- Opowiadanie: Outta Sewer - Niespodziewany gość

Niespodziewany gość

Uwaga! Tekst zawiera ślonsko godka w dialogach. Zapis nie jest zgodny z oficjalnym, ale uznałem, że tak będzie czytelniej.

 

Poniżej słowniczek:

Kaper, kapry – karp, karpie

Kiery – który

Aintopf – danie jednogarnkowe

Wiyrch – góra

Krisbaum – choinka

Familok – wielorodzinny budynek mieszkalny

Hazok – zając

Hałer – kask, hełm

Sztyl – kij

Oblat – opłatek

Frela – dziewczyna

Nudelkula – wałek do ciasta

Gorol – obcy, ktoś spoza Śląska

Zaszperować – zatkać

 

Chciałbym również w tym miejscu złożyć serdeczne podziękowania dla oidrin i Gekikary, którzy podjęli się betowania tego tekstu. Dzięki wielkie!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Niespodziewany gość

W rozjaśnianej światłem gołych żarówek kuchni Stefania krzątała się przy garach. Spod unoszonych parą pokrywek wydobywały się zapachy wigilijnych potraw. A w zasadzie ich wariacji, bowiem w podziemiach kopalni, będącej od wielu lat schronieniem dla rodziny Stefanii, oraz niecałych trzech setek pozostałych mieszkańców, nie było możliwości zaopatrzenia się w tradycyjne składniki.

Ponad trzy dekady temu ktoś podjął niewłaściwą decyzję, nacisnął guzik i rozpoczął trzecią wojnę światową. Ostatnią i najkrótszą, bo trwającą zaledwie jeden dzień. Stary świat legł w gruzach a ludzkość doprowadziła do niemal całkowitej zagłady własnego gatunku. Powierzchnia nie nadawała się do ponownego zasiedlenia. Zarówno z powodu promieniowania utrzymującego się od wojny, jak i zagrożenia ze strony form życia, które pod wpływem radiacji wyewoluowały z roślin i zwierząt, przystosowując się do nowych warunków. Tylko nieliczni szczęśliwcy znaleźli schronienia pod ziemią, gdzie próbowali żyć, zachowując pozory normalności. Byli reliktami przeszłości, jak szczury gnieżdżącymi się wewnątrz skleconych z drewnianych podpór baraków, rozsianych po kopalnianych chodnikach i wyrobiskach.

Stefania podejrzewała, że poza ich czarną oazą przetrwali też inni ludzie. Na Górnym Śląsku wydrążono przecież wiele kopalń, mogących posłużyć za schrony dla ocalałych. W Warszawie istniało metro, pod Wałbrzychem kompleksy bunkrów, a na całym świecie też musiało znajdować się wiele miejsc, gdzie promieniowanie nie sięgnęło. Niestety z jakiegoś powodu żadna forma komunikacji nie działała, więc ciężko było zweryfikować te przypuszczenia. Nieliczni śmiałkowie, decydujący się na krótkie wypady na górę nie oddalali się na więcej niż dwa, trzy kilometry od szybów. Ci z kolei, którzy decydowali się na dalsze wycieczki, nigdy nie wracali.

Jednak myśli Stefanii krążyły dzisiaj nie wokół tego, co było kiedyś, ale tego, co jest teraz. A był dwudziesty czwarty grudnia. Wigilia. Okazja do wzajemnych życzeń, spędzenia czasu z rodziną, życzliwości i podziękowania Panu Bogu i Świętej Barbarze za ocalenie przed śmiercią.

Za plecami gospodyni, przy rozłożonym na tę okazję wigilijnym stole, siedzieli jej bliscy. W tym roku było o jedno nakrycie mniej. Henryk, mąż Stefanii, zmarł przed kilkoma miesiącami, po długich zmaganiach z zapaleniem płuc, na które pod ziemią brak było lekarstwa. Nawet heroiczna wyprawa najmłodszego z synów, w poszukiwaniu medykamentów w którejś ze zrujnowanych aptek, nie przyniosła żadnego efektu. Atmosfera nie sprzyjała świętowaniu, ale tradycja jest tradycją, jak powtarzała Stefania, i wigilijna kolacja musiała się odbyć.

– Żeby mi żodyn od stoła nie wstoł – napomniała wigilijnych biesiadników, zabrała tacę i ruszyła w stronę spiżarni. – Wyciongna ino kapry z wyndzaroka i zarozki wracom.

Siedzący od strony kuchni Zefel, najmłodszy z synów Stefanii, nachylił się nad stołem i odezwał półszeptem, kiedy matka zniknęła za drzwiami:

– Dupa, a niy kapry. To w ogóle niy wyglondo jak ryby ze łobrozków, kiere idzie łoboczyć we knigach. Bardzij jak blade glizdy bez łoczu, a muti koże nom to łowić w tyj wasertafli, co je na samym dole gruby i wdupiać co wilijo. Czamu nikt tego pierziństwa niy je bez rok? Powiem wom czamu: bo to je ciulstwo.

Siedzący po jego lewej Jorguś, średni syn, podrapał się po bandażu owiniętym wokół głowy i równie cicho dodał:

– Mosz recht, Zefel. Jo tyż nie chca tego wdupiać. I jeszcze jest tyn smrodlawy aintopf, kiery muti nazywo zupom grzibowom – tego pieroństwa tyż sie nie chyca.

– Zawrzijcie się łoba! – Zbeształ młodszych braci Karlik, najstarszy syn, zajmujący miejsce po przeciwnej stronie stołu. Po prawej miał swoją żonę, Annę, a następnie piętnastoletniego syna, Alfreda, z kolei po jego lewej było wolne nakrycie, tradycyjnie przeznaczone dla strudzonego wędrowca. – A ty, Jorguś, to się już w ogóle zawrzij, bo muti się narobiła, ciynżko jej w ta wilijo skuli śmierci fatra, a tyś jeszcze poszeł dzisioj na wiyrch i ci jakoś gadzina ucho udupiła. Mosz szczynście, że łepy ci niy urwała, bo byś, ciulu, ino wiyncyj trosk jej przinios.

– Jezderyny, Karlik, jo chcioł ino jaki sztuczny krisbaum znolyźć w kierymś familoku, co by jom może rozweselił. Miołech flinta, myślołech, że w dziyń żodyn mutant, oprocz tych zmutowanych hazoków, nie bydzie łaził po wiyrchu. Myślołech, że się udo.

– No to się udało, pociuloku – syknął Karlik – Ucha ni mosz a krisbaumu tyż żeś niy znoloz.

– Kochanie, daj spokój, są święta – napomniała łagodnie męża Anna, kładąc mu rękę na ramieniu.

– Ja, recht. Som świynta – poparł szwagierkę Jorguś. – A takigo mutanta toś jeszcze nie widzioł. Zaszeł mie od zadku i chlasnoł bez łeb pazurami. Jak bych hałera ni mioł i maski, to bych już niy dychoł. A jak żech się wydupił, to żech łod razu szczelił z giwery i tyn dioboł uciykł. A wielki był jak chop i na dwóch szłapach lotoł.

– Ja, uhum – powątpiewał Karlik – I jeszcze powiydz, że mioł skrzidła i z rzici mu sztyl z mietły wystowoł.

Od strony spiżarki dobiegł metaliczny brzdęk uderzającego o podłogę garnka, a po nim dźwięk turlającej się po ziemi pokrywki.

– Muti sie obaliła? – Zastanowił się głośno Jorguś. – Trza iść łoboczyć czy jej sie nic niy stało.

– Siedź na rzici, bo sie muti zeźli jak cie łoboczy, żeś wstoł z zica – skarcił brata Karlik.

– Mom nadzieja, że nic jej ni ma… I że o zol z cołym gorkiym dupnyły te fandzolone niby-kapry – wyraził swoje nadzieje Zefel.

Karlik miał już dość gadania brata i odwrócił się w jego stronę, kiedy wzrok reszty rodziny nadal spoczywał na wejściu do spiżarki.

– Zefel! – syknął Karlik – Jak się zaroz nie zawrzisz, to jo ci łobiecuja…  

W tym momencie najstarszy syn zauważył, że wszyscy zamarli, a ich oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Urwał w pół zdania, odczekał chwilę, ale nadal nikt się nie poruszył. Za to twarze reszty rodziny pobladły. Karlik powoli obrócił głowę. To, co zobaczył, było najgorszym koszmarem, jaki mógł się w tę wigilię przydarzyć.

W drzwiach spiżarki stał wysoki i szczupły humanoidalny mutant, o ciele pokrytym krótką, brązową szczeciną. Jego wydłużony, wypełniony ostrymi zębami pysk był na końcu intensywnie czerwony, jakby dopiero co unurzany we krwi. Krótkie rogi wieńczyły szpiczastą czaszkę, po której obu stronach błyszczały czarne, świdrujące otoczenie ślepia. Jedną pazurzastą łapą przytrzymywał przy sobie Stefanię, drugą z kolei zaciskał na jej ustach.

– Wybaczcie obcesowość – wychrypiała groteskowo bestia, burząc ciszę i wprawiając biesiadników w jeszcze większe osłupienie. – Jestem strudzonym wędrowcem, a widzę, że macie dla takiego miejsce przy stole.

Mutant rozluźnił uścisk i uwolnił Stefanię. Kobieta chwiejnie odeszła kilka kroków i po omacku wsparła się o kuchenny blat roboczy.

– Ty godosz? – sapnęła nestorka.

– A czy w wigilię nawet zwierzęta nie mówią ludzkim głosem? Co ma za znaczenie, czy pochodzę od psa, renifera czy kapibary? Gospodyni. Gość w dom, Bóg w dom, jak powiadają. – Potwór wyszczerzył się w parodii uśmiechu.

Zdezorientowana Stefania nie wiedziała jak zareagować. Jej rodzina wyglądała, jakby czas się dla nich zatrzymał, zatopionych w bursztynie jednej chwili. Powiedziała więc pierwsze, co przyszło jej do głowy:

– Tradycjo nakazuje ugościć, a tradycjo, rzecz świynto.

Mutant wyszczerzył się jeszcze bardziej i przeczłapał do wolnego miejsca obok Karlika. Czas ruszył dla reszty biesiadników. Ponaglony skinieniem matki, najstarszy syn nerwowo przesunął się w stronę żony, robiąc potworowi miejsce. Dopiero teraz wszyscy zauważyli, że istota ma dodatkową parę skarlałych rąk, a w jednej z łap trzyma brązowy tobołek. Bestia usiadła, sięgnęła do wnętrza worka i wydobyła z niego cylindryczny pojemnik oraz chochlę. Położyła puszkę na stole.

– Przyniosłem coś. Barszcz. Z uszkami. – Potwór otwarł pokrywkę naczynia, pełnego szkarłatnej cieczy, która z burakami na pewno nie miała niczego wspólnego, po czym zamieszał w niej chochlą. Na wierzch wypłynęły brązowe, pomarszczone uszy zmutowanych królików, na jakie zdarzało się polować ocaleńcom. – Świeże. Z dzisiaj. Ktoś będzie chciał?

Potwór jeszcze raz zamieszał chochlą i wśród króliczych uszu mignęło jedno ludzkie. Bestia spojrzała badawczo na współbiesiadników, zatrzymując wzrok na Jorgusiu. Środkowy syn Stefanii mimowolnie przyłożył dłoń do miejsca po straconym uchu.

– Jo… jo… wola zupa łod muti – wyjąkał słabo Jorguś. – Grzibowo.

Reszta skwapliwie pokiwała głowami, zgadzając się z jego wyborem. Mutant wzruszył ramionami i nalał sobie szczodrze makabrycznego barszczyku. Stefania przyniosła w tym czasie wigilijną grzybową i napełniła zupą pozostałe talerze. Usiadła i zatopiła łyżkę w parującej brei, dając sygnał reszcie rodziny, że również mogą zacząć jeść.

Atmosfera była gęsta jak zupa grzybowa Stefanii, jednak potwór zdawał się tego nie dostrzegać i zachowywał się podczas wigilii dość swobodnie. A dziwna to była wieczerza, wypełniona dźwiękami obijających się o talerze sztućców, z trudem utrzymywanych w drżących dłoniach. Zawartość łyżek rzadko docierała do ust, rozchlapywana po drodze na biały obrus i odświętne ubrania, a mlaski oraz chlipanie mutanta, wlewającego małymi porcjami zupę do szerokiej paszczy, skutecznie odbierały reszcie biesiadników apetyt.

Bestia skończyła pierwsza. Jednak widząc opieszałość gospodarzy, nalała sobie drugą porcję, zanurzyła w niej łyżkę i już miała ją podnieść, kiedy coś sobie przypomniała.

– Opłatek – warknęła.

– Opłatek? – zapytała Stefania, a reszty rodziny znów zamarła.

– Przed wieczerzą trzeba połamać się opłatkiem – wyjaśniła bestia chrapliwie.

– Ja. Zapomnielimy… Ale zjydzcie już ta zupa do końca, a jo wezna, prziniesa oblaty.

Wstała, upewniła się, że potwór zajął się na powrót konsumpcją i wymownie przesunęła wzrokiem po synach – najpierw po siedzącym obok gościa Karliku, następnie po zajmujących miejsca po jej lewej Jorgusiu oraz Zeflu. Podeszła do blatu roboczego i wzięła z niego talerzyk z opłatkami, drugą ręką zgarniając duży, ciężki wałek do ciasta.

– Oblaty. To som po ślonsku opłatki. Trza sie połomać oblatym. – Postawiła talerzyk obok Jorgusia. – Weźcie se po jednym oblacie, tera sie nimi połomiymy. Gość niech weźnie piyrwszy, jak tradycjo koże.

Potwór odłożył sztućce i przechylił się przez stół, sięgając do talerzyka.

Następnie wydarzenia potoczyły się już bardzo szybko.

Kiedy bestia złapała pomiędzy szpony opłatek, Stefania zamachnęła się wałkiem i uderzyła nim z impetem w przedramię potwora. Staw łokciowy chrupnął, a mutant zawył z bólu. Wszyscy trzej bracia w momencie rzucili się na gościa, uczepiając się go oraz tłukąc tym, co było pod ręką.

– Alfryd! Giwera opy! W byfyju!

Karlik krzyknął do syna, a ten od razu poderwał się, podbiegł do stojącego nieopodal kredensu. Z górnej szuflady wydobył stary pistolet, który do niedawna należał jeszcze do dziadka chłopaka. Rzucił go ojcu.

Najstarszy z braci puścił potwora i złapał broń. W tym czasie bestia strząsnęła z siebie Zefla. Tylko Jorguś nie popuszczał, uczepiony łba mutanta, zapamiętale okładał go chochlą. Karlik wycelował, ale bał się postrzelić brata.

Potworowi wreszcie udało się strącić ostatniego mężczyznę, sieknąć go pazurami i odepchnąć. Raniony w głowę Jorguś upadł, a wówczas Karlik wykorzystał szansę, pociągając za spust.

Rozległ się huk samotnego wystrzału, głową bestii szarpnęło. Niespodziewany gość runął naprzód, na stół, do końca niszcząc wigilijną dekorację. Po chwili z jego otworu usznego wylała się struga czarnej, śmierdzącej krwi.

Stefania opadła ciężko na jedno z krzeseł, Karlik opuścił broń, Anna przepchnęła się obok męża i podbiegła do leżącego w kącie, krwawiącego obficie z głowy, lecz wciąż przytomnego Jorgusia.

– Bydzie żył? – zapytał Karlik, słowa kierując do żony, opatrującej głowę rannego.

– Na szczęście potwór nie ciął głęboko. Będzie dobrze. Tylko… bestia oderwała mu drugie ucho – odpowiedziała Anna.

– Teroz to łon se freli na pewno niy znojdzie – rzucił obcesowo Karlik. – A ty, muti, aleś tymu diobłowi prziwaliła nudelkulom, aż chrupło.

– Chcioł sie połomać oblatym, toch go połomała o blat, pierona. – Głos Stefanii brzmiał słabo, ale pewnie.

Strach wraz z adrenaliną powoli schodziły z domowników. Zefel pozbierał się z podłogi i włączył do rozmowy:

– Słyszeliście jak łon mówił? – Ostatnie słowo wypowiedział ze słyszalną pogardą. – Gorol pieroński. Kieryndy łon sam wloz?

– Szybym. Z wyndzaroka wyloz, jak żech kapry wyciongała. Musioł tukej na doł zlyźć i trefił do nos. Trza to zgłosić Nadsztygarowi, a na razie zaszperować tyn kumin. A teroz wyniyście stond tego pierona przed dźwiyrza, do chodnika. Nie chca, żeby mi na stole leżoł.

Zefel, Karlik i młody Alfred spróbowali podnieść truchło potwora. Jorguś tylko się temu przypatrywał mętnym wzrokiem, ze zbolałą miną poddając się zabiegom szwagierki, owijającej mu głowę bandażami.

– Ciynżki je, chachor – stęknął Karlik.

– Fater, patrz! – wykrzyknął nagle Alfred. – Łon coś ma tu, o, na karku.

Chłopak rozgarnął szczecinę pokrywająca ciało bestii, odsłaniając mosiężną klamrę. Odpiął ją i ściągnął z szyi potwora coś, co z wyglądu przypominało obrożę. Przyjrzał się dokładniej przedmiotowi.

– Tukej jest jakoś tabliczka na tym pasku. Chyba mesingowo… Coś jest na nij napisane. Ino zmazano jest. – Alfred chuchnął kilkukrotnie na zabrudzony metal, po czym energicznie przetarł go rękawem koszuli.

– I co sam je napisane? – zapytał Karlik.

– Fater. Niy uwierzisz…

– Niy fandzol ino godej, wszyscy chcymy wiedzieć – ponaglił bratanka Zefel.

Chłopak jeszcze raz przyjrzał się dokładnie tabliczce, jakby nie dowierzając temu, co przeczytał i w końcu zaspokoił ciekawość reszty rodziny, wypowiadając jedno tylko słowo:

– Rudolf.

Koniec

Komentarze

Cześć, Outta.

Choć poziom absurdu był dla mnie zbyt wysoki, to przeczytałem jednym tchem, a to zapewne dzięki stylowi i zabawnym dialogom, które są w Twoim opowiadaniu, moim zdaniem, najlepsze. Nieźle się bawiłem.

Pozdrawiam, Pop Lab.

Tak jak pisałem w becie, jest to jak dotychczas najlepsze opowiadanie konkursowe. W tekstach humorystycznych czujesz się najlepiej i to widać.

Styl nienaganny, przez tekst się płynie, ślonsko godko nadaje mu niepowtarzalnego kolorytu, kiedy uderzasz w absurd robi się jeszcze lepiej. Wszystkie żarty do mnie trafiły, są niewymuszone i przezabawne, a zakończenie błyskotliwe. 

Brawo! 

Cześć.

Wbrew pozorom (gwara) nieźle się to czyta :)

A ostatnie słowo mnie rozbroiło :)

Bardzo fajny pomysł na niespodziewanego gościa. Zaskoczyło mnie też co się z nim stało, choć to w sumie też na plus. Dobrze oddana rodzinna atmosfera i przekomarzanie mimo niecodziennych okoliczności. Ślonsko godko dodała charakteru i mimo, że zupełnie jej nie znam, nie miałem problemu z czytaniem bez sięgania po słowniczek.

Podsumowując: miodna i przyjemna lektura.

Cześć Q:-)

jaka sympatyczna świąteczna historia;-)

trzecia wojna światowa, przeuroczy gość i uszy w barszczu:-) chyba niczego nie zabrakło. Świetne dialogi, choć przyznaję, że musiałam zajrzeć do słowniczka, żeby zrozumieć niektóre wyrazy. Mimo to czytało się naprawdę dobrze, bo humor dobry:-) Ślonsko godka dodała opowiadaniu charakteru i klimatu.

No i dziękuję Ci za wałbrzyski akcent, który tchnął we mnie nadzieję, że w razie wojny, to może uda mi się gdzieś tam skitrać i jakoś przetrwam:-)

oczywiście polecam do biblioteki i pozdrawiam

 

edycja:

Zakończenie cudne! Nie spodziewałam się:-)

Cześć, Q,

Czytało się dobrze już za pierwszym razem, ale po lekkiej polerce jest jeszcze lepiej. Wielki plus za sprzedanie klimatów regionalnych w wydaniu postapo i doprawienie go ślonsko godko. Niebanalny humor i abstrakcyjne wtręty to coś, czym zawsze bronią się Twoje teksty.

No, to dam polecajkę i pozdrawiam!

Siema :)

 

@Pop

 

Dzięki za miłe słowa. Cieszę się, że ślonskie dialogi przypadły Ci do gustu :)

 

@Geki

 

No, pisałeś w becie, że Ci się podoba, ale nie pisałeś, że zakończenie jest błyskotliwe. W ogóle to łechczesz moją próżność, ale spoko,wybaczam ;)

Dzięki za betę, mon :)

@silvan

 

Fajnie, że wpadłeś i do mnie :) Dzięki wielkie. A gwara ślonsko nie je tako zaś ciynżko i idzie do nij nabadać ;)

 

@Edward

Dobrze oddana rodzinna atmosfera i przekomarzanie mimo niecodziennych okoliczności. Ślonsko godko dodała charakteru i mimo, że zupełnie jej nie znam, nie miałem problemu z czytaniem bez sięgania po słowniczek.

No, na Górnym Śląsku to przekomarzanie jest zawsze, niezależnie od okoliczności. I w ogóle życie rodzinne skupia się wokół kuchni :) Myślę, że zrezygnowanie z oficjalnego zapisu ślonskiej godki było strzałem w dziesiątkę, bo nawet mnie on męczy, pomimo tego, że wiym jak sie u nos godo.

Dzięki za klika, mate :) Muszę nadrobić zaległości i przeczytać któreś Twoje opowiadanie, bo je chwalą i polecają. Obrobię się i może jeszcze przed końcem roku zawitam do Ciebie.

 

@Olciatka

 

Świetne dialogi, choć przyznaję, że musiałam zajrzeć do słowniczka, żeby zrozumieć niektóre wyrazy.

Dlatego go wrzuciłem, choć miałem wątpliwości czy nie zostawić tekstu bez wyjaśnień językowych. Czyli kolejna dobra decyzja.

 

No i dziękuję Ci za wałbrzyski akcent, który tchnął we mnie nadzieję, że w razie wojny, to może uda mi się gdzieś tam skitrać i jakoś przetrwam:-)

Mam rodzine w Wałbrzychu, to i wałbrzyski akcent się w tym górnośląskim opowiadaniu znalazł :)

 

@oidrin

 

Wielki plus za sprzedanie klimatów regionalnych w wydaniu postapo i doprawienie go ślonsko godko.

Się kiedyś odgrażałem, że napiszę hanyspunka. Może hansypunk to nie jest, ale już jakieś klimaty regionalne przemycam ;)

Dzięki za betę :)

 

A wszystkim Wam chcę podziękować za czas poświęcony na lekturę, zostawienie komentarza i polecajki :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Weź pan tego hanyspunka szybko opatentuj, bo podprowadzą. XD

Hej, Outta!

Faktycznie, ślonsko godko nadaje tekstowi charakteru, choć dla mnie było jej za dużo – bardzo bardzo lubię takie rzeczy w małych ilościach, bo inaczej mnie przytłaczają, męczą. Mam na myśli inny akcent i właśnie sposób mówienia. I choć nie miałam żadnych problemów ze zrozumieniem, czerpałabym pewnie większą frajdę, gdyby było tego mniej. A jo ślonska dziołcha.

Ale to takie preferencje, bo mimo to szanuję i pewnikiem inni radość znajdą. Jednak dobrze, że ograniczyłeś się jedynie do dialogów :P

Jak przedmówcy napisali, humor/absurd nienachalny, więc i przyjemny.  

 

 

A w zasadzie ich wariacji, bowiem w podziemiach kopalni, będącej od wielu lat schronieniem dla rodziny Stefanii, oraz niecałych trzech setek pozostałych mieszkańców, nie było możliwości zaopatrzenia się w tradycyjne składniki.

“w podziemiach kopalni bowiem”, bo bowiem nie stosuje się tak jak ponieważ, ale po przynajmniej pierwszym wyrazie przyłączanego zdania. Nie jestem pewna, czy to reguła, czy jedynie sugestia, ale skłaniam się ku pierwszemu. 

 

 

W Warszawie było metro, pod Wałbrzychem kompleksy bunkrów, a na całym świecie też musiało znajdować się wiele miejsc, gdzie promieniowanie nie sięgnęło. Niestety z jakiegoś powodu żadna forma komunikacji nie była możliwa, więc ciężko było zweryfikować te przypuszczenia.

 

Powodzenia w konkursie i spokojnie pisz więcej takich zabawno-absurdalnych tekstów! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Grubo na tej grubie się działo.

Renifery zdziczały, ludzie wrócili do korzeni, znaczy się podziemnej mowy.

A ze wszystkich fantastycznych i niemożliwych do posiadania rzeczy, chciałbym mieć taki rudolfowy garnek, co się w worku nie otworzy i nie uleje się z niego.

Trochę mi brakło, że nikt nie szukał aszymbechera, ani nie odganiał się od kopruchów, ale dobra… to przecież fantastyka.

No, ekspozycja taka do bólu sztampowa.

Potem jest już lepiej, bo kopalniana, postapokaliptyczna, wigilijna rzeczywistość ma w sobie sporo oryginalności. Jeśli dołożymy do tego sprawnie napisaną i trzymającą w lekkim napięciu fabułę, to dostajemy tekst, który wprawdzie nie zaskakuje, ale czyta się bardzo dobrze.

Duży plus za Ślunsko godka.

Yo!

 

@Lana

 

Faktycznie, ślonsko godko nadaje tekstowi charakteru, choć dla mnie było jej za dużo – bardzo bardzo lubię takie rzeczy w małych ilościach, bo inaczej mnie przytłaczają, męczą.

Jednak dobrze, że ograniczyłeś się jedynie do dialogów :P

No właśnie nie chciałem sobie zawężać grona odbiorców i pisać śląską gwarą, bo to rzeczywiście mogłoby zmęczyć. Dlatego tylko dialogi, choć nie wszystkie, bo Anna mówi poprawną polszczyzną, a młody Alfred hybrydą ;)

 

Dzięki za odwiedziny i uwagi! :)

 

@PanKratzek

 

Ano, działo się.

A ze wszystkich fantastycznych i niemożliwych do posiadania rzeczy, chciałbym mieć taki rudolfowy garnek, co się w worku nie otworzy i nie uleje się z niego.

Miałem się kłócić, że są takie garnki i już wyszukałem w necie zdjęcia, kiedy okazało się, że to nie są garnki, tylko termosy do potraw :/ Słowo termos mi się nie podoba, więc go nie uzyłem, ale i tak pozmieniałem ten fragment, żeby nie było niedomówień.

 

Trochę mi brakło, że nikt nie szukał aszymbechera, ani nie odganiał się od kopruchów, ale dobra… to przecież fantastyka.

A skuli czego aszynbehra by mioł kto szukać? Dyć w tyj familji żodyn niy kurził, a przinajmij niy w wilijo przi stole, bo dzieciontko by widziało i geszynku niy prziniosło. A kopruchów na grubie ni ma, bo kaj by sie tam te pierony uchowały? Ponoć łone tyż ewolu… elowu… ewulo… no, tyż je zmutowało i terozki łażom na cztyrech szłapach, majom tromby jak elefanty, a dupne som jak fligry. I we Sosnowcu majom swoj hajmat.

 

Dzięki za odwiedziny i pozostawienie po sobie komentarza.

 

@fizyk

 

Potem jest już lepiej, bo kopalniana, postapokaliptyczna, wigilijna rzeczywistość ma w sobie sporo oryginalności.

Ale tylko ta kopalniana, postapokaliptyczna z naciskiem na wigilijna. Bo po prawdzie chciałem, żeby się ten początek trochę kojarzył z “Metrem 2033” Glukhovskyego. Takie postapo jest teraz modne, jakieś metra czy inne podziemne schronienia jak w książkach innych autorów współtworzących całą linie wydawniczą sygnowaną logiem trylogii Glukhovskyego. W Polsce miejscami użytymi przez autorów są schrony pod Nową Hutą i warszawskie metro. A czemu nie kopalnie, pomyślałem kiedyś, przecież to też mogą być schrony. No i tak wyszło, że użyłem tego pomysłu w świątecznym opowiadaniu.

 

Dzięki za czas poświęcony na lekturę i napisanie komentarza :)

 

Pozdrawiam

Q

 

 

 

Known some call is air am

Lektura za mną i muszę przyznać, że całkiem miła. Śląska gwara sprawiła, że nie rozumiałem co prawda każdego słowa, ale kontekst zdań jak najbardziej.

Klimatyczny tekst, zabawny, ujawnienie tożsamości mutanta mnie zaskoczyło. Cała scena z konsumowaniem kolacji przy mutancie świetna.

Nie wiem, czy potrzeba, ale, oczywiście, polecam do biblio :)

Cześć!

Śmieszne, momentami straszne i bardzo mocno świąteczne. Niezły tekścik! No i nawet Rudolf się załapał… Wigilia po śląsku z mocnym akcentem post-apo. Z początku klimat niepewności buduje treść kolacji, a potem sprawy przybierają zdecydowanie ciekawszy obrót. Ciekawy (i utrudniający lekturę, przynajmniej z początku) język, z którym trzeba walczyć, ale motywujący do poszerzania wiedzy w tej kwestii. Oj, ta śląska gwara… Pomysłowo to osadziłeś w kopalnianej rzeczywistości. Tag absurd zdecydowanie na miejscu, ale tekst nie jest tym bynajmniej przesycony. Humor mocno miesza się tu z tradycją, proporcje, jak dla mnie, odpowiednie. Wniosek z tego taki, że nawet podczas wigilii warto trzymać strzelbę pod stołem.

Napisane sprawnie, w oczy nic nie kole (poza językiem z początku, ale to na plus, bo to wyróżnia zdecydowanie ten tekst)

3P dla Ciebie: Pozdrawiam, polecam do biblioteki i powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Ślunska godka robi ten tekst. Bez niej wypadłby o wiele słabiej.

Te straszliwe mutanty to mit, ale w humorystycznym tekście nie będę się czepiać.

Puenta fajna.

Babska logika rządzi!

Mimo słownika trochę mnie przytłoczyła ta gwara. Ale jest jucha, uszy (nie uszka) w barszczu, także mi pasuje :D

Hej! 

Sympatyczne opowiadanie. Momentami za dużo tej śląskiej gadki jak dla mnie, bo musiałam się skupić, żeby zrozumieć, co łyni godają, przez co odrobinkę ucierpiała płynność. 

Ale z drugiej strony te dialogi nadają charakterku. 

 

Zakończenie – bomba!

Infodump na starcie boli. Ale jak tylko tekst wchodzi w scenę przy stole, płynie wartko. Wprawdzie gość niespodziewany szpetny jak przodek po wystrzale, a i zupkę miał nietenteges, to jednak familia zusammen do kupy radę mu dała, w iście świątecznym duchu. ;-)

Makabreska przezabawna, z miłym twistem na koniec, a o jej uroku stanowi doskonała ślunska stylizacja i pięknie oddana taka klasyczna sytuacja, w której trudno matuli na wigilię powiedzieć, że tradycja tradycją, ale jedzonko mogłoby być lepsze ;-) Brakowało mi jeszcze tylko kiepowania do aszenbechera ;-)

Uśmiechnęło i podobało się, a chyba o to chodziło. :-)

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fajne. Apokalipsa po śląsku robi wrażenie. Pisanie gwarą również :) Twist na końcu rewelacyjny.

Mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Najbardziej optymistyczne opko konkursu jest o III wojnie światowej XD

 

Ale bardzo przyjemne, rzeczywiście, takie baśniowe i sympatyczne, napawające optymizmem, mimo wszystko. Ślonsko godka bardzo dodaje uroku, infodump do przeżycia, choć mógłby istotnie być nieco subtelniejszy. Chętnie bym kliknęła, ale już za późno ;)

http://altronapoleone.home.blog

Wiele nie napiszę, bo wszystko już w komentarzach było. ;)

Było o infodumpie i zgadzam się z opiniami przedpiśców.

Było o przyjemnym humorystycznym tekście i zgadzam się z opiniami przedpiśców.

Było w końcu o gwarze jako bardzo wartościowym elemencie opowiadania, takim, który znacząco buduje pozytywny odbiór tekstu i znów zgadzam się z opiniami przedpiśców.

Od siebie dodam, że bardzo lubię połączenia fantastyki z elementami miejscowej kultury, zwyczajów. Uważam, że fantastyka daje świetną możliwość, by poprzez fikcję i zdarzenia pozornie od rzeczywistości odległe, opowiedzieć trochę o regionie, zapoznać szersze grono osób ze wspomnianą już, miejscową kulturą. Uważam, że te wszystkie rzeczy typu: język, zwyczaje i tak dalej, to wszystko zasługuje na to, by się tym chwalić, by to propagować. A fantastyka, tak pozornie niepasująca, w rzeczywistości stwarza całą masę możliwości, by zgrabnie połączyć to, co bardzo odległe, z tym, co bardzo bliskie.

Fajny tekst.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej :)

Wybaczcie, że nie odpowiadałem, ale czas w święta ma niepokojący zwyczaj znikania. A ja w Prousta się nie bawiłem i bawić nie będę i szukać go nie zamierzam, za to wypada nadrobić te stracone sekundy, minuty, godziny.

Przede wxzystkim chciałbym Wam podziękować za odwiedziny, czas poświęcony na lekturę oraz pozostawienie po sobie komentarzy. Dzięki również za wszystkie miłe słowa.

Chciałbym się głównie odnieść do tego infodumpa na początku. Geki na becie zwrócił na to uwagę, ale postanowiłem zostawić to jak jest, z trzech powodów – jednego racjonalnego, jednego mniej a jednego wcale ;)

Ten powód średnio racjonalny jest taki, że chciałem na początku zarysować świat, w jakim rozgrywa się opowieść. Wrzucanie tych informacji później, gdzieś po drodze, w trakcie całej akcji przy stole, zaburzyłoby według mnie płynność sceny, a chciałem by tam wszystko płynęło tak jak jest, bez potykaczy w postaci dodatkowych informacji. Pewnie dałoby radę zrobić w sposób nienachalny, ale tutaj już przechodzimy do racjonalnego powodu. A jest nim brak umiejętności, które dopiero nabywam. Obawiałem się, że gdy spróbuję to tak przerobić to rozwalę wszystko i zamiast zabawnej historyjki – czyli takiej, jaka miała być w założeniu – wyjdzie mi jakiś ciężkostrawny, poszarpany potworek. Jasne, mógłbym usiąść, postarać się, przerabiać, dodawać, ujmować, przepisywać, ale nie chciałem tego robić z obawy o efekt finalny oraz z powodu tego ostatniego, nieracjonalnego powodu. Ten nieracjonalny powód to po prostu niechciejstwo. Opowiadanie napisałem do połowy, po prawie dwóch tygodniach usiadłem i dopisałem resztę i poczułem się zmęczony tą historią. Chciałem ją puścić dalej, bo nie miałem w przedświątecznym ferworze załatwiania SPRAW ani serca, ani czasu, żeby całośc dopieszczać.

Niby się tłumaczę, ale w pełni rozumiem zarzuty i mogę jedynie podziękować za uwagi, pochylić głowę i powiedzieć: mea culpa. Następnym razem postaram się lepiej.

 

Cieszy mnie również, poza ogólnie pozytywnym odbiorem opowiadania, fakt, że śląska gwara nie przeszkodziła zanadto w odbiorze i zamiast stać się przeszkodą, okazała się być przyprawą, która dodała tekstowi charakteru. Dzięki Waszemu feedbackowi coraz poważniej myślę nad stworzeniem czegoś dłuższego w konwencji hanyspunka ;)

 

Pozdrawiam Was wszystkich (Zanaisie, krarze, ANDO, Finklo, nnaderowy, Saro, Psychofishu, Irko, drakaino i CMie, uff ;)) serdecznie i poświątecznie.

Q

Known some call is air am

Dobrze się czytało, choć przy gwarze zwoje w mózgu mi się prostowały ;) Niemniej historia ciekawa, rodzinka żywiołowa i umiejąca sobie radzić. I pewnie, gdyby nie to, że tematem były święta, to Rudolfa bym tak szybko nie zdemaskowała.

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Matulu, ta gwara prawie mi wypaliła mózg, ale ile się przy tym uchechałam! Aż odetchnęłam z ulgą, kiedy ktoś w końcu się po ludzku odezwał ;) (I widzę, że nawet w postapokaliptycznej przyszłości wielu ludzi ma wciąż to samo zdanie o karpiu…) Wizja poczciwej rodzinki Ślązaków w świecie po zagładzie mnie kupiła. Tekst zasysa, leci się przez niego aż do końcowego twistu. Dobre to, serio.

Hanyspunk – czyżbyśmy byli świadkami narodzin nowego gatunku? ;)

Swoją drogą, czy metro nie jest zbyt płytko jak na schron przeciwatomowy?

Hej :)

 

Dobrze się czytało, choć przy gwarze zwoje w mózgu mi się prostowały

Matulu, ta gwara prawie mi wypaliła mózg,

To teraz pomyślcie, co by się stało, gdybym Wam zasunął taką prawdziwą śląską wiązanką ;)

 

@kasjo

 

I pewnie, gdyby nie to, że tematem były święta, to Rudolfa bym tak szybko nie zdemaskowała.

Zdemaskowałaś Rudolfa? Propsy, grl :) Ja zdemaskowałem Rudolfa dopiero po napisaniu ponad osiemdziesięciu procent opowiadania. Zakończenie miało być inne, kiedy nagle do głowy przyszło mi, że przecież o wiele zabawniej będzie zrobić z mutanta Rudolfa i w ten sposób zakończyć tekst :)

 

@Silva

Aż odetchnęłam z ulgą, kiedy ktoś w końcu się po ludzku odezwał ;)

Hah! Bardzo celna uwaga :)

 

Hanyspunk – czyżbyśmy byli świadkami narodzin nowego gatunku? ;)

Po głowie chodzi mi od jakiegoś czasu pewna wizja i kiedyś pewnie się za nią zabiorę :)

 

Swoją drogą, czy metro nie jest zbyt płytko jak na schron przeciwatomowy?

Glukhovsky, pisząc swoje “Metro” osadził je w metrze moskiewskim. Nie wiem jaka jest tam średnia głębokość, ale wikipedia podaje, że najgłębsza stacja znajduje się 84 metry poniżej powierzchni. Nie wiem czy to jest nie za płytko, ale u niego wystarczyło. Kopalnie są jednak o wiele głębsze, więc uznałem, że nadawałyby się bardzo dobrze.

 

Cieszę się, że historia się Wam, drogie panie, podobała :) Miała uśmiechnąć i najwyraźniej spełniła swoje zadanie.

 

@Morgiana

 

Dzięki za czas poświęcony na lekturę :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

I pewnie, gdyby nie to, że tematem były święta, to Rudolfa bym tak szybko nie zdemaskowała.

 

Zdemaskowałaś Rudolfa? Propsy, grl :) Ja zdemaskowałem Rudolfa dopiero po napisaniu ponad osiemdziesięciu procent opowiadania. Zakończenie miało być inne, kiedy nagle do głowy przyszło mi, że przecież o wiele zabawniej będzie zrobić z mutanta Rudolfa i w ten sposób zakończyć tekst :)

Na początku wydawało mi się, że to może Deathclaw (bo pasuje do apokalipsy i kopalni). Ale ze względu na motyw świąteczny w końcu pomyślałam właśnie o Rudolfie. Może dlatego, że sama bym go wcisnęła do takiej opowieści? Fajnie pasuje ;)

Pierunie! Mytro2033 po ślusnku? – to tylko Hanys mógł wymyśleć ;P .

 

Opowiadanie bije na głowę trzy czwarte antologii “Szepty Zgładzonych”. Oj poleją się łzy autorów jak się dowiedzą, że nowy zawodnik jest w tunelach. 

 

Super! Poprawiałeś mi humor na resztę wieczoru. 

 

pozdrawiam 

  1.  

kalumnieikomunaly.blogspot.com

to tylko Hanys mógł wymyśleć ;P .

Heh. Taki miałem pomysł na świąteczne postapo i chyba siadło :)

 

Dzięki za miłe słowa, MBS. Cieszę się, że Ci się podobało, ale po tunelach nie mam zamiaru wałęsać się za częśto. To taki one-shot. A “Szepty zgładzonych” chyba czytałem, ale nie pamiętam za bardzo tamtych opowiadań. Coś mi świta o jakimś locie balonem, i że to było bardzo dobre opowiadanie, ale nie jestem pewien, czy to było w tej antologii.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Coś mi świta o jakimś locie balonem,

Tak, dokładnie. Dodawali to jako bonus do książek z M2033. Były jeszcze ze 3-4 całkiem niezłe opki. Twoje na ich tle wypada bardzo nie-blado ;] 

 

Też muszę się przemóc i coś napisać w tym uni. Jak wyszło pierwsze M2033, to akurat pracowałem jako tunelarz. Głuchowski trafił z klimatem w punkt. Długo, długo kupowałem wszystko, co wychodziło na rynku. Teraz się już chyba temat wyczerpał, choć Majka, albo Szmidt potrafią jeszcze coś z niego wyciągnąć. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com

Ciekawa apokaliptyczna wizja świąt. Potwór zaskoczył na sam koniec. Nie wiem, czy dobrze podejrzewam, ale może wcale nie był taki zły, a przynajmniej nie tak zmieniony całkowicie na coś okropnego i złego. Choć rozumiem zachowanie rodziny, dlaczego postąpiła tak, a nie inaczej. Chociaż odnoszę wrażenie, jakby wraz z Rudolfem ostatecznie i nie odwracalnie umarły święta. Taka groteska z horrorem dla mnie jak najbardziej na plus.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Hej Morgiana :)

 

Cieszę się, że na plus poczytujesz tego szorta.

 

Chociaż odnoszę wrażenie, jakby wraz z Rudolfem ostatecznie i nie odwracalnie umarły święta.

Ale dlaczemu? Rudolf umar, ale całe to wydarzenie chyba nieco zbliżyło do siebie rodzinę, a ja święta widzę jako czas rodzinny, pomijając otoczkę religijno-popkulturową.Więc chyba nie jest tak źle :)

 

@MBS

Tak, dokładnie. Dodawali to jako bonus do książek z M2033. Były jeszcze ze 3-4 całkiem niezłe opki. Twoje na ich tle wypada bardzo nie-blado ;] 

A nie wyszły przypadkiem dwie takie antologie fanfików? Bo jeszcze kojarzę trochę trzy opka: jedno, w którym było coś o drzewie (Ksylem chyba się toto nazywało), jedno o kolesiu, który zbierał dzieciaki z tuneli i brał je do swojej kryjówki, gdzie miały mieć nieco lepiej i jeszcze takie o mutancie, który umiał gadać i podróżował od miejsca do miejsca zabijając ocaleńców. Z Pozostałych nic we mnie nie zostało, więc chyba nie były dla mnie zbyt interesujące.

A co do Metra ogólnie, to oczywiście cały cykl Glukhovskyego przeczytałem, a oprócz tego “Dzielnicę obiecaną”, która średnio mi siadła. Na półce ma jeszcze “Achromatopsję”, kupioną za całe dziewięć ziko w bierdonce (też średniawa) oraz kupiony tydzień temu – znów za dziewięć ziko w biedrze – tomik “Mutant” A. Butorina, którego jeszcze nie przeczytałem.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Q, uh, ale żeś wymyślił. Ślonsko godka przednia! :-) Czasem chapałam, ale nie zawsze. Hi, hi. A Anna była spoza, bo nie zawsze się tak odzywała? No i szkoda – wiadomo kogo jeszcze , ale zaskoczenie było duże. 

Gdybym miała pouprawiać czepialstwo to: 

,Powierzchnia nie nadawała się do ponownego zasiedlenia… Ci z kolei, którzy decydowali się na dalsze wycieczki, nigdy nie wracali.

Tu, imho, zdecydowanie przegadałeś. Cały fragment nadawałby się do przepracowania, co ma w nim pozostać.

 

A z kolei to zdanie, prócz dialogów i kompozycji, spodobało mi się najbardziej:

,Zdezorientowana Stefania nie wiedziała jak zareagować. Jej rodzina wyglądała, jakby czas się dla nich zatrzymał, zatopionych w bursztynie jednej chwili. Powiedziała więc pierwsze, co przyszło jej do głowy:

– Tradycjo nakazuje ugościć, a tradycjo, rzecz świynto.

Jednym z moich ulubionych seriali był Fringe. :-)

 

Fajne byłoby takie Metro w kopalniach, może nawet niezupełnie ono, ale coś w ten deseń.

 

pzd srd :-) a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, Asylum :) Zawsze miło Cię widzieć pod swoim tekstem.

 

A Anna była spoza, bo nie zawsze się tak odzywała? No i szkoda – wiadomo kogo jeszcze , ale zaskoczenie było duże. 

Tak, Anna nie była ślązaczką, dlatego jej wypowiedzi są polszczyzną. Tak samo syn Anny i Karola nie godo czystą gwarą, tylko hybrydą. Fajnie, że to wyłapałaś :)

A Rudolfa mi nie szkoda, zawsze mnie irytował ten czerwononosy renifer ;)

 

Tu, imho, zdecydowanie przegadałeś. Cały fragment nadawałby się do przepracowania, co ma w nim pozostać.

Wiem, Asylum. Już mi zwracano na to uwagę, mea culpa. Przerabiać już nie będę, ale w kolejnych tekstach postaram się wystrzegać takich infodumpów. Rozumiem, że one przechodzą w dłuższych tekstach, gdzie trzeba mocniej zarysować świat, zaś w szorcie nie powinno ich być, bo każde słowo jest na wagę złota :)

 

Fajne byłoby takie Metro w kopalniach, może nawet niezupełnie ono, ale coś w ten deseń.

Hanyspunk! Myślę nad tym, może nie za często, bo inne sprawy i pomysły mam na głowie, ale na pewno coś takiego postaram się popełnić.

 

PS. I wiem, dlaczego to zdanie spodobało Ci się najbardziej – bo mnie o te poetykę męczysz, heh. Pamiętasz te złote jajka? Na pewno pamiętasz. Mam taki pomysł, nie wiem kiedy go zrealizuję, żeby połączyć Lete i motyw utraty pamięci z tymi jajkami, wmieszać w to koło emocji Plutchika i dowalić melancholijną poetyką, ale na to też nie mam na razie głowy :)

 

Dziękuję, że wpadłaś i poświęciłaś czas na czytanie mojego tekstu.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Pewnie, że złote pamiętasz i wiesz, czemu plama mi się spodobała. :-)

Czasami tak sobie myślę – po sobie – że nakładamy za duże bariery, nie do udźwignięcia. Czasami myślę sobie (powtórzenie celowe) – “pieprzyć poprawność”,  kiedy się uczymy, chociaż, jak możesz podejrzewać, sama – nie wiem.

Te kopalnie i maszyny w nich są dla mnie kosmiczne. Kiedyś, przypadkiem, uczestniczyłam w prezentacji takich stworów kopalnianych i się zdumiałam. 

O poetyce pamiętam, nie bój nic.:-) Wiesz, wiesz czasem chodzi o słowa, aby były w punkt, a ja chyba ciągle jestem wilkowa – czyli im mniej, tym lepiej i ciagle kasuję. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Dzięki Anet :)

Known some call is air am

Nowa Fantastyka