- Opowiadanie: Zielony Groszek - Karłom i trollom wstęp wzbroniony

Karłom i trollom wstęp wzbroniony

Moje pierwsze opowiadanie wrzucone na forum. Raczej lekkie, proste i przyjemne – czyli coś na rozgrzewkę.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Karłom i trollom wstęp wzbroniony

Droga, zwyczajem dróg i niespodziewanych rodzinnych spotkań, dłużyła się. Znana każdemu podróżnikowi nuda uderzała znienacka, spadała na kark niczym jastrząb i przejmowała człowieka akurat w momencie, gdy kończyły mu się tematy do rozważań. Pozostawało więc liczenie kroków.

Zaraz za nudą szedł głód. Podróżnik przełykał ślinę i uświadamiał sobie, że wpada ona do pustego żołądka, dlatego jak każdy głodny człowiek zaczynał myśleć o jedzeniu. A skoro o jedzeniu mowa, przydałoby się zwilżyć czymś gardło i najlepiej, gdyby nie była to ślina zmieszana z drogowym pyłem. Podczas postojów dostępne były tylko suche i zimne podróżne racje, a każde wspomnienie ciepłego posiłku budziło wstręt do suszonych owoców i czerstwego chleba. Po kilku dniach wędrówki przepełnionej głównie takimi myślami, podróżnik zapominał o celu i marzył otwarcie o jednym – postoju w karczmie. 

Wyobrażał sobie, że widzi pochyły dach kryty strzechą, że czuje dym z komina i gotowaną potrawkę, że już słyszy śmiech i gwar rozmów…

I oto była. Pojawiła się, przycupnięta przy trakcie jak gruby kocur. Majestatycznie osiadła, pękata, zadymiona i cudownie swojska. Karczma była piętrowa, rozłożysta i pokryta strzechą. Przed wejściem na ganek stało koryto z wodą dla koni, a dalej w krzakach, obok stajni, wydeptana przez gości ścieżka wiodła do wygódki. Nad drogą dyndał na dwóch łańcuchach prawdziwy malowany szyld, głoszący wszem i wobec, że budynek znajduje się „Pod Złotym Smokiem”, chociaż w okolicy nie było znać ni złota, ni smoków. Przy wejściu zaś powieszono tabliczkę z nagryzmolonym napisem: „karłom i trollom wstęp wzbroniony!”.

Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem, ciepło i światło z wewnątrz buchnęły rozgrzewającą i zapraszającą falą; goście umilkli na widok nowego przybysza…

 

***

Goście umilkli, kiedy Perth wszedł do środka. Zlustrowali go pobieżnie, po czym wrócili do własnych misek i kufli. On tymczasem skierował się w głąb karczmy, ku szynkwasowi, ostrożnie omijając duże palenisko pośrodku i siedzących przy stolikach ludzi.

Przy ladzie stał otyły, wąsaty karczmarz. Mężczyzna wycierał właśnie kufle rąbkiem brudnego fartucha, opierając się plecami o wielkie beczki ustawione za nim. Do beczek co jakiś czas podchodziła pryszczata, choć ładna dziewka służebna, żeby napełnić puste kufle i roznieść je po sali.

Perth oparł się o ladę i położył na niej monetę.

– Potrzebujecie informacji czy szukacie pracy? – zapytał karczmarz, zabierając pieniądz i nadgryzając go lekko.

– Słucham? Nie, chciałbym dostać pokój na noc i coś ciepłego do jedzenia. I kufel piwa.

– Siądźcie sobie, zaraz będziemy podawać polewkę. Dagmira pokaże pokój.

Karczmarz zniknął w kuchni, z której wydobył się zapach skwarków, chleba i czosnku. Dagmira odłożyła na chwilę puste kufle i zaprowadziła Pertha schodami na piętro i wskazała skromny pokój, w którym mógł złożyć dobytek. Potem zeszli na dół, a Perth rozejrzał się za wolnym stolikiem.

Ku jego rozczarowaniu wszystkie stoliki miały już swoich okupujących. Oprócz jednego, przy którym jednak ktoś zostawił lutnię i resztki niedojedzonego chleba. Perth wzruszył ramionami i usiadł tam, zwracając się plecami do ściany, a twarzą ku sali.

Od paleniska biło przyjemne ciepło. Oprócz niego światło zapewniały liczne świece, rozmieszczone na stolikach oraz jedynym, ale za to wyjątkowo pokaźnym pająku. Płomienie świec pełgały rytmicznie sprawiając, że w karczmie migotały cienie. To, razem z elementami wystroju, na które składały się futra oraz myśliwskie trofea, tworzyło bardzo przytulny klimat.

Dagmira podała Perthowi kufel z piwem i sprzątnęła resztki pozostawione po nieprzybyłym jeszcze towarzyszu chłopaka. Potem zniknęła w kuchni, żeby po chwili wyjść stamtąd z parującymi miskami polewki. Stawiała je przed gośćmi razem z pajdami chleba, a głodnych było tylu, że Perth zaczął się obawiać o swoją kolejkę. Dziewczyna obdarowała jednak wszystkich bez wyjątku i korzystając z chwili przerwy od podawania piwa, zaczęła zamiatać posadzkę i wymieniać dopalone ogarki.

Perth zajął się jedzeniem. Ciepła i gęsta zupa, omaszczona skwarkami i zabielona tłustą śmietaną doskonale zaspokajała głód po długiej wędrówce. Chłopak wyławiał właśnie kostki ziemniaków z miski, kiedy drzwi karczmy otworzyły się, a do środka wszedł kolejny gość.

Jak się szybko okazało był to właściciel lutni. Mężczyzna był szczupły, trochę tyczkowaty, miał rude włosy i kozią bródkę, a ubrany był dość ekstrawagancko – w zielony kaftan z bufiastymi rękawami, tego samego koloru nogawice i spiczasty filcowy kapelusz z pawim piórem.

– Widzę, że przypilnował mi pan instrumentu – powiedział, siadając na swoim miejscu naprzeciwko Pertha. – Z kim mam przyjemność?

– Jestem Perth.

– Miło mi – przybysz uścisnął podaną dłoń. – Randal. Dagmiro, nie zapomnij o mojej porcji!

– Dobrze, że lutnia odzyskała właściciela – powiedział Perth znad miski. – Do pełni szczęścia brakowało mi tylko barda.

– Ha, tej nocy jeszcze nie raz i nie dwa usłyszysz mój głos. Ale najpierw kolacja, bo, wierz mi, moja praca jest bardzo wymagająca.

– Czyli mam szczęście, że przybyłem razem z tobą i nie przeoczę występu.

– A gdzie tam – wtrąciła się Dagmira, kładąc przed bardem miskę z polewką. – Pan Randal prawie tu zamieszkał. Od tygodnia nam tu rzępoli.

– Ach, droga Dagmiro – powiedział Randal, całując ją w ręce. – Twoja subtelność idzie w parze z urodą, tak jak twój gust muzyczny. A teraz przynieś dla mnie i kolegi dzbanek tego pysznego chmielowego napoju twojego wyrobu.

– Pan, panie Randalu, to potrafi zamącić w głowie. Idę już, idę.

Randal uśmiechnął się i klepnął Dagmirę na odchodnym w tyłek. Perth wzdrygnął się, widząc ten brak manier, a bard zauważył jego reakcję.

– Nie przejmuj się, przyjacielu – rzucił.

– Ale nie wypada tak damy traktować.

– E tam, taka tam dama… A poza tym, w tym lokalu to taka tradycja. Sam zobacz.

Rzeczywiście, w drodze powrotnej Dagmira zebrała jeszcze przynajmniej dwa klapsy. Za jeden, wyjątkowo nieprzypadły do jej gustu, zdzieliła klepiącego szmatą w twarz. Sala odpowiedziała śmiechem.

– Widzisz? – powiedział Randal, odbierając dzbanek. – Tradycja.

– Ach, czyli z ciebie jest taki znawca.

– Przyjacielu, z niejednej karczmy piwo piłem, w niejednej grałem i z niejednej chyłkiem uciekałem. Ja, mój drogi, jestem koneserem tego typu miejsc.

Perth uniósł brew, po czym dokończył polewkę prosto z miski. Randal mocno rozcieńczał swoją piwem.

– Skoro z ciebie taki koneser – odezwał się znowu Perth – to tę karczmę pewnie znasz od podszewki.

– No ba! Co chcesz wiedzieć? Znam tu wszystko i wszystkich.

– Powiedz mi w takim razie, kim jest tamten człowiek, który patrzy się na mnie od kiedy tu usiadłem.

Randal obejrzał się za siebie, skupiając się na spowitym cieniem kącie karczmy. Przy ustawionym tam stoliku siedziała postać, która skryła się szczelnie pod brązowym płaszczem. Na głowię nieznajomego nałożony był kaptur, który uniemożliwiał dostrzeżenie jego twarzy. Niemniej jednak postać zwracała się wyraźnie przodem w kierunku Pertha i nie trudno było wywnioskować, że spod kaptura uważnie się w niego wpatruje.

Bard machnął jednak ręką i wrócił do posiłku.

– Akurat nie znam jego imienia – odparł niefrasobliwie. – Ale nie zna go pewnie nikt z obecnych. Powiedzmy, że to taki Tajemniczy Bezimienny; w każdej karczmie taki jest. Siedzi w kącie, ukrywa się w cieniu pod kapturem, obserwuje i tyle.

– Ale gdzieś chyba mieszka, albo chociaż gdzieś zmierza?

– Tego nie wiem. Zawsze jak przychodzę do jakiejś karczmy, Tajemniczy już tam jest. Jest nieszkodliwy i okropnie nudny. Za to tamten powinien cię zainteresować.

Randal wskazał palcem ku innemu stolikowi. Siedział przy nim ubrany po chłopsku mężczyzna – miał na sobie prostą koszulę i nogawice, a obcięte pod garnek włosy trochę przetłuszczone i potargane. Perth spostrzegł jednak, że mężczyzna siedzi w najlepiej oświetlonym miejscu karczmy i sam zdawał się lekko odbijać światło świec i paleniska.

– Co w nim takiego ciekawego? – zapytał chłopak, kiedy po kilku minutach obserwacji mężczyzna nie wyróżnił się niczym więcej.

– Zobaczysz w swoim czasie, bo to nie zdarza się regularnie. Ale na pewno tego nie przeoczysz.

Bard dojadł wreszcie swoją kolację i pozwolił Dagmirze zabrać miskę. Dopił piwo z kufla, rozejrzał się po gościach, po czym wstał sprężyście.

– No, przydałoby się coś zagrać – stwierdził, chwytając lutnię i nakładając kapelusz na głowę. – Nie mogę dać mojej publiczności czekać.

Publiczność, widząc Randala zmierzającego w stronę podwyższenia obok szynkwasu, zaczęła nieśmiało klaskać. Bard, zachęcony tym skromnym powitaniem, dziarskim krokiem wskoczył na deski i ustawił się tuż pod tabliczką z napisem „prosimy nie rzucać nożami w grającego!”.

– Usiądźcie wygodnie i chwyćcie w ręce kufle, przygotujcie swoje uszy na przyjęcie prawdziwej sztuki! – zawołał Randal, ignorując pojedyncze gwizdy i ponaglenia.

Uderzył palcami w struny i zaczął śpiewać. Była to piękna, powolna ballada o żołnierzu, który wracał po wojnie do swojej ukochanej. Główny bohater wędrował długo i pokonał wiele przeciwności, by po powrocie do domu i krótkim odpoczynku znowu wyruszyć w podróż. Jego wybranka pytała: „dokąd, mój miły, dokąd”, na co on odpowiadał, że poznawszy smak wędrówki, nie sposób było karmić się znaną drogą.

Kiedy wybrzmiały ostatnie tony, goście nagrodzili występ gromkimi brawami. Randal zdjął kapelusz i ukłonił się, niemal zamiatając podłogę włosami. Widać było, że oklaski go uskrzydlają, bo już brał oddech, żeby zapowiedzieć następną piosenkę, ale wtedy drzwi karczmy otworzyły się, uderzając z hukiem o framugę.

Do sali weszło trzech mężczyzn. Mieli na sobie zbroje, których elementy znajdowały się w różnych stadiach zaniedbania, niemniej jednak to, razem z ogorzałymi twarzami i bardzo nieprzyjemnymi mieczami, od razu wskazywało na doświadczonych bandytów.

Śmiechy i rozmowy umilkły. Randal przezornie zszedł szybko ze sceny i zajął swoje miejsce. Pozostali goście wlepili wzrok w kubki i talerze, starając się jak najmniej znad nich wystawać.

Nowo przybyli rozejrzeli się. Wzrok ich przywódcy spoczął twardo na starszym mężczyźnie, który siedział z jakimś młodszym chłopakiem pośrodku sali. Bandyci podeszli do nich, stąpając ciężko.

– Nooo – zaczął dowodzący grupką mężczyzna o ciemnej, gęstej brodzie. – Kogo my tu mamy.

Jego towarzysze zaśmiali się. Staruszek nawet nie podniósł głowy, jakby nie zauważył przybyszów, jednak siedzący obok niego chłopak nerwowo zacisnął palce na blacie.

– Nie poznajesz mnie, dziadu? – zapytał brodaty. – Ale my poznajemy ciebie. Jesteś nam winien repare… repatra… repatriacje za naszego kolegę! I za konia, którego zabraliście!

– Nie powinniśmy czegoś zrobić? – zapytał szeptem Perth. – Zawołać kogoś? Jest tu jakiś wykidajło?

– Jest – odpowiedział Randal, niemal kładąc się na stole. – Pijany, tam siedzi.

– Hej, ty! – brodaty nachylił się nad staruszkiem i krzyknął mu do ucha. – Do ciebie mówię! Zaraz zrobi się…

Mężczyzna nie dokończył. Oczy nerwowego chłopaka zabłysnęły, a wtedy płomień świecy powiększył się do rozmiarów smoczego tchu i objął trójkę bandytów. Ci wrzasnęli przeciągle, zaczęli machać rękoma i tarzać się po posadzce. Płomień szybko zniknął, a po pomieszczeniu rozszedł się swąd palonych włosów i ubrań.

Kiedy przybysze miotali się i bluzgali, dwóch pijących do tej pory mężczyzn zerwało się gwałtownie i rzuciło na nich. Okładali ich pięściami przy akompaniamencie zachęcających okrzyków pozostałych gości, aż tamci zaczęli wydawać z siebie szczenięce piski. Wtedy dwójka bywalców postawiła ich na nogi i kopniakami wypędziła z karczmy. Za uciekającymi poleciało kilka kubków, butelek i obelg.

– Całkiem nieźle – odezwał się staruszek. – Całkiem nieźle. Ale przed tobą jeszcze dużo nauki, mój chłopcze. Musisz nauczyć się panować nad swoim talentem.

– Tak, mistrzu – odparł chłopak spokojnie.

– Karczmarzu! – zawołał głośno Randal. – Przynieś piwa dzielnemu młodzieńcowi i tym dwóm uprzejmym panom!

Perth odetchnął, kiedy powrócił poprzedni gwar. Od razu zrobiło się jakoś weselej, jakby wszyscy goście poczuli ze sobą swoistą solidarność. Kilka osób gratulowało mężczyznom, którzy znowu zasiedli do swoich kufli, ktoś przyjaźnie poklepał ich po plecach. Magicznym wydarzeniem nikt nie zawracał sobie więcej głowy. Najwidoczniej byli przyzwyczajeni.

Karczmarz osobiście wręczył kufle chłopakowi i dwóm mężczyznom i sam również im pogratulował. Kiedy wracał do szynkwasu, Randal pomachał do niego i gestem zaprosił do stolika. Mężczyzna z westchnieniem rozsiadł się na ławie.

– Widzę, że znalazłeś sobie wreszcie towarzystwo – zagaił.

–  Tak uznany śpiewak nie ma tu do kogo gęby otworzyć? – zainteresował się Perth, spoglądając z chytrym uśmieszkiem na towarzysza.

– Po kilku dniach znudziły im się moje opowieści – przyznał Randal z udawanym smutkiem. – Ileż ci biedni ludzie mogą słuchać o miejscach w których piłem, samemu nigdy nie zawitawszy dalej, niż do tego przybytku? Naprawdę, zaczynam myśleć, że pora będzie w końcu ruszyć w drogę. Wielki świat wzywa!

– Ten świat nie taki zaraz znowu wielki – rzucił karczmarz. – Ot, starcza ci na pół roku tułaczki. Nie minie więcej, a znowu tu zawitasz.

– Wspieram po prostu małe, lokalne przedsiębiorstwa. Zwłaszcza takie, w których dobrze mnie ugoszczono.

– Czyli takie, które zaoferowały darmowy nocleg w zamian za wieczorne występy – wytłumaczył Perthowi karczmarz, konspiracyjnie pochylając się w jego stronę.

– Doprawdy, chyba nauczę się grać na flecie – uśmiechnął się chłopak.

– A czemu na flecie?

– Bo tylko na takiej sztuce mógłbym zarobić. Śpiewać niestety nie umiem.

Drzwi karczmy znowu otworzyły się gwałtownie, jednak z mniejszym hukiem, niż poprzednio. Perth podskoczył na swoim miejscu, kiedy do sali wbiegł przybysz. Nieznajomy miał na sobie pancerz złożony z zupełnie losowych elementów – część była skórzana, inna stalowa i nie znalazłoby się na nim nawet dwóch części pochodzących z tego samego kompletu. Równie dobrze każdy fragment mógł pochodzić z innego kraju.

Ów ktoś podbiegł sprintem do promieniującego światłem ognia chłopa i rzucił mu na stół kilka marchewek. Twarz mężczyzny dodatkowo rozświetlił uśmiech, kiedy wyciągał z sakiewki przy pasie monety i podawał je nieznajomemu. Przybysz wybiegł tak szybko, jak się zjawił, a Perth był pewien, że gdyby nie był zwrócony twarzą do sali, nie zauważyłby nawet jego wejścia.

– Kto to był? – zapytał, ni to Randala, ni karczmarza.

– A, kręci się tu sporo takich wojowników – powiedział bard. – Na traktach też można ich spotkać. Czasami wykonują jakieś proste zlecenia dla tubylców.

– Ale po co on przyniósł te marchewki? – drążył dalej chłopak. – Od kiedy to zbrojni zajmują się warzywami? Dlaczego ten chłop zapłacił mu za coś, co sam pewnie ma pod domem?

Karczmarz i bard spojrzeli na niego jak na kompletnego troglodytę.

– Chłopcze – zaczął ten pierwszy. – W tej okolicy panują pewne zwyczaje. Tak już po prostu jest. Królowie siedzą na tronach, piwo kiedyś się kończy, chłopi są uciskani, a niektórzy zbrojni dostają niewielką zapłatę za uczciwą pracę.

– To taka miejscowa tradycja – wyjaśnił Randal.

– Muszę przyznać, że z każdym spędzonym tu dniem wasza kraina zaczyna mnie coraz bardziej zadziwiać.

– To widać, że niewiele jeszcze tu widziałeś – zażartował Randal. – A tak właściwie, to z daleka przybywasz?

– Można powiedzieć, że wręcz z innego świata.

– No proszę. A czym się zajmujesz? Opowiadasz historie, jesteś kurierem…?

– Podróż to moje zajęcie i powołanie. Spisuję wszystko, co zobaczyłem i czego się dowiedziałem, czasem też szkicuję mapy i napotkanych ludzi. A w międzyczasie zatrzymuję się w różnych wioskach i tam, gdzie zechcą mnie przyjąć, zostaję na kilka dni i wykonuję drobne prace za opłatą. Potem kupuję zapasy i wędruję dalej.

– Ah, to dopiero życie, prawda? – powiedział Randal z rozmarzoną miną. – Ciągle w drodze. Iść tam, gdzie nogi poniosą, odpocząć, potem ruszyć znowu. Widzę, drogi przyjacielu, że mamy więcej wspólnego, niż ci się zdaje.

– Gadanie – skwitował karczmarz. – Ciebie, Randalu, nogi ponoszą najdalej do wygódki, albo sąsiedniej wioski. Założę się, że ostatnią zimę przesiedziałeś pode młyna, u Lubki, co jej ojciec gospodarstwo w spadku zostawił.

– Drogi panie, w moim zawodzie…

– A właśnie – przerwał im Perth, wstając od stołu. – Skoro o wygódce mowa, to przeproszę na chwilę.

Wyszedł na zewnątrz, pozostawiając barda i karczmarza przy przyjacielskiej sprzeczce.

Na podwórzu zdążyło się zrobić chłodno. Przyszły chmury, a wraz z nimi powiew wilgoci, zwiastującej lekki nocny deszcz. Na szczęcie ścieżka nie wiodła zbyt daleko, a światło padające z okien karczmy oświetlało ją wystarczająco dobrze.

W drodze powrotnej, mijając stajnię, Perth zauważył trzy nowe konie. Krzątały się przy nich dwie postaci – elf i krasnolud. Pierwszy był wysoki i szczupły, o typowych dla swojej rasy pociągłych rysach twarzy i spiczastych uszach. Drugi był przysadzisty, rudowłosy, o krótkich, ale silnych ramionach i dłoniach. Elf miał przez plecy przerzucony kołczan ze strzałami i refleksyjny łuk, krasnolud natomiast wspierał pięść o stylisko groźnie prezentującego się topora. Obydwaj ignorowali proszący wzrok chłopca stajennego i sami zajmowali się wierzchowcami, kłócąc się ze sobą głośno.

– Nie, nie, nie – grzmiał krasnolud, potrząsając gęstą, sięgającą ziemi brodą. – Teraz obraziłeś pamięć mojej kochanej babuni. Jak w ogóle śmiesz opowiadać takie farmazony? A zresztą, co ja się przejmuję! Wy tam w tych swoich lasach całkowicie zapomnieliście o dobrym smaku!

– Drogi panie – nie ustępował elf. – My przynajmniej nie gotujemy zup na kamieniach.

– O! O nie! – krasnolud poczerwieniał i nadął się. – Tego już za wiele! Nie dam obrażać tradycyjnej kuchni mojej babuni ostrouchemu! Poza tym, zalewajka na kawałku granitu to najlepsze, co mogłoby spotkać twoje zasuszone korzonkami gardło!

– Panie kolego, nie wiem, jakie zasady panują w tych waszych kopalniach, ale tutaj, na powierzchni, nie wypada obrażać członków drużyny. Jesteśmy w cywilizowanym otoczeniu.

– Cywilizacji toś ty na oczy nigdy nie widział! Uważaj, bom gotów pokazać ci, jak moi ludzie rozprawiają się z takimi, jak ty!

Perth, zobaczywszy, że krasnolud złapał już drugą ręką za drzewce topora, w trosce o zdrowie swoje i chłopca stajennego, postanowił się wtrącić.

– Panowie, po co te nerwy – powiedział, wchodząc między nich z rozłożonymi rękoma. – Naprawdę, wnoszę o spokój i wysoką kulturę osobistą.

– Jak mam być spokojny, kiedy ten tu obraża moją babcię! – krzyknął krasnolud, grożąc elfowi toporem.

– To może zaproponuję kolejkę? – rzucił szybko Perth. – Na mój koszt. Karczmarz ma wyśmienite piwo.

Krasnolud od razu opuścił broń i cofnął się o krok.

– No i to rozumiem – powiedział do elfa. – To jest godna rozważenia propozycja.

Elf prychnął i skrzyżował ramiona na piersi.

– To co? – zapytał Perth. – Wejdziemy do środka w poczuciu ogólnej zgody i porozumienia?

Krasnolud schował topór, elf natomiast rozluźnił się trochę. Obydwaj skinęli głowami, a Perth poczuł, że atmosfera przestała w końcu wyraźnie gęstnieć.

– No, to zapraszam do środka. Są panowie tylko we dwójkę, czy ktoś jeszcze dołączy?

– Jest jeszcze z nami kolega – powiedział krasnolud. – Ale przed chwilą poszedł gdzieś w las. Z tymi druidami tak to już jest.

Perth zaprowadził ich do karczmy. Zaraz po przekroczeniu progu poprosił Dagmirę o trzy kufle, zapłacił z góry i z ulgą wrócił na swoje miejsce.

– Wyglądasz, jakbyś zobaczył w tej wygódce zjawę – zauważył Randal, oparłszy swobodnie nogi o blat stołu. – Coś się stało?

– Zażegnałem pewien nadzwyczaj niebezpieczny konflikt – odpowiedział Perth, czując uchodzące z niego emocje.  – Przez chwilę było naprawdę groźnie.

– No to proponuję się napić. Na strach nic nie działa lepiej.

Dagmira przyniosła im nowy dzbanek. Karczmarz w międzyczasie zniknął gdzieś w kuchni, zakończywszy widocznie rozmowę z Randalem. Pojawiał się tylko co jakiś czas za barem, przyglądając się sali i gościom i upewniając się, że nikomu niczego nie brakuje.

– Tak sobie myślałem… – zaczął niespodziewanie Randal. – Zakładam, że jutro ruszasz dalej?

Perth skinął głową i pociągnął łyk piwa.

– Może i na mnie już w takim razie pora? – kontynuował bard, drapiąc się po karku. – Rzeczywiście się tu zasiedziałem, przydałoby się zmienić widownię. No i nie mogę przyzwyczajać tutejszych bywalców do moich piosenek, bo jeszcze znudzą się własną hojnością.

– Nie musisz się tłumaczyć – przerwał mu Perth. – Jeśli chcesz dołączyć do mnie, to bardzo chętnie. Miło będzie mieć do kogo gębę otworzyć w drodze.

– Ha, przyjacielu! – zaśmiał się Randal. – Nie mogłeś mnie dzisiaj bardziej uszczęśliwić. Wypijmy za to!

Jak powiedział, tak zrobili. Kiedy skończył się dzbanek, Randal poprosił o drugi, tym razem wypełniony gorzałką. Razem z nią Dagmira przyniosła im kilka śledzi, świeżo wyłowionych z beczki. Zagryzali alkohol rybą i dalej przyglądali się gościom w karczmie. Randal opowiedział kilka historii o stałych bywalcach, Perth za to podzielił się szczegółami kłótni, której zapobiegł. Noc trwała, zdawałoby się, nieskończenie – tylko biesiadujący wychodzili albo kładli się na spoczynek. Wkrótce na sali pozostali tylko oni i pijany mężczyzna, który zasnął kilka dobrych godzin wcześniej.

Wkrótce Dagmira, z pomocą karczmarza, wyprosiła mężczyznę, a potem zagoniła Randala i Pertha do łóżek. Chłopak wiedział, że będzie jej za to wdzięczny następnego dnia, chociaż kiedy dziewczyna siłą kazała im odejść od stołu, stawiał dzielny opór.

Wstał tuż przed południem i spotkał Randala w drodze do wygódki, przed którą ustawiła się już kolejka pozostałych nocujących gości. Przywitali się, zamienili kilka słów i cierpliwie czekali na swoją kolej. Potem odświeżyli się w balii wypełnionej wodą ze studni i z mokrymi włosami udali się na spóźnione śniadanie.

Sala nie była już tak gwarna jak nocą. Wielu gości z poprzedniego wieczora wyruszyło rano w swoją drogę, a stali bywalcy z okolic zjawić się mieli dużo później. Perthowi i Randalowi towarzyszyło zatem przy śniadaniu tylko pięć osób.

Dagmira podała im ciepłą jajecznicę i kromki wczorajszego chleba, a co poniektórym też zimnej maślanki, przyniesionej prosto z piwniczki. Ku zaskoczeniu Pertha, on i Randal całkiem dobrze trzymali się po wspólnym piciu, nie licząc niewyspania i lekkiego pulsowania w głowie.

– Nie zmieniłeś zdania? – dopytał się Randal, kiedy kończyli jajecznicę.

– W żadnym wypadku – odparł Perth. – I po zastanowieniu chętnie odwiedziłbym po drodze inną karczmę.

– Pokażę ci następny najlepszy przybytek – obiecał bard z uśmiechem. – Chociaż pod względem napitków ten go raczej przyćmiewa.

Zapłacili za posiłek i kupili trochę zapasów na dalszą drogę. Perth podziękował karczmarzowi za gościnę, a ten zaprosił go w ewentualnej drodze powrotnej. Randal zebrał swoje rzeczy i z plecakiem na jednym ramieniu oraz lutnią na drugim ruszył z Perthem ku wyjściu.

Na ganku wychodzący goście ustawili się w kolejce. Na jej początku stał chłopiec stajenny, który odbierał należną mu zapłatę „za fatygę” i podprowadzał podróżnym ich konie. Ani Randal, ani Perth nie mieli wierzchowców, jednak i tak wręczyli chłopakowi po monecie, co, jak domyślał się Perth, stanowiło kolejną tradycję.

Weszli na trakt, żegnając się z odjeżdżającymi. Wkrótce zostali na drodze sami, zwróceni ku zachodowi.

– Ruszamy? – zagaił Perth.

– Ruszamy – kiwnął głową Randal. – Wiele jeszcze karczem przed nami.

Koniec

Komentarze

Witaj.

Jeśli to Twoje pierwsze opowiadanie, jestem pełna podziwu i gratuluję Ci świetnego debiutu. :)

Tytuł: Karłom i trollom wstęp wzbroniony oczywiście z miejsca przypomniał mi podobnie brzmiący napis z japońskiej restauracji z filmu z Bruce’em Lee, tyle że zamiast karłów i trolli były tam psy i Chińczycy. Rzecz jasna mój ulubiony aktor grał w nim walczącego (i to dosłownie :) ) o prawa Chińczyków bohatera. ;) 

W tekście jest trochę spraw technicznych, np.:

nie była znać

na głowię

do zbrojni

nie wiem też, czy celowo dwa kolejne zdania zawierają stwierdzenie: “goście umilkli”

 

Cytat: „prosimy nie rzucać nożami w grającego!” przypomniał mi wywieszone w latach 90-tych w autobusach miejskiej komunikacji słowa: “bądź dobry dla kierowcy, on także jest człowiekiem!”. :))

Opowiadanie pełne doskonałego humoru, napisane ciekawie. Czekam na kontynuację przygód bohaterów. 

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Zdania że słowami "goście umilkli" jest tak zostawione specjalnie ;) A to o nożach wpadło mi do głowy kiedyś po jakiejś sesji rpg, gdzie mistrz gry w saloonie nad pianistą umieścił podobny napis ;)

A, rozumiem.

Pozdrawiam serdecznie. ;)

Pecunia non olet

Bardzo dobrze się czyta.

 

…chociaż w okolicy nie była znać ni złota, ni smoków. – literóweczka? 

 

Do beczek co jakiś czas podchodziła ładnapryszczata dziewka służebna – Nie twierdzę, że jak ktoś jest pryszczaty, to od razu jest brzydki, ale jakoś zestawienie tych dwóch słów nieco mnie razi. 

 

Randal obejrzał się za siebie, skupiając się na skrytym w cieniu kącie karczmy. Przy ustawionym tam stoliku siedziała postać, która skryła się… – Zwracaj uwagę na powtórzenia i szukaj synonimów. To jeden z przykładów, a wcześniej już kilka też widziałem.

 

Na głowię nieznajomego nałożony był kaptur, który całkowicie skrywał jego twarz. – Po pierwsze literówka, a po drugie takie czepialstwo: skoro kaptur całkowicie skrywał twarz, to generalnie jegomość nie mógł nikogo obserwować, a przecież obserwował.

 

Od kiedy do zbrojni zajmują się warzywami? – literówka.

 

Elf prychnął i skrzyżował ramiona na piersi. – Potrafisz skrzyżować ramiona na piersi? ;) To znaczy, chyba się da, ale wygląda to nieco groteskowo. 

 

Piosenki, koledzy, kurierzy, przedsiębiorstwa – takich chociażby słów używasz, a nie do końca pasują do tych realiów. Myślę, że ballada/pieśń, towarzysz, posłaniec oraz przybytek brzmiałyby znacznie lepiej.

 

Wstał tuż przed południem i spotkał Randala w drodze do wygódki, przed którą ustawiła się już kolejka pozostałych nocujących gości. Przywitali się, zamienili kilka słów i cierpliwie czekali na swoją kolej. – Myślę, że stojący grzecznie w kolejce chłopi, których pęcherze cisną po całonocnym chlaniu, to trochę groteskowy obraz. Nikt nie pójdzie, tak zwyczajnie, na bok? Pod ścianę karczmy, w krzaki itp?

 

Cześć, Zielony Groszku. 

Owszem, jest lekko, jest prosto, ale czy przyjemnie?

Zacznę od pozytywnej strony. Tekst jest napisany przyzwoicie. To znaczy, zdarzają się błędy oraz cierpisz na nadmiar powtórzeń, o czym wspominałem wyżej, ale można czytać płynnie bez częstego potykania się.

A teraz już będę marudził. Typowe fantasy, którego akcja (Całe 20k znaków) odbywa się w karczmie. Brakowało mi jedynie, żebyś oznaczył ten tekst jako fragment, a byłby to szczyt oklepania. Ale to nic. I w ogranych motywach można zrobić coś nowego. I tutaj miałem nadzieję, że tak właśnie będzie. Nadzieję tę pobudził ciekawy tytuł oraz przyjemnie napisany pierwszy fragment opowiadania. Do samego końca czekałem na zwrot akcji czy niespodziankę. Na cokolwiek. A tu się okazuje, że nazwa karczmy nie ma żadnego znaczenia, że chłop władający ogniem, któremu przynoszą dary, jest tylko w zasadzie tłem bez związku do fabuły, że Tajemniczy gość w kącie jest tylko Tajemniczym gościem itd. 

Reasumując, opowiastka o nocy w karczmie, która może jest lekka i prosta, ale przez wykorzystanie do bólu oklepanych motywów oraz brak jakichkolwiek wyróżniających elementów/twistów raczej do przyjemnych nienależąca. Podkreślę, że to tylko moja opinia. Komuś być może taka scenka wystarczy, aby uznać lekturę za satysfakcjonującą.

P.S. Tekst nie jest krótki, a niczego się niemal nie dowiadujemy o głównym bohaterze. 

Rozgrzewka zaliczona, teraz wychodź z ogranych tematów i zaskocz pozytywnie, bo predyspozycje ku temu masz!

Pozdrawiam!

Dzięki za wszelkie uwagi ;) Tekst w zamyśle miał zawierać wszelkie "typowe" dla gatunku elementy: karczmę, barda, jakąś burdę itp. Chciałam wyśmiać/wytknąć większość takich rzeczy, ale rozumiem, że mój zamysł zniknął gdzieś w tym opowiadaniu :P

A widzisz, teraz to inna sprawa. Tylko coś jednak nie do końca zagrało. Czytając nie miałem wrażenia, że to parodia, jeno zwyczajny tekst pisany na poważnie.

Zielony Groszku, ja również nie wyłapałam w trakcie lektury parodii – może warto by nieco bardziej uwypuklić te sztampowe cechy, które chciałaś wyśmiać? Wprowadzić jakieś absurdalne sytuacje? Bo chciałam podpisać się pod komentarzem Realuca… i w sumie podpisuję się pod obydwoma ;)

 Pozdrawiam i życzę powodzenia przy kolejnych tekstach!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Cześć!

Zgadzam się z poprzednikami, że można byłoby bardziej zaznaczyć te wszystkie typowe cechy. :)

PS Ale bard zawsze na propsie! ;)

Mam jak przedpiśćcy, parodii w tekście nie widzę. Do parodii trzeba naprawdę mocno podkręcić zarówno cechy bohaterów, jak i akcję.

Czytało się nieźle i coś fjnego można z tego zrobić, ale na razie to tylko scenka, z której nic nie wynika. Wykorzystaj bohaterów do następnej, ale już pełnokrwistej opowiaści.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki za wszelkie uwagi ;) Nad następną parodią spróbuję bardziej popracować.

A co Ty się tak na parodie upierasz? ;) Toć to całkiem fajni bohaterowie.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nie upieram się, po prostu chciałam zaznaczyć, że jeśli kiedyś jakąś jeszcze napiszę, to wezmę powyższe uwagi do serca ;)

Nowa Fantastyka