- Opowiadanie: Konrad1399 - Obraz z opowieścią w środku

Obraz z opowieścią w środku

Opo­wia­da­nie z mul­ti­wer­sum “Opo­wie­ści z wszech­drze­wa” 

Zna­jo­mość nie­wy­ma­ga­na, opo­wia­da­nie za­mknię­te.

Szczególnie chciałbym podziękować betującym: silvanowi i ANDO, którzy wertowali mi uważnie tekst, z takimi łapankami jakich jeszcze nie widziałem:) (Choć jestem stosunkowo nowy).

 

(Pu­bli­ku­ję drugi raz z po­wo­du pew­nych pro­ble­mów tech­nicz­nych. Prze­pra­szam osoby, które wsta­wi­ły ko­men­tarz).

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Użytkownicy V, Gekikara, Użytkownicy, Użytkownicy IV

Oceny

Obraz z opowieścią w środku

 – I ko­lej­na z głowy – po­wie­dzia­łem zwy­cię­sko, od­kła­da­jąc księ­gę na półkę.

Ni­czym ko­lej­ne ziar­no pia­sku do zamku le­pio­ne­go na plaży.

Od­wró­ci­łem się i ob­rzu­ci­łem wzro­kiem moją salę. Była w ca­ło­ści wy­peł­nio­na re­ga­ła­mi z drew­na ce­dro­we­go, któ­re­go za­pach stale się tu uno­sił. A na każ­dej z wielu półek stały cia­sno uło­żo­ne księ­gi.

Dużo się tego ze­bra­ło – po­my­śla­łem.

Na­zy­wam tę salę swoją, bo wszyst­kie zgromadzone tu księgi, zo­sta­ły spi­sa­ne i przy­nie­sio­ne prze­ze mnie. Każdy z nas ma wła­sny dział w tym bez­kre­snym ar­chi­wum, ale opie­kun, zaj­mu­ją­cy się tym miej­scem zdra­dził mi kie­dyś, że to moja ko­lek­cja jest naj­więk­sza. Nie ukry­wam, że czuję z tego po­wo­du nie­ja­ką dumę. Każde z tych dzieł jest cenną pa­miąt­ką z prze­szło­ści.

Po­grą­żo­ny w my­ślach, za­czą­łem iść jedną z ale­jek ar­chi­wum, skrywającą coraz to star­sze za­pi­ski. Krok lub dwa mię­dzy re­ga­ła­mi, krok lub dwa, stu­le­cie wstecz. Po­ko­na­łem ty­siąc­le­cie, a po nim jesz­cze jedno. Każdy ruch cią­żył coraz bar­dziej od na­si­la­ją­cej się no­stal­gii, aż wresz­cie za­trzy­ma­łem się i od­er­wa­łem od wspo­mnień. Spoj­rza­łem przed sie­bie, po czym wes­tchną­łem zre­zy­gno­wa­ny. Do końca wciąż da­le­ko.

 – Le­tha­ne­lu – do­biegł mnie głos za ple­ca­mi. – Mogę zająć ci chwi­lę?

Ob­ró­ci­łem się, a moim oczom uka­za­ło się wy­so­kie, człe­ko­po­dob­ne stwo­rze­nie. Pa­trzy­ło na mnie żół­ty­mi śle­pia­mi, kon­tra­stu­ją­cy­mi z jego bladą, po­kry­tą drob­ny­mi łu­ska­mi skórą. 

 – Oria­szu. – Ski­ną­łem mu głową na po­wi­ta­nie, a on od­po­wie­dział tym samym. – Tak, już skoń­czy­łem.

Jego twarz była nieco wy­dłu­żo­na, o ostrych ko­ściach po­licz­ko­wych. Z tyłu głowy zaś zwi­sa­ły mac­ko-po­dob­ne wy­rost­ki, się­ga­ją­ce po­ło­wy ple­ców. Przy­po­mi­na­ły tro­chę skrę­co­ne war­ko­cze. Nosił pro­stą, gra­na­to­wą togę, się­ga­ją­cą nie­mal do pod­ło­gi. Jak za­wsze, miał ze sobą dużą, okutą mo­sią­dzem księ­gę, za­wie­szo­ną na ra­mie­niu przy po­mo­cy przy­twier­dzo­ne­go do niej łań­cu­cha. Na okład­ce wid­niał sym­bol drze­wa o dłu­gich ko­rze­niach. To znak uży­wa­ny przez wszyst­kich opie­ku­nów – sym­bol Wszech­drze­wa.

 – Ostat­nio ukoń­czy­łem nową salę. Czy mógł­byś ją zwie­dzić? – spy­tał.

 – Czy to proś­ba?

 – A ma to ja­kieś zna­cze­nie? – od­po­wie­dział wy­mi­ja­ją­co.

 – Ma, bo proś­ba ozna­cza przy­słu­gę. A na chwi­lę obec­ną je­ste­śmy kwita.

Po­mię­dzy nami, po­dob­nie jak u więk­szo­ści opie­ku­nów, trwa nie­pi­sa­ny zwy­czaj. Kto ile dla kogo zro­bił, ile razy ktoś po­trze­bo­wał po­mo­cy. Jest to pew­ne­go ro­dza­ju ry­wa­li­za­cja. A ta z Oria­szem jest szcze­gól­nie za­żar­ta, gdyż obaj je­ste­śmy do­brzy w wy­świad­cza­niu przy­sług.

 – Hmm… – Za­my­ślił się chwi­lę. – Zrób­my tak, teraz bę­dzie to proś­ba. Póź­niej sam stwier­dzisz, czy wy­świad­czasz mi przy­słu­gę.

Spoj­rza­łem na niego po­dejrz­li­wie, mru­żąc lekko oczy. Potem wy­cią­gną­łem ku niemu rękę.

 – Umowa stoi.

Oriasz uści­snął dłoń bez wa­ha­nia, na­pię­cia czy po­śpie­chu. Zna­czy, że jest pewny swego.

 – Co mi mo­żesz po­wie­dzieć o tej sali? Wy­róż­nia się czymś? – spy­ta­łem scep­tycz­nie. – We wszyst­kich po­win­ny być książ­ki.

 – Nie w tej – prze­rwał, uno­sząc rękę. – Po­sta­no­wi­łem nieco uroz­ma­icić nasz ka­ta­log. Teraz po­trzeb­ny mi ktoś, kto oceni moją pracę.

Czyż­by nasz wie­czy­sty bi­blio­te­karz znu­dził się księ­ga­mi?

 – Je­stem pewny, że ci się spodo­ba – dodał po chwi­li.

Oriasz się­gnął po księ­gę u pasa, otworzył klam­rę spinającą okład­ki i otwo­rzył ją. Stro­ni­ce same z sie­bie prze­wra­ca­ły się jedna za drugą z gło­śnym sze­le­stem. W tym samym mo­men­cie za­czę­ła zmie­niać się sala, w któ­rej by­li­śmy. Z każdą kart­ką, w cza­sie krót­szym niż mgnie­nie oka, przenosiliśmy się przez róż­ne po­miesz­cze­nia ar­chi­wum. We wszyst­kich stały półki, ale róż­ni­ły je de­ta­le, jak wzory na ścia­nach, czy ro­dzaj pod­ło­gi. Naj­wy­raź­niej nie­któ­rzy wnie­śli tro­chę per­so­na­li­za­cji dla swo­ich sek­cji. W pew­nym mo­men­cie do­strze­głem nawet in­ne­go opie­ku­na, skła­da­ją­ce­go książ­kę, jak ja przed chwi­lą.

Nagle Oriasz szyb­kim ru­chem ręki za­trzy­mał kart­ki na jed­nej ze stron. Wów­czas rów­nież sale sta­nę­ły w miej­scu.

Zna­leź­li­śmy się w sze­ro­kim ko­ry­ta­rzu, na pierw­szy rzut oka opu­sto­sza­łym – żad­nych półek, fo­te­li, czy in­ne­go wy­po­sa­że­nia. Wy­ją­tek sta­no­wi­ły tu ścia­ny – na ich całej, nie­ska­zi­tel­nie bia­łej po­wierzch­ni, w rów­nych od­stę­pach roz­wie­szo­no ob­ra­zy. Każdy z nich opra­wio­ny był w inną ramę, jakby do­bra­ną spe­cjal­nie do da­ne­go ma­lun­ku.

 – Mam tu duży wybór. Znajdź coś, co cię za­cie­ka­wi – za­chę­cał Oriasz.

Ro­zej­rza­łem się więc po naj­bliż­szych dzie­łach i pod­sze­dłem do pierw­sze­go, które zwró­ci­ło moją uwagę. Opra­wio­ne w pięk­ną, prze­źro­czy­stą ramę, przy­wo­dzą­cą na myśl szli­fo­wa­ne szkło, lód… albo krysz­tał.

Obraz przed­sta­wiał mie­nią­ce się morze przej­rzy­stych brył, oświe­tla­nych pro­mie­nia­mi słoń­ca na tle bursz­ty­no­we­go nieba. Byłem tam kie­dyś, lecz nie mia­łem wiele czasu, by zwie­dzić to miej­sce. Al­drah – morze krysz­ta­łów.

To one spra­wia­ły, że ta pla­ne­ta była je­dy­ną w swoim ro­dza­ju. I nie tylko dla­te­go, że czy­ni­ły ją zja­wi­sko­wo pięk­ną. Wbrew po­zo­rom, nie są to zwy­kłe klej­no­ty, tylko ży­ją­ce isto­ty.

 – Nigdy tam nie byłeś? – spy­ta­łem Oria­sza. – Ten obraz jest bar­dzo szcze­gó­ło­wy.

Po­krę­cił prze­czą­co głową w od­po­wie­dzi.

 – Ar­chi­wum jest pełne wie­dzy. Stwo­rzy­łem te ob­ra­zy, pa­trząc je­dy­nie ocza­mi wy­obraź­ni.

Przy­glą­da­łem się pre­cy­zyj­nym li­niom i de­ta­lom. Wy­raź­ne od­wzo­ro­wa­no nawet le­d­wie do­strze­gal­ne od­bi­cia w drugo– i trze­cio­pla­no­wych po­wierzch­niach. Choć na ob­ra­zie wi­docz­ny jest mały skra­wek pla­ne­ty, to od­bi­cia w po­szcze­gól­nych krysz­ta­łach spra­wia­ły, że wpraw­ne oko zo­ba­czy całą pa­no­ra­mę. Góry, do­li­ny – mógł­bym stwo­rzyć całą ma­kie­tę oko­li­cy.

– Śmia­ło, do­tknij – za­chę­cał.

Tknię­ty cie­ka­wo­ścią, wy­cią­gną­łem rękę do ob­ra­zu.

W mo­men­cie, gdy mu­sną­łem pal­ca­mi płót­no, umysł za­la­ła mi fala do­znań, a przed ocza­mi prze­le­cia­ła pa­le­ta barw. Na­tych­miast za­trzy­ma­łem wszel­ką in­ge­ren­cję w moje ciało, osła­nia­jąc się przed na­głym kon­tak­tem. Na­stęp­nie spoj­rza­łem py­ta­ją­co na Oria­sza.

 – Nie ni­wecz, pro­szę, mo­je­go wy­sił­ku. Daj się po­nieść.

Czy to miała być jakaś nie­spo­dzian­ka? Bo mą­ce­nie w gło­wie to nie naj­lep­szy po­czą­tek.

 – Prze­pra­szam, to od­ruch – od­po­wie­dzia­łem i jesz­cze raz po­ło­ży­łem dłoń na ob­ra­zie.

Do­tar­ły do mnie te same wra­że­nia. Za­czą­łem sły­szeć i wi­dzieć rze­czy, któ­rych tak na­praw­dę tu nie ma. Lecz tym razem za­mkną­łem oczy i po­zwo­li­łem ode­rwać się od rze­czy­wi­sto­ści.

 

*

 

Naj­pierw do­bie­gły mnie dźwię­ki, po­dob­ne do wy­da­wa­nych przez pu­cha­ry z wodą w mo­men­cie prze­su­wa­nia po nich pal­cem. Acz­kol­wiek te były znacz­nie wyż­sze. Tak wy­so­kie, że ludz­kie ucho naj­pew­niej nie mo­gło­by ich usły­szeć.

Otwo­rzy­łem oczy. Nie sta­łem już w ga­le­rii Oria­sza, tylko w polu krysz­ta­łów pod po­ma­rań­czo­wym nie­bem. To tę sce­ne­rię przed­sta­wiał obraz. 

Ro­zej­rza­łem się, przypatrzy­łem do­kład­niej ostrym kra­wę­dziom, mie­nią­cym się ni­czym bry­lan­ty.

W tym samym cza­sie na­słu­chi­wa­łem, a było czego. Na jeden dźwięk wy­da­wa­ny przez krysz­tał nie­opo­dal, od­po­wia­da­ło kilka in­nych róż­nym tonem. I tak samo z na­stęp­nym, i ko­lej­nym. Ni­czym nie­prze­rwa­ny kon­cert, grany tylko mi­mo­cho­dem.

Tak brzmia­ła ich mowa. Nie mogły wi­dzieć, ale wy­czu­wa­ły drga­nia. Każdy ton za­wie­rał inny ko­mu­ni­kat – emo­cja, słowo, wspo­mnie­nie. Jakby roz­mo­wa to­czy­ła się w innym wy­mia­rze, a ciała po­zo­sta­ły tu.

Z tym więk­szą go­ry­czą do­świad­cza­łem tego świa­ta, po­nie­waż był wspa­nia­ły.

Wszyst­ko, co tu widzę i sły­szę to je­dy­nie wizja prze­szło­ści, ukształ­to­wa­na ta­len­tem Oria­sza. Al­drah już od dawna nie ist­nie­je.

Prze­sze­dłem ka­wa­łek dalej, zmu­szo­ny prze­ci­skać się co jakiś czas mię­dzy ostry­mi bry­ła­mi. Zna­la­złem ka­wa­łek pła­skiej skały, do­sta­tecz­nie wy­god­nej, by przez chwi­lę słu­żyć jako sie­dze­nie. Za­ją­łem miej­sce, z któ­re­go mia­łem ide­al­ny widok na tę pięk­ną sce­ne­rię. Mia­łem szczę­ście, bo pro­mie­nie słoń­ca wła­śnie padły wprost na mi­go­czą­ce pole. Świa­tło prze­szy­wa­ło przej­rzy­ste po­wierzch­nie, które za­krzy­wia­ły je i kie­ro­wa­ły na ko­lej­ne tafle. Two­rzy­ły je­dy­ną w swoim ro­dza­ju grę świa­teł. Za­baw­ne, że z per­spek­ty­wy tych krysz­ta­łów był to czas po­sił­ku.

Nie mogąc się po­wstrzy­mać, zmie­ni­łem laskę w fidel i smy­czek. To taki mój nawyk. W od­po­wied­niej chwi­li, w od­po­wied­nim miej­scu do­pa­da mnie ocho­ta na grę.

Uło­ży­łem więc in­stru­ment przy szyi na lewym ra­mie­niu, a prawą ręką trzy­ma­łem smy­czek, tuż nad stru­na­mi.

Pierw­sze po­cią­gnię­cie, pierw­szy dźwięk. Po­wol­ny, spo­koj­ny by wpro­wa­dzić w na­strój. I tak, kie­ro­wa­ny me­lo­dią krysz­ta­łów i fideli, za­czą­łem snuć opo­wieść.

Dawno temu, ol­brzy­mi me­te­or ude­rzył z im­pe­tem o zie­mię, nio­sąc ze sobą za­lą­żek no­we­go życia. Nie od razu, ale po kilku mi­le­niach, za­lą­żek ten przy­brał swoją osta­tecz­ną formę – tę, którą mam oka­zję teraz oglą­dać.

Od okru­cha do bryły. Jed­nej, potem na­stęp­nej. Stop­nio­wo do­ro­sły do cze­goś, co można na­zy­wać ko­lo­nią. U schył­ku swej ery utwo­rzy­ły kil­ka­set krysz­ta­ło­wych pól, roz­sia­nych po całej pla­ne­cie.

Aż pew­ne­go razu, to miej­sce od­na­leź­li mię­dzy­gwiezd­ni od­kryw­cy, któ­rzy potem na­zwa­li je Al­drah. Jed­nak gdy tylko zo­ba­czy­li jedną z ko­lo­nii, ich głód wie­dzy szyb­ko zo­stał przy­ćmio­ny przez chęć zysku i chci­wość. Dla­te­go nie za­uwa­ży­li, że skały, które tak ocho­czo wy­do­by­wa­li to tak na­praw­dę żywe isto­ty.

Wy­rwa­ne z ro­dzi­mej ziemi, za­bra­ne z dala od je­dy­ne­go słoń­ca, pod któ­rym mogły żyć, zaczęły wymierać.

Ode­rwa­łem smy­czek od strun. Me­lo­dia do­bie­gła końca, po­dob­nie jak opo­wieść.

Dziś Al­drah jest nie­mal zu­peł­nie nagą skałą, po­zba­wio­ną cudów daw­nych lat. Po­zo­sta­ła je­dy­nie na­dzie­ja, że gdzieś tam osta­ła się jakaś krysz­ta­ło­wa bryła, którą prze­oczo­no.

Po­de­rwa­łem się ze skały i przy­wró­ci­łem mej lasce ory­gi­nal­ny kształt.

Spoj­rza­łem na nie­bo­skłon, przy­bie­ra­ją­cy coraz ciem­niej­szą barwę w za­cho­dzącym słońcu. Wes­tchną­łem cięż­ko na myśl, ile czasu mo­głem tu spę­dzić. Cho­ciaż nie je­stem pe­wien, jak czas pły­nie w wy­ima­gi­no­wa­nym świe­cie. Mimo wszyst­ko, tę część zwie­dza­nia uwa­żam za za­koń­czo­ną.

Tylko jak się wy­do­stać?

Za­mkną­łem oczy i za­czą­łem zbie­rać myśli. Każda ilu­zja po­le­ga przede wszyst­kim na oszu­ki­wa­niu umy­słu. Zatem, pod­su­wa­jąc mu od­po­wied­nią su­ge­stię, teoretycznie mógłbym prze­rwać trans.

Naj­pierw chcia­łem wy­obra­zić sobie ten świat jako pę­ka­ją­cą bańkę, ale le­piej uni­kać sko­ja­rzeń z de­struk­cją. Nie wia­do­mo, co wów­czas sta­ło­by się z dzie­łem Oria­sza. Może jako zdej­mo­wa­ną płach­tę? A potem wpa­dłem na coś oczy­wi­ste­go.

Nie otwie­ra­jąc oczu wy­cią­gną­łem dłoń, aż po­czu­łem chłod­ny, me­ta­lo­wy przed­miot. Za­do­wo­lo­ny suk­ce­sem, chwy­ci­łem go i prze­krę­ci­łem, póki nie usły­sza­łem klik­nię­cia.

Pew­nie po­cią­gną­łem klam­kę i roz­chy­li­łem drzwi.

 

*

 

Nagle otwo­rzy­łem oczy, czując lek­ki mę­tli­k w gło­wie.

Pole krysz­ta­łów znik­nę­ło, dźwię­ki uci­chły, a ja znów sta­łem przed ob­ra­zem w ga­le­rii.

 – Je­steś wresz­cie – stwier­dził Oriasz, wy­pusz­cza­jąc z rąk mac­ko­wa­ty war­kocz, który jesz­cze przed chwi­lą prze­pla­tał mię­dzy pal­ca­mi.

 – Jak długo mnie nie było?

 – Twoja świa­do­mość spę­dzi­ła tam parę go­dzin. Jed­nak tutaj mi­nę­ło tylko dzie­sięć minut. W pew­nym mo­men­cie my­śla­łem, czy cię nie wy­cią­gnąć.

 – Mo­głeś to zro­bić?

 – Tak, mo­głem. Ale wtedy twoja laska na chwi­lę zmie­ni­ła kształt. Uzna­łem, że in­stru­ment nie wróży kło­po­tów. 

 – Cie­ka­we. – Kątem oka zer­k­ną­łem na lewą dłoń, w któ­rej trzy­ma­łem ów ka­wa­łek, na pozór zwy­kłe­go drew­na.

 – Zmień­my temat. Po­wiedz le­piej, co są­dzisz o ob­ra­zie – spy­tał oży­wio­ny, sku­pia­jąc na mnie żółte śle­pia.

 – Jest zja­wi­sko­wy.

 – To zna­czy? – Skrzy­żo­wał ręce. – Mógł­byś roz­wi­nąć?

 – Po pierw­sze: do­kład­ność. Nie spo­sób od­róż­nić two­jej ilu­zji od rze­czy­wi­sto­ści. Nawet opie­kun mógł­by się nie po­ła­pać.

Ledwo wi­docz­nie uniósł kącik ust.

 – Miło mi to sły­szeć.

 – Nie są­dzi­łem, że jesz­cze zo­ba­czę Al­drah…

 – Cóż, na uwiecz­nie­nie naj­bar­dziej za­słu­gu­ją rze­czy nie­po­wta­rzal­ne. Skoro się do­brze ba­wisz, to jakie masz sta­no­wi­sko wobec tej „przy­słu­gi”?

On wie, jak ze­psuć wznio­sły mo­ment.

 – Niech ci już bę­dzie, je­ste­śmy kwita.

 – Tak też my­śla­łem. Ale nie będę ci tym psuł zwie­dza­nia. Pro­szę, kon­ty­nu­uj. Ja się jed­nak odłą­czę.

 – Obo­wiąz­ki wzy­wa­ją?

 – Ow­szem. Po­roz­ma­wia­my, gdy skoń­czysz.

 – Do zo­ba­cze­nia.

Oriasz chwy­cił księ­gę i prze­wró­cił kart­ki, po czym roz­pły­nął się w po­wie­trzu.

Po­zo­sta­wio­ny sam sobie po­sta­no­wi­łem ro­zej­rzeć się jesz­cze tro­chę.

Sze­dłem w głąb ko­ry­ta­rza, mi­ja­jąc rzędy płó­cien. Było ich sporo, ale nie każde przy­ku­wało uwagę. Sce­ne­rie i tre­ści stały się w pew­nym mo­men­cie po­wta­rzal­ne. Pod­pi­sa­nie oficjalnego do­ku­men­tu, na­ro­dzi­ny waż­nej per­so­ny, ko­ro­na­cja ja­kie­goś…

Chwi­la mo­ment!

Nagle za­trzy­ma­łem się przed jed­nym z ob­ra­zów. 

Przed­sta­wiał salę tro­no­wą, w któ­rej wła­śnie od­by­wała się ceremonia ko­ro­na­cji. Przy­szły wład­ca, męż­czy­zna o bru­nat­nych wło­sach klę­kał przed ka­pła­nem. Ten trzy­mał obu­rącz złotą ko­ro­nę, tuż nad głową szlach­ci­ca.

Na ob­ra­zie uwiecz­nio­no jed­ne­go z le­gen­dar­nych wład­ców, Ar­tu­ra Pen­dra­go­na.

Sala była za­peł­nio­na. Ry­ce­rze, słu­dzy, dwo­rza­nie. Ale z naj­więk­szą uwagą spo­glą­da­łem na po­stać sto­ją­cą bli­żej tronu – star­ca z siwą brodą, w kar­ma­zy­no­wej, zdo­bio­nej sza­cie. Mer­lin – po­my­śla­łem.

Jed­nak gdy przyj­rza­łem się bli­żej, roz­po­zna­łem zna­jo­me rysy twa­rzy.

 – Me­dius?! – wrza­sną­łem zdzi­wio­ny, a na­stęp­nie wy­bu­chnąłem gło­śnym śmie­chem.

To on był Mer­li­nem? Ależ mam teraz temat do roz­mów.

 – I to jest hi­sto­ria, którą warto zgłę­biać. – Z chy­trym uśmiesz­kiem na twa­rzy, do­tkną­łem ramy ob­ra­zu. Za­mkną­łem oczy, wy­ci­szy­łem umysł i cze­ka­łem na kon­takt. Nic.

Spoj­rza­łem zdzi­wio­ny i spró­bo­wa­łem jesz­cze raz. Wciąż nic.

 – Ze­psu­ło się? – sko­men­to­wa­łem za­wie­dzio­ny.

Wtedy przy­po­mnia­łem sobie o jed­nej z zasad ar­chi­wum. Po­stron­ny opie­kun nie ma wglą­du do cu­dzych za­pi­sków, przy­naj­mniej nie bez zgody Oria­sza lub ich wła­ści­cie­la. Wy­glą­da na to, że ta za­sa­da do­ty­czy rów­nież ga­le­rii.

 – I po co ro­bi­łeś mi na­dzie­ję? – Wes­tchną­łem, my­śląc o bla­do­łu­skim bi­blio­te­ka­rzu. 

Nie­mniej, do­ce­niam że uchy­lił tego rąbka ta­jem­ni­cy. Przy na­stęp­nym spo­tka­niu z Me­diu­sem na pewno spy­tam go o przy­go­dy w Ca­me­lo­cie.

Za­sta­no­wi­łem się chwi­lę. Cie­ka­we któ­rych współ­pra­cow­ni­ków jesz­cze tu od­naj­dę?

Pchnię­ty tą myślą, za­czą­łem do­kład­niej spraw­dzać ob­ra­zy w po­szu­ki­wa­niu zna­jo­mych po­sta­ci. I nie za­wio­dłem się.

Ka­wa­łek dalej, wi­sia­ło ma­lo­wi­dło w ramie, wyglądającej jak roz­trza­ska­ne drew­no okrę­to­we. Płót­no przed­sta­wia­ło mor­skie­go po­two­ra, przy­po­mi­na­ją­ce­go ogrom­ne­go raka, po­kry­te­go mac­ka­mi od stro­ny głowy. Be­stia wy­nu­rzy­ła się do po­ło­wy, go­to­wa do ataku. Ob­ra­ła sobie za cel sta­tek, który za­miast ucie­kać, pły­nął pro­sto na nią.

Na dzio­bie ry­so­wa­ła się czy­jaś syl­wet­ka, pra­wie ludz­ka lecz za­uwa­żal­nie wy­dłu­żo­na i smu­klej­sza.

Stał pro­sto, z ręką wy­cią­gnię­tą ku be­stii. Nosił pan­cerz, przy­po­mi­na­ją­cy nieco kom­bi­ne­zon. Był ni­czym przy­bysz z innej pla­ne­ty, któ­re­go ja­kieś zrzą­dze­nie losu przy­gna­ło na morza Ziem­skich cza­sów no­wo­żyt­nych. Szara, naga skóra, głowa o dość dużym czole, pod któ­rym znaj­do­wa­ły się wiel­kie oczy. Męż­czy­zna był je­dy­nym ele­men­tem ob­ra­zu, który kom­plet­nie tu nie pa­so­wał. Tak, męż­czy­zna to opie­kun, Ha­ka­inu.

Zda­wa­ło­by się, że dzie­ło przed­sta­wia dziel­ne­go śmiał­ka, sta­ją­ce­go w szran­ki ze strasz­li­wym po­two­rem. Nic z tych rze­czy, on pró­bu­je się z po­two­rem za­przy­jaź­nić.

Ha­ka­inu jest kimś w ro­dza­ju dzia­ła­cza na rzecz dzi­kich mon­strów. Łapie je, za­bie­ra ze świa­ta, w któ­rym spra­wia­ją kło­po­ty i prze­no­si w inny, z dala od ludzi. A przy­naj­mniej tak sły­sza­łem, bo nigdy z nim słowa nie za­mie­ni­łem. Tak to jest, gdy na każ­dym ze­bra­niu naj­waż­niej­sza jest praca. Tak więc, spo­śród wszyst­kich współ­pra­cow­ni­ków, znam rap­tem kilku. Może ta ga­le­ria po­mo­że mi ich bli­żej ­po­znać.

Chwi­lę póź­niej, po do­kład­nych oglę­dzi­nach, od­na­la­złem ko­lej­ne­go opie­ku­na, a ra­czej opie­kun­kę. Ten obraz rów­nież miał drew­nia­ną ramę, ale ta nie wy­róż­nia­ła się jakoś szcze­gól­nie. Może poza bra­kiem sta­ran­no­ści, bo wy­glą­da­ła jak stru­ga­na nożem.

Obraz przed­sta­wiał dwie osoby, ko­bie­tę i dziew­czyn­kę, obej­mu­ją­ce się czule ni­czym matka i dziec­ko. Dziew­czyn­ka o kasz­ta­no­wych wło­sach sie­dzia­ła na łóżku, z no­ga­mi przy­kry­ty­mi koł­drą. Ko­bie­ta zaś klęk­nę­ła obok niej. Pięk­na, w śnież­no­bia­łej sukni, o ła­god­nych ry­sach twa­rzy i ja­snych wło­sach.

Do po­miesz­cze­nia do­cie­ra­ło nie­wie­le świa­tła, le­d­wie kilka bla­dych pro­mie­ni księ­ży­ca zza okna. Jed­nak na półce obok łóżka stała świe­ca, roz­ja­śnia­ją­ca naj­bliż­sze oto­cze­nie. Jej blask padał też na dwie po­sta­ci, dzię­ki czemu można było do­strzec ich ra­do­sne twa­rze.

Opie­kun­ce na imię Wel­la­na. Choć nie była spokrewniona z dziewczynką, to łączyły je równie zażyłe więzi. 

Roz­ma­wia­li­śmy ze sobą tylko raz, o ile te parę zdań można na­zwać roz­mo­wą. Pa­mię­tam ten mo­ment bar­dzo do­brze.

Tuż po za­koń­cze­niu gru­po­wej misji, stała tam sama, w bez­ru­chu i mil­cze­niu. Oczy miała sze­ro­ko otwar­te, lecz nie sku­pia­ła wzroku na ni­czym szcze­gól­nym. Chcia­łem spraw­dzić, czy wszyst­ko z nią w po­rząd­ku, ale gdy tylko do­tkną­łem jej ra­mie­nia, krzyk­nę­ła i od­su­nę­ła się.

 – Nie zbli­żaj się! – wrza­snę­ła. – Ty to zro­bi­łeś! Nie ma jej!

W na­stęp­nej chwi­li do­tar­ło do mnie zna­cze­nie tych słów, ale nic nie mo­głem po­ra­dzić. Od­po­wie­dzia­łem tylko „Przy­kro mi".

Tak, to ja za to od­po­wia­dam. Prze­ze mnie ją stra­ci­ła.

Od tam­te­go czasu stro­ni­ła od kon­tak­tów z in­ny­mi opie­ku­na­mi, szcze­gól­nie ze mną.

Po­now­nie zer­k­ną­łem na obraz, w szcze­gól­no­ści na dziec­ko, wtu­lo­ne w swoją obroń­czy­nię, która za­wsze zja­wia­ła się, by prze­gnać drę­czą­ce ją kosz­ma­ry.

 – Jakoś prze­szła mi ocho­ta – po­wie­dzia­łem do sie­bie, za­pusz­cza­jąc się dalej w ko­ry­tarz.

O ile lubię czasem myśleć o dawnych dziejach, to niektóre wspomnienia lepiej zostawić w spokoju.

Je­ste­śmy opie­ku­na­mi. Nie za­wsze udaje nam się unik­nąć tra­ge­dii, nie­waż­ne jak bar­dzo się sta­ra­my. Wów­czas po pro­stu… ro­bi­my co mu­si­my.

Czym prę­dzej po­zby­łem się drę­czą­cych myśli.

Ga­le­ria Oria­sza jest co praw­da im­po­nu­ją­ca, ale nad­miar wra­żeń wy­raź­nie szko­dzi. 

Może czas już koń­czyć? – po­my­śla­łem, opa­da­jąc z chęci.

Jed­nak wszyst­kie po­dob­ne po­my­sły znik­nę­ły, a ja za­trzy­ma­łem się pod ścia­ną.

 – Nie, jesz­cze nie. 

Przy­glą­da­łem się ramie w kształ­cie równo uło­żo­nych, me­ta­lo­wych rur, ota­cza­ją­cej oświe­tlo­ną sce­ne­rię.

Obraz przed­sta­wiał wiel­ki hol, w kształ­cie wydłużonej ko­pu­ły. Pod nią, na brze­gach okrę­gu znaj­do­wa­ły się bal­ko­ny, osa­dzo­ne na każ­dym pię­trze. Miało to na celu zgro­ma­dze­nie jak naj­więk­szej wi­dow­ni, pod­czas waż­nych uro­czy­sto­ści. Ta­kich jak ta.

Z tru­dem można do­szu­ki­wać się ostat­nich wol­nych miejsc. Całą prze­strzeń za­peł­nia­li przy­by­sze z naj­dal­szych za­kąt­ków wszech­świa­ta. Róż­nych ras, róż­nych ko­lo­rów i roz­ma­itych kształ­tów. A wzrok ich wszyst­kich skie­ro­wa­ny był na scenę, usta­wio­ną spe­cjal­nie na dzień.

Stał tam ele­ganc­ko ubra­ny czło­wiek, trzy­ma­ją­cy no­ży­ce, któ­ry­mi miał wła­śnie prze­ciąć czer­wo­ną wstę­gę.

Za­śmia­łem się cicho, gdy przy­po­mnia­łem sobie ten mo­ment.

 – To moje za­pi­ski.

Oczy­wi­ście że tak. W końcu cała ta ga­le­ria po­wią­za­na jest z opie­ku­na­mi. Widać dla mnie też zna­la­zło się miej­sce. To był jeden z moich naj­więk­szych suk­ce­sów.

Wy­cią­gną­łem po­wo­li rękę i de­li­kat­nie do­tkną­łem ob­ra­zu.

Nad­cho­dzą­ca fala zmu­sza­ła do za­mknię­cia po­wiek, i tak samo jak po­przed­nia, po­cią­gnę­ła mnie ze sobą.

 

*

 

Naj­pierw za­pa­dła cisza – przej­ście świa­do­mo­ści w inne miej­sce. Potem za­czę­ły do­cie­rać do mnie dźwię­ki – nie­zli­czo­ne szep­ty i frag­men­ty roz­mów roz­cho­dzą­ce się echem po po­miesz­cze­niu. Wtedy zdo­ła­łem otwo­rzyć oczy.

Pierw­szym co zo­ba­czy­łem, była ol­brzy­mia syl­wet­ka prze­cho­dzą­ca tuż przede mną. Przez krót­ki czas śle­dzi­łem wzro­kiem gi­gan­ta o nie­pro­por­cjo­nal­nie dużym tor­sie, aż zna­lazł sobie miej­sce z do­god­nym wi­do­kiem.

Wszyst­ko tu było – hol z bal­ko­na­mi i sceną po­środ­ku, a nieco dalej, po­upy­cha­ne gdzieś po brze­gach targ i ja­dło­daj­nie. 

I ci wszy­scy lu­dzie. No może „lu­dzie” to za dużo po­wie­dzia­ne. Od dwój­ki błę­kit­no­skó­rych hu­ma­no­idów w ska­fan­drach, wy­po­sa­żo­nych w apa­ra­ty od­de­cho­we, przez bru­nat­ne, się­ga­ją­ce mi do kolan cher­la­we stwor­ki, prze­my­ka­ją­ce zwin­nie w gę­stym tłu­mie. Aż po tych, peł­za­ją­cych po ziemi ni­czym gą­sie­ni­ce. Zna­la­zło się też paru ludzi. I nie­mal każdy z nich wpa­try­wał się w czło­wie­ka na sce­nie.

Otwar­cie Sen­tiu­sa – wol­nej sta­cji ko­smicz­nej. Zbu­do­wa­na wolą i chę­cią zwy­kłych ludzi, któ­rzy wy­wal­czy­li sobie prawo, do stwo­rze­nia wła­sne­go miej­sca we wszech­świe­cie.

Obiekt ma wiel­kość prze­cięt­ne­go księ­ży­ca, po­sia­da wła­sny rząd, prawo i po­li­ty­kę. I stale wita no­wych przy­by­szów. Uchodź­ca, od­mie­niec, wy­rzu­tek – nie­waż­ne, bo Sen­tiu­sa stwo­rzo­no po to, by dawał schro­nie­nie.

„Nie ob­cho­dzi mnie kim byłeś, bo wcho­dząc na po­kład zo­sta­wiasz prze­szłość za sobą. A ci któ­rzy mają dobre chęci będą za­wsze mile wi­dzia­ni” – tak brzmia­ły słowa pierw­sze­go za­ło­ży­cie­la Mo­di­na, który po wielu la­tach pracy, do­cze­kał się by w końcu prze­ciąć tę prze­klę­tą wstę­gę.

– Sta­cję uwa­żam za otwar­tą! – ogło­sił star­szy męż­czy­zna na sce­nie.

Cichy dotąd lud od­po­wie­dział ra­do­sny­mi okrzy­ka­mi, ry­kiem i bra­wa­mi. Bo­wiem długo wy­cze­ki­wa­ny przez tak wielu mo­ment wresz­cie nad­szedł. Ze­bra­ło mi się na wspo­mnie­nia wi­dząc to po raz ko­lej­ny.

 – Hmm… to chyba było gdzieś tam – wy­mam­ro­ta­łem pod nosem, obie­ra­jąc wy­pa­trzo­ny kie­ru­nek.

Ma­sze­ro­wa­łem pod ta­ra­sa­mi, mając scenę z lewej. Z pra­wej zaś mi­ja­łem skle­py, z któ­rych więk­szość za­cznie funk­cjo­no­wać do­pie­ro jutro. Tego dnia trwa­ło świę­to, w związ­ku z czym wszy­scy tło­czy­li się gdzieś po­środ­ku placu. A przy­naj­mniej więk­szość, bo nadal można było tra­fić na przy­pad­ko­wych prze­chod­niów. Jak ten, który zaraz prze­tnie mi drogę. Omi­nąć go? Po co?

Szary, jajogło­wy chu­dzie­lec zda­wał się mną zu­peł­nie nie przej­mo­wać, a uła­mek se­kun­dy po tym jak dzie­li­ło nas pół kroku… Nic. Żad­ne­go kon­tak­tu, czy in­ne­go wra­że­nia, zwy­czaj­nie przez niego prze­sze­dłem.

Tę pro­jek­cję stwo­rzo­no na pod­sta­wie szcze­gó­ło­wych za­pi­sków. Jest ni­czym wię­cej, niż ucie­le­śnie­niem wspo­mnie­nia. A prze­cież nie na­ru­szysz ich, wpa­da­jąc na nie. Skoro już mowa o wspo­mnie­niach, to moje za­czę­ły wra­cać z nie­spo­ty­ka­ną dotąd siłą.

Za­trzy­ma­łem się przy za­mknię­tym jesz­cze barze. Gdyby nie to, że znaj­do­wał się we­wnątrz sta­cji, można by stwier­dzić iż stał na otwar­tym po­wie­trzu. Je­dy­nym po­miesz­cze­niem, skry­wa­ją­cym się za ścia­ną była kuch­nia, po­łą­czo­na z okien­kiem słu­żą­cym do od­bie­ra­nia za­mó­wień. Sto­li­ki i sie­dze­nia zaś znaj­do­wa­ły się na wol­nej prze­strze­ni, na­le­żą­cej do jed­ne­go holu. Ten lokal jesz­cze nie funk­cjo­no­wał, więc na próż­no szu­kać tu klien­tów.

A jed­nak, z któ­re­goś ciem­ne­go kąta do­bie­gał nie­prze­rwa­ny od­głos skro­ba­nia. Ktoś zaj­mo­wał sa­mot­nie jeden sto­lik – męż­czy­zna o krót­kich, ciem­nych wło­sach. Ze stro­ny, z któ­rej przy­sze­dłem nie było widać twa­rzy, a tym, co rzu­ca­ło mi się w oczy, to jego płaszcz. Czar­ny, długi ze srebr­ny­mi ha­fta­mi. Pro­ste, za­krzy­wio­ne i po­skrę­ca­ne linie, wi­ją­ce się po ple­cach ni­czym pną­cza. Za­sze­dłem go od dru­giej stro­ny, by móc mu się le­piej przyj­rzeć.

Nie wy­glą­dał na star­sze­go, niż trzy­dzie­ści lat i zda­wał się cał­kiem po­chło­nię­ty no­to­wa­niem w opra­wio­nym w skórę tomie. Choć za­rów­no jego dys­kret­ny uśmiech, jak i zmru­żo­ne ką­ci­ki po­wiek su­ge­ro­wa­ły szcze­rość i po­god­ny na­strój, tak same oczy zda­wa­ły się puste, znu­dzo­ne i nie­obec­ne.

 – Ja tak wy­glą­dam? – sko­men­to­wa­łem, wpa­tru­jąc się w wizję wła­snej osoby. – Może z prze­pra­co­wa­nia?

Co jakiś czas prze­rzu­ca­łem wzrok na scenę i skru­pu­lat­nie za­pi­sy­wa­łem ostat­ni roz­dział księ­gi.

Trud­ne po­cząt­ki Sen­tiu­sa do­bie­ga­ły końca, po­dob­nie jak mój pobyt tutaj. Szko­da, bo choć nie­wie­le mia­łem do zro­bie­nia, to czas spę­dzo­ny jako ob­ser­wa­tor rów­nież mnie za­do­wa­lał.

 – Halo! Ktoś tu jest!? – krzyk­nął ktoś ni­skim, chro­po­wa­tym gło­sem.

Wpierw skoń­czy­łem wer­set, a do­pie­ro potem wy­chy­li­łem nos znad dzien­ni­ka, by zo­ba­czyć kto wołał. Wła­ści­ciel głosu zdą­żył mnie w tym cza­sie do­strzec i po­czła­pał do sto­li­ka, który zaj­mo­wa­łem.

Isto­ta znacz­nie prze­ra­sta­ła mnie, za­rów­no wzro­stem, jak i masą, dla­te­go chcąc spoj­rzeć jej w oczy, mu­sia­łem mę­czą­co za­dzie­rać głowę. Całe jego bru­nat­ne ciało po­kry­wał na­tu­ral­ny pan­cerz, po czę­ści rów­nież na twa­rzy, przez co trudno było wy­czy­tać z niej ja­ką­kol­wiek eks­pre­sję.

 – Lokal dziś za­mknię­ty, ale tam można się napić. – Wska­zał na sto­isko po prze­ciw­nej stro­nie holu.

Pod­czas tego gestu, zwró­ci­łem uwagę na licz­ne bli­zny na jego ra­mio­nach, i na te bar­dziej dys­kret­ne, na szyi.

 – Tak, wiem – od­par­łem uprzej­mie – ale tutaj mogę się sku­pić na pracy.

Choć z ze­wnątrz nie wy­da­wał się w żaden spo­sób prze­ję­ty, to wy­czu­wa­łem jego za­kło­po­ta­nie, wy­mie­sza­ne z nutą po­li­to­wa­nia.

 – Pra­co­wać w taki dzień? A co za praca jest taka pilna? – spy­tał, spo­glą­da­jąc na księ­gę przede mną.

Za­wa­ha­łem się przed od­po­wie­dzią. Prze­cież nie po­wiem, że spi­su­ję in­ge­ren­cję po­nadna­tu­ral­ne­go bytu w losy świa­ta. Z dru­giej stro­ny…

– Piszę dzien­nik. Za­pi­su­ję w nim ostat­nie wy­da­rze­nia, oraz mój wkład w nie.

– Hmm… Twój wkład, co? – Od­su­nął od sto­li­ka dru­gie krze­sło, na­prze­ciw mnie i przy­siadł się bez py­ta­nia. – Nie mów, że je­steś za­ło­ży­cie­lem.

– Można tak po­wie­dzieć.

 Miano za­ło­ży­cie­la przy­słu­gu­je tym, któ­rzy mieli wpływ na po­wsta­wa­nie sta­cji sprzed okre­su osie­dla­nia. Jest ich kil­ku­dzie­się­ciu i każdy cie­szy się tu wiel­kim sza­cun­kiem.

 – A niech mnie! Czym się zaj­mo­wa­łeś?

 – Ja? Od­by­łem długą roz­mo­wę w barze i zo­sta­wi­łem tam spory na­pi­wek.

Za­milkł na mo­ment w ocze­ki­wa­niu na dal­szą wy­po­wiedź. Ale się nie do­cze­kał.

 – Tylko tyle?

 – Ow­szem. Bo wi­dzisz, cza­sem wy­star­czy tylko tyle. – Na­stą­pi­ła krót­ka pauza, którą po­sta­no­wi­łem do­peł­nić. – No i za­wsze gdzieś tam sta­łem z boku. Czu­wa­jąc, czy wszyst­ko się ukła­da jak na­le­ży.

 – Nie żebym ci nie wie­rzył… ale nie ku­pu­ję tego.

Wstał i niby roz­cza­ro­wa­ny od­szedł od sto­li­ka, lecz ku mo­je­mu zdzi­wie­niu, nie po­szedł do ba­wią­ce­go się tłumu, a w stro­nę za­ple­cza.

Za­świe­ci­ły się lampy i przez mo­ment sły­chać było pra­cu­ją­ce ma­szy­ny, a ja nie od­wra­ca­łem wzro­ku od okien­ka, z któ­re­go do­cho­dzi­ło świa­tło. Chwi­lę póź­niej wró­cił, z dwoma peł­ny­mi ku­fla­mi.

 – Na koszt za­kła­du – po­wie­dział, sta­wia­jąc kufel na sto­li­ku.

 – To twój lokal?

 – A mój – od­parł z dumą w gło­sie. – Wresz­cie będę mógł go otwo­rzyć. Morel je­stem – przed­sta­wił się, wy­cią­ga­jąc wiel­ką dłoń.

 – Le­tha­nel – od­par­łem i wy­mie­ni­łem z nim uścisk. – Muszę przy­znać, nie spo­dzie­wa­łem się tu gro­dia­ni­na. My­śla­łem, że wasz lud trwa w ak­tyw­no­ści bo­jo­wej.

Morel prych­nął szy­der­czo.

– Ład­nie żeś to na­zwał. Tak, cią­gle to­czy­my wojny. – Prze­rwał, by po­cią­gnąć głę­bo­ki łyk z kufla. – Wła­śnie dla­te­go tu je­stem. Mia­łem tego dość.

Idąc jego śla­dem, rów­nież za­czą­łem upi­jać trunek w mię­dzy­cza­sie. Nie­zbyt gorz­ka, z przy­jem­nym po­sma­kiem, dobra.

 – Czyli zde­zer­te­ro­wa­łeś.

 – Tylko nie myśl sobie, że je­stem ja­kimś tchó­rzem! Nie­jed­no prze­sze­dłem żeby się tu do­stać, a i tak nie jest to naj­bez­piecz­niej­sze miej­sce w ko­smo­sie. Wiele nacji tylko czeka, by po­ło­żyć tu swoje chci­we pa­lu­chy w taki czy inny spo­sób. Dla­te­go mówię ci, jak sta­cji coś za­gro­zi, to od razu chwy­tam za ka­ra­bin.

 – Cie­ka­we, że naj­pierw ucie­kasz przed wojną, a teraz je­steś go­to­wy na ko­lej­ną.

 – O coś w końcu trze­ba wal­czyć – od­parł, do­pi­ja­jąc resz­tę piwa. Gdy opróżnił kufel, ze­rwał się na równe nogi i od­sta­wił krze­sło na miej­sce. – Ja się już będę zbie­rał. Jutro pierw­szy dzień pracy! – krzyk­nął trium­fal­nie.

 – Po­wo­dze­nia.

I znów zo­sta­łem je­dy­ną osobą w tym barze. Spo­glą­da­jąc na wpół na­po­czę­ty tru­nek, się­gną­łem po swoją por­cję, po czym wy­pi­łem wszyst­ko jed­nym hau­stem. Na­stęp­nie prze­su­ną­łem kufel, a na jego miej­scu po­ło­ży­łem dzien­nik. Wy­ją­łem pióro spo­mię­dzy stro­nic, w miej­scu, gdzie uprzed­nio prze­rwa­łem i za­czą­łem do­pi­sy­wać koń­co­wy frag­ment. Nie za­po­mi­na­jąc oczy­wi­ście o życz­li­wym wła­ści­cie­lu.

Te wy­da­rze­nia miały miej­sce setki lat temu. Przy­cho­dząc tu, za­sta­na­wia­łem się, czy od tamtego czasu zaszła we mnie jakaś zmiana. Nie, nawet najmniejsza. Je­stem jedną z nie­wie­lu osób, dla któ­rych czas nie ma więk­sze­go zna­cze­nia. Wszech­świat się sta­rze­je, zmie­nia. Jego ele­men­ty prze­mi­ja­ją i po­pa­da­ją w za­po­mnie­nie. Ja się nie zmie­niam i nie za­po­mi­nam.

Jako opie­kun, je­stem ska­za­ny na pa­trze­nie, jak wszyst­ko wokół mnie, prę­dzej czy póź­niej ginie i po­pa­da w ruinę. Nie chcia­łem, by ktoś za­uwa­żył u mnie te chwi­le żalu i me­lan­cho­lii. My­śla­łem, że nie da­wa­łem po sobie ni­cze­go po­znać. Ale zaproszenie Oriasza i po­ka­zywanie tego wszystkiego jest do­wo­dem, że przy­naj­mniej on mnie przej­rzał.

Stwo­rzy­łem drzwi wyj­ścio­we z ob­ra­zu, szyb­ciej i spraw­niej. Po­ja­wi­ły się przede mną – cięż­kie, dę­bo­we z geo­me­trycz­ny­mi wy­żło­bie­nia­mi. Wy­glą­da­ły, jakby za­wi­sły w po­wie­trzu, pro­wa­dząc do­ni­kąd. Chwy­ci­łem klam­kę, ale jesz­cze zanim wy­sze­dłem, spoj­rza­łem za sie­bie by jesz­cze raz uchwy­cić tę sce­ne­rię – hol z wy­so­kim su­fi­tem i bal­ko­na­mi pod nim, pod­pi­ci miesz­kań­cy, któ­rych dzie­li krok, od wy­wo­ła­nia burdy, oraz ta jedna je­dy­na po­stać z książ­ką, po­zo­sta­ją­ca w cie­niu.

Po­cią­gną­łem za klam­kę i prze­sze­dłem przez drzwi. Wszyst­kie wra­że­nia stop­nio­wo za­ni­ka­ły – dźwię­ki, za­pa­chy, wi­do­ki, jak­bym za­pa­dał w sen, gdy w rze­czy­wi­sto­ści się z niego budzę.

 

*

 

Otwo­rzy­łem oczy, gdy świa­do­mość nagle po­wró­ci­ła do mo­je­go ciała. Znów byłem w ga­le­rii, przed obrazem przed­sta­wia­ją­cym Sen­tiu­sa. Za­bra­łem rękę od płót­na i po­grą­żo­ny w my­ślach ru­szy­łem dalej, w głąb ko­ry­ta­rza. Nawet nie oglą­da­łem już po­roz­wie­sza­nych wokół dzieł. Uwa­żam że, wi­dzia­łem dość. A skoro tak, to na mnie już czas.

 – Oria­szu – za­wo­ła­łem.

Wpierw od­po­wie­dzia­ła mi je­dy­nie głu­cha cisza, więc po­cze­ka­łem jesz­cze chwi­lę, aż kilka kro­ków przede mną, ry­so­wa­ły się kon­tu­ry zna­jo­mej po­sta­ci.

 – Już skoń­czy­łeś? – spy­tał gdy stał się w pełni wi­docz­ny. – Być może się po­wta­rzam, ale jak wra­że­nia?

 – Na­praw­dę dobre. Wró­ci­ło mi sporo mi­łych wspo­mnień.

Oriasz nie wy­glą­dał na prze­ko­na­ne­go.

 – Nie tak wy­glą­da osoba w do­brym hu­mo­rze. Prę­dzej przy­gnę­bio­na. W czym pro­blem?

 – To nie wina two­ich ob­ra­zów. Po pro­stu… tak wiele prze­pa­dło…

Przez mo­ment za­czą­łem wra­cać my­śla­mi do na­po­tka­nych ob­ra­zów i ksiąg.

 – Jakie to ma zna­cze­nie? – spy­tał Oriasz, bru­tal­nie ścią­ga­jąc mnie tym do rze­czy­wi­sto­ści.

 – Słu­cham?!

 – Żadne – od­po­wie­dział na swoje py­ta­nie, per­fid­nie mnie ole­wa­jąc. – Świa­ty się zmie­nia­ją, lu­dzie giną. Za­wsze tak było. Nie ma sensu zaj­mo­wać się tym co mi­nio­ne.

 – I mówi to Opie­kun ko­ro­ny? Ar­chi­wi­sta!? Prze­szłość to twoja praca. Skoro nie ma ona war­to­ści, to niby po co tu je­steś?

 – My­ślisz, że TO jest moja praca? My­śla­łeś, że dla­te­go tu tkwię? Tak do­świad­czo­ny opie­kun już po­wi­nien to roz­gryźć.

 – Niby co? – rzu­ci­łem wy­zy­wa­ją­co. Nie dam się wcią­gnąć w takie pier­do­ły jak „znajdź swoją od­po­wiedź”, „kie­dyś zro­zu­miesz”. Za stary na to je­stem. Jak ma coś mówić, to niech powie. – Ar­chi­wum gro­ma­dzi wie­dzę i in­for­ma­cję. Gdy jeden z nas bę­dzie ich po­trze­bo­wał, ty prze­ka­zu­jesz je dalej – do­da­łem by miał punkt od­nie­sie­nia.

 – To nie­peł­ne twier­dze­nie.

 – Więc pro­szę, oświeć mnie.

 – Aleś ty upar­ty. – Oriasz zwró­cił się do mnie ple­ca­mi i pod­szedł do ścia­ny z ob­ra­za­mi i oparł na niej prawą rękę.

 – To co po­wie­dzia­łeś jest oczy­wi­ście praw­dą, ale nie taki przy­świe­ca mi cel. Ja nie gro­ma­dzę in­for­ma­cji by roz­pa­mię­ty­wać prze­szłość, tylko by za­cho­wać naszą toż­sa­mość. Dłu­gie życie wiąże się z pew­ny­mi kon­se­kwen­cja­mi. Im dłu­żej ono trwa, tym bar­dziej od­da­la­my się od śmier­tel­ni­ków, któ­ry­mi nie­gdyś by­li­śmy. Od tych, któ­rych wy­bra­ło Wszech­drze­wo. Umysł od­rzu­ca pa­mięć, a serce blak­nie z emo­cji. Dla­te­go tu je­stem.

Oriasz kro­czył po­wo­li wśród swo­ich dzieł, nie od­ry­wa­jąc ręki od ścia­ny.

 – Przy­po­mi­nam im ból, przy­po­mi­nam im ra­dość i smu­tek, suk­ces i po­raż­kę. – Okre­śle­nia ko­lej­no pa­da­ły ile­kroć choć­by tylko mu­snął ko­lej­ny ob­ra­z. Czy to dla­te­go mnie tu ścią­gnął? Bo myśli, że po­trze­bu­ję te­ra­peu­ty? Jeśli tak, to się ob­ra­żę.

 – A co naj­waż­niej­sze… – wtedy za­trzy­mał się, zdjął ze ścia­ny jeden z ob­ra­zów i przy­szedł z nim do mnie – przy­po­mi­nam o tym, co dla nas naj­droż­sze.

Oriasz podał mi obraz, a ja przy­ją­łem go by móc mu się przyj­rzeć.

Pa­trzy­łem na scenę, któ­rej w życiu nie wi­dzia­łem. I kom­plet­nie zi­gno­ro­wa­łem pra­wie całe płót­no, oprócz jed­ne­go ele­men­tu.

Zo­ba­czy­łem swoją wła­sną twarz, w naj­bar­dziej mdłym i bez­tro­skim uśmie­chu jaki mia­łem oka­zję oglą­dać. W oto­cze­niu ludzi, któ­rych znam albo i nie.

– Oria­szu, to się nigdy nie wy­da­rzy­ło – za­uwa­ży­łem scep­tycz­nie.

– Wiem. I nigdy nie wy­da­rzy się w prze­szło­ści, ale w przy­szło­ści – kto wie?

My­śla­łem chwi­lę o jego sło­wach, ob­ra­zie i ich zna­cze­niu. I gwa­ran­tu­ję, że swo­jej gęby nigdy tak nie wy­krzy­wię. Ale chyba fak­tycz­nie coś sobie przy­po­mnia­łem. Czas dużo mi ode­brał, ale tak długo jak ist­nie­ję, na­le­ży on do mnie.

 – Dzię­ki Oria­szu.

Ten nagle zmru­żył oczy i wy­szcze­rzył się chy­trze. Jak­bym wła­śnie na­ci­snął ma­gicz­ny guzik zmie­nia­ją­cy na­strój.

 – Drob­nost­ka. Mnie­mam, iż to ja teraz pro­wa­dzę.

Spoj­rza­łem na niego tro­chę zbity z tropu, by w na­stęp­nej chwi­li buch­nąć śmie­chem. Całe to zwie­dza­nie… by wy­świad­czyć mi przy­słu­gę. Nie do wiary. Uspo­ko­iłem się i wzią­łem głę­bo­ki wdech. Potem znów spoj­rza­łem na Oria­sza, ko­men­tu­jąc jego wy­stę­pek jed­nym krót­kim zda­niem.

 – Ty ośli­zgły ga­dzie.

Koniec

Komentarze

Hej i dlaczego zniknęły stąd moje komentarze? Dodałeś na nowo opko i skatiowałeś to poprzednie?

entropia nigdy nie maleje

Dlaczego usunales tekst i dodałes ponownie?

Z tego co widziałam, opowiadanie dodało się nisko na liście ze starą datą publikacji, więc autor – bardzo słusznie – wrzucił je na nowo.

Dziękuję za wyjaśnienie Silva. Nie jestem pewny, możliwe że to ja coś spaprałem wcześniej przy umieszczaniu tekstu. Ale jak opowiadanie wyskoczyło z datą sprzed ponad dwóch tygodni, to mało kto by je zauważył. Jak już napisałem w przedmowie “Przepraszam osoby, które wstawiły komentarz”.

Spoczko po prostu się zdziwiłem :)

entropia nigdy nie maleje

Konradzie dawno nie czytałem czegoś równie dobrego. Poprawiłeś mi humor. 

+Za horyzontem

Bardzo mnie to cieszy:)

Hej!

Zbierałam się od kilku dni do czytania, ale tyle czasu przed komputerem w pracy, a później jeszcze czytanie na ekranie…

ALe do rzeczy :)

Odwróciłem się i obrzuciłem wzrokiem moją salę

Naprawdę specem od gramatyki nie jestem i zakładam, że “moją” salę jest celowo, ale bardzo rzuca się w oczy i wytrąca. Chyba rozumiem zamysł, ale na mnie zadziałało negatywnie?

Opowiadanie mi się spodobało, sam zamysł z archiwum skojarzył mi się trochę z Magicians i biblioteką, która się tam pojawiła. Oglądanie samego siebie we wspomnieniach yes 

Oriasz wzbudza ciekawość i przyznam się szczerze, zapisał się w mojej głowie lepiej niż główny bohater. Był nieco bardziej, hmm [długie szukanie właściwego słowa] wyrazisty?

 

To do czego chciałabym się jednak przyczepić:

– czytając miałam wrażenie, że jest to część czegoś większego i choć nie miałam problemu z odnalezieniem się w opowiadaniu, to jednak dało się to odczuć (piszesz, że zamknięte ale jednak);

– to już może być stricte kwestia gustu, ale zabrakło mi tu czegoś, wydaje mi się, że nieco więcej akcji, czegoś bardziej wyrazistego, po czym zapadłoby mi w pamięć; opowiadanie jest napisane w spokojnej, lekko melancholijnej tonacji (przynajmniej ja je tak odebrałam) i brakło mi czegoś mocniejszego, choć niestety nie potrafię określić czego;

– zainteresował mnie wątek jednej opiekunki i dziecka, które straciła; było oczywiste, że kryje się tu jakaś historia i szkoda, że tego nie rozwinąłeś.

 

Podsumowując podobało mi się.

+Shanti

Wiesz, oglądałem kiedyś Magicians(dziwne to było…), ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć tego archiwum.

Oriasz wzbudza ciekawość i przyznam się szczerze, zapisał się w mojej głowie lepiej niż główny bohater.

Oriasz to kozak, choć z wierzchu nie widać. W opowiadaniu Lethanel (tym razem) przedstawia bardziej świat wokół siebie niż siebie samego. To może być powód.

czytając miałam wrażenie, że jest to część czegoś większego i choć nie miałam problemu z odnalezieniem się w opowiadaniu, to jednak dało się to odczuć

Oj tak, oj tak. Muszę popracować nad dawkowaniem informacji. Raz za dużo, raz za mało.

Ale moje Wszechdrzewko rośnie:)

to już może być stricte kwestia gustu, ale zabrakło mi tu czegoś, wydaje mi się, że nieco więcej akcji, czegoś bardziej wyrazistego, po czym zapadłoby mi w pamięć; opowiadanie jest napisane w spokojnej, lekko melancholijnej tonacji

Tylko czekaj i patrz. Głowę daję że jeszcze niejedna osoba powie coś podobnego. Ale w sumie miało być melancholijne. A słowo, którego szukałaś, to zdaje się konflikt.

zainteresował mnie wątek jednej opiekunki i dziecka, które straciła; było oczywiste, że kryje się tu jakaś historia i szkoda, że tego nie rozwinąłeś.

Jeszcze rozwinę, i to na całe opowiadanie:). Fakt, mam tu całą historię, ale w limicie 28 tys. znaków(przekroczonym) nie można zamieścić wszystkiego. Co jakiś czas wrzucam takie easter eggi, które potem będą mieć swoje momenty.

 

 

Konrad, tak to było dziwny serial, dlatego nigdy nie skończyłam. Znalazłam jedno zdjęcie, ale to chyba nie oddaje tego… w każdym razie była to biblioteka w świecie chyba pośrednim, gdzie były bramy do innych światów… :D pewnie stąd skojarzenie.

THE MAGICIANS Recap: 'The Girl Who Told Time' Finally Injects Hope into Season 2 – Nerdist

 

Oriasz to kozak, choć z wierzchu nie widać. W opowiadaniu Lethanel (tym razem) przedstawia bardziej świat wokół siebie niż siebie samego. To może być powód.

Tak, to chyba zdecydowanie to. 

 

Tylko czekaj i patrz. Głowę daję że jeszcze niejedna osoba powie coś podobnego. Ale w sumie miało być melancholijne. A słowo, którego szukałaś, to zdaje się konflikt.

Pewnie masz rację, to w połączeniu z tym poczuciem, że jest to część większej całości. 

 

Saro, uwielbiam te twoje grafiki w komentarzach:)

Czy swiat posredni nie byl w Mrocznej Wiezy Kinga? PS. Ja oddaje moj glos w tym konkursie na grafiki Sary :)

Silvan dlatego pisałam chyba, ale na pewno były tam bramy do innego świata . cool

 

Co do Kinga, czytałam Mroczną Wieżę tak dawno temu, że nawet nie próbuję się zgadzać lub nie.

Ogólnie mi się podobało (duży plus za motyw archiwum), ale też brakowało mi tego konfliktu. Znaczy nawet czułem tę specyficzną rywalizację między Lethanelem i Oriaszem, ale może nieznajomość innych opowiadań z tego uniwersum uniemożliwiała mi dobre wyczucie kontekstu.

Mam wrażenie, że brakuje przecinków, wymienię kilka:

I to jest historia(+,) którą warto zgłębiać.

 

Zaśmiałem się cicho(+,) gdy przypomniałem sobie ten moment.

 

Wszystkie wrażenia stopniowo zanikały – dźwięki, zapachy, widoki, jakbym zapadał w sen(+,) gdy w rzeczywistości się z niego budzę.

 

I gwarantuję(+,) że swojej gęby nigdy tak nie wykrzywię.

 

Wiele nacji tylko czeka(+,) by położyć tu swoje chciwe paluchy w taki czy inny sposób.

W poniższym fragmencie drobnostka redakcyjna: oba pytania w kontekście dialogu znaczą to samo, przekazują tę samą informację i dają ten sam efekt (rozmówca wyjaśnia, co miał na myśli). Gdyby usunąć jedno z nich, dialog toczyłby się w ten sam sposób.

– To znaczy? – Skrzyżował ręce. – Mógłbyś rozwinąć?

+PanDomingo

Dziękuję za pomoc z przecinkami, powoli zaczynam je wyczuwać:)

 ale może nieznajomość innych opowiadań z tego uniwersum uniemożliwiała mi dobre wyczucie kontekstu.

I tak, i nie. Pierwszy raz umieściłem Oriasza w opowiadaniu.

Prowadzę pewien specyficzny, a zarazem ryzykowny model opowiadań. Są trochę jak puzzle, jedno często nawiązuje do drugiego, leżącego obok. Jednak wciąż napisałem ich niewiele, w stosunku do tego, co mam w głowie i w planach. Mam dosłownie całą listę koncepcji i odniesień. 

Więc jedyną osobą odpowiedzialną za ewentualne kłopoty w odbiorze jestem ja.

Mam podobne wrażenia, co moi poprzednicy – czuć, że opowiadanie stanowi część czegoś większego, że brakuje mi jakiejś wiedzy przy lekturze, a zakończenie nie dopina wszystkich wątków i nie mówi wystarczająco wiele o bohaterach. Co nie zmienia faktu, że tekst jest bardzo dobrze napisany :) Pomysł ze światami-obrazami bardzo intrygujący. 

Drobnostki do poprawy:

– I po co robiłeś mi nadzieję? – Westchnąłem myśląc o bladołuskim bibliotekarzu. 

Nie mniej, doceniam że uchylił tego rąbka tajemnicy.

– I po co robiłeś mi nadzieję? – Westchnąłem, myśląc o bladołuskim bibliotekarzu. 

Niemniej doceniam, że uchylił tego rąbka tajemnicy.

– Niby co? – rzuciłem wyzywająco. Nie dam się wciągnąć w takie pierdoły jak "znajdź swoją odpowiedź", "kiedyś zrozumiesz".

Tu powinny być polskie cudzysłowy („”).

 

Interpunkcji nie wypisywałam, ale możesz jeszcze spojrzeć pod tym kątem na tekst, szczególnie na braki przecinków przed „który” w kilku miejscach ;)

 

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

+nati-13-98

Dziękuję za odwiedziny, komentarz i uwagi.

Fabuła jest jaka jest i już za późno na zmiany. Uznałem to ciekawy pomysł – przedstawić daną część mojego multiwersum, opisać zamknięty wątek (rywalizacja), i zostawić kilka kwestii wyobraźni czytelników. Ale chyba zamiast ciekawości, zostawia niedosyt.

 

Cześć, Konradzie :) Kurczę, mam problem z tym Twoim opowiadaniem, bo czytało się naprawdę nieźle i wiele wątków mnie bardzo zaciekawiło, ale pomyślałem sobie, że o wątkach tych zaledwie wspominasz i nic nie rozwijasz, pozostawiając czytelnika z poczuciem niedosytu. Na przykład kwestia Mediusa-Merlina albo Wellany, która straciła podopieczną z powodu działań głównego bohatera. Jest jeszcze wątek planety Aldrah i samego głównego bohatera, gdzie nie na wszystkie pytania poznałem odpowiedź (chociaż tym akurat tematom poświęcasz całkiem dużo miejsca).

Krótko mówiąc: mam wrażenie, że każdy z tych wątków zasługiwałby na osobne opowiadanie. Miałem wrażenie, że czytałem zaledwie wstęp do nawet ciekawej, ale jednak powieści i zostałem na końcu z poczuciem niedosytu. 

Z plusów: fajna kreacja świata, spora wyobraźnia i całkiem zręczne przelewanie pomysłów na papier. Podoba mi się konstrukcja bohaterów i kreowanie rywalizacji pomiędzy Oriaszem i Lethanelem. 

Widzę, że masz w planach tworzenie kolejnych opowiadań w tym uniwersum/rozwinięcie tego, co tu przeczytaliśmy – daj znać, jak coś wrzucisz, bo bardzo chętnie przeczytam ;)

 

Co do wykonania: nie jest źle, ale uważam, że tekst wymagałby ponownego przejrzenia pod kątem przecinków. W niektórych miejscach jest ich za dużo, w innych boleśnie mało, ale ja nie podejmę się wskazania, gdzie i co, bo mogłoby być tylko gorzej – nie jestem mistrzem interpunkcji :) Czasami zdarzają się niepotrzebne zaimki i niektóre zdania można byłoby sklecić lepiej. Poniżej lista tego, co mi rzuciło się w oczy. Mam nadzieję, że którąś z propozycji uznasz za użyteczną.

 

Nie ukrywam, że czuje z tego powodu niejaką dumę.

Powinno być czuję.

 

Pogrążony w myślach, zacząłem iść jedną z alejek archiwum, przez coraz starsze zapiski.

Czy można iść przez coraz starsze zapiski? Trochę sobie to skróciłeś :D Proponowałbym Pogrążony w myślach, zacząłem iść jedną z alejek archiwum, skrywającą coraz to starsze zapiski. 

 

– Oriaszu. – Skinąłem mu głową na powitanie, a on odpowiedział tym samym(+.) – Tak, już skończyłem.

Brakuje kropki po samym. 

 

Nagle Oriasz szybkim ruchem ręki zatrzymał kartki na jednej ze stron.

Zatrzymać kartki na jednej ze stron – nie brzmi to najlepiej na świecie :D A co, gdyby zrezygnować z tej końcowej części zdania? Nie straci ono swojego sensu.

 

Na jeden dźwięk wydawany przez kryształ nieopodal, odpowiadało mu kilka innych różnym tonem.

Gdyby wywalić stąd zaimek, zdanie brzmiałoby tak samo. Generalnie należy unikać zaimków tam, gdzie nie są one absolutnie niezbędne. 

 

Pewnego razu, olbrzymi meteor uderzył z impetem o ziemię, niosąc ze sobą zalążek nowego życia. Nie od razu, ale po kilku mileniach, zalążek przybrał swoją ostateczną formę – tę, którą mam okazję teraz oglądać.

Tutaj przydarzyły się powtórzenia. Jest jeszcze zalążek, no ale to celowe i chyba może zostać :P Może Na samym początku olbrzymi meteor uderzył z impetem o ziemię, niosąc ze sobą zalążek nowego życia. Nie od razu, po kilku mileniach, zalążek ten przybrał swoją ostateczną formę…

 

Wyrwane z rodzimej ziemi, zabrane z dala od jedynego słońca pod którym mogły żyć, ich rodzaj zaczął wymierać.

Coś się zaplątało. Może na końcu …zaczęły wymierać, bo chodzi przecież o te wyrwane z rodzimej ziemi istoty.

 

Każda iluzja polega przede wszystkim na oszukiwaniu umysłu. Zatem teoretycznie mogę przerwać trans, podsuwając mu odpowiednią sugestię.

Zmieniłbym szyk drugiego zdania, tak żeby było jasne, że uwaga o podsuwaniu sugestii została bezsprzecznie powiązana z umysłem. Każda iluzja polega przede wszystkim na oszukiwaniu umysłu. Zatem podsuwając mu odpowiednią sugestię, mogę przerwać trans.

 

Tak więc, spośród wszystkich swoich współpracowników, znam raptem kilku.

Rozważyłbym zasadność słowa swoich w tym zdaniu ;)

 

Opiekunce na imię Wellana, i choć nie są rodziną, to były sobie równie bliskie. 

 

 

 

 

Kto nie jest sobie równie bliski? Może Opiekunka nazywała się Wellana. Choć postacie z obrazu nie były rodziną, połączyły je równie zażyłe więzi.

 

Oczy miała szeroko otwarte, lecz nie skupiała ich na niczym szczególnym.

Nie jestem do końca pewny, czy oczy można na czymś skupiać, na pewno za to można skupiać wzrok. Co, gdyby napisać tak: Oczy miała szeroko otwarte, lecz nie skupiała wzroku na niczym szczególnym.

 

Pod nią, po brzegach okręgu znajdowały się balkony, osadzone na każdym piętrze

Może na brzegach, albo na obrzeżach?

 

Uchodźca, odmieniec, wyrzutek nieważne, bo Sentiusa stworzono po to, by dawał schronienie.

Proponuję: Uchodźca, odmieniec, wyrzutek – nieważne, bo Sentiusa stworzono po to…

 

Zebrało mi się na wspomnienia widząc to po raz kolejny.

Proponuję: Zebrało mi się na wspomnienia, gry zobaczyłem to po raz kolejny.

 

Szary, owalogłowy chudzielec zdawał się mną zupełnie nie przejmować, a ułamek sekundy po tym jak dzieliło nas pół kroku…Nic.

Nie znalazłem w słowniku czegoś takiego, jak owalogłowy. Może okrągłogłowy? Dodatkowo brakuje spacji przed Nic. 

 

Jest niczym więcej niż ucieleśnieniem wspomnienia. A przecież nie naruszysz ich, wpadając na nie.

Nie naruszysz ich – czyli czego? Dodatkowo drugie zdanie skonstruowałeś w trudny sposób, który wymaga dwóch zaimków :P Może w związku z tym Jest niczym więcej, jak tylko ucieleśnieniem wspomnienia, którego przecież nie możesz naruszyć wpadając nań. 

 

Gdyby nie to, że znajdował się wewnątrz stacji, można by stwierdzić iż stał na otwartym powietrzu, gdyż jedynym pomieszczeniem, skrywającym się za ścianą była kuchnia, połączona z okienkiem służącym do odbierania zamówień.

Rozbiłbym to na dwa zdania. Gdyby nie to, że znajdował się wewnątrz stacji można by stwierdzić, iż stał na otwartym powietrzu. Jedynym pomieszczeniem ukrytym za ścianą była kuchnia, połączona z okienkiem służącym do odbierania zamówień. 

 

Ze strony, z której przyszedłem nie było widać twarzy, a tym co rzucało mi się w oczy, to jego płaszcz.

W drugiej części zdania brakuje orzeczenia. A co, gdyby zapisać to tak: Ze strony, z której przyszedłem nie było widać twarzy. Rzucił mi się w oczy jego płaszcz. 

 

Zaszedłem go od drugiej strony, by móc mu się lepiej przyjrzeć.

Zdanie niczego nie straci na wywaleniu przekreślonego słowa ;)

 

– A mój – odparł z dumą w głosie. – Wreszcie będę mógł go otworzyć. Morel jestem – przedstawił się wyciągając wielką dłoń.

– Lethanel – odparłem i wymieniłem uścisk dłoni.

Proponuję: – Lethanel – odparłem i wymieniłem z nim uścisk.

 

odparł dopijając resztę piwa. Gdy mu się skończyło, zerwał się na równe nogi i odstawił krzesło na miejsce.

Niezbyt fortunnie brzmi pogrubiona część. Może: Gdy opróżnił kufel, zerwał się na równe nogi i odstawił…

 

Przychodząc tu, zastanawiałem się czy w ogóle zmieniłem się jakoś od tamtego czasu.

Dwa się bardzo blisko siebie ;p Może Przychodząc tu dumałem, czy w ogóle…

 

Ale to, że Oriasz mnie tu zaprosił i pokazuje mi to wszystko jest dowodem, że przynajmniej on mnie przejrzał.

Zaimkoza. Proponuję przeredagować w sposób następujący: Ale zaproszenie Oriasza i pokazanie tego wszystkiego jest dowodem, że przynajmniej on mnie przejrzał.

 

Otworzyłem oczy, gdy świadomość nagle powróciła do mojego ciała. Znów jestem w galerii, a przed oczami znów mam obraz przedstawiający Sentiusa. Zabrałem…

Coś dziwnego stało się z czasem. Znów byłem w galerii, a przed oczami miałem obraz przedstawiający Sentiusa. 

 

Pozdrawiam Cię serdecznie,

Amon :) 

 

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Witam jurora.

+AmonRa, dzięki za propozycje, były bardzo pomocne.

A jeśli mowa o uniwersum, to faktycznie, na wiele z tych wątków mam dość wyraźne historie. Trzeba tylko napisać ;)

Mam jakieś 2/3 kolejnego opowiadania (ok.40tys. znaków) – więcej akcji, mniej pytań bez odpowiedzi i więcej konfliktu.

Ciekawy motyw z obrazami, przenoszeniem się przez nie do innych “światów”. Same scenki również ładne i wzbudzające chęć dalszego ciągu. Podobała mi się planeta rozgrabionych kryształów. Pod kątem wyobraźni jestem usatysfakcjonowany.

Problemem jest brak fabuły. Cały plan archiwisty poznajemy na końcu, ale nie wybrzmiewa on zupełnie podczas lektury. Scena, świat, scena, świat, koniec. To wygląda na fragment i może takie było Twoje założenie, ale jako jednolite samodzielne opowiadanie nie wyszło.

Ładne i ciekawe, ale nie bez zastrzeżeń.

Nazywam salę swoją, bo wszystkie księgi, które się w niej znajdują, zostały spisane i przyniesione przeze mnie. Każdy z nas ma własny dział w tym bezkresnym archiwum, ale opiekun, zajmujący się tym miejscem zdradził mi kiedyś, że to moja kolekcja jest tu największa.

Trochę zaimkozy mi się w oczy rzuciło. Dalszej łapanki nie robiłam, bo widziałam, że już poprzedni komentujący zajęli się tą częścią. Przechodząc więc do ogólnych wrażeń…

To bardzo dobry pomysł – opiekunowie, archiwa, kształtowanie rzeczywistości, galeria, nawet te przysługi. Opisy, szczególnie świata kryształów, mocno działają na wyobraźnię. Polubiłam postaci i ich śmieszną relację rywalizujących przyjaciół (chyba przyjaciół).

Momentami jednak lektura mi się dłużyła. Może tych opisów było nieco za dużo, może przesyt nostalgii – takie rozwodzenie się nad szczegółami, zamiast pchania akcji do przodu to nie mój ulubiony styl. Jakby trochę tego wyciąć, opowiadanie mogłoby zyskać.

Zostaw ten żyrandol.

Twój świat mnie zaciekawił, czytało się dobrze, ale pozostaję z uczuciem niedosytu. Właściwie nie wiem, gdzie byłam i co przeżyłam. Była to całkiem fajna podróż, ale nie przygoda. Trochę jak objazdówka autokarem jakiegoś kraju. Ile z tego można zapamiętać? Obawiam się, że niewiele. Owszem podróż przyjemna, ale niewiele z niej wynika. Z bohaterami też jakoś szczególnie się nie zaprzyjaźniłam, bo za mało się o nich i o tym, co robią, dowiedziałam.

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Jest w opku trochę kiksów, ale mniejsza z nimi. ;-)

Mamy bibliotekę, Oriasza i narratora-opiekuna lecz nie bardzo wiem, o co chodziło. Opisujesz wszystko bardzo dokładnie, więc miejsce akcji już znam, jednak nie ma fabuły. Kiedyś były takie wypożyczalnie, ktore za opłatą udostępniały kasety wideo. Chodziło się pomiędzy regałami, przyglądając się zdjęciom na okładkach. Jeśli któraś zainteresowała, można było przeczytać też blurb z tylu. Podobne odczucie miałam przy czytaniu Twojego opowiadania. Ciągle miałam nadzieję, że zaraz zacznie się opowieść. Wypożyczę kasetę i obejrzę.  Niestety nie stało się tak. Do końca krążyliśmy po bibliotece.

Początkowo chciałam zapamiętywać, ale szybko zrozumiałam, że nie ma to większego znaczenia dla przebiegu opka. Świat i jego reguły – interesujące, lecz nie ma fabuły.

Ze zwiedzanych światów najbardziej podobał mi się ten, z kryształami. Szkoda, że nie zbudowałeś tekstu w oparciu o jeden z przedstawianych światów.

 

Kilka wypisanych drobiazgów:

,aż wreszcie zatrzymałem się i odrywałem od wspomnień.

Literówka, oderwałem?

,Przypominały trochę kręcone warkocze

Kręcone warkocze? 

,Stał on prosto, z ręką wyciągniętą ku bestii.

 

Powodzenia w konkursie!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

+Versus,

Dziękuję za uwagi, choć raczej niewiele mogę zmienić. Opowiadanie w dużej części mówi o nostalgii długożyjącego bytu. Takie miało być. Akurat w tym opowiadaniu nie było dużo miejsca na akcję.

+Asylum,

Tobie również dziękuję za uwagi.

Kręcone warkocze? 

TAK, KRĘCONE WARKOCZE! Bo przecież nie napiszę dredy ;). Ja tu się śmieję, ale to właśnie miało przypominać. I wciąż to tak widzę. Żywe dredy. Nawet nie wiesz, ile problemów, czasu i śmiechu przysporzyło mi opisanie fryzury Oriasza. 

 

+Irka_Luz, Asylum, Versus,

Ponieważ wasze wrażenia zdają się podobne, odpowiem wszystkim naraz.

Przykro mi za niedosyt, niedobór informacji, brak fabuły i inne niedogodności. Nie miało to być to opowiadanie pełne akcji, a bardziej wstęp, przybliżenie cech szczególnych mojego multiwersum w dogodnej oprawie. Chciałem żeby wyszła z tego niezależna historia i wydawało mi się, że nieźle wyszło. Pretekstem miała być tu konkurencja Oriasza i Lethanela, ale jak ktoś wcześniej stwierdził – jest za mało odczuwalna. Może dlatego padło wrażenie braku fabuły.

Ale nie wszystkie opowiadania będą takie, więc nie zrażajcie się. Będzie akcja, będzie przygoda i będzie konflikt, a nawet rozwinięcie niektórych wątków poruszonych tutaj. (Aczkolwiek to wszystko może trochę potrwać, bo wolno mi idzie pisanie).

Dziękuję za wasz czas i opinie. 

Niech Ci nie będzie przykro, Konradzie, bo świat fajny, lecz bez przygód i się o nie prosi. xd

Dredy to sfilcowane, włosy, silnie skręcone kosmyki po dojrzewaniu. Kręcone warkoczyki to jakby się warkocze kręciły, a to niemożliwe, bo przez zabieg plecenia się prostują, hi, hi. A opisy Ci wyszły. ;-) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mam wrażenie, Konradzie, że pokazałeś zaledwie wycinek świata, że dane mi było ujrzeć tylko Lethanela, który za pośrednictwem obrazów z galerii Oriasza trafia do własnych wspomnień, a poskąpiłeś informacji o samych postaciach. Nie wiem, kim są ci panowie, bo nazwanie ich opiekunami niewiele mówi.

Pokazałeś mi klika światów, do których trafił bohater, ale na pokazaniu ich się skończyło. To były wspomnienia Lethanela i pewnie jemu mówiły wiele, mnie natomiast prawie nic. To trochę tak, jakby ktoś opowiadał mi swoje sny – nie potrafię wzbudzić w sobie zainteresowania dla takich opowieści.

Wolałabym raczej wiedzieć, kim są opiekunowie, w jakim świecie żyją i dlaczego pamięć Lethanela sięga kilka setek lat wstecz.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

 …bo wszyst­kie obec­ne tu księ­gi… ―> Nie powiedziałabym o księgach, że są obecne. Raczej: …bo wszyst­kie zebrane/ zgromadzone tu księ­gi

 

 – Nie w tej – Prze­rwał uno­sząc rękę. ―>  – Nie w tejprze­rwał, uno­sząc rękę.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Oriasz się­gnął po księ­gę u pasa, roz­piął klam­rę spa­ja­ją­cą okład­ki i otwo­rzył ją. ―> Obawiam się, że gdyby klamra faktycznie spajała okładki, księgi nie można by otworzyć.

Proponuję: Oriasz się­gnął po księ­gę u pasa, otworzył/rozwarł klam­rę spina­ją­cą okład­ki i otwo­rzył ją.

 

w cza­sie krót­szym niż mgnie­nie oka, prze­miesz­cza­li­śmy się po róż­nych po­miesz­cze­niach ar­chi­wum. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …w cza­sie krót­szym niż mgnie­nie oka, przenosiliśmy się do róż­nych po­miesz­czeń ar­chi­wum.

 

od­bi­cia w drugo i trze­cio­pla­no­wych po­wierzch­niach. ―> …od­bi­cia w drugo- i trze­cio­pla­no­wych po­wierzch­niach.

 

Ro­zej­rza­łem się, przyj­rza­łem do­kład­niej ostrym kra­wę­dziom… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Ro­zej­rza­łem się, przypatrzyłem do­kład­niej ostrym kra­wę­dziom

 

I tak, kie­ro­wa­ny me­lo­dią krysz­ta­łów i fidla, za­czą­łem snuć opo­wieść. ―> Fidel  jest rodzaju żeńskiego, więc: I tak, kie­ro­wa­ny me­lo­dią krysz­ta­łów i fideli, za­czą­łem snuć opo­wieść.

 

Spoj­rza­łem na nie­bo­skłon, przy­bie­ra­ją­cy coraz ciem­niej­szą barwę przez za­cho­dzą­ce słoń­ce. ―> A może: Spoj­rza­łem na nie­bo­skłon, w zachodzącym słońcu przy­bie­ra­ją­cy coraz ciem­niej­szą barwę.

 

Pew­nie po­cią­gną­łem za klam­kę i roz­chy­li­łem drzwi. ―> Pew­nie po­cią­gną­łem klam­kę i roz­chy­li­łem drzwi.

 

Nagle otwo­rzy­łem oczy z lek­kim mę­tli­kiem w gło­wie. ―> Czy dobrze rozumiem, że były to oczy mające głowę, a w niej lekki mętlik?

Proponuję: Nagle, czując lekki mętlik w głowie, otwo­rzy­łem oczy.

 

mi­ja­jąc rzędy płó­cien. Było ich sporo, ale nie każdy przy­ku­wał uwagę. ―> Piszesz o płótnach, a te są rodzaju nijakiego, więc: Było ich sporo, ale nie każde przy­ku­wało uwagę.

 

Pod­pi­sa­nie ja­kie­goś do­ku­men­tu, na­ro­dzi­ny waż­nej per­so­ny, ko­ro­na­cja ja­kie­goś… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

w któ­rej wła­śnie od­by­wał się ob­rzęd ko­ro­na­cji. ―> Raczej: …w któ­rej wła­śnie od­by­wała się ceremonia ko­ro­na­cji.

 

a na­stęp­nie wy­bu­chłem gło­śnym śmie­chem. ―> …a na­stęp­nie wy­bu­chnąłem gło­śnym śmie­chem.

 

przy­gna­ło na morza Ziem­skich cza­sów no­wo­żyt­nych. ―> …przy­gna­ło na morza ziem­skich cza­sów no­wo­żyt­nych.

 

Może ta ga­le­ria po­mo­że mi się bli­żej za­po­znać. ―> Może ta ga­le­ria po­mo­że mi ich bli­żej ­po­znać.

 

Ten obraz rów­nież po­sia­dał drew­nia­ną ramę… ―> Ten obraz rów­nież miał drew­nia­ną ramę… Lub: Ten obraz również był oprawiony w drewniana ramę

 

O ile lubię cza­sa­mi wspo­mi­nać dawne dzie­je, to nie­któ­rym z nich naj­le­piej od­pu­ścić. ―> Jak można coś odpuścić dziejom?

A może miało być: O ile lubię czasem myśleć o dawnych dziejach, to niektóre wspomnienia lepiej sobie darować.

 

Obraz przed­sta­wiał wiel­ką halę, w kształ­cie strze­li­stej ko­pu­ły. ―> Obawiam się, że hala nie może mieć kształtu kopuły, ale hala może mieć taki dach/ sklepienie. Mam też poważne wątpliwości, co do strzelistości kopuły, która z definicji jest półkulista, ma kształt czaszy. Strzeliste bywają wieże.

 

Nad­cho­dzą­cą fala zmu­sza­ła do za­mknię­cia po­wiek… ―> Literówka.

 

ol­brzy­mia syl­wet­ka prze­cho­dzą­cą tuż przede mną. ―> Literówka.

 

Szary, owa­lo­gło­wy chu­dzie­lec zda­wał się… ―> Można mieć owalną twarz, ale nie ma takiego pojęcia, jak ktoś owa­lo­gło­wy.

Może: Szary chudzielec o głowie w kształcie jajka, zdawał się

 

po tym jak dzie­li­ło nas pół kroku…Nic. ―> Brak spacji po wielokropku.

 

wi­ją­ce się po ple­cach ni­czym pną­cza. ―>…wi­ją­ce się na ple­cach ni­czym pną­cza.

 

– Halo! Ktoś tu jest!? – krzyk­nął ktoś ni­skim… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

na twa­rzy, przez co cięż­ko było wy­czy­tać z niej ja­ką­kol­wiek eks­pre­sję. ―> …na twa­rzy, przez co trudno było wy­czy­tać z niej ja­ką­kol­wiek eks­pre­sję.

 

– Hmm…Twój wkład, co? ―> Brak spacji po wielokropku.

 

Chwy­ci­łem za klam­kę… ―> Chwy­ci­łem klam­kę

 

ile­kroć choć­by mu­snął ko­lej­ne­go ob­ra­zu. ―> …ile­kroć choć­by tylko mu­snął ko­lej­ny ob­ra­z.

 

My­śla­łem chwi­lę nad jego sło­wach, ob­ra­zie i ich zna­cze­niu. ―> Albo: My­śla­łem chwi­lę o jego sło­wach, ob­ra­zie i ich zna­cze­niu. Albo: My­śla­łem chwi­lę nad jego sło­wami, ob­ra­zem i ich zna­cze­niem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

+regulatorzy

Mam wrażenie, Konradzie, że pokazałeś zaledwie wycinek świata

Prawda. Nie byłbym w stanie wytłumaczyć wszystkiego w jednym opowiadaniu tak, żeby przy okazji przedstawić opowieść. Nawet jeśli limit byłby większy.

 

a poskąpiłeś informacji o samych postaciach.

Też nie chciałem wyjawiać wszystkiego naraz. Uważam, że trochę na to za wcześnie. Poza tym, samo przedstawienie tych postaci w całości również wymagałoby sporo miejsca.

 

Pokazałeś mi klika światów, do których trafił bohater, ale na pokazaniu ich się skończyło. To były wspomnienia Lethanela i pewnie jemu mówiły wiele, mnie natomiast prawie nic.

Jak tak sobie teraz myślę, to faktycznie mogłem to lepiej zaplanować.

 

Wolałabym raczej wiedzieć, kim są opiekunowie, w jakim świecie żyją i dlaczego pamięć Lethanela sięga kilka setek lat wstecz.

Akurat na ostatnie pytanie odpowiedziałem, choć nie wprost. Na pytanie kim są, odpowiedziałem szczątkowo – może bardziej jakimi są osobami. A w jakim świecie żyją? – to skomplikowane.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że zamiast przedstawiania całego swojego świata i jego historii, powinienem się ograniczyć do informacji, które odnoszą się bezpośrednio do opowiadania. To próbowałem zrobić. 

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

Rozumiem, i dziękuję za uwagi. Postaram się dziś poprawić. Trochę tego widzę jest, ale szczerze mówiąc, podczas bety silvan zrobił mi trzy razy dłuższą listę. W swoich komentarzach straszył mnie tobą :)

Jak to mówił „Jakby reg to betowała, to by jedna linijka tekstu nie została”.

Pozdrawiam.

Konradzie, bardzo dziękuję za wyjaśnienia i miło mi, że uwagi okazały się przydatne. ;)

Czy teraz, po zakończeniu konkursu, nie powinieneś wstrzymać się z poprawkami aż do ogłoszenia wyników?

No i wcale nie jestem taka straszna, jak sugerują niektórzy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Z tego co wyczytałem w zakładce, poprawki są dozwolone. By uprzyjemnić czytanie kolejnym czytelnikom, czy coś takiego.

OK. Nie biorę udziału w konkursach, to i nie wczytuję się w regulaminy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Proszę o wybaczenie.

Nikogo nikim nie straszyłem.

Jedynie obiecywałem ;) Reg, jak podatki. Zawsze przyjdzie. I pomoże :)

 

Konradzie, wspominałem, że sam się dopiero uczę (nie jestem najlepszym wyborem do bety, zwłaszcza językowo) i starałem się pomóc najlepiej, jak potrafię.

Wybacz więc, że nie wyłapałem wszystkiego.

 

Wspominając o Reg na myśli miałem jedynie Jej fachowość i wiedzę, która z pewnością pozostanie bardzo przydatna – tak jak mi pomogła po Gammie :)

 

Korzystając z okazji, dodam już opinię.

Twoje opowiadanie ma coś w sobie.

Analizując je dwukrotnie widzę i doceniam zamysł, doceniam światotwórstwo.

Niestety, jak widzisz, opinie większości są spójne z moją z bety.

Brakuje tu akcji, twista, czegokolwiek, co przykułoby uwagę.

Początek (1/4) zahacza, delikatnie wciąga. 2/4 – zaczyna nudzić. ¾ ponownie coś jakby się zaczynało, 4/4 – nieco rozczarowania, bo już końcówka, a nic się nie wydarzyło – a była świetna okazja, aby opiekun odczuł / okrył coś zaskakującego, dotyczące jego przeszłości, coś, co działo się obok, gdy siedział i gadał z “barmanem”. To coś mogłoby mieć wpływ na całą przyszłą historię.

 

Moją ulubioną sceną pozostaje gra opiekuna w świecie kryształów. Mało co tak zadziałało mi na wyobraźnię. No siedzi mi to w głowie i jej nie opuszcza :)

Głównie za coś, co w głowie na stałe pozostało – klik (edit: po poprawkach, po wynikach).

PS. Nie, żebym jakoś strasznie się domagał – bo żyć będę – ale przyjęło się słówko o betujących szepnąć. W końcu nie tylko straszyli innymi, ale robili 3x dłuższe i 5-godzinne łapanki, czy coś tam…

Ależ, Silvanie, nie proś o wybaczenie, bo nic Ci wybaczyć nie trzeba! No i szalenie miło wiedzieć, że masz o mnie tak dobre zdanie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No proszę, a jednak czuwasz:) Co do opinii – widzę co się dzieje, ale niewiele mam do dodania. Po prostu zamysł nie ten. P.S. jakbym waszej z ANDO pracy nie doceniał to bym se tak nie żartował:) Sorry, już to naprawiam.

Reg, zdanie mam jak najlepsze :) Twoja łapanka w Gammie + multum dalszych wyjaśnień nauczyly mnie więcej, niż 8 lat podstawowki ;P Konradzie, luz. Przypomnij mi się po wynikach. I czekam na dalsze opka z Twego swiata.

Puchnę z dumy i zadowolenia! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

+regulatorzy

No dobrze, wskazane błędy poprawiłem. Ale niektóre sugestie zmieniłem.

 

 przemieszczaliśmy się po różnych pomieszczeniach archiwum. →

przenosiliśmy się do różnych pomieszczeń archiwum. –>

przenosiliśmy się przez różne pomieszczenia archiwum.

 

, przybierający coraz ciemniejszą barwę przez zachodzące słońce. ―>

 , w zachodzącym słońcu przybierający coraz ciemniejszą barwę. → 

, przybierający coraz ciemniejszą barwę w zachodzącym słońcu.

Nagle otworzyłem oczy z lekkim mętlikiem w głowie. ―>

Nagle, czując lekki mętlik w głowie, otworzyłem oczy. →

Nagle otworzyłem oczy, czując lekki mętlik w głowie.

Dziwnie odwracasz zdania.

Wybuchnąłem → Na początku chyba miałem dobrze, ale włączyła mi się autokorekta ;)

Poprawiłem, i teraz pokazuje błąd.

 

O ile lubię czasami wspominać dawne dzieje, to niektórym z nich najlepiej odpuścić. ―>

O ile lubię czasem myśleć o dawnych dziejach, to niektóre wspomnienia lepiej sobie darować. →

O ile lubię czasami wspominać dawne dzieje, to niektóre wspomnienia lepiej zostawić w spokoju.

A mogę dać spokój wspomnieniom?

 

Obraz przedstawiał wielką halę, w kształcie strzelistej kopuły.

Poprawiłem na razie na „hol”. A może pomożesz mi nazwać tę konstrukcję, jeśli ci ją opiszę?

 

 

 

 

No do­brze, wska­za­ne błędy po­pra­wi­łem. Ale nie­któ­re su­ge­stie zmie­ni­łem.

Konradzie, wszystkie moje uwagi to tylko sugestie i propozycje, i wyłącznie od Ciebie zależy, czy zechcesz z nich skorzystać. Wszak to Twoje opowiadanie i tylko od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

 

prze­no­si­li­śmy się przez różne po­miesz­cze­nia ar­chi­wum. –> Czy przenosili się nawzajem?

Przenosić się można skądś dokądś, ale nie przez coś.

Może: Przemierzaliśmy różne/ kolejne pomieszczenia archiwum.

 

Wy­buch­ną­łem → Na po­cząt­ku chyba mia­łem do­brze, ale włą­czy­ła mi się au­to­ko­rek­ta ;)

Po­pra­wi­łem, i teraz po­ka­zu­je błąd.

Obie formy są POPRAWNE. Z tym że czasownik wybuchnęła/ wybuchnął zarezerwowany jest dla istot żywych, natomiast wybuchła/ wybuchł dla rzeczowników nieżywotnych.

Np. Zobaczywszy moje oceny, ojciec wybuchnął gniewem. 

Na poligonie wybuchł granat

 

Obraz przed­sta­wiał wiel­ką halę, w kształ­cie strze­li­stej ko­pu­ły.

Po­pra­wi­łem na razie na „hol”. A może po­mo­żesz mi na­zwać tę kon­struk­cję, jeśli ci ją opi­szę?

Owszem, spróbuję.

Jednakowoż pamiętaj, że kopuła to sklepienie i hala, hol, sala, czy też inne pomieszczenie, nie może mieć kształtu kopuły.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Owszem, spróbuję.

Jednakowoż pamiętaj, że kopuła to sklepienie i hala, hol, sala, czy też inne pomieszczenie, nie może mieć kształtu kopuły.

Ach tak? To posłuchaj ;)

Wyobraź sobie walec, postawiony na jednej z podstaw. Druga podstawa z kolei zwieńczona jest kopułą. Opisany przeze mnie kształt stanowi pustą przestrzeń. Brzegi naszego walca stanowią balkony w kształcie obręczy, ułożone jeden nad drugim. Nad zastosowaniem stropu jakoś się nie zastanawiałem. Podstawa nie-kopuła to nasz parter, w centrum którego znajduje się scena. Nie wspominając, że owe pomieszczenie jest ogromne.

 

EDIT.

Ale żeby udowodnić moją rację, moglibyśmy wyrzucić walec. Ale nie.

Teraz rozumiem, że ta ogromna hala jest zbudowana na planie koła. Ja tu widzę coś, co jako żywo przypomina mi amfiteatr. Czy o to chodziło?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, mniej więcej. Jak wspomniałem w tekście, pomieszczenie miało służyć do zgromadzenia jak największej publiki. No i na parterze są sklepy, jadłodajnie itp.

Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czy ja nie wspominałem, że Reg jest złota? ;)

Dziękuje, Silvanie. Wzruszasz mnie, ale też sprawiasz, że się rumienię. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wiecie, sugeruję wam dokończyć rozmowę na czacie prywatnym:)

Przepraszam, Konradzie. Nie sądziłam, że Cię urażę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Słucham? Nie wiem co ci chodzi.

Wiecie, sugeruję wam dokończyć rozmowę na czacie prywatnym:)

Nie wiem jak Twoją sugestię odebrał Silvan, ale ja zrozumiałam, że napisałam kilka zdań za dużo i dlatego przeprosiłam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A skąd, chodziło mi o to, że jeśli mielibyście nieco „zacieśniać swoje relacje”, to większość ludzi woli mieć więcej prywatności;)

Tylko że w tym przypadku nie miało miejsca nic, co można uznać za, jak byłeś uprzejmy to określić: „zacieśnianiem swoich relacji”.

Konradzie, to nieporozumienie możemy chyba uznać za wyjaśnione. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Konradzie, to tylko podziękowanie za udzieloną pomoc…

Ok. Miało być śmiesznie, wyszło niezręcznie.indecision Udajmy że nic nie mówiłem.

Mnie tekst się podobał, myślę, że zasługuje na bibliotekę.

Może styl nie błyszczy i warto by popracować nad dialogami, ale całość czytało się przyjemnie, pienta na koniec mi się spodobała (i ta o tożsamości i ta o prowadzeniu w zakładzie), a to, kim/czym są Obserwatorzy (trochę po marvelowsku) zrozumiałem. Jakbym nad czymś w samym pomyśle zalecał popracować, to na zrobieniu z obcych bardziej obcych, a nie kierujących się typowo ludzkimi pobudkami, ale kto tak wie, jak ten kosmos wygląda, może jest pełen podobnych do naszego społeczeństw.

+Gekikara

Dziękuję za wizytę, komplement i klika.

Ciężko mi coś powiedzieć o moim stylu, ale co do dialogów – myślę, że potrafię inaczej, nie wiem czy oznacza to lepiej, ale spróbuję i zobaczymy co wyjdzie. Cieszę się, że zakończenie się podobało, bo już zaczynałem tracić nadzieję, że coś z tego wyszło(ciągle mowa o samej końcówce).

A co do tematów kosmosu i obcych – szczerze, to staram się ich unikać jak tylko mogę. Jakoś niezbyt mi z nimi komfortowo. Dlaczego więc mam tu te motywy?

Koncepcja mojego multiwersum wymaga, bym liznął trochę wszystkiego, inaczej byłoby mniej wiarygodnie. 

Będę miał twoje rady na względzie. Pozdrawiam.

 

 

 

Interesujące koncepcje– zarówno wchodzenia do wspomnień poprzez obrazy, jak i całego wykreowanego uniwersum, jednak do tego drugiego pojawia się małe “ale”. We wstępie zawarta jest informacja, że znajomość pozostałych opowiadań nie jest wymagana, co raczej nie znajduje odzwierciedlenia w rzeczywistości i od czasu do czasu można się trochę zagubić.

Opowiadanie dobrze oddaje temat konkursu. Szkoda tylko, że o wielu wydarzeniach jedynie słyszymy zamiast być ich świadkami. Rozwinięcie historii pozostałych opiekunów wyszłoby zdecydowanie na plus. Rozumiem, że takie były założenia tego opowiadania, ale mimo wszystko brakowało tu trochę napięcia.

Jest też mały minusik, jeśli chodzi o kwestie techniczne– na przestrzeni całego tekstu dość często są źle zastosowane przecinki, co nieco utrudniało odbiór, ale w ogólnym rozrachunku wrażenia z lektury są bardzo pozytywne.

Warsztat jeszcze trochę do dopracowania – ogólnie jest nieźle, choć momentami nieco kulało, przydałoby się też dopieszczenie w kwestii interpunkcji. Bardzo ciekawy pomysł z opiekunami spisującymi wspomnienia po światach, jak również przechowywanie tychże wspomnień w postaci obrazów. Trochę brakuje zaczepienia i kontekstu – kim jest bohater, kim jego przyjaciel/rywal, jakie dokładnie ma znaczenie wymiana przysług pomiędzy nimi.

Doskwiera brak wyraźniejszej fabuły, co w połączeniu ze spokojnym zakończeniem (o tym więcej zaraz) sprawia, że tekst nie porusza tak bardzo, jak by mógł. Potencjalnie bardzo intrygujący wątek opiekunki i dziecka, jak również ten o przykrej stronie obowiązków opiekunów, są tylko wspomniane i zaraz porzucone. Samo przesłanie jest fajne, choć mogłoby bardziej wybrzmieć, gdyby całość bardziej podmalować emocjami i lepiej podbudować finał. Bo ogólnie to, że pod koniec nie mamy jakiegoś wielkiego bum czy szokującego twistu, jest jak najbardziej okej – po prostu czegoś zbrakło, aby zapamiętać na dłużej.

No i osobiście ukłuła mnie ta “złocista ciecz” zamiast piwa. Nie ma co tak przekombinowywać.

+bjkpsrz

Przepraszam, że odpisuję dopiero teraz. 

We wstępie zawarta jest informacja, że znajomość pozostałych opowiadań nie jest wymagana, co raczej nie znajduje odzwierciedlenia w rzeczywistości i od czasu do czasu można się trochę zagubić.

Wciąż uważam, że można. Moim zamiarem było zostawienie paru wątków niewyjaśnionych. W zamyśle miało to dostatecznie zaciekawić czytelnika, by zachciał do mnie jeszcze wpaść. Zadaje sobie tylko pytanie, czy nie przedobrzyłem. Innym powodem było to, że większość owych wątków jest bardziej złożona, i osobno wymaga więcej miejsca niż to opowiadanie. 

 

+Silva

Wciąż się biję z interpunkcją;)

Trochę brakuje zaczepienia i kontekstu – kim jest bohater, kim jego przyjaciel/rywal, jakie dokładnie ma znaczenie wymiana przysług pomiędzy nimi.

Akurat o przysługach mogę powiedzieć więcej, gdyż nie jest to żadna tajemnica. Miało to też niejako wyjść w tekście.

Z tymi przysługami jest tak, że niby nie mają znaczenia, ale jednak trochę mają. Dla opiekunów nie jest niczym dziwnym, że od czasu do czasu potrzebują pomocy kolegów z pracy. To tak jak z różnymi działami jednej firmy – czasem musisz łazić do osoby z innego działu, bo np. jakiś dokument wymaga zatwierdzenia itp. Przysługa odnośnie pracy to jedno, ale inaczej się sprawa ma, gdy potrzebujesz czegoś dla siebie, a osobie do której idziesz, przysparzasz problemów. Wówczas osoba(opiekun) może pomóc i zapewne tak zrobi. Ale u opiekunów pamięć nie ginie i gdyby sprawa się odwróciła i druga osoba chciała czegoś od pierwszej, to ma dodatkowy argument. W tym opowiadaniu mamy jednak trochę więcej – dwóch opiekunów, dobrych w wyświadczaniu przysług rywalizuje ze sobą(kompletnie bez większego powodu) o to, który robi to lepiej. A jaki sposób jest lepszy, niż naliczanie wzajemnych przysług. Tak więc oni, robią to bardziej z kaprysu.

Trochę się tu rozpisałem.

Samo przesłanie jest fajne, choć mogłoby bardziej wybrzmieć, gdyby całość bardziej podmalować emocjami i lepiej podbudować finał.

Myślałem o tym i wydaje mi się, że trochę schrzaniłem wątek Sentiusa. Mogłem tam wpleść więcej, by morał lepiej wybrzmiał. 

Konradzie:

 

W tym opowiadaniu mamy jednak trochę więcej – dwóch opiekunów, dobrych w wyświadczaniu przysług rywalizuje ze sobą(kompletnie bez większego powodu) o to, który robi to lepiej. A jaki sposób jest lepszy, niż naliczanie wzajemnych przysług. Tak więc oni, robią to bardziej z kaprysu.

 

No właśnie bardzo szkoda ;)

Trochę o to chodzi większości komentujących.

+silvan

Serio? Myślałem, że to zabawne.

 

Z jednej strony rozumiem argument i nie mam zażaleń, z drugiej – w tekście przedstawione było to trochę w sposób sugerujący, że kryje się za tym coś więcej. Może dlatego sporo osób zwróciło na to uwagę – bo oczekiwało jakiegoś haczyka, a wszystko okazało się “tylko” przyjacielską rywalizacją dla zabicia czasu ;)

Konradzie, chodzi o to, że masz fajny świat. Dający możliwości. Czytelnik chciałby czegoś więcej.

 

Powiem inaczej – czy zainteresowałaby Cię dyskusja nieznanych Ci osób, która w sumie jest mało istotna, dla zabawy? Pewnie nie. Mnie na pewno.

Jeśli za to dwie osoby wydzierałyby się na siebie, rzucając grube argumenty – prędzej (tak na serio pewnie też nie xD).

Jednak tam przynajmniej zwróciłbym na to uwagę. Może przystanął na kilka chwil.

Wyobraź sobie teraz swoją przyszłą książkę. Takie minimum 500 stron – pewnie nawet tom pierwszy.

Koszt dla czytelnika? W tych czasach dobre 60 zł.

I czytelnik dostaje przekomarzanki. Przynajmniej przez pierwsze 350 stron.

Jest spora szansa (o ile te przekomarzanki nie będą rewelacyjne) że szmyrgnie tym tomem przez okno po pierwszych 100 – 200 stronach.

W przypadku opowiadań można trenować wiele aspektów – dziwne postaci, wrogów, walki, opisy, narrację i sto innych rzeczy.

Jeśli to jednak Twe koronne dzieło, fajnie byłoby, gdyby jakaś akcja zatrzymała czytelnika na dłużej :)

 

Kurczaki. Silva.

Znowu “pod Tobą” się rozpisałem ;)

Proszę przestać się pode mną rozpisywać, czuję się od tego nieswojo XD

Ok silvan, dotarło. Po prawdzie piszę opowiadanie rozwijające motyw jednego z obrazów. Powinno być ciekawiej.

Nowa Fantastyka