- Opowiadanie: RogerRedeye - Upiór z Widmowego Lasu

Upiór z Widmowego Lasu

Wbrew pozorom, tytuł jest nieco mylący, chociaż... Chociaż nie do końca, bo obaj bohaterowie opowieści, Marcus i Andre’, na początku opowiadania dzieci, uważają, że nowo poznany znajomy to upiór,  a jeden z nich mieszka w niespotykanym, bardzo dziwnym borze, określanym przez drugiego jako Widmowy Las. Ale to absolutnie małym bohaterom nie przeszkadza, przeciwnie, zaciekawia ich, a poznawanie światów odmiennych od tych, w których się urodzili i wychowują, sprawia im wielką przyjemność. W sumie jest to opowieść o dziecięcej, a potem młodzieńczej przyjaźni, nietypowa fantastyka, bo, według mnie, taka “ciepła”.

Nie jest to też typowe opowiadanie grozy i nieco się zdziwiłem, że przyjęła go “Histeria”, w której ukazało się w wrześniowym numerze, czyli całkiem niedawno.

Anet dziękuję za cenne uwagi do tekstu.

Spokojnej lektury, bo taka z pewnością będzie...

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy IV, Irka_Luz, NoWhereMan, Użytkownicy V

Oceny

Upiór z Widmowego Lasu

 

Mały Mar­cus Jor­gen­sen sta­ran­nie na­sta­wiał bu­dzik w smart­fo­nie. Do­brze wie­dział, jak to się robi, pra­gnął jed­nak znacz­nie zwięk­szyć siłę sy­gna­łu. Do tej pory nigdy się tym nie zaj­mo­wał, ale spra­wa zin­ten­sy­fi­ko­wa­nia gło­śno­ści oka­za­ła się bar­dzo pro­sta.

Z za­do­wo­le­niem za­tarł piąst­ki i za­czął po­gwiz­dy­wać. Trud­nej sztu­ki świ­sta­nia na­uczył się dwa ty­go­dnie temu i lubił z niej ko­rzy­stać.  

Po­my­ślał, że dzi­siaj przed pół­no­cą na pewno do­pnie swego. Zbu­dzi się w środ­ku nocy i spraw­dzi coś, co od dawna go nie­po­ko­iło.

Uło­żył apa­rat na bla­cie noc­ne­go sto­li­ka. Po krót­kim na­my­śle wsu­nął go pod koł­der­kę. Mama nie­ba­wem przyj­dzie dać mu ca­łu­sa na do­bra­noc. Mogła coś za­uwa­żyć, a nie chciał przed­wcze­śnie zdra­dzić swo­ich za­mia­rów. Ran­kiem, przy śnia­da­niu, i tak z dumą wszyst­ko jej opo­wie.

Sze­ścio­let­ni chłop­czyk za­mie­rzał usta­lić, czy Wid­mo­wy Las ist­nie­je na­praw­dę, czy może, jak uzna­wa­ła jego ro­dzi­ciel­ka, po pro­stu uka­zu­je mu się w śnie. Twier­dzi­ła z uśmie­chem, że las jest ma­ja­kiem, sen­nym oma­mem, przy­wi­dze­niem bez zna­cze­nia.

Pew­nie, jak zwy­kle, miała rację, ale Mar­cu­sa wie­czo­ra­mi wciąż drę­czy­ła nie­za­spo­ko­jo­na cie­ka­wość. Prze­cież już dwa razy wi­dział ten bar­dzo dziw­ny bór… Przy­pad­kiem, bo prze­jadł się i nie mógł za­snąć.

Wy­star­cza­ło ze­rwać się w środ­ku nocy, od­su­nąć rąbek za­sło­ny w oknie i wdra­pać na krze­seł­ko. Par­kan z prę­tów, ota­cza­ją­cy ogród, znaj­do­wał się za­le­d­wie o kil­ka­na­ście kro­ków, a późne wie­czo­ry dzię­ki pełni księ­ży­ca i bez­chmur­ne­mu niebu były teraz bar­dzo jasne. Zer­k­nie tylko, czy za me­ta­lo­wym pło­tem wciąż znaj­du­je się as­fal­to­wa droga, łą­czą­ca oko­licz­ne po­sia­dło­ści i wio­dą­ca do mia­stecz­ka, czy też ten trakt znik­nie, a on po­now­nie zo­ba­czy bujną knie­ję. Bar­dzo dziw­ną… I malca na jej skra­ju, pil­nie wpa­tru­ją­ce­go się w prze­strzeń, za­pew­ne w dom na­prze­ciw­ko.

W willę jego ro­dzi­ców.

Mar­cus są­dził, że ten niby senny zwid jest jego ró­wie­śni­kiem. Wy­glą­dał na­praw­dę okrop­nie, pra­wie jak upiór. Za­wsze jed­nak uśmie­chał się. Chyba na kogoś cze­kał. Może wła­śnie na niego, Mar­cu­sa? Może wcze­śniej go pod­pa­trzył i do­wie­dział się, że miesz­ka bli­sko?

Cał­kiem nie­daw­no, z wiel­ką cie­ka­wo­ścią oglą­da­jąc jakiś ko­miks, naj­młod­szy miesz­ka­niec re­zy­den­cji do­kład­nie po­znał zna­cze­nie wy­ra­zu „upiór”. Pa­so­wał jak ulał do wy­glą­du zjawy z Wid­mo­we­go Lasu – tak na­zy­wał kra­jo­braz, oglą­da­ny no­ca­mi za oknem.  

Ale prze­cież – po­my­ślał chłop­czyk. – Mo­gli­by­śmy się razem po­ba­wić. Może on zna cie­ka­we za­ba­wy? No i w końcu prze­ko­nam się, czy to na­praw­dę sen… A jutro prze­ka­żę wszyst­ko mamie. I ta­tul­ko­wi, jak przy­je­dzie na urlop. Zdzi­wi się! Ha!

Po­now­nie ra­do­śnie za­tarł piąst­ki.

Szczęk­nę­ła klam­ka w drzwiach. Klara Jor­gen­sen przy­by­ła, jak czy­ni­ła każ­de­go wie­czo­ru, żeby czule utu­lić do snu swoją la­to­rośl.

 

***

 

Pa­trzy­li na sie­bie w mil­cze­niu.

– Cześć – po­wie­dział nie­pew­nie jeden z chło­pacz­ków. – Mam na imię Mar­cus. A ty?

Dzie­li­ło ich wy­so­kie, prę­to­we ogro­dze­nie, ale stali za­le­d­wie o krok od sie­bie.

– André – padła od­po­wiedź. – Tro­chę dziw­nie wy­glą­dasz… Nawet bar­dzo dziw­nie. I twój las też jest inny. Taki cher­la­wy…

– Nasz jest na­praw­dę cu­dow­ny! – dodał po chwi­li André z nie­kła­ma­ną dumą.

Mar­cu­so­wi mi­gnę­ła myśl, że w nocy za ogro­dze­niem nie ma ogro­dów, tylko bory. Teraz wi­dział do­kład­nie po­tęż­ne drze­wa, nie­zwy­kle wy­so­kie, z roz­le­gły­mi ko­ro­na­mi peł­ny­mi liści i dziw­nych owo­ców. Wszyst­kie były czar­ne. Wśród nich do­strzegł pię­tro­wy dom z czer­wo­nej cegły z roz­le­głym ta­ra­sem, usy­tu­owa­ny na nie­wiel­kiej po­la­nie. Spore okna od­bi­ja­ły świa­tło księ­ży­ca.

Pre­zen­to­wał się bar­dzo ład­nie, ale Mar­cus osą­dził, że jego ro­dzin­na willa w ni­czym mu nie ustę­pu­je.

– Wcale nie! – obu­rzył się na wcze­śniej­szą uwagę. – Prze­cież u nas nie ro­śnie las! Mamy wspa­nia­ły ogród – pod­kre­ślił. 

– Żebyś wie­dział, jak ro­dzi­ce o niego dbają! – dodał po chwi­li. – A jak p l o n u j e!

Z dumą użył nie­daw­no po­zna­ne­go słowa.

– W ogóle nie ku­pu­je­my owo­ców albo wa­rzyw. – Po­trzą­snął głową. – Ma­li­ny, bo­rów­ki i ożyny roz­pły­wa­ją się w ustach. Tak samo ja­błusz­ka i gru­szecz­ki, gdy doj­rze­ją. Uwierz mi.

Oczy André’a nie­spo­dzie­wa­nie bły­snę­ły, tak mocno, że Mar­cus od­ru­cho­wo się cof­nął.

– Nie wiem, o czym mó­wisz. My nie mamy cze­goś ta­kie­go… – stwier­dził chło­piec, sto­ją­cy po­śród drzew. – Chyba szko­da… Muszę po­wie­dzieć o tym mamie, na pewno coś za­ra­dzi.

Nocny przy­bysz zza dru­giej stro­ny me­ta­lo­we­go płotu z za­do­wo­le­niem uznał, że spra­wa ogro­du zo­sta­ła za­ła­twio­na. Za­gwiz­dał me­lo­dyj­nie.

– Ja tak nie umiem… Ład­nie brzmi – stwier­dził André z za­tro­ska­niem. – Pod­szko­lisz  mnie? Moja mama na pewno bę­dzie za­chwy­co­na. Spra­wię jej nie­spo­dzian­kę.

– Pew­nie – stwier­dził Mar­cus ocho­czo. – Wiesz, gwiz­da­nie nie jest łatwe… Ale, jak na­uczysz się od­po­wied­nio ukła­dać wargi i na­bie­rać po­wie­trza, idzie jak z płat­ka. Za­ła­twio­ne.

– Dobra, bar­dzo dzię­ku­ję.

Obaj pa­trzy­li na sie­bie z za­do­wo­le­niem.

– Może się po­ba­wi­my? Naj­le­piej w cho­wa­ne­go, bo nie mamy za­ba­wek – za­pro­po­no­wał André. – Na­stęp­nym razem przy­nio­sę swoje, a ty swoje. Tylko mu­sisz przejść przez płot. Dasz radę?

– Pew­nie. – Mar­cus po­now­nie za­tarł drob­ne dło­nie. – W rogu ogro­dze­nia jest l u k a.

Chło­piec, jak z za­do­wo­le­niem od­no­to­wy­wa­ła jego matka, bar­dzo szyb­ko przy­swa­jał usły­sza­ne nowe słowa, pytał o ich zna­cze­nie, za­pa­mię­ty­wał i czę­sto z lu­bo­ścią uży­wał. Miał jed­nak nawyk ich wy­ra­zi­ste­go ak­cen­to­wa­nia, co cza­sa­mi zda­niem do­ro­słych brzmia­ło śmiesz­nie. Klara nie stro­fo­wa­ła synka, bo wie­dzia­ła, że z upły­wem lat po­rzu­ci ten zwy­czaj.

– Wiem, bo kie­dyś spraw­dza­łem – cią­gnął. – Tata na­rze­kał, że ro­bot­ni­cy po­ża­ło­wa­li pręta i po­wstał o d s tę p. Prze­ci­snę się i zaraz będę u cie­bie! To po­trwa za­le­d­wie chwil­kę!

Nowy malec w Wid­mo­wym Lesie nawet się nie zdzi­wił, że ubra­ny tylko w pi­dżam­kę i bam­bosz­ki, wcale nie od­czu­wał chło­du.

Po pro­stu uznał, że prze­strzeń za ogro­dze­niem p r o m i e n i u j e cie­płem.

I był z tego faktu nie­zwy­kle za­do­wo­lo­ny.

 

***

 

Mar­cus i André spo­ty­ka­li się wiele razy, za­wsze głę­bo­ką nocą. Chłop­ców nie od­stra­szał od­mien­ny wy­gląd, ra­czej za­cie­ka­wiał. Przy­no­si­li za­baw­ki, wy­wo­łu­ją­ce u nich zdzi­wie­nie. Z roz­ko­szą uczy­li się no­wych gier i po­świę­ca­li temu sporo czasu.

Ran­kiem Mar­cus sta­ran­nie ukry­wał zie­wa­nie.

Oka­za­ło się, że André jest tro­chę star­szy. Cho­dził już do dru­giej klasy szko­ły pry­mar­nej, a po­to­mek ro­dzi­ny Jor­gen­se­nów koń­czył w tym roku przed­szko­le, o któ­rym zresz­tą no­we­mu ko­le­dze opo­wia­dał z wiel­kim za­do­wo­le­niem.

Jed­nak nie­znacz­na róż­ni­ca wieku w ni­czym im nie prze­szka­dza­ła. Spo­tka­nia za­czy­na­ły ich po­chła­niać.

Mar­cus nawet słów­kiem nie za­jąk­nął się mamie o swo­ich noc­nych wi­zy­tach. Pra­gnął opo­wie­dzieć o nich wtedy, gdy bę­dzie wie­dział w s z y s t k o. I prze­ka­zać te dziw­ne do­świad­cze­nia po przy­jeź­dzie ojca na urlop.

Olaf Jor­gen­sen był ar­chi­tek­tem, któ­re­mu do pro­jek­to­wa­nia i wy­ko­na­nia po­wie­rza­no coraz więk­sze i trud­niej­sze bu­do­wy. Spra­wia­ło mu to ogrom­ną ra­dość, ale jed­no­cze­śnie wią­za­ło się z czę­sty­mi po­by­ta­mi w od­le­głych miej­scach. Ostat­nio w domu bywał rzad­ko.

Mar­cus bar­dzo za nim tę­sk­nił. Myśl, że po przy­jeź­dzie ojca za­dzi­wi go nie­zwy­kłą opo­wie­ścią, wpra­wia­ła chłop­ca w za­chwyt, więc na razie mil­czał jak za­klę­ty. Tłu­ma­czył sobie, że na wszyst­ko przyj­dzie czas, po­wta­rza­jąc w ten spo­sób mak­sy­mę matki. Cią­gle wchła­niał, po­dob­nie jak André, nowe do­zna­nia i do­świad­cze­nia ze spo­tkań, więc stale od­su­wał w cza­sie chwi­lę, gdy wszyst­ko z r e l a c j o n u j e.

Wza­jem­ne wi­zy­ty obu mło­dzie­niasz­ków trwa­ły nadal, ale wraz z upły­wem dni i mie­się­cy sta­wa­ły się znacz­nie rzad­sze. Pew­nie po pro­stu spo­wsze­dnia­ły… Mieli też wielu no­wych zna­jo­mych i ko­le­gów tam, gdzie żyli.

I pew­nie dla­te­go już nie dzie­ciak, ale wy­ro­śnię­ty chło­pak, któ­rym stał się Mar­cus, nigdy nie opo­wie­dział ani matce, ani ojcu o tej bar­dzo dziw­nej przy­jaź­ni. I z wielu po­wo­dów nie speł­nił swo­je­go wcze­śniej­sze­go za­mia­ru, zwią­za­ne­go z czar­nym owo­cem. Cza­sa­mi bo­wiem bar­dzo po­waż­nie za­sta­na­wiał się, czy jed­nak stale nie prze­ży­wa po­wra­ca­ją­ce­go snu, tak dziw­ne­go, że wy­da­wał się być rze­czy­wi­sto­ścią.

Le­karz i psy­cho­log szkol­ny pod­czas ru­ty­no­wych badań stwier­dza­li, że im­po­nu­je siłą, spraw­no­ścią i jest nie­zwy­kle zrów­no­wa­żo­ny.

A jed­nak w umy­śle chłop­ca cień wąt­pli­wo­ści wciąż po­zo­sta­wał, a nawet na­ra­stał…  

 

***

 

Wid­mo­wy Las za­wsze bar­dzo za­cie­ka­wiał Mar­cu­sa. Był na­praw­dę oso­bli­wy… Chło­piec, cho­ciaż jesz­cze nie mło­dzie­niec, już dawno po­znał zna­cze­nie tego okre­śle­nia. Pa­so­wa­ło jak ulał.

Za domem z cegły, w któ­rym miesz­kał André, kryły się inne, nie­kie­dy więk­sze, cza­sa­mi mniej­sze, ale bar­dzo do sie­bie po­dob­ne bu­dyn­ki. Przy­bysz zza dru­giej stro­ny ogro­dze­nia szyb­ko od­krył, że łączą je do­brze utrzy­ma­ne ścież­ki. A od każ­de­go wi­docz­ne­go obej­ścia bie­gły ko­lej­ne, pew­nie do dal­szych go­spo­darstw. Chyba two­rzy­ły plą­ta­ni­nę.  

Tutaj za­wsze było cie­pło, Mar­cus nigdy nie czuł chło­du. To było dziw­ne.

– Ścież­ki są wy­gra­co­wa­ne – rzu­cił kie­dyś nowy ko­le­ga. – Co ty­dzień mój oj­ciec i są­sie­dzi je wy­rów­nu­ją.

Ten fakt nie­spe­cjal­nie za­in­te­re­so­wał Mar­cu­sa, o wiele bar­dziej cie­ka­wi­ło go to, że dziw­na knie­ja zda­wa­ła się nie mieć końca. W nocy, zwłasz­cza gdy nie świe­cił księ­życ, nie­wie­le było widać, ale przy bez­chmur­nym nie­bie ko­ro­ny czar­nych drzew roz­cią­ga­ły się aż po ho­ry­zont. Wy­glą­da­ło na to, że po­tęż­ny las po­kry­wał cały świat André’a.

Ten nie­ba­wem to po­twier­dził. I zdzi­wił się bar­dzo, że za willą Jor­gen­se­nów jest zu­peł­nie ina­czej.

– Co to są łąki, pola i pa­stwi­ska? – za­py­tał. – Do czego służą?

Mar­cus mocno się na­bie­dził, zanim wy­tłu­ma­czył, że sta­no­wią źró­dła paszy dla zwie­rząt i po­ży­wie­nia dla ludzi. Mu­siał wiele sobie przy­po­mnieć, a chciał, żeby André do­brze zro­zu­miał ich rolę. Sam nie wie­dział tego do­kład­nie, więc wy­ja­śnie­nie przy­cho­dzi­ło z trud­no­ścią.

– U nas jest znacz­nie le­piej, bo zwie­rząt­ka pasą się w lesie. Sporo ich mamy – stwier­dził z dumą André. – Zwier­zacz­ki są bar­dzo ładne.

Mar­cus chciał za­py­tać, co się z nimi teraz dzie­je, ale ugryzł się w język. Prze­cież było ciem­no i na pewno te by­dląt­ka, jak je dla sie­bie okre­ślił, smacz­nie śpią… Teraz już wie­dział, że za domem znaj­du­je się kilka mniej­szych za­bu­do­wań. Pew­nie sta­no­wi­ły schro­nie­nia miej­sco­wych zwier­zacz­ków.

– Jak wy­glą­da­ją i do czego służą? – za­py­tał z cie­ka­wo­ścią.

– Jak wy­glą­da­ją? Nor­mal­nie. – André wzru­szył ra­mio­na­mi. – Nie­któ­re są białe, inne czar­ne, cza­sa­mi brą­zo­we. Mają mię­ciut­kie fu­ter­ko. Dają mleko, a z niego wy­ra­bia się różne pro­duk­ty. Można też ho­do­wać je na mięso, ale mama tego nie robi. Jest we­ge­ta­rian­ką i mówi, że za­bi­ja­nie zwie­rzą­tek to obrzy­dli­stwo. 

Mar­cus za­ko­no­to­wał sobie w pa­mię­ci, że musi za­py­tać swoją mamę, co ozna­cza słowo we­ge­ta­rian­ka. Nie ro­zu­miał jego zna­cze­nia, ale nie chciał się do tego przy­znać.

– No i mają jeden róg po­środ­ku głowy – cią­gnął André z dziw­nie fi­lu­ter­nym uśmie­chem. – Wiesz, ty na pewno nie je­steś zwier­zacz­kiem, ale są tro­chę do cie­bie po­dob­ne. Ale mi to u cie­bie nie prze­szka­dza.

Mar­cus po­ki­wał głową. Uznał, że spo­strze­że­nie André’a jest słusz­ne. Ucie­szył się, że jego wy­gląd, od­mien­ny od wy­glą­du André’a, nie razi no­we­go zna­jo­me­go.

– Jak się na­zy­wa­ją? – zadał ko­lej­ne py­ta­nie. Nie miał za­mia­ru cią­gle uży­wać wy­ra­zu „zwie­rząt­ka”. Na pewno po­sia­da­ły ja­kieś miano.

– Jed­no­roż­ce – padła od­po­wiedź. – To prze­cież pro­ste.

– Aha… – skwi­to­wał Mar­cus. Nazwa nic mu nie mó­wi­ła, ko­ja­rzył tylko, że to chyba dobry stwór z bajek.

Roz­mo­wy, wcale nie takie dłu­gie, André i Mar­cus pro­wa­dzi­li pod­czas przerw w roz­gry­wa­niu gier. Czę­sto też w cza­sie ich trwa­nia, je­że­li przy­go­to­wa­nia do bitwy długo trwa­ły.

Oka­za­ło się, że André dys­po­nu­je bar­dzo dobrą kon­so­lą. I teraz obaj malcy sia­da­li pod wy­nio­słym czar­nym drze­wem – za­wsze stał tam sto­lik – i roz­po­czy­na­li star­cie, nie­raz trwa­ją­ce przez kilka spo­tkań.

Mar­cus za­uwa­żył ze zdzi­wie­niem, że źli bo­ha­te­ro­wie są bar­dzo do niego po­dob­ni, na­to­miast ci do­brzy, czę­sto cie­mię­że­ni i łu­pie­ni, usi­łu­ją­cy się wy­zwo­lić, sta­no­wią kopie André’a. Mocno go to zdzi­wi­ło. Mu­sia­ła być tego jakaś przy­czy­na.

Szyb­ko do­szli do wspól­ne­go wnio­sku, że będą grali na­prze­mien­nie, raz tymi, na­stęp­nym razem dru­gi­mi bo­ha­te­ra­mi. Mar­cus już nie do­cie­kał, czemu tak jest, bo takie gry oka­zy­wa­ły się bar­dzo pa­sjo­nu­ją­ce. Trud­no było od­nieść suk­ces.  

Za to Mar­cus czę­sto wra­cał do pytań o Wid­mo­wy Las.

Chyba za­czy­nał go fa­scy­no­wać.

– Da­le­ko się cią­gnie? – za­gad­nął kie­dyś.

– Jest wszę­dzie – pew­nym sie­bie tonem od­po­wie­dział André. – Po­kry­wa cały nasz świat.  Wiesz, może kie­dyś ogar­nie wasz.. Las jest… nie­skoń­czo­ny.

To było dziw­ne stwier­dze­nie. Mar­cus na­stęp­ne­go po­po­łu­dnia, w ro­dzin­nym domu, długo się nad nim za­sta­na­wiał.

Do­szedł do wnio­sku, że wcale nie byłby z tej e k s p a n s j i Wid­mo­we­go Lasu za­do­wo­lo­ny. Jego ogród był prze­cież wspa­nia­ły i bar­dzo lubił po­ma­gać mamie w pra­cach po­rząd­ko­wych. Po­cie­szył się myślą, że pew­nie wtar­gnię­cie Wid­mo­we­go Lasu nie na­stą­pi pręd­ko.

W na­tło­ku noc­nych roz­mów, zabaw i dys­ku­sji Mar­cus po­cząt­ko­wo za­po­mniał do­wie­dzieć się o jed­nej spra­wie.

Był bar­dzo cie­kaw, jak sma­ku­ją te dziw­ne owoce, gęsto ro­sną­ce na czar­nych drze­wach. Były duże, na­praw­dę wiel­kie, naj­bar­dziej ma­syw­ne ze wszyst­kich, które do tej pory wi­dział, i tro­chę przy­po­mi­na­ły ol­brzy­mie ki­ście wi­no­gron. I wszę­dzie do­oko­ła były takie same. Bar­dzo go in­try­go­wa­ły.

Ale szyb­ko, już pod­czas trze­cie­go spo­tka­nia, przy­po­mniał sobie o nich.  

– One są bar­dzo smacz­ne i bar­dzo… p o ż y w n e – od­po­wie­dział André. Nie­po­dzie­wa­nie, pew­nie wzo­rem Mar­cu­sa, też za­czął mocno ak­cen­to­wać nie­któ­re słowa.

Teraz, bez za­chę­ty, jakby czuł, że Mar­cus bar­dzo in­te­re­su­je się le­śny­mi owo­ca­mi, rzu­cił okiem na wy­ro­śnię­ty konar nad ich gło­wa­mi i kon­ty­nu­ował opo­wieść. 

– Jesz­cze nie­doj­rza­łe, ale potem wszyst­kie zbie­rze­my. Mamy takie spe­cjal­ne wy­się­gni­ki dla wyżej po­ło­żo­nych ga­łę­zi. Wiesz, wszy­scy póź­niej je suszą i skła­da­ją w spi­żar­niach. Moja mama mó­wi­ła, że są pod­sta­wą na­sze­go wy­ży­wie­nia. A jakie smacz­ne! Naj­lep­sze są świe­że.

– Za­ła­twisz mi jeden owoc do spró­bo­wa­nia? – za­py­tał nie­spo­koj­nie Mar­cus.

– Pew­nie. – André po­ki­wał głową. – Nie bę­dzie kło­po­tów. Ale pa­mię­taj, jeden star­cza na wiele dni… Nie­dłu­go za­cznie się zbiór, a on trwa parę mie­się­cy, bo owo­ców jest za­trzę­sie­nie. Teraz po­graj­my, bo czas leci.

To za­pew­nie­nie wy­star­czy­ło. Wró­ci­li do kon­so­li i kon­ty­nu­owa­li pa­sjo­nu­ją­cą roz­gryw­kę.

Mar­cus w duchu szy­ko­wał się na po­zna­nie smaku tego dziw­ne­go, barwą przy­po­mi­na­ją­ce­go smołę owocu.

I na opo­wie­dze­nie wszyst­kie­go mamie, gdy zdo­bę­dzie do­świad­cze­nie z po­by­tu w Wid­mo­wym Lesie. My­ślał też o tym, żeby po­pro­sić o jesz­cze jeden czar­ny owoc, przy­nieść go do domu i try­um­fal­nie po­ka­zać.

 

***

 

W ogro­dzie ka­mień na­grob­ny z czar­ne­go gra­ni­tu pre­zen­to­wał się wspa­nia­le. Mar­cus tępo się w niego wpa­try­wał.

Pod gła­zem spo­czy­wa­ła urna z pro­cha­mi jego ojca. Zgi­nął w głu­pim wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, gdy wra­cał po za­koń­cze­niu ko­lej­nej waż­nej bu­do­wy. Jakiś chły­stek spie­szył się, do­ci­skał gaz do dechy, wy­mu­sił pierw­szeń­stwo…

Mama po­sta­no­wi­ła skre­mo­wać zwło­ki i po­cho­wać je obok domu, żeby mieć bli­sko do grobu uko­cha­ne­go męża. Tak czę­sto czy­nio­no. Nadal prze­ży­wa­ła cięż­kie za­ła­ma­nie psy­chicz­ne. Cał­ko­wi­cie po­si­wia­ła.

Po­grzeb za­koń­czył się kil­ka­na­ście minut temu.

Jedna myśl tłu­kła się w gło­wie mło­de­go Jor­gen­se­na – już nigdy nie opo­wie tacie o swo­ich stu­diach na wy­dzia­le me­cha­ni­ki kwan­to­wej. Nigdy, tak samo, jak o wielu in­nych spra­wach. Do­stał się na re­no­mo­wa­ną uczel­nię z bar­dzo wy­so­ką lo­ka­tą, a kon­ku­ren­cja była, jak to sam okre­ślił, mor­der­cza.

Już nie dowie się, co oj­ciec sądzi o Wid­mo­wym Lesie.

Bar­dzo dziw­na myśl przy­szła mu do głowy. Wła­ści­wie nie­po­waż­na i śmiesz­na za­chcian­ka, ale nie­zwy­kle ku­szą­ca.

Chciał na­sta­wić bu­dzik w smart­fo­nie, obu­dzić się w środ­ku nocy i w końcu usta­lić, czy Wid­mo­wy Las na­praw­dę ro­śnie tam, gdzie go wi­dział. I czy znowu spo­tka André’a.

Dzi­wacz­na pusz­cza nie po­win­na prze­cież ist­nieć… To było po pro­stu nie­moż­li­we. Eg­zy­sto­wa­ła tylko w jego dzie­cię­cych snach, trwa­ła upar­cie, on sam wy­my­ślił sobie ten baj­ko­wy świat.

Mar­cus uwa­żał, że jest to wi­nien swo­je­mu ko­cha­ne­mu ro­dzi­cie­lo­wi. Ran­kiem pój­dzie na grób i wszyst­ko mu opo­wie. Oj­ciec, gdyby żył, po pro­stu uśmiech­nął­by się do­bro­tli­wie.

Gdyby uczy­nił tak wcze­śniej, jesz­cze jako dzie­ciak, tata po­gła­skał­by go czule po głów­ce.

 

***

 

Z uwagą spo­glą­da­li na sie­bie. Mar­cus do­szedł do wnio­sku, że André bar­dzo pod­rósł. I zmęż­niał.

Wy­glą­dał tak samo dziw­nie, jak kie­dyś. Nic się nie zmie­ni­ło. Tylko teraz wy­da­wa­ło się, że jego po­stać jest nieco za­ma­za­na. Po pro­stu nie­wy­raź­na. 

– Teraz już nie prze­ci­snął­byś się przez tę swoją l u k ę. Dry­blas z cie­bie się zro­bił. – Z uśmie­chem za­uwa­żył mło­dzie­niec, sto­ją­cy po dru­giej stro­nie ogro­dze­nia. – Ja też już nie… Wiesz, nie­ostro cię widzę… Ale to wcale nie jest dziw­ne.

– Na­praw­dę ist­nie­jesz? – Mar­cus zadał py­ta­nie, na które nadal nie znał od­po­wie­dzi. – Wiesz, mój tata zgi­nął, a mama się za­ła­ma­ła… Chcia­łem – cią­gnął z wi­docz­nym tru­dem – pójść na grób i opo­wie­dzieć ojcu o nas. Dziw­na za­chcian­ka, ale wcze­śniej nawet nie na­po­mkną­łem o na­szych spo­tka­niach. Dzie­cię­ca ta­jem­ni­ca…

Rzu­cił okiem na Wid­mo­wy Las. Pnie czar­nych drzew jesz­cze bar­dziej spo­tęż­nia­ły, a ko­na­ry się roz­ro­sły. Wszyst­ko przy­po­mi­na­ło dzi­wacz­ną ko­lum­na­dę, usze­re­go­wa­ną w linie, gi­ną­ce gdzieś w od­da­li. Pra­wie prze­sło­ni­ły dom z czer­wo­nych ce­gieł ze sporą we­ran­dą.  

– Tak, je­stem bytem rze­czy­wi­stym, tak samo jak mój świat. – André uśmiech­nął się sze­ro­ko. – Tylko nie opo­wia­daj o tym ni­ko­mu, nawet mamie… Wezmą cię za wa­ria­ta. Wiesz, wy­tłu­ma­cze­nie jest bar­dzo pro­ste. Dzie­cin­nie pro­ste, i to, że wła­śnie dzie­cin­ne, jest klu­czem.

Oczy mło­dzień­ca bły­snę­ły w świe­tle księ­ży­ca. Mar­cus, tak jak kie­dyś, mi­mo­wol­nie się cof­nął.

– Je­stem star­szy od cie­bie o pół­to­ra roku, więc wcze­śniej do­sze­dłem do praw­dy. Też do­my­ślił­byś się, w czym rzecz. Wiel­cy z nas od­kryw­cy…

Nie­spo­dzie­wa­nie za­chi­cho­tał.

– Ten me­ta­lo­wy par­kan jest gra­ni­cą świa­tów rów­no­le­głych. – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – I tyle. Styk jest chyba bar­dzo wąski, może je­dy­ny, i znaj­du­je się wła­śnie tutaj… Chyba zwiera się tylko nocą, dlatego przez długi czas byliśmy ciągle niewyspani.

Niespodziewanie szeroko się uśmiechnął.

– Niekiedy widzą je dzieci – ciągnął niespiesznie – tak jak my ujrzeliśmy. Ale kto wierzy w dziecięce fantazje? Ach!

Nie­spo­dzie­wa­nie klep­nął się otwar­tą dło­nią w czoło.

 – Wiesz, za­po­mnia­łem prze­ka­zać ci coś waż­ne­go – oznaj­mił try­um­fal­nie. – Po­słu­chaj!

Uło­żył od­po­wied­nio wargi i za­czął gwiz­dać, ład­nie brzmią­cą me­lo­dyj­kę. Nagle od­po­wie­dział mu świer­got ptaka w głębi Wid­mo­we­go Lasu, pew­nie zbu­dzo­ne­go mu­zycz­nym po­pi­sem André’a.

– Bar­dzo długo to trwa­ło, ale dałem radę – stwier­dził z sa­tys­fak­cją. – Pew­nie jed­nak mamy nieco ina­czej zbu­do­wa­ne stru­ny gło­so­we. Za­mie­rza­łem opo­wie­dzieć wszyst­ko swo­jej mamie i po­przeć hi­sto­rię świ­sta­niem, ale ze­szło… I tak by pew­nie nie uwie­rzy­ła.

Nagle André znowu po­wtó­rzył po­przed­ni gest, ude­rze­nie pal­ca­mi w czoło. Widać było, że po­czer­wie­niał, może z gnie­wu. Szpe­rał w kie­sze­niach oraz pa­zu­chą kurt­ki, jakby cze­goś szu­kał.

– Ależ ze mnie dureń! – Pra­wie krzyk­nął. – Wy­bacz! Chcia­łem dać ci przy­rze­czo­ny czar­ny owoc, ale albo za­po­mnia­łem go za­brać, albo zgu­bi­łem… Już nie po­znasz jego kon­sy­sten­cji i smaku, a tak cię in­te­re­so­wa­ły.

– Trud­no – Mar­cus po­ki­wał głową. – Mar­twe­mu tacie już nic nie po­wiem, a mamie… Jej to i tak nie za­in­te­re­su­je, cią­gle sądzi, że oj­ciec jed­nak wróci.

Obaj mil­cze­li przez chwi­lę.

– Czemu widzę cię nie­ostro? – za­py­tał młody Jor­gen­sen, za­cie­ka­wio­ny dziw­nym wi­do­kiem przy­ja­cie­la. Teraz to do­strzegł. – A po­gwiz­dy­wa­nie na­praw­dę świet­nie ci wy­cho­dzi.

– Czemu? Bo do­ro­śli­śmy – po­waż­nym tonem od­po­wie­dział André. – I sta­li­śmy się ra­cjo­nal­ni… A to po­wo­du­je, że tra­ci­my umie­jęt­ność do­strze­ga­nia cze­goś wy­my­ka­ją­ce­go się zwy­kłym do­zna­niom…

Za­my­ślił się.

– Chyba wi­dzi­my się ostat­ni raz, przy­ja­cie­lu – kon­ty­nu­ował ze smut­kiem w gło­sie. –Je­ste­śmy już za sta­rzy na wspól­ne za­ba­wy… Do­brze było cię znowu spo­tkać.

– Cie­ka­we wy­ja­śnie­nie… – stwier­dził Mar­cus po­waż­nym tonem. – Muszę je prze­my­śleć. Wiesz, wła­ści­wie nawet nie wiem, jak się na­zy­wasz… I co teraz po­ra­biasz?

– Ja­cob­sen. Stu­diu­ję fi­zy­kę i me­cha­ni­kę kwan­to­wą. – André wzru­szył ra­mio­na­mi. – Po pro­stu wy­ko­rzy­stu­ję na­by­tą do tej pory wie­dzę. Przy­da­je się.

– Tak jak ja. – Młody Jor­gen­sen uśmiech­nął się. – Nasze ży­cio­ry­sy ukła­da­ją się bar­dzo po­dob­nie. Cie­ka­we.

Wszyst­ko, co go ota­cza­ło, a także po­stać Ja­cob­se­na, od­da­lo­ne­go za­le­d­wie o dwa kroki, było rze­czy­wi­sto­ścią. Inną, do któ­rej na­wykł i w któ­rej żył, ale tak samo praw­dzi­wą.

Teraz na­resz­cie to wie­dział. Skon­sta­to­wał ze smut­kiem, że za późno.

– Po­wiedz jesz­cze jedno – Mar­cus nagle zadał py­ta­nie, które już daw­niej chciał wy­po­wie­dzieć, ale jakoś nie śmiał. Zresz­tą, po­chła­nia­ły go za­ba­wy. – Nie prze­stra­szy­łeś się mo­je­go wy­glą­du? Bo ja two­je­go bar­dzo, ale przy­zwy­cza­iłem się, cho­ciaż tak do końca do­pie­ro przed chwi­lą.  Teraz mnie już w ogóle nie razi widok dwóch oczu obok nosa.

André po­ki­wał głową.

– Ja byłem i je­stem cie­kaw­ski, więc twoja czer­wo­na źre­ni­ca po­środ­ku czoła nie­spe­cjal­nie mnie po­ru­szy­ła. Po­my­śla­łem sobie tylko, że je­steś ja­kimś dzi­wo­lą­giem. Od­mień­cem… Cóż, by­li­śmy dzieć­mi, wiele wtedy mo­gli­śmy sobie wy­obra­zić… I nic nas nie ra­zi­ło. Przy­zna­ję jed­nak, że spra­wi­łeś na­praw­dę nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie.

W oku Mar­cu­sa syl­wet­ka Ja­cob­se­na coraz bar­dziej się roz­ma­zy­wa­ła. Nikła. Chyba André miał po­dob­ne od­czu­cia, bo nagle rzu­cił:

– Nad­szedł czas roz­sta­nia… Że­gnaj, przy­ja­cie­lu. Do­brze, że się jesz­cze spo­tka­li­śmy.

W otwo­rze mię­dzy prę­ta­mi uka­za­ła się już tylko dłoń i część ręki, resz­ta ciała po­zo­sta­ła nie­wi­docz­na. Chło­piec z jed­nym okiem uści­snął ją mocno, od­wró­cił się i ru­szył do domu.

Po przej­ściu kilku kro­ków obej­rzał się. Wi­dział już tylko jasno oświe­tlo­ny la­tar­nia­mi dro­go­wy­mi as­fal­to­wy go­ści­niec. W środ­ku nocy ruch był nie­wiel­ki, jezd­nię prze­mie­rza­ły głow­nie wiel­kie cię­ża­rów­ki i fur­go­ny do­staw­cze.

Wid­mo­wy Las znik­nął. Mar­cus ro­zu­miał, że bez­pow­rot­nie.

Serce mło­dzień­ca nagle prze­szy­ła iskier­ka żalu. Może dla­te­go, że do­brze wi­dział, że nigdy już nie spo­tka swo­je­go je­dy­ne­go przy­ja­cie­la z okre­su dzie­ciń­stwa, dwu­ocz­ne­go André’a Ja­cob­se­na.

 

 

7 czerw­ca 2020 r. Roger Re­deye

Koniec

Komentarze

Witaj.

 

Smutne to było… crying Bardzo piękne i niesamowicie wzruszające. crying

Bardzo dziękuję za tę opowieść i gratuluję Ci tak wielkiej wrażliwości. heartcrying

 

  1. S. Nauczona doświadczeniem, unikam obecnie tutejszego oceniania, ale tym razem jednak złamię zasady. 

Pozdrawiam serdecznie. smiley

Pecunia non olet

Bruce, dzięki za komentarz i wysoką ocenę tekstu. Nie tylko, że nie jest to typowe opowiadanie grozy, ale jak na mój sposób kreowania świata i przedstawiania bohaterów, to też jest tekst bardzo nietypowy. Co prawda, często przedstawiam dzieci czy też młodzieńców, ale nie aż tak młodziutkich… I bardzo rzadko piszę spokojny tekst, bez krwi, walk i często dziwnych zdarzeń. 

Tym bardziej jest mi miło, że tak skonstruowana opowieść przypadła ci do gustu.

Pozdrawiam.

Też wyczuwałam tutaj jakiś niepokój, grozę, coś tajemniczego, czającego się w gęstwinie/wyobraźni/wspomnieniach/niedopowiedzeniach/zagadkach/myślach. Zakończenie mocno mnie wzruszyło. Znakomita opowieść, fenomenalnie napisana, wielkie brawa! yessmileyheart

Pecunia non olet

Bardzo dziękuję za słowa uznania. Jeszcz okaże się, że “Upiór…” jest piórkowy…

Ale ten tekst to wyjątek, jeżeli idzie o kreowany przeze mnie klimat, kolejne, “Poczucie obowiązku”, jest już opowieścią pełną krwi i okrucieństwa, chociaż ma ono swoje uzasadnienie, i to mocne. 

Pozdróweczka.

Moim skromnym zdaniem jest zdecydowanie piórkowy. :)

I ja w swoich tekstach staram się czasem odbiegać od pewnego zazwyczaj przyjętego stylu, próbując czegoś nietypowego. :) Niestety, moje skromne próby są jedynie żałosnymi działaniami…

Tutaj mamy Klasykyes

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Wcale nie idzie ci tak kiepsko, wręcz przeciwnie. A wszystko jest kwestią czasu.

Pozdrówka.

Cześć!

 

Nie mam pojęcia, do jakiej grupy odbiorców jest skierowany ten tekst. Nie pasuje na bajkę, bo ani słownictwo, ani styl nie są dostosowane do dziecka. Fabuła choć prosta jest jednocześnie prowadzona w sposób zagmatwany, są przeskoki i za dużo tu wtrąceń, akcja kompletnie się rwie.

Na opowiadanie dla dorosłych też to nie pasuje, bo właściwie nic się nie dzieje, a motyw jest bardzo oklepany i na koniec jeszcze zakończony sztuczną rozmową, w której bohaterowie dochodzą do oczywistych wniosków.

Narrator jest w pewien sposób “rozdwojony” używa zdrobnień i akcentuje słowa podobnie jak bohater, a zaraz potem pojawiają się określenia do tej konwencji niepasujące, nie można więc uznać, że jest to narracja personalna. W dialogach też są niespójność, bo bohater odkrywa słowo “odstęp”, ale “zaledwie” już mu problemu nie sprawia, podobnie jak zrozumienie słowa “cherlawy”.

Pojawia się tajemniczy owoc, ale ten wątek kończy się tylko… no właściwie niczym i myślę, że dla dziecka byłoby to równie rozczarowujące, jak dla dorosłego, a może nawet bardziej. Opis wyglądu bohaterów pojawia się dopiero na końcu i moim zdaniem jest to błąd. Mam wrażenie, że to opowiadanie jest kompletnie nieprzemyślane.

 

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Kolejny raz, czytając na tym Portalu komentarz (tym razem Autorstwa Alicelli, którą niniejszym serdecznie pozdrawiam heart), widzę, jak krańcowo różne mogą być w odbiorze oraz ocenie zamieszczane tutaj teksty. :)

Tym lepiej pewnie, bo to pokazuje, że mamy inne oczekiwania i inne wyobrażenia co do kolejnych części czytanych właśnie opowiadań. :)

Ja jestem tym tekstem absolutnie zauroczona, poruszył mnie do głębi i płakałam podczas jego lektury właściwie co najmniej od śmierci ojca, wracając jeszcze potem do fragmentów wcześniejszych, aby je sobie dobrze utrwalić w pamięci i płakać dodatkowo. :)

 

Pozdrawiam raz jeszcze i dziękuję za dobre słowo oraz wzruszenia. smiley

Pecunia non olet

Alicella – nigdy nie zastanawiam się, kto będzie odbiorcą mojego tekstu, czyli, jak się to teraz pięknie określa, targetem. Miałem pomysł, napisałem tę opowieść, bo niewykorzystane pomysły uciekają. Wyszło na to, że odbiorcami okazali się czytelnicy “Histerii”, a jest ich, jak wiem sporo. No i redakcja tegoż e-zinu.

Bruce ma rację w twierdzeniu, że odbiór opowiadania bywa najprzeróżniejszy… Wielokrotnie to sprawdziłem. Ostatnio wysłałem tekst do “Esensji”, został odrzucony stosunkiem opinii 2:1. Jednej recenzentce podobał się, i to bardzo, drugiej nie. W tym opowiadaniu jest opis stracenia na garocie, dość dokładny. Kolejny recenzent napisał “ I kto to będzie czytał?” i dalej już nie czytał. Zdarza się. Tyle, że akurat ten tekst przeczytali do końca recenzenci “Snów Umarłych” i przyjęli go do druku. Ukaże się albo w grudniu, albo w przyszłym kwartale. Odmienność opinii jest bardzo częstym zjawiskiem.

Zwrócę jeszcze uwagę, że obaj bohaterowi żyją w obcych nam światach i w związku z tym mogą mówić tak, jak mówią. Niby Marcus jest nam bardzo bliski, ale… Ale jest jednooczny, a oko lśni czerwienią. Okazuje się, że Andre’ to taki chłopak, jakich znamy, tyle, że jego miejscem istnienia jest Widmowy Las…

Dzięki za komentarz.

Pozdrówka.

Alicella – nigdy nie zastanawiam się, kto będzie odbiorcą mojego tekstu, czyli, jak się to teraz pięknie określa, targetem. Miałem pomysł, napisałem tę opowieść, bo niewykorzystane pomysły uciekają. Wyszło na to, że odbiorcami okazali się czytelnicy “Histerii”, a jest ich, jak wiem sporo. No i redakcja tegoż e-zinu.

I to oznacza, że nie wolno Twojego tekstu krytykować, ma się każdemu podobać? To tak nie działa. Napisałam, że nie wiem do jakiej grupy odbiorców jest skierowany tekst, dlatego że próbowałam na niego spojrzeć pod różnym kątem, odejść od własnych preferencji i znaleźć cokolwiek dobrego, ale niestety mi się nie udało.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Lubię koncepcję światów równoległych. Często wstając rano mam wrażenie, że we śnie byłem w takim świecie. A trochę lat już za mną :)

Misiowi się podobało i zaciekawiło

Alicella – oczywiście, że można i nawet trzeba krytykować. Ja tylko wskazałem, że nie interesuję się tym, kto będzie odbiorcą tekstu. W ogóle nad tą sprawą nie zastanawiam się, jak zresztą wielu innych. Mam pomysł, to staram się go zrealizować, a jaki będzie odbiór mojego literackiego płodu, to się zobaczy. I wcale nieźle na tym wychodzę. A tak generalnie, prawdziwa cnota krytyk się nie boi, i tej maksymy się trzymam.

Nie podobało się, trudno, ale to sprawa naturalna. Gusta czytelnicze bywają najprzeróżniejsze, i bardzo dobrze.

Koala75 – chyba jeszcze nie podejmowałem problematyki światów równoległych, ale kiedyś trzeba było spróbować. Cieszę się, że zacnemu misiowi podobał się ten tekst i go zaciekawił. Proszę go czule podrapać za uszkiem.

Pozdrówka.

Hmmm. Mnie nie nie porwało – za mało się dzieje, za mało się zmienia w życiu bohaterów. Spotykają się, spotykają, aż w końcu robią się zbyt dorośli. Nawet o owocu zapominają, chociaż spotkania trwały kilkanaście lat. Byłam ciekawa zależności między światami, miałam hipotezę, że to zjedzenie owocu przyczyniło się do śmierci ojca, a tu nic z tych rzeczy.

Ciekawi mnie, czy obaj chłopcy musieli zarwać noc, żeby zobaczyć drugi świat, czy tylko jeden. Jeśli obaj, to dziwne, że już za pierwszym razem się spotkali. Jeśli tylko jeden – dziwne, że za każdym razem zastawał sąsiada – w końcu miał już swoje życie, chodził do szkoły…

Babska logika rządzi!

Bo taka, a nie inna, jest uroda tej opowieści… Jednym się podoba, drugim niespecjalnie, ale z takim stanowiskiem liczyłem się. Są na początku dziećmi, ufnymi, i nic ich nie dziwi i nie dociekają, czemu po drugiej stronie ogrodzenia jest tak, a nie inaczej. Po prostu jest, o wiele bardziej interesuje ich to, jak to jest.

Czemu coś szczególnego miałoby się dziać? Po prostu spotykają się…

Szczegółami się nie zajmowałem, bo i po co? To nie jest s-f… Myślę, że w dzień tego świata nie było widać i nie można było go spotkać. Być może, ten bardzo wąski styk zwierał się tylko nocą, i możliwe, że należałoby wpleść jedno zdanie o tym fakcie. No, ale jest już po publikacji i redakcji też brak takowego zdania nie przeszkadzał.

Dzięki za komentarz.

PS. Jednakowoż dopisałem do ostatniego rozdziału dwa zdania o tym, że styk tych światów nie tylko jest bardzo wąski, ale zwiera sie tylko nocą. Na to wpadł Andre’. Teraz na pewno jest bardziej jasno, czemu widywali się tylko nocami, chociaż, jak było już w tekście, w końcu te wizyty im spowszedniały…

Cześć, Roger!

 

Sporo już przedpiścy napisali i w większości się zgodzę.

Ni to tekst dla dorosłych, ni dla dzieci. Gdybym tego nie czytał na NF, to bym nie doczytał – urok portalu polega na tym, by pomagać sobie w pracy twórczej, oceniać ją, więc doczytałem do końca patrząc jak na bajkę, której bym dziecku do czytania nie dał. Także tutaj lekkie rozdarcie.

Fakt, że zobaczyli się przez płot świadczy o tym, że obaj musieli na siebie nawzajem czekać. Albo to musiał być niezły zbieg okoliczności ;)

Ale szybko, już podczas trzeciego spotkania, przypomniał sobie o nich.

Ta wstawka o owocach strasznie mnie wybiła z rytmu. Raz, że ostatecznie w sumie wątek zanika, a dwa, że mamy już zbudowaną jakąś relację, spotkania trwają od dawna, są częste i nagle zatrzymujesz machinę, którą ledwie rozpędziłeś i wracasz do początku. Jak dla mnie sypnąłeś tu piachem w tryby.

Natomiast nie narzekałbym na późny opis różnic w wyglądzie – to uważam, że wyszło bardzo fajnie. Wiedziałem, że różnice występują, ale jednocześnie były nieistotne, bo tak je postrzegali chłopcy. Mi to fajnie zagrało.

Ostatecznie – nie porwało, ale też nie odrzuciło. W kilku miejscach wyszło ciekawie, nawet inspirująco, ale brakło może trochę tempa i pazura.

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Krokus, powitać.

W tym tekście narrację prowadzi obserwator zewnętrzny, tylko tyle, że prowadzi ją z perspektywy jednego z bohaterów, Marcusa. Dziecka, i wiadomo, że z chwilą rozpoczęcia opowieści miał on sześć lat, a wiemy też, że Andre’ był niespełna dwa lata starszy. I o to idzie w tej opowieści, że dziecka nic nie dziwi, to, co my uważamy za dziwne albo bardzo niepokojące, dla malca, którym na początku jest Marcus, jest normalnością.

Ciekawe, że prawie wszyscy oczekują, że w opowiadaniu fantastycznym koniecznie musi się coś “dziać”. Wyszedłem z założenia, że wcale nie…

To przekonanie o “dzianiu się” uwiodło nawet bardzo dobrego ilustratora “Histerii”. Oto “histeryczna” ilustracja do “Upiora…”,dumnie teraz prezentowana na stronie tego magazynu. Ale zawsze jest to reklama…

Link → https://www.facebook.com/magazynhisteria/

Dzieci wystąpiły w moich tekstach kilkakrotnie, w “Wiosce” także. A w “Wiosce” ilustracja jest, nie tylko dla mnie, bardzo dobra, znakomicie koreluje z tekstem, tyle, że to autentyczne zdjęcie rosyjskich zasieków z okresu I Wojny Światowej pod Łodzią.

Link → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/16769 

Komentarze do tego teksu nadal mile widziane.

Pozdrówka.

 

To przekonanie o “dzianiu się” uwiodło nawet bardzo dobrego ilustratora “Histerii”. Oto “histeryczna” ilustracja do “Upiora…”,dumnie teraz prezentowana na stronie tego magazynu. Ale zawsze jest to reklama…

Link →

Ilustracja robi wrażenie, nie powiem. Mocno podkreśla tytuł, w moim odczuciu – nieco mniej nadwrażliwy przekaz opowiadania, ale jest super. yes

 

Ciekawe, że prawie wszyscy oczekują, że w opowiadaniu fantastycznym koniecznie musi się coś “dziać”. Wyszedłem z założenia, że wcale nie…

To prawda. Zazwyczaj oczekuje się wartkiej akcji, bo inaczej jest “nudno”. Ja natomiast, nieco przekornie, lubię sobie dużo dopowiadać, a zatem – im mniej dzieje się na kartach lektury, tym bardziej działa wyobraźnia i to uwielbiam. :) Wystarczy tylko zasygnalizowanie pewnych spraw. :)

Podobnie jest z horrorami – niekoniecznie bestia musi na oczach widza/czytelnika mordować i pożerać swe ofiary, lać potoki krwi, wywlekać to i owo na wierzch, czasem wystarczy tylko skrycie się w mroku i wykańczanie nieszczęśników za kulisami Efekt – sto razy potworniejszy. :)

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Sama “histeryczna” ilustracja jest niewątpliwie bardzo dobra, niepokojąca, a zarazem klimatyczna, ale jakoś tak nie widzę jej bliższej korelacji z tekstem. Ale to na pewno jest kwestia gustu. Ale trzeba przyznać, że “Histeria” dorobiła się bardzo zacnego grona kilku grafików i zasadą jest, że w każdym numerze teksty są ilustrowane. Niektóre grafiki są bardzo dobre, a wszystkie “trzymają” niezły poziom.

W nieistniejącym już od dawna “Szortalu na Wynos” było podobnie. Szkoda, że ten portal przestał działać.

Pozdrówka.

Tak, widzę z linku, który podałeś, że grafika stoi tam na bardzo wysokim poziomie. :)

 

jakoś tak nie widzę jej bliższej korelacji z tekstem

Miałam podobnie z jednym moim wydaniem, też piękna okładka, robiąca piorunujące wrażenie, nijak jednak nie odnosząca się do treści, szczególnie – epoki. 

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

w tej sprawie jesteśmy zgodni. A cóż to było za wydanie, jeżeli mogę wiedzieć? Zawsze można przeczytać. Albo kupić i przeczytać.

PS. Dla zainteresowanych “histeryczna” ilustracja do “Upiora…”.

 

 

Pozdróweczka.

Mam wrażenie, że trochę zamotałeś dorastanie chłopców, nie za bardzo to widać, a wręcz przeciwnie. W pewnym momencie piszesz o Marcusie, że to już chłopiec, choć jeszcze nie młodzieniec, a jednocześnie on nie zna znaczenia słowa wegetarianka i notuje w pamięci, żeby zapytać mamę.

Poza tym – podobało mi się. Może nie ma tu wielkiej historii, ale jest nastrój. Zgadzam się z przedpiśćcami, że to nie bajka dla dzieci, raczej wyraz tęsknoty dorosłego człowieka do czasów, kiedy wszystko było prostsze ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

A ja już sądziłem, że czas komentowania tego opowiadania minął… Człowiek jednakowoż jest omylny.

W istocie jest tak, jak napisałaś. To po prostu opowieść o przyjaźni, pewnie nieuświadamianej, między dwoma malcami, potem chłopcami, bardzo się różniącymi. Ale im to absolutnie nie przeszkadza, a odrębne światy, w których żyją, nie przerażają, tylko zaciekawiają. Dzieci tak mają…

Wydaje mi się, że proces dorastania jest dobrze przedstawiony, ale oczywiście mogę się mylić. Każdy rozdział tej opowieści przedstawia starszego już Marcusa. Nie wszystko jeszcze wie, dlatego konotuje sobie w pomięci, żeby spytać mamę o znaczenie usłyszanego wyrazu. Badacz z niego wyrasta… Główna cześć opowieści dotyczy czasu, gdy był malcem, ale to byłoby za mało i doprowadziłem opowiadanie do chwili rozstania.

Klimat miał być spokojny i jest spokojny…

Dzięki za komentarz.

Pozdrawiam.

Utwór ciekawy w opisach. Całkiem nieźle wyszło tobie przejście od dziecka do młodzieńca – dało się poczuć tę różnicę w Marcusie oraz jego charakteryzacji.

Fajnie też prezentujesz tajemniczość nowego świata, jego obcość. Powściągasz się z opisem Andre, dając tylko odpowiednie fragmenty. Jest tu jednak mała łyżka dziegciu, mianowicie gatka o światach równoległych na samym końcu. Poczułem tutaj, jakbyś Ty, jako autor, koniecznie chciał mi wytłumaczyć o co chodzi. Nie czułem, by to było potrzebne, a wręcz wyszło z lekka nienaturalnie.

Językowo, jak to u Ciebie – dużo opisów i przez to nieśpiesznie. To Twój niepowtarzalny styl.

Tak więc przyszedłem na koncert fajerwerków “made by RogerRedeye” i dokładnie to dostałem :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zgadzam się z Irką, w opowiadaniu czuć nastrój i tęsknotę za czasami dzieciństwa. Długie, klimatyczne opisy i atmosfera tajemniczości przykuwają uwagę. Tekst dobrze się czytało, stylistycznie jest bez zarzutu.

Wiarygodnie opisujesz przyjaźń chłopców i zmiany spowodowane ich rozwojem. Historia wydaje się w pełni zrozumiała, a jednocześnie zawiera pole do własnej interpretacji. Zwróciłam uwagę na detale pokazujące tolerację chłopców dla odmienności, to również zdecydowanie na plus. Ogólnie, udane opowiadanie.

NoWhereMan, ANDO, dzięki za komentarze. 

Odnośnie wyjaśnienia na końcu tekstu – po prostu uznałem, że nie można czytelnika zostawiać w niepewności, o co właściwie idzie. Tym bardziej, że bardzo długo obaj bohaterowie też tego nie wiedzą, ale na początku znajomości tym się absolutnie nie interesują. Dopiero, gdy stają się młodzieńcami, ten problem zaczyna interesować Andre’. Odkrywa, w czym rzecz, ale jest to ostatnia wiadomość, którą może jeszcze przekazać. Już stali się za bardzo dorośli, przestali być dzieciakami i nie zobaczą więcej sąsiadujący ze sobą o płot światów…

ANDO, tak, to chyba jest siła tego tekstu, że nie ma w nim niepotrzebne brutalności, tylko dziecięca ufność i przyjmowanie wszystkiego jako oczywiste. Obaj, z punktu widzenia mieszkańców ich macierzystych światów, są odmieńcami, może nawet potworami, ale oni mogą ze sobą rozmawiać, grać w najprzeróżniejsze gry, i ta odmienność ich nie przeraża, tylko zaciekawia…

Dorośli ludzie mają, niestety, często inaczej… Częste i chyba coraz powszechniejsze zjawisko.

A ja myślałem że czas komentowania tej opowieści już minął…

Pozdrawiam.

Cześć!

 

Cyklop, niezły twist. Bardzo zaradny, rozumny i rezolutny jak na sześciolatka, ale może cyklopy tak mają. Trochę zabrakło mi tu głębi, relacji, przeżyć, pokazałeś całość mocno sprawozdawczo, bez emocji (ale, może cyklopy tak mają). Ot tak, zobaczyli się i zaczęli się bawić i grać na konsoli. Podobnie motyw śmierci ojca, bohater dziwnie tego nie przeżywa (w przeciwieństwie do matki).

Wytłumaczenie fenomenu światami równoległymi jest nieco sztampowe i w zasadzie nie niesie ze sobą żadnego wytłumaczenia (dla rozmówców mogłaby to być zwykła kraina czarów czy inna Narnia), motyw mechaniki kwantowej nieco tu zgrzyta imho.

Z rzeczy edycyjnych:

wiodąca do miasteczka, czy też ten trakt zniknie, a on ponownie zobaczy bujną knieję.

aliteracja

Nocny przybysz zza drugiej strony metalowego płotu z zadowoleniem uznał → Nocny przybysz z drugiej strony metalowego płotu uznał

Rankiem Marcus starannie ukrywał ziewanie.

Dla sześciolatak, który nie dospał

Widmowy Las zawsze bardzo zaciekawiał Marcusa. → Widmowy Las zawsze bardzo ciekawił Marcusa.

Wiesz, może kiedyś ogarnie wasz.. → Wiesz, może kiedyś ogarnie wasz…

I na opowiedzenie wszystkiego mamie, gdy zdobędzie doświadczenie z pobytu w Widmowym Lesie.

To brzmi nieco osobliwie.

Mama postanowiła skremować zwłoki i pochować je obok domu, żeby mieć blisko do grobu ukochanego męża. Tak często czyniono. Nadal przeżywała ciężkie załamanie psychiczne. Całkowicie posiwiała.

Pogrzeb zakończył się kilkanaście minut temu.

Dziwnie to wygląda przedstawione za pomocą wielu krótkich zdań, informacja o pogrzebie na końcu też trochę zgrzyta imho.

 

Pozdrawiam!

 

 

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

A tu, panie dzieju-mosterdzieju, w międzyczasie zrobiła się nam zima… Nie taka znowuż sroga, raczej tylko leciutko mroźna, jednakowoż zima.

Opowiadanie właśnie takie miało być.. To nie miała być “mięsista”, krwawa fantastyka, z nawiązaniem do s-f. Powód jest bardzo prosty – bohaterowie są na początku i długo potem jeszcze dziećmi, więc założyłem, że zachowują się podobnie, jak dzieci współczesne. Wszystko przyjmują z ufnością i, tak przy okazji, ciekawością. I nic ich nie dziwi… Chyba o tym już pisałem w odpowiedzi na komentarze, ale warto to powtórzyć. Nie ma znaczenia, dlaczego i po co istnieją te światy równoległe, ważne są zachowania młodziutkich bohaterów i ich reakcje, chociaż, jak się na końcu okazuje, jeden z nich to klasyczny cyklop. Tylko tyle i chyba aż tyle.

Zerknę na sugerowane poprawki, ale ten tekst jest po “histerycznej” korekcie.

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Pozdrówka.

Nowa Fantastyka