- Opowiadanie: Radek - Para i port

Para i port

„Cieszmy się wojną, pokój będzie straszny.”

Krwawy Baron zostaje porwany, a Tamara aresztowana w charakterze podejrzanej o współudział. Nowy sterowiec spada i kamerdyner łamie nogę, bo wysiada wcześniej.

W opowiadaniu zawarta jest instrukcja użycia szpady dla początkujących i dyskusja o różnicy między bagnetem typu ość i liść.  Będzie trochę o wpływie produkcji cegieł na malarstwo bohaterki.

Pod sam koniec nowy pancernik wpływa do lejkowatego ujścia rzeki.

 

Dalszy ciąg “Pary i potworów”, ale bez ścisłych związków fabularnych. Wielkie dzięki dla betujących!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy II, Użytkownicy V

Oceny

Para i port

To był już drugi dzień przesłuchania. Tamara siedziała na drewnianym stołku, ze skrzyżowanymi nogami i rękami, żeby zasłonić nagość. Poprzedniego dnia zabrano jej wszystko, łącznie z ubraniem. Naprzeciw, w wyściełanym adamaszkiem fotelu, siedział ubrany w wyjściowy mundur podporucznik Korpusu Żandarmów Jurij Pawłow. Na biurku stała elektryczna lampa, na ścianie, na eleganckich mosiężnych haczykach, wisiały po kolei knut, nahajka, kij i drewniana pałka. Za nim, w żeliwnym piecyku, płonął ogień. Tak samo ciepło i pogodnie jak w kominku w domu.

Nie uwierzyli, że nic nie wie. Mimo zapewnień aż do zachrypnięcia i spazmatycznych błagań. Teraz patrzyła na szpadę śledczego. Fantazjowała o wbiciu mu klingi w brzuch. Za to, za to, że jej nie wierzy, że kazał bić. Ta myśl ją uspokajała. Wyobrażała sobie jego oczy, jak gaśnie w nich życie, w bólu.

– Mów prawdę, duszy lżej będzie – powiedział znowu Pawłow, po polsku.

– Mówię, panie poruczniku.

– Ślub brałaś w Soborze Isakijewskim, w Pitrze?

– Tak, i raczej już to sprawdziliście.

– To noc poślubna musiała się bardzo udać…

– Jestem w siódmym miesiącu – Tamara mu przerwała – zaszłam przed.

Od rana Pawłow szukał pretekstu, żeby ją zdzielić nahajką. Tego żenującego żartu przesłuchującego miała tak dość, że niech nawet ją trzaśnie. Bić bez powodu – nie pozwalał mu honor. Przerwała mu, ale z tej okazji nie skorzystał. Może nie zauważył?

– I mówisz, że nie wiedziałaś, dokąd podróż poślubną planuje mąż?

– Nie wiedziałam.

– Kontaktowałaś się z kimś?

– Byłam cały czas z mężem, po weselu wsiedliśmy w pociąg do Warszawy, Dworzec Petersburski, przejechaliśmy tramwajem przez Most Aleksandrowski, wysiedliśmy na Placu Zamkowym, fiakrem dojechaliśmy do hotelu Bristol. Rano mąż zszedł na śniadanie, potem już go nie było…

– Dostałaś kijów sto i dalej mówisz, że nie wiesz, gdzie baron? Mało ci?

Milczała, bo odpowiadała na to pytanie już wiele razy. Józef, zwany Kobą, kiedyś w Wiedniu mówił, że wszystko jedno, czy się biegnie, czy idzie między dwoma rzędami żandarmów. Każdy z nich uderzał tylko raz. Tamara poprzedniego dnia biegła skulona: sądziła, że własna szybkość trochę łagodzi ciosy.

W kompanii alarmowej nie było żadnego zwyrodnialca, który uderzyłby ciężarną po brzuchu. Gdyby się znalazł, to z pewnością byłoby to zgodne z regulaminem. Wolała osłaniać rękami. Gdy się potknęła pod koniec, dwóch ją złapało, postawiło na nogach i pchnęło dalej. Koba opowiadał, że idąc spokojnie między rzędami bijących żandarmów, czytał książkę. Mogło to być prawdą o tyle, że rzeczywiście nie celowali ani w ręce, ani w nogi.

– Imię? – Pawłow kolejny raz zaczął od początku.

– Tamara.

– Nazwisko?

– Baronowa von Ungern-Sternberg.

– Z domu?

– Orszańska.

– Urodzona?

– W Warszawie.

Tu Pawłow, tak samo jak poprzednio, objaśnił, dlaczego Słowianie powinni się trzymać razem i że teutońska buta wdziera się na Wschód, na święte ziemie Rusi. Za pierwszym razem Tamara nawet słuchała, teraz skupiła się żeby wchłonąć jak najwięcej ciepła z piecyka.

– O Frakcji Rewolucyjnej co wiesz?

– Tyle, co z gazet, panie podporuczniku.

– Ty? Taka rewolucjonistka?

– Gdy studiowałam w Wiedniu…

– Dzisiaj nie zrobię ci nic przykrego, sądzisz? – przerwał jej. – Na paznokcie sędzia śledczy zgodził się dopiero jutro. Szansę ci dajemy przez szacunek dla małżonka szlachetnego. Oboje jesteśmy stąd, wszystko wiemy. Też w Warszawie się urodziłem.

– Ale ja nie wiem, gdzie jest Roman i co to jest Frakcja Rewolucyjna! – zawołała płaczliwie, przerażona, że zaraz zacznie szlochać i przestanie móc odpowiadać składnie na pytania.

– A przed chwilą mówiłaś, że uważnie śledziłaś jej poczynania w prasie – zauważył Pawłow, udając troskę, tym razem bez rosyjskiej składni.

Przez szybę zakratowanego okienka było widać, że już się robi ciemno. Podporucznik chciał kończyć, żeby zdążyć do domu na kolację. Pewnie czekała na niego żona i dzieci. Prowadzący śledztwo nie zdecydowali się dla Tamary zaangażować drugiej zmiany. Pomyślała z nadzieją, że nie traktują jej za poważnie. Pawłow jeszcze przynajmniej raz spróbuje „na miękko”.

– Tamara! Ja twój jedyny przyjaciel. Za barona okupu nie zapłacą, więc zginie. Dla swoich bezużyteczna będziesz. Samą cię zostawią. Nikt ci nie uwierzy, żeś niewinna, żaden sąd. Z twoją historią? – Pawłow pochylił się do Tamary. – Powiemy, że byłaś seksotem we Frakcji Rewolucyjnej i dzięki tobie go uwolniliśmy. Nawet medal dostaniesz. Ze wstecznymi datami dokumenty o współpracy podpiszemy. Kilka donosów sprzed roku napiszesz. Powiemy, co.

– Nie wiem, kto porwał męża ani co się z nim stało. Pana propozycja naprawdę jest dobra, ale…

– Straż! – krzyknął Pawłow, zawiązując teczkę. – Pani baronowa przed kolacją uda się do fryzjera.

– Żałuję, że nic nie wiem… – krzyknęła Tamara jeszcze raz, domyślała się co teraz zrobią, ale nie chciała uwierzyć.

Strażnicy czekali ubrani w grube, wełniane żandarmskie płaszcze. Idąc boso po kamieniu, wyszlifowanym wojskowymi butami jak tafla lodu, czuła przejmujący chłód wbijający się w stopy. Strażnicy mieli w dłoniach karabiny Mosin-Nagant w wersji kawaleryjskiej – krótsze, żeby dało się założyć długie bagnety typu „ość”. Używają ich niczym ostróg dla konia, by aresztant szedł we właściwym kierunku. Jedynie gdy stawia opór, używają nahajki albo walą kolbą – opowiadał kiedyś Koba. Tamara bardzo nie chciała dać im ku temu okazji.

– Ręce na głowę, nie będziemy cię kuć, skromnisia – usłyszała rozkaz po rosyjsku, ale zdecydowanie z polskim akcentem, wykonała natychmiast.

Na łyso zwykle kobiet nie golili, tylko prostytutki albo zawszone. Fryzjer nie sprawdzał, po prostu wykonywał swoją pracę.

Widziała, jak fale czarnych loków lądują na posadzce, nie potrafiła się pogodzić z tym, że to się dzieje naprawdę. Łapa fryzjera bezceremonialnie przekręcała jej głowę, a nożyczkami posługiwał się sprawnie, jak kat knutem. Chwilę później poczuła nieco za ciepłą pianę z mydła, Używał tej samej brzytwy, którą golił poprzednio jakąś zawszoną prostytutkę. Nie chciała znowu płakać, ale łzy same ściekały na nagie piersi, brzuch i uda.

– Wszy nie miała, więc dziwka – skomentował. – Dlaczego jej ubranie zabrali?

– Nawet niebrzydka… – zgodził się strażnik. – Gadać nie chce.

Tamara nie odezwała się, to nie miałoby sensu. Nagle przypomniała sobie o Antosiu, o synku. Co ona mu teraz powie?

Cela Tamary miała łukowato sklepiony sufit, jak prawie wszystkie w dziesiątym pawilonie Cytadeli Warszawskiej. W zakratowanym okienku nie było szyby. Jedyne wyposażenie, oprócz wiadra z pokrywą i dzbanka z wodą, stanowiło stalowe łóżko, znitowane z rurek i blaszanych pasów. Pościeli ani materaca nie dali. Nad drzwiami zawsze paliła się elektryczna lampka. W lecie pewnie służyła do zapraszania komarów.

Jej największym marzeniem było: wiedzieć, gdzie jest mąż. Roman baron von Ungern-Sternberg był powiernikiem carycy od sprawek ciemnych i nieco jaśniejszych. Jego zniknięcie w Warszawie i bolszewicka przeszłość Tamary w Wiedniu czyniły z niej oczywistą podejrzaną. Nikt nie wierzył, że nie ma z tym nic wspólnego. Bardzo chciała umieć odpowiadać na pytania śledczego, ale jeszcze bardziej – wsadzić mu szpadę w brzuch.

Strażnik wsunął do celi miskę z jedzeniem. Tamara była przekonana, że biorą je z jakiejś restauracji. Pamiętała więzienny wikt z poprzedniego aresztowania – tego, które zakończyło się wyrokiem katorgi.

Próbowała się skulić. Początek listopada, był ziąb aż do bólu w całym ciele, dygotała i nie mogła usnąć. Czuła znowu każde uderzenie kijem z poprzedniego dnia, chciała wyć i słyszała, jak ktoś wyje kilka cel dalej. Sklepione sufity wzmacniały każdy dźwięk. Za przerwanie ciszy nocnej zakuwano w łańcuchy, więc z całych sił starała się zachować spokój.

– Śniadanie! – Usłyszała w końcu, jeszcze słońce nie wzeszło.

Tym razem w misce było to, co jedzą strażnicy: jajecznica, ziemniaki i kawałek chleba. Ktoś wlał do tego herbatę, ciepłą, nawet dobrą, z przemytu. Strażnicy nie popędzali jej przy jedzeniu. Kazali wyjść z celi i znowu ten korytarz.

– Ręce na ścianę, nogi szerzej. – Poczuła ostrze bagnetu na prawej łopatce. – Szerzej, powiedziałem – powtórzył strażnik.

W tej pozycji musiała stać na lodowatej podłodze przed pokojem przesłuchań, aż przyjdzie śledczy. Otworzyła lekko usta, bo wydawało się jej, że powybija sobie zęby dygocząc.

– Fryzura jak? – spytał Pawłow, otwierając drzwi i puszczając ją przodem.

Wskazał jej miejsce na stołku.

– Myślałam o jakichś loczkach, panie podporuczniku – powiedziała, robiąc wrażenie zupełnie spokojnej.

Pawłow spodziewał się wybuchu rozpaczy, ale nie doceniał siły hipotermii. Ciepło bijące z żeliwnego piecyka dawało rozkosz, jakiej Tamara się nie spodziewała, każdego dnia większą. Skóra traciła sinofioletowy kolor. Chciała się śmiać, choć wyglądałoby to na wariactwo. Od dobrej chwili już nie dygotała. Jak poprzedniego dnia siedziała ze skrzyżowanymi nogami i rękami. Śledczy otworzył teczkę i zagłębił się w lekturze.

Wyjął z szuflady szczypce. Do śmiechu nie było.

– Masz dwadzieścia paznokci – powiedział. – Jutro będzie wolny ogień… Przepraszam, pojutrze – poprawił się. – Dawaj rękę!

Wyciągnęła lewą i położyła na biurku. Złapał szczypcami paznokieć serdecznego palca.

– Myślałam, że zaczynacie od stóp – wyznała Tamara głosem tak drżącym, jakby znowu zrobiło jej się bardzo zimno.

– Nie opierasz się? – Pawłow się zdziwił.

– Po co? – Wzruszyła prawym ramieniem. – Na korytarzu jest dwóch strażników. Jakby to nie pomogło, przyjdzie kolejnych dwóch…

– Nie boisz się?

– Bardzo, ale nic nie wiem! – wyszeptała, bo głos wiązł jej w gardle.

Mierzył ją wzrokiem przez dłuższą chwilę.

– Wychodzisz! – powiedział.

– Bo jestem niewinna? – spytała.

Poczuła nagle coś w rodzaju euforii, bardzo nie chciała tego pokazać. Czuła, że byłoby to niewłaściwe jak cieszenie się zwycięstwem, zanim bitwa się skończyła. Jakoś to porównanie przyszło jej do głowy.

– Bo przyszedł rozkaz z góry – rzekł matowym głosem. – Pan komendant twierdzy życzy sobie widzieć się z tobą.

Teraz nie musiała trzymać rąk na głowie, nie kłuli bagnetami, gdy nie wiedziała gdzie skręcić.

– Na dziedziniec i w lewo – powiedział po polsku strażnik, jeden z tych dwóch, co ją prowadzili.

Adiutant nawet udawał, że nie patrzy. Nie musiała stać z rękami na ścianie.

– Daj pani baronowej swój płaszcz! – wydarł się komendant po rosyjsku. – Nie widzisz, że goła?

– Tak jest. – Adiutant stanął na równe nogi i natychmiast wykonał rozkaz.

– Pani usiądzie. – Komendant wskazał miejsce na kanapie. – Myślałem, że oddadzą pani rzeczy. Rzeczywiście, wieści o pani urodzie nie są przesadzone.

– Mogę postać?

– Oczywiście! Mam nadzieję, że wybaczy nam pani pewne niedogodności…

– Pan pułkownik ma na myśli sto kijów pierwszego dnia śledztwa? – Zauważyła jego stopień na pagonach.

– Wszystko zgodnie z regulaminem – stwierdził komendant. – Mamy do pani baronowej delikatną sprawę państwową. Będzie wymagała absolutnej dyskrecji.

– Oczywiście, jak zwykle, będę przydatna. Tym razem nie będzie bolało?

Komendant wyjaśnił. Było to prostsze niż myślała, przynajmniej w założeniu. Jednakże każdy plan mógł się nie powieść przez nieprzewidywalne szczegóły.

Pułkownik żandarmów przy pożegnaniu wyciągnął rękę, bo chciał ucałować dłoń baronowej. Nie wiedziała, jak to zrobić, żeby zachować pozory skromności, a z drugiej strony nie chciała odmówić. Płaszcz adiutanta, z za długimi rękawami, miała zarzucony tylko na ramiona. Odruchowo opuszczając wzrok, rzuciła okiem na biurko komendanta. Na wierzchu leżał rozkaz aresztowania z odręczną adnotacją imperatorowej: „Tamarę przyciśnijcie, może coś wie. Tylko krzywdy nie zrobić!” i podpis „Anastazja”.

Przed wyjściem z Cytadeli mogła wziąć wreszcie ciepłą kąpiel. Obejrzała ją felczerka i przetarła odkażającym płynem. Nie szczypało, ale barwiło.

Tamara dostała swoje ubranie, wyczyszczone i odprasowane, ale co się podarło, było podarte. Do kompletu dołożyli jej chustę we wzór, jaki noszą mazowieckie baby. Musiała ją sobie ułożyć jakoś pod kapelusz, co z pewnością razem wyglądało bardzo dziwnie.

– Pani jest mężatką? – zdziwił się strażnik otwierający ostatnią zasuwę, zauważywszy obrączkę.

Nie odpowiedziała. Przed boczną bramą Cytadeli stała drynda. Dorożkarz nosił melonik i miał sumiasty wąs.

– Wiecie, dokąd jechać? – spytała.

– Pani po polsku mówi?

– Tylko udaję – odpowiedziała Tamara, wchodząc po stopniach do środka.

Musiała uważać, bo nie chciała pokazać podartych pończoch. Pierwszego dnia śledztwa broniła się rozpaczliwie przy rozbieraniu do naga. Jeszcze wtedy nie grozili jej nahajką. Naiwnie myślała wtedy, że żandarmi oszczędzą ciężarną, gdy tylko będzie się choć trochę opierać. Niestety rewolucja seksualna lat dwudziestych miała również tę ciemną stronę. Ciało przestało być tabu.

Oprócz swojej torebki niosła ciężki skórzany kuferek z plombami żandarmerii i carskiej kancelarii.

Ruszyli powoli.

– Jak się pani nazywa? – spytał woźnica.

– Tamara – odpowiedziała – baronowa von…

– Walery – przedstawił się fiakier, przerywając.

Jechali długo. Miała wrażenie, że specjalnie kluczy po mieście.

– Walery! Postawcie mi no budę – wydarła się w końcu. – Zimno! Proszę!

Zatrzymał się, rozłożył dach, osłaniający pasażerkę od podmuchów wiatru, i podał kożuch, schowany w kufrze dorożki. Szkoda, że śmierdzący, ale w Warszawie pewne rzeczy się nie zmieniają.

Po Rewlu Tamara zwykle jeździła samochodem barona, przerobionym na napęd turbiną Tesli i z akumulatorem parowym pod maską. Tutaj jednak czuć zacofanie na każdym kroku, choć to stolica guberni. Tylko tramwajów w Rewlu nie było.

Wjechali z ulicy przez bramę. Żadnego człowieka, wyglądało jakby się znaleźli na dziedzińcu opuszczonej fabryki, i to serów, sądząc po zapachu. Walery gdzieś poszedł i zamknął za sobą bramę. Zeszła na ziemię.

– Wiesz, co jest w środku? – Pojawił się mężczyzna, ubrany jak robotnik.

– Nie. Dostałam w Cytadeli, zaplombowane – krzyknęła, zaczął podchodzić. – Podobno pieniądze. Za mojego męża.

– Dla Frakcji Rewolucyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej – wyjaśnił inny facet, ubrany jak nauczyciel. – Polka, a się Ochranie wysługuje.

– Ochrany już nie ma – przypomniała Tamara i westchnęła. – Dlaczego każdy myśli, że służę temu drugiemu?

– A komu służysz?

– Jestem żoną mężowi i matką dzieciom. – Pogłaskała się po brzuchu, na wypadek gdyby ktoś był skrajnie niespostrzegawczy.

– A wiesz kim jest ten twój mąż? – Nie odpowiedziała, nie było po co.

Robotnik przyprowadził barona z workiem na głowie. Nauczyciel odebrał od Tamary kuferek. Ocenił jego wagę i odszedł. Robotnik wyciągnął dwa rewolwery, jeden skierował w głowę barona, drugi w brzuch Tamary. Poznała je, widziała je w niemieckim czasopiśmie Antosia, nazywały się Enfield No. 2. To musiało być z serii prototypowej, bo opisywano je jako pieśń przyszłości.

– Jest w porządku! – krzyknął nauczyciel ze środka budynku, pieniądze w kuferku musiały się zgadzać z oczekiwaniami.

Robotnik wystrzelił z obu rewolwerów w kierunku koni, nad ich łbami. Ruszyły spłoszone. Tamara szarpnęła męża w stronę muru. Przewrócił się.

– To ty? – spytał.

– To ja – odpowiedziała i dodała: – Następnym razem sama planuję wakacje.

Wyjęła z cholewki bucika na niewielkim obcasie nożyk wyostrzony jak brzytwa. Rozcięła mężowi więzy i zdjęła mu kaptur z głowy.

– Nic ci nie zrobili? – spytał baron. – Marnie wyglądasz.

– Dostałam sto kijów, trzy dni nie spałam…

– Nic ci nie zrobili? – powtórzył pytanie jeszcze bardziej natarczywie.

Wyglądało na to, że baron zaraz oszaleje.

– Nie zgwałcili… – Wiedziała, o co mu chodzi.

– A to dobrze.

– Myśleli, że mam coś wspólnego z twoim porwaniem. W kółko pytali o Frakcję Rewolucyjną. Ogolili mi głowę na łyso jak…

– To nieładnie – zgodził się baron, wstając z ziemi. – Potrzebujemy telefonu.

Wyszli przez bramę na ulicę. Właśnie skończyła się pierwsza zmiana w pobliskich zakładach, kłębił się tłum.

Pan Alfred

Znaleźli się oboje znowu w Hotelu Bristol, w tym samym Cesarskim Apartamencie, co przed porwaniem.

Baron był raczej wyspany, trzymali go w piwnicy bez okna, w ciemności. Tamara ledwo stała, sprawiała wrażenie wykończonej, ale robiła piekło.

Przymierzała ciuchy przed lustrami, różne – od bielizny po suknie, i krzyczała po rosyjsku, niemiecku, francusku i polsku. Baron się zastanawiał, czy awantura trwałaby dłużej, gdyby znała lepiej angielski. Na razie nauczył się po polsku nowego wyrażenia „nieudaczny kastrat”.

Podszedł do niej, zdjął mazowiecką chustę z głowy, przytrzymał czule przy sobie, pokazał w lustrze.

– Piękna jesteś, Tamara, ale idź spać.

„Rzeczywiście, oczy są jakby większe”, pomyślała, ale powiedziała tylko: – Zaraz będzie krawcowa…

Pukanie do drzwi, brzmiało oficjalnie. Baron wyciągnął rewolwer. To nie krawcowa.

– Schowaj się – szepnął do żony i odczekał chwilę. – Wejść! – krzyknął, otwierając drzwi z zasuwy.

Motocyklista miał na szyi skrzyneczkę otwieraną tylko kluczem von Ungerna.

– Telegram do pana barona. Cesarska wiadomość – wyjaśnił.

Zasalutował i wyszedł.

– Anastazja ma dla nas zadanie, skoro się nam nie udało pojechać w podróż poślubną – powiedział baron, jak tylko rzucił okiem na pasek. – Imperatorowa cieszy się z mojego uwolnienia i ma nadzieję, że nie narzekasz na jedzenie w twierdzy…

– Mamy jej dostarczyć Ałmastnego w klatce? – Tamara spytała z kpiną w głosie.

– Raczej Krakena w sałatce – baron już się dostosował do poczucia humoru żony. – Mamy polecieć do Kabulu i do Karaczi i ustalić, co z portem.

– A Ministerstwo Spraw Zagranicznych? – zdziwiła się. – Port w Karaczi?

– Oni już podpisali umowy międzypaństwowe, my się mamy rozejrzeć na miejscu, co i jak. Gdzie mają być koszary dla obstawy, magazyny, węgiel, kwatery dla marynarzy…

– Brzmi, że nam zejdzie – przerwała mu. – A chciałbyś, żeby twoje dziecko miało miejsce urodzenia Karaczi?

– Imperatorowa życzy sobie port – przypomniał mąż.

– A po co ja tam?

– Może coś wymyślisz – zasugerował baron i przypomniał: – Zazwyczaj się przydajesz.

– Należy mi się odpoczynek po tym wszystkim! – Tamara znowu zbierała się do awantury.

Opisała kolejny raz, czego doznała w Cytadeli, z coraz większymi szczegółami, ale spokojniej tym razem. Nie zdążyła dokończyć, bo tym razem przyszła wyczekiwana krawcowa.

– Co się stało pani baronowo? – spytała z troską w głosie, zanim się zabrała do zdejmowania miary.

– Spadłam z konia! Kilka razy! – Tamara popatrzyła znacząco na męża. – Ma nie być widać – powiedziała do krawcowej.

Jedyną sukienką, którą Tamara mogła nosić nie odczuwając bólu, potęgowanego przez ocieranie się materiału, była jedwabna z Chin. Lekarz powiedział, że jest szansa, że żadne ślady nie zostaną, bo organizm kobiety przy nadziei daje dodatkowe możliwości regeneracji. Jednak morfiny – nie poleca.

***

Nowy sterowiec barona zacumował przy Bulwarach Wiślanych. Wprawdzie już wcześniej widywano Tiażołyje Bombardirowszcziki w powietrzu, ale nie z bliska i nie prywatne. Stał się sensacją. Ludzie chcieli zobaczyć gondolę wyposażoną jak apartament.

Na następcę Wasyla, który zginął na Uralu, baron za radą imperatorowej wybrał pana Alfreda. Anastazja uparła się, że kamerdyner powinien być inteligentny i nadawać się na asystenta do spraw jasnych i złożonych. Ten skończył architekturę w Rydze, studiował inżynierię w Moskwie i pracował jako dziennikarz w lokalnej gazecie. Sam uważał się za Niemca, mimo że miał pochodzenie niemiecko-estońsko-łotewsko-francuskie, ale najlepiej mówił po rosyjsku. Miał już drugą żonę, bo z pierwszą się rozwiódł. Tyle Tamara dowiedziała się z dossier, które baron dostał z carskiej kancelarii, zanim go spotkała osobiście. Pierwsza jego żona była Estonką, druga – Niemką, a pan Alfred na pewnym etapie swojego życia doznał „narodowego przebudzenia”.

Do ochrony w czasie tej misji zostali przydzieleni dwaj kozacy zabajkalscy, tym razem z towarzyszącymi im kobietami. Nosiły się w tak zwracający uwagę sposób, że bardziej byłoby trudno. Miały na głowach futrzane czapeczki, ozdobione srebrem i jeszcze kitami z końskiego włosia.

– Jesteśmy konkubinami – przedstawiły się po rosyjsku z wyraźnym azjatyckim akcentem.

„Może jeszcze powinny sobie do czegoś przywiązać baloniki”, pomyślała Tamara. „Więcej ornamentów się już nie zmieści”.

Kozacy byli ubrani w typowe szare uniformy, z niewielkimi oznaczeniami jednostki na czapach, ale mieli karabiny kawaleryjskie z bagnetami typu „ość”.

– Dałoby się zmienić te szpikulce na inne? – od razu spytała Tamara, źle się jej kojarzyły.

– Mamy jeszcze takie nowe, nazywają się „liść” – powiedział kozak. – Jak to dobrze, że pani baronowa jest taka nowoczesna.

Nazwa wzięła się stąd, że bardziej przypominały noże niż szpikulce, na upartego były podobne w kształcie do palmowych liści.

– A po co wam to?

Konkubiny miały przy pasach łuki, tylko trochę mniejsze od zwykłych.

– To ceremonialne – wyjaśniła jedna z dumą.

– Umiemy pokazać sztuczkę – dodała druga.

Wzięła poduszkę. Ta pierwsza stanęła na rękach, napięła cięciwę łuku nogami i strzeliła, trafiając w środek z co najmniej pięciu metrów. Sypnęło się pierze, bełt wszedł po lotki.

– Sztuczka – powiedziała ta pierwsza, stając na nogach i wzuwając buty.

Oprócz tych niewielkich refleksyjnych łuków, konkubiny miały jeszcze kindżały przy pasie, tak samo jak kozacy, ale z bardzo ozdobnymi rękojeściami.

– Ta czwórka zastępuje jednego Wasyla? – spytała Tamara barona.

– Mam nadzieję, że z naddatkiem.

– Tego się obawiam – powiedziała i poczuła coś w rodzaju zazdrości o męża, pierwszy raz w życiu.

Akumulatory pary naładowały się z elektrowni na Powiślu i rozpoczęli podróż.

– Pani Tamaro – jedna z konkubin zwróciła się z propozycją tuż po starcie. – Mamy taką maść, nic nie będzie już bolało. – Mówili, że może być potrzebna.

– Tylko ją się nie na suknię kładzie – powiedziała druga.

– A co w niej jest? – spytała Tamara, kierując się odruchowo do kajuty.

– Żeńszeń – zaczęła jedna – a reszty nie umiem powiedzieć po rosyjsku – i wydała z siebie takie dźwięki, które z ludzką mową nie bardzo się kojarzyły.

Rzeczywiście, na jakieś sześć godzin Tamara przestała czuć ból. A potem wystarczyło powtórzyć. Konkubiny miały tego spory słój. Tamara dyskretnie obejrzała ich kindżały. Wprawdzie miały ozdobne rękojeści, ale klingi takie same jak te kozaków, z wybitym armijnym cechowaniem i numerem seryjnym.

Kolejny postój miał być już w Astrachaniu. Konkubiny przebrały się w stroje przypominające szare ubrania chińskich chłopek. Jakby teraz w ogóle przestało im zależeć na wyglądzie.

– Może ja panią nasmaruję? – spytał pan Alfred.

Tamara w koszuli nocnej i szlafroku szła do kajuty na pokładzie sterowca. Łazienka była wspólna dla wszystkich.

– Chyba jest pan żonaty? – odpowiedziała. – Wypada?

– Baron mi kazał panią opiekować po tym, co pani przeszła…

– Dobranoc! – powiedziała i postanowiła poskarżyć się mężowi, ale najpierw wyspać.

Lecieli ponad dwanaście godzin. Mimo że dotarli na miejsce w środku nocy, czekały na nich gotowe na wymianę akumulatory pary. Tamara nawet się nie obudziła.

Skoro tylko wstało słońce, próbowała wziąć sztalugi i malować, ale jakoś nie szło, mimo że lot był bardzo spokojny. Kiedy zamykała oczy, ciągle widziała tę lampkę nad drzwiami celi i nic więcej.

Afganistan został wybrany jako miejsce spotkania, bo znajduje się w połowie drogi między Rosją, a indyjskimi posiadłościami Brytyjczyków.

Kolejne lądowanie było już w Kabulu, niedaleko królewskiego pałacu, oficjalnie rzecz ujmując w rezydencji ambasadora. Afganistan był niepodległy i Rosja jedynie roztaczała nad nim protektorat. Jednak ambasador miał na rezydencji napisane po rosyjsku gubernator.

Negocjacje z Anglikami w sprawie nabrzeża w porcie Karaczi, trwały trzy dni i zakończyły się sukcesem. Na mapie zaznaczyli, gdzie mogą zacumować sterowiec, żeby uniknąć potencjalnych nieporozumień.

Rosyjska delegacja nocowała w pawilonie gościnnym koło pałacu królewskiego. Baron wieczorem jeszcze raz sam sprawdził warty.

Tamara nie piła na bankiecie, pewnie dlatego obudziła się pierwsza. Spała z baronem, który głośno chrapał. Usłyszała podejrzany dźwięk. Konkubiny leżały na kanapie, a kozacy? Nie było ich. Tamara rzuciła szklanką w sylwetkę na tle okna, brzęk.

Pięciu mężczyzn, trzech z nożami, dwóch z rewolwerami – spanikowali. Konkubiny strzelają z łuku rękami jeszcze szybciej, a przynajmniej tak samo celnie. Kozacy wpadli przez drzwi. Bagnety typu „liść” na karabinach lepiej nadawały się do walki na krótkich dystansach, niekoniecznie sztychem, również cięciem.

– Zdjąć zabezpieczenie! – rozkazał ledwo obudzony baron.

Kozacy w samych koszulach rzucili się przed dom. Konkubiny ustawiły się przy oknach.

– Nie zapalać światła – powiedział baron i wreszcie znalazł swój rewolwer, który wypadł spod poduszki.

Rozległy się strzały, kozacy przyprowadzili jednego, rannego w nogę.

– Na czatach stał!

– Uciekał, swołocz.

Rano przekazali go policji. Baron napisał raport, w którym wskazał, że los złapanego agenta ochraniającego napastników, powinien być wskaźnikiem jak bardzo lokalne władze są w to zamieszane.

Nowa maszyna szyfrująca bardzo pomagała w przygotowywaniu depeszy, żeby ją nadać publicznym telegrafem. Była jak maszyna do pisania. Caryca, chyba dla żartu, kazała ją nazwać „Rewolucja”, ale nikt się nie śmiał.

Dostali rozkaz lecieć dalej. Do Karaczi z Kabulu było bliżej niż do Astrachania. Spodziewali się lotu tylko ośmiogodzinnego. Tamara ubrała się w białe lniane spodnie, bluzę i sznurowane buty, w których miała ukryte niewielkie noże, choć nie tak mikre jak te w Warszawie. Przed lądowaniem chciała jeszcze założyć korkowy hełm, żeby palące słońce nie niszczyło jej krótkich włosów.

Konkubiny już się wystroiły, sterowiec zniżał się. Przelatywali nad gęsto zaludnioną częścią miasta.

Nie słyszeli strzałów, tylko uderzenie w podłogę. Dzięki płytom pancernym pociski nie wpadały do środka gondoli. Jednak w powłoce zaczęły pojawiać się dziury.

– To jakaś strzelba na słonie – powiedział baron, przyglądając się uważnie – i to niejedna.

– Nie tracimy za dużo gazu – uspokoił wszystkich sternik. – Daleko nie mamy, dolecimy.

Lecieli chwilę w ciszy i gdy Tamara już uwierzyła, że wyjdą z opresji cało, coś zaświszczało. Baron spojrzał za okno.

– Pociski smugowe, czyli zapalające. Uwaga! – ostrzegł sternika.

„Gdybyśmy mieli karabiny maszynowe, to można by było odpowiedzieć ogniem”, pomyślał.

Nikt się nie spodziewał, że będą potrzebne i to misja dyplomatyczna, nie wypada. Pozostało tylko patrzeć i nasłuchiwać… Gwizd palącego się gwałtownie wodoru zwiastował najgorsze.

– Ewakuacja! – krzyknął szyper, przeganiając sternika. – Postaram się zejść na tyle nisko, żeby dało się skakać na te płaskie dachy.

Sterowiec lekko przytarł gondolą, wyskoczyły konkubiny i sternik. Szarpnęło kadłub do góry, ale zaraz znowu zaczęli opadać. Szyper otworzył zawory, żeby wypuszczać wodę balastową.

– Założę spadochron. – Zdecydowała Tamara, patrząc na to jak wygląda wyskakiwanie ze sterowca mknącego ponad pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. – Wysiadaj, Roman! – wydarła się głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Teraz po płaskim dachu kolejnego budynku poturlał się baron, kamerdyner i obaj kozacy. Wyglądało to niebezpiecznie.

– Butla z gazem! – Szyper pokazał na miejsce pod samowarem w centralnym miejscu gondoli.

Tym razem wyskoczył nawigator. Tamara ciągle się mocowała z amerykańskim spadochronem. Był nowy, poprzednio zakładała go tylko raz, na plakietce znajdował się wyszyty pająk. Spadochrony ze Stanów Zjednoczonych uznawano za najlepsze na świecie. Nie znaczy to wcale, że dało się go założyć szybko.

Baron doszedł do siebie na tyle, żeby usiąść na dachu budynku. Spróbował wstać, był trochę potłuczony, ale żebra całe. Zobaczył, że pan Alfred się nie podnosi, jeden kozak też nie.

Sterowiec wybuchł tuż nad linią brzegu. Nie był pewny czy dostrzega spadochron w powietrzu, ale bardzo chciał go widzieć.

***

Następnego dnia rano w hotelu obudził ich policjant. Był uprzejmy, upewnił się, że nie przeszkadza. Poszukiwania trwały. Pan Alfred i jeden kozak mieli nogę w gipsie. Nawigator – rękę na temblaku. Tamary nie było, szypra też nie.

– Znaleźliśmy ciało pańskiej żony niedaleko plaży – powiedział ze smutkiem brytyjski policjant. – Nie wydostała się ze sterowca. Technologia wodorowa…

– Wiecie kto to? – przerwał mu baron po niemiecku, nawigator przetłumaczył na angielski.

– Pasztuni – stwierdził z pewnością w głosie policjant. – Oni ledwo tolerują naszą obecność. Witamy w Indiach, panie baronie. Was wyraźnie nie lubią jeszcze bardziej.

Wychodząc, policjant zostawił na stole obrączkę Tamary. Było na niej trochę popiołu i śmierdziała spalonym aluminium, ale pieczonym mięsem – nie. Musiała spaść żonie z palca, zanim się spaliła. Tak pomyślał baron.

Kalkuta

Tamara wylądowała na plaży. To był krótki lot, czasza spadochronu ledwo zdążyła się napełnić zanim walnęła o ziemię. Uderzenie o piasek plaży było na tyle silne, że jeden nożyk wyskoczył jej zza cholewki. Więcej problemów nie miała. Nie licząc, że po wyplątaniu się z czaszy musiała zwymiotować.

Pojawili się dwaj hinduscy policjanci, pomogli wstać. Od razu okazało się, że nie są poliglotami. Biegle posługiwali się hindu i paszto, ale nawet angielskim – gorzej. Tamara pokazała im na kartce nazwę hotelu, napisaną w tych trzech językach. Coś uzgadniali między sobą.

– Yes, hotel – potwierdzili po uzgodnieniu odpowiedzi.

Wyszli na drogę, jeden z policjantów gwizdkiem wezwał rikszę i pojechali do pobliskiego brytyjskiego fortu. Tamara poczuła się aresztowana. To musiało być nieporozumienie, albo jej lęki, wynikające z ostatnich doświadczeń w Warszawie. W trakcie wstępnego przeszukania, zginęła obrączka i zegarek. Nie mogła się dogadać. Jedni udawali, że nie rozumieją, drudzy upierali się, że nie miała.

Przesłuchanie Tamary prowadził bardzo miły pan Malcolm. Nie zabrali jej ubrania, nie zbili, nie kłuli bagnetami, nie straszyli zrywaniem paznokci i nawet nie wspominali o wolnym ogniu. Do siedzenia dali fotel, nawet wygodniejszy niż ten, na którym siedział sam przesłuchujący. Na stole była herbata i biszkopty. Pan Malcolm zachęcał do częstowania się. Mimo wszystko, to już przestało wyglądać na nieporozumienie.

W porównaniu z podporucznikiem Pawłowem u Malcolma szokowała nieznajomość języków: angielski i koniec. Przynajmniej zadawał na razie łatwe pytania. Pawłow znał polski, rosyjski, francuski i na pewno więcej niż trochę niemiecki.

– Imię?

– Tamara.

– Nazwisko?

– Von Ungern-Sternberg. – Zapisał „Ungern”.

– Narodowość?

– Polska, ale pochodzenie mam polsko-żydowsko-rosyjsko-francusko-litewskie i trochę tatarskie. – Napisał „rosyjska”, zanim Tamara się przygotowała w myślach do narysowania drzewa genealogicznego.

– Wyznanie?

– Brak – odpowiedziała, bo nie wiedziała, jak to będzie po angielsku inaczej.

– Brała pani ślub w kościele prawosławnym w Petersburgu?

– Drugi tak, a pierwszy w katolickim, w Paryżu…

– Caryca była na pani weselu?

– Tak.

– To pani przyjaciółka?

– Nie, to Imperatorowa.

– Dzieci?

– To będzie trzecie. – Tamara położyła dłoń na brzuchu.

– A co pani taka poobijana?

– Dostałam sto kijów w śledztwie…

– Co? – Malcolm nie zrozumiał, bo Tamara powiedziała po niemiecku i powtórzyła po rosyjsku.

– Spadłam z konia, kilka razy.

– Aha. – Napisał „przemoc domowa” i nawet ucieszył się w duchu, że ma do czynienia z tak taktowną damą, która nie nazywa wstydliwych rzeczy po imieniu.

Zauważyła właśnie, że nie zabrali jej nożyków z butów, a pan Malcolm ma przy pasie rewolwer, którym ona umie się posługiwać. Wasyl i baron lubili Tamarę szkolić na strzelnicy, ją też to bawiło.

„Szkoda, że jesteśmy w środku fortu”, pomyślała.

– Co wiesz o akumulatorze pary? – spytał Malcolm, przerywając rozmyślania o ucieczce.

– Wszystko – odpowiedziała. – Mogę narysować.

Tamara widziała urządzenie wielokrotnie, od prototypowego w Zakładach Putiłowa, po najnowszy model, zamontowany na sterowcu barona, tym zestrzelonym, spalonym i rozbitym. Jak dostała ołówek i kartkę, przerysowała z pamięci schemat z niemieckiego technicznego czasopisma, które prenumerowali dla Antosia. Pan Malcolm wydawał się zadowolony z poziomu szczegółowości.

Cela była dużo mniejsza niż w Cytadeli Warszawskiej, ale wyposażona w łóżko z pościelą, przyrządy do mycia, czesania, szafę, lustro i jakby się drzwi otwierały, to nawet można byłoby się poczuć jak w hotelu.

Niestety już na trzeci dzień Tamarę uznano za bezużyteczną, nie dysponowała tymi informacjami, które by zainteresowały pana Malcolma, a właściwie – jego mocodawców.

Najpierw kibitka, zupełnie taka sama jak rosyjska, potem pociąg, przedziału z ośmioma aresztantkami pilnowało dwóch hinduskich żołnierzy.

– To pomyłka! – upierała się. – Nie jestem skazana…

– Mamy rozkazy. – To już rozumiała, bo powtarzanie jest podstawą nauki języka.

Dworzec w Kalkucie, dowieźli ją do „Obozu Internowania dla Kobiet”. Tutaj sierżant znalazł nożyki w butach, zabrał pasek, sznurówki i pozwolił wziąć tylko trochę konopnego sznurka. Pierścionek i łańcuszek też skonfiskowali.

– Jak sobie pani coś przypomni, cokolwiek co może być użyteczne dla Imperium, to proszę o mnie pamiętać – powiedział komendant obozu, po kurtuazyjnym powitaniu.

– Którego Imperium – spytała Tamara po angielsku.

– Bardzo śmieszne! – odpowiedział komendant głosem ponurym i dodał tonem groźby. – My się tu staramy nie bić bez potrzeby, przynajmniej białych.

Kazano jej pracować przy wyrobie cegieł, razem z innymi, nie zważając na ciążę. Wolne miała tylko w niedzielę. Codziennie próbowała sobie coś przypomnieć, żeby powiedzieć komendantowi, w nadziei, że ją wypuszczą. Jeszcze przed porodem uzmysłowiła sobie, że to bez sensu, nie może tak sobie pomóc. Nie była ani inżynierem, ani żołnierzem, ani oficerem wywiadu, była bezużyteczna dla imperium, przynajmniej brytyjskiego.

Przyjściu na świat Iriny Romanowny von Ungern-Sternberg asystowała angielska położna. Wyraziła przekonanie, że mała, jak trochę dorośnie, w sierocińcu nauczy się brytyjskiej dyscypliny. Teraz do całodziennej pracy przy glinie doszły nocne pobudki na karmienie. Pierwsze urodziny odbyły się w obozie internowania, czyli w cegielni. Przenośne łóżeczko, wykonane z pękniętego nosidła do gliny, przestawało być potrzebne. Córka coraz lepiej chodziła.

Nowy komendant był jeszcze gorszy. Jak odkrył w papierach, że Tamara nie jest chrześcijanką, ale bezbożnicą, kazał ją, razem z córką, przenieść do poganek, czyli hindusek. Tu nie było nawet jednego dnia wolnego w tygodniu. Najgorsze były wszy, nic nie pomagało. Żeby przeżyć musiała nauczyć się angielskiego.

– Speak English or die – krzyknął brytyjski strażnik ze szkockim akcentem. – Mów po angielsku, albo giń. – Szczęśliwie to było wywrzeszczane do innej hinduski.

***

Informacja, że wychodzi, że wraca do domu, spadła jej na głowę z zaskoczenia. Tamara próbowała odtworzyć w pamięci cokolwiek, co by to zapowiadało. Przypomniała sobie tylko nocną rozmowę z pewną hinduską wyglądającą na Thuga, która z europejskich języków, znała tylko niemiecki.

Komendant chciał być miły na koniec. Dla Iriny dał białą angielską sukienkę i dziecięcy marynarski mundurek. Córka skończyła czternaście miesięcy. Tamara dostała nowe sari i zalakowaną kopertę z listem do kapitana statku. Sama cieszyła się jak dziecko.

W porcie pod parą stał już kliper Cutty Sark VII. Brytyjski sierżant pomógł wysiąść z dorożki, pokazał palcem statek i odjechał. To chyba ten sam, co „speak English or die”.

Przy trapie stał marynarz z karabinem. Postanowił przegonić hinduskę z europejską dziewczynką. Nie peszyły go niebieskie oczy. Brytyjczycy stacjonowali w Kalkucie już od kilku pokoleń, więc się zdarzały. „Hinduska” upierała się, że chce rozmawiać z kapitanem. Mówił powoli i wyraźnie, a ona nie chciała sobie pójść.

Tamara wpatrywała się w skierowany w twarz bagnet typu ość na karabinie Lee-Enfield. Zauważyła, że rosyjskie mają końcówkę jak płaski śrubokręt, a ten jak igiełka. Niby nie ma różnicy…

Nie wytrzymała. Marynarz usłyszał wiązankę niemieckich słów, okraszonych co grubszymi rosyjskimi. Poprosił kapitana, miał nadzieję, że każe zastrzelić. W końcu jedna dzikuska mniej nie robi różnicy.

W liście było napisane: „Okazicielką tego listu jest Tamara Ungern, Rosjanka i bezbożnica”. Podejrzała, że komendant obozu określił ją słowem „godless”.

– Sądziłem, że będzie pani inaczej wyglądać, baronowo – powiedział kapitan.

– Nie wątpię.

Kajuta Tamary była niewielka, ale przynajmniej łóżko miało materac, pościel, dali mydło, szczoteczkę do zębów i koszulę nocną.

Wyszli z portu na maszynach parowych, ale zaraz potem przeszli na żagle.

Prysznic i toaleta były w korytarzu, zasilane morską wodą. Okazało się, że wszom nie za bardzo szkodzi.

– Powinna pani buty założyć – powiedział kapitan gdy Tamara wyszła na pokład. – Nie wypada…

– Jak mi jakieś dacie… Może chociaż skarpetki?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi. W końcu znalazła na statku magazyniera, ale on też tylko udzielił kilku dobrych rad.

– Pani się nie włóczy tak ubrana, bo jakieś nieszczęście będzie. Chłopaki są tak wygłodniałe, że jakby kobiece giezło na burcie powiesić, to dziurę wybiją i statek zatonie. – To pewnie miał być żart.

– Ale butów pan nie ma dla mnie jakichś? Albo innego ubrania? – Nie miał.

Było gorąco w czasie rejsu. Na tyle, że Tamara się przebrała w to sari z cieńszego materiału. Oprócz słownych zaczepek, raczej kulturalnych, nic się nie zdarzyło.

– Dokąd płyniemy? – spytała kapitana dopiero jak znaleźli się w Kanale Sueskim.

– Do Istambułu…

– Teraz to się nazywa znowu Konstantynopol – poprawiła.

– Wielka Brytania nie uznaje tej zmiany. Gra pani w szachy?

– Owszem.

Okazało się jednak, że kapitan – nie. Tamara grywała głównie z baronem i z Antosiem. Kapitan się całkiem zgubił gdy zobaczył debiut partii hiszpańskiej w wariancie Karla Janisza. To dziwne, bo to było modne zagranie od 1855 roku. Po przegranej z „bosonogą dzikuską” obraził się i zaczął jej unikać. Może od angielskiej damy oczekiwano, że się taktownie da pokonać?

Czas rejsu Tamara poświęciła na zwalczanie wszy u siebie i u Iriny, każda metoda działała, ale nie do końca. Energia dziecka nie znajdowała ujścia w małym pomieszczeniu kajuty, musiały spacerować po całym statku.

Dzień przed wejściem do Konstantynopola na kliperze uruchomiono kotły, żeby z napędem parowym manewrować w porcie.

Na nabrzeżu czekał carski żandarm w bryczce. Też nie mógł uwierzyć, że Tamara to baronowa von Ungern, a liter łacińskich nie znał, więc list od komendanta angielskiego obozu nic mu nie mówił. Irina w marynarskim mundurku bardziej go przekonała. Co gorsza obie były bardzo opalone, więc nie pasowały do wyobrażeń podoficera żandarmerii jak powinna wyglądać baronowa z Rewla.

Orient Express czekał niemal godzinę. Tamara miała bilet na cały przedział, w którym były dwa łóżka, kanapa i mała umywalka, czyli pierwsza klasa – sypialny. Szczęśliwie opłacono im posiłki, bo pieniędzy nie miała. Irina na przemian skakała po przedziale jak pchła, albo pełzała jak karaluch.

W Wiedniu pociąg do Warszawy też musiał poczekać, żeby Tamara zdążyła się przesiąść. Zamarła, w przedziale siedział Pawłow. Był ubrany w garnitur, po cywilnemu. Jak wynikało z legitymacji, teraz już kapitan.

– Przywiozłem dla pani szynel, a dla Iriny pled – powiedział.

Tamara odruchowo sprawdziła czy nie ma żadnych insektów.

– Czemu zawdzięczamy ten zaszczyt? –– wyksztusiła wreszcie.

– Tylko ja w służbie znam panią na tyle, żeby potwierdzić identyfikację. Musieliśmy się upewnić czy to nie jest jakaś prowokacja Anglików, albo tych od kaisera.

– Butów mi pan nie przywiózł?

– A zimno pani? – zdziwił się. – Tutaj?

Tamara poczuła przez chwilę ten sam ziąb, co kiedyś w Cytadeli, mimo że było raczej upalnie w Konstantynopolu o tej porze roku. Dostała gęsiej skórki. On wpatrywał się w jej stopy z pewną fascynacją.

– A to nie jakiś fetysz? – postanowiła zażartować. – Doktor Freud w Wiedniu…

– Czytałem – potwierdził Pawłow. – Śladów po kijach pani nie ma?

– Nie.

– Żal, że nie doszliśmy do wolnego ognia. Identyfikację uczyniłoby łatwiejszą. Jednoznaczne ślady by pani miała…

Chciała odpowiedzieć, że sama raczej nie żałuje, ale nie przeszło jej przez gardło. Do samej Warszawy Tamara była przerażona bliskością śledczego. Irina wyczuwała napięcie matki i siedziała jak trusia. Bez trudności i bez specjalnego zaangażowania Pawłow dowiadywał się wszystkiego, co działo się od katastrofy sterowca w Karaczi po pracę w cegielni razem z hinduskami. Był dobrym słuchaczem, kupował jedzenie, a Tamara nie miała powodu niczego ukrywać.

– Mam nadzieję, że pretensji pani do mnie nie ma? – Dojeżdżali już.

– Tylko o to, że kazał mi pan ogolić głowę jak dziwce! – odezwała się podniesionym głosem, nie chciała powiedzieć: „nie”.

Uśmiechnął się, nic nie odpowiedział. W lustrze Tamara spostrzegła właśnie wesz spacerującą po włosie. Schowała pod chustę. Miała nadzieję, że Pawłow nie zauważył. Przepisy sanitarne w Rosji dla ludzi wychodzących z więzienia były jednoznaczne. A każdy sąd zaliczyłby tę cegielnię do takiej instytucji.

Na peronie Dworca Wiedeńskiego czekał baron z Antosiem i z panem Alfredem. Za budynkiem unosił się nowy sterowiec, miał napisane „Nikołaj II”. Pawłow zniknął po zdawkowym pożegnaniu, jak tylko pociąg dojechał i otworzyli drzwi.

„Lepiej, że nie powiedział do widzenia”, pomyślała.

Pancernik

Od domniemanej śmierci Tamary minął ponad rok. Roman von Ungern już uwierzył, że żona zginęła koło samego portu w Karaczi.

Wywiad armii niemieckiej, czyli czwarty wydział Sztabu Generalnego, jedynie „z przyjaźni i szacunku” skontaktował się z baronem z informacją, że żona żyje i ma śliczną córeczkę Irinę. Gorsza informacja była taka, że jest przetrzymywana wbrew swojej woli „gdzieś w Kalkucie”.

Baron natychmiast dał znać imperatorowej, która zaczęła od napisania nadzwyczaj osobistego listu do króla Anglii. Zaczynał się oczywiście od „Do Naszego Umiłowanego Kuzyna”, potem były podziękowania za odnalezienie i zaopiekowanie się baronową, a na końcu propozycja odebrania „zguby” z Kalkuty najnowszym pancernikiem rosyjskiej floty. Właśnie odbywał próby morskie na Oceanie Indyjskim, więc daleko nie miał, żeby złożyć kurtuazyjną wizytę z misją „pokoju i przyjaźni”.

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Król zapewnił, że dużo szybciej będzie, gdy baronowa popłynie do Istambułu kliprem herbacianym. Nie ma szybszych jednostek na świecie, a żaden nie dorównuje Cutty Sark VII. Rzeczywiście, pancernik płynący jego śladem, nie dogonił go.

Baron zobaczył żonę na peronie Dworca Wiedeńskiego w Warszawie, stała w żandarmskim płaszczu, trzymała za rękę małą dziewczynkę owiniętą w pled. Antoś rzucił się pierwszy przywitać matkę.

Bez zwłoki wystartowali sterowcem i skierowali się do Rewla. Tamara była wymalowana jak hinduska księżniczka, chuda jak szkielet, opalona jak wędzona szprotka i wygolona jak Tatarka. Gdy tylko zostali sami w kajucie, to okazała się tak wyposzczona, że nie poczekała nawet, żeby ją przywiązać do łóżka.

– Rodzice muszą trochę pobyć sami – powiedział pan Alfred do Antosia i do Iriny.

Spodziewał się, że po chwili ciszy z kajuty będzie słychać krzyki. Wolałby, żeby dzieci nie stały pod drzwiami.

– Zrobili ci coś? – spytał baron, ubierając się pospiesznie.

– Nie, tylko jeden Angol zaproponował, że mi wsadzi pałę – powiedziała Tamara – ale nie był precyzyjny gdzie.

– Chyba się domyślam…

– Chcesz powiedzieć, że nie pocieszyłeś się z żadną z tych „konkubin” – Tamara powiedziała to tak, że słychać było cudzysłów.

– Myślałem, że nie żyjesz! – odpowiedział baron. – Też pasa cnoty nie nosiłaś.

To był ten moment, który pan Alfred przewidział. Popatrzył na zegarek i postanowił nakrywać do stołu za godzinę. Na razie ustawił muzykę na sterowcu – głośniej. Epoka pary i elektryczności miała swoje zalety.

***

W Rewlu Tamara uparła się wskoczyć do sauny natychmiast i wziąć ze sobą Irinę. Wzbudziło to ogromne zdumienie barona, bo zazwyczaj była sceptyczna do tej formy higieny, szczególnie dla dzieci. Tłumaczyła się, że w cegielni pracowała cały dzień przy piecu i teraz jej ciągle zimno.

– Nie powinien obejrzeć cię lekarz? – zapytał baron – Albo chociaż Irinę?

– Jeszcze nie – mruknęła w odpowiedzi.

Skuteczne pozbycie się wszy u siebie i u dziecka zajęło Tamarze tydzień. Oprócz oleju, octu i sauny, bardzo pomogła esencja z drzewa herbacianego, po którą posłała do apteki. Teraz już mogła pójść z córką do lekarza bez ryzyka, że się będzie czepiał.

– Muszę przeprosić panią na chwilę – przyszedł pan Alfred jak Tamara się ubierała. – Rozkaz od barona.

– Pan jest bezczelny! – Miała na sobie tylko pantalony, koszulę, gorset i pończochy, układała włosy.

– Mam to pani założyć – Pokazał pas cnoty.

– Sama to zrobię…

– Rozkaz był jednoznaczny. Mam wezwać kozaków? Jestem drugi w łańcuchu dowodzenia na zamku…

– A ja trzecia.

– Właśnie!

„Zaczęło się!”, pomyślała Tamara.

Pan Alfred zapiął zamek i kluczyk na łańcuszku schował pod koszulą.

– Będę pani towarzyszył w drodze do lekarza.

– Nie wątpię.

Wieczorem Tamara poskarżyła się mężowi. Śmiał się.

– On mnie dotyka, nie jest taki jak Wasyl…

– Za Wasyla co tydzień palę świecę – powiedział baron. – Drugiego takiego nie będzie.

– Alfred mnie dotyka! – powtórzyła.

– Nic ci nie zrobi – zaśmiał się znowu. – Myśli, że jesteś Żydówką, brzydzi się. Nawet sobie nie wyobrażasz, co on ma w głowie.

***

Negocjacje z Anglikami, w sprawie portu w Karaczi, jeszcze się nie rozpoczęły. Rosja przestała wierzyć, że ten „wypadek” sterowca barona był sprawką Pasztunów. Londyn postawił warunek wstępny, żeby po stronie rosyjskiej nie było Tamary. Rząd w Petersburgu odpowiedział, że Anglicy mogą decydować kto będzie reprezentował Wielką Brytanię, a nie o tym, z kim ma podróżować baron Ungern.

W końcu się udało. Z Petersburga wyruszył największy na świecie sterowiec „Imperatorowa Jekaterina II”. Na pokładzie byli przedstawiciele resortu Spraw Zagranicznych pod przewodnictwem Ministra. Baron Ungern reprezentował samą imperatorową. Zabrał ze sobą całą rodzinę, kamerdynera i piastunkę. Do ochrony dostali rotę huzarów w nadziei, że będą się zachowywać kulturalniej niż kozacy zabajkalscy. W końcu to Londyn.

Tamara już w Rewlu zaczęła malować cykl obrazów „Krew, pot i łzy”. Na pokład sterowca też wzięła sztalugi. Było na tych obrazach dużo cegieł, trzy domy, ozdobione krzyżem, półksiężycem i głową słonia. W środku stał ognisty piec i tańczące białe figurki. Antoś pytał czy to piekło.

– Nie, taka szkoła językowa.

Sterowiec zacumował w Hyde Parku, wysiedli, potem odleciał w kierunku ujścia Tamizy. Tam na redzie stał najnowszy pancernik rosyjskiej floty o nazwie Gangut czyli po fińsku Hanko. Był pod parą, żeby naładować akumulatory sterowca. Potem mógł już wygasić kotły.

Dzięki największemu akumulatorowi pary na świecie, pancernik mógł ruszać do akcji prawie natychmiast z pełną prędkością, nie tracąc czasu. Oczywiście jeden okręt nie miał znaczenia przy potędze Royal Navy, ale zaprojektowano go tak, żeby spełniał standardy współdziałania z Kaiserischemarine. To już stanowiło dla Brytyjczyków problem.

Pierwszy dzień negocjacji upłynął na rozmowach zawierających się w zwrotach: „rząd jego królewskiej mości nie dopuszcza…” oraz „rząd Rosji nalega na…”.

Tamara była znudzona, w pasie cnoty siedziało się niewygodnie, więc drugiego dnia postanowiła coś z tym zrobić. Malując obraz wieczorem przypomniała sobie, że w cegielni nie było Chinek.

Oczywiście może gdzieś zbudowano inny angielski obóz, gdzie tylko one siedzą. Tamara przyjęła hipotezę, że Chiny są poza grą mocarstw i może Brytyjczycy bardzo nie chcą, żeby znalazły się po przeciwnej stronie. Postanowiła przetestować ten pomysł. I tak miała opinię szalonej artystki, do tego narwanej.

– Wasza ekscelencjo – zwróciła się po angielsku do Ministra Spraw Zagranicznych Wielkiej Brytanii jeszcze przed oficjalnym otwarciem obrad. – Czy naprawdę bardzo chcecie zmusić Rosję do paktu z Chinami przeciwko Anglii?

– Mówi pani jak Hinduska – minister zauważył jej akcent.

Angielski nie był językiem uznawanym za stosowny do dyplomacji, więc i tak to, co powiedziała, nie mogło być uznane za oficjalne stanowisko Rosji.

– Wielka Brytania musi popracować nad poziomem szkoły językowej w Kalkucie – stwierdziła Tamara. – Chińczycy dali nam już nabrzeże w Szanghaju. – Przypomniała sobie raport o sytuacji w regionie, który czytała do poduszki na pokładzie sterowca w czasie lotu.

Na twarzy ministra nie drgnął żaden mięsień, ale sobie przypomniał wszystko, co czytał o Tamarze w charakterystyce. Wywiad najpierw nadał jej kryptonim operacyjny „żelazny tyłek”, a potem „żelazne majtki”, na teczce było skreślenie. A powinni ją nazwać „wesz”, jak coś bardzo dokuczliwego i nie do zabicia.

– Rząd Jego Królewskiej Mości może rozważyć koncesje na nabrzeże w Karaczi… – odpowiedział wreszcie.

– O tym rozmawialiśmy kilka lat temu, okazało się to niebezpieczne, bo Pasztuni, pan sam rozumie – powiedziała. – Teraz prosimy o przekazanie całego portu.

Zapadła cisza, którą przerwała przemyślana wypowiedź barona.

– Oui monsieur – potwierdził po francusku, chciał wrócić do właściwego języka dyplomacji.

Zanim Brytyjczycy się oficjalnie zgodzili, baron Ungern z rodziną mieli ponad trzy dni na zwiedzanie miasta.

– Idziemy do The National Galery? – spytała Tamara.

– Ale ty się chwalisz tym swoim angielskim tutaj. – Uśmiechnął się baron. – Anton woli do British Museum.

– Patrząc na miny Anglików, trochę czasu na zwiedzanie mamy.

– Dadzą nam ten port w Karaczi? – spytał Antoś.

– Tak – potwierdził baron – podobno teraz tylko myślą jak to swojej opinii publicznej przedstawić. Król już zawiadomił imperatorową, że się zgodzili.

– To się nazywa, że udzielą koncesji – dodała Tamara.

Po mieście snuło się za nimi dwóch tajniaków, wyraźnie Anglików i pilnowało ich czterech umundurowanych rosyjskich huzarów z karabinami. Powinno być bezpiecznie, chociaż Londyn nie należał do spokojnych miast.

Drugiego dnia zwiedzania, tak samo jak pierwszego, Tamara wieczorem odesłała dzieci do hotelu. Sama miała iść na kolację z baronem. Tym razem mieli do nich dołączyć brytyjski i rosyjski minister spraw zagranicznych z rodzinami.

Rozstawaniu się z dziećmi i oczekiwaniu na samochody, towarzyszyło pewne zamieszanie. Tamara nie lubiła takiego planu dnia. Uważała, że powinna dostać czas na przebranie się i drzemkę przed kolacją, skoro ma jakoś wyglądać. A tu kierat – jak w obozie pracy.

Nagle zauważyła, że nie widać angielskich tajniaków, albo zaczęli się lepiej ukrywać, albo sobie poszli. Zwróciła na to uwagę baronowi.

– Może mają problem w czasie zmiany warty? – zasugerował von Ungern. – Tak jak my. – Rozejrzał się nerwowo, powinny już być samochody.

Było ich teraz czworo: Tamara, baron i dwóch huzarów. Przez ulicę przechodził Hindus, ciągnąc wózek pełen owoców. Pewnie właśnie zamknął swój stragan. Pech chciał, że wózek się przewrócił.

„No nie”, pomyślał baron dobywając rewolweru. „Najstarszy numer świata!”

– Zabrać tego brudasa i zepchnąć wózek z drogi – zakomenderował.

Hindus strzelił pierwszy. Huzar padł martwy. Wózek okazał się dobrą osłoną przeciw strzałom z rewolweru i nawet karabinu.

„Przygotowali się, wzmocniony!”, baron zauważył rykoszety.

– Ratunku! – usłyszał krzyk Tamary, ale jakiś stłumiony.

Uwalnianie się z duszenia zza pleców należało do podstawowych chwytów piechoty, które baronowa ćwiczyła z mężem i z Antosiem w ramach zabaw. Tylko, że tego się nie da zastosować, gdy napastnik jest aż tak większy. Na szczęście Wasyl, rozmiarem dorównywającym niedźwiedziowi, pokazał kilka improwizowanych sztuczek. Szkoda, że zginął, wtedy, na Uralu. Jakby tu był…

Tamara westchnęła, ostatni raz nabierając powietrza, nie potrafiła obcasem zmiażdżyć śródstopia napastnika. Miał jakąś stalową wkładkę? Najpierw spróbowała go przewrócić do przodu, na siebie, oczywiście się nie udało. Odbiciem z obu nóg od bruku wybiła go z równowagi, poleciał na plecy. Elegancki melonik nieco zamortyzował upadek, rondo kapelusza baronowej nie pozwoliło uderzyć potylicą w nos. Nie puścił, ale przynajmniej lekko zwolnił uścisk. Tamara zamiast wierzgać nogami w powietrzu, wyciągnęła zza cholewek oba ostrza.

„Nie dam się więcej porwać, prędzej sobie wbiję ten szpikulec w szyję!”, pomyślała.

Ostrze przeszło przez marynarkę i koszulę napastnika. Szkic Leonarda da Vinci, wymęczany na zajęciach anatomii dla artystów, pokazywał precyzyjnie właściwe miejsce. Krew z przedramienia napastnika poleciała jak z kranu, w rytm pulsu. Tamara wstała, wciąż trzymając drugie ostrze przy swojej szyi.

Drugi huzar też już nie żył. Obejrzała się. Ten, którego zamordowała, był Anglikiem. Barona trzymało na muszce dwóch Hindusów. Jeden z nich, wykonał lewą ręką gest, patrzył jej w oczy. Odpowiedziała, dając znak prawą.

– Nie strzelaj! Roman nie strzelaj – wydarła się pełnym głosem po rosyjsku, zanim jeszcze obaj zaczęli uciekać w przeciwne strony. – On ci ratuje życie.

– Co to było?

– Zabiłam go! – Pokazała za siebie na Anglika, było jej niedobrze. – Sama… Chcieli mnie porwać, jak w Karaczi.

– Ale dlaczego uciekli? – spytał baron, wskazując na Hindusów.

– Wymieniliśmy pozdrowienie Thugów, nie zabijamy swoich.

– Jesteś Thugiem? – zdziwił się.

– Nie całkiem. – Osunęła mu się w ramiona, ale to nie koniec.

– Armed police. Drop your weapon! – Pojawiła się wreszcie policja i kazali rzucić broń.

Żona przetłumaczyła mu szeptem polecenie, baron spokojnie odłożył rewolwer na bruk. Przyjechały dwa samochody, wysiedli rosyjscy huzarzy i natychmiast ustawili się w pozycji do ataku na bagnety.

– Służba dyplomatyczna imperatorowej Wszechrosji – krzyknęła Tamara, najpierw po francusku, ale widząc konsternację, powtórzyła po angielsku. – Zostaliśmy zaatakowani.

– Do nogi broń! – Baron wydał komendę huzarom.

– Nawet omdleć nie mogę, jak wypada damie – szepnęła Tamara. – Jedziemy się przebrać, mówiłam – Wskazała swoją bluzkę, całą we krwi.

Na kolację potężnie się spóźnili.

– Prosimy o wybaczenie – zaczęła tłumaczyć się Tamara. – Jakieś oprychy próbowały mnie porwać, znowu.

– Żona musiała jednego zabić, a dwóch przepłoszyć. Policja zjawiła się jak zwykle za późno. Mnie się nie udało żadnego trafić – dodał tonem bardzo głębokiego żalu.

Następnego dnia w The Times śmiano się, że do ochrony rodziny Romana von Ungerna potrzeba plutonu huzarów, nic dziwnego, że Ruscy przywlekli ze sobą całą rotę.

– Dlatego potrzebny im największy sterowiec świata – wyjaśniał dziennikarz brytyjskiemu społeczeństwu.

Reguły dyplomacji nakazywały, żeby podpisanie porozumienia w sprawie portu w Karaczi zostało uczczone bankietem. Przy okazji sprawiało wrażenie, że obie strony wygrały przy stole rokowań.

– Panie ministrze – powiedziała Tamara teraz już po francusku, przed pożegnaniem. – Czy rząd jego królewskiej mości rozważa lepsze pilnowanie swojej broni?

– Co pani baronowa ma na myśli?

– Kiedyś w Warszawie przystawiono najnowszy model Enfield No. 2 do głowy mojej córki, gdy jeszcze ją nosiłam pod sercem. I do głowy mojego męża – dodała.

– Ależ on już od roku jest na wyposażeniu armii…

– To było wcześniej, panie ministrze – zwróciła uwagę Tamara. – Co by było jakby rząd Rosji zdecydował się wyposażać Sikhów w Pendżabie w broń? Najnowszą?

– Na rozkaz imperatorowej oczywiście – dodał baron, który właśnie podszedł.

Na twarzy brytyjskiego ministra nie drgnął żaden mięsień, ale zrobił się trupio blady. Sterowiec miał startować od razu po zakończeniu imprezy.

Epilog

Wprawdzie Chiny nie były uznawane za drzemiącego smoka, ale jednoczesna obecność Rosji na linii Kabul – Karaczi i Port Arthur – Szanghaj, stwarzały uzasadnione obawy bezpieczeństwa indyjskich posiadłości Wielkiej Brytanii. Zwłaszcza wobec aktywności floty i ciągle powiększanej przepustowości Kolei Transsyberyjskiej.

Takie stwierdzenia zawierał raport wywiadu, sporządzony po wielodniowych naradach rządu w Londynie. Tamara przeczytała go w łóżku, w kajucie na największym na świecie sterowcu. Przyszła jej do głowy jedna prosta myśl:

„Tylko wtedy, jeśli Wielka Brytania uważa się za wroga Rosji”.

– Masz powołanie do służby imperatorowej – powiedział baron przy śniadaniu, pokazując depeszę z radiotelegrafu.

– Do kozaków? – zażartowała Tamara, bo jakoś przypomniały jej się konkubiny.

– Pewnie na damę dworu – mąż odpowiedział poważnie, podejrzewając którędy błądzą myśli żony. – Anastazja doceniła twoją pracę dla tajnej służby.

– A to ja jestem w jakiejś tajnej służbie? – zdziwiła się nie na żarty.

Koniec

Komentarze

Witaj.

Jeszcze doczytuję, ale już wpiszę trochę spraw technicznych, aby mi nie umknęły, bo opowiadanie jest obszerne. :)

Dość szokującym wydało mi się porównanie, dotyczące dziecka:

Irina na przemian skakała po przedziale jak pchła, albo pełzała jak karaluch.

 

Co do wspomnianej partii szachów z 1855 r. znalazłam w internecie wiadomość o tej z 21 czerwca 1851 r., nazwanej w 1855 “partią nieśmiertelną”. :) Czy to do niej nawiązuje ów fragment? 

 

Nie wiem, czy ten fragment celowo kursywą:

– Bo jestem niewinna? – spytała.

Poczuła nagle coś w rodzaju euforii, bardzo nie chciała tego pokazać. Czuła, że byłoby to niewłaściwe jak cieszenie się zwycięstwem, zanim bitwa się skończyła. Jakoś to porównanie przyszło jej do głowy.

 

każdy plan mógł się nie powieźć

Tamara znowu zbierała się awantury.

Nosiły się w tak rzucający się w oczy sposób

Rzeczywiście, na jakieś sześć godzin Tamara przestała czuć ból..

Negocjacje z Anglikami w sprawie nabrzeża w porcie Karaczi, w trwały trzy dni i zakończyły się sukcesem.

Gdyśmy (Gdybyśmy) mieli karabiny maszynowe, to można by było odpowiedzieć ogniem”, pomyślał.

(tu chyba trzeba pełną nazwą:) mknącego ponad 50 km/h.

udzielił kilka (kilku) dobrych rad.

k(K)anał Sueski

Tamara miała bilet na cały przedział, w którym były dwa łóżka, kanapa i mała umywalka (przecinek) czyli pierwsza klasa – sypialny.

Minister czasem jest pisany wielką, czasem – małą literą

 

Doczytałam. :)

Wielkie brawa za świetnie poprowadzoną fabułę historyczno-sensacyjną. Z oznaczeń tekstu spodziewałam się sporej ilości elementów fantastycznych, ale za to miałam porządną dawkę historycznych wydarzeń, postaci, terminów. :) 

Oczywiście, oprócz informacji o wspomnianej partii szachów, poszukałam także w internecie wiadomości o baronie Romanie i jego najbliższych. :)

Emocje głównej bohaterki opisujesz niezwykle realistycznie. Nieco dziwnymi wydały mi się dość szybkie zmiany jej losu/położenia z prawie zabitej, wymęczonej, ciężarnej więźniarki po elegancko ubraną malarkę, i potem – znowu, i potem – znowu. 

Całość doskonale prezentuje, jak zawiłe stosunki polityczne panowały wówczas na świecie, i to nie tylko w koloniach czy zamorskich posiadłościach mocarstw. 

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Radek, to jest najlepsza przedmowa do opowiadania, jaką widziałam na portalu, tylko coś w tym zdaniu nie zagrało: 

W opowiadaniu zawarta jest instrukcja użycia szpady dla początkujących i dyskutowana różnica między bagnetem typu ość i liść.

Lepiej byłoby tak:

W opowiadaniu zawarta jest instrukcja użycia szpady dla początkujących i dyskusja o różnicy między bagnetem typu ość i liść.

Opowiadanie kolejkuję ;).

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

@bruce:

Dość szokującym wydało mi się porównanie, dotyczące dziecka:

Irina na przemian skakała po przedziale jak pchła, albo pełzała jak karaluch.

Nie miałem intencji szokować, po prostu w sprawności i wytrzymałości rocznego dziecka jest coś dla mnie nieludzkiego. To jest nawet fizjologicznie uzasadnione.

Wyobraziłem sobie również energię takowego, zamkniętego w małym przedziale gdy matka jest głęboko (wielomiesięcznie) zmęczona.

Co do wspomnianej partii szachów z 1855 r. znalazłam w internecie wiadomość o tej z 21 czerwca 1851 r., nazwanej w 1855 “partią nieśmiertelną”.

Uważam, że bym przesadził. Odnosiłem się do najpopularniejszego w owym czasie poradnika szachowego. W Rosji był na półce w każdym “porządnym domu”, jak mówiła moja babcia.

 

Błędy poprawiłem. Dziękuję!

 

oznaczeń tekstu spodziewałam się sporej ilości elementów fantastycznych,

W sumie oznaczyłem alt-hist. Rozumiem, że dla Ciebie hard-sf jest mylące, ale to próba steam-punku bez “smoczego kamienia” (z całym szacunkiem), za to z akumulatorem pary. Proszę o wybaczenie, ale ja jestem bardziej “hard” niż to “f” :-(

Najbardziej fantastycznym elementem jest, że ojciec Anastazji zachował się rozsądnie i zrozumiał realia geopolityczne po Mandżurii.

 

Nieco dziwnymi wydały mi się dość szybkie zmiany jej losu/położenia z prawie zabitej, wymęczonej, ciężarnej więźniarki po elegancko ubraną malarkę, i potem – znowu, i potem – znowu. 

Zarzut rozumiem. To mi wynikło z fabuły, której celem tutaj było pokazanie “okropieństw pokoju” i trudów “tajnej służby”, nawet jak się nie wie, że w niej się jest. Chciałem uniknąć robienia wrażenia, że Rosja to są “dobrzy”, a Anglia – “źli”, albo odwrotnie.

Rosja była prekursorem stosowania (pseudo-) naukowych metod w śledztwie, a Anglia – obozów koncentracyjnych. Nie mogłem im tego odpuścić. Teraz do mnie dotarło, że nazwisko Pawłow nie było przypadkowe, ale wypełzło z mojej podświadomości.

A miał być Iwanow…

o baronie Romanie i jego najbliższych

Tamara jest wymyślona, a on nie do końca. “Smoczą krew” znalazłaś? :-)

Będzie jeszcze jedno opowiadanie: “Para i ostatnia komórka”. Prequel do “Pary i potworów”.

 

Całość doskonale prezentuje, jak zawiłe stosunki polityczne panowały wówczas na świecie, i to nie tylko w koloniach czy zamorskich posiadłościach mocarstw. 

Przyznam się, że je po żołdacku uprościłem, bo krzyczeli na mnie (wszyscy i słusznie), że piszę opowiadanie, a nie monografię.

 

Bardzo dziękuję!

 

@Alicella:

Miałem nieco co innego na myśli, ale Twoja poprawka okazała się na tyle lepsza, że wrzuciłem.

 

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

To ja bardzo dziękuję. 

Wszelkie uwagi, poddane dyskusji, są jedynie moimi przemyśleniami po przeczytaniu, broń Boże “zarzutami”. :)

To nie były żadne błędny, lecz nieznaczne usterki. Ja popełniam znacznie gorsze. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Cześć!

 

Zacząłeś to opowiadanie tak, że bałam się czytać dalej. Na szczęście nie doszło do wyrywania paznokci. Fabuła niezbyt mnie wciągnęła, ale masz taki styl pisania, że czytałam w oczekiwaniu na kolejne zdanie typu: Baron był raczej wyspany, trzymali go w piwnicy bez okna, w ciemności. Mnie się bardzo podoba ta surowa narracja, choć wymaga od czytelnika dużego skupienia, chwila nieuwagi i można się pogubić. Bohaterowie wydają się wyprani z emocji, a jednak w jakiś dziwny sposób poruszający.

Wychodząc, policjant zostawił na stole obrączkę Tamary. Było na niej trochę popiołu i śmierdziała spalonym aluminium, ale pieczonym mięsem – nie. Musiała spaść żonie z palca, zanim się spaliła. Tak pomyślał baron.

Zaraz się okazało, że Tamara jednak przeżyła, ale ten fragment jest tak napisany, że mnie zatkało, w dobrym znaczeniu. To są właśnie te emocje bez emocji. To jest jednocześnie straszne i przesycone takim czarnym humorem.

Zgłaszam do biblioteki.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

@Alicella:

Fabuła niezbyt mnie wciągnęła

Muszę nad tym BARDZO popracować.

Bohaterowie wydają się wyprani z emocji, a jednak w jakiś dziwny sposób poruszający.

Próbuję prowadzić narrację w sposób tzw. behawiorystyczny (głównie, bo robię odstępstwa pod naciskiem mądrzejszych, czyli czytelników). Czyli pokazuję działania bohaterów, starając się, żeby było jasne, co czują.

Co może czuć człowiek, który wącha obrączkę żony, w poszukiwaniu smrodu spalonego ciała? Chyba jasne!

Wbrew pozorom, scenę w Cytadeli zrobiłem bardziej w stylu kina akcji niż dokumentu z epoki. A pisanie o Carskiej Rosji bez knuta, kija i katorgi byłoby jakieś niestosowne. Gore ma nie być, ale odrobinę potworności bez niuansów na początku chciałem wrzucić. Planowałem zmusić czytelnika do wiary, że wszystko to, o czym śledczy mówi, zaraz (w perspektywie dni) się stanie.

W ogóle myślą przewodnią tego opowiadania miało być, że nawet przedłużona Belle Epoque nie jest ładna ani dobra.

 

Bardzo dziękuję!

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Radku, cieszę się, że dzięki Twojej nieposkromionej fantazji dane mi było poznać dalsze losy baronowej Tamary von Ungern-Sternberg, towarzyszyć jej w najdziwniejszych okolicznościach, a przy okazji – mimo nierzadko dramatycznych przeżyć, których doświadczała bohaterka – cieszyć się świetnym humorem, cechującym całe opowiadanie. Nie mogę też nie wspomnieć o świetnie opisanej galerii postaci, towarzyszących Tamarze w jej burzliwej historii.  

Wykonanie, niestety, pozostawia nieco do życzenia.

Mam nadzieję, że dokonasz poprawek, bo chciałabym móc odwiedzić klikarnię. ;)

 

– Pani jest mę­żat­ką? – Zdzi­wił się straż­nik… → – Pani jest mę­żat­ką? – zdzi­wił się straż­nik

Przypomnij sobie wiadomości, jak zapisywać dialogi. Korzystaj też z listy czasowników dla didaskaliów dialogowych.

 

zanim się wzię­ła do zdej­mo­wa­nia miary. → …zanim się zabrała do zdej­mo­wa­nia miary.

 

Kon­ku­bi­ny miały przy pa­sach łuki, tylko tro­chę mniej­sze. → Mniejsze od czego?

 

Rze­czy­wi­ście, na ja­kieś sześć go­dzin Ta­ma­ra prze­sta­ła czuć ból.. → Jeśli zdanie miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

– Baron mi się kazał panią opie­ko­wać po tym, co pani prze­szła…

– Do­bra­noc! – po­wie­dzia­ła i po­sta­no­wi­ła po­skar­żyć się mę­żo­wi, ale naj­pierw się wy­spać. → Lekka siękoza.

 

Po wstęp­nym prze­szu­ka­niu, zgi­nę­ła ob­rącz­ka i ze­ga­rek. → Czy dobrze rozumiem, że obrączka i zegarek zginęły po przeszukaniu?

A może miało być: Po wstęp­nym prze­szu­ka­niu stwierdzono brak ob­rącz­ki i ze­ga­rka.

 

Paw­łow znał pol­ski, ro­syj­ski, fran­cu­ski i na pewno wię­cej niż tro­chę nie­miec­kie­go.Paw­łow znał pol­ski, ro­syj­ski, fran­cu­ski i na pewno wię­cej niż tro­chę, nie­miec­ki.

 

od­po­wie­dział ko­men­dant gło­sem po­nu­rym i dodał w tonie groź­by. → od­po­wie­dział ko­men­dant gło­sem po­nu­rym i dodał tonem groź­by:

 

Ta­ma­ra pró­bo­wa­ła od­two­rzyć sobie w pa­mię­ci co­kol­wiek, co by to za­po­wia­da­ło. Przy­po­mnia­ła sobie tylko… → Pierwszy zaimek jest zbędny.

 

więc się zda­rza­ły. „Hin­du­ska” upie­ra­ła się, że chce się wi­dzieć z ka­pi­ta­nem. → Lekka siękoza.

 

po­wie­dział ka­pi­tan jak Ta­ma­ra wy­szła na po­kład, Irina usnę­ła. → Jaki związek z tym, co mówi kapitan, ma zaśnięcie Iriny?

Może wystarczy: …po­wie­dział ka­pi­tan gdy/ kiedy Ta­ma­ra wy­szła na po­kład.

 

Czym za­wdzię­cza­my ten za­szczyt? –– wy­ksztu­si­ła wresz­cie. Czemu za­wdzię­cza­my ten za­szczyt? wy­ksztu­si­ła wresz­cie.

 

Za bu­dyn­kiem uno­sił się nowy ste­ro­wiec, miał na­pi­sa­ne Ni­ko­łaj II. Paw­łow się ulot­nił po zdaw­ko­wym po­że­gna­niu, jak tylko po­ciąg się za­trzy­mał i otwo­rzy­li drzwi. → Lekka siękoza.

 

Ta­ma­ra była wy­ma­lo­wa­na jak hin­du­ska księż­nicz­ka, chuda jak szkie­let, opa­lo­na jak wę­dzo­na szprot­ka, wy­go­lo­na jak Ta­tar­ka i jak tylko… → Czy to celowe powtórzenia?

 

Tym razem miał do nich do­łą­czyć bry­tyj­ski i ro­syj­ski mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych z ro­dzi­na­mi. → Tym razem mieli do nich do­łą­czyć bry­tyj­ski i ro­syj­ski mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych z ro­dzi­na­mi.

 

– Do nogi broń – za­ko­men­de­ro­wał baron hu­za­rom. → Można komenderować kimś, ale nie można komenderować komuś.

Proponuję: – Do nogi broń! – Baron wydał komendę hu­za­rom/ Baron zakomenderował huzarami.

 

Mi się nie udało żad­ne­go tra­fić… → Mnie się nie udało żad­ne­go tra­fić

 

jed­no­cze­sna obec­ność Rosji na linii Ka­bul-Ka­ra­czi Port Ar­thur-Szan­ghaj… → …jed­no­cze­sna obec­ność Rosji na linii Ka­bul – Ka­ra­czi Port Ar­thur – Szan­ghaj

 

„Tylko wtedy, jeśli Wiel­ka Bry­ta­nia uważa się za wroga Rosji.”„Tylko wtedy, jeśli Wiel­ka Bry­ta­nia uważa się za wroga Rosji”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję za miłe słowa i poprawienie zła, czającego się między literami.

Do złowrogich jaków, doszła mi tym razem siękoza.

 

Po wstępnym przeszukaniu, zginęła obrączka i zegarek. → Czy dobrze rozumiem, że obrączka i zegarek zginęły po przeszukaniu?

W trakcie wstępnego przeszukania, zginęła obrączka i zegarek.

 

Reszta – poprawiona. Wielkie dzięki!

 

R.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Bardzo proszę, Radku. Miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne. Siękoza, na szczęście, jest lekka, pojawia się sporadycznie i nie jest zjawiskiem budzącym grozę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Ma kobita przerąbane.

Dopiero gdzieś w trakcie zorientowałam się, że to dalszy ciąg czegoś, co już wcześniej czytałam. Mimo tego nie miałam pojęcia, czego od bohaterki chcą te wszystkie wywiady i policje. Może rozbiło się o moją nieznajomość ówczesnej geopolityki. Ale bez zrozumienia celów różnych zaangażowanych stron nie potrafiłam cieszyć się tekstem, odbierałam go jako opis znęcania się nad kobietą.

A jej mąż wzbudził sporą antypatię – żonę ledwo wypuścili z więzienia, a jego interesuje głównie, czy ktoś ją zgwałcił. Bydlak, normalnie.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za przeczytanie. Przyznam się, że opis sytuacji geopolitycznej trochę ścinałem, żeby nie przesadzić z info-dumpingiem, co zaowocowało (jak widać) przegięciem w drugą stronę.

Co do męża – każdy ma swoje obsesje, a to zazwyczaj dotyka najbliższych :-(

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Jestem! Zaraz kliknę “Przeczytane”, ale najpierw komentarz…

 

Radku, piszesz w sposób niepowtarzalny. Ten styl jednak cały czas ciągnie nas do przodu i nie daje chwili na wytchnienie. Najspokojniej, jeśli tak mogę powiedzieć, było na początku – tam pokusiłeś się o sceny, gdzie było nieco więcej wiszącego napięcia między bohaterami. Później było tego już mniej, za to przygoda mnie porwała.

To czego mi brakowało, to coś co wskazała, jak widzę, Finkla. Trochę się zastanawiałem o czym to jest, bo na początku ten port się nie pojawia, potem jak już się pojawia, to mniej więcej wiadomo o co chodzi, ale brakuje mi trochę zaznaczenia stawki. Nie wiem czym bohaterowie ryzykują i co ich pcha do przodu – czy tylko lojalność służby, czy jednak mają jeszcze w tym jakieś aspekty osobiste.

Tamara jest twardą babką, ale gdzieś mi umyka (podobnie jak jej samej) jej umiejscowienie w całej tej intrydze – to się dzieje tak szybko, że nie zawsze jestem w stanie ogarnąć kto jest z kim (co ma też swoje zalety), do tego gnając na złamanie karku, momentami jedno zdanie, wplecione w wartką akcję, lub pomiędzy czarnohumorzaste dowcipy, zmienia zupełnie sytuację. Łatwo je czasem przegapić.

Niemniej jednak jest to lektura przyjemna, prawdziwa przygoda, dla mnie, momentami, taki wschodni Indiana Jones w spódnicy :)

 

Pozdrawiam i polecam!

 

Dawajcie mnie tę jaczejkę…

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Dziękuję za przeczytanie i dobre słowo. W ogólności, chciałem, żeby się to tak czytało.

 

Wiele z niedociągnięć, które mi wskazałeś, wynika ze skracania. Nie chciałem zrobić bloku tekstu o długości 80k. Oczywiście to nie usprawiedliwienie, ale wyjaśnienie.

Trochę się zastanawiałem o czym to jest, bo na początku ten port się nie pojawia, potem jak już się pojawia, to mniej więcej wiadomo o co chodzi, ale brakuje mi trochę zaznaczenia stawki. Nie wiem czym bohaterowie ryzykują i co ich pcha do przodu – czy tylko lojalność służby, czy jednak mają jeszcze w tym jakieś aspekty osobiste.

Port pojawia się już w rozmowie w Hotelu Bristol w okolicach “Krakena w sałatce”. Zastanawiałem się, czy opowiadać czytelnikowi jak wygląda mapa i w końcu odpuściłem. Pewnie niesłusznie. Tego jest trochę na końcu.

Miałem problem z pokazaniem motywacji, bo ona jest z istoty rzeczy nam obca. Pozycja w społeczeństwie samodzierżawnej Rosji (ZSRR też, może bardziej) zależała od użyteczności (parafrazując: urodzenie – warunek, użyteczność – kierunek). Czyli sprawy państwowe (służba, wola carycy) były równoznaczne ze zdrowiem i życiem. Dodatkowo dobrostan Tamary (powiedzmy w ten sposób) był związany z baronem dużo silniej niż węzłem małżeńskim.

Ona (nawet bardziej niż baron) jest trybikiem w maszynie państwowej, która dąży do celu. Jak trybik nie działa, albo nie przechodzi testów, to się go wyrzuca i wymienia. Bohaterka trochę to wie, a trochę intuicyjnie czuje. Nie chciałem czytelnika epatować dialogiem wewnętrznym, raczej pokazać mu obrazki przed oczami wyobraźni.

gnając na złamanie karku, momentami jedno zdanie, wplecione w wartką akcję, lub pomiędzy czarnohumorzaste dowcipy, zmienia zupełnie sytuację.

Tak, biję się w pierś. To forum mnie nauczyło, żeby wszystkie istotne informacje, podawać czytelnikowi po trzykroć. W tak długim tekście to ma sens, a rzeczywiście niektóre są wciąż pojedynczo.

momentami, taki wschodni Indiana Jones w spódnicy :)

Tak miało być, dziękuję. Jestem wdzięczny za klika do biblioteki, w sumie to nawet dwa, bo jeden się zgubił, zanim znalazł :-)

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Dziękuję za opinię, choć to słowo nie przyszłoby mi do głowy. W zamierzeniu miało być dość strasznie.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Nowa Fantastyka