- Opowiadanie: Darcon - Pokuta

Pokuta

 

Powrót do obyczajowej natury moich opowiadań.

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Pokuta

Piotr nienawidził biegania, odkąd pamiętał. W podstawówce biegał tylko na zaliczenie. Pech chciał, że patronem szkoły był Bronisław Malinowski, więc oprócz biegów na WF-ie, były jeszcze zawody długodystansowe w ciągu całego roku szkolnego. Na szczęście dobrowolne. Wziął w nich udział tylko raz, nie wytrzymał presji środowiska, ale żałował nawet tego jednego. Brakowało mu tchu, powietrze paliło w klatce piersiowej, nogi ledwo niosły. Wyprzedzały go młodsze roczniki i to bolało najbardziej. Wtedy skończył z tym, zanim w ogóle zaczął.

Teraz, po prawie dwudziestu latach, wrócił do biegania. To był świadomy wybór. Biegał, bo tylko wtedy o tym nie myślał. Paradoksalnie brak kondycji, przez który kiedyś zrezygnował, okazał się zbawienny. Wysiłek przesłaniał mu wszystko, wyłączał ze świata, odcinał od myślenia. A początki były trudne. Gdy zaczynał pół roku wcześniej, mając dobre kilkanaście kilogramów nadwagi, nie potrafił przebiec dalej niż kilkaset metrów. Teraz, gdy trochę schudł, mógł biegać dłużej, choć nadal robił to z dużym wysiłkiem. Zbawienne kilkadziesiąt minut w innym świecie. W świecie ciszy.

Czerwony na twarzy, dyszący, na skraju możliwości fizycznych, wybiegł z parku i skręcił w ulicę, przy której mieszkał. Od razu powrócił niepokój, przyśpieszył więc, byle się zmęczyć, byle przez chwilę nie myśleć. Skupił się na tym, wyrównał oddech i zawrócił.

 

 

Marta wyprostowała się na krześle. Za dwadzieścia minut kończyła służbę. Spojrzała na kolegę, który właśnie pochłaniał kanapkę. Chciała coś powiedzieć, ale dała mu spokój. Dzisiaj miała jeszcze kilka spraw do załatwienia na mieście. Bardzo nie lubiła wstawać za piętnaście piąta, ale zmiana na komisariacie od szóstej do czternastej miała zdecydowanie najwięcej plusów. Zostawało jej po pracy jeszcze pół dnia, często bezcenne. Owszem, zdarzało się, że z czternastej robiła się siedemnasta albo i później, ale nie dzisiaj.

Zadzwonił telefon na biurku.

– No? – rzuciła krótko do słuchawki, czując, co się święci.

– Przyszła jedna pani, chce złożyć zawiadomienie – padła odpowiedź.

– Jezu! Jest za piętnaście druga.

– Aspirant Adamczyk – usłyszała ściszony głos dyżurnego. – Przypominam, że jest pani na służbie i…

Rzuciła słuchawkę.

– Palant. – Wstała ciężko i złapała kurtkę.

– Co, odwiedzinki na koniec? – Mężczyzna uśmiechnął się do kanapki.

Podniosła rękę, żeby walnąć go przez plecy, ale ostatecznie nacisnęła klamkę i wyszła z pokoju.

 

– Proszę, niech pani wejdzie. – Patrzyła z satysfakcją, jak Bartek szybko chowa jedzenie do biurka. – Starszy aspirant Tuszyński.

– Dzień dobry – przywitała się starsza pani.

Marta okrążyła biurko, ukradkiem przyglądając się kobiecie. Urabiała ją od pierwszej minuty. Zanim doszły do pokoju, miała już pełną strategię.

– Tak jak mówiłam, zawiadomienie zawsze zdąży pani złożyć. – Wyjęła formularz, markując, że chce zacząć pisać. – Ale życia to córce przecież nie wróci, prawda?

Spojrzała ze współczuciem na rozmówczynię, to akurat zrobiła szczerze.

– Prawda – odpowiedziała w końcu kobieta, tracąc początkową pewność siebie.

– Otóż to. – Marta utwierdzała ją w tym przekonaniu. – A jeśli zięć pochował żonę, to jak to będzie wyglądać? Przed rodziną, sąsiadami? Otwarcie grobu i trumny to poważna sprawa. Jest pani na to gotowa? To może wiele zmienić, pewnych spraw już się wtedy nie cofnie.

Kobieta milczała.

– Zróbmy tak. – Marta wstała, żeby nie stracić przewagi. – Proszę dać sobie jeszcze kilka dni, może tygodni. Nikomu nie grozi przecież niebezpieczeństwo. I jeśli nadal będzie pani przekonana, że zięć nie pochował właściwie żony, to proszę wtedy do nas przyjść.

W ostatniej chwili ugryzła się w język, mało nie powiedziała „do mnie”.

– Dobrze. – Starsza pani wstała i chłodno spojrzała na dziewczynę.

Wyszła bez słowa.

– Ona tu wróci – prorokował Bartek, wyciągając z powrotem niedokończony posiłek.

Marta spojrzała na zegarek, dziesięć po drugiej. Super.

– To wtedy poproszę na dyżurce, żeby przysłali ją do ciebie! – zawołała, wychodząc z pokoju.

– Nawet mi tak nie pierdol! – usłyszała na pożegnanie.

 

 

Piotr zamknął drzwi od mieszkania. Przyzwyczaił wzrok do panującego półmroku. Niechętnie odwrócił się i ruszył do pokoju. Stuletnia podłoga cicho skrzypiała, ale zdążył się już przyzwyczaić. Pchnął stare, przeszklone skrzydło i wszedł do środka.

Agata siedziała na szafie, czając się do skoku jak małpa. Ostatecznie spełzła powoli na podłogę, węsząc dokładnie.

– Biegałeś.

Mężczyzna popatrzył z góry. Lepiąca się do niej nocna koszula przypominała pomarszczoną skórę staruszki. Kiedyś była piękną brunetką, teraz z przetłuszczonymi włosami i cerą przypominała bardziej konkubinę kloszarda, niż kobietę, za którą oglądali się mężczyźni. Rzucił klucze na biurko i ciężko usiadł na kanapie. Żona wspięła się po nim na łóżko, a później wyżej, na zagłówek.

– Jestem głodna – szepnęła mu do ucha.

Wyciągnęła się i nachyliła z drugiej strony.

– Długo cię nie było. Dasz mi pić? – Rękoma oplotła jego szyję. – Daj!

– Nie ciągnij mnie. – Uwolnił się z jej dłoni.

– Daj! – powtórzyła. – Długo czekałam.

Nie odezwał się, ściągnął powoli bluzę i przylgnął plecami do kanapy. Zdjął opaskę z przedramienia, odsłaniając wenflon. Odpiął korek. Agata od razu podpięła wężyk od kroplówki, który ciągle nosiła przy sobie i mocno zassała. Pijąc, zeszła z oparcia i ułożyła się w pozycji embrionalnej z głową na jego udach. Położył dłoń na jej włosach, odchylił się do tyłu i spojrzał w sufit. W rogu zaczęły pojawiać się żyły. Najpierw wysunęło się kilka cienkich, ale po chwili było ich już kilkadziesiąt, największe miały grubość palca. Dotarły nad kanapę i skłębiły się nad nim. Kropla krwi spadła mu na czoło.

 

Przebudził go dzwonek do drzwi. Rozejrzał się, Agaty nie było w pokoju. Wstał zbyt szybko i zachwiał się. Zrobiło mu się ciemno przed oczyma, ale po chwili przeszło. Sięgnął po czystą koszulkę i poszedł do drzwi.

– Co tak długo? – usłyszał powitanie teściowej, jak tylko otworzył.

– Spałem. – Poprawił T-shirt i włosy.

– O tej porze? – Kobieta spojrzała z przyganą. – W nocy się śpi.

– Przyszła mama w konkretnej sprawie? – Trochę zbyt mocno podniósł głos, ale irytowały go te przytyki.

– Przechodziłam obok, to weszłam.

Piotr przyzwyczaił się już do tych przypadkowych przejść, ale ani razu nie wpuścił teściowej do środka. Czekał w milczeniu, aż znowu coś z siebie wyrzuci.

– Przyszłam zapytać, czy pójdziesz ze mną na cmentarz. – Spojrzała na niego badawczo. – Na grób do Agatki.

Chciał jej stanowczo odpowiedzieć, ale powstrzymał się. Nic by to nie dało.

– Mówiłem, że niepotrzebnie mama tam chodzi. Agaty tam nie ma – dodał, zamykając jej drzwi przed nosem.

 

 

Od kilku dni niepodzielnie panował upał. Siedząc na komisariacie, Marta marzyła, żeby pójść do domu. Nie dało się wytrzymać w tym ukropie. Korzystając z chwili spokoju, zalogowała się na bankowe konto.

– Co za palant – powiedziała do siebie, sięgając po telefon.

Wstała i podeszła do otwartego okna, szukając odrobiny wiatru. Wybrała numer do byłego.

– To ja – zaczęła bez powitania. – Nie widzę przelewu.

Do pokoju wrócił Bartek, sadowiąc się głośno na krześle. Odwróciła się do niego plecami.

– Jakie zapomniałem?! – Ścisnęła mocniej telefon, mając ochotę sprzedać kopa przez łącza. – Myślisz, że nie mam co robić, tylko do ciebie wydzwaniać?

Wzięła głęboki wdech, żeby się jeszcze bardziej nie zdenerwować.

– Nie rzucam się. – Usiadła z powrotem na krześle. – I nie interesuje mnie, co tym razem wyskoczyło.

Z trudem powstrzymała się, żeby nie dodać „kurwa”.

– Jutro ma być przelew. I pamiętaj, że nie dzwonię do ciebie po prośbie, chociaż takie próbujesz robić wrażenie – dodała, rozłączając się.

– Co? Znowu zalega z alimentami? – Bartek zawsze był bezpośredni. – Mogę z nim pogadać, jak chcesz.

– Nie. – Zaczęła szukać fajek w torebce. – Sama to ogarnę.

– Dyżurny cię woła. – Mężczyzna sięgnął po jedną ze stosu teczek. – Górecka wróciła.

– Kto? – Marta odstawiła torebkę, wkładając papierosy i zapalniczkę do kieszeni.

– Ta babcia od pustego grobu.

– Cholera…

 

– Dobrze, zapytam jeszcze raz – powiedziała Marta powoli. – Dlaczego uważa pani, że zięć, Piotr Boski, nie pochował córki?

– Mówiłam już, nie pozwolił mi jej zobaczyć w kostnicy! – Starsza kobieta mocno ściskała torbę. – Po co miałby to robić, jeśli nie po to, żeby coś ukryć?

– To, że nie zgodził się na pani obecność, nie musi być jednoznaczne z tym, że nie pochował żony. – Martę męczyło tłumaczenie wszystkiego.

– Ale mówię przecież, że na pewno tak było! Dlaczego inaczej miałby mnie nie wpuścić?

– Z różnych powodów. Córka mogła źle wyglądać i chciał pani oszczędzić przykrego widoku, może chciał być z nią sam, a mógł to zrobić po złości, za jakieś zaszłości między wami. Powodów mogło być wiele.

– Po złości? Mnie? – oburzyła się Górecka. – A niby za co?

– No właśnie, pani Krystyno, za co?

– Proszę mi tu nic nie insynuować, nic złego nie zrobiłam!

– Nie powiedziałam, że to musiało być coś złego.

– Mówię, że on jest jakiś dziwny – tłumaczyła kobieta. – Zresztą sam mi to powiedział!

– Ale co? Że jest dziwny, czy że nie pochował żony? – Marta zawiesiła palce nad klawiaturą.

– Właśnie tak.

– Proszę powtórzyć dokładnie jego słowa.

– Chciałam, żeby pojechał ze mną do niej na cmentarz, a on odpowiedział, że jej tam nie ma. Znaczy na cmentarzu.

– Rozumiem… Dobrze. – Marta puściła dokument na drukarkę. – Przyjęłam zawiadomienie… Tu jest protokół przyjęcia ustnego zawiadomienia o przestępstwie i przesłuchania świadka. Pouczam panią, że za składanie fałszywych zeznań, fałszywe oskarżenia i fałszywe zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa grozi odpowiedzialność karna z artykułu 233, 234 i 238 KK. Proszę podpisać na dole z dzisiejszą datą.

– To wszystko?

– Tak, będziemy panią informować o postępach w sprawie. – Marta włożyła dokument do założonej teczki. – A, i jeszcze jedno, jak zmarła córka?

– A co to ma do rzeczy? – zdziwiła się Górecka.

– Bardzo dużo, może powie nam coś o ewentualnych motywach zięcia. Wszystko może mieć znaczenie.

Starsza pani popatrzyła na Martę, zacisnęła usta w wąską kreskę.

– Córka popełniła samobójstwo, podcięła sobie żyły.

 

 

Piotr poczuł, że się zaciął, dopiero jak zobaczył krew.

– Co robisz? – Agata od razu pojawiła się w drzwiach łazienki.

Zmył krew pod wodą i skończył się golić, nie skomentował pytania.

– Schudłeś – szepnęła mu do ucha.

Szybko znalazła się tuż za nim. Objęła go mocno w pasie, wpiła rękami w ciało. Choć zabolało, nie zareagował.

– To od biegania – odpowiedział, zmywając resztki piany z twarzy. – Nie zaszkodzi spalić trochę tłuszczu.

– Owszem, owszem, kochany. – Agata wskoczyła na niego. – Nawet lepiej smakujesz.

Objęła go silnie nogami i bez ostrzeżenia podpięła do wenflonu. Zassała mocno, aż zesztywniała mu ręka. Stał nieruchomo, trzymając się umywalki. Spojrzał w górę. Żyły rozprzestrzeniały się po całym suficie. Przesłoniły lampę i okno. W pomieszczeniu zrobiło się ciemno. Patrzył, jak pełzną po ścianie na podłogę. Słyszał, jak się przemieszczają i oplatają mu stopy.

– Wystarczy. – Złapał ją za rękę, żeby ściągnąć z pleców.

– Co tak krótko – zasyczała Agata. – Żałujesz mi?!

– Muszę pobiegać.

– Znowu?! – Kobieta spadła na podłogę i przywarła do niej. – Nie za dużo ostatnio biegasz, kochany? Wiesz, że wyczuję, jeśli mnie okłamujesz.

 

 

– Wrzuciłeś Boskiego na bęben? – Marta zgasiła papierosa w cmentarnym śmietniku. – Tak, tego od grobu… Daj mi znać, jeśli coś znajdziesz.

Podeszła do grobowca. Na płycie odczytała nazwisko, Agata Boska. Przeżyła lat dwadzieścia siedem. Obeszła pomnik dookoła, ale nie zauważyła nic podejrzanego. Zresztą, od pogrzebu minęło kilka miesięcy, trudno było coś stwierdzić na pierwszy rzut oka.

– Tu leży córka mojej znajomej – odezwała się do niej jakaś kobieta.

Dwa groby dalej stała dobrze ubrana pani po pięćdziesiątce. Obie lustrowały się przez chwilę.

– Nie widziałam tu pani wcześniej.

– Nie jestem z rodziny – wytłumaczyła krótko Marta, licząc, że to wystarczy. – Zadbany grób.

– Tak, to prawda – potwierdziła kobieta, traktując to jak zachętę do rozmowy. – To matka tak przychodzi. Sprząta co tydzień grób córki. To taka dobra osoba.

– Agata tak młodo zmarła. – Marta naprowadzała rozmówczynię na właściwy temat.

– Oj, to prawda! – Tamta machnęła ręką. – Ale jej męża tu nie widuję, nigdy nie widziałam, w ogóle tu nie przychodzi. Tylko matka sprząta.

– Ej tam, nie może pani tego wiedzieć, być może mija się z panią.

– Nie mija, nie mija, kochanieńka. Tu leżą sami dobrzy ludzie, my się tu wszyscy znamy z widzenia. – Kobieta zatoczyła ręką małe kółeczko. – Gdyby przychodził, to bym wiedziała. To podobno dziwak jakiś.

– To znaczy?

– Sąsiadka mi mówiła, co była na pogrzebie, że stał jak słup. Ani słowem się nie odezwał, na nikogo nie patrzył, nie płakał, ręką nie ruszył. Stał i już.

Zadzwonił telefon Marty.

– Dzień dobry, pani Renato – przywitała się, widząc numer nauczycielki ze szkoły. – Czy coś z Kubą?… Już siedemnasta? Przepraszam bardzo, za pięć minut po niego jestem… Tak, pamiętam, że świetlica jest czynna do piątej. Przepraszam jeszcze raz.

Dziewczyna skończyła rozmowę i schowała telefon.

– Nic, będę już iść – zwróciła się do kobiety. – Dziękuję za rozmowę.

– Proszę. A kim pani jest, jeśli mogę spytać?

– Koleżanką Agaty ze studiów. Muszę już iść, do widzenia.

– Do widzenia, do widzenia.

Marta ruszyła w stronę wyjścia. Wyciągnęła telefon z powrotem i zadzwoniła.

– I co, masz coś dla mnie? – powiedziała, odwracając się za siebie. Kobieta nadal na nią patrzyła. – Czysty? Okey, a możesz wypisać wezwanie dla niego? Nie wracam już dzisiaj na bazę. Dzięki.

 

 

– Cześć, synu – w głosie starszego pana słychać było ulgę. – Matka nie mogła się do ciebie dodzwonić. Stało się coś?

– Cześć, tato. – Piotr wstał od biurka i wyszedł z telefonem na balkon. – Nie, wszystko w porządku.

– To dlaczego nie odbierasz od niej telefonów?

– Wiesz, jaka jest. – Mężczyzna odwrócił się w stronę mieszkania, ale nigdzie nie widział Agaty. – Ciągle pyta, jak się czuję.

– Nie powinno cię to dziwić, gdybyś regularnie z nią rozmawiał, może nie musiałaby cię wypytywać za każdym razem.

– Masz rację, po prostu czasem nie mam ochoty na rozmowę.

– Czasem?? – Mężczyzna podniósł głos. – To czasem trwa od pogrzebu Agaty. Dotarli do nas nawet twoi znajomi. Pytali o ciebie. I dziwi cię, że matka, że chcemy wiedzieć, jak się czujesz, i czy w ogóle żyjesz?

Piotr westchnął bezgłośnie. Opuścił głowę, ale zaraz się wyprostował i spojrzał jeszcze raz w stronę pokoju. Żony nadal nie było w pobliżu.

– Tato, daj spokój – powiedział z wyrzutem. – Nie mam prawa do prywatności?

– Synu, masz trzydzieści lat. Ja ci nie będę mówił, jak masz żyć. Nie chciałeś wrócić z nami do Łomży, zrozumiałem. Wiem, że dużo przeszedłeś, wycierpiałeś, ale nie możesz zachowywać się jak nastolatek. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo denerwujemy się przy każdym nieodebranym telefonie? Nie chcesz, żebyśmy dzwonili, to zadzwoń ty. Odezwij się sam raz na jakiś czas, a nie będziesz musiał wysłuchiwać pytań matki.

Piotr zauważył kątem oka, jak Agata prześlizguje się po suficie aż pod same drzwi balkonowe. Zakręciła się w miejscu, wyciągając szyję i nadstawiając uszu. Była ciekawa, czy będzie rozmawiał o niej. Wolał jej nie prowokować, nie lubiła jego rodziców.

– Dobrze, postaram się.

– Potrzeba ci czegoś?

– Nie, radzę sobie. Wiesz, praca zdalna znacznie zmniejszyła moje potrzeby.

– Dobrze. Nie będę zabierał ci więcej czasu, pamiętaj tylko, co obiecałeś.

– Będę pamiętał. – Piotr już miał rozłączyć rozmowę. – Pozdrów mamę, tato.

Zajrzał do pokoju, Agaty już w nim nie było. Chciał wrócić do biurka, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Schował telefon do kieszeni i poszedł sprawdzić.

– Dzień dobry – usłyszał od listonosza, gdy otworzył. – Polecony. Odbiera pan?

– Tak.

– Proszę tu podpisać. – Mężczyzna podstawił mu ekran. – I jeszcze tu, na potwierdzeniu.

– Dziękuję.

– Do widzenia.

Piotr zamknął drzwi. Za nimi stała Agata.

– Kto to? Dobrze, że już poszedł, jestem głodna. – Spojrzała na wenflon. – Co przyniósł?

Mężczyzna ruszył powoli do pokoju.

– Wezwanie na policję.

 

 

– Ok. Formalności mamy za sobą. – Marta oderwała palce od klawiatury. – Domyśla się pan, w jakiej sprawie został wezwany?

– Niestety nie – padła odpowiedź.

Kobieta przyglądała się Piotrowi Boskiemu. Wyglądał stosunkowo normalnie. Ubrany schludnie, choć nie przykładał wagi do ubioru. Typowa budowa ciała, ani gruby, ani chudy. Mógłby uchodzić za przystojnego, choć nie był w jej typie. Wydawałoby się, zwyczajny facet.

– Złożono zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. – Sięgnęła po teczkę. – Zarzuca się panu, że nie pochował żony. To znaczy, nie umieścił ciała w trumnie.

– To na pewno pomysł mojej teściowej – odpowiedział spokojnie mężczyzna. – Krystyny Góreckiej.

– To prawda. – Marta spojrzała w akta i znowu na Boskiego. – Skąd pan wie? Jest pan w konflikcie z teściową? Dlaczego złożyła takie zawiadomienie?

– Nie wiem dlaczego. Nie, nie wydaje mi się, abym był z nią skonfliktowany, ale ona może uważać inaczej.

– Czy pochował pan żonę?

– Tak, oczywiście.

– Dlaczego Górecka uważa inaczej? Pokłóciliście się? Powiedział pan coś, z czego mogłaby to wywnioskować?

– Nie przypominam sobie. – Mężczyzna pokręcił głową.

– Nie przypomina pan sobie, czy nie powiedział, może coś sugerował?

– Nic takiego nie powiedziałem. – Boski poruszył się na krześle. – Rzadko się widujemy.

– Kiedy ostatnio był pan na cmentarzu u żony? – Marta wstała, by zyskać przewagę.

– Nie pamiętam. – Piotr musiał podnieść głowę, żeby spojrzeć na kobietę.

– Ma pan problemy z pamięcią, zażywa jakieś leki?

– Nie.

– To proszę się skupić. – Marta pochyliła się nad nim. – Jak często bywa pan na grobie żony i kiedy był pan tam ostatni raz?

– Od pogrzebu tam nie chodziłem.

– Dziękuję. – Kobieta wróciła za biurko. – Jeszcze jedno. Jak zmarła pańska żona?

– Miała wypadek, w domu.

– Na razie to wszystko. Powiadomię pana, jeśli będę miała jakieś dodatkowe pytania.

Mężczyzna siedział jeszcze przez kilka sekund, a później wstał, pożegnał się i wyszedł.

Marta szybko skończyła raport i przygotowała komplet dokumentów dla prokuratury. Dołączyła od razu zlecenie ekspertyzy grobu Agaty Boskiej. To, że Boski uważał samobójstwo żony za wypadek, nie było dla niej niczym nowym. Wyparcie u najbliższych przyjmuje różne formy. Jednak zeznania Góreckiej i jej zięcia rozmijały się. Musiała to sprawdzić.

 

 

Piotr wybiegł na prostą wzdłuż parku. Zrobił jeszcze sto metrów i zatrzymał się. Poczuł silny ból w klatce piersiowej. Wydawało mu się, że to palenie w płucach, jak zwykle, gdy wychodził jego brak kondycji. Jednak biegał od kilku miesięcy i z formą nie było już tak fatalnie. Poza tym ból był inny. Jak gdyby ktoś uderzył go w mostek od środka. I jeszcze to bicie serca, waliło mu dzisiaj, jak na wyścigach. Mimo dziwnego stanu chciał przebiec jeszcze kawałek.

Minęła go inna biegaczka. Bezwiednie wstrzymał oddech. Jak ona biegła! Pokonywała kolejne metry tak swobodnie i z niewymuszoną gracją, jakby powstrzymywała się, by nie polecieć w górę. Szybko się oddaliła, miała znakomite tempo. Każdy jej krok był jak jego dwa. Odprowadził ją wzrokiem, aż zniknęła za zakrętem. Złapał się rękami pod boki i westchnął głośno. Nie pobiegł już dalej, odwrócił się i poszedł do domu.

 

– Gdzie byłeś tyle czasu? – Agata siedziała na ścianie tuż nad drzwiami wejściowymi do mieszkania.

– Biegałem. – Piotr spojrzał w górę, najpierw na żonę, później na sufit.

Żyły pokrywały go całkowicie. Splecione ciasno jedna obok drugiej, bez skrawka wolnego miejsca. Patrzył, jak spełzają obok Agaty, oplatają drzwi. Wąskimi strużkami spływała z nich krew, rozlewając się przed wejściem.

– Co to za zapach?! – syknęła dziewczyna, wieszając się na jego plecach. – To kobieta! Zostawiasz mnie samą i spotykasz z inną?!

Oplotła go nogami i ścisnęła jak zwykle, aż zabrakło mu tchu.

– Zostaw, przewrócisz mnie. – Uwolnił się z jej rąk. – I nie zaczynaj znowu.

– Czuję kobietę. – Dziewczyna jakby go nie słyszała. Wspięła się na ścianę, później na sufit i przeczołgała się po nim do pokoju. – Spotkałeś inną.

Zignorował ją. Czasami tak było najlepiej. Poszedł do łazienki, chciał jak najszybciej się umyć. Długo stał pod prysznicem, i choć mocno puścił wodę, nadal słyszał żonę, jak kręci się po suficie i mówi do siebie.

 

 

– To właśnie pracownicy, którzy obsługiwali wtedy ten pogrzeb. – Właściciel domu pogrzebowego „Ostatnia Droga” wskazał na mężczyzn, którzy weszli do sali. – Będę jeszcze potrzebny?

– Nie, poradzę sobie. – Marta skinęła głową. – Dziękuję.

Gdy mężczyzna wyszedł, spojrzała na jego pracowników. Jeden był wysokim i szczupłym, ogorzałym brunetem, a drugi krótko ostrzyżonym blondynem, niskim i grubym. Ich wygląd przywodził na myśl komiczne porównania, ale nie chciała się uprzedzać.

– Dzień dobry, panowie. Możecie krótko opisać tamten dzień? – zapytała od razu. – Czy zapamiętaliście coś szczególnego? Pamiętacie w ogóle męża zmarłej, Piotra Boskiego?

– Uhm – przytaknął jeden, a drugi potwierdził skinieniem głowy.

– Było coś w jego zachowaniu, co zwróciło waszą uwagę?

Tym razem spojrzeli na siebie, później na nią i stali bez słowa. Marta potarła czoło palcami, zastanawiając się, czy to jakaś ukryta kamera, czy mówi do nich zbyt skomplikowanym językiem.

– Niech pan mówi pierwszy. – Wskazała wysokiego.

– No, pani komisarz, pamiętam go. Stał sam przed trumną, zupełnie bez ruchu, i nic nie mówił.

„To ci niespodzianka”, pomyślała, wyciągając notes. I wtedy zadzwonił telefon.

– Przepraszam – powiedziała, odwracając się od mężczyzn. – Adamczyk, słucham?

Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza.

– Jesteś pewien, że Makaron? – dopytywała rozmówcę. – Jest już oficjalnie wpisany, czy to plotki?… Nie, ale Makary Szymczak nie jest moim ulubionym prokuratorem… Dobra, pogadamy w bazie. Cześć.

Marta rozłączyła się i wróciła do rozmowy.

– Przepraszam… Oprócz tego, że nic nie mówił, zapamiętał pan coś jeszcze? Dziwne zachowanie, inne osoby?

– Nie, nikogo. Był sam, pani komisarz, zapamiętałem go, bo matki nie wpuścił. – Mężczyzna w końcu się rozkręcił. – To znaczy nie swojej matki, tylko matki tej zmarłej. Nie wpuścił jej.

– Właśnie, nie wpuścił jej – powtórzył grubas. – A przecież matka to najważniejsza jest, proszę pani. Kto jest ważniejszy niż matka?

– Jesteście pewni? Może była chwilę wcześniej albo później? Mogliście jej nie zauważyć?

– Nie, to niemożliwe, pani komisarz. Najpierw wprowadzamy trumnę i otwieramy ją, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku – tłumaczył brunet. – A później do pomieszczenia wchodzą bliscy na ostatnie pożegnanie. My wychodzimy i czekamy przed wejściem do pomieszczenia. Nikt więcej nie może wejść do środka. U nas nie ma odwiedzin, takie mamy przepisy.

– Jestem aspirantem. – Gdy zapisywała uwagi, znowu zadzwonił telefon. – Adamczyk, słucham?… Julka wymiotowała? Dobrze, zaraz po nią przyjadę. Może poczekać na mnie w grupie?… Na świetlicy, dobrze.

Schowała telefon i spojrzała szybko do notesu.

– Przepraszam. Słyszeliście może, dlaczego jej nie wpuścił? Rozmawiali ze sobą?

– Tego nie wiemy, pani komisarz – odezwał się blondyn. – Widzieliśmy ją tylko przez okno. Jak chodziła przed budynkiem tam i z powrotem. Płakała. Szkoda nam jej było.

– Rozumiem. To w zasadzie wszystko, dziękuję. – Marta złożyła notes. – I jeszcze jedno. Czy w trumnie na pewno znajdowało się ciało Agaty Boskiej? Czy ktoś mógłby przenieść ciało przez przypadek albo zabrać je świadomie? Czy trumna mogła być pusta podczas pochówku?

– Nigdy w życiu! – oburzył się blondyn.

– Co też pani mówi – dodał wysoki. – Wszystko można sprawdzić w papierach! Zamykamy trumnę zaraz po wyjściu bliskich. To niemożliwe!

 

 

Marta patrzyła, jak Bartek pochłania kolejne kawałki ciasta. Nie lubiła, jak kolega jadł w pokoju, ale facet miał zdecydowanie więcej zalet niż wad, więc mu odpuszczała.

– Julka chorowała prawie przez miesiąc, co wróciła do przedszkola, to po dwóch dniach znowu w domu. Jak ona w końcu wyzdrowiała, to Kuba rozłożył się na tydzień – tłumaczyła. – A stary zły, że wzięłam dwa tygodnie zwolnienia. I tak stawałam na rzęsach, żeby zorganizować opiekę na pozostałe dni!

– Nic mi nie mów. – Tuszyński machnął ręką. – Z moją trójką, to już wszystko przechodziłem. Teściowa praktycznie z nami mieszka. Złota kobieta. Stary nie lubi zwolnień. Nie ma dzieci, to nie rozumie.

– Masz dobrze. Też czasem chciałabym mieć kogoś do pomocy. A tak? Przez te dwa tygodnie na L4 nie mogę od miesiąca wygrzebać się z papierów. – Wskazała stos teczek. – Siedemnaście spraw!

– To o pięć mniej niż u mnie. – Bartek uśmiechnął się szeroko i dodał z podziwem. – Jak ty to do cholery robisz?

Do pokoju zajrzał nowy nabytek na komisariacie, starszy posterunkowy Jasiński.

– Pani aspirant, dyżurny panią woła. Przyszła klientka, Górecka.

Marta zmarszczyła brwi, szukając właściwej teczki.

– Niech ją przytrzyma na dole przez chwilę, zaraz po nią przyjdę.

Odnalazła sprawę Boskiego, minęły już dwa miesiące i musiała jeszcze raz przejrzeć ekspertyzę biegłego. Nie stwierdził jednoznacznie, czy grób był otwierany od czasu pogrzebu. Ślady wokół grobu niemożliwe do ustalenia, płyta grobowca nie była przyklejona po pogrzebie, co potwierdził dom pogrzebowy. I chociaż jest ciężka, nie jest niemożliwe jej przesunięcie lub zdjęcie. Nie stwierdzono jednak żadnych uszkodzeń ani na płycie, ani na samym grobie.

 

Krystyna Górecka nie przyjęła najlepiej informacji, że Marta zamierza umorzyć sprawę. Bartek taktownie wyszedł z pokoju.

– Ale jak to nie ma przesłanek?! – Kobieta podniosła się z krzesła. – Przecież zeznałam, jak mówił, że jej tam nie ma. Nie pozwolił mi jej zobaczyć! Słyszy pani?

– Proszę się uspokoić, pani Górecka. – Marta wstała i wskazała kobiecie krzesło. – Powtarzam raz jeszcze. Przesłuchaliśmy świadków i podejrzanego. Sprawdziliśmy dom pogrzebowy, córka na pewno została pochowana. Mają na to własny protokół. Sprawdziliśmy grób. Mamy ekspertyzę biegłego, w której jednoznacznie nie stwierdza, że grób był otwierany po pogrzebie.

– Ale też nie mówi, że nie był. – Kobieta ściskała mocno rączki od torebki. – Prawda?

– Proszę pani. Nie mam podstaw, żeby kontynuować śledztwo. Muszę trzymać się procedur. Nic nie mam na zięcia, oprócz słów, które rzekomo powiedział.

– Powiedział!

– On twierdzi coś innego.

– Ja tego tak nie zostawię! – Górecka ponownie wstała. – Nie zostawię!

Odwróciła się i wyszła, trzaskając drzwiami.

– I? – Do pokoju wrócił Bartek.

– I nic. – Marta odłożyła teczkę. – Zostało jeszcze szesnaście spraw.

 

 

Piotr wygrzebał palcami włosy z umywalki. Dosyć dużo jak po zwykłym myciu. Spojrzał w lustro i przekręcił głowę. Na czole, zaraz przy włosach miał zdrapanie, właściwie ranę, która nie chciała zagoić się od dwóch tygodni. Najpierw zaklejał ją plastrami, ale to nie pomagało, a było wręcz gorzej, więc zostawił ją na wierzchu. Drugą miał zaraz pod pachą. Ta była od biegania, obcierała go bluzka termiczna i zanim się zorientował, skórę miał startą do krwi. Też nie chciała się goić, ale tę ciągle podrażniał podczas biegów, więc jakoś to rozumiał. Podniósł ramię, żeby dokładniej się przyjrzeć. Skrzywił się, czując kolejny raz ból w klatce piersiowej. Spojrzał po sobie. Z łatwością mógł policzyć wszystkie żebra, widział wyraźnie kości miednicy i mięśnie brzucha. Był szczupły jak nigdy dotąd.

– Wyglądasz zupełnie jak ja. – Agata przylgnęła do jego pleców. – Pasujemy do siebie, prawda?

– Chyba tak.

– Dlaczego chyba? – Dziewczyna odsunęła się. – Źle ci ze mną? Znalazłeś sobie kogoś? Dlatego tyle biegasz i ciągle nie ma cię w domu? Dlaczego nic nie mówisz?!

Piotr nie wiedział, co więcej mógłby powiedzieć, jego pierwsza odpowiedź była zupełnie bezwiedna. „Chyba” nie znaczyło nic złego. Bynajmniej nie w tym sensie, w jakim rozumiała to Agata. Nie analizował ani nie zastanawiał się ciągle nad ich związkiem. Byli razem, kochał ją i to mu wystarczało, ale nie wiedział, czy pasują do siebie i kto miałby to orzec. On, oni? Ktoś niezależny? Był typem zadaniowca, zrobić od A do Z. Tyle. Ona ciągle się nad czymś zastanawiała, coś sondowała, podawała w wątpliwość. I cały czas o coś go pytała. A on nie umiał ubrać w słowa tego, co czuł.

– Milczysz. Robisz to specjalnie, wiem o tym. To jest kara, tak? Za to, że się zdenerwowałam? Chcesz, żebym znowu poczuła się winna? Nic dla ciebie nie znaczę…

Agata wyrzucała z siebie kolejne zdania. Zanim zastanowił się nad jednym, już pytała o coś innego. Jak miał odpowiedzieć jednocześnie na wszystko? Stał więc tylko i czuł, jak szybko wali mu serce. Chociaż nie z powodu rozmowy. Ostatnio ciągle biło bardzo szybko, jakby właśnie skończył bieg.

– Muszę pobiegać.

– Nie! Nie zostawiaj mnie znowu samej! Słyszysz? – prosiła Agata, patrząc, jak Piotr się przebiera. – Albo milczysz, albo cię nie ma. Chcę, żebyś był ze mną, a nie obok mnie, słyszysz? Zostań!

– Niedługo wrócę, obiecuję.

Mężczyzna patrzył gdzieś w podłogę. Szybko włożył buty i wyszedł.

 

 

– Aspirant Adamczyk?

– Przy telefonie. – Marta znała ten głos. – Słucham.

– Z tej strony Szymczak – oznajmił mężczyzna ze swoją wyniosłą manierą. – Zapoznałem się z aktami sprawy Boskiego. Widzę, że chce ją pani umorzyć.

– Już umorzyłam, postanowienie jest w aktach. – Dziewczyna podeszła do okna i zapaliła papierosa.

– Na jakiej podstawie, pani aspirant?

– Z braku przestępstwa, artykuł 17 k.p.k. – Marta najchętniej dodałaby jakiś epitet. – Panie prokuratorze.

– To tak pracujecie w wydziale dochodzeniowym? – Mężczyzna podniósł głos. – Wypełnić papiery i zamknąć sprawę?!

– Słucham?!

– Przecież tu są wyraźne przesłanki do ekshumacji!

Marta oderwała słuchawkę od ucha i zacisnęła pięść.

– Jakie przesłanki, panie prokuratorze? – Starała się zachować spokój. – Podejrzany nie potwierdził słów teściowej. W domu pogrzebowym mają papiery, że pochowali ciało. Biegły nie stwierdził otwarcia grobowca. Na jakiej podstawie miałam zlecić ekshumację?

– Na podstawie zeznań Góreckiej, odmiennych zeznań podejrzanego i niedopuszczenia do trumny nikogo z bliskich – wyliczał Szymczak.

Dziewczyna wiedziała, że to żadne powody. Wyobrażała sobie, jak Makaron macha przy tym łapami.

– I przede wszystkim, niejednoznacznej opinii biegłego! – Prokurator prawie krzyczał. – Naprawdę nie widzi pani faktów?

– To słowa, nie fakty. A jedyne fakty, a raczej ich brak, to ekspertyza biegłego, w której nic jednoznacznie nie stwierdził. – Marta zgasiła papierosa, wyobrażając sobie, że robi to na łysym łbie Szymczaka.

– Pani musi się jeszcze wiele nauczyć. – Mężczyzna milutko zasyczał do słuchawki. – Nie powiem, żebym był pod wrażeniem przeprowadzonego dochodzenia. Na razie wysyłam postanowienie prokuratorskie o ekshumacji. Będziemy w kontakcie.

Makary Szymczak rozłączył się.

– Wał. – Marta chwyciła kluczyki od auta i wyszła z pokoju.

– Aspirant Adamczyk!

– Bartek… – Odwróciła się ze złością na twarzy. – Możesz sobie darować?

Kolega podniósł ugodowo ręce.

– Ok. Ok. Mam tylko info o Makaronie, podobno nie zamknie sprawy trumny bez trupa.

– Właśnie dzwonił.

– To pewnie już wiesz. – Mężczyzna skrzyżował ręce na piersiach. – Co powiedział?

– A, takie tam. Jakim to jestem świetnym oficerem dochodzeniowym, że wróży mi świetlaną przyszłość i długą karierę.

– To kutas. Cofa ci akta?

– Tak, będzie ekshumacja.

 

 

Marta szła ostatnia. Pochód otwierał Szymczak, szedł przez cmentarz, jak przewodnik. Kobieta domyśliła się, że musiał już tutaj być. Z Górecką lub z kimś z jej rodziny albo znał to miejsce wcześniej. Przynajmniej wiedziała, czemu chciał ekshumacji. Jakie to były powiązania, nie miało już dla niej znaczenia.

Za nim szedł lekarz medycyny sądowej, pracownik cmentarza i dwóch ludzi z domu pogrzebowego. Ona zamykała małą grupę.

– Proszę, niech panowie zabierają się do pracy – powiedział Makaron, gdy tylko dotarli na miejsce.

Marta odeszła kilka kroków i zapaliła papierosa. Patrzyła, jak mężczyźni mocują się z kamienną płytą. Gdyby ściągać miał ją Boski, potrzebowałby pomocy. W końcu płyta wylądowała na przygotowanych wcześniej paletach. Pracownik domu pogrzebowego wskoczył do grobu przełożyć liny pod trumną.

– Pomoże pan? – zapytał Szymczaka jeden z mężczyzn. – Brakuje nam czwartego.

Makaron, choć niezadowolony, to jednak oddał teczkę lekarzowi i chwycił za jeden z końców liny. Po chwili trumna znalazła się na górze. Była jeszcze w całkiem dobrym stanie.

– Śruby nie są przykręcone – zauważył jeden z pracowników.

– To znaczy? – zapytał Szymczak.

– Wieko nie jest przykręcone do skrzyni – tłumaczył ten sam mężczyzna. – Leży luzem.

Wszyscy podeszli bliżej. Przez chwilę panowała cisza.

– Podnieście je – zarządził prokurator.

Trumna była pusta.

– I co pani teraz powie? – Makaron wyprostował się jak paw. – Czy widzi pani, co znaczy kilkunastoletnie doświadczenie w zawodzie? A pani chciała zamknąć sprawę!

Marta musiała przełknąć gorycz porażki. Podziękowała mężczyznom i ruszyła do wyjścia, wyciągając przy tym telefon.

– Cześć, czy Bartek jest w bazie? – powiedziała do dyżurnego. – Dobra, to wyślij patrol na Wróbla 12. Niech zgarną Piotra Boskiego.

 

 

Jak tylko weszła do pokoju przesłuchań, od razu zauważyła, że Boski jest chory. Może nawet bardzo, to był cień człowieka, którego widziała kilka miesięcy wcześniej. Ok. Już wtedy był dosyć szczupły, ale teraz siedział przed nią przeraźliwy chudzielec. Z zapadniętymi policzkami i ranami na twarzy. Dosłownie skóra naciągnięta na czaszkę. Zupełnie wybiło ją to z równowagi.

– Dzień dobry. – Usiadła przed podejrzanym, zastanawiając się, od czego zacząć. – Czy jest pan chory? Możemy przełożyć przesłuchanie, jeśli wymaga pan hospitalizacji albo jest w trakcie leczenia.

– Nic mi nie jest. Dlaczego pani pyta? – zdziwił się mężczyzna. – Czyżby moja teściowa znowu coś wymyśliła? Chce zrobić ze mnie chorego?

– Nie, Górecka nie składała takich zeznań. – Kobieta próbowała wyczytać coś z mowy ciała podejrzanego, ale wydawał się rzeczywiście zaskoczony. – To rutynowe pytania.

Będzie musiała zmienić strategię. Stan Boskiego na pewno nie był normalny, nawet jeśli on tak uważał. Przed przesłuchaniem była skłonna uwierzyć, że otworzył grób i zabrał ciało żony, ale teraz… Kurwa, zastanawiała się, czy nie będzie musiała przytrzymać mu szklanki, jak będzie chciał się napić, a co dopiero ściągnięcie z grobowca ciężkiej marmurowej płyty! Za to łatwiej będzie go przycisnąć w tym stanie.

– Dobrze, już raz rozmawialiśmy, sprawę pan zna, więc przejdę od razu do rzeczy. – Marta wstała i odruchowo sięgnęła po fajki, choć ich nie wyciągnęła. – Co zrobił pan z ciałem żony? Po co zabrał je z grobu?

– Mówiłem już wcześniej. Pochowałem żonę, jak robi to każdy obywatel. – Mężczyzna zaczął drapać ranę na czole. – I nie zabierałem później ciała z grobu.

– Ja pierdolę, człowieku! – Marta walnęła dłońmi w stół. – Pójdziesz za to siedzieć. Żarty się skończyły, rozumiesz? Po co ty ją wyciągałeś? Przeprowadzałeś jakieś rytuały? Jesteś satanistą? Chciałeś zrobić teściowej na złość? Gdzie przeniosłeś szczątki?!

– Nie wyciągałem nikogo z grobu – odpowiedział spokojnie Boski.

Kobieta miała wrażenie, że pytania docierają do niego jak przez mgłę. Odpowiadał po chwili namysłu, jakby potrzebował czasu na zrozumienie pytania.

– Słuchaj, normalnie to ty nie wyglądasz – Marta pomyślała, że mały blef nie zaszkodzi. – Jestem pewna, że lekarz znajdzie na tobie rany, które zadałeś sobie sam, albo ktoś ci je zrobił. Jeśli odstawiasz jakieś obrzędy, to wypłynie. Takie rzeczy zawsze wychodzą, a wtedy nie skończy się na jednym wyroku za zbezczeszczenie zwłok, tylko dojdzie kilka innych. Dobrze się więc zastanów, co chcesz mi powiedzieć. Pytam po raz ostatni, co zrobiłeś ze zwłokami żony?

– Pochowałem je podczas pogrzebu.

– Ok. Jak sobie chcesz.

 

Marta odesłała Boskiego na dołek. Teraz został jej do wykonania jeszcze jeden telefon. Skrzywiła się na samą myśl.

– Dzień dobry, Adamczyk z tej strony. – Dziewczyna zaczęła bawić się bezwiednie wyjętą paczką papierosów. – Będę potrzebowała nakazu przeszukania mieszkania Piotra Boskiego.

– Kolejna błyskotliwa myśl, pani aspirant? – Szymczak prawie śmiał się do słuchawki. – Uważa pani, że podejrzany trzyma trupa w szafie?

– Nie, panie prokuratorze. – Marta przestała obracać paczkę. – Ale może mieć jakieś zdjęcia, mapy, zapiski w notesie lub komputerze, klucze do piwnicy lub innych pomieszczeń, albo od działki w lesie. Może nawet gdzieś łom, na którym będzie ta sama ziemia, co na cmentarzu. Potrzebuję nakazu w ciągu dwudziestu czterech godzin, żeby nie zdążył zatrzeć śladów, jak wyjdzie.

– … Dobrze, wystawię go jeszcze dzisiaj.

 

 

– Cześć, Bartek. – Marta przytrzymała telefon ramieniem, pakując kanapki do plecaka Kuby. – Julka! Julka, spójrz na mnie! Nie pakuj ręki do słoika, bo znowu nie będziesz mogła jej wyjąć… Przepraszam, już jestem. Możesz pojechać dzisiaj ze mną i Boskim na przeszukanie mieszkania?… Nie, kryminalni też są zajęci… Wolałabym nie, młody jest, a Boski to dziwny gość… Nie, muszę dzisiaj. Jutro będę musiała go wypuścić… Rozumiem, nie będę miała wyjścia, pojadę z Natankiem… Ok. Będę dzwonić jak coś.

Starszy posterunkowy Natan Jasiński szeroko otworzył usta, ale głośno nie skomentował polecenia wyjazdu z aspirant Adamczyk.

– Byłeś już kiedyś na przeszukaniu? – Marta chciała wiedzieć, na czym stoi.

– Nie, jeszcze nie.

– Dobra. Jak już będziemy na miejscu, ja będę przeszukiwać, a ty będziesz pilnował podejrzanego – tłumaczyła. – Żeby nie próbował niczego schować, kopnąć w niewidoczne miejsce, albo zabrać. Rozumiesz?

– Tak, rozumiem.

– Tylko nie daj dupy. – Wskazała mu drzwi. – Wyciągaj kajdanki. Pakujemy Boskiego i ruszamy.

 

Na miejscu byli po pół godziny.

– Zaczekajcie chwilę – powiedziała, wysiadając z auta. – Muszę jeszcze zadzwonić i zaraz idziemy.

Odeszła kilka metrów od samochodu.

– Cześć, będziesz musiał odebrać Kubę ze szkoły i Julkę z przedszkola – tłumaczyła byłemu. – Postaram się odebrać ich jak najszybciej… Normalnie, ze szkoły i przedszkola… Jak wiesz, to po co pytasz?… Słuchaj, dopiero rozpoczynam czynności, a już jest trzynasta. Czasami mam taki dzień, że coś się przedłuża albo wypada niespodziewanie. Służba. W końcu jesteś przecież ojcem… Cieszę się, że o tym wiesz. To wiesz też, co robić.

Rozłączyła się i machnęła do mężczyzn, żeby wysiedli z auta. Puściła ich przodem. Weszli do klatki i ruszyli po schodach na piętro.

– Gdzie masz klucze? – zapytała Boskiego, gdy dotarli przed drzwi mieszkania.

– W kieszeni od spodni.

– Dobra, dasz radę sam wyciągnąć.

Po chwili pęczek kluczy znalazł się w jej rękach.

– Który?

– Duży od dolnego i ten mały, żółty od górnego.

Najpierw przekręciła główny zamek, a później górny. Złapała klamkę. W tej samej chwili mężczyzna uderzył skutymi rękoma Jasińskiego. Chłopak wpadł na nią, a Boski błyskawicznie ruszył na dół po schodach.

– Kurwa, młody! – Marta rzuciła się w pościg.

Piotr Boski w niczym nie przypominał zamroczonego chudzielca z przesłuchania. W kilka sekund znalazł się na parterze i wybiegł na ulicę. Dziewczyna pobiegła za nim, w ostatniej chwili zdążyła zauważyć, jak znika za budynkiem naprzeciwko. Ruszyła w pościg. Gdy wybiegła zza rogu, mężczyzna był już pięćdziesiąt metrów przed nią, w połowie drogi na Bastion Wyskok. Mimo że Marta regularnie biegała, a on miał na rękach kajdanki, to i tak bardzo szybko się oddalał. Nie minęli nikogo, kto mógłby pomóc go zatrzymać. Wbiegła na Bastion i ruszyła za Boskim na szczyt. To było cholernie długie dwieście metrów. Zatrzymała się na górze, spojrzała w lewo na Bastion Wilk i w prawo, na zieleń otaczającą Bastion Miś. Nigdzie ani śladu mężczyzny.

– Ja pierdolę.

Wiedziała, że sama nic już nie zdziała. Wróciła szybko do mieszkania podejrzanego. Jasiński siedział na schodach i masował głowę.

– Rany, młody, co ty odwaliłeś. – Chciała powiedzieć coś dosadniej, ale tak naprawdę była zła na siebie. – Podnoś tyłek i leć go szukać!

– Przepraszam, pani aspirant.

– Leć już.

Odruchowo położyła dłoń na broni. Drugą ręką powoli popchnęła drzwi wejściowe. W środku było dosyć ciemno. Boski miał pozasłaniane okna. Zobaczyła dużą szafę i komodę. Poszukała ręką kontaktu i włączyła światło. Ściany w przedpokoju były czymś pomazane. Kolor wskazywał na krew, nie pierwszy raz ją widziała. Zauważyła też kilka stojaków na kroplówki. Na niektórych wisiały zużyte dreny. Starała się żadnego nie dotknąć. Stanęła na progu dużego pokoju, w którym jedno z okien było częściowo odsłonięte. Akurat tyle, że mogła przeczytać na ścianie wielki napis „POKUTA”, wypisany krwią.

 

 

Marta kończyła palić kolejnego papierosa. Oparła się o ścianę budynku i spojrzała w niebo. Słońce jeszcze przyjemnie grzało. Wyciągnęła telefon.

– Cześć, tu Adamczyk. Jestem na kwadracie Wróbla 12. Przyślij tu wszystkich. – Przeczesała ręką włosy. – Tak, wszystkich. Techników, moich i kryminalnych. Do starego już dzwoniłam.

Szybko wybrała drugi numer.

– To ja. Mam kocioł w robocie. Dzieciaki będą musiały zostać u ciebie… Tak, na noc… Mogą spać w podkoszulkach i majtkach… No to wyjdź i kup im szczoteczki! Mówię ci, że mam kocioł! Musisz zawsze wszystko utrudniać?! – Rozłączyła się.

Wróciła na górę, żeby jeszcze raz spokojnie obejrzeć mieszkanie. Krwią wymazano ściany w każdym pomieszczeniu. Największy napis znajdował się w salonie. Poprawiany przynajmniej kilkunastokrotnie. Widać było, że składa się z wielu warstw. Kilka mniejszych „pokut” znalazła w pozostałych pokojach i łazience. W lodówce naliczyła kilkanaście woreczków z krwią. Na sufitach wydrapano rowki i szczeliny, które tworzyły kształt splątanych gałęzi albo sieci wielkich żył, bo wszystkie wymalowano na czerwono. Przyklejone do nich wisiały dreny.

W ciągu pół godziny wszyscy byli na miejscu. Technicy zabrali się za pobieranie próbek i zabezpieczanie odcisków palców. Reszta chłopaków rozglądała się po mieszkaniu, czasem o coś ją pytając. Stary rozmawiał przez telefon.

Usłyszała czyjeś kroki na schodach.

– Co tu się wyrabia do cholery?! – W drzwiach pojawił się Szymczak. – Czy pani choć odrobinę zna się na swojej pracy?! Starszy posterunkowy pobity, podejrzany zbiegł! Przecież tego nie można było bardziej zjebać!

W jednej chwili komendant stanął między nią a prokuratorem.

– Swoich ludzi sam opierdalam. – Mężczyzna podszedł bliżej do Szymczaka. – Niech pan lepiej uważa, panie prokuratorze… Ślady może pan zadeptać.

Makaron zrobił się cały czerwony na twarzy.

– Proszę mnie informować na bieżąco. – Ruszył szybkim krokiem do wyjścia. – Na bieżąco znaczy codziennie!

Nikt za nim nie spojrzał. Komendant odwrócił się do Marty.

– Lepiej szybko ogarnij ten bajzel. Widać, że gość bardzo cię lubi i nie odpuści. Dostaniesz kryminalnych do pomocy.

 

 

Krystyna Górecka wyjątkowo spokojnie przyjęła informacje o postępach śledztwa. Dla Marty to była jedna z trudniejszych rozmów. Choć tym razem nie musiała powiadamiać o niczyjej śmierci.

– Czy ma pani jakieś podejrzenia, gdzie zięć może się ukrywać? – Położyła przed kobietą plastikowy worek z pękiem kluczy. – Czy wie pani, do czego są te klucze? Może młodzi mieli jakąś inną nieruchomość albo działkę?

– Nie, nic mi o tym nie wiadomo – zaprzeczyła Górecka. – To jest zapasowy komplet do mojego mieszkania. Zapomniałam, że kiedyś dałam go córce.

– Niestety nie mogę pani powiedzieć, czy i kiedy uda nam się odnaleźć szczątki córki. – Marta zawiesiła głos.

Patrzyła na kobietę, która wyraźnie postarzała się przez te kilka miesięcy.

– Chciałam panią przeprosić. Nie wszystko udało mi się przeprowadzić tak, jak powinnam.

– Moje dziecko. – Górecka pokiwała spokojnie głową. – A czego ty jesteś winna? Na pewno odnajdziesz Piotra, wierzę w to.

Kobieta wstała i pożegnała się z Martą. Ruszyła do drzwi, zatrzymując się jeszcze przed wyjściem.

– Jak mogłam nie wiedzieć, co dzieje się z moją własną córką? – zapytała. – Co ze mnie za matka?

Gdy wyszła, dziewczyna wróciła do raportu z przeszukania mieszkania Boskiego. Znaleziono w nim głównie jego odciski palców i żony. Tak jak podejrzewała, ślady na ścianach były zrobione krwią. Wielki napis „POKUTA” składał się z kilkudziesięciu warstw położonych w różnych odstępach czasu na przestrzeni ostatniego roku. Puste woreczki miały ślady krwi Boskiego, także jego krew stwierdzono w woreczkach, które trzymał w lodówce. Razem tysiąc osiemset pięćdziesiąt mililitrów. Znaleziono również ślady krwi Agaty. Jedno się tylko nie zgadzało. Wybrała numer do laboratorium.

– Dzień dobry, tu Adamczyk z miejskiej. Dzwonię w sprawie wyników badań z mieszkania na Wróbla 12. – Marta wzięła raport do ręki. – Coś tu się nie zgadza. Jedna z próbek krwi Agaty Boskiej datowana jest na kilkutygodniową.

– Proszę chwilę zaczekać… Tak, zgadza się, pani aspirant. Próbka krwi numer trzy Agaty Boskiej pochodzi sprzed kilku tygodni, maksymalnie dwóch miesięcy. Każdą próbkę badamy dwa razy, nie ma mowy o pomyłce.

 

 

Piotr biegł tak swobodnie, jak nigdy dotąd. Nie czuł zmęczenia, nie brakowało mu tchu. Nie musiał zatrzymywać się, żeby odpocząć. Na niebie powoli przesuwały się wielkie, białe chmury. Słońce wyjrzało zza jednej z nich. Ziemia miękko amortyzowała każdy krok. Spojrzał na biegnącą obok Agatę, uśmiechała się do niego. Odwzajemnił uśmiech. Dziewczyna zaśmiała się głośno i ruszyła szybciej do przodu.

Przyśpieszył, żeby ją dogonić.

 

Koniec

Komentarze

Bardzo udana, rasowa obyczajowo-kryminalna opowieść z motywami fantastyczno-grozowymi w tle. Szybko i dobrze się czyta, a choć ogrywasz znaną formułę fabularną, wprowadzasz ciekawe innowacje (psychologiczna motywacja bohatera), co przykuwa uwagę czytelnika. Kreujesz wiarygodne i ciekawe postacie, zarówno prowadzących śledztwo, jak i osób uwikłanych w sprawę. Bardzo podoba mi się pomysł, że to Marta, do której jesteśmy przywiązani jako do postaci będącej jednym z głównych punktów widzenia, popełnia błąd w ocenie sytuacji, a rację ma nieco, hmmm, dupkowaty Szymczak – to jest bardzo ludzkie i idzie wbrew fabularnemu stereotypowi. Klik ode mnie.

 

Hej,

 

ciężki, przygnebiający klimat i niejednoznaczna fabuła, wymykająca się klasycznym opowieściom o zombie czy wampirach. Przez chwilę myślałem o fabule jako pewnego rodzaju metaforze – poczuciu winy, które wysysa życie z człowieka, tragicznie zmarły bliski, który nie odchodzi, tylko żyje w pamięci często powodując odcięcie od świata oraz zmiany fizyczne i psychiczne.

Jednocześnie nie mamy tutaj zwrotów akcji czy napięcia, rzekłbym że wręcz przeciwnie. Z jednej strony to mi się podoba – jest pole do dopowiedzenia sobie historii i zakończenia, z drugiej strony pozostaje we mnie poczucie niedosytu.

Podobny niedosyt mam jeżeli chodzi o “policyjny świat”, który bazuje mocno na schematach, co być może jest świadomym zabiegiem ukazującycym kontrast nadprzyrodzonego z powszednim. Mi jednak ten świat policji wydał się po prostu nudny.

Generalnie cała historia na plus, podobało mi się, klikam bibliotekę.

 

Jeszcze kilka uwag do treści:

 

Piotr wybiegł na prostą wzdłuż parku. Przebieg jeszcze sto metrów i zatrzymał się.

 

“Przebiegł” – literówka; dodatkowo: “wybiegł”, “przebiegł” – na granicy powtórzenia.

 

Jeden był wysokim i szczupłym, ogorzałym brunetem, a drugi krótko ostrzyżonym blondynem, niskim i grubym. Przywoływali w głowie komiczne porównania, ale nie chciała się uprzedzać.

To “przywoływali” brzmi mi, jakby ta dwójka coś przywoływała, np. ducha, co biorąc pod uwagę fabułę oraz ich profesję mogłoby się zdarzyć.

 

– Rozumiem. To w zasadzie wszystko, dziękuję. – Marta złożyła notes. – I jeszcze jedno. Czy w trumnie na pewno znajdowało się ciało Agaty Boskiej? Czy ktoś mógłby przenieść ciało przez przypadek albo zabrać je świadomie? Czy trumna mogła być pusta podczas pochówku?

Matko Boska! – Obaj mężczyźni odpowiedzieli jednocześnie.

Nazwisko “Boski” jest moim zdaniem kiepskim wyborem. Rodzi takie właśnie żarty jak “Matko Boska”, a fabuła, wg mnie nie przystaje do tego rodzaju humoru.

Dodatkowo jest serial “Rodzinka.pl” i ta rodzina też nazywa się “Boscy”, skojarzenie jest silne.

 

Odpowiadał po chwili namysłu, ale raczej nie z powodu, co ma powiedzieć, tylko potrzebował chwili na zrozumienie pytania.

Coś nie tak z tym zdaniem.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Witaj.

 

Brawa za pomysł oraz jego realizację.

Poruszone trudne problemy, dotknięte czułe struny, wstrząsające zdarzenia odkrywane przed czytelnikiem stopniowo… I w tym wszystkim, paradoksalnie, przewija się nadzwyczajne poświęcenie w imię całkiem niezwyczajnej miłości do żony.

Początkowo niby typowe sytuacje, z czasem przeradzają się w ludzkie i fantastyczne dramaty.

Zakończenie baaardzo smutne. :(

 

Z technicznych:

Po co miały to robić, jeśli nie po to, żeby coś ukryć? – literówka

 

– To, że nie zgodził się na pani obecność, nie musi być jednoznaczne z tym (tu wstawiłabym przecinek) że nie pochował żony.

 

Wrzuciłeś Boskiego na bęben? – Marta zgasiła papierosa, wrzucając niedopałek do cmentarnego śmietnika. – czy to celowe?

 

Jak często bywa pan na grobie żony i kiedy był pan tam ostatni raz. – zdanie pytające

 

Powiadomię pana, jeśli będę miała jeszcze jakieś pytania. Mężczyzna siedział jeszcze przez kilka sekund, a później wstał, pożegnał się i wyszedł. – lepiej unikać takich powtórzeń zdanie po zdaniu

Jednak biegał już od kilku miesięcy i z formą nie było już tak fatalnie. – powtórzenie

 

A on nie umiał ubrać w słowa to (tego), co czuł.

 

Tu jakby brak części zdania:

Odpowiadał po chwili namysłu, ale raczej nie z powodu, co ma powiedzieć, tylko potrzebował chwili na zrozumienie pytania.

 

 

Brak zaznaczenia o wulgaryzmach.

 

Tytuł skojarzyłam ze wstrząsającym filmem z 1984 r., oglądanym przed laty.

Pozdrawiam i klikam. :)

Pecunia non olet

Lubię zwięzłe i treściwe komentarze, Ninedin. Sam staram się takie pisać, choć czasem rozwlekam się na niektóre tematy. Jak widać można kilkadziesiąt tysięcy znaków zawrzeć w kilku sensownym zdaniach.

BasementKey, Twoje spostrzeżenie o metaforycznej fabule jest jak najbardziej właściwe. Tekst tego nie wyklucza, przynajmniej mam taką nadzieję. Policyjny świat starałem się oddać jak najbardziej realnie, mogło wyjść nudnie, ale nie lubię podkręcania jak w telewizyjnych serialach czy filmach. Serialu Rodzinka nie oglądałem, ale miałem gdzieś w głowie rzeczywisty odpowiednik Boskiego i zdawałem sobie sprawę z ironii losu. Wybór świadomy. Większość uwag poprawiłem, celne spostrzeżenia.

Bruce, cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu. Dobra łapanka, wszystko poprawiłem. Mimo sprawdzania zawsze coś człowiekowi umyka.

Dziękuję za komentarze.

 

To ja bardzo dziękuję i ponownie gratuluję tak niezwykłego opowiadania.

Co do kwestii technicznych, to tylko sprawy marginalne; u siebie rozmaitych usterek mam zawsze znacznie więcej. 

 

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Dzień dybry,

 

Teraz, gdy trochę schudł

Brakujący przecinek.

 

Siedząc na komisariacie, Marta najchętniej poszłaby już do domu.

Dla mnie dziwnie to brzmi. Proponuję: Marta pełniła dyżur na komisariacie, ale najchętniej poszłaby już do domu.

 

nie musi być jednoznaczne z tym, że nie pochował żony.

Brakujący przecinek.

 

Agata wyrzucała z siebie kolejne zdania. Zanim zastanowił się nad jednym, już pytała o coś innego. Jak miał odpowiedzieć jednocześnie na wszystko?

Moim zdaniem świetnie te zdania opisują uczucia faceta, który jest zasypywany gradem pytań przez kobietę. Niby proste, ale trafne.

 

To, kutas. Cofa ci akta?

Zbędny przecinek.

 

Gdyby ściągać miał ją Boski, potrzebowałby pomocy.

Zbędna informacja. Każdy potrzebowałby pomocy przy ściągnięciu cholernie ciężkiej płyty nagrobnej. No, może oprócz Pudziana.

 

Może nawet bardzo, to był cień człowieka, którego widziała kilka miesięcy wcześniej. Ok. Już wtedy był dosyć szczupły, ale teraz siedział przed nią przeraźliwy chudzielec.

Moja sugestia:

Może nawet bardzo: był to cień człowieka, którego widziała kilka miesięcy wcześniej. Ok, już wtedy był dosyć szczupły, ale teraz siedział przed nią przeraźliwy chudzielec.

 

– Dzień dobry. – Usiadała przed podejrzanym, zastanawiając się, od czego zacząć.

Literówka.

 

Bardzo schludnie napisany tekst – plus.

Ciekawa historia i choć o wampirach, napisana nieszablonowo – plus.

 

Mam tylko jedno pytanie: po co są te wstawki z dziećmi i byłym aspirant Adamczyk? Pytam, bo nie wnoszą nic do fabuły. Czyżby miały one pokazać, jaką zaradną i obrotną jest kobietą? Czy może chciałeś pokazać, że policjanci też mają swoje prywatne życie, które muszą pogodzić z zawodowym?

Życie mnie mnie, a Cię mnie?

Hej, HollyHell91.

To nie jest tekst o wampirach, nie myślałem o tym, pisząc opowiadanie, choć zgadzam się, że logika pozwala uznać i taki scenariusz. Staram się pisać utwory bez wykładania “kawy na ławę”, pozostawiając interpretację czytelnikowi.

Naniosłem część poprawek z łapanki, dziękuję. Choć zdania pozostawiłem bez zmian, wydaje mi się, że pasują.

Inne aspekty z życia Marty, a także jej zachowanie, służą do zbudowania bohaterki, aby nie była tylko imieniem. Też do własnej interpretacji. :)

Bruce, dzięki. Również pozdrawiam. :)

 

Bardzo sprawnie napisane. Niby 45k znaków, ale zupełnie się nie dłuży, wręcz przeciwnie – byłem mocno zaskoczony gdy się skończyło, wydawało mi się że jestem może dopiero w połowie tej objętości, przez opowiadanie płynęło się naprawdę szybko i przyjemnie. Bohaterowie zbudowani całkiem ciekawie, największym plusem opowiadania zdecydowanie są sceny w mieszkaniu Piotra i opisy interakcji z Agatą – naprawdę fajnie napisane, jest odpowiednia doza grozy i hmmmmm, niepokoju. Całkiem ładnie też rozegrany fakt z samym istnieniem bądź nie Agaty-upiora, którego nie widział nigdy nikt poza Piotrem. Nie jestem tylko pewny na ile podoba mi się samo zakończenie. Z jednej strony opowiadanie dla mnie skończyło się dość nagle, jak już pisałem, z drugiej – w finałowym akapicie wydaje mi się że tekst odrealnił się trochę bardziej niż reszta opowiadania. Ale jednocześnie, ładnie ten akapit napisany, mamy klamrę z bieganiem no i nie jestem pewny, jak lepiej to można by było w tym miejscu zakończyć. Pewnie jeszcze muszę się nieco zastanowić nad tym, jak ten finał odbieram – ale hej, sam fakt że o opowiadaniu będę myślał, świadczy że wykonałeś dobrą robotę.

Może nie wyglądam, ale jestem tu moderatorem. Jeśli masz jakąś sprawę, ale boisz się Beryla - pisz śmiało.

Historia kryminalna, zaskakujesz, na początku – włącznie z czwartą sceną. Wtedy się sprawa wyjaśnia. Dalej jest już z górki, znaczy wiem z grubsza, co się wydarzy. Czy to złe – nie, lecz nie ma nic więcej i tu powstaje problem. Pewnie przy powieści nie byłby – vide skandynawskie, w opku – lekko tak. 

 

Po kolei.

Kurcze, kobieta przychodzi ze zgłoszeniem ekshumacji – ile lat minęło? Czas ma znaczenie i rodzaj podejrzeń. Jeśli jest krótki może być istotny, jeśli dłuższy to prawdopodobieństwo zbagatelizowania wzrasta. U Ciebie krótki.

Ok. Budujesz dwa główne plany i rozbijasz je na kilka innych, aby pokazać opresję, w której tkwi bohater, chyba ze swojej winy/decyzji oraz Marta z sytuacją rodzinną, zwyczajną dodam. Niestety, te dodatkowe odgałęzienia niewiele wnoszą, prócz lekkiego nakreślenia w zasadzie zrozumiałej sytuacji rodzinnej każdego z nich. Nie potrafię się w tych historiach odnaleźć, w tym sensie, że niejako „po francusku” chciałabym pogłębienia historii Marty, a z drugiej strony budowania horroru i straszliwości, tymczasem przerzucasz mnie to tu, to tam, i w zasadzie nie dostaję ani pierwszego, ani drugiego.

Posterunkowo odbrałam realnie – tak to nazwijmy. 

Całość czyta się niezbyt łatwo, pomimo dialogów, bo nie serwujesz obrazów. Gadające głowy przenoszące się z jednego miejsca akcji w drugie. Nie budujesz rzeczywistości: gdzie są, co jak wygląda, słuch, węch, odczucia. W jednym momencie to robisz i on mnie zafrapował, zatrzymał na plus. 

Kolejna rzecz: nie przekonuje mnie takie kochanie. Sam dylemat – ok, ale w zasadzie go nie pokazałeś. Niechęć i rodzaj zrezygnowania, niezrozumiałego od początku – dodam, skąd więc się bierze ta utrzymująca się miłość, rodzaj powinności? 

Motyw z bieganiem – również go nie rozumiem w tym kontekście, szkoda. W zasadzie powinien się oszczędzać, a nie uprawiać maratony, ale ok, endorfiny może pochłaniane przez ukochaną, choć na to nie wygląda, gdyż jego biegania nie lubi.

 

Drobiazgi:

,Teraz(+,) gdy trochę schudł, mógł biegać dłużej, choć nadal robił to z dużym wysiłkiem.

,Że jest dziwny(+,) czy że nie pochował żony?

,Podeszła do grobowca. Na płycie odczytała nazwisko. Agata Boska. Przeżyła lat dwadzieścia siedem. Obeszła pomnik dookoła, ale nie zauważyła nic podejrzanego.

Uważaj, masz dwie kobiety. Przy podkreśleniu albo pauza (myślnik), albo przecinek.

 

,Dziewczyna naprowadzała rozmówczynię na właściwy temat.

Hola, „dziewczyna”, kogo masz na myśli? Martę, aspirantkę Adamczyk? Zamienniki. Nie cuduj. xd

 

,Wyglądasz zupełnie jak ja. – Agata przylgnęła do jego pleców. – Pasujemy do siebie, prawda?

– Chyba tak.

– Dlaczego chyba? – Dziewczyna odsunęła się.

Zamienniki. Agata to też dziewczyna, co nie. ;-) Kurcze, bohater to bohater, ma jedno miano, naprawdę z nielicznymi uzasadnionymi wyjątkami, a nie jest nim z pewnością powtórzenie w zapisie. xd

 

Z innych drobiazgów:

*jeśli uderzasz (pierwsza odsłona), nie rozmywaj, trzymaj napięcie do końca. Uważaj na przysłówki, są zdradliwe. Właściwie prawie wszystkie oznaczają naddatek i coś „co koniecznie muszę wtrącić”.

*Nie dopowiadaj, np. skreślenie

,Marta okrążyła biurko, ukradkiem przyglądając się kobiecie. Urabiała ją od samego dołu. Zanim doszli do pokoju, miała już pełną strategię.

 

Opko niejednoznaczne, każdą próbę cenię, każdy mix. Stąd skarżypytuję, bez wahania. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tekst zasłużenie trafił do biblioteki. Wciągający, niepokojący, z twistem końcowym zostawiającym miejsce wyobraźni czytelnika. Polecam do czytania.

Arnubisie, Twoje słowa to miód na moje pisanie. Pewien człowiek, który kiedyś udzielał się na tym forum, powiedział mi bardzo ważne zdanie, które niejako definiuje po co w ogóle piszę i jak chciałbym pisać. Po małej redakcji, bo to była dłuższa wypowiedź, brzmi ono mniej więcej tak:

A teraz ona (idea, fabuła) nie pozwala czytelnikowi zasnąć. W tym tkwi siła przekazu samych opowiadań, że potrafią trafić do ludzi, którzy nie szukali ani takiego pytania, ani takiej odpowiedzi.

Nie jest łatwo napisać takie opowiadanie, ale komentarze jak Twój, pozwalają mi przypuszczać, że przynajmniej zmierzam we właściwym kierunku.

Asylum, nie piszę horrorów. Choć kiedyś je czytałem, teraz zupełnie się z nimi nie identyfikuję. Środki, którymi się posługuję, a które najczęściej są na granicy grozy, realizmu magicznego, surrealizmu czy też weirdu, służą do podkreślenia stanów i zachowań psychologicznych, czytaj obyczajowych, a nie do budowania światów czy też szokowania (ze straszeniem już teraz trudno) czytelnika.

Zdaję sobie sprawę, że opisy są okrojone. Czy są to gadające głowy? Zależy, jak na to patrzeć, jeśli opis mało albo nic nie wnosi do fabuły, jest niepotrzebny. Chciałem, żeby czytelnik ,,połknął tekst”, a nie się z nim męczył, bo wystarczy, że temat jest męczący. Czytając komentarze, to się chyba udało.

Część uwag wprowadziłem, dobre spostrzeżenia.

Koala75, cieszy mnie, że tekst oceniasz na plus.

 

Pozdrawiam serdecznie.

Pojmuję – horrory. Myślałam podobnie, dopóki w zeszłym roku nie przeczytałam powieści M. Enriquez „Nasza część nocy”. Spore wrażenie na mnie zrobiła, więc już kiedyś na forum o niej wspominałam. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Intrygujące opowiadanie. Z uwagą śledziłam poczynania Marty, natomiast nie udało mi się dociec, co działo się w mieszkaniu Piotra. Nie bardzo wiem, co się porobiło z Agatą – czy była, czy jej nie było. Zagadką jest dla mnie także finał tej historii. Obawiam się, że chyba nie wszystko zrozumiałam.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

więc oprócz bie­gów na WF–ie… → …więc oprócz bie­gów na WF-ie

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Wsta­ła cięż­ko i zła­pa­ła za kurt­kę.Wsta­ła cięż­ko i zła­pa­ła kurt­kę.

 

zła­pa­ła za klam­kę i wy­szła z po­ko­ju. → …zła­pa­ła/ nacisnęła klam­kę i wy­szła z po­ko­ju.

 

Ura­bia­ła ją od pierw­szej mi­nu­ty. Zanim do­szli do po­ko­ju, miała już pełną stra­te­gię. → Piszesz o dwóch kobietach, więc w drugim zdaniu: Zanim do­szły do po­ko­ju, miała już pełną stra­te­gię.

 

Po­pra­wił T–shirt i włosy.Po­pra­wił T-shirt i włosy.

 

Sie­dząc na ko­mi­sa­ria­cie, Marta naj­chęt­niej po­szła­by już do domu. → Dość trudno jest, siedząc gdzieś, jednocześnie pójść dokądś.

Proponuję: Marta siedziała na komisariacie, ale naj­chęt­niej po­szła­by już do domu.

 

a mógł to zro­bić po zło­ści, za ja­kieś za­szło­ści… → Czy to celowy rym?

 

grozi od­po­wie­dzial­ność karna z ar­ty­ku­łu 233, 234 238 KK. → …grozi od­po­wie­dzial­ność karna z ar­ty­ku­łu dwieście trzydzieści trzy, dwieście trzydzieści czterydwieście trzydzieści osiem Kodeksu karnego.

Liczebniki zapisujemy słownie; nie używamy skrótów – zwłaszcza w dialogach.

 

Piotr po­czuł, że się za­ciął, do­pie­ro jak zo­ba­czył krew. → Poczuł wzrokiem?

 

To leży córka mojej zna­jo­mej… → Literówka.

 

Te cza­sem trwa od po­grze­bu Agaty.To cza­sem trwa od po­grze­bu Agaty.

 

Wła­ści­ciel domu po­grze­bo­we­go „Ostat­nia droga wska­zał na męż­czyzn… → Wła­ści­ciel domu po­grze­bo­we­go „Ostat­nia Droga wska­zał męż­czyzn

 

Przez te dwa ty­go­dnie na L4 nie mogę… → Przez te dwa ty­go­dnie na el cztery nie mogę

 

Wska­za­ła na stos te­czek.Wska­za­ła stos te­czek.

 

– Pani aspi­rant, dy­żur­ny panią woła. Przy­szła klien­ta, Gó­rec­ka. → Literówka.

 

nie jest nie­moż­li­wym jej prze­su­nię­cie lub zdję­cie. → …nie jest nie­moż­li­we jej prze­su­nię­cie lub zdję­cie.

 

Też nie chcia­ła się goić, ale cią­gle po­draż­niał… → Też nie chcia­ła się goić, ale cią­gle po­draż­niał

 

Pod­niósł ramię do góry, żeby do­kład­niej się przyj­rzeć. → Masło maślane – czy mógł podnieść ramię do dołu?

Wystarczy: Pod­niósł ramię, żeby do­kład­niej się przyj­rzeć.

 

oznaj­mił męż­czy­zna ze swoją wy­nio­słą ma­nie­rą. → Zbędny zaimek – czy mógł oznajmiać coś z cudza manierą?

Proponuje: …oznaj­mił męż­czy­zna z charakterystyczną wy­nio­słą ma­nie­rą.

 

Marta chwy­ci­ła za klu­czy­ki od auta i wy­szła z po­ko­ju.Marta chwy­ci­ła klu­czy­ki od auta i wy­szła z po­ko­ju.

 

Męż­czy­zna skrzy­żo­wał ręce na pier­siach.Męż­czy­zna skrzy­żo­wał ręce na pier­si.

Piersi mają kobiety, mężczyzna ma jedną pierś.

 

Marta szła ostat­nia. Po­chód otwie­rał Szym­czak, szedł przez cmen­tarz… → Czy to celowe powtórzenie?

 

ale wy­da­wał się rze­czy­wi­ście za­sko­czo­nym. → …ale wy­da­wał się rze­czy­wi­ście za­sko­czo­ny.

 

– … Do­brze, wy­sta­wię go jesz­cze dzi­siaj. → Zbędny wielokropek przed wypowiedzią.

 

Zła­pa­ła za klam­kę.Zła­pa­ła klam­kę.

 

Boski miał po­za­sła­nia­ne okna. →Okna miał Boski czy mieszkanie?

Proponuję: Okna w mieszkaniu były pozasłaniane.

 

– Cześć, tu Adam­czyk. Je­stem na kwa­dra­cie Wró­bla 12.– Cześć, tu Adam­czyk. Je­stem na kwa­dra­cie Wró­bla dwanaście.

 

Dzwo­nię w spra­wie wy­ni­ków badań z miesz­ka­nia na Wró­bla 12.Dzwo­nię w spra­wie wy­ni­ków badań z miesz­ka­nia na Wró­bla dwanaście.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Asylum, prawdą jest, że ostatni horror przeczytałem dobre dwadzieścia parę lat temu. Ten, który proponujesz, jest z 2019 roku, więc można mówić o zmianie pokoleniowej. Może sięgnę, żeby sprawdzić, jak teraz się pisze.

Reg, wprowadziłem poprawki. Część zdań zostawiłem bez zmian. Dziękuję.

 

Bardzo proszę, Darconie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak zwykle zgrzyt taczki oznajmia przybycie krwiożerczego Osvalda. A oto zrzut bagiennego szlamu miałkich przemyśleń, czyli komentarz do opowiadania.

Teraz, po prawie dwudziestu latach, wrócił do biegania. To był świadomy wybór. Biegał, bo tylko wtedy o tym nie myślał. Paradoksalnie brak kondycji, przez który kiedyś zrezygnował, okazał się teraz zbawienny. Wysiłek przesłaniał mu wszystko, wyłączał ze świata, odcinał od myślenia. A początki były trudne. Gdy zaczynał pół roku wcześniej, mając dobre kilkanaście kilogramów nadwagi, nie potrafił przebiec dalej niż kilkaset metrów. Teraz gdy trochę schudł, mógł biegać dłużej, choć nadal robił to z dużym wysiłkiem.

Trzy “teraz” w jednym akapicie, to przesada. I z racji akcentu zdaniowego przed “gdy” w ostatnim zdaniu postawiłbym przecinek.

Czerwony na twarzy, dyszący, na skraju możliwości fizycznych, wybiegł z parku i skręcił w ulicę, na której mieszkał.

Mnie zawsze razi zakończenie zdania konstrukcją złożoną tylko z “który” i czasownika. Po prostu nie brzmi to dobrze. Poza tym lepiej pasowałoby “przy której”.

Od razu powrócił niepokój, przyśpieszył więc byle się zmęczyć, byle przez chwilę nie myśleć.

Problem z podmiotem i coś mi tu nie gra interpunkcja, brakuje kropki lub przecinka po “więc”.

Skupił się na tym i zawrócił, nie chciał jeszcze wracać do domu.

“Zawrócił” i “wracać” to lekkie powtórzenie, ale ważniejsza kwestia to fakt, że druga część zdania jest zbędna. Jeśli zakończysz tę scenę po “zawrócił”, wybrzmi ona dużo mocniej. Czytelnik (uwaga, grzech krwiożerczego Osvalda) zrozumie, że bohater nie chce jeszcze wracać, bo dajesz ku temu bardzo wyraźne przesłanki, pozwól więc temu wybrzmieć. W literaturze, tak jak i w muzyce pauzy są istotne.

Marta wyprostowała się na krześle. Za dwadzieścia minut kończyła służbę. Spojrzała na kolegę, który właśnie pochłaniał kanapkę. Chciała coś powiedzieć, ale dała sobie spokój. Za chwilę wychodzi.

Zbyt blisko siebie padają te same informacje. Poza tym z czym bohaterka ma problem? Z kanapką?

Agata siedziała na szafie, czając się do skoku, jak małpa. Ostatecznie spełzła powoli na podłogę, węsząc dokładnie.

Bardzo dobry opis. Był to moment, w którym opowiadanie mnie autentycznie zainteresowało. Bez przecinka przed “jak”.

Mężczyzna popatrzył z góry. Lepiąca się do niej nocna koszula przypominała pomarszczoną skórę staruszki.

Nie ma potrzeby poprzedzać opisu informacją, że bohater na nią patrzy.

Siedząc na komisariacie, Marta najchętniej poszłaby już do domu.

Tu aż mi trybiki zgrzytnęły. Nijak mi imiesłów nie gra z trybem przypuszczającym.

Siedząc na komisariacie, Marta marzyła, żeby pójść do domu.

Do pokoju wrócił Bartek, sadowiąc się głośno na krześle. Odwróciła się do niego plecami.

Dwa “się”.

Mężczyzna sięgnął po jedną ze stosu teczek, jakie miał na biurku.

To jest analogiczne, jak konstrukcje “z który” i jeszcze to “miał”.

Że jest dziwny czy że nie pochował żony?

Brakuje przecinka.

– Ale co? Że jest dziwny czy że nie pochował żony? – Marta zawiesiła palce nad klawiaturą.

– Właśnie tak.

– Proszę powtórzyć dokładnie jego słowa.

– Chciałam, żeby pojechał ze mną do niej na cmentarz, a on odpowiedział, że jej tam nie ma. Znaczy na cmentarzu.

Dobre. Potrafisz dodać dialogowi realności i dopasować je do sytuacji.

Odwróciła się. Dwa groby dalej stała dobrze ubrana pani po pięćdziesiątce. Obie lustrowały się przez chwilę.

“Odwróciła się” jest tu zbędne i tworzy problem z podmiotem.

Gdy wrócił do pokoju, Agaty już w nim nie było. Chciał wrócić do biurka, gdy usłyszał dzwonek do drzwi.

– Nie pamiętam – Piotr musiał podnieść głowę, żeby spojrzeć na kobietę.

Kropki brakuje.

Wspięła się na ścianę, później na sufit i przeczołgała się po nim do pokoju.

Sposób poruszania się Agaty jest bardzo dobrze opisany. Kojarzy się z konkretnymi scenami z telewizyjnych horrorów.

– Jestem aspirantem. – Gdy zapisywała uwagi, znowu zadzwonił telefon. – Adamczyk, słucham?… Julka wymiotowała? Dobrze, zaraz po nią przyjadę. Może poczekać na mnie w grupie?… Przedszkolaki wychodzą na spacer, rozumiem… Na świetlicy, dobrze.

Powtarzanie informacji ma na celu poinformowanie czytelnika, co się stało, ale wyszło nienaturalnie. Te pogrubione fragmenty mam na myśli.

– Tego nie wiemy, pani komisarz. – Tym razem odezwał się blondyn.

“Odezwał się” oznacza mówienie, więc trzeba to zapisać, jak didaskalia.

Marta patrzyła, jak Bartek pochłaniał kolejne kawałki ciasta.

Raczej “pochłania”, bo jest to czynność w trakcie “patrzenia”.

Stał więc tylko i czuł jak szybko wali mu serce.

Brakuje przecinka.

– I co pani teraz powie? – Makaron wyprostował się jak paw. – Czy widzi pani, co znaczy kilkunastoletnie doświadczenie w zawodzie? A pani chciała zamknąć sprawę!

Marta musiała przełknąć gorycz porażki. Podziękowała mężczyznom i ruszyła do wyjścia, wyciągając przy tym telefon.

Przyznam, że uznanie zagrałeś wbrew schematom. Zwykle to policjant walczy o sprawę ze złym prokuratorem, czy przełożonym, który chce ją zamknąć.

– … Dobrze, wystawię go jeszcze dzisiaj.

Co ma oznaczać ten wielokropek na początku?

Czasami mam taki dzień, że coś się przedłuża, albo wypada niespodziewanie.

Zbędny przecinek.

To wiesz też, co robić.

Bez przecinka.

Weszli do klatki i ruszyli po schodach na piętro.

To on mieszka w bloku? Ja sobie cały czas dom wyobrażałem, zabrakło wyraźniejszego zarysowania otoczenia.

– Gdzie masz klucze? – zapytała Boskiego, gdy dotarli przed drzwi mieszkania.

– W kieszeni od spodni.

– Dobra, dasz radę sam wyciągnąć.

Po chwili pęczek kluczy znalazł się w jej rękach.

A nie skonfiskowali mu rzeczy przed zamknięciem? Jakoś dziwacznie ta prośba o klucze wypadła.

I przyznam, że nijak nie rozumiem, czemu zabrali Boskiego ze sobą, mając nakaz przeszukania. To jest kwestia, która zupełnie wybiła mnie z lektury, bo wygląda na sztuczne zbudowanie sytuacji do ucieczki.

Większość tekstu czytałem z zainteresowaniem, postaci są świetne, sporo fajnych smaczków i szczegółów ubarwia tekst. Napięcie wzrasta. Czytelnik dostaje opis sytuacji z dwóch perspektyw, czyli idealnie tyle, ile potrzeba do pokazania, że coś jest nie tak, ale jednocześnie bez robienia bałaganu i dziwacznych osobnych scenek.

Zdecydowanie więcej zalet niż wad, ale powiadanie skończyło się nagle, a zakończenie mnie zdecydowanie rozczarowało. Nagle historia z fantastycznego kryminału skręciła w kierunku czegoś mglistego, jakiegoś poczucia winy. Podsuwasz czytelnikowi wyjaśnienie, że Piotr zwariował i sam się okaleczał oraz rysował na ścianach, a potem pojawia się wątek krwi Agaty i powstaje dwuznaczność, ale taka nieprzyjemna, nielogiczna. Można by to jeszcze tłumaczyć, że faktycznie wykopał ciało i stąd krew, tylko czy w takim przypadku datowanie mogłoby błędnie wykazać krew sprzed kilku tygodni. Ostatnia scena to dla mnie zagadka, nie wiem, czy bohater umarł, zwariował, zamienił się w wampira. Skłaniam się ku pierwszemu. Lubię niejednoznaczne zakończenia, ale nie aż tak.

Już myślałem, że przyznam cztery gwiazdki, bo to solidny tekst i ciekawie ograny z dobrze napisanymi dialogami, bazujący jednoczenie na ogranych motywach, ale i na kontrastowych zestawieniach, ale… zakończenie zepsuło wrażenia, więc trzy gwiazdki.

„Przekonania są bardziej niebezpiecznymi wrogami prawdy niż kłamstwa“ – Friedrich Nietzsche

Bardzo dobre uwagi, Osvaldzie. Większość wprowadziłem, nie ma co się nad nimi rozwodzić. Skupię się więc na dwóch sprawach z podsumowania.

Mam dostęp do środowiska policyjnego i starałem się oddać to wiarygodnie. To nie była gruba sprawa o zabójstwo. Zabranie ze sobą podejrzanego (jeszcze do niego wrócę) gwarantuje, że nie wpłyną skargi na komendę o rzekomych zniszczeniach czy też kradzieżach dokonanych przez policjantów w trakcie przeszukania, co się zdarza. Boskiemu nie groził wielki wyrok, więc Marta nie spodziewała się ucieczki, tym bardziej, że dobrze wiedziała (i on), że nie ma żadnych dowodów przeciwko niemu. Równie dobrze zabranie zwłok mogła zlecić teściowa, żeby mścić się na zięciu za śmierć córki. Mogli ją skremować zarówno Boski, jak i Górecka, chcąc trzymać prochy w domu. W Polsce to przestępstwo. Także dom pogrzebowy mógł nie pochować Agaty. Papier to tylko papier. I tak dalej.

Jeśli chodzi o niejednoznaczne zakończenia, to takie lubię najbardziej. Nie oszukujmy się, to nie była kryminalna sprawa stulecia i stanowiła głównie tło do nakreślenia bohaterów i ich problemów. Tak przynajmniej starałem się to ująć. Jeśli chodzi o dwuznaczną krew, to był mały ukłon w stronę filmu. Tyle tylko, że tam dwuznaczne sceny (obrazy) lepiej się bronią, bo ludzie patrząc na to samo, widzą często różne rzeczy. Zaś słowa są precyzyjne i utrudniają odmienne interpretacje, czy też wątpliwości. Myślę, że nie będę z tego więcej korzystał. Przynajmniej w podobnych kontekstach.

Ostatecznie, mimo zagmatwania, dobrze interpretujesz, więc wydaje się, że tekst nie jest wcale taki zamglony i udało mi się poprowadzić go, jak chciałem. Dziękuję za komentarz.

 

Mam dostęp do środowiska policyjnego i starałem się oddać to wiarygodnie. To nie była gruba sprawa o zabójstwo. Zabranie ze sobą podejrzanego (jeszcze do niego wrócę) gwarantuje, że nie wpłyną skargi na komendę o rzekomych zniszczeniach czy też kradzieżach dokonanych przez policjantów w trakcie przeszukania, co się zdarza.

Rozumiem, to sprawę wyjaśnia, choć pytanie o klucz nadal uważam za niepasujące do sytuacji.

Ostatecznie, mimo zagmatwania, dobrze interpretujesz, więc wydaje się, że tekst nie jest wcale taki zamglony i udało mi się poprowadzić go, jak chciałem.

Czyli poczucie winy bohatera pchnęło go do szaleństwa? Wykopał ciało żony i uroił ją sobie jak wampirzego stwora, a ostatnia scena dzieje się po jego śmierci?

„Przekonania są bardziej niebezpiecznymi wrogami prawdy niż kłamstwa“ – Friedrich Nietzsche

Staram się nie pisać w komentarzach pod swoimi opowiadaniami, “co autor miał na myśli”. Chciałbym, żeby wynikało to z utworu i nie chcę zabierać “przyjemności” z własnej interpretacji czytelników.

Odpowiedzi wyślę Ci na PW.

 

“Wąskimi stróżkami” – oj, Darconie, Darconie… ;p

Opowiadanie wciągające, 45k znaków zleciało błyskawicznie. Podobało mi się, jak przeplatasz wątek kryminalny z nadprzyrodzonym i jeszcze w tym wszystkim motyw biegania. Sceny z Agatą przyjemnie niepokojące, podobnie scena przeszukania mieszkania. Jest napięcie. Trochę tylko końcówka wydała mi się zbyt nagła i szybka, ale w sumie nie wiem, jak mógłbyś to rozwinąć.

Tekst dobry, jak również tekst “Twój” w sensie sposobu tworzenia historii.

Pewne rzeczy się nie zgadzają na poziomie co z czego wynika, ale nie są to elementy kluczowe dla odbioru opowiadania. Co prawda momentami aż się prosi o kilka zdań więcej dla wytworzenia klimatu, ale jednocześnie nieźle oddajesz charakter “zwykłego człowieka” Boskiego (swoją droga to skojarzenie “zwykłego-Boskiego” to też samo w sobie tworzy jakieś wtrącenie; podobnie jak kontrast między nazwiskiem a słowem “Pokuta”). I skoro o pokucie mowa – fajnie wyszła warstwa do domyślenia się, właśnie z powodu obecności tego słowa.

Mój optymizm wobec tego tekstu nie jest aż tak duży, jak części wypowiadających się, ale ogólnie to dobre opowiadanie. Choć z Twoich tekstów mi na przykład bardziej wpadał choćby ten z kosmicznymi delfinami, waleniami, czy jakoś tak, nie pamiętam szczegółów. I był tez jakiś, w którym była scena z kokonami w świecie innym od materialnego – też nie pamiętam tytułu, gdybyś mógł przypomnieć,byłoby super :)

 

"– … Dobrze, wystawię go jeszcze dzisiaj."

– dobrze z małej litery, skoro po wielokropku.

 

Co do elementów, które mi zgrzytnęły:

 

"Czerwony na twarzy, dyszący, na skraju możliwości fizycznych, wybiegł z parku i skręcił w ulicę, przy której mieszkał. Od razu powrócił niepokój, przyśpieszył więc"

– jeśli nie ćwiczył nic innego i faktycznie był na skraju wytrzymałości, to raczej nie miał wbudowanego odruchu przyśpieszenia. Przy nagłym zastrzyku adrenaliny ok, przy niepokoju niekoniecznie. Taka dobitka na koniec mimo dużego zmęczenia, to raczej coś, czego ludzie z czasem potrafią wyrobić :) I co swoją droga jest dobrym nawykiem treningowym (o ile oczywiście kontroluje się to, jak bardzo jest się "na skraju", żeby nie przedobrzyć). Ale to akurat można uznać za jakieś pierwsze syndromy tego, co objawiło się w końcowej scenie, wiec do obronienia.

 

"Zdjął opaskę z przedramienia, odsłaniając wenflon. Odpiął korek. Agata od razu podpięła wężyk od kroplówki, który ciągle nosiła przy sobie i mocno zassała"

– oddaje krew zaraz po wysiłku, który był dla niego aż tak wysiłkowy? Bez uzupełnienia płynów, bez posiłku regeneracyjnego i – jak można dopowiedzieć sobie z dalszej części tekstu – nie pierwszy dzień z rzędu? Niby jest potem ten moment z mroczkami, ale jest tu odrobinę wątpliwości.

 

"Mówiłem już wcześniej. Pochowałem żonę, jak robi to każdy obywatel"

– trochę dziwnie brzmi ten obywatel, jeśli sytuacja nie sugeruje ironicznego nastroju.

 

"Takie rzeczy zawsze wychodzą, a wtedy nie skończy się na jednym wyroku za zbezczeszczenie zwłok, tylko dojdzie kilka innych"

– wyroki za obrzędy? Można wybronić blefem, ale z drugiej strony tez policjantka jak wynika z tekstu poczatkująca nie jest.

 

"Znaleziono również ślady krwi Agaty"

– jego krew mogli rozpoznać, jeśli pobrali DNA przy zatrzymaniu, a jej?

 

Otarcia od koszulki – właściwie jak już aż tak mocno wychudł, to pod pachami mniejsze ryzyko niż na początku. Natomiast takim newralgicznym punktem bez względu na budowę mogłyby być okolice sutków. Ale to akurat coś, co nie każdemu się rzuci w oczy i i tak jest dyskusyjne i do wybronienia :)

 

No i kiedy Agata opuściła lokal, że policjant, który został przy drzwiach, nie zauważył jej?

 

Cóż począć, Bella, stało się. Nie utarło się w pamięci i nie wyłapałem. Co Ci mogę powiedzieć, inni grzecznościowo nie wytknęli. ;) Dzięki za kilka spostrzeżeń.

Wilku, potwierdzasz tylko, że wszystko jest kwestią gustu. Komuś nazwisko Boski nie bardzo się podobało. Podobnie z przywołanym opowiadaniem. Afektywna rzeczywistość podobała się Tobie, ale mniej komuś z wyżej komentujących. Najistotniejsze jest dla mnie, że nie ma głosów typu źle skonstruowane opowiadanie, albo słabo napisane. Co do pytań, nie na wszystkie mogę odpowiedzieć. Nie chcę odbierać przyjemności czytania innym (i wyciągania własnych wniosków).

Na te, które mogę. Ludzie dosyć często używają sztywnych, oficjalnych sformułowań na policji. Szczególnie Ci, którzy bardzo rzadko tam bywają i czują się nieswojo, obawiając się powiedzieć coś niewłaściwie. I nie chodzi o wyrok za obrzędy, ale matactwo w sprawie, nakłanianie do czynów zabronionych, być może przetrzymywanie kogoś lub uszkodzenie ciała, itd. W takich sprawach często podejrzanych jest co najmniej kilka osób.

Otarcia cycków mówisz, drobiazgowy jesteś. ;)

Dziękuję za odwiedziny.

 

Otarcia cycków mówisz, drobiazgowy jesteś. ;)

Po prostu po iluś maratonach i ultra trudno nie znać kogoś, kto tego doznał ;-) Sam też ze dwa razy miałem ten problem ;-)

 

 

inni grzecznościowo nie wytknęli. ;) 

Ja niestety także tego nie zauważyłam. blush Spojrzałam właśnie zdumiona na wpis Belli. Jakoś mi to przemknęło szybko podczas lektury, chyba zlewając się po prostu w wyraz podobny w brzmieniu, pisany właśnie tak. 

Co nie zmienia faktu, że od przeczytania Twoje opowiadanie jest zdecydowanie moim numerem jeden i wierzę gorąco w jego nagrodzenie.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Dziękuję za dobre słowo, Bruce.

 

To ja dziękuję. Nawet sobie, Darconie, nie wyobrażasz, ilu emocji dostarczyłeś mi swoim opowiadaniem.heart

Jestem zachwycona wszystkim, a szczególnie niezwykłym oddaniem chłopaka dziewczynie. Miłość taka jest po prostu ponad wszelkie granice, normy, zasady. Niezwykłe. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

 

Pecunia non olet

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Cześć, Darconie, tu Twój wtorkowy dyżurny :)

 

Na początek błędy/wątpliwości/sugestie:

 

Rzucił klucze na biurko i ciężko usiadał na kanapie.

Usiadł

 

Zajrzał pokoju, Agaty już w nim nie było.

Zjedzone “do” pokoju.

 

– Ok.

Do rozważenia niekonsekwencja – wcześniej było “okey”, teraz mamy “ok”. Gdybym miał wybierać, wybrałbym opcję trzecią, czyli “okej”. Na pewno bym jednak nie mieszał.

 

Zarzuca się panu, że nie pochował żony. To znaczy, nie umieścił ciała w trumnie.

Chyba powtórzyłbym “pan” w drugim zdaniu. Jak dla mnie – naturalniej.

 

– To prawda. – Marta spojrzała w akta i znowu na Boskiego.

Do rozważenia, czy policjantka tak chętnie by to prosto z mostu przyznała. Mam wątpliwości.

 

– Dlaczego Górecka uważa inaczej?

Poszedłbym dalej w “teściową”.

 

– Nie przypomina pan sobie, czy nie powiedział, albo powiedział?

Uciąłbym na pierwszym “powiedział”, bo mnie to zatrzymało i zmusiło do powtórnej lektury zdania.

 

– Ma pan problemy z pamięcią, zażywa jakieś leki?

Bardzo w punkt pytanie, często zadawane – także w sądzie (bawi mnie za każdym razem). Wiem, miała być wyliczanka błędów, ale pozwoliłem sobie na dygresję.

 

rozkręcił wodę, nadal słyszał żonę, jak kręci się po suficie i mówi do siebie.

Brzydkie powtórzenie

 

– Matko Boska! – Obaj mężczyźni odpowiedzieli jednocześnie.

– Co też pani mówi – dodał wysoki. – Wszystko można sprawdzić w papierach! Zamykamy trumnę zaraz po wyjściu bliskich. To niemożliwe!

To unisono “Matko Boska!” wydało mi się trochę zbyt karykaturalne. Dużo naturalniej wypada już “Co też pani mówi”. Zostawiam Ci do rozważenia.

 

Bynajmniej nie w tym sensie, jaki pojmowała to Agata.

Na pewno powinno być “w jakim” i tu już do rozważenia – ja dałbym “rozumiała”.

 

Z braku popełnienia przestępstwa.

Myślę, że w relacji z prokuratorem siliłaby się na nomenklaturę z art. 17 k.p.k. I raczej szedłbym w brak danych (17 par. 1 ust. 1 in fine). Intuicyjnie, oczywiście, wszak sprawa fikcyjna.

 

– To, kutas

Przecinek chyba nieintencjonalny

 

Za nim szedł lekarz z medycyny sądowej

bez “z”

 

Kurwa, zastanawiała się, czy nie będzie musiała przytrzymać mu szklanki, jak będzie chciał się napić, a co dopiero ściąganie z grobowca ciężkiej marmurowej płyty!

Coś mi tu zgrzyta gramatycznie.

 

Potrzebuję nakazu w ciągu dwudziestu czterech godzin, żeby nie zdążył zatrzeć śladów, jak wyjdzie.

Czterdziestu ośmiu (248 par. 1 k.p.k.). Chyba że Boski siedział już jedną dobę, a ja to przeoczyłem.

 

– Ja, pierdolę.

Chyba bez przecinka

 

gdzie zięć mógłby się ukrywać?

“Mógł się ukryć” albo “może się ukrywać” – obie formy wydają mi się naturalniejsze. Zostawiam Ci do rozważenia.

 

Nie czuł zmęczenia, nie brakło mu tchu.

“Nie brakowało” byłoby chyba lepsze.

 

No dobrze, wyliczanka za mną. Teraz parę nieco ogólniejszych spostrzeżeń. Przede wszystkim jesteś bardzo dobrym “dialogowcem”. Mięciutkie są te rozmowy, naturalne, jakbym je słyszał za ścianą. Do tego dopracowane, nie nudne didaskalia (widziałem parę Twoich komentarzy, wiem, że zwracasz na to uwagę u innych, dobrze więc, że i u siebie). Bardzo, bardzo duży plus. Do tego sprawnie operowałeś policyjnym żargonem, co też nie było mi obojętne. Fabularnie – również jest satysfakcjonująco. Motyw wprawdzie znany i ograny, ale poprowadziłeś go w stronę wtórności pozbawioną. W warstwie, że tak powiem, dochodzeniowej, też raczej nie mam uwag (nie szukałem też z lupą w ręku, żeby nie było). Dość wiarygodnie oddane, widać że research odrobiony. Drobiazgi wyłuszczyłem Ci w łapance.

Jedyne, co mi się nie podobało albo inaczej – jeszcze nie wiem, czy mi się podobało – to zakończenie. Póki co mam wrażenie, że nieco odstaje od reszty, a jednocześnie nie niesie satysfakcjonującej (nie mylić z łopatologiczną) informacji o tym, jak to się finalnie skończyło/mogło skończyć. Ale będę jeszcze myślał.

Rozważę też, czy nie wesprzeć Cię w walce o piórko swoim skromnym półTAKiem.

 

Dzięki za lekturę i pozdrawiam,

 

fmsduval

 

 

Dla jasności – to profil zapasowy względem tego

Cenne uwagi, fmsduval. Rzeczywiście można to wymuskać tu i tam. Większość poprawek naniosłem. Zastanawiałem się kiedyś, dlaczego połykam “z, na, od” i temu podobne, ale nie znalazłem wytłumaczenia. Odniosę się tylko do dwudziestu czterech godzin. Po czterdziestu ośmiu mogło być za późno. To znaczy albo Marta przeszuka mieszkanie sama, zanim Boski wyjdzie, albo razem z nim, ale po 48h Boski mógłby zdążyć sprzątnąć co trzeba przed przeszukaniem.

Cieszę się, że znalazłeś plusy w opowiadaniu. Co do końcówki, miałem taki plan od początku, być może można to było zrobić lepiej, ale nie zakładałem innego finału.

Dzięki, Anet.

 

Nowa Fantastyka