- Opowiadanie: BarbarianCataphract - Słońce mym bogiem

Słońce mym bogiem

Osobisty eksperyment. Zobaczymy jakie będą jego wyniki. :3

Fikcyjny świat i mitologia, oparte na starożytnej Grecji i Babilonii. Rytuały, podróż bohatera i motyw śmierci. Z opowiadania zrobiło się coś w stylu mitu, opowiadanego z perspektywy wyznawców Aphoibosa, który wprowadza czytelnika w świat.

Dziękuję fmsduvalowi i Gekikarze za betę. <3

Miłej lektury!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Słońce mym bogiem

Na początku była ciemność. Wszechobecny mrok, wypełniony bezlitosnym chłodem. Chaos spowijał świat, w którym jakikolwiek rozwój zaburzała bolesna wręcz ignorancja. Stworzenia nocy znały jedynie doczesne przyjemności.

 

***

 

Pustynia próbowała wyssać z niego ostatnie kropelki wody, które jeszcze resztkami sił trzymały się spękanych ust. Wysuszona na wiór skóra, spalona wielkim Aphoibosem, kurczyła się i piekła niczym smagana ognistym biczem. Ostatnie części skórzanego pancerza porzucił już wiele stadionów temu, teraz półnagi, bez żadnego dobytku, powłóczył nogami w gorącym piasku. Pozostały mu rozpadające się sandały, poszarpana płócienna tunika i prawie już pusty bukłak.

A jego jedynym towarzyszem były wyrzuty sumienia.

 

***

 

W tle rozbrzmiewały liry, bębny i bambusowe flety. Obwieszone spiżowymi dzwonkami tancerki wyginały lśniące od oliwy ciała w fantazyjnych pozach. Niczym smukłe gepardy, przeskakiwały lekko z miejsca na miejsce, co jakiś czas muskając gładkimi dłońmi tłuste ciała generałów i urzędników.

Wielki lampion, przypominający gigantyczną kulę ognia, zwisał ze stropu i zalewał obszerne atrium boskim wręcz światłem. Otoczony kratami, symbolizować miał wyższość Pana Nocy nad bratem, którego lud Pseftytów uważał za słabego, podatnego na emocjonalny ból.

Ogniki światła wędrowały po ścianach z piaskowca, okalały zanurzone w ekstazie twarze świętujących, odbijały się od stojącego na podwyższeniu wypolerowanego ołtarza.

– Akhetosie, nalej sobie jeszcze! – krzyknął Makelesz, żłopiący właśnie trzeci dzban wina. Drugim ramieniem obejmował półnagą niewolnicę, przymilającą się do niego sztucznie. – Jak myślisz? Kogo wybiorą na patrona tegorocznych Diobakkeid?

– Nie mam pojęcia – rzucił Akhetos od niechcenia. – Pewnie znowu któregoś z tych wielce wybitnych generałów.

Oparł się wygodniej na poduszkach, chwycił złocony puchar i machnął w kierunku służki. Kobieta przybiegła do niego i zaczęła napełniać naczynie życiodajnym płynem. Drżała, a gdy spojrzał na jej twarz, ujrzał, że oczy i policzki zapadnięte miała jak zostawione do rozkładu ciało.

Kilka kropel wina spadło na jego tunikę.

– Ladacznico zawszona! – wrzasnął Makelesz, i już miał doskoczyć do niewolnicy, gdy Akhetos zatrzymał go gestem dłoni. Kobieta od razu upadła na kolana i przykleiła twarz do podłogi.

– Nic się nie stało, Maki – odparł ochlapany winem meżczyzna, oglądając przebijający się przez skórę kręgosłup służącej. – Swoją drogą, nie mieli nikogo sprawniejszego? Przecież to dziewczę może złamać się wpół od najlżejszego podmuchu wiatru!

Makelesz wypił solidny łyk i rzucił puchar na stół. Kielich odbił się od marmuru, potoczył i upadł u stóp Akhetosa. Ten pierwszy beknął, po czym spojrzał pogardliwym wzrokiem na wciąż klęczącą służkę. Splunął.

– Tak to jest, gdy okazuje się, że Hegemon to jednak pizda, a nie władca – rzucił Makelesz, po czym parsknął obrzydliwym, gardłowym śmiechem. – He, he, pewnie niedługo zacznie zamieniać nasze kobiety na niewolniczki tyfloskich dzikusów, wyznających ten głupi aphoiboski ognik. Władcy zachciało się okazywać dobroć podbitym ziemiom, a my musimy, kurwa, cierpieć.

– Jeśli cierpieniem nazywasz gwałcenie wycieńczonych wojną kobiet… – odpowiedział jego towarzysz z wyraźną dozą ironii, aż tłustemu Pseftycie zrzedła mina. – Darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, przyjacielu.

Makelesz łypnął na przyjaciela spode łba. Jego twarz, z reguły niemiłosiernie tępa, teraz wydawała się przekraczać wszelkie granice ogłupienia. Złocony pas wrzynał się coraz bardziej w pęczniejący od alkoholu i strawy brzuchu.

– A ciebie co ugryzło? – zapytał i beknął.

Akhetos wzruszył ramionami.

– Możesz już odejść – polecił służce, jednak nie reagowała. – Możesz odejść, kobieto! – powiedział głośniej, lecz wciąż nie ujrzał żadnej reakcji.

Widział, że nawet nie drży.

Kucnął przy niej, szturchnął w bark. Nieruchome ciało runęło na bok.

Oczy miała szeroko otwarte. Usta wykrzywione były w ostatnim napadzie strachu. Nie żyła.

Chciał coś powiedzieć, ale żadne słowo nie przechodziło mu przez gardło. Nawet pomimo bycia emisariuszem śmierci we własnej osobie. Zabił wielu, ciął ich ciała, zalewał ziemię szkarłatem… a w tym momencie nie mógł powiedzieć niczego.

Bohater Pseftii.

Muzyka nagle ucichła, a całą halę wypełnił przytłaczający dźwięk spiżowych trąb. Akhetos podniósł wzrok w kierunku ołtarza, przy którym stanął teraz Najwyższy Kapłan Diobakkusa. Ubrany był w czerwono-fioletową szatę, okrywającą od stóp do głów zepsute przyjemnościami ciało. Wojownik nie widział jego twarzy, chociaż podejrzewał, że pod kapturem kryje się obleśne oblicze podstarzałego lubieżnika.

 

***

 

Pan mroku, Diobakkus, prowadził swych poddanych ścieżką cielesności i tego, co tymczasowe. Oferował im życie w rozkoszy aż po kres wieków, jeśli oni poświęcaliby mu niewinność młodych kobiet i mężczyzn. Diobakkus przyjmował dary, a pierwotnym ludziom oddawał cząstkę błogości, która miała zmienić ich życie na pełne nieustającej ekstazy. Ci, którzy podczas święta ku boskiej czci oddawali się na ołtarzu przyjemności, zostawali naczyniem, noszącym w sobie łaskę Diobakkusa.

 

***

 

– Nadszedł ten moment! – rzekł kapłan, którego głos rozszedł się potężnym echem po świątyni. – Najważniejszy moment Diobakkeid, kiedy to nasz pan i władca wybierze patrona! Naczynie, będące następnym prorokiem wszechdobrego Diobakkusa!

– Chwała Wszechdobremu! – odkrzyknęli zgromadzeni.

Dwóch strażników przywlokło wierzgającą młodą dziewczynę. Miała na sobie jedynie skromną, zakrywającą biodra przewiązkę. Krzyczała, wyrywała się, jednak nie mogła dorównać sile żołdaków. Wepchnęli ją na ołtarz z brązu i przywiązali do niego.

– Diobakkus oczekuje od nas ofiary! Tak jak my poimy się winem, on pragnie przyjemności. – Kapłan wzniósł ręce nad głowę. – Naszej przyjemności, którą podarował nam na początku istnienia!

– Chwała Wszechdobremu!

– Wiem, czego potrzebuje. Wiem, kogo potrzebuje! – przemówił kapłan, a wśród świętujących rozległy się szepty i szmery. – Powiedział mi, czyjej przyjemności dziś oczekuje!

Makelesz spojrzał na Akhetosa półprzytomnym, podpitym wzrokiem i wykrzywił usta w parodii uśmiechu. Tamten odpowiedział mu tym samym i z powrotem odwrócił głowę w stronę kapłana.

– No powiedzże kto to, żebym mógł w końcu wrócić do komnat – mruknął czempion pod nosem, ale nieco zbyt głośno, gdyż zwrócił na siebie uwagę przyklejonej do Makelesza niewolniczki. Nie dawał tego po sobie poznać, chociaż od spojrzenia niebieskich oczu wstrząsnął nim chłodny dreszcz.

Cisza.

– Diobakkus pragnie…

Niepewność.

Kto tym razem?

– Akhetosa z Kathartírio!

Zaklął pod nosem.

Poczuł spojrzenie setek par otumanionych oczu, rwących jego duszę na kawałki.

Pieprzeni, zakłamani Pseftyci, pomyślał. Miałem im teraz posłużyć jako przykład. Ja, czempion z Kathartírio, ziemi targanej wieczną wojną.

– Och… No, no… – wybełkotał Makelesz, zaciskając tłustą łapę na piersi niewolnicy.

Akhetos nie zauważył, kiedy obok wyrosło nagle dwóch świątynnych akolitów. W jednej dłoni trzymali kostury, drugie położyli na jego barkach i zaczęli prowadzić ku ołtarzowi. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, potykał się co rusz o własne stopy.

– Z pogranicza? – szepnął któryś ze zgromadzonych.

– Ale że z ziemi nieczystej? – dodał inny Pseftyta.

– Rozumiem, że to czempion, ale czy Diobakkus nie mógł wybrać kogoś… wierniejszego? – wymamrotała obwieszona kryształowymi naszyjnikami kobieta.

– Cicho! – wysyczał ktoś. – Taka jest wola naszego pana!

Przywlekli go do zdobionego stołu. Dziewczyna już nie wierzgała, a leżała spokojnie. Była piękna. Najpiękniejsza tyfloska kobieta, jaką kiedykolwiek widział. Gładkie rysy twarzy, lekko zakrzywiony, orli nos i podkreślone czernidłem oczy. Miała może szesnaście lat.

Spojrzał na kapłana. Ten zbliżał się paradnym krokiem, powoli, aż w końcu podszedł na odległość stopy i położył dłonie na ramionach czempiona.

– Jesteś wybrańcem, Akhetosie – rzekł, a po chwili, prawie bezgłośnie, zasyczał. Wraz z groteskowym odgłosem ukazał rozdwojony, wężowy język. – Pokaż Diobakkusowi, jak bardzo jesteś mu wdzięczny.

Odwrócił się do publiczności, znów uniósł ramiona, i krzyknął:

– Połączcie się!

– Chwała Wszechdobremu!

Nie, nie, nie, przecież tak nie można! pomyślał Akhetos.

Ale musiał.

Wspiął się na ołtarz, usiadł okrakiem na ofiarnej niewolnicy i zbliżył twarz do jej ust.

– Zabij mnie… Proszę – wyszeptała. – Nie chcesz tego zrobić. Proszę. Wyślij mnie do Aphoibosa.

Wszyscy czekali, aż rozpocznie rytuał.

– Wojowniku… proszę… Po rytuale nie ma już odwrotu.

Ciepła łza spłynęła po jej policzku i dotknęła jego skóry.

 

***

 

Aż z chaosu narodził się Aphoibos. Brat Diobakkusa z tej samej matki, chociaż całkowicie inny. Dla niego wartości leżały w innych sferach, od narodzin zgłębiał tajemnice istnienia, ludzkiego umysłu, czy wdzięku gwiazd na nocnym niebie. Szukał niematerialnego piękna każdego zjawiska, nawet tych, które należały do ciemności. Stworzył w końcu duszę, a jej tułaczki napawały bóstwo dumą i satysfakcją. Wiedział, że jest dobra, gdyż dać mogła życie wieczne.

 

***

 

Łza, która obudziła sumienie wojownika. Przypomniał sobie, jak zniewolili jego rodzinę. Jak wyrwali mu dzieciństwo, żeby został czempionem. Jak wyplenili pochodzenie, jak próbowali zastąpić serce zepsutym naczyniem. Jak chcieli zrobić z niego bezwzględną bestię, oferując w zamian wolność dla pobratymców. Ale już wiedział, że dawno ich zamordowali lub sprzedali. Wychowywali go w kłamstwie, więc i on pielęgnował własne pozory.

Tak jak Najwyższy Kapłan powiedział.

Nadszedł ten moment.

Akhetos skoczył ku pierwszemu ze strażników, jednym uderzeniem w grdykę pozbawił go tchu. Wyrwał mu z dłoni włócznię i cisnął nią prosto w pierś drugiego żołdaka. Wyszarpnął xiphos z pasa żołnierza i pomknął ku więzom ofiary.

Rozległo się brzęczenie spiżowych pancerzy. Zbliżały się posiłki. Zgromadzeni Pseftyci nie uciekali, wręcz przeciwnie, wpatrywali się w całe zajście z największym zainteresowaniem.

Czempion rozciął pętające dziewczynę sznury. Odbił w bok, a miecz strażnika przemknął tuż obok jego ramienia. Szybki obrót i podcięcie żołdaka pod kolanem. Ten padł z wrzaskiem na posadzkę.

Wtem całe atrium zadrżało. Zatrzęsła się ziemia, jak gdyby wybuchnąć miał właśnie ogromny wulkan.

– Nie! – krzyknął kapłan. – Rozwścieczyłeś Diobakkusa, wybrańcze!

Złapał się za głowę i upadł na kolana.

– Akhetosie! Możesz jeszcze odwrócić gniew naszego pana…

Nie zdołał dokończyć. Xiphos wojownika wbił się w jego kark, trysnął karmazyn.

Jednego potwora mniej, pomyślał.

Krzyk setek gardeł. Wzburzony tłum, tratujący pechowych świętujących.

Akhetos poczuł uderzenie w plecy. Piekący ból rozszedł się po skórze.

Stracił równowagę.

Odwrócił się i ujrzał zakrwawione ostrze jednego z żołdaków. Szczerzył zęby w tryumfalnym uśmiechu. Już miał odwdzięczyć się pięknym za nadobne, gdy całym atrium ponownie zatrzęsło.

Czempion odepchnął żołnierza na bok i spojrzał na ołtarz. Dziewczyny już nie było. Wybiegł ze świątyni, zeskoczył na piasek. W oddali majaczyła sylwetka uciekającej niewolnicy.

Powietrze. Swoboda.

Rześka, nocna atmosfera wypełniła jego płuca, pociągnęła ku wolności.

Pobiegł za uciekinierką. Obrócił się na moment, tylko po to, żeby ujrzeć świątynię trawioną ogniem zniewolonej cząstki Aphoibosa. W tym samym momencie podniesiono alarm w całym polis. Zadęły trąby, na wieżach zaczęto zapalać stosy. Zza pleców dobiegał do Akhetosa desperacki, pełen bólu wrzask setek gardeł, gdy te ginęły w ogniu i niknęły pod zapadającym się piaskowcem.

Brama i mury były coraz bliżej. Strażnicy naciągali cięciwy, błysnęły w mroku nocy zapalane pochodnie. Nadrabiał dystans do dziewczyny, jeszcze chwila i mógłby złapać ją w ramiona…

– Aphoibos zwycięży! – krzyknęła uciekinierka. – Światło zwycię…!

Świst.

Dziewczyna opadła głucho na piasek.

– Dlacz… – Nie zdążył dokończyć.

Kolejna strzała wylądowała tuż obok jego stopy. Następna wbiła się w nieruchome już ciało niewolnicy.

Przeciągły pisk wypełnił umysł Akhetosa.

– Nie! – wrzasnął przez ściskane żalem gardło.

Strażnicy biegli w jego stronę. Widział brązowe pancerze i rozwścieczone twarze. Mknęli ku niemu, a on po prostu stał. Nie mógł się ruszyć. Od tyłu oberwał czymś tępym w skroń. Ciemność.

 

***

 

I stworzył dzień, bowiem nie mógł zdzierżyć bezprawia nocy. Wyruszył na wojnę z bratem, której jednak żaden z nich nie wygrał. Aphoibos objął pieczę nad dniem, a Diobakkus pozostał panem mroku. Od tego momentu rządzili ludzkością po równo. Granica dwóch państw nigdy nie zaznała spokoju.

 

***

 

– Zgodnie z prawomocnym wyrokiem Najwyższej Świątyni Diobakkusa – zaczął oficjel – za zbrodnie popełnione przeciwko ludowi Pseftytów, skazuję ciebie, Akhetosie z Kathartírio, na pustynną tułaczkę aż po kres twych dni. Jakieś pytania?

Pociągnął łyk wody.

– Ech, a bym mu uciął ten głupi łeb – wtrącił jeden z żołnierzy eskorty.

– Milczeć! – nakazał urzędnik. – Taka jest decyzja samego Diobakkusa i Archonta!

Podszedł do Akhetosa i rzucił mu bukłak pod nogi. Nachylił się nad jego uchem, tak blisko, że tamten czuł na skórze parszywy oddech oficjela.

– A to po to, żebyś nie zdechł za szybko – wymamrotał. – Powinieneś zostać wybebeszony żywcem, ale to byłoby zbyt proste. Zbyt… szybkie.

Odsunął się, wskoczył na konia, machnął ręką na żołnierzy i pojechali w kierunku wiecznej nocy.

Były czempion odwrócił się. Omiótł wzrokiem krainę, która niegdyś była jego domem. Jałowa, wypalona i zbezczeszczona. Tylko tyle zostało z rodzinnych ziem Akhetosa.

Pozostało mu iść w stronę słońca.

 

***

 

Pustynia próbowała wyssać z niego ostatnie kropelki wody, które jeszcze resztkami sił trzymały się spękanych ust. Wysuszona na wiór skóra, spalona wielkim Aphoibosem, kurczyła się i piekła niczym smagana ognistym biczem. Ostatnie części skórzanego pancerza porzucił już wiele stadionów temu, teraz półnagi, bez żadnego dobytku, powłóczył nogami w gorącym piasku. Pozostały mu rozpadające się sandały, poszarpana płócienna tunika i prawie już pusty bukłak.

A jego jedynym towarzyszem były wyrzuty sumienia.

Wyrzuty, bo zbyt długo zwlekał z decyzją o porzuceniu Diobakkusa.

– Aphoibosie… – wychrypiał ostatkiem sił. – Aphoibosie… odezwij się… proszę.

– Czegóż pragniesz, Akhetosie? – rozległ się uspokajający głos w głowie wojownika.

Uśmiechnął się. Z popękanych ust pociekły strużki krwi.

Podniósł wzrok. Miał wrażenie, że słońce pęcznieje. Zajmowało coraz większą część sklepienia, aż w końcu przysłoniło cały widok.

– Proszę… przyjmij mnie… w swe ramiona…

– Dlaczegóż miałbym to zrobić?

Jego kolana dotknęły piasku.

– Aphoibosie… przez lata… tłamsiłem twój głos… – ledwo artykułował słowa. – Miałem już dość… życia w kłamstwie…

– Dlaczegoż to nie wróciłeś w ogień, trawiący świątynię mojego brata?

– Nie chciałem… nie chciałem ginąć jako Pseftyta, Aphoibosie. – Podniósł wzrok, a boski blask przysłonił jego oczy bielmem. – Nie mogłem zakończyć żywota będąc kimś, kim nie jestem.

Aphoibos zszedł na ziemię. Akhetos usłyszał kroki bosych stóp na piasku, zbliżających się powoli ku niemu. Poczuł na ramionach kojący dotyk gładkich jak marmur dłoni.

W sercu zagościł spokój.

– Doceniam podróż twej duszy.

Akhetos upadł twarzą na ziemię. Słońce paliło jego ciało, chociaż czuł kojący dotyk bóstwa. Mięśnie drętwiały, ale nie sprawiały mu bólu. Palce zanurzały się w piasku, choć miał wrażenie, że nikną w chłodnej wodzie.

– Jednak wiedz, że twoja tułaczka dopiero się zaczyna – dodał.

Po tym czempion zasnął.

***

 

I na wieki wieków Akhetos skazany został na bezwiedną wędrówkę przez pustynię i spalone nienawiścią ruiny miast. Zagubiony pomiędzy konfliktem Aphoibosa i Diobakkusa stąpa po Kathartirios, czekając na tego, kto uwolni czempiona z kajdan sumienia i przeprowadzi do świata urodzaju.

Koniec

Komentarze

Hej, BarbarianCataphract!

Spodobał mi się ten eksperyment i mam nadzieję, że planujesz go dalej rozwijać. Główny bohater i konflikt między braćmi-bogami zasługują na trochę więcej znaków :)

 

Adoro!

 

Bardzo się cieszę. :D

Twoje słowa napędziły właśnie moje procesy twórcze, bo z pewnością będę rozwijał ten świat. Super, że mit o Akhetosie i Braciach Ci się spodobał! ^^

Dziękuję za przeczytanie i komentarz :3

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Pustynia próbowała wyssać z niego ostatnie kropelki wody, które jeszcze ostatkiem sił trzymały się spękanych ust. Wysuszona na wiór skóra, spalona wielkim Aphoibosem, kurczyła się i piekła niczym smagana ognistym biczem. Ostatnie części skórzanego pancerza porzucił już wiele stadionów temu, teraz półnagi, bez żadnego dobytku, powłóczył nogami w gorącym piasku. Pozostały mu rozpadające się sandały, poszarpana płócienna tunika i prawie już pusty bukłak.

Dużo tych ostatków ;)

 

że oczy i poliki zapadnięte miała jak zostawione do rozkładu ciało.

A nie policzki? I mam wrażenie, że cały ten człon zdania trochę się posypał.

 

Szukał niematerialnego wdzięku każdego zjawiska, nawet tych, które należały do ciemności.

Hmm…

wdzięk «ogół cech stanowiących o tym, że ktoś lub coś sprawia miłe wrażenie»

 

W tym samym momencie podniesiono alarm w całym polis. Zadęły trąby, na wieżach zaczęto zapalać stosy. Zza pleców Akhetosa dobiegał do nich desperacki, pełen bólu wrzask setek gardeł, gdy te ginęły w ogniu i niknęły pod zapadającym się piaskowcem.

Do kogo dobiegał wrzask setek gardeł? Mam wrażenie, że do pleców ;)

 

Brama i mury były coraz bliżej. Strażnicy z zewnątrz naciągali cięciwy, błysnęły w mroku nocy zapalane pochodnie

A weź to wywal, bo się człowiek zaczyna zastanawiać, czy oni ganiali wewnątrz murów, a strażnicy z jakiegoś powodu byli na zewnątrz murów, czy na odwrót. A może to w ogóle byli jacyś zewnętrzni strażnicy ;)

 

Nie wiem, na czym polega eksperymentalność tekstu. Jeśli chodziło Ci o to, czy zaprezentowane uniwersum jest interesujące, to owszem jest. Jego przedstawienie jest mocno poetyckie, faktycznie wyszło Ci coś w rodzaju mitu, acz miałam silne skojarzenia z Biblią. Nie chodzi mi o treść, a o formę. Chętnie poczytałabym coś jeszcze w tym świecie, choć może tym razem nie aż tak poetyckiego ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko!

 

Poprawki od razu wprowadzę. ^^

Nie wiem, na czym polega eksperymentalność tekstu. Jeśli chodziło Ci o to, czy zaprezentowane uniwersum jest interesujące, to owszem jest.

Trochę tak (a i dziękuję, z początku miało to być pojedyncze opowiadanie, ale zrobiło się z tego coś większego – ale cieszę się z tego powodu ^^), a z drugiej strony chodziło o takie mityczne podejście do tematu. Te biblijno-mitologiczne wstawki i ogólny klimat, który przywodzi na myśl opowieści o herosach i bogach. :D

Sam fakt, że chętnie przeczytałabyś coś jeszcze z tego uniwersum niezmiernie mnie cieszy. Na pewno będę dalej rozwijał ten świat, więc mam nadzieję, że kolejne opowiadania będą dla Ciebie równie interesujące, czy nawet lepsze. ^^

Dziękuję za komentarz, łapankę i klika!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Dostałam opis wydarzenia, skutkiem którego bohater został skazany na tułaczkę po pustyni. Nie dostrzegłam eksperymentu.

 

Wiel­ki ży­ran­dol, przy­po­mi­na­ją­cy gi­gan­tycz­ną kulę ognia… → Czy w czasach tego opowiadania wiedziano, co to żyrandol?

Proponuję: Wiel­ki lampion, przy­po­mi­na­ją­cy gi­gan­tycz­ną kulę ognia

 

oświe­tlał ob­szer­ne atrium bo­skim wręcz świa­tłem. → Brzmi to nie najlepiej.

Proponuję: …zalewał ob­szer­ne atrium bo­skim wręcz świa­tłem.

 

– Akhe­to­sie, polej sobie jesz­cze! → To dość współczesny kolokwializm i razi w tym opowiadaniu.

Proponuję: – Akhe­to­sie, nalej sobie jesz­cze!

 

to dziew­czę może zła­mać się w pół od naj­lżej­sze­go… → …to dziew­czę może zła­mać się wpół od naj­lżej­sze­go

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Kiedy-w-pol-a-kiedy-wpol;18619.html

 

Wład­cy za­chcia­ło się oka­zy­wać do­broć dla pod­bi­tych ziem… → Wład­cy za­chcia­ło się oka­zy­wać do­broć podbitym ziemiom

Dobroć okazujemy komuś/ czemuś, nie dla kogoś/ czegoś.

 

Zło­co­ny pas za­ci­skał się coraz cia­śniej na pęcz­nie­ją­cym od al­ko­ho­lu i stra­wy brzu­chu. → To nie pas się zaciskał, to brzuch pęczniał.

Proponuję: Zło­co­ny pas wrzynał się coraz bardziej w pęcz­nie­ją­cy od al­ko­ho­lu i stra­wy brzu­chu.

 

Czem­pion Pse­ftii. → Obawiam się, że to nie jest dobre słowo w tym opowiadaniu. Czempion pojawia się w tekście kilkakrotnie.

 

Akhe­tos nie za­uwa­żył, gdy obok niego wy­ro­sło→ Akhe­tos nie za­uwa­żył, kiedy obok niego wy­ro­sło

 

obok niego wy­ro­sło nagle dwóch świą­tyn­nych ako­li­tów. W jed­nej dłoni trzy­ma­li ko­stu­ry, drugą po­ło­ży­li na moich bar­kach i za­czę­li pro­wa­dzić ku oł­ta­rzo­wi. Nogi od­ma­wia­ły mu po­słu­szeń­stwa… → Coś się tutaj pomerdało.

 

Nie, nie, nie, prze­cież tak nie można!, po­my­ślał Akhe­tos. → Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

W zapisie myśli, moim zdaniem, lepiej sprawdzają się półpauzy.

 

Rześ­ka, nocna at­mos­fe­ra wy­peł­ni­ła jego płuca, po­cią­gnę­ła ku wol­no­ści.

Po­biegł za nią. → Czy dobrze rozumiem, że pobiegł za atmosferą, którą miał w płucach?

 

Ko­lej­na strza­ła wy­lą­do­wa­ła zaraz obok jego stopy.Ko­lej­na strza­ła wy­lą­do­wa­ła tuż obok jego stopy.

 

Wy­ru­szył na wojnę z bra­tem, któ­rej jed­nak nikt z nich nie wy­grał. → Wy­ru­szył z bratem na wojnę, któ­rej jed­nak żaden z nich nie wy­grał.

 

kto uwol­ni czem­pio­na z kaj­da­nów su­mie­nia… → …kto uwol­ni czem­pio­na z kaj­da­n su­mie­nia…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg!

 

Ach, może faktycznie za mało precyzyjnie się wyraziłem. :P

Był to eksperyment dla mnie, jako początkującego pisarza, bo nigdy wcześniej nie próbowałem pisać opowiadania na zasadzie mitu, z takimi wstawkami, rodem z opowieści o herosach i z Biblii. Chociaż jak tak na to spojrzeć, to każdy kolejny tekst jest w pewnym sensie eksperymentem dla twórcy.

Poprawki z Twojego komentarza już wprowadziłem do tekstu, dziękuję za łapankę i przeczytanie. ^^

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Bardzo proszę, Barbarianie. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jako eksperyment w nieco innej formie (quasi-mitu) to jest udane i ma potencjał rozwoju, zarówno koncepcyjny, jak i światotwórczy. Jako pełnoprawny tekst i pełnoprawna konstrukcja świata pewnie by wymagało trochę dopracowań – fajnie ci wychodzi idea, że Aphoibos jest nie tylko dobroczynnym, ale i palącym, ognistym Słońcem, ale oczywistość podziału “Jasność dobra, ciemność zła” trochę IMHO za prosta.

Ninedin!

 

Dziękuję. Podoba mi się ta forma jako sposób podejścia do tematu, toteż bardzo mnie cieszy, że się udało. ^^

Na pewno świat Tyflosu i Pseftii będzie dalej przeze mnie rozwijany – z początku miał to być jeden tekst i nic więcej, ale jak widać – pozostawił bardzo dużo niedosytu, na szczęście tego pozytywnego.

Ten mit jest opowiedziany z perspektywy Tyflotów, czyli wyznawców Aphoibosa, więc faktycznie – Aphoibos jest tutaj ukazany jako ten zbawca, natomiast Diobakkus jako zepsuty syn. Chciałbym jednak w przyszłości zaznaczyć brak zerojedynkowości w przypadku tych bóstw, gdzie Diobakkus wcale nie jest tylko głupim lubieżnikiem, a Aphoibos litościwym ojcem. Już tutaj widać (zresztą jak sama zauważyłaś), że Aphoibos pali i rani Akhetosa, gdy ten poświęcił się, żeby do niego dotrzeć. Gdy już dochodzi do bezpośredniego spotkania, to bohater nie czuje ulgi – zostaje skazany na tułaczkę po pustyni, bo Bóg Słońce uznał, że nie nacierpiał się wystarczająco i doprowadził do śmierci wielu osób, nawet pomimo tego, że zrobił to dla ofiarnej niewolnicy.

 

Dziękuję za przeczytanie, komentarz [EDIT bo dopiero teraz się pojawiło :D] i klika! ^^

Pozdrawiam

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Ciekawy wstęp do bardziej rozbudowanej historii. Jako samodzielny tekst niekoniecznie angażuje emocjonalnie, bo nie ma żadnego punktu odniesienia ;) Ale skoro jest to część planowanego uniwersum, nie traktuj tego jako zarzut :)

 

Pozdrowienia!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Nati!

 

Początkowo nie planowałem rozszerzać świata, ale jakoś tak wyszło, że czytelnicy poczuli potencjał, a ja zaraz po nich. Cieszę się, że Cię zaciekawiło. ^^

 

Dziękuję za lekturę, komentarz i pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Cześć!

Przyznam, że mam mieszane uczucia. Przyciągnął mnie tag Bliski Wschód (trochę na wyrost użyty tho) oraz fakt, że czytałam już dwa Twoje teksty i były całkiem niezłe. Na ten jednak trochę pokręcę nosem, ponieważ w ostatecznym rozrachunku nie czuję pełnej satysfakcji z lektury.

Napisane nieźle, chociaż momentami jeszcze się zdarzają pewne niezręczności stylistyczne, na tyle jednak drobne, że nie przeszkadzają w lekturze.

Nie czuję “mityczności” tego tekstu, nie miałam też skojarzeń biblijnych. Prędzej kojarzyłoby mi się to z takim starym, krwistym, napakowanym testosteronem fantasy spod znaku Roberta E. Howarda. I to też jest okej, jeśli właśnie takie fantasy lubisz i chcesz pisać. Mnie powoli ta konwencja zaczyna wszelako męczyć.

(Uwaga, od tego momentu będzie bardzo subiektywnie, więc proszę, nie odbieraj tego jako grymaszenia na swój tekst per se, tylko na grymaszenie natury ogólnej i generalizującej).

Zaznaczyłeś, że chcesz pociągnąć tę historię/uniwersum dalej, więc nie wiem na razie, w jaką stronę chcesz pójść, ale wnioskując wyłącznie na podstawie tego tekstu, zakładam, że gdzieś w rejony howardowskiej fantasy, czyli dużo mięśniatych barbarianów (^^), cycatych nagich kobitek, mieczy zabarwionych krwią z poodcinanych kończyn i rozłupywania wrażych czaszek gołymi pięściami. Jeśli takie pisanie sprawia Ci frajdę, to super, go for it and have fun. Ale ja osobiście czuję przesyt takimi historiami i potrzeba jakiegoś cholernie mocnego haka, żeby podtrzymać moje zainteresowanie.

Tutaj takiego haka na razie nie widzę. W sensie: bohaterowie i światotwórstwo są na razie bardzo vague, więc nie sposób stwierdzić, czy świat będzie ciekawy, czy zaoferuje coś nowego, czy protagonistów da się lubić. Może to też kwestia tego, że siłą rzeczy spoglądam na tę historię z perspektywy kobiecej czytelniczki i widzę głównie jakieś mętne rytuały religijne polegające na gwałceniu niewolnic? (O ile dobrze zrozumiałam). Ja wiem, takie czasy przedstawione, nie ma co się zżymać na różnice w moralności, ale no… Nie jest to typ opowieści, których czytanie sprawiałoby mi jakąś szczególną przyjemność.

Brońcie jednak bogi słońca i księżyca, nie odczytuj tego jako nawoływania to zachowania jakiejś poprawności politycznej i cenzurowania swojej twórczości. Próbuję po prostu wyjaśnić, co mi nie zagrało. Jeśli zdecydujesz się na kontynuację tego tekstu albo napiszesz kolejną opowieść z tego uniwersum, to pewnie ją przeczytam, bo fantasy w klimatach pustynno-bliskowschodnich to jest coś, co sama piszę najchętniej i takim tagom nie potrafię się oprzeć ;)

Pozdrawiam i życzę weny!

Gravel!

 

Cieszę się, że przeczytałaś tekst. ^^

I nie, nie będę szedł w kierunku Conana. Tutaj bardziej chcę skupić się na tworzeniu konfliktu o podłożu religijnym i terytorialnym, gdzie bohaterami będą z pozoru zwykli ludzie. Żadni przepełnieni testosteronem wojownicy topora, prędzej upadła szlachta, wrzuceni w wir konfliktu rzemieślnicy i pielgrzymi i tego typu postaci. Tak samo Akhetosa bardziej widziałbym jako quasi-Achillesa, aniżeli Conana. ^^

Mitologia hetyckiej Anatolii, Mezopotamia Rouxa i Kreta, Hellada, Cyklady czekają na mnie na półce, więc robiąc research do potencjalnej powieści na pewno napiszę jeszcze jakieś opowiadania, wprowadzające w świat, mitologię i konflikty (raczej nie będę przedstawiał głównych bohaterów, bo łatwo z opowiadania zrobić niedomknięty fragment :D).

Ach, i oczywiście Diobakkeidy nie zawsze zakładają kobiet na ołtarzu. ;)

Ale wiadomo, skojarzenia po tekście są jednoznaczne, chociaż wolałem sprostować. ^^

 

Dziękuję za obszerny komentarz, przeczytanie tekstu i zapraszam Cię do kolejnych moich opowiadań!

 

Pozdrawiam :3

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Hej Barbarzyńco!

 

Łapaneczka i garść refleksji jak zwykle na początek ;)

bolesna wręcz ignorancja.

boskim wręcz światłem

Dwa razy “wręcz” niedaleko od siebie.

Oferował im życie w rozkoszy aż po kres wieków, jeśli oni poświęcaliby mu niewinność młodych kobiet i mężczyzn

“w zamian za niewinność młodych…”, albo “za cenę niewinności młodych…”– byłoby zgrabniej IMHO.

Makelesza niewolniczki

Może “niewolnicy”?

Najpiękniejsza tyfloska kobieta, jaką kiedykolwiek widział. Gładkie rysy twarzy, lekko zakrzywiony, orli nos i podkreślone czernidłem oczy. Miała może szesnaście lat.

Szesnaście lat to raczej dziewczyna, ale ok, niech będzie kobieta.

Ciepła łza spłynęła po jej policzku i dotknęła jego skóry.

Nie mogę sobie tego wyobrazić. Siedział na niej okrakiem, jej łza spływa po policzku. Skóry czego dotyka ta łza? Jego dłoni? Twarzy?

zapadnięte miała jak zostawione do rozkładu ciało.

może: “… jak pozostawione rozkładowi ciało”?

Pustynia próbowała wyssać z niego ostatnie kropelki wody, które jeszcze resztkami sił trzymały się spękanych ust. Wysuszona na wiór skóra, spalona wielkim Aphoibosem, kurczyła się i piekła niczym smagana ognistym biczem. Ostatnie części skórzanego pancerza porzucił już wiele stadionów temu, teraz półnagi, bez żadnego dobytku, powłóczył nogami w gorącym piasku. Pozostały mu rozpadające się sandały, poszarpana płócienna tunika i prawie już pusty bukłak.

A jego jedynym towarzyszem były wyrzuty sumienia.

Ten akapit fajny. (Gdyby na pustyni porzucił skórzany pancerz, szybciej by się odwodnił i spalił na słońcu, ale mogło być mu już w tym momencie wszystko jedno).

W tle rozbrzmiewały liry, bębny i bambusowe flety. Obwieszone spiżowymi dzwonkami tancerki wyginały lśniące od oliwy ciała w fantazyjnych pozach. Niczym smukłe gepardy, przeskakiwały lekko z miejsca na miejsce, co jakiś czas muskając gładkimi dłońmi tłuste ciała generałów i urzędników.

Wielki lampion, przypominający gigantyczną kulę ognia, zwisał ze stropu i zalewał obszerne atrium boskim wręcz światłem. Otoczony kratami, symbolizować miał wyższość Pana Nocy nad bratem, którego lud Pseftytów uważał za słabego, podatnego na emocjonalny ból.

Ogniki światła wędrowały po ścianach z piaskowca, okalały zanurzone w ekstazie twarze świętujących, odbijały się od stojącego na podwyższeniu wypolerowanego ołtarza.

Dobry, plastyczny opis. Ten wielki lampion fajny. yes

 

Czempion rozciął pętające dziewczynę sznury. Odbił w bok, a miecz strażnika przemknął tuż obok jego ramienia. Szybki obrót i podcięcie żołdaka pod kolanem. Ten padł z wrzaskiem na posadzkę.

Trochę nieprawdopodobne, żeby zdążył jej przeciąć pęty, kiedy był otoczony przez tłum i przez żołnierzy, ale niech będzie, w końcu to czempion, można przymnkąć oko. Chyba, że jakoś to zasłonił, że nie widzieli początkowo.

Obrócił się na moment, tylko po to, żeby ujrzeć świątynię trawioną ogniem zniewolonej cząstki Aphoibosa

“Zniewolona cząstka Aphoibosa.” – podoba mi się to określenie. :) Brzmi trochę w stylu tekstów Gekikary.

Wyruszył na wojnę z bratem, której jednak żaden z nich nie wygrał

Zmieniłbym na “przeciw bratu”, bo to brzmi jakby razem wyruszyli na wojne przeciw komuś innemu.

I na wieki wieków Akhetos skazany został na bezwiedną wędrówkę przez pustynię i spalone nienawiścią ruiny miast

Aphoibos okazał się nie lepszy od swojego brata. Nie miał litości nad czempionem. :/

 

 

Diobakkus – Dio-Bachus, czyli bóg Bachus.

Aphoibos – Phobos, fobia, lęk. Aphoibos – miałeś na myśli przeciwieństwo lęku? Odwaga?

 

Kontrast Aphoibos – Diobakkusa, gdzie ten pierwszy jest bardziej uduchowiony, ten drugi cielesny. Może być.

 

Pokazałeś brutalny świat, stylizowany na starożytną Grecję/ Rzym, gdzie świat bogów przenika się ze światem ludzi. Wiele fragmentów bardzo udanych (rzekłbym nawet poetyckich), inne wymagałyby stylistycznego doszlifowania. Historia prosta, ale prawdopodobna w takiej na wpół legendarnej opowieści.

W czempionie, człowieku wywodzącym się pewnie z czegoś na kształt rzymskich foederati, wraz ze wspomnieniami budzą się sumienie. Oszczędza niewolnicę, brutalnie przerywa ceremonię ku czci boga ciemności i zostaje za to skazany na tułaczkę po pustyni. Ostatecznie pan jasności okazuje się też mieć mroczną duszę. Bracia warci siebie. Pesymistyczny wydźwięk. Chociaż postać czempiona szlachetna.

Podoba mi się, klikam.

Kronosie!

 

Wybacz, że dopiero teraz odpowiadam, ale Pyrkon trzymał mnie z dala od jakichkolwiek urządzeń i internetu :D

 

Szesnaście lat to raczej dziewczyna, ale ok, niech będzie kobieta.

Tu się zastanawiałem jak to rozwiązać, bo jeśli wziąć pod uwagę wiek, w jakim dziewczę stawało się kobietą w takich czasach, to w sumie 16 byłoby już chyba postrzegane jako kobieta. Ale jeszcze pomyślę!

 

Nie mogę sobie tego wyobrazić. Siedział na niej okrakiem, jej łza spływa po policzku. Skóry czego dotyka ta łza? Jego dłoni? Twarzy?

Nachylił się nad jej twarzą, przytulił polik do polika (ale nie jesteś pierwszą osobą, która ma co do tego wątpliwości, więc pewnie poprawię :P)

 

Ten akapit fajny. (Gdyby na pustyni porzucił skórzany pancerz, szybciej by się odwodnił i spalił na słońcu, ale mogło być mu już w tym momencie wszystko jedno).

Właśnie tak – z jednej strony chroniło go to przed morderczym działaniem słońca, ale ciążyło mu to trochę, nagrzewało się, więc już odchodząc od zmysłów zaczął porzucać kolejne elementy na swojej drodze.

 

Trochę nieprawdopodobne, żeby zdążył jej przeciąć pęty, kiedy był otoczony przez tłum i przez żołnierzy, ale niech będzie, w końcu to czempion, można przymnkąć oko. Chyba, że jakoś to zasłonił, że nie widzieli początkowo.

Ołtarz był na wzniesieniu (zaraz sprawdzę, czy przypadkiem nie usunąłem tego szczegółu), czymś w rodzaju sceny, więc tłum stał pod nią, a żołnierze faktycznie wbiegali zza niego do świątyni.

 

“Zniewolona cząstka Aphoibosa.” – podoba mi się to określenie. :) Brzmi trochę w stylu tekstów Gekikary.

A dziękuję, może faktycznie razem z tymi moimi starożytnymi zapędami chcąc nie chcąc biorę przykład z Gekikary. :D

 

Diobakkus – Dio-Bachus, czyli bóg Bachus.

Aphoibos – Phobos, fobia, lęk. Aphoibos – miałeś na myśli przeciwieństwo lęku? Odwaga?

Tak, bóg Bachus, i Aphoibos, czyli ten, który pozbawia lęku przed śmiercią

Kontrast Aphoibos – Diobakkusa, gdzie ten pierwszy jest bardziej uduchowiony, ten drugi cielesny. Może być.

Właśnie tak. Jedni mogą pomyśleć, że w ten sposób kreuję Diobakkusa jako tego złego, a Aphoibosa jako dobrego, jednak widać, że pomimo różnic – bracia wciąż pozostają braćmi. Akhetos wywraca swoje życie i życie wielu mieszkańców stolicy Pseftii do góry nogami tylko po to, by zostać ukaranym przez tego, dla którego to robił.

 

Pokazałeś brutalny świat, stylizowany na starożytną Grecję/ Rzym, gdzie świat bogów przenika się ze światem ludzi. Wiele fragmentów bardzo udanych (rzekłbym nawet poetyckich), inne wymagałyby stylistycznego doszlifowania. Historia prosta, ale prawdopodobna w takiej na wpół legendarnej opowieści.

Bardzo mi miło, staram się pracować nad stylem i myślę, że mogę z pewnością powiedzieć – jest coraz lepiej. :D

Otoczka quasi-mitologiczna była zamierzona, z pierwotnie niezależnego tekstu powstał wstęp do uniwersum, gdzie konflikt Braci i Akhetosa jest w centrum wydarzeń.

W czempionie, człowieku wywodzącym się pewnie z czegoś na kształt rzymskich foederati, wraz ze wspomnieniami budzą się sumienie. Oszczędza niewolnicę, brutalnie przerywa ceremonię ku czci boga ciemności i zostaje za to skazany na tułaczkę po pustyni. Ostatecznie pan jasności okazuje się też mieć mroczną duszę. Bracia warci siebie. Pesymistyczny wydźwięk. Chociaż postać czempiona szlachetna.

Taki był cel opowiadania, toteż bardzo się cieszę, że tak szczegółowo je przeanalizowałeś i podzieliłeś się ze mną spostrzeżeniami. Doceniam bardzo <3

Akhetos mógłby faktycznie być kimś w rodzaju wywodzącego się z sąsiedniego plemienia foederati, zwłaszcza z jego obcym pochodzeniem. W tym przypadku mamy do czynienia z indoktrynowanym od dzieciństwa wojownikiem, który tworzony jest na prawdziwego legendarnego herosa, którym się zresztą staje… jednak ostatecznie jego inność wychodzi na wierzch i Aphoibos także go odrzuca.

 

Dziękuję za przeczytanie, wnikliwy komentarz i klika! :D

Pozdrawiam

 

Dziękuję za łapankowe uwagi, wprowadzę do tekstu. ^^

 

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Przeczytałam. Podobał mi się Twój eksperyment. W przeciwieństwie do wielu tekstów, które ostatnio czytałam, to opowiadanie ma przemyślaną fabułę, dopracowany pomysł i ciekawą treść. Podoba mi się też Twój styl, jest obrazowy i plastyczny.

Próbujesz budować własne uniwersum, to również duży plus, że nie powielasz schematów, ale eksperymentujesz, szukasz czegoś oryginalnego. Zgłaszam opowiadanie do wątku bibliotecznego.

ANDO!

 

Cieszę się, że przeczytałaś. ^^

Faktycznie, w przypadku tego opowiadania przyłożyłem większą uwagę do spójności i ciągłości historii. Bardzo mi miło, że tekst sprawia wrażenie obrazowo i plastycznie napisanego – starałem się, żeby czytelnik mógł jak najlepiej wyobrazić sobie konkretne sceny.

Dziękuję za przeczytanie, komentarz i klika! <3

Pozdrawiam :3

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Czekałem na ten tekst. ;) Do epoki brązu sięga się stanowczo za rzadko.

Na początku miałem trochę skojarzeń z Conanem, ale potem stwierdziłem, że mam do czynienia z czymś ambitniejszym. Tylko nie mogę oprzeć się wrażeniu, że historia urywa się w połowie (co najwyżej). Jest strasznie prosta – chociaż skoro opko ma być takim ,,pilotem” nowego uniwersum, to sprawdza się świetnie, bo pozostawia duży niedosyt i chęć poznania dalszego ciągu.

Pomarudzę też trochę na sposób przedstawienia bogów – pod koniec zasiewasz ziarno wątpliwości, czy aby na pewno Aphoibos jest tym dobrym, ale w porównaniu z uprzednim przedstawieniem lubieżnych wyznawców Diobakkusa i ofiary z dziewicy, ma to trochę słabszy wydźwięk.

Mimo wszystko, na ciąg dalszy będę czekać. Pozdrawiam!

P.S.: Przyznam, że na interpretacji imion się wyłożyłem – myślałem, że Aphoibos = Ap(ollo) + zniekształcony ,,Febus” (jeden z przydomków Apolla), a Diobakkus = Dio(nizos) + zniekształcony ,,Bachus”/,,Bakchos”. Tak mi leżało w kontekście.

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

SNDWLKRZE!

 

A ja czekałem na Twój komentarz. :D

Samotny wojownik w otoczeniu pustyni i zwaśnionych imperiów z pewnością przywodzi na myśl Howarda, chociaż cieszę się, że ujrzałeś w opowiadaniu i uniwersum coś więcej! Historia faktycznie jest prosta, chociaż taki też był plan – ukazać liniową podróż herosa, gdzie spotyka się z gorzkim końcem.

Z przedstawieniem bogów – to prawda! Diobakkus został ukazany jako ten gorszy, w pewnym sensie opowiadanie jest przedstawieniem mitu z perspektywy wyznawców Aphoibosa. Oczywiście w przyszłości pojawi się zwrócenie uwagi na tę gorszą stronę Boga Słońca. ^^

Bardzo się cieszę, że uniwersum Cię zaciekawiło i będziesz wyczekiwał kolejnych tekstów. :D

 

Odnośnie nazw: owszem, Aphoibos i Diobakkus są wzorowani na Dionizosie i Apollonie, dobrze kombinowałeś. :3

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Pamiętam opowiadanie z bety, czytałem je dwukrotnie – więc trzeci raz sobie odpuszczę. :P

Mam nadzieję, że wiele się w nim nie zmieniło.

 

Tekst od razu uderza klimatem rodem z Conana. I to nawet nie z opowiadań o Conanie, tylko z filmów ze Szwarc…Shwardz… z Arnoldem – co dla mnie jest plusem, bo to klasyk na którym się wychowałem. :D

Mamy herosa rodem z heroic fantasy, mamy dziwny i lubieżny kult, mamy damę do ratowania (chociaż to koniec końców nie wychodzi, ale to akurat dobre przełamanie konwencji) i mamy motyw odkupienia bohatera tak błyskawiczny jak chińska zupka gotowa w 5minut. I przy tym wszystko to zagrało na swoim poziomie, więc opowiadanie jest satysfakcjonujące i da się lubić. :)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Gekikaro!

 

Cieszę się, że zajrzałeś tutaj też po becie. :D

Bardzo fajnie, że znalazłeś w tym opowiadaniu nawiązanie do źródła swojej fascynacji fantastyką. Miło jest czasem przypomnieć sobie skąd wzięły się nasze pasje i zainteresowania. Z jednej strony nawiązywałem co nieco do klasyków heroic fantasy, ale z drugiej wprowadziłem to przełamanie konwencji, które jak widać było dobrym zabiegiem!

Miło na sercu się robi, gdy widzę że opowiadanie satysfakcjonuje i daje się lubić. Takie słowa dla osoby piszącej są wielką nagrodą. ^^

Dziękuję jeszcze raz za betę, za komentarz i za ostatniego klika!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Misiowi się spodobało. Forma mitu odróżnia od innych. Interesujące. Przeczyta kontynuacje.

Koalo!

 

Bardzo się cieszę, że Misiowi się spodobało, a forma w pozytywny sposób wyodrębniła opowiadanie spośród innych moich tworów. ^^

Czekam na Twoje komentarze pod następnymi tekstami, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Wszelkie próby, aby opowiadanie ująć w kontekst mitologiczny oraz eksperymentowanie z innymi tropami kulturowymi są u mnie na bardzo duży plus. Łatwo wywnioskować, że jestem zadowolona z lektury. Nasunęło mi się też na myśl pisarstwo N.K. Jemisin jako inspiracja dla Ciebie, szczególnie duologia “Sen o krwi” – “Zabójczy Księżyc” i “Mroczne Słońce”. To chyba jedyna przeczytana przeze mnie autorka, która odnosi się do bliskowschodnich klimatów. Jeszcze jest Tasha Suri, niedawno wydana w Polsce. 

 

I jeszcze kwestia ołtarza. Napisałeś, że cały z brązu. Wyobraziłam sobie taki klocek. Mi się wydaje, że to bardziej kamienny, ale pokryty zdobionymi płytami z brązu. Albo pójść w granit lub bazalt. Ale to już totalnie luźna uwaga. Nawet nie wiem czy ma sens, nie jest poparta konkretną wiedzą archeologiczną ;)

Deirdriu!

 

Cieszy mnie bardzo, że lektura była zadowalająca. ^^

W następnym opowiadaniu w tych klimatach przeniosę czytelnika głębiej na Bliski Wschód, więc myślę, że tym bardziej powinno Ci się spodobać.

Polecone powieści obczaję, Twoje sugestie zawsze są trafne. :D

 

Ten ołtarz faktycznie mógł być trochę na wyrost, kamienna struktura obita brązem miałaby więcej sensu.

Dziękuję za przeczytanie i komentarz! <3

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Interesujące podejście. Jak na opowieść opartą na micie, to całkiem żywa (w sensie, że mało podobna do sztywnego języka ze świętych ksiąg).

Z interpretacją nazw poszłam w inną stronę niż Sndwlkr – fobos to strach, więc z jednego boga zrobiłam nieustraszonego, a z drugiego boskiego Bachusa.

Niby historia zamknięta, ale nagle zakończenie robi z niej tylko wstęp do dalszych przygód czempiona. Wychodzi na to, że musisz je napisać.

Świat spowijał chaos

Czyli co spowijało, a c obyło spowijane?

W jednej dłoni trzymali kostury, drugą położyli na jego barkach

Wygląda, że mieli tylko dwie ręce do spółki.

Babska logika rządzi!

Finklo!

 

Twoja interpretacja jak najbardziej też może znaleźć swoje miejsce w uniwersum – nie ma jednego słusznego wyjaśnienia dla motywacji tych bóstw, a każdy może widzieć ich inaczej. W tym tekście pojawia się pewna stronniczość, jakoby Diobakkus był jedynie tym złym rozpustnikiem, a Aphoibos miłościwym filozofem, jednak i tak bohater ostatecznie nie odnajduje spokoju u boku Boga Słońca.

Warto też zwróci uwagę na to, że Diobakkus dał Akhetosowi szansę zostania wybrańcem – jego metody mogą być postrzegane jako, hmm, wątpliwej moralności, jednak w tym przypadku otrzymuje pewną opiekę od boga, podczas gdy uciekając w objęcia Aphoibosa zostaje przez niego potępiony.

I na to wychodzi, że na tym opowiadaniu uniwersum Dwóch Hegemonii się nie skończy, chociaż pierwotnie miało tak być. Jednak widząc pozytywny odbiór i to, jak dobrze poczułem się w takich klimatach – z pewnością to dopiero początek.

 

Faktycznie, to świat spowity był w chaosie, a konstrukcja zdania jest nieco myląca. Podobnie z tymi rękami – kminiłem w jaki sposób dobrze opisać fakt, że obaj trzymali go prawymi dłońmi (ale wtedy można by zinterpretować, że każdy z nich ma kilka prawych dłoni? Polski język i jego zagadki…).

 

Dziękuję za przeczytanie i komentarz!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Jasnym jest, że dla wyznawcy jego bóg jest dobry, a wszyscy pozostali to łajzy. A skoro bohaterem jest cichy wyznawca Aphoibosa…

Ręce. Możesz napisać, że każdy jedną ręką robi coś tam, a drugą coś innego. W prawe i lewe bym nie szła, bo wygodniej będzie wszystkim, jeśli jeden strażnik położy bohaterowi prawą rękę na barku, a drugi lewą.

Babska logika rządzi!

O, faktycznie, dziękuję za poradę. ^^

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Tak to jest, gdy okazuje się, że Hegemon to jednak pizda, a nie władca

A wtedy się tak mówiło? Dla mnie to wyzwisko brzmi bardzo nowocześnie.

 

Bardzo lubię klimaty i mitologie starożytne. Zgadzam się z poprzednimi komentatorami, że opowiadanie jest zdecydowanie za krótkie i aż się prosi o rozwinięcie.

Przyjemnie mi się czytało, umiejętnie rozbudowane opisy pozwoliły dobrze wczuć się w bohatera.

Czekam na kolejną część!

Życie mnie mnie, a Cię mnie?

Holly!

 

Ha, może faktycznie to słowo trochę na wyrost. :P

Ale cieszę się, że Ci się spodobało i trafiłem w Twoje gusta. Pracuję właśnie nad kolejnym opowiadaniem w tych klimatach, dlatego mogę Cię zapewnić, że już niedługo zaspokoję przynajmniej część Twoich chęci do przeczytania rozszerzenia uniwersum.

Dziękuję za przeczytanie i komentarz! :D

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Nowa Fantastyka