- Opowiadanie: Outta Sewer - Gastronomiczne kwoty, kundlew i zwroty

Gastronomiczne kwoty, kundlew i zwroty

Hasło konkursowe (potraktowane dość luźno): małżonek i jego mały problem

 

Dzięki krar85 i Olciatka za cenne uwagi :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Gastronomiczne kwoty, kundlew i zwroty

Ósma to najbardziej nieludzka godzina, o jakiej można zapukać do czyichś drzwi w sobotni poranek.

Normalni ludzie o tej porze łapią resztki snu, niespokojnie przewracając się na drugi bok, boleśnie podświadomi czekających ich domowych obowiązków. Tylko najgorsi psychole przychodzą z wizytą o ósmej rano: jadający śniadanie o szóstej teściowie, dla których jest już przedpołudnie, szwagier potrzebujący przenieść jakieś barachło, albo najmniej szkodliwi, ale powracający z regularnością smoleńskich miesięcznic, Świadkowie Jehowy.

Tomek wygrzebał się spod ciepłej kołdry, zwlókł z łóżka  i niemrawo pokuśtykał do drzwi, zastanawiając się po drodze, kogo za chwilę okrutnie zbeszta za zepsucie mu humoru z samego rana.

Prawdę mówiąc, jego zły humor nie wynikał z niespodziewanej wizyty, ale z faktu, że wstał lewą nogą. Od czasu wypadku samochodowego, w którym stracił prawą, nie miał innego wyjścia.

Gwoli ścisłości, Tomek uległ wypadkowi cztery lata wcześniej, kiedy wracając późnym wieczorem z pracy uderzył w słonia, który wybiegł przed maskę sportowego Matiza mężczyzny.

Okazało się bowiem – pechowo dla jednego ze strażników miejskiego zoo – że zażywanie w pracy LSD i odpały temu towarzyszące, mogą mieć swój tragiczny finał. Oprócz porozjeżdżanych lemurów, żyrafy, która wlazła w linię wysokiego napięcia, zastrzelonej kapibary, pomylonej przez lokalnego myśliwego z dzikiem oraz naćpanego dozorcy, przebitego rogiem nosorożca, ofiarą szeroko opisywanego ekscesu została również prawa noga Tomka.

Wstawał więc lewą. Ile udziałów w jego złym humorze miał głupi przesąd, a ile fakt utraty kończyny, można sobie tylko wyobrażać.

Chyba, że też się nie ma nogi. Wtedy takie rzeczy się po prostu wie.

W każdym razie, Tomek miał ochotę wygarnąć komuś, co o nim sądzi. Był w nastroju na ruganie religijnych fanatyków, bełkoczących w nadziei, że ktoś w ogóle słucha ich wywodów, prosił więc los, żeby to teściowie postanowili zawitać w jego niegościnne progi.

Powłócząc protezą, wykonaną z kości słoniowej w ramach kuriozalnego aktu wyegzekwowania sprawiedliwości dziejowej, dotarł do końca przedpokoju, przekręcił klucz i uchylił drzwi. Zamiast zramolałych dewotów albo głupio wyszczerzonego szwagra, zobaczył ubranego w garnitur, postawnego mężczyznę. Obrazu intruza dopełniały czarna aktówka, cień uśmiechu na wąskich ustach i krawat w kaczuszki – zupełnie niepasujący do stylizacji, o czym Tomek wiedział dzięki małżonce, zmuszającej go do wspólnego oglądania programu modowego, prowadzonego przez knypka o aparycji zniewieściałego chłopca okrętowego i kobietę o linii szczęki bardziej wyrazistej niż u byłego gubernatora Kalifornii.

– Pan Tomasz Świnka? – zapytał gość bez zbędnych wstępów.

– Eee… no. – Zdziwionego Tomka nie było stać na inteligentniejszą kwestię dialogową.

– Łukasz Zusin. Reprezentuję instytucję rządową o otwarcie mafijnej strukturze, która wykupiła pana długi, zaciągnięte w ostatnim czasie w agencji kredytowej. – Mechaniczny ton głosu jeszcze mocniej odrealniał postać mężczyzny, jednocześnie wywołując uczucie zimnego niepokoju rozlewającego się w trzewiach, miażdżącego żołądek i wyciśniętym z niego powietrzem napierającego na zwieracze odbytu. – Może wejdźmy do środka, żeby omówić kwestie formalne.

Mężczyzna nie zapytał. Bardziej zaproponował, jakby to on był właścicielem domu. W tym momencie Tomek zdał sobie sprawę, że ten dziwny facet zaraz właduje mu się do mieszkania, obudzi swoim robocim paplaniem Weronikę i sprawa jego małego problemu wyjdzie na jaw. Wysunął się więc na zewnątrz,  zamknął za sobą drzwi i zaczął się tłumaczyć przyciszonym głosem jak miejscowy wikariusz, stojący incognito przed panią bibliotekarką i wyjaśniający dlaczego spóźnił się ze zwrotem “Trzystu sześćdziesięciu pięciu twarzy arcybiskupa”:

– Niech pan posłucha, ja wszystko oddam, będę spłacał w terminach. Tylko ten miesiąc miałem słabszy i nie mogłem, ale oddam, na pewno, jestem uczciwy człowiek, nie musi pan przychodzić i…

I pewnie paplałby tak dalej, przerażony perspektywą małżeńskiej kłótni, gdyby mężczyzna, najwyraźniej nie pierwszy raz zmuszony do wysłuchiwania takich bredni, nie odchylił marynarki, prezentując zatknięty za pasek, błyszczący nowością pistolet. Tomek umilkł. W tym czasie intruz, zadowolony z wywołanej reakcji, sięgnął wolną ręką do kieszeni spodni i wyciągnął z niej papierowy arkusik wizytówki. Podsunął ją Tomkowi pod spocony ze strachu nos.

– Tutaj jest numer konta, na jaki należy wpłacić całą kwotę, jaką jest nam pan winien. Sześćdziesiąt dwa tysiące pięćset złotych, płatne do jutra. Z drugiej strony jest adres naszej lokalnej placówki, w której może pan wpłacić gotówkę, jeśli woli pan taką formę transakcji. Do widzenia.

– A… Ale przecież ja byłem winien jeszcze tylko czterdzieści tysięcy. I jak to, do jutra? – wydukał skonfundowany Tomek.

– Koszty wykupu zobowiązania i wewnętrzna polityka windykacyjna.

– Ale ja nie mam tych pieniędzy. Skąd mam wziąć tyle forsy?

Gość wzruszył ramionami, uśmiechnął się szerzej i bez ostrzeżenia wyszarpnął broń, odstrzeliwując fragment protezy Tomka.

– My nie żartujemy, panie Świnka. Do widzenia.

Mężczyzna podniósł aktówkę i jak gdyby do niczego dziwnego nie doszło, sprężystym krokiem pomaszerował do czekającego przed domem Maybacha.

W głowie Tomka kołatała się jedna tylko myśl, pulsując pierwotnym strachem, znanym wyłącznie rzuconym na żer drapieżników ofiarom: ten huk na pewno obudził Weronikę. A to oznaczało, że będzie musiał jej powiedzieć o swoim małym problemie.

Zwieracze w końcu nie wytrzymały napięcia, odpuściły i dały ujście zebranemu w jelitach powietrzu, głośno oznajmiając okolicy, że Tomek prawie zesrał się ze strachu. Pierdnięcie nie wygenerowało jednak żadnych bodźców zapachowych, ponieważ stare przysłowie mówi, że pewne rzeczy nie śmierdzą.

***

– Czyś ty się ze swoim małym na głowy pozamieniał?! Na co wydałeś te sześćdziesiąt tysięcy?!

– Werusia, nie sześćdziesiąt, tylko trzydzieści. – Tomek próbował uspokoić ciskającą się po kuchni i wymachującą dwuręcznym tłuczkiem do mięsa małżonkę.

– No to na co?! No, na co!? Wydałeś kasę na dziwki!? Masz problem z hazardem?!

Uniesiony gwałtownie tłuczek zahaczył o lampę, rzucając rozchybotane światło, to na kulącego się przy stole Tomka, to na Weronikę, górującą nad nim, z potencjalnym narzędziem zbrodni w dłoni. Mężczyzna zamachał rękami w obronnym geście i zapiszczał strachliwie:

– Przejadłem! Wszystko przejadłem! To przez pomarańczowego kundlewa!

– Co to znaczy przejadłem?! – Weronika darła się tak głośno, że niejeden megafon zwinąłby się do środka ze wstydu. – I co to jest kundlew?!

– Opuść ten tłuczek. Proszę? – jęknął Tomek błagalnie.

Weronika sapnęła i powściągnęła się od zdzielenia męża w jego wystraszony łeb. Usiadła naprzeciw Tomka, położyła na kraciastym obrusie swój kuchenny Mjolnir, odpaliła śmierdzącego obietnicą bolesnej śmierci papierosa i skinęła głową, oczekując wyjaśnień. To zachowanie żony, jakby żywcem wyciągnięte z filmu o rosyjskiej mafii, nie spodobało się Tomkowi. Zdał sobie jednak sprawę, że teraz jedyne wyjście, jakie mu zostało, to powiedzieć prawdę.

– Pamiętasz dzień, kiedy potrąciłem słonia? – podjął Tomek, ważąc każde słowo, w obawie o aerodynamiczną obłość swojej czaszki. – Wtedy z zoo uciekły też inne zwierzęta. Między innymi Ingmar, lew o nietypowym, pomarańczowym umaszczeniu. Zanim go złapali, dał radę pokryć bezpańską sukę mieszańca owczarka alzackiego z pomeranianem i narodził się kundlew.

Weronika poderwała się gwałtownie i capnęła za tłuczek.

– Ja myślałam, że ty masz jakiś mały problem, ale wychodzi na to… – zaczęła podejrzanie spokojnie, lecz dokończyła z furią w głosie. – …że ty jesteś po prostu jebnięty!

Zamachnęła się szeroko, z zamiarem wybicia małżonkowi z głowy durnych historyjek, idiotycznych kłamstw i kilku zębów. Ale te ostatnie nieintencjonalnie, niejako przy okazji.

– Weronisiu, nie! – Błagalny skowyt ledwo przedostał się przez ściśnięte gardło Tomka. Jądra mężczyzny zrejterowały w głąb jamy brzusznej, więc jego głos brzmiał niczym pisk małej dziewczynki. – To prawda! Są relacje naocznych świadków gwałtu na tej suce! I wywiady z ludźmi, którzy widzieli kundlewa na własne oczy! Możesz przeczytać o tym na stronie Taktu albo Hiperekspresu!

– Dobra, Tomeczku. – Żona raz jeszcze zmitygowała się, cedząc każde słowo przez durszlak zaciśniętych w gniewie zębów. – Posłucham, jakimi jeszcze bzdurami mnie uraczysz, a dopiero potem cię zatłukę. No, już! Gadaj!

– Kiedy pół roku temu wracałem z pracy, złapałem gumę w Multipli. Zatrzymałem się na poboczu i gdy klęczałem przy samochodzie, zmieniając koło, z krzaków wyskoczył kundlew. Użarł mnie w protezę. I tym ugryzieniem rzucił klątwę. Mówię ci, cały czas prześladują mnie wydarzenia zapoczątkowane tamtego dnia, kiedy naćpany strażnik wypuścił zwierzęta z klatek. – Tomek starał się brzmieć jak najbardziej przekonująco, co nie wychodziło mu zbyt dobrze, ponieważ wypluwał słowa tak szybko, że gdyby się rymowały, Emenemsy czy inne hiphopowce nadałyby mu tytuł boga rapu. Z kolei tłuczek w ręce żony skutecznie odstraszał jądra od powrotu na właściwe miejsce.

– Jak cię przeklął ten kundlew? – Spokój w głosie Weroniki był równie nienaturalny, jak prawda w słowach polityka. I równie pozorny. Tomek stąpał po cienkim lodzie lekko zamarzniętego szamba, na które wraz z nim ktoś wpuścił stado kangurów.

– No, powiedział…

– Aha, jeszcze mówi ten twój kundlew.  – Tonem małżonki można by zamrażać Marylę RozporządzenieoOchronieDanychOsobowychwicz po sylwestrze z dwójką, żeby kobiecina mogła przeczekać w spokoju kolejny rok.

– No, powiedział głosem Konrada Markota, tego aktora: „Liczą się ludzie”. A potem uciekł w krzaki. – Tomek urwał i spróbował wyczytać cokolwiek z zastygłej maski niedowierzania, jaką była twarz jego żony.

– Dobra… – Weronika następne zdanie wypowiedziała, robiąc pauzę po każdym pojedynczym słowie. Tomek wiedział, co to oznacza. Na zamarznięte szambo słów, oprócz kangurów, wpuszczono właśnie bandę dzieciaków z ADHD i młotami pneumatycznymi. – Co. To. Ma. Wspólnego. Z. Pieniędzmi. Które. Pożyczyłeś. Zasrany debilu?!

Pomiędzy dwoma ostatnimi słowami nie zrobiła przerwy, skonstatował małżonek. Tak, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie.

– Od tamtego czasu czuję chęć zjadania pieniędzy, Weronisiu. – Teraz Tomek starał się brzmieć jak pedofil, nakłaniający przedszkolaka do wzięcia cukierka z torebki leżącej na tylnym siedzeniu jego samochodu. – Najpierw połykałem jedno, dwu i pięciogroszówki, rybeńko, przestałem też jeść normalne produkty, no i srać też przestałem. Nie zauważyłaś niczego, skarbeńku ty mój?

– Jedzenia z lodówki ubywało jak zawsze.

Tomek poczuł, że zastosowana taktyka skarbeńków, rybeniek i mrowia pozostałych, infantylnych zdrobnień, może zadziałać. Dzieciak jeszcze nie był w samochodzie, ale wykazywał zainteresowanie.

– Wynosiłem żarcie, żebyś się nie zorientowała, pączuszku. Początkowo jadłem miedziaki. To, niestety, przestało mi wystarczać i przerzuciłem się na twardsze. Najpierw złotówki, później już dwu i pięciozłotówki. Potem na papierki, ale tylko raz pozwoliłem sobie na dwie stówy, bo zazwyczaj to po dyszce. Cudeńko ty moje, walczyłem z tym! – Tomek miał łzy w oczach. – Ale po tygodniu, kiedy wydzielałem sobie po dziesięć złotych na dzień, coś we mnie pękło. Pobiegłem do Żabojada, tego od kredytów, i zeżarłem trzydzieści tysiaków w wysokich nominałach.

– Nie, ja nie wierzę. Nie wierzę po prostu! Za kogo ty mnie masz, popaprańcu?! Za durną foliarę, płaskoziemkę albo kretynkę lajkującą posty Edyty Gówniak?! Zatłukę cię jak psa, przeklęty kuternogo! – W kierunku Tomka, roztrzaskując kruchy lód szamba i chlapiąc na niego śmierdzącą breją inwektyw, cwałowała valkiria. Uniesiony do ciosu tłuczek rzucał refleksy sypiących się z oczu Weroniki iskier gniewu.

Tomek nie miał wyboru. Spotkanie z wiecznością albo prezentacja.

Odskoczył, złapał za krzesło i zasłonił się nim jak tarczą. Ciosy Weroniki pozbawiały siedzisko kolejnych nóg, co głęboko zasmuciło Tomka, ze względu na solidarność jaką zaczął odczuwać względem antropomorfizowanego mebla. Cofnął się przed następnym uderzeniem, zagłębił rękę w kieszeni spodni i wyszarpnął z niej pomięty banknot dwudziestozłotowy, po czym wepchnął go sobie do ust.

Weronika zamarła.

Tomek przełknął, sięgnął raz jeszcze i pochłonął znalezione drobniaki, jakby były orzeszkami ziemnymi.

– Widzis, pącusku? – powiedział do żony, z bilonem wysypującym się spomiędzy warg. – Jem pinionce. To pszes kondlefa.

– Odchodzę  – rzuciła krótko Weronika, upuszczając tłuczek. – Wracam do mamy, a ty rób, co chcesz. Żryj pieniądze, szukaj kundlewów, czy co tam innego lubisz robić. Na mnie nie licz, pieprzony idioto. Papiery rozwodowe dostaniesz pocztą.

***

Weronika nie żartowała i pakowała się do samego wieczora, odpuszczając nawet kolejny odcinek ulubionego serialu “L like Lord have mercy”, będącego amerykańską produkcją, powstałą na bazie rodzimego “M jak Miejcie litość”. Następnego dnia, z samego rana, przyjechał po nią ojciec. Świadkowie Jehowy, którzy się przy okazji napatoczyli, po raz pierwszy okazali się przydatni, pomagając wnieść rzeczy Weroniki do tatusiowego Lublina.

Tomek nie wyszedł się nawet pożegnać. Ostatnią dobę przesiedział w kuchni, obracając w rękach wizytówkę i obmyślając strategię rozmowy, jaka czekała go pod adresem widniejącym na arkusiku. Jedyną szansą, dzięki której mógł ocalić skórę, było przekonanie urzędników do wydłużenia terminu spłaty.

W okolicach południa miał już w głowie ułożoną przemowę oraz ewentualne odpowiedzi na ewentualnie zadane pytania. Założył swój jedyny garnitur i ruszył Multiplą na spotkanie przeznaczenia.

Placówka instytucji znajdowała się w nowoczesnym budynku, pomiędzy agencją towarzyską a zakładem pogrzebowym. Za pierwszymi drzwiami ruchałeś, za drugimi byłeś ruchany, a za trzecimi już niczego z ruchaniem nie mogłeś mieć wspólnego.

No, chyba, że pracował u nich jakiś nekrofil. I najprawdopodobniej pracował, bo z rozbujanego karawanu zaparkowanego przed drzwiami dochodziły podejrzane dźwięki. Bardziej niż z jakimś religijnym obrzędem czy ostatnim namaszczeniem kojarzyły się z obrzękiem i solidnym nawilżeniem, ale Tomek nie miał czasu zaprzątać sobie głowy pośmiertnymi problemami jakiegoś truposza.

Skierował się pod interesujący go adres. Przeszklone drzwi wejściowe były zamknięte, Tomek nacisnął więc guzik dzwonka. Ze środka dobiegła do niego przytłumiona melodia przeboju Sławomira czy innego Zenka, a po chwili elektromagnetyczny zamek zabuczał, dając znak, że można już wejść.

Wewnątrz powitało go dwóch rosłych mężczyzn w ciemnych okularach i z włosami obciętymi w sposób, który nadawał ich czaszkom kształty sześcianów. Nosili czarne uniformy, a na plecach marynarek mieli wyszyte cekinami słowa „Krótkowski tim”. Ustawili się z obu stron Tomka i poprowadzili go przez całą szerokość zielono-białego pomieszczenia, prosto do ustawionego pod ścianą biurka, za którym siedział około pięćdziesięcioletni dryblas o świńskich oczkach, schowanych za niemodnymi oprawkami okularów. Jeden kącik jego ust wyraźnie opadał, powodując, że delikatny uśmiech urzędnika przywodził na myśl krzywą poparcia dla obecnej władzy.

Oczywiście według najnowszych, niezależnych badań.

– Dzień dobry, proszę pana. Nazywam się Tomasz Świnka i mam do spłacenia kredyt, jednak aktualnie nie mam pieniędzy… – zaczął dłużnik, ale jego perora została brutalnie przerwana, kiedy na skinienie urzędasa jeden z ochroniarzy złapał go od tyłu i wykręcił mu ręce.

– Panie Świnka – odezwał się urzędnik. – Termin spłaty jest dzisiaj i nic tego nie zmieni. My nie żartujemy. Jeśli nie ma pan przy sobie gotówki, będę musiał udzielić panu lekcji. A że jestem fanem zdalnego nauczania, lekcji udzielę panu rękami Czarka.

Drugi ochroniarz wsadził ręce w kieszenie. Gdy je wyciągnął, na zaciśniętych pięściach zalśniły kastety opatrzone łacińskimi słowami – na lewym “fides”, na prawym “rapio”. Spanikowany Tomek próbował się szarpać, ale kanciastogłowy osiłek trzymał go mocniej, niż minister trzyma się stołka.

Panika wygrała. Mózg Tomka zafiksował się na bólu, jaki go czeka, a aparat mowy ogłosił autonomię, postanawiając gadać co mu ślina na język przyniesie.

– Jem pieniądze! To nie moja wina, że…  

– W jajca – zakomenderował urzędnik.

Pierwszy cios poszedł w krocze, ale na szczęście nie wyrządził Tomkowi wielkiej krzywdy, bowiem jądra nadal nie wróciły z wczorajszej wycieczki krajoznawczej.

Albo brzuchoznawczej, jeśli kto woli.

– To kundlew! Wszystko przez pomarańczowego kundlewa!

Drugi cios spadł na korpus. Tomek sapnął jak przedziurawiony materac, kiedy uderzenie wycisnęło mu powietrze z płuc.

– Z nami się nie zadziera, panie Świnka. A długi się spłaca. Gdybyśmy tego nie robili, to czym byśmy byli? – zapytał zadowolony z przebiegu lekcji urzędnik. – Zwierzętami. Oto czym. Ale jesteśmy ludźmi. A ludzie powinni się liczyć z tym, że jeśli pożyczą kasę, to zgłosi się ktoś, z kim trzeba będzie się policzyć.

– Zwrócę! Zwrócę wam te pieniądze, choćby zaraz! – zapewniał Tomek.

– Trzymaj go mocno, Przemysław. Czarek, edukacyjna seria ciosów. Raz, raz. Za prezesa.

Kolejne dwa uderzenia poszły w brzuch. Oczy zaszły łzami, a nieprzyjemne uczucie cofania się treści żołądka wstrząsnęło Tomkiem, który otworzył usta i rzygnął prosto w twarz obijającego go osiłka. Kolejna torsja wyrzuciła zawartość trzewi na siedzącego za biurkiem urzędnika. Oberwał też trzymający go Przemysław, po tym jak zluzował chwyt, a wstrząsany konwulsjami, sponiewierany dłużnik wyrwał się i obrócił, obrzygując jego czarny mundur.

Przez łzy Tomek zobaczył, że to czym wymiotował, nie było sokami żołądkowymi i resztkami niestrawionej żywności. Rzygał pieniędzmi. Dwusetkami, setkami, dyszkami, piątakami, złociszami i grosikami. Trójka pozostałych mężczyzn była równie zaskoczona, patrząc na człowieka, z którego ust przed momentem tryskały fontanny mamony.

Tomek przetarł oczy rękawem i uświadomił sobie, że to co wyrzygał, musi być tym, co do tej pory zjadł. Nie strawił tych pieniędzy, one były cały czas w jego żołądku.

Klątwa pomarańczowego kundlewa zamieniła go w pieprzoną skarbonkę.

Patykowaty urzędnik już miał coś powiedzieć, może dać rozkaz swoim ludziom, aby kontynuowali maltretowanie Tomka, jednak dziwna rzecz nagle zaczęła się dziać z jego ciałem. Mężczyzna kurczył się, zmieniał i obrastał włosami. To samo działo się z dwójką ochroniarzy.

Po kilku chwilach, zamiast trójki ludzi, z Tomkiem w pomieszczeniu znajdowały się trzy małpy.

Ta, siedząca za biurkiem, która jeszcze przed chwilą była urzędnikiem, złapała leżący na blacie pięciusetzłotowy banknot i spróbowała wcisnąć go sobie do tyłka. Z kolei przekształceni ochroniarze radośnie defekowali pod ścianami, biorąc w łapy własne odchody i mażąc nimi po ścianach.

Tomek wycofał się rakiem w kierunku wyjścia, nie spuszczając z oczu byłego urzędnika. Ten jednak nie wykazywał najmniejszego choćby zainteresowania jego osobą. Mężczyzna dopadł klamki i otworzył drzwi. Schylił się jeszcze, by zebrać  z podłogi kilka drobniaków, które upadły aż tutaj, po czym zwrócił się do małpy, z uporem maniaka wduszającej raz po raz symbol plusa na klawiaturze laptopa:

– W zasadzie to zwróciłem pieniądze, prawda?

Małpa konsekwentnie nie reagowała. Jednak zeskoczyła z biurka, podeszła do pozostałej dwójki naczelnych, zebrała nieco walającego się po podłodze gówna i z entuzjazmem przystąpiła do procesu twórczego, którego efekty pokrywały już prawie całą ścianę.

– To ja już pójdę.

Kiedy Tomek zamykał drzwi, zauważył, że fekalne bohomazy przypominają ciągi liter, które układały się w słowa rządowego rozporządzenia o ograniczeniu handlu, ale nie do końca był tego pewien. Przez chwilę martwił się jeszcze, co ma teraz zrobić. Czy ktoś będzie go dalej nagabywał o spłatę długu i przyjdzie się z nim policzyć?

A potem przypomniał sobie słowa pomarańczowego kundlewa. Liczą się ludzie.

Błędnie przekonany o ich właściwej interpretacji, z uśmiechem na ustach pokuśtykał do swej wiernej Multipli.

Koniec

Komentarze

Outta, w końcu! Jutro przeczytam i wrócę z komentarzem, słowo wikinga ;)

Cie­ka­we :> I pierw­sze bi­zar­ro, gra­tu­lu­ję, mam wra­że­nie, że wszy­scy się cy­ka­ją za­cząć ;)

 

Teraz jakby to, bo hm, mio­tam się tro­chę, więc na po­czą­tek po­wiem tak: cze­kam na tek­sty z kon­kur­su, bo mnie to bi­zar­ro za­in­try­go­wa­ło. Nie, nie fe­ka­lia­mi czy in­ny­mi ob­le­śno­ścia­mi, tylko wła­śnie tą “dziw­no­ścią”. Gu­gla­łam co nieco, żeby do­wie­dzieć się czym niby jest bi­zar­ro i bar­dzo po­do­ba mi się nie­ja­sność i brak kon­kret­nych de­fi­ni­cji ga­tun­ku. Wy­znacz­ni­kiem, czymś czego szu­kam w tych tek­stach, jest absurd, wła­śnie ta “dziw­ność” i cie­ka­wi mnie, jak każdy to ro­zu­mie. Nie wiem skąd u nas wziął się trend, że musi być ob­le­śnie, ale może fak­tycz­nie jest tego dużo w bi­zar­ro­wych tek­stach, ja do­pie­ro się za­po­zna­ję z te­ma­tem. 

 

Prze­cho­dząc do kon­kre­tu: 

Dziw­ność u Cie­bie nawet mi sia­dła. Mam na myśli sa­me­go kun­dle­wa, pro­te­za z kości sło­nio­wej i żar­cie pie­nię­dzy, to był fajny po­mysł. I moż­li­we dzię­ki temu smacz­ki ję­zy­ko­we były po­my­sło­we, czyli “zwra­ca­nie” oraz “pewne rze­czy nie śmier­dzą”. To mi się po­do­ba­ło :)

Widzę też dziw­ność na dru­gim po­zio­mie, czyli ję­zy­ko­wym. Po­rów­na­nia dzi­wacz­ne, po­krę­co­ne sko­ja­rze­nia czy prze­kom­bi­no­wa­ne zda­nia – nie było to coś do końca mo­je­go, ale do­ce­niam taki za­bieg, bo fak­tycz­nie przez to tekst jest gęst­szy. Na pewno w sło­wach jest bo­ga­to i ko­lo­ro­wo.

W kilku miej­scach humor mi spasował i po­rów­na­nia były za­baw­ne, ale były też frag­men­ty imo wy­mę­czo­ne (te edyt­ki i ma­ryl­ki, 365 twarzy biskupa) i rzeczy wy­ci­śnię­te na siłę, żeby właśnie ubizarrowić ;) Nie obrzydziło mnie, ani zszokowało, spodziewam się w tym konkursie i mocniejszych opisów, i spoko, niech będą, tylko tu trochę nie widziałam czemu to służy. Np. pusty pierd z początku pasował do sceny (charakter postaci, wydarzenia, które się dzieją, go stresują itd.), a akcja z trupem nie buduje mi grozy, nastroju, ani nie bawi. No ale humor jest wy­bit­nie spe­cy­ficz­ną rze­czą, więc to, co mnie nie prze­ko­nu­je, dla in­nych może być śmiesz­ne. Tak samo jak nie każdy bę­dzie się śmiał z Mul­ti­pli, czy my­śli­we­go, który *znowu* po­my­lił coś z dzi­kiem, a ja ow­szem :,) 

 

I jedno małe coś wy­ła­pa­łam: 

 

– No, po­wie­dział gło­sem Kon­ra­da Mar­ko­ta, tego ak­to­ra: „Liczą się lu­dzie”. A potem uciekł w krza­ki. – Marek urwał i spró­bo­wał wy­czy­tać co­kol­wiek z za­sty­głej maski nie­do­wie­rza­nia, jaką była twarz jego żony.

 

… ja wiem że to bi­zar­ro, ale chyba miał być Tomek, c’nie? Chyba, że to Marek z So­lu­sa uciekł i wsko­czył tu ;) 

 

Tyle! Dzię­ki i po­wo­dze­nia w kon­kur­sie! :)

 

Bawiłam się świetnie, przyznam.

Dobrze ci wyszedł przegięty absurd, groteskowość i ogranie cielesności, pojechanie po bandzie z pomysłami (przejadanie pieniędzy!) i zderzenie tego wszystkiego z bohaterką-małżonką, jakby przeniesioną z dowcipu o strasznej przyziemnej żonie i mężu-safandule. Te pomysły działają także dlatego, że wspiera je ton sarkastycznej, trzecioosobowej, wszechwiedzącej narracji, z narratorem patrzącym na bohatera mocno z góry :)

Nie wszystkie żarty zagrały (te aktualne i odnoszące się do tego, co tu i teraz, za szybko IMHO się zestarzeją), ale generalnie tekst podobał mi się i jako przykład konwencji bizarro, i jako naprawdę – no nie wiem, czy to szczególnie dobre w tym kontekście słowo, ale “przyjemna” – lektura.

Muszę przyznać że o takie bizarro właśnie mi chodziło :)

Przeczytane.

Na początek jakieś tam drobne uwagi:

Obrazu intruza dopełniały czarna aktówka, cień uśmiechu na wąskich ustach i krawat w kaczuszki – zupełnie niepasujący do stylizacji, o czym Tomek wiedział dzięki małżonce, zmuszającej go do wspólnego oglądania programu modowego, prowadzonego przez knypka o aparycji zniewieściałego chłopca okrętowego i kobietę o linii szczęki bardziej wyrazistej, niż u byłego gubernatora Kalifornii.

 

Chłopie, dej że trochę ochłonąć! Nie dość, że zdanie samo w sobie jest dłuuugie, to jeszcze walisz do niego tyle informacji, że hej! Co najmniej w kilku innych miejscach potknąłem się na zbyt długich zdaniach – ale tych nie wymieniam, gdyż to mogły być tylko moje osobiste odczucia. Jestem bowiem zwolennikiem częstego stawiania kropek. To jedno jednak przytoczyć musiałem :)

 

– Weronisu, nie! – Błagalny skowyt ledwo… 

Nie zrobiłeś tu literówki? Bo dopiero potem Tomek sepleni, jak ma pieniądze w gębie, a teraz raczej zdrobniale powinien, typu: Weronisiu. 

 

A teraz już będę chwalił!!!

Muszę się przyznać, że w 9/10 przypadków trafiałeś w moje poczucie humoru i uśmiechałem się przy lekturze wyjątkowo często. Uprzyjemniłeś mi poranek jak trza. Jeśli chodzi o te językowe dziwaczności, o których Koi wspomniała, ja z kolei odbieram na plus te wszystkie porównania i opisy, zwłaszcza podczas dialogów. W ogóle mam wrażenie, że w porównaniu do jakiegoś tam Twojego tekstu, który kiedyś czytałem, językowo i stylowo wszedłeś na wyższy lvl. 

A więc, drogi Panie, dobry, zabawny kawał roboty. Będzie klik ode mnie. 

Pa :*

 

 

Cześć Outta:-)

co to była za przyjemna beta:-)

powtórzę co nieco. Jest absurd, jest groteska, jest dziwnie i fekalnie. 

Bardzo fajny pomysł i realizacja hasła konkursowego.

Świetne odniesienia do kultury masowej, ale to u Ciebie normalne, podobnie było w tekstach o Lucyferze, widać, że przychodzi Ci to z łatwością, nie są wplatane na siłę.

Na ogromny plus motyw z jądrami i ich wycieczką krajoznawczą:-) 

Polecam do biblioteki, pozdrawiam

powodzenia w konkursie:-)

 

W zasadzie to zwróciłem pieniądze

fingerguns.png

 

Fajne, niedorzeczne, napisane lekkim piórem. Dobrze się bawiłem.

Kilka żartów bardzo sprytnych, jak imię bohatera. Z drugiej strony czasem za bardzo doisz dowcipy, nie pozwalając im solidnie wybrzmieć, np. z nekrofilem czy wycieczką brzuchoznawczą.

Liczyłem, że kundlew zagra jakąś istotną rolę w finale, a w zamian dostałem małpy, które równie dobrze mogły być czymkolwiek innym z punktu widzenia ciągłości historii. No ale to bizarro, brak kompozycji jest kompozycją samą w sobie.

Swoją drogą, czy biernik od “kundlew” to na pewno “kundlewa”? Może “kundlwa”? Albo “kundelwa”?

Hail Discordia

Cześć Outta,

 

Zostałem powalony częstotliwością żartów w tekście, ale niektóre był naprawdę udane. Może nawet większość. Dobrze że opko nie za długie, bo by mnie chyba zemdliło na tej karuzeli śmiechu ;) A tak na poważnie – styl i język oceniam na duży plus z plusem.

Tutaj lekkie powtórzenie:

problemami jakiegoś truposza.

Skierował się pod interesujący go adres. Przeszklone drzwi wejściowe były zamknięte, Tomek nacisnął więc guzik dzwonka. Ze środka dobiegła do niego przytłumiona melodia przeboju jakiegoś

Sam pomysł na gastronomiczne kwoty również interesujący.

 

Pozdrawiam!

Nie przepadam za bizarro, ale Twój bardzo dobrze mi się czytało. Chyba przede wszystkim dlatego, że został bardzo dobrze napisany, zarówno jeśli chodzi o język jak i o styl :) Zdecydowanie na plus odbieram żarty słowne, nieraz się przy nich uśmiechnęłam. Absurd i groteska umiejętnie rozłożone.

Klikam bibliotekę i życzę powodzenia w konkursie :)

No, dobra. Bizarro czytałam do tej pory tylko raz i mnie potężnie odrzuciło, ale postanowiłam spróbować raz jeszcze. A że sam się wystawiłeś na strzał, publikując jako pierwszy… ;)

Przyznam, że właściwie lektura poszła mi całkiem gładko. Różnorakie obrzydliwości nie przekroczyły akceptowalnego dla mnie poziomu, znaczy, nie było źle. A że całość napisana jest bardzo swobodnie i z pazurem, a różnorakich żartów nie skąpiłeś, mogę powiedzieć, że nawet całkiem nieźle się bawiłam. Podobał mi się bardzo pomysł ze świnką-skarbonką. ;) I chociaż zgodzę się z ninedin, że sporo tu dowcipów, które się prędko przeterminują, to całość bardzo na plus.

– Ja myślałam, że ty masz jakiś mały problem, ale wychodzi na to… – zaczęła podejrzanie spokojnie, lecz dokończyła z furią w głosie. – …że ty jesteś po prostu jebnięty!

Piękne :D

Na bizzaro totalnie się nie znam, ale chyba dobrze pasuje do gatunku. No i nie powiem, że wszystko zrozumiałam, ale myślę, że wystarczająco wiele.

Znaczy, podobało mi się. O dziwo ;) Tak że tego, wybieram się kliknąć w odpowiednim miejscu.

Oj, działo się tu sporo rzeczy, ale wyszło Ci to bardzo dobrze. Jest dziwnie, ale nie przytłaczająco. Absurd jest stonowany i logiczny – jakkolwiek to brzmi. Nazwa kundlew mnie ciekawiła, jak zobaczyłem to w betaliście, nawet się nie domyśliłem, że chodzi o coś takiego :D

Ciekawie wykorzystałeś hasło konkursu, ja bym na to nie wpadł. Podobają mi się też te nawiązania do teorii spiskowych, seriali i ’’gwiazd’’ polskiej sceny. Większość żartów trafiła ;)

Czytało się płynnie, z uśmiechem na twarzy. Gratuluję!

Mężczyzna kurczył się, zmieniał i obrastał włosami. To samo działo się z dwójką ochroniarzy.

Po kilku chwilach, zamiast trójki ludzi, z Tomkiem w pomieszczeniu znajdowały się trzy małpy.

Ta, siedząca za biurkiem, która jeszcze przed chwilą była urzędnikiem, złapała leżący na blacie pięciusetzłotowy banknot i spróbowała wcisnąć go sobie do tyłka.

well that escalated quickly :D

 

Nie zgłaszam do klikania, bo widzę, że już Ci wejdzie ;)

 

Pozdrawiam i trzymam kciuki w konkursie!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Yo!

 

Kurczę, skłamałbym, gdybym napisał, że nie spodziewałem się takiego odzewu ;) Ale oczywiście nie dlatego, że to moje, ale dlatego, że to pierwsze opko, które wpadło na konkurs bizarro i podejrzewałem, że wielu z Was będzie ciekawych, co też się wysmażyło w tym otwierającym tekście. Żałuj, Realuc, bo to mogłeś być Ty ;)

Wierzcie lub nie, ale z bizarro po raz pierwszy spotkałem się tutaj, czytając szorty fanthomasa. I nie byłem pewien, czy kumam o co kaman. Pisałem, nie wiedząc, czy piszę bizarro. Niedawno na krzykpudle prosiłem o jakąś wykładnię i Olciatka podesłała mi kilka linków. Przestudiowałem trochu po łebkach, ale nadal nie byłem pewien czy to już jest to, czy coś innego, więc przed publikacją poprosiłem wspomnianą Olciatkę, żeby mi powiedziała co ewentualnie robię źle. Potem zaprosiłem krara, bo on też czuje ten klimat, co można stwierdzić po przeczytaniu jego tekstu na RAPort mniejszości. Powiedzieli, że bizarro no i poszło :) Dzięki raz jeszcze za pomoc, skarbeńki ;)

 

A teraz po kolei.

 

@Koi

I możliwe dzięki temu smaczki językowe były pomysłowe, czyli “zwracanie” oraz “pewne rzeczy nie śmierdzą”. To mi się podobało :)

To drugie jest w pewnym, przewrotnym, sensie zasługą Olciatki ;)

 

Widzę też dziwność na drugim poziomie, czyli językowym. Porównania dziwaczne, pokręcone skojarzenia czy przekombinowane zdania – nie było to coś do końca mojego, ale doceniam taki zabieg, bo faktycznie przez to tekst jest gęstszy.

Nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy, że dostrzegasz dziwność w tych długich, przekombinowanych zdaniach. W pewnym momencie stwierdziłem, że jeśli to nawet nie zostanie ocenione jako bizarro, to niech przynajmniej to będzie bizzaro dla mnie :) Fajnie, że zagrało i da się to zauważyć.

 

były też fragmenty imo wymęczone (te edytki i marylki, 365 twarzy biskupa) i rzeczy wyciśnięte na siłę, żeby właśnie ubizarrowić ;)

Ubizarrowienie odbyło się na zasadzie tych wszystkich fekalno rzygalnych wtrętów. Te zdrobnienia dodałem celowo (a jakże!), aby stanęły w opozycji do złości Weroniki i sprawiły, że tekst stanie się bardziej groteskowy. Z kolei te 365 twarzy, wcześniej nie należało do arcybiskupa. Było o wiele grubiej, ale uznałem, że jednak zbyt niesmacznie, więc ugrzeczniłem.

 

a akcja z trupem nie buduje mi grozy, nastroju, ani nie bawi.

Ubizzarowienie, zniesmaczenie itepe. To po prostu kolejny żart, który mi się skleił na poziomie zabawy językiem (ostatnie namaszczenie – solidne nawilżenie, obrzęd – obrzęk) i dlatego tutaj trafił. Fakt, od czapy, ale ja uznaję go za zabawny na jakimś levelu.

 

… ja wiem że to bizarro, ale chyba miał być Tomek, c’nie? Chyba, że to Marek z Solusa uciekł i wskoczył tu ;) 

Dzięki, już poprawione. Ale to nie Marek z Solusa, ale fakt, że chwilę wcześniej mamy Marka Kondr… tfu, psiakrew… Konrada Markota ;)

 

@ninedin

bohaterką-małżonką, jakby przeniesioną z dowcipu o strasznej przyziemnej żonie i mężu-safandule.

Dowcipu chyba nie znam. Chciałem, żeby Marek był taki, hmm, jak to się mówi u mnie, na ślonsku “dupa w kraglu” :) A żona to dominująca kobita. Znów kontrast. Cały ich dialog to amplituda wkurzenia i spokoju.

 

Te pomysły działają także dlatego, że wspiera je ton sarkastycznej, trzecioosobowej, wszechwiedzącej narracji, z narratorem patrzącym na bohatera mocno z góry :)

Już raz spróbowałem w ten sposób, ale nie wyszło tak charakterystycznie, ponieważ w pewnym momencie gdzieś tę konwencję zgubiłem. Nomen omen w niedawno przez Ciebie skomentowanym “Cindrellpunku”.

To, że niektóre żarty szybko się zestarzeją miałem na uwadze. Ale zamiast jednych ustaw wejdą inne, zamiast podśmiechujek z Multipli będa z innego samochodu, zamiast badziewi spod pióra panie E. L. James pojawi się badziewie innej pisarki. Tekst jest podatny na modelowanie w tych fragmentach, więc jeśli kiedyś coś, to kosmetyka wymieszana ze zgryźliwością da radę go zaktualizować :)

 

@Fanthomas

 

Kamień z serca, że i juror uznał to za bizarro. Jak się kundlew oszczeni to dam Ci jednego ;) I nie w ramach jakiejś łapówki, żeby nie było :D

 

@Realuc

 

Chłopie, dej że trochę ochłonąć! Nie dość, że zdanie samo w sobie jest dłuuugie, to jeszcze walisz do niego tyle informacji, że hej!

Jak bizarro, to bizarro, pod każdym względem ;) A tak serio, to mam tego świadomość. Zresztą, krar mi to wytknął już na becie, ale pozwoliłem się nie zastosować do jego, skądinąd słusznej, rady. Aha, to zdanie było dłuższe i bardziej pokręcone, tyle, że je skróciłem. Trochę.

 

Nie zrobiłeś tu literówki?

Zaraz poprawię. Dzięki, mon.

 

Muszę się przyznać, że w 9/10 przypadków trafiałeś w moje poczucie humoru i uśmiechałem się przy lekturze wyjątkowo często.

Dobrze, że nie w 9/11 przypadków, bo musiałbym jeszcze Osamę tam gdzieś wcisnąć :P

 

W ogóle mam wrażenie, że w porównaniu do jakiegoś tam Twojego tekstu, który kiedyś czytałem, językowo i stylowo wszedłeś na wyższy lvl. 

Bardzo się z tego cieszę, skoro inni użytkownicy widzą jakiś progres w moim pisaniu. To w sumie zasługa Was wszystkich, bo każda rada, sugestia i nauka są brane na serio i staram się. Inna sprawa, że kilka osób mi już pisało, że teksty humorystyczne wychodzą mi najbardziej naturalnie i chyba coś w tym jest, skoro te humorystyczne spotykają się z najlepszym odbiorem.

 

@Olciatka

 

Dzięki, grl. Kilka motywów z tego opowiadania to zasługa Twoja oraz krara :)

 

@japkiewicz

Z drugiej strony czasem za bardzo doisz dowcipy, nie pozwalając im solidnie wybrzmieć, np. z nekrofilem czy wycieczką brzuchoznawczą.

Zapamiętam na przyszłość. Tutaj jednak i ten zabieg był celowy, ponieważ chciałem, żeby narrator opisywał wydarzenia od siebie, w sposób sarkastyczny i złośliwy. Stąd ta wycieczka brzuchoznawcza. A motyw z nekrofilią został rozbudowany na potrzeby ubizarrowienia i pisałem o tym już wyżej :)

 

Liczyłem, że kundlew zagra jakąś istotną rolę w finale, a w zamian dostałem małpy, które równie dobrze mogły być czymkolwiek innym z punktu widzenia ciągłości historii.

To też był jeden z zarzutów z bety, ale kundlew jest tutaj potraktowany jak Nessy albo Yeti. A co do małp, to mają sens i na głębszym poziomie szydery sklejają się z fabułą. Inne zwierzęta nie do końca pasowałyby (choć jest kilka gatunków, które mogłyby ewentualnie być zastępstwem). Zarzekałem się jednak, że nie będę wyjaśniał zbyt szczegółowo zamysłu leżącego u podstaw i nie zrobię wyjątku :)

 

Swoją drogą, czy biernik od “kundlew” to na pewno “kundlewa”? Może “kundlwa”? Albo “kundelwa”?

A wiesz, że nie zastanawiałem się nad tym. To jakoś tak naturalnie weszło. Kundlew nie istnieje, więc załóżmy, że biernik od nieistniejącej bestyji to “kundlewa”. Tak z rosyjska brzmi nieco, nie? :)

 

@Helmut

 

Zostałem powalony częstotliwością żartów w tekście, ale niektóre był naprawdę udane.

Dopiero po Twoim komentarzu przeskanowałem tekst pod tym katem i rzeczywiście gęsto tego natłukłem. Może nawet za gęsto. W przyszłości postaram się zachować większy umiar. I dzięki za wyłapanie powtórzenia. Zaraz poprawię :)

 

@katia

 

Zdecydowanie na plus odbieram żarty słowne, nieraz się przy nich uśmiechnęłam. Absurd i groteska umiejętnie rozłożone.

Co człowiek to opinia, heh. Cieszę się bardzo z tak pozytywnego przyjęcia :)

 

@Silva

 

Różnorakie obrzydliwości nie przekroczyły akceptowalnego dla mnie poziomu

 

Chyba mamy podobny poziom akceptacji dla obrzydliwości, bo dałem ich tyle, żeby nie były obrzydliwe dla mnie.

 

Podobał mi się bardzo pomysł ze świnką-skarbonką. ;)

W ostatniej chwili zmieniłem nazwisko Tomka, żeby pasował mi do koncepcji skarbonki :) Fajnie, że spontaniczny pomysł zdobył Twoje uznanie, yay!

 

No i nie powiem, że wszystko zrozumiałam, ale myślę, że wystarczająco wiele.

Tam jest tego sporo, ale chyba bardziej pewne motywy dla siebie wrzuciłem, bo nie spodziewam się aż takiego poziomu wejścia w moje buty, żeby je wyłapać :)

 

@Daniel

 

Podobają mi się też te nawiązania do teorii spiskowych, seriali i ’’gwiazd’’ polskiej sceny.

Powbijałem w tym opowiadaniu więcej szpilek, niż igieł wbili w siebie Maradonna i Whitney Houston razem wzięci :)

Wrzucaj swoje, Danielu, bo im więcej nas będzie tym weselej :)

 

Dziękuję Wam wszystkim za czas, jaki poświęciliście na przeczytanie opowiadania i pozostawienie po sobie komentarzy, klików i polecajek. Nawet kundlew się wzruszył takim silnym odzewem.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Cześć Outta!

Widzę, że kundlew już grasuje i podbija serca czytelników. Moja opinie znasz z bety, nie będę się powtarzał. Do bety już nie wróciłem, bo życie dopadło i ślęczę w nadgodzinach. Lekkie, śmieszne i życiowy problem porusza.

Pozdrawiam i klikam bibliotekę. A, no i powodzenia w konkursie, więc w sumie 3P dla Ciebie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Olciatka wychodzi na speca od bizarro i dobrze, bo chyba to lubi (że gatunek, nie zawartą w nim bizarrowość :D) czekam na jej tekst :) 

 

Nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy, że dostrzegasz dziwność w tych długich, przekombinowanych zdaniach. (…) Fajnie, że zagrało i da się to zauważyć.

→ cała przyjemność po mojej stronie, fajnie, że “tak miało być”, lubię jak na efekt tekstu pracują nie tylko same znaczenia słów, ale i ich odpowiedni zapis, połączenia, brzmienia, rytm, celowe rymy czy aliterowanie itd. 

 

Ubizzarowienie, zniesmaczenie itepe.

→ ok, choć mi się to może nie podobać czy nie bawić momentami, ale kupuje to jako elementy charakterystyczne dla gatunku; tym bardziej, że patrząc po komentarzach: tak ma być w bizarro, więc jest ok.

Siema.

 

Fajnie, że wpadłeś krar, pomimo braku czasu.Dzięki raz jeszcze za wyskrobanie kilku chwil na wspomożenie mnie w boju z bizarro :)

 

@Koi

 

Co ja się będę kłócił z komentarzami ludzi lepiej ode mnie rozeznanych w gatunku :D Jak piszą, że to bizarro i te elementy pasują, to mnie pozostaje się jedynie cieszyć, że zmieściłem się w ramach gatunku.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Outta,

Dzięki raz jeszcze za pomoc, skarbeńki ;)

Nie musieliśmy Ci jakoś bardzo pomagać, skarbeńku:-) Pierwotna wersja też była bardzo dobra:-)

 

Koi,

Olciatka wychodzi na speca od bizarro i dobrze, bo chyba to lubi (że gatunek, nie zawartą w nim bizarrowość :D) czekam na jej tekst :) 

Nie, nie, nie! Żaden spec ze mnie. To fanthomas jest specem. Poza tym, co innego teoria, a co innego praktyka:-)

Outta Sewer Jajeczne opowiadanie :) Od samego początku ciekawe, po prostu chce się czytać dalej by dowiedzieć się co się wydarzy. No i wielka wyobraźnia!!!

 

Pozdrawiam Serdecznie :)))

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

Przeczytałem tekst z wielką przyjemnością i mam poczucie satysfakcji po lekturze ;) Kilka razy parsknąłem szczerym śmiechem. Absurdalna, fajna historia, opisana w gładki sposób. 

Przyszło mi na myśl, że Weronika powinna nazywać się Mariolka :P Imię świetnie pasowałoby do stereotypowej wręcz kobiety z silnym charakterem, ale zmęczonej życiem i nieodpowiedzialnym facetem. 

Naprawdę fajowska opowieść! :-) Absurdalna. Humor mi podpasował, zdania są zabawne, słowa i frazy ładnie konweniują z sytuacją, jednocześnie ujawniając znaczenia z innych poziomów. Kundlew jest dla mnie hitem, podobnie jak mały problem bohatera i jego rozwiązanie. 

 

Aby nie było tak dobrze, należą się źdźbła marudzenia. Pierwsza słomka jest bez znaczenia, bo dotyczy mojej preferencji i dzikiej ciekawości dotyczącej kundlwa, gdzie się podziewa i dlaczego nie ma go więcej, lecz przecież nie o nim, pomarańczowym zwierzaku miała być ta historia, więć narzekactwo nieistotne. :-)

Drugie źdźbło poważne, gdyż chodzi o powtórzenia „gagów”. Szczególnie silnie wybijają z tekstu w czasie rozmowy z charakterną niewiastą, w mniejszym stopniu z mafiosami, ale też. Gdyby nie te powtórzenia pod kątem, których trzeba byłoby przejrzeć tekst, nominowałabym do piórka, ponieważ choć to inny rodzaj tekstu, jest naprawdę dobry w swojej kategorii, tryskający pomysłami z ciekawie poprowadzoną fabułą. Szkoda tylko, że tych skojarzeń „napchałeś” tak wiele, ale coś czuję, że dobrze się przy tym bawiłeś. xd

Zachęciłeś mnie, aby też spróbować. ;-)

Do biblio nie skarżę, bo czeka tam dużo  klików, więcej  niż opowiadaniu potrzeba do biblio.

 

Z drobiazgów:

W każdym razie, Tomek miał ochotę wygarnąć komuś (+,) co o nim sądzi. 

Obrazu intruza dopełniały czarna aktówka, cień uśmiechu na wąskich ustach i krawat w kaczuszki – zupełnie niepasujący do stylizacji, o czym Tomek wiedział dzięki małżonce, zmuszającej go do wspólnego oglądania programu modowego, prowadzonego przez knypka o aparycji zniewieściałego chłopca okrętowego i kobietę o linii szczęki bardziej wyrazistej,(-,) niż u byłego gubernatora Kalifornii.

Bez przecinka, gdyż „niż” nie wprowadza zdania podrzędnego.

Wysunął się więc na zewnątrz,  zamknął za sobą drzwi i zaczął się tłumaczyć przyciszonym głosem,(-,) jak miejscowy wikariusz, stojący incognito przed panią bibliotekarką i wyjaśniający dlaczego spóźnił się ze zwrotem “Trzystu sześćdziesięciu pięciu twarzy arcybiskupa”:

W głowie Tomka kołatała się jedna tylko myśl, pulsując pierwotnym strachem, znanym wyłącznie rzuconym na żer drapieżników ofiarom: ten huk na pewno obudził Weronikę.

Gdybym miała być bardzo czepliwa :p, rozważyłabym czasami usunięcie „tylko, już nawet”, ale ostrożnie, aby nie stracić potoczystości.

Emememsy,(-,) czy inne hiphopowce nadałyby mu tytuł boga rapu.

Tomek wiedział(+,) co to oznacza. 

– Ale po tygodniu, kiedy rozdzielałem sobie po dziesięć złotych na dzień, 

Może „wydzielalem”?

Uniesiony do ciosu tłuczek rzucał refleksy (+ od) sypiących się z oczu Weroniki iskier gniewu.

Tu coś się sypie. Może dodać „od”, chociaż nie wiem, gdyż coś rzuca refleksy na coś, np. Oświetlone okno na chodnik, twarz idących po nim dziewczyny, chłopaka, dziecka, a tu mamy konstrukcję niejako podwójne – metaforyczne/symboliczne refleksy zasilane gniewem Werusi. :-)

Tomek nie miał wyboru. Spotkanie z wiecznością, (+,) albo prezentacja.

– Wracam do mamy, a ty rób(+,) co chcesz. 

Żryj pieniądze, szukaj kundlewów(+,) czy co tam innego lubisz robić.

Przecinek, bo „czy” wprowadza zdanie podrzędne.

Bardziej,(-,) niż z jakimś religijnym obrzędem czy ostatnim namaszczeniem kojarzyły się z obrzękiem i solidnym nawilżeniem, 

Brak przecinka przed „niż”, chyba że potraktujemy jako wtrącenie (pasowałoby), wtedy zamykamy też przecinkiem za „namaszczeniem”. 

srd :-) 

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Był tu taki jeden co pisał bizarro, kiedyś natknąłem się na jego twórczość, Fasoletti. Ten to potrafił pisać cuda. Póki nie przeczytałem jego opowiastek nie wiedziałem co to obrzydzic sobie obiad;) 

 

Twoje opko jest zabawne. I chyba tyle mógłbym o nim powiedzieć. Nie umiem pisać długich recenzji, wyłuskiwać błędów i chwalić stylu. Ocenię jak samego siebie. Dobrze się czytało, ale drukiem bym tego nie wydał. 

Jedna nieścisłość, której się dopatrzyłem to ta: 

"Panie Świnka – odezwał się urzędnik. – Termin spłaty jest dzisiaj i nic tego nie zmieni. My nie żartujemy" 

Skoro termin spłaty upływa dzisiaj, to właściciele długu mogą sklepać bohaterowi mordę dopiero jutro ;) 

Bardzo zgrabnie napisane, czytało się szybko i przyjemnie – co tym bardziej dla mnie istotne, że ostatnio mój deficyt czasu się jeszcze pogłębił. Zauważyłem, że inni komentujący wytknęli między innymi zbytnią współczesność utworu… ale ja po prawdzie nie mam tego za wadę. Cóż z tego? Każdy tekst jest znakiem jakiegoś czasu – nikt nie musi od razu Iliady pisać, a i w Iliadzie jest pewnie pełno odniesień do współczesnej piszącemu polityki, których nie rozumiemy ;-) Podobają mi się neologizmy i ogólnie słowotwórstwo. Słowem – bardzo fajny tekścik, budzący uśmiech na twarzy.

entropia nigdy nie maleje

Miły w odbiorze absurd, fekalia też się załapały. Tekst wesoły, z wycieczkami jaj. Fajna zabawa słowem.

Jednak nie podzielę zachwytów, że technicznie bardzo dobrze, bo jedno mi mocno zgrzytnęło:

kiedy wracając późnym wieczorem z pracy, na jezdnię przed jego sportowego Matiza wbiegł słoń.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to słoń wracał z pracy.

Weronika sapnęła i powściągnęła się od zamiaru zdzielenia

A tu już nie jestem pewna, ale IMO albo powściągnęła zamiar, albo powstrzymała się od zdzielenia.

Babska logika rządzi!

Hej.

 

@dawid

 

Cieszę się, że i Ty wpadłeś z wizytą. Może też weźmiesz udział w konkursie?

 

@Amon

 

Przyszło mi na myśl, że Weronika powinna nazywać się Mariolka

Nie. Zdecydowanie nie, bo kojarzyłaby się z tą Mariolką z kabaretu Paranienormalni, którego wprost nie znoszę. Paranienormalni są nieśmieszni i dla polskiej sceny kabaretowej są tym, czym disco polo jest dla bardziej ambitnych gatunków muzycznych. Weronika musi zostać :)

 

@Asylum

 

Zawsze miło Cię widzieć u siebie. Oczywiście poprawki zostały wprowadzone według Twoich rad i sugestii.

 

Pierwsza słomka jest bez znaczenia, bo dotyczy mojej preferencji i dzikiej ciekawości dotyczącej kundlwa, gdzie się podziewa i dlaczego nie ma go więcej,

Więcej kundlewa (obstaję przy takiej odmianie tego słowa)? :) Czyli chcecie, żebym i tego bohatera(?) wrzucił do teczki “Postacie do wykorzystania w nieokreślonej przyszłości”? Niech będzie, przekonałaś mnie i kiedyś coś jeszcze z nim spróbuję napisać.

 

Drugie źdźbło poważne, gdyż chodzi o powtórzenia „gagów”.

Mogłabyś podrzucić przykład? Bo podejrzewam, że chodzi o to dojenie żartów, na które zwrócił już uwagę japkiewicz, ale wolałbym się upewnić.

 

Gdyby nie te powtórzenia pod kątem, których trzeba byłoby przejrzeć tekst, nominowałabym do piórka,

Nie, no. To nie jest chyba rodzaj tekstu, który miałby szanse. Prawdę mówiąc, to kiedy go skończyłem, byłem pełen obaw czy to choćby na bibliotekę zasługuje. Jednak siadło, z czego się cieszę. Na piórko przyjdzie, chyba, jeszcze czas.

 

Szkoda tylko, że tych skojarzeń „napchałeś” tak wiele, ale coś czuję, że dobrze się przy tym bawiłeś. xd

Bawiłem się świetnie :D I znów nauka dla mnie z Waszych komentarzy spływa: więcej umiaru. Zapamiętam sobie.

 

Zachęciłeś mnie, aby też spróbować. ;-)

Dajesz, Asylum. Trzymam kciuki :)

 

@Ed

 

Dobrze się czytało, ale drukiem bym tego nie wydał. 

Myślę, że w jakimś Takcie albo Hiperekspresie miałoby szansę ;)

 

Skoro termin spłaty upływa dzisiaj, to właściciele długu mogą sklepać bohaterowi mordę dopiero jutro ;) 

Rzeczywiście, jest tutaj pewna nieścisłość. Jednak ciemnie nam panujący większe nieścisłości w swoich rozporządzeniach nam serwują, więc i tym razem nie potrafili ogarnąć, że z obijaniem Tomka się nieco wyrychlili.

 

@Jim

 

Każdy tekst jest znakiem jakiegoś czasu – nikt nie musi od razu Iliady pisać, a i w Iliadzie jest pewnie pełno odniesień do współczesnej piszącemu polityki, których nie rozumiemy ;-)

Miejmy nadzieję jednak, że nikt nie będzie za kilkaset lat chciał się zagłębiać w to jakie znaki czasu zawarli w tekstach współcześni nam autorzy. Dla zdrowia psychicznego przyszłych pokoleń ;)

 

@Finkla

 

Jednak nie podzielę zachwytów, że technicznie bardzo dobrze, bo jedno mi mocno zgrzytnęło:

kiedy wracając późnym wieczorem z pracy, na jezdnię przed jego sportowego Matiza wbiegł słoń.

Jeśli usunę “jego” i dodam “Tomka” po “Matiza” będzie dobrze? Bo nie wiem, a chciałbym, żeby tekst technicznie nie zgrzytał tam, gdzie nie powinien.

 

A tu już nie jestem pewna, ale IMO albo powściągnęła zamiar, albo powstrzymała się od zdzielenia.

A ja z kolei nadal nie jestem pewien wszcześniejszej uwagi, natomiast tutaj jestem przekonany, że masz stuprocentową rację. Już poprawiam.

 

Dzięki wielkie za kolejne komentarze i uwagi oraz podzielenie się wrażeniami z lektury. To bardzo cenny feedback, który motywuje mnie do dalszych prób literackich.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Jeśli usunę “jego” i dodam “Tomka” po “Matiza” będzie dobrze?

Nie będzie dobrze. Podmiot musi być w obu częściach zdania taki sam. Popatrz na coś takiego:

Mając osiem lat, jego starsza siostra wyszła za mąż.

Jak to interpretujesz?

W tej chwili w Twoim zdaniu w jednej części podmiotem jest słoń (wybiegł przed maskę), a w drugiej… Tobie wydaje się, że Tomek, bo to on wracał z pracy, ale nie – podmiotem też jest słoń, bo i na inny nie ma w tej konstrukcji miejsca.

Jeśli nadal masz wątpliwości, to zamień miejscami obie części:

Jego starsza siostra wyszła za mąż, mając osiem lat.

I jak to wygląda?

A w prawidłowym zdaniu możesz dowolnie przestawiać części A i B, a wszystko nadal trzyma się kupy:

Idąc do sklepu, pogwizdywał wesoło.

Pogwizdywał wesoło, idąc do sklepu.

Babska logika rządzi!

Gwoli ścisłości, wypadek przydarzył się Tomkowi cztery lata wcześniej, kiedy wracając późnym wieczorem z pracy, na jezdnię przed jego sportowego Matiza wbiegł słoń.

Czyli tak jak powyżej powinno być?

Known some call is air am

Nie. Co właściwie zmieniłeś w podkreślonej części?

Gwoli ścisłości, wypadek przydarzył się Tomkowi cztery lata wcześniej, kiedy wracając późnym wieczorem z pracy, na jezdnię przed jego sportowego Matiza wbiegł słoń.

Podzielmy to zdanie na kawałki:

Gwoli ścisłości, wypadek przydarzył się Tomkowi cztery lata wcześniej (podmiot: wypadek), kiedy wracając późnym wieczorem z pracy (pomiot: ???), na jezdnię przed jego sportowego Matiza wbiegł słoń (podmiot: słoń).

Babska logika rządzi!

W podkreślonej nic :) Mój błąd. Wychodzi na to, że język polski skrywa przede mną jeszcze wiele tajemnic.

No to tak, bo się zaczynam gubić:

 

Gwoli ścisłości, Tomek uległ wypadkowi cztery lata wcześniej (podmiot: Tomek), kiedy wracając późnym wieczorem z pracy uderzył w słonia (Podmiot domyślny[kto wrcacając z pracy uderzył w słonia]: Tomek), który wybiegł przed maskę jego sportowego Matiza (podmiot domyślny[czyj był Matiz, przed maskę którego wybiegł słoń]: Tomka).

 

 

 

Known some call is air am

Przede mną też ma tajemnice. Wstydliwa bestyjka. ;-)

Jest lepiej, prawie dobrze. Przecinek po “pracy”.

Podmiot to to, co coś robi w zdaniu. W tej części:

który wybiegł przed maskę jego sportowego Matiza (podmiot domyślny[czyj był Matiz, przed maskę którego wybiegł słoń]: Tomka).

podmiotem jest słoń (bo to on wybiegł). “Jego” to zaimek. Chciałbyś, żeby odnosił się do Tomka, ale nie. On odsyła do ostatniego rzeczownika we właściwym rodzaju. W tym przypadku do słonia. Wywaliłabym "jego”, idzie zgadnąć, kto był właścicielem samochodu.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za lekcję, pani Finklo ;)

Zaraz wprowadzę korektę i postaram się w przyszłości wystrzegać zdań o tak niejasnej budowie.

Known some call is air am

Kurde bele, te podmioty to czwane bestyje są. Śledzę te Finklowe wykłady i czym więcej czytam, tym więcej wiem, że nic nie wiem :P

Ależ proszę.

A nawet szczwane. ;-)

Realucu, jeszcze parę wykładów i dojdziesz do poziomu wiary w powyższe jak u Sokratesa. ;-)

Babska logika rządzi!

Cholibka, a jak mówiłem swojemu drugiemu ja: gościu, zgubiłeś ,,SZ" to mnie wyśmiał i rzekł: Nie będziesz mi mówić jak mam pisać! A do Sokratesa już mi całkiem blisko, więc będę śledził Twe wykłady, Finklo, aby z czasem osiągnąć pełne oświecenie :)

No to najbliższa szansa za chwilę, bo skończyłam czytać Twój tekst i udaję się tam na gościnny występ. Będzie o przecinku.

Babska logika rządzi!

Brace yourself, Finkla is coming :D

Known some call is air am

Bardzo przyjemne bizarro, dobrze się bawiłam przy czytaniu. Wątek pomarańczowego kundlewa doskonale spaja opowiadanie, tylko fantastyki mało w problemie bohatera. ;) Cechy gatunku, moim zdaniem, widać wyraźnie, a przy tym udało Ci się uniknąć epatowania obrzydlistwami. Ogólnie, satysfakcjonująca lektura.

Jasne, „że kundlewa”. xd. Nawet miałam napisać, że jestem za pozostawieniem tej opcji, lecz zapomniałam. W dodatku u siebie mam poprawnie, tj. „po twojemu”, lecz wklejając komentarz z poprawiłam z automatyzmu, choć skorygowane niezbyt mi brzmiało. Słowem, odpuściłabym odmianę według lwa, gdyż Twoje słowo jest ładniejsze.

 

Powtórzenia. Mogłabym podać przykład, lecz niestety sprawa nie jest taka prosta, gdyż wymagałaby pracy twórczej, a nie arbitralnej, czyli kierowania się kolejnością wystąpienia. Na przykład mamy gagi X, Y, Z bądź jakieś ich odmiany i usuwamy drugie X, Y, Z. Kłopot polega na tym, że moim zdaniem trzeba byłoby wybierać – zostawiamy drugie X, pierwsze Z, trzecie Y lub któreś z nich usuwamy, bo wydaje się elementem nadmiarowym, niepotrzebnym. Musi zadziałać cała mechanika, a w układzie pozostawiamy tylko elementy konieczne, aby działał gładko.

Sugestie podrzucę. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Gdzieś przez 1/3 tekstu było śmiesznie, ale później już miałam trochę dość tego humoru (moja wina-nie-wina, kwestia gustu tylko). Scena z małżonką również wydała mi się ciut przeciągnięta. Mimo wszystko przyjemna lektura. :)

Yo.

 

@ANDO

 

Dzięki wielkie za odwiedziny, przeczytanie i komentarz. A że problem bohatera mało fantastyczny? No w sumie racja, choć czasem wolałbym, żeby tego typu problemy były wyłącznie fantastyczne, bez dotykania mnie osobiście ;)

 

@Asylum

 

Kundlew jakoś ładniej mi brzmi ;)

 

@Sara

 

Gdzieś przez 1/3 tekstu było śmiesznie, ale później już miałam trochę dość tego humoru (moja wina-nie-wina, kwestia gustu tylko).

Ojoj ;) A tak serio, to chyba rzeczywiście kwestia gustu. Pamiętam Twoje motyle, całkiem inny kaliber, inna konwencja, bardziej nastawiona na refleksję. I pewnie takie teksty wolisz, skoro takie piszesz, ja jednak szukam innych ścieżek, raz coś w Twoim stylu, raz coś przaśnego, kiedy indziej horror albo bezrefleksyjna naparzanka. Miło mi jednak, że uznałaś tekst za przyjemną lekturę :)

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Kundlew, zdecydowanie ładniejszy! :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hejka.

Gwoli ścisłości, Tomek uległ wypadkowi cztery lata wcześniej, kiedy wracając późnym wieczorem z pracy uderzył w słonia, który wybiegł przed maskę sportowego Matiza mężczyzny.

-> Nazwy autek z małej zapisujemy. 

 

Schylił się jeszcze, by zebrać z podłogi kilka drobniaków, które upadły aż tutaj, po czym zwrócił się do małpy…

 

→ Nadprogramowy enter – tu go akurat odruchowo usunąłem, ale gdzieś w tym zdaniu w tekście jest. 

 

Co do opinii – Napisane jest bez zarzutów, nie potykałem się praktycznie nigdzie, lecz…

Opko mnie mocno zmęczyło, mimo że niespełna 20 tys znaków. Humor kompletnie do mnie tym razem nie trafił – Edyta Gówniak, M jak miejcie litość itp. Wiem, że kwestia humoru to mocno subiektywna sprawa, ale no opinia zawsze taka jest. 

Widząc tag bizzaro i z racji, że to pierwszy tekst konkursowy jaki przeczytałem, myślę – no pewnie będą kupy, taplanie się w nim i kto wie co jeszcze.

Z kolei przekształceni ochroniarze radośnie defekowali pod ścianami, biorąc w łapy własne odchody i mażąc nimi po ścianach.

→ Niestety nie rozczarowałeś. Bo jak to bizarro bez kup xD 

 

Czytałem Twój tekst o… hmmm Zapomniałem tytułu, ale pornhubowe transmisje tam się działy. Tam jakoś mnie to rozbawiło, tu niestety nic. Nie mój klimat i ten poziom absurdu mnie przerósł. 

Pozdro! 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

Yo!

 

Opko mnie mocno zmęczyło, mimo że niespełna 20 tys znaków. Humor kompletnie do mnie tym razem nie trafił – Edyta Gówniak, M jak miejcie litość itp. Wiem, że kwestia humoru to mocno subiektywna sprawa, ale no opinia zawsze taka jest. 

Zbyt pulpowo? No cóż, bywa. Ale i tak fajnie, że poświęciłeś chwilę na zapoznanie się z tekstem :) A co do opinii, to mnie nie zależy na pochlebnych, nie zależy mi też na niepochlebnych, ale zależy mi na szczerych, jakiekolwiek by one nie były. Jak nie siadło, to nie siadło i nie ma co płakać, bo w gusta wszystkich trafić się nie da :)

 

Niestety nie rozczarowałeś. Bo jak to bizarro bez kup xD 

U mnie jednak są w dość łagodnej formie i ich wrzucenie, tych kup, ma cel, a nie jest jedynie środkiem mającym uobrzydliwić tekst. Nie wiem czy ma być obrzydliwie w bizarro, ale wszyscy piszą, że tak – nie do końca jednak do mnie przemawia ta argumentacja, bo IMHO spłyca podgatunek do epatowania obrzydliwością. A jeśli coś ma być inne tylko dlatego, że jest obrzydliwe, to nadawanie temu osobnej kategorii jest dla mnie bezzasadną bufonadą. Bizarro jednak chyba takie nie jest i da się przyciąć te fekalno-womitalne do akceptowalnego poziomu, co postarałem się w moim tekście uczynić. Bo nie chciałem czegoś w stylu “two girls, one cup” ;)

 

Nie mój klimat i ten poziom absurdu mnie przerósł. 

Chillin, może kolejnym razem napiszę coś bardziej w Twój gust wpasowanego :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Cześć :)

Całkiem przyjemnie się czytało. Humor w większości do mnie trafił, chociaż nie za każdym razem. Przede wszystkim spodobało mi się w miarę realne przedstawienie bohatera, któremu, owszem, przydarza się wiele dziwnych rzeczy, ale mimo to zachowuje się normalnie, ma realne problemy, mimo, że są przedstawione mocno absurdalnie.

Powodzenia :)

Cześć Oluta :) Miło, że wpadłaś i tekst uznałaś za przyjemny.

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Rządowa instytucja o strukturach mafijnych, krawat w kaczuszki, rozporządzenie o ograniczeniu handlu… Hmm, mnie się kojarzy z pazernością rządu i jakoś mi tak przed oczami staje ostatni przykład owej pazerności ;)

A z drugiej strony przejadanie pieniędzy, problem, który dotyka nie tylko pana Tomka. Tak się tylko zastanawiam, co oznacza to rzyganie pieniędzmi na urzędników – było nie było – państwowych ;)

Całość okraszana zdrową dawką absurdu, który działa jak herbatka z rumianku. Mi się… Bardzo :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Podążając drogą konkursowych opowiadań, trafiłem i tutaj. Po przeczytaniu nasuwają mi się dwa spostrzeżenia. Pierwsze to dobre wykorzystanie konkursowego hasła. :) Nie oszukujmy się, większość z nas liczyła, czy też oczekiwała, innego małego problemu małżonka, więc było pozytywne zaskoczenie. Podobał mi się też absurd, jest w takim tonie, jaki lubię. Trudno się domyślić, co będzie dalej, ale akcja toczy się absurdalnej logice.

Drugie spostrzeżenie to żona i jej dialog z bohaterem. To słabsza część opowiadania. Widzę tu dwa drobne mankamenty. Przede wszystkim w tej formie dialog jest przegadany i wyhamowuje akcję. Trudno jest utrzymać skupienie czytelnika, gdy bohaterowie siedzą i rozmawiają. Wiem, trochę się tu dzieje, ale… Gdyby tak małżonek uciekał przed żoną na przykład kanalizacją. I cały czas się tłumaczył, a ona stawiałaby mu te same zarzuty i goniła od sąsiada do sąsiada, sprawdzając, którym klozetem próbuje uciec. Wtedy akcja trzymałaby tempo i jej zdziwienie nie byłoby takie rzucające się w oczy, bo w końcu ucieczka męża kanalizą to normalna rzecz, prawda? :) A tak, teraz, jej zdziwienie mi nie pasuje, bo ona neguje w pewien sposób absurd sytuacji tak jak czytelnik. A wydaje mi się, że w absurdzie wszyscy powinni akceptować świat, jako dla nich normalny. To jednak subiektywna uwaga. Nie wiem, czy wszyscy uważają podobnie.

Gdy tak czytam wszystkie opka to widać, że nie jest to swobodny i znany gatunek dla nikogo z nas, a opowiadania są takim próbami sił. Co nie znaczy, że złymi. :) Jest nieźle, także u Ciebie.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

@Irka

 

Hmm, mnie się kojarzy z pazernością rządu i jakoś mi tak przed oczami staje ostatni przykład owej pazerności ;)

I dobrze Ci się kojarzy ;)

 

Tak się tylko zastanawiam, co oznacza to rzyganie pieniędzmi na urzędników – było nie było – państwowych ;)

Zwracanie im pieniędzy, które niby nam dają. Tyle, że rząd nie ma pieniędzy, a te które ma są pieniędzmi państwa, nas, podatników. Ale nie będę tłumaczył, o co konkretniej mi chodziło, bo nie :) Jest tam kilka wskazówek, może zbyt ukrytych, żeby odczytał je ktoś prócz mnie, ale wyjaśnień konkretniejszych nie będzie ;)

 

Cieszę się, że Ci się spodobało i pozdrawiam :)

 

@Darcon

 

Miło Cię widzieć u mnie po raz kolejny.

Trudno się domyślić, co będzie dalej, ale akcja toczy się absurdalnej logice.

Masz rację, postawiłem tutaj na absurd i wyskakiwanie pewnych rzeczy nagle, niespodziewanie, żeby ten absurd pogłębić i dodać nieco humoru. Ale uważałem, żeby całość nie była strumieniem niepowiązanych ze sobą motywów, a pewnym ciągiem przyczynowo skutkowym.

 

Drugie spostrzeżenie to żona i jej dialog z bohaterem. To słabsza część opowiadania. Widzę tu dwa drobne mankamenty. Przede wszystkim w tej formie dialog jest przegadany i wyhamowuje akcję.

Rozumiem. I masz rację, że to wyhamowuje akcję. Chciałem mieć trzy scenki, pozbawione infodumpów i w tej środkowej postawiłem na rozmowę małżonków. Z jednej strony, żeby nie dawać infodumpa, z drugiej, żeby motyw “małżonek” z konkursowego hasła był mniej pretekstowy, a mocniej zaznaczony w opowiadaniu.

 

A wydaje mi się, że w absurdzie wszyscy powinni akceptować świat, jako dla nich normalny.

Nie wiem, czy inni uważają podobnie, nie wiem, czy ja uważam podobnie, ale to bardzo ciekawe spostrzeżenie nad którym się dotąd nie pochlałem. Muszę to gruntownie przemyśleć i zastanowić się nad Twoimi słowami. Dzięki za to :)

 

Gdy tak czytam wszystkie opka to widać, że nie jest to swobodny i znany gatunek dla nikogo z nas, a opowiadania są takim próbami sił.

Próbami sił – to chyba najtrafniejsze określenie, jakie pasuje do większości tekstów jakie pojawiły się w tym konkursie.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Zwracanie im pieniędzy, które niby nam dają.

Aa, to teraz kojarzy mi się z jeszcze inną pazernością, o której wcześniej nie pomyślałam :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Teraz chyba już wszyscy mają jasność, po tym tekście, jakie mam preferencje polityczne i co sądzę o obecnym rządzie :)

Ale skoro już coś tam rozjaśniam, to się zastanawiam, czy ktoś wyłapał nawiązanie do naszego cudnego ministra edukacji?

Known some call is air am

Pewnie :-), ale raczej bez znaczenia, mam nadzieję, że przeminie, choć straty i po nim, i wcześniejszych są naprawdę duże. Czytałam dzisiaj troszkę o Szwecji, Finlandii i wzdychałam.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przyjemne :)

Przynoszę radość :)

Dzięki, Anet :)

Known some call is air am

Outta Sewer nawiązując do twojej wcześniejszej wypowiedzi w bizarro nie chodzi o to żeby było obrzydliwie tylko dziwnie, absurdalnie, zaskakująco. Jak w historii w której pewien facet zakochał się we własnym domu i chciał z nim wziąć ślub :)

Albo o pralce, która stała się człowiekiem i chciała grać w operach mydlanych ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Danielkurowski tak, w sumie to też :)

Witaj.

Historia przywodziła mi na myśl luźne wspomnienia (oraz nawiązania do) tak wielu obejrzanych wcześniej horrorów czy thrillerów, że nawet nie jestem w stanie ich wymienić. :)

Jeszcze dopiszę, bo nasunęło mi się po przemyśleniach dość ciekawe i między wierszami zaprezentowane przez Ciebie, przekazanie w tekście przykrej/bolesnej sytuacji głównego bohatera. Zastanawiało mnie, czemu żona opuściła go tak szybko, bo w moim odczuciu, mimo wszystko, powinna była współczuć i chcieć pomóc na zasadzie: “razem sobie z tym poradzimy, czegokolwiek byś jeszcze nie wymyślił i ile-tam byłbyś komuś winien!”. Wróciłam pamięcią do fragmentu, gdzie ona dowodzi, że jedzenia z lodówki ubywało, jak zazwyczaj, a on wyjaśnił, iż po prostu je wynosił, by się nie zorientowała. A zatem nie jadali wspólnie posiłków. 

Niesamowita historia! 

Podziwiam Twoją wyobraźnię oraz – wyjątkowo ciekawe, żartobliwe, niebanalne, rzucające się mi w oczy jako pierwszoplanowe – porównania! Jesteś Mistrzem Porównań! 

Gratuluję arcyciekawego opowiadania i pomysłowości.

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Gratuluję wygranej! Dopiero teraz miałem okazję przeczytać Twój tekst i w pełni rozumiem decyzję jury ;) Świetne wykorzystanie hasła, całość byłaby bardzo przygnębiająca, gdyby nie była aż tak zabawna.

Mój ulubiony fragment:

Kiedy Tomek zamykał drzwi, zauważył, że fekalne bohomazy przypominają ciągi liter, które układały się w słowa rządowego rozporządzenia o ograniczeniu handlu, ale nie do końca był tego pewien.

Zgniłem przy tym strasznie. Dzięki Ci za to :D

Wow, gratulacje! Bo jestem tu już po wynikach konkursu. 

Wiele tu już powiedziano, więc ograniczę się do tego, co w opowiadaniu mnie najbardziej urzekło czyli obrazu walkirii Werusi z tłuczkiem do mięsa. Bardzo dobrze odnajdujesz się w konwencji bizarro, czytałam naprawdę z przyjemnością.smiley

Pozdrawiam

Przeczytałem z przyjemnością i parę razy autentycznie się pośmiałem. Nie do końca wiem, o co chodzi z tym, że liczą się ludzie, ale może po kolejnym czytaniu załapię. Nie przesadzasz z obrzydliwościami, dla mnie to raczej na plus – za to nastrój absurdu trzymasz konsekwentnie. 

Cześć :)

 

Wybaczcie, że odpowiadam tak późno i tak krótko, bo mnie życie ostatnio mocniej docisnęło.

Cieszę się, że uważacie opowiadanie za zabawne, bo w sumie o to w nim głównie chodziło :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

PS.

@rprz – liczą się ludzie, mon. Zwierzęta się nie rozliczają ;) Chyba jeszcze bardziej zaciemniłem niż pomogłem… :D

Known some call is air am

Nowa Fantastyka