- Opowiadanie: Golodh - Hania i jej szalona przygoda w cyrku

Hania i jej szalona przygoda w cyrku

W przerwach pisania pewnego poważnego tekstu SF zdarzyło mi się popełnić tekst lekki, i dla dzieci. Ponieważ jednak nie potrafię pisać lekko, ani tym bardziej dla dzieci, to efekty są jakie są.

 

 

(Ale młodszemu bratu się podobało ;) )

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Hania i jej szalona przygoda w cyrku

W Tryjkokółce cały tydzień panował wyjątkowy harmider, odkąd tylko obwieszczono wiadomość, że zawita do nich obwoźny cyrk. Dzieci w szkołach rozmawiały całe dnie i zastanawiały się, jakie zwierzęta pokażą; na podwórku odgrywały groźne lwy i zabawne małpki, a rodzice – jak to rodzice – martwili się, ile będą musieli wydać na swoje pociechy.

Pierwsze wozy pojawiły się już niedzielnego ranka. Poważni organizatorzy stronili od dzieci i pilnowali, aby nikt nie pałętał im się w czasie rozkładania cyrkowego namiotu. Tylko kilku z artystów, w tym magik i pewien bardzo zabawny klaun, wyszli w miasto sprzedawać bilety na wieczorny spektakl. Wokół nich zebrało się całe miasteczko, szykując się na nadciągającą zabawą.

No… prawie całe.

Hania, dziewczyna generalnie zaradna, wolała od razu zobaczyć najlepsze. Poprosiła Maję, żeby kupiła jej bilet, i wybrała się w kierunku namiotów cyrkowych.

– To szaleństwo – ostrzegała ją Anka. – Nie słyszałaś, jak zawrócili Adama?

– Na pewno coś źle zrobił, skoro dał się złapać – odpowiadała.

– Ale ostrzegli go, że jeszcze raz i nie pozwolą mu wejść na pokaz!

Hania jednak była pewna swego. Po pierwsze miała już dziewięć lat, a po drugie znała chłopaków i wiedziała, jak niezdarny jest Adam. Na WF-ie potykał się o własne nogi.

W okolicach cyrku, około kilometr od Tryjkokółki, pojawiła się z samego rana, przy wciąż słabym świetle – tak, żeby trudniej ją było zauważyć. Schowała się w krzakach, na brzegu okolicznego lasku, i zaczęła od obserwacji, tak jak w prawdziwych filmach szpiegowskich.

Pole, na którym rozłożyli cyrk, nie było w żaden sposób odgrodzone. Już z daleka widziała główny namiot w biało-czerwonych barwach, mieniących się dumnie w blasku wschodzącego słońca. Liczne wozy i namioty tworzyły wokół miasteczko, po którym co jakiś czas krążyło kilku dorosłych.

Ruszyła biegiem i schowała się za pierwszą szopą. Przywarła do ściany i wyjrzała za róg, upewniając się, że wokół nikogo nie ma. Paroma susami przeskoczyła do nowoczesnego wozu i stanęła jak wryta.

Głos rozmów. Ktoś był blisko.

– Musimy go jutro pokazać – zabrzmiał niemiły, ochrypły głos z zagranicznym akcentem.

– Ale jest zupełnie zmarnowany i bez życia!

– To ja tu jestem od myślenia, panno Lippery. Proszę wykonywać swoją pracę.

– Ależ panie de L’argent!

Reszty rozmowy Hania nie zrozumiała. I dobrze – nie miała przecież czasu. Nie zastanawiała się już długo, rozejrzała pospiesznie i wskoczyła do wozu, przy którym się zatrzymała.

W środku było ciasno i pachniało stęchlizną. powietrze przenikało stęchlizną, a światło wpadało tylko przez szpary w spróchniałych ścianach, panował tam więc półmrok. „Eksponaty” ukryto za czerwonymi kurtynami.

Hania odchyliła pierwszą z nich, stając oko w oko z brodatą kobietą. Starsza pani smacznie drzemała w swojej klatce. Oparła głowę o fotel, a ślina ściekała jej z kącika wargi, po zaroście.

Kolejny eksponat był równie nieciekawy. Ktoś chciał zabawić się kosztem naiwnych dzieci, do których Hania już dawno nie należała. Oczywiście nie uwierzyła, że koń z przyczepionym rożkiem po lodach to prawdziwy jednorożec.

Trzecia klatka skrywała okaz ciekawy swą nieciekawością. Siedział tam bowiem chuderlawy chłopak, starszy od niej o dwa, może trzy lata. I zasadniczo niczym się niewyróżniający.

Jako pierwszy w wozie zauważył jej obecność i odwzajemnił zdziwione spojrzenie. Hania patrzyła na niego przez chwilę, czekając tylko aż wezwie pomoc. On jednak nie robił nic.

– Wyglądasz normalnie – stwierdziła w końcu dziewczynka.

– Tak – odpowiedział zakłopotany. Dopiero po chwili dodał: – Bo nie jestem żadnym dziwadłem, tylko czarodziejem.

– Takim prawdziwym? – spytała z nadzieją. – Nie takim udawanym, jak ten od kart, co przyszedł do nas do miasteczka?

Kiwnął głową.

– Od razu go rozszyfrowałam, wiesz? – pochwaliła się dumnie. – To co umiesz?

– Jestem magiem body.

– Wody – poprawiła Hania.

– Niestety nie.

Przechyliła głowę. Mag, lekko zakłopotany, pstryknął palcami i w ręce Hani pojawił się cienki, czarno-pomarańczowy kombinezon. Takie jak czasem zakładała mama, gdy wychodziła z domu bez taty. Pstryknął drugi raz i kombinezon zniknął bezpowrotnie.

– To chyba mało przydatne?

– Tak – stęknął, po czym dość przytomnie dodał: – Dlatego tu siedzę.

– I nic więcej? Nie umiesz wyczarować… Nie wiem, kurtki?

– Tylko bez rękawów. I musiałabyś ją rozciąć od dołu.

Hania kiwnęła głową, robiąc mądrze wyglądającą minę. Rodzice zawsze tak robili, gdy nie za bardzo wiedzieli co odpowiedzieć. Zrobiło jej się żal nieszczęsnego czarodzieja, który ewidentnie nie potrafił nic ważnego.

– Jestem Hania.

– Buddy.

Wyciągnął przez kratę dłoń, przywitali się. Buddy uśmiechnął się kwaśno.

– Jeśli chcesz zobaczyć coś ciekawego…

– Przecież jesteś ciekawy, Buddy!

– Nie żartuj! Wiem przecież, że to nieprawda. – Spuścił głowę i zrezygnowany wskazał klatkę obok. – Tam stoi pół ryba, pół kobieta. Ją lepiej obejrzyj.

– Syrena? – podpowiedziała.

– Nie, nie do końca.

Hania podeszła do klatki i szarpnęła zasłonę. W środku siedziała jedna z brzydszych kobiet, jakie widziała w swoim krótkim życiu. Zamiast skóry miała łuski, szeroko rozstawione rybie oczy i bezmyślny wyraz twarzy. Włosy, w które zostały wplecione zielone glony, były nierówno powyrywane. Leżała w kałuży wody, która dodatkowo z niej spływała. I do tego była goła.

– O ja! – wyszeptała Hania.

Dopiero po chwili zauważyła, że syrena była skuta: łańcuchy trzymały ją za nadgarstki i kostki. Nie odzywała się, tylko bezmyślnie patrzyła przed siebie. Dziewczynce zrobiło się jej żal… Gdyby tylko wiedziała, jak ją wyciągnąć ze środka, zza żelaznych prętów.

– Hej – spróbowała zagadać.

„Syrena” podniosła tylko pusty, pozbawiony nadziei wzrok. Patrzyła na Hanię, ale jej nie widziała.

Stuk, stuk!

Coś zapukało od zewnątrz w ścianę. Hania obróciła głowę. Mały cień w otworach zniknął równie szybko, co się pojawił. Tuż obok miała jednak miejsce inna rozmowa:

– Słyszałaś coś? – spytał ten sam nieprzyjemny głos co wcześniej.

– Panie de L’argent?

– Ktoś jest w namiocie dziwactw.

Hania obejrzała się, szukając drogi ucieczki. Serce zaczęło jej bić mocniej. Zrobiła parę kroków w stronę drzwi, zanim zdała sobie sprawę, że zaraz pojawi się tam pan de L’argent. Stanęła nieruchomo jak słup soli, nie wiedząc co zrobić i w ostatniej chwili, gdy widziała, jak ktoś naciska klamkę, stanęła przy klatce Buddy’ego i zaciągnęła za sobą zasłonę.

– Nie wydaj mnie! – szepnęła. Mag body kiwnął głową.

Ktoś wszedł do środka. Kroki stawiał wielkimi buciorami, od których trzęsła się podłoga. Sprawdził pierwszy eksponat, drugi… Musiał obudzić brodatą staruszkę, ponieważ rozległ się jej głos:

– Co? Hrrr… Kto?

– Widziałaś tu kogoś? – spytał de L’argent!

– Wrrr… Nie. – Głos miała ciężki, basowy, męski. Brzmiała jak naprawdę straszny potwór.

De L’argent ruszył dalej. Hania ścisnęła mocniej czerwoną przesłonę, nerwowo odliczając każdą sekundę. Nawet Buddy skulił się w kącie swojej klatki i zakrył oczy. Trząsł się; podobnie jak Hania, której do tego pot pokrył całą twarz. Słyszała jak de L’argent zbliża się do nich, powoli chwyta zasłonę…

– Co tu robi dziecko?!

Był to starszy, niski mężczyzna z dorodnym, siwym wąsem – jakby wyjęty z filmów babci Jadzi, tych czarno-białych z zagadką i niespodziewanym zakończeniem. Choć spoglądał na nią przez swój ogromny monokl, to i tak musiał mrużyć oczy. Miał na sobie wielki, nawet zbyt duży, czarny garnitur; melonik na głowie i ogromne buciska. Przypominały niby buty klauna, ale nie były ani kolorowe, ani zabawne.

– Chodź tu!

Chwycił Hanię za ucho i pociągnął. Dziewczyna zawyła z bólu. Próbowała się uwolnić, szarpała, ale pan de L’argent złapał obie jej ręce bolesnym uściskiem. Wyciągnął ją na zewnątrz.

– Co to ma znaczyć? – spytał de L’argent.

Wokół zaczęli gromadzić się pracownicy cyrku: tak robotnicy, jak i artyści. Jedni się śmiali, inni współczuli Hani, nikt jednak nie śmiał powiedzieć ani słowa.

– Pozbyć mi się tego odpadka – rozkazał de L’argent. – I nie wpuszczać z powrotem!

Wielgachny łysielec chwycił ją pod ramię, podniósł nad ziemię i zaczął prowadzić na zewnątrz.

– Puść mnie! – krzyknęła.

Uderzyła go, ale za słabo, aby wyrządzić krzywdę. Olbrzym tylko się zaśmiał. Około minuty później dotarli do brzegu miasteczka cyrkowego. Rzucił ją na ziemię, otrzepał ręce i stanął, pilnując, aby nie weszła z powrotem.

Hania natychmiast odwróciła się i odeszła, znikając w leśnej gęstwinie. Przeskakiwała nad kolejnymi gałęziami, a pojedyncze łzy spływały po jej policzku. Nie wiedziała, co robić. Wrócić do domu? Do kolegów nie pójdzie, bo jak powie Ance, że już na spektakl nie może przyjść?

Wtedy usłyszała szelest. Zatrzymała się i rozejrzała, ale wokół nikogo nie było. Uniosła brew. To musiał być tylko szum wiatru.

Ten jednak się powtórzył.

– Jest tu kto?

Dźwięk, jak zdała sobie sprawę, dochodził z pobliskich krzaczorów. Podeszła bliżej, chcąc sprawdzić, co to jest, a wtedy zza nich wyskoczył wielki, straszny potwór. Wielka włochata świnia z kłami, jakich Hania w życiu jeszcze nie widziała.

Krzyknęła. Wystraszona przebiegła kilkadziesiąt metrów, starając się zgubić bestię. Zatrzymała się, dopiero gdy straciła ją z zasięgu wzroku. Zmęczona siadła pod wielkim konarem i rozpłakała się na dobre.

– Pssst…

Wytarła twarz w rękaw, obróciła głowę. Gotowa wstać i znowu zacząć uciekać…

– Na górze, droga panno!

Podniosła wzrok. Na gałęzi siedział niewielki, czarny ptaszek o białym brzuszku i dostojnym, czerwonym grzebieniu. Patrzył prosto na nią, przechylając łebek.

– Ty… mówisz?!

– A cóż miałbym robić, szczekać?

Zamachał skrzydełkami i pofrunął do gór. W tym samym momencie Hania usłyszała kolejny hałas. Opuściła wzrok i zobaczyła, jak zza drzew wychodzą kolejne stwory: duży, dziki kot oraz spotkany wcześniej świniak. A ona nie miała już gdzie uciekać.

– Dzikie zwierzęta! – krzyknęła i znowu się rozpłakała.

– Jeśli o to chodzi – obruszyła się świnia, nerwowo pocierając raciczkami o beton. – To dzikiem jestem tu tylko ja.

– Widzisz, co narobiłeś? Wystraszyłeś ją! – skarcił go kot. Podszedł do Hani i uspokajającym tonem powiedział: – Jestem Ryś. Przepraszam za mojego druha, Dzika. Jest trochę nieokrzesany.

– Sam jesteś nieokrzesany!

– Jam ci Dzięcioł – dodał dzięcioł.

Ryś nadstawił główkę i kiwnął zachęcająco. Hania najpierw niepewnie, ostrożnie podniosła dłoń i położyła ją na czubku i przejechała do karku. Pogłaskała go drugi raz, trzeci, a w końcu parsknęła.

– Lepiej, co? – spytał Ryś i uśmiechnął się.

– Czemu mówicie?

– U nas zwierzęta mówią. Tylko u was… O tak… Tutaj, proszę! – Ryś mruknął zadowolony, gdy Hania zaczęła drapać go za uchem.

– Jeno w krainie ludzi zapomniały, jak się ozywać – dokończył Dzięcioł, który zleciał z gałęzi i usiadł jej na ramieniu.

– Nie jesteście stąd?

– A gdzieżby!

– To co tu robicie?

Dzięcioł podskoczył, zakręcił dwa kółka w powietrzu i osiadł na gałęzi. Nabrał dużo powietrza w płuca.

– Był to poranek ciepły i wilgotny – zaczął mówić poważnym tonem, starając się przypominać starych bardów. – Słońce, przyodziane w futro flamingów, powoli wychynęło zza horyzontu, wystając ledwo ponad pierwszymi koronami lasu. Rosa spływała po liściach, kwiaty powoli budziły się do życia…

– Do rzeczy! – chrumknął Dzik. Dzięcioł popatrzył na niego z mieszanką wyrzutu i pogardy.

– Wyleciałem, aby się odświeżyć w ten piękny świątek. Leciałem więc nad drzewami, aż tu nagle dostrzegam jakiś dziwny kontur. Podlatuję i tu jaki stwór, ni to zwierzę, ni to duch, i do tego futra nosi. Potem dowiedziałem się, że to jeden z waszych, ludzi znaczy.

– O mnie powiedz! – zawołał ponownie Dzik. – O mnie!

– No więc dobrze. – Dzięcioł westchnął. – Krwawiła ta istota, to przyleciałem po Dzika.

– A ja zatarłem raciczki, raz-dwa, i przyniosłem tego człeka nad nasze jezioro. Ja, jak tu stoję i na własnym grzbiecie, takim bohaterski!

– Zaprawdę – mruknął Dzięcioł. – Zatem daliśmy go Opiekunce, duchowi naszego jeziora. Stary to był duch, musisz panno wiedzieć. Starszy nawet ode mnie, a ja już swoje lat mam!

– A jaki mądry!

– Zatem usiadł na brzegu, obłożył ziołami i czuwał nad nim trzy dni i trzy noce, bez wytchnienia. A gdy się obudził…

– Przestraszył się, tak jak ty! – kwiknął Dzik i kilka razy wypuścił powietrze przez wielkie nozdrza, jakby się śmiał. – Ale potem stwierdził, że pięknie tam było.

– Tydzień u nas zabawił. Dobry był, ale jakie nieszczęście na nas sprowadził, oj jakie!

Hania i Ryś słuchali całej opowieści w milczeniu. Dziewczyna zbyt wciągnięta w historię, aby coś powiedzieć; dziki kot zaś, zadowolony z Hani pieszczot, mruczał tylko i wzdychał radośnie.

– Księżyc później sprowadził kompanów – kontynuował Dzięcioł. – Im też rzecz jasna się spodobało, bo nasze jezioro było zaprawdę cudowne! Później i oni sprowadzili swoich ziomków, tamci kolejnych… I tak dość szybko zaroiło się u nas od gości. Cieszyliśmy się, bo zazwyczaj ich lubimy, a Opiekunka cieszyła się najbardziej. I wtedy pojawił się on…

– Diabeł wcielony!

– Bezecny łachmyta! A jaki ogień miał on w oczach… Niepokoił mnie od początku, jak korę kocham! Dziobać znaczy… W każdym razie miał takie dziwne, długie buty, czarny kapelusik i duże szkło zamiast oka.

– De L’argent! – zawołała Hania.

– Zapewne – stwierdził Dzięcioł i kiwnął łebkiem. – No i on podsunął Opiekunce cyrograf, pewno niewinną krwią spisany. Opowiadał bajki, ile to zmieni, jak upiększy nasze jezioro i ilu ludzi będzie się zjeżdżało. „Park rozrywki”, taki jad sączył.

– Ale jak tylko Opiekunka podpisała, to facet wsadził ją do klatki!

– Widziałam ją! – zawołała Hania. – W cyrku! Wyglądała jak ryba.

– Teraz jeno – potwierdził Dzięcioł. – Widzisz, duchy bowiem tak wyglądają, jak nań inni patrzą. Gdy więc zaczęła objeżdżać wasze krainy, a wyście myśleli o niej jak o potworze, bestii. To w końcu stała się taką bestią.

– Okropne!

– Dlatego chcemy ją oswobodzić. Pomocy nam trzeba.

Ryś podniósł wzrok. Uniósł łapę i pokazał ją Hani.

– Nie mamy dłoni, żeby otworzyć klatki.

Kiwnęła głową. Musiała przyznać, że był to poważny problem.

– Uwolnisz ją z nami?

Ryś zrobił maślane oczy i spojrzał na nią. Biedny, potrzebujący pomocy kotek… Jak można było odmówić komuś takiemu?

– Dobra.

Hania i zwierzęta postanowiły poczekać na rozpoczęcie spektaklu, gdy wszyscy zbiorą się w środku i na zewnątrz nikogo nie będzie. Zaczaiły się na skraju polany i obserwowały: najpierw jak cyrkowcy kończą swoją konstrukcję, potem zaś tłoczących się z biletami ludzi. Była tam i Anka, i Maja, i nawet Adam, który ze spuszczoną głową unikał wzroku ochroniarzy. W końcu zaś wszyscy zgromadzili się w środku i można było rozpocząć akcję ratunkową.

Do labiryntu cyrkowych wozów wkradły się niezauważone. Minęły śpiącego klauna i odnalazły wóz dziwactw, szczęśliwie niepilnowany. Weszły do środka, i cichutko, na paluszkach, podeszły do klatki Opiekunki…

– Nie ma jej, nie ma! – zakrzyknął Dzięcioł, gdy tylko Hania odchyliła kotarę.

– Kto śmiał ją zabrać? – obruszył się Dzik.

– Ja wiem!

Głos dobiegał zza sąsiedniej kotary. Hania szybko podbiegła do niej i odsłoniła uwięzionego Buddy’ego.

– Zabrali ją na pokaz. Na pewno szykuje się już w namiocie cyrkowym.

Dzięcioł podleciał do jednej ze ścian budynku i uderzył dziobem w przewieszone na gwoździu klucze, które kilkoma brzęknięciami przywiodły do siebie wzrok Hani. Dziewczyna podbiegła, ściągnęła je i otworzyła klatkę Buddy’ego.

– Chodź z nami! Pomożesz nam!

– Ja? W czym mógłby pomóc wam ktoś taki jak ja? Do niczego się nie nadaję.

– No, chodź!

Chwyciła go za dłoń i pociągnęła za sobą. Wybiegli na zewnątrz i ruszyli do głównego namiotu. Obeszli go, schowali się za jednym z wozów i wyjrzeli na wejście do służbowego fragmentu. Pilnował go wielki osiłek – ten sam, który wcześniej wytargał Hanię poza pole cyrkowców.

– Nie powinniśmy tam wchodzić – jęknął Ryś. – Ciarki mam na grzbiecie, jak na niego patrzę.

I rzeczywiście futerko stanęło mu dęba. Hania, starając się je naprostować, pogłaskała Rysia.

– Nabiję na kły – powiedział Dzik z uśmiechem na pysku. – A potem pociacham! Na plasterki!

– Za lichy jesteś – odparł Dzięcioł. – Słuchaj mnie. Ja udam tu dzięcioła, tego waszego znaczy, żeby odwrócić uwagę i byście się przekraść mogli.

To rzekłszy, wychynął zza wozu, przyjął poważną pozę i nabrał powietrza w płuca.

– Dzięć, dzięć – zawołał. – Dzięć, dzięć.

– Źle to robisz – syknął Ryś. – Dzięcioł to bardziej: hu-hu, hu-hu!

– To sowy – stwierdziła Hania. – Rób ćwir-ćwir.

– Nie – wtrącił ochroniarz. – Dzięcioł to tak stuk-stuk. Stu…

Buddy ogłuszył go, uderzając w głowę kawałkiem starej deski.

– Idziemy!

Wbiegli do środka. Zapanowało tam niemałe zamieszanie. Dorośli zaczęli odskakiwać przed zwierzętami, a szczególnie przed Dzikiem, który biegł przodem i ryczał:

– Jestem Dzikiem, jestem zły! I mam bardzo ostre kły! Haha, z drogi!

Klaun wypuścił z dłoni czerwony nos, a połykacz ognia z wrażenia połknął ogień i zaczęło go parzyć w gardle. Nigdzie jednak nie widzieli Opiekunki. Hania podeszła do jednego dorosłego, kulącego się w kącie magika, i spytała:

– Gdzie jest Opiekunka?

– K-kto?

– Ryboczłowiek – poprawiła się, żeby magik mógł ją zrozumieć.

Ten wskazał w kierunku wejścia na arenę, na której odbywał się główny pokaz. Dobiegał stamtąd blask świateł i szał oklasków.

– A oto niespodzianka wieczoru! – krzyczał donośnie bas z zagranicznym akcentem, niechybnie należący do de L’argenta. – Praaawdziwy poootwór!

Wbiegli na scenę. Dzik zaryczał, Ryś miauknął, Dzięcioł, uparty jak zwykle, zawołał „Dzięć-dzięć”, a Hania ustawiła się w pozie karateki, takiej jak z innych filmów babci. Tylko Buddy schował się za ich plecami i nieśmiało wyglądał na to, co się dzieje.

Na środku stała Opiekunka, zamknięta w klatce i spięta łańcuchami. Odwróciła się i rybimi oczami spojrzała w kierunku swoich zwierzęcych przyjaciół, chyba pierwszy raz od dawna się uśmiechając. Obok niej stała panna Lippery ubrana w skąpy, czarny kombinezon oraz złowrogi pan de L’argent.

– Co się tu dzieje?! – zawołał stary skąpiec.

Wokół na trybunach siedzieli wszyscy mieszkańcy Tryjkokółki i patrzyli na nich. Jedni zdziwieni, inni przestraszeni. Adam zerwał się z miejsca i zawołał:

– Patrzcie, to Hania! Co ona tam robi?

Dzieci szybko przywarły do najbliższej barierki, spoglądając na nią i śmiejąc się.

– Znowu wplątałaś się w jakieś głupstwo?

– Mówiłam, że tak będzie! – zawołała Anka.

Do tego za nimi wyszedł wielki łysy strażnik, który najwidoczniej ocknął się w międzyczasie i teraz był gotów wyciągnąć ich siłą na zewnątrz. Hania poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Chciała już coś krzyknąć ze wściekłości, z przerażenia, albo po prostu skulić się, schować i nie wychodzić przez tygodnie. Już nic nie mogło się skończyć dobrze.

I wtedy Buddy pstryknął palcami.

– Aaaaaa!

Ubranie zniknęło z panny Lippery, która została na scenie zupełnie goła. Nagle wszyscy w zasięgu wzroku, włącznie ze strażnikiem, panem de L’argent i kolegami Hani, stanęli i obrócili się w jej kierunku.

– Udało mi się! – powiedział zachwycony Buddy, o mało nie mdlejąc z wrażenia. – Pomogłem! Moja magia jest przydatna!

Hania szybko podbiegła do Opiekunki i wyciągnęła do niej rękę. Na ciele ducha nagle zaczęła pojawiać się woda, mnóstwo wody, która zaczęła spływać na ziemię wielkimi strugami. Zabrały glony, zostawiając tylko długie, błękitne włosy. Z ciała spłynęły łuski, przywracając jej wygląd pięknej kobiety i odsłaniając zawieszone na szyi korale. A oczy – dotąd rybie – nagle odzyskały wygląd pięknych szmaragdów oraz swój dawny blask. Potwór przemienił się w piękność.

Ta sama woda w błyskawicznym tempie zamieniła w rdzę stal, z której zrobiona była tak klatka, jak i łańcuchy. Opiekunka bez problemu wyszła na wolność.

– Jak… – wyszeptała Hania.

– Tylko ty na mnie patrzyłaś – odpowiedziała Opiekunka pięknym głosem, każdemu kto jej słuchał przypominającym jego własną mamusię. – A dla ciebie nie jestem potworem.

Obróciła się. Rzeczywiście – wszyscy patrzyli tylko na biedną pannę Lippery, która, rumieniąc się, próbowała najpierw zasłonić swoją goliznę, a potem schować się za równie zszokowanym panem de L’argent.

Zebrali się, Dzik wziął Buddy’ego na grzbiet i pognali ku wyjściu. Zanim ktokolwiek się otrząsnął, byli już daleko od cyrku.

Zatrzymali się na niewielkiej polanie, gdzie mogli spokojnie usiąść i się pożegnać.

– Wracacie do siebie? – spytała Hania.

– Tak – odpowiedział duch, głaszcząc ją po głowie. – Zabierzemy też Buddy’ego. Znam pewnego mędrca, także maga body, który nauczy go robić potężny bodospad.

– Bodospad?

– Wodospad, którym w miejsce wody spływają body.

Buddy tym razem naprawdę zemdlał z wrażenia. Zwierzaki od razu podbiegły do niego i zaczęły cucić.

– Ale ty musisz wrócić do swoich rodziców – kontynuował duch. – Na pewno martwią się o ciebie.

Hania w myślach przyznała Opiekunce rację. Było już bardzo ciemno, a miała przecież wrócić do domu przed ósmą.

– Mogę o coś jeszcze zapytać?

– Śmiało, dziecino.

– Wtedy kiedy się przemieniłaś… To było piękne. Czemu w takim razie wszyscy patrzyli na pannę Lippery?

– Widzisz, tak już jest z ludźmi. Od prawdziwego piękna wolą oglądać największą tandetę, byleby widowiskową.

To powiedziawszy cofnęła się, spoglądając na swoje zwierzęta. Dzik zatupał raciczkami i przybiegł do niej natychmiast, dzięcioł zawołał tylko:

– Żegnaj, młoda panno!

I również przybiegł do Opiekunki. Ostatni Ryś podszedł do Hani i otarł się łebkiem o jej nogi.

– Nigdy nie zapomnę twoich pieszczot.

– Zobaczymy się jeszcze?

– Może kiedyś wrócimy z wizytą. Albo ty przypadkiem wpadniesz nad nasze jeziorko. Chociaż teraz będzie trudniej je znaleźć. Wiesz, magia i te sprawy.

Kiwnęła mądrze głową, wszak magia stanowiła dobre wyjaśnienie. Odprowadziła wzrokiem ducha jeziora, zwierzęta i Buddy’ego, którzy ostatni raz zamachali jej na pożegnanie i zniknęli w leśnej gęstwinie. A potem wróciła do domu, przeprosiła mamusię, że tak późno i opowiedziała całą historię. A mamusia – jak to mamusie mają w zwyczaju – jej nie uwierzyła.

Koniec

Komentarze

martwili się, ile będą musieli wydać na swoje pociechy.

Zbyt rzeczywiste na fantastykę. :P

 

Całe miasteczko zebrało się właśnie wokół niego, ostrząc sobie zęby przed nadciągającą zabawą

Te ostrzenie zębów brzmi złowieszczo. Nie pasuje mi do sytuacji. 

 

Hania, dziewczyna generalnie zaradna, wolała od razu zobaczyć najlepsze. Poprosiła Maję, żeby kupiła jej bilet, i wybrała się w kierunku namiotów cyrkowych.

– To szaleństwo – ostrzegała ją Anka. – Nie słyszałaś jak zawrócili Adama?

Trzy linijki, cztery postaci wymienione z imienia. Dużo. 

 

i jego rozpostarte na stelażach, biało-czerwone barwy

Barwy rozpostarte na stelażach? 

 

Liczne wozy i namioty tworzyły wokół jakby miasteczko

Po prostu miasteczko. 

 

nowoczesnego wozu na kółkach

Może być wóz nie na kółkach? 

 

Reszty rozmowy niestety nie zrozumiała. I dobrze – nie miała przecież czasu

Kto nie miał czasu? Rozmowa? 

 

Powietrze w środku było zatęchłe i ogólnie było tam ciasno

Rozumiem prosty styl dla dzieci, ale podwójne powtórzenie i do tego to brzydkie ogólnie…

 

Zamiast skóry miała łuski, oczy rybie i szeroko rozstawione i bezmyślny wyraz twarzy. Włosy, w które miała wplecione zielone glony, były nierówno wyrwane.

Powtórzenie. 

 

Leżała w kałuży wody, która dodatkowo z niej spływała. I do tego była goła.

Woda spływała z kałuży? Poda tym dodatkowo i do tego bardzo podobnie brzmi. 

 

żal stworka

Tym stworkiem dehumanizujesz kobietę-rybę. 

 

Chwycił Hanię za ucho i pociągnął. Dziewczyna zawyła z bólu. Próbowała się uwolnić, szarpała, ale pan de L’argent chwycił jej obie ręce w bolesnym uścisku.

Powtórzenie. 

 

Wokół zaczęli gromadzić się ludzie, tworząc kółko

Wyciąłbym. Brzydko brzmi a wiele nie wnosi. 

 

Wielka włochata świnia z kłami, jakich w życiu jeszcze nie widziała

Przydałoby się dookreślić podmiot. 

 

Jeno pomocy nam trzeba

Tutaj zaczęła nieco męczyć mnie ta stylizacja. 

 

Do labiryntu cyrkowych wagonów wkradły się niezauważone. Przekradły się

Bardzo podobnie. 

 

skierowali w kierunku głównego namiotu

Skierowali w kierunku – masło maślane. 

 

przed dzikimi zwierzętami, a szczególnie przed Dzikiem

Powtórzenie. 

 

zamknięta w klatce i spięta łańcuchach

Tu coś się posypało. 

 

A wokół na trybunach siedzieli

A na początku zbędne. 

 

Buddy tym razem naprawdę zemdlał z wrażenia

Mógł zemdleć na niby? 

 

 

Trochę pomarudzilem, ale muszę przyznać, że to bardzo fajne opowiadanie.

Fabuła pędzi, w pewnym momencie miałem wrażenie takiego kontrolowanego chaosu (pozytywne wrażenie), postaci oryginalne, wyraziste. Podobały mi się wszystkie humorystyczno-absurdalne sceny, podobnie jak przemyślenia. 

Wszystko wyszło bardzo strawnie, tylko sam tekst ciut za krótki. Ta przeprawa z cyrkowcami poszła im jak po maśle. Ogólnie bardzo dobry tekst, który poruszył moją wyobraźnię. :) 

Cieszę się w takim razie, że się spodobał :D Ogólnie taki miał być – czyli trochę humorystyczny, szalony i absurdalny z tradycyjnym morałem na końcu (a w zasadzie w pierwotnym pomyśle to miało być takie smętno-smutne opowiadanie jak świat Opiekunki styka się z ludźmi, zmienia i w końcu jak ją łapią… Ale niespodziewanie nadeszła inspiracja i pomysł na Buddy’ego, a dalej już poszło prosto :P).

Większość technikaliów poprawiłem (mam nadzieję, że wolno i jurorzy mnie nie zabiją), parę moich uwag pod komentarzem.

Czy mogło być dłuższe? No niby tak, miałem do limitu te 7k znaków, ale z drugiej strony wciskać biedakom kolejne przeszkody na siłę trochę mi nie pasowało: ogranie strażnika i scenę finałową miałem od początku zaplanowane, a brakło mi już wrogów i przeszkód, które mógłbym im wcisnąć. A tak chyba pasowało do reszty tekstu, który (poza początkiem) zaczynał się naturalnie rozkręcać do tego tempa. Ktoś mi sugerował np. ostateczną konfrontacje z panem de L’argentem, który tak łatwo mógłby nie odpuścić swojego skarbu, ale… No jakoś nienaturalnie też mi to brzmiało i musiałbym się trochę namęczyć, żeby to wcisnąć jakoś. A też nie sądziłem, żeby tu kilka akapitów więcej jakoś poprawiło odbiór, może niesłusznie ;)

No i na koniec proponuję (raczej proszę niż nalegam) podzielić się z dziećmi/siostrzeńcami/kogo tam masz pod ręką w dobrym wieku (jeśli masz), żeby przetestować w grupie docelowej. Jeśli udałoby się zebrać, to ciekaw byłbym opinii :P

 

Zbyt rzeczywiste na fantastykę. :P

No i masz mnie. Ale w końcu wszyscy w mieście zabrali ich jednak do tego cyrku, więc może i są elementy nadprzyrodzone :P

 

Trzy linijki, cztery postaci wymienione z imienia. Dużo. 

Niby tak, ale to postaci w sumie epizodyczne. Nie zależy mi, żeby czytelnik ich zapamiętał – i miałem wrażenie, że z kontekstu też to można wyłapać.

Mógł zemdleć na niby?

A to akurat kontynuacja tego, że parę akapitów wcześniej (w cyrku) “prawie zemdlał z wrażenia”.

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, hej

Zgodzę się z Gekikarą – akcja pędzi za bardzo. Niemniej wolę takie coś niż dłużyznę dla dłużyzny.

Podobało mi się. Cyrk to w ogóle wdzięczne miejsce dla fantastycznych historii i Twoja też w pełni z niego korzysta. Mag body (bodymanta xD ) – ciekawy pomysł i nie dość, że dochodzi do praktycznego wykorzystania jego zdolności (zabawne), to jeszcze przemycasz tam mądrość o pięknie. Lubię, gdy wszystko prędzej czy później łączy się ze sobą tak ładnie.

Pierwsza rozmowa ze zwierzętami wyszła, według mnie, najgorzej. Zbyt długa i infodumpowa, jednak tragedii nie było, a całość opowiadania zdecydowanie na plus.

Klikam bibliotekę i pozdrawiam. 

Zgodzę się z Gekikarą – akcja pędzi za bardzo.

Wobec już dwóch głosów, w dodatku tak znamienitych, nie pozostaje mi nic innego niż się ugiąć i przyznać rację :P

Podobało mi się. Cyrk to w ogóle wdzięczne miejsce dla fantastycznych historii i Twoja też w pełni z niego korzysta. Mag body (bodymanta xD ) – ciekawy pomysł i nie dość, że dochodzi do praktycznego wykorzystania jego zdolności (zabawne), to jeszcze przemycasz tam mądrość o pięknie. Lubię, gdy wszystko prędzej czy później łączy się ze sobą tak ładnie.

Cieszę się w takim razie, że wyszło dokładnie tak jak chciałem :D

 

I muszę przyznać, że nazwa “bodymanta” mi się bardzo podoba.

 

Pierwsza rozmowa ze zwierzętami wyszła, według mnie, najgorzej. Zbyt długa i infodumpowa, jednak tragedii nie było, a całość opowiadania zdecydowanie na plus.

Hmmm… W takim razie jak takie coś poprawić? Po prostu skrócić trochę? Bo jednak historię porwania i motywację zwierząt wypadałoby opowiedzieć.

 

Dzięki za lekturę :)

 

 

Hmmm… W takim razie jak takie coś poprawić? Po prostu skrócić trochę? Bo jednak historię porwania i motywację zwierząt wypadałoby opowiedzieć.

Najlepiej rozbić infodump na mniejsze partie i rozłożyć po dialogach i wydarzeniach.

Ok, zapamiętam. Dzięki :D

Najlepiej rozbić infodump na mniejsze partie i rozłożyć po dialogach i wydarzeniach.

W teorii to takie proste. :P

Cześć!

 

Historia jest w miarę ciekawa (choć fabuła faktycznie trochę jak z kreskówki), ale widać, że tekst nie odleżał zbyt długo, ponieważ roi się od powtórzeń i innych niezręczności.

Kilka raz zdarzyło mi się uśmiechnąć, a więc lekki ton udało się osiągnąć.

 

– Jam ci Dzięcioł – dodał dzięcioł.

Tu nawet parsknąłem. ;-) Dzięcioł wyszedł całkiem nieźle.

 

Poniżej kilka sugestii.

 

Dzieci w szkołach rozmawiały całe dnie i zastanawiały się, jakie groźne zwierzęta pokażą; na podwórku odgrywały groźne lwy i zabawne małpki, a rodzice – jak to rodzice – martwili się, ile będą musieli wydać na swoje pociechy.

 

Całe miasteczko zebrało się właśnie wokół niego, szykując się na nadciągającą zabawą.

 

Wokół kogo zebrali się mieszkańcy?

 

Nie słyszałaś(+,) jak zawrócili Adama?

 

Po pierwsze miała już dziewięć lat, a po drugie znała chłopaków i wiedziała(+,) jak niezdarny jest Adam.

 

Pole, na którym rozłożyli cyrk, nie było w żaden sposób odgrodzone.

 

– Musimy go jutro pokazać – powiedział niemiły, ochrypły głos z zagranicznym akcentem.

 

Czy faktycznie to głos wypowiedział te słowa? ;-)

 

Nie zastanawiała się już długo, rozejrzała pospiesznie i wskoczyła do środka wagonu, przy którym się zatrzymała.

Światło wpadało do środka tylko przez szpary w spróchniałych ścianach, panował tam więc półmrok. W środku było ciasno, a powietrze przenikało stęchlizną. „Eksponaty” ukryto za czerwonymi kurtynami.

 

– Wody –poprawiła Hania.

 

Brak spacji.

 

Oparła głowę o oparcie fotela, a ślina ściekała jej z kącika wargi, po zaroście.

 

Hania podeszła do klatki i szarpnęła za zasłonę.

 

Zamiast skóry miała łuski, rybie oczy i szeroko rozstawione i bezmyślny wyraz twarzy.

 

– O ja! – wyszeptała Hania.

 

Jak szepnęła, to chyba bez wykrzyknika. ;-)

 

Stanęła nieruchomo jak słup soli, nie wiedząc co zrobić i w ostatniej chwili, gdy widziała już(+,) jak ktoś naciska klamkę, stanęła przy klatce Buddy’ego i zaciągnęła za sobą zasłonę.

 

– Nie wydaj mnie! – szepnęła. Mag body kiwnął głową.

 

I znów mamy szeptokrzyk. ;-)

 

Choć spoglądał na nią przez swój ogromny binokl, to i tak musiał mrużyć oczy.

 

Monokl? Czy binokle?

 

– Wrrr… Nie. – Głos miała ciężki, basowy, jak mężczyzna. Brzmiała jak naprawdę straszny potwór.

 

Ja bym wyciął jak mężczyzna. Przedstawiasz głos jako ciężki i basowy, więc możemy się bez trudu zorientować, że to głos męski (czy też prawie męski).

 

De L’argent ruszył dalej. Hania ścisnęła mocniej czerwoną przesłonę, nerwowo odliczając każdą sekundę. Nawet Buddy ścisnął się w kącie swojej klatki i zakrył oczy.

 

Słyszała jak de L’argent zbliża się do nich, powoli chwyta za zasłonę…

 

Wokół zaczęli gromadzić się ludzie. Pracownicy cyrku: tak robotnicy, jak i artyści zebrali się wokół.

 

Uderzyła go, ale za słabo, aby wyrządzić jakąś krzywdę.

 

Rzucił ją na ziemię, otrzepał ręce i stanął, pilnując(+,) aby nie weszła z powrotem.

 

Przeskakiwała nad kolejnymi gałęziami, a pierwsze łzy spływały po jej policzku.

 

Nie wiedziała(+,) co robić.

 

Dźwięk, jak zdała sobie sprawę, dochodził z pobliskich krzaczorów.

 

Podeszła bliżej, chcąc sprawdzić(+,) co to jest, a wtedy zza nich wyskoczył wielki, straszny potwór.

 

Zatrzymała się(+,) dopiero gdy straciła z zasięgu wzroku.

 

Chciała zgubić bestię.

 

W tym samym momencie Hania usłyszała wokół kolejny hałas.

 

– Widzisz(+,) co narobiłeś?

 

A ja zatarłem raciczki, raz-dwa, i przyniosłem tego człeka nad nasze jezioro.

 

W końcu zaś wszyscy zgromadzili się w środku i można było rozpocząć akcję ratunkową.

 

To rzekłszy(+,) wychynął zza wagonu, przyjął poważną pozę i nabrał powietrza w płuca.

 

Hania poczuła(+,) jak łzy napływają jej do oczu.

 

Zabrały glony z włosów, zostawiając tylko długie, błękitne włosy.

 

Potwór przemienił się w cudowną ślicznotkę.

 

Rzeczywiście – wszyscy patrzyli się tylko na biedną pannę Lippery, która(+,) rumieniąc się(+,) próbowała najpierw zasłonić swoją goliznę, a potem schować się za równie zszokowanym panem de L’argent.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

 

 

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

W teorii to takie proste. :P

Ćśśś :P 

Można część informacji dać podczas uwalniania księżniczki, część po. Nawet dodać jakieś wydarzenie, które spowolni akcję i doda czasu na przekazanie historii. Znaków zostało dużo. W obecnej formie wiele nie wymyślę, bo nie ma miejsca.

Przyjemny tekst, sympatyczny, zgodnie z zapowiedzią – taki trochę dla dzieciaków, a trochę nie. Żal mi biednej panny Lippery, bo niezależnie od tego, jak wredną osobą się nie jest, znalezienie się nagle nago przed grupą obcych osób, które się na dodatek GAPIĄ, nie zwracając uwagi na nic innego, musi być paskudne i dość przerażające – parę razy “byłam” w takiej sytuacji we śnie i wspominam te sny jako dość paskudne koszmary XD XD. A tak bardziej serio – to nie jest IMHO tak do końca fajny motyw, jako że bohaterkę ośmieszyć i upokorzyć można także nie rozbierając jej do naga i nie każąc nam śmiać się z jej zażenowania i strachu; mnie było głównie przykro, nie wesoło, kiedy czytałam tę scenę, zwłaszcza że prawdziwym złolem w tej sytuacji jest pan d’Argent, który takiej (i każdej innej) kary unika. Z drugiej strony taki “żart” pasuje do umysłowości dzieciarni, a to oni przecież są twoimi głównymi bohaterami, więc to z kolei łagodzi sytuację.

Filipie,

 

Historia jest w miarę ciekawa (choć fabuła faktycznie trochę jak z kreskówki), ale widać, że tekst nie odleżał zbyt długo, ponieważ roi się od powtórzeń i innych niezręczności.

Masz mnie, od rozpoczęcia procesu twórczego do publikacji minęło niewiele ponad trzy doby ;P Niestety terminy gonią, a nie chciałem w sumie wrzucać na ostatnią chwilę.

 

Sugestie naniosłem, poza paroma wyjątkami (mam nadzieję, że o wszystkich pamiętałem):

Jak szepnęła, to chyba bez wykrzyknika. ;-)

I znów mamy szeptokrzyk. ;-)

Mogę się mylić, ale tu akurat będę trochę uparty :P Wydaje mi się, że wykrzyknik nie musi koniecznie oznaczać krzyk. Pierwszy przypadek traktuję jako wykrzyknienie (po których można postawić wykrzyknik), drugi to tryb rozkazujący… A do tego wykrzyknik podkreśla emocje, jakie targają Hanią.

W końcu zaś wszyscy zgromadzili się w środku i można było rozpocząć akcję ratunkową.

 

Potwór przemienił się w cudowną ślicznotkę.

Wydaje mi się, że nie są to błędy, a jak na sugestie to akurat obecna wersja bardziej mi “leży”.

 

Dziękuję za lekturę i wszystkie uwagi :D

 

Zanais

Można część informacji dać podczas uwalniania księżniczki, część po. Nawet dodać jakieś wydarzenie, które spowolni akcję i doda czasu na przekazanie historii. Znaków zostało dużo. W obecnej formie wiele nie wymyślę, bo nie ma miejsca.

Hmmm… Rzeczywiście, wtedy można by to rozwiązać przy okazji wydłużania tego tekstu gdy pędzi. No nic, będę próbował w przyszłości i mniej infodumpować, i bardziej operować tempem akcji. Tak czy inaczej – dzięki :)

 

Ninedin

 

Muszę przyznać, że nie pomyślałem o tym, a masz rację i to niezbyt dobra sprawa. Na pewno nie miałem zamiaru, żeby takie odczucia wywołać i w ogóle nie zwróciłem uwagi na tą “goliznę” w tym kontekście (raczej myślałem przez pryzmat końcowego morału i tego, że zrobił to Buddy). Będę starał się zwrócić uwagę na takie rzeczy w przyszłych tekstach, a tu fragment podmienię na mniej drastyczny (mam już pomysł) jak tylko będę mógł – czyli jak jurorzy przeczytają, ocenią i ogłoszą, bo takich zmian regulamin konkursowy chyba zabrania :/

Tym niemniej dziękuję za lekturę i klika. I cieszę się, że przynajmniej reszta była przyjemna :)

Tekst jest do konkretniejszego trzepania, jeśli chodzi o kwestie techniczne – złapałem brakującą spację, jakieś pogubione przecinki, przynajmniej kilka niefortunnych zdań, jeśli chodzi o konstrukcję. Z drugiej strony, jest przesycony przepięknym absurdem, a to coś, co bardzo lubię. Mag body to jest w ogóle taki rodzaj suchara, który wyjątkowo mnie ucieszył ;) To szaleństwo, chociaż leciutkie, było wyczuwalne i spowodowało, że lektura mi się podobała. Do tego wleciał też morał, postaci księżniczki można (moim zdaniem) szukać aż w dwóch postaciach, więc całość tworzy przyjemny, chociaż niepozbawiony pewnych mankamentów, obraz ;)

Tekst jest do konkretniejszego trzepania, jeśli chodzi o kwestie techniczne – złapałem brakującą spację, jakieś pogubione przecinki, przynajmniej kilka niefortunnych zdań, jeśli chodzi o konstrukcję.

Tu nie mogę dać lepszej odpowiedzi, niż schowanie się w jakiejś szafie i ukrycie czerwieniącego się lica.

Trochę szybkość powstawania tekstu tu zadziałała i chyba brak dłuższego obycia z pisaniem, żeby automatycznie takich błędów nie robić.

 

Mag body to jest w ogóle taki rodzaj suchara, który wyjątkowo mnie ucieszył ;)

:D

 

To szaleństwo, chociaż leciutkie, było wyczuwalne i spowodowało, że lektura mi się podobała. Do tego wleciał też morał, postaci księżniczki można (moim zdaniem) szukać aż w dwóch postaciach, więc całość tworzy przyjemny, chociaż niepozbawiony pewnych mankamentów, obraz ;)

Cieszę się w takim razie, że Ci się spodobało. Zastanawiam się kto jest drugą księżniczką (poza Opiekunką), bo w takim razie chyba trochę przypadkiem zrobiłem tu coś więcej niż chciałem xP Nad technikaliami popracuję, ale jeśli się przyjemnie i lekko czyta to świetnie, bo taką dokładnie miałem ambicję.

Dzięki za lekturę :)

 

 

Wydaje mi się, że nie są to błędy, a jak na sugestie to akurat obecna wersja bardziej mi “leży”.

Oczywiście to nie błędy. Zresztą jak większość sugestii (w tym dotyczące wykrzyknika), bo żaden ze mnie ekspert. ;-) Co mi zgrzytało, wypisałem, ale to już tylko Autora decyzja, co uwzględni. :P

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Bardzo fajna bajka-niebajka! Trzeba by tylko poprawić trochę niezręcznych zdań – już wspominane, choć nie ze wszystkimi uwagami się zgodzę – przykładowo, fragment o dusznej przyczepie z licznymi powtórzeniami mi się podoba , bo one pomagają tą duszność i klaustrofobiczność rzeczywiście poczuć. Hania to naprawdę fajna dziewczynka i lubię ja jako bohaterkę walki ze złym, wykluczającym cyrkiem; mag body świetnie wprowadził lekki humor. Ale moim numerem jeden pozostaje dzięcioł, z jego kwiecistym, wzniosłym językiem. Zróżnicowanie stylu wypowiedzi zwierzęcych bohaterów to w ogóle duży plus.

Z chęcią poczytam także Twoje cięższe opowiadania.

Golodh, Twoje opowiadanie zaklasyfikowałbym jako bajkę. Sądzę, iż grupie docelowej tekst przypadłby do gustu m.in. dzięki na wartkiej akcji, obecności sympatycznych, gadających zwierząt oraz ze względu na szczęśliwe zakończenie. Ja, chociaż dzieckiem już dawno nie jestem, doceniam opowiadanie za odpowiednią porcję dobrego humoru. Bardzo podobał mi się pomysł na maga body. A jeszcze bardziej rozbawiła mnie ta scena:

– Za lichy jesteś – odparł Dzięcioł. – Słuchaj mnie. Ja udam tu dzięcioła, tego waszego znaczy, żeby odstąpił wzroku i byście się przekraść mogli. 

To rzekłszy, wychynął zza wagonu, przyjął poważną pozę i nabrał powietrza w płuca. 

– Dzięć, dzięć – zawołał. – Dzięć, dzięć. 

– Źle to robisz – syknął Ryś. – Dzięcioł to bardziej: hu-hu, hu-hu! 

– To sowy – stwierdziła Hania. – Rób ćwir-ćwir. 

– Nie – wtrącił ochroniarz. – Dzięcioł to tak stuk-stuk. Stu… 

Buddy ogłuszył go w głowę kawałkiem starej deski. “

Pozdrawiam!

Filipie

 

Oczywiście to nie błędy. Zresztą jak większość sugestii (w tym dotyczące wykrzyknika), bo żaden ze mnie ekspert. ;-) Co mi zgrzytało, wypisałem, ale to już tylko Autora decyzja, co uwzględni. :P

Jasne, chociaż np. większość zwykłej interpunkcji to coś, z czym ciężko dyskutować :P

 

Florence

 

przykładowo, fragment o dusznej przyczepie z licznymi powtórzeniami mi się podoba , bo one pomagają tą duszność i klaustrofobiczność rzeczywiście poczuć.

Hmmm… To ciekawa uwaga i w ogóle ciekawy temat. Bo o nie powtarzaniu wpaja nam się od dziecka, a najwięksi artyści potrafią pisać tak, aby powtarzać i się to czytało wyśmienicie. Ja nie jestem wielkim artystą, więc na razie unikam powtórzeń (szczególnie, że niespecjalnie je tam namnożyłem, więc byłoby trochę oszustwem je teraz zostawić) – choć kiedyś chciałbym się nauczyć je (dobrze) wstawiać :P

Przemyślę to.

 

Hania to naprawdę fajna dziewczynka i lubię ja jako bohaterkę walki ze złym, wykluczającym cyrkiem; mag body świetnie wprowadził lekki humor. Ale moim numerem jeden pozostaje dzięcioł, z jego kwiecistym, wzniosłym językiem. Zróżnicowanie stylu wypowiedzi zwierzęcych bohaterów to w ogóle duży plus.

Bardzo się cieszę, że tyle rzeczy zagrało i się spodobało :D

Z chęcią poczytam także Twoje cięższe opowiadania.

Zapraszam, chociaż moje portalowe portfolio jest, jak pewnie widać, dosyć skąpe. W produkcji jest obecnie poważny tekst SF (mam nadzieję, że za tydzień-dwa się pojawi), w który też niekoniecznie wierzę, ale po takiej uwadze na pewno przypomnę się, jak już się pojawi ;)

 

Dzięki serdeczne za przybycie :)

 

 

Lupusie

 

Golodh, Twoje opowiadanie zaklasyfikowałbym jako bajkę.

Hmmm… Na pewno nie w klasycznym wydaniu, choć pewne jej cechy (humor i morał) ma. Wikipedia klasyfikuje moje dwie główne inspiracje (Mikołajek i Kubuś Puchatek :D) jako “literatura dziecięca” i chyba też bym nazwał to po prostu “opowiadaniem dla dzieci”, bo pod żadne klasyczne formy się tu nie łapie.

 

Sądzę, iż grupie docelowej tekst przypadłby do gustu m.in. dzięki na wartkiej akcji, obecności sympatycznych, gadających zwierząt oraz ze względu na szczęśliwe zakończenie.

Żywię nadzieję, że tak właśnie by było :)

 

Ja, chociaż dzieckiem już dawno nie jestem, doceniam opowiadanie za odpowiednią porcję dobrego humoru.

Cieszę się, bo taki był mój plan na dojrzalszych czytelników :P

 

Bardzo podobał mi się pomysł na maga body. A jeszcze bardziej rozbawiła mnie ta scena:

– Za lichy jesteś – odparł Dzięcioł. – Słuchaj mnie. Ja udam tu dzięcioła, tego waszego znaczy, żeby odstąpił wzroku i byście się przekraść mogli. 

To rzekłszy, wychynął zza wagonu, przyjął poważną pozę i nabrał powietrza w płuca. 

– Dzięć, dzięć – zawołał. – Dzięć, dzięć. 

– Źle to robisz – syknął Ryś. – Dzięcioł to bardziej: hu-hu, hu-hu! 

– To sowy – stwierdziła Hania. – Rób ćwir-ćwir. 

– Nie – wtrącił ochroniarz. – Dzięcioł to tak stuk-stuk. Stu… 

Buddy ogłuszył go w głowę kawałkiem starej deski. “

:)

 

Dziękuję za wizytę, komentarz i również pozdrawiam!

 

 

 

 

 

 

W środku było ciasno, W środku było ciasno, a powietrze przenikało stęchlizną.

Tu się coś zepsuło.

 

I zasadniczo niczym się nie wyróżniający.

Niewyróżniający.

 

Przyjemne opowiadanie dla dzieci. Trochę cukierkowe, trochę naiwne, proste w fabule oraz przekazie. Wspomnę jedynie o, moim zdaniem, zbyt długim fragmencie w lesie i zbyt szybkim rozwiązaniu akcji, ale w sumie opowiadanie mi się podobało i jako całość dobrze się prezentuje.

W środku było ciasno, W środku było ciasno, a powietrze przenikało stęchlizną.

Tu się coś zepsuło.

Rzeczywiście. Czasem mi się tak przy poprawkach zdarza, czasem przez nieuwagę, czasem przez formatowanie, ale i tak wstyd :(

 

Dziękuję Palaio przede wszystkim za lekturę, ale również za opinię i klika. Cieszę się, że tekst się dobrze prezentuje :) Kwestię tempa inni czytelnicy też już poruszali, więc na pewno to szczególnie zapamiętam i będę zwracał szczególną uwagę w przyszłych tekstach.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Dobre dla dzieci. To pochwała. Może się podobać. Pozdrawiam

Podoba mi się pomysł i opisanie całej przygody, która stała się udziałem Hani, ale nie ukrywam, Golodhu, że nie miałabym nic przeciw rzuceniu paru kłód pod nogi tej zorganizowanej gromadki, tak aby wydarzenia nie toczyły się jak po sznurku. Nie od rzeczy byłoby także uwolnienie nie tylko Opiekunki i Buddy’ego, ale też innych „okazów” więzionych przez de L’argenta.

Wykonanie, nad czym ubolewam, pozostawia sporo do życzenia.

 

Pierw­sze wa­go­ny po­ja­wi­ły się już nie­dziel­ne­go ranka. → Z tego co wiem, cyrkowcy przemieszczają się i mieszkają w wozach cyrkowych, nie w wagonach. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

Za SJP PWN: wagon «pojazd poruszający się po szynach»

 

Już z da­le­ka wi­dzia­ła głów­ny na­miot i jego roz­po­star­tą na ste­la­żach tka­ni­nę w bia­ło-czer­wo­nych bar­wach, mie­nią­cych się… → Wiadomo, że namiot jest z tkaniny i że jest rozpięty na stelażu. Może wystarczy: Już z da­le­ka wi­dzia­ła głów­ny na­miot w bia­ło-czer­wo­nych bar­wach, mie­nią­cy się

 

Nie za­sta­na­wia­ła się już długo, ro­zej­rza­ła po­spiesz­nie i wsko­czy­ła do wa­go­nu, przy któ­rym się za­trzy­ma­ła. → A może: Nie myślała już długo, ro­zej­rza­ła się po­spiesz­nie i wsko­czy­ła do wozu, przy którym stanęła.

 

W środ­ku było cia­sno, a po­wie­trze prze­ni­ka­ło stę­chli­zną. po­wie­trze prze­ni­ka­ło stę­chli­zną… → Dwa grzybki w barszczyku.

Chyba miało być: W środ­ku było cia­sno i śmierdziało stę­chli­zną.

 

Mały cień w otwo­rach znik­nął rów­nie szyb­ko, co się po­ja­wił. → Mały cień w otwo­rach znik­nął rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wił.

 

po­dob­nie jak Hania, któ­rej do tego pot za­krył całą twarz. → …po­dob­nie jak Hania, któ­rej do tego pot pokrył/ zrosił całą twarz.

 

po­wo­li chwy­ta za za­sło­nę… → …po­wo­li chwy­ta za­sło­nę

 

zła­pał obie jej ręce w bo­le­snym uści­sku. → …zła­pał obie jej ręce bo­le­snym uści­skiem.

 

– Po­zbyć mi się tego od­pad­ku→ – Po­zbyć mi się tego od­pad­ka

 

ode­szła, zni­ka­jąc w le­śnych gę­stwi­nach. → W ilu gęstwinach zniknęła?

Proponuje: …ode­szła, zni­ka­jąc w le­śnej gę­stwi­nie.

 

Pa­trzył pro­sto na nią, prze­chy­la­jąc swój łebek. → Zbędny zaimek – czy mógł przechlać cudzy łebek.

 

Za­ma­chał skrzy­deł­ka­mi i uniósł się w górę. → Masło maślane – czy można unieść się w dół?

Proponuję: Za­ma­chał skrzy­deł­ka­mi i frunął w górę.

 

A ona nie miała już gdzie ucie­kać.A ona nie miała już dokąd ucie­kać.

 

ob­ru­szy­ła się świ­nia, ner­wo­wo po­cie­ra­jąc ra­cicz­ka­mi o beton. → Rzecz dzieje się w lesie – skąd w lesie beton?

Proponuję: …ob­ru­szy­ła się świ­nia, ner­wo­wo po­cie­ra­jąc ra­cicz­ka­mi o ściółkę.

 

Dzię­cioł pod­sko­czył, za­krę­cił dwa kółka w po­wie­trzu… → Raczej: Dzię­cioł pod­sko­czył, zatoczył dwa kółka w po­wie­trzu

 

– Słoń­ce, przy­odzia­ne w futro fla­min­gów… → Flamingi to ptaki, więc nie mają futra; mają pióra.

 

– Wy­le­cia­łem, aby się od­świe­żyć w ten pięk­ny świą­tek. → Co Dzięcioł miał na myśli, mówiąc o świątku?

 

ni to zwie­rzę, ni to duch, i do tego futra nosi. → Ile futer nosi?

 

kwik­nął Dzik i kilka razy wy­pu­ścił po­wie­trze przez swoje wiel­kie noz­drza… → Zbędny zaimek – czy wypuszczałby powietrze przez cudze nozdrza?

 

za­ro­iło się u nas od gości. Cie­szy­li­śmy się, bo za­zwy­czaj lu­bi­my gości… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …za­ro­iło się u nas od gości. Cie­szy­li­śmy się, bo za­zwy­czaj ich lu­bi­my…

 

– De L’ar­gent! – za­wo­ła­ła Hania, z prze­ko­rą w gło­sie. → Dlaczego z przekorą? Skąd tu przekora?

 

duchy bo­wiem tak wy­glą­da­ją, jak nań inni pa­trzą. → A może: …duchy bo­wiem tak wy­glą­da­ją, jak widzą je inni.

 

Uniósł swoją łapę i po­ka­zał ją Hani. → Zbędny zaimek.

 

Za­cza­iły się na skra­ju po­la­ny i ob­ser­wo­wa­li… → Skoro się zaczaiły, to i obserwowały.

 

gdy tylko Hania od­sło­ni­ła ko­ta­rę. → Nie wydaje mi się, aby kotarę coś zasłaniało, więc: …gdy tylko Hania odsunęła/ odchyliła ko­ta­rę.

 

Wy­bie­gli na ze­wnątrz i skie­ro­wa­li się do głów­ne­go na­mio­tu. Obe­szli go, scho­wa­li za jed­nym z wa­go­nów… → Raczej: Wy­bie­gli na ze­wnątrz i ruszyli do głów­ne­go na­mio­tu. Obe­szli go, scho­wa­li się za jed­nym z wozów

 

I rze­czy­wi­ście fu­ter­ko sta­nę­ło mu dęba. Hania po­gła­ska­ła go, sta­ra­jąc się je na­pro­sto­wać.

– Na­bi­ję go na swoje kły… → Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Ja udam tu dzię­cio­ła, tego wa­sze­go zna­czy, żeby od­stą­pił wzro­ku… → Ci to znaczy odstąpić wzroku?

 

Buddy ogłu­szył go w głowę ka­wał­kiem sta­rej deski. → Jak można ogłuszyć w głowę?

Proponuję: Buddy ogłu­szył go, uderzając w głowę ka­wał­kiem sta­rej deski.

 

Hania usta­wi­ła się w pozie ka­ra­te­ki, takim jak z in­nych fil­mów babci. → Piszesz o pozie, która jest rodzaju żeńskiego, więc: …Hania usta­wi­ła się w pozie ka­ra­te­ki, takiej jak z in­nych fil­mów babci.

 

Od­wró­ci­ła się i swo­imi ry­bi­mi ocza­mi spoj­rza­ła… → Zbędny zaimek.

 

sie­dzie­li wszy­scy miesz­kań­cy Tryj­ko­kół­ki i pa­trzy­li się na nich. → …sie­dzie­li wszy­scy miesz­kań­cy Tryj­ko­kół­ki i pa­trzy­li na nich.

 

Nic nie mogło już się skoń­czyć do­brze. → Już nic nie mogło skoń­czyć się do­brze.

 

wszy­scy pa­trzy­li się tylko na bied­ną pannę Lip­pe­ry… → …wszy­scy pa­trzy­li tylko na bied­ną pannę Lip­pe­ry

 

Po­twór prze­mie­nił się w cu­dow­ną ślicz­not­kę… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Po­twór prze­mie­nił się w piękność

 

wszy­scy pa­trzy­li się na pannę Lip­pe­ry? → …wszy­scy pa­trzy­li na pannę Lip­pe­ry?

 

To po­wie­dziaw­szy od­stą­pi­ła kroku, spo­glą­da­jąc… → Co to znaczy odstąpić kroku?

 

Albo ty przy­pad­kiem wpad­niesz na nasze małe je­zior­ko. → Masło maślane – jeziorko jest małe z definicji. Wystarczy: Albo ty przy­pad­kiem wpad­niesz nad nasze je­zior­ko.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Koalo, Reg, najpierw przeproszę Was za zwłokę w odpowiedzi, inne zobowiązania niestety skutecznie powstrzymywały mnie przez kilka dni.

 

Koalo,

miło mi :)

 

Reg,

przede wszystkim przykro mi, że sprawiłem Ci ból wykonaniem tekstu :c. Od razu powiem, że (poza paroma wyjątkami) skorzystałem z Twoich rad, aby następni czytelnicy nie musieli również się z nim mierzyć.

Dodać jednak muszę, że nie mogę obiecać szybkiej poprawy. Głównie dlatego, że jest pewna klasa błędów, której nie byłbym w stanie wykryć przy dziesięciu przeszukiwaniu tekstu (tak jak z frunięciem lub wagonach cyrkowych, które, choć nie występują w słownikach, to pojawiają się w języku potocznym). Co nie znaczy, że będę próbował. Na pewno wyciągnę wnioski, a, żeby się trochę usprawiedliwić, dodam, że ten tekst był wyjątkowo szybko pisany i nie poddany prawie żadnemu sprawdzeniu.

 

Rzeczywiście wiele osób przyznaje, że mogłoby spotkać ich więcej przygód i trudności, więc z tym już trudno mi się nie zgodzić. Natomiast co do uwolnienia innych “okazów” byłbym sceptyczny, choć rozumiem Twoje wątpliwości. Po pierwsze nie mieli dużo czasu – każda stracona sekunda narażała ich na wykrycie, a przypomina, że byli w sytuacji dość stresowej. Po drugie: o ile Buddy był dość sympatyczny, o tyle fałszywy jednorożec albo brodata kobieta niekoniecznie są godne zaufania małych dziewczynek ;) Taka jest przynajmniej moja opinia.

 

Bardzo dziękuję za lekturę i poświęcony czas, a z uwag na pewno postaram się jak najwięcej wynieść do przyszłych tekstów :)

 

– Wyleciałem, aby się odświeżyć w ten piękny świątek. → Co Dzięcioł miał na myśli, mówiąc o świątku?

Dzień.

ni to zwierzę, ni to duch, i do tego futra nosi. → Ile futer nosi?

Kilka przynajmniej :P Znaleziony to człowiek, a futra to ubrania – a tych zazwyczaj mają kilka części.

duchy bowiem tak wyglądają, jak nań inni patrzą. → A może: …duchy bowiem tak wyglądają, jak widzą je inni.

Tu, z racji na kreację Dzięcioła, wolę pozostawić trochę bardziej archaiczną wersję.

przede wszyst­kim przy­kro mi, że spra­wi­łem Ci ból wy­ko­na­niem tek­stu :c

Niech Ci nie będzie przykro, Golodhu, bo obyło się bez bólu i tylko trochę sobie poubolewałam. ;)

 

Dodać jed­nak muszę, że nie mogę obie­cać szyb­kiej po­pra­wy.

Na Twoim miejscu nie zarzekałabym się. Jestem przekonana że, może nie wszystko od razu, ale z częścią niemocy z pewnością sobie poradzisz i niebawem będziesz pisać coraz lepiej. Niemądrze jest podchodzić do sprawy z przeświadczeniem, że jest pewna klasa błę­dów, których nie był­byś w sta­nie wy­kryć nawet przy dzie­się­ciokrotnym prze­czytaniu tek­stu, a najgorzej jest, kiedy sobie coś wmówisz. Z pewnością jesteś w stanie zrobić o wiele więcej, niż Ci się teraz wydaje. :)

 

Bardzo dziękuję za wyjaśnienia i cieszę się, że mogłam się przydać.

Dodam jeszcze, że wszystkie moje uwagi to tylko sugestie i propozycje – to Twoje opowiadanie i będzie napisane słowami, które Ty uznasz za najwłaściwsze.  

 

Powodzenia w dalszej pracy twórczej! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładna bajka :) Choć mogłeś im trochę utrudnić zadanie.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

:)

Cześć,

Komentarz ten został napisany jeszcze przed wstawieniem komentarza z jurorskim obrazkiem, zatem do tego momentu w tekście mogły zajść zmiany, których już nie śledziłem.

Przez cały tekst uśmiechałem się pod nosem. Ja chyba po prostu lubię bajki, a ta jest całkiem zgrabna.

Wykreowany świat nie jest może zbyt rozbudowany, ale z drugiej strony dostosowany do bajkowej treści. Bohaterowie wyróżniają się, mają swoje charakterystyczne cechy, mimo iż jest ich sporo, to nie mylą się. Mam nieco głód cyrkowego klimatu – to nieco mi umknęło przez wartką fabułę.

Fabuła jest prosta i bajkowa, w takim tekście to nie zarzut, raczej stwierdzenie. Trzyma się to kupy z bajkowym klimatem i przekazem. Nie można zatem dodać jakichś bonusowych punktów za wirtuozerię w tym temacie, ale nie można tez się przyczepić.

Temat konkursowy jest ujęty ciekawie, choć długo trwało odkrywanie kart w tej kwestii. Sama obecność Cyrku skojarzyła się już z ratowaniem zwierząt, ewentualnie dziwolągów, potem na czoło wyszedł Buddy, a na samym końcu wypłynęła ta najważniejsza z księżniczek. Zatem jest ich tu kilka, czy raczej są fajną księżniczką zbiorową.

Największe zarzuty mam do wykonania technicznego. Wkradło się wiele błędów, które wytrącały mnie z czytania, od literówek, poprzez powtórzenia, koślawe zdania itd. Zdaje się, że wkradła się już presja czasu, a szkoda – na pewno odbiór byłby lepszy, gdyby jeszcze tekst trochę wygładzić.

Ostatecznie lektura okazała się ciekawa i sympatyczna. Zastanawiam się nad docelowym wiekiem odbiorcy, ale obstawiłbym wiek Hani i może ciut starszych, ale nie obyło się bez mrugnięcia okiem do starszego czytelnika. Do tego humor wyważony, może bez fajerwerków, ale przyjemny.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Golodh! Bardzo Ci dziękuję za udział w konkursie.

 

Opowiadania o dzieciach zdecydowanie nie należą do moich ulubionych, więc już na starcie miałeś trudniej, ale o dziwo przekonałeś mnie i lektura okazała się bardzo przyjemna. Mam wrażenie, że udało Ci się oddać dziecięce postrzegania świata, które zakłada, że wszystko jest możliwe. Opowieść zwierzaków o ich krainie wyszła bardzo naturalnie, a chaotyczność zdawania relacji dodała jej uroku. Myślę, że jako historia dla dzieci to opowiadanie zdecydowanie się broni, bo jest tu morał, klimat przygody i sympatyczni bohaterowie. W scenie uwalniania Opiekunki zapanował kompletny chaos, ale ostatecznie sam sposób rozwiązania problemu okazała się bardzo pomysłowy i spójny. Wszystkie postaci zarysowałeś na tyle wyraźnie, że nie było problemów z ich odróżnieniem. Temat konkursowy jest ujęty ciekawie.

 

Wyróżnienie Alicelli

Pomysłem na maga body wprawiłeś mnie w osłupienie i rozbawienie jednocześnie. Do tego bardzo Ci się udał sposób zaprezentowania tej umiejętności i dopasować do tego ton wypowiedzi bohatera.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

 Dziwię się sam sobie, bo nie przepadam za tego typu historiami i zazwyczaj odbieram je jako infantylne i/lub niewiarygodne, a Twoją opowieść przeczytałem z uśmiechem na twarzy. Chyba najbardziej ujęło mnie to, w jak przekonujący sposób zdołałeś oddać dziecięcy sposób postrzegania świata.

Akcja płynie szybko, wartko i sprawnie, ubolewam jedynie, że na drodze bohaterów nie postawiłeś poważniejszych przeszkód i wszystko idzie jak po maśle. Obniża to trochę czytelniczą satysfakcję i ujmuje przygodzie wiarygodności, nawet przy założeniu, że odbiorcą tekstu byłby raczej młodszy czytelnik. Ubolewam też trochę, że akcja zajęła na tyle dużo miejsca, że nie wystarczyło go na przykład na próbę rozbudowania pokazanego świata i atmosfery cyrku (który jako dziecko uwielbiałem!). W efekcie widzimy niewiele i kreacja wydaje się dość uboga. Oprócz tego napotkałem w opowiadaniu sporo rzeczy, które lubię: gadające zwierzaki, lekki humor, sympatyczni bohaterowie, jest i motyw konkursowy, więc odczuwam szczęście ;)

Najsłabszą stroną Twojej opowieści jest wykonanie. Bardzo prosty język, który zostawił mnie z uczuciem niedosytu, no i widać też, że tekst swojego nie przeleżakował.

Grazie mille za udział w konkursie, gorąco pozdrawiam ;)

 

Drodzy jurorzy,

 

dziękuję Wam za opinię, jak i przeprowadzenie całego konkursu. Rad jestem, że lektura (chyba, tak sądzę po Waszych komentarzach) sprawiła Wam przyjemność, i to pomimo, że dwójka z Was za tekstami dziecięcymi nie przepada (może po prostu czytaliście złe bajki i będę musiał jeszcze kiedyś popełnić taką historię, żeby Was do nich przekonać :P ).

No i przyznaję się, że wykonanie techniczne było takie sobie i niestety uległem trochę presji czasu na koniec. Ale w sumie lepiej tak, niż gdyby tekst w ogóle by się nie pojawił :P

 

Z detali:

 

Krokusie

 

Mam nieco głód cyrkowego klimatu – to nieco mi umknęło przez wartką fabułę.

Hmm… Rzeczywiście. Pewnie łączyłoby się to z uwagami innych, że tekst można było jeszcze rozbudować, to i pewnie o ten klimat trochę zadbać. Ale jak wspomniałem – presja czasu mnie zjadła.

Poza tym dawno nie byłem w cyrku :/

 

Zastanawiam się nad docelowym wiekiem odbiorcy, ale obstawiłbym wiek Hani i może ciut starszych

Tak mniej więcej celowałem, z językiem i historią. Dla dużo starszych byłoby pewnie zbyt dziecinne.

 

ale nie obyło się bez mrugnięcia okiem do starszego czytelnika.

Jak to pewnie w większości historii dla dzieci :P

 

Alicello

 

Wyróżnienie Alicelli

Pomysłem na maga body wprawiłeś mnie w osłupienie i rozbawienie jednocześnie. Do tego bardzo Ci się udał sposób zaprezentowania tej umiejętności i dopasować do tego ton wypowiedzi bohatera.

Z radością odbieram to wyróżnienie ;) Przyznam w sekrecie, że jest to jeden z kilku pomysłów, do których pisałem resztę tekstu, i jestem z niego całkiem dumny :D

 

Amonie

Ubolewam też trochę, że akcja zajęła na tyle dużo miejsca, że nie wystarczyło go na przykład na próbę rozbudowania pokazanego świata i atmosfery cyrku (który jako dziecko uwielbiałem!). W efekcie widzimy niewiele i kreacja wydaje się dość uboga.

Tak jak wspomniałem Krokusowi – w pełni się zgadzam i gdybym pisał to jeszcze raz, na pewno zadbałbym o ten element.

 

Najsłabszą stroną Twojej opowieści jest wykonanie. Bardzo prosty język, który zostawił mnie z uczuciem niedosytu, no i widać też, że tekst swojego nie przeleżakował.

A tu akurat zgodzić się nie mogę/nie chcę (ale tylko trochę). Techniczność tekstu to jedno, ale akurat prosty język był celowym zabiegiem. To dość częsty zabieg w opowiadaniach dla młodszych czytelników, że styl jest upraszczany, by ułatwić odbiór. Jeśli spojrzysz np. na Dzieci z Bullerbyn albo Mikołajka (jakiś przykład tekstów dla dzieci, które akurat przejrzałem przed czytaniem), to tam nie tylko piszą prostymi słowami, ale nawet nie budują zdań złożonych (tak, wszystkie są pojedyncze!)!!! Ja akurat aż tak daleko nie chciałem iść, wiedząc gdzie tekst chcę wysłać, ale miałem w głowie myśl o upraszczaniu tego języka.

Choć oczywiście nie mówię, że gdybym się starał napisałbym arcydzieło pod tym względem :D

 

I na koniec wszystkim Wam jeszcze raz dziękuję za organizację konkursu.

Nowa Fantastyka