- Opowiadanie: fizyk111 - Kończąca się opowieść

Kończąca się opowieść

To już drugi, po “Granicach nieskończoności”, taki płodny dla mnie konkurs.

Napisałem jeden konspekt i dwa opowiadania.

Poniżej, to drugie.

Dzięki Tarnino.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kończąca się opowieść

Druga wojna światowa, ruch hippisów, zburzenie muru berlińskiego, atak na WTC, pandemia koronawirusa, inwazja Chin na Rosję – po każdym z tych wydarzeń mieliśmy pewność, że świat już nigdy nie będzie taki sam. A był. Trwał w tej swojej permanentnej dychotomii, podążając siłą bezwładu mas w kierunku wyznaczonym nieznanymi ludzkości prawami. Napędzał się przeciwnościami; walką dobra ze złem, kobiet z mężczyznami, demokracji z dyktaturą, kapitalizmu z komunizmem. Wychylony z równowagi, wpadał w drgania i powoli powracał do stabilności tylko po to, aby rozedrgać się na nowo w innym nieoczekiwanym wymiarze. Od czasu do czasu jakiś gigant intelektu stawał na drodze tej fali i zmieniał jej kierunek, niczym wyspa o którą rozbijają się morskie prądy, aby po niedługim czasie popaść w zapomnienie. Tym razem ponownie, świat który znaliśmy, wydawał się zmieniać bezpowrotnie.

***

– Co tam u ciebie?

– Nie było bielucha, kupiłem wiejski.

– To będziesz jadł tzatziki z granulkami.

– Zmiksuję go i będzie prawie jak bieluch.

– Wiesz, co robi prawie.

– Prawie się lewi.

– Nie mówi się lewi, tylko lwy.

Mogli tak jeszcze przez kilka minut, jednak Ola była zbyt ciekawa najnowszych wieści, aby ciągnąć dalej ich zwyczajową zabawę słowami.

– Powiedz, co nowego u naszych gości i oczywiście u ciebie. Są jakieś zmiany?

– U naszych gości nic nowego, lecą do nas, hamują i ślą te swoje komunikaty. Pendragon niestety nie raczył nam dzisiaj przysłać popołudniowego update’u. Pytałem Krzyśka, czy coś się wydarzyło. Powiedział tylko, że podobno minęła ich jakaś mała asteroida i musieli korygować kurs. Przesłał mi nawet widmo gazów odrzutowych do analizy. – Miłosz spojrzał na Olę. – I zgadnij, co mi wyszło?

– Benzyna? Alkohol?

– Nic z tego, Oluś! Zwykła, normalna woda.

– No to chyba nikt nie był zbytnio zaskoczony? – Bardziej stwierdziła, niż zapytała.

– Może trochę? Jakoś podświadomie liczyliśmy jednak na coś… bardziej spektakularnego.

Zapadła na chwilę cisza. Ola wróciła do strugania ziemniaków, a Miłosz skończył rozpakowywać zakupy.

– A jak tam trawa na twojej planecie? – odezwała się po chwili. – Miałeś czas, żeby się tym zająć?

– No i tu się zdziwisz. – Miłosz przyłączył się do obierania. – Nie tylko miałem czas, ale udało mi się zidentyfikować dwa kawałki złomu, w tym jeden o masie trzystu kilogramów, który minął HAWKINGa o jakieś czterdzieści kilometrów.

– Uuu, to chyba niedługo wyciągniesz ten chlorofil?

– Może, może… – Miłosz wyraźnie się rozmarzył. – Rozmycie widma zmniejszyło się o jakieś sześć procent, a to znaczy, że jeszcze potrzebuję znaleźć co najmniej sześć takich satelitów, aby pojawiła się szansa na rozdzielenie linii widmowych.

Ola podeszła do męża i pogłaskała go po włosach. Podczas ostatnich dwóch lat pracy nad wydzieleniem linii chlorofilu w widmie planety PYT 305A, zarejestrowanym przez teleskop HAWKING, był to piąty zidentyfikowany przez Miłosza obiekt zaburzający rejestrowane widmo. Wyznaczenie dokładnej trajektorii pozwoliło mi obliczyć jego wpływ i wprowadzić odpowiednie korekty. Praca była żmudna i nie gwarantowała sukcesu, ale do tej pory nikt jeszcze nie potwierdził istnienia chlorofilu na odległej planecie.

– To jeszcze jakiś rok i możesz myśleć o nominacji do Nobla. – Pocałowała go w policzek. – Dasz radę, Miłek, wierzę w ciebie.

Odwzajemnił pocałunek i pomyślał, że pewnie bez jej wsparcia dawno porzuciłby marzenia o wielkich odkryciach.

***

Doktor Miłosz Kawka szedł korytarzem instytutu i odwzajemniał powitania. Jego pokój znajdował się na samym końcu, zanim więc dotarł do swojego miejsca pracy, miał pełny przegląd nastrojów. Dzisiaj wyglądało na dopływ dużej ilości nowych danych, bo ledwie kilka osób spojrzało w jego kierunku, a zupełnie nikt nie zaproponował kawy czy ciastka. Wszedł do pokoju, przybił piątkę z Jankiem i skinął ręką grzebiącemu w szafie doktorantowi. Usiadł przy biurku i zalogował się do stacji roboczej. Pierwsze, co zobaczył, to VIM od Pendragona. Bardzo Ważna Wiadomość musiała zostać przeczytana i potwierdzona przed podjęciem jakiejkolwiek aktywności na komputerze. VIM zwierał nakaz „NATYCHMIASTOWEGO” stawienia się u szefa.

– Dwie sprawy na wczoraj. – Kierownik katedry Dariusz Uter, zwany Pendragonem, był absolutnym przeciwnikiem sztuki konwersacji. Wyciągnął z szuflady kopertę i wyjął z niej mały przenośny dysk. – Tajne przez poufne, przyszło dzisiaj rano kurierem od naszych przyjaciół. Zespolone dane obserwacyjne z HAWKINGa, ATLASTa, ELTy i VLAja. Masz przeanalizować drgania powierzchni obiektu i skorelować je z zaobserwowanymi zdarzeniami, szczegóły są w pliku wiodącym.

Wręczył mu dysk i natychmiast pogrążył się w lekturze jakiegoś sprawozdania. Miłosz wrócił do siebie, wrzucił dane na serwer, główny plik przesłał do deszyfracji, po czym zajął się czytaniem instrukcji.

„Mechaniczne drgania powierzchni obiektu należy skorelować z przejściem w pobliżu meteorytu oraz związaną z tym zmianą kursu. Po uwzględnieniu wpływu głównych ciał niebieskich wyekstrahować natywne drgania obiektu. Nieobrobione, zaszyfrowane dane w formacie WIBR przesłać na adres…”.

Innymi słowy znaczyło to: “Nawet nie próbuj analizować tych danych”.

Cholera jasna, traktują nas… No, może nie jak niewolników, ale na pewno jak służących – pomyślał Miłosz. Mamy prawo wiedzieć, co pan robi, ale zupełnie nie mamy na to wpływu. W sumie to mi to wisi, sam udział w tym projekcie jest na tyle ekscytujący, że mogę nawet kible czyścić.

DESZYFRACJA ZAKOŃCZONA – pulsujący komunikat na ekranie wyrwał go z zamyślenia. Wcisnął „enter” i odpalił program do analizy wibroakustycznej. Po kolei włączał następne moduły – grawitację bliskiego i dalekiego zasięgu, mechanikę, elektromagnetyzm i cząstki elementarne. Odejmował wpływ każdego z tych czynników i nakładał niezbędne korekty. Z każdym krokiem, z każdą następną poprawką, wyłaniał się coraz bardziej klarowny widok rozdwojonej trajektorii. Miłosz poczuł narastającą ekscytację. Miał wrażenie, że jest bliski odkrycia czegoś ważnego i zupełnie nie miał ochoty dzielić się tym odkryciem z Amerykanami.

Każdy etap obliczeń zapisywał w pamięci tymczasowej, robiąc jednocześnie kopię zapasową. Właściciele mogli wprawdzie nałożyć restrykcje na kopiowanie danych wejściowych i wyjściowych, ale w żaden sposób nie mogli zablokować zapisu stanów pośrednich pamięci. Kliknął „save locally”, a następnie „ctrl–z” i „ctrl–s”, po czym zamknął wszystkie moduły. Zaszyfrował wyniki obliczeń i wysłał na żądany adres.

Zupełnie nie miał pomysłu, co z tym dalej zrobić. Drążyć temat samotnie? Podzielić się wiedzą z kolegami? A może tylko z Pendragonem? Bijąc się z myślami, postanowił odłożyć decyzję do jutra. Wyłączył serwer i wszystkie komputery, po czym ruszył do najbliższego pubu.

***

Od momentu, kiedy sygnał obcych zaczęły rejestrować radioteleskopy pomniejszych ośrodków akademickich, w wyścigu o jego rozszyfrowanie przestały się liczyć pieniądze, a zaczęły pomysły. Widząc, że utrzymywanie danych w tajemnicy może tylko dać fory Chińczykom, którzy nie mieli zamiaru dzielić się danymi ze swojego radioteleskopu FAST, Amerykanie udostępnili w sieci akademickiej live stream z transmisją sygnału ze swojego VLA-a w najwyższej możliwej rozdzielczości. Niewiele czasu minęło, gdy jakiś łebski gość podłączył ten sygnał bezpośrednio do swojego dekodera telewizji satelitarnej i ogłosił światu, że kosmici uruchomili galaktycznego Netfliksa. Okazało się, że ich sygnał zawierał tysiące kanałów, a każdy z nich emitował coś na kształt historii ziemskiej kinematografii – nieprzerwany ciąg chronologicznie uszeregowanych filmów. Było tylko kwestią czasu, by każdy posiadacz anteny satelitarnej mógł oglądać przekaz na swoim telewizorze. Oczywiście przystosowane do satelitów geostacjonarnych anteny mogły odbierać sygnał tylko przez kilkanaście minut, ale ludzka pomysłowość i chęć zysku bardzo szybko sprawiły, że śledzące adaptery do anten satelitarnych dostępne były na długo przed tym, zanim sygnał obcych stał się wystarczająco silny, aby go odbierać. Pojawiły się też wzmacniacze i megaanteny, a co bogatsi montowali w swoich rezydencjach nawet kilkumetrowe radioteleskopy. Teorie dotyczące znaczenia tego przekazu mnożyły się jak grzyby po deszczu. Do najpopularniejszych należał pogląd, że kosmici wyrażają w ten sposób zachwyt naszą kulturą. Przeciwnicy teorii pytali, dlaczego więc kosmici prezentują nam tylko dzieła filmowe, zupełnie pomijając muzykę, teatr, czy malarstwo. Dyskurs ten całkowicie przytłoczył wszystkie inne, których przecież powstawało całe mnóstwo.

Politycy zdawali się przychylać do opinii głoszącej chęć przypodobania się jak największej liczbie ludzi, co pozwoli kosmitom wygrać najbliższe wybory. Jednak główny wpływ na działania rządów największych państw miało stanowisko wojskowych, którzy twierdzili, że emisja filmów ma na celu odciągnięcie ludzi od myślenia o otaczającej ich rzeczywistości i w ten sposób od niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą przybycie obcych. Pierwsze pytanie, które stawiał każdy przepytywany na tę okoliczność generał, brzmiało: „Jeśli cała ludzkość będzie oglądać filmy, to kto będzie bronił planety?”.

***

Miłosz pojawił się w instytucie wyjątkowo wcześnie, a to za sprawą zupełnej pustki na zwykle zakorkowanych ulicach miasta. Mijał kolejne pokoje, w których zaaferowani koledzy i koleżanki intensywnie wpatrywali się w swoje monitory, zupełnie nie zwracając na niego uwagi. Takie zachowanie wyraźnie odbiegało od normy. Wszedł do swojego pokoju i zobaczył siedzącego przy biurku Janka. Jego palce stukały zawzięcie w klawiaturę, a wzrok biegał pomiędzy trzema otaczającymi go monitorami. No dobra – pomyślał, wpatrując się w niezwykłą scenę. Chyba rzeczywiście rozpoczął się koniec świata.

Janek zauważył go i nie odrywając wzroku od monitorów, przywołał gestem do siebie.

– Chodź, zobacz.

Miłosz spojrzał mu przez ramię. Na środkowym monitorze zobaczył chłopca siedzącego na karku stwora przypominającego wyglądem skrzyżowanie smoka z psem. Pozostałe dwa ekrany podzielone były na dwadzieścia mniejszych modułów, a w każdym z nich wyświetlana inna scena, najwyraźniej tego samego filmu. Chciał zadać jakieś sarkastyczne pytanie, ale Janek go uprzedził.

– Od wczoraj, od godziny dwudziestej trzeciej pięć, przekaz obcych zmienił się w ten sposób. Na każdym kanale jest to samo. Niekończąca się opowieść – kojarzysz film?

Miłosz kojarzył, i to jak. Jako dziecko oglądał tę bajkę prawie codziennie. Ale skojarzeniem, które pierwsze przyszło mu do głowy, była godzina dwudziesta trzecia pięć. Wczoraj dokładnie o tej porze wyłączył komputer.

– Nic a nic. Jakieś pomysły co się stało? – zapytał, siadając przy swoim biurku.

– Taa, tysiące. Najczęściej powtarza się teoria o najlepszym filmie wszechczasów. Wśród tych bardziej sensownych możesz wybierać pomiędzy tymi, które mówią, że ich świat ginie i szukają ratunku, a tymi, które wieszczą naszemu światu upadek i w kosmitach widzą Bastiana, znaczy zbawcę. W dalszej kolejności masz jeszcze rozpad cywilizacji, światowe przywództwo Amerykanów…

Na ekranie pojawiło się okienko logowania, Miłosz wpisał hasło i przestał słuchać kolegi. Zanurzył się we wczorajszych analizach rozdwojonej trajektorii. Wykreślił prostą ekstrapolację dla obu obiektów. Nie uwzględniała ona możliwych i koniecznych korekt, w związku z czym trajektorie prowadziły w zupełnie bezsensownych kierunkach. Wyznaczył Ziemię jako cel dla obu obiektów i włączył optymalizację podejścia przy założeniu orbity geostacjonarnej jako celu. W obu przypadkach otrzymał wysoką rozbieżność – takie rozwiązanie było ekonomicznie nieopłacalne w wysokim stopniu. Następnie zaprogramował scenariusz lądowania na Ziemi. Dla głównego obiektu nie otrzymał żadnego rozwiązania, natomiast dla obiektu, który się oddzielił, rozbieżność wprawdzie zmalała, ciągle jednak wskazywała na nieopłacalność ekonomiczną. Wykreślił wszystkie obliczenia w trójwymiarowej przestrzeni i przyglądał się im, obracając wyświetlany na monitorze obraz. Przerywane linie trajektorii w kolorach od intensywnej czerwieni po kanarkową żółć przecinały w dość przypadkowy sposób orbity Ziemi, Księżyca, Marsa i Wenus.

Czego oni, do diabła, chcą? Nie mają zamiaru zatrzymać się na orbicie Ziemi, nie mają również zamiaru lądować. Chyba że nie kierują się zupełnie ekonomią lotu? Może oni wcale nie przylecieli do nas? Nie, nie, wtedy nie puszczaliby nam filmów. Cholera, dlaczego „Niekończąca się opowieść”? Może jednak jest w tym jakaś ukryta podpowiedź?

Z rozmyślania wyrwał go migający na ekranie komunikat: OPTYMALIZACJA TRAJEKTORII ZAKOŃCZONA.

Jaka znowu optymalizacja? – pomyślał machinalnie. Zerknął na ekran i zobaczył zielone linie zoptymalizowanych trajektorii. Główny obiekt wchodził ma orbitę okołosłoneczną odległą o jakieś pięć milionów kilometrów od Ziemi, a mały powinien wylądować na Księżycu, dokładnie w środku krateru Ptolemeusza.

Nie miał innego wyjścia, jak przedstawić obliczenia szefowi, martwiła go jednak kwestia optymalizacji. Dałby sobie uciąć to i owo, że żadnej optymalizacji nie zapuszczał. Ale wyniki były tak mocne, że nie mógł ich podważyć żadną z dostępnych metod. Zapisał trajektorię głównego obiektu na dysku systemowym, wysłał do Pendragona krótkie podsumowanie  i zapytał, kiedy mogliby je przedyskutować.

***

Siedział wygodnie w fotelu z laptopem na kolanach i programował ustawienia swojego małego, domowego radioteleskopu. Zbudował go jeszcze w czasach studenckich z antycznej anteny do odbioru telewizji satelitarnej o średnicy prawie trzech metrów i od tamtej pory nieustannie modernizował. Największym osiągnięciem tego systemu była rozmowa z pilotem statku „Mars 5”, pierwszej załogowej misji na Marsa. Dzisiaj miał nadzieję na coś dużo większego. Krater Ptolemeusza znajdował się niemal pośrodku dobrze widocznej tarczy Księżyca. Miłosz zaplanował skanowanie powierzchni o promieniu dwudziestu kilometrów z naprzemiennym nasłuchem i nadawaniem. Ciągle jeszcze nie miał pomysłu na sygnał, który wyśle w kierunku obcego lądownika. Nie dawała mu spokoju kwestia filmu. Czuł się tak, jakby obcy zwracali się osobiście do niego. Zdawał sobie sprawę, że brzmi to idiotycznie, jednak nie potrafił pozbyć się tej myśli. Przypomniał sobie, jak ratował Fantazjanę i jej cesarzową, jak kochał Fangora i nie mógł się pogodzić z wszechogarniającą nicością. Leciał na smoku w kierunku Księżyca i wymyślał wiadomość do przekazania.

Ostatecznie zdecydował się na klasykę. Ciąg liczb pierwszych, twierdzenie Pitagorasa, linie widmowe wodoru, „Witam was w imieniu całej ludzkości” przesłane zarówno w postaci dźwięku, jak i obrazu. Na koniec dorzucił jeszcze zdjęcia Fangora, Bastiana i siebie. Wcisnął „enter” i poszedł zrobić sobie kawę. Nadawanie sygnału miało potrwać piętnaście minut, a potem kolejne piętnaście nasłuchu. I ponownie nadawanie i nasłuch przynajmniej do jutra rana.

Miłosz czuł się jak przy pierwszym wysyłaniu kuponów totolotka. Niby wiedział, że szanse na wygraną są prawie żadne, a jednak nie mógł się doczekać momentu losowania. Zrobił kawę i wrócił do komputera, z niecierpliwością czekając na rozpoczęcie nasłuchu.

Nic.

Minęło piętnaście minut nasłuchu i nie pojawił się żaden sygnał wybijający ponad poziom szumów.

Miłosz westchnął ciężko i włączył skanowanie automatyczne na całą noc. Ustawił alarm na potrójne przekroczenie poziomu szumów, po czym wyciągnął piwo z lodówki. Nalał pieniącego się złotego płynu do szklanki i pomyślał, że w zasadzie mógłby odświeżyć opowieść o Fantazjanie. Zaczął przeszukiwać stare archiwa, gdy uświadomił sobie, że przecież obcy emitują ten film na wszelkich możliwych częstotliwościach. Włączył ekran, połączył się z najbliższą anteną odbierającą sygnał obcych i zaczął przerzucać kanały w poszukiwaniu początku filmu. Zatrzymał się na scenie lotu na Fangorze, którą zawsze lubił najbardziej i pamiętał, że często mu się śniła. Chwila wspomnień została brutalnie przerwana. Najpierw zatrzymał się film. Na stopklatce widoczny był pysk smoka i olbrzymi Księżyc w pełni. Po chwili kamera zaczęła coraz szybszy najazd w stronę Księżyca. Miłosz rozpoznawał dobrze mu znane szczegóły powierzchni, satelita wypełnił cały ekran, pojawił się szybko rosnący okrąg Krateru Ptolemeusza, a następnie coraz bardziej szczegółowy obraz powierzchni, który rozpadł się na strzępy w ognistej eksplozji.

Ekran pokrył się śnieżącym szumem i w tej samej chwili rozległ się dźwięk ustawionego przez Miłosza alarmu. Zerwał się z fotela i podbiegł do laptopa. Ekran wypełniała postać najbardziej kanonicznego, literackiego smoka. W tle zauważył przebiegające informacje zawierające zarówno tekst, obrazy, jak i równania matematyczne. Złoty smok zamiatał łbem od prawej do lewej i z powrotem, zionąc ogniem i machając skrzydłami, a jego zakończony ostrzem ogon raz po raz walił w ziemię wzbudzając grad kamieni. W tym graficznym chaosie wyróżniał się czarno-biały pasek u dołu ekranu, na którym płynął zapętlony tekst:

Wybacz, Miłoszu, że nie wejdziemy w interakcję dialogową, ale nasze skale czasowe są, delikatnie mówiąc, niekompatybilne. Przestudiuj wszystkie informacje, które przesłaliśmy w czasie tego połączenia i odpowiedz w dogodnym dla ciebie czasie.

Miłosz w pierwszym odruchu sprawdził, czy odbierany sygnał zapisuje się na wszystkich podłączonych nośnikach. Gorączkowo myślał, co powinien teraz zrobić. Niestety nie miał żadnego planu na wypadek kontaktu. Czyżby podświadomie nie wierzył, że może do niego dojść? Problem rozwiązał bardzo szybko, a właściwie to rozwiązali go obcy. Emisja z Księżyca ustała, radioteleskop znowu rejestrował jedynie kosmiczny szum.

Czekał jeszcze kilkanaście minut, regulując parametry nasłuchu i skanowania, po czym włączył automat i otworzył folder, w którym zapisała się cała emisja obcych. Nie musiał nawet się bardzo starać. Wszystkie informacje były w formatach rozpoznawanych przez standardowe oprogramowanie. Znajdowały się tam terabajty danych, skatalogowane w przejrzysty sposób wiadomości o wszechświecie, galaktyce i gwiazdach, pogrupowane dziedzinami wiedzy i uszeregowane chronologicznie. W osobnym obszarze pamięci znajdowały się dane o cywilizacji, której przedstawiciele właśnie pojawili się w układzie Słonecznym – nazwali się Fangory. Kliknął, aby otworzyć folder. Na ekranie pojawił się komunikat: „Warunki licencji użytkowania informacji. Informacje zawarte w przekazanym zbiorze danych mogą być użytkowane pod warunkiem zapoznania się i zaakceptowania postanowień niniejszej licencji” . Kliknął „OK” i zobaczył warunki licencji. W zasadzie był tylko jeden.

„Użytkownik zobowiązuje się do zachowania w tajemnicy WSZYSTKICH informacji zawartych w udostępnionym zbiorze do czasu uzyskania pozwolenia na ich ujawnienie od właściciela tych informacji. Ujawnienie jakiegokolwiek fragmentu przed uzyskaniem zgody właściciela skutkować będzie natychmiastowym wykasowaniem WSZYSTKICH udostępnionych użytkownikowi danych”.

Zawsze coś, zawsze kurwa coś – pomyślał Miłosz i kliknął „OK”.

***

Informacje dostarczone przez obcych były niewiarygodnie fascynujące. Każdy temat można było studiować na dowolnym poziomie zaawansowania. Biologię i nauki społeczne zgłębiał na poziomie popularnym, wgryzając się od czasu do czasu w interesujące go tematy. Wiedzę astronomiczną i fizyczną zaczął studiować na poziomie eksperckim, ale bardzo szybko zorientował się, że będzie to trwało zbyt długo, postanowił więc na początek przejrzeć te obszary powierzchownie. Najwięcej czasu poświęcił na pochłanianie informacji o cywilizacji obcych. Godziny mijały tak szybko, że nad ranem rozważał nawet opcję „no sleep”, ale zdecydował, że przed rozmową z Pendragonem musi choć trochę się przespać.

Rozmowa z szefem poszła jak po maśle. No prawie. Najpierw pokazał mu przewidywaną docelową trajektorię obiektu, a potem przedstawił pełną analizę, która doprowadziła do takiego wyniku. No, prawie całą, bo pod wpływem niezrozumiałego impulsu postanowił nie wspominać o znalezionym deficycie masy i pędu oraz odkryciu obiektu, który wylądował w kraterze Ptolemeusza. Musiał oczywiście przyznać się do użycia danych pośrednich, co wprawdzie nie naruszało prawa pisanego, ale było niemile widziane przez właścicieli danych (czyli Amerykanów). Jednak w obliczu odkrycia o takim kalibrze kwestia politycznych przepychanek schodziła na dalszy plan. Liczyło się pierwszeństwo i uznanie. A to oznaczało ni mniej, ni więcej, tyko wystąpienie na najbliższym workshopie. Pendragon pożegnał go jakże miłym: „No, to panie Miłoszu, w przyszły poniedziałek lecimy do Berlina, proszę się dobrze przygotować”.

***

Tak jak się spodziewali, wystąpienie Miłosza wywołało duże poruszenie. Zarówno nieoczekiwany wynik, jak i niekonwencjonalne podejście do analizy drgań wywołały burzliwą dyskusję. W pewnym momencie głos zabrał siedzący z tyłu młody człowiek, który do tej pory wydawał się główną uwagę poświęcać swojemu komputerowi.

– Panie doktorze, podczas dotychczasowej dyskusji pozwoliłem sobie przeanalizować zamieszczone na serwerze konferencyjnym dane. Mam w związku z tym dwie uwagi. Po pierwsze, w żaden sposób nie potrafię uzyskać w trakcie optymalizacji orbity okołosłonecznej, którą nam pan przedstawił. Bardzo jestem ciekaw, w jaki sposób doszedł pan do tego rozwiązania. Po drugie, z moich pobieżnych obliczeń wynika, że w ostatecznym równaniu brakuje masy i pędu. Różnica ta jest wprawdzie porównywalna z błędem pomiarowym, jednak doświadczenie podpowiada mi, że powinniśmy poszukać przyczyny tej rozbieżności. Czy dokonał pan tego rodzaju analizy, a jeśli tak, to jakie są jej wyniki? Dziękuję – zakończył i usiadł wyraźnie bardzo zadowolony ze swojej dociekliwości.

Na tego rodzaju atak Miłosz był przygotowany i mógł odpowiedzieć w przekonujący sposób. Jednak następne pytanie sprawiło mu o wiele większy kłopot. Zadał je człowiek o typowo azjatyckich rysach, który przedstawił się jako Feng Sun z wydziału astrofizyki na Uniwersytecie Berkeley.

– Panie doktorze, jak wszyscy tu obecni dobrze wiedzą, analiza trajektorii zbliżającego się obiektu wskazuje albo na jego pozagalaktyczne pochodzenie, albo na chęć jego ukrycia poprzez manewr sugerujący takie właśnie pochodzenie. Moje pytanie brzmi: czy po dokonanych poprawkach i uwzględnieniu docelowej orbity wykonał pan analizę wsteczną trajektorii w celu identyfikacji macierzystego układu przybyszów?

Nie, cholera, nie sprawdziłem tego. – Miłosz gorączkowo poszukiwał wyjścia z sytuacji. Nie mógł przecież przyznać wobec wszystkich, że tego nie zrobił. A nie zrobił, bo nie musiał. Przybysze po prostu mu tę wiedzę przekazali.

– Tak, profesorze Feng, dokonałem takiej analizy. – Mówiąc to, pośpiesznie wpisywał do komputera odpowiednie współrzędne. – Wyniki są jednak obarczone dużą niepewnością.

Wcisnął „enter’ i wyświetlił naprędce skleconą trajektorię. Zielona, przerywana linia pomknęła z okołosłonecznej orbity w stronę głowy gwiazdozbioru Smoka.

– Z obliczeń tych wynika, że obcy najprawdopodobniej przybyli z gwiazdy Eltanin w gwiazdozbiorze Smoka, którą wszyscy znamy jako gamma Drakonis.

Gdy tylko Miłosz wypowiedział nazwę gwiazdy, na ekranie pojawił się złoty smok i zionąc ogniem od prawej do lewej, zmiótł z ekranu wszystkie trajektorie i obliczenia. Zakończony ostrzem ogon raz po raz walił w ziemię, rozpryskując równania i wykresy po całym ekranie. Zniknął po kilku sekundach, pozostawiając po sobie czystą mapę północnego nieboskłonu.

Profesor Feng czuł się wyraźnie zdegustowany tym przedstawieniem. Wśród słuchaczy słychać było coraz głośniejsze rozmowy, rozległy się śmiechy, a nawet kilka gwizdów.

– Nie wiem, młody człowieku, w jakim celu postanowiłeś urządzić to pożałowania godne widowisko. – Pokręcił z niedowierzaniem głową. – Nie wydaje mi się, żeby w najbliższej przyszłości ktoś potraktował cię poważnie.

Moderator dyskusji podniósł starodawny ręczny dzwonek i wybił nim kilka dźwięków. Gdy audytorium ucichło powiedział:

– Wydaje się, że wszyscy potrzebują chwili wytchnienia i namysłu. Ogłaszam piętnaście minut przerwy.

Podszedł potem do zdruzgotanego prelegenta, ujął go za łokieć i powiedział.

– Chyba najlepiej pan zrobi, wracając do hotelu.

Miłosz pokiwał mechanicznie głową i ruszył w kierunku wyjścia, mając w głowie tylko jedną myśl: Dlaczego! Dlaczego dałem się podejść jak dziecko? Najgorzej jednak doskwierała mu świadomość wielkiej pustki na jego dyskach. Wiedział, że nie zostało tam nic. Ani jeden bajt informacji od obcych.

***

Jeszcze rzez pewien czas Miłosz łudził się, że statek obcych wejdzie na obliczoną przez niego orbitę okołosłoneczną, co być może pozwoliłoby mu odzyskać chociaż część reputacji. Jednak z każdym dniem stawało się coraz bardziej oczywiste, że nic takiego nie nastąpi. Obiekt przeleciał przez Układ Słoneczny siłą bezwładności, reagując na źródła grawitacji w sposób przewidziany dawno temu przez Newtona i Einsteina. Niekończąca się opowieść też z wolna dobiegała końca. Kanały jeden po drugim znikały, a wraz z nimi powszechna ekscytacja przybyszem. Próby dotarcia do przelatującego obiektu kończyły się fiaskiem, głównie ze względu na niewystarczającą moc silników, którymi dysponowała ludzkość. Cóż z tego, że kolejne satelity przelatywały coraz bliżej statku obcych, skoro żaden z nich nie był w stanie osiągnąć prędkości pozwalającej na bezpieczne zbliżenie. Jakiś niespodziewany przypływ rozsądku sprawił, że żadne z kosmicznych mocarstw nie zdecydowało się na spowodowanie zderzenia satelity ze statkiem obcych. A ten, dzień po dniu oddalał się od Ziemi.

***

Miłosz siedział przed telewizorem i sącząc kolejnego drinka, bezmyślnie oglądał jakiś mongolski dramat obyczajowy, gdy rozległ się niespodziewany dzwonek u drzwi. W pierwszej chwili poderwał się z fotela, ale tak szybko, jak wstał, usiadł. Z nikim się nie umawiał, na nikogo nie czekał i w ogóle z nikim nie chciał rozmawiać. A Ola miała przecież swoje klucze. A może zapomniała albo zgubiła? Podniósł się ponownie i z niechęcią pokuśtykał do drzwi. Jakby mało było nieszczęść, to jeszcze wczoraj zaczęła go boleć pięta tak, że ledwo mógł na nią nastąpić. Otworzył i ze zdziwieniem spojrzał na niskiego człowieka w kapeluszu i długim, szarym prochowcu. Miał nie więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu i wyglądał jak archetyp filmowego tajniaka.

– Dzień dobry pan. – Tajemniczy gość uniósł kapelusz w geście przywitania. – Czy pan jest Milosz Kauka? – zapytał, przekręcając nazwisko w sposób typowy dla większości obcokrajowców.

Zarówno charakterystyczny akcent, jak i aparycja – czarne proste włosy i skośne oczy – zdradzały przybysza z Dalekiego Wschodu. Raczej Chińczyk lub Koreańczyk niż Japończyk – pomyślał Miłosz.

– Tak – odpowiedział po chwili, gdy minęło pierwsze zaskoczenie. – A o co chodzi?

– Moje nazwisko jest Lu Hui z Chińskiej Akademii Nauk – odpowiedział przybysz, wyciągając do niego trzymaną oburącz wizytówkę. – Czy można mówić po angielski?

Miłosz kiwnął potwierdzająco, odbierając od niego zadrukowany chińskimi robaczkami kartonik.

– Jak już powiedziałem, nazywam się Lu Hui. Jestem profesorem na uniwersytecie Tsinghua w Pekinie – kontynuował gość, płynnie przechodząc na angielski – i przybyłem do Polski specjalnie po to, aby się z panem spotkać. W szczególności po to, aby porozmawiać o pańskim referacie wygłoszonym na konferencji…

Miłosz jęknął w duchu. Ostatnią rzeczą, o której chciałby rozmawiać, był jego nieszczęsny referat.

– Przykro mi, ale… Rozumie pan chyba, że nie bardzo mam ochotę o tym rozmawiać.

Cofnął się o krok z zamiarem zamknięcia drzwi przed nosem przybysza.

– Proszę zaczekać! – zawołał profesor Lu rozpaczliwym głosem. – My naprawdę doceniamy pana pracę.

Miłosz zawahał się na chwilę.

– I czego pan ode mnie oczekuje? – zapytał.

– Chcemy, aby powtórzył pan swoje obliczenia trajektorii zarówno dla głównego obiektu, jak i tego mniejszego, który się od niego oddzielił.

– Niestety, muszę pana zmartwić. Nie posiadam ani jednego bita danych, których mógłbym użyć do takich obliczeń.

– Dlatego jesteśmy gotowi udostępnić panu pełne dane z radioteleskopu FAST. – Gość uśmiechnął się nieznacznie. – I zaprosić pana do Pingtan.

Miłosz nie do końca wierzył w słowa profesora Lu, jednak otworzył drzwi i zaprosił gościa do środka.

***

Trzyosobowy transporter księżycowy wystartował z bazy Chang Yutu na niewidocznej stronie Księżyca, dokładnie o godzinie piątej rano czasu wschodniochińskiego. Leciał nisko nad powierzchnią Srebrnego Globu, kierując się w stronę ciemnej, aczkolwiek widocznej z Ziemi strony Księżyca.

Trzech członków załogi stanowili: pilot Xun Ai, profesor Lu jako przedstawiciel władz chińskich i polski naukowiec Miłosz Kawka. Wylądowali dokładnie w geometrycznym środku krateru. Wszyscy milczeli, bo i o czym było mówić. Przedyskutowali tę wyprawę tysiące razy i każdy dokładnie wiedział, co i kiedy ma robić. Przynajmniej do czasu. Pilot uruchamiał właśnie armię zmechanizowanych zwiadowców – siedemdziesiąt siedem rakietowych dronów i tyleż samo gąsienicowych szperaczy. Pozostało im tylko czekać na sygnał. Wzywający albo do wyjścia, albo do powrotu. Po trzydziestu dwóch minutach odezwał się ten pierwszy.

Drony odnalazły pustą przestrzeń kilka metrów poniżej gruntu, a wkrótce potem łaziki zidentyfikowały możliwe miejsce w którym ta przestrzeń łączyła się z powierzchnią Księżyca. Potencjalne wejście do wnętrza znajdowało się ponad dwadzieścia kilometrów od miejsca lądowania. Pilot zdecydował, że polecą tam transporterem. Był to bardziej skok niż lot, ale po kilku minutach stali już przed wejściem. Ktoś, kto nie wiedział, że znajduje się ono w tym miejscu, mógł je bardzo łatwo przegapić.

Oni jednak wiedzieli i aby wejść, nie musieli zrobić nic więcej, jak tylko nacisnąć przycisk. Przez śluzę przeszli do korytarza, który poprowadził ich do obszernego pomieszczenia, z olbrzymim ekranem, który rozjarzył się zaraz po wejściu.

Na ekranie pojawił się złoty smok, który zamiatał łbem od prawej do lewej i z powrotem, zionąc ogniem i machając skrzydłami, a zakończony ostrzem ogon raz po raz walił w ziemię, wzbudzając fontanny chińskich znaków. Tak jak kiedyś, przy pierwszym kontakcie, na dole ekranu pojawił się czarno-biały pasek, na którym płynął zapętlony tekst:

Wybacz, Miłoszu, że nie wejdziemy w interakcję dialogową, ale jak wiesz, nasze skale czasowe są niekompatybilne.

Ustanowiliśmy naszą ambasadę na Ziemi w mieście Pekin.

Ustanowiliśmy naszego ambasadora na Ziemi.

Twoja determinacja sprawiła, że postanowiliśmy zaproponować ci tę funkcję.

Odpowiedz w dogodnym dla ciebie czasie, czy się zgadzasz.

Koniec

Komentarze

Bardzo sympatyczna ci ta historyjka o pierwszym kontakcie via jeden z ulubionych filmów moich czasów nastoletnich wyszła, fizyku. Przyjemnie i lekko się czytało. 

Dzięki wielkie, ninedin, za dobre słowo i kliczka. laugh

Ech, jak ja zazdroszczę ludziom, którzy opanowali umiejętność szybkiego czytania. Ledwo liznąłem Twoje opowiadanie, i na pewno dzisiaj nie skończę. sad

Ty idź odpocznij po tym pisaniu jednego konspektu i dwóch opek :) 

Hej, Fizyku!

To teraz już wiem, czemu się mówi, żeby nigdy nie klikać nic w ciemno, hahhah. Powiem, że jestem zadowolona z lektury, dzięki Twojemu pisaniu (i paru innych osób na portalu) przekonuję się coraz bardziej do s-f. Przedstawiasz nawet technikalia tak, że aż chce się wiedzieć więcej, no i za Pekin w tej odsłonie coś się tu należy. Tekst biblioteki warty, ale zanim… proszę popraw pana profesora Huy Lu, bo to nie jest poprawny zapis.

Pozdrawiam

Dzięki Oidrin za komentarz.

Dla kogoś, kto uwielbia czytać i pisać S-F, takie słowa to naprawdę wielka satysfakcja. Jasne że chciałbym, aby czytanie moich opowiadań sprawiało przyjemność, a jeśli przy okazji czytelnik zechce dowiedzieć się czegoś więcej i sięgnie po artykuł popularno-naukowy, to satysfakcja podwójna.

Jak widzę po awatarze, jesteś miłośniczką dalekiego wschodu, co pewnie sprawia, że gdy widzisz szyk "imię, nazwisko", do dostajesz bólu zębów. Poprawiłem to, jak również zmieniłem Huy na Hui. Może być?

Raz jeszcze dzięki za miłe słowa, cięszę się, że przypadło do gustu.

Jak widzę po awatarze, jesteś miłośniczką dalekiego wschodu, co pewnie sprawia, że gdy widzisz szyk "imię, nazwisko", do dostajesz bólu zębów. Poprawiłem to, jak również zmieniłem Huy na Hui. Może być?

Miłośnictwo, miłośnictwem, ja po prostu z tego żyję. XD A co do szyku może być jaki chcesz, byle konsekwentny w tekście, jednak zapis nazw chinskich nawet w prasie jest ostatnimi czasy (sprawa Hongkongu, doniesienia okołowirusowe etc.) tak dowolny, że po prostu mną trzepie jak widzę, że źle. A teraz klikarania.

S-f w wydaniu, które bardzo mi pasuje :) Od początku do końca przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Podoba mmi się zarówno sama opowieść, jak kreacja głównego bohatera jak i postaci drugoplanowych. Kwestie techniczne również podane w przystępny sposób.

Ode mnie biblioteczny kliczek i życzę powodzenia w konkursie :)

Katiu, czegóż więcej może chcieć autor opowiadania s-f?

Co zdanie, to miodzik do buzi Puchatka.

A szczególnie słodkie to, o kreacji bohaterów.

Kłaniam się nisko i dziękuję za pochwały i kliczka. heart

Sympatyczna opowieść.

Podobało mi się przedstawienie S w SF; podajesz na tyle dużo szczegółów, żeby wyglądało wiarygodnie – to poszukiwanie chlorofilu* na przykład – ale nie za dużo, żeby pozostać zrozumiałym dla nie-fizyków.

Z punktu wymagań konkursowych – a bohater nie powinien na początku znajdować się w dole? Tzatziki z grudkami to jeszcze nie koniec świata. ;-)

Zgrzytnął mi ambasador. To ktoś wysłany przez państwo A do państwa B, aby tam reprezentować interesy A. W jaki sposób Ziemianin miałby przemawiać na Ziemi w imieniu Smoków?

 

* Ale czy to musi być chlorofil? Wydaje mi się, że glony mają inne barwniki, że o karotenach w liściach nie wspomnę.

 

Babska logika rządzi!

Dzięki Finklo za komentarz.

Sympatyczna opowieść.

Bardzo mi miło. smiley

Podobało mi się przedstawienie S w SF

A tutaj jeszcze bardziej. heart

* Ale czy to musi być chlorofil?

Nie musi. Zwykle rejestrując pełne widmo, badacz wybiera wiele możliwości – nie analizuje tylko jednego, najbardziej spektakularnego celu. Jednak gdybym zechciał to wyjaśnić w tekście, to pewnie “S” już by Ci się tak bardzo nie podobało. wink

a bohater nie powinien na początku znajdować się w dole?

No, powinien – ale wyciąganie go z takiego dołu, to przynajmniej następne 30k. sad

Zgrzytnął mi ambasador.

– Dlaczego mi to zrobiłaś? Teraz i mnie zgrzyta. crying

– Dlaczego mi to zrobiłaś? Teraz i mnie zgrzyta. crying

Czyli zrobiłam to dla towarzystwa. ;-p

Babska logika rządzi!

Czyli zrobiłam to dla towarzystwa.

Ma to sens. enlightened

Dzięki za kliczka.

Sympatyczne :) Przeczytałam z przyjemnością i to nawet mimo technobełkotu – przepływałam nad nim dość bezproblemowo. I wprawdzie jakiś czas temu betowałam (bodaj na Pomieścia) tekst o kosmitach pokazujących ludziom filmy, to Twoja wizja jest zupełnie inna, znacznie pogodniejsza.

Zakończenie jest troszeczkę deusexmachinowe, ale zważywszy stosunek Chińczyków do smoków ma jakiś sens.

 

 

Druga wojna światowa, ruch hippisów, zburzenie muru berlińskiego, atak na WTC, pandemia koronawirusa, inwazja Chin na Rosję – po każdym z tych wydarzeń mieliśmy pewność, że świat już nigdy nie będzie taki sam. A był.

Kupiłeś mnie, bo od początku pandemii moim największym wrogiem byli “ętelektualiści” wieszczący, co to będzie po pandemii w sensie społecznym, moralnym itede itepe. Wszystkim znajomym szerującym te wypowiedzi na fejsie pisałam, że chciałabym, żeby tych wszystkich filozofów i socjologów ktoś potem rozliczył z tego, co gadają w ramach parcia na szkło. Wyszło na moje: nie zmieni się nic, filozofowie siedzą cicho i nikt ich nie rozlicza.

 

– Nie było bielucha, kupiłem wiejski.

– To będziesz jadł tzatziki z granulkami.

– Zmiksuję go i będzie prawie jak bieluch.

– Wiesz, co robi prawie.

Jako amatorkę bielucha kupiłeś mnie po raz drugi ;)

 

Drobne babolki:

 

Odwzajemnił pocałunek i pomyślał, że pewnie bez jej wsparcia dawno porzuciłby marzenia o wielkich odkryciach.

***

Doktor Miłosz Kawka szedł korytarzem instytutu i odwzajemniał powitania.

 

– Moje nazwisko jest Lu Hui z Chińskiej Akademii Nauk – odpowiedział przybysz, wyciągając do mnie trzymaną oburącz wizytówkę. – Czy można mówić po angielski?

To jakaś pozostałość po wersji z narracją pierwszoosobową?

 

Żeby ulżyć Użytkownikom, doklikuję do Biblio.

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki Drakaino.

Cieszę się, że się podobało pomimo tego, no… technicznego żargonu. smiley

Z tym “odwzajemnieniem” mam problem, muszę pomyśleć. A to drugie to tak jak się domyśliłaś. Kiedy za bardzo się wczuję w bohatera, to znosi mnie w narrację pierwszoosobową.

Zastanawiam się, czy pochwalić się na SB, że dzisiaj kupiłem dwa razy drakainę. laugh

Może uda się jedną wymienić na powiedzmy, mr.marasa? Albo Arnubisa?

Podwójna drakaina to rzeczywiście ból ;)

http://altronapoleone.home.blog

Jak mówi stare ludowe przysłowie, @fizyk111, co dwie @drakainy to nie jedna!

Tekst bardzo miło mi się czytało, tym bardziej, że przypominało mi nieco jedno z opowiadań, które sam kiedyś napisałem (eh ten mój narcyzm i egocentryzm) i zastanawiałem się, jak autor rozwiąże pewne kwestie. Podoba mi się kreacja Twojego Kopciucha, przepychanki słowne z Olą, Never ending story w tle (no ale zaraz, zaraz – a gdzie Gmork?! Moją ulubioną postać z NES pominąłeś! Ta zniewaga krwi wymaga! Najlepiej dziewiczej na ołtarzu… ;-) ). Co do potknięć to chyba już dość wytknięto – nie będę duplikował tego co w pozostałych komentarzach. Ponieważ nadal uczę się netykiety tego miejsca zakończę formułką, którą nie raz widziałem na portalach “literackich”: “loffciam, pisz dalej!” ;-)

Dzięki Jim.

Fajnie, że tu zawitałeś. Dyskusję o mądrości ludowych przysłów proponuję odłożyć na inny czas. Co do NES, to niestety nie mogłem uhonorować wszystkich zasługujących na to bohaterów. Ale kto wie, może w wersji rozszerzonej pojawi się i Gmork?

 

 

Cześć.

I jak tu nie rzec: kawał dobrej roboty?

No więc rzeknę:

Kawał dobrej roboty!

 

Przede wszystkim zgadzam się z Finklą:

 

Podobało mi się przedstawienie S w SF; podajesz na tyle dużo szczegółów, żeby wyglądało wiarygodnie – to poszukiwanie chlorofilu* na przykład – ale nie za dużo, żeby pozostać zrozumiałym dla nie-fizyków.

Umiejętność osiągnięcia takiego kompromisu to coś bezcennego – dla mnie.

Mam ten schiz, że pakowałbym tego więcej, aby pokazać, przedstawić, dać polubić, popularyzować, bla, bla, bla.

W konsekwencji potrafię odgonić czytelnika.

 

Bardzo sprawnie językowo, nawet nie będę się wygłupiać i próbować doszukiwać :D

 

Czy mówiłem już, że to kawał dobrej roboty?

 

 

Oj, Silvan, nie wiem, czy nie jest to nadmiar uprzejmości z Twojej strony, ale nie będę ukrywał, że ten powtórzony trzykrotnie “kawał dobrej roboty” sprawił mi wielką przyjemność.

Co do S w SF, to bardzo dobrze rozumiem co masz na myśli pisząc:

W konsekwencji potrafię odgonić czytelnika.

Nie raz mi się to zdarzyło – nawet pod tym tekstem drakaina wspomniała coś o “technobełkocie”. :)

 

Widzisz, właśnie ja należę do tych ludzi, którzy dobry technobełkot z radością czytają ;) Właśnie stąd mój problem ze znalezieniem umiaru z "S". Przypomina mi się Mass Effect. Pamiętam, jak godzinami zaczytywałem się w dzienniku, zgłębiając fizykę gry, bionikę, efekt masy, przekaźniki, itd. Ehhh, to były czasy…

Witaj, Fizyku!

Wstęp bardzo zachęcający, a samo opowiadanie przypadło mi do gustu, zwłaszcza, że nie jest przesadnie długie i w końcu celuje w prawdziwe SF.

Właśnie, to SF. Bardzo zaimponowałeś mi wiedzą tych tak zwanych technikaliów, opisów pewnych procesów (komputerowych czy mechanicznych). Science Fiction to taka sztuka, gdzie wymaga się pewniej wiedzy dla jak najlepszego oddania klimatu, wizji przyszłości czy technologii. Gratuluję ;)

O języku i stylu za dużo nie napisze, sam się dopiero uczę. Pióro masz przyjemne, a warsztat – moim zdaniem – na bardzo wysokim poziomie.

Pozdrawiam i życzę powodzenia w Waszym konkursie, a także innym pisaniu!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Dzięki Danielu za tak miły komentarz.

Cóż mogę powiedzieć? Nauka i technologia w takiej czy innej postaci, to całe moje profesjonalne życie – tak, że siłą rzeczy coś tam kumam.

Cieszę się z Twojej wizyty i mam nadzieję, że wkrótce zawitam do Ciebie. wink

Będę czekać, tak samo jak na Twoje kolejne prace ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Porządny kawał fizyki w bajkowym wydaniu. Fajnie zestawiasz jeden z moich ulubionych filmów z dawnych lat z fizyką w wydaniu, które jeszcze w miarę rozumiem. Dobrze napisane, czytało się płynnie. Podobało mi się, po prostu ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć,

 

Nauki ścisłe, technologia. Raczej nie moje klimaty. SF leży mi średnio, bowiem jedynymi tytułami z tego gatunku, która naprawdę mi się podobały, były książki Johna Scalziego z uniwersum Old Man’s War. Podchodziłem więc bardzo sceptycznie, a jednak zostałem całkowicie kupiony. Tekst przystępny dla laika (za którego się uważam). Pomysł interesujący, wykonanie bez większych zarzutów (a ponieważ nie znalazłem innych, niż wymienione wyżej, to daruję sobie). Myślę, że to kawał dobrej roboty. :)

 

Powodzenia w dalszych pracach.

Pozdrawiam. 

@Irka_Luz

Bardzo dziękuję. Widzę, że NES to film, który wywarł wrażenie na bardzo wielu portalowiczach. Jazda na sentymentach zawsze przynosi dobre rezultaty (prawie takie, jak przekleństwo w pierwszym zdaniu).

Jednak;

Podobało mi się, po prostu ;)

jest pochwałą tylko odrobinę poniżej piórka.

 

@Adek_W

To naprawdę wielka satysfakcja dla miłośnika “hard s-f”, gdy czytelnicy chwalą tekst za przystępność. Wielkie dzięki.

Tak sobie przeczytałem drugi raz i jedna rzecz rzuciła mi się w oczy.

 

Zatrzymał się na scenie lotu na Fangorze, którą zawsze najbardziej uwielbiał i pamiętał, że często mu się śniła.

 

Jakoś minimalnie mi się gryzą te dwa słowa obok siebie.

Czy samo uwielbiał nie byłoby wystarczające? W końcu uwielbianie, to już “mooocny uczuć”.

Ewentualnie może “lubił najbardziej”?

 

To tak w połowie bardziej pytanie, co Autor o tym sądzi ;)

No, szacun @silvan za powtórne czytanie.

Co do meritum, to autor sądzi (wiem, bo pytałem), że “lubił najbardziej” jest lepsze od “najbardziej uwielbiał”. Faktycznie, “uwielbianie” jest trudno stopniowalne, a może nawet w ogóle nie.

Autor prosił o przekazanie podziękowań. wink

[Przeczytane]

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Hej, fizyku!

Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to: oo, panie, ale bełkot… Ale bełkot bardzo zjadliwy ;) Jednak, nim do niego przejdę, parę uwag, klasycznie.

 

Wyznaczenie dokładnej trajektorii pozwoliło mi obliczyć jego wpływ i wprowadzić odpowiednie korekty.

Literóweczka, albo Ci się wpadło w tryb pierwszoosobowy ;)

 

Zespolone dane obserwacyjne z HAWKINGa, ATLASTa, ELTy i VLAja.

Widząc, że utrzymywanie danych w tajemnicy może tylko dać fory Chińczykom, którzy nie mieli zamiaru dzielić się danymi ze swojego radioteleskopu FAST, Amerykanie udostępnili w sieci akademickiej live stream z transmisją sygnału ze swojego VLA-a w najwyższej możliwej rozdzielczości.

> Zastanowił mnie tu różny zapis odmienionego przez przypadki VLA i aż muszę zapytać – czy dobrze kombinuję, że to “j” w pierwszym przypadku to po prostu taka wymowa potoczna (bo to wyjątek z wypowiedzi postaci)? Bo w pierwszej kolejności pomyślałam o zgubionej pauzie, ale po namyśle uznałam, że to dość niewygodne do wymawiania :)

> No a poza tym to takie powtórzenie wyłapałam. Będzie ich jeszcze kilka – jeszcze inne odpuściłam, bo wydały mi się wystarczająco “uprawnione”.

 

Politycy zdawali się przychylać do opinii głoszącej chęć przypodobania się jak największej liczbie ludzi, co pozwoli kosmitom wygrać najbliższe wybory. Jednak główny wpływ na działania rządów największych państw miało stanowisko wojskowych, którzy twierdzili, że emisja filmów ma na celu odciągnięcie ludzi od myślenia o otaczającej ich rzeczywistości i w ten sposób od niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą przybycie obcych. Pierwsze pytanie, które stawiał każdy przepytywany na tę okoliczność generał, brzmiało: „Jeśli cała ludzkość będzie oglądać filmy, to kto będzie bronił planety?”.

Idę za koleją, więc zapomnijmy na moment o uwagach technicznych – bardzo spodobało mi się wykorzystanie tu przez Ciebie stereotypów, że politycy to tylko o wygranej w wyborach, a wojskowi o atakach myślą. Nie wdając się w dyskusje, ile w tym prawdy – imo bardzo fajny zabieg, wywołał uśmiech mimo niekoniecznie humorystycznego wydźwięku :)

 

Najczęściej powtarza się teoria o najlepszym filmie wszechczasów.

Zatrzymałam się tu nad tymi “wszechczasami”, aż się pokusiłam o sięgnięcie do źródeł. I wynikło z tego, co następuje: o ile poprawnie ortograficznie powinno być “wszech czasów”, to jest to związek na tyle często wykorzystywany (i to często w niepoprawnym zapisie), że, zdaje się, wszedł już do języka potocznego nawet ten “zrośnięty” twór. Choć nie przez wszystkich jest on uznawany.

Niemniej będę obstawać przy swoim – to jest przy zapisie pierwotnym, ze spacją.

 

Wyznaczył Ziemię jako cel dla obu obiektów i włączył optymalizację podejścia przy założeniu orbity geostacjonarnej jako celu.

Trochę tu tych “celów”. Ale już powtórzenia pomijając (zwłaszcza że przy odpowiedniej motywacji można by je “usankcjonować”), trochę jak dla mnie masło maślane wyszło – no bo z jednej strony Ziemia jako cel, ale jednak orbita geostacjonarna… I o ile rozumiem, że są to pojęcia ściśle ze sobą związane, o tyle nie wydają mi się tożsame… Więc ostatecznie co owym celem było? Nie wiem, nie znam się, ale mam zagwozdkę z tym.

 

> Niekończąca się opowieść – kojarzysz film?

> Cholera, dlaczego „Niekończąca się opowieść”?

A tu wkradła się pewna niekonsekwencja w zapisie tytułu filmu (specjalnie nie daję cytacji, żeby było widać kursywę). Rozumiem, że zapis w drugim przypadku z cudzysłowem wynika z tego, że kursywa już jest (bo to myśli bohatera), więc żeby jakoś odróżnić… Niemniej, moim zdaniem dobrze byłoby to ujednolicić. W przypadku kursywy zawsze można zapisać to tak:

Cholera, dlaczego Niekończąca się opowieść?

I wtedy nie ma zamieszania. No albo konsekwentnie od początku do końca stosować cudzysłów zamiast kursywy, też można, czemu nie.

 

Wcisnął „enter’ i wyświetlił naprędce skleconą trajektorię.

A tu się Panu zjadł jakiś znaczek :P Generalnie jestem zwolennikiem zapisywania cudzysłowu przy użyciu cudzysłowu, a nie przecinków i apostrofów – przeciętny edytor tekstu zwykle radzi sobie z odróżnieniem tego początkowego od końcowego (i tak je fajnie zakręca, jak tu na portalu – przykłady powyżej w moim komentarzu – albo początkowy już w ogóle daje na dół), więc po cóż się wysilać i dodawać sobie roboty :)

 

Miłosz pokiwał mechanicznie głową i ruszył w kierunku wyjścia, mając w głowie tylko jedną myśl: Dlaczego! Dlaczego dałem się podejść jak dziecko? Najgorzej jednak doskwierała mu świadomość wielkiej pustki na jego dyskach.

> Dużo tej głowy.

> Imo powinien być pytajnik po pierwszym “dlaczegu”, nie wykrzyknik. Ewentualnie pytajnik i wykrzyknik, tudzież pytajnik, a pytajnik i wykrzyknik po kolejnym zdaniu. Kolejność nieobowiązkowa, a nawet, śmiem twierdzić, dowolna (jak by powiedział Szalony Kapelusznik) – byle pytajnik był pierwszy, a wykrzyknik stał po nim (bo to jednak pytania są). Choć w przypadku pierwszego “dlaczega” i tu można by polemizować…

> No i nie przekonuje mnie zwrot, że “najgorzej doskwierała”, choć może zupełnie niesłusznie. Ale wolałabym jednak “najbardziej”. To trochę jak z tym “uwielbianiem najbardziej”.

 

– Proszę zaczekać! – zawołał profesor Lu rozpaczliwym głosem. – My naprawdę doceniamy pana pracę.

A może po prostu “zawołał rozpaczliwie”?

 

Ok, tyle z uczepliwości :P

Powtórzę raz jeszcze: trochę bełkot dla mnie. Ale nie to, że źle – po prostu nie jestem wielką miłośniczką SF. Ale, jak już wcześniej było wspominane, ścisłą wiedzę podajesz z umiarem i w sposób tak przystępny, że nie można narzekać. Więc efekt jest taki, że czytało się bardzo dobrze – bo nie dałoby się tekstu bez tej podanej przez Ciebie wiedzy przyswoić, będąc laikiem. I za to duży plus :)

Kolejny plus to doskonały warsztat. Na “poprawki” nie patrz (i tak jest ich stosunkowo niewiele – poza tym mało dotkliwe są to w gruncie rzeczy potknięcia); taka już moja uroda, że wszystkim wszystko wytykam – a powszechnie wiadomo, że we własnym tekście najtrudniej wszystkie niedociągnięcia wytropić. I mimo tego “bełkotu”, i mimo zatrzymywania się na łapanki, popłynęłam przez Twoje opowiadanie gładko i z przyjemnością ^^

Pomysł też jest intrygujący, dodatkowo sprzedajesz go po kawałku, a nie wszystko naraz, więc skutecznie wzbudzasz zainteresowanie ;)

A tak, jeszcze wstęp. Pierwszy akapit mógłby być jakiś taki nadęty i w ogóle – ale właśnie nie jest. Już na wstępie mnie zainteresowałeś, a to też sztuka :)

 

Im dłużej tu siedzę na portalu, im więcej opowiadań czytam – tym bardziej też SF kupuję (nawet zdarzało mi się już betować, co już w ogóle jest osiągnięciem xD). Albo to ono kupuje mnie…

No nieważne. Podobało mi się w kużdym ruzie :D

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

@Mytrix – dzięki za wizytę 

@Anet – miło mi, że się spodobało.

@NaNa – patrz poniżej. laugh

oo, panie, ale bełkot… Ale bełkot bardzo zjadliwy ;)

Ej, no. Już za drakiną, mogłaś napisać “technobełkot” – to brzmi bardziej zjadliwie ;)

różny zapis odmienionego przez przypadki VLA

Dobrze kombinujesz

Nie wdając się w dyskusje, ile w tym prawdy – imo bardzo fajny zabieg,

Dzięki – muszę przyznać, że kusiło mnie, aby pójść w stronę pastiszu i sarkazmu, ale niestety brakło skilli.

Zatrzymałam się tu nad tymi “wszechczasami”

Mimo postępującego z wiekiem konserwatyzmu, pozostanę przy formie postępowej.

Kolejny plus to doskonały warsztat.

Miodek dla Puchatka

Im dłużej tu siedzę na portalu, im więcej opowiadań czytam – tym bardziej też SF kupuję (…). Albo to ono kupuje mnie…

 I tak trzymać

 

Dzięki za wszystkie czepliwości – na pewno pozwalają na szlifowanie warsztatu. 

Jeśli będziesz konsekwentna, to bardzo szybko dochrapiesz się reputacji Tarniny, czy Reg, czego Ci szczerze życzę.

Bardzo dziękuję również za wnikliwy komentarz i wszelkie pochwały, jak również za wyłapanie powtórzeń, zjedzonych znaczków i niekonsekwencji zapisu. Będę nad tym pracował.

Już za drakiną, mogłaś napisać “technobełkot” – to brzmi bardziej zjadliwie

Mogłam, nie mogłam – ale cóż by to była za atrakcja? Zresztą, nie miało być zjadliwie, tylko kontrastowo devil

Dobrze kombinujesz

Super, czyli mózg jeszcze działa xD Dobrze wiedzieć…

kusiło mnie, aby pójść w stronę pastiszu i sarkazmu, ale niestety brakło skilli

No to trzeba nad skillami popracować :) Chętnie bym coś takiego przeczytała!

Dzięki za wszystkie czepliwości

Polecam się!

Jeśli będziesz konsekwentna, to bardzo szybko dochrapiesz się reputacji Tarniny, czy Reg, czego Ci szczerze życzę.

Aww, dziękuję :D Zwykle jestem bardzo konsekwentna (tudzież bezlitosna). Chyba że korzystam z telefonu… albo dopadnie mnie leń xD

Spodziewaj się niespodziewanego

Ups… Sonato!

Takie przemyślenia po dwudziestu czterech latach życia?

Nie wiem, czy gratulować, czy współczuć.

Anyway, dzięki za wizytę. laugh

Ja to się chyba zaliczam do tej pierwszej grupy, jako mentalny dzieciak :D

Nowa Fantastyka