- Opowiadanie: Anoia - Pijawki

Pijawki

Za betę dzię­ku­ję pięk­nie Am­bush i Bar­ba­rian­Ca­ta­ph­rac­to­wi. Tekst jest sąż­ni­sty, więc chwa­ła im za od­wa­gę i wy­trwa­łość!

To trze­cie opo­wia­da­nie o p. He­le­nie, chro­no­lo­gicz­nie mię­dzy “De­mo­no­lo­gią” a “Ro­man­ty­zmem”, ale po­win­no dać się czy­tać jako sa­mo­dziel­ny tekst.

Życzę miłej lek­tu­ry!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Pijawki

Brat Natan po­cią­gnął łyk wina, ale, jak wszyst­ko w tym mo­men­cie, wy­da­ło mu się gorz­kie i ze­psu­te. Zza drzwi do­la­ty­wa­ły tłu­ste za­pa­chy, od któ­rych prze­wra­ca­ło mu się w żo­łąd­ku, a gro­te­ska na ścia­nach ra­zi­ła bez­gu­ściem, cho­ciaż jesz­cze rano uznał ją za szczyt wy­ra­fi­no­wa­nia. Nie mógł uwie­rzyć, że ta la­dacz­ni­ca przy­la­zła ze Szcze­pa­nem na ze­bra­nie. Ko­bie­ta! Na for­mal­nym spo­tka­niu Gil­dii! I to nawet nie za­kon­ni­ca, tylko ta, tfu! we­so­ła wdów­ka. Odzia­na, wbrew na­tu­rze, w strój męski, po­rzu­ca­ją­ca re­gu­lar­nie dziat­ki, by uczest­ni­czyć w ak­cjach łow­ców, sta­no­wi­ła ob­ra­zę nie dość, że dla świą­to­bli­wej osoby Na­ta­na, to jesz­cze dla Ładu Bo­że­go jako ca­ło­ści. Jak spra­wy mogły zajść tak da­le­ko?

Za­czę­ło się nie­win­nie, ot, do­wód­ca od­dzia­łu na zie­mię czer­ską wspie­rał ko­bie­tę po stra­cie męża, może też pró­bo­wał od­po­ku­to­wać za to, że tak bar­dzo się wtedy spóź­ni­li… Du­chow­ny nawet nie za­uwa­żył, kiedy kre­atu­ra tak omo­ta­ła bied­ne­go Szcze­pa­na, że za­czął ją przy­go­to­wy­wać do wstą­pie­nia w ich sze­re­gi. Natan pró­bo­wał za­blo­ko­wać każdy ko­lej­ny etap szko­le­nia, ale ten za­ko­cha­ny dureń upo­rczy­wie igno­ro­wał jego za­le­ce­nia i po­msto­wa­nia. Gdy za­ape­lo­wał o in­ter­wen­cję do pana Hen­ry­ka, ma­gnac­kie­go pa­tro­na i nie­for­mal­ne­go przy­wód­cy gil­dii, usły­szał od niego oczywistą wymówkę, że obaj peł­nią funk­cję li tylko do­rad­czą. Łowcy rządzili się sami i wiedzieli, co robią. Potem Natan udał się za­rów­no do te­ścia ko­bie­ty, jak i do jej wuja, li­cząc na to, że za­bro­nią jej hań­bie­nia rodu gor­szą­cym za­cho­wa­niem. Wskó­rał tyle, że mu­sia­ła przy­siąc, iż nie wy­ru­szy w teren przed uzy­ska­niem grun­tow­ne­go przy­go­to­wa­nia. Wresz­cie, pró­bo­wał pod­bu­rzyć in­nych łow­ców prze­ciw­ko niej, wska­zu­jąc na wstyd, jaki obec­ność nie­wia­sty przy­no­si ich pro­fe­sji. Jego naj­droż­si chłop­cy, któ­rych nie­rzad­ko sam wy­bie­rał z przy­tuł­ków albo przy­gar­niał wprost z ulicy i ota­czał czułą opie­ką du­cho­wą pod­czas szko­le­nia, za­wie­dli go cał­ko­wi­cie i sta­nę­li za la­dacz­ni­cą murem. Za­czął po­dej­rze­wać, że He­le­na Lip­ska jest cza­row­ni­cą, która opa­no­wu­je umy­sły męż­czyzn wokół sie­bie. Wszyst­kich poza samym Na­ta­nem, któ­re­go chro­ni­ła do­sko­na­łość du­cho­wa, rzecz jasna.

Pa­trzył więc ze zgro­zą i obrzy­dze­niem, jak wiedź­ma sie­dzi roz­par­ta na ławie, uśmie­cha się lu­bież­nie i roz­ma­wia z łow­ca­mi jak równa z rów­ny­mi. Siała zgor­sze­nie, po­zwa­la­jąc, by Szcze­pan ota­czał ją wiel­kim ra­mie­niem, a raz nawet po­ca­ło­wał w skroń.

Gdy przy­szła kolej Na­ta­na, wy­gło­sił pło­mien­ne i gęsto ła­ci­ną prze­ty­ka­ne prze­mó­wie­nie, po­tę­pia­ją­ce coraz wy­raź­niej­sze prze­ja­wy to­le­ran­cji wobec cza­row­nic. Rzu­ca­jąc zna­czą­ce spoj­rze­nia w stro­nę He­le­ny, przy­po­mniał ze­bra­nym, że Pismo wy­raź­nie na­ka­zu­je je uśmier­cać. Za­prze­sta­nie po­lo­wań na osoby pa­ra­ją­ce się magią, tylko dla­te­go, że nie krzyw­dzi­ły bliź­nich, samo w sobie było po­gwał­ce­niem prawa bo­że­go, a już han­del z wiedź­ma­mi i ko­rzy­sta­nie z ich prak­tyk, by zwięk­szyć wła­sne bez­pie­czeń­stwo, było grze­chem cięż­kim. Dra­ma­tycz­ny spa­dek śmier­tel­no­ści wśród łow­ców w po­przed­nim roku nie był żad­nym po­wo­dem do ra­do­ści; on kazał po­dej­rze­wać prze­ra­ża­ją­ce in­fe­sta­tio du­cho­wą ko­rup­cją.

Z braku do­wo­dów nie mógł otwar­cie oskar­żyć He­le­ny o ko­la­bo­ra­cję z wro­giem, ale li­czył na to, że tak wstrzą­śnie su­mie­nia­mi swo­jej trzód­ki, że sami się zre­flek­tu­ją i ją wy­da­dzą, a może od razu, kto wie, spalą na sto­sie?

– Pa­mię­taj­cie, bra­cia! Praw­dzi­wy dei bel­la­tor z drże­niem roz­ko­szy ocze­ku­je na dobrą śmierć, po któ­rej jego dusza obu­dzi się w nie­bie­siech! Tylko tchórz bę­dzie nie­god­nie ra­to­wał życie, ry­zy­ku­jąc wiecz­nym dam­na­tio!

Skło­nił głowę, dumny z sie­bie. W pierw­szej chwi­li zin­ter­pre­to­wał mar­twą ciszę jako wyraz tego, że łowcy są za­wsty­dze­ni i po­ru­sze­ni. Po chwi­li ode­zwa­ły się po­je­dyn­cze okla­ski, które słabo ma­sko­wa­ły śmie­chy i zło­śli­we ko­men­ta­rze z tyłu sali.

– Ta, łatwo mówić, jak się za­wsze przy­cho­dzi na go­to­we.

– Już bie­gnę umie­rać, lecę po pro­stu.

– Ja tam znam lep­sze roz­ko­sze, ale jak kto woli.

Sala uci­chła do­pie­ro uspo­ko­jo­na ge­stem pana Hen­ry­ka.

– Dzię­ku­je­my bratu Na­ta­no­wi za opie­kę du­cho­wą. Istot­nie, jesz­cze nigdy w hi­sto­rii ist­nie­nia gil­dii na Ma­zow­szu nie było tak ko­rzyst­nej pro­por­cji zgo­nów. Zga­dzam się, oczy­wi­ście, że mu­si­my za­cho­wać czuj­ność, nie­mniej nie umiem my­śleć o tym ina­czej niż jako o wiel­kim zwy­cię­stwie. – Pan Hen­ryk kiw­nął głową z apro­ba­tą, a Natan po­bladł z obu­rze­nia. – Wiem, że wszy­scy wy­cze­ku­je­cie bie­sia­dy, więc pro­po­nu­ję koń­czyć ze­bra­nie. Aby do­peł­nić for­mal­no­ści, czy ktoś z do­wód­ców re­gio­nal­nych ma coś do do­da­nia?

Z dru­gie­go końca sali do­bie­gło ner­wo­we chrząk­nię­cie i pod­niósł się ru­mia­ny męż­czy­zna ogrom­nej po­stu­ry, któ­re­go Natan po chwi­li grze­ba­nia w pa­mię­ci zi­den­ty­fi­ko­wał jako Ty­mo­te­usza Kost­kę, do­wód­cę na zie­mię płoc­ką. Orli nos i szla­chet­na szczę­ka były nie do po­my­le­nia, cho­ciaż Tymek mu­siał w mię­dzy­cza­sie czę­sto prze­sia­dy­wać przy pań­skich sto­łach, bo dzie­sięć lat temu opusz­czał War­sza­wę chudy ni­czym tycz­ka. Wy­raź­nie zde­pry­mo­wa­ny licz­bą słu­cha­czy, łowca wy­tarł chu­s­tecz­ką spo­co­ne czoło, po­now­nie od­chrząk­nął i prze­mó­wił.

– Szla­chet­ny panie, bra­cia, muszę po­pro­sić was o wspar­cie. Przez ostat­nie kil­ka­na­ście lat w na­szym po­wie­cie nie­wie­le się dzia­ło – ot, utop­ce cza­sem się przy Wiśle po­ja­wia­ły, upio­rów kilka było. Po wsiach lu­dzie wolą de­mo­ny wód i lasów ofia­ra­mi ob­ła­ska­wiać, niźli do nas je zgła­szać, więc nie mamy oka­zji z nimi wal­czyć. Sło­wem, już od dawna z ni­czym po­waż­nym nie przy­szło nam się mie­rzyć. Jed­nak ty­dzień temu do­tarł do nas ano­ni­mo­wy donos, ja­ko­by przy­by­ły nie­daw­no do mia­sta nie­miec­ki szlach­cic, nie­ja­ki mar­gra­bia von Schil­ke, był wam­pi­rem, który na nie­win­ne dzie­wecz­ki po no­cach się za­sa­dza. Po­śród mojej za­ło­gi nikt od­po­wied­niej eks­pe­rien­cji nie po­sia­da, więc gdyby ktoś mógł­ nas wes­przeć w za­kre­sie we­ry­fi­ka­cji, czy fak­tycz­nie jest on wam­pi­rem, oraz po­ten­cjal­nej eks­ter­mi­na­cji, ogrom­nie by­li­by­śmy wdzięcz­ni.

Zgro­ma­dze­ni na sali w więk­szo­ści po­ki­wa­li gło­wa­mi, a kilku łow­ców od razu zgło­si­ło się do udzia­łu w po­lo­wa­niu. Natan za­uwa­żył nie­po­kój na twa­rzy tej in­truz­ki, la­dacz­ni­cy Szcze­pa­na, któ­re­mu mó­wi­ła coś szyb­ko do ucha. Po chwi­li pod­nie­ce­nie, że oto Bóg ze­słał im godne wy­zwa­nie, znik­nę­ło z twa­rzy do­wód­cy, rów­nież za­stą­pio­ne przez nie­pew­ność. To, że marna ko­bie­ta drży wobec grozy, jaką jest wam­pir, było dla Na­ta­na oczy­wi­ste, ale nie mógł po­zwo­lić, by od­bie­ra­ła od­wa­gę męż­czy­znom.

– Czyż­byś bała się, pani, ta­kie­go wy­zwa­nia? Bez obaw, praw­dzi­wi łowcy z ra­do­ścią w ser­cach za­ry­zy­ku­ją ży­ciem na chwa­łę bożą i w imię ho­no­ru – po­wie­dział Natan niby do niej, ale oczy­wi­ście tak gło­śno, by wszy­scy sły­sze­li.

Miast się za­ru­mie­nić i za­milk­nąć, żmija tylko wes­tchnę­ła, wsta­ła i spoj­rza­ła, o hańbo, pro­sto na pana Hen­ry­ka.

– Mam wąt­pli­wość, czy za­bi­ja­nie pana Schil­ke­go tak od razu jest roz­trop­ne. – Za­mil­kła na chwi­lę, by prze­cze­kać po­mruk, który prze­szedł przez salę. – Na sku­tek in­ter­wen­cji brata Na­ta­na, moje szko­le­nie prze­dłu­ży­ło się o ba­da­nie i po­rząd­ko­wa­nie na­sze­go ar­chi­wum. Za­uwa­ży­łam wtedy, że pra­wie za­wsze, gdy usu­wa­li­śmy osobę wska­za­ną przez ano­ni­mo­wy donos, rosła ak­tyw­ność da­ne­go ga­tun­ku, a z nią rosła też licz­ba ludz­kich ofiar. Nie przed za­bi­ciem osoby z do­no­su, tylko wła­śnie po nim.

Natan już miał po­uczyć dziew­kę, że po­win­na po­kor­nie mil­czeć, miast się wy­mą­drzać, ale nie zdą­żył.

– To fak­tycz­nie wbrew in­tu­icji. Macie, pani, ja­kieś wy­tłu­ma­cze­nie dla tego faktu? – Pan Hen­ryk pytał ją o zda­nie! Ko­bie­tę! Natan po­czuł, jak zje­dzo­ny wcze­śniej pół­gę­sek pod­cho­dzi mu kwa­śno do gar­dła.

– A jeśli pro­ce­du­ry robią z nas prze­wi­dy­wal­ne i wy­god­ne na­rzę­dzie dla cza­row­nic i wam­pi­rów? Gdy dana grupa uzna, że przy­wód­ca im wadzi, dzię­ki nam mogą się go po­zbyć, nie bru­dząc sobie rąk. Dwa ty­go­dnie temu byłam w Płoc­ku. Nic nie wska­zy­wa­ło na po­ja­wie­nie się no­we­go dra­pież­ni­ka… – tu prze­mą­drza­ła jędza rzu­ci­ła Ty­mo­te­uszo­wi chłod­ne spoj­rze­nie – od dłuż­sze­go czasu nie było ani jed­ne­go po­dej­rza­ne­go przy­pad­ku.

– My­śli­cie więc, pani, że nasz wam­pir jest za­an­ga­żo­wa­ny w ja­kieś spory o wła­dzę i po­zo­sta­li chcą się go po­zbyć na­szy­mi rę­ka­mi? – Pan Hen­ryk naj­wy­raź­niej brał jej bred­nie na po­waż­nie. Natan zgrzyt­nął zę­ba­mi tak mocno, że za­bo­la­ło.

Tym­cza­sem la­dacz­ni­ca, kom­plet­nie nie­prze­ję­ta, wzru­szy­ła ra­mio­na­mi w ob­sce­nicz­nej pro­wo­ka­cji, która przy­ku­ła uwagę po­ło­wy sali do gorsu jej ko­szu­li.

– Cóż, ja na ich miej­scu tak bym zro­bi­ła.

Natan go­rącz­ko­wo my­ślał, jakby ją naj­le­piej spo­st­po­no­wać. Oczy­wi­ście, że wie, jak po­stę­pu­ją stwo­ry skraj­nie zde­pra­wo­wa­ne? Nie po­win­na za­kła­dać, że ktoś zni­żył­by się do tak nie­god­nych, ko­bie­cych prak­tyk, tylko dla­te­go, że jest po­tę­pio­ny? Już wsta­wał i otwie­rał usta, by wy­gło­sić ja­do­wi­tą ri­po­stę, gdy…

– Tak, ja też bym tak zro­bił. – Pan Hen­ryk z po­wa­gą kiw­nął głową, za­mknął oczy i za­my­ślił się.

Natan za­stygł w po­zy­cji pół­sie­dzą­cej. Po chwi­li za­mknął usta, opadł z po­wro­tem na ławę i się­gnął po kie­lich z winem. Sy­tu­acja prze­ro­sła jego wraż­li­we nerwy i szu­mia­ło mu w uszach. Teraz miał już ab­so­lut­ną pew­ność: ta roz­pa­sa­na wiedź­ma rzu­ci­ła czar na wszyst­kich wokół. Na niego, Na­ta­na, jako je­dy­ne­go od­por­ne­go, ni­niej­szym spadł obo­wią­zek uwol­nie­nia za­gro­żo­nych du­szy­czek łow­ców. Uzbro­jo­ny w to wy­ja­śnie­nie, już nawet się nie zdzi­wił, gdy pan Hen­ryk kon­ty­nu­ował wy­po­wiedź.

– Więk­szość ło­wiec­kiej braci szko­lo­na jest li tylko do za­bi­ja­nia i prze­ga­nia­nia, nie do… stra­te­gicz­nych za­gry­wek. Jeśli brat Szcze­pan weź­mie tę misję na sie­bie, to po­je­dzie­cie razem do Płoc­ka zba­dać spra­wę. Bę­dziesz miała oka­zję wy­ko­rzy­stać swoje ta­len­ty, pani, naj­wy­raź­niej różne od na­szych. Boli mnie myśl, że mo­gli­śmy być pion­ka­mi w cu­dzej grze. Jeśli tak było, to pra­gnę jak naj­prę­dzej zmyć tę hańbę i roz­po­cząć wła­sną par­tię.

***

– Wy­glą­dasz pięk­nie. Bar­dzo ko­bie…

– Za­milk­nij, Szczep, bo to bę­dzie ostat­ni raz, jak cię za­pro­si­łam do łóżka.

Groź­ba nie brzmia­ła po­waż­nie, ale Szcze­pan na wszel­ki wy­pa­dek uznał, że może za­chwy­cać się w mil­cze­niu. Poza łow­ca­mi i naj­bliż­szą ro­dzi­ną He­le­ny, świat żył w prze­ko­na­niu, że od po­grze­bu męża pra­wie pięć lat temu tkwi­ła w nie­usta­ją­cej ża­ło­bie i izo­lo­wa­ła się od ludzi. Kiedy nie sie­dzia­ła w wy­god­nych suk­niach do­mo­wych z dzieć­mi, wę­dro­wa­ła po świe­cie in­co­gni­to w mę­skim stro­ju, ewen­tu­al­nie prze­bra­na za chłop­kę lub, przy wy­jąt­ko­wo pa­mięt­nej oka­zji, za la­dacz­ni­cę. Przed wy­jaz­dem do Płoc­ka po­pro­si­ła te­ścio­wą o skom­ple­to­wa­nie gar­de­ro­by od­po­wied­niej dla sta­tecz­nej wdowy. Cały po­ra­nek spę­dzi­li ze Szcze­pa­nem na do­cho­dze­niu, co, na co i jak po­win­na za­ło­żyć.

Teraz ko­bie­ta stała przed lu­strem, wier­ci­ła się w wy­so­kim sta­ni­ku i z obrzy­dze­niem na twa­rzy po­pra­wia­ła na prze­mian pod­wi­kę i cze­piec. Strój ra­czej ukry­wał niż eks­po­no­wał atuty. Nie­mniej, jej drob­na twarz oto­czo­na bia­łym płót­nem wy­glą­da­ła nie­win­nie i de­li­kat­nie. Bu­dzi­ła w Szcze­pa­nie fan­ta­zje, że jeśli w końcu uzy­ska tytuł szla­chec­ki, to Hela przyj­mie go za męża, bę­dzie cze­kać na niego w domu…

– Kusi mnie, żeby od razu ubić tego ca­łe­go Schil­ke­go. Może i nie za­słu­żył, ale ja na te tor­tu­ry też nie za­słu­ży­łam. – He­le­na ostat­ni raz po­pra­wi­ła pod­wi­kę i od­wró­ci­ła się w stro­nę łóżka. – Idę od­wie­dzić Mał­go­się; wspo­mi­na­ła, że na ko­la­cji bę­dzie nasz do­mnie­ma­ny wam­pir, więc go sobie obej­rzę. Ty idziesz na ten jar­mark, czy za­mie­rzasz resz­tę dnia wy­le­gi­wać się w po­ście­li?

– Je­stem do­wód­cą. Mam prawo de­le­go­wać obo­wiąz­ki. – Szcze­pan uśmiech­nął się sze­ro­ko i roz­cią­gnął się wy­god­nie na po­dusz­kach. – Do­brze, do­brze, nie patrz tak na mnie, już wsta­ję. Będę cze­kał pod ka­mie­ni­cą po zmro­ku. Baw się do­brze!

– Jeśli chcesz pil­no­wać, żeby nic mnie nie za­ata­ko­wa­ło po dro­dze, to cze­kaj śmia­ło, ale ra­czej nie będę wra­cać sama. Mał­go­rza­ta ubrda­ła sobie, że przy­je­cha­łam, bo przy po­przed­niej wi­zy­cie upa­trzy­łam sobie no­we­go męża. Pró­bu­je mnie teraz ze­swa­tać z po­ło­wą Płoc­ka, a ja nie mogę ich wszyst­kich, ot tak, prze­gnać, bo wy­glą­da­ło­by to po­dej­rza­nie. – Ko­bie­ta skrzy­wi­ła się i za­czę­ła zbie­rać rze­czy do wyj­ścia.

Spoj­rzał na łóżko i wska­zał na kwa­drat śnież­no­bia­łe­go płót­na.

– A to?

He­le­na wzię­ła róg w palce i pod­nio­sła – ma­te­riał roz­kła­dał się i roz­wi­jał do ogrom­nych roz­mia­rów.

– Co to, do stu dia­błów, jest? Czy ona mi całun spa­ko­wa­ła?

– To się chyba na­zy­wa rań­tuch.

Mina ko­bie­ty wy­ra­ża­ła zwąt­pie­nie. Szcze­pan po­czuł, że chciał­by zręcz­nie zmie­nić temat, ale nie­ste­ty nie umiał być zręcz­ny.

– Po­win­naś to na­ło­żyć na głowę.

– Prze­cież na gło­wie mam cze­piec.

– Tak. A na cze­piec i na całą… sie­bie… za­kła­dasz, dla skrom­no­ści, rań­tuch. Nie patrz tak na mnie, prze­cież to nie ja wy­my­śli­łem.

Ko­chan­ka za­ci­snę­ła usta i wró­ci­ła do pa­ko­wa­nia sa­kiew­ki. Po chwi­li ru­szy­ła w stro­nę drzwi.

– To co ja mam z tym zro­bić? – spy­tał łowca, bio­rąc białe płót­no do ręki.

He­le­na od­wró­ci­ła się do niego, gniew­nie mru­żąc oczy.

– Mam pe­wien po­mysł, gdzie mo­żesz to sobie wsa­dzić. Jeśli nadal tu bę­dzie, jak wrócę, to spraw­dzi­my, czy się zmie­ści.

Wy­szła i trza­snę­ła drzwia­mi, które od­bi­ły się od fra­mu­gi i zo­sta­ły uchy­lo­ne.

Męż­czy­zna wes­tchnął, na próbę owi­nął sobie głowę rań­tu­chem, spoj­rzał w lu­stro i spró­bo­wał za­trze­po­tać rzę­sa­mi. Z ko­ry­ta­rza do­bie­gło par­sk­nię­cie.

– W po­rząd­ku, jeśli prze­bie­ran­ki ci w gło­wie, mo­że­my zo­sta­wić tę szmat­kę na wie­czór. Za­wsze taki spo­koj­ny w łóżku byłeś, Szczep­ciu, a tu pro­szę, jaka od­mia­na. – He­le­na, wy­raź­nie roz­ba­wio­na, stała na progu po­ko­ju.

Szcze­pan za­po­mniał ję­zy­ka w gębie, ale na­strój jego uko­cha­nej wy­raź­nie się po­pra­wił. Za­bra­ła z ko­mo­dy za­po­mnia­ny pre­zent dla ku­zyn­ki, cmok­nę­ła łowcę na po­że­gna­nie i spo­koj­nie za­mknę­ła drzwi.

Na­stęp­ny kwa­drans spę­dził na kom­ple­to­wa­niu gar­de­ro­by roz­rzu­co­nej po za­ka­mar­kach sy­pial­ni. Wła­ści­ciel za­jaz­du był z gil­dią zwią­za­ny umową, a przy oka­zji miał u Szcze­pa­na dług wdzięcz­no­ści jesz­cze z cza­sów jego szko­le­nia, więc za­pew­nił He­le­nie nie tylko wy­god­ne łoże w ob­szer­nym po­ko­ju, ale i pry­wat­ność.

Łowca nie spo­dzie­wał się po wi­zy­cie na jar­mar­ku szcze­gól­nych re­zul­ta­tów. Był zwy­czaj­nie zbyt wiel­ki, by wto­pić się w tłum; zbyt po­waż­ny i nie­zręcz­ny, by roz­mów­cy nie orien­to­wa­li się na­tych­miast, z kim mają do czy­nie­nia. Wśród ludu prak­tycz­nie wszy­scy od­da­wa­li się prak­ty­kom z po­gra­ni­cza magii i po­gań­stwa, więc do­pó­ki coś nie po­że­ra­ło im dzie­ci, pa­trzy­li na łow­ców ze słabo ukry­wa­ną nie­chę­cią jako na zbroj­ne ramię ko­ścio­ła.

Jar­mark św. Zyg­mun­ta był, jak Szcze­pan prze­wi­dy­wał, ha­ła­śli­wy, cha­otycz­ny i cuch­ną­cy – w tym przy­pad­ku, śle­dzia­mi. Ma­jo­we słoń­ce pa­li­ło z bez­chmur­ne­go nieba, a wia­tru nie­mal nie było. Łowca tę­sk­nie spoj­rzał w dół ulicz­ki, w stro­nę otwar­tej prze­strze­ni nad skar­pą wi­śla­ną. Ze­brał się w sobie i wkro­czył na rynek. W tłu­mie, cią­gle na­ga­by­wa­ny i, co gor­sza, sa­me­mu zmu­szo­ny do na­ga­by­wa­nia, Szcze­pan tra­cił rezon i z cza­sem do­zna­wał ta­kiej pa­ni­ki, ja­kiej nawet naj­gor­szy bies wzbu­dzić w nim nie po­tra­fił. Pierw­szych trzech sprze­daw­ców nie było za­in­te­re­so­wa­nych roz­mo­wą, oczy­wi­ście poza wci­ska­niem mu, ko­lej­no, ja­do­wi­cie żół­te­go sukna (ostat­ni krzyk mody mę­skiej!), świe­żu­sień­kich śle­dzi (które śmier­dzia­ły tak, że oczy łza­wi­ły), i wy­jąt­ko­wych noży w oka­zyj­nej cenie ta­la­ra, które nie­wie­le dalej można było kupić za szó­sta­ka.

Po­sta­no­wił spró­bo­wać skrom­niej; za­miast po han­dla­rzach z wła­sny­mi kra­ma­mi, ro­zej­rzał się po prze­kup­kach z to­wa­rem roz­ło­żo­nym na sto­łach i chu­s­tach. Za­uwa­żył błysk w oku ba­bu­lin­ki sprze­da­ją­cej zioła i pod­szedł pod pre­tek­stem szu­ka­nia re­me­dium na nie­straw­ność.

– Ko­cha­necz­ku, nie żar­tuj, chłop na schwał, widać, że wojak, a ja­kieś ba­ja­nia o sła­bu­ją­cych wąt­piach chce­cie mi wci­skać. Aż taką po­su­chę macie w tym Płoc­ku, że nie­win­ne baby chce­cie za ziół­ka, przez pan­bu­ka sa­me­go za­sia­ne, ści­gać? – Sta­rusz­ka wzię­ła się groź­nie pod boki, naj­wy­raź­niej nie­zra­żo­na fak­tem, że nie się­ga­ła prze­ciw­ni­ko­wi nawet do most­ka.

Aro­mat ziół bły­ska­wicz­nie wy­le­czył mdło­ści, które nę­ka­ły Szcze­pa­na od kramu ze śle­dzia­mi, i w jego sercu wez­bra­ła czu­łość wobec ma­leń­kiej han­dlar­ki.

– Ani nie przy­sze­dłem babci ści­gać, ani nawet z Płoc­ka nie je­stem, ale jaw­nie się przy­znam, że ję­zy­ka chcia­łem za­się­gnąć. Coś nam się z tą po­su­chą nie do końca zga­dza. Widzę, że i wy ją za­uwa­ży­li­ście?

– Sło­dziut­ki, wszy­scy, co mają rozum mię­dzy usza­mi, widzą, że ina­czej jest w mie­ście, jak było. Wcze­śniej, to kiedy bym nie przy­je­cha­ła, jakaś prze­kup­ka pła­ka­ła za za­gi­nio­ną córką. Miej­scy i wasi, łowcy, tylko drwi­li, że pew­nie za ko­cha­niem ucie­ka­ły, ale myśmy za­wsze wie­dzia­ły, że coś złego się stało. A od pół roku w mie­ście nagle cisza! Tylko licho na wieś się prze­nio­sło.

– Co macie na myśli? Jak to prze­nio­sło się?

– Ano, na wsiach jak ktoś oby­cza­ju się trzy­mał i za­bez­pie­czyć umiał, to ni upio­ry, ni duchy złe go nie brały. A od li­sto­pa­da gdzieś, co i rusz: a to w Sta­ro­źre­bach całą ro­dzi­nę za­szlach­to­wa­ną w cha­cie zna­leź­li, co dzie­dzic na szał ja­ko­wyś u chło­pa zrzu­cił; w Gą­se­wie chata w środ­ku nocy spło­nę­ła ze wszyst­ki­mi w środ­ku, to po­wie­dzie­li, że niby opilstwo winne. W Dzię­gie­le­wie… a co tam sobie, bo­ha­te­rze, skro­bie­cie w tej książeczce?

– Wstyd przy­znać, ale prze­ga­pi­li­śmy te przy­pad­ki, co o nich mó­wi­cie. Jak mi wszyst­ko opo­wie­cie, to do­pil­nu­ję, żeby się nie po­wtó­rzy­ło. A w po­dzię­ce za babci mą­drość, tyle ziół kupić mogę, ile sobie za­ży­czy­cie.

Pół go­dzi­ny póź­niej, wy­po­sa­żo­ny w listę je­de­na­stu ma­sakr i zioła prze­ciw­ko po­ło­wie po­two­rów, jakie znał, i kilku takim, które ba­bu­lin­ka sobie chyba wy­my­śli­ła, ma­sze­ro­wał w stro­nę fary św. Bar­tło­mie­ja, przy któ­rej mie­ści­ła się sie­dzi­ba płoc­kich łow­ców. Tutaj niby nie do­wo­dził, ale był na misji z nada­nia pana Hen­ry­ka, więc może jed­nak miał szan­sę po­de­le­go­wać.

***

Aby uza­sad­nić drugą wi­zy­tę w ciągu mie­sią­ca, Hela utrzy­my­wa­ła, że piel­grzy­mu­je do re­li­kwii świę­te­go Zyg­mun­ta po wspar­cie dla te­ścia w zma­ga­niach z prze­pu­kli­ną. Pier­wot­nie bar­dzo dumna z wy­bo­ru przy­kryw­ki, z każdą chwi­lą ża­ło­wa­ła go bar­dziej, bo Mał­go­rza­ta osza­la­ła. W obro­nie po­zy­cji naj­po­boż­niej­szej nie­wia­sty w ro­dzie, młod­sza ku­zyn­ka spę­dzi­ła pół dnia na pre­zen­to­wa­niu He­le­nie zgro­ma­dzo­nych de­wo­cjo­na­liów i cy­to­wa­niu po­boż­nych pism. Za­pro­si­ła nawet smęt­ne­go ka­no­ni­ka, by ura­czył je go­dzin­ną opo­wie­ścią o cu­dow­nych ozdro­wie­niach za spra­wą świę­te­go. Kon­fron­ta­cja z po­ten­cjal­nym wam­pi­rem z każdą chwi­lą ja­wi­ła się mniej jako za­gro­że­nie, a bar­dziej jako atrak­cja.

He­le­na mogła nieco ode­tchnąć od na­po­ru świę­to­bli­wo­ści, gdy go­ście za­czę­li się scho­dzić na wie­cze­rzę. Naj­pierw przy­by­ło za­przy­jaź­nio­ne z Mał­go­rza­tą mał­żeń­stwo Su­lic­kich, a potem pa­no­wie Dunin, stary ka­wa­ler, i Bę­dzic­ki, bez­dziet­ny wdo­wiec, obaj wy­raź­nie na­sta­wie­ni na zdo­by­cie wzglę­dów Heli. Sia­da­li już do stołu, gdy przy­był von Schil­ke, przez Mał­go­rza­tę piesz­czo­tli­wie zwany Ca­spar­kiem. Z punk­tu wi­dze­nia śledz­twa, jego spóź­nie­nie było iry­tu­ją­co nie­jed­no­znacz­ne: niby do za­cho­du słoń­ca zo­sta­ło pół go­dzi­ny, ale cie­nie wy­dłu­ży­ły się już na tyle, że spryt­ny wam­pir zdo­łał­by prze­być mia­sto. Von Schil­ke wszedł i przy­wi­tał się bez spe­cjal­ne­go ce­re­mo­nia­łu, po czym usiadł do stołu.

Wy­glą­dał… nie­po­zor­nie. Śred­nio wy­so­ki, śred­nio szczu­pły, przy­stoj­na twarz ze zbyt wy­dat­nym, lekko gar­ba­tym nosem. Ko­lo­ry­sty­ka nie pa­so­wa­ła He­le­nie do nie­miec­kie­go szlach­ci­ca – ciem­ne włosy, oczy zie­lo­ne, a skóra odro­bi­nę zbyt śnia­da, by przy świe­cach i w wie­czor­nym świe­tle mogła oce­nić ru­mień­ce. Jeśli był wam­pi­rem, to zde­cy­do­wa­nie pod­ty­pu ła­ciń­skie­go, bo w po­wie­trzu nie było czuć ani stę­chli­zną, ani per­fu­mą, którą jego sło­wiań­scy ku­zy­ni mu­sie­li­by ma­sko­wać gro­bo­we wy­zie­wy.

Po­dej­rza­ne było wła­ści­wie tylko to, że cho­ciaż nie wy­da­wał się lę­kli­wy ani me­lan­cho­lij­ny, to w żaden spo­sób nie wal­czył o uwagę przy stole. Krót­ko ostrzy­żo­ny i w pro­stym, ciem­nym stro­ju, Ca­spar zni­kał przy czu­ba­tych i ja­skra­wych pa­nach Du­ni­nie i Bę­dzic­kim. Nie było to jed­nak bez­po­śred­nim do­wo­dem na wam­pi­ryzm.

Ze stanu ob­ser­wa­cji wy­trą­cił ją dźwięk wła­sne­go imie­nia. Mał­go­rza­ta naj­wy­raź­niej nie za­mie­rza­ła od­pu­ścić swa­tów i wła­śnie za­chwa­la­ła nowo od­kry­tą po­boż­ność He­le­ny przed wdow­cem i ka­wa­le­rem. W prze­ci­wień­stwie do He­le­ny, Ca­spar naj­wy­raź­niej słu­chał tych pe­anów, bo spy­tał:

– Pani Mał­go­sza­to, jesz­li mosz­na spy­tać, jak to sze stało, sze mimo wy­cho­wa­nia w jed­nym domu, tak rósz­ne mia­łysz­cze panie dsze­wiej po­dejsz­cze?

He­le­na zdła­wi­ła chi­chot. Po­dej­rze­wa­ny o bycie dziec­kiem mroku, po­stra­chem nocy, Ca­spar marsz­czył brew z wy­sił­ku, by się wy­sło­wić. Znowu, nie był to żaden dowód na jego czło­wie­czeń­stwo – jeśli przez ostat­nie lata miesz­kał w Niem­czech, to cho­ciaż­by był naj­po­tęż­niej­szym z wam­pi­rów, w star­ciu z pol­sz­czy­zną nie miał szans.

Tym­cza­sem Mał­go­rza­ta za­śmia­ła się gorz­ko.

– Wzra­sta­ły­śmy w tym samym domu, ale… Wi­dzi­cie, panie, moi ro­dzi­ce przez kilka lat na próż­no sta­ra­li się o po­tom­ka. Gdy He­le­nę od­umar­ła matka, sio­stra mojej matki, ro­dzi­ce uznali to za znak od Boga, że po­win­ni przyjąć swój los. Na po­cie­sze­nie dla mojej mamy, wzię­li Helę do sie­bie. Jej oj­ciec miał na gło­wie czte­rech synów i nie wie­dział, jak ma jesz­cze wy­cho­wać dziew­ecz­kę, więc chęt­nie na to przystał. Nie minął mie­siąc od jej przy­by­cia, jak mama była brzemienna; w prze­cią­gu ko­lej­nych dzie­się­ciu lat uro­dzi­ła nas sze­ścio­ro. Ro­dzi­ce uzna­li He­le­nę za źró­dło tego cudu, więc roz­piesz­cza­li ją nie­przy­zwo­icie.

– Bez prze­sa­dy, ra­czej byli za­ję­ci wy­cho­wy­wa­niem was, więc da­wa­li mi swo­bo­dę i o co tam pro­si­łam, by­le­bym nie za­wra­ca­ła im głowy. Nie, żebym na­rze­ka­ła na taki układ. – He­le­na uśmiech­nę­ła się ra­do­śnie.

– Nie dzi­wo­ta, sze dbali o gosz­cza, któhy samą obec­nosz­czą po­tha­fił spha­wiacz cuda.

Wdowa par­sk­nę­ła śmie­chem na taką in­ter­pre­ta­cję.

– Cud wziął się ra­czej z tego, że się pod­da­li. Cio­tecz­ka po raz pierw­szy w życiu po­szła do łoż­ni­cy nie dla wypełnienia obowiązku, tylko dla przy­jem­no­ści. Roz­luź­ni­ła się i…

– Helu! Toć nie przy­stoi! Przy­zwo­itej bia­ło­gło­wie nie wy­pa­da… Może zmień­my temat. Wi­dzie­li­ście, pa­no­wie, coś cie­ka­we­go na na­szym jar­mar­ku? Sły­sza­łam, że pięk­ne ogie­ry kupić było można. – Mał­go­rza­ta była pą­so­wa na twa­rzy.

He­le­na uśmiech­nę­ła się pod nosem. „Niby ja je­stem gor­szy­ciel­ką, a tej, pro­szę, ogie­ry w gło­wie. Do­brze, że o kuśce nic nie wspo­mnia­łam, bo od razu z bu­ha­ja­mi by po­le­cia­ła”. Nie zdą­ży­ła po­my­śleć do końca, gdy Ca­spar von Schil­ke prych­nął i się za­krztu­sił. He­le­na przy­się­gła­by, że to był ma­sko­wa­ny śmiech, ale nikt przy stole nie mówił aku­rat nic za­baw­ne­go… Czyż­by… Na wszel­ki wy­pa­dek oczy­ści­ła umysł. Szcze­pan ma­wiał, że men­tal­ne sztucz­ki cza­row­nic to czczy beł­kot, ale He­le­na wie­dzia­ła swoje i rok wcze­śniej od­da­ła wi­sior z ru­bi­na­mi za lek­cje pa­no­wa­nia nad wła­snym umy­słem.

Sie­dzia­ła teraz cała w słu­cha­niu i pa­trze­niu, w we­wnętrz­nej ciszy, wy­cze­ku­jąc oka­zji. Pa­no­wie Dunin i Bę­dzic­ki, za­chwy­ce­ni ru­mień­cem oburzenia Mał­go­rza­ty, roz­pra­wia­li o skrom­no­ści jako kró­lo­wej cnót nie­wie­ścich.

„Jeśli ze swo­imi wy­bran­ka­mi będą tylko bro­nić cnoty, to czar­no widzę ich per­spek­ty­wy na po­tom­stwo. Cie­ka­we, czy ktoś im zdra­dził, że tego nie po­zy­sku­je się przez żar­li­we kle­pa­nie mo­dlitw? No, żar­li­we kle­pa­nie jak naj­bar­dziej wcho­dzi w grę, ale w zgoła innym kon­tek­ście”. Wy­si­li­ła wy­obraź­nię, by moż­li­wie szcze­gó­ło­wo sobie tenże kon­tekst zo­bra­zo­wać. Ca­spar ko­lej­no par­sk­nął, uda­wał za­krztu­sze­nie, zmie­szał się i upu­ścił z gło­śnym brzę­kiem łyżkę. „Mam cię, brat­ku! Ład­nie to tak lu­dziom po gło­wach gme­rać?”

„Racz wy­ba­czyć, pani, to umie­jęt­ność, która – raz wy­ro­bio­na – uru­cha­mia się sa­mo­rzut­nie. Cho­ciaż widzę, że pani rów­nież ma wpra­wę w sztu­kach men­tal­nych?” Głos w jej gło­wie był cichy, ale wy­raź­ny; wy­mo­wę miał do­sko­na­łą. Nie ujęła swo­je­go zdzi­wie­nia w kon­kret­ne słowa, ale Ca­spar mu­siał je ode­brać, bo wy­ja­śnił: „W tej for­mie ko­mu­ni­ka­cji prze­sy­ła się idea, sedno myśli, a osta­tecz­ną formę do­bie­ra już umysł od­bior­cy. Sztucz­ka nie­zwy­kle przy­dat­na, gdy się po­dró­żu­je po świe­cie, nie­praw­daż?”

„Nie wąt­pię! Moje zdol­no­ści są liche w po­rów­na­niu z pańskimi, mogę naj­wy­żej za­pa­no­wać nad sobą, do czy­jejś głowy nie umia­ła­bym wejść. Nie są­dzi­łam, że to moż­li­we dla czło­wie­ka…” Rów­no­cze­sna kon­tro­la umy­słu i si­le­nie się na minę za­cie­ka­wio­nej nie­win­no­ści było trud­ne, ale He­le­na ro­bi­ła, co mogła.

„Nie cza­ruj­my się, pani. Od kiedy wsze­dłem, roz­wa­ża­łaś, czy nie je­stem wam­pi­rem. Cho­ciaż i wśród nas jest to umie­jęt­ność wy­ra­bia­na cięż­ką pracą. Je­stem wiel­ce cie­kaw, skąd po­boż­nej nie­wie­ście w gło­wie takie te­ma­ty, i czemu nie ucie­kasz z krzy­kiem, miast pro­wo­ko­wać mnie nę­cą­cy­mi ob­ra­za­mi?”

He­le­na spą­so­wia­ła, bo nie prze­wi­dzia­ła ta­kiej in­ter­pre­ta­cji swo­je­go testu. Ale skoro już nie­chcą­cy wsia­dła na tego konia, rów­nie do­brze mogła na nim po­ga­lo­po­wać.

„Nie sły­sze­li­ście, panie, plo­tek na mój temat? Mąż mój parał się czar­ną magią; obie­cy­wał mi wiecz­ną mło­dość, nie­śmier­tel­ność. Roz­pa­lił mi umysł tą wizją, a potem po­zwo­lił, by ubiły go de­mo­ny… Szu­kam więc teraz na wła­sną rękę. Od sług za­sły­sza­łam, że w Płoc­ku były znik­nię­cia jak od wam­pi­rów, ale teraz sły­szę, że wszyst­ko się uspo­ko­iło. Ta­jem­ni­czy przy­bysz, któ­re­go nie wi­du­je się w ciągu dnia, to była moja ostat­nia szan­sa…” Wy­dę­ła usta, wes­tchnę­ła głę­bo­ko i zer­k­nę­ła ukrad­kiem na Ca­spa­ra. Nie była pewna, ale miała wra­że­nie, że widzi na jego twa­rzy roz­cza­ro­wa­nie.

„Oba­wiam się, że Płock ma wię­cej nie­śmier­tel­nych miesz­kań­ców, niż jest w sta­nie wy­ży­wić, a mnie przy­sła­no tu wła­śnie po to, bym za­pro­wa­dził po­rzą­dek i dys­cy­pli­nę. Muszę dawać dobry przy­kład, więc ani ja nie za­mie­rzam zwięk­szać na­szej licz­by, ani ni­ko­mu in­ne­mu na to nie po­zwo­lę”. Głos w gło­wie He­le­ny brzmiał neu­tral­nie, ale po­czu­ła chłód, który tym my­ślom to­wa­rzy­szył. Mu­sia­ła go czymś znie­chę­cić, ale nie miała po­ję­cia czym.

– Droga ku­zyn­ko, pójdź­że ze mną na chwil­kę, po­ra­dy two­jej muszę za­się­gnąć przy wetach. – Dziw­nie na­pię­ty głos Mał­go­rza­ty przy­wo­ła­ła He­le­nę z po­wro­tem do rze­czy­wi­sto­ści.

Wsta­ły od stołu i ru­szy­ły w stro­nę kuch­ni. Gdy były parę kro­ków za drzwia­mi ja­dal­ni, Mał­go­rza­ta od­wró­ci­ła się, zła­pa­ła He­le­nę za rękę i syk­nę­ła jej do ucha:

– Co ty wy­pra­wiasz?! Sta­ram się dla cie­bie, dwóch świet­nych kan­dy­da­tów na męża pod nos ci pod­pro­wa­dzam, a ty w ja­kieś gier­ki się ba­wisz, i to jesz­cze z nim? – Przed chwi­lą jesz­cze do­bro­tli­wa, twarz Mał­go­rza­ty wy­krzy­wi­ła się w gnie­wie.

– Jakie gier­ki? Z kim niby coś robię? – spy­ta­ła He­le­na, szcze­rze zdzi­wio­na.

– Nie uda­waj głu­piej! Nie uczest­ni­czy­cie w roz­mo­wie, tylko rzu­ca­cie sobie ukrad­ko­we spoj­rze­nia, ty co chwi­lę się pło­nisz… My­śla­łaś, że tego nie widać?

„W ogóle o tym nie po­my­śla­łam. Istot­nie, mój błąd. A on pew­nie nadal nas sły­szy”. He­le­na wes­tchnę­ła i spró­bo­wa­ła wy­ko­rzy­stać sy­tu­ację.

– Wy­bacz, Mał­go­siu, nie­zgrab­nie się za­cho­wa­łam. Przy­się­gam ci na życie moich dzie­ci, dzi­siaj zo­ba­czy­łam Ca­spa­ra pierw­szy raz w życiu. A że serce mi od razu do niego szyb­ciej za­bi­ło, to się za­wsty­dzi­łam i stąd moje mil­cze­nie i ru­mień­ce. Z twego py­ta­nia wno­szę, że to kiep­ski wybór? – He­le­na przy­wo­ła­ła na ob­li­cze całą nie­win­ność, na jaką ją było stać. Czyli nie­wie­le, ale miała na­dzie­ję, że wy­star­czy.

Młod­sza ku­zyn­ka wes­tchnę­ła, po­krę­ci­ła głową i krót­ko ją przy­tu­li­ła.

– To ty mi wy­bacz, Helu, że się tak za­pa­li­łam. Po­win­nam cię była wcze­śniej ostrzec; za­pro­si­łam Ca­spar­ka tylko dla­te­go, że pro­wa­dzi in­te­re­sy z moim mężem. Od dawna krążą o nim plot­ki i prze­stra­szy­łam się, że twoja cześć ko­bie­ca wy­sta­wio­na na szwank bę­dzie.

He­le­na uśmiech­nę­ła się pod nosem. Wresz­cie mogła się cze­goś do­wie­dzieć.

– Wiesz, ko­cha­na, na mój temat też krążą różne plot­ki. Może warto, bym sama je oce­ni­ła?

– O tobie krążą, o nim się po­twier­dzi­ły. Od kiedy się do mia­sta spro­wa­dził, ze dwa razy w mie­sią­cu wy­jeż­dża, rze­ko­mo in­te­re­sów do­glą­dać. Lu­dzie ga­da­li, że kochanicę od­wie­dza. Nie wie­rzy­łam, ale ty­dzień po Wiel­ka­no­cy po­je­cha­li­śmy do Sierp­ca szwa­gra od­wie­dzić, i kogo ja tam widzę, jak nie na­sze­go Ca­spar­ka? Ponoć przed­sta­wia się jako medyk i re­gu­lar­nie przy­by­wa do wdowy po wo­je­wo­dzie, by za­bie­gi lecz­ni­cze ja­ko­we na niej wy­ko­ny­wać. Szwa­gier­ka sama była za­in­te­re­so­wa­na jego usłu­ga­mi, wy­obraź sobie, bo od kiedy za­czął, pa­cjent­kę opu­ści­ła me­lan­cho­lia, jest pełna życia, ale też i w oczach chud­nie. Widać z mi­ło­ści usy­cha, a ten ko­rzy­sta, lecz z wdo­wień­stwa jej nie wy­ba­wi i oświad­czyć się nie chce! Drań bez serca i su­mie­nia! – Mał­go­rza­ta ścią­gnę­ła usta w wy­ra­zie obu­rze­nia, ale jej oczy lśni­ły z eks­cy­ta­cji.

– Dzię­ku­ję za ostrze­że­nie. Masz rację, będę się trzy­mać z da­le­ka. A teraz wra­ca­my, zanim za nami za­tę­sk­nią?

Po­my­śla­ła, że sku­pie­nie na roz­mo­wach przy stole po­win­no po­ha­mo­wać jej wła­sne myśli rów­nie sku­tecz­nie, co wcze­śniej­sza me­dy­ta­cja. Mo­gła­by wtedy za­cho­wać po­zo­ry nor­mal­no­ści, jed­no­cze­śnie nadal wy­cią­ga­jąc in­for­ma­cje od wam­pi­rze­go aman­ta.

Z po­wro­tem w ja­dal­ni, we­szła w dys­ku­sję z panią Su­lic­ką nad wła­ści­wą pro­por­cją ćwi­czeń fi­zycz­nych do nauki w wy­cho­wa­niu synów, a jed­nym uchem sta­ra­ła się po­dą­żać za roz­mo­wą męż­czyzn. Wy­peł­nia­ło to jej umysł dość szczel­nie, ale i tak udało jej się sfor­mu­ło­wać myśl.

„Ro­zu­miem, że jed­nak nie o li­czeb­ność cho­dzi, tylko pań­skiej wy­bran­ce do pięt nie do­ra­stam?” Za­trze­po­ta­ła przy tym rzę­sa­mi, ale wzrok utkwi­ła po dru­giej stro­nie po­ko­ju.

„Do twa­rzy pani z za­zdro­ścią!” Ca­spar był wy­raź­nie od­por­ny na ko­kie­te­rię, ale przy­naj­mniej roz­ba­wi­ła go na tyle, że wy­ba­czył jej wcze­śniej­szy błąd, jaki by on nie był. “Po­wie­dzia­łem praw­dę, nie za­mie­rzam tutaj ni­ko­go zmie­niać. Moja… wy­bran­ka… nie ma ta­kich ocze­ki­wań. Wy­star­czy jej, jako i mnie, ra­dość ze wspól­ne­go ob­co­wa­nia. Umie­jęt­ny wam­pir po­tra­fi spra­wić, że picie krwi jest dla dawcy źró­dłem wy­jąt­ko­wo przy­jem­nych do­znań. Tym aku­rat, gdyby pani pra­gnę­ła, mogę się po­dzie­lić w każ­dej chwi­li”. Okra­sił te myśli wspo­mnie­niem roz­anie­lo­ne­go ob­li­cza wdowy po wo­je­wo­dzie i He­le­na po­czu­ła, jak ko­lej­ny ru­mie­niec wspi­na się po jej szyi. Sku­pi­ła się moc­niej na wy­nu­rze­niach pani Su­lic­kiej o po­ezji jako nisz­czy­ciel­ce mę­skie­go cha­rak­te­ru.

Tym­cza­sem Ca­spar do­py­ty­wał Du­ni­na o kon­cep­cję po­cho­dze­nia pol­skiej szlach­ty od Sar­ma­tów, która naj­wy­raź­niej go za­fa­scy­no­wa­ła.

– Więc nie macze nic wspól­ne­go z chło­pa­mi wa­sze­mi?

– Nic zu­peł­nie! Nasi przod­ko­wie, szla­chet­ni po­grom­cy Hunów, z ła­two­ścią pod­bi­li ten naród słaby i ule­gły. – Dunin z każ­dym sło­wem pęcz­niał z dumy, cho­ciaż może była to bar­dziej kwe­stia po­chła­nia­nych przez niego ka­pło­nów.

– Fa­scy­nu­ją­ce! Jak jed­nak wy­jasz­nicz, sze wy­glą­da­cze do nich tak po­dob­nie? Mysz­la­łem, sze Sah­ma­ci z wy­glą­du Peh­som byli ha­czej bli­scy niż Sło­wia­nom?

– Jak można po­wie­dzieć, że wy­glą­da­my do nich po­dob­nie? Wać­pan albo pol­skie­go chłop­ka nie wi­dział, albo szlach­ci­ców praw­dzi­wych za mało, albo oczy le­czyć po­wi­nien! Lud tak lichy… jak można w ogóle po­wie­dzieć, że z pięk­nym kształ­tem panów na­szych co­kol­wiek ma wspól­ne­go? – Stary ka­wa­ler aż się za­sa­pał z obu­rze­nia. Napił się wina, uspo­ko­ił od­dech i kon­ty­nu­ował. – A te inne bzdu­ry to Rzy­mia­nie zmy­śli­li, byle tylko wyż­szość swoją pod­trzy­mać. Gu­agni­nie­go po­czy­tać po­le­cam, on do­brze to wszyst­ko wyjaśnia.

– Ho­zu­miem, z chę­czą po­czy­tam. – Ca­spar kiw­nął z po­wa­gą głową, ale He­le­na doj­rza­ła uśmie­szek w ką­ci­ku jego ust.

W ra­mach wła­snej dys­ku­sji, bez słu­cha­nia en­tu­zja­stycz­nie się z czymś zgo­dzi­ła, a w gło­wie po­my­śla­ła: „In­te­re­su­je­cie się, panie, hi­sto­rią na­szych ziem? Czy macie wia­do­mo­ści z pierw­szej ręki?”

Po chwi­li usły­sza­ła „Tak cał­kiem z pierw­szej to nie, bo uro­dzi­łem się mię­dzy dzi­siej­szym Bu­da­pesz­tem a Cisą, ale coś tam obiło mi się o uszy”.

“Na Wę­grzech? To jakim cudem je­steś, panie, wam­pi­rem ła­ciń­skim, a nie wschod­nim?” He­le­na nawet nie pró­bo­wa­ła ukryć za­sko­cze­nia.

Ca­spar uśmiech­nął się pod nosem i wy­ja­śnił „Na­le­ża­łem do dru­ży­ny kar­nie wy­sła­nej na gra­ni­cę im­pe­rium rzym­skie­go po po­ko­na­niu nas przez Marka Au­re­liu­sza. Więc, ow­szem, zmie­nił mnie wam­pir ła­ciń­ski, cen­tu­rion z Ne­apo­lu, cho­ciaż było to na Murze Ha­dria­na, a do Ita­lii tra­fi­łem o wiele póź­niej”. Zszo­ko­wał ją, po czym, jak gdyby nigdy nic, wró­cił do mę­skiej roz­mo­wy, która prze­szła na te­ma­ty współ­cze­snej woj­sko­wo­ści.

He­le­na tym­cza­sem ki­wa­ła me­cha­nicz­nie głową do ko­bie­cej dys­ku­sji, pró­bu­jąc prze­two­rzyć otrzy­ma­ne wia­do­mo­ści. Nie pa­mię­ta­ła szcze­gó­łów hi­sto­rii Rzymu, ale Ca­spar mu­siał mieć ponad tysiąc czterysta lat. Uro­dził się na Wę­grzech, ale był też w Brytanii. I we Wło­szech. I Bo­gi­ni wie, gdzie jesz­cze, pod­czas gdy He­le­na do­słow­nie trzy razy w życiu opu­ści­ła Ma­zow­sze, a gra­nic Ko­ro­ny – nigdy. Po­czu­ła, jak wy­peł­nia ją tę­sk­no­ta za świa­tem, któ­re­go nigdy nie po­zna­ła. Uczu­cie było tak prze­moż­ne i bo­le­sne, że przez chwi­lę nie mogła zła­pać od­de­chu. Zo­rien­to­wa­ła się, że tym razem to Ca­spar pa­trzy na nią z za­in­te­re­so­wa­niem.

„W pani ludz­kim życiu trud­no bę­dzie to pra­gnie­nie za­spo­ko­ić. Taką mo­ty­wa­cję do prze­mia­ny mogę usza­no­wać, nawet jeśli przy niej nie za­asy­stu­ję. Na ten mo­ment, przy­naj­mniej. Jeśli pla­nu­jesz, pani, zo­stać w mie­ście jesz­cze tro­chę, to w pią­tek bę­dzie­my bie­sia­do­wać i ra­dzić nad na­szy­mi spra­wa­mi; jeśli ktoś wy­ra­zi chęć osie­dle­nia się gdzie in­dziej, mogę was za­po­znać. Albo po­cze­kaj, aż wy­peł­nię tu swoje obo­wiąz­ki, i roz­wa­ży­my, czy mo­gła­byś zo­stać moją to­wa­rzysz­ką”.

He­le­na miała mę­tlik w gło­wie. Coś osią­gnę­ła, ale nie była pewna ani co, ani jak. Po­dzię­ko­wa­ła Ca­spa­ro­wi w my­ślach i przez resz­tę ko­la­cji sku­pi­ła się na roz­mo­wach na głos. Ode­tchnę­ła swo­bod­niej do­pie­ro po wyj­ściu z ka­mie­ni­cy; pan Bę­dzic­ki ko­niecz­nie chciał ją od­pro­wa­dzić do za­jaz­du, ale kiedy uj­rzał cze­ka­ją­ce­go na ulicy „sługę” Szcze­pa­na, któ­re­mu się­gał rap­tem do ra­mie­nia, szyb­ko się po­że­gnał i od­szedł. Gdy zo­sta­li sami, łowca wziął ją w ra­mio­na, po czym wy­pu­ścił i czuj­nie obej­rzał.

– Nic ci nie jest? Wy­glą­dasz na oszo­ło­mio­ną. Pró­bo­wał coś ci zro­bić?

– Je­stem cała i zdro­wa. A czemu ty pach­niesz jak ap­te­karz?

– To długa hi­sto­ria. Grunt, że się my­li­li­śmy, ten cały von Schil­ke to fak­tycz­nie po­twór. Tylko wcale nie pa­nien­ki w mie­ście po­ry­wa, a po wsiach całe chłop­skie ro­dzi­ny mor­du­je. Od kiedy się tu po­ja­wił, równo co dwa ty­go­dnie. Chłop­cy Tymka pół dnia od­wie­dza­li miej­sca ma­sakr i po­wiem ci…

He­le­na mil­cza­ła, dziw­nie smut­na i roz­cza­ro­wa­na, że Ca­spar oka­zał się winny. Nagle drgnę­ła i wstrzy­ma­ła ge­stem Szcze­pa­na.

– Przy­naj­mniej jedna z tych ma­sakr była ty­dzień po Wiel­ka­no­cy?

Teraz to on był zdzi­wio­ny.

– Skąd wiesz?

– To nie­ko­niecz­nie Ca­spar. Jak da­le­ko były te wsie? Czy mu­sie­li prze­kra­czać, dajmy na to, Skrwę?

– Od kiedy mó­wi­my o nim po imie­niu? I prze­kra­czać co? – Szczep wy­glą­dał na coraz bar­dziej sko­ło­wa­ne­go.

– Skrwę, rzecz­kę na za­chód od mia­sta. Czy w dro­dze do wsi trze­ba ją prze­kra­czać? – W jej gło­wie szyb­ko kieł­ko­wał po­mysł.

– Wszyst­kie te wsie były koło go­dzi­ny drogi od mia­sta, więc za­wsze była jakaś rzecz­ka. Przed­ostat­nia rzeź była w La­sot­kach, zaraz nad Skrwą chyba, ale dla­cze­go…

He­le­na uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko.

– Wy­ja­śnię ci po dro­dze; teraz bie­gnie­my do za­jaz­du.

Go­dzi­nę póź­niej była już w spodniach i ga­lo­pem ru­sza­ła ze Szcze­pa­nem spod bram mia­sta.

***

Teren był grzą­ski i gęsto po­ro­śnię­ty, a mimo nie­daw­nej pełni pod drze­wa­mi było dosyć ciem­no. Szcze­pan klął jed­no­staj­nie pod nosem, po­ty­ka­jąc się co krok o wy­sta­ją­ce ko­rze­nie, ale He­le­na nie przy­sta­wa­ła. Konie uwią­za­li wcze­śniej przy dro­dze i teraz usi­ło­wa­li się prze­drzeć na piasz­czy­ste łachy Skrwy, która wiła się i roz­le­wa­ła sze­ro­ko przed wpły­nię­ciem do Wisły.

He­le­na po­wie­dzia­ła mu tylko, że idą szu­kać wod­ni­ka, i obie­ca­ła wy­ja­śnić wszyst­ko po dro­dze, ale jakoś na razie nie zna­la­zła czasu i łowca czuł się coraz bar­dziej za­gu­bio­ny. Nie po­win­no się po­lo­wać na de­mo­ny wodne w nocy; po­win­no się na­to­miast uzbro­ić do tego po zęby, a He­le­na tylko przej­rza­ła za­ku­pio­ny ongiś od wiedźm ziel­nik, uwiła sobie wia­nek i pas z wiech­ci od ba­bu­lin­ki, wy­po­sa­ży­ła się w kuch­ni za­jaz­du w pro­wiant i po­pro­si­ła Szcze­pa­na, żeby nie szar­żo­wał, co­kol­wiek to miało zna­czyć.

– Gdzie my w ogóle idzie­my? – mruk­nął gniew­nie bar­dziej do sie­bie niż do niej.

– We­dług ar­chi­wum, skrwiań­skie­go wod­ni­ka naj­czę­ściej wi­dy­wa­no przed Zie­lo­ny­mi Świąt­ka­mi tuż przy uj­ściu do Wisły. Może cho­dził świę­to­wać ko­niec pory mo­krej z prze­ło­żo­nym, nie wiem. W każ­dym razie, nikt go nie wi­dział od kiedy po­ło­żo­no tam wieś, więc zga­du­ję, że prze­niósł hu­lan­ki w górę rzeki. Myślę, że tutaj wy­star­czy – po­wie­dzia­ła z za­do­wo­le­niem, bo wy­szła wła­śnie z gę­stych krza­ków na piasz­czy­stą łachę.

Ode­tchnę­ła, usia­dła, zdję­ła buty i pod­wi­nę­ła no­gaw­ki.

– Muszę po­roz­ma­wiać z wod­ni­kiem. Po­wi­nien wy­czu­wać magię istot, które prze­kra­cza­ją jego rzekę. Jeśli to, co mor­du­je chło­pów, wy­cho­dzi z Płoc­ka, on wie, co to jest. Stój pro­szę w od­wo­dzie, na wy­pa­dek, gdyby nie udało mi się go ob­ła­ska­wić, ale spró­buj może nie rzu­cać się w oczy… – He­le­na spoj­rza­ła z na­my­słem na niedź­wie­dzią po­stu­rę Szcze­pa­na. – Albo wy­glą­dać przy­jaź­nie? – Łowca uśmiech­nął się krzy­wo i ko­bie­ta wes­tchnę­ła. – To cho­ciaż nie wy­cią­gaj broni, jeśli to nie bę­dzie ko­niecz­ne, dobra?

Na­stęp­nie wsta­ła i we­szła po ko­la­na do rzeki. Od­pię­ła przy­tro­czo­ną do pasa fla­szę, od­kor­ko­wa­ła ją i wy­la­ła parę kro­pli wina. I stała tak, nie­ru­cho­mo, a Szcze­pan po raz ko­lej­ny za­czął się za­sta­na­wiać, czy od nad­mia­ru przy­gód nie po­mie­sza­ły jej się jed­nak zmy­sły, jak mu to wie­lo­krot­nie za­po­wia­dał brat Natan. Cóż, jeśli się myli… to są sami, na plaży, i mają wino. W świe­tle księ­ży­ca wy­raź­nie wi­dział krą­gło­ści jej bio­der zbie­ga­ją­ce się w wąską talię i za­czy­nał wła­śnie roz­wa­żać różne moż­li­wo­ści, gdy woda gwał­tow­nie za­bul­go­ta­ła i dwa dłu­gie, szare łap­ska z błoną mię­dzy pal­ca­mi zła­pa­ły He­le­nę – jedna w ko­la­nach, a druga w pasie. Szcze­pan nie zdą­żył ze­rwać się na ra­tu­nek, gdy stwór z krzy­kiem bólu pu­ścił i łow­czy­ni w dwóch su­sach wy­co­fa­ła się na brzeg.

W wo­dzie stał niż­szy od niej o po­ło­wę, dłu­go­wło­sy dziad z ry­bi­mi ocza­mi. Macał się po po­pa­rzo­nej zio­ła­mi skó­rze i wy­glą­dał na ura­żo­ne­go, jakby to nie on pró­bo­wał ją przed chwi­lą uto­pić. Na do­bit­kę, co do­pie­ro po chwi­li za­re­je­stro­wał umysł Szcze­pa­na, sta­rzec był nagi. Naj­pierw łowca obu­rzył się, że ktoś tak za­wsty­dza nie­wia­stę, ale potem uprzy­tom­nił sobie, kim jest ta nie­wia­sta. Nie wi­dział jej twa­rzy, ale mógł się za­ło­żyć, że je­że­li w ogóle za­re­ago­wa­ła jakoś na so­lid­ne wypo­sa­że­nie stwo­ra, to co naj­wy­żej uzna­niem.

– Wy­bacz­cie, ojcze wod­ni­ku, ale po­trze­bo­wa­łam z wami pil­nie po­roz­ma­wiać. Brak mi ży­we­go zwie­rza na ofia­rę, ale może cho­ciaż wę­grzy­nem i pie­czy­stym dacie się ugo­ścić? – spy­ta­ła łóż­ko­wym gło­sem i wy­cią­gnę­ła przed sie­bie wino.

Stwór łyp­nął na nią zło­wro­go, wy­szarp­nął jej z ręki bu­tel­kę, po­cią­gnął i mruk­nął z za­do­wo­le­niem. He­le­na wy­ję­ła z przy­tro­czo­nej do pasa sakwy za­wi­nię­ty w płót­no pół­gę­sek i po­da­ła wod­ni­ko­wi, który zła­pał go wolną ręką i trój­kąt­ny­mi zę­ba­mi wy­rwał wiel­ki kawał. Jadł ha­ła­śli­wie i łap­czy­wie, do­pó­ki nie oczy­ścił kości do cna; na­stęp­nie wlał sobie do gar­dła resz­tę wina, bek­nął do­no­śnie i podał He­le­nie pustą fla­szę.

– Za­bierz­cie to ze sobą, nie bę­dzie­cie mi łęgów za­śmie­cać. – Głos miał ra­czej no­so­wy, ale oprócz tego zu­peł­nie ludz­ki.

– Oczy­wi­ście, za­bie­rze­my. Dzię­ku­ję, panie, że za­szczy­ci­łeś nas roz­mo­wą. Chcia­łam spy­tać, czy wiesz może kto lub co wy­ru­sza no­ca­mi z Płoc­ka do wsi oko­licz­nych i chło­pów za­bi­ja. Trzy ty­go­dnie temu krew po­la­ła się na wa­szym te­re­nie…

– A niby czemu ja mam wam po­ma­gać? Łow­com, któ­rzy po­lu­ją na mnie i moich braci? Ty, dzie­wecz­ko, może nie cał­kiem wy­glą­dasz, ale ten niedź­wiedź, co za tobą stoi, ni­ko­go nie oszu­ka. – Wod­nik przez chwi­lę pa­trzył Szcze­pa­no­wi pro­sto w oczy, z po­gar­dą wy­dy­ma­jąc wargi.

– Macie rację, panie, moi bra­cia wiele krzywd wam wy­rzą­dzi­li. Ubo­le­wam nad tym i mam na­dzie­ję, że kie­dyś uda nam się to od­po­ku­to­wać. Na tę chwi­lę mogę wam za­ofe­ro­wać tylko prze­pro­si­ny i mój wia­nek. W talii mam zioła osu­sza­ją­ce, ale te na gło­wie wzma­ga­ją wil­goć. Po­win­ny osło­nić was choć tro­chę, jak przyj­dą Zie­lo­ne Świąt­ki.

– Zie­lo­ne… a, Stado? Jakoś sobie co roku radzę – Wod­nik po­dłu­bał w uchu, od­chrząk­nął i splu­nął do rzeki, po czym wes­tchnął – ale za­wsze bę­dzie tro­chę mniej szczy­pa­ło. Poza tym, po­rząd­nych chło­pów po­za­bi­ja­li, co za­wsze tłu­ste ko­gu­ty mi to­pi­li, eh… Magię czuję, a jakże. Roz­ma­wia­li­śmy z brać­mi nawet, że się coś pi­jaw­ki roz­pa­no­szy­ły ostat­nio. Dwa razy na mie­siąc jeden silny wą­pierz je­dzie z mia­sta na pół­noc. Ofiar przy bro­dach oczy­wi­ście nie skła­da, pro­fan jeden, ale co zro­bić. A gdzieś po go­dzi­nie dwa tu­zi­ny, mniej jed­ne­go, wy­ru­sza­ją na łowy. Za­wsze jakąś rzecz­kę prze­kra­cza­ją, jakby psie syny chcie­li, że­by­śmy wie­dzie­li, co wy­pra­wia­ją. Wszy­scy jadą, w mie­ście żad­ne­go krwio­pij­cy wtedy nie ma.

He­le­na kiw­nę­ła głową, zdję­ła ziel­ny wia­nek z głowy, po­chy­li­ła się i de­li­kat­nie na­ło­ży­ła go na skro­nie roz­mów­cy.

– Dzię­ku­ję wam, ojcze wod­ni­ku. Ogrom­nie nam po­mo­gli­ście. Zro­bi­my co w na­szej mocy, żeby te ataki się wię­cej nie po­wtó­rzy­ły. – Skło­ni­ła się głę­bo­ko.

– Ja też mam py­ta­nie – za­wo­łał za nią wod­nik, gdy już się od­wra­ca­ła. – Czuję prze­cież, że masz na sobie i nóż, i igłę. Czemu nie wzię­łaś ich nawet do ręki?

– A po co mia­ła­bym to robić? Oj­ciec pró­bo­wał mnie uto­pić, ja go po­pa­rzy­łam, to by­li­śmy kwita, a potem prze­cież tak miło nam się roz­ma­wia­ło. Uprzej­mość za­słu­gu­je na uprzej­mość.

Wod­nik uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Daj mi, dziec­ko, tę flasz­kę jesz­cze raz.

Gdy He­le­na po­da­ła mu bu­tel­kę, wod­nik od­chrząk­nął i ob­fi­cie splu­nął do szyj­ki. Na­stęp­nie wy­cią­gnął dłoń nad wodą i po chwi­li roz­kwi­tła pod nią lilia wodna. Sta­rzec ze­rwał ją, we­tknął do fla­szy i podał z po­wro­tem He­le­nie.

– Masz, na pa­miąt­kę na­sze­go spo­tka­nia. Bę­dzie kwi­tło, do­pó­ki nie wy­peł­ni swo­je­go za­da­nia. Niech cię dobre bogi pro­wa­dzą!

– Dzię­ku­ję wam bar­dzo, ojcze wod­ni­ku. Niech twoje wody będą za­wsze pełne życia.

Ob­ró­ci­ła się do Szcze­pa­na z wy­ra­zem trium­fu na twa­rzy. Ku jego ci­chej roz­pa­czy po­da­ła mu ob­śli­nio­ną przez wod­ni­ka, ohyd­nie lepką bu­tel­kę, a sama usia­dła na pia­sku i za­kła­da­ła buty.

– My­śla­łem, że to bę­dzie jeden, może dwóch. Jak mamy zna­leźć i po­ko­nać dwa­dzie­ścia czte­ry pi­jaw­ki? Trze­ba by braci z po­ło­wy Pol­ski ścią­gnąć.

– Do eks­ter­mi­na­cji są tylko dwa­dzie­ścia trzy pi­jaw­ki. I nie po­trze­bu­je­my aż tylu łow­ców; wiemy, że w pią­tek spo­tka­ją się wszy­scy w jed­nym miej­scu. Trze­ba tylko od­kryć gdzie. Bie­sia­da na tyle osób to duża spra­wa, jak chło­pa­ki się przy­cza­ją na targu i będą na­słu­chi­wać, to na pewno zła­pią ja­kie­goś sługę albo cho­wań­ca.

– A nawet jak się do­wie­my, to co wtedy? Na jed­ne­go wam­pi­ra cho­dzi się przy­naj­mniej w pię­ciu, skąd mamy wziąć…

He­le­na wsta­ła, otrze­pa­ła się z pia­sku i ru­szy­ła w gąszcz krza­ków.

– Po­trze­bu­jesz pię­ciu na jed­ne­go w uczci­wej walce. Ale jak we­sprą nas cza­row­ni­ce, to te pro­por­cje można by nawet od­wró­cić.

Szcze­pan aż przy­sta­nął ze zdzi­wie­nia, przez co mu­siał potem do­ga­niać ją truch­tem.

– Nie mo­żesz ofi­cjal­nie sko­rzy­stać z po­mo­cy cza­row­nic! Natan już jest na cie­bie strasz­nie cięty, wy­da­lą cię z gil­dii! O ile nie po­sta­no­wią cię za­mknąć. Albo spa­lić.

– Na razie mo­żesz po­ży­czyć pom­pa­tycz­ne smęty bra­cisz­ka i oświad­czyć wszyst­kim, że skła­da­ją życie w ofie­rze, by zabić choć kilku. Potem po­wiesz, że to był je­dy­ny spo­sób i na­ra­zi­łam wła­sną duszę, by ra­to­wać setki ist­nień, czy jakoś tak. Albo od razu zrzu­cisz to na mój tchórz­li­wy ko­bie­cy cha­rak­ter, po­ża­lisz się, że was za­sko­czy­łam, a ja będę bar­dzo skru­szo­na. Dam się ogo­lić na łyso i, no nie wiem, będę cho­dzić we wło­sie­ni­cy. Jakoś prze­ży­ję. Ale wam­pi­ry już nie.

Zanim do­je­cha­li do Płoc­ka, usta­li­li zręby planu.

***

We czwar­tek o świ­cie pół­przy­tom­na z nie­wy­spa­nia He­le­na wy­ru­szy­ła z Płoc­ka. To­wa­rzy­szył jej tylko młod­szy łowca Bar­tek, który zgło­sił się na ochot­ni­ka. Po po­łu­dniu była już w Grój­cu, gdzie for­mal­nie miała za­my­kać swoje spra­wy przed pierw­szą tak ry­zy­kow­ną misją, a tak na­praw­dę skon­sul­to­wa­ła się z An­ni­ką i Bar­ba­rą z lo­kal­ne­go kręgu. Zanim usta­li­ły po­trzeb­ne za­klę­cia i mik­stu­ry, nad­szedł wie­czór, więc łow­czy­ni udała się do za­jaz­du i za­pa­dła w nie­spo­koj­ny sen. Śniło jej się wła­śnie, że razem z wod­ni­kiem sie­dzą po pas w ba­gnie i jedzą su­ro­we ryby, gdy prze­stra­szo­ny Bar­tek obu­dził ją wia­do­mo­ścią, że ja­kieś dziw­ne ko­bie­ty przy­nio­sły dla niej pa­ku­nek. Kom­pan pa­trzył z nie­po­ko­jem, jak He­le­na płaci zło­tem za pę­ka­te wo­recz­ki i kilka fla­sze­czek, ale nie miała czasu ani ocho­ty, by mu to tłu­ma­czyć. Jeśli nie za­ła­twią spra­wy w pią­tek, to w so­bo­tę Ca­spar znowu wy­je­dzie ro­man­so­wać i ko­lej­na chłop­ska ro­dzi­na zgi­nie. Nie miała wy­bo­ru, mu­sia­ła za­ufać cza­row­ni­com.

Jesz­cze przed świ­tem He­le­na wy­ru­szy­ła z po­wro­tem do Płoc­ka. Gdy do­tar­ła tam po po­łu­dniu, rzu­ci­ła się na je­dze­nie i po­szła się zdrzem­nąć. Szcze­pan chciał jej, co praw­da, opi­sać stan przy­go­to­wań na ten wie­czór, ale gdyby nie od­po­czę­ła, mo­gła­by po­peł­nić jakiś błąd. Nie miała wy­bo­ru, mu­sia­ła za­ufać bra­ciom łow­com.

Po trzech go­dzi­nach Szcze­pan wy­bu­dził ją ze snu o wy­cze­sy­wa­niu wod­ni­ko­wi glo­nów z wło­sów. Wy­ką­pa­ła się w olej­ku przy­go­to­wa­nym przez cza­row­ni­ce i zja­dła po­si­łek, co do któ­re­go miała na­dzie­je, że nie bę­dzie jej ostat­nim. Na go­dzi­nę przed za­cho­dem słoń­ca He­le­na stała przed zwier­cia­dłem i upi­na­ła włosy w pątlik tak, by ciem­ne pasma wy­my­ka­ły się wokół twa­rzy. I żeby za­kry­ły wple­cio­ne w nie wo­recz­ki z za­klę­cia­mi. Cie­niut­ka, ha­fto­wa­na ko­szu­la przy­cią­ga­ła oko nad wy­cię­ciem kształ­cicz­ka, dys­kret­nie wzmoc­nio­ne­go od środ­ka sze­re­giem srebr­nych ostrzy. He­le­na na próbę przy­ło­ży­ła do de­kol­tu kwiat od wod­ni­ka. Ku jej za­sko­cze­niu, ło­dy­ga na­tych­miast wro­sła w ma­te­riał tak, że lilii nie dało się od­cze­pić. Cóż, dar miał niby być po­moc­ny, a to i tak była jej je­dy­na suk­nia na tę oka­zję. Nie miała wy­bo­ru, mu­sia­ła za­ufać panu Skrwy.

Na tym eta­pie jej prze­ży­cie za­le­ża­ło już od tylu osób, że ko­lej­na nie ro­bi­ła żad­nej róż­ni­cy.

To, że sama wej­dzie mię­dzy wam­pi­ry, było je­dy­ną ko­ścią nie­zgo­dy, gdy ze Szcze­pa­nem usta­la­li plan. Jako do­wód­ca nie miał in­ne­go po­my­słu. Jako jej ko­cha­nek był wście­kły i prze­stra­szo­ny, więc cho­dził teraz po po­ko­ju w tę i we w tę, ner­wo­wo wy­li­cza­jąc wszyst­kie kroki, które po­czy­ni­li.

– Przez plot­ki na rynku zna­leź­li­śmy ku­cha­rza pi­ja­wek i udało nam się kilku ludzi pod­ku­pić, a kilku… gwał­tow­nie za­cho­ro­wa­ło i nasi ich za­stą­pią. Dwór ob­ser­wu­je­my już od wczo­raj, wiemy pra­wie wszyst­ko. Nie wej­dziesz tam na moim ra­mie­niu, ale ani przez chwi­lę nie bę­dziesz sama. Jeśli po­czu­jesz, że coś ci grozi, krzycz i od razu cię chło­pa­ki ob­stą­pią.

– Mhm. Wiem, Szczep, ufam wam. – Przy­mie­rzy­ła ko­lej­ny wi­sior, ale przy bia­ło­ró­żo­wych płat­kach wszyst­ko wy­da­wa­ło się ni­ja­kie i sztucz­ne. Odło­ży­ła go i pod­da­ła się. – Le­piej nie bę­dzie. Czy powóz jest już go­to­wy? Chcia­ła­bym wejść, jak tylko wszy­scy się zbio­rą.

Szcze­pan objął ją w pasie, oparł brodę na czub­ku głowy i wbił smęt­ny wzrok w jej odbicie w lu­strze.

– Cza­sem wo­lał­bym, żebyś była bar­dziej lę­kli­wa. Żeby ci ten plan nawet do głowy nie przy­szedł. Jako łowca wiem, że nie mo­że­my po­zwo­lić na ko­lej­ną ma­sa­krę. Ale jako twój męż­czy­zna…

– Wiem. Ale gdy­bym nie była nie­ulę­kła i pełna dziw­nych pla­nów, zmar­ła­bym pięć lat temu, zanim się spo­tka­li­śmy. Więc teraz nie na­rze­kaj, skup się i do­pil­nuj wa­szej stro­ny rów­na­nia, a ja dopnę swoją, do­brze? – Wy­plą­ta­ła się z jego ra­mion, po­ca­ło­wa­ła na szczę­ście i wy­szła.

Sie­dzia­ła w po­wo­zie nie­ca­łą go­dzi­nę, gdy od stro­ny dworu uj­rze­li sy­gnał po­chod­nią, że przy­był już kom­plet wam­pi­rów. Pod­je­cha­li pod dwór. He­le­na dała sobie jesz­cze chwi­lę, by wy­rów­nać od­dech. Pod­czas cze­ka­nia od­kry­ła, że naj­le­piej dzia­ła po­rzu­ce­nie na­dziei i uzna­nie, że nie­chyb­nie zaraz umrze. Teraz czuła się cał­kiem spo­koj­na.

Kiedy prze­szła przez próg, na­tych­miast ob­ró­ci­ły się ku niej wszyst­kie głowy i od­sło­ni­ły wszyst­kie kły. Więk­szość to­wa­rzy­stwa ewi­dent­nie na­le­ża­ła do typu sło­wiań­skie­go, bo mie­szan­ka za­pa­chu per­fum i trupa ledwo po­zwa­la­ła od­dy­chać. W prze­ci­wień­stwie do von Schil­ke­go, ra­czej nie mieli szans na ukry­cie się wśród ludzi – albo byli wy­raź­nie pod­gni­li, albo mieli nosy bez chra­pek, albo usta cof­nię­te tak bar­dzo, że zęby były stale na wierz­chu… I wszy­scy jak jeden mąż za­czę­li się do niej zbli­żać. „Ca­spar!” po­my­śla­ła He­le­na z naj­sil­niej­szą moż­li­wą in­ten­cją. Wiedź­mie olej­ki miały chro­nić umysł przed hip­no­zą i pod­słu­chi­wa­niem, ale nadal do­pusz­czać ko­mu­ni­ka­cję, jeśli się na niej skupi. Jeśli źle za­dzia­ła­ją, to jej śmierć na­stą­pi za trzy, dwa, je…

Ca­spar nagle tak po pro­stu przed nią stał. Wy­szcze­rzył ra­do­śnie kły, jakby się jej spo­dzie­wał. Prze­mó­wił do sali.

– Bha­cia i sio­sthy! Po­zwól­cze, sze wam przed­sta­wię, moja wiedż­mia przy­ja­czół­ka, pani He­le­na Lip­ska. Tego wie­czo­hu będże moim gosz­czem, al­bo­wiem ho­zwa­sza do­łą­cze­nie do na­sze­go ghona. – A w umy­śle He­le­ny dodał „Czyś ty, ko­bie­to, osza­la­ła? Gdyby mnie co­kol­wiek nawet na chwi­lę za­trzy­ma­ło, już byś nie żyła. Skąd wie­dzia­łaś, że tu bę­dzie­my?”

Łow­czy­ni uśmiech­nę­ła się i dy­gnę­ła z wdzię­kiem.

– Wi­taj­cie. Je­stem za­szczy­co­na, iż mogę prze­by­wać w tak za­cnej kom­pa­nii. Przy­no­szę wam przy­jaźń gró­jec­kie­go kręgu. Moce moje od­da­ję na wasz uży­tek. – W gło­wie zaś do­po­wie­dzia­ła: „Słu­dzy ga­da­ją, nawet wasi. Od po­ko­jo­wej się do­wie­dzia­łam i po­sta­no­wi­łam swo­ich in­te­re­sów do­gląd­nąć oso­bi­ście. Może zdo­łam cię prze­ko­nać do sie­bie, zanim jutro od­wie­dzisz wdów­kę? Jeśli jest tu ja­kieś spo­koj­ne miej­sce, mo­gli­by­śmy…” Zanim zdą­ży­ła do­koń­czyć, Ca­spar uci­szył wszyst­kich ge­stem.

– Chcza­łem za­pho­po­no­wacz piehw­szy toast tej nocy, na czeszcz na­sze­go pięk­ne­go gosz­cza i owoc­nej wpół­pha­cy z wiedż­ma­mi z Ghój­ca. – Po czym rzu­cił jej gniew­ne spoj­rze­nie i po­my­ślał „A i ow­szem, zaraz pój­dzie­my w spo­koj­ne miej­sce. Ale nie wiem, pani, czy tego nie po­ża­łu­jesz”.

He­le­na prze­łknę­ła ślinę i od­trą­ci­ła wspo­mnie­nie twa­rzy wdowy po wo­je­wo­dzie, aby ob­ser­wo­wać salę. Wam­pi­ry brały ze sto­łów pu­cha­ry – z tego, co wi­dzia­ła, każdy wziął po jed­nym. Zer­k­nę­ła na sługę, który przed chwi­lą je na­peł­niał, i teraz z wiel­ką fa­scy­na­cją przy­glą­dał się belce w su­fi­cie. Nie­mal nie­do­strze­gal­nie kiw­nął głową. Wszyst­kie były za­pra­wio­ne. Do­sko­na­le.

Go­ście wznie­śli kie­li­chy i od razu je opróż­ni­li. Ide­al­nie. O ile wiedź­my nic nie po­my­li­ły. Teraz tylko mu­sia­ła jakoś wy­izo­lo­wać von Schil­ke­go. He­le­na sta­ra­ła się nie my­śleć, skąd wzię­li tyle krwi, a Ca­spar mu­siał wy­ła­pać jej zmar­twio­ne spoj­rze­nie, bo w gło­wie usły­sza­ła „A co to za pro­blem, umó­wić się z lo­kal­ny­mi cy­ru­li­ka­mi? Czerpią z tej współpracy duże zyski. Czasem może i większe, niż z obsługi śmiertelnych”. Tłu­ma­czył niby spo­koj­nie, ale jed­no­cze­śnie sta­now­czo zła­pał ją za ło­kieć i pro­wa­dził w stro­nę drzwi wycho­dzą­cych z sali bie­siad­nej. „Po­win­ni­śmy być tu sami” rzu­cił i wy­chy­lił się przez fra­mu­gę do środ­ka.

He­le­na od razu po­ję­ła, że lep­sze­go mo­men­tu nie bę­dzie. Szyb­ko na­bra­ła po­wie­trza i, naj­gło­śniej jak po­tra­fi­ła, huk­nę­ła:

– Sowa!

Przez jedną strasz­ną chwi­lę wam­pi­ry za­czę­ły się od­wra­cać w jej stro­nę, ale wtedy roz­pusz­czo­ne w kie­li­chach za­klę­cie za­dzia­ła­ło i wszyst­kie za­sty­gły, spa­ra­li­żo­wa­ne. Trzech ze słu­gów na­tych­miast rzu­ci­ło się otwie­rać okna i drzwi, przez które do środ­ka wpa­dli łowcy. Mieli około dwu­dzie­stu se­kund, zanim wam­pi­ry za­czną się ru­szać i dru­gie tyle, zanim od­zy­ska­ją pełną spraw­ność. Nikt nie za­mie­rzał dać im ta­kiej szan­sy. Łowcy od razu wzię­li się do pracy i roz­po­czę­ła się jatka.

He­le­na tym­cza­sem prze­pchnę­ła znie­ru­cho­mia­łe­go Ca­spa­ra przez próg do po­ko­ju i za­mknę­ła drzwi, spod któ­rych za­czę­ły wla­ty­wać chmu­ry po­pio­łu z za­bi­ja­nych wam­pi­rów. Von Schil­ke był bar­dzo stary, więc roz­pro­szo­ny czar za­dzia­łał­by na niego jesz­cze kró­cej; He­le­na ner­wo­wo wy­plą­ta­ła z wło­sów mały wo­re­czek, przy­ci­snę­ła go Ca­spa­ro­wi do szyi i szep­nę­ła: „Pu­chacz”. Ciało wam­pi­ra zmię­kło i opa­dło na pod­ło­gę, jakby ktoś od­ciął sznur­ki ku­kieł­ce. Łow­czy­ni uklę­kła koło niego, wciąż do­ci­ska­jąc za­klę­cie.

„Wy­bacz, skar­bie, ale gdy ty ba­wi­łeś w Sierp­cu, twoi pod­opiecz­ni mor­do­wa­li oko­licz­nych chło­pów. Je­de­na­ście ma­sakr w ciągu pół roku. Jutro by­ła­by dwu­na­sta”.

Oczy Ca­spa­ra otwo­rzy­ły się sze­rzej. „To nie­moż­li­we, wie­dział­bym”.

„Pil­no­wa­li się, żeby za­wsze być po dru­giej stro­nie ja­kiejś rzecz­ki. O ile do­brze ro­zu­miem, woda za­bu­rza sy­gna­tu­ry ma­gicz­ne, więc nie wy­czuł­byś. I nie wy­czu­łeś”.

Mimo pa­ra­li­żu, wście­kłość wam­pi­ra za­ci­snę­ła mu szczę­kę. Za­mknął oczy i mil­czał dłuż­szą chwi­lę.

„To teraz po­wiedz mi, wiel­ce spryt­na łow­czy­ni, co chcesz ze mnie wy­do­być, że jesz­cze żyję?”

„Nic nie chcę wy­do­by­wać i nie za­mie­rzam cię za­bi­jać. Kryli się przed tobą, a nawet… po­patrz”. He­le­na wy­cią­gnę­ła zza sta­ni­ka donos, który wzię­ła od Ty­mo­te­usza. Pod­su­nę­ła go Ca­spa­ro­wi pod oczy.

„Nawet po­zna­ję, który zgni­łek to na­pi­sał. Mie­li­ście mnie zabić”.

He­le­na kiw­nę­ła głową. „Dla­te­go, że ich po­wstrzy­my­wa­łeś. Takie wam­pi­ry jak ty są nam po­trzeb­ne i za­bi­ja­nie was by­ło­by głu­po­tą. Ko­rzyst­niej bę­dzie nam współ­pra­co­wać, nie­praw­daż? Mam na­dzie­ję, że się nie ob­ra­zisz za swoją chwi­lo­wą kon­dy­cję. Nie chcia­łam, żebyś zmarł, ra­tu­jąc tam­tych. No i teraz mo­żesz szcze­rze po­wie­dzieć swoim, że o ni­czym nie wie­dzia­łeś i nijak nie mo­głeś pomóc po­bra­tym­com”.

„Tacy po­bra­tym­cy to…” Znów za­milkł na dłuż­szy mo­ment. „Czy to za­pro­sze­nie do współ­pra­cy jest w imie­niu gil­dii?”

He­le­na wes­tchnę­ła. „Nie­ste­ty nie, na razie tylko w moim i grona moich braci. For­mal­nie pa­tro­nu­je nam ko­ściół i mu­si­my za­cho­wać po­zo­ry. Ale nie­for­mal­nie współ­pra­cu­je­my już z cza­row­ni­ca­mi i nie widzę po­wo­dów, by z wami nie było po­dob­nie”.

„Ty nie wi­dzisz i ja bym nie wi­dział, ale z tymi nade mną może być pro­blem. Oni lubią, jak wszyst­ko jest ofi­cjal­nie, z pompą. Ale będę im su­ge­ro­wać, może z cza­sem…”

Drzwi otwo­rzy­ły się i sta­nął w nich Szcze­pan, czego He­le­na do­my­śli­ła się tylko po po­stu­rze, bo był cały po­kry­ty po­pio­łem.

– Tu ni­ko­go nie ma! – rzu­cił chra­pli­wie za sie­bie, po czym uda­wał, że się roz­glą­da, i wy­mam­ro­tał cicho – Natan tu jest. Ktoś mu do­niósł, co się świę­ci. Za­bie­raj pi­jaw­kę. Po­wiem, że ucie­kłaś przed rze­zią.

He­le­na od­ję­ła za­klę­cie od szyi Ca­spa­ra, który mo­men­tal­nie ze­rwał się na nogi, bez słowa wziął ją na ręce i wy­sko­czył przez okno. Po­pę­dził w ciem­ność i po chwi­li byli już przy­naj­mniej trzy sta­ja­nia od dworu, ukry­ci za kępą drzew. Wam­pir posta­wił ją na zie­mi i z god­no­ścią otrze­py­wał się z po­pio­łu, pod­czas gdy ona usi­ło­wa­ła ustać na no­gach wbrew ko­lej­nym falom za­wro­tów głowy.

„To teraz pro­wadź, pani łow­czy­ni”.

He­le­na par­sk­nę­ła śmie­chem. Mu­sia­ła przy­znać, że szyb­ko od­zy­ski­wał rezon.

„Ja mam się sta­wić pod ko­ścio­łem w Trze­po­wie. A ty fruń, dokąd chcesz”.

„Jeśli to alu­zja do prze­mia­ny w nie­to­pe­rza, to to bzdu­ra z brud­ne­go palca wy­ssa­na. Ura­to­wa­łaś mi życie, więc mogę cię cho­ciaż ode­skor­to­wać w ra­mio­na tego łowcy, co go tak bez­li­to­śnie wo­dzisz na po­stron­ku”.

„Nie wiem, co masz na myśli”.

Tym razem to wam­pir się ro­ze­śmiał.

„Wiesz do­sko­na­le. On o tobie myśli jako o przy­szłej żonie, a ty… on jest po­ręcz­ny i pew­nie nawet go lu­bisz, ale nic wię­cej. I on nie ma, bie­da­czek, bla­de­go po­ję­cia”.

He­le­na prych­nę­ła. Bar­dziej niż sama bez­czel­no­ść Ca­spa­ra ze­zło­ści­ła ją myśl, że mógł mieć rację. Bru­tal­nie wy­pchnę­ła go ze swo­jej głowy i wy­sy­cza­ła:

– Ten cały wam­pi­ryzm może i kon­ser­wu­je ciało, ale umysł to się jed­nak sypie. Zresz­tą, to nie twoja spra­wa, pi­jaw­ko.

Drogę do ko­ścio­ła prze­by­li w ciszy.

***

Kiedy już skoń­czy­li prze­szu­ki­wać dwór i aresz­to­wa­li wam­pi­rzych cho­wań­ców, Szcze­pan oświad­czył, że idzie szu­kać He­le­ny. Tro­chę po­klu­czył z po­chod­nią wokół dworu, żeby wy­glą­da­ło wia­ry­god­nie, po czym ru­szył kłu­sem w stro­nę Płoc­ka, zu­peł­nie przy­pad­kiem wy­bie­ra­jąc drogę pro­wa­dzą­cą przez Trze­po­wo. Po kwa­dran­sie, w męt­nym świe­tle ostat­niej kwa­dry zo­ba­czył na tle nieba zarys ko­ścio­ła, a obok niego dwie po­sta­ci. Stali tyłem do sie­bie, ku uldze łowcy od­da­le­ni przy­naj­mniej o sążeń. Sam przed sobą tego nie przy­zna­wał, ale na widok uko­cha­nej opie­kuń­czo na­chy­lo­nej nad Ca­spa­rem po­czuł bo­le­sne ukłu­cie za­zdro­ści. Chę­do­żo­ne pi­jaw­ki.

Szcze­pan pod­je­chał bli­żej i ze­sko­czył z konia. He­le­na rzu­ci­ła mu się na szyję i po­ca­ło­wa­ła w nie­ty­po­wym dla sie­bie wy­bu­chu czu­ło­ści, na co von Schil­ke tylko wy­wró­cił ocza­mi.

– Ktoś was wi­dział? Nic wam się nie stało? Co on tu jesz­cze robi?

– Nie, nic i uparł się po­cze­kać, do­pó­ki się nie zja­wisz. – W świe­tle po­chod­ni wi­dział jej drwią­cy uśmiech. Teraz od­wró­ci­ła się do wam­pi­ra. – Dzię­ku­ję. Jak wi­dzisz, już je­stem bez­piecz­na. Prze­każ pro­szę naszą roz­mo…

Ca­spar uci­szył ją ner­wo­wym ge­stem, zmarsz­czył czoło i za­czął wpa­try­wać się w mrok. „Rzuć­cie to świa­tło i bądź­cie cicho; ktoś ukry­wa się w ciem­no­ści i go nie widzę”.

Zanim po­chod­nia zdą­ży­ła upaść na zie­mię, koło Szcze­pa­na prze­le­ciał bełt i tra­fił He­le­nę pro­sto w pierś. Straciła równowagę i poleciała do tyłu, z głu­chym łup­nię­ciem ude­rzając głową w ścia­nę ko­ścio­ła.

– Chy­bi­łem! Strze­laj w krwio­pij­cę! – Roz­legł się me­lo­dra­ma­tycz­ny krzyk brata Na­ta­na.

Brzęk­nę­ła cię­ci­wa i w stro­nę Ca­spa­ra po­le­ciał ko­lej­ny bełt, ale było już za późno. Von Schil­ke wy­ko­nał unik i znik­nął. Łowca wy­szarp­nął zza pasa to­po­rek i przy­jął po­zy­cję obron­ną przed cia­łem uko­cha­nej, ale miał bo­le­sną świa­do­mość, że był to pusty gest. Umar­lak dał nogę, a Szcze­pan miał zgi­nąć, zanim jego wzrok przy­zwy­czai się do ciem­no­ści.

Nagle z mroku do­bie­gły go prze­ra­żo­ne wrza­ski. Coś zo­sta­ło roz­szar­pa­ne, coś chlu­snę­ło, coś upa­dło… Głosy za­mil­kły nie­mal jed­no­cze­śnie, nie­mal na­tych­miast.

Po chwi­li wam­pir znów był koło niego i klę­kał przy He­le­nie, tylko dło­nie i twarz miał uwa­la­ne krwią. Szcze­pa­nem wstrzą­snę­ło, że można być za­ra­zem tak ludz­kim i tak po­twor­nym. Łowca pod­niósł z ziemi po­chod­nię, która nie zdą­ży­ła nawet zga­snąć, i po­chy­lił się nad uko­cha­ną, oba­wia­jąc się naj­gor­sze­go.

Ko­bie­ta była blada, za­krwa­wio­na i nie­przy­tom­na, ale, o dziwo, żywa. Bełt roz­trza­skał się na lilii wod­nej, jak gdyby była z ka­mie­nia. Zmiaż­dżo­ny grot tkwił mię­dzy płat­ka­mi, nawet ich nie prze­biw­szy. Wię­cej szkód na­ro­bił pro­mień, który roz­pry­snął się na drza­zgi i prze­ciął skórę na szyi i de­kol­cie łow­czy­ni. Naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­ca była jed­nak krew, która są­czy­ła się ze skro­ni tam, gdzie ko­bie­ta ude­rzy­ła głową w ścia­nę.

To było na­praw­dę dużo krwi.

Ca­spar otwo­rzył usta i wy­su­nął kły. Szcze­pan nie zdą­żył unieść broni, gdy wam­pir ugryzł. Sie­bie, w nad­gar­stek. Od­chy­lił głowę nie­przy­tom­nej He­le­ny tak, że otwo­rzy­ły się usta, i bro­czył w nie swoją krwią.

– No dalej, łow­czy­ni. Walcz!

Po chwi­li ko­bie­ta prze­łknę­ła i von Schil­ke przy­ci­snął rękę do jej ust. Oczy wciąż miała za­mknię­te, ale piła. Jej rany prze­sta­ły krwa­wić i po­wo­li się za­my­ka­ły. Szcze­pan otrzą­snął się z za­sko­cze­nia.

– Czy ona… Czy ty ją zmie­niasz?

Ca­spar wes­tchnął cięż­ko.

– To zro­bię do­pie­ro wtedy, gdy sama mnie po­pro­si. O ile dasz radę upil­no­wać współ­bra­ci, żeby nikt jej nie uto­pił, nie udu­sił i nie skrę­cił jej karku przez na­stęp­ną dobę, może pół­to­rej, to po­zo­sta­nie czło­wie­kiem. Moja krew uod­por­ni ją w tym cza­sie na rany i tru­ci­zny, ale jeśli coś znisz­czy jej serce, mózg lub po­łą­cze­nie mię­dzy nimi, to po pro­stu umrze. Nie wiem, skąd miała ten ta­li­zman, ale bez niego nic bym już nie zdzia­łał.

Szcze­pan po­my­ślał, że musi pierw­szy raz w życiu zło­żyć ofia­rę. Wod­nik miał u niego co naj­mniej ko­gu­ta.

– Dzię­ku­ję ci. Ale nie mogę uwie­rzyć, że mało przez cie­bie nie zmar­ła.

Wam­pir spoj­rzał na niego jak na idio­tę.

– Ja byłem pre­tek­stem, żeby strze­lić. Kle­cha ce­lo­wał w nią. Sły­sza­łem jego myśli.

W tym mo­men­cie He­le­na otwo­rzy­ła oczy i za­ze­zo­wa­ła na rękę w swo­ich ustach. Ca­spar odjął ją, a ko­bie­ta nie­wy­raź­nie wy­mam­ro­ta­ła:

– Ejjjj nie-e, ja też chcę na murze ja­kimś. Ten chiń­ski, wiel­ki może być. Na pewno nie w chę­do­żo­nym Trze­po­wie pod ko­ścio­łem.

Von Schil­ke uśmiech­nął się pod nosem i po­kle­pał Szcze­pa­na po ra­mie­niu.

– Oszo­ło­mie­nie zaraz przej­dzie. Macie sporo do ob­ga­da­nia i le­piej, żeby nikt mnie z wami nie wi­dział. Wasi ko­le­dzy już jadą. Do­brej nocy, panie łowco.

Zanim męż­czy­zna zdą­żył od­po­wie­dzieć, wam­pi­ra już przy nim nie było. Na wszel­ki wy­pa­dek Szcze­pan krzyk­nął w mrok ostat­nie „dzię­ku­ję”.

***

Staj­nia za­jaz­du była dosyć czy­sta, przy­naj­mniej jak na staj­nię. Za­pach siana i koń­skiej sier­ści przy­jem­nie do­mi­no­wał nad smro­dem łajna. Przez otwar­te wrota wi­dzia­ła, jak gra­nat nieba po­wo­li ja­śnie­je. To był trze­ci raz w tym ty­go­dniu, jak He­le­na wy­ru­sza­ła przed świ­tem, ale tym razem wra­ca­ła do domu, więc mniej jej to prze­szka­dza­ło.

Skoń­czy­ła wresz­cie mo­co­wać juki i od­wró­ci­ła się po swoją ulu­bio­ną kurtę, tak ob­szer­ną, że nawet nie mu­sia­ła ob­wią­zy­wać pier­si, żeby wy­glą­dać na dro­dze jak męż­czy­zna. Jed­nak za­miast na haku, ubra­nie tkwi­ło w rę­kach opar­te­go o ścia­nę Ca­spa­ra.

– Nie za… – prze­rwa­ła, bo wam­pir przy­ło­żył palec do ust.

No tak, wokół mogli się już krę­cić inni łowcy. Kiw­nę­ła głową i prze­szła na ko­mu­ni­ka­cję men­tal­ną, „Nie za późno dla was, panie wam­pir? Słoń­ce zaraz wzej­dzie”.

„Mam jesz­cze tro­chę czasu. Poza tym, w moim wieku wy­ro­bi­łem już pewną to­le­ran­cję. Mi­nę­ło­by z pięć minut, zanim bym spło­nął”. Pod­szedł do niej i zsu­nął chu­s­tę, którą miała owi­nię­tą wokół głowy. Za­ci­snął gniew­nie szczę­kę. „Ob­cię­li ci włosy?”

„Co, nie­ład­nie mi? Cóż, Agata po­pra­wi, bę­dzie cud-miód, ma­li­na”. Uśmiech­nę­ła się prze­kor­nie, ale wam­pir nie wy­glą­dał na roz­ba­wio­ne­go. „Nie bądź taki obu­rzo­ny, sama to zro­bi­łam! Ten chło­pak, który zgi­nął z Na­ta­nem, to­wa­rzy­szył mi w Grój­cu, gdy han­dlo­wa­łam z cza­row­ni­ca­mi. Mu­sia­łam za­ło­żyć, że komuś po­wie­dzie­li i z cza­rów się już nie wy­łgam, a i śmierć tych dwóch pół­głów­ków ktoś mógł­by przy­pi­sać mnie. Więc kiedy Szczep pró­bo­wał wszyst­kim wmó­wić, że całą czwór­ką wal­czy­li­śmy z tobą, ja ob­cię­łam włosy i od razu po­ło­ży­łam się krzy­żem tam, w trze­pow­skim ko­ście­le. Byłam pełna skru­chy za moje kon­szach­ty z wiedź­ma­mi, za które Bóg po­ka­rał nas, bio­rąc do sie­bie te dwa klej­no­ty na­szej gil­dii, et ce­te­ra, et ce­te­ra… Gdy przy­by­ło do­wódz­two, pra­wie po­pła­ka­li się ze wzru­sze­nia i sami tłu­ma­czy­li mi, że mam sobie wy­ba­czyć”.

Szczę­ka roz­luź­ni­ła się, ale brew po­zo­sta­ła zmarsz­czo­na. „I Szcze­pan się na to zgo­dził”?

„Nie py­ta­łam go o zda­nie. Zresz­tą, za­wsze chcia­łam spraw­dzić, jak to jest. Otóż lekko i prze­wiew­nie, zwłasz­cza teraz, kiedy robi się cie­pło. Ni­cze­go nie ża­łu­ję. Ale ty chyba nie przy­sze­dłeś tu, żeby ko­men­to­wać moją fry­zu­rę, praw­da? Wła­ści­wie to ci nie po­dzię­ko­wa­łam za ura­to­wa­nie życia”.

„Naj­pierw ty ura­to­wa­łaś mnie, ry­zy­ku­jąc śmier­cią nie tylko z rąk moich po­bra­tym­ców, ale i two­ich, jak się oka­za­ło. Mój dług wciąż jest ogrom­ny. Ale cho­ciaż za­cznę go spła­cać, zwłasz­cza, że chciał­bym cię jesz­cze zo­ba­czyć, a wy­raź­nie masz za­mi­ło­wa­nie do pcha­nia się pod nóż”.

Wy­cią­gnął zza pa­zu­chy nie­wiel­ką mo­sięż­ną ma­nier­kę na dłu­gim łań­cusz­ku, który prze­ło­żył przez głowę zdzi­wio­nej He­le­ny.

„Tej nocy jadę do Ber­li­na tłu­ma­czyć, czemu gniaz­do pod­da­ne pod moją opie­kę zo­sta­ło wy­tę­pio­ne do nogi. Nie wiem, kiedy po­zwo­lą mi wró­cić. Masz tu, sza­lo­na ko­bie­to, moją krew. Jeden ły­czek i rany ni cho­ro­by nie po­win­ny być śmier­tel­ne”.

He­le­na ob­ra­ca­ła na­czy­nie w dło­niach; w sła­bym świe­tle ka­gan­ka ledwo do­strze­ga­ła runy wy­ry­te w me­ta­lu.

„Nie tylko ty masz kon­szach­ty z wiedź­ma­mi. W tej ma­nier­ce krew bę­dzie za­wsze świe­ża. Pij tylko, kiedy to bę­dzie ko­niecz­ne, a może ci star­czy do na­sze­go na­stęp­ne­go spo­tka­nia”. Sta­nął za nią i po­mógł za­ło­żyć kurtę.

„Dzię­ku­ję ci, Ca­spar. Po­sta­ram się do­brze to wy­ko­rzy­stać. Mam na­dzie­ję, że ty też jakoś się wy­bro­nisz”. Na chwi­lę do­tknę­ła jego dłoni, po czym od­wró­ci­ła się i wsia­dła na konia.

„Zaraz, je­dziesz sama? A gdzie ten twój niedź­wiedź?”

„Szczep? Do­go­ni mnie po dro­dze. Po­szedł z ofia­rą nad Skrwę. Chcia­łam iść z nim, ale się nie zgo­dził, więc dałam mu ob­cię­ty war­kocz dla wod­ni­ka na pa­miąt­kę. Nie martw się, to ru­chli­wy szlak i jadę za dnia. Nic mi nie bę­dzie, a i tobie życzę sze­ro­kiej drogi”. Uśmiech­nę­ła się ostat­ni raz i ru­szy­ła w drogę do domu.

***

Naj­trud­niej­szą czę­ścią skła­da­nia ofia­ry nie było, wbrew prze­wi­dy­wa­niom Szcze­pa­na, nie­spo­koj­ne su­mie­nie, tylko prze­trans­por­to­wa­nie ży­we­go ko­gu­ta przez łęgi. Tym razem przy­był nad rzekę na tyle bli­sko świtu, że w miarę do­brze wi­dział i nie po­ty­kał się, ale za to jego ła­du­nek był znacz­nie bar­dziej kło­po­tli­wy. W przy­pły­wie wdzięcz­no­ści po­przed­nie­go dnia wy­brał naj­więk­sze­go czar­ne­go ptaka na targu; zwie­rzę oka­za­ło się za­ska­ku­ją­co silne i w po­ło­wie drogi do plaży we współ­pra­cy z wy­sta­ją­cą ga­łę­zią ro­ze­rwa­ło ple­cio­ną klat­kę. Łowca w ostat­niej chwi­li zła­pał ucie­ka­ją­ce­go ko­gu­ta i teraz niósł go za szyję i za nogi, po­dzio­ba­ny, po­dra­pa­ny i obi­ja­ny skrzy­dła­mi.

Gdy do­tarł wresz­cie do rzeki, padł na ko­la­na i z mści­wą sa­tys­fak­cją we­tknął pta­szy­sko pod wodę.

– Dzię­ku­ję wam, ojcze wod­ni­ku. Ura­to­wa­li­ście He­le­nę. Oto skła­dam w ofie­rze do­rod­ne­go ko­gu­ta; mam na­dzie­ję, że przy­pad­nie wam do gustu.

Ptak szar­pał się jak opę­ta­ny, po czym tak po­tęż­nie dziob­nął łowcę w dłoń, że ten pu­ścił. Kogut wy­sko­czył nad wodę, gdy szara ręka wy­strze­li­ła z rzeki i zła­pa­ła go za szyję. Wod­nik wy­nu­rzył się cały, bez­ce­re­mo­nial­nie od­gryzł i wy­pluł głowę zwie­rzę­cia i po­cią­gnął łyk z ki­ku­ta szyi.

– Pięk­ny kogut, łowco. Mię­ska mnó­stwo, a i z piór się coś ład­ne­go wy­my­śli. Tylko czemu taki zgnę­bio­ny je­steś, skoro twoja uko­cha­na jest bez­piecz­na?

– Nie wiem, jak długo jesz­cze bę­dzie moja – wy­rwa­ło się Szcze­pa­no­wi z ust, ku jego za­sko­cze­niu. Ale, w sumie, z kim miał o tym po­roz­ma­wiać? – Nie, że mam ja­kie­goś jed­ne­go kon­ku­ren­ta, ale bycie moją żoną to chyba nie jest coś, co ją in­te­re­su­je.

Wod­nik wes­tchnął i usiadł po tu­rec­ku przy brze­gu. Po­kle­pał pia­sek przed sobą i po­cią­gnął po­now­nie z szyj­ki ko­gu­ta.

– Jak masz, łowco, flasz­kę, to siądź ze mną. Po­dzie­lam twój ból. W ze­szłym ty­go­dniu taki jeden, naj­pięk­niej­szy z całej wsi, z go­rzał­ką prze­sa­dził i nie­da­le­ko stąd uto­nął. Żadna ma­mu­na już teraz na mnie nie spoj­rzy, wszyst­kie tylko no­we­go to­piel­ca po rzece chcą opro­wa­dzać. A ja taki dobry za­wsze dla nich byłem! Ko­bie­ty, co?

Szcze­pan usiadł na pia­sku na­prze­ciw star­ca, wy­cią­gnął z kie­sze­ni fla­szecz­kę i też po­cią­gnął. Słoń­ce po­ja­wi­ło się wresz­cie nad ho­ry­zon­tem i świat z każdą chwi­lą sta­wał się pięk­niej­szy.

– Ko­bie­ty… Czego one od nas chcą wła­ści­wie?

– Chcą tego, czego chcą – po­wie­dział wod­nik z na­masz­cze­niem. – Co nie­ko­niecz­nie jest tym, co mo­że­my im dać.

Koniec

Komentarze

Anoiu!

 

Powtórzę się z bety (może dodam coś nowego) :3

 

Pijawki. Low fantasy, umieszczone w historycznych realiach – czyli to, co lubię. Pomimo długości czytało się dobrze, tylko po prostu trzeba sobie przeznaczyć koło godzinkę na czytanie, żeby nie tracić rytmu. Podobają mi się staropolskie wstawki językowe, czy opisy realiów i postaci. Mieszanie mitologii kilku kultur wyszło zgrabnie, zwłaszcza jeśli chodzi o te rodzaje wampirów. Tworzysz swoje uniwersum, które faktycznie ma jakieś tło, jakieś zasady. I to się ceni.

Większość opowiadania to śledztwo, co nie znaczy, że jest to wada. Jedni pewnie pomarudzą, że tak naprawdę akcja pojawiła się dopiero pod koniec, inni docenią cały proces detektywistyczny. Dla mnie jest to fajny zabieg, bo pokazujesz sposoby działania bohaterki, tym samym budując jej postać.

Jest to zdecydowanie biblioteczne opowiadanie, to na pewno. ^^

Dlatego też klimkam.

 

Pozdrawiam! ^^

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

usłyszał, że obaj pełnią funkcję li tylko doradczą, a łowcy wiedzą, co robią.<– Czy to li jest potrzebne?

Dramatyczny spadek śmiertelności wśród łowców w poprzednim roku nie był żadnym powodem do radości; on kazał podejrzewać przerażające infestatio duchową korupcją.<--Jak wyżej, teraz dla on.

Jej młodsza kuzynka westchnęła, pokręciła głową i krótką ją przytuliła.<-- Literówka.

więc chodził teraz po pokoju w tę i we wSPACJA,

i dopilnuj waszej strony równania,<-- równania?

i teraz z wielką fascynacją przyglądał się belce suficie.<-- Literówka.

Anoia,

Koniec marudzenia. Czas na pochwały. Świetne. Piszesz nie zbyt wiele, ale jak już, to eukaliptus. Zaczynając od świetnego tytułu, a kończąc na:

– Kobiety… Czego one od nas chcą właściwie?

– Chcą tego, czego chcą – powiedział wodnik z namaszczeniem. – Co niekoniecznie jest tym, co możemy im dać.

Znakomicie wpisałaś się pomiędzy Twoje “Demonologię” i “Romantyzm”. Byłoby bez sensu, gdybym nie dał klika i myślę, że będzie ich więcej.

 

 

 

Zaginęłam, ale wróciłam.

Znakomite opowiadanie. Łączy wiele mądrości z rubasznością, mroczne opowieści z lekkim humorem, poza tym zawiera sporo zmysłowości, pomysłowości i rustykalności;)

Powtórzę za betą, że lubię Twoje opowieści za ich osadzenie w Polsce, a nie w Ameryce, za krwistych i plastycznych bohaterów i dynamiczną akcję.

Będę się upierać, że Szczepan wyszedł nieco płaski, jak większości męskich autorów heroiny;P i latynoamerykański, ale i tak czytałam z przyjemnością.

Barbarzyńco,

jeszcze raz dziękuję Ci za betę! I za dobrą ocenę, i za kliczka :) “Sceny akcji” może faktycznie traktuję po macoszemu, bo mnie samą znacznie bardziej interesuje to, co wcześniej i później. Ale pewnie będę się musiała w końcu nauczyć je pisać.

 

Misiu,

dziękuję Ci za komentarz i kliczka, cieszę się, że mój eukaliptus przypadł Ci do gustu. Babole poprawiłam; “li” i “on” nie są niezbędne, ale pasują mi do stylizacji tej postaci, a z “równaniem” to celowa metafora (zostawiamy emocje za drzwiami i traktujemy to jako praktyczne zadanie do rozwiązania).

Jak już wygrzebię się z remontu, w którym ugrzęźliśmy, obiecuję pisać więcej :)

 

Ambush,

cieszę się, że powróciłaś i dziękuję za betę, komentarz i kliczka. To, co nazywasz “latynoamerykańskością” to są właśnie moje próby nadania Szczepciowi dodatkowego wymiaru – żeby nie był takim samczym monolitem. Rozumiem, że z Twojej perspektywy wyszło umiarkowanie XD Cieszę się, że mimo tego lektura przypadła Ci do gustu!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Obrażam się w imieniu własnym i Asylum;P

Wyedytowałam, o mój jeżu i borze zielony, wybacz mi, to z rozpędu i zmęczenia. Jesteś moim azylem w tym chaotycznym świecie, to dlatego <3

Nie martw się, jesteście niemożliwe do pomylenia, to moje przemęczone mózgowie zrobiło psikusa!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

;)

Hej, ho! :) Przybywam! Opowiadanie rzeczywiście długaśne, ale czytałam z zainteresowaniem – poza samą końcówką (już po punkcie kulminacyjnym), która moim zdaniem jest już trochę zbyt rozwlekła.

 

Znalazłam kilka błędów i błędzików:

 

tę hańbą

 

Postanowił spróbować skromniej; zamiast handlarzy z własnymi kramami, rozejrzał się po przekupkach z towarem rozłożonym na stołach i chustach.

→ zamiast po handlarzach…

 

Widzę, że i wy ją zauważyłyście?

Imo – powinno tutaj być: zauważyliście.

 

które babulinka sobie chyba wymyśliła

Tak byłoby i krócej, i zabawniej, bez żadnego uszczerbku dla sceny/opowiadania.

 

Nie była pewna, ale miała wrażenie, że widzi na jego twarzy rozczarowanie.

Absolutnie nie rozumiem, skąd to rozczarowanie. ^^'

 

„Rozumiem, że jednak nie o liczebność chodzi, tylko pańskiej wybrance do pięt nie dorastam?”

To też czytałam jakieś 10 razy – cofnęłam się do fragmentu wyżej, gdzie była mowa o liczbach – i za cholerę nie rozumiem. Jeszcze liczebność może tak – czyżby był rozczarowany, bo ona chciała stać się wampirem, a nie interesowała się nim dla niego samego? Ok, i teraz zrozumiałam chyba też o wybrance. Całość: “widziałam u ciebie rozczarowanie – ale chyba nie chodzi o to, że ja również chcę być wampirem, tylko o to, że nagle stwierdziłeś, że nie dorastam twojej babie do pięt"?

To jedyna interpretacja, na jaką wpadłam – ale po naprawdę długim myśleniu. Mogłabyś to ująć jakoś jaśniej – i przede wszystkim bez tej wielkiej przerwy między tymi fragmentami (chyba że to tylko mój pomysł, że są ze sobą połączone).

 

Podobnie:

– Pani Małgoszato, jeszli moszna spytać, jak to sze stało, sze mimo wychowania w jednym domu, tak rószne miałyszcze panie dszewiej podejszcze?

Helena zdławiła chichot.

Tutaj “moszna” mi uciekła i sądziłam, że śmieje się z ogółu jego wymowy – i uznałam, że reakcja jest przesadzona. Może coś w stylu:

– Pani Małgorzato, jeśli moszna spytać…

Tutaj bohaterka parska śmiechem, a on po chwili kontynuuje.

I samego sensu pytania też nie rozumiem – czy Małgorzata – religijna i bogobojna – w takiej sytuacji naprawdę podkreślałaby tę nagłość “gorliwości religijnej” Heleny? Raczej nie, dlatego musiałam się nagłowić, zanim zrozumiałam, dlaczego wampir pyta o różnice pomiędzy nimi w przeszłości.

 

„(…) jeśli ktoś wyrazi chęć osiedlenia się gdzie indziej, mogę was zapoznać. Albo możesz poczekać, aż wypełnię tu swoje obowiązki, i zostać moją towarzyszką”.

Taka propozycja po dwóch kwadransach znajomości trochę dziwi. Ma 1400 lat i tak szybko pada ofiarą zauroczenia? Czy może proponuje to każdemu, kto reflektuje, choćby odrobinkę? ;) Na miejscu wampirów sama bym go zamordowała. xD

 

W świetle księżyca wyraźnie widział krągłości jej bioder (…) W wodzie stał niższy od niej o połowę, pomarszczony, długowłosy dziad z rybimi oczami. Macał się po poparzonej ziołami skórze i wyglądał na urażonego

Wcześniej Szczepan potyka się, bo ledwo cokolwiek widać (noce bez świateł miast w pobliżu są NAPRAWDĘ ciemne) – jak wspomniałaś, jest już kilka dni po pełni – a tutaj widzą dokładnie wszystkie szczegóły…? Rozumiem, że bezpośrednio nad rzeką nie ma drzew, ale i tak…

 

Godzinę później Helena była już w spodniach i galopem ruszali spod bram miasta.

Niby wiadomo, o co chodzi, ale mocno mnie razi to pomieszanie podmiotów.

 

Nie miała wyboru, musiała zaufać braciom łowcom. (…)

Ten brak wyboru powtarza się tam 3 czy 4 razy – dopuszczam myśl, że to było specjalnie, ale jednak brakuje mi jakiegoś bardziej wyraźnego “wzorca”, który wskazywałby na to jednoznacznie. W obecnym kształcie wygląda bardziej na powtórzenia.

 

– Ten cały wampiryzm może i konserwuje ciało, ale umysł to się jednak sypie. Zresztą, to nie twoja sprawa, pijawko.

Drogę do kościoła przebyli w ciszy.

To – i w ogóle cały ten fragment – są IMO zbyt “romansidłowe”, co mnie trochę zdziwiło, bo w innych miejscach opisujesz “te rzeczy” znacznie zgrabniej.

 

Gdy dotarł wreszcie do rzeki, Szczepan padł na kolana

IMO – tam wiadomo, o co chodzi, a tak jest trochę dziwnie.

 

Ptak szarpał się jak opętany, po czym tak potężnie dziobnął łowcę w dłoń, że ten puścił.

Zwolnił chwyt…? IMO puszcza bez dopełnienia to raczej jakaś rzecz – puściła lina, wiązanie, klej czy coś takiego. Trochę to nawet brzmi, jakby łowca się – a bo ja wiem – urwał, rozpuścił, oderwał? xD (Tak, wiem, to wina forumowego narzekania na zaimki. ^^)

 

Było tego więcej, ale czytałam na telefonie (była to przyjemna podróż pociągiem :)), a teraz to już to wszystko pogubiłam. Podsumowując: opowiadanie jest świetne, jedno z lepszych, jakie czytałam na portalu (imo lepsze od niektórych piórkowych…). Ja bym jednak je jeszcze dopracowała – przede wszystkim skróciła (na pewno by się dało, może nawet o 10.000 znaków). Momentami za dużo wyjaśniasz albo uprawiasz ciężką ekspozycję, np.:

– Na razie możesz pożyczyć pompatyczne smęty braciszka i powiedzieć wszystkim, że składają życie w ofierze, by zabić choć kilku. Prawdę powiesz tylko zaufanym, i to tylko, jeśli będzie to niezbędne. A potem będziesz tłumaczył, że to był jedyny sposób, by złapać wszystkich naraz i naraziłam własną duszę, by ratować setki istnień, czy coś w tym stylu. Albo od razu zwal to na mój tchórzliwy kobiecy charakter, powiedz, że was zaskoczyłam, a ja będę bardzo skruszona. Dam się ogolić na łyso i, no nie wiem, będę chodzić we włosienicy. Jakoś przeżyję. Ale wampiry już nie.

Ło Boziu ^^’ Mi wystarczyłoby chyba coś w stylu: Jakoś to będzie, coś się wymyśli.

 

Z kolei w tym jednym fragmencie przyśpieszyłaś aż za bardzo:

Helena odjęła zaklęcie od szyi Caspara, który zerwał się na nogi, wziął ją na ręce i wyskoczył przez okno. Już po chwili zatrzymali się ukryci za kępą drzew. Wampir odstawił ją na ziemię i z godnością otrzepał się z popiołu.

To było takie “hop, siup” – ale za bardzo hop, siup (mimo że dosłownie hop, siup).

 

Tak więc, ogólnie: trochę zbyt szczegółowo, momentami trochę przydługo – przez co momentami robi się chaotycznie. Momentami odrobinę zbyt romansidłowo. Ach, i były miejsca, kiedy język wydawał się MOCNO anachroniczny – zwłaszcza to:

Mam prawo delegować obowiązki. – IMO tutaj wkradła się wręcz KORPO gadka.

Albo: “nie patrz tak na mnie, przecież nie ja to wymyśliłem”. Facet z tamtej ery raczej by czegoś takiego nie powiedział, nawet by na to nie wpadł – IMO.

 

Wymieniłam tego wszystkiego dużo i wiem doskonale, jakie to sprawia wrażenie xD, ale co ja mogę poradzić, że to 64.000 znaków – na taką objętość to wcale nie tak dużo.

Ale sam pomysł świetny, wykonanie również bardzo, bardzo dobre. W tym kilka słów, które nawet po nocach mi się nie śniły. xD Wszystko całkiem logicznie. Baaaardzo podobało mi się to napięcie między wampirem a Heleną – zwłaszcza wtedy, kiedy było to “prawdziwe” napięcie, a nie otwarte, hm, przekomarzanie.

Początek podobał mi się szczególnie, te rozważania Natana, które wywołują uśmiech na twarzy czytelnika – a potem również było sporo naprawdę dobrego humoru. Np. to mnie rozbawiło:

(…) mógł się założyć, że jeżeli w ogóle zareagowała jakoś na solidne uposażenie stwora, to co najwyżej uznaniem.

xDDD

Było tych zabawnych fragmentów o wiele więcej, ale ten komentarz i tak jest już za długi.

P.S. Fajne określenie na wampiry – “pijawki”. Pewnie gdzieś już było, ale ja nie widziałam.

 

Niniejszym masz zaszczyt wink otrzymać pierwszego mojego klika do biblioteki! O ile się nie mylę, dzisiaj jest pierwszy dzień, kiedy MOGĘ. cool

 

Pozdrawiam ^^

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

DHBW,

jak miło mi, że przybyłaś! Dziękuję bardzo za kliczka, to faktycznie zaszczyt, zostać wybraną na ten pierwszy raz ;)

Bardzo mnie cieszy że tekst się spodobał i dał radę Cię rozbawić.

Dziękuję bardzo za łapankę, wprowadziłam to i owo.

Widzę, że i wy ją zauważyłyście?

Imo – powinno tutaj być: zauważyliście.

Ona przed chwilą mówiła ogólnie a „babach”, więc odniosłam wypowiedź do ogóły plotkujących kramarek. Ale tak ogólnie, to w mnogiej grzecznościowej zawsze używa się formy męskoosobowej?

które babulinka sobie chyba wymyśliła

Tak byłoby i krócej, i zabawniej, bez żadnego uszczerbku dla sceny/opowiadania.

W mojej wizji osobowości Szczepcia, on by zawsze dopuszczał, że może jednak czegoś nie wie.

Absolutnie nie rozumiem, skąd to rozczarowanie. ^^'

Potykamy się o to, że piszę wyraźnie z jej perspektywy, a ona też tego nie wie. Spróbowałam to trochę lepiej pokazać w tekście, i przy okazji złagodzić jego zainteresowanie w ostatecznej ofercie.

Ja nie miałam w ogóle intencji, żeby oni ze sobą (na tym etapie historii) romansowali – raczej podoba im się, że są dla siebie godnymi przeciwnikami. Spróbowałam ten aspekt trochę wyostrzyć.

Tutaj “moszna” mi uciekła i sądziłam, że śmieje się z ogółu jego wymowy – i uznałam, że reakcja jest przesadzona.

Przyczyna śmiechu jest w następnym zdaniu – ją bawi kontrast między wyobrażeniem mrocznego drapieżnika, a jego nieporadnością. A jeśli chodzi o to, czy Małgorzata podkreślałaby nagłe „nawrócenie” kuzynki – myślę, że trudno byłoby jej się przed tym powstrzymać. Z mojego doświadczenia, niewiele rzeczy tak trafia do wrażliwości religijnej wierzących jak motyw syna marnotrawnego. 

Zwolnił chwyt…? IMO puszcza bez dopełnienia to raczej jakaś rzecz – puściła lina, wiązanie, klej czy coś takiego. Trochę to nawet brzmi, jakby łowca się – a bo ja wiem – urwał, rozpuścił, oderwał? xD (Tak, wiem, to wina forumowego narzekania na zaimki. ^^)

Dla mnie dopełnienie domyślne jest dosyć naturalną formą, również poza forum. To drugi raz (wcześniej były brwi, które spotkały się na środku), jak zwracasz mi na to uwagę, więc albo mamy inne wyczucie języka, albo skrzywiła mnie praca w tłumaczeniach i teraz nie umiem w polszczyznę :( Zobaczę, czy kogoś jeszcze to zaboli.

Mam prawo delegować obowiązki. – IMO tutaj wkradła się wręcz KORPO gadka.

“Delegowanie” jako pojęcie istniało na długo przed korporacjami, chociaż faktycznie nie udało mi się sprawdzić, kiedy pojawiło się pierwszy raz w języku polskim. Niemniej, dokładnie o korpogadkę mi chodziło – chciałam zasugerować, że taki właśnie archaiczny korpoklimat panuje w gildii.

Albo: “nie patrz tak na mnie, przecież nie ja to wymyśliłem”. Facet z tamtej ery raczej by czegoś takiego nie powiedział, nawet by na to nie wpadł – IMO.

Jak najbardziej by wpadł. Staropolscy moraliści produkowali dziesiątki tekstów krytykujących kobiety za noszenie się nieskromnie lub, co gorsza, modnie (fuj!), czego raczej by nie robili, gdyby nie mieli z kim walczyć. Ten bój toczy się od wieków, a w opisywanym okresie (końcówka XVI wieku) był, z tego co rozumiem, mocno nasilony.

Nie mam serca już nic skracać. I tak się cieszę, że dałam radę się powstrzymywać, żeby nie dodać jeszcze kilku scen ;)

P.S. Fajne określenie na wampiry – “pijawki”. Pewnie gdzieś już było, ale ja nie widziałam.

Mi się wydaje, że gdzieś to czytałam, bo to dość intuicyjne. Próbowałam spytać google, ale wyrzuciło mi tylko hirudoterapię, więc teraz mi niedobrze i trochę słabo :(

Dziękuję jeszcze raz za wizytę, POTĘŻNY komentarz, dzięki któremu podszlifowałam tekst, i kliczka.

Pozdrawiam!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Fajny tekst, przyjemnie czytało się o przygodach Heleny :) Jakoś ją lubię; ją i jej niestandardowe podejście do walki z różnymi siłami nieczystymi. Tekst faktycznie dłuuugi, być może momentami nieco przegadany, ale wciąż trudno się od niego oderwać. Postać wodnika i jego przemyślenia na koniec bardzo mi się podobały. W ogóle fajnie pogrywasz i ludowymi wierzeniami, i stereotypami jako takimi :)

Klik :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ona przed chwilą mówiła ogólnie a „babach”, więc odniosłam wypowiedź do ogóły plotkujących kramarek.

Hm, być może, ale to było na tyle “dawno”, że ciężko to w ten sposób zrozumieć.

Ale tak ogólnie, to w mnogiej grzecznościowej zawsze używa się formy męskoosobowej?

Chyba tak. xD

http://www.dialektologia.uw.edu.pl/index.php?l1=leksykon&lid=653

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Jestescie-pierwsi-gospodarzu;13387.html

 

Ja nie miałam w ogóle intencji, żeby oni ze sobą (na tym etapie historii) romansowali – raczej podoba im się, że są dla siebie godnymi przeciwnikami.

Hm, hm, no ja odniosłam inne wrażenie – i to mocno. xD

 

mamy inne wyczucie języka

Bardzo możliwe, aczkolwiek, jeżeli to ja jestem "skrzywiona”, to – co ciekawe – również wydaje mi się, że przez robienie w tłumaczeniach. xDD

 

Niemniej, dokładnie o korpogadkę mi chodziło – chciałam zasugerować, że taki właśnie archaiczny korpoklimat panuje w gildii.

Hm, hm, hm. Kręcę ziemniaczanym nochalem. Masz tutaj dość mocną stylizację na taki starodawny język – i to “delegowanie” po prostu sterczy i odstaje, tak jakbyś nagle wrzuciła tam “elektronowy mikroskop skaningowy”. Oczywiście wyolbrzymiam – ale wiesz, o co chodzi.

Nawet jeśli to słowo istniało/było używane już wcześniej, obecnie za mocno kojarzy się z korpo-korpo. Na Twoim miejscu zasugerowałabym archaiczny korpoklimat w jakiś inny sposób, tzn. inaczej niż językowo. ^^’

 

Oczywiście zrobisz z tymi uwagami, co zechcesz. Tak jak powiedziałam, opowiadanie świetne. Pozdrawiam! :)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Irko,

dziękuję bardzo za komentarz i za klika. Hela wróci jeszcze nie raz, mam na nią sporo pomysłów. Cieszy mnie też, że widzisz zabawę stereotypami, mam z tego dużą frajdę.

 

DHBW,

dziękuję, czuję się mądrzejsza w zakresie mnogiej :D a i nad “delegowaniem” obiecuję się jeszcze zastanowić. Niemniej, i nie wiem, czy to widać, ale staram się różnicować nasilenie i typ stylizacji pomiędzy postaciami. Szczep, Hela i Caspar najczęściej mówią całkiem normalnie.

Jeśli chodzi o “romansowanie” – jak mówię, trochę podszlifowałam tekst w tym kierunku, ale być może różnimy się też rozumieniem tego słowa. Zakładam, że te postacie są dla siebie intrygujące i pociągające głównie dlatego, że są dla siebie godnymi przeciwnikami. Prowokują się nawzajem, również z podtekstem erotycznym, ale to nadal elementy gry, nikt się tu nie zakochuje, nie roztkliwia, nie wpada w zauroczenie – a to dla mnie stanowi o romansowości.

Albo jednak nie oddałam tego tak, jak chciałam :(

Jeszcze raz pięknie dziękuję!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Jak i przy poprzednich częściach cyklu o pani Helenie, bawiłem się znakomicie. Wciągające, w ogóle nie czuje się długości tekstu. Narracja rzeczywiście trochę powolna, mnie to odpowiada – pozwala się wczuć w klimat epoki – ale nie każdemu musi się podobać. Zręcznie, jak sądzę, przedstawiasz położenie bohaterki w męskim świecie i jej zmagania ze stereotypami. A teraz parę uwag szczegółowych…

dla świętobliwej osoby Natana

Właściwszą formą jest świątobliwy, wprawdzie Doroszewski podaje obie.

Zaczęło się niewinnie, ot, dowódca oddziału na ziemię czerską wspierał kobietę po stracie męża (…) zaapelował o interwencję do pana Henryka, magnackiego patrona i nieformalnego przywódcy gildii (…) Natan zauważył niepokój na twarzy tej intruzki, ladacznicy Szczepana, któremu mówiła coś szybko do ucha. Po chwili podniecenie, że oto Bóg zesłał im godne wyzwanie, zniknęło z twarzy dowódcy, również zastąpione przez niepewność.

Jak dla mnie, to wszystko jest trochę niejasno sformułowane – jaka jest relacja pomiędzy Henrykiem a Szczepanem, który z nich jest “właściwym” dowódcą, przed którym odpowiada Natan i reszta braci.

Tajemniczy przybysz, którego nie widuje się w ciągu dnia, to była moje ostatnia szansa

Moja.

Nie pamiętała szczegółów historii Rzymu, ale Caspar musiał mieć ponad 1400 lat.

W tekstach literackich raczej nie zapisujemy liczebników cyframi.

Przynoszę wam przyjaźń Grójeckiego kręgu.

Czemu wielką literą?

Stanowimy dla nich drugie najważniejsze źródło dochodu.

Kalka z angielskiego. I w ogóle zbyt współczesne brzmienie.

koło Szczepana przeleciał bełt i trafił Helenę prosto w pierś. Odrzuciło ją, z głuchym łupnięciem uderzyła głową w ścianę kościoła i osunęła się na ziemię.

Tak to nie bywa. Zasada akcji i reakcji. Gdyby postrzelony leciał w jedną stronę, użytkownik kuszy czy pistoletu, doznając równej siły o przeciwnym zwrocie, odlatywałby w drugą. Zawsze możesz napisać: Straciła równowagę i poleciała na plecy, z głuchym łupnięciem uderzając głową o naroże kościoła.

Uśmiechnęła się ostatni raz, spięła boki konia i ruszyła w drogę do domu.

Można spiąć konia ostrogami albo wrazić mu ostrogi w boki, ale fraza “spiąć boki konia” nie istnieje. Zresztą dobry jeździec dbający o wierzchowca nie użyłby ostróg bez wielkiej potrzeby.

 

Z ogólniejszych uwag… Natan mnie zdziwił. Wyglądał na klasycznego tchórza, co to bez wahania posłałby człowieka na śmierć, ale żeby własne łapki chciał pobrudzić krwią?

Piszesz w komentarzu, że końcówka XVI wieku. Pewne szczegóły mogą wskazywać, że raczej nie później niż XVII (podwika i rańtuch, wzmianki o paleniu na stosie, kusze zamiast broni palnej, oczywiście też wzmianka o upływie 1400 lat od czasów Marka Aureliusza – ale tu pani Helena nie jest pewna dat). Z drugiej strony mam wrażenie, że postaci myślą o wiele bardziej nowocześnie, stylizacja językowa też nieznaczna. Myślałem raczej, że to jakiś amalgamat, rozmyślnie zatarta chronologia, że nie próbujesz przedstawić żadnej konkretnej epoki.

Cieszę się, że zostawiasz pole do rozbudowy cyklu, i to w obie strony w czasie (najpierw pamiętna okazja, gdy Helena przebrała się za ladacznicę, potem obiecujące narzędzie narracyjne w postaci buteleczki z krwią wampira), chętnie przeczytałbym więcej. Może kiedyś nawet książka z tego będzie?

Gratuluję kolejnego już trafienia do Biblioteki i pozdrawiam!

Ślimaku,

 

cieszę się, że tekst sprawił Ci przyjemność. W głowie mam zarysowane jeszcze kilka opowiadań o Heli, więc może kiedyś faktycznie coś z tego będzie…

Dziękuję bardzo za wyłapanie baboli, postarałam się poprawić.

Oficjalni przywódcy gildii nie pojawiają się w opowiadaniu – z imienia podani są tylko dwaj dowódcy oddziałów regionalnych, czyli osoby gdzieś w środku hierarchii. Uznałam, że tekst jest na tyle obfity, że rozwodzenie się nad strukturą i historią gildii byłoby już przesadą. Podobnie zresztą jest z osobą Natana – rozważałam dodanie mu kolejnej sceny, ale nie była niezbędna, a tekst spuchłby o kolejne tysiące znaków. Nie wyobrażałam go sobie jako szczególnie tchórzliwego, a raczej jako obsesyjnego mizogina.

Myślałem raczej, że to jakiś amalgamat, rozmyślnie zatarta chronologia, że nie próbujesz przedstawić żadnej konkretnej epoki.

Wydarzenia historyczne są mi potrzebne jako tło dla całego cyklu. Stylizację stosuję dość lekką z kilku powodów: nie umiałabym chyba napisać dobrze mocniejszej ;) i nie chciałam, żeby odwracała uwagę od fabuły. Trzeci argument odnosi się też do “nowoczesności myślenia”: zawsze uderza mnie, gdy czytam teksty źródłowe (z różnych epok), że ludzie komunikujący się względnie prosto współistnieli z takimi, których ledwo (o ile) da się rozumieć. W miarę “nowocześnie” myślący ludzie też pojawiali się od zawsze, ścierając się z różnymi odmianami obskurantyzmu, szowinizmu etc. Dlatego pozwalam sobie to różnicować w tekstach i mogą istnieć obok siebie Natan i Hela. Zresztą, ten okres dobrze do tego zróżnicowania pasuje, bo miał i konfederację warszawską, i szarżującą kontrreformację, i Annę Wazównę, i Elżbietę Gostomską etc.

Dziękuję bardzo za wizytę i komentarz.

Pozdrawiam!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Cóż, nic nowego pod słońcem.

Było już mnóstwo opowiadań o stowarzyszeniach parających się zwalczaniem przeróżnych potworów i dziwolągów, w tym także wampirów. Owszem, pewną nowością jest tu rezolutna niewiasta w roli pierwszoplanowej, ale poza tym Pijawki niczym mnie nie zaskoczyły, a miejscami wręcz czułam znużenie lekturą, gdyż opowiadanie zdało mi się straszliwie przegadane, zwłaszcza w części opisującej kolację u Katarzyny, rozwlekł się także finał.

Wykonanie, niestety, do najlepszych nie należy.

 

nawet nie za­kon­ni­ca, tylko ta, tfu!, we­so­ła wdów­ka. → Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

więc gdyby ktoś mógł­by nas wes­przeć… → …więc gdyby ktoś mógł­ nas wes­przeć

 

Nic nie wska­zy­wa­ło na po­ja­wie­nie się no­we­go dra­pież­ni­ka… – tu prze­mą­drza­ła jędza rzu­ci­ła Ty­mo­te­uszo­wi chłod­ne spoj­rze­nie – Od dłuż­sze­go czasu nie było ani jed­ne­go po­dej­rza­ne­go przy­pad­ku. → Nic nie wska­zy­wa­ło na po­ja­wie­nie się no­we­go dra­pież­ni­ka… – tu prze­mą­drza­ła jędza rzu­ci­ła Ty­mo­te­uszo­wi chłod­ne spoj­rze­nie – od dłuż­sze­go czasu nie było ani jed­ne­go po­dej­rza­ne­go przy­pad­ku.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

– Wy­glą­dasz pięk­nie. Bar­dzo ko­bie– → – Wy­glą­dasz pięk­nie. Bar­dzo ko­bie

Przerwanie toku wypowiedzi lub niedomówienie zaznaczamy wielokropkiem, nie dywizem.

 

Za­bra­ła z ko­mo­dy za­po­mnia­ny pre­zent dla ku­zyn­ki, cmok­nę­ła go na po­że­gna­nie… → Czy dobrze rozumiem, że cmoknęła prezent?

 

chata w środ­ku nocy spło­nę­ła ze wszyst­ki­mi w środ­ku, to po­wie­dzie­li, że niby go­rzał­ka winna. → Obawiam się, że w czasach, kiedy niewiasty nosiły podwiki, chłopi jeszcze nie pijali gorzałki.

 

a co tam sobie, bo­ha­te­rze, skro­bie­cie w tym ka­je­ci­ku? → A skąd Szczepan miał kajecik i czymże w nim skrobał? Bo chyba nie długopisem.

 

Nie minął mie­siąc od jej przy­by­cia, jak mama była w ciąży… → Mam wrażenie, że w opisywanych czasach mówiono raczej: Nie minął mie­siąc od jej przy­by­cia, jak mama była brzemienna/ w błogosławionym stanie

 

za­chwy­ce­ni obu­rzo­nym ru­mień­cem Mał­go­rza­ty… → To nie rumieniec był oburzony, a Małgorzata, więc: …za­chwy­ce­ni ru­mień­cem oburzenia Mał­go­rza­ty

 

ale w zgoła innym kon­tek­ście.” → …ale w zgoła innym kon­tek­ście”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

 

Wy­si­li­ła wy­obraź­nię, by moż­li­we szcze­gó­ło­wo sobie tenże kon­tekst zo­bra­zo­wać. → Literówka.

 

„Racz wy­ba­czyć, Pani, to umie­jęt­ność, która – raz wy­ro­bio­na – uru­cha­mia się sa­mo­rzut­nie. Cho­ciaż widzę, że pani rów­nież ma wpra­wę w sztu­kach men­tal­nych?” Głos w jej gło­wie był cichy, ale wy­raź­ny… → Zapis rozmów telepatycznych jest mało czytelny. Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać rozmowy telepatyczne.

Sugeruję:

– Racz wy­ba­czyć, pani, to umie­jęt­ność, która, raz wy­ro­bio­na, uru­cha­mia się sa­mo­rzut­nie. Cho­ciaż widzę, że pani rów­nież ma wpra­wę w sztu­kach men­tal­nych? –  Głos w jej gło­wie był cichy, ale wy­raź­ny…

 

Moje zdol­no­ści są liche w po­rów­na­niu, mogę naj­wy­żej za­pa­no­wać… → W porównaniu z kim/ czym?

 

po­ra­dy two­jej muszę za­się­gnąć przy de­se­rze. → A może: …po­ra­dy two­jej muszę za­się­gnąć przy wetach.

 

– Jakie gier­ki? Z kim niby coś robię?– spy­ta­ła He­le­na… → Brak spacji po pytajniku.

 

Jej młod­sza ku­zyn­ka wes­tchnę­ła, po­krę­ci­ła głową i krót­ko przy­tu­li­ła. → pierwszy zaimek jest zbędny – wiemy, czyja to kuzynka.

 

Lu­dzie ga­da­li, że me­tre­sę od­wie­dza.Metresa, o ile mi wiadomo, to raczej nałożnica króla.

 

– Więc nie macze nic wspól­ne­go z chło­pa­mi wa­sze­mi? → Literówka. Caspar powiedziałby nicz

 

ale Ca­spar mu­siał mieć ponad 1400 lat. → …ale Ca­spar mu­siał mieć ponad tysiąc czterysta lat.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

I Bo­gi­ni wie, gdzie jesz­cze… → Jaka bogini i dlaczego wielka literą?

 

je­że­li w ogóle za­re­ago­wa­ła jakoś na so­lid­ne upo­sa­że­nie stwo­ra, to co naj­wy­żej uzna­niem. → Czyjeś solidne uposażenie zawsze robi wrażenie, zwłaszcza gdy inni zarabiają znacznie mniej.

 

spy­ta­ła swoim naj­bar­dziej łóż­ko­wym gło­sem… → Zbędny zaimek – czy mogła pytać cudzym głosem?

 

Niech twoje wody będą za­wsze pełne. → Naczynie może być pełne wody, ale czego pełne mają być wody?

 

Po trzech go­dzi­nach Szcze­pan wy­bu­dził ją ze snów… → Z ilu snów można wybudzić śpiącego?

 

upi­na­ła włosy w cre­na­le… → Co to są crenale?

 

ko­szu­la przy­cią­ga­ła oko nad wy­cię­ciem kształ­cicz­ka… → Tu chyba miało być: …ko­szu­la przy­cią­ga­ła oko nad wy­cię­ciem kształtniczka

 

oparł brodę na czub­ku głowy i wbił w nią smęt­ny wzrok w lu­strze. → Co to jest wzrok w lustrze?

A może miało być: …oparł brodę na czub­ku głowy i wbił smęt­ny wzrok w jej odbicie w lu­strze.

 

Wy­plą­ta­ła się z jego ra­mion, po­ca­ło­wa­ła go na szczę­ście i wy­szła. → Czy drugi zaimek jest konieczny?

 

jej śmierć na­stą­pi za trzy, dwa, je- → …jej śmierć na­stą­pi za trzy, dwa, je…

 

Tłu­ma­czył jej niby spo­koj­nie, ale jed­no­cze­śnie sta­now­czo zła­pał za ło­kieć… → Pierwszy zaimek jest zbędny.

 

pro­wa­dził w stro­nę drzwi od­cho­dzą­cych z sali bie­siad­nej. → Obawiam się, że drzwi nie są w stanie odejść skądkolwiek.

 

Wam­pir od­sta­wił ją na zie­mię… → Wam­pir posta­wił ją na zie­mi

 

Prze­każ pro­szę naszą roz­mo-Prze­każ pro­szę naszą roz­mo

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg,

dziękuję bardzo za komentarz i łapankę, postarałam się poprawić.

Cóż, nic nowego pod słońcem.

Ponoć ogólnie tak właśnie jest ;) Elementem oryginalnym miała być specyfika podejścia bohaterki, a nie jej płeć, ale też nie siliłam się specjalnie na nowatorstwo. Masz rację, że mi się nie spieszyło, chociaż miałam świadomość, że nie wszystkim to odpowiada. Przykro mi bardzo, że cię wynudziłam i jestem wdzięczna, że mimo tego dobrnęłaś do końca.

chata w środku nocy spłonęła ze wszystkimi w środku, to powiedzieli, że niby gorzałka winna. → Obawiam się, że w czasach, kiedy niewiasty nosiły podwiki, chłopi jeszcze nie pijali gorzałki.

Zmieniłam, ale byłabym Ci wdzięczna za wskazanie jakiegoś opracowania tematu. Z własnych poszukiwań dowiedziałam się tylko, że na początku XVI wieku destylaty pito głównie w celach leczniczych, a w XVII wieku gorzałkę pili już praktycznie wszyscy (a niektóre polskie niewiasty wciąż nosiły podwiki). Jednoznacznej odpowiedzi odnośnie dostępności gorzałki, miodu i wina (bo piwo było zbyt słabe, by się upić) dla chłopa w końcówce XVI wieku nie znalazłam.

a co tam sobie, bohaterze, skrobiecie w tym kajeciku? → A skąd Szczepan miał kajecik i czymże w nim skrobał? Bo chyba nie długopisem.

Były już wtedy ołówki i rysiki, w Polsce były papiernie, coś by pewnie ogarnął. “Sekstern” prawie nikomu nie skojarzyłby się z tym, co trzeba, ani też nie brzmi jak słowo, którego użyłaby osoba z ludu. Tymczasem “kajecik”, jak właśnie odkryłam, ma raptem 150 lat. Jak żyć? :(

 

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać rozmowy telepatyczne.

W podpunkcie poprzedzającym rozmowy telepatyczne napisane jest: “W języku polskim zapisywanie myśli w beletrystyce nie podlega żadnym zasadom, bo te po prostu nie istnieją” i “Myśli bohaterów zdecydowanie nie powinno zaznaczać się pauzą dialogową.” Biorąc pod uwagę, że rozmowa telepatyczna to wymiana myśli, to tak jednoznaczne wskazanie w następnym podpunkcie wydaje mi się nielogiczne. Na pewno nie pasuje w moim opowiadaniu, w którym różnica między myśleniem bohaterki a rozmową z Casparem się (celowo) zaciera.

– Więc nie macze nic wspólnego z chłopami waszemi? → Literówka. Caspar powiedziałby nicz

A czemu? Przecież głoska “c” występuje w niemieckim, to nasze zmiękczanie “si”, “ci” etc. jest problematyczne.

I Bogini wie, gdzie jeszcze… → Jaka bogini i dlaczego wielka literą?

Bogini Matka, Wielka Bogini, w skrócie “Bogini”. W korpusie sjp pwn większość cytatów z “Bóg wie co” podaje Boga z wielkiej litery.

upinała włosy w crenale… → Co to są crenale?

Crinale i pięknie dziękuję, bo przy okazji sprawdzania mojej literówki znalazłam słowo “pątlik”, o którym zapomniałam.

koszula przyciągała oko nad wycięciem kształciczka… → Tu chyba miało być: …koszula przyciągała oko nad wycięciem kształtniczka

W źródłach, do których zawędrowałam przy badaniu mody z epoki, wszędzie był “kształciczek”, z kolei spxvi.edu.pl podaje to jako zdrobnienie od słowa “kształcik”. Czy “kształtniczek” nie jest przypadkiem formą późniejszą?

prowadził w stronę drzwi odchodzących z sali biesiadnej. → Obawiam się, że drzwi nie są w stanie odejść skądkolwiek.

Czuję się pokrzywdzona przez polszczyznę, bo najwyraźniej są w stanie wychodzić i prowadzić, więc czemu nie odchodzić? :(

Dziękuję Ci bardzo jeszcze raz za wskazanie baboli.

Pozdrawiam!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Bardzo proszę. Miło mi, że uznałaś niektóre uwagi za przydatne. A że nie wszystkie, no cóż… to Twoje opowiadanie i będzie napisane takimi słowami, które Ty uznasz za najwłaściwsze.

 

…by­ła­bym Ci wdzięcz­na za wska­za­nie ja­kie­goś opra­co­wa­nia te­ma­tu.

To tylko link do Wikipedii, ale pod koniec artykułu znajdziesz liczne przypisy i bibliografię, pozwalające dogłębnie przestudiować temat. https://pl.wikipedia.org/wiki/W%C3%B3dka

 

…w XVII wieku go­rzał­kę pili już prak­tycz­nie wszy­scy (a nie­któ­re pol­skie nie­wia­sty wciąż no­si­ły pod­wi­ki).

W XVII wieku gorzałkę pewnie pito, ale z pewnością nie upijano się nią w chłopskich chatach – dla chłopstwa była zwyczajnie za droga. Czy niewiasty nosiły wtedy podwiki – na pewno nie tak powszechnie jak w średniowieczu, albowiem i w tamtych czasach moda zmieniała się.

Ponadto pod koniec opowiadania dowiaduję się, że Tymoteusz strzelał do Heleny z kuszy, a o ile wiem, kusze wyszły z użycia chyba w XVI wieku, zastąpione przez arkebuzy. Stąd moje przeświadczenie, że opisana przez Ciebie historia dzieje się sporo przed XVII wiekiem. Rzecz jasna mogę się mylić, w końcu nie pisałaś przecież dzieła historycznego.

 

Były już wtedy ołów­ki i ry­si­ki, w Pol­sce były pa­pier­nie, coś by pew­nie ogar­nął.

Wyobraźnia podsunęła mi obraz Szczepana notującego w czymś, co skojarzyło mi się z zeszycikiem do słówek i taka scena wydała mi się mało możliwa, by nie rzec zabawna.

 

W pod­punk­cie po­prze­dza­ją­cym roz­mo­wy te­le­pa­tycz­ne na­pi­sa­ne jest: “W ję­zy­ku pol­skim za­pi­sy­wa­nie myśli w be­le­try­sty­ce nie pod­le­ga żad­nym za­sa­dom, bo te po pro­stu nie ist­nie­ją” i “Myśli bo­ha­te­rów zde­cy­do­wa­nie nie po­win­no za­zna­czać się pauzą dia­lo­go­wą.”

Owszem, ale zapis myśli bohatera nie jest rozmową telepatyczną. Bohater myśli zachowuje dla siebie, z nikim ich nie wymienia. Dlatego podałam Ci link do fragmentu omawiającego dialog telepatyczny, bo Helena i Caspar prowadzili właśnie taką rozmowę. Zajrzyj raz jeszcze do wskazówek, jak zapisywać roz­mo­wy te­le­pa­tycz­ne, a nie zapisywanie myśli.

 

W kor­pu­sie sjp pwn więk­szość cy­ta­tów z “Bóg wie co” po­da­je Boga z wiel­kiej li­te­ry.

Owszem, to, co dotyczy Boga Stworzyciela piszemy wielką literą. Nie wiem kogo miałaś na myśli pisząc: Bo­gi­ni Matka, Wiel­ka Bo­gi­ni, w skró­cie “Bo­gi­ni”. Wielką literą napiszemy Matka Boska, ale nie bogini, albowiem ta boginią nie była.

Z dużą ostrożnością podchodziłabym do przykładów podanych w Korpusie Języka Polskiego PWN, albowiem zawiera on autentyczne przykłady słów i zwrotów z różnych pism (także urzędowych), książek czy czasopism, nie zawsze, niestety, użytych poprawnie.

 

W źró­dłach, do któ­rych za­wę­dro­wa­łam przy ba­da­niu mody z epoki, wszę­dzie był “kształ­ci­czek”

Skoro tak twierdzisz, przyjmuję do wiadomości.

 

Czuję się po­krzyw­dzo­na przez pol­sz­czy­znę, bo naj­wy­raź­niej są w sta­nie wy­cho­dzić i pro­wa­dzić, więc czemu nie od­cho­dzić? :(

Za SJP PWN: odejśćodchodzić 1. «idąc, oddalić się od kogoś, od czegoś, opuścić jakieś miejsce» 2. «porzucić kogoś, z kim było się związanym» 3. «ustąpić z jakiegoś stanowiska lub przestać gdzieś pracować» 4. «o środkach komunikacji: wyruszyć w trasę» 5. odchodzić «tworzyć odnogi» 6. «zostać odrzuconym jako część zbędna» 7. «zostać odjętym z jakiejś całości z określonym przeznaczeniem» 8. «zostać usuniętym skądś; też: zostać wydalonym z organizmu» 9. «odstać od podłoża» 10. «o stanach fizycznych i psychicznych: minąć» 11. odchodzić «odbywać się intensywnie, z rozmachem» 12. «stracić z kimś, z czymś kontakt emocjonalny lub duchowy» 13. «zrezygnować z czegoś» 14. «przestać się na czymś koncentrować» 15. «umrzeć»

Czy któraś z powyższych definicji może odnosić się do drzwi? Obawiam się, że nie i nadal będę twierdzić, że drzwi nie mogą odchodzić.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O kurde, ale ciekawe dyskusje :) Reg jak zwykle w formie – Twoje uwagi, moja droga, również dla mnie są przydatne, więc dzięki!

Che mi sento di morir

Bardzo proszę, Kluczu. Wielką przyjemność sprawia mi świadomość, że ciagle mogę się przydać. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oczywiście, że możesz się przydać, Regulatorko! Bardzo często z Twoich uwag wyciągam coś dla siebie. Chociażby tutaj – zapis dialogów telepatycznych wydał mi się zupełnie trafny, ale proponowana przez Ciebie forma rzeczywiście mogłaby być czytelniejsza. A i na nieadekwatność kajecika nie zwróciłem uwagi przy lekturze, choć zapewne powinienem. Co do “Bogini” natomiast – zrozumiałem to w ten sposób, że wiedźmy, z którymi Helena utrzymuje kontakt, są monoteistkami wierzącymi w jakąś Boginię Stworzycielkę (ewentualnie jako dominantę większego panteonu); coś w rodzaju Matki Natury.

 Bardzo się cieszę, Ślimaku, ale gwoli ścisłości wyjaśniam, że zapis rozmów telepatycznych, który tak przypadł Ci do gustu, jest wzięty z poradnika Fantazmatów.   

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało się: Całkiem sprawnie napisane łowienie wampirów, a także okolice Płocka które świeżo zwiedziłem. 

Nie podobało się: Konflikt Natana i Heleny mógłby być poprowadzony nieco zręczniej, na jego tle obie postacie wypadają trochę za mocno ze swoimi rozdrażnieniami. 

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Reg,

absolutnie wszystkie Twoje uwagi uznaję za przydatne, nawet jeśli z czymś podejmę nieśmiałą dyskusję. Myślę, że stanowi ona wyraz szacunku – dowód na to, że naprawdę się staram zrozumieć, co piszesz.

Z alkoholem i podwikami próbowałam zgłębić temat na etapie pisania. Mocno mnie zaskoczyło, że dopiero Ludwika Gonzaga z dwórkami upowszechniły w polskich wyższych sferach większą swobodę stroju, zresztą nie bez oporu ówczesnych moralistów. W kwestii alkoholu założyłam, że skoro produkcja już się upowszechniła, to sporadyczne przypadki upicia się chłopa były możliwe. Ostatecznie uznałam Twoją rację i zmieniłam w tekście.

Jeśli chodzi o kusze – wybrałam je dlatego, że uznałam bełt za akceptowalny surogat osinowego kołka. Zresztą, arkebuzy były chyba przydatne głównie na polu bitwy, raczej nie jako broń myśliwska/skrytobójcza. Być może powinnam była to jakoś wyjaśnić, żeby nie budzić niewłaściwych skojarzeń historycznych, ale to wymagałoby kolejnej sceny, a tekst już jest tak długi, że jestem wdzięczna każdemu, komu chce się go przeczytać!

Jeśli chodzi o kwestię telepatii, szkopuł tkwi właśnie w tym, co napisałaś:

Bohater myśli zachowuje dla siebie, z nikim ich nie wymienia.

Hela nie jest telepatką, to są po prostu jej myśli, które Caspar jest w stanie nieelegancko podsłuchać, a nawet się do nich wtrącić. Dlatego też nie wprowadzałam różnicy w zapisie – bo na początku myśli i telepatia przechodzą płynnie z jednego w drugie, a później byłoby to niekonsekwentne. Spróbowałam jakoś to “uczytelnić” rozbiciem na akapity, może pomogło.

Kwestię “Bogini” Ślimak wyjaśnił idealnie. Dziękuję Ci pięknie, Ślimaku!

Czy któraś z powyższych definicji może odnosić się do drzwi? Obawiam się, że nie i nadal będę twierdzić, że drzwi nie mogą odchodzić.

Odchodzące drzwi też zmieniłam zgodnie z Twoją sugestią już wcześniej, ale skoro już pytasz, to ja spotkałam się z użyciem piątym: odchodzić «tworzyć odnogi». Na ogół dotyczyło to drzwi w korytarzach i nie mam pewności, czy było to prawidłowe, ale przynajmniej dla mnie było w pełni zrozumiałe. Niemniej, jak widzisz, nie upieram się.

Naprawdę bardzo doceniam Twoje komentarze i staram się jak najwięcej z nich nauczyć.

 

BasementKey

cieszy mnie, że nawet jeśli nie sam tekst, to chociaż uwagi Reg pod nim znalazły Twoje uznanie ;)

 

Olgierdzie Glisto,

Dziękuję Ci bardzo za wizytę i komentarz!

Niezupełnie rozumiem, co masz na myśli, gdy piszesz:

“na jego tle obie postacie wypadają trochę za mocno ze swoimi rozdrażnieniami.”

Czy chodzi o to, że wydają się reagować w sposób przerysowany?

 

Pozdrawiam Was serdecznie :)

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

cieszy mnie, że nawet jeśli nie sam tekst, to chociaż uwagi Reg pod nim znalazły Twoje uznanie ;)

Do samego tekstu planuję zasiąść w swoim czasie i z pewnością podzielę się dodatkowymi przemyśleniami ;) Pewnie wypadało od tego zacząć.

Che mi sento di morir

Anoiu, bardzo się cieszę, że sprawdzasz i dociekasz. W ten sposób udowadniasz chęć pisania historii wiarygodnych, opartych na rzetelnych przesłankach. Jestem pewna, że Twoje przyszłe opowiadania będą coraz lepsze, bo przypuszczam, że zależy Ci nie tylko na tym, aby pisać, ale także, a może przede wszystkim, by pisać ciekawie. I nawet kiedy będziesz tworzyć baśniową opowieść, z pewnością zadbasz o wiarygodność okoliczności, towarzyszących każdemu Twojemu dziełu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka