałem jakimi są ludźmi.

A propos powtórzeń. Może, bo wiedziałem jacy są naprawdę, lub coś w ten deseń.

 

Pisały o nim zarówno poważne dzienniki, jak i serwisy plotkarskie: celebryta gangster, któremu jakimś trafem nie zdołano niczego udowodnić.

A tutaj spaczony umysł podsuwa mi obraz słowika i najmana. 

 

Tak po prostu, jakbym odebrał rozmowę z telemarketerem, próbującym wcisnąć mi garnki.

Fotowoltaikę ^^

 

Zabiłem tego śmiecia, a jego zwłoki, wraz z ciałami dwójki ochroniarzy, przerobiłem na biomasę, której używałem, kiedy któraś klientka chciała sobie dodać tu, czy tam.

Bez przecinka przed czy tam + skąd wcześniej brał biomasę do takich zabiegów?

 

Tamtego dnia pękły dwie tamy – jedna, która utrzymywała w ryzach moją umiejętność wykorzystywania mocy, i druga, broniąca siedzącej we mnie złości do wylania się wściekłą falą na zewnątrz.

przed wylaniem się – brzmi zgrabniej moim zdaniem

 

Jesus Christ Superstar

Sentymentalnie się zrobiło, bo to pierwszy musical ever jaki widziałam na żywo. Z Balcarem i Radkiem.

 

Podoba mi się łamanie czwartej ściany i podział na części. Widać, że konstrukcję tekstu przemyślałeś, co zawsze podziwiam, bo ten aspekt szczególnie kuleje u mnie :P Dobry jest także rozwój, przyznaje, że dwie ostatnie części szczególnie zaskoczyły. Muszę jednak przy nich pomarudzić.

Każda z tych części mogłaby stanowić fabułę osobnego opka, jasne nie taki był zamysł, ale jest tu tyle pomysłów, że gnamy przez tekst, nie mogąc zatrzymać się nigdzie na dłużej. Robi się trochę streszczeniowo, a kluczowe wydarzenia nie mogą wybrzmieć (np. kwestia umierające dziecka i śmierci 6 innych).

 

Są więc we mnie dwie OldGuard – jedna jest usatysfakcjonowana lekturą, druga zaczynała odczuwać znużenie już pod koniec, bo brakowało jej czegoś, co przełamie monotonię zapisu. Tym razem jednak na pierwsza ma większą siłę przebicia ;)

Na plus klarowna i trzymana w ryzach forma, liczne nawiązania do superhero oraz wyraźna myśl.

Na minus potoczysta mowa bohatera utrzymana w jednostajnym tonie. Wk… był od samego początku i tak zostało mu już do końca. Zróżnicowałabym.

Najbardziej zaciekawiło mnie zakończenie, reszta to były etapy, młócka i szarpanina. Facet ma sumienie, ma nadzieję i trzyma ją pod kloszem na Ziemi, nie pozwala zgasnąć. Nie chce tego. W gruncie rzeczy czeka na Boga, marzy o nim, ma dość mocy, chce ją oddać. Hmm.

Z uwag dodatkowych: letko miejscami przegadane.

 

Decyzja na – nie.

 

pzd srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nieobrazkowa jestem ;) Znajomość z komiksami zakończyłam na przygodach Kajko i Kokosza, filmy oglądam rzadko, a te o superbohaterach to w ogóle nudzą mnie śmiertelnie. Połowy wymienionych w tekście herosów nie kojarzę. Krótko mówiąc – raczej nie jestem targetem. Niemniej jednak opko da się chyba zrozumieć i bez znajomości światka superbohaterów. Do tego dlaczego chyba wrócę jeszcze na końcu. Konstrukcja tekstu jest bardzo fajnie rozplanowana, zakończenie zaskakuje. Bohatera stworzyłeś doskonale, ale…

Gdyby zabrać bohaterowi te jego supermoce to zostanie egoistyczny, wręcz psychopatyczny dupek, który chce w życiu osiągnąć wszystko za bardzo się przy tym nie przepracowując. Z supermocami jest dodatkowo dupkiem sfrustrowanym, bo niecały świat wie , jaki to on wspaniały jest. Wszystko, co robi, robi z myślą o sobie. Nie widzę w jego postępowaniu choćby dylemaciku moralnego. Pomaga nie dlatego, że współczuje, że mu przykro, że nie może patrzeć na czyjeś cierpienie. On jest z tych, co pomagają, bo to dobrze wygląda w CV.

Reakcja na śmierć ojca jest IMO wyzbyta z emocji. Równie dobrze mogliby mu potraktować młotem wypasiony symbol statusu (czyt. samochód) i reakcja byłaby taka sama, choć nie wykluczam, że wkurzyłby się bardziej. Szczerze mówiąc ten mafioso, od którego zaczął przygodę z zabijaniem, wzbudził we mnie większą sympatię i to mimo całej listy popełnionych przestępstw.

Zbawicielem bym go nie nazwała, bo zbawicielowi to jednak zależy, a bohater chciał pokazać, jaki to on wspaniały i ewidentnie miał ludzkość gdzieś. Zresztą po takim numerze nie musiałby już ludzkości zabijać, bo uczyniłaby to sama. Potrafisz sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby jedno państwo, już nieważne które, dysponowało taką mocą? Myślę, że w krótkim czasie doszłoby do wojny totalnej.

Potem książątko podróżuje, wraca na Ziemię i strzela focha, bo nie zostało należycie docenione. I końcówka, sto lat przepytywania psychologa, a ciągle stawia te same pytania, ani razu nie zastanowił się, czy może coś w nim jest nie tak.

I teraz wracając do początku i mojej nieznajomości światka superbohaterów… Możliwe, że w opku jest coś więcej, a ta nieznajomość nie pozwala mi tego dostrzec. Możliwe, że moja ocena jest w związku z tym niesprawiedliwa, ale…

Przyznaję, że opko jest brawurowo napisane, czyta się świetnie, ale na końcu doszłam do wniosku, że w sumie to chyba nie chcę poświęcać czasu na przebywanie z dupkiem, jakim jest bohater. Nie zrozum mnie źle, nie wymagam od tekstów jakiejś głębi, ale fajnie by było, gdyby dały do myślenia, albo przynajmniej rozbawiły, sprawiły, że miałam poczucie mile spędzonego czasu z fajnymi ludźmi, ale nic z tego tutaj nie dostrzegam.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ciekawy pomysł z zastosowaną formą. Strumień świadomości czy raczej taka wypowiedź wprost do kogoś, to IMO trudna sztuka i choć warta zachodu, to łatwo przekombinować. Myślę, że w tym konkretnym opowiadaniu część rzeczy wyszła, a część niestety nie.

Podobała mi się swoboda wypowiedzi narratora, język, którym operował, nawiązania do popkultury. Opowiadanie zaczyna się tak, że naprawdę można być pod wrażeniem. Akapity jednak płyną, a okazuje się, że jak na tekst będący w zasadzie czyimś wywodem, to język jest zaskakująco monotonny, część nawiązań to tylko wymienianie tytułów czy bohaterów po przecinku, a do tego pojawia się przeświadczenie, że coś z tym bohaterem jest nie tak.

Przemiana bohatera zdaje się odgrywać tutaj kluczową rolę. Ewidentnie nie radzi sobie z syndromem boga – i fajnie, jest to interesujący punkt wyjścia do opowiedzenia historii. Skojarzenie z Death Note nasuwa się naturalnie i w odpowiednim momencie nawet pada to w tekście. Tylko moim zdaniem w notatniku rozegrano to o wiele zgrabniej – Raito, przynajmniej z początku, zdawał się mieć spore moralne rozterki, a przede wszystkim, miał przeciwnika, z którym rywalizował, a umiejętności shinigami miały jakiś limit. W “Jak zostałem” chyba doskwiera najbardziej brak jakiegokolwiek limitu – umiejętności bohatera nieprzerwanie tylko rosną. Do tego nie idzie za tym żadna refleksja, gość po prostu dzieli i rządzi, przekonany o swojej nieomylności. Zwrócę też uwagę, że ta postać jest tak zafiksowana na swojej umiejętności, że wszystko inne wspomina zdawkowo, bez najmniejszej namiętności i nie ma znaczenia, czy mówi o dręczeniu kota, czy o śmierci własnego ojca. Beznamiętność, z jaką zwłaszcza przyjmuje śmierć ojca, zapaliła mi w głowie lampkę, że być może między zdaniami próbujesz przemycić tutaj jakiś trop. W finale pojawia się jeszcze psycholog, który jest adresatem całego wywodu i tutaj już miałem sporo kart w ręku, by interpretować, że mamy do czynienia z niezrównoważonym gościem, a cała ta historia to jedno wielkie urojenie. Czyli nie za fajnie.

Przejrzałem później komentarze i natknąłem się na interpretację autora, wg której osoba psychologa jest możliwą odpowiedzią Boga na wołania bohatera o jakąkolwiek odpowiedź. Prawdę mówiąc, nie kupuję tego. Wersja z urojeniami jest dla mnie sensowniejsza, także poprzez to, jak narrator rozwiązuje problemy, na które napotyka. Wszystko daje się rozwiązać ot tak, bez większego wysiłku, nawet nie ma co o tym szerzej wspominać. Liczy się tylko coraz większa siła, na której się fiksuje.

Podsumowując, uważam, że próba ciekawa i pomysł jest tu zacny, ale nie udało się go dociągnąć do końca na satysfakcjonującym poziomie.

Hej

Dla mnie świetne.

Zacznę jednak od wad.

Po pierwsze, trochę hermetyzujesz tekst, odwołując się do komiksowych bohaterów, szczególnie że nie wspominasz, aby protagonista był fanem takich historii. Porównania pojawią się same i dopiero później. Nie wiem też, czy nie jest ich za dużo i czy nie stwarzają sztucznej bariery między historią a czytelnikiem – opowieść przemienia się w komiks bez obrazków, coś, przy czym automatycznie uruchamiamy zawieszenie niewiary, bo wiemy, że przedstawione wydarzenia będą dziwne i niemożliwe. Dlaczego nie odrzucić komiksowych bohaterów i pozwolić, by historia nabrała na autentyczności przekazu?

 Po drugie, za dużo mocy! Bohater traci na autentyczności, budowanie życia na innej planecie, szukanie pozaziemskich cywilizacji… No weszliśmy już w inny poziom opowieści i gdzieś w tej końcówce zgubiła się ciekawa postać z początku.

Teraz miód. Początek piękny – bohater żyje, czuć to życie, czuć, że nie jest tylko siłą napędową fabuły. Narastająca moc bohatera wywołuje narastające problemy i przedstawiasz je na tyle autentycznie, że jestem skłonny uwierzyć. To oczywiste, że ludzie biznesu, władzy i mafii byliby pierwszymi do korzystania z dobrodziejstw cudownego leczenia – choroby nie wybierają. Przejście od jednej decyzji bohatera do drugiej uważam za płynne i dostatecznie umotywowane, stawiając siebie w takiej sytuacji, zapewne postąpiłbym podobnie. Jak już wspominałem, końcówka nieco siada, ale przekaz, że wielka siła prowadzi do wynaturzenia postrzegania życia, jest jak najbardziej prawdziwa.

Ludzie z wielką mocą prędzej skończyliby jako superbohaterowie z Boys niż Avengersów.

U mnie TAK

Pozdrawiam

No, Outta, zaszalałeś ;) Dam aż dwa TAKi w tym rozdaniu, bo jakkolwiek z początku dość długo się wkręcałam w ten tekst, to jednak całość bardzo mi się i po prawdzie chapeau bas za to, jak w monologu niemalże pozbawionym akcji i relacjonującym zdarzenia z perspektywy zdołałeś zbudować napięcie i ambiwalentne uczucia co do bohatera.

Jest to jak dla mnie znakomity przykład tego, że nie akcja, nawet nie fabuła, ale sposób opowiedzenia może zrobić świetny tekst. Narracja pierwszo-drugoosobowa wyszła Ci bardzo dobrze, bo z jednej strony jest mocno subiektywna, a z drugiej – jest w niej ziarno ironii wobec bohatera (i to zarówno takiej autorskiej, jak i w samej mocno spersonalizowanej narracji). Na plus też naturalność tej narracji, brak przesady w którąkolwiek stronę.

Odwołania popkulturowe też grają, a nie są tylko ozdobnikiem. Ja niekomiksowa, raczej znam to wszystko z filmów, ale umieściłeś to w tekście bardzo sprawnie i w sposób znaczący dla bohatera i jego dziejów. Jest też doza gorzkich refleksji o świecie i ludziach, ale to mi pasuje do tekstu o vigilante, bo ta postać wyrasta jakoś tam z czarnego kryminału. 

No i konstrukcyjnie świetny jest ten zabieg z pytaniami oraz “tytułami” w narzędniku. Dobra literacka robota.

Z powodu braku czasu nie przeczytałam pojedynkowo, muszę nadrobić drugi tekst, ale cieszę się, że była nominacja i przeczytałam “pod przymusem”, bo zmieniło się to w wyjątkowo satysfakcjonującą lekturę.

 

PS. Zapomniałam dodać, że oczywiście brak realizmu usprawiedliwia tu całkowicie konwencja superbohaterska.

 

Drobiazgi (bardzo wyrywkowo, bo mnie za bardzo wciągnęło na łapankę):

 

sięgnąłem ku aurom jego dwóch[-,] czekających na korytarzu[-,] ochroniarzy.

 

Wszedłem mu do głowy i poczułem jego ból. W odruchu obronnym zerwałem połączenie. Kiedy doszedłem do siebie cofnąłem wszystkie zmiany w jego ciele, a potem raz jeszcze, tym razem świadomie, spróbowałem dostać się do jego umysłu. Nie było żadnych nieudanych prób, jak w filmach, w których bohater uczy się okiełznywać posiadaną moc. Poszło łatwo. Chciałem, więc się działo, moc reagowała na moją potrzebę. Zajrzałem do zmagazynowanych w jego mózgu wspomnień, do myśli i uczuć, poznałem go. I nie spodobało mi się to, co zobaczyłem. Zabiłem tego śmiecia, a jego zwłoki, wraz z ciałami dwójki ochroniarzy, przerobiłem na biomasę, której używałem, kiedy któraś klientka chciała sobie dodać tu[-,] czy tam.

Tu masz dość radykalną zaimkozę oraz zbędny przecinek.

http://altronapoleone.home.blog

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Zjadłeś kilka przecinków, czyżby były źródłem energii do napisania tego tekstu? ;) Podobał mi się pomysł z autami i choć opowiadanie niezbyt zaskakuje, a zakończenie nie jest dla mnie zbyt jasne, to przeczytałam bez ziewnięcia mimo wczesnej pory. Gratuluję piórka!

Nowa Fantastyka