- Opowiadanie: varg - Ostatni sen gąsienicy

Ostatni sen gąsienicy


TEKST JAK WIDAĆ STRA­SZY OB­JĘ­TO­ŚCIĄ.

PO­NIE­WAŻ NIE KO­MEN­TU­JĘ JUŻ TYLE CO KIE­DYŚ, LECZ JED­NO­CZE­ŚNIE UZNA­JĘ ZA­SA­DĘ WZA­JEM­NO­ŚCI, OBIE­CU­JĘ, ŻE KAŻDY, KTO PRZE­CZY­TA I ZO­STA­WI KO­MEN­TARZ PRZED WPAD­NIĘ­CIEM DO BIB, MA U MNIE BETĘ LUB KO­MEN­TARZ POD SWOIM TEK­STEM (DO WY­BO­RU – DECYZJA NA PRIV). INA­CZEJ NIE BY­ŁO­BY FAIR.


 

Opo­wia­da­nie wa­la­ło mi się po szu­fla­dach już, ho-ho, z osiem lat w sumie. Choć wów­czas miało jesz­cze być... czymś więk­szym.

MC orzekł, że pra­wie, pra­wie, ale jed­nak nie tym razem.

Więc dzie­lę się ze świa­tem.

 

Opo­wia­da­nie de­li­kat­nie be­to­wa­li – ponad dwa lata temu - prze­pa­dły już En­de­rek oraz nie­prze­pa­dła Ocha, za co im ni­niej­szym bar­dzo dzię­ku­ję.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Ostatni sen gąsienicy

 

I. Co­dzien­ność raju

 

W sku­pie­niu ob­ra­ca­łem w dło­niach świe­tli­ste, qu­asi-czte­ro­wy­mia­ro­we sym­bo­le, pró­bu­jąc wy­two­rzyć ocze­ki­wa­ną rów­no­wa­gę. Bez­sku­tecz­nie. Praca nad ko­lej­nym al­go­ryt­mem dłu­ży­ła się nie­mi­ło­sier­nie. Spoj­rza­łem z na­dzie­ją na ja­rzą­ce się w od­da­li błę­kit­na­we słoń­ce.

Nic.

Na ską­pa­ne w jego nie­ziem­skim świe­tle fale spo­koj­ne­go oce­anu. Na dro­bi­ny kar­mi­no­we­go pia­sku wy­my­wa­ne spo­mię­dzy pal­ców moich stóp.

Nic, nic i nadal nic. Pust­ka. Znie­chę­ce­nie.

Bom­bar­do­wa­nie sur­re­ali­zmem zwy­kle po­bu­dza­ło mój umysł do pracy, lecz tym razem nawet to nie po­ma­ga­ło. Czy moje za­da­nia mu­sia­ły być tak abs­trak­cyj­ne? Byłem dobry w te kloc­ki, lecz wo­lał­bym do­stać cza­sem coś bar­dziej na­ma­cal­ne­go. Coś, czego zna­cze­nie bym ro­zu­miał. Coś, co nie po­zo­sta­wia­ło­by mnie z tym przy­gnę­bia­ją­cym wra­że­niem bez­ce­lo­wo­ści. Na­praw­dę chcia­łem zbyt wiele?

– Davi, zaraz wy­cho­dzi­my, idziesz? – Z za­du­my wy­rwał mnie głos Vei do­bie­ga­ją­cy z mo­je­go nad­garst­ka. Oczy­wi­ście, nie na­praw­dę jej głos. Ten, który jej usta­wi­łem.

– Zaraz. Za­my­śli­łem się.

– Nie bądź nu­dzia­rzem my­śla­kiem. Chodź. Cze­ka­my. – Do­gra­ła do tego „Don’t stop me now”. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, że ko­cham te sta­ro­cie, mała spry­ciu­la. Lu­bi­łem ją. Nie mogło być ina­czej, skoro pa­so­wa­li­śmy.

– Już.

Mach­ną­łem dło­nią i słoń­ce spły­nę­ło nad ocean. Gdy zna­la­zło się tuż nad ho­ry­zon­tem, z od­mę­tów wy­strze­li­ły macki kra­ke­na i wcią­gnę­ły roz­ża­rzo­ną błę­kit­ną kulę pod po­wierzch­nię. Po­zo­sta­łe po niej smugi czar­ne­go dymu roz­pły­nę­ły się w wy­ro­słej nagle ciem­no­ści.

Skąd mi to wszyst­ko przy­szło do głowy?

 

Odłą­czy­łem się i wsta­łem z łóżka. Po­pa­trzy­łem w lu­stro. W roz­ma­za­nym flu­ore­scen­cyj­nym bla­skiem pół­mro­ku zo­ba­czy­łem nie­ogo­lo­ne­go fa­ce­ta, wciąż mło­de­go, lecz sku­tecz­nie ma­sku­ją­ce­go ten fakt chro­nicz­nym prze­mę­cze­niem. Za ple­ca­mi ma­ja­czy­ła za­gra­co­na klit­ka o mod­nym, psy­cho­de­licz­nym wy­stro­ju. Oto i verum w całej swej przy­ziem­no­ści. Minął ko­lej­ny ty­dzień pracy. Naj­wyż­sza pora, by robak wy­pełzł wresz­cie ze swego jabł­ka. „On już do­brze o tym wie, że to się za­koń­czy źle”, jak śpie­wa­no w erze klo­nów.

Prze­cze­sa­łem włosy, roz­pro­sto­wa­łem ubra­nie i wy­sze­dłem z po­ko­ju. Vei, Mart i Ki stali przy drzwiach. Zła­pa­łem swoją kurt­kę.

– Kto ma klucz­kar­tę? – za­py­tał Mart.

– Ja – po­wie­dzia­łem.

Prze­waż­nie wcho­dzi­łem w rolę tego od­po­wie­dzial­ne­go. Śle­piec prze­wo­dzą­cy ślep­com.

– I ja – do­rzu­ci­ła Ki z sze­ro­kim uśmie­chem. Na jej kró­ciut­kiej ko­szul­ce mi­go­ta­ły geo­me­trycz­ne fi­gu­ry. Pa­ra­mi.

– Dobra. To nie zgub­cie się – rzu­cił Mart.

– No ba.

– Idzie­my?

Wy­szli­śmy. Zje­cha­li­śmy pri­vin­dą na dół, pro­sto do metra. Było tłocz­no, jak zwy­kle w pierw­szą noc rum­sprin­gi, lecz nie­zbyt gwar­no, dzię­ki czemu mo­głem sku­pić się na gło­sach we wła­snej gło­wie. En­dor­fi­ny w nor­mie; stan konta za­do­wa­la­ją­cy – po­in­for­mo­wa­ły mnie nie­zwłocz­nie.

Lu­dzie, po­za­my­ka­ni we wła­snych świa­tach, wy­cze­ki­wa­li cier­pli­wie chwi­li, gdy będą mogli ro­zejść się po za­ka­mar­kach Wszech­mia­sta, szu­ka­jąc stra­wy dla znu­dzo­nych umy­słów i ciał. Na ho­le­kra­nach mi­go­ta­ły re­kla­my, po­do­bi­zny zna­nych osób i ko­mu­ni­ka­ty bie­żą­ce: coś o ce­le­bra­cji na­ro­dzin mi­lio­no­we­go miesz­kań­ca, o pro­fi­tach w prze­my­śle pod­ziem­nym, o tra­gicz­nym wy­pad­ku na któ­rejś z tu­bo­strad. Chyba znowu nie po­tra­fi­li zi­den­ty­fi­ko­wać ofia­ry. Jakaś plaga ostat­nio.

– Dokąd idzie­my? – za­py­ta­łem, gdy za­czą­łem się tym nu­dzić.

– Vei mówi, że Ti­ti-ri­ti.

– Tak mówi? – Po­pa­trzy­łem z uśmie­chem na Vei. Czar­ny ma­ki­jaż pra­wie przy­kry­wał jej praw­dzi­we rysy twa­rzy. Wcale nie wy­ma­ga­ły ukry­wa­nia. Zresz­tą wie­dzia­ła o tym. Po pro­stu dzi­siaj chcia­ła być kimś innym. Ro­zu­mia­łem ją. W końcu pa­so­wa­li­śmy.

– Za­cznie­my od trzę­sie­nia ziemi, a potem pod­krę­ci­my tempo. Cała noc przed nami. A jak nie za­brak­nie en­dor­fin, to i dłu­żej. Hejoo! – En­tu­zjazm wy­le­wał się z niej gę­stym, lep­kim stru­mie­niem. Przy­kle­iłem się bez wa­ha­nia.

Po kilku mi­nu­tach by­li­śmy na miej­scu. Vei wbie­gła po scho­dach, zwin­nie omi­ja­jąc tłum wpeł­za­ją­cych ascen­so­rem wy­le­niw­ców. Zanim się obej­rze­li­śmy, stała na górze, po­gwiz­du­jąc na nas. Po­szli­śmy w jej ślady. Mart i Ki chi­cho­ta­li coś do sie­bie. Ty­po­wi za­ba­wia­cze. Cza­sem mieli swoje spra­wy, któ­rych nie ro­zu­mia­łem, ale prze­waż­nie byli do­sko­na­ły­mi to­wa­rzy­sza­mi na wie­czór. Wszy­scy zresz­tą pa­so­wa­li­śmy na przy­naj­mniej sześć­dzie­siąt sie­dem pro­cent, dla­te­go też miesz­ka­li­śmy razem. Vei była ar­ty­stycz­na. Ja kre­acyj­ny. Spraw­nie funk­cjo­nu­ją­ca, nie­mal pod­ręcz­ni­ko­wa grupa to­wa­rzy­ska. Nie moja pierw­sza zresz­tą, więc na szczę­ście po­tra­fi­łem ją do­ce­nić.

 

Ti­ti-ri­ti stała ścia­ną ludzi. Trud­no roz­wi­nąć skrzy­dła w tłoku. Po­szli­śmy do są­sied­nie­go i mniej ob­le­ga­ne­go Ba­stio­nu.

– Mają tam też salę z tka­cza­mi – prze­ko­ny­wał Mart.

– Wspa­nia­le – po­par­łem.

Ba­stion mie­ścił się w ob­skur­nym ce­gla­nym bu­dyn­ku. Ze­szli­śmy po scho­dach. Zza pół­prze­zro­czy­stych drzwi prze­bi­ja­ła zie­lon­ka­wa po­świa­ta. Przed wej­ściem za­ży­li­śmy la­za­ru­sa. Bez prze­sa­dy, po dawce. Świa­tło nie­mal na­tych­miast przy­bra­ło przy­tul­niej­szy od­cień. Od­ru­cho­wo osnu­łem wzro­kiem geo­me­trię Ki. Na ko­szul­ce po­ja­wił się napis „Jeśli mo­żesz to prze­czy­tać, to je­steś zbyt bli­sko”. Pul­so­wał w ryt­mie mo­je­go serca. Jak to zro­bi­ła? Jej uśmiech był sze­ro­ki jak ho­ry­zont. Za­ba­wia­cze znają takie sztucz­ki. Mart w mię­dzy­cza­sie uplótł Vei wie­lo­smu­go­wy war­kocz, nawet nie za­uwa­ży­łem kiedy.

– Go­to­wi? – za­py­ta­łem. Stra­ci­łem po­czu­cie czasu. Lu­dzie wcho­dzi­li i wy­cho­dzi­li.

– Na co? – zdzi­wi­ła się Ki, po czym ni z tego, ni z owego wy­buch­nę­ła śmie­chem.

– Na naj­wspa­nial­sze chwi­le na­sze­go życia! – od­po­wie­dzia­łem. Prze­chi­cho­ta­li­śmy te chwi­le i jesz­cze kilka ko­lej­nych.

We­szli­śmy wresz­cie. Wnę­trze klubu wy­nu­rzy­ło się spo­śród szar­pa­ne­go zie­le­nią mroku. W środ­ku był już tłum ludzi, lecz nie na tyle gęsty, by znie­chę­cać. Mu­zy­ka prze­ni­ka­ła nas i pró­bo­wa­ła zro­zu­mieć, za­to­nę­li­śmy w niej jak w gę­stej cie­czy. Na środ­ku pierw­szej sali był po­dest, na któ­rym uwi­ja­li się tka­cze. Wpra­wia­li w ruch róż­no­ko­lo­ro­we świe­tli­ste stru­ny, drga­ją­ce w wielu płasz­czy­znach ni­czym nici trój­wy­mia­ro­wej tka­ni­ny. Za­wi­ja­li je na palce, szar­pa­li, gła­ska­li de­li­kat­nie, wpla­ta­jąc nie­zwy­kłe dźwię­ki w ota­cza­ją­cą nas mu­zy­kę. Jakby do­kład­nie wy­li­cza­li te mi­kro­sko­pij­ne zmia­ny ci­śnie­nia na każ­dej z błon bę­ben­ko­wych. Nasze wej­ście za­kłó­ci­ło sy­me­trię sali i linia me­lo­dycz­na na­tych­miast to od­da­ła, kilka fał­szy­wych nut opi­su­ją­cych naszą czwór­kę nie­mal wska­zy­wa­ło nas pal­cem. Zaraz jed­nak wy­rósł nowy temat, zgod­ny za­rów­no z nami, jak i wszyst­ki­mi wokół. Spek­takl ten za­wsze mnie obez­wład­niał, zresz­tą nie tylko mnie. Tka­cze jed­nak żyli, by to robić. Dla­te­go byli tak do­brzy.

Nigdy nie po­zna­łem żad­ne­go tka­cza. Sły­sza­łem, że po­tra­fi­li roz­ma­wiać tylko ze sobą na­wza­jem. Nikt inny do nich nie pa­so­wał.

Sta­łem, po­dzi­wia­jąc fa­lu­ją­ce i roz­pły­wa­ją­ce się w po­wie­trzu wie­lo­barw­ne włók­na świetl­nych strun. La­za­rus osiadł na moim mózgu jak pa­ję­czy­na. Drob­ne ha­lu­cy­na­cje to nor­mal­na rzecz. Nie z tej samej zresz­tą bajki, co inne ba­wi­ki, jak vor­tex, który zu­peł­nie od­ry­wał od rze­czy­wi­sto­ści i wy­ma­gał pod­łą­cze­nia. La­za­rus był w stylu vin­ta­ge i dla­te­go był modny. Dzi­siej­sze wy­na­laz­ki wy­ko­rzy­stu­ją­ce na­no­po­bu­dza­nie re­cep­to­rów nie do końca mnie prze­ko­ny­wa­ły. Zna­łem ta­kich, któ­rych za­bra­no po tym do Re­zy­gna­to­ra. Wzdry­gną­łem się: nie wolno było o tym my­śleć. Zwłasz­cza na la­za­ru­sie.

Zda­łem sobie spra­wę, że Mart mnie woła. Obej­rza­łem się. Stał z Ki przy barze, obok nich mi­go­ta­ły czte­ry zło­ci­ste ni­czym pro­mie­nie słoń­ca drin­ki. Oczy­wi­ście nigdy tak na­praw­dę nie wi­dzia­łem słoń­ca. Ba­rie­ra ochron­na nad Wszech­mia­stem sku­tecz­nie to unie­moż­li­wia­ła.

I znów nie­wła­ści­wy kie­ru­nek myśli, lek­kie mro­wie­nie w nad­garst­ku. Co się dziś ze mną dzia­ło?

Pod­sze­dłem. Kątem oka do­strze­głem, że Vei od­da­li­ła się i zdą­ży­ła już za­cze­pić jakąś dziew­czy­nę.

– Za dobre po­cząt­ki! – po­wie­dział Mart, po­da­jąc mi kie­li­szek.

– O wiele za dobre! – wy­re­cy­to­wa­li­śmy zgod­nie z przy­ję­tym ry­tu­ałem, kosz­tu­jąc trun­ku. Był mocno pi­kant­ny, lecz i słod­ki. Przy­jem­nie. Ki są­czy­ła po­wo­li, ob­ser­wu­jąc pra­cu­ją­cych tka­czy.

– Nie­źli są, co? – stwier­dzi­ła.

– Wy­bor­ni – rzu­ci­łem, a Ki aż się za­krztu­si­ła ze śmie­chu.

– Ha, ha, ha! Wy­bo­oorr­r­ni. Jak ja lubię te twoje stare słów­ka. Tak, są wy­bo­orr­r­ni, he­jo­ooo – śmia­ła się. Na jej ko­szul­ce za­mi­go­ta­ły dwa uro­cze, wy­pu­kłe ser­dusz­ka.

– Po­dob­no pod­łą­cza­ją się na stałe. Być może nawet nie wie­dzą, gdzie są – szep­nął Mart.

– Jak to moż­li­we? – zdzi­wi­łem się.

– Nie wiem, tak sły­sza­łem. Tka­cze to tech­no­lo­gia ostat­niej ge­ne­ra­cji. Trze­ba by po­ga­dać z ja­kimś in­ży­nie­rem.

Za­my­śli­łem się. Od czasu Wy­ba­wie­nia, Szczo­dro­do­bry Rząd nie usta­wał w wy­sił­kach, by miesz­kań­cy Wszech­mia­sta ro­dzi­li się coraz do­sko­nal­si. Ale bycie pod­łą­czo­nym na stałe? Czy to też życie?

Roz­go­ni­łem te myśli. Nie byłem prze­cież fi­lo­zo­fem. Ale lu­bi­łem wda­wać się z nimi w dys­ku­sje. Fa­scy­no­wa­ła mnie ta nie­praw­do­po­dob­na de­ter­mi­na­cja – pod­czas gdy ludz­kość osią­gnę­ła tak wiele, oni nadal mie­rzy­li się z jed­nym i tym samym py­ta­niem. Może z tego wzglę­du fi­lo­zo­fów rów­nież za­li­cza­no do za­ba­wia­czy.

– Davi, nie myśl tyle. – Ki po­ło­ży­ła mi rękę na ra­mie­niu. – Nazwą cię smu­ta­sem i wy­lą­du­jesz w Re­zy­gna­to­rze. Chodź, Vei zna­la­zła chyba ja­kieś miej­sce.

Rze­czy­wi­ście, we­so­ła, ener­gicz­na Vei sie­dzia­ła przy jed­nym ze sto­li­ków z dwoma, chyba nieco już roz­fru­wa­ny­mi, dziew­czę­ta­mi. Z nią nigdy nie wia­do­mo, pew­nie nawet nie spraw­dzi­ła, czy pa­su­je­my. Lu­bi­ła nie­spo­dzian­ki. A ja lu­bi­łem ją.

Zo­sta­li­śmy więc. Roz­ma­wia­li­śmy i śmia­li­śmy się. Po ko­lej­nym la­za­ru­sie Mart i Ki po­szli się po­ru­szać, zaś ja i Vei za­po­zna­wa­li­śmy się bli­żej z mru­żą­cy­mi słod­ko oczy, płyn­ny­mi w ru­chach, czer­wo­no­usty­mi pięk­no­ścia­mi. Do­sia­dło się kilka osób, ale nikt nie wy­trzy­mał zbyt długo. Z jed­nym takim mia­łem dwa­dzie­ścia sie­dem pro­cent. Cie­ka­we, co przy­gna­ło go w to miej­sce? Nigdy co praw­da nie spo­tka­łem ni­ko­go, z kim miał­bym choć­by sie­dem­dzie­siąt pięć. Sły­sza­łem o na­praw­dę nie­złych wy­ni­kach, ale nie było wąt­pli­wo­ści, że róż­ni­li­śmy się. To w końcu jedna z fun­da­men­tal­nych zasad. Lęk przed czymś, co daw­niej na­zy­wa­no klo­no­wa­niem, miał swego czasu wiel­ki wpływ na dzi­siej­szą struk­tu­rę spo­łecz­ną Wszech­mia­sta, z tego co za­pa­mię­ta­łem z hi­sto­rii ogól­nej. Z ja­kie­goś jed­nak po­wo­du mie­wa­łem wra­że­nie, że ja sam róż­ni­łem się bar­dziej. Nawet Ki i Mart mieli osiem­dzie­siąt czte­ry.

Daw­niej mó­wi­ło się bodaj, że “mieli się ku sobie”. Oczy­wi­ście, nie fi­zycz­nie, nie w verum. To było nie­do­pusz­czal­ne. Każdy z nas już TEGO do­świad­czył, przy tej czy innej oka­zji, ale ra­czej z cie­ka­wo­ści niż z głęb­szej po­trze­by. Jaki był sens? Ko­rzy­sta­jąc z pod­łą­cze­nia można było speł­nić każde pra­gnie­nie, a nawet wię­cej – na­no­pod­krę­ce­nie re­cep­to­rów gwa­ran­to­wa­ło do­zna­nia ab­so­lut­nie nie do wy­ra­że­nia sło­wa­mi. Udo­stęp­nia­li­śmy się sobie na­wza­jem, byłem więc zu­peł­nie pe­wien, że wszy­scy prze­ży­li­śmy już seks-zwi­dzi­ki z każ­dym z po­zo­sta­łej trój­ki i to w nie­zli­czo­nych kon­ste­la­cjach. Ow­szem, zda­rza­li się lu­dzie, któ­rzy pre­fe­ro­wa­li „na­tu­ral­ne”, jak mó­wio­no, zbli­że­nia, acz­kol­wiek trak­to­wa­no to ra­czej jak ry­tu­ał, czy może teatr… w każ­dym razie – mało kto to ro­zu­miał. Za­wsze zresz­tą po­zo­sta­wa­ło ry­zy­ko po­wsta­nia zy­go­ty, a to już było po­waż­ne prze­stęp­stwo.

Młod­sza z dziew­cząt – tych, do któ­rych się przy­sie­dli­śmy – miała na imię Kloe, star­sza Lauri. Opo­wia­da­ły nie­zwy­kłe rze­czy, a ich twa­rze mie­ni­ły się róż­ny­mi ko­lo­ra­mi. Po kilku ko­lej­nych drin­kach i dział­kach la­za­ru­sa zdra­dzi­ły nam, że pra­cu­ją – a może znają kogoś – w miej­scu, gdzie two­rzy się ba­wi­ki i za­pro­po­no­wa­ły nam coś eks­tra. Ja i Vei słu­cha­li­śmy, przy­tu­le­ni. Czu­łem się wspa­nia­le. Po­pa­trzy­łem w bok, w oczy mojej małej sio­strzycz­ki, jak ją cza­sem na­zy­wa­łem. Była za. Vei za­wsze była za. To­ną­łem w mu­zy­ce.

Po­wę­dro­wa­li­śmy do to­a­le­ty, nie chcąc przy­cią­gać nie­po­trzeb­nych cie­kaw­skich. Mart prze­padł, po dro­dze uwol­ni­li­śmy Ki od ja­kie­goś na­chal­ne­go ko­lek­cjo­ne­ra udo­stęp­nień. W ogól­nym roz­gar­dia­szu mie­li­śmy nieco trud­no­ści, lecz w końcu udało nam się we­pchnąć w piąt­kę do ka­bi­ny.

– Jak to wła­ści­wie dzia­ła? – za­py­ta­łem, zi­ry­to­wa­ny, że dziew­czy­ny nawet się nie za­in­te­re­so­wa­ły.

Po­czu­cie od­po­wie­dzial­no­ści – nawet fał­szy­we – to cięż­kie brze­mię.

– Po­dob­no ma trzy ko­lo­ry – po­wie­dzia­ła z in­try­gu­ją­cym uśmie­chem Kloe. – Pierw­szy przy­po­mi­na la­za­ru­sa, tylko do­pa­la ty­siąc razy le­piej. Ma za za­da­nie pod­krę­cić en­dor­fi­ny do po­zio­mu, w któ­rym uwal­nia się drugi kolor. Ten jest nie­sa­mo­wi­ty.

– Czyli?

– Uwol­nie­nie jaźni – zdra­dzi­ła Lauri. – Na­no­neu­tra­li­za­cja za­im­ple­men­to­wa­nych blo­kad. Bę­dzie­cie mogli po­my­śleć wszyst­ko. Ro­zu­mie­cie? Wszyst­ko! A w po­łą­cze­niu z wi­zja­mi pierw­sze­go ko­lo­ru… Po­wiedz­my po pro­stu, że en­dor­fi­ny wy­le­ją wam się nosem. Coś wspa­nia­łe­go! Sy­ner­gia jest pierw­szo­rzęd­na. I żad­ne­go ry­zy­ka! Tro­chę trwa, zanim zej­dzie, ale po wszyst­kim bę­dzie­cie za­chwy­ce­ni.

Zda­wa­ło mi się, czy zwra­ca­ła się wprost do mnie?

– A trze­ci kolor? – za­in­te­re­so­wa­ła się Ki.

Dziew­czy­ny spoj­rza­ły sobie w oczy i za­chi­cho­ta­ły.

– Nie wiemy. Taka karma. Nigdy nie do­tar­ły­śmy tak da­le­ko. Już uwol­nie­nie dru­gie­go nie jest pro­ste i udaje się tylko w szcze­gól­nych oko­licz­no­ściach. Co do­pie­ro trze­cie­go. Dla­te­go pró­bu­je­my dalej. Ale to musi być coś jak sen w ob­ję­ciach Szczo­dro­do­bre­go Maur­ji – Kloe przy­mknę­ła oczy i za­czę­ła się ko­ły­sać w rytm stłu­mio­nej mu­zy­ki tka­czy.

– Ko­lo­ro­wy sen – do­rzu­ci­ła Lauri, po­sław­szy przy­ja­ciół­ce lśnią­ce­go czer­wo­ną szmin­ką ca­łu­sa. – To jak, za­czy­na­my? Trze­ba to roz­pu­ścić w ustach. Po­wo­li. Nie mają jesz­cze do­bre­go spo­so­bu. To nowa rzecz. Naj­waż­niej­sze, żeby nie po­ły­kać od razu – po­in­stru­owa­ła nas.

Dla­cze­go znowu taki byłem? Dla­cze­go z a w s z e taki byłem? Nie wiem, nie mo­głem ina­czej. Oczy­wi­ście, że po­łkną­łem od razu. A potem… Potem tań­czy­li­śmy. Z Vei, Kloe i Lauri.

Wi­sia­łem po­śród barw, mu­zy­ka prze­pły­wa­ła prze­ze mnie, gry­ząc czer­wo­ny­mi usta­mi. Śmia­łem się i błą­ka­łem w świe­tle, dźwię­kach, sło­wach. Coś się wy­la­ło, lepka ciecz wy­gry­zła otwór w pod­ło­dze. Wszy­scy za­pa­dli się po ko­la­na. Roz­la­li­śmy się i wciąż roz­ma­wia­li­śmy, śpie­wa­li­śmy, wy­bu­cha­li­śmy śmie­chem. Z Kloe mia­łem osiem­dzie­siąt dwa. Czy to moż­li­we?

Czy coś było nie­moż­li­we?

Ktoś się prze­wró­cił, może nawet ja. Po­wie­trza. Za­pra­gną­łem nagle wy­do­stać się, wy­nu­rzyć z dud­nią­ce­go pie­kła, lecz mu­sia­łem prze­zwy­cię­żyć ręce – były owi­nię­te wokół ciała i nie mo­głem się uwol­nić. Głowa na­pęcz­nia­ła mi jak balon. Coś było nie w po­rząd­ku, na­praw­dę coś…

 

* * *

 

Coś.

Nic?

Wszyst­ko.

 

* * *

 

II. Pra­gnie­nia i żądze

 

Obu­dzi­łem się. Wy­gra­mo­li­łem ze snu, któ­re­go wspo­mnie­nie gwał­tow­nie pa­ro­wa­ło, aż znik­nę­ło zu­peł­nie. Nie był to dobry sen, tego byłem pe­wien. Jego reszt­ki cie­kły mi po ple­cach zim­ny­mi, lep­ki­mi struż­ka­mi. Wciąż leżąc, prze­tar­łem obo­la­łą twarz. Na dłoni po­zo­stał ślad krzep­ną­cej krwi. Wy­glą­da­ło to na nie­daw­ny krwo­tok z nosa; nie wy­ma­ca­łem na szczę­ście żad­nych in­nych ob­ra­żeń. Od­kry­łem, że leżę na pod­ło­dze, owi­nię­ty wokół musz­li klo­ze­to­wej.

– Hej! – usły­sza­łem nagle. – Ty tam! Za­bie­raj się stąd! To dam­ska to­a­le­ta!

Po­wo­li za­czy­na­łem gro­ma­dzić fakty. Nade mną po­chy­la­ła się dziew­czy­na, młoda, lecz nie­ade­kwat­nie ubra­na. Nijak. Szaro. Bez szpa­nu.

Nie­mniej nie mo­głem ode­rwać wzro­ku. Jej twarz! Tak nie­sy­me­trycz­na, nie­ide­al­na. Nigdy nie wi­dzia­łem czło­wie­ka tak nie­do­sko­na­le pięk­ne­go. Splą­ta­ne, ciem­ne włosy, nie­rów­nych roz­mia­rów do­łecz­ki w po­licz­kach. I te oczy… Uzna­łem, że nadal je­stem pod wpły­wem. Prze­cież nikt nie ma ta­kich oczu – ża­rzą­cych się błę­ki­tem jak moje słoń­ce.

– No, co jest z tobą? Głupi je­steś czy coś? – za­py­ta­ła.

– Jedno i dru­gie – wy­mam­ro­ta­łem. Spró­bo­wa­łem wstać. – Chyba stra­ci­łem przy­tom­ność – po­wie­dzia­łem prze­pra­sza­ją­co.

– Gra­tu­lu­ję. Teraz wyjdź pro­szę, nie mam czasu – po­wie­dzia­ła nie­cier­pli­wie, lecz za­brzmia­ło to tak dzi­wacz­nie, że mu­sia­łem spy­tać:

– Czasu na co?

– Nie twoja spra­wa.

– Jasne. – Ski­ną­łem głową. – Czy my się już aby nie spo­tka­li­śmy? – do­da­łem, za­trzy­ma­ny na­głym, nie­spre­cy­zo­wa­nym wra­że­niem.

Nic nie od­po­wie­dzia­ła, prze­wró­ci­ła tylko ocza­mi i za­czę­ła wy­py­chać mnie na ze­wnątrz. Gdy prze­su­wa­łem się obok, mój nad­gar­stek zdą­żył spo­tkać się z jej nad­garst­kiem. Od­ruch? Po­trze­ba? Sam nie wie­dzia­łem. Wie­dzia­łem na­to­miast tyle, że in­ter­fejs prze­słał im­puls, nim za­trza­snę­ła za mną drzwi.

Przez chwi­lę sta­łem tam zu­peł­nie otu­ma­nio­ny, wga­pia­jąc się z nie­do­wie­rza­niem w od­czyt na ma­leń­kim wy­świe­tla­czu po­ni­żej mojej dłoni.

Ob­my­łem się z krwi, po czym nie­pew­nym kro­kiem wkro­czy­łem do głów­nej sali. Nadal byłem w tym samym miej­scu. W Ba­stio­nie. Moja pacz­ka wciąż sie­dzia­ła tam, gdzie wcze­śniej. Po­ma­cha­li do mnie, nie prze­ry­wa­jąc roz­mo­wy.

Zbli­ży­łem się.

– Długo mnie nie było? – szep­ną­łem do Vei.

– Dla­cze­go? – zdzi­wi­ła się, jej usta roz­cią­gnę­ły się w uśmie­chu. – Ja wiem? Go­dzi­nę? Może dwie? Czas nam się roz­szedł. Roz­ma­wia­łeś z jakąś dziew­czy­ną przy barze. Nie pa­mię­tam jej. A potem nie wiem.

– Dziew­czy­ną? Kloe czy Lauri? I gdzie one w ogóle są?

– Nie wiem, Davi. Pew­nie sobie po­szły. My cały czas prze­ży­wa­li­śmy tutaj. Mart się zna­lazł. Wszyst­ko w po­rząd­ku? Wy­glą­dasz, jak­byś coś sobie zro­bił. – Mu­snę­ła moją twarz de­li­kat­nie. Miała bar­dzo przy­jem­ny dotyk. Nie­mal nie chcia­łem, by od­su­wa­ła rękę.

Spią­łem się, wy­cze­ku­jąc ostrze­gaw­cze­go mro­wie­nia. Nic.

– To moż­li­we – od­po­wie­dzia­łem. – Wiesz, wyjdę na ze­wnątrz, ode­tchnąć. Po­gu­bi­łem się tro­chę.

– Jasne. Na razie się nie ru­sza­my. Znowu wcią­gną­łeś za dużo la­za­ru­sa? – za­py­ta­ła ze śla­dem tro­ski.

– Może… – po­wie­dzia­łem i uda­łem się ku drzwiom.

Nawet bez­piecz­ne ba­wi­ki mogły mieć za­ska­ku­ją­ce skut­ki, tra­fia­ły się ha­lu­cy­na­cje, nie­kie­dy zu­peł­nie ode­rwa­ne od rze­czy­wi­sto­ści. Od­trut­ki były po­wszech­nie do­stęp­ne, jed­nak mało kto je sto­so­wał. Wy­pad­ki zda­rza­ły się tak rzad­ko, że nie­mal o każ­dym pi­sa­no w In­fo­bo­xie. Nie mia­łem pew­no­ści, co za­szło, lecz im dłu­żej o tym my­śla­łem, tym bar­dziej cała sy­tu­acja wy­da­wa­ła mi się za­baw­na i błaha. Naj­waż­niej­sze, że nic mi nie jest, po­wta­rza­łem sobie. Spoj­rza­łem raz jesz­cze na nad­gar­stek, który – choć dałem mu mnó­stwo czasu na po­pra­wę – zło­śli­wie wciąż wska­zy­wał to samo: sto pro­cent do­pa­so­wa­nia. Twier­dził, że tam, w to­a­le­cie, spo­tka­łem sa­me­go sie­bie. Przez chwi­lę chi­cho­ta­łem do tej idio­tycz­nej myśli. Zda­wa­łem sobie na szczę­ście spra­wę, że to nie­moż­li­we. Nie było ze mną tak źle.

Wy­ga­si­łem in­ter­fejs i wzią­łem kilka głę­bo­kich wde­chów. Pod­nio­słem głowę. Nie pa­mię­ta­łem, by Ba­stion znaj­do­wał się tak bli­sko Rdze­nia, a jed­nak był on stąd do­sko­na­le wi­docz­ny. Słup splą­ta­nych smug ener­gii wy­bi­jał w górę na ol­brzy­mią wy­so­kość, gdzie roz­le­wał się na kształt grzy­ba, for­mu­jąc nad Wszech­mia­stem roz­le­głą ko­pu­łę. Ten widok za­wsze dawał mi po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Tym razem jed­nak nie­sfor­ne myśli, chyba nieco roz­luź­nio­ne at­mos­fe­rą, po­pę­dzi­ły gdzieś dalej i…

Co jest po dru­giej stro­nie? – roz­bły­sło mi w gło­wie ni­czym neon. Po­czu­łem tępy ból, jakby coś w mózgu nagle się za­blo­ko­wa­ło. Za­mar­łem, spa­ra­li­żo­wa­ny stra­chem. Nie wolno było o tym my­śleć.

A jed­nak mo­głem.

Mo­głem…

Ze­rwa­łem się na równe nogi i czym prę­dzej wró­ci­łem do przy­ja­ciół. Resz­ta wie­czo­ru upły­nę­ła jak za­wsze, noc po­chło­nę­ła nas i nad ranem wy­plu­ła w domu, w oko­licz­no­ściach bli­żej mi nie zna­nych.

 

* * *

 

Naj­mniej przy­jem­ną rze­czą, jaka może się przy­tra­fić po nocy ta­kiej, jak ta, jest obu­dze­nie się na pod­łą­cze­niu. Teraz po­tra­fi­łem już dość szyb­ko się zo­rien­to­wać, ale pierw­sze kilka razy to było sza­leń­stwo. Wszy­scy zna­li­śmy oczy­wi­ście hi­sto­rie tych, któ­rzy się nie zo­rien­to­wa­li. Po­nu­re hi­sto­rie. Dla­te­go usil­nie re­ko­men­do­wa­no, by w swoje ha­lu­cy­na­cje – czy też zwi­dzi­ki, jak po­wszech­nie mó­wio­no – wpla­tać pewne do­myśl­ne, cha­rak­te­ry­stycz­ne cechy, które od­róż­nia­ły­by je od verum, rze­czy­wi­sto­ści – na przy­kład słoń­ce na nie­bie. Nie prze­pa­da­łem za tymi „za­bez­pie­cze­nia­mi”. Zna­łem świa­ty swo­ich pra­gnień. Wszech­obec­ny błę­kit, szum oce­anu, kar­mi­no­wy pia­sek, arie raj­skich pta­ków – ani przez chwi­lę nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, gdzie się zna­la­złem.

– Cześć, Davi – usły­sza­łem.

Sy­mu­lo­wa­ne po­wie­trze przede mną za­drża­ło i przy­bra­ło po­stać dziew­czy­ny – tej samej, która wy­rzu­ci­ła mnie z to­a­le­ty w Ba­stio­nie. Z miej­sca roz­po­zna­łem mały, pie­go­wa­ty nos, nie­rów­ne do­łecz­ki i wście­kle nie­bie­skie oczy. Obraz roz­ma­zy­wał się i mi­go­tał, do tego ota­cza­ła go dziw­na po­świa­ta, lecz nie to wzbu­dza­ło mój nie­po­kój. Po tego typu no­cach mie­wa­łem zwi­dzi­ki ra­czej… oso­bi­stej na­tu­ry, więc nie cho­dzi­ło o to, że się po­ja­wi­ła. Do­sko­na­le zda­wa­łem sobie spra­wę, że chcia­łem, by tu była.

To, co mi nie pa­so­wa­ło, to jej strój, wy­stę­po­wał bo­wiem w nie­przy­jem­nym nad­mia­rze, w do­dat­ku skła­dał się z czę­ści, któ­rych funk­cji nie byłem nawet pe­wien.

Była nie­zwy­kła. Obca. Nie moja.

– Patrz – po­wie­dzia­ła.

Na jej otwar­tej dłoni zo­ba­czy­łem ma­syw­ną śrubę. Gruby, me­ta­licz­ny gwint po­ły­ski­wał sre­brzy­ście, jak w szmi­ro­wa­tej holo o cza­ro­dziej­kach. Prze­sta­wa­łem ro­zu­mieć. Nigdy wcze­śniej nie mia­łem ta­kie­go zwi­dzi­ka.

– Wsa­dzisz mi to w tyłek? – za­py­ta­ła z za­lot­nym przy­de­chem. Zwil­ży­ła wargi. – Zrób to dla mnie, pro­oooszę.

– No… sam nie wiem… – zmie­sza­łem się; moja ręka bez­myśl­nie wy­su­nę­ła się do przo­du. – Jeśli rze­czy­wi­ście chcesz, to chyba…

– Ty zboku pie­przo­ny, na­praw­dę byś to zro­bił, co?! Wie­dzia­łam! Je­ste­ście tam zwy­czaj­nie po­pa­pra­ni! Szko­da słów! Cze­kaj no, zaraz u cie­bie będę.

– Jak to, gdzie bę­dziesz? – bre­dzi­łem za­wsty­dzo­ny.

– Odłą­czam cię.

 

Od­dy­cha­łem szyb­ko. Błą­dzi­łem wzro­kiem po za­ka­mar­kach ciem­nej klit­ki, w któ­rej miesz­ka­łem. Przy­naj­mniej tu wszyst­ko w po­rząd­ku. Nie wie­dzia­łem, co wła­śnie za­szło, ale ab­so­lut­nie mi się to nie spodo­ba­ło.

Na­słu­chi­wa­łem. Cisza. Chyba ni­ko­go nie było w domu. Ro­ze­bra­łem się po­spiesz­nie i wzią­łem suchą ką­piel. Potem przej­rza­łem się w lu­strze. Moja skóra za­ró­żo­wi­ła się po de­zyn­fek­cji, co jesz­cze bar­dziej pod­kre­śli­ło si­ność oko­lic nosa i oczu. A więc przy­naj­mniej ów krwo­tok nie był ha­lu­cy­na­cją. Do­tkną­łem pul­su­ją­ce­go bólem po­licz­ka i syk­ną­łem.

– No tak, prze­pra­szam za to. Chyba wal­nę­łam cię zbyt mocno.

Drgną­łem gwał­tow­nie, zo­ba­czyw­szy jej od­bi­cie zaraz obok mo­je­go. Po­czu­łem mdło­ści. Co tu się dzia­ło? Zwi­dzik? Czy na pewno się odłą­czy­łem? Nie pa­mię­ta­łem. Zaraz, to prze­cież ona po­wie­dzia­ła…

– Kiedy? – za­py­ta­łem, pró­bu­jąc dać sobie czas na po­zbie­ra­nie myśli.

– Wtedy. W barze.

– Nic nie pa­mię­tam. Ty mi to zro­bi­łaś?

– No. Pró­bo­wa­łeś mnie po­ca­ło­wać.

– … – bły­sną­łem in­te­lek­tem. – Prze­pra­szam, nie byłem sobą – wy­du­si­łem w końcu.

– Nie szko­dzi. Poza tym już chyba od­po­ku­to­wa­łeś. Nie przej­muj się, to nie takie strasz­ne. Zdzi­wi­łam się tylko. Chrap­ka na smy­ran­ki to ra­czej rzad­kość po tej stro­nie. Bo wy wszy­scy tu je­ste­ście tacy ide­al­ni. Do po­rzy­ga­nia ide­al­ni. – Zda­wa­ło mi się, czy tak­so­wa­ła mnie le­ni­wym spoj­rze­niem?

– Kogo masz na myśli: wy tu? Tu, czyli gdzie? W verum?

Prze­wró­ci­ła ocza­mi, lecz mil­cza­ła. Po­czu­łem się jak kre­tyn. Nadal roz­ma­wia­łem z od­bi­ciem w lu­strze. Co jeśli…

Po­wo­li ob­ró­ci­łem głowę, gotów w każ­dej chwi­li uchy­lić się od wy­ima­gi­no­wa­ne­go ciosu. A jed­nak: na­praw­dę tam była. Stała w mojej ła­zien­ce, w ni­ja­kim, sza­rym stro­ju, ze sple­cio­ny­mi nie­dba­le rę­ka­mi i prze­krzy­wio­ną głową. Nie­zmien­nie fa­scy­nu­ją­ca w swej od­mien­no­ści.

Chyba mi ulży­ło – przy­naj­mniej nie mia­łem uro­jeń. Fi­zycz­nie obec­nych gości po­tra­fi­łem jakoś objąć ro­zu­mem. Do­pie­ro wtedy zda­łem sobie spra­wę z wła­snej na­go­ści i po­spiesz­nie owi­ną­łem bio­dra ręcz­ni­kiem. Uśmiech­nę­ła się bar­dzo sze­ro­ko.

– Wy­bacz tego tro­ja­na w so­ftwa­rze – po­wie­dzia­ła. – Tro­chę mó­zgo­zgniot­ny, wiem. Ale nie wiń dziew­czy­ny, że ma cza­sem ocho­tę na ma­łe­go psi­ku­sa. Czasy są trud­ne. Poza tym, mam na imię Eylis.

– Cześć, Eylis. A teraz: czy mo­gła­byś wyjść? Chciał­bym w spo­ko­ju się ubrać.

Kącik jest ust drgnął drwią­co, ale ob­ró­ci­ła się na pię­cie i znik­nę­ła za drzwia­mi.

Do­pro­wa­dzi­łem się do po­rząd­ku, w mię­dzy­cza­sie ukła­da­jąc w gło­wie fakty. Byłem na sie­bie zły. Zbyt łatwo pod­da­łem się wra­że­niu, że nie wró­ci­łem do verum. Wczo­raj­sze ba­wi­ki naj­wy­raź­niej spo­tę­go­wa­ły u mnie pa­ra­no­ję. Wie­dzia­łem, czego teraz po­trze­bu­ję: od­po­czyn­ku i szyb­kie­go strza­łu en­dor­fin. Utrzy­mu­ją­cy się wy­so­ki po­ziom stre­su mógł za­alar­mo­wać kogoś, kogo na­praw­dę wo­lał­bym dzi­siaj nie oglą­dać.

– Skąd się tu wzię­łaś? – spy­ta­łem, gdy wró­ci­łem do po­ko­ju.

Eylis sie­dzia­ła na moim łóżku, jej twarz to­nę­ła w zie­lon­ka­wej po­świa­cie. Po­chy­la­ła się nad ja­kimś ekra­nem, z nie­by­wa­łą pręd­ko­ścią prze­su­wa­jąc palce po do­łą­czo­nym do niego pa­ne­lu. Sprzęt sprzed ja­kichś trzech ge­ne­ra­cji. Kto uży­wał jesz­cze ta­kie­go złomu? Prze­rwa­ła na chwi­lę, tylko po to, by wska­zać na otwar­te okno. Fak­tycz­nie, nawet nie zwró­ci­łem uwagi, naj­wy­raź­niej nie ge­ne­ro­wa­no dziś wia­tru. Mimo wszyst­ko – miesz­ka­łem prze­cież cho­ler­nie wy­so­ko.

Eylis wró­ci­ła do pracy, a ja cze­ka­łem, aż skoń­czy. Li­czy­łem chyba na bar­dziej szcze­gó­ło­we wy­ja­śnie­nia, ona jed­nak naj­wy­raź­niej nie miała nic ta­kie­go w pla­nach. Ciszę wy­peł­nia­ły tylko głu­che ude­rze­nia opu­szek w kla­wia­tu­rę do­ty­ko­wą.

– Co ro­bisz? – za­gad­ną­łem więc.

– Nic spe­cjal­ne­go. Nie mo­głam tego zro­bić zdal­nie, więc uży­wa­jąc da­nych uwie­rzy­tel­nia­ją­cych two­je­go har­dwa­re'u udało mi się za­ło­żyć plu­skwę na głów­nej bazie al­go­ryt­micz­nej. Teraz ko­piu­ję wszyst­kie pro­to­ko­ły bo­jo­we, zanim ktoś się zo­rien­tu­je i bę­dzie­my mu­sie­li ucie­kać.

– Słu­cham?!

– Tak, tak, wiem, może nie po­win­nam ci tego mówić. Ale wszy­scy tu we­wnątrz je­ste­ście tak roz­bra­ja­ją­co na­iw­ni, no, w każ­dym razie zwy­kli miesz­kań­cy, że nawet nie muszę was okła­my­wać. To cał­kiem przy­jem­ne, szcze­rze mó­wiąc. Nie lubię kła­mać.

– We­wnątrz czego? – za­py­ta­łem, nic nie poj­mu­jąc.

– Ech, no wła­śnie. – Po­ki­wa­ła głową, jakby coś sobie przy­po­mnia­ła, ale mimo to nie prze­sta­ła pra­co­wać. – Do was prze­cież nic nie do­cie­ra. Nie­dłu­go ci po­ka­żę. I tak nie mo­żesz tu zo­stać.

– Co? Dla­cze­go?

– Je­steś teraz moim wspól­ni­kiem. – Nawet na mnie nie pa­trzy­ła. – Czy ra­czej: ja je­stem tobą. Ale to cie­bie będą ści­gać. Przy­naj­mniej na po­cząt­ku. Prze­pra­szam. Na­praw­dę. Chyba znisz­czy­łam ci życie. Może nawet po­win­nam bar­dziej tego ża­ło­wać, gdy­bym nie wie­rzy­ła, że wyj­dzie ci to na dobre. Je­steś inny. Do­bra­li­by się do cie­bie prę­dzej czy póź­niej. To strasz­ne gnoj­ki są, mo­żesz mi wie­rzyć.

– Kto by się do­brał? Eylis, o czym ty mó­wisz?

– Nie mamy teraz czasu. Ale po­ka­żę ci wszyst­ko. Obie­cu­ję. Za­ufasz mi? – po­wie­dzia­ła, pod­no­sząc wresz­cie wzrok znad ekra­nu.

– Nie wiem, w końcu wal­nę­łaś mnie w twarz. Kto tak robi, Eylis?

– Ktoś, kto nie ma w życiu łatwo – po­wie­dzia­ła, wy­łą­cza­jąc swój har­dwa­re.

W tej samej nie­mal chwi­li z na­szych nad­garst­ków wy­do­był się sy­gnał ze­wnętrz­ne­go po­łą­cze­nia. Za­klę­ła.

– Zna­leź­li nas! Pre­cy­zyj­ni jak w ze­gar­ku, niech ich dia­bli. Czas wiać.

– Ale… Cze­kaj! Kto zna­lazł!?

– Ktoś, kto życzy nam bar­dzo źle. Idziesz czy nie? To twoja ostat­nia szan­sa.

Gdzieś na dole roz­legł się łomot, jakby wiel­ka szta­ba me­ta­lu ude­rzy­ła o zie­mię. Eylis ze­rwa­ła się i sko­czy­ła do okna. Za­czę­ła ner­wo­wo prze­szu­ki­wać ple­cak, w końcu wy­do­by­ła z niego za­wi­niąt­ko z pa­ska­mi i za­pię­cia­mi. Roz­wi­nąw­szy je, za­ło­ży­ła na sie­bie coś na kształt krót­kiej, ob­wie­szo­nej frędz­la­mi kurt­ki, przy­kry­wa­ją­cej tylko górę ple­ców.

– To jak? – za­py­ta­ła. – Pra­wie nie macie dziś prą­dów po­wietrz­nych. Tylko kli­ma­ty­za­cja. To bę­dzie twar­de lą­do­wa­nie.

Na ko­ry­ta­rzu sły­chać już było dud­nią­ce echa licz­nych, cięż­kich butów. Nie wie­dzia­łem, co chcia­ła zro­bić, lecz stała tam, w oknie, pewna swego. Ktoś za­czął walić w drzwi.

– Trud­no, jak chcesz. – Wes­tchnę­ła i wy­chy­li­ła się na ze­wnątrz.

– Za­cze­kaj! Idę! – krzyk­ną­łem, ła­piąc ją za rękę.

– To przy­pnij się tym, o, tutaj. Teraz złap mnie od przo­du. I, na wszyst­ko, co dla cie­bie świę­te, nie pusz­czaj.

Ob­ją­łem Eylis kur­czo­wo i ru­nę­li­śmy w dół jak głaz ci­śnię­ty z dwu­set­ne­go pię­tra. Trwa­ło to może se­kun­dę, choć skła­mał­bym mó­wiąc, że nie byłem już skłon­ny kwe­stio­no­wać swo­ich ży­cio­wych wy­bo­rów. Potem szarp­nę­ło gwał­tow­nie i za­czę­li­śmy szy­bo­wać. Jej kurt­ka roz­wi­nę­ła się nad nami w sze­ro­ki, me­ta­licz­ny klosz, oto­czo­ny gir­lan­dą mniej­szych ele­men­tów, któ­rym nie zdą­ży­łem się le­piej przyj­rzeć, gdyż zaraz potem gruch­nę­li­śmy w coś twar­de­go. Bo­la­ło jak dia­bli.

– Ży­jesz? – rzu­ci­ła szyb­ko Eylis, uwal­nia­jąc się jed­no­cze­śnie ze swo­jej kurt­ki.

– Za­py­taj mnie za chwi­lę, jesz­cze nie wiem… – od­po­wie­dzia­łem, ła­piąc po­wie­trze. Mia­łem stłu­czo­ne bio­dro i obo­la­ły ło­kieć, ale byłem cały.

– Nie mamy tyle czasu – od­po­wie­dzia­ła. – Nie­złe, co? Za­wsze chcia­łam to zro­bić. Może nawet spe­cjal­nie tyle zwle­ka­łam, żeby nie było już wy­bo­ru. Przy­naj­mniej wiem już, że się da.

– Świet­nie. Za­da­ję się z wa­riat­ką. – mruk­ną­łem. – To co teraz?

– Teraz? Teraz bie­gnie­my – od­po­wie­dzia­ła z sze­ro­kim uśmie­chem. – I mamy na­dzie­ję, że bę­dzie­my szyb­si niż tamci. Spo­koj­nie, oni nie za­pusz­cza­ją się na ru­bie­że. Jeśli tam do­trze­my, dadzą nam spo­kój.

Mar­twi­ło mnie owo „jeśli”. Nie wie­dzia­łem, o jakie ru­bie­że jej cho­dzi, ale po­sta­no­wi­łem nie pytać. Lą­do­wa­li­śmy na ja­kimś dachu, rap­tem kil­ka­na­ście prze­cznic dalej. Wy­da­ło mi się, że widzę ruch w oknie mo­je­go miesz­ka­nia, lecz nie mia­łem pew­no­ści. Bio­link na nad­garst­ku po­now­nie za­brzę­czał. Po­łą­cze­nie od: Kloe G.A., usły­sza­łem w gło­wie. Wy­ci­szy­łem sy­gnał ru­chem ręki. Eylis tym­cza­sem ru­szy­ła bie­giem po ram­pie roz­pię­tej mię­dzy bu­dyn­ka­mi. Był ich tu cały la­bi­rynt, nie wie­dzia­łem nawet, czemu wła­ści­wie mia­ły­by słu­żyć, nikt z nich nie ko­rzy­stał. Ani nie re­mon­to­wał, jak sądzę. Byłem na­tu­ral­nie świa­dom ich ist­nie­nia. Taki ar­chi­tek­to­nicz­ny ko­lo­ryt. Nigdy jed­nak nie za­przą­ta­łem sobie tym głowy. Wy­glą­da­ły tro­chę jak mi­nia­tu­ra tych be­to­no­wych nad­ziem­nych au­to­strad z dzie­więt­na­ste­go czy dwu­dzie­ste­go wieku, które oglą­da­łem na In­fo­bo­xie.

Po­wo­li od­da­la­li­śmy się od cen­trum. Bie­gli­śmy ponad gąsz­czem neo­nów, ludzi, po­jaz­dów. Ska­ka­li­śmy z jed­ne­go mostu na drugi, a te dud­ni­ły i ję­cza­ły pod na­szy­mi no­ga­mi, jak­by­śmy bu­dzi­li je ze snu. Kurz opa­dał ka­ska­da­mi na wi­docz­ne da­le­ko w dole ulice. Serce za­bi­ło pod samym gar­dłem, mię­kłem jak wata. Byle nie pa­trzeć.

Eylis nic sobie z tego nie ro­bi­ła, truch­ta­ła przo­dem, zwin­nie i mięk­ko po­ko­nu­jąc wszyst­kie prze­szko­dy. Ja sa­pa­łem cięż­ko i pró­bo­wa­łem na­dą­żyć. Za­nu­rzy­li­śmy się w końcu w pół­mrok ja­kie­goś ko­ry­ta­rza i zwol­ni­li­śmy do for­sow­ne­go mar­szu. Nie sły­sza­łem żad­nych od­gło­sów po­go­ni. Z cza­sem dźwię­ki mia­sta stały się przy­tłu­mio­ne, ustę­pu­jąc miej­sca echu na­szych kro­ków.

– Nie mo­gli­śmy po­je­chać tu­bo­stra­dą? – za­py­ta­łem, gdy zła­pa­łem od­dech.

– Stan­dar­do­wa ko­mu­ni­ka­cja jest już dla nas… spa­lo­na. – Dziw­ny cień prze­mknął jej twa­rzą, nie zdo­ła­ła go ukryć. – Poza tym za­kłó­cam tu­tej­sze prze­kaź­ni­ki. Idzie­my przez ich mar­twy punkt. Ina­czej zna­leź­li­by nas od razu.

– Słu­chaj. Tro­chę mnie to prze­ra­sta. Może od­pocz­nie­my i wy­ja­śnisz mi wresz­cie, dokąd mnie pro­wa­dzisz i o co tu wła­ści­wie cho­dzi? Chyba tyle mo­żesz dla mnie zro­bić?

– Niech bę­dzie. – Wes­tchnę­ła. – Pytaj. Masz pięć minut. Potem idzie­my dalej.

Opar­ła się o mur i po­pa­trzy­ła na mnie wy­cze­ku­ją­co. Nie było już tam tego kpią­ce­go uśmie­chu, ra­czej za­wzię­tość i pew­ność słusz­no­ści do­ko­na­nych wy­bo­rów. Usia­dłem, prze­cze­su­jąc za­ku­rzo­ną czu­pry­nę.

– Kim je­steś?

– Je­stem Eylis.

– Tylko tyle?

– A co? Chcesz usły­szeć hi­sto­rię mo­je­go życia? Po­wie­dzia­łam, że masz pięć minut.

– Nie wiem… A opo­wiesz mi kie­dyś hi­sto­rię two­je­go życia?

– Może.

– Trzy­mam za słowo. W takim razie… – Za­my­śli­łem się, roz­wa­ża­jąc, co tak na­praw­dę chciał­bym wie­dzieć. – Dla­cze­go pa­su­je­my na sto pro­cent?

– To masz na myśli? – Wy­su­nę­ła rękę i za­czę­ła gme­rać przy nad­garst­ku. Szarp­nę­ła mocno. W jej dłoni po­zo­stał długi pas sztucz­nej skóry i mi­go­czą­cy pła­ski ekran in­ter­fej­su. – To tylko na­kład­ka. Wgra­łam do niej twoją toż­sa­mość, gdy byłeś nie­przy­tom­ny. Wcze­śniej uda­wa­łam kogoś in­ne­go.

– Nie­moż­li­we! Sys­te­mu iden­ty­fi­ka­cyj­ne­go nie można ot tak sobie sko­pio­wać, jest ści­śle zsyn­chro­ni­zo­wa­ny z bio­lin­ka­mi i bez do­stę­pu do nich…

– W takim razie do­ko­na­łam nie­moż­li­we­go. Tylko się nie za­ko­chaj.

Po­ki­wa­łem głową. Na razie nie chcia­łem tra­cić czasu na szcze­gó­ły tech­nicz­ne. Nie­mniej byłem cho­ler­nie roz­cza­ro­wa­ny. Pra­wie jak dziec­ko, które wła­śnie się do­wie­dzia­ło, że magia nie ist­nie­je.

– Dla­cze­go ja?

– Nic oso­bi­ste­go. Tro­chę zbie­gów oko­licz­no­ści, tro­chę szczę­ścia. Ogól­nie rzecz bio­rąc, byłeś na mojej li­ście.

– Li­ście?

– Ludzi z do­stę­pem do al­go­ryt­mów de­fen­syw­nych Wszech­mia­sta. Mó­wiąc ści­ślej: z do­stę­pem do wła­ści­wej pod­sie­ci. Potem było już z górki.

– Ja nie…

– Ow­szem, po pro­stu nie mia­łeś o tym po­ję­cia. Od lat pra­co­wa­łeś dla Szczo­dro­do­bre­go Rządu nad sys­te­mem obron­nym. Wi­dzisz, wasz pro­blem to brak na­tu­ral­nych wro­gów. Czy ra­czej ich eli­mi­na­cja na wcze­snym eta­pie życia. Przez to wasz, hm, układ im­mu­no­lo­gicz­ny nie jest go­to­wy na taką za­ra­zę, jak ja.

– Eylis, co ty wła­ści­wie pla­nu­jesz?

– W tej chwi­li chcę stąd po pro­stu wyjść. Na ze­wnątrz. Poza Wszech­mia­sto.

Myśl ta wy­da­ła mi się w pierw­szej chwi­li tak ab­sur­dal­na, że za­chi­cho­ta­łem, wziąw­szy to za żart. Każdy wie­dział, że nie ma nic poza Wszech­mia­stem. Świat na ze­wnątrz zo­stał znisz­czo­ny dawno temu. Wszech­mia­sto było na­praw­dę wszyst­kim, co zo­sta­ło po ludz­ko­ści. Wzdry­gną­łem się: takie roz­wa­ża­nia gro­zi­ły Re­zy­gna­to­rem. Przy­po­mniał mi o tym na­ra­sta­ją­cy, tępy ból w gło­wie.

– Czy to da­le­ko? – za­py­ta­łem więc.

– W linii pro­stej ja­kieś dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów. No, star­czy tego od­po­czy­wa­nia. Wciąż jesz­cze mogą nas zła­pać. Może nie mają do­świad­cze­nia, ale na pewno nie są głupi. W do­dat­ku wy­cią­ga­ją wnio­ski. – Przez twarz Eylis znów prze­mknął cień.

Wsta­ła i ru­szy­ła przed sie­bie, nie oglą­da­jąc się. Po chwi­li wa­ha­nia po­dą­ży­łem jej śla­dem. Nie, nie wzbu­dzi­ła mo­je­go za­ufa­nia. Po pro­stu chcia­łem – czy wręcz mu­sia­łem – zro­zu­mieć, o co tu, do dia­bła, cho­dzi. Coś cią­gnę­ło mnie w ot­chłań, coś zu­peł­nie no­we­go, co spra­wia­ło, że nie po­tra­fi­łem nawet ukryć eks­cy­ta­cji. Myślę, że Eylis świet­nie zda­wa­ła sobie z tego spra­wę.

 

* * *

 

Po­trze­bo­wa­li­śmy do­brych pię­ciu go­dzin, by do­trzeć do ru­bie­ży. Nigdy jesz­cze nie prze­sze­dłem ta­kie­go dy­stan­su i nigdy jesz­cze nie byłem tak świa­dom ist­nie­nia swo­ich nóg. Wy­li­cza­łem w my­ślach miej­sca, które mnie nie bo­la­ły – szło szyb­ciej niż w drugą stro­nę i mo­głem zająć czymś umysł.

Po dro­dze unik­nę­li­śmy kilku pa­tro­li – w opi­nii Eylis, ja nie do końca nawet wie­dzia­łem, co wła­ści­wie mia­ły­by pa­tro­lo­wać – ale poza tym droga prze­bie­gła prak­tycz­nie bez prze­szkód. Prze­mie­rza­li­śmy ko­lej­ne, bliź­nia­czo do sie­bie po­dob­ne sek­to­ry za­bu­do­wań, nie­zmie­rzo­ny ciąg murów, ramp, pu­stych skwe­rów i ulic. Gdyby nie od­le­głe roz­bły­ski wokół słupa Rdze­nia praw­do­po­dob­nie nie po­tra­fił­bym zna­leźć drogi po­wrot­nej. Cisza prze­pla­ta­ła się z dud­nie­niem na­szych kro­ków. Neony Wszech­mia­sta zo­sta­ły gdzieś z tyłu, nie wi­dzia­łem ludzi ani pri­vind; tu­bo­strad nie roz­świe­tla­ły zna­jo­me świa­tła prze­my­ka­ją­cych nimi bo­li­dów. Tu­tej­sze bu­dyn­ki, wcale nie ustę­pu­ją­ce roz­mia­ra­mi tym w oko­li­cach cen­trum, przy­tła­cza­ły tylko ciem­nym, mil­czą­cym ogro­mem.

– Gdzie my je­ste­śmy? Co to jest? – spy­ta­łem, gdy wy­szli­śmy na wy­so­ki bal­kon.

Przed nami wy­ra­sta­ły ko­lej­ne sze­re­gi wie­żow­ców, lecz dalej – i mia­łem nie­od­par­te wra­że­nie, że cał­kiem już bli­sko – ho­ry­zont prze­cho­dził w cał­ko­wi­tą czerń. Eylis po­ło­ży­ła rękę na moim ra­mie­niu.

– Tyle chyba się do­my­ślasz?

Kiw­ną­łem głową. Rze­czy­wi­ście, mia­łem już pewne po­dej­rze­nia. Nigdy się nad tym nie za­sta­na­wia­łem – w końcu za­sta­na­wia­nie się jest dla smu­ta­sów – ale nie było szcze­gól­ną ta­jem­ni­cą, że klu­czo­wy ele­ment kon­struk­cji Wszech­mia­sta: ochron­na ko­pu­ła, która od wie­ków chro­ni­ła nas przed słoń­cem, to po pro­stu ro­dzaj ol­brzy­mie­go, sfe­rycz­ne­go pola si­ło­we­go. Ciem­ne­go, gdyż po­chła­nia­ło ponad dzie­więć­dzie­siąt pro­cent za­bój­cze­go pro­mie­nio­wa­nia. Ko­pu­ła da­wa­ła miesz­kań­com ochro­nę, nie­zbęd­ną ener­gię i wiecz­ny pół­mrok. Jej sku­tecz­ność ponad ru­bie­ża­mi praw­do­po­dob­nie zmniej­szo­no, dla­te­go było tu nawet nie­znacz­nie ja­śniej. Niżej jed­nak, tam gdzie świa­tło pra­wie nie do­cie­ra­ło, przy­po­mi­na­ła roz­my­ty, czar­ny mur. Czy taki był pier­wot­ny za­mysł jej twór­ców? Czyż­by nie chcie­li, by dało się wyj­rzeć poza kra­wędź?

– Co tam jest? Po dru­giej stro­nie?

– Ist­nie­je praw­do­po­do­bień­stwo, że uda ci się sa­me­mu zo­ba­czyć – od­po­wie­dzia­ła Eylis, co wcale nie za­brzmia­ło krze­pią­co. – Ale dość nikłe. Wi­dzisz, drogi Davi, teraz za­czy­na­ją się scho­dy. Na­praw­dę mam na­dzie­ję, że na coś się przy­dasz.

– Co masz na myśli?

– Spójrz tam, po lewej stro­nie, zaraz za tym dużym pla­cem. Czwar­ta, nie, piąta rampa od dołu, mię­dzy tymi bliź­nia­czy­mi bu­dyn­ka­mi.

Zro­zu­mia­łem, o czym mó­wi­ła. Ciem­ny, zwa­li­sty kształt prze­miesz­czał się jedną z owych mi­ni-au­to­strad roz­pię­tych mię­dzy ścia­na­mi wie­żow­ców. Z tej od­le­gło­ści trud­no było oce­niać do­kład­nie, ale „cho­ler­nie wiel­kie bydlę” było pierw­szym okre­śle­niem, jakie przy­szło mi do głowy.

– Co to jest?

– Straż­ni­cy, oczy­wi­ście. Cał­kiem za­bój­cze skur­wy­sy­ny. Dobra rada cioci Eylis: jeśli kie­dy­kol­wiek usły­szysz chrzęst ich gą­sie­nic, spie­przaj ile sił w no­gach. Nawet nie wiesz, ilu zna­łam mą­dra­li prze­ko­na­nych, że po­tra­fią je zgu­bić. Cho­ler­ni dur­nie.

– Ale… kto ich tu po­sta­wił? I po co?

– Szczo­dro­do­bry Rząd, a któż inny? Po to, że­by­śmy nie wbi­ja­li na waszą pro­szo­ną pry­wat­kę, jak sądzę. Nie wiem, kiedy to się za­czę­ło. Mia­sto wi­dzia­ło już wiele wojen. Być może wtedy je tu zo­sta­wio­no. Kie­dyś wa­li­ły do wszyst­kie­go, co nie miało tego. – Po­ło­ży­ła dłoń na moim nad­garst­ku. Miłe uczu­cie. – To twój iden­ty­fi­ka­tor. Ustroj­stwo ma krót­ki za­sięg, ale po­przez sieć prze­kaź­ni­ków in­for­mu­je kogo trze­ba, że pa­łę­tasz się tam, gdzie nie po­wi­nie­neś. A Straż­ni­ka, że je­steś tu­tej­szy. A ra­czej: swój. Kie­dyś nie każdy we Wszech­mie­ście był „swój”, z tego co sły­sza­łam. Może nadal tak nie jest. Jak już wiesz, spryt­nie obe­szli­śmy to za­bez­pie­cze­nie. Nie­ste­ty, potem wy­ko­na­li­ście jakiś więk­szy upgra­de. Tam­te­go dnia stra­ci­łam wielu przy­ja­ciół. Wkrót­ce ak­tu­ali­za­cje stały się jesz­cze częst­sze. W tej chwi­li nie wiem nawet, czego się po nich spo­dzie­wać. Wy­glą­da na to, że prze­gry­wa­my.

Cof­nę­ła rękę, a jej spoj­rze­nie za­mar­ło w ja­kimś trud­nym do spre­cy­zo­wa­nia punk­cie. Nagle wy­da­ła się chłod­na i od­le­gła. Mia­łem tyle pytań, że nie po­tra­fi­łem ich nawet usze­re­go­wać we wła­ści­wej ko­lej­no­ści. Czego ona ode mnie chcia­ła? Co sobie wy­obra­ża­ła? Co ja tu w ogóle ro­bi­łem?

Twój po­ziom en­dor­fin osią­gnął kry­tycz­nie niski po­ziom – usły­sza­łem w gło­wie. Pil­nie za­dbaj o swoje szczę­ście. Za pięć go­dzin, pięć­dzie­siąt dzie­więć minut, trzy­dzie­ści sie­dem se­kund zo­sta­nie ci udzie­lo­na pro­fe­sjo­nal­na pomoc. Pa­mię­taj prze­sła­nie Szczo­dro­do­bre­go Maur­ji. Pa­mię­taj Prze­po­wied­nię Życia.

– Słu­chaj, Eylis, to wszyst­ko jest oczy­wi­ście na­praw­dę nie­sa­mo­wi­te i bar­dzo miło z two­jej stro­ny, że ze­chcia­łaś mi to wszyst­ko po­ka­zać. Ale zu­peł­nie nie ro­zu­miem, czego się po mnie spo­dzie­wasz. Ja… nikt nigdy do mnie z ni­cze­go nie „walił”. A tym bar­dziej nic ta­kie­go. Je­stem tylko zwy­kłym al­go­ryt­mi­kiem abs­trak­cyj­nym. Nie znam się na ta­kich… – Wes­tchną­łem. – Chyba po­my­li­łaś się co do mnie.

Eylis za­wa­ha­ła się, po czym usia­dła pod ba­lu­stra­dą i zwie­si­ła głowę.

– Nie wiem, Davi – po­wie­dzia­ła wresz­cie od­mie­nio­nym gło­sem: ci­chym i zre­zy­gno­wa­nym. – Praw­da jest taka, że sama nie wiem, jak się stąd wy­do­stać, ro­zu­miesz? Cała ta misja to jeden wiel­ki syf i tru­piar­nia. Nie mo­głam o tym my­śleć, wo­la­łam dzia­łać, nie mia­łam wy­bo­ru. Ale będę szcze­ra, Davi, nigdy nie prze­cho­dzi­łam tędy w po­je­dyn­kę. W po­je­dyn­kę to się można naj­wy­żej ze­srać. Wcale się nie zdzi­wię, jeśli nie bę­dziesz chciał mi pomóc. Prze­cież cię nie zmu­szę. Mo­żesz za­wró­cić. Nie mam po­ję­cia, co cię tam teraz czeka, ra­czej nic do­bre­go, zna­jąc lo­kal­ne oby­cza­je. Ale mo­żesz. Ja nie. Dla mnie nie ma już od­wro­tu. Jeśli mnie zła­pią, to… to ko­niec, Davi. Cał­ko­wi­ty, zu­peł­ny, cho­ler­ny ko­niec. Wszyst­kie­go. Mo-gi-ła.

Jej usta za­czę­ły drżeć, po chwi­li nie była już w sta­nie po­wstrzy­mać na­pie­ra­ją­ce­go stru­mie­nia łez. Chcia­łem coś zro­bić, ale nie wie­dzia­łem co. Nigdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem tak przej­mu­ją­ce­go smut­ku. Uczo­no nas tłam­sić ne­ga­tyw­ne emo­cje, czy to w sobie, czy w in­nych, lecz to było coś in­ne­go, w do­dat­ku zgod­ne­go z tym, co od dawna żyło gdzieś w głębi mnie. Do­świad­czy­łem dziw­nej, choć cał­kiem re­al­nej więzi z tą nie­zwy­kłą, zu­peł­nie do mnie nie pa­su­ją­cą dziew­czy­ną. Nie ode­zwa­łem się więc, usia­dłem tylko obok i cze­ka­łem w bez­ru­chu, wpa­trzo­ny przed sie­bie, nawet wtedy, gdy po­czu­łem jej cię­żar na moim ra­mie­niu.

Przy­wró­co­no ak­cep­to­wal­ny po­ziom en­dor­fin. Stan alar­mo­wy za­wie­szo­ny – oznaj­mił głos w mojej gło­wie.

 

* * *

 

Davi!

Tak?

Je­ste­śmy z tobą. Nie oba­wiaj się.

 

Czer­wo­ne usta.

Czer­wo­ne mary.

 

* * *

 

 

III. Wszę­dzie do­brze, ale jed­nak nie wszę­dzie

 

Sen blakł.

Hałas sły­sza­łem już od ja­kie­goś czasu, ale chyba nie zda­wa­łem sobie z tego spra­wy. Z le­d­wie za­uwa­żal­ne­go, jed­no­staj­ne­go mru­cze­nia prze­szedł w gęst­nie­ją­cy, me­ta­licz­ny stu­kot. Gą­sie­ni­ce!

Drgną­łem, otwie­ra­jąc oczy. Nie­wiel­ki, za­wie­szo­ny w po­wie­trzu kształt czmych­nął w cień. Złu­dze­nie?

Eylis wy­rwa­ła się z moich objęć i sta­nę­ła na równe nogi.

– Szlag! Szlag, szlag, szlag. Nigdy nie za­pusz­cza­li się aż tutaj – rzu­ci­ła, wy­chy­la­jąc się ostroż­nie ponad ba­lu­stra­dę bal­ko­nu.

– Straż­ni­cy? Wi­dzisz coś?

– Nie. Chyba przy­go­to­wu­ją się do prze­su­nię­cia mia­sta.

– Co?

– Nie ma czasu, zbie­ra­my się stąd, Davi. Pie­przo­ne gówno, nawet nie zdą­ży­łam się przy­go­to­wać. I cie­bie.

Pa­mię­ta­łem, co mó­wi­ła o gą­sie­ni­cach. Mimo nie­daw­nej chwi­li sła­bo­ści – wy­wo­łu­ją­cej we mnie zresz­tą nie do końca jasne emo­cje – wciąż wie­rzy­łem, że wie, co robi. Bez słowa ru­szy­łem więc za nią, w kie­run­ku prze­ciw­nym do tego, z któ­re­go wy­da­wał się do­bie­gać na­ra­sta­ją­cy rumor. Wsko­czy­li­śmy na jedną z ramp, potem na ko­lej­ną, aż zbie­gli­śmy sze­ro­ką spi­ra­lą w dół, ku ulicy. Mia­łem wra­że­nie, że do jed­ne­go z mia­ro­wych dźwię­ków do­łą­czył drugi, o innej czę­sto­tli­wo­ści. Byłem pe­wien, że Eylis też to za­uwa­ży­ła, gdyż nie­mal w tej samej chwi­li za­klę­ła siar­czy­ście.

– To tylko al­go­rytm, Davi! Co oni robią? I dla­cze­go? Myśl! – rzu­ci­ła i ru­szy­ła przo­dem.

Przy­spie­szy­li­śmy, lecz hałas na­ra­stał. Tu­tej­sze bu­dyn­ki pełne były pęk­nięć i wyrw, pod no­ga­mi grze­cho­ta­ły odłam­ki szkła. W gęst­nie­ją­cych ciem­no­ściach wpa­da­li­śmy na po­pę­ka­ne klom­by i zgru­cho­ta­ne ławki. Pę­dzi­li­śmy za­ko­sa­mi, omi­ja­jąc wy­ra­sta­ją­ce tu i ów­dzie gru­zo­wi­ska. Eylis raz po raz skrę­ca­ła w ko­lej­ne ulicz­ki, przez co stra­ci­łem zu­peł­nie orien­ta­cję. Wciąż nie do końca wie­rzy­łem, że coś nam grozi. Al­go­rytm? Czu­łem się jak w jed­nej z tych ho­lo­gier, które wy­ge­ne­ro­wa­łem jakiś czas temu. Praw­dzi­wy strach po­czu­łem do­pie­ro, gdy pierw­szy strzał prze­szył mrok i huk­nął w ścia­nę tuż obok, po­dmu­chem po­wa­la­jąc mnie na zie­mię.

Ze­rwa­łem się na­tych­miast. Eylis znik­nę­ła już za ro­giem, ru­szy­łem za od­gło­sem kro­ków. Była cho­ler­nie szyb­ka.

Muszę ją do­go­nić – my­śla­łem. To moja je­dy­na szan­sa.

Stu­kot z tyłu ze­lżał, jakby strze­lec-ol­brzym przy­sta­nął w ocze­ki­wa­niu, aż kurz po sal­wie opad­nie. Na­dzie­ja za­czy­na­ła już pod­no­sić łeb, gdy na­stęp­ny po­cisk ude­rzył gdzieś od przo­du. Eylis!

Do­go­ni­łem ją i pod­nio­słem z ru­mo­wi­ska. Mimo pół­mro­ku zo­ba­czy­łem na po­licz­ku krew, mu­sia­ła do­stać ja­kimś ka­wał­kiem muru.

– Gdzie teraz? – rzu­ci­łem.

Wska­za­ła kie­ru­nek, a ja po­cią­gną­łem ją za rękę. Otrzą­snę­ła się i chwiej­nym kro­kiem po­bie­gła ze mną. Po­cząt­ko­wo prze­my­ka­li­śmy wą­ski­mi przej­ścia­mi, pró­bu­jąc uni­kać ramp, któ­ry­mi naj­wy­raź­niej prze­miesz­cza­li się nasi prze­śla­dow­cy, lecz nagle wy­bie­gli­śmy na otwar­tą prze­strzeń.

– Na drugą stro­nę! – krzyk­ną­łem.

 

Uwa­żaj!

 

Coś wy­chy­nę­ło z ciem­no­ści po pra­wej, o uła­mek se­kun­dy wcze­śniej do­strze­głem ruch ob­ro­to­wy lufy. Pa­dłem na płask, lecz Eylis bie­gła nadal. Roz­błysk wy­strza­łu, świat zwol­nił na chwi­lę, gdy świe­tli­sta smuga po­ci­sku prze­cię­ła po­wie­trze nie­mal do­kład­nie po­mię­dzy nami.

Mój mózg chyba do­pie­ro wtedy za­czął prze­twa­rzać dane.

Wsta­waj, Davi! – po­czu­łem w gło­wie nie swoje słowa.

Usły­sza­łem od­głos prze­ła­do­wa­nia, coś ol­brzy­mie­go upa­dło na zie­mię. Po­now­nie ze­rwa­łem się do biegu.

– Eylis, w lewo! – krzyk­ną­łem.

Nie wiem, dla­cze­go po­słu­cha­ła. Mgnie­nie oka póź­niej wy­strze­lo­ny z zu­peł­nie in­ne­go kąta po­cisk jesz­cze raz ude­rzył w lukę mię­dzy nami. Seria z broni uzu­peł­nia­ją­cej ma­łe­go ka­li­bru rów­nież po­szła gdzieś bo­kiem. Za­czy­na­łem ro­zu­mieć. Straż­ni­cy naj­wy­raź­niej zro­zu­mie­nie tra­ci­li, gdyż ko­lej­ne pa­nicz­ne ko­rek­ty ce­low­ni­ków roz­bi­ja­ły w pył coraz bar­dziej od­le­głe frag­men­ty ru­bie­ży. Po chwi­li prze­sta­li nas ści­gać, za­ję­ci sia­niem spu­sto­sze­nia, czy co tam się dzia­ło w ich skon­fun­do­wa­nych elek­tro­nicz­nych mó­zgach.

Nie usta­wa­li­śmy w biegu, chwi­lo­wo jed­nak nie mu­sie­li­śmy wal­czyć o życie. Krzyk­ną­łem jesz­cze do Eylis, by za­cho­wy­wa­ła dy­stans. Znowu pro­wa­dzi­ła, choć wie­dzia­łem już, jak wy­bie­ra kie­ru­nek. Z każdą chwi­lą za­nu­rza­li­śmy się głę­biej mrok, aż w końcu, wy­czer­pa­ni, za­trzy­ma­li­śmy się u sa­me­go progu ciem­no­ści.

Pole si­ło­we Wszech­mia­sta z bli­ska przy­po­mnia­ło uwię­zio­ne w gru­bym szkle kłęby czar­ne­go dymu. Zda­wa­ło się gład­kie i chyba od­bi­ja­ło świa­tło, nie­ste­ty nie było go tu na tyle dużo, by mieć pew­ność. Moja to­wa­rzysz­ka wy­do­by­ła po­spiesz­nie z ple­ca­ka ja­kieś nie­wiel­kie urzą­dze­nie i uru­cho­mi­ła je. Włosy sta­nę­ły jej dęba, a po chwi­li po­wierzch­nia ba­rie­ry pękła i wy­ro­sła w niej sfe­rycz­na wyrwa, którą wdar­ła się przy­tłu­mio­na ja­sność, a tuż za nią po­tęż­ny po­dmuch cie­pła. Moje ubra­nie za­czę­ło ło­po­tać.

– No, to je­ste­śmy w domu – po­wie­dzia­ła Eylis.

– W domu?

– Ta – ski­nę­ła głową. – W pie­kle.

Od­gar­nę­ła szar­pa­ne wia­trem włosy i uśmiech­nę­ła się do mnie tak, jak jesz­cze nigdy nikt. Nie­skrę­po­wa­nie, czy­sto i szcze­rze. Był w tym ślad cze­goś wię­cej, jakby błysk w oku, roz­cią­gnię­te spoj­rze­nie, nie po­tra­fi­łem po­wie­dzieć. Ale gotów byłem iść za tym na za­tra­ce­nie. Za­tra­ce­nie! Jak chi­cho­ta­ła­by słod­ka Ki, gdyby usły­sza­ła to słowo. Ki, któ­rej cu­dow­nie ide­al­na twarz zo­sta­ła gdzieś da­le­ko za mną.

Nie tra­ci­li­śmy czasu. Eylis za­nu­rzy­ła się w świa­tło, a ja ru­szy­łem za nią. Na drugą stro­nę czar­ne­go lu­stra.

 

* * *

 

Po­chło­nę­ła nas sza­rość.

Go­rą­ca, szar­pią­ca ubra­nie i ra­nią­ca od­sło­nię­te ciało. Pcha­ne wi­chu­rą tu­ma­ny pia­sku sku­tecz­nie ogra­ni­cza­ły wi­docz­ność. Eylis krzyk­nę­ła coś, lecz nie zro­zu­mia­łem. Słowa ule­cia­ły z wia­trem.

Osła­nia­jąc oczy, ru­szy­li­śmy w kie­run­ku ma­ja­czą­ce­go nie­opo­dal ol­brzy­mie­go cie­nia. Wie­żo­wiec! – zda­łem sobie spra­wę. I to po­dob­ny do tych, jakie zna­łem z Wszech­mia­sta. Jak­by­śmy nigdy go nie opu­ści­li.

Do­pa­dli­śmy naj­bliż­szych drzwi i za­trza­snę­li­śmy je za sobą. Zro­bi­ło się spo­koj­niej. Eylis po­de­szła, ob­ję­ła mnie i mocno po­ca­ło­wa­ła w za­ku­rzo­ny po­li­czek. W chwi­li, gdy po­czu­łem napór jej ciała, zro­zu­mia­łem, że ta bli­skość ab­so­lut­nie mi nie prze­szka­dza. Mało tego – szu­ka­łem jej i pra­gną­łem. Owo sza­lo­ne wra­że­nie tę­ża­ło z każdą chwi­lą, wy­wo­łu­jąc pul­su­ją­cy szum w uszach.

Nim zdą­ży­łem przed­się­wziąć coś głu­pie­go, Eylis od­su­nę­ła się i po­kle­pa­ła mnie po ra­mie­niu.

– Udało ci się, Davi! Roz­gry­złeś al­go­rytm, co, mą­dra­lo? – spy­ta­ła.

– Ce­low­ni­czy? Tak sądzę. – Ze wszyst­kich sił sta­ra­łem się ukryć krę­pu­ją­ce myśli. – Le­piej późno niż wcale. Dla­cze­go potem sfik­so­wa­ły, tego już nie wiem.

– I?

– Mają lukę. Nasze in­ter­fej­sy, one wciąż na­da­ją, praw­da?

– Tak. Nie wy­łą­cza­łam swo­je­go. Twój i tak dzia­łał, zresz­tą próba dez­ak­ty­wa­cji w tych wa­run­kach mo­gła­by cię zabić. Li­czy­łam, że dzię­ki temu uzna­ją nas za swo­ich. Masz ta­lent, w który dużo za­in­we­sto­wa­li. Tak strze­lać do ta­len­tów? Ale nie wiem. Prze­gię­łam?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Może. Tak czy owak wy­szło nam na dobre. Po­dej­rze­wam, że w przy­pad­ku do­stęp­no­ści sy­gna­łu swój-wróg opie­ra­ją się na ana­li­zie po­ło­że­nia jego źró­dła, za­miast wy­ko­rzy­sty­wać dane z ukła­dów ko­gni­tyw­nych. Uła­twia­ją sobie za­da­nie. Cał­kiem sen­sow­ne, przy­naj­mniej z punk­tu wi­dze­nia efek­tyw­no­ści al­go­ryt­mu.

– Głu­pol­ki my­śla­ły, że je­ste­śmy tym samym celem – za­chi­cho­ta­ła.

– Wła­śnie. Co gor­sza sam skła­da­łem ob­słu­gę tego wy­jąt­ku. Nie­po­ję­te. Nie w tej for­mie oczy­wi­ście. To chyba był me­cha­nizm prze­strzen­ne­go roz­po­zna­wa­nia sy­gna­tu­ry, czy coś po­dob­ne­go. W każ­dym razie za­pro­jek­to­wa­na re­ak­cja wy­da­ła mi się nieco ab­sur­dal­na, dla­te­go to za­pa­mię­ta­łem. Otrzy­mu­jąc na wej­ściu dwa roz­bież­ne po­ło­że­nia celu, wy­ko­nu­je zwy­kłe uśred­nie­nie i…

– I wali w po­wie­trze po­mię­dzy nimi. – Ski­nę­ła głową. – Jasne. Dobra ro­bo­ta, Davi. Niech mnie, przy­znam, że po tej sce­nie w kiblu mia­łam po­waż­ne wąt­pli­wo­ści. Prze­pra­szam, chyba nie za­słu­ży­łeś na taką ocenę. Zresz­tą po tym całym gów­nie, które tam prze­szłam, na­le­ża­ła mi się ta odro­bi­na farta. Taka karma, widać. Tak to się u was mówi, racja?

– Tak. Taka karma…

Pa­trzy­łem na jej przy­ku­rzo­ne, ciem­ne włosy. Wcale nie mia­łem pew­no­ści, że to karma. Go­rzej: byłem prze­ko­na­ny, że wła­śnie wy­ko­rzy­sta­łem limit fuksa na resz­tę życia.

Wi­chu­ra za drzwia­mi przy­po­mnia­ła o sobie wy­ciem.

Ro­zej­rza­łem się uważ­nie. Po­miesz­cze­nie pełne było wydm na­wia­ne­go pia­sku, lecz poza tym wy­glą­da­ło zu­peł­nie swoj­sko.

– A więc to jest druga stro­na? – spy­ta­łem.

– No, dla mnie to jest ta wła­ści­wa stro­na. Zna­czy, nie zro­zum mnie źle, w po­rów­na­niu z waszą jest tu tro­chę do dupy, wiesz. Nawet bio­rąc pod uwagę, że to tam pa­łę­ta­ją się mor­der­cze ma­chi­ny bo­jo­we. Ale tu się uro­dzi­łam. To mój dom. Tu je­ste­śmy wolni. Tak wła­śnie o sobie mó­wi­my: Wolni Lu­dzie.

– W zna­cze­niu niby, że my tam, w środ­ku, wolni nie je­ste­śmy, tak?

Spoj­rza­ła na mnie jak na nie­roz­gar­nię­te dziec­ko.

– A my­śla­łeś ina­czej?

– Nigdy nie czu­łem się szcze­gól­nie znie­wo­lo­ny. Ow­szem, są pewne re­gu­ły, ale one tylko służą utrzy­ma­niu rów­no­wa­gi Wszech­mia­sta. Prze­po­wied­nia Maur­ji…

– A daj spo­kój z tą waszą prze­po­wied­nią, sły­sza­łam to z mi­lion razy – prze­rwa­ła. – Wiesz, że jesz­cze za cza­sów Maur­ji mie­li­ście przy­naj­mniej jedną wojnę do­mo­wą, w któ­rej zgi­nę­ły dzie­siąt­ki ty­się­cy ludzi? Oczy­wi­ście, że nie. A prze­cież to nie było nawet tak dawno temu! A teraz? Ob­ser­wu­ją każdy wasz krok. O każ­dym jed­nym naj­mniej­szym szcze­gó­li­ku wa­sze­go życia de­cy­du­je Szczo­dro­do­bry Rząd, czy kto-tam-kol­wiek po­cią­ga za sznur­ki. Nie­któ­rzy mówią, że Rządu dawno już nie ma. Bo wierz mi, to co tam się dzie­je, prze­kra­cza wszel­kie po­ję­cie.

– Jak to moż… – Chcia­łem prze­rwać, ale nie dała mi dojść do słowa.

– Nawet nie po­zwa­la­ją wam zwy­kłe­go doła mieć. To chore. Każdy w życiu po­trze­bu­je tro­chę doła. Ina­czej nie do­ce­nił­by ni­cze­go do­bre­go, nawet gdyby grzmot­nę­ło go mię­dzy oczy. Trzy­ma­ją was pod tą ko­pu­łą jak kozy w za­gro­dzie. A kozy się doi. A potem zjada. – Spoj­rza­ła mi w oczy. – Prze­pra­szam, że ci to mówię, Davi. To nie twoja wina. Ale tak wła­śnie jest. Je­ste­ście pro­du­ko­wa­ni i od­gór­nie ste­ro­wa­ni. Blo­ku­je wam się zmy­sły i ana­li­zu­je pracę mózgu. Kon­tro­lu­je po­przez wsz­cze­pia­nie na­no­far­ma­cji wy­twa­rza­nej w fa­bry­kach, dla któ­rych pra­cu­je­cie, by było was stać na cią­gły haj. Błęd­ne koło. Od ma­łe­go tłam­szą w was naj­zwy­klej­szą cie­ka­wość świa­ta. Jasne, że ab­so­lut­nie nic wam nie prze­szka­dza. Kozom też nic nie prze­szka­dza. Wszyst­ko im jedno.

– Skoro tak u nas źle, to po co we­szłaś do środ­ka? Po­praw mnie, jeśli się mylę, ale mo­głaś tam umrzeć. I ja przy tej oka­zji też. Zresz­tą wciąż nie ro­zu­miem, dla­cze­go tak się nie stało.

Długo mil­cza­ła. Zbyt długo. Po co to po­wie­dzia­łem?

– Po­szłam, po­nie­waż Yasun mnie o to po­pro­sił.

– Kim jest Yasun?

– Przy­wód­cą Wol­nych Ludzi. Pro­ro­kiem. Jemu za­wdzię­cza­my neu­tra­li­za­tor pola. I wiele in­nych rze­czy. Gdyby nie on, pew­nie by już nas nie było. Po­znasz go nie­dłu­go. A teraz po­win­ni­śmy ru­szać. Wo­la­ła­bym nie no­co­wać w tym miej­scu. Bli­skość ko­pu­ły dzia­ła mi na nerwy.

– Cze­kaj – za­trzy­ma­łem ją. – Mó­wi­łaś po­waż­nie?

– O czym?

– Że je­ste­śmy w pie­kle.

– Nie­któ­rzy by się zgo­dzi­li – od­par­ła po na­my­śle. – Ale przy­naj­mniej jest to moje pie­kło.

 

Wy­szli­śmy w za­mieć, która przy­bra­ła w mię­dzy­cza­sie wście­kle czer­wo­ną barwę. Mia­łem jesz­cze z pół ty­sią­ca pytań, ale z racji nie­sprzy­ja­ją­cych wa­run­ków Eylis zby­wa­ła je ogól­ni­ka­mi. Raz tylko, przy oka­zji ko­lej­ne­go po­sto­ju, wy­ja­śni­ła, że jej lu­dzie po­dą­ża­li za ko­pu­łą od nie­pa­mięt­nych cza­sów, ko­rzy­sta­jąc z tego, co po sobie po­zo­sta­wia­ła.

Otóż to, po­dą­ża­li. We­dług opo­wie­ści Eylis Wszech­mia­sto stop­nio­wo prze­miesz­cza­ło się, czy ra­czej prze­su­wa­no źró­dło ochron­ne­go pola si­ło­we­go, na bie­żą­co roz­bu­do­wu­jąc ko­lej­ne sek­to­ry i po­rzu­ca­jąc stare. Od środ­ka trud­no było to za­uwa­żyć. Ja sam nigdy nie opu­ści­łem ści­słe­go cen­trum. Nie wi­dzia­łem naj­mniej­sze­go po­wo­du. Czyż­by fak­tycz­nie wmó­wio­no mi, że nie miało to sensu?

Zdu­si­łem przy­kre myśli w za­rod­ku. Tak na­uczo­no mnie po­stę­po­wać. To był spo­sób, w jaki żyłem. I nic ni­ko­mu do tego.

Skon­cen­tro­wa­łem się na pró­bach prze­bi­cia wzro­kiem wi­chu­ry. Ota­cza­ły nas zu­peł­nie zwy­czaj­ne ulice i cał­kiem zna­jo­me bu­dyn­ki – to na­praw­dę nadal było Wszech­mia­sto, lecz jakby… zu­ży­te, za­po­mnia­ne. Po­rzu­co­ne. Za­gu­bio­ne wśród wydm.

Za­pa­dał już zmierzch, gdy ja­kimś cudem do­tar­li­śmy do ba­ry­ka­dy. Tam prze­chwy­cił nas pa­trol po­bra­tym­ców Eylis – nie­wy­so­kich, acz krę­pych bro­da­czy o owi­nię­tych szma­ta­mi, ogo­rza­łych twa­rzach. Roz­po­znaw­szy moją prze­wod­nicz­kę, pod­cho­dzi­li do niej ko­lej­no, obej­mu­jąc na dłu­gie, mil­czą­ce chwi­le, mnie ob­rzu­ca­jąc tylko po­dejrz­li­wy­mi spoj­rze­nia­mi. Osta­tecz­nie otrzy­ma­li­śmy po bu­tel­ce wody o smaku ka­łu­ży, eskor­tę i ru­szy­li­śmy dalej.

Wkrót­ce ze­szli­śmy be­to­no­wym ko­ry­ta­rzem pod zie­mię, gdzie szyb­ko zro­bi­ło się nie tylko ci­szej, ale i wy­raź­nie chłod­niej. Ciem­ny la­bi­rynt cią­gnął się ki­lo­me­tra­mi, wciąż chyba opa­da­jąc lekko, a ja stra­ci­łem orien­ta­cję. Długo ma­sze­ro­wa­li­śmy w mil­cze­niu. Sta­ra­łem się nie za­sta­na­wiać, do czego to wszyst­ko pro­wa­dzi, wsłu­chi­wa­łem się więc tylko w zwie­lo­krot­nio­ny echem stu­kot na­szych kro­ków.

W końcu ko­ry­tarz roz­świe­tli­ły rzad­ko roz­miesz­czo­ne lampy, po­ja­wi­li się w nim uzbro­je­ni war­tow­ni­cy i stop­nio­wo wy­peł­ni­ły go nowe dźwię­ki. Z mi­ja­nych za­uł­ków za­czę­ły wy­zie­rać dzie­siąt­ki, jeśli nie setki, za­cie­ka­wio­nych głów, za­pa­no­wał gwar i roz­niósł się za­pach sma­żo­ne­go mięsa. Przy­po­mnia­łem sobie, że umie­ram nie tylko z wy­czer­pa­nia, ale i z głodu. To dru­gie prze­szło mi mo­men­tal­nie, gdy mi­nę­li­śmy reszt­ki tego, co tu je­dzo­no.

– Hej, to Eylis! – krzyk­nął ktoś nie­opo­dal.

Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie. Za dużo wra­żeń. Za dużo twa­rzy. Dziw­nych, roz­ka­li­bro­wa­nych, nie­spo­ty­ka­nych. Za dużo blizn, ban­da­ży, prze­bar­wień. Ku­rio­zal­ne ciała. Jedne ol­brzy­mie i cięż­kie, inne drob­ne i smu­kłe, nie­mal dzie­cię­ce. Wy­kwi­ty, braki w uzę­bie­niu, nie­do­ro­zwój koń­czyn. Róż­no­rod­ność, do któ­rej nie przy­wy­kłem i na którą nie mo­głem pa­trzeć.

Eylis opar­ła rękę na moim ra­mie­niu. Nie wiem, czy z tro­ski o mnie, czy z obawy, że ją skom­pro­mi­tu­ję. W każ­dym razie po­mo­gło.

 

W końcu wkro­czy­li­śmy do ol­brzy­miej, pu­stej hali – nie­gdyś może pro­duk­cyj­nej – gdzie wy­szedł nam na spo­tka­nie sta­rzec o splą­ta­nej, gę­stej bro­dzie, na widok któ­re­go po­czu­łem się, jak­bym do­stał w głowę tępym na­rzę­dziem. Od środ­ka.

– A więc to praw­da. Wró­ci­łaś, Eylis – oznaj­mił, gdy po­de­szli­śmy. Pa­trzył na nas z góry, wład­czy i spo­koj­ny.

– Witaj, Yasun – od­rze­kła moja prze­wod­nicz­ka, ski­nąw­szy głową.

Sta­rzec stał na pod­wyż­sze­niu, lecz i tak nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że po­mi­mo wieku gó­ro­wał nad in­ny­mi po­stu­rą. Odzia­ny był w długą, rdza­wą szatę, z któ­rej zwie­sza­ły się złote wień­ce, czy też łań­cu­chy, zaś na szpa­ko­wa­tej gło­wie nosił zdo­bio­ną ob­ręcz, peł­nią­cą chyba funk­cję ko­ro­ny.

Z tyłu do­strze­głem kilka po­sta­ci, może ob­sta­wę. Wyj­ścia zo­sta­ły za­blo­ko­wa­ne. Har­mi­der wokół nas za­marł, jakby przy­glą­dał się roz­wo­jo­wi wy­pad­ków.

Cisza prze­dłu­ża­ła się nie­mi­ło­sier­nie.

– Chodź zatem ze mną. Po­roz­ma­wiaj­my o oko­licz­no­ściach – po­wie­dział wresz­cie Yasun, po czym spoj­rzał na mnie ba­daw­czo. – Nasz gość oczy­wi­ście rów­nież bę­dzie mile wi­dzia­ny.

Szep­nął jesz­cze coś jed­ne­mu ze straż­ni­ków, a na­stęp­nie od­wró­cił się i ru­szył w kie­run­ku za­cie­nio­nej czę­ści hali.

– Rób, co mówi, albo skoń­czysz w słoń­cu – szep­nę­ła Eylis. – Spo­koj­nie, póki gramy wedle reguł, wszyst­ko bę­dzie do­brze.

 

Po­pro­wa­dzo­no nas bocz­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi. Pokój, do któ­re­go tra­fi­li­śmy, po­ra­stał mu­ze­al­ną elek­tro­ni­ką. Co nie­zwy­kłe – wciąż funk­cjo­nu­ją­cą. Uj­rza­łem ar­cha­icz­ną koń­ców­kę In­fo­bo­xa z jej stan­dar­do­wym, do­ty­ko­wym in­ter­fej­sem. Ekra­ny mi­go­ta­ły, wy­świe­tla­jąc ciągi zna­ków o nie­ja­snym zna­cze­niu, tu i tam pul­so­wa­ła jakaś kon­tro­l­ka.

Bar­dziej jed­nak, i z pew­nym lę­kiem, przy­glą­da­łem się ob­sta­wie Yasu­na. Lu­dzie, lecz nie­na­tu­ral­nie od­mien­ni. Widok ich ab­so­lut­nie czar­nych oczu za­to­pio­nych w wy­raź­nie wy­dłu­żo­nych czasz­kach przy­pra­wiał mnie o mdło­ści.

– Ufasz mu? – ode­zwał się sta­rzec, pa­trząc na moją nie­wąt­pli­wie po­sza­rza­łą twarz.

– To re­gu­lar­ny – od­po­wie­dzia­ła Eylis. – Nie wie, co się dzie­je. Jest w po­rząd­ku.

– Rę­czysz za niego?

– Tak.

– Niech bę­dzie, to mi wy­star­czy. A zatem?

– A zatem… co?

– Co tu ro­bisz?

– Przy­pro­wa­dzi­łam go­ścia.

– Widzę, ale nie o to pytam i do­brze o tym wiesz. Pro­szę, dziew­czy­no, nie prze­dłu­żaj­my tej za­ba­wy. Samo to, że tu je­steś, świad­czy o tym, że nie mamy na nią czasu.

– To… – za­wie­si­ła głos. Szu­ka­jąc słów, wo­dzi­ła wzro­kiem po ze­bra­nych. – Nie mia­łam wyj­ścia. Wszy­scy nie żyją, Yasun.

– Kto?

– Bra­cia Huy­ght. Trob. Ku­tian. Alayi. Wszy­scy.

– Co do jed­ne­go?

– Tak. Tamci się uczą, Yasun. Tro­pią nas. Stają się spryt­ni. Wy­sa­dza­ją tu­bo­stra­dy, do­sy­pu­ją ja­kieś pro­chy…

– Ale cie­bie nie zła­pa­li.

– Też je­stem spryt­na.

– Więc mo­głaś tam zo­stać, tak jak cię pro­si­łem. I zro­bić to, o co cię pro­si­łem.

Eylis prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Wtedy nie przy­nio­sła­bym ci tego.

Wy­cią­gnę­ła z ple­ca­ka swój har­dwa­re i spró­bo­wa­ła podać Yasu­no­wi. Jedno z czar­no­okich dzi­wa­deł mo­men­tal­nie wy­su­nę­ło się do przo­du, by prze­chwy­cić prze­sył­kę. Eylis za­wa­ha­ła się, lecz ustą­pi­ła.

– Co na tym jest? – spy­tał sta­rzec.

– Ob­szer­ne frag­men­ty do­ku­men­ta­cji de­fen­syw­nej. W tym kom­plet­ne plany mia­sta. Zdo­by­łam je z nie­wiel­ką po­mo­cą przy­ja­cie­la – Spoj­rza­ła na mnie prze­lot­nie. – Jeśli to prze­ana­li­zu­je­my, bę­dzie­my mieli ich na wi­del­cu.

– Na wi­del­cu? Na wi­del­cu?! Czy ty wiesz, o czym ty mó­wisz?! – Sta­rzec wes­tchnął głę­bo­ko, ma­su­jąc skro­nie. – Nie po­do­ba mi się, że wró­ci­łaś, Eylis – kon­ty­nu­ował spo­koj­niej­szym już gło­sem. – Lecz skoro taką pod­ję­łaś de­cy­zję, nie po­zo­sta­je nam nic in­ne­go, jak tylko się tym cie­szyć. Bra­ko­wa­ło nam cie­bie. A co do tego – wska­zał na skrzy­necz­kę w rę­kach czar­no­okie­go – przyj­rzę się. Tym­cza­sem idź­cie mi stąd precz. Po­le­ci­łem urzą­dzić dla was po­wi­tal­ną li­ba­cję. Baw­cie się, pij­cie. Rób­cie co­kol­wiek. Daj­cie mi po­my­śleć.

 

Wy­pro­wa­dzo­no nas z po­miesz­cze­nia i po­zo­sta­wio­no samym sobie. Na ze­wnątrz gęst­niał tłum. No­szo­no stoły, ławy i pół­mi­ski. Gdzieś za­dud­ni­ły bębny, do któ­rych wkrót­ce do­łą­czy­ły pisz­czał­ki. Przy­tłu­mio­no świa­tła.

Eylis kla­snę­ła w dło­nie.

– No, dobra. To by było na tyle.

– Na tyle? Nic nawet od nas nie chcie­li.

– Wła­śnie. Teraz będą nas ob­ser­wo­wać i nie dadzą nam spo­ko­ju, aż się znu­dzą. Nie uła­twiaj­my im za­da­nia, co ty na to? Roz­kręć­my tę im­pre­zę. Może to nie Ba­stion, ale coś za­ra­dzi­my – spró­bo­wa­ła prze­krzy­czeć na­ra­sta­ją­cy tu­mult.

– Co masz na myśli?

Eylis się­gnę­ła do ple­ca­ka i wy­do­by­ła zeń dwie dawki la­za­ru­sa. Bez wąt­pie­nia po­cho­dzi­ły z Wszech­mia­sta.

– Na­praw­dę nie wiem, czy je­stem w na­stro­ju! – wy­krzy­cza­łem w od­po­wie­dzi.

– Jak chcesz, ja je­stem!

Po­łknę­ła jedną dawkę i za­czę­ła ko­ły­sać się w rytm mu­zy­ki. Pa­trzy­łem jak za­my­ka oczy, od­pły­wa i był to praw­do­po­dob­nie naj­pięk­niej­szy widok, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. Dźwię­ki naj­dziw­niej­szej or­kie­stry świa­ta łu­pa­ły mi ryt­micz­nie pod czasz­ką. A niech to szlag – po­my­śla­łem, wy­cią­ga­jąc do Eylis otwar­tą dłoń. Dla­cze­go wciąż po­peł­niam te same błędy?

Wy­szcze­rzy­ła się i ob­ję­ła mnie ra­mie­niem. La­za­rus za­dzia­łał jak za­wsze.

Śmia­li­śmy się, prze­pły­wa­li­śmy mię­dzy tu­byl­ca­mi ni­czym po­śród pa­ra­dy nie­zwy­kło­ści. Oto­czy­ły nas szare ob­li­cza, mie­rzą­ce mnie zmę­czo­ny­mi, prze­krwio­ny­mi oczy­ma. Cza­sem z za­in­te­re­so­wa­niem, prze­waż­nie z nie­do­wie­rza­niem. Męż­czyź­ni pod­cho­dzi­li do Eylis, przy­tu­la­jąc się. Mło­dzień­cy o ogo­rza­łych twa­rzach ca­ło­wa­li ją w po­licz­ki. A ona śmia­ła się i tań­czy­ła, krę­ci­ła pi­ru­ety, mu­ska­jąc ich dłoń­mi i roz­da­jąc w tłu­mie ko­lej­ne dawki la­za­ru­sa.

Ktoś dał nam maski, a my wło­ży­li­śmy je, chi­cho­cząc. Eylis wy­bra­ła tę z dłu­gi­mi, koź­li­mi ro­ga­mi. Ko­ły­sa­ła się, pa­trząc wprost na mnie. Jej ciało, jakby ośmie­lo­ne bra­kiem twa­rzy, na­bra­ło gięt­ko­ści, gu­biąc jed­no­cze­śnie nie­któ­re czę­ści gar­de­ro­by.

Wkrót­ce sta­li­śmy się jedną wi­ru­ją­cą masą, która w pew­nej chwi­li nagle zgęst­nia­ła, a ja stra­ci­łem Eylis z oczu. Na po­cząt­ku mi­gnę­ła mi jesz­cze kilka razy, ma­cha­ła gdzieś z od­da­li. Potem błą­ka­łem się sam, wśród ob­cych. Nie­pew­nych mnie, jak ja nie­pew­ny byłem ich. Czu­łem woń moc­ne­go al­ko­ho­lu. Smugi dymu nie­wia­do­me­go po­cho­dze­nia wy­peł­nia­ły wolne prze­strze­nie. Po­ja­wi­ły się inne roz­tań­czo­ne ko­bie­ty, za­ma­sko­wa­ne i obce. Zbli­ża­ły się i od­da­la­ły, jakby z prze­stra­chem.

– Je­steś wy­brań­cem? – szep­nę­ła jedna z nich. – Na­praw­dę mam na­dzie­ję, że je­steś.

Nie od­po­wia­da­łem. Byłem zmę­czo­ny, tak bar­dzo zmę­czo­ny. Nie ro­zu­mia­łem, gdzie się zna­la­złem, co się dzie­je i co wła­ści­wie za­szło, od kiedy obu­dzi­łem się dzi­siej­sze­go ranka.

Czy rze­czy­wi­ście się obu­dzi­łem? – za­mi­go­ta­ło mi w gło­wie, ale nie zna­la­złem żad­nej od­po­wie­dzi.

W końcu zo­sta­łem sam, za­plą­ta­ny w myśli, wci­śnię­ty w naj­ciem­niej­szy z kątów. Gdy po­de­szła, wy­czu­łem ją jak śle­piec świa­tło. Kształt­ny, ro­ga­ty cień po­śród mgły. Zdję­ła maskę, zbli­ży­ła się i wtu­li­ła w moje ramię. Ciało Eylis drga­ło lekko w ryt­mie po­chła­nia­ją­cej nas sza­lo­nej mu­zy­ki, lecz jej błę­kit­ne oczy po­zo­sta­wa­ły nie­ru­cho­me.

– Ja umie­ram, Davi, wiesz? – szep­nę­ła mi do ucha.

Nie zna­la­złem słów. Ob­ją­łem ją tylko, a ona od­po­wie­dzia­ła uści­skiem.

 

* * *

 

Kiedy się ock­ną­łem, po­now­nie byłem sam. Nie wiem, na jak długo od­pły­ną­łem. Zgro­ma­dzo­nych wy­raź­nie ubyło, lecz świę­to wciąż trwa­ło. Wsta­łem i nie­pew­nym kro­kiem ru­szy­łem do wyj­ścia, gdy ktoś zła­pał mnie za ramię.

– Pro­rok cię ocze­ku­je – po­wie­dział męż­czy­zna o po­kry­tej zna­mio­na­mi twa­rzy.

Za­da­łem kilka pytań, ale nie kwa­pił się do od­po­wie­dzi. Za­pro­wa­dzo­no mnie do tego sa­me­go po­ko­ju, co po­przed­nio. Yasun stał dum­nie na środ­ku i świ­dro­wał mnie wzro­kiem.

Trwa­ło to tak długo, że za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy na­praw­dę tam jest.

– Chcę po­roz­ma­wiać z na­szym go­ściem na osob­no­ści – po­wie­dział wresz­cie.

Straż­ni­cy-do­rad­cy wy­mie­ni­li spoj­rze­nia, jeden po­chy­lił się i szep­nął coś pro­ro­ko­wi do ucha z nie­zwy­kle sta­now­czym wy­ra­zem twa­rzy.

– Nic mnie to nie ob­cho­dzi. Po pro­stu stąd wyjdź­cie!

Zwle­ka­li tro­chę, lecz w końcu po­ro­zu­mie­li się wzro­kiem i za­mknę­li za sobą drzwi. Gdy tylko zo­sta­li­śmy sami, Yasun przy­gar­bił się, jakby przy­by­ło mu nagle dwa­dzie­ścia lat i usiadł z cięż­kim wes­tchnie­niem na pla­sti­ko­wym stoł­ku. Po­wo­li, drżą­cy­mi rę­ka­mi zdjął z sie­bie wszel­kie ozdo­by i ni­by-ko­ro­nę. We Wszech­mie­ście rzad­ko spo­ty­ka­łem star­szych ludzi, ale mniej wię­cej tak sobie ich wy­obra­ża­łem.

– No? Jak ci się po­do­ba­ło przed­sta­wie­nie? – za­py­tał sta­rzec. – Davi, praw­da? Pa­mię­tam z kar­to­te­ki. Mam na­dzie­ję, że moi Ba­kh­tria­ni nie na­pę­dzi­li ci zbyt­nie­go stra­cha.

– Ci czar­no­ocy? Dość nie­po­ko­ją­cy, ow­szem. To lu­dzie?

– Lu­dzie, nie lu­dzie. A któż to teraz oceni. Ba­wio­no się tro­chę ge­na­mi przed Upad­kiem. A w róż­nych taj­nych ośrod­kach nawet bar­dzo. Ale oczy i czasz­ki robią sobie już za życia. Lubią się wy­róż­niać. Kie­dyś byli ka­pła­na­mi. Od stu­le­ci prze­po­wia­da­li moje przy­by­cie i cał­kiem nie­źle z tego żyli, a tu nagle: taki klops. Je­stem. Draż­ni ich to tro­chę, lecz wy­pra­co­wa­li­śmy sobie względ­ną rów­no­wa­gę. Może coś na ząb? Oba­wiam się, że mamy głów­nie su­cha­ry i kozi ser. Czę­stuj się. Ho­du­je­my kozy, wy­obraź sobie. Cią­gle ist­nie­ją. Be­stie są nie do zdar­cia! Żrą byle co.

Podał mi ta­lerz, a ja z wdzięcz­no­ścią przy­ją­łem pro­po­zy­cję, na­kła­da­jąc sobie sporą por­cję. Tym­cza­sem Yasun mówił dalej.

– Pew­nie dziwi cię ta ry­tu­ali­za­cja, to całe świę­to­wa­nie. W dużej mie­rze odzie­dzi­czy­łem pro­to­kół po Ba­kh­tria­nich, ale go nie zmie­niam. Wiesz, tu­tej­si tego po­trze­bu­ją, w każ­dym razie więk­szość z nich. Eylis jest inna. To moja krew. Kun­del, ale cho­ler­nie zdol­ny. Lecz po­zo­sta­li? Bez Ko­pu­ły dawno by zgi­nę­li, dla­te­go ją czczą… W pew­nym sen­sie. Nie mają już od­wro­tu, nie prze­trwa­li­by drogi po­wrot­nej na Dawny Kon­ty­nent. Na pewno nie wszy­scy. Utknę­li tu na dobre. Zresz­tą odro­bi­na fa­na­tycz­ne­go uwiel­bie­nia ni­ko­mu jesz­cze nie za­szko­dzi­ła. – Sta­rzec par­sk­nął śmie­chem. – To może aku­rat nie do końca praw­da, nie­mniej… Daję im na­dzie­ję, Davi. To wszyst­ko.

– Na­dzie­ję na co? – za­py­ta­łem.

– Na prze­trwa­nie ko­lej­ne­go dnia. Na to, że kie­dyś coś się zmie­ni. Że ich życie co­kol­wiek zna­czy. Że jest czymś wię­cej, niż cią­głym zma­ga­niem.

– Pro­ro­ku…

– Pro­szę, mów mi Yasun – prze­rwał. – Tak mnie na­zy­wa­ją. Daruj sobie te dyr­dy­ma­ły.

– Wy­bacz, tak… Yasun. Ja… Eylis nie po­wie­dzia­ła mi zbyt wiele. Nie do końca ro­zu­miem, co tu robię i…

– Twoje za­gu­bie­nie jest dla mnie cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­łe. Znam to po­czu­cie za­że­no­wa­nia: dla­cze­go w ogóle nie przy­szło ci do głowy, że ist­nie­je coś poza ko­pu­łą i tak dalej. Tro­chę w tym na­no­far­ma­cyj­ne­go ogłu­pie­nia, tro­chę ge­ne­ty­ki. Nie martw się, to minie. Przy­naj­mniej czę­ścio­wo. Wi­dzisz, nie je­steś na­szym pierw­szym go­ściem z we­wnątrz. Ale z całą pew­no­ścią pierw­szym tak waż­nym.

– Waż­nym? Ja? Dla­cze­go?

– Chodź ze mną, chciał­bym ci coś po­ka­zać. Pra­wie prze­sta­ło już wiać. Nocą można cza­sem wyjść na ze­wnątrz. Gdy nie ma wia­tru, robi się cał­kiem zno­śnie. Po­wiem ci: tutaj wszyst­kie te drob­ne pre­zen­ty od losu jakoś bar­dziej cie­szą, muszę przy­znać.

Wstał i ru­szył do wyj­ścia, a ja po­dą­ży­łem za nim. Prze­szli­śmy ciem­nym ko­ry­ta­rzem, po czym roz­po­czę­li­śmy wspi­nacz­kę po scho­dach, po­ziom za po­zio­mem. Z żalem pa­trzy­łem na wi­docz­ne z okien mar­twe szyby pri­vind. Naj­wy­raź­niej wy­ma­ga­ły wię­cej mocy, niż po­tra­fio­no tutaj wy­ge­ne­ro­wać.

Nie wiem, na które pię­tro do­tar­li­śmy, ale wy­so­kość mu­sia­ła być im­po­nu­ją­ca. Stą­pa­łem mo­zol­nie, cięż­ko od­dy­cha­jąc, pod­czas gdy sta­rzec drep­tał zgar­bio­ny, po­sa­pu­jąc od czasu do czasu, ale nie za­trzy­mał się ani na chwi­lę. W końcu wy­szli­śmy na roz­le­gły taras. Po­wia­ło prze­ni­kli­wym chło­dem.

– Spójrz – po­wie­dział sta­rzec, pusz­cza­jąc usta­mi mgieł­kę wy­de­chu.

Po­słusz­nie ob­ró­ci­łem się w kie­run­ku, który wska­zy­wał i za­mar­łem urze­czo­ny. Przede mną, na tle roz­gwież­dżo­ne­go nieba, wi­siał naj­praw­dziw­szy księ­życ. Wy­raź­nie ja­śniej­szy, niż ten na sta­rych ho­lo­fil­mach, co pew­nie miało sens, bio­rąc pod uwagę ubyt­ki at­mos­fe­ry. W jego bla­dym świe­tle cią­gnę­ły się nie­zli­czo­ne sze­re­gi bu­dyn­ków, a gdzieś w od­da­li przy­sia­dła cięż­ko ol­brzy­mia, ciem­na ko­pu­ła, w któ­rej od­bi­jał się po­dłuż­ną, zło­ta­wą plamą. Pę­cherz Wszech­mia­sta gó­ro­wał nad po­zo­sta­ły­mi ele­men­ta­mi kra­jo­bra­zu jak gar­gan­tu­icz­ny nie­mow­lak wśród za­ba­wek.

Co byś po­wie­dzia­ła na takie po­rów­na­nie, moja Vei, za­mknię­ta gdzieś tam w środ­ku? – po­my­śla­łem. Czy chi­cho­ta­ła­byś?

Drob­ny kształt prze­mknął na gra­ni­cy wi­dze­nia. Nie­to­perz?

– Księ­życ jest bli­żej niż kie­dyś. Jesz­cze nie usta­li­łem, dla­cze­go – ode­zwał się znów Yasun. – Nie­mniej tak wy­glą­da świat, Davi. Wi­dzisz ten ogrom? Od środ­ka Wszech­mia­sto wy­da­je się nie­skoń­czo­ne, a prze­cież to tylko ma­leń­ki wy­ci­nek kra­jo­bra­zu. Jak ko­me­ta, cią­gną­cą za sobą war­kocz bu­dyn­ków. Po ho­ry­zont, a nawet znacz­nie, znacz­nie dalej. Nie wiem, jak da­le­ko, ani ile to już trwa. Wiem tylko, że od nie­pa­mięt­nych cza­sów po­dą­ża­my dnem wy­sy­cha­ją­ce­go morza. Łatwo do­stęp­ne złoża, ro­zu­miesz. Bez ko­niecz­nych mi­ne­ra­łów nawet z za­awan­so­wa­nym prze­twa­rza­niem su­row­ców nie by­li­by­śmy w sta­nie utrzy­mać ko­pu­ły. No i woda, oczy­wi­ście. Przede wszyst­kim po­dą­ża­my za wodą.

– Wodą? Mó­wisz, że gdzieś dalej jest nadal morze?

– O ile mi wia­do­mo. Cofa się bar­dzo szyb­ko. Ale po­zo­sta­je­my w stre­fie jego wpły­wu. To dla­te­go po­go­da jest względ­nie zno­śna. Przy­pusz­czam, że to to, które kie­dyś na­zy­wa­no Śród­ziem­nym. Za­ni­ka po tym, jak z bli­żej mi nie zna­nych po­wo­dów za­mknię­ty zo­stał łącz­nik z oce­anem. Praw­do­po­dob­nie. Nie wiem, nie wy­sy­ła­my już tam ludzi. Szko­da za­cho­du. I ludzi.

– Da­le­ko stąd?

– Ra­czej nie. Kilka dni drogi za Wszech­mia­stem. Mniej wię­cej. I o to wła­śnie cho­dzi: świat to nie tylko ono i pu­sty­nia. Gdzieś tam, za tym wszyst­kim, z pew­no­ścią cią­gnie się dalej. Może wciąż ist­nie­je ocean? Może wciąż ist­nie­ją lasy? Pod ko­pu­łą nie myśli się o ta­kich spra­wach. Nie wolno my­śleć, żeby nie zwa­rio­wać. Ale uwierz mi, po tej stro­nie ów bez­miar pust­ki wgry­za się w umysł jak pa­so­żyt. Tyle moż­li­wo­ści…

– Wi­dzia­łeś je? Morze, lasy?

– Nie, nigdy. W tym rzecz. Na co nam cuda świa­ta, skoro nie mo­że­my stąd odejść? Wszech­mia­sto jest dla nas wszyst­kim. Wi­dzisz, Davi, daw­niej to słoń­ce było bo­giem. Da­wa­ło życie, cie­pło i po­ży­wie­nie. Lecz ono prze­klę­ło swój lud. Tutaj – za­to­czył ręką krąg – za­bi­ja nas jed­ne­go po dru­gim. Zsyła cho­ro­by, burze pia­sko­we, truje po­wie­trze. Na­dzie­ja to wszyst­ko, co mamy. Ona oraz wasze wy­sy­pi­ska śmie­ci. Tu­tej­si wiel­bią ko­pu­łę i jed­no­czą się wokół ma­rze­nia, że kie­dyś do niej wkro­czą. Zbu­do­wa­łem dla nich tę mrzon­kę, bo tylko dzię­ki niej nie rzu­ca­ją się sobie do gar­deł. A za­pew­niam cię, kiedy tu tra­fi­łem, czy­ni­li to bez umia­ru i z dziką lu­bo­ścią. Praw­dzi­wy kosz­mar. Gdy opusz­cza­łem Wszech­mia­sto, nie wy­obra­ża­łem sobie nawet, co jeden czło­wiek po­tra­fi uczy­nić dru­gie­mu dla ka­wał­ka pla­sti­ku. – Yasun za­marł na chwi­lę z bo­le­snym wy­ra­zem twa­rzy, jakby przy­wo­łu­jąc od­le­głe wspo­mnie­nie. – Mój ide­alizm wy­pa­ro­wał jak ka­łu­ża na pu­sty­ni. Chcia­łem wró­cić, lecz Szczo­dro­do­brzy za­dba­li, by tak się nigdy nie stało. Mu­sia­łem otwo­rzyć się na pust­kę, by prze­trwać.

– Jak to? Czy chcesz mi, po­wie­dzieć, że… – za­czą­łem.

– Jak naj­bar­dziej. Uro­dzi­łem się pod ko­pu­łą. Daw­niej znacz­nie ła­twiej było prze­kro­czyć gra­ni­cę, jeśli znało się za­sa­dy. Nie chcę się teraz wda­wać w szcze­gó­ły. W każ­dym razie ze­wnętrz­ni sztur­mo­wa­li już ko­pu­łę pa­ro­krot­nie, jesz­cze przede mną. W tam­tych cza­sach ci bied­ni głup­cy pró­bo­wa­li nawet pod­ko­pów.

– Nic o tym nie sły­sza­łem…

– Oczy­wi­ście, że nie. Czemu mie­li­by ci po­zwo­lić o tym usły­szeć? Wasz świat to ilu­zja, chłop­cze. Po tam­tej stro­nie nie ma praw­dy, to jest po pro­stu fa­bry­ka. Pro­du­ku­je prze­trwa­nie. Za wszel­ką cenę.

– To dla­cze­go chce­cie tam wejść? Eylis twier­dzi, że my, tam, je­ste­śmy więź­nia­mi. Że wol­ność jest tutaj.

– Nie żar­tuj, chłop­cze. To by­stra dziew­czy­na, nie­ste­ty tu­tej­sze chło­pa­ki za bar­dzo mie­sza­ją jej w gło­wie. Prawo mło­do­ści, wiem, ale wszyst­ko mi więd­nie, gdy sły­szę to ich glę­dze­nie. Wol­ność! Ha! Też mi coś! Wi­dzisz chyba, jak to wy­glą­da? My­ślisz, że bawią mnie te fa­ta­łasz­ki i kre­tyń­skie ry­tu­ały? Czy to jest wol­ność? Pier­do­lę taką wol­ność, ro­zu­miesz?

– Więc co wła­ści­wie chce­cie zro­bić?

– My? Oni! Ta banda mło­ko­sów naj­chęt­niej by tam po pro­stu we­szła i za­gar­nę­ła ko­pu­łę dla sie­bie. Prze­ję­ła wła­dzę, jeśli wo­lisz. Nie ro­zu­mie­ją, że wojna zo­sta­ła prze­gra­na. Szczo­dro­do­brzy za­uwa­ży­li nas, wy­prze­dzi­li, roz­gryź­li. A są licz­niej­si i mają wię­cej, niż im po­trze­ba, żeby nas znisz­czyć. Eylis chyba do­my­śla się praw­dy, ale resz­ta? Wolny Lud i tak wie­rzy, że z po­mo­cą ta­kie­go wy­brań­ca jak ty prze­pro­gra­mu­ją Straż­ni­ków i wjadą na nich try­um­fal­nie do mia­sta, gdzie świe­żo wy­zwo­lo­ne od pach­ną­cych ką­pie­li pa­nien­ki rzucą im się na szyje. Ba­nia­lu­ki!

– Ty w to nie wie­rzysz.

– Ofi­cjal­nie wie­rzę, bo Ba­kh­tria­ni mocno wspie­ra­ją ten sce­na­riusz. Inne frak­cje też. Ale to jest sza­leń­stwo, chłop­cze! Wejść, oba­lić, prze­jąć? Tą garst­ką ludzi? Z tą bro­nią?! A niech­by im się nawet udało, co to da? Świat pod ko­pu­łą jest w sta­nie kru­chej rów­no­wa­gi. Wiesz, dla­cze­go nie chcia­no mnie wpu­ścić do środ­ka? Wła­śnie dla­te­go, że moja eska­pa­da po­ka­za­ła, że tam nie pa­su­ję. Tak de­li­kat­ny jest ten eko­sys­tem! To bę­dzie ko­niec Wszech­mia­sta i wszyst­kie­go, co tam osią­gnię­to. Być może na dzie­się­cio­le­cia. Być może na za­wsze. Nie, to nie może się udać. Jeśli na to po­zwo­lę, zginą wszy­scy, któ­rych znasz, a potem zgi­nie­my i my.

– Może mógł­bym wró­cić, me­dio­wać w wa­szej spra­wie… Tam musi być ktoś roz­sąd­ny.

Sta­rzec po­krę­cił głową.

– Pró­bo­wa­li­śmy, Davi. Wierz mi. Mó­wi­łem prze­cież, że mie­li­śmy już gości, praw­da? Nie skoń­czy­ło się to do­brze. Dla nich przede wszyst­kim. Naj­gor­sze jest to, że ja nie tylko ro­zu­miem punkt wi­dze­nia Szczo­dro­do­brych. Ja się z nim zga­dzam! Wpusz­cze­nie nas tam tak samo zruj­nu­je do­tych­cza­so­wy po­rzą­dek, jak zma­so­wa­ny atak. W tym dru­gim jed­nak­że przy­pad­ku mie­li­by­śmy prze­wa­gę tak­tycz­ną. Chwi­lo­wą, ale jed­nak. Gdy­bym więc rze­czy­wi­ście mu­siał wy­bie­rać… Wi­dzisz, chłop­cze, mia­sto ma po­ten­cjał, by pod­trzy­my­wać życie je­dy­nie ogra­ni­czo­nej licz­by miesz­kań­ców. Resz­ta może się pier­do­lić. Choć gwoli ści­sło­ści: nie po­win­na, bo to szko­dzi mia­stu. Kon­flik­ty trwa­ły, do­pó­ki nie po­ja­wił się Maur­ja. – Z ja­kie­goś po­wo­du po­czu­łem mdło­ści, gdy to po­wie­dział. – Nie zro­zum mnie źle, to nie był żaden prze­łom. By­li­śmy go­to­wi, tech­no­lo­gię mie­li­śmy od dzie­się­cio­le­ci. Ale ta… jak oni to teraz na­zy­wa­ją? Prze­po­wied­nia Życia? Zro­zum, chłop­cze, to jest po pro­stu prze­pis. Prze­pis! Zwy­kły wzór na po­ko­jo­we utrzy­ma­nie w ry­zach stanu oso­bo­we­go pod ko­pu­łą, nie żadna mi­stycz­na wie­dza. W do­dat­ku praca na­uko­wa, sy­mu­la­cja, Maur­ja nigdy nie pla­no­wał wpro­wa­dzać jej w życie. A te me­ta­fi­zycz­ne pier­do­ły to już gra­fo­mań­ska edy­cja tego skur­wie­la Ty­chio­na. Obo­wiąz­kiem czło­wie­ka jest szczę­ście, a jak ktoś szczę­śli­wy nie jest, to tym go­rzej dla kto­sia: to wszyst­ko jego dzie­ło. Kto wie, co jesz­cze do­da­li od sie­bie ko­lej­ni Szczo­dro­do­brzy – za­koń­czył z za­ska­ku­ją­cą wście­kło­ścią.

– Wy­bacz, Yasun, ale w takim razie dalej nie ro­zu­miem swo­jej roli.

Długo mil­czał, szar­piąc brodę i cmo­ka­jąc, jakby wal­czył sam ze sobą.

– Będę wobec cie­bie szcze­ry, Davi – rzekł wresz­cie. – Je­stem już stary. Je­dy­ne czego na­praw­dę chcę, to wejść do na­no­kre­acyj­ne­go raju i do­ko­nać tam ży­wo­ta w ob­ję­ciach mło­dziut­kich dziew­czą­tek o blond wło­sach i skó­rze jak mleko. Tego wła­śnie pra­gnę ja. Ale jest jesz­cze Eylis… Moja je­dy­na córka. Wi­dzisz, ona jest chora.

– Wspo­mnia­ła coś – wtrą­ci­łem.

– Cie­ka­we. Mu­sia­ła cię po­lu­bić, nawet ze mną nie chce o tym roz­ma­wiać. Ale to praw­da. Tutaj przy­pusz­czal­nie nie do­trwa przy­szłej wio­sny. Tam może mo­gli­by­śmy jej jakoś pomóc. To rzecz jasna nie bę­dzie moż­li­we, jeśli Wszech­mia­sto prze­sta­nie ist­nieć… – Za­milkł na chwi­lę, od­kaszl­nął. – Dla­te­go nie mo­że­my na to po­zwo­lić, ro­zu­miesz mnie? Mu­si­my tam wró­cić. We troje: ty, ja i Eylis. I tylko my. Jeśli obej­dziesz sys­tem, od­kry­jesz jakiś spo­sób, by nas nie wy­kry­li, gdy tam prze­nik­nie­my… Bę­dzie szan­sa. W prze­ciw­nym razie szczo­dro­do­bre gnoj­ki z miej­sca wyślą nas do Re­zy­gna­to­ra. A już w naj­lep­szym wy­pad­ku wy­lą­du­je­my z po­wro­tem tutaj.

– Zatem… chcesz, żebym uda­wał, że przy­go­to­wu­je­my atak, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści pla­no­wa­li­by­śmy uciecz­kę. O to ci cho­dzi?

– Nie je­stem pe­wien, czy tak bym to ujął, ale niech bę­dzie. Tak.

Ro­zu­mia­łem, czego się ode mnie ocze­ku­je, lecz czego chcia­łem ja? Wes­tchną­łem. Czy li­czy­ła się tylko…

– Eylis się na to zgo­dzi?

– Po­sta­raj się nic jej na razie nie mówić.

– Nie bę­dzie wście­kła?

– Zo­staw to mnie. Chodź­my, nie­dłu­go wzej­dzie słoń­ce. Le­piej, żeby nas tu wów­czas nie było. Nasza gwiaz­da to w dzi­siej­szych cza­sach cięż­ki kawał skur­wy­sy­na.

 

 

IV. Sol In­vic­tus

 

To w końcu dzia­ła. Pokaż nam, Davi.

 

* * *

 

Pod zie­mią dni zle­wa­ły się w jedno. Pra­co­wa­łem jak sza­lo­ny. Nie pa­mię­tam, bym choć raz na­praw­dę spał. Chyba po pro­stu tra­ci­łem ze zmę­cze­nia przy­tom­ność, ale nie dba­łem o to. Eylis była na­praw­dę zdol­ną ko­der­ką, a ja wy­ko­rzy­sty­wa­łem każdy pre­tekst, by spę­dzać z nią czas, pa­trzeć, jak cie­szy się, roz­gry­zł­szy ko­lej­ne za­bez­pie­cze­nie.

Dane, które udało jej się wy­kraść, sta­no­wi­ły praw­dzi­wą skarb­ni­cę wie­dzy o funk­cjo­no­wa­niu Wszech­mia­sta. Zna­leź­li­śmy pro­to­ko­ły sa­mo­bież­nych jed­no­stek pa­cy­fi­ka­cyj­nych, mi­nia­tu­ro­wych dro­nów ob­ser­wa­cyj­nych i wiele, wiele in­nych, któ­rych ist­nie­nia nie byłem nawet gotów za­ak­cep­to­wać. Wszech­mia­sto per­fek­cyj­nie przy­go­to­wa­no do stłu­mie­nia wszel­kie­go ro­dza­ju za­mie­szek. Z da­nych wy­ni­ka­ło jed­nak do­bit­nie, że pra­co­wa­no już in­ten­syw­nie nad bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­nym sys­te­mem bo­jo­wym, w nie­ja­sny spo­sób po­wią­za­nym z na­no­far­ma­cją, ale tych od­nie­sień bra­ko­wa­ło w sys­te­mie pli­ków.

Eylis po­szu­ki­wa­ła moż­li­wo­ści chi­rur­gicz­ne­go ude­rze­nia we wraż­li­wy punkt ko­pu­ły, swo­iste­go no­kau­tu jed­nym cio­sem, któ­re­go kon­se­kwen­cji nie byłem pe­wien. Ja po­ma­ga­łem, ale po­zor­nie. Bar­dziej kon­cen­tro­wa­łem się na ana­li­zie funk­cjo­no­wa­nia mia­sta jako ca­ło­ści. Nie tylko ze wzglę­du na Yasu­na. Byli jesz­cze Vei, Ki, Mart, wszy­scy, któ­rych tam zo­sta­wi­łem. Nie mo­głem po­zwo­lić, by przy­tra­fi­ło im się coś złego, nawet jeśli w nie­zro­zu­mia­ły spo­sób wy­da­wa­li mi się od­le­gli jak bo­ha­te­ro­wie mi­nio­ne­go snu.

Yasun tłu­ma­czył, że owo zmęt­nie­nie wspo­mnień to tylko syn­drom od­sta­wie­nia od na­no­far­ma­cji. Może. Ale prze­czu­wa­łem, że jest w tym coś wię­cej. Coś nie­uchwyt­ne­go i oczy­wi­ste­go za­ra­zem.

Gra­łem na czas.

– Tak – przy­zna­łem, gdy nie mia­łem już wy­bo­ru. – Wy­da­je się, że wszyst­kie au­to­ma­tycz­ne sys­te­my obron­ne mają tę samą lukę. Pięk­na reu­ży­wal­ność nie­chluj­ne­go kodu. Teo­ria ponad prak­ty­ką.

– A więc każda ufor­ty­fi­ko­wa­na nimi po­zy­cja jest dla nas do zdo­by­cia.

– O ile prze­miesz­cza­li­by­śmy się od­po­wied­nio roz­miesz­czo­ny­mi pa­ra­mi. Gdzie przy stra­cie jed­ne­go, drugi zo­sta­nie na­tych­miast od­strze­lo­ny. Cho­ler­ne ry­zy­ko. Każdy błąd to śmierć. Poza tym Straż­ni­cy nadal będą alar­mo­wać i wzy­wać wspar­cie. Tyle tylko, że nie za­bi­ją nas od razu.

– Mo­że­my im prze­peł­niać bu­fo­ry, tak jak mi po­ka­za­łeś. Ulu­lać szyb­kim re­se­tem sys­te­mu.

– Albo tak, albo to ma­ja­cze­nia nie­do­spa­ne­go umy­słu. Bez pra­wi­dło­we­go testu się nie prze­ko­na­my. Poza tym je­ste­śmy ogra­ni­cze­ni licz­bą na­daj­ni­ków. Nadal wolę po­mysł ze wspi­nacz­ką na górną kra­wędź ko­pu­ły. Kilka osób mo­gło­by dać radę, jeśli przy­go­tu­je­my sprzęt. W ten spo­sób omi­nę­li­by­śmy całe ru­bie­że.

– Tak, tak, mó­wi­li­śmy już o tym. – Zbyła moją próbę prze­kie­ro­wa­nia dys­ku­sji na inne tory. – Pokaż mi jesz­cze raz ma­szy­now­nię ge­ne­ra­to­ra. Tam było coś, co zo­sta­wi­li­śmy na póź­niej. Wła­śnie, tu… I tu. Zo­bacz, na tym po­zio­mie. Same au­to­ma­ty. I to… Co to jest? Wiesz?

Wie­dzia­łem. Prze­ana­li­zo­wa­łem to już wcze­śniej. Ale wo­la­łem za­trzy­mać dla sie­bie.

– Hm. Wy­glą­da na tunel. Z szy­na­mi? Bie­gnie tędy przez cały sche­mat. A nawet… Tak. Od samej kra­wę­dzi.

Strze­li­ła pal­ca­mi.

– Pro­sto do ge­ne­ra­to­ra. Niech mnie. Tunel trans­por­to­wy!

– Trans­por­to­wy? Cho­dzi o Rdzeń? – Uda­wa­łem, że to dla mnie no­wość.

Ski­nę­ła głową.

– W ten spo­sób prze­no­szą go z miej­sca na miej­sce. Prze­su­wa­ją mia­sto. Że też o nim za­po­mnia­łam. Nigdy nie był dla nas opcją, bo chyba ni­cze­go nie bro­nią tak za­ja­dle. Ale zo­bacz: na całej dłu­go­ści bro­nią bez­za­ło­go­wo. Pew­nie jest za długi, żeby utrzy­mać tam ludzi. Cią­gnie się aż tutaj. Wła­ści­wie nawet dalej. Nie wiem dokąd. Teo­re­tycz­nie chyba można nim wró­cić aż do po­cząt­ków Wszech­mia­sta.

– Tro­chę jak cofać się w cza­sie…

– Coś ta­kie­go. Szcze­gó­łów nie znam, prę­dzej Yasun coś pa­mię­ta. Na du­żych od­cin­kach jest znisz­czo­ny. No i dia­bo­ły wie­dzą, co w nim sie­dzi. Ale ta część w stro­nę cen­trum… To mo­gło­by się udać!

– Co się udać? Chcesz tędy wejść?

Za­czę­ła cho­dzić w tę i we w tę.

– Jest szan­sa, jeśli zro­bi­my to małym, zgra­nym od­dzia­łem. Zo­sta­je kwe­stia śluz, tych tu. Ale jakoś to obej­dzie­my.

– Eylis, to sza­leń­stwo… Pewna śmierć. Poza tym ude­rze­nie w ge­ne­ra­tor… Pad­nie cały trans­port, zginą nie­win­ni lu­dzie.

– Jeśli tego nie zro­bi­my, rów­nież zginą. Tyle że po tej stro­nie. Davi, też nie chcę ni­czy­je­go cier­pie­nia. Dla­cze­go mia­ła­bym chcieć? Ale jeśli nie za­ata­ku­je­my póki są słabi, to znisz­czą nas, gdy tylko się wzmoc­nią. Gwa­ran­tu­ję ci. Wi­dzisz to prze­cież. Przy­go­to­wu­ją ofen­sy­wę.

Mu­sia­łem przy­znać jej rację. Ostat­nio wdra­ża­ne al­go­ryt­my wy­raź­nie kła­dły na­cisk na roz­po­zna­wa­nie te­re­nu. Byłem na­praw­dę pod wra­że­niem ich es­te­ty­ki.

– Skąd pew­ność, że są słabi? Co jeśli na­pra­wi­li tę lukę? Nie po­win­ni­śmy z góry za­kła­dać, że się nie zo­rien­to­wa­li.

– Ile czasu po­trze­bu­ją na wdro­że­nie nowej wer­sji?

– Nie wiem. Może ty­dzień? Ro­bo­czy, oczy­wi­ście.

– Zna­czy, że w ty­go­dniu nie­ro­bo­czym nikt tego nie na­pra­wi?

– Hm. Moż­li­we, że nie. W trak­cie rum­sprin­gi mało kto pra­cu­je. W każ­dym razie nie zwy­kli al­go­ryt­mi­cy.

– A rum­sprin­ga koń­czy się…?

– Skoń­czy­ła się. Wczo­raj. Po­słu­chaj, Eylis. Nie mu­si­my ata­ko­wać od razu. Mamy czas, mo­że­my szu­kać dalej. Nie trze­ba od razu ko­rzy­stać z pierw­szej lep­szej luki. Znamy plany ma­szy­now­ni, teraz wy­star­czy tylko opra­co­wać od­po­wied­nie wy­try­chy… A gdy­by­śmy zna­leź­li spo­sób, żeby zlać się z tłu­mem…

– Jakie zlać? Z jakim tłu­mem? Po­patrz na mnie, Davi! Po­patrz na po­zo­sta­łych! Jak mamy „zlać się z tłu­mem”?! Je­ste­ście jak tło­cze­ni z jed­nej formy, ide­al­ni do po­rzy­gu. Dla­cze­go w ogóle znowu o tym wspo­mi­nasz?

– Bo to ma sens. Nie róż­nisz się od nas tak bar­dzo, jak po­zo­sta­li, Eylis. I Yasun też nie. To jest moż­li­we. Jeśli we troje wej­dzie­my do środ­ka, mo­że­my się przy­cza­ić. Jesz­cze nie wiem jak, ale na pewno coś wy­my­śli­my. Po­trze­bu­je­my tylko po­mo­cy paru osób i do­stę­pu do da­nych iden­ty­fi­ka­cyj­nych…

– Co ty chcesz osią­gnąć? – Spoj­rza­ła na mnie po­dejrz­li­wie. – Ty, ja i Yasun? A co z resz­tą? Czy wy… No pew­nie! Ga­da­łeś z nim, praw­da? To on ci we­srał ten durny po­mysł do łe­pe­ty­ny, zga­dza się?

– Ow­szem. – Zde­cy­do­wa­łem się od­kryć karty. – Twój oj­ciec uważa, że od tego po­win­ni­śmy za­cząć. I zga­dzam się z nim. To jest przy­naj­mniej coś re­al­ne­go. Dzię­ki temu mo­że­my ci pomóc. Z tą… Z twoją cho­ro­bą. A potem po­my­śli­my, co dalej. Nie za­po­mni­my o tych, któ­rzy tu zo­sta­ną. Znaj­dzie­my jakiś spo­sób.

– Mój oj­ciec! Pomóc! Mi! – zi­ry­to­wa­ła się Eylis. – My­ślisz, że tego sta­ru­cha co­kol­wiek ob­cho­dzę? I dla­te­go wła­śnie wy­sy­ła mnie na sa­mo­bój­cze misje? On chce tam tylko wró­cić i w spo­ko­ju zdech­nąć! Czy ty wiesz, co oni tam wy­ra­bia­ją? Ta cała, pies ich trą­cał, ary­sto­kra­cja?

– Dla­cze­go nagle o nich mó­wisz? Nie, nie wiem, co tam “wy­ra­bia­ją”.

– To po­myśl, co ty byś zro­bił, gdy­byś był sta­rym zbo­kiem po­sia­da­ją­cym pełną kon­tro­lę nad pro­duk­cją i fe­no­ty­pem ludzi. Pa­mię­tasz ten zwi­dzik ze śrubą? My­ślisz, że wy­my­śli­ła­bym coś ta­kie­go? Otóż. Kurwa. Nie. – Za­mil­kła na chwi­lę, za­ci­ska­jąc pię­ści. – W każ­dym razie: Yasun, mój drogi, za­wsze my­ślał i za­wsze bę­dzie my­ślał o sobie. A moim obo­wiąz­kiem jest my­śleć o mych bra­ciach i sio­strach.

Znów za­czę­ła prze­cha­dzać się po po­ko­ju. Ob­ser­wo­wa­łem ją w mil­cze­niu, ukła­da­jąc sobie wszyst­ko w gło­wie.

– Ja też chciał­bym wró­cić, Eylis. Do nor­mal­ne­go życia – po­wie­dzia­łem w końcu. – Sądzę, że to jest dobre roz­wią­za­nie. Dla nas wszyst­kich. Chciał­bym, że­by­śmy wró­ci­li tam razem. Ro­zu­miem, że lu­bisz tę stro­nę ko­pu­ły. I przy­zna­ję, ma swoje za­le­ty, ale…

Nic nie od­po­wie­dzia­ła. Nadal prze­mie­rza­ła po­miesz­cze­nie. Mi­ja­ły se­kun­dy, potem mi­nu­ty.

– To wszyst­ko po­szło za łatwo – wy­pa­li­ła, zmie­nia­jąc nagle temat. – Od po­cząt­ku my­śla­łam, że to nie ma sensu. We­wnątrz wy­ła­py­wa­li nas jak muchy, wy­sa­dza­li całe od­cin­ki tu­bo­strad, byle tylko nas do­paść, nie zwa­ża­jąc na nic i na ni­ko­go. A potem pra­wie nikt nas nie ściga. Coś tu nie gra. Te wszyst­kie ro­ba­ki w wa­szych gło­wach. Nowe formy in­fil­tra­cji. Co oni… Muszę stąd wyjść, Davi. Muszę…

– Eylis…

– Po pro­stu daj mi spo­kój! – krzyk­nę­ła i wy­ma­sze­ro­wa­ła z pra­cow­ni.

 

Po­zwo­li­łem jej odejść.

Nie wie­dzia­łem, co in­ne­go mógł­bym zro­bić. Pró­bo­wa­łem zająć czymś umysł, wró­cić do pracy, lecz nie mo­głem się sku­pić. Bez­pro­duk­tyw­nie prze­glą­da­łem ko­lej­ne stro­ny, wpa­tru­jąc się w nie­zli­czo­ne sze­re­gi zle­wa­ją­cych się ze sobą zna­ków, błą­dząc bez­myśl­nie wśród pa­kie­tów da­nych. Przy­pad­kiem do­tar­łem do głę­bo­kiej pod­struk­tu­ry, zu­peł­nie nie­za­szy­fro­wa­nej.

Sprawdź ją – znów to wra­że­nie w umy­śle.

Obiekt wy­sy­pał przede mną całą za­war­tość. Za­wie­rał kar­to­te­kę nie­zna­nych mi osób. Przez ekran prze­su­wa­ły się ko­lej­ne imio­na wraz z ozna­cze­niem ge­ne­ra­cji i ho­lo­gra­fią. Każde z nich było od­no­śni­kiem do dal­szych da­nych, któ­rych zna­cze­nia, ku memu roz­cza­ro­wa­niu, ab­so­lut­nie nie ro­zu­mia­łem. Znie­chę­co­ny, już mia­łem za­mknąć pa­kiet, gdy nagle coś mnie po­wstrzy­ma­ło. Czy to na­praw­dę…?

Otwórz.

Maur­ja. Pierw­szy Szczo­dro­do­bry. Wy­szcze­rzo­ny w do­bro­tli­wym uśmie­chu.

Po­czu­łem po­twor­ny ból głowy i chyba stra­ci­łem przy­tom­ność. Tym razem na­praw­dę.

 

* * *

 

Le­ża­łem w łóżku, kiedy przy­szła. Pięk­na i nie­po­ko­ją­ca jak ogień w próż­ni. Nie­bie­skie oczy błysz­cza­ły w mroku.

– Prze­my­śla­łam wszyst­ko. Zo­sta­nę. Zro­bię, co ze­chcesz.

– Na­praw­dę? Dla­cze­go?

– Bo za­le­ży mi na tobie, Davi. Zo­sta­nę dla cie­bie.

Nie spo­dzie­wa­łem się tego. Nie ro­zu­mia­łem. Ale dla­cze­go miał­bym od­rzu­cać?

Sple­tli­śmy ciała. Po­ca­łun­ki, mu­śnię­cia. Żądze.

Ko­cha­li­śmy się gwał­tow­nie, a Eylis pa­trzy­ła na mnie, wy­prę­żo­na i fa­lu­ją­ca.

– Je­stem tu – szep­ta­ła. – I ni­g­dzie bez cie­bie nie pójdę. Wi­dzisz mnie? Po­wiedz, że wi­dzisz.

 

Widzę cię.

 

Gdy się obu­dzi­łem, już jej nie było.

 

* * *

 

Nie śpij.

Pora, byś zro­bił coś dla nas.

 

* * *

 

Myśli jak kłęby dymu.

Sunę we śnie. Peł­znę ni­czym gą­sie­ni­ca. Opusz­czam bez­piecz­ne jabł­ko, lecę w dół. Mijam ciem­ne za­uł­ki. Jest noc. Cisza. Nie wiem, dla­cze­go to wszyst­ko robię. Jedno tylko imię jarzy mi się w gło­wie, pali od środ­ka, boli. Otwie­ram drzwi. Żad­ne­go dźwię­ku.

Znów to imię, jak­bym miał je wy­pi­sa­ne pod po­wie­ka­mi. Świe­ci. Razi.

Widzę go, oświe­tlo­ne­go mi­ga­ją­cy­mi kon­tro­l­ka­mi. Śpi. Jest sam. Pod­cho­dzę. Przy­glą­dam się. Nie mam wąt­pli­wo­ści. Dla­cze­go nie mam wąt­pli­wo­ści? Mi­ja­ją chwi­le, w trak­cie któ­rych nic nie robię. Nie ro­zu­miem dla­cze­go. Skąd się tu wzią­łem?

Otwie­ra oczy. Widzi mnie. Wzdra­ga się.

– Davi! – mówi. – Co tu ro­bisz? Od­kry­łeś coś? Masz roz­wią­za­nie? Po­wiedz mi, że je masz!

– …

Nie mogę z sie­bie wy­du­sić słowa. Dla­cze­go?

– O co cho­dzi, Davi?

– Maur­ja… – wy­do­by­wa się ze mnie ni­czym char­kot.

– Słu­cham?

– Maur­ja… – po­wta­rzam. – Je­steś nim.

– Ro­zu­miem. A więc wiesz już. Nie szko­dzi, spo­dzie­wa­łem się tego. Czy to coś zmie­nia? To tylko imię. Maur­ja opu­ścił Wszech­mia­sto i stał się Yasu­nem. Nic spe­cjal­ne­go.

Moje ręce prze­miesz­cza­ją się same. Prze­miesz­cza­ją jego ręce. Łamią. Gru­cho­czą. Jęczy. Boli w środ­ku. Wil­goć. Mokro na twa­rzy. Boli w środ­ku. Nie ro­zu­miem, ale nie po­tra­fię prze­stać. Miaż­dżę. Duszę. Boli w środ­ku.

Stoję i pa­trzę, z rąk kapie. Mi­ja­ją chwi­le.

Maur­ja, to na­praw­dę on! – sły­szę w gło­wie. Do­sko­na­ła ro­bo­ta, Davi. Wra­caj do nas. Cze­ka­my.

Wy­cho­dzę, sunę przez ciem­ność. Peł­znę. Mijam osoby. Nic nie wie­dzą. Mało ich. Dla­cze­go tak mało? Pusto. Cicho. Wy­pa­dam w za­mieć. Zni­kam. Zni­kam. Nie ma mnie.

 

* * *

 

Nie wi­dzia­łem ni­ko­go. Może nikt mnie nie ści­gał, może zo­sta­łem przez nich zi­gno­ro­wa­ny. Albo nigdy nie ist­nie­li. Gdy usły­sza­łem kle­kot gą­sie­nic, moje serce pra­wie ro­ze­rwa­ło żebra od środ­ka. Szczęk od­bez­pie­cza­nej broni głu­cho za­dud­nił w uszach, po­czu­łem go nawet w wy­su­szo­nym gar­dle. Sta­łem jak spa­ra­li­żo­wa­ny, nie­zdol­ny do wy­ko­na­nia naj­mniej­sze­go ruchu. Cze­ka­łem na dźwięk, ten jeden, który miał to wszyst­ko za­koń­czyć. W końcu od­ru­cho­wo, poza kon­tro­lą świa­do­mo­ści, zgią­łem się wpół i zwi­ną­łem w kłę­bek.

Strza­ły nigdy nie padły.

 

* * *

 

Wpa­try­wa­łem się w nie, nic nie ro­zu­mie­jąc. Czer­wo­no­uste pięk­no­ści o szka­rad­nym spoj­rze­niu.

– Kloe? Lauri? Jak to? Gdzie je­stem?

– Spo­koj­nie, Davi. Ze­mdla­łeś po tym, jak da­ły­śmy ci te prosz­ki. A mó­wi­ły­śmy, żebyś nie łykał od razu. Mart mar­kot­niał od się za­mar­twia­nia.

Za­chi­cho­ta­ły.

– O tak, jakże Mart mar­kot­niał! – po­wie­dzia­ła Kloe. – Ale już wszyst­ko w po­rząd­ku. Je­steś z nami.

– Zna­czy… wciąż je­ste­śmy w Ba­stio­nie?

Wy­gię­te w uśmie­chu czer­wo­ne usta. Czy to Mart tam, na kra­wę­dzi wi­dze­nia? Zbyt ciem­no, by być pew­nym.

– Gdzie? Ach, ten klub! Nie, Davi. Zu­peł­nie nie. Tylko sobie z cie­bie he­hesz­ku­je­my.

– Taki mały fi­gie­lek. Ale nie. Żad­ne­go “to był tylko sen” i temu po­dob­nych. Je­ste­śmy przy kra­wę­dzi ko­pu­ły. Od tej lep­szej stro­ny. A zna­la­zły­śmy cię po tam­tej. Przez to, że po­łkną­łeś od razu, stra­wi­łeś sporą część na­no­ma­sy. Nie­ład­nie.

– Wła­śnie. A to, co zo­sta­ło, le­d­wie wy­star­czy­ło do chwi­lo­we­go prze­ję­cia kon­tro­li, w do­dat­ku trze­ba było po­cze­kać, zanim się ska­li­bro­wa­ło.

Coś wiel­ko­ści ćmy la­ta­ło wokół mej głowy, wy­da­jąc bu­czą­cy dźwięk.

– Prze­kaź­nik – po­wie­dzia­łem; bar­dziej do sie­bie, niż do nich.

– Nie przej­muj się, Davi, trosz­kę cię wy­ko­rzy­sta­ły­śmy – po­wie­dzia­ła Kloe.

– Ociu­pin­kę. Ale to nie byłeś ty, pa­mię­taj – do­rzu­ci­ła Lauri. – To my. Prze­ję­ły­śmy kon­tro­lę. On mu­siał umrzeć.

– Ale… dla­cze­go?

– To są ro­ba­ki, Davi, szkod­ni­ki. Gą­sie­ni­ce nisz­czą­ce ogród. Na­le­ża­ło je wy­tę­pić. Tak cza­sem trze­ba. Dla dobra Wszech­mia­sta.

– Chyba ro­zu­miesz dobro Wszech­mia­sta – spy­ta­ła Kloe.

Nie ro­zu­mia­łem.

– Jak to w ogóle moż­li­we… – jęk­ną­łem.

– Na­no­far­ma­cja, cóż in­ne­go. To na­praw­dę obie­cu­ją­ca gałąź na­no­tech­ni­ki. Je­dy­na, jaka się teraz liczy. Byłeś na na­szej li­ście. Ale przy­znam, że rzu­tem na taśmę zre­kru­to­wa­ły­śmy cię tuż przed tą… jak jej tam… Pa­mię­tasz, Lauri? Ta brzy­dul­ka.

– Eylis – za­chi­cho­ta­ła druga z pięk­no­ści.

– Wła­śnie – kon­ty­nu­owa­ła Kloe. – Ey­lissss. Oj, tej to się na­oglą­da­ły­śmy. Ga­pi­łeś się, jak­byś ka­wał­ka tyłka w życiu nie wi­dział. Wiel­ka szko­da, że nie mo­gły­śmy jej zna­leźć. Ale już po wszyst­kim. Bez Maur­ji, czy też Yasu­na, ta zgra­ja pój­dzie w roz­syp­kę. Nasi mi­lu­siń­scy będą ich ści­gać, aż wy­tłu­ką im psoty z głó­wek. A wszyst­ko dzię­ki tobie, Davi. Mo­żesz być z sie­bie dumny.

– Choć oczy­wi­ście to my tobą ste­ro­wa­ły­śmy. Prze­pra­sza­my. Mo­gły­śmy cię ostrzec, ale wtedy… to nie mia­ło­by sensu. Mamy na­dzie­ję, że nam wy­ba­czysz.

– Wy­ba­czysz, praw­da?

Byłem prze­ko­na­ny, że po­tra­fią mnie do tego zmu­sić.

– Co teraz? – za­py­ta­łem.

– Mo­żesz wró­cić do domu. Nie przej­muj się. Nie myśl o tym. Przyj­dzie­my, jeśli bę­dziesz. Pa­mię­taj, nikt nie lubi smu­ta­sów.

 

Chcia­łem coś po­wie­dzieć, lecz wtedy ude­rzył wiatr. Kłu­ją­cy pia­skiem po­dmuch go­rą­ca ci­snął mną o zie­mię.

Gdzieś w po­bli­żu huk­nę­ły salwy wy­strza­łów.

 

* * *

 

W od­da­li nie­ustan­nie wyły sy­re­ny. Le­ża­łem w bez­ru­chu, sta­ra­jąc się nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Na­słu­chi­wa­łem. Jęki, ja­kieś skwier­cze­nie. Żad­nych kro­ków. Ostroż­nie unio­słem głowę i ro­zej­rza­łem się. Ni­ko­go. Coś mi nie pa­so­wa­ło, lecz nie wie­dzia­łem co.

Bitwa była rów­nie tre­ści­wa, co krót­ka. Ciała pa­ro­wa­ły, ma­szy­ny kop­ci­ły czer­nią. Szary pył opa­dał na zwło­ki. Kloe roz­po­zna­łem od razu. Jej górna po­ło­wa spo­czę­ła na Lauri, resz­ta chyba ka­wa­łek dalej. Kilku Wol­nych Ludzi wiło się tu i ów­dzie.

Pod­sze­dłem i na­tych­miast zro­zu­mia­łem, że nie mogę im pomóc. Pa­trzy­łem, jak umie­ra­ją, z jed­nej stro­ny wstrzą­śnię­ty wi­do­kiem, z dru­giej na chłod­no ana­li­zu­jąc sy­tu­ację. Nie było miej­sca na sen­ty­men­ty. Po­trze­bo­wa­łem wody, a oni ją mieli. Po­spiesz­nie po­chwy­ci­łem wszyst­ko, co nie­zbęd­ne i ze­bra­łem się do wy­mar­szu.

Spró­bo­wa­łem usta­lić kie­ru­nek, po­szu­ku­jąc wzro­kiem Rdze­nia i wtedy do­pie­ro do mnie do­tar­ło.

Nie było już ko­pu­ły. Na nie­bie ja­rzy­ła się czer­wo­na łuna, a sza­rość świtu gwał­tow­nie ustę­po­wa­ła wy­peł­za­ją­cym zza bu­dyn­ków pło­mie­niom. Słoń­ce, po­tęż­ne i dumne, wscho­dzi­ło ponad Wszech­mia­stem i pa­li­ło świat.

Sol po­wró­cił na wło­ści.

 

* * *

 

Ucie­ka­łem. Zo­sta­wia­łem verum za sobą. Po­dą­ża­łem za snem.

Po­cząt­ko­wo trzy­ma­łem się cie­nia, klu­cząc wśród pu­stych bu­dyn­ków. Mi­ną­łem nie­do­koń­czo­ne sek­to­ry, ko­pal­nie, przy­czół­ki, aż wresz­cie mia­sto, ob­na­żo­ne i mil­czą­ce, zo­sta­ło z tyłu. Przede mną wy­ro­sła pu­sty­nia: tylko pia­sek, skały i drże­nie go­rą­ce­go po­wie­trza. Nic ży­we­go.

Okry­łem się naj­szczel­niej, jak po­tra­fi­łem i ru­szy­łem dalej, igno­ru­jąc ból po­pa­rzo­nej skóry. Nie za­trzy­my­wa­łem się.

Noc przy­nio­sła ulgę. Dała siłę, by prze­trwać pie­kło dnia ko­lej­ne­go. Gdy na­tra­fi­łem na wrak okrę­tu, na­dzie­ja na­bra­ła so­lid­nych pod­staw. Złud­nych, jak się oka­za­ło, gdyż nie był to ko­niec wę­drów­ki. Nie był to nawet jej śro­dek. Gdy­bym wie­dział o tym wcze­śniej, może bym za­wró­cił.

Lecz nie za­wró­ci­łem…

Naj­pierw je po­czu­łem, do­pie­ro potem usły­sza­łem. Że na­praw­dę tam było, uwie­rzy­łem do­pie­ro, gdy sta­ną­łem po kost­ki w wo­dzie, po­zwa­la­jąc falom wy­my­wać pia­sek spod mych znu­żo­nych stóp. Morze! Uczu­cie speł­nie­nia sto­czy­ło nie­rów­ną walkę z wy­czer­pa­niem. Opa­dłem na ko­la­na. Nie mia­łem już sił.

W po­bli­żu wy­lą­do­wa­ła mewa i przy­glą­da­ła mi się z za­cie­ka­wie­niem. Po­my­śla­łem, że mógł­bym ją zjeść, ale chyba było to po mnie widać, bo od­le­cia­ła z wrza­skiem.

Co teraz? – py­ta­łem sam sie­bie. Wra­cać? Do czego?

Na wpół świa­do­my wę­dro­wa­łem wzdłuż brze­gu, wy­schnię­ty­mi war­ga­mi po­wta­rza­jąc w kółko te same słowa: to nie może się tak skoń­czyć, prze­cież musi być coś jesz­cze. Dasz radę. Krok za kro­kiem, dalej, walcz!

Nie wiem, jak długo sze­dłem. Może stu­le­cia. Lecz gdy w od­da­li do­strze­głem ko­pu­ły – trzy zu­peł­nie mi obce ko­pu­ły – usta­łem osta­tecz­nie.

Koniec

Komentarze

Vargu, czy wiesz, że tekst liczący ponad 90000 znaków, raczej nie ma przed sobą świetlanej przyszłości…?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj reg, dopisze jeszcze trzy razy tyle i kto wie, kto wie.

No co Ty, MTF, tu należałoby skracać, a nie dopisywać. ;)

Ale Warg chyba nie zdecyduje się na żadne cięcia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wiem, Reg.

Ale nie ma gdzie tego wysłać, poza rzeczywiście rozwinięciem w pełnoprawną książkę, ale na książki to mam inne pomysły, więc…

No, szkoda tych literek.

 

Edit: teraz się zastanawiam, czy jednak nie usunąć, ale… Hm.

-:)

Nie usuwaj, Vargu, niebawem przeczytam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Droga Reg, jak na Twój gust to chyba rzecz jest zbyt zagmatwana… Ostrzegam lojalnie. Ale dziękuję.

Vargu, dziękuję za ostrzeżenie, ale chciałbym spróbować. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj.

Opowiadanie powalające na kolana rozmachem, objętością, ogromem wątków, opisów, zwrotów akcji, odczuć, wrażeń, walk, ucieczek etc., etc., etc.

Czytałam z przejęciem, ciekawa, jak zakończą się poszukiwania Davi’ego i jaką decyzję ostatecznie podejmie. 

Podziwiam szczerze wyobraźnię oraz pomysł. 

Luźne skojarzenia pewnych fragmentów z “Siódmym wtajemniczeniem” (szczególnie o kozach) i “Więźniem labiryntu” utrwaliły w mojej pamięci konkretne opisy. 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dziękuję, Bruce, miło to czytać :)

Ponieważ tekst jest faktycznie rozmiarów słusznych, w ramach wdzięczności masz u mnie betę. Jeśli będzie Ci potrzebna, wyślij proszę wiadomość na priv.

Myślę, że przy takiej objętości – i mojej ograniczonej obecności na portalu – wypada zaoferować takie nietypowe rozwiązanie każdemu solidnemu czytelnikowi. Przeedytuję przedmowę w tym kierunku.

Witaj.

Jestem mile zaskoczona, bo zdaję sobie sprawę, że – jako Znana Sobie Społeczność (tak Was postrzegam i jestem urzeczona niezwykle wysoką kulturą oraz rodzinnym wręcz ciepłem, tak rzadko teraz spotykanymi na forach heart) – pomagacie i poświęcacie czas sobie wzajemnie, lecz w żadnym wypadku ja, jako nowa, nie powinnam jeszcze prosić o coś takiego, jak betowanie, bo wszak czas to pieniądz, każdy ma go mało (a teraz, w czasach pandemii, to już w ogóle), zatem czytam z uwagami każde porady w komentarzach, lecz zdaję sobie sprawę z niskiego poziomu moich tekstów (:wstyd:) i wiem, że muszę się uczyć, uczyć, uczyć. :)

Ogromne dzięki, naprawdę jest mi bardzo miło. heart

 

Co do Twojego opowiadania, czytałam je z prawdziwą przyjemnością i wyobrażałam sobie ekranizację, która wypadłaby z pewnością świetnie.

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Istotnie, Vargu, szkoda byłoby literek, bo jakkolwiek opowieść nie należy do prostych i nieskomplikowanych, to wiedz, że czytałam ją z zaciekawieniem, a lektura okazała się satysfakcjonująca. Bez trudu imaginowałam sobie opisywane sytuacje i postaci, a dzięki wartkiej akcji historia zyskała właściwą dynamikę.

Nie ukrywam, że w końcówce nieco się pogubiłam, bo mam wrażenie, że tam nagle wszystko zaczęło się dziać jednocześnie i w dodatku niezwykle szybko, i pewnie dlatego mój w latach już posunięty rozum nie poradził sobie z takim tempem.

Mam nadzieję, Vargu, że dokonasz poprawek, bo chciałbym móc udać się do klikarni i zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

„On już do­brze o tym wie, że to się za­koń­czy źle” ―> Używamy albo cudzysłowu, albo kursywy. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

Czar­ny ma­ki­jaż pra­wie przy­kry­wał jej praw­dzi­we rysy twa­rzy. ―> Zbędne dopowiedzenie – makijaż to kosmetyki nałożone na twarz.

Wystarczy: Czar­ny ma­ki­jaż pra­wie przy­kry­wał jej praw­dzi­we rysy.

 

W gęst­nie­ją­cych ciem­no­ściach wpa­da­li­śmy na roz­bi­te klom­by… ―> Klomb to miejsce obsadzone kwiatami/ krzewami; nie wydaje mi się, aby można go rozbić.

Proponuję: W gęst­nie­ją­cych ciem­no­ściach wpa­da­li­śmy na zniszczone/ rozwalone klom­by

 

Wsta­waj, Davi!” – po­czu­łem w gło­wie nie swoje słowa. ―> Wsta­waj, Davi! – po­czu­łem w gło­wie nie swoje słowa.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać głosy w głowie/ telepatię: Głosy w głowie, telepatia

 

wciąż chyba opa­da­jąc lekko w dół… ―> Masło maślane – czy coś może opadać w górę?

 

Straż­ni­cy-do­rad­cy wy­mie­ni­li się spoj­rze­nia­mi… ―> Straż­ni­cy-do­rad­cy wy­mie­ni­li spoj­rze­nia­

Można wymienić się przedmiotami, ale nie spojrzeniami.

 

Sta­rzec prych­nął śmie­chem. ―> Czy tu aby, zamiast prychnąć, nie miało być: Sta­rzec parsknął śmie­chem.

 

To w końcu dzia­ła. Pokaż nam, Davi.” ―> Albo: To w końcu dzia­ła. Pokaż nam, Davi. Albo: „To w końcu dzia­ła. Pokaż nam, Davi”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

– A rum­sprin­ga koń­czy się..? ―> – A rum­sprin­ga koń­czy się?

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Czy to na­praw­dę..? ―> Wielokropkowi brakuje jednej kropki.

 

zgią­łem się w pół i zwi­ną­łem w kłę­bek. ―> …zgią­łem się wpół i zwi­ną­łem w kłę­bek.

http://portalwiedzy.onet.pl/141563,,,,w_pol_wpol,haslo.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję pięknie, Reg :) Bardzo się cieszę, że moje obawy się nie spełniły.

Wprowadziłem poprawki, zostawiłem tylko rysy twarzy, bo to właściwie taki niby-zbędny dodatek dla lepszego brzmienia. Śmiem uważać, że to dopuszczalne.

O cudzysłowach nawet na becie napisałem, że to już zostawiam redakcji do poprawy, bo sam miałem w głowie mętlik i znajdowałem sprzeczne informacje na ten temat (również w zakresie interpunkcji w takim zapisie – ostatecznie wzorowałem się na anglosaskiej, ale i to chyba nie zawsze). Zmieniłem wedle Twojej sugestii, bo z pewnością wiesz na ten temat więcej niż ja.

Nie odwdzięczę Ci się pewnie betą, ale tak czy owak kłaniam się nisko.

Bardzo proszę, Vargu. I ja się cieszę, że Twoje obawy były na wyrost. Ciesze się też, że mogłam się przydać.

Nie znam się zupełnie na interpunkcji anglosaskiej, ale sugeruję, abyś w tekstach pisanych po polsku stosował interpunkcję rodzimą.

Nie ma takiej możliwości, byś mógł odwdzięczyć się betą, ale ukłon przyjmuję z ukontentowaniem i udaję się do klikarni. ;) 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie, czy może nowela (noweletta? jak to tam wychodzi w tych podziałach?) spodobało się bardzo. Acz musze przyznać, że trudno nie dopatrzyć się pewnych podobieństw w jego konstrukcji i konstrukcji “Różańca” Rafała Kosika. Czy inspiracyjnych świadomie, nieświadomie, czy może zupełnie przypadkowych – to już osobna sprawa. Zwłaszcza, ze i różnice są, a i te podobieństwa i tak pozostają przy jednoczesnym “odwróceniu” pewnych rozwiązań. A tam, gdzie są różnice, są wyraźne. Tak więc – to NIE jest zarzut. Choć jestem ciekaw, czy czytałeś ten tytuł?

Ale wracając do “Ostatniego snu gąsienicy”… Wieje tu pewnym klimatem anime postapo-cyberpunkowego. Zwłaszcza na początku i w środku. Przy idei wędrującego miasta bardzo. I wyszło to w dechę. Ciekawy koncept.

Co mnie denerwowało… Na początku strasznie nie szło mi czytanie – przemogłem się głównie ze względu na polecenie Reg. No i musze przyznać, że o ile pierwsze 20K było opornie, to z perspektywy całego opowiadania miało to pełne uzasadnienie. Mało tego, udało Ci się uzyskać efekt, w którym akcja konsekwentnie przyśpieszała i “kompresowała się” wraz z lekturą. Bez żadnych fal, skoków, ale i bez sztucznego przyśpieszania – to przyśpieszenie wyszło naturalnie. Nieczęsty efekt przy tak długim tekście, a trzeba przyznać, że dobrze to zrobiło lekturze.

Co zazgrzytało pod koniec? Skoro wszystko było zaplanowane, to podejrzenie dużo danych zostało zaoferowanych ludziom z zewnątrz. Niby można bronić, ze koderka zdolna, ale nie gdy to była pułapka. Niby można tłumaczyć, że to nie była pułapka, tylko szczodrodobrzy wykorzystali sytuację już zaistniałą – ale temu przeczy treść, skoro od początku nawracały kontrolne “głosy”. No ten element się rozjeżdża i w aktualnej formie trudno go obronić, choć jednocześnie nie trzeba tak wiele, by się tego problemu pozbyć lub “wyregulować” ten element.

Nie przeszkadza to jednak w ocenie całości jako bardzo dobrej. Podejrzewam, ze na papierze czytałoby się jeszcze lepiej. W ogóle pod wieloma opowiadaniami marudzę, że spokojnie można ściąć. A tu tego nie powiem. Zarówno zawartością, jak i wspomnianym ustawieniem tempa, sprawiasz, ze tekst doskonale pasuje do swojej długości. Bez wody, bez niepotrzebnego pompowania, długość tekstu wynika sama z siebie, a nie z “błądzenia”.

Przemowy na końcu? Niby można kręcić nosem, ale co ciekawe, wspomniane “wieje anime” mocno niwelują zastrzeżenia. Ot, niektóre konwencje pozwalają sięgać po elementy, które w ich przypadku są uzasadnialne, a w innych gatunkach by nie były.

No i jeszcze wspomnę o finale. Tym epilogowym. Bardzo klimatyczny.

 

Z drobiazgów:

 

"Wydało mi się, że widzę ruch w oknie mojego mieszkania"

Dwusetne piętro, panie, a coś dostrzegał?

 

"Istnieje prawdopodobieństwo, że uda cię się samemu zobaczyć"

– ci się

 

"Zaczęła chodzić w te i we w tę."

te -> tę

 

 

PS. Co do wzajemności, o której piszesz w przedmowie… Lektura była satysfakcjonująca i uważam, że jest warta polecenia. Tak więc nie wymagam, nie oczekuję. Ale jeśli się upierasz, to zapraszam do “Dziesięciu tysięcy pokoleń” :-)

 

Edit: lubię narrację pierwszoosobową, ale zastanawiam się, czy w tym konkretnym opowiadaniu lepiej by nie wyszła trzecioosobowa. Ale to już luźne gdybanie.

PONIEWAŻ NIE KOMENTUJĘ JUŻ TYLE CO KIEDYŚ, LECZ JEDNOCZEŚNIE UZNAJĘ ZASADĘ WZAJEMNOŚCI, OBIECUJĘ, ŻE KAŻDY, KTO PRZECZYTA I ZOSTAWI KOMENTARZ PRZED WPADNIĘCIEM DO BIB, MA U MNIE BETĘ LUB KOMENTARZ POD SWOIM TEKSTEM (DO WYBORU – DECYZJA NA PRIV). INACZEJ NIE BYŁOBY FAIR.

Wysoko ta poprzeczka ustawiona. wink

Dzięki, Wilku. Celne uwagi, choć nie na wszystkie odpowiem. Wydaje mi się, że na pewnym etapie tłumaczenie “co autor miał na myśli” szkodzi – ot, po co psuć czytelnikowi humor, każdy powinien interpretować tak, jak uważa ;) Powiem tylko, że w moich założeniach Eylis ugrywa więcej niż “przeciwnik pozwala”, ponieważ owszem – tak jest dobra. Zgadzam się jednak, że pewne rzeczy można było nieco bardziej uwypuklić. Po prawdzie to od początku o tym wiedziałem, po prostu uwypuklanie często kończy się infodumpami, których – nie da się ukryć – i tak trochę tu jest. Więc odpuściłem tę kwestię. I teraz już raczej nie zmienię, bo ten tekst jest jak organizm w bardzo delikatnej homeostazie.

“Różańca” nie czytałem. Za to przyznam się, że pewne klasyki anime zawsze odciskają jakieś piętno, gdy wchodzę w cyberpunkowe klimaty. Dla mnie to pewien wzorzec, do którego często nieświadomie się odnoszę. Ale nie próbowałem budować oczywistych nawiązań, co to, to nie.

A co do narracji – baaardzo długo o tym myślałem. Wiesz, to jest stary tekst i już nie pamiętam, która to ze scen mnie w końcu przekonała, ale chodziło o to, że procesu “odkrywania” świata wraz z czytelnikiem nie dało się tak dobrze przedstawić z perspektywy trzeciej osoby. Co nie zmienia faktu, że pierwsza osoba jest faktycznie bardzo trudna w takim ujęciu – niełatwo uniknąć kolejnych infodumpowych rozkmin.

I to dwusetne piętro. Kurczę. Jak tak patrzę w moje przepastne annały, to ono zawsze tam było. W mojej wyobraźni budynek od początku był zdecydowanie niższy, ale tak czy owak – z tego co pamiętam z moich wewnętrznych uzasadnień, to chodziło o to, że lądują przecież na dachu. Więc nie mogło być to jakieś 20-te, bo byłoby pod nimi :) Czy aż dwusetne… no, pewnie nie. Nie wiem, jak mi to umknęło :)

Oczywiście, że odwiedzę Twój tekst. Jak tylko znajdę chwilę czasu.

Dzięki raz jeszcze.

 

@ManeTekelFares oj tam ;)

Z tymi infodumpami bym nie przesadzał. Trzecia osoba daje po prostu nieco inne możliwości opisu świata niż pierwsza. A jak zostaną wykorzystane, to już osobna sprawa.

A propos miast – ostatnio w jakimś komentarzu wspominałem Urbikandyjską gorączkę, drugi tom serii komiksowej “Mroczne miasta”. Wraz z pierwszym tomem (Samaris) warte sięgnięcia. Tam są właśnie takie “dziwne” koncepcje tego, czym organizm miejski może być i co może robić.

Nie znam, ale faktycznie, przeglądając pobieżnie widzę pewne podobieństwo wizji (niekoniecznie tej przedstawionej, ale tej przyświecającej “w tle”). A prawda jest chyba taka, że ja jeszcze w dzieciństwie byłem pod olbrzymim wrażeniem m.in. “Miasta skazanego” Strugackich. Nie wiem, czy je dobrze zrozumiałem, na pewno dodałem coś od siebie, lecz wiele moich pomysłów ma wspólne korzenie w projekcji tamtej książki na moją wyobraźnię, w tym i te tutaj. Nic w tym nie ma złego, normalna rzecz :)

No, powinieneś to zatytuować Zmanipulowany umysł ;)

Podobało mi się i obawiam się, że zapamiętam na długo ;) Strasznie przygnębiające, w nich nie zostało już nic z ludzi, takie życie tylko dla samego życia. Nawet nie zwierzęta, bo brakuje tej potrzeby przekazania genów dalej. Człowiek sprowadzony sama nie wiem do czego. Dobrze, że ja już tego nie dożyję ;)

Manipulacja wydaje mi się warstwowa, przekopiesz się przez jedną warstwę i jesteś w kolejnej, też nieprawdziwej. Właściwie pewnie już nie można się dokopać do tego, kim ci ludzie są naprawdę, o ile w ogóle coś tu zostało pozostawione przypadkowi.

W którymś momencie zaczęłam podejrzewać, że bohater może być podstawionym koniem trojańskim, ale kolejne zwroty akcji i tak mnie zaskakiwały. Gdybym miała się czegoś przyczepić, to tego, że dziewczyna podejrzanie dużo zdołała osiągnąć.

Zakończenie pasuje perfekcyjnie. On widzi w oddali świat zapewne podobny, może kierujący się innymi regułami, ale w gruncie rzeczy taki sam. Bo żeby przeżyć w takim świecie, trzeba się wyzbyć tego, co czyni nas ludźmi. W tak funkcjonującym mieście nie można sobie pozwolić na ludzi, którzy myślą inaczej, mają własne zdanie, bo to oznacza w praktyce koniec tego miasta.

No, robi wrażenie :)

Kliczek :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

infodumpami, których – nie da się ukryć – i tak trochę tu jest.

Infodumpy? Panie, gdzie? Wskaż mi palcem :D

 

W przeciwieństwie do Wilka nie miałam wrażenia oporności przy wstępie, porwałeś mnie od pierwszych akapitów. Opisy imprezy są tak cholernie plastyczne i klimatyczne, że bardziej miałam wrażenie, że oglądam film niż czytam opowiadanie.

Zaintrygowałeś mocno, potem zeszliśmy nieco na trakty znane jak świat. Z jednej strony zbudowałeś fabułę na nieco oklepanych motywach, rzec można – klasykach: koniec znanego świata na skutek jakiejś globalnej katastrofy klimatycznej, życie pod kopułą (tą dosłowną jak i w przenośni), tłumienie emocji w celu niwelowania potencjalnych konfliktów, ścisły monitoring biochemii mieszkańców; z drugiej jednak powykręcałeś ją w takich miejscach, że ostatecznie zostawiasz schematy gdzieś w tyle.

Składowe, które moim zdaniem zadecydowały to postawa Yasuna i jego poniekąd samolubna chęć rzucenia górnolotnych głupot w cholerę. Tu zerwałeś z szablonem.

Finał – bardzo wymowny. Bardzo. I niesamowicie przykry.

Tak, to z rodzaju tych opowiadań, które rozmachem wizji oraz wzbudzeniem konkretnych emocji zostaje w głowie na dłużej. To 90k znaków czytało się jakby miało góra 30k, a mogłoby mieć i więcej.

 

 

P.S wędrujące miasto – świetny, świetny pomysł. Podobnie jak surowy zakaz samoistnego rozmnażania. Podobny wątek był chyba w “Nowym wspaniałym świecie”, ale w kontekście silnej niechęci jaką wywoływała sama idea niż jako zbrodnia per se.

Nie oczekuję rewanżu, lektura była czystą przyjemnością :)

Oczywiście idzie zgłoszenie do biblioteki (chociaż tyle można zrobić :P).

Infodumpy? Panie, gdzie? Wskaż mi palcem :D

Bo wśród osób piszących zdarza się zjawisko infodumpofobii ;) 

 

Jakieś sprawdzone sposoby na prewencję tej “jednostki”? :P

Najlepiej zdaje się działać nieznajomość tego słowa ;P

Ta została niniejszym pogrzebana, przynajmniej w przyszłości wiem na kogo zwalić… :D

@Arya

Chciałem napisać, skąd moja infodumpofobia, ale już nie będę odkrywał wszystkich kart ;) Skoro się tych zrzutów nie czuje, to znaczy, że wykonałem dobrą robotę, gdy je ukrywałem :)

Schematy jako fundament lub spoiwo są całkiem korzystne, bo czytelnik od razu czuje się jak w domu i tłumaczyć też nie trzeba za wiele (oszczędzając liczbę znaków, czas ekranowy etc.). Za to na tym można już budować własne konstrukty. Skupiłem się ostatnio na analizie znanych i lubianych fabuł i do takich właśnie wniosków doszedłem. Zresztą Ocha i Enderek bardzo mi pomogli opisami swojego odbioru, bo to też nie takie proste – nie można pójść za głęboko w schematy, a z drugiej strony punkty “wyłamania” powinny być wyeksponowane.

No, nie będę za dużo tłumaczył, bo przecież “ma to wyglądać, jakbym od początku wiedział do czego zmierzałem” ;)

 

@Irka_Luz

Może to i ponura wizja, ale w końcu miałem osiem lat na przemyślenie, jak sam bym próbował zorganizować takie miasto, gdybym nie miał tzw. hamulców. ;) I wyszło mi coś takiego. Może lepiej miejmy nadzieję, że nie ja będę organizować przetrwanie gatunku ;)

 

@Wszyscy

Dzięki za opinie, kliki i dobre słowa. Proszę się nie wykręcać, obietnica jest obietnicą, mam u Was dług wdzięczności. Nie mam już czasu, żeby aktywnie uczestniczyć w życiu portalu, więc mogę zrobić chociaż tyle. Oczywiście nie miałbym też czasu na 5 bet jednocześnie, więc po prostu – jeśli kiedyś gdzieś, to wiedzcie, że nie odmówię i będę starał się zmieścić w sensownym czasie :) Jak coś, to na priv.

Cześć, Vargu!

Zaraz po wstępie przypomniała mi się nasza wymiana zdań pod pewną betą. Są takie teksty, których zakończenie sprawia nam przykrość, bo chcielibyśmy więcej. I to chyba dla mnie jest jeden z nich. 

Zacznę od pozytywów, których jest sporo. Wciągasz w swoją wizję świata od pierwszych zdań, budujesz klimat nienachalnie, powoli, ale od momentu wejścia trudno się oderwać aż do ostatniej linijki. Wizja, którą prezentujesz, nie jest wesoła, ani przyjemna, jednak na tyle frapująca, że nie odrzuca, gdy zbacza z w coraz mroczniejsze rejony. Używasz dość typowego w cyberpunku motywy hakerki i chęci ucieczki z systemu, ale podajesz to tak, że czyta się dobrze i zainteresowaniem, co będzie dalej.

Co do rzeczy, które nie do końca mi podeszły, to końcówka, w której jest sporo niedopowiedzeń i kwestii otwartych. Być może tak miało być, ale taka już moja preferencja czytelnicza. W dodatku wcześniejsza część tekstu toczy się nieco innym tempem, co minimalnie wytrąca z rytmu.

Innymi słowy, szkoda, że masz już inny pomysł na powieść.smiley 

Pozdrawiam i klikam

Dziękuję, Oidrin. Jak wyżej i zgodnie z obietnicą – możesz dać mi znać.

Wiesz, ja miałem świadomość, że to opowiadanie nie jest złe, dlatego wysłałem je do MC. Ale to co piszesz, to dla mnie wielki komplement. Naprawdę mi miło. Powinien to być również komplement dla Was wszystkich, bo to na portalu nauczyłem się zwracać uwagę na to, co ważne. Nie mam wątpliwości, że jeszcze ktoś przyjdzie ponarzekać, bo inaczej być nie może, ale już te pierwsze opinie są na tyle budujące, by wiedzieć, że było warto spędzić nad tekstem tyle wieczorów.

Czy mogła to być książka? Ja uznałem, że nie, głównie ze względu na (obawiałem się) średnio wyrazistego bohatera. Czy kilka razy więcej spędzonych z nim chwil, to nie zbyt wiele? Nie miałem pewności. Nie mogłem go już zmienić, bo taki był i kropka. Bez niego byłaby to zupełnie inna opowieść.

A druga sprawa jest taka, że ten tekst porzuciłem po pierwszym drafcie, te wiele lat temu, gdyż takie historie nagle stały się zbyt modne. Gdy zdecydowałem się go wskrzesić, z mocno zmienionymi akcentami, nie miałem już odwagi zaryzykować z powieścią. Zresztą – kto to wie, jak by było. Rynek wydawniczy też się stale zmienia. Przeważnie na gorsze ;) Ale, jak pisałem, pomysły jeszcze mam, spokojna głowa. Tylko czasu brak…

Nowa Fantastyka