- Opowiadanie: Ślimak Zagłady - Sześćdziesiąt cztery

Sześćdziesiąt cztery

Tekst kończony na akord. Wątpię, czy udało mi się zadowalająco uchwycić piękno i subtelność tego, o czym piszę, więc nie jestem zadowolony. Ponieważ jednak opowiadania, które z początku bardzo mnie satysfakcjonują, z czasem często okazują się słabe, tym razem mogę spróbować odwrotnie. Na końcu specyficzny suplement dla koneserów.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Sześćdziesiąt cztery

José miał przesiadkę w Warszawie. Nie można powiedzieć, aby go to przesadnie cieszyło.

Wysoki dwudziestopięciolatek, z twardą kubańską fizjonomią, która wywierała osobliwie silne wrażenie zwłaszcza na Europejkach. Grywał w kasynach nawet ostro, ale nie bez wyczucia. A przecież pod tym pozorem kryło się coś więcej: odpowiedzialny mężczyzna, sumienny pracownik. Starał się rzetelnie przygotować do powierzonej funkcji dyplomatycznej i musiał z przykrością przyznać sam przed sobą, że jego wiedza o specyfice zachodnich prowincji Imperium Rosyjskiego jest niewystarczająca.

Przed dojechaniem na dworzec zajrzał w swoje notatki. Warszawa: miasto generał-gubernialne Kraju Priwislinskiego, na obu brzegach Wisły; ponad osiemset tysięcy mieszkańców. Główne plagi trapiące ludność: gruźlica, zatrucia spirytusem drzewnym, terror indywidualny. W takim razie zakup prowiantu na dworcu wydaje się niewskazany.

Problem okazał się zresztą czysto teoretyczny. Czas do odjazdu zaledwie wystarczył, aby dworcowy tragarz, najwyżej piętnastoletnia zabiedzona chudzina świecąca rzepkami przez przetarte portki, przewlókł toboły i walizy dyplomaty z peronu na peron. José wpasował się do przedziału pierwszej klasy dobrze po ostatnim dzwonku, więc już przez okno wcisnął chłopakowi srebrnego rubla z wizerunkiem cara Mikołaja. Podejrzewał, że to raczej dużo jak na lokalne zwyczaje: żal mu się zrobiło biedaczyska. Mógł sobie pozwolić. W pierwszym odruchu sięgnął nawet po półimperiała, ale się pohamował.

 

Przymknął na moment oczy, kiedy pojazd szarpnął i ruszył, zrazu ociężale, potem coraz żwawiej. Może to nie był taki prawdziwy moment, tylko raczej dłuższa chwila. Dość powiedzieć, że następnie zobaczył przed sobą współpasażerkę. Musiała wejść bardzo lekko i cicho, wcale nie słyszał kroków ani skrzypienia. Ciemnowłosa młoda kobieta o pociągłej twarzy, w której kształt kości policzkowych niósł ze sobą jakby orientalną sugestię. Nie oszacowałby jej na dwadzieścia lat, chociaż zawahał się, kiedy zwrócił uwagę na oczy, dziwnie spokojne i bez wyrazu. Nie jak u ślepca, lecz u starszej osoby z wieloma doświadczeniami.

Odezwała się. Odgadnął raczej niż zrozumiał powitanie: oczywiście starał się poduczyć języka z książek, kiedy przyjął propozycję pracy, ale akcent go tym razem przerósł. Mało warta taka nauka.

Ja gawarit’ paruski nemnogo – usprawiedliwił się niepewnie – parlez-vous français?

Owszem, mówiła. Mieszała rosyjskie frazy do francuszczyzny jak zarazę do wina, ale najważniejsze, że dialog postępował naprzód…

– Jestem Kubańczykiem. Otrzymałem stanowisko przy ambasadzie kubańskiej w Petersburgu i właśnie jadę je objąć. Moje imię: José.

– Tanatia.

– Tatiana – poprawił odruchowo.

– Są gorsze nieszczęścia w życiu niż ojciec chrzestny jąkała. – Spoglądając w bok, roześmiała się sztucznie.

Milczeli przez chwilę.

– A pani, jeżeli wolno mi spytać?…

– Zarządzam dużym międzynarodowym przedsiębiorstwem. Wybieram się sprawdzić stan interesów w różnych ośrodkach.

José zdziwił się i zastanowił. Zaczynał coś niejasno podejrzewać.

– To częste w tych stronach?

– Kobieta na czele firmy? Nie powiedziałabym. Szczerze mówiąc, w sensie oficjalnym wszystkim kieruje mój ojciec, ale już od lat interesuje się głównie muzyką chóralną i właściwie nie wywiera wpływu na działania.

– Rozumiem, muzyką chóralną…

 

Wtedy właśnie, jak na zamówienie, zza ściany – z wagonu drugiej klasy – rozległ się przeszywający, śpiewny okrzyk:

– Miała baba indora, indora, indora, wsadziła go do wora, do wora, do wora!

– Cóż to takiego? – odezwał się Kubańczyk, kręcąc niespokojnie głową.

– Ach, to prawdopodobnie Polak – uśmiechnęła się jego towarzyszka.

– Proszę wybaczyć, ale jeszcze nie we wszystkim się tutaj orientuję. Czy nie chciałaby pani przybliżyć mi zagadnienia Polaków?

– Warto, to rzeczywiście ciekawe. Polacy zamieszkują zachodnie rubieże imperium, stanowią znaczny odsetek ludności Warszawy i całej generalnej guberni. Kiedyś mieli własne państwo, które upadło wskutek wad ustrojowych i ogólnego nierządu, mniej więcej w czasie rewolucji francuskiej.

– Tyle jeszcze mgliście kojarzę z lektur, pytałem raczej o bliższe wrażenia; o to, co naprawdę warto wiedzieć.

– Mieszkają też w Niemczech i Austro-Węgrzech, ale tutaj jest ich chyba najwięcej. Ustawicznie próbują wybić się na niepodległość, z jakim skutkiem – wiadomo. W poruszeniu robotniczym przed ośmiu laty też grali pierwsze skrzypce. Muszę panu powiedzieć, że wychowywałam się to tu, to tam, zjeździłam z tatą chyba cały zamieszkały świat, a nigdzie nie czuję się tak dobrze, jak w Warszawie. Kocham tę beztroską fantazję i brak dbałości o swoją całość cielesną tudzież życie. Nauka Zachodu i sentyment Wschodu stopione w jednym tyglu. Wprawdzie nawet tutaj głośne śpiewy w pociągu nie należą do codzienności, ale to też urocze.

– Walka o wolność, gdy się raz zaczyna, z ojca krwią spada dziedzictwem na syna; sto razy wrogów złamana potęgą, skończy zwycięstwem… – José zacytował lorda Byrona, dając dowód solidnego wykształcenia.

– Ależ oczywiście, przy czym dla mnie to przyjemność, a dla przedsiębiorstwa czysty zysk – przyświadczyła jego rozmówczyni.

Uśmiechnął się bez uchylania ust, nieznacznie kręcąc głową. Parę chwil spoglądał przez okno – szaruga po horyzont i opustoszałe pola z rzadka przetykane chatami. Potem sięgnął do walizki.

– Miała baba koguta, koguta, koguta, wsadziła go do buta, do buta, do buta!

 

Mężczyzna wydobył wykonaną na zamówienie podróżną szachownicę, z magnesami zmyślnie wszczepionymi w pyszne drewniane bierki. Rozstawił pozycję początkową, zanim jednak mógłby pogrążyć się w analizach, jego towarzyszka znów się odezwała:

– Zapewne ma pan ochotę na partię?

– To nie ma sensu – odparł nawet niezbyt chełpliwie, po prostu stwierdzał fakt – przy moim poziomie gry żadne z nas nie zaczerpnie z tego nauki ani rozrywki.

Dziewczyna zaśmiała się i nachyliła, sięgając do fryzury, aby nieco figlarnie przerzucić przez ramię niemal czarną kosę:

– Tym bardziej musimy zagrać. A skoro-ś taki mistrz, umawiamy się, że kiedy… jeżeli wygram, będziesz do mnie odtąd należał.

Josému nie umknęło płynne przejście na „ty”. Zmierzył wzrokiem przedsiębiorczą osóbkę, jakby zobaczył ją znowu pierwszy raz, i wymruczał powoli:

– Komuś tu chyba nuda doskwiera w podróży… Co to właściwie znaczy „należał”? – ale jego żyłka hazardzisty była już podrażniona.

– Już ja to potrafię sama zinterpretować.

Milczał przez chwilę, naraz podjął decyzję:

– Zgoda, możemy zagrać. Z jednym zastrzeżeniem. Traktuję swoich partnerów poważnie, rywalizuję tylko na równych warunkach.

Śmiała się, tym razem mroźniej. To już był śmiech carycy pędzącej swego faworyta pod batogiem dookoła Kremla:

– Niech i tak będzie, podejmę ryzyko. Ileż byłby wart ten świat bez odrobiny szaleństwa?

José doznał przykrego uczucia, jakie zazwyczaj towarzyszy podstawieniu figury lub przynajmniej piona z szachem. Nie zdarzyło mu się dotychczas coś podobnego przed grą, nawet gdy jako dwunastolatek rzucał wyzwanie mistrzowi kraju. Nie myślał jednak cofnąć raz danego słowa, niczym ruchu wykonanego na planszy. Wiedział zresztą doskonale, że nie ma na świecie kobiety, która mogłaby sprostać jego umiejętnościom. Powiedział więc tylko:

– Proszę zaczynać, dziecko – i obrócił szachownicę białymi bierkami w jej stronę.

 

Kiedy Kubańczyk zanurzał się w sześćdziesięcioczteropolowym świecie, wszelkie zewnętrzne zdarzenia i bodźce traciły dlań rację bytu. Tam było dosyć – nadto było bohaterów i intryg, aby zaspokoić nawet najbardziej wygórowane potrzeby intelektualne. Szachy rozumiał jako mierzenie się przeciwstawnych planów. Wygra ten, kto obmyśli strategię niedostrzegalną dla przeciwnika, aby przerosnąć i obezwładnić jego zamiary. A podstawę, co nader pouczające, stanowi szacunek i dbałość o najmniejszych. Pion może być z pozoru słabą bierką, ale to umiejętność zawiadywania pionami i utrzymywania ich przy życiu rozstrzyga o wyniku większości partii. Układ linii piechoty wskazuje mądremu dowódcy, którędy można przeprowadzić atak, gdzie należy mieć się na baczności, a wreszcie – na jakich obszarach nie może się odbyć żadna znacząca akcja. Piony rozpoczynają partię i piony ją zazwyczaj kończą.

I oto – na razie – tak się właśnie stało: Tanatia ruszyła pionem sprzed króla o dwa pola. Posunięcie agresywne, prowadzące do szybkiego zwarcia; typowe dla nowicjuszy, ale też wielu koneserów uważa je za najsilniejsze.

Nie grając z uznanym zawodnikiem turniejowym, dyplomata zazwyczaj natychmiast przyjąłby starcie, aby prędko przeważyć partię swoim głębszym zrozumieniem i precyzją obliczeń. Tym razem drgnęło w nim jakieś ostrzeżenie i odpowiedział skromnie, szykując szeregi w ciasną strukturę defensywną zwaną obroną Caro-Kann.

Grająca białymi zareagowała najbardziej pryncypialnie, szybko zajmując swoją piechotą większą część centrum. O tym obszarze czterech środkowych pól szachownicy można myśleć jak o wzgórzu górującym nad polem bitwy. Stamtąd figury mają wszędzie blisko, stamtąd wyprowadza się najprędsze, szczególnie zaskakujące ataki. José jednak dobrze wiedział, że przewaga przestrzeni nie jest wszystkim. Gdy w okolicy centrum szeregi pionów zewrą się i zaryją w transzejach, uderzenia trzeba wyprowadzać skrzydłami, próbując zwinąć front i może dosięgnąć wrażego króla. Liczy się znajdywanie najwłaściwszych pól dla figur i długofalowe przewidywanie. To właśnie był jego styl.

Tymczasem więc kazał wyruszyć w pole hetmańskiemu gońcowi. Goniec to dobra figura – niczym damka w warcabach. Szyje z dala jak snajper, ześlizguje się po szykach piechoty; wprowadza nieład i zamieszanie, samemu pozostając bezpiecznym. Istotne jest tylko, aby dać takiemu pole do swobodnego działania, nie uwięzić go za liniami własnej obrony. To właśnie ważna zaleta struktur typu Caro-Kann.

Wtedy pierwszy raz zdziwił się i zawahał: przeciwniczka, zamiast zająć się neutralizacją groźnego gońca, niewzruszona kontynuowała rozwój własnej pozycji, wykonując drobne ruchy na skrzydle królewskim. Nie mógł być pewien, czy to oznaka braku doświadczenia, czy bardzo nowoczesne podejście. Tymczasem przecież robił swoje – dwoma kolejnymi ruchami pionów poprawił sytuację w centrum, potem dostawił w tę stronę skoczka. Ona jeszcze podparła swoją strukturę dodatkowym pionem – i oto pierwsza krew!

W szachach bicie nie jest takie proste, gdyż wymaga postawienia bierki bijącej na miejscu bitej. Jeżeli przeciwne szeregi są spójne i dobrze się bronią nawzajem, niemal zawsze oznacza to utratę tego piona lub figury. Zazwyczaj obie ginące bierki mają podobną siłę i wówczas taką sekwencję posunięć określa się celnie jako „wymianę”.

Po wymianie więc José poprawił swoją komunikację, wyprowadzając drugiego skoczka. Miał już na oku kluczową linię, otwartą po niedawnym usunięciu pionów, gdzie chciałby rozstrzygnąć walkę, wprowadzając ciężkie figury – niczym potężną szarżę kawaleryjską lub dewastujący ogień dział. Tymczasem nastąpił dłuższy namysł.

Szachista przeniósł w końcu wzrok na grającą z nim dziewczynę, na jej subtelne, oryginalne rysy, przypadkiem odsłonięty w zamyśleniu obojczyk i smukłe palce zastygłe przy brzegu szachownicy. Przez niejaki czas bawił się myślą o rychłym zwycięstwie i o tym, jak wówczas zechce wykorzystać stawkę gry i dane mu słowo. Chociaż wpierw zapyta, da szansę, aby je wycofać, to oczywiste; to podstawa człowieczeństwa. Ma pensję dyplomaty, bez kłopotu pozwoli sobie na odnajęcie dobrze podpiwniczonego domku na względnym odludziu. Wszystko pójdzie według planu, chyba że – tu przypomniał sobie pewne wcześniejsze podejrzenia i czym prędzej je odsunął, aby nie przeszkodziły mu w logicznej grze.

W końcu podjęła decyzję – drobny ruch pionem z boku. Typowy gest rozpaczy amatora bez koncepcji na dalszą rozgrywkę. A przecież coś Joségo niepokoiło. Przy zablokowanym centrum, jak tutaj, kluczową rolę odgrywają przecież pozycje na flankach. Skrzydło, bliżej którego znajduje się z początku król i na którym się zazwyczaj chroni, zwie się skrzydłem królewskim; to drugie – hetmańskim. Wszyscy zawodnicy pragną rozstrzygać partie szybkimi atakami przez królewską flankę. On więc często wykorzystuje ją jako przynętę, zostawia tam siły zaledwie wystarczające do obrony i wygrywa dzięki spokojnym, oskrzydlającym manewrom po stronie hetmańskiej. Zwłaszcza tutaj, w tej strukturze wywodzącej się z Caro-Kann, gdzie już teraz otwarta kolumna na właściwej flance daje takiej idei wszelkie szanse powodzenia.

Martwiło go zatem, że przeciwniczka już teraz podejmuje nieśmiałe działania właśnie na hetmańskim skrzydle, jakby mogła przejrzeć jego intencje i odpowiedzieć zawczasu masywnym zgrupowaniem sił właśnie tam. Wtedy może popaść w tarapaty, skoro jego pozycja – choć bardzo solidna – jest ciaśniejsza i praktycznie nie daje pola manewru. Musi już teraz zdecydować, na którą flankę przemieścić skoczka tkwiącego niezręcznie za centrum i zawadzającego dalszej reorganizacji: czy przeznaczyć go do obrony króla, czy do wsparcia walki o kluczową linię? Wczesna, krytyczna decyzja, która zapewne zdeterminuje dalszy obraz walki.

– Miała baba parobka, parobka, parobka, posłała go do żłobka, do żłobka, do żłobka!

Tknięty nagłym impulsem, sięgnął po figurę i cofnął ją w głąb skrzydła hetmańskiego – przeszkadza ruchom cięższych figur, będzie wymagała dalszych starań, ale właśnie tam uznał wsparcie za potrzebniejsze. A ponieważ obie strony zadeklarowały już wyraźnie swoje zamiary, następne kilka ruchów potoczyło się bez wahania. Kubańczyk słusznie przeczuł, że drobny ruch pionem nie był przypadkiem, tylko częścią dobrze zaplanowanej strategii.

Tajemnicza szachistka wykonała po stronie hetmańskiej coś podobnego do włoskiego manewru fianchetto, dzięki większej dostępnej przestrzeni prędko skoordynowała swoje siły i pierwsza wystawiła wieżę na kluczową linię. Wieża to już bardzo silna, ciężka figura, uruchamiana późno w toku rozgrywki, zdatna do przełamywania zapór i rozbijania obrony. Nad pozycją Joségo zaczynały zbierać się ciemne chmury.

Nie przejmował się jednak nadmiernie, ufny w swoje umiejętności defensywne. Intuicja podparta wieloletnim już doświadczeniem podpowiadała mu, że rzadko kto, rzadko kiedy jest w stanie wyprowadzić przeciw niemu rozstrzygający atak, a tymczasem należy sprowokować wrażą piechotę do dalszego marszu naprzód, podważając ją skrajnym pionem. Uczynił tak, chociaż oznaczało to konieczność zaszycia skoczków jeszcze głębiej w pozycję, z raczej odległymi perspektywami użyteczności. Za to drugi goniec uzyskał cenną placówkę, wysuniętą i bronioną, skąd przejął pośrednią kontrolę nad krytyczną kolumną, przynajmniej tymczasowo udaremniając próby dalszego rozwijania natarcia.

Po dalszych nerwowych posunięciach przyszło do wymiany obu par wież, główne siły walczące jak gdyby o kontrolę nad kluczowym wąwozem wśród wzgórz zneutralizowały się nawzajem. Jednak José wciąż zręcznie krępował gońcami ruchy przeciwniczki – zresztą chyba podświadomie odczuwała to ograniczenie dosyć dojmująco, skoro dla wykonania następnego ruchu sięgnęła po bierkę takim gestem, jak gdyby miała związane ręce. Tak czy inaczej, dzięki tej chwilowej przewadze zdołał wyprowadzić do „wąwozu” ostatnią potężną figurę – hetmana, będącego niczym wieża i goniec zarazem.

I po chwili, jednym silnym pchnięciem, rozparł bariery i wtargnął nim do wrażego obozu. Miało to swoją cenę, bo musiał dopuścić do wymiany jednej pary gońców. Pion wstępujący na miejsce gońca wciąż strzegł pozycji hetmana, ale za to białe piony ze skrzydła uzyskały sposobność, aby ruszyć znów dalej i jeszcze głębiej zepchnąć skoczki.

Tak właśnie przeciwne strategie ścierały się wśród szeregu drobnych ustępstw. Trzeba powiedzieć, że po dwudziestu pięciu posunięciach wykonanych z obu stron José był naprawdę zadowolony ze swojej sytuacji. Już wiedział, że trafił na rywalkę, która gra jak żadna kobieta – i chyba zresztą jak żaden człowiek – a mimo wszystko uzyskał przewagę bliską dominacji. Znakomicie usytuowany hetman zapewniał mu, jak się zdawało, kontrolę we wszystkich wariantach, wyprowadzony z początku goniec raził cały czas równie skutecznie. Wystarczyło już tylko rozprężyć skoczki, aby rozstrzygnąć partię sprawnym, systematycznym oskrzydleniem.

Wtedy grająca białymi ofiarowała skrajnego piona. Po to, aby jego sąsiad mógł ruszyć znów naprzód, może wprost do przemiany. Tutaj należało się przejąć, gdyż promocja piona to jedno z najpotężniejszych szachowych narzędzi. Pieszek doprowadzony do ostatniej linii w obozie przeciwnika może zostać przemieniony w dowolną figurę (oprócz króla), tym samym zapewniając ogromną przewagę sił i wiodąc ku rychłemu zwycięstwu. Dyplomata jednak sprawnie policzył, że potrafi jeszcze zatrzymać tego piona, choć będzie to wymagało znacznej uwagi i koncentracji pozostałych figur, więc przede wszystkim, aby dobrze wyzyskać przyjętą ofiarę, natychmiast wymienił hetmany. Pod nieobecność najsilniejszych figur przewaga nawet jednego piona niemało zyskuje na znaczeniu.

Zręcznie manewrując skoczkami, rzeczywiście zatrzymał groźnego piona jedno pole przed przemianą. Doszło do wymiany pary tych figur, drugi czarny skoczek siłą rzeczy pozostał przywiązany do blokowania piona; w tym celu musiał się cofnąć, gdy jego biały odpowiednik ruszył naprzód. José przerzucił także gońca na skrzydło hetmańskie i uznał, że odzyskał kontrolę.

Jego przeciwniczka popadła w dłuższy namysł. Myśleli oboje. Było jasne, że sytuacja jest raczej statyczna, czarne nie przedsięwezmą żadnych natychmiastowych akcji, gdyż brakuje im możliwości rozprawienia się z ambitnym pionem – w tym celu potrzeba dodatkowego wsparcia, przerzucenia króla na skrzydło hetmańskie, a to chwilę potrwa: król rusza się wolno, nawet gdy w końcowej części partii ogólne zmniejszenie masy zaangażowanych sił zmienia go ze zwierzyny w łowcę. Kiedy już jednak pion zostanie osaczony i pobity, ogromna pozostała przewaga zapewni rychłe zwycięstwo. Kubańczyk upatrywałby więc jedyną szansę, gdyby przyszło mu zamienić się miejscami, w zorganizowaniu desperackiego ataku resztką sił na skrzydle królewskim, które on właśnie musi zupełnie opuścić. Nie był jeszcze tylko pewien, czy dziewczyna to także dostrzeże. Myślała pewien czas, ale w końcu jej się udało.

Dalsze ruchy potoczyły się płynnie, ich dokładna kolejność nie miała nawet wielkiego znaczenia: wszystkie siły czarnych wędrowały na jedną flankę, białe parły do przodu pionami i królem na przeciwnej. Struktura pionów Joségo została tam rozbita i osłabiona, podczas gdy wreszcie zdobył niebezpiecznego piona hamującego jego poczynania, choć musiał za to również zapłacić jednym z dwóch pozostałych pionów na tym skrzydle. Po chwili przyszło też do wymiany gońców i wywiązała się głęboka końcówka z królami, parą skoczków oraz czterema czarnymi pionami przeciw trzem białym.

Tajemnicza szachistka musiała znaleźć jeszcze jeden trudniejszy ruch, niezupełnie oczywiste cofnięcie skoczka, co uczyniła po krótkim namyśle. Jej król, wysunięty już daleko, zapewniał wyraźną rekompensatę. Możliwości obu stron wyczerpywały się prędko. Po kilku posunięciach przyszło jej oddać skoczka za ostatniego czarnego piona na skrzydle hetmańskim, aby uniemożliwić mu przemianę, ale w tym czasie zdobyła królem piona w centrum i utorowała drogę własnemu. José musiał odpowiedzieć tym samym. Teatr działań, poza królami, zawierał już tylko jedną parę odległych, nietkniętych akcją pionów stojących naprzeciw siebie na krańcu skrzydła królewskiego. Czarny monarcha miał tam wprawdzie nieco bliżej, ale i biały zdążyłby zawsze na czas, aby zablokować próby dalszych działań.

 

Dyplomata pierwszy wyciągnął rękę na znak zgody. Przedłużający się uścisk dłoni; jego towarzyszka podróży powiedziała coś po rosyjsku.

– Bardzo sprawnie posługujesz się francuskim – zauważył – ale chyba jakby niechętnie?

– Słuszna uwaga. Francuski to język miłości, źle się z nim czuję. Potrzebuję, aby w każdym tonie pobrzmiewał i sentymentalny żal, i groza śmierci.

– Rozumiem. Rozumiem to doskonale… panno Muerte.

Cofnęła rękę – czyżby z chwilowym przestrachem – westchnęła, potem roześmiała się i orzekła:

– Powinnam chyba się domyślić, że można odgadnąć moją tożsamość. Kiedy dokładnie?…

– Do końca nie byłem pewien, ale kilka aluzji wydało mi się wyraźnych. A przede wszystkim: żaden człowiek tak nie gra. Jeszcze co najmniej przez długie dekady nikt nie osiągnie takiego poziomu gry. Włożyłem w tę partię wszystkie siły i zaledwie zremisowałem. To o czymś świadczy.

Zachęcony milczeniem i uprzejmym uśmiechem, po chwili kontynuował:

– Przypuszczam, siłą rzeczy, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Będę sumiennie ćwiczył, aby okazać się wówczas godnym przeciwnikiem szachowym. Swoją drogą, nie wiedziałem, że znajdujesz czas na takie miłe rozrywki.

– Podejrzewam, że od przyszłego roku rzeczywiście nie będę miała czasu wolnego – szepnęła obojętnie, po czym pozbierała swoje rzeczy, dodała kilka rosyjskich słów pożegnania i bezszelestnie wyszła z przedziału.

José oparł się o siedzenie, ale zanim mógłby zwątpić, czy przypadkiem nie nawiedził go zdumiewający sen, wytrącił go z zamyślenia okrzyk:

– Miała baba jelito, jelito, jelito, posłała je na Eton, na Eton, na Eton!

– Może warto sprawdzić, czy ten nawiedzony śpiewak też umie grać w szachy – zastanowił się na głos.

 

Suplement dla szachistów

Tanatia Muerte – José Raúl Capablanca, 28 XI 1913 r.

1.e4 c6

2.d4 d5

3.e5 Gf5

4.Sf3 e6

5.Ge2 c5

6.O-O Sc6

7.c3 c:d4

8.c:d4 Sge7

9.a3 Sc8

10.b4 Ge7

11.Sbd2 Sb6

12.Gb2 O-O

13.Wc1 a5

14.b5 Sa7

15.a4 Gb4

16.Hb3 He7

17.Wa1 Wfc8

18.Wfc1 W:c1+

19.W:c1 Wc8

20.W:c8+ Sa:c8

21.Gd1 Hc7

22.Ga3 Hc3

23.G:b4 a:b4

24.a5 Sd7

25.b6 Se7

26.a6 H:b3

27.S:b3 b:a6

28.b7 Sc6

29.Sc5 Scb8

30.S:d7 S:d7

31.Sd2 Gd3

32.Sb3 Gb5

33.Sc5 Sb8

34.f4 Kf8

35.g4 g6

36.Gb3 a5

37.Kf2 Ke7

38.f5 g:f5

39.g:f5 e:f5

40.Ke3 Gc4

41.Ga4 Kd8

42.Kf4 Kc7

43.K:f5 Sa6

44.Sb3 K:b7

45.S:a5+ Kb6

46.Kb3 Gb5

47.G:b5 K:b5

48.Sd2 Ka4

49.e6 f:e6+

50.K:e6 b3

51.K:d5 Kb4

52.Kc6 Kc3

53.S:b3 K:b3

54.d5 Kc4

55.d6 Sb8+

56.Kc7 Kd5

57.K:b8 K:d6

½–½

Koniec

Komentarze

Piękne.

Skoro się tak raczymy szachowymi anegdotami, to przypomniały mi się dwie:

-pierwsza o Paolo Boi, najlepszym włoskim szachiście XVI wieku.

W 1570 roku Paolo spotkał w Kalabrii, przed bramą kościoła Świętej Marii piękną, ciemnowłosą dziewczynę o przenikliwym spojrzeniu. Dziewczyna zaproponowała mu partię szachów.

Dziewczyna grała zadziwiająco dobrze, jednak z wielkim trudem w toku rozgrywki Paolo doprowadził do sytuacji, w której był o krok od mata – obwieścił tryumfalnie, że oto da go w dwóch ruchach.

Na to dziewczyna zaśmiała się i powiedziała:

– Lepiej popatrz dobrze na szachownicę!

Paolo spojrzał i zakrzyknął zdziwiony, bo oto jego biały hetman zmienił barwę na czarną!

Popatrzył jednak uważniej i uśmiechnął się:

– I tak dam Ci mata w dwóch ruchach!

 

Druga anegdota o Aleksandrze Alechinie, który pokonał Casablankę.

Początek podobny – też piękna brunetka (eh, te brunetki!) – jako, że włosy miała czarne, to zagrała z Alechinem czarnymi. Piękność powtarzała każdy ruch Alechina, a gdy ten ją zamatował, stwierdziła:

– Cóż to za zwycięstwo, skoro mogłabym cię zamatować w tym ruchu! Wygrałeś tylko, bo zaczynałeś pierwszy!

Alechin zaproponował jej zagranie białymi, ale odmówiła, mówiąc, że ten kolor bierek nie pasuje do jej koloru włosów.

Sytuacja się powtórzyła, ale tym razem Alechin zamatował ją przez… bicie w przelocie!

Piękność chciała powiedzieć to co poprzednio, ale oczywiście tym razem nie mogła :)

 

 

___________________________________________________________________

Wyjaśnienie dla nie znających reguł gry w szachy: nie mogła powtórzyć tego ruchu, bo bicie w przelocie można wykonać tylko bezpośrednio po ruchu pionkiem o dwa pola

entropia nigdy nie maleje

Bardzo dziękuję za lekturę i miły komentarz! Obie anegdoty znałem, pierwsza nawet mnie tutaj w pewnym stopniu zainspirowała, ale chętnie przyznaję, że tę elegancką ilustrację widzę po raz pierwszy.

 

Sztuczka z anegdoty 2 w wersji dla zaawansowanych: gramy jednocześnie z dwoma silniejszymi zawodnikami, przeciwnymi kolorami, i chodzimy zygzakiem między szachownicami, przy każdym ruchu kopiując poprzednie posunięcie przeciwnika z drugiej partii – połowa punktów gwarantowana (dwa remisy lub zwycięstwo i porażka). Dzisiaj już wszyscy w szachowym światku to znają, ale zdaje się, że dawniej wygrano tak kilka zakładów na spore sumy.

Cześć, Ślimaku!

Najpierw czepy:

 

pojazd ruszał z ociężałym terkotem

A terkot w dużej maszynie może być lekki?

 

Szczupła, ciemnowłosa młoda kobieta o pociągłej twarzy,

Dałabym trochę mniej grzybków w barszcz. Poza tym najlepiej skupić się na cechach, które mają największe znaczenie dla historii i najlepiej, żeby nie było ich więcej niż 3.

 

wychowywałam się po parę tygodni to tu, to tam

To chyba nie jest niezbędne, a burzy rytm.

 

Bardzo sprawnie napisana historia w stylu nawiązującym do klasycznej literatury rosyjskiej. Erudycja i sposób pokazania pojedynku szachowego bardzo żywy i obrazowy. Tylko coś mało tu fantastyki, ale czytało się naprawdę przyjemnie. Rzecz biblioteki warta.wink

Pozdrawiam

 

 

Cześć, Oidrin!

Najpierw czepy

Bardzo dobrze, to lubię – zawsze warto się czegoś nauczyć.

A terkot w dużej maszynie może być lekki?

Uciąłem “ociężały”.

Dałabym trochę mniej grzybków w barszcz.

Uciąłem “szczupłą”.

To chyba nie jest niezbędne, a burzy rytm.

Uciąłem “po parę tygodni”. Łącznie: dziękuję za te sugestie – czasem najwyraźniej popadam w nadmiar epitetów i dookreśleń, ale staram się to zwalczać.

w stylu nawiązującym do klasycznej literatury rosyjskiej

Chyba muszę poczytać więcej klasycznej literatury rosyjskiej. Jest tutaj na pewno jakieś dalekie pokrewieństwo, ale potrzebuję zebrać więcej wiedzy w tym zakresie, aby tworzyć takie nawiązania w pełni świadomie i swobodnie.

sposób pokazania pojedynku szachowego bardzo żywy i obrazowy

Z tego się cieszę, bo właśnie to mnie najbardziej niepokoiło – czy nie okaże się zbyt rozwlekły i nudny dla laika. Zależało mi na tym, aby przedstawić zaangażowanie i sposób postrzegania takiej partii przez dobrego gracza.

Tylko coś mało tu fantastyki

A zwróciłaś ostatecznie uwagę na tożsamość przeciwniczki Joségo? Sugestie były przez cały tekst, a na końcu napisane właściwie wprost.

czytało się naprawdę przyjemnie. Rzecz biblioteki warta.

Bardzo mi miło!

 

Dziękuję za wizytę i przydatny komentarz. Pozdrawiam nawzajem!

Szachista ze mnie marny, więc nie ocenię tego na jakim poziomie toczyła się ta partia. 

Mogę za to ocenić język, bo opowiadanie jest przede wszystkim pięknie napisane, nie tylko partie szachowe, ale całość błyszczy stylem (no, może poza dialogami, te są albo zbyt techniczne – jak przy omawianiu Polakow – albo zbyt suche, jak w końcówce – i trochę odstają od narracji). Opisałeś przebieg partii w interesujący sposób, podobały mi się odniesienia do pola bitwy, ogółem wyszło to bardzo strawnie, choć – jak dla mnie – więcej powinno dziać się w międzyczasie. Za to samej potyczki mogliśmy obserwować mniej. 

Tak, to wyszedł zapis – piękny, to prawda – partii szachowej z jako-tako dosztukowaną fabułą. Ta z kolei nie była w niczym oryginalna ani zaskakująca. Fajnie opisywałeś realia na początku, poczułem klimat jakby z Lodu Dukaja, a potem wyszło na to, że to opowiadanie mogło się rozgrywać gdziekolwiek i kiedykolwiek. Nic by to nie zmieniło. 

 

Bardzo miło, że się pojawiłeś! Uwagi wydają mi się słuszne i trafione.

opowiadanie jest przede wszystkim pięknie napisane, nie tylko partie szachowe, ale całość błyszczy stylem

To dobrze, zależy mi na dbałości o język. Wydaje mi się, że to akurat jako-tako umiem robić, więc staram się uczynić z tego swój atut.

poza dialogami, te są albo zbyt techniczne – jak przy omawianiu Polaków – albo zbyt suche, jak w końcówce

Istotnie, dialog o Polakach kosztował mnie najwięcej wysiłku w przekroju całego opowiadania, a i tak nie wyszedł zbyt zręcznie.

podobały mi się odniesienia do pola bitwy

Bardzo sztampowe, chciałbym znaleźć coś ciekawszego, ale to chyba rzeczywiście najlepsza możliwa analogia. Szachy zostały pierwotnie wymyślone celem nauczania sztuki wojennej…

choć – jak dla mnie – więcej powinno dziać się w międzyczasie

To już by wymagało sporych zmian strukturalnych w opowiadaniu. Dwoje szachistów skupionych na partii w pustym poza tym przedziale kolejowym. Ograniczone możliwości wzbogacenia narracji. Oczywiście, sam tutaj jestem sobie winien, zawsze można było inaczej obmyślić całą fabułę.

z jako-tako dosztukowaną fabułą. Ta z kolei nie była w niczym oryginalna ani zaskakująca.

Spodziewałem się, że można to uznać za słabość, sam też miałem wątpliwości. Fabuła rzeczywiście w miarę znana z literatury i filmu (bardzo podobny motyw w Siódmej pieczęci Bergmana), ale chciałem ją rozwinąć i wzbogacić, podstawiając zamiast jakiegoś przypadkowego delikwenta drżącego o swój los i rozgrywki pełnej błędów – może najwybitniejszego szachistę w historii, pewnego siebie do granic zarozumiałości, i partię również najwyższej klasy.

Fajnie opisywałeś realia na początku

Opisałbym nawet fajniej, ale miałem problemy ze znalezieniem dobrych źródeł dotyczących szczegółów transportu kolejowego w czasach belle epoque.

to opowiadanie mogło się rozgrywać gdziekolwiek i kiedykolwiek. Nic by to nie zmieniło.

W zasadzie tak: otoczenie dodawało kolorytu, ale praktycznie nie wpływało na kształt fabuły, co z pewnością można uznać za wadę.

 

Podsumowując: bardzo dziękuję za rzetelne, istotne uwagi. Jak pisałem, nie jestem nazbyt zadowolony z tego tekstu, ale dobrze, że pomogłeś mi skonkretyzować i usystematyzować różne wątpliwości. Mam nadzieję, że uda mi się z tego w przyszłości skorzystać.

Pozdrawiam serdecznie!

Witaj.

Opowiadanie mocno klimatyczne, opisuje tak szczegółowo partię szachów, że miałam wrażenie, jakbym oglądała ją w zwolnionym tempie na szklanym ekranie. :)

Bardzo charakterystyczne nawiązania do scen bitewnych i taktyki prowadzenia walki, przy jednocześnie wyraźnie podkreślonych odniesieniach do ważnego okresu historycznego, także dodają tekstowi istotnego znaczenia. :)

Język, jak zawsze u Ciebie, doskonały. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Witaj, Bruce.

To właśnie był mój podstawowy zamiar – opisać dobrą partię szachów tak, aby nawet osoba zupełnie niezwiązana z tematem mogła docenić jej piękno i poczuć pewne zainteresowanie. A Twój komentarz, jak zawsze, naprawdę miły i podbudowujący.

Posługiwanie się językiem przychodzi mi swobodnie, muszę tylko – jak widać – uważać, aby nie przedobrzyć, ograniczać zbędne przymiotniki, nazbyt kwieciste dopowiedzenia.

Pozdrawiam!

Sztuczka z anegdoty 2 w wersji dla zaawansowanych: gramy jednocześnie z dwoma silniejszymi zawodnikami, przeciwnymi kolorami, i chodzimy zygzakiem między szachownicami, przy każdym ruchu kopiując poprzednie posunięcie przeciwnika z drugiej partii – połowa punktów gwarantowana (dwa remisy lub zwycięstwo i porażka). Dzisiaj już wszyscy w szachowym światku to znają, ale zdaje się, że dawniej wygrano tak kilka zakładów na spore sumy.

 

Aleksander Alechin też ponoć dał się “złapać” na ten sposób i wyszedł z podstępu obronną ręką. Było to już długo po tym, jak wygrał z Casablancą – na jakimś bankiecie, mocno zakrapianym (Alechin od trunków nie stronił), dwóch młodzików podeszło do niego i zaproponowało zakład, z równoczesną grą na dwóch szachownicach – tak jak opisałeś. Alechin zorientował się w podstępie i doprowadził do takiej sytuacji, że na jednej z plansz zwycięstwo wydawało się niemal pewne (a na drugiej, równie pewna przegrana). Natomiast Alechin z jakiegoś powodu nie wykorzystywał łatwego zwycięstwa. Wtedy jeden z przeciwników wyłamał się z powtarzania ruchów, przekonany, że sam jest w stanie doprowadzić do zwycięstwa. Mistrz tylko na to czekał. Wygrał obie partie.

 

Inna anegdota, tego typu, o francuskim aptekarzu Pierre Renaud, grającym z mistrzami korespondencyjnie:

 

https://cyfrowa.tvp.pl/video/parada-oszustow,odc-1-mistrz-zawsze-traci,40256564

 

W filmie zmieniono nazwiska szachistów:

 Aleksander Suliechin -> Aleksander Alechin

Doktor Grewe -> Dr Max Euwe

 

Jak widać Alechin był często bohaterem tych anegdot :)

entropia nigdy nie maleje

Nie można zaprzeczyć, o Alechinie krąży dużo opowieści – prowadził dosyć chaotyczny tryb życia, nie mógł nigdzie dobrze zagrzać miejsca (losy “białego” rosyjskiego emigranta), a i nadużywanie alkoholu nie pomagało. Dopiero gdy stracił tytuł mistrza świata, w ramach przygotowań do rewanżu z doktorem Euwem przestał pić, palić i zatrudniać kota syjamskiego w roli trenera…

Akurat o nim faktycznie jest też anegdota, jakoby był raz zmuszony grać w szachy o życie (oczywiście nie z diabłem czy Śmiercią, tylko z czekistą), ale to prawie na pewno fałszywka. Trzeba natomiast przyznać, że okoliczności jego śmierci (w Portugalii, już po II wojnie) wciąż pozostają tajemnicą.

Cześć Ślimaku :)

 

Kilka drobnostek:

 

– Mieszkają też w Niemczech i Austro-Węgrzech, ale tutaj jest ich chyba najwięcej. Ustawicznie próbują wydobyć się na niepodległość, z jakim skutkiem – wiadomo.

To brak wprawy mówiącej pani Tatiany, czy też mój brak wprawy?

Tak się mówi?

 

– Tym bardziej musimy zagrać. A skoro-ś taki mistrz, umawiamy się, że kiedy… jeżeli wygram, będziesz do mnie odtąd należał.

I tu jw.? To celowe? Czy nie brzmi ciut ładnie: będziesz odtąd należał do mnie?

 

Martwiło go zatem po chwili namysłu, że przeciwniczka już teraz podejmuje nieśmiałe działania właśnie na hetmańskim skrzydle, jakby mogła przejrzeć jego intencje i odpowiedzieć zawczasu masywnym zgrupowaniem sił właśnie tam.

Jakoś przekreślone nieco mi zgrzyta.

 

Zręcznie manewrując skoczkami, rzeczywiście zatrzymał groźnego piona jedno pole przed przemianą. Doszło do wymiany jednej pary tych figur, drugi czarny skoczek siłą rzeczy pozostał przywiązany do blokowania piona;

Może drugie “jednej” zbędne?

 

Tyle z uwag.

Pięknie przedstawiłeś pojedynek, który z grubsza mógłby wyglądać, jak sprawozdanie.

A tak nie jest. Czytałem z zainteresowaniem. I cieszę się, że popełniłeś to opowiadanie :)

Obiecałeś w końcu to już jakiś czas temu :)

 

Ode mnie klik za oryginalność i ciekawe zobrazowanie.

 

Cześć, Silvanie!

 

W sprawie kilku drobnostek:

To brak wprawy mówiącej pani Tatiany, czy też mój brak wprawy?

To nie może być brak wprawy bohaterki – zauważ, że narrator referuje po polsku rozmowę odbywającą się w łamanym francusko-rosyjskim – to tylko mój własny splątany frazeologizm. Poprawiłem do właściwej postaci “wybić się na niepodległość”.

Czy nie brzmi ciut ładniej: będziesz odtąd należał do mnie?

Tutaj broniłbym swojej wersji. W takich konstrukcjach akcent zdaniowy pada na ostatnie słowo, zwraca na nie uwagę, tym samym poniekąd pomijając pozostałe jako oczywistość. Składnia “będziesz odtąd należał do mnie” sugerowałaby więc, że należenie jest tutaj czymś naturalnym, zachodziło już wcześniej, słowem – że chodzi o niewolnika zmieniającego właściciela, a to przecież zupełnie nie taki przypadek.

Jakoś przekreślone nieco mi zgrzyta.

Zostało wyzgrzytnięte z opowiadania.

Może drugie “jednej” zbędne?

W zasadzie tak, usunąłem.

 

A co do ogólniejszych uwag…

z grubsza mógłby wyglądać, jak sprawozdanie.

Tego się obawiałem – czy tekst nie okaże się nazbyt hermetyczny, czy przypadkiem nie zanudzi nieszachistów. Na razie wiele wskazuje na to, że udało mi się uniknąć tego zagrożenia.

Obiecałeś w końcu to już jakiś czas temu

Aż dziw, że pamiętałeś.

Ode mnie klik za oryginalność i ciekawe zobrazowanie.

Bardzo dziękuję! Skorzystałem z zachęty w sformułowaniu konkursu:

Sięgnijcie do głębi wyobraźni lub postawcie na research i stwórzcie opowiadania, jakich nikt inny nie zdoła napisać.

Jelito z Eton cudne.

Całość dobrze się czyta.

Czepiłabym się terkotania pociągu. I tej sceny z pieniążkiem dla tragarza.

Jelito z Eton cudne.

Taką miałem nadzieję – pomyślałem, że nada się do klamry zamykającej tekst.

Całość dobrze się czyta.

Cieszę się.

Czepiłabym się terkotania pociągu.

Może rzeczywiście było niezręczne, trochę przerobiłem.

I tej sceny z pieniążkiem dla tragarza.

A tutaj nie jestem pewien, co dokładnie masz na myśli. Czułabyś się na siłach przybliżyć?

 

Dziękuję i pozdrawiam!

Fajne :) Podobała mi się końcówka, znaczące imię i nazwisko bohaterki (a jak fajnie uzasadniłeś dziwność imienia: Są gorsze nieszczęścia w życiu niż ojciec chrzestny jąkała) i ciekawy temat. Zastanawiałem się też, czy nie dałoby rady jakoś stopniować napięcia. W sensie ledwo zaczęliśmy czytać i postacie już grają o najwyższą możliwą stawkę. Ale pewnie na tak krótką formę wystarczy to, co jest :)

Wysoki dwudziestopięciolatek, z twardą kubańską fizjonomią, która wywierała osobliwie silne wrażenie zwłaszcza na Europejkach, grywający w kasynach nawet ostro, ale nie bez wyczucia – a przecież pod tym pozorem kryło się coś więcej: odpowiedzialny mężczyzna, sumienny pracownik.

To zdanie trochę długie i złożone. Ja bym to rozbił na co najmniej trzy osobne zdania.

Przed dojechaniem na dworzec zajrzał w swoje notatki. Warszawa: miasto generał-gubernialne Kraju Priwislinskiego, na obu brzegach Wisły; ponad osiemset tysięcy mieszkańców. Główne plagi trapiące ludność: gruźlica, zatrucia spirytusem drzewnym, terror indywidualny. W takim razie zakup prowiantu na dworcu wydaje się niewskazany.

To już absolutna pierdoła, ale zastanowiłbym się nad włożeniem tych notatek w cudzysłowy.

Bardzo mi miło, że “fajne”!

Zastanawiałem się też, czy nie dałoby rady jakoś stopniować napięcia. W sensie ledwo zaczęliśmy czytać i postacie już grają o najwyższą możliwą stawkę.

W sensie struktury fabularnej – chyba masz rację, ale też z tą panią nie gra się o inną stawkę. A znów ten José był tak pewien siebie, że mógłby ją przyjąć, zwłaszcza kiedy nie miał jeszcze zobowiązań rodzinnych. Zresztą nie było to bezpodstawne, do dzisiaj przynajmniej niektóre obliczenia komputerowe sugerują, że grał najpoprawniej w historii (co nie znaczy “najlepiej” – odchodzenie od najczystszych obliczeniowo wariantów tak, aby zmylić przeciwnika i utrudnić mu życie, to także ważna sztuka – ale świadczy o tym, jak trudno było go pokonać). W latach 1916–1924 nie przegrał ani jednej partii.

To zdanie trochę długie i złożone. Ja bym to rozbił na co najmniej trzy osobne zdania.

Zaraz rozbiję, czemu nie.

zastanowiłbym się nad włożeniem tych notatek w cudzysłowy.

Moim zdaniem byłoby to nieuzasadnione – notatki były zapewne zredagowane po hiszpańsku, narrator ich tutaj nie cytuje dosłownie, tylko opisuje lub streszcza.

 

Bardzo dziękuję za lekturę i uwagi!

Miło, że wpadłaś, Saro – a ilustracja trafiona, bardzo ładnie pokazuje jedną z przyczyn, dla których wymyślono zapis algebraiczny partii!

Fajnie charakteryzujesz postaci, nie w taki bardzo sztampowy sposób. ;-) Bo, choć przez twarz/urodę, to akurat przy pasażerach w pociągu pasuje. Odruchowo zwracamy wtedy odruchowo na ich cechy zewnętrzne i najcześciej przyciąga nas twarz.

Dobra, gładziutka narracja, ciekawe opko, dużo smaczków i interesujących wtrętów po drodze. :-)

Zajmująco opisujesz walkę i strategię! :-)

Z czepialstwa – trochę mało tu fantastyki, za to jest historia alt. 

A w ogóle misie!,  idę się poskarżyć do biblio! :-)

 

Drobiazg:

,Tam było dosyć – nadto było bohaterów i intryg, aby zaspokoić nawet najbardziej wygórowane potrzeby intelektualne.

Coś bym z było zrobiła. Drugie w zasadzie jest niepotrzebne, chyba?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, Smoczyco! Cudownie, że się zjawiłaś.

A komentarz wydaje się cenny. Już się przyglądam w szczegółach…

Bo, choć przez twarz/urodę, to akurat przy pasażerach w pociągu pasuje.

Chyba rzeczywiście pasuje bardziej niż gdzie indziej, ale przyznam, że wcześniej nie pomyślałem o tym w taki sposób. Muszę nauczyć się zwracać uwagę na tego rodzaju detale.

Zajmująco opisujesz walkę i strategię!

To dobrze, obawiałem się właśnie, czy ten fragment nie okaże się nazbyt rozwlekły i nudny dla nieszachistów, ale chyba udało mi się to zrobić należycie.

Z czepialstwa – trochę mało tu fantastyki, za to jest historia alt.

Nie wiem… Myślisz, że uosobiona Śmierć zaczepiająca ludzi w pociągu to niedostateczny aspekt fantastyczny? Może i nie… Następnym razem muszę przyrządzić coś takiego, aby nikt nie miał wątpliwości, że aż zieje fantastyką.

Coś bym z było zrobiła. Drugie w zasadzie jest niepotrzebne, chyba?

“Było dosyć – nadto było” to świadome nawiązanie literackie.

A kiedy posąg upadał z podstawy,

tysiące ludu sławą się dzieliło:

każdy się okrył łachmanem tej sławy,

każdemu było dosyć – nadto było.

I ostatecznie…

A w ogóle misie!,  idę się poskarżyć do biblio!

Jakie miłe misie! – jeszcze raz dziękuję za ważny komentarz i kliknięcie.

Pozdrawiam ślimaczo!

Przyznam, że nie przypadło mi do gustu. Prawda, bardzo ładnie napisane, ale szczerze mówiąc, wynudziłam się. Fanką szachów nie jestem, więc przyglądanie się w takim zbliżeniu jednej partii nie wydawało mi się szczególnie atrakcyjne. Trochę jakbym czytała jakiś przewodnik o strategii z fabułą wepchniętą, ponieważ musiała się tu znaleźć. Fantastyki też niewiele.

Mam nadzieję, że trafię na jakiś inny Twój tekst z równie przyjemnym językiem i może nieco bardziej porywającą treścią. ;)

Zostaw ten żyrandol.

Dziękuję za ten komentarz, taką opinię także warto poznać! Oczywiście, nie można tego nazwać podręcznikiem strategii – to literacki opis partii, praktycznie bez wartości dla nauki gry – rozumiem jednak, że osoba niezainteresowana szachami może zupełnie nie uznać tego za ciekawe.

Raczej nie będę w najbliższym czasie powielał tego pomysłu, więc rzeczywiście mam nadzieję, że uda mi się niedługo napisać bardziej klasyczne fantasy, które mogłoby Ci prędzej przypaść do gustu.

Pozdrawiam!

To fajnie, będę obserwować sytuację. :D

Zostaw ten żyrandol.

Ślimaku, jako ktoś, kto szachami się zupełnie nie interesuje, przyznam, że trochę musiałem brnąć przez opis partii. Na szczęście uniknąłeś suchego przedstawiania ruchów i stylowym, ciekawym językiem sprawiłeś, że było całkiem ciekawie. Szkoda, że fabuły oraz fantastyki nie ma za wiele.

Klikam, bo czytałbym dla samego świetnego “języka”.

Zanaisie, podstawowy zamiar był taki, aby właśnie osobie nieobeznanej z szachami literacko przedstawić piękno i zawiłość gry, ale zdawałem sobie od początku sprawę z tego, że to bardzo ambitne zamierzenie i nie musi się w pełni powieść. Aspekt fabularny tutaj rzeczywiście kuleje. Niedostateczna zawartość fantastyki jest jedną z najczęściej wyrażanych wątpliwości względem moich opowiadań, ale zaczynają mi się już zarysowywać pewne pomysły na poprawę tego stanu rzeczy. Piękno języka jest raczej moją mocną stroną, ale i tutaj potrzebuję się systematycznie rozwijać (chociażby powracająca jak zły szeląg kwestia zbędnego mnożenia przymiotników). Poza tym brakuje mi plastycznych opisów – sam musisz przyznać, że moja Tanatia nijak się nie umywa do Twojej Rothaarigundnassy, jeżeli chodzi o rysowanie się w wyobraźni czytelnika.

Bardzo dziękuję za wizytę i finałowe kliknięcie!

Nie wiem… Myślisz, że uosobiona Śmierć zaczepiająca ludzi w pociągu to niedostateczny aspekt fantastyczny? Może i nie…

Psia kostka, nie odebrałam jej jako Śmierć. Może za bardzo nawiązanie zakopałeś?

“Było dosyć – nadto było” to świadome nawiązanie literackie.

Tak, tak, nie zagrało. wiesz, chyba przez dorzucenie na początku  “Tam”.

 

I ja pozdrówka ślę, zgoła nieślimacze, niech szybko dotrą do adresata. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dotarły, dotarły!

Psia kostka, nie odebrałam jej jako Śmierć. Może za bardzo nawiązanie zakopałeś?

Może… Podczas pisania miałem raczej wrażenie, że położyłem je za bardzo na tacy. To okropnie trudno wyważyć, chyba brakuje mi doświadczenia literackiego. Kiedy napiszę coś, co wyda mi się znacznie bardziej wartościowe od dotychczasowych prób, może spróbuję poratować się betowaniem, aby nie pogrążyć tego takimi detalami konstrukcyjnymi.

Bardzo trudno wyważyć, ja odebrałam ją bardzo wprost – bardzo korporacyjnie, jako córkę, ale to w gruncie rzeczy detal, ważny tylko na forum, z uwagi na jego fantastyczny rys.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

– Kobieta na czele firmy? Nie powiedziałabym. Szczerze mówiąc, w sensie oficjalnym wszystkim kieruje mój ojciec, ale już od lat interesuje się głównie muzyką chóralną i właściwie nie wywiera wpływu na działania.

– Rozumiem, muzyką chóralną…

Wyobrażałem sobie, że to będzie bardzo czytelne, żartobliwe nawiązanie do oświeceniowej koncepcji Wszechświata jako “maszyny wprawionej w ruch” – Bóg nie ingeruje i tylko słucha “chórów anielskich”, ale bez Śmierci nie pójdzie. Tak teraz patrzę, że chyba sobie tylko wyobrażałem. Wprawdzie jest też kilka innych mocnych wskazówek, na czele ze znaczącym imieniem i nazwiskiem – oraz reakcją bohaterki, gdy José to nazwisko wymienia. Są również liczne wzmianki, że gra lepiej, niż byłoby to możliwe dla człowieka. Tak czy inaczej: widzę, że odczytanie tych nawiązań – kiedy czytelnik się ich nie spodziewa – może nie być tak proste, jak mi się pierwotnie wydawało.

Nie złapałam, choć miano (imię i nazwisko) – tak, ciut mnie zastanowiło, ale nie znalazłam odbicia tego w tekście (zakończeniu), więc zarzuciłam nawiązanie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Odbicie w zakończeniu? Znów: wydawało mi się, że jest wyraźne, ale nie piszę dla siebie, tylko dla czytelników. Muszę więc nauczyć się w końcu, jakie aluzje czytelnik – nawet bardziej ode mnie wyrobiony literacko – może łapać z zaskoczenia. A jakie są zbyt ciemne i pokrętne, dostrzegalne tylko dla autora tekstu:

– Podejrzewam, że od przyszłego roku rzeczywiście nie będę miała czasu wolnego – szepnęła

Rok 1913. Za chwilę I WŚ, ludobójstwo Ormian, potem pandemia grypy… Na pewno zabrakło jej przy tym czasu na grę w szachy.

Psia kostka, przy suplemencie była data, a ja popatrzałam szybko na zapis partii, gdy zobaczyłam że ją zamieściłeś. Tylko i tak, chyba, nawet, gdybym zoczyła, miałabym wątpliwości z uwagi na alt historię, bo wtedy nigdy nie wiem na ile jest zmieniona.

Jednak masz że rację, wcześniej wskazówki też dawałeś: z tym zakładem, słowami, acz przyznam się – szachami mi w głowie zawróciłeś, więc machnęłam ręką na kobietę, myśląc sobie, korporacja jak korporacja, może jest tak globalna, a że taki przystojniak zna. No zna, bo jako dyplomata, jakoś się w tym zwinnie świecie poruszać powinien. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Data była oznaczona już wcześniej, wprawdzie nie tak bezpośrednio:

W poruszeniu robotniczym przed ośmiu laty też grali pierwsze skrzypce,

ale istotnie – czemu czytelnik miałby na to zwrócić uwagę, skoro w tym miejscu nie jest do niczego potrzebna…

miałabym wątpliwości z uwagi na althistorię, bo wtedy nigdy nie wiem, na ile jest zmieniona.

Tutaj tylko o tyle, że nie udało mi się ustalić, kiedy dokładnie bohater jechał do Petersburga, ale na pewno pod koniec roku 1913 lub na samym początku 1914, fantastyczne spotkanie w pociągu oczywiście zmyślone, a cała reszta możliwie autentyczna.

korporacja jak korporacja, może jest tak globalna, a że taki przystojniak zna. No zna, bo jako dyplomata, jakoś się w tym zwinnie świecie poruszać powinien.

A tutaj nawet nie zwróciłem uwagi, że to może okazać się zmyłką i odwieść czytelników od właściwego zamysłu. Dziękuję za wskazanie tej słabości!

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Bardzo dziękuję za wizytę i ładny obrazek jurorski z elementem fantastyki!

Warsztatowo mnie zauroczyłeś. Chociaż od lat nie grałem w szachy opisy były na tyle żywe i interesujące, że nie odczuwałem znużenia. Potem zastanowiłem się trochę i doszedłem do wniosku, że przeczytałem sprawnie napisaną relację z partii szachów. Realia nie mają zbyt dużego wpływu na fabułę, akcja mogłaby by się toczyć w średniowiecznej Anglii albo na Jowiszu i nie poczułbym żadnej różnicy.

Dla fanów szachów jest to pewnie tekst wyśmienity, ja czuję się, jakbym otrzymał bardzo ładną wydmuszkę.

'Cause nothin' lasts forever even cold november rain

Tak – już ktoś na to powyżej zwrócił uwagę, dobrze widzieć potwierdzenie tej opinii – udany warsztatowo opis partii szachów maskuje tutaj wątłość fabuły, wątłość na granicy nieistnienia. Nie jest dobrze osadzona w przydzielonych jej realiach. Nie bardzo wiedziałem, jak to ominąć, jak lepiej podejść do zamierzonego tematu, to mogą być braki w zakresie planowania tekstu, niewątpliwe pole do dalszego rozwoju. Naprawdę dobre opowiadanie musi mieć spójnie wykreowany świat, wiarygodnie przedstawione życie wewnętrzne i motywacje postaci, intrygujący wstęp, wartościowo rozwiniętą fabułę z wszytymi głębszymi ideami i materiałem do przemyśleń dla czytelnika, a wreszcie zadowalające zakończenie zamykające przynajmniej główne wątki. Nie udało mi się jeszcze złożyć tego wszystkiego w obrębie jednego tekstu, ale to nie znaczy, że nie będę dalej próbował.

Bardzo dziękuję za wizytę i cenny komentarz!

Cudnie opisana partia szachów. Fajnie, że dorzuciłeś sumplement, bo mogłam to sobie jeszcze rozegrać na szachownicy :) Pomysł na grę ze śmiercią też mi się podobał. Aż dziw, że Jose nie zorientował się, z kim gra. Kliczka nie potrzebujesz, a dałabym :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko!

Fajnie, że dorzuciłeś suplement, bo mogłam to sobie jeszcze rozegrać na szachownicy

Taką miałem nadzieję, że ktoś spośród czytelników będzie chciał to wykorzystać w ten sposób! Dobrze wiedzieć, że się sprawdziło.

Pomysł na grę ze śmiercią też mi się podobał.

Niezupełnie oryginalny, niestety.

Aż dziw, że Jose nie zorientował się, z kim gra.

Czyżby? Wydaje mi się, że powoli do tego dochodził, aż w końcu doszedł:

José zdziwił się i zastanowił. Zaczynał coś niejasno podejrzewać.

– Rozumiem, muzyką chóralną…

Tym razem drgnęło w nim jakieś ostrzeżenie i odpowiedział skromnie

Wszystko pójdzie według planu, chyba że – tu przypomniał sobie pewne wcześniejsze podejrzenia i czym prędzej je odsunął, aby nie przeszkodziły mu w logicznej grze.

Już wiedział, że trafił na rywalkę, która gra jak żadna kobieta – i chyba zresztą jak żaden człowiek

– Rozumiem. Rozumiem to doskonale… panno Muerte.

 

I w końcu…

Kliczka nie potrzebujesz, a dałabym

Jak miło to słyszeć!

Bądź pozdrowiony, Ślimaku Zagłady!

Miałem chrapkę na Twoje opowiadanie od kiedy przeczytałem w komentarzach, że jest o partii szachów. W końcu dotarłem. Bardzo ładnie napisane (tu i ówdzie trochę się ślizgałem, ale nie na tyle mocno, by zacząć robić notatki :D) i z dobrym pomysłem. Myślałem, że fantastyki nie ma tu wcale aż do momentu gdy pojąłem, że bohater rozgrywał partię szachów z samą Śmiercią. Bardzo ładnie wyszła końcowa część opowiadania i zapowiedź następnego spotkania. Dobra, solidna robota, jestem zauroczony, a do tekstu i suplementu jeszcze wrócę, żeby odtworzyć to sobie na szachownicy :D

Można byłoby popracować trochę nad dialogami, bo zwłaszcza ten opis Polaków wyszedł sucho, wręcz encyklopedycznie, ale ta usterka utonęła w całościowym uroku opka.

Pozdrawiam!

 

PS. No i jeszcze aluzja do wybuchu I WŚ – “Przypuszczam, że od przyszłego roku nie będę miała dużo wolnego czasu…”. Naprawdę fajnie Ci to wyszło. 

Bądź pozdrowiony, o Słoneczny Przedwieczny!

Bardzo ładnie napisane (tu i ówdzie trochę się ślizgałem, ale nie na tyle mocno, by zacząć robić notatki :D) i z dobrym pomysłem.

Na zręczność języka nie narzekam, natomiast z konstruowaniem fabuły bywa bardzo różnie, więc cieszę się, że tutaj doceniasz koncepcję – wprawdzie niezupełnie oryginalną, ale jednak wzbogaconą.

Myślałem, że fantastyki nie ma tu wcale aż do momentu gdy pojąłem, że bohater rozgrywał partię szachów z samą Śmiercią.

Dotychczas nie wiem, czy za bardzo to zamaskowałem, czy raczej położyłem za bardzo na widoku. Niezbyt dobrze sobie jeszcze radzę z przewidywaniem spostrzegawczości czytelników.

a do tekstu i suplementu jeszcze wrócę, żeby odtworzyć to sobie na szachownicy

Miałem wielką nadzieję, że choć kilku odbiorców będzie to czytać w taki sposób!

zwłaszcza ten opis Polaków wyszedł sucho, wręcz encyklopedycznie

Przez grzeczność nie zaprzeczę. Przesiedziałem nad nim najdłużej ze wszystkiego, a i tak do końca nie byłem zadowolony.

No i jeszcze aluzja do wybuchu I WŚ – “Przypuszczam, że od przyszłego roku nie będę miała dużo wolnego czasu…”.

Spostrzegłeś! Gdyby nie suplement z datą, byłaby to podstawa ustalania czasu akcji (wraz z “W poruszeniu robotniczym przed ośmiu laty”).

 

Pięknie dziękuję za wyjątkowo uważną lekturę!

Świetne opowiadanie, niewiele więcej mogę dodać, bo na szachach się nie znam. Muszę przyznać, że trzeba naprawdę dobrze coś opisać, żeby wciągnęły mnie ruchy figur na szachownicy.

Co do samego tematu nie będę wnikać, bo inni pewnie widzą znacznie więcej ode mnie.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Dziękuję za lekturę i miły komentarz! To dobrze, że osobie niezainteresowanej szachami także się może spodobać.

Dotychczas nie wiem, czy za bardzo to zamaskowałem, czy raczej położyłem za bardzo na widoku. Niezbyt dobrze sobie jeszcze radzę z przewidywaniem spostrzegawczości czytelników.

W mojej opinii jest w sam raz :) Dodatkowo tajemnica rozwiązuje się pod sam koniec tekstu, dzięki czemu wcześniejsza konwersacja nabiera zupełnie innego znaczenia. Odbieram to jako duży atut tekstu.

Pzdr!

Starałem się właśnie tak wycelować – aby czytelnik wraz z Josém nabierał podejrzeń co do tożsamości dziewczyny i ostatecznie dochodził do właściwego wniosku. Wcześniejsze komentarze wskazują, że nie ze wszystkimi odbiorcami się powiodło, ale cieszę się, że w Twoim przypadku zadziałało jak trzeba.

Pozdrawiam!

Slimaku, nigdy nie napiszesz tekstu, ktory: trafi do wszystkich, zadowoli ich, zaskoczy wszyskich, przez wszystkich zostanie wlasciwie zrozumiany. Z pewnoscia to wiesz, wiec przewidywanie spostrzegawczosci czytelnika czasem mija sie z celem. Ja zamysl bardzo doceniam. Ps. Dzieki za komentarz. Odp po poltoratygodniowej delegacji, na ktorej wyladowalem, stad moje komentarze na portalu "umarly" jakis czas temu…

Silvanie, dziękuję za dobre słowo! Zaiste, wiem, że ideału nigdy się nie osiągnie, ale dążenie do niego pozwala poprawiać jakość swoich starań. Taki detektyw Lowin też nie spotkał się z jednoznacznie pozytywnym odbiorem, a przecież widzimy, że jest znacznie ciekawszą postacią od moich bohaterów literackich – mam nad czym pracować. Życzę udanej, a przynajmniej nietoksycznej delegacji!

Detektyw Lowin dostał bardzo pozytywny odbiór – ale po prostu oczekiwania niektorych byly olbrzymie :) Moze i jest ciekawszy, jednakze tam on gra glowne skrzypce. Ty nie chciales koniecznie pokazac bohaterow, nie skupiales sie tak na nich. Raczej celem (tak mniemam) bylo pokazanie partii szachow w ciekawy i nietypowy sposob. I wg mnie bardzo dobrze to wyszlo. A sami bohaterowi – jak na tak krotkie opowiadanie sa i tak interesujacy :)

Słusznie mniemasz, rzeczywiście skupiłem się tutaj na próbie oryginalnego ukazania piękna królewskiej gry i cieszę się, że wielu odbiorców doceniło ten aspekt.

Jak dla mnie – odrobinę za mało fantastyki. Wiem, z kim gra bohater, ale opowiadanie jest bardziej o grze (całkiem zwyczajnej i niefantastycznej) niż o postaciach.

Ale nie będę zbytnio marudzić, bo całość opisana bardzo ładnie i klimatycznie.

Babska logika rządzi!

Coś w tym jest: gdyby tyle osób zwróciło mi uwagę, żem wielbłąd, zacząłbym się rozglądać za garbem na ślimaczej muszli – a co dopiero, gdy chodzi tylko o niedobór fantastyki… Nic to, przy następnych opowiadaniach przypilnuję, aby aspekt fantastyczny był mocniej wyrażony. To także cenny wniosek na przyszłość, wprawdzie dotyczący konkretnie NF raczej niż literatury ogółem, ale zawsze wniosek. Przy okazji zacząłem się zastanawiać, jak wyglądałaby niezwyczajna i fantastyczna gra w szachy. Bierki mające własne myśli, uczucia, dążenia? Marionetki w rękach Istoty Wyższej pod postacią szachisty. Ginące za koncepcje, których nie rozumieją. Może kiedyś warto o tym dokładniej pomyśleć.

 

Wspomnę przy okazji, że natknąłem się ostatnio na Twoje opowiadanie Chłodna miłość. Czytałem z zachwytem – kreacja świata, opis postaci, fabuła, wszystko mi znakomicie pasowało. Nie mogłem się oderwać, aż dotarłem do końca. A tam… klasyczne rozwiązanie akcji w stylu deus ex machina, przy którym jedna z ważniejszych postaci zostaje dożywotnim kaleką. Że pozwolę sobie zacytować Tarninę:

Hm.

Cóż poradzić, też często mam kłopoty z obmyślaniem zakończeń. Podkreślam jednak, że mimo tego prawdopodobnego niedostatku było to jedno z lepszych i najbardziej zapadających w pamięć opowiadań, jakie czytałem na Portalu.

Fantastyczna gra w szachy? Coś takiego jest w Harrym Potterze.

Albo na przykład gra telekinetyków – możesz przesuwać figury zgodnie z zasadami, ale tak daleko, jak pozwoli ci umysł.

 

Chłodna miłość. Fajnie, że wzbudziłam zachwyt. Ale jaki deus? Tego górala wprowadziłam wcześniej. Postać zostaje kaleką, bo jest dobra i próbuje odkręcić zło, do którego wypuszczenia dała się namówić. A jak przeczytałeś, to trzeba było skomentować.

Babska logika rządzi!

Jaki deus? – sama możliwość wyzbycia się mocy czy przekazania jej, nie było o tym wcześniej żadnej wzmianki, wyskakuje jak królik z kapelusza, kiedy jest potrzebna. A skomentować mógłbym, tylko nie wiem, czy komentowanie tak starych tekstów jest tutaj normalne i czy ktoś w ogóle to zauważy (kiedy odezwałaś się w styczniu pod moim pierwszym opowiadaniem, zorientowałem się po trzech tygodniach).

No tak, o tym nie wspominałam, ale nie było okazji… To jak z oddaniem komuś nerki – nie rozmawia się o tym ani nie myśli na co dzień. Już nie pamiętam, czy napisałam coś o możliwości odebrania komuś mocy za karę – ty by mogło się tam znaleźć.

Komentarze. Ja bym zauważyła. Zależy, w jaki sposób korzysta się z portalu, które ustawienie odświeża jako pierwsze. Ja siedzę na stronie z komentarzami, więc luzik.

Na ogół ludzie cieszą się z komentarzy pod starymi tekstami. Komentowanie staroci nie jest normalne, ale jest miłe. Jak tęcza. :-)

Babska logika rządzi!

jest miłe. Jak tęcza. :-)

 

Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać xd

Ślimaku, motyw gry w szachy twórczo i fantastycznie jest rozwijany w wielu dziełach, jak na przykład we wspomnianym wyżej Harrym Potterze. Kojarzę też podobny motyw w netflixowej Sabrinie (niezbyt dobry serial, ale ten wątek akurat spoko), gdzie odbywała się gra w senet o uwięzione dusze. Mignęła mi też kiedyś gra, o tytule bodajże Chess vs. Battle, całkiem niezła. Żeby nie było, w Twoim opowiadaniu podoba mi się tak, jak jest, ale podsuwam inspiracje, gdybyś zamierzał kiedyś jeszcze poruszyć wątek ponownie :p

A co do komentarzy, mnóstwo użytkowników, jak się zdaje, grasuje na stronie z najnowszymi i maniakalnie odświeża.

 

Finklo, dziękuję za wyjaśnienie! W takim razie zastanowię się jeszcze, co dokładnie mógłbym napisać – jakie aspekty tak mi przypadły do gustu i jak wyrazić ten dysonans przy zakończeniu – i pewnie wkrótce spróbuję rozpostrzeć tę tęczę nad Chłodną miłością.

 

Amonie, w najbliższym czasie pewnie nie będę wracać do zagadnienia szachów, aby nie stać się zbyt monotematycznym, ale kiedyś pewnie się podpowiedzi przydadzą! Przyznam, że mam mieszane uczucia co do modyfikowania samych zasad gry w celu uzyskania efektu fantastycznego – może to wypadać spektakularnie dla osoby słabo obeznanej z szachami, ale zrobienie tego w sposób przekonujący dla profesjonalisty, zachowujący sens zmagań intelektualnych i piękno gry, może być bardzo trudne.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Ech, ja wiedziałam, że znajdzie się ktoś, komu tęcza się źle kojarzy…

Amonie, kapłani co młodszych bóstw jeszcze się nie nauczyli zachowywać w towarzystwie. Albo już zapomnieli o symbolu przymierza.

Babska logika rządzi!

Przypomniało mi się coś – dodam w charakterze ciekawostki, jak pochodzenie tęczy jako symbolu przymierza objaśniał mało znany lwowski satyryk Włodzimierz Zagórski (zbieżność z generałem chyba przypadkowa):

Przez dni czterdzieści padał deszcz,

Pan – ziemię wodą raził,

przez dni czterdzieści Noe pił,

spod beczki nie wyłaził.

Tak ocalona ludzkość trwa

i będzie trwać najwieczniej,

a morał stąd, że gdzie jak gdzie,

a w szynku najbezpieczniej!

 

Przeminął potop – Noe dank

Jehowie ofiarował

i obręcz z próżnej beczki zdjął,

i Panu ją darował –

a Pan – ofiarę przyjął rad

i nakrył tą obręczą

przepaście chmur w przymierza znak,

i obręcz ta – jest tęczą.

Nie jest to poezja wysokich lotów, ale można się przy niej uśmiechnąć – i jak łagodzi emocje związane z symboliką!

Ślimaku Zagłady, Finklo, chciałem Wam tylko powiedzieć, że jeszcze nie do końca ogarniam świat śmiertelników ;) Niby tyle wieków upłynęło, niby taki postęp i w ogóle wszystko do przodu, ale jakoś moi kapłani w starożytnym Egipcie żadnego problemu ze zjawiskami atmosferycznymi nie mieli :P Czy nadszedł czas, aby zrobić ze światem porządek?

 

(Najmocniej przepraszam szanownego Autora za offtop, ale pokusa wstawienia niezadowolonego arcybiskupa Jędraszewskiego w kontekście słów Finkli była zbyt silna xD)

AmonieRa, a jeżeli wolno mi tak niedyskretnie spytać – to nie do końca zjawisko “atmosferyczne”, ale przez skojarzenie – czy może pamiętasz, jak sobie kapłani radzili z Twoimi zaćmieniami? W wielu książkach popularnonaukowych można przeczytać, jakoby niechybnie je przewidywali, jednakże odnoszę wrażenie, że niezbędna do tego wiedza naukowa była całkowicie poza ich zasięgiem (w nowoczesnej cywilizacji europejskiej do odpowiednich metod obliczeniowych doszedł dopiero Halley na bazie odkryć Keplera i Newtona).

Zaćmienie Księżyca jest chyba z grubsza co pół roku i to się podobno da przewidzieć bez większych cudów, tylko z dobrym kalendarzem. Ale z Słońcem o wiele trudniej.

Babska logika rządzi!

Z grubsza co pół roku jest “sezon zaćmień”, w którym wystąpi co najmniej jedno zaćmienie Księżyca (czasem dwa), tylko nie ma pewności, czy akurat po Twojej stronie globu. Poza tym te zaćmienia przybierają bardzo różne formy – od słabo zauważalnego zaćmienia półcieniowego (tarcza księżycowa nieco przyciemniona), przez zaćmienie częściowe (niespodziewany sierp w dniu pełni), po zaćmienie całkowite. Całkowite zaćmienia Księżyca też potrafią zaskakiwać – często w okresie całkowitości przybiera intrygującą krwawą barwę, a rzadziej staje się zupełnie niewidoczny – dopiero w XX wieku zdano sobie sprawę, że zależy to w znacznej mierze od zawartości pyłów wulkanicznych w atmosferze Ziemi (wpływ na refrakcję atmosferyczną – światło odginające się wokół planety osiąga Księżyc i odbija się). Tak czy inaczej, jest to w sumie zjawisko dosyć regularne i jakieś sto lat sumiennych obserwacji astronomicznych z notowaniem w kalendarzu pozwala zacząć je wiarygodnie przewidywać – właśnie dlatego, że występuje naraz na całej półkuli planety.

Skoro jednak pytam Słonecznego Amona, to chyba jasne (jak on sam), że o zaćmienia Słońca. Z tym jego starożytni kapłani musieli mieć o wiele większy problem…

Cóż, tak szczerze, nie czuję się ekspertem, jeśli chodzi o astronomię starożytnego Egiptu, ale, o ile mi wiadomo, nikt dzisiaj nie zaryzykuje chyba jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie :P Obraz kapłanów przepowiadających te zaćmienia został ukształtowany przez różne dzieła literackie, jak np. Faraon Prusa, ale nie sądzę, by był kompletnie wyssany z palca. Kilka wieków przed Nazarejczykiem Babilończycy i Egipcjanie wykształcili modele matematyczne, które pozwalały im przewidywać najważniejsze zjawiska astronomiczne, w tym zaćmienia i układy planet na niebie, ale nie jestem na sto procent pewien, czy zaćmienia Słońca również.

Kojarzy mi się natomiast wprawdzie nie Egipcjanin, ale Tales z Miletu, który według Herodota bezbłędnie przewidział zjawisko w roku 585 p. n. e. :D

 

A tak naprawdę – oczywiście, że wszystko umieli przewidzieć. Ja im objawiałem, kiedy będę zaćmiony. 

 

A tak naprawdę – oczywiście, że wszystko umieli przewidzieć. Ja im objawiałem, kiedy będę zaćmiony.

Właśnie na taką odpowiedź liczyłem! Zresztą jakże mógłbym wątpić w spełnianie się przepowiedni pod Twoją obecność, kiedy właśnie mam 64 komentarze pod tekstem zatytułowanym “Sześćdziesiąt cztery”?

Kojarzy mi się natomiast wprawdzie nie Egipcjanin, ale Tales z Miletu, który według Herodota bezbłędnie przewidział zjawisko w roku 585 p. n. e.

Mogę polecić ciekawy artykuł na ten temat: http://adsabs.harvard.edu/full/1994JHA….25..275P.

Nowa Fantastyka