- Opowiadanie: PrzemekT-P2 - Dziesięć lat

Dziesięć lat

Witajcie, opowiadanie stworzone na konkurs okręgowej Biblioteki Publicznej. W międzyczasie tworzę książkę postapo/scifi a ten tekst ma być delikatną odskocznią od tematu i próbą przewietrzenia umysłu.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Dziesięć lat

 

Dziesięć lat, tyle czasu potrzebowała natura na odzyskanie tego, co tysiące lat temu zostało jej zabrane. Zwierzęta i roślinność wróciły na piedestał i niepodzielnie władały światem, który z utęsknieniem czekał na okazję, aby oddać rządy prawowitym właścicielom. Pola leżące odłogiem zaczęły przyjmować potomstwo drzew i krzewów stając się powoli terenami pełnymi różnego rodzaju flory. Wiosna stała się porą roku jak z idealistycznego opowiadania, piękna, ciepła. Świat był pokryty kobiercem z kwiatów, które prześcigały się w konkursach piękności przy akompaniamencie pszczół, które wreszcie miały nieograniczony wybór łąkowych skarbów. Opuszczone budynki i całe miasta pochłaniane były przez bluszcze i inne wysokopienne rośliny stając się istnymi pomnikami zieleni jakby potężne guzy leśnych struktur rozsypane na terenie całej niegdysiejszej Europy, Azji obu Ameryk i prawdopodobnie całego świata. Całe gromady ptactwa podziwiały z wysokości plamy zieleni przeplatanej szarością wysokich bloków, one jako jedyne stawiały niemy opór najeźdźcy, który odbierał co swoje. Była to niestety walka z góry skazana na porażkę, ponieważ jak natura wygrała z ludzkością, tak i poradzi sobie z jej reliktami.

 

*

 

Dziesięć lat było potrzeba naturze, aby powietrze stało się na powrót nieskalane brudem, jaki ludzie zostawili po sobie. Drzewa, które niczym nieograniczone rozpoczęły ekspansję, wspaniale radziły sobie z produkcją życiodajnego gazu. Między tymi naturalnymi filtrami, w pewne wiosenne popołudnie, próbując znaleźć drogę, do spokoju podążało czterech przedstawicieli gatunku, który wyrządził światu najwięcej złego w jego, liczącej przeszło cztery miliardy historii. Szli gęsiego, najstarszy przedzierał się przez knieje, torując drogę sobie i pozostałym, wymachując zaostrzonym kawałkiem metalu. Mimo ciepła, które serwowała wspaniała wiosna, ubrany był w znoszoną kurtkę, spod której wystawała rękojeść archaicznej broni, niegdyś będąca gwarantem bezpieczeństwa, a obecnie rzeczą, która przyniosła zagładę swym twórcom. Nogi chroniły znoszone długie spodnie z podwiniętymi nogawkami, które zapewne miały gwarantować lepszą wentylację strudzonemu wędrowcowi. Jedyną solidną częścią odzienia były buty, porządne wojskowe kamasze. Czapka z daszkiem z logo drużyny sportowej, która kilkanaście lat temu świętowała tryumfy, zakrywała twarz lidera, jedynie długa ciemna broda przeplatana gdzieniegdzie białymi pasemkami, niesfornie próbowała się przedrzeć przez maskę założoną na twarz, która raczej już nie pełniła swojej funkcji.

Zachowywali ciszę. Gdyby nie dźwięk łamanych gałęzi, harmonia przestrzeni nie byłaby zachwiana niczym innym. Szli już tak od sześciu lat, zatrzymując się na dłuższe lub krótsze postoje w miejscach, gdzie dało się znaleźć jakieś zaciszne lokum, z dala od coraz bardziej zuchwałych zwierząt. Zwierząt, które może dzięki pamięci genowej już nie obawiały się ognia, który ludziom dawał ciepło i namiastkę bezpieczeństwa. Za przewodnikiem ich czteroosobowego stada podążała młoda kobieta w wieku może dwudziestu lub dwudziestu pięciu lat. Ona, i idąca za nią kilka lat młodsza towarzyszka, jako jedyne wydawały się czerpać radość z odysei jaką przyszło im wieść.

Twarze miały skierowane ku górze, z łaknieniem łapały skórą każdy promyk słońca przedzierający się przez gęstwinę gałęzi i liści. W ich młodej pamięci nie zatarły się jeszcze wspomnienia lat, gdy jako dziewczynki biegały po podwórzu swojego rodzinnego domu. W takie właśnie dni leżały w ogrodzie na trawie i prześcigały się w nadawaniu kształtom chmur form, jakie rodziły się w ich dziecięcej wyobraźni. Mimo młodego wieku ich twarze naznaczone były wysiłkiem obecnie prowadzonego trybu życia. Małe blizny będące dowodem wielu nie zawsze ciekawych przygód i brud, jaki pot z mieszanką pyłu zostawiał na ich skórze, nie potrafiły zamazać urody, jaka kryła się pod maską tułaczki. Koszulki z krótkimi rękawami, w jakże dziewczęcym różowym odcieniu oraz leginsy w barwach moro wraz z wojskowymi butami świetnej jakości, nadawały im groteskowy wygląd. Pochód zamykała kobieta w wieku zbliżonym do przewodnika tej grupy, na oko pięćdziesięciolatka może młodsza. Ciemne włosy spływały jej na plecy warkoczem zaplecionym z grubych pasm. Przewiewny podkoszulek dawał jej delikatne poczucie chłodu w czasie przedzierania się przez knieje i taszczenia na plecach wielkiego plecaka. Tak jak inni członkowie małego stadka uzbrojona była w porządne wojskowe buty idealnie sprawdzające się podczas długiej wędrówki. Właśnie porządne obuwie i wypchane najpotrzebniejszymi produktami plecaki były punktem, który łączył te postacie w jeden świetnie działający organizm.

Nagle cały pochód stanął, na znak podniesionej w górę zaciśniętej pięści przewodnika. Kobieta na końcu zaczęła niespokojnie rozglądać się na boki, wypatrując zagrożenia mogącego przybyć z każdej strony. Oboje instynktownie sięgnęli po broń, schowaną w kaburach pod lewymi pachami. Nawyk, który wszedł im w krew po niezliczonych przebytych kilometrach i najróżniejszych sytuacjach, w jakich zmuszeni byli się znaleźć.

– Co się stało tato? – zapytała starsza z dwójki dziewcząt.

– Chyba dotarliśmy. Coś czuję, że to tutaj – odparł człowiek nazwany tatą, kucając i szperając w mieszance liści i gałązek leżących w miejscu, gdzie się zatrzymał.

– Kotek, jesteś pewien? Nic mi tutaj się nie kojarzy z tym miejscem, teraz to dżungla jest, a nie miasteczko.

Kobieta podeszła do męża. Położyła mu czule rękę na ramieniu.

– Wiem, że bardzo chcesz tam dotrzeć, ale już tak długo szukamy…

– Mówię ci, jesteśmy na miejscu. Spójrzcie.

Wokół głowy rodziny zebrała się cała grupa, gdy on siłował się z podłużnym przedmiotem, próbując wyciągnąć go spod betonowego słupka, którym był przygnieciony. Kobiety złapały część zdewastowanego budynku i z wysiłkiem uniosły centymetr w górę, co pomogło mężczyźnie wyciągnąć kawałek blachy, która stała się przyczyną zatrzymania pochodu. Mężczyzna stał plecami do kobiet i z zaangażowaniem wycierał z powierzchni przedmiotu warstwę ziemi i nieczystości. Po skończonych wysiłkach odwrócił się do nich, zakrywając tablicę własnym ciałem, próbując zamaskować wyraz zadowolenia, który niesfornie zaczynał rozjaśniać jego twarz.

– No pokaż. Co tam sprawiło ci tyle radości tatuśku? – z figlarnym uśmiechem, powiedziała najstarsza kobieta, zakładając ręce na piersi i przenosząc ciężar ciała na lewą nogę.

– Mówiłem Wam, że doszliśmy! – W jego oczach pojawiły się łzy, które jak diamenty dodały blasku jego uśmiechniętym ustom – Mówiłem!! – Pokazał skrywany za plecami spory kawałek blachy.

Na ten gest najstarsza z kobiet zakryła usta w geście niedowierzania, a dwie młodsze wpadły w objęcia swojego ojca. Na białej tablicy upstrzonej plamami rdzy widniał napis „Skalmierzyce”.

 

*

 

Dokładnie dziesięć lat temu nastąpił koniec. 10 maja 2022 roku na Syberii rozpoczął się początek końca rodzaju ludzkiego. Na terenach wiecznej zmarzliny, radzieccy naukowcy jak przez ostatni miesiąc tak i tego feralnego dnia, próbowali wydostać z gleby idealnie zachowane szczątki mamuta, gleby, która jeszcze rok temu była litą bryłą mieszanki ziemi i lodu. Trąba oraz kły zwierzęcia już były w zasięgu naukowców i wszystko szło zgodnie z planem.

Niestety, jeśli coś idzie zgodnie z planem, to zazwyczaj musi nastąpić moment, kiedy coś pójdzie źle. I właśnie nadszedł czas, w którym coś poszło bardzo, ale to bardzo źle. Jedno uderzenie kilofa spowodowało zagładę wspaniałej cywilizacji. Gdyby praktykant uderzył feralnym narzędziem kilka centymetrów w lewo lub w prawo, może nie naruszyłby skały, która była naturalnym czopem wąskiego tunelu, prowadzącego do podziemnej, mieszczącej się kilkadziesiąt metrów pod wykopaliskiem komory wypełnionej gazem ziemnym. Gdyby laborant usłyszał syk wydostającego się gazu, może zaalarmowałby kolegę, który w tym właśnie czasie odpalał papierosa zapalniczką otrzymaną w prezencie od swojej dziewczyny. Niestety. Strumień gazu zupełnie przypadkiem natrafił na płomień wspaniale inkrustowanej zapalniczki naftowej. Powietrze wokół umierających właśnie Rosjan wypełniło się ogniem, który z prędkością dźwięku przedostał się przez wąski kanalik do podziemnej jaskini.

Wybuch był tak potężny, że wszystko w promieniu pięciu kilometrów zamieniło się w parę, w czasie krótszym niż mrugnięcie powieki. Może sama katastrofa nie miałaby tak znaczących skutków, ale wybuch naruszył stabilność skał, między którymi, kilkaset metrów głębiej znajdowała się potężna kaldera wypełniona magmą. Naukowcy na całym świecie ostrzegali przed wybuchem podobnej formacji w Parku Narodowym Yellowstone, ale pierwszeństwo zyskała ta Syberyjska, o której nikt wcześniej nie wiedział. Eksplozji, która miała wówczas miejsce, nie sposób do niczego innego porównać, spora część Rosji przestała istnieć, ofiar było mało w porównaniu ze skalą zniszczeń. Jak się później okazało, wybuch gazu oraz kaldery spowodował uwolnienie się z roztopionej zmarzliny starożytnych patogenów, na które człowiek nie posiadał lekarstwa.

W ciągu roku, z powodu zimy, która nastąpiła po erupcji i spowiła całą planetę grubą warstwą śniegu, oraz chorób wywołanych przez wirusy uśpione przez miliony lat, zginęło osiemdziesiąt procent ludzkości zamieszkującej niegdyś gościnny glob. Dziwnym trafem okazało się, że pozostałe dwadzieścia procent ocalałych rozrzuconych po całym świecie, było odpornych na działanie mikroskopijnych zabójców. Niestety część z nich wybiła się sama podczas małych wojenek i utarczek. Morał tej całej historii był taki, że jednak palenie szkodzi zdrowiu, a osiemdziesiąt procent ludzkości stało się biernymi palaczami.

 

*

 

Zbliżało się popołudnie, gdy grupa wędrowców postanowiła rozbić obóz pod wiaduktem drogi, którą w nieistniejącym już świecie jeździły dziesiątki tysięcy samochodów.

Rodzina już dawno nie spędziła nocy, podczas której mogli wszyscy jednocześnie cieszyć się snem. Mieli taką nadzieję, zbliżając się kilka dni wcześniej do ruin miasta, noszącego kiedyś nazwę Ostrów jakiś tam. Okazało się jednak, że w miejscu niegdyś pięknej aglomeracji znajduje się spalone pole, z którego wystawały kikuty budynków nieoszczędzonych przez pożogę. Kilka razy, matka i ojciec, musieli użyć broni, aby ostudzić zapały watahy wilków, chcących spróbować smaku czegoś innego niż sarnina lub mięso dzika. Powalony basior skutecznie przemówił do wyobraźni reszty stada. Gdy upewnili się, że przeszli przez Ostrów, wstąpiła w nich nowa siła. Mięśnie zapomniały o zmęczeniu, wiedząc, że następnego dnia będą już prawie u celu swojej podróży.

Trójka kobiet zwróciła wzrok w stronę wlotu pod wiadukt, skąd dobiegł je odgłos osuwających się kawałków gruzu. W świetle słońca, przebijającego się przez tumany kurzu, pojawiła się postać ojca w podkoszulku i wyświechtanych krótkich spodenkach. Na nogach miał zmaltretowane adidasy.

– Jest tam. Nadal stoi i pewnie nadal działa!! – Podbiegł do reszty, przeskakując prowizoryczną barykadę i podnosząc lornetkę nad głowę. – Jutro na spokojnie tam dotrzemy, oczywiście, jeśli po drodze nie spotkamy żadnych niespodzianek. Iglicę dworca widać z daleka, nawet bez lornetki. Normalnie napatrzeć się nie mogłem, już zapomniałem, jak tutaj było pięknie.

– Tu nadal jest pięknie, tylko na swój sposób. Pamiętasz, jak na Skatepark chodziliśmy z dziewczynkami na lody. To były czasy. – Kobieta usiadła oparta o ścianę kryjówki i z widoczną przyjemnością, pozwoliła sobie odpłynąć we wspomnienia.

– Dziewczynki, prześpijcie się trochę, a ja z mamą zorientujemy się w okolicy. Może coś się uda ustrzelić na kolację. Chodź mamuśka, zabieram Cię na spacer. – Mężczyzna mrugnął do kobiety. Przeskoczyli przez stos śmieci i trzymając się za ręce, poszli na rekonesans.

Okolica była spokojna, sprawiała wrażenie sielanki, oczywiście, gdyby nie fakt, że grupka pielgrzymów była jedynymi ludźmi w promieniu setek kilometrów. W okolicy dawnej ulicy Pleszewskiej udało się im upolować dwa zające, które były wspaniałym zwieńczeniem wymagającego dnia. Kilkanaście lat temu ognisko na środku drogi szybkiego ruchu i leżenie na karimatach zakrawało na szaleństwo, teraz było czymś normalnym. Przeszli wiele, aby zasłużyć na taką chwilę spokoju. Miliardy gwiazd zdobiących niebo, dzięki brakowi sztucznego światła, można było zobaczyć gołym okiem. A widok to doprawdy fenomenalny, zapierający dech w piersiach, ale ciągłe podziwianie conocnego spektaklu sprawiło, że i takie cuda potrafiły spowszednieć.

Nowy dzień przywitał rodzinę błękitem nieba, śpiewem ptaków i ciepłem promieni słońca wlatujących nieśmiało przez otwór wejścia pod wiadukt. Z nowymi pokładami energii generowanymi przez świadomość zbliżania się do celu, spakowali obóz do pojemnych plecaków i już w letnich ubraniach gęsiego ruszyli ku dworcowi kolejowemu w Nowych Skalmierzycach. Nabyta czujność, z jaką się poruszali, pozwoliła im ominąć stado dzikich psów, żerujących nad truchłem młodej sarny i tym samym tarasujących drogę wiodącą przez rondo. Musieli ominąć ucztujące zwierzęta szerokim łukiem, co zajęło im więcej czasu, niż zakładali.

Gdy dziesięć lat temu wyjeżdżali na wakacje na Mazury, nie było tutaj rozpadlin w ziemi, które zostały wytworzone przez trzęsienia ziemi, a które obecnie skutecznie utrudniały, niegdyś łatwą drogę. Powróciwszy na popękany trakt asfaltu i omijając wraki pojazdów zjadane przez rdzę, skierowali się na wschód, w kierunku iglicy dworca, widocznego jak na dłoni. Wśród wszechobecnej zieleni puszczy powstającej na terenach Wielkopolski, widok idealnie czystej neogotyckiej wieży sprawiał piorunujące wrażenie. W tak słoneczny dzień, jak ten, dach pokryty wypolerowaną blachą przywodził na myśl latarnię, a nie studwudziestotrzyletnią budowlę.

Gdy przechodzili obok dawnego budynku Urzędu Gminy oraz szkoły podstawowej, zaczęły budzić się wspomnienia. Dziewczęta oczami mokrymi od łez opowiadały sobie historie z czasów, gdy biegały po boisku podczas przerw, rozmawiały o czasach gdy jedynym problemem było to, co będzie na obiad. Mężczyzna i kobieta szli, trzymając się za ręce, widząc oczyma wyobraźni przestrzeń z tamtych dobrych lat. Bez słowa. Milcząc.

Gdy dotarli na szczyt wiaduktu nad torami kolejowymi, słońce chyliło się ku zachodowi. Lekki mrok obejmował w panowanie najbliższą okolicę, a wysokie drzewa potęgowały ciemność. Stanęli przy wlocie drogi na dworzec kolejowy, nie wiedząc co dalej.

Wędrówka dobiegła końca. Te wszystkie lata spędzone w drodze, w deszczu, śniegu i upale miały się za chwilę skończyć. Powoli ruszyli przed siebie już nie gęsiego, a ramię w ramię. Rodzice po bokach z dziećmi w środku. Im niżej schodzili, tym majestatyczna budowla ukazywała im się w coraz większej chwale! Od lat nie widzieli oświetlenia elektrycznego, a tutaj budynek oświetlony był słupami światła, które z chodnika oblepiały ciepłym blaskiem ceglane ściany. Ojciec wyjął z kieszeni wymięty kawałek papieru, na którym widniał napis „Jeśli to czytasz, udaj się na Dworzec Kolejowy w Nowych Skalmierzycach. Raz w miesiącu przybywa tam konwój, który zabierze Cię w bezpieczne miejsce. Żyjemy dalej i nie tracimy nadziei. Każdego 13tego dnia każdego miesiąca czekamy cały dzień. Do zobaczenia!”.

Cała rodzina weszła na peron, udając się w podświetlone hologramem miejsce z napisem, CZEKAJ TUTAJ! CZAS DO PRZYJAZDU 00 dni: 02 godz.: 38 min. : 23 sek.

– Udało się nam! Udało się – powiedział mężczyzna, po czym wszyscy usiedli przytuleni, jak stadko małych surykatek.

Po chwili, przeznaczonej dla siebie, mężczyzna i kobieta rozłożyli dwie karimaty, na których ułożyły się zmęczone dziewczęta. Oni usiedli obok siebie, podziwiając piękny budynek, który o dziwo, nie został pochłonięty przez naturę, jakby chroniony przez jakąś niewidzialną siłę. Ciszę nocy zakłócał delikatny pomruk dobiegający z grubej czarnej szyny biegnącej w miejscu, niegdyś leżących torów. Im dłużej wsłuchiwali się w ten leniwy dźwięk, tym bardziej ich powieki przegrywały walkę z grawitacją.

Około godziny dwunastej obudził ich odgłos dobiegający od strony Ostrowa, dźwięk łamanych gałęzi oraz rwanej trawy. Nagle, z ogromną prędkością, nad szyną przeleciał pojazd z taranem, prawdopodobnie oczyszczający drogę temu, co miało się pojawić za kilka minut. Tak się też stało. Po pięciu minutach na peron majestatycznie wpłynął pojazd wyglądający jak lita bryła polerowanej stali. W nieskazitelnie czystej powierzchni pojawiły się drzwi, z których wyłoniła się dwójka mundurowych z kocami termicznymi, butelkami wody oraz sprzętem medycznym. Byli bezpieczni. Dziesięć lat tułaczki dobiegło końca. Dworzec był miejscem, gdzie ich życie wróciło na normalne tory. Udało się im!

Koniec

Komentarze

Niestety nie urzekło mnie Twoje opowiadanie :( Bardzo dużo miejsca w tak krótkim tekście poświęcasz na opis katastrofy, który nie wywołał we mnie szczególnych emocji i pozostaje właściwie bez znaczenia dla dalszej części. Skupiasz się też na ubiorze bohaterów i okolicy, a za mało pokazujesz ich samych, nie byłam w stanie wczuć się w ich sytuację. Spodziewałam się jakiegoś zaskoczenia na koniec, ale niestety całość wyszła dość sztampowo.

Z technicznych rzeczy – tytuł opowiadania niepotrzebnie wrzuciłeś do treści, bo pojawia się w wydzielonym nagłówku. Pomyślałabym też nad rozbiciem długich akapitów na krótsze.

 

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Cześć nati-13-98. 

Tak jak wspomniałem w przedmowie, tekst musiał zmieścić się na 4-6 stronach A4. Uznałem, że po trochu muszę zmieścić się z każdą formą opisu bohaterów, okolicy i przyczyny tego całego bałaganu. Jednym z wymogów konkursu było trzymanie się najbliższej okolicy mojej miejscowości.

Myślę o rozbudowie opowiadania już dla własnej satysfakcji, trzymając się wskazówek takich jak Twoje.

Dzięki za komentarz.

Pozdrawiam! 

Przyjemna odskocznia. Widzę, że Twoja wyobraźnia działała w trakcie tworzenia tego tekstu. Tematyka jak najbardziej na czasie, chyba wyobraźnia wielu z nas kręci się w podobnych klimatach.

Dostrzegłem w tym opowiadaniu kilka rzeczy, które można byłoby poprawić, ale nie będę ich komentował, bo dla mnie jako początkującego jeszcze, na komentowanie o wiele za wcześnie.

Moim zdaniem jest dobrze, ale mogłoby być lepiej. Myślę, że to lepiej pojawi się z czasem. 

Witaj solarpox!

 

Dzięki za zainteresowanie i opinię. Sam dopiero rozpoczynam przygodę z pisaniem tekstów. Jestem świadom niedociągnięć, które na pewno się w nich pojawiają. Konstruktywna krytyka będzie jak najbardziej na miejscu :)

 

Pozdrawiam!

Witaj.

Opowiadanie bardzo mi się podoba.

To kolejne, jakie dziś czytam o potworności świata i życia na Ziemi w przyszłości. 

Po lekturze nasuwa mi się wniosek: Ostrożnie z poszukiwaniem hibernatusów, bo grozi nam prawdziwe Jumanji! :)

Gratuluję pomysłu oraz doskonałego opisu wrażeń i emocji bohaterów. 

 

Pozdrawiam. :)

 

Pecunia non olet

Cóż, Przemku, ponieważ nie znam założeń konkursu, na który napisałeś Dziesięć lat, nie pokuszę się o ocenę opowiadania. Wyrażę tylko pewne zdziwienie, że rodzina bez dachu nad głową, błądząc po zaroślach, przeżyła dziesięć lat, w tym jak rozumiem, także dziesięć zim – jak im się to udało, nawet przy założeniu, że to były zimy łagodne?

Wykonanie, co stwierdzam z prawdziwym smutkiem, pozostawia bardzo wiele do życzenia. Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten watek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

Dzie­sięć lat, tyle na­tu­ra po­trze­bo­wa­ła czasu… ―> Dzie­sięć lat, tyle czasu potrzebowała na­tu­ra…

 

i nie­po­dziel­nie wła­da­ły Świa­tem… ―> Dlaczego wielka litera?

 

Wio­sna stała się porą roku jak z ide­ali­stycz­ne­go opo­wia­da­nia, pięk­na, cie­pła po­kry­ta ko­bier­cem z kwia­tów… ―> To nie wiosna pokrywa się kobiercem kwiatów, a ziemia, drzewa i krzewy.

 

kwia­tów, które prze­ści­ga­ły się w kon­kur­sach pięk­no­ści… ―> Kto organizował kwiatom konkursy?

 

jakby po­tęż­ne guzy le­śnych struk­tur… ―> Co to są guzy leśnych struktur?

 

bru­dem jakim lu­dzie zo­sta­wi­li po sobie. ―> …bru­dem, jaki lu­dzie zo­sta­wi­li po sobie.

 

Drze­wa, które ni­czym nie­ogra­ni­czo­ne roz­po­czę­ły swą eks­pan­sję… ―> Zbędny zaimek – czy mogły rozpocząć cudza ekspansję?

 

fil­tra­cją ży­cio­daj­ne­go gazu. Mię­dzy tymi na­tu­ral­ny­mi fil­tra­mi… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

w jego prze­szło czte­ro­mi­liar­do­wej hi­sto­rii. ―> Co to jest czteromiliardowa historia? Czego jest cztery miliardy?

A może miało być: …w jego, liczącej przeszło cztery miliardy lat, historii.

 

cie­pła które ser­wo­wa­ła wspa­nia­ła wio­sna, ubra­ny był w zno­szo­ną kurt­kę spod któ­rej wy­sta­wa­ła rę­ko­jeść ar­cha­icz­nej broni, nie­gdyś bę­dą­ca gwa­ran­tem bez­pie­czeń­stwa, a obec­nie rze­czą która przy­nio­sła za­gła­dę swym twór­com. Nogi chro­ni­ły zno­szo­ne dłu­gie spodnie z pod­wi­nię­ty­mi no­gaw­ka­mi, które za­pew­ne miały gwa­ran­to­wać lep­szą wen­ty­la­cję stru­dzo­ne­mu wę­drow­co­wi. Je­dy­ną so­lid­ną czę­ścią odzie­nia były buty, po­rząd­ne woj­sko­we ka­ma­sze. Czap­ka z dasz­kiem z logo dru­ży­ny spor­to­wej, która kil­ka­na­ście… ―> Objawy którozy i byłozy.

Wiosna niczego nie serwowuje.

 

W ich mło­dej pa­mię­ci nie za­tar­ły się jesz­cze wspo­mnie­nia lat, gdy jako młode dziew­czyn­ki… ―> Brzmi to nie najlepiej. Drugi przymiotnik jest zbędny – czy bywają stare dziewczynki?

 

Ko­szul­ki na krót­ki rękaw… ―> Koszulki z krótkimi rękawami

 

w cza­sie prze­dzie­ra­nia się przez knie­je… ―> Literówka.

 

uzbro­jo­na była w po­rząd­ne woj­sko­we buty… ―> Buty nie są elementem uzbrojenia.

 

ple­ca­ki były punk­tem który łą­czył te po­sta­cie w jeden świet­nie dzia­ła­ją­cy or­ga­nizm. ―> Punkt niczego z niczym nie łączy.

 

od­parł czło­wiek na­zwa­ny Tatą… ―> Dlaczego wielka litera?

 

– Kotek, je­steś pe­wien? Nic mi tutaj się nie ko­ja­rzy z tym miej­scem, teraz to dżun­gla jest a nie mia­stecz­ko. ko­bie­ta po­de­szła do męża. Po­ło­ży­ła mu czule rękę na ra­mie­niu – wiem, że bar­dzo chcesz tam do­trzeć ale już tak długo szu­ka­my… ―> Narracji nie zapisujemy jak didaskaliów. Winno być:

– Kotek, je­steś pe­wien? Nic mi tutaj się nie ko­ja­rzy z tym miej­scem, teraz to dżun­gla jest, a nie mia­stecz­ko.

Ko­bie­ta po­de­szła do męża. Po­ło­ży­ła mu czule rękę na ra­mie­niu.

– Wiem, że bar­dzo chcesz tam do­trzeć, ale już tak długo szu­ka­my

Obawiam się, że dżungla nie wyrośnie w ciągu dziesięciu lat.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

– Mówię Ci, je­ste­śmy na miej­scu. ―> – Mówię ci, je­ste­śmy na miej­scu.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w tekście kilkakrotnie.

 

wy­cie­rał z war­stwy ziemi i nie­czy­sto­ści po­wierzch­nię przed­mio­tu. ―> Czy dobrze rozumiem, że powierzchnia przedmiotu była na warstwie ziemi i nieczystości?

A może miało być: …wy­cie­rał z po­wierzch­ni przed­mio­tu war­stwę ziemi i nie­czy­sto­ści.

 

z fi­glar­nym uśmie­chem na twa­rzy… ―> Zbędne dopowiedzenie – czy uśmiech mógł być w innym miejscu, nie na twarzy?

 

pró­bo­wa­li wy­do­stać ide­al­nie za­cho­wa­ne szcząt­ki ma­mu­ta z gleby… ―> Mamuty nie są z gleby.

Pewnie miało być: …pró­bo­wa­li wy­do­stać z gleby ide­al­nie za­cho­wa­ne szcząt­ki ma­mu­ta…

 

wszyst­ko szło zgod­nie z pla­nem. Nie­ste­ty, jeśli coś idzie zgod­nie z pla­nem, to za­zwy­czaj musi na­dejść mo­ment, kiedy coś pój­dzie źle. I wła­śnie nad­szedł czas, w któ­rym coś po­szło bar­dzo… ―> Zbyt wiele tu chodzenia i nadchodzenia.

 

sama ka­ta­stro­fa nie miała by tak… ―> …sama ka­ta­stro­fa nie miałaby tak

 

osiem­dzie­siąt pro­cent ludz­ko­ści stała się… ―> …osiem­dzie­siąt pro­cent ludz­ko­ści stało się

 

smaku cze­goś in­ne­go niż sar­ni­na lub dzi­czy­zna. ―> Sarnina to też dziczyzna.

 

W świe­tle słoń­ca i tu­ma­nu kurzu po­ja­wi­ła się… ―> Czy dobrze rozumiem, że tuman kurzu świecił wraz ze słońcem?

Pewnie miało być: W świe­tle słoń­ca i tu­ma­nie kurzu po­ja­wi­ła się

 

pod­no­sząc do góry lor­net­kę… ―> Masło maślane – czy można podnieść coś do dołu?

Proponuję: …i pod­no­sząc lornetkę do oczu

 

Igli­cę Dwor­ca widać z da­le­ka… ―> Dlaczego wielka litera?

 

…i trzy­ma­jąc się za ręce, udali na re­ko­ne­sans. ―> …i trzy­ma­jąc się za ręce, poszli na re­ko­ne­sans.

 

teraz było czymś nor­mal­nym. Trze­ba było przejść wiele, aby za­słu­żyć na tego typu chwi­le spo­ko­ju. Niebo usia­ne było mi­liar­da­mi gwiazd, zdo­bią­cy­mi ko­ro­nę ga­lak­ty­ki, która dzię­ki braku sztucz­ne­go świa­tła była wi­docz­na nie­uzbro­jo­nym w so­czew­ki gołym okiem. Widok był fe­no­me­nal­ny… –> Byłoza. Skoro okiem nieuzbrojonym w soczewki, to wiadomo, że gołym.

Proponuję: …teraz było czymś normalnym. Przeszli wiele, aby zasłużyć na taką chwilę spokoju. Miliardy gwiazd zdobiących niebo, dzięki brakowi sztucznego światła, można było zobaczyć gołym okiem. A widok to doprawdy fenomenalny

 

ru­szy­li ku Dwor­cu Ko­le­jo­we­mu w No­wych Skal­mie­rzy­cach. ―> …ru­szy­li ku dwor­cowi ko­le­jo­we­mu w No­wych Skal­mie­rzy­cach.

 

w kie­run­ku igli­cy Dwor­ca… ―> …w kie­run­ku igli­cy dwor­ca

 

Wśród wszech­obec­nej zie­le­ni pusz­czy po­wsta­łej na te­re­nach wiel­ko­pol­ski… ―> Puszcza nie urośnie w ciągu dziesięciu lat.

Proponuję: Wśród wszech­obec­nej zie­le­ni pusz­czy po­wsta­jącej/ wyrastającej na te­re­nach Wiel­ko­pol­ski

 

a nie stu dwu­dzie­sto trzy let­nią bu­dow­lę. ―> …a nie studwu­dzie­stotrzylet­nią bu­dow­lę.

 

oraz Szko­ły Pod­sta­wo­wej… ―> …oraz szko­ły pod­sta­wo­wej

 

przy wlo­cie drogi na Dwo­rzec Ko­le­jo­wy… ―> …przy wlo­cie drogi na dwo­rzec ko­le­jo­wy

 

ma­je­sta­tycz­na bu­dow­la uka­zy­wa­ła im się w coraz więk­szej chwa­le! ―> Na czym polegała chwała budowli?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj regulatorzy! :)

 

Bardzo dziękuję, za wskazanie błędów w tym opowiadaniu. Stawiam pierwsze kroki w tworzeniu tego typu historii i bardziej obszernych tekstów, dlatego tego typu wskazówki, są dla mnie na wagę złota.

Posypuję głowę popiołem, i trzy razy biję się w pierś. Wrzucając opowiadanie powinienem zacząć od Bety. Jak to mówią, Polak mądry po szkodzie. 

 

Pozdrawiam! 

Miło mi, Przemku, że uznałeś uwagi za przydatne. Teraz byłoby wskazane, abyś te poprawki uwzględnił w tekście.

Życzę powodzenia w dalszej pracy twórczej. Dodam , że w epszym pisaniu z pewnością pomoże lektura opowiadań innych użytkowników, a także opowiadań tych komentowanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

HEJ!

 

regulatorzy

 

Poprawki zostały naniesione. Poprawiłem również literówki oraz interpunkcję. Trochę czasu mi to zajęło, ale robię, co się da i kiedy się da. Niestety, trzeba dysponować tą odrobiną czasu, jaki się wygospodaruje. Damy radę :)

 

bruce

 

Cieszę się, że opowiadanie przypadło ci do gustu. W założeniu tak właśnie ma być :) Mam nadzieję, że w poprawionej formię, będzie jeszcze przyjemniej się czytało.

 

Pozdrawiam

Przemku, Twój optymizm jest budujący ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

 

regulatorzy, “Pierwszy umiera optymizm, po nim miłość, na końcu nadzieja. Mimo to musisz trwać.

 

Optymizm to pozycja wyjściowa do “sukcesu” (jak zwał tak zwał cheeky). 

Optymizm to pozycja wyjściowa do “sukcesu”

I tak trzymaj! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka