- Opowiadanie: MaSkrol - Skala odcieni

Skala odcieni

Ogrom­ne po­dzię­ko­wa­nia dla CMa, który po­grze­bał żyw­cem mój tekst, Sa­git­ta, który roz­ko­pał grób i tro­chę po­tur­bo­wał trupa oraz Ke­li­na, który za­pa­lił znicz wiel­ko­ści lot­ni­ska. Je­ste­ście wiel­cy.

Miłej lek­tu­ry :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Skala odcieni

 Drew­nia­ne scho­dy skrzy­pia­ły pod cię­ża­rem ciała. Tego wie­czo­ru każdy krok wy­da­wał się zbyt trud­ny. Wątłe ręce opa­da­ły na po­ręcz, palce wy­ty­cza­ły ścież­ki w za­ku­rzo­nym drew­nie.

Zmie­ni­ła utwór, prze­wi­ja­jąc o kilka se­kund. Nie lu­bi­ła ciszy.

Woda była zimna, a mycie w słu­chaw­kach trud­niej­sze, niż z po­cząt­ku my­śla­ła. Drżą­ce mię­śnie pró­bo­wa­ły ją po­ga­niać, ale dziew­czy­na nie miała za­mia­ru słu­chać.

Prze­krę­ci­ła klucz, kuląc palce u stóp, jed­nak mimo wszech­ogar­nia­ją­cej ocho­ty jesz­cze nie ru­nę­ła na łóżko. Po­mo­dli­ła się. Ciche słowa, nie­pew­ne, ledwo wy­bi­ja­ją­ce się ponad myśli.

Bo może ktoś to sły­szy. Chcia­ła, żeby ktoś słu­chał, więc mó­wi­ła. Naj­pierw stałą for­muł­kę, póź­niej wła­sne myśli, prze­ry­wa­jąc do­pie­ro, gdy roz­bo­la­ły ją ko­la­na.

Zmie­ni­ła utwór, wy­bie­ra­jąc w końcu ten naj­waż­niej­szy. Ten, który dziś ją stąd za­bie­rze. Za­to­nę­ła w me­lo­dii, po­zo­sta­wia­jąc swoje życie oso­bom, które chcia­ły się nim przej­mo­wać.

Bo ona prze­sta­ła.

Sku­li­ła się pod koł­drą, pod­kur­czy­ła nogi, a do jej uszu do­tar­ły koń­co­we takty me­lo­dii. Szum ga­łę­zi i ciche tchnie­nie wia­tru były ostat­ni­mi na­tu­ral­ny­mi dźwię­ka­mi, które zdo­ła­ła usły­szeć…

Choć ko­lej­ny utwór nie wy­da­wał się od nich aż tak od­da­lo­ny, od­naj­do­wa­ła w nim coś pier­wot­ne­go. Nie za­uwa­ży­ła, kiedy jej od­dech przy­spie­szył, ciało za­czę­ło drżeć.

Pokój ginął w ciem­no­ści, a jed­nak pewną czę­ścią sie­bie wy­czu­wa­ła każdy jego ele­ment.

Scho­dy za­skrzy­pia­ły. Ktoś po nich wcho­dził? Pa­trzy­ła na drzwi przez kilka dłu­żą­cych się chwil. Zwidy?

Ruch na su­fi­cie po­chło­nął całą jej uwagę, spa­ra­li­żo­wał koń­czy­ny. Wci­snę­ła głowę głę­biej w po­dusz­kę, ob­ser­wu­jąc jak frag­ment skle­pie­nia zmie­nia swój od­cień.

Prze­tar­ła po­wie­ki. Może pękła któ­raś z rur? Deski na­mo­kły, po­wsta­ła plama.

Prze­ła­ma­ła się i po­pra­wi­ła po­ściel. Wy­pu­ści­ła gwał­tow­nie po­wie­trze, kiedy plama od­pa­dła od su­fi­tu w po­sta­ci linii przy­po­mi­na­ją­cych dym, które znik­nę­ły, gdy na po­wrót scho­wa­ła rękę po koł­drą. Serce tłu­kło jak osza­la­łe, a jed­nak ją za­czę­ła zże­rać cie­ka­wość. Plama nie re­ago­wa­ła na żaden ruch, igno­ro­wa­ła głowę, nogi, a nawet tułów, jed­nak gdy dziew­czy­na wy­su­wa­ła dłoń, dym za­czy­nał fa­lo­wać, jakby w nie­udol­nej pró­bie przy­bra­nia kształ­tu.

Wy­sta­wi­ła rękę. Mu­zy­ka stop­nio­wo wzbie­ra­ła na sile, ni­czym dud­nie­nie jej serca, za­cie­ka­wie­nie i eks­cy­ta­cja. Wszyst­ko w jed­nym, zmie­sza­ne, cha­otycz­ne. Wspa­nia­łe.

Cze­ka­ła. Dym od­cze­pił się od su­fi­tu. Wi­ro­wał. Z po­cząt­ku szyb­ko, jed­nak im bli­żej był przy­bra­nia sta­łe­go kształ­tu, tym bar­dziej zwal­niał. Na su­fi­cie po­zo­sta­ło wy­brzu­sze­nie. Dziew­czy­na nie­świa­do­mie za­ci­snę­ła pięść, a frag­ment cie­nia za­re­ago­wał.

Ostroż­nie wy­cią­gnę­ła te­le­fon spod po­dusz­ki i za­pa­li­ła la­tar­kę. Nic. Ani jed­ne­go śladu. Wy­łą­czy­ła świa­tło. Za­pa­li­ła. Zga­si­ła. Za­pa­li­ła i po­now­nie zga­si­ła, a plama zni­ka­ła, aby po chwi­li znów się ujaw­nić. Obawa krę­po­wa­ła mię­śnie, a za­cie­ka­wia­nie wy­mu­sza­ło mi­mo­wol­ne ruchy. Scho­wa­ła te­le­fon, a kiedy jej dłoń tra­fi­ła pod po­dusz­kę, jedno z wy­brzu­szeń pękło w tuman dymu, który po se­kun­dzie przy­legł do skle­pie­nia.

Zimne po­wie­trze mu­snę­ło skórę dziew­czy­ny. Zmru­ży­ła oczy, do­szu­ku­jąc się kon­kret­ne­go kształ­tu we wzgór­ku na su­fi­cie, a uśmiech po­wo­li wy­rósł na jej twa­rzy. Mu­zy­ka zda­wa­ła się na­pły­wać ze­wsząd, była jak na­tchnie­nie.

Ode­rwa­ła dłoń od po­ście­li. Dym po­mknął w jej kie­run­ku, for­mu­jąc się w coś cia­ło­po­dob­ne­go. Wy­su­nę­ła palec, a dym ufor­mo­wał taki sam kształt.

Krew pul­so­wa­ła, przy­pra­wia­jąc o ból głowy, dud­nie­nie w oko­li­cy czasz­ki przy­wo­dzi­ło na myśl ty­sią­ce bęb­nów. To coś ją wo­ła­ło, mu­zy­ka pcha­ła na­przód. A ona bar­dzo chcia­ła od­po­wie­dzieć na we­zwa­nie. Chcia­ła…

Zna­leźć się gdzieś in­dziej.

Ich palce się ze­tknę­ły. Pod­sko­czy­ła na łóżku, du­sząc krzyk. Ból, pra­gnie­nie, proś­ba oraz roz­kaz, wszyst­kie emo­cje, każdy gest i myśl były uza­leż­nio­ne od ciała po dru­giej stro­nie. Niech ją stąd za­bie­rze.

Ciem­na dłoń ści­snę­ła jej nad­gar­stek, a póź­niej po­cią­gnę­ła za sobą. Po­ściel opa­dła na łóżko.

Świa­tło nie ist­nia­ło, prze­strzeń wy­da­wa­ła się nie­po­trzeb­na.

Roz­luź­ni­ła mię­śnie, dy­go­cząc pod wpły­wem zgro­ma­dzo­ne­go wokół pew­ne­go ro­dza­ju ener­gii, jakby trwa­ła pod wodą, tylko nie mogła uto­nąć.

Ro­zej­rza­ła się i choć gdzieś w głębi umy­słu tkwi­ło prze­ko­na­nie, że po­win­na bać się tego miej­sca… nie po­tra­fi­ła.

Nie wi­dzia­ła osoby, która po­mo­gła jej tu wejść. Spró­bo­wa­ła coś po­wie­dzieć, jed­nak z ust nie wy­do­stał się żaden dźwięk.

Co to za miej­sce?

Plama prze­mknę­ła tuż obok niej. Za­wi­ro­wa­nie ener­gii ode­pchnę­ło dziew­czy­nę i znik­nę­ło.

Nie wiem.

Zdrę­twia­ła. Ten głos wy­brzmiał w jej gło­wie, choć myśl nie na­le­ża­ła do niej.

Dla­cze­go tu je­stem?

Plama znów prze­pły­nę­ła nie­mal umy­ka­jąc per­cep­cji. Ciar­ki prze­mknę­ły po jej ciele, lecz tym razem to była czy­sta fa­scy­na­cja, bar­dzo chcia­ła go do­go­nić. Zro­zu­mieć.

Bo chcia­łaś tu tra­fić.

Dziew­czy­na za­mru­ga­ła. To miej­sce…

Jest puste.

Cień się nie po­ka­zał, lecz przez skórę prze­mknę­ło de­li­kat­ne mro­wie­nie, po wy­chwy­ce­niu ruchu.

Na wszyst­ko przyj­dzie czas.

Eks­cy­ta­cja wy­wo­ła­ła skurcz w żo­łąd­ku.

Wy­peł­nisz je?

Plama roz­la­ła się, za­peł­nia­jąc ob­szar wokół i pod dziew­czy­ną. Wi­ro­wa­ła za­kry­wa­jąc ja­śniej­sze tło, które do nie­daw­na ledwo da­wa­ło się roz­róż­nić.

Nie. Ty to zro­bisz, prę­dzej czy póź­niej.

Czerń za­ci­snę­ła się wokół niej. Dziew­czy­na od­ru­cho­wo za­mknę­ła oczy, pod­ku­li­ła koń­czy­ny, krzy­cząc bez żad­ne­go re­zul­ta­tu. Po­wie­trze znik­nę­ło, a ko­lo­ryt na­pie­rał coraz moc­niej. Chcia­ła chwy­cić swoją szyję, jed­nak dło­nie zwiot­cza­ły.

Czerń, chaos, skrzy­wie­nie. Stłu­czo­ny dzban, otwar­te drzwi, za­pach kwia­to­wej ziemi oraz zgrzyt gię­te­go me­ta­lu. Ciąg ob­ra­zów nie miał sensu, a ona nie po­tra­fi­ła ufor­mo­wać spój­nej myśli.

Nie mogła po­pro­sić, żeby ją wy­pu­ścił…

Skrzy­pie­nie łóżka. Ból ple­ców. Przez mo­ment świat wokół wy­glą­dał na zbyt duży, ko­lo­ro­wy, stwo­rzo­ny z prze­sad­nym prze­py­chem, jed­nak wraz z każ­dym tyk­nię­ciem ze­gar­ka sta­wa­ła się coraz bar­dziej świa­do­ma. Wy­czu­wa­ła de­li­kat­ny, pie­kiel­nie przy­jem­ny cię­żar po­ście­li.

Stra­ci­ła przy­tom­ność, zanim zdą­ży­ła zer­k­nąć na sufit.

 

*

 

Żadna pio­sen­ka nie pa­so­wa­ła. Dziewczyna mo­men­ta­mi miała ocho­tę roz­bić te­le­fon o bruk, albo wrzu­cić słu­chaw­ki do kosza. Me­lan­cho­lij­ne utwo­ry brzmia­ły sztucz­nie, a wszyst­kie spraw­dzo­ne play­li­sty po chwi­li ro­bi­ły się denne.

Prze­cież nie może cho­dzić w ciszy.

Po kilku mi­nu­tach słu­cha­nia mu­zy­ki, na którą nie miała ocho­ty, tra­fi­ła do domu.

Za­mknę­ła oczy, zbie­ra­jąc siły do prze­kro­cze­nia progu. Za­sta­ła tylko ciszę. Głu­chą i wszech­ogar­nia­ją­cą. Tutaj za­wsze tak było…?

Może gdzieś wy­szli? Może spali?

 

*

 

Scho­dy skrzy­pia­ły gło­śniej, szorst­kie dy­wa­ny bar­dziej draż­ni­ły stopy. Brzę­cze­nie ja­rze­niów­ki, woda pły­ną­ca w ru­rach – dom wy­da­wał się do niej mówić, kiedy żywi mil­cze­li. Nie ode­zwa­li się sło­wem przez cały dzień.

Noc po­chło­nę­ła już mia­sto, jed­nak do jej po­ko­ju wkra­dło się nieco bla­sku ulicz­nej la­tar­ni. Dziew­czy­na padła na łóżko, my­śląc o nie­zno­śnie tłu­ką­cym sercu, o koń­czy­nach, które wy­da­wa­ły się zbyt mocno przy­spa­wa­ne do ciała.

Chcia­ła je na chwi­lę zdjąć. Ode­rwać się, nie my­śląc o ich cię­ża­rze.

Za­ło­ży­ła słu­chaw­ki. Palce de­li­kat­nie drża­ły, kiedy włą­cza­ła urzą­dze­nie.

Przej­rza­ła play­li­sty, póź­niej prze­sko­czy­ła na ostat­nio od­twa­rza­ne. Utwór z wczo­raj. Ten dziw­ny, pry­mi­tyw­ny i prze­kra­cza­ją­cy wy­ży­ny am­bi­cji.

W za­sa­dzie czemu nie? Cał­kiem jej pod­szedł, nawet jeśli miała po nim dziw­ne sny.

Pierw­sze ude­rze­nie w bębny wy­wo­ła­ło falę dresz­czy, którą póź­niej utrzy­ma­ły i spo­tę­go­wa­ły nie­zro­zu­mia­łe, gar­dło­we dźwię­ki. Me­lo­dia przy­spie­sza­ła, ude­rza­jąc w tony wyż­sze, aby po chwi­li opaść w sferę dźwię­ków ni­skich. Wy­da­wa­ła się nieco inna niż po­przed­nio. Dziew­czy­na drża­ła w jej ryt­mie, ku­li­ła nogi, wy­cią­ga­jąc szyję.

Co rusz otwie­ra­ła i za­my­ka­ła oczy. Czy nie zwa­rio­wa­ła? Była zlep­kiem roz­dar­tych emo­cji. W końcu za­uwa­ży­ła pewną zmia­nę. Skrzy­pie­nie scho­dów prze­bi­ło się na mo­ment ponad me­lo­dię, a plama znów cze­ka­ła na su­fi­cie. 

Zdą­ży­ła już za­snąć? Uśmiech­nę­ła się pod nosem, po­mi­mo rwa­ne­go od­de­chu, przy­spie­szo­ne­go pulsu.

Chcia­ła wyjść z klat­ki.

Unio­sła rękę, a dym na­tych­miast się ufor­mo­wał. Wszyst­ko poza tą dło­nią, poza pra­gnie­niem jej do­ty­ku, mie­ści­ło się poza gra­ni­ca­mi per­cep­cji. Miała dość tego miesz­ka­nia.

Ko­lej­ny kon­takt był po­dob­ny. Ob­ra­zy prze­la­ty­wa­ły przed ocza­mi jak zle­pek ty­się­cy mi­ga­wek. Wy­krę­ca­ła koń­czy­ny, de­spe­rac­ko pró­bu­jąc dać upust emo­cjom. Świsz­cza­ło jej w uszach, choć po­krę­co­na me­lo­dia wciąż była cał­kiem wy­raź­na.

Głowa opa­dła na po­dusz­kę, a koń­czy­ny zdrę­twia­ły, gdy dłoń za­ci­snę­ła się wokół nad­garst­ka dziew­czy­ny.

Za­bierz mnie stąd.

Ktoś po dru­giej stro­nie speł­nił jej proś­bę. Po­ściel zsu­nę­ła się z ciała, kiedy dłoń po­mo­gła jej prze­nik­nąć sufit.

Nagle po­czu­ła sil­niej­szy napór.

Dziew­czy­na ob­ró­ci­ła się. Wszę­dzie wi­sia­ły płaty nie­ufor­mo­wa­nej czer­ni.

Je­steś tu?

Cisza. Do­strze­gła ruch do­pie­ro po chwi­li. Plama nie od­po­wie­dzia­ła, jed­nak po­ka­za­ła swoją obec­ność.

Czym są te zbit­ki czer­ni?

Nie pły­nę­ła szyb­ko, dry­fo­wa­ła gdzieś do­oko­ła niej.

Nie wiem.

Dziew­czy­na wes­tchnę­ła w duchu.

Skąd się wzię­ły?

Plama chcia­ła prze­mknąć przez jeden z nich, jed­nak od­bi­ła się od po­wierzch­ni.

Za­peł­ni­łaś ten świat. Jak mó­wi­łem. Ciesz się nim.

Znik­nął. Od­pły­nął gdzieś w dal, zanim zdą­ży­ła się zo­rien­to­wać. Uśmiech­nę­ła się pod nosem, wciąż wi­dząc przed ocza­mi tę pręd­kość. Też jej chcia­ła, pra­gnę­ła całą sobą.

Musi być jakiś spo­sób, a skoro po­tra­fi­ła przy­wo­łać plamę tylko o niej my­śląc, wy­obra­zi­ła sobie jak pędzi po­mię­dzy…

I wy­pru­ła jak strza­ła przed sie­bie. Bloki czer­ni oraz sza­ro­ści roz­my­ły się, kiedy zo­sta­wia­ła je za sobą. Żyła. Była tutaj. Po­tęż­na, wolna, w swoim wła­snym, nie­ogra­ni­czo­nym świe­cie.

Śmia­ła się w my­ślach. Szyb­kość. Nie ist­nia­ło nic wię­cej. Wcale nie mu­sia­ło ist­nieć, wy­star­czy­ło uczu­cie. Ciem­ność po­win­na od­ra­żać, a jed­nak dziew­czy­na tylko nur­ko­wa­ła głę­biej, ko­lo­ryt znów się zmie­nił, prze­szedł w jesz­cze bar­dziej ma­to­wy, gęst­szy na tyle, że za­czę­ła zwal­niać. Ener­gia za­wę­zi­ła się jak po­przed­nio, pró­bo­wa­ła dusić, lecz ona wy­obra­zi­ła sobie, jak ją roz­dzie­ra.

I roz­dzie­ra­ła.

Rwała ciem­ność na strzę­py, ryjąc ko­ry­ta­rze samą siłą woli, mknę­ła jesz­cze szyb­ciej, a nie­ogra­ni­czo­ny po­ten­cjał świa­ta po­bu­dzał umysł do coraz śmiel­szych czy­nów. Sku­pi­ska niby-ma­te­rii od­pły­wa­ły, two­rząc wiel­kie, zbite ścia­ny, a dziew­czy­na krzy­cza­ła. Śmia­ła się. Żyła jak nigdy dotąd, bo miała wła­dzę.

Nikt nie bę­dzie oce­niał tego, co robi. Nikt nie sko­men­tu­je wy­glą­du.

Nikt!

Za­ci­śnię­te pię­ści drża­ły. Krzyk. Żal. Za­zdrość. Wszyst­ko znik­nę­ło, kiedy zro­bi­ła za­mach, wy­ży­na­jąc całą po­bli­ską ener­gię. Wokół ziała pust­ka.

Dziew­czy­na ule­cia­ła w ni­cość. Uci­chły nawet jej naj­skryt­sze pra­gnie­nia, spa­dła obo­jęt­na na swój los.

Łóżko za­skrzy­pia­ło, od­dy­cha­ła szyb­ciej, jed­nak się nie du­si­ła. Plecy bo­la­ły od upad­ku, w gło­wie pul­so­wa­ła krew, a jed­nak eu­fo­ria nie mogła jej opu­ścić. Do­pó­ki nie za­snę­ła, wy­pa­try­wa­ła plamy na su­fi­cie, z tru­dem igno­ru­jąc ból.

 

*

 

Świat ginął w od­cie­niach sza­ro­ści. Resz­tę dnia spę­dzi­ła cze­ka­jąc na wie­czór. Wy­pa­try­wa­ła plamy.

Po­ściel cią­ży­ła, była jak łań­cu­chy przy­ku­te do łóżka. Dziew­czy­na wy­czu­wa­ła obec­ność kurzu ob­le­ga­ją­ce­go półki, roz­rzu­co­nych ubrań.

Zmie­ni­ła pio­sen­kę.

Plama for­mo­wa­ła się po­wo­li jak nigdy dotąd. Pod­kur­czy­ła nogi, wy­gię­ła ręce. Rytm po­bu­dzał ją do stanu, nad któ­rym do końca nie mogła za­pa­no­wać.

Wy­su­nę­ła drżą­cą dłoń naj­wy­żej jak mogła, a dym zda­wał się z nią igrać. Ocią­gał się, po­zwo­lił być roz­dar­tą po­mię­dzy pier­wot­ną przy­jem­no­ścią i nie­na­wi­ścią do swo­je­go za­cho­wa­nia.

W końcu ją chwy­cił, pa­trzył jak wy­gi­na się w spa­zmach, przy­gry­za język, wy­krę­ca dło­nie, a póź­niej za­brał ją ze sobą.

Nagle po­czu­ła pul­su­ją­cą, wszech­obec­ną ener­gię. Gi­gan­tycz­ne plamy czer­ni na­bra­ły wy­raź­ne­go kształ­tu. Nie­któ­re wi­sia­ły w prze­strze­ni, inne wy­bi­ja­ły się w górę ni­czym sku­pi­ska zro­śnię­tych blo­ko­wisk i wie­żow­ców. Dziew­czy­na dry­fo­wa­ła wy­so­ko, a jed­nak za­dzie­ra­jąc głowę nie mogła do­strzec końca gi­gan­tycz­nych ma­sy­wów.

Wcze­śniej­sza at­mos­fe­ra tego miej­sca za­gi­nę­ła. Serce ko­ła­ta­ło w klat­ce.

Ty to zro­bi­łeś?

Plama prze­mknę­ła przed jej ocza­mi. Wy­da­wa­ła się nieco więk­sza.

Nie. To twój twór.

Dziew­czy­na prze­łknę­ła ślinę, po­wo­li się ob­ra­ca­jąc. Miała ocho­tę się za­paść, byle tylko nie pa­trzeć na bu­dyn­ki.

Dla­cze­go wy­da­je się taki zło­wro­gi?

Plama prze­mknę­ła gdzieś pod jej sto­pa­mi. Zmie­nia­ła kształt. Teraz, po­mię­dzy cha­otycz­ny­mi mo­men­ta­mi pul­sa­cji, przy­bie­ra­ła syl­wet­kę zbli­żo­ną do czło­wie­ka. Po­krzy­wio­ną, lecz hu­ma­no­idal­ną.

Na to py­ta­nie nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć.

Dziew­czy­na od­sko­czy­ła na bok, a krzyk ugrzązł jej w gar­dle, kiedy plama pra­wie ją stra­to­wa­ła.

Ukształ­tuj je. Tak. Dzię­ki tobie są tak gi­gan­tycz­ne, więc teraz nadaj im kształt.

Czuła na ciele ich uwagę. Nie­prze­nik­nio­na czerń śle­dzi­ła jej ruchy. Wzrok prze­ni­kał skórę, wcho­dził w tkan­kę i lu­stro­wał. Czerń przy­wo­dzi­ła na myśl umysł nie­skoń­czo­ny, sfe­rycz­ny, wy­my­ka­ją­cy się ponad po­strze­ga­nie.

Serce za­mar­ło w pier­si, nie mogła zmu­sić się do ruchu, za­hip­no­ty­zo­wa­na gło­sem i prze­ra­ża­ją­cym pięk­nem bu­dyn­ków.

Nie chcę ich zmie­niać.

Plama nie za­re­ago­wa­ła, trwa­ła obok. To na pewno prze­wraż­li­wie­nie, ale…

Dziew­czy­na wy­czu­ła puls. Cała ener­gia, w któ­rej dry­fo­wa­li, wy­pły­wa­ła z plamy. Jakim cudem wcze­śniej tego nie za­uwa­ży­ła? Dło­nie jej zwiot­cza­ły.

Więc mu­sisz pa­trzeć na takie, jakie są.

Mię­śnie pod­kur­czy­ły się pod wpły­wem głosu, który teraz wni­kał głę­biej, wbi­jał się w mózg jak pi­jaw­ka i sunął po­mię­dzy każdą jego czę­ścią.

Chcę stąd wyjść.

Plama przy­bra­ła ludz­ki kształt, by po chwi­li znów się roz­pro­szyć. Za­czę­ła wi­ro­wać wokół dziew­czy­ny, spły­wa­jąc razem z nią w dół. Mi­ja­li czar­ne ko­lo­sy, a mimo że szczyt i tak wcze­śniej wy­bie­gał da­le­ko poza jej po­strze­ga­nie, dziew­czy­na czuła na bar­kach coraz więk­szy cię­żar. Ogar­nę­ły ją sil­niej­sze drgaw­ki. Blok stał się jesz­cze ma­syw­niej­szy, bar­dziej onie­śmie­la­ją­cy. Plama prze­mó­wi­ła.

Ja też chcę wyjść.

Dłoń dziew­czy­ny drgnę­ła.

Ale nie wiem jak. Mu­sisz sama zna­leźć wyj­ście, jak po­przed­nio.

Pła­ka­ła cicho, we­wnątrz sie­bie. Plama wciąż wi­dzia­ła wy­pro­sto­wa­ną dziew­czy­nę, jed­nak to było wy­łącz­nie ciało. Cała resz­ta: pra­gnie­nia, na­dzie­ja, ból i nie­na­wiść ule­cia­ły, do­łą­cza­jąc do sku­pisk czer­ni.

W pew­nym mo­men­cie plama wto­pi­ła się w tło, zo­sta­wia­jąc ją z ni­czym.

Dźwię­ki uci­chły. Nie po­ru­sza­ło się ab­so­lut­nie nic, jakby cały świat za­stygł.

Po­łą­cze­nia ner­wo­we ob­umar­ły, wola zwię­dła. Krzyk. Ból. Bez­ruch. Nic in­ne­go nie ist­nia­ło. Niech to…

To się nie skoń­czy. Mu­sisz za­cząć bu­do­wać.

Nie chcia­ła mieć z tym świa­tem nic wspól­ne­go. Nigdy wię­cej.

Ale mu­sia­ła się wy­do­stać.

Bez­myśl­nie prze­kształ­ca­ła bloki ciem­nej niby-ma­te­rii. Naj­pierw ru­chem ręki stwo­rzy­ła drogę, na któ­rej mogła sta­nąć. Od­ry­wa­ła masy czer­ni ze sku­pisk, aby ukształ­to­wać chod­ni­ki, la­tar­nie, przy­droż­ne bu­dyn­ki wraz z ume­blo­wa­niem.

Uśmiech­nę­ła się.

To nie była eu­fo­ria, ale mały cień sa­tys­fak­cji po­zwo­lił jej za­po­mnieć o ogro­mie tego świa­ta. Cho­dzi­ła, le­piąc w ciem­nej ener­gii to, czego tylko za­pra­gnę­ła. Po­wy­krzy­wia­ne, nie do końca ludz­kie po­są­gi, la­bi­ryn­ty, tu­ne­le. Szu­bie­ni­ca. Stwo­rzy­ła szu­bie­ni­cę. Dla­cze­go nie? Była prze­pięk­na. Po­wie­si­ła na niej coś hu­ma­no­idal­ne­go.

Czas nie miał zna­cze­nia, bu­dyn­ki w pew­nym mo­men­cie też je stra­ci­ły. Za­bu­rzy­ła ich lo­gi­kę, kon­struk­cję i ogól­ny sens. Zamki wa­row­ne po­wie­szo­ne na bre­locz­kach od klu­czy, ule­pi­ła drzwi, które tylko się za­my­ka­ły. Po­ko­je pełne od ze­wnątrz, po­cię­te ścia­ny, z któ­rych spły­wa­ła gęsta czar­na ciecz.

Mia­sto było mar­twe. Do­da­ła cie­nie ludzi i zwie­rząt, prze­ka­zu­jąc im odro­bi­nę swo­jej woli, aby mogły żyć. Póź­niej część za­bi­ła, bo wy­szło ich za dużo, a mar­twych zmie­ni­ła w ubra­nia dla ży­wych.

Po­jaz­dom stwo­rzy­ła koń­czy­ny, we­wnątrz któ­rych umie­ści­ła po kil­ka­na­ście sta­wów, aby mogły wy­giąć się w kształt zbli­żo­ny do koła.

Ma­te­ria skoń­czy­ła się długo po tym, jak dziew­czy­na prze­sta­ła ro­zu­mieć, co two­rzy. Wy­ko­pa­ła w pod­ło­żu dół, sku­li­ła się na samym dnie. Świsz­cza­ło jej w uszach.

Po­twor­nie świsz­cza­ło w uszach.

 

*

 

Obu­dzi­ła się, gdy słoń­ce oświe­tla­ło cały pokój. Bra­ko­wa­ło jej siły, ale głowa była uło­żo­na od­po­wied­nio. Mogła pa­trzeć na sufit.

Cie­pło ogar­nia­ło całe ciało, chyba go­rącz­ka. Deski nad łóż­kiem miały trzy­dzie­ści czte­ry rysy, a cały sufit je­de­na­ście sęków.

Ktoś wszedł do po­ko­ju. Dwie isto­ty. Mó­wi­ły, że się mar­twią.

Jedna z belek była wy­mie­nia­na, ktoś po­my­lił la­kier i nie­znacz­nie od­sta­wa­ła ko­lo­ry­stycz­nie. Nieco ciem­niej­sza. Ładna.

Ten więk­szy mówił, że długo się nie od­zy­wa­ła. Za­my­ka­ła w po­ko­ju. Chcie­li po­roz­ma­wiać.

Ży­ran­dol przy­wio­zła ze sta­re­go domu. Dziw­nie wy­glą­dał, ale nie­star­ty kurz nieco po­pra­wiał widok. Był szary. Przy­jem­ny.

Zmie­rzy­li tem­pe­ra­tu­rę. Póź­niej jedna isto­ta wy­bie­gła z po­ko­ju, ka­za­li coś wypić. Wy­pi­ła. Wciąż coś mó­wi­li. O po­mo­cy. O le­ka­rzu. Czy się zga­dza? Ta mniej­sza osoba chyba pła­ka­ła.

Na su­fi­cie było szes­na­ście pa­ję­czyn. Dwie duże, pięć śred­nich i dzie­więć ma­łych, z któ­rych trzy były wciąż za­miesz­ka­ne. Do jed­nej wpa­dła mucha.

Ta mniej­sza osoba zła­pa­ła ją za rękę i za­py­ta­ła po­now­nie.

Dziew­czy­na prze­chy­li­ła głowę, chcąc po­li­czyć paski na swo­jej po­ście­li, ale oni po­trak­to­wa­li to jako ski­nie­nie.

 

*

 

Nie mogła dać się po­chło­nąć. Tak zro­zu­mia­ła. Wciąż miała go­rącz­kę, le­ża­ła w łóżku, ale wcze­śniej ktoś ją od­wie­dził. Nie le­karz, ktoś we­zwa­ny przez le­ka­rza. Długo mówił. Nawet od­po­wia­da­ła, bo ta isto­ta była spe­cy­ficz­na, mó­wi­ła tak, że chcia­ło się roz­ma­wiać.

Jed­nak i ona mu­sia­ła wyjść. Zbli­żał się wie­czór. Dziew­czy­na wzię­ła słu­chaw­ki, pod­łą­czy­ła się, a mu­zy­ka na­tych­miast wy­peł­zła z gło­śnicz­ków. Plama ob­la­ła cały sufit. Nie po­win­na dać się po­chło­nąć, ale nie zmie­ni­ła pio­sen­ki. Teraz nie po­tra­fi­ła wstać z łóżka, a tam…

W za­sa­dzie nie pa­mię­ta­ła do­kład­nie ostat­nich wy­da­rzeń. Nie wy­chy­la­ła dłoni, jed­nak ręka i tak się ukształ­to­wa­ła, wy­su­nę­ła, się­ga­jąc sa­me­go łóżka. Po­mo­gła dziew­czy­nie przejść, a ona nie miała siły za­re­ago­wać.

Opa­dła na drogę. Pierw­szy punkt, który stwo­rzy­ła. Za­schło jej w gar­dle, serce po­de­szło w górę. Ener­gia prze­sta­ła się uno­sić, dziew­czy­na nie mogła już pły­wać, latać. Cała czerń była zbita, wci­śnię­ta w bu­dyn­ki i fi­gu­ry. Ciem­ne bloki się­ga­ły rów­nie ciem­nych chmur, la­tar­nie wy­dzie­la­ły coś w ro­dza­ju świa­tła, z tym szcze­gó­łem, że była to czerń w de­li­kat­niej­szym od­cie­niu, jakby wy­bla­kła.

Dźwię­ki sły­sza­ła nor­mal­nie. Czar­ne okna stu­ka­ły na wie­trze, stwo­rze­nia cho­dzi­ły wzdłuż ulic, nie zwra­ca­jąc na nią uwagi. Dziew­czy­na od­sko­czy­ła od sa­mo­cho­du, który to­czył się na kil­ku­krot­nie wy­gię­tych rę­kach.

Zdrę­twia­ła, kiedy zza rogu wy­szła ko­lej­na kre­atu­ra. Nie pa­mię­ta­ła ich. Ro­ba­li po­chła­nia­ją­cych zwie­rzę­ta, ludzi i sa­mo­cho­dy, aby póź­niej przy­brać ich kształt. Gi­gan­tycz­nych kre­tów, ry­ją­cych otwo­ry w niby-ma­te­rii oraz nie­fo­rem­ne syl­wet­ki, które rzu­ca­ły się na po­zo­sta­wio­ne reszt­ki, aby po­pra­wiać nimi swoje ciało. Ba­lo­ny o kształ­cie głów, któ­rych ba­la­stem były twa­rze.

Gdzie je­steś?

Plama nie od­po­wie­dzia­ła. Stwo­rze­nia przy­sta­nę­ły, na­słu­chi­wa­ły. Dziew­czy­na za­mar­ła. Łzy na­pły­nę­ły jej do oczu, ślina ledwo prze­pły­nę­ła przez za­ci­śnię­te gar­dło.

Po­mo­cy.

Nie zdo­ła­ła się opa­mię­tać, za­ci­snę­ła po­wie­ki, spo­dzie­wa­jąc się ataku. Od­po­wie­dzia­ły jej po­wol­ne kroki oraz mla­ska­nie dłoni sa­mo­cho­dów, które ude­rza­ły w pod­ło­że. Dziew­czy­na ode­tchnę­ła cicho, otwie­ra­jąc oczy.

Od­sko­czy­ła, a tylko z jej twa­rzy dało się wy­czy­tać, że krzy­czy, bo gar­dła nie opu­ścił żaden dźwięk.

Metr przed nią stał czło­wiek, który z resz­tek po­zo­sta­wio­nych przez krety wy­rzeź­bił rącz­ki na swo­jej gło­wie. Rącz­ki trzy­ma­ły jego uszy i ma­cha­ły nimi we wszyst­kich kie­run­kach.

Dziew­czy­na za­drża­ła, kiedy ko­lej­na rącz­ka wy­pchnę­ła oko z czasz­ki kre­atu­ry. Oko ob­ra­ca­ło się, do­kład­nie ją oglą­da­jąc, po czym zo­sta­ło na po­wrót wcią­gnię­te do dziu­ry. Czło­wiek od­szedł. A dziew­czy­na rzu­ci­ła się do biegu.

Ona to wszyst­ko stwo­rzy­ła. Plama ją zmu­si­ła.

Mi­ja­ła fon­tan­ny, które chcia­ły ją po­chwy­cić, obie­ga­ła la­bi­ryn­ty, wpa­da­ła do tu­ne­li.

Gdzie je­steś?!

Od­wa­ży­ła się krzyk­nąć, gdy w po­bli­żu nie było żad­nej isto­ty. Plama po­zo­sta­wa­ła cicho. Pod­ło­że za­drża­ło i za­pa­dło się, kiedy kret roz­orał pod nią zie­mię. Wy­sko­czył, a dwa wiel­kie zęby prze­su­nę­ły się po łydce dziew­czy­ny. Krzyk­nę­ła głu­cho, pró­bo­wa­ła od­sko­czyć, ale za­bra­kło pod­ło­ża, z któ­re­go mo­gła­by się wybić.

Zo­staw mnie! Zo­staw! Prze­pad­nij!

Czuła zęby, wbi­ja­ją­ce się w skórę, ale na­cisk nagle osłabł. Spa­dła w tunel, a po kre­cie nawet nie zo­stał ślad. Dziew­czy­na cze­ka­ła zmor­do­wa­na, bała się po­ru­szyć. Jed­nak kret znik­nął.

Ona stwo­rzy­ła ten świat. Wszyst­ko było jej czę­ścią.

Niby-ma­te­ria wy­pchnę­ła ją, a dziew­czy­na przez jakiś czas two­rzy­ła bu­dy­nek z frag­men­tów drogi. Po­pra­wi­ła płot, zmie­ni­ła ścia­ny i fun­da­men­ty, rów­no­cze­śnie się krzy­wiąc. Wszyst­ko mu­sia­ło być ide­al­ne. Ule­pi­ła miej­sce, od któ­re­go ucie­kła do tego świa­ta. Swój dom.

Drzwi nie wy­da­ły żad­ne­go dźwię­ku, jakby świat znów od­izo­lo­wa­no. Nie­umyśl­nie zrzu­ci­ła wazę, która bez­dź­więcz­nie pękła na pod­ło­dze. Serce ko­ła­ta­ło jej w pier­si, nogi się ugi­na­ły. Woń kwia­to­wej ziemi mu­snę­ła noz­drza.

Nigdy nie my­śla­ła, że jej dom mógł­by być bar­dziej pusty. Jed­nak teraz miała wra­że­nie, że ten nigdy nie zo­stał za­miesz­ka­ny. We­szła na scho­dy, a te, ku jej za­sko­cze­niu, za­skrzy­pia­ły. Bar­dzo spe­cy­ficz­nie, jakby kie­dyś już sły­sza­ła ten dźwięk, jed­nak nie po­tra­fi­ła okre­ślić gdzie.

Wnik­nę­ła do swo­je­go po­ko­ju przez sufit, nie otwie­ra­jąc drzwi. Plama spała w jej łóżku, a kształt ciem­nej syl­wet­ki ni­czym nie róż­nił się od dziew­czy­ny.

Cze­ka­ła, aż plama wy­su­nie dłoń, choć nie po­tra­fi­ła stwier­dzić dla­cze­go. W końcu opu­ści­ła rękę przez sufit, od­rzu­ci­ła po­ściel i wcią­gnę­ła syl­wet­kę do sie­bie. Plama się wy­bu­dzi­ła, ale nie pró­bo­wa­ła wal­czyć.

Dzię­ku­ję.

Dziew­czy­na zdrę­twia­ła.

Za co?

Plama, a wła­ści­wie ona, od­wzo­ro­wa­na w czer­ni, prze­krzy­wi­ła głowę.

Za ule­pie­nie tego świa­ta.

Za­ci­snę­ła pię­ści.

Zmu­si­łaś mnie.

Syl­wet­ka za­pul­so­wa­ła, na mo­ment się roz­my­wa­jąc.

Prze­cież je­ste­śmy tą samą osobą.

Dziew­czy­na cof­nę­ła się o krok, drża­ła, wi­dząc, jak plama co rusz przyj­mu­je inną, coraz bar­dziej wy­na­tu­rzo­ną formę. Nie daj się po­chło­nąć.

To ko­niec.

Wy­obra­zi­ła sobie jak plama znika. Całą siłę swo­jej woli sku­pi­ła na jej znisz­cze­niu, a nie do końca ufor­mo­wa­na syl­wet­ka roz­my­ła się jesz­cze bar­dziej. Ulga roz­la­ła się po ciele dziew­czy­ny, kiedy plama po­wo­li za­czę­ła zni­kać…

Jed­nak znów się utrwa­li­ła. Nie­na­tu­ral­nie dłu­gie koń­czy­ny, szpo­ny, dłu­gie, chude nogi. Do­sko­czy­ła do dziew­czy­ny, chwy­ta­jąc za głowę. Zbli­ży­ła twarz, otwie­ra­jąc ogrom­ne usta, po­ło­wa jej czasz­ki się roz­war­ła, jakby szczę­ka się­ga­ła karku. Ślina ska­py­wa­ła na włosy, kiedy plama wci­ska­ła je mię­dzy zę­bi­ska.

Pod­ło­że znik­nę­ło. Spa­da­ły. Dziew­czy­na kop­nę­ła cień i ode­pchnę­ła się, mo­dląc w duchu, by to za­dzia­ła­ło.

Wy­pa­dła z wyrwy i za­mknę­ła ją, zanim plama zdą­ży­ła się wy­do­stać. Wy­lą­do­wa­ła na po­cząt­ku drogi. Zbu­rzy­ła wszyst­kie naj­bliż­sze bu­dyn­ki, a z ich ma­te­rii po­wsta­ły ko­lej­ne war­stwy.

Skoro nie mogła znisz­czyć plamy, roz­pie­przy cały ten świat.

Sły­sza­ła wrzask kre­atu­ry w umy­śle i poza nim. Pierw­szy tak gło­śny, prze­ni­kli­wy dźwięk. Prze­kleń­stwa w ję­zy­ku, któ­re­go nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć, wizg, bła­ga­nia. Wi­dzia­ła dzie­siąt­ki pę­ka­ją­cych bu­dyn­ków, które war­stwa po war­stwie blo­ko­wa­ły przej­ście…

I do­strze­gła isto­tę, może kilka kro­ków od niej, która nagle zmie­ni­ła barwę, a jej koń­czy­ny znacz­nie się wy­dłu­ży­ły. Plama po­ko­na­ła dzie­lą­cy je dy­stans w ułam­ku se­kun­dy. Wpa­dła na stwo­rzo­ną przez dziew­czy­nę ścia­nę. Jej ma­te­ria roz­pro­szy­ła się jak fala roz­bi­ta o klif. Ko­lej­na isto­ta na­tych­miast się prze­kształ­ci­ła, a dziew­czy­na stra­ci­ła do­stęp do resz­ty. Nie mogła ich znisz­czyć.

Nie ro­zu­miesz, czym je­stem.

Dziew­czy­na ucie­ka­ła i nisz­czy­ła zamki, które wcze­śniej zdo­ła­ła po­sta­wić. Bloki top­nia­ły, la­tar­nie pę­ka­ły wpół ni­czym za­pał­ki.

Pa­so­ży­tem. Ni­czym wię­cej.

Dziew­czy­na za­klę­ła. Dy­sza­ła, myśli mu­sia­ły prze­bi­jać się ponad dźwięk ko­ła­ta­ją­ce­go serca.

Na pewno jest ja­kieś wyj­ście, szep­nę­ła do sie­bie w my­ślach. Skup się. Jesz­cze tylko chwi­lę.

Plama ata­ko­wa­ła coraz szyb­ciej. Dziew­czy­na opie­ra­ła się o jedną ze ścian, wciąż two­rząc ko­lej­ne. Ob­ser­wo­wa­ła, mimo że ciało pra­wie od­mó­wi­ło po­słu­szeń­stwa. Po­sta­wi­ła ko­lej­ną ścia­nę, kiedy spo­dzie­wa­ła się ataku, jed­nak ten nie nad­szedł. Sa­mo­chód prze­je­chał obok nie­ufor­mo­wa­nej jesz­cze plamy, a kiedy tylko ją minął, sam za­czął się prze­mie­niać. Dźwięk gię­te­go me­ta­lu prze­szył oko­li­cę, kiedy ciało, które plama chcia­ła prze­jąć przed mo­men­tem, stop­nia­ło. Dziew­czy­na zmarsz­czy­ła brwi.

W gło­wie usły­sza­ła po­tę­pień­czy śmiech plamy:

Koń­czy ci się ma­te­ria.

Miała jedną szan­sę. Za­miast ucie­kać, za­ata­ko­wa­ła, ścia­na bloku ru­nę­ła na plamę, a gdy ta się roz­pa­dła, dziew­czy­na od­sko­czy­ła na ogrom­ną od­le­głość. In­tu­icyj­nie, bo nie pa­mię­ta­ła drogi.

Plama prze­mie­ni­ła się w isto­tę naj­bliż­szą dziew­czy­nie, jak za każ­dym po­przed­nim razem…

Pętla na­tych­miast za­ci­snę­ła się wokół jej szyi. Za­mie­ni­ła się w czło­wie­ka, który wczo­raj zo­stał po­wie­szo­ny. Nie­na­tu­ral­na syl­wet­ka wierz­ga­ła, pró­bo­wa­ła się­gnąć kon­struk­cji, ale ledwo mu­snę­ła ma­te­rię. Jakby szu­bie­ni­cę stwo­rzo­no spe­cjal­nie dla niej.

Dziew­czy­na le­ża­ła na ziemi, ści­ska­jąc szyję. Stra­ci­ła od­dech, a świat po­no­wie się roz­mył.

 

*

 

Mi­nę­ło kilka ty­go­dni, od kiedy obu­dzi­ła się nie­mal bez po­wie­trza i z nie­znacz­nym śla­dem wzdłuż szyi. Go­rącz­ka znik­nę­ła, a dziew­czy­na nawet cho­dzi­ła do szko­ły. Cza­sem roz­ma­wia­ła z ro­dzi­ca­mi, choć cią­gle py­ta­li, czy wszyst­ko w po­rząd­ku. Cy­klicz­nie jeź­dzi­ła do te­ra­peu­ty.

Zda­rza­ło jej się prze­sia­dy­wać po po­łu­dniu przy oknie. Lu­bi­ła pa­trzeć na mia­sto, po­śród kurzu, z bez­piecz­ne­go miej­sca. Trwa­ła tak roz­dar­ta i nie­umy­ta, a raz na jakiś czas ktoś wszedł do po­ko­ju i prze­rwał ciszę. Wtedy roz­ma­wia­li. Cza­sem nie­spiesz­nie i długo. Cza­sem w sa­mot­no­ści do­ty­ka­ła stru­pów.

Uśmiech­nę­ła się do wła­snych myśli.

Ze­sko­czy­ła z pa­ra­pe­tu, a zimno wni­ka­ło przez bose stopy. Dotyk chłod­nej po­ście­li wy­wo­łał de­li­kat­ne drże­nie, jed­nak łóżko dawno nie przy­ję­ło jej z takim wy­cze­ki­wa­niem. Roz­luź­ni­ła się, kiedy pierw­sze echo me­lo­dii wy­pły­nę­ło od ścian.

Słu­chaw­ki zo­sta­wi­ła w ple­ca­ku, te­le­fon był wy­łą­czo­ny, a jed­nak ktoś mu­siał ją za­grać.

Nie za­re­ago­wa­ła, gdy za­skrzy­pia­ły scho­dy, a po kilku se­kun­dach na su­fi­cie po­ja­wi­ła się plama.

Cze­ka­ła w bez­ru­chu. Dym ufor­mo­wał się w szpo­ny, aby po chwi­li ze śladu na su­fi­cie wy­pa­dły dwie zbyt dłu­gie, nie­na­tu­ral­ne ręce. Po­chwy­ci­ły dziew­czy­nę, która nie pró­bo­wa­ła się bro­nić, jed­nak tym razem nie za­bra­ły jej do swo­je­go świa­ta. Za­wi­nę­ły tylko pętlę.

Strą­ci­ły krze­sło.

 

*

 

Rano matka zna­la­zła ciało i list, a kiedy na mo­ment wy­bie­gła z po­ko­ju, plama po­ja­wi­ła się po raz ostat­ni. Za­bra­ła sznur. Za­bra­ła dziew­czy­nę. Za­nio­sła ją do szu­bie­ni­cy, którą sama dla sie­bie stwo­rzy­ła. I po­zo­sta­wi­ła bladą, ślicz­ną, ubra­ną w kon­tra­stu­ją­cą, białą ko­szul­kę. Zwło­ki z cza­sem sczer­nia­ły, roz­pa­dły się i zmie­sza­ły z bez­ład­nie roz­rzu­co­ną czar­ną ma­te­rią.

Koniec

Komentarze

Hej MaSkrolu,

Nieźle Ci to wyszło! Duszno, ciężko i ciekawie. Z pewnością plus za sugestywne opisy popierniczonej, czarnej krainy. 

Nie wiem, czy prawidłowo odczytałem tę historię, ale to głównie moja wina – ze względu na to, co się dzieje w “realu”, mam problem ze skupieniem :(

Poczekam na komentarze innych. 

 

Czy tu widać inspirację Lovecraftem? Moim zdaniem trochę tak, choć niewiele pamiętam z jego twórczości opróćz klimatu i poszczególnych scen.

Bo jest tu“coś” spoza naszego świata, jest nutka szaleństwa, jest strasznie. Spina się. 

 

Plama nie reagowała na każdy (żaden?) ruch, ignorowała głowę, nogi, a nawet tułów, jednak gdy dziewczyna wysuwała dłoń, dym zaczynał falować, jakby w nieudolnej próbie przybrania kształtu.

 

W pewnym momencie plama wtopiła (się?) w tło, zostawiając ją z niczym.

Trochę żałuję, że to przeczytałam…. bo od teraz na bank będę miała problem z sufitem xD Oczywiście, uznaj to za komplement. 

Bałam się podczas lektury. Niepokojąco tu bardzo. Różne rzeczy chodziły mi po głowie. 

Największą zaletą tesktu są według mnie emocje, przedstawienie stanu bohaterki. I klimat. 

Zakończenie, moim zdaniem, mogło być bardziej urwane.

Czytało się dobrze. Szybciutki masz styl. ;)

Kilka zastrzeżeń, nie wiem, czy słusznych, to raczej propozycje.

 

 Drewniane schody skrzypiały pod ciężarem stóp. → A co z resztą ciała? Tylko stopy były ciężkie? ;)

 

 

końcowe podrygi melodii. → Podrygi… hmm… ja bym tu widziała np. takty

 

 

Zamknęła oczy, aby po chwili znów je otworzyć, jednak pomimo słabego światła, na suficie widziała ciemniejszą plamę.

Przetarła powieki. Może pękła któraś z rur? Deski namokły, powstała plama. → to powtórzenie celowe?

 

Światło nie istniało, przestrzeń wydawała się niepotrzebna. → O, a to mi się podoba., chociaż tego nie rozumiem xD ale to weird ;)

 

jakby tkwiła pod wodą, tylko nie mogła utonąć.

Rozejrzała się i choć gdzieś w głębi umysłu tkwiło przekonanie, że powinna bać się tego miejsca… nie potrafiła. → a co to? ;)

 

Skrzyp schodów przebił się na moment ponad melodię, a plama znów była na suficie. 

 

ten “Skrzyp” (polny ;p ) jest taki meh… Może lepiej skrzypienie?

 

A, i fajny tytuł. :)

 

Powodzenia w konkursie! :) 

 

Cześć, miło Was widzieć :)

 

Łosiot (wciąż nie wiem jak poprawnie odmienić twój nick, więc musi być tak, wybacz). Dziękuję za miłe słowa, to opowiadanie po części było niewiadomą, więc tym bardziej się cieszę, że ten ciężki klimat nazbyt nie przytłoczył.

Nie wiem, czy prawidłowo odczytałem tę historię, ale to głównie moja wina – ze względu na to, co się dzieje w “realu”, mam problem ze skupieniem :(

Chyba każdy, niestety, ma teraz problem ze skupieniem. I nie przejmuj się tym, że historia może wydawać się mglista, to już chyba stała część moich opowiadań. Poczekamy na opinie innych razem, bardzo lubię je czytać :P

Czy tu widać inspirację Lovecraftem? Moim zdaniem trochę tak, choć niewiele pamiętam z jego twórczości opróćz klimatu i poszczególnych scen.

Bo jest tu“coś” spoza naszego świata, jest nutka szaleństwa, jest strasznie. Spina się. 

Jakby to powiedzieć… też nie znam się doskonale na Lovecrafcie, starałem się stworzyć podobny klimat, ale też nie trzymałem opowiadania na smyczy, pozwoliłem mu płynąć.

Plama nie reagowała na każdy (żaden?) ruch, ignorowała głowę, nogi, a nawet tułów, jednak gdy dziewczyna wysuwała dłoń, dym zaczynał falować, jakby w nieudolnej próbie przybrania kształtu.

Zdecydowanie, została po korektach, wina nieuważnego czytania przed publikacją… no ale tekst już trochę znałem na pamięć, więc wiadomo jak to wygląda.

Drugi błąd też poprawiłem. Dziękuję jeszcze raz :D

 

Saro,

Trochę żałuję, że to przeczytałam…. bo od teraz na bank będę miała problem z sufitem xD

Przepraszam. A słuchasz czasem muzyki przed snem, gra radio, telewizor lub cokolwiek podobnego? Jeśli nie, to i tak wciąż musisz się obawiać, bo czasem muzyka może wypłynąć ze ścian XD

Bałam się podczas lektury. Niepokojąco tu bardzo. Różne rzeczy chodziły mi po głowie. 

Może to dziwne, ale serce mi rośnie, gdy ktoś pisze, że bał się podczas czytania XD

Największą zaletą tesktu są według mnie emocje, przedstawienie stanu bohaterki. I klimat. 

heart

Zakończenie, moim zdaniem, mogło być bardziej urwane.

Zastanawiałem się nad tym, wciąż nie wiem, które jest lepsze, ale możesz mieć rację. Mniej więcej w momencie, gdy muzyka zaczęła grać… wiesz gdzie, nie będę pisał dalej, żeby nie spojlerować :P

 Drewniane schody skrzypiały pod ciężarem stóp. → A co z resztą ciała? Tylko stopy były ciężkie? ;)

Ehh, masz rację, choć nie chcę Ci jej przyznawać, bo ze stopami brzmi lepiej :(

Poprawiłem.

Podrygi… hmm… ja bym tu widziała np. takty

No niech będzie ;)

to powtórzenie celowe?

Nie, usuwałem pierwsze zdanie przy poprawkach na pewno, tylko musiałem nieumyślnie cofnąć… to edytowanie na portalu bywa dziwne XD

O, a to mi się podoba., chociaż tego nie rozumiem xD ale to weird ;)

To dziecko pisania “na fali”, w tym fragmencie bardzo dałem się wciągnąć XD

a co to? ;)

Ojoj, nie wiem, ostatnia redukcja i poprawka musiała coś popsuć, moja wina. I miałem duży problem, żeby to zmienić i wciąż średnio mi leży xD

ten “Skrzyp” (polny ;p ) jest taki meh… Może lepiej skrzypienie?

Tak.

A, i fajny tytuł. :)

Dziękuję, miałem z nim spory kłopot, nie będę kłamał xD

 

Dziękuję bardzo za komentarz i miłe słowa. :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Po przeczytaniu cisną mi się do głowy trzy słowa, którymi mogę opisać ten tekst: niepokojące, zagmatwane i sensoryczne. Każdy następny fragment tylko potęguje te trzy elementy i robi to świetnie. To jak dziewczyna kreuje świat z nie materii, jak najpierw nieśmiało próbuje stawić krok za krokiem, aby nagle wystrzelić, jak z procy jest niezwykle ciekawe.

Od pierwszych do ostatnich słów nie pozwalasz ochłonąć, nawet w momentach, gdy świat zewnętrzny upomina się o dziewczynę. Natomiast podobały mi się te fragmenty, bo dzięki temu mogłam zaczerpnąć tchu, zanim znowu wciągnąłeś mnie pod wodę, do świata gdzie oddychać nie mogłam.

W którymś momencie ta intensywność zaczęła mnie trochę męczyć, jednak odebrałam to jako cechę świata i opowieści, a nie jak wadę opowieści.

Podsumowując: świetny tekst :)

Ja już się wypowiedziałem na becie, więc tutaj tylko krótkie podsumowanie. ;-)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć, witam nowy czytelników i stare marudy heart

 

Kasjopejatales,

Dziękuję za te słowa. Cieszę się, że odczuwacie ten świat, tak jak chciałem, aby był odczuwany, jednak i tak z każdym kolejnym komentarzem odkrywam coś nowego. Zaczynam mieć wrażenie, że zaczynam panować nad tym, co piszę, choć to raczej paradoksalne, bo piszę najlepiej, gdy nad tym nie panuję XD

Dobrze, że próbowałaś zaczerpnąć tchu w świecie zewnętrzym, bo osobie myślącej odwrotnie nie wyszło to na dobre :P

W którymś momencie ta intensywność zaczęła mnie trochę męczyć, jednak odebrałam to jako cechę świata i opowieści, a nie jak wadę opowieści.

Mogłem przesadzić, wcale nie przeczę :P

Dziękuję za ten komentarz, chciałbym napisać znacznie więcej, ale chyba wiesz jak trudne jest odpisywanie na pozytywne opnie :P

 

CM,

a już się wypowiedziałem na becie, więc tutaj tylko krótkie podsumowanie. ;-)

Dokładnie tak się czułem podczas betowania. Jeszcze raz dziękuję, znów jestem twoim dłużnikiem i znów twoja pomoc dla mnie, było nieporównywalnie większa od mojej dla Ciebie. Mam nadzieję, że kiedyś naprawdę zdołam się odegrać :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

było nieporównywalnie większa od mojej dla Ciebie

Taaa… Bo ten swój tekst przepisywałem od nowa wyłącznie dla własnej frajdy. XD

Napracowałeś się tam przecież jak szlag, a i tak miałeś trudnej, bo CM się wpakował w kompletnie obcą dla siebie konwencję. ;)

Mam nadzieję, że kiedyś naprawdę zdołam się odegrać :P

Teraz to ja już nie będę taki głupi, żeby pchać się w nieswoje konwencje. Następnym razem nastawiałbym się raczej na standardowego CM-a, gdzie będziesz się musiał obawiać, co kryje się w następnym akapicie. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Taaa… Bo ten swój tekst przepisywałem od nowa wyłącznie dla własnej frajdy. XD

Napracowałeś się tam przecież jak szlag, a i tak miałeś trudnej, bo CM się wpakował w kompletnie obcą dla siebie konwencję. ;)

Hahaha, no wiem, trochę wtedy na Ciebie przysiadłem XD

Ale i tak patrząc na ilość samej pracy, ile razy wrzucałeś komentarze i czytałeś od nowa. Ja po prostu wszedłem z butami, trochę poskakałem i zadowolony sobie poszedłem XD

Teraz to ja już nie będę taki głupi, żeby pchać się w nieswoje konwencje.

Trochę szkoda, bo finalnie tan “Las Mberta” wyszedł bardzo dobrze, przynajmniej w moim odczuciu.

Następnym razem nastawiałbym się raczej na standardowego CM-a, gdzie będziesz się musiał obawiać, co kryje się w następnym akapicie. ;-)

Nie będę kłamał, jeśli powiem, że za takimi tekstami też tęsknię :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Cześć MaSkrol:-)

Ale to dobre było!

Zaintrygowałeś mnie już pierwszym akapitem, a potem wciągnąłeś do swojej opowieści i nie wypuściłeś z niej do samego końca! Jak można stworzyć coś tak interesującego z plamy na suficie?;-)

Ale klimat! Ciężki i gęsty. Świetnie pokazałeś reakcję plamy, dymu, cienia na ruchy dłoni dziewczyny. A także to, jak melodia współgra z emocjami.

Podoba mi się przemiana bohaterki, początkowo zagubiona, słaba, odkrywa w sobie siłę i walczy, sama ze sobą. Odpływa w świat, który sama stworzyła. Kiedy wydaje się, że wróciła do normalności, serwujesz jej szubienicę:-) Ale to dobre!:-)

 

Drobne uwagi:

Zmrużyła oczy, doszukując się konkretnego kształtu we wzgórku na suficie, a uśmiech powoli wyrósł na jej twarzy.

uśmiech wyrósł?

 

Założyła słuchawki. Palce delikatnie jej drżały, kiedy włączała urządzenie.

jej  zbędne (w ogóle wydaje mi się, że trochę tego jej jest w tekście jakby za dużo)

 

Skrzypienie schodów przebił się na moment ponad melodię, a plama znów była na suficie. 

chyba przebiło 

była nie pasuje mi to słowo:-)

 

Rwała ciemność na strzępy, ryjąc korytarze samą siłą woli,

A to mi się bardzo podoba:-)

 

Plama nie zareagowała, trwała obok dziewczyny. To na pewno przewrażliwienie, ale…

Dziewczyna wyczuła puls. Cała energia, w której dryfowali, wypływała z plamy. Jakim cudem wcześniej tego nie zauważyła? Dłonie jej zwiotczały.

Więc musisz patrzeć na takie, jakie są.

Mięśnie dziewczyny podkurczyły się pod wpływem głosu,

powtórzenie

 

klikam bibliotekę i pozdrawiam;-)

 

 

Cześć, Maskrolu! Duszno tu i ciężko, że aż dobrze sie czyta.wink Motyw plamy świetny, bo można go rozpatrywać na wielu różnych płaszczyznach – choroby psychicznej, dziwnego pasożyta, obsesji… Możliwości jest tyle, że nie będę robić listy na cały komentarz. Opisy niezwykle obrazowe, mocno oddziałujące na zmysły i uczucia, ale bez ckliwości i szantażu emocjonalnego. Kawał dobrego tekstu!

Pozdrawiam.

Cześć, Olciatka ;)

Nigdy nie wiem jak odpisać na takie komentarze, skrzydeł mi dodajecie, ja mam ochotę dziękować za każde miłe słowo po kolei. Dziękuję, bardzo dziękuję, cieszę się, że praca moje nie poszła na marne i nie zmarnowałem też czasu moich betaczytaczy, którzy (a CM w szczególności) pilnowali, abym nie odpłynął za bardzo.

uśmiech wyrósł?

Chyba rzeczywiście dziwne sformułowanie, tylko… nie mam pojęcia na co je poprawić. Póki co zostanie, będę nas tym myślał :/

jej  zbędne (w ogóle wydaje mi się, że trochę tego jej jest w tekście jakby za dużo)

Poprawiłem, obawiam się, że masz rację.

była nie pasuje mi to słowo:-)

I już nie ma.

A to mi się bardzo podoba:-)

:D

powtórzenie

Poprawiłem.

 

Dziękuję i również pozdrawiam :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Cześć, Oidrin, miło Cię widzieć! :D

Dziękuję za te słowa, cieszę się, że podoba Ci się motyw, że zauważyłaś tam wiele płaszczyzn. Bardzo miło czytać takie komentarze.

Pozdrawiam :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

 

Twoje opowiadanie jest lepsze od cmentarzy, bo tu chociaż można zapalić znicz.

Kelin, dzięki jeszcze raz za betowanie… i chyba masz rację. Zawsze chciałem, żeby moje opowiadania były lepsze od cmentarzy :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

"Na suficie było szesnaście pajęczyn. Dwie duże, pięć średnich i dziewięć małych, z których trzy były wciąż zamieszkane."

Uwielbiam ten fragment :D I nie tylko dlatego, ze chodzi mi głowie scena z czymś podobnym :D

 

"Metr przed nią stał człowiek, który z resztek pozostawionych przez krety wyrzeźbił rączki na swojej głowie."

Była taka animacja poklatkowa…

 

Całość bardzo od początku działa na wyobraźnię gdy chodzi o… odcienie. Co jest dość charakterystyczne, bo w czasie czytania nie łączyłem tego z tytułem, ot, zwyczajnie tak to działało. Przy czym pod koniec odcienie zniknęły, pojawiła się w wyobraźni “zwyczajność” kolorów. Wiem, ze to niejasne, ale zwyczajnie czasem różne skojarzenia mi uruchamiają teksty na poziomie ich wizualizacji.

Całkiem nieźle skaczesz z początkowego mrocznego-spokoju do końcowej dynamiki.

I całkiem nieźle wprasowałeś na koniec finał w stylu klasycznego horroru, a przy tym sugestię, że skoro doszła nowa materia, to plama może szukać nowej ofiary.

 

 

Cześć, Wilku, miło Cię widzieć. :)

Uwielbiam ten fragment :D I nie tylko dlatego, ze chodzi mi głowie scena z czymś podobnym :D

Nie bardzo wiem o jaką scenę może chodzić, ale cieszę się :D

Była taka animacja poklatkowa…

Co to za animacja? :o

Całość bardzo od początku działa na wyobraźnię gdy chodzi o… odcienie. Co jest dość charakterystyczne, bo w czasie czytania nie łączyłem tego z tytułem, ot, zwyczajnie tak to działało. Przy czym pod koniec odcienie zniknęły, pojawiła się w wyobraźni “zwyczajność” kolorów.

Bardzo lubię twoje skojarzenia, bo często widzisz coś, czego ja dostrzec nie mogłem (nie chciałem? nie próbowałem? nie zwróciłem uwagi?), zawsze wskazujesz mi kolejny kierunek, w którym mógłbym rozpatrywać tekst i być go bardziej świadomym. Myślę, że wiem, co masz na myśli i to mi się podoba. Nieumyślnie osiągnąłem pewien cel.

Całkiem nieźle skaczesz z początkowego mrocznego-spokoju do końcowej dynamiki.

Jak się tak udało :D

I całkiem nieźle wprasowałeś na koniec finał w stylu klasycznego horroru, a przy tym sugestię, że skoro doszła nowa materia, to plama może szukać nowej ofiary.

:D

Dziękuję za ten komentarz i miłe słowa. Fajnie się czyta pochwały.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Mocne opowiadanie, przesiąknięte emocjami – niezbyt dobrymi – i wciągające (na szczęście nie przez sufit). Fajnie grasz językiem, zagęszczając atmosferę i niczego nie tłumacząc wprost. To historia przedstawiona obrazami w odcieniach szarości. W mojej głowie jedynie za oknem z końca opowiadania było widać jakiekolwiek kolory. Mimo że pisałeś o muzyce dużo, mam wrażenie, że całość brzmi jednak ciszą.

Pokazanie szaleństwa, odchodzenia od zmysłów i wahania bardzo mi się podobało. Tak jak próba ratunku i zakończenie, a nawet ta iskierka nadziei, że będziemy mieć do czynienia z happy endem, choć podejrzewałam sznur od momentu, w którym tak zginęła plama. No i jednak to coś inspirowanego Lovecraftem w ten czy inny sposób. Szczęśliwe zakończenia zdarzają się raczej w innych kręgach.

Wysunę śmiałą opinię, że to Twoje opowiadanie podoba mi się najbardziej ze wszystkich, które miałam okazję czytać. ;)

Zostaw ten żyrandol.

Cześć Verus, miło Cię widzieć! :D

Bardzo mi się podoba ten komentarz, jakbyś jakimś cudem wiedziała, co chciałem z niego wyczytać.

Mimo że pisałeś o muzyce dużo, mam wrażenie, że całość brzmi jednak ciszą.

To był mój mały cel, który bardzo chciałem spełnić, cieszę się, że to widać.

Tak jak próba ratunku i zakończenie, a nawet ta iskierka nadziei, że będziemy mieć do czynienia z happy endem, choć podejrzewałam sznur od momentu, w którym tak zginęła plama.

Tak też myślałem, że wiele osób się domyśli, ale to akurat było nie do pominięcia. :D

Wysunę śmiałą opinię, że to Twoje opowiadanie podoba mi się najbardziej ze wszystkich, które miałam okazję czytać. ;)

Miło mi to słyszeć, takie komentarze dają mi znać, że wciąż się rozwijam (w co momentami zaczynam wątpić), bardzo dziękuję za tę opinię. :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Tak też myślałem, że wiele osób się domyśli, ale to akurat było nie do pominięcia. :D

Wydaje mi się, że w tym przypadku nawet w tej przewidywalności nie było nic złego. Zmierzanie do nieuchronnego, mrocznego końca. :D

Zostaw ten żyrandol.

Zmierzanie do nieuchronnego, mrocznego końca

Jak po sznurku…

Wydaje mi się, że w tym przypadku nawet w tej przewidywalności nie było nic złego. Zmierzanie do nieuchronnego, mrocznego końca. :D

Od tej strony na to nie patrzyłem :P

Jak po sznurku…

Związany z przeznaczeniem.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Nie że mi się nie podoba opko, raczej stan, w jakim się znalazłam po jego przeczytaniu. Zdołowałeś mnie, przytłoczyłeś i na chwilę odebrałeś kolory mojemu światu, czyli właściwie osiągnąłeś sukces. Tylko, cholera, nie wiem, czy mi się to podoba.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, przepraszam. Naprawdę. Zastanawiałem się, czy przyjdzie osoba, która poczuję ile przykrych emocji tutaj wylałem. Bałem się, że tekst kogoś przytłoczy, choć niby chciałem, żeby tak właśnie było. Sprzeczności… sprzeczności. Dziękuję za przeczytanie.

To jest sukces, z którego jestem po części zadowolony, po części, bo to Cię zdołowałem. Czyli bardzo dobrze opisałem, co chciałem opisać, a z drugiej strony… właśnie.

Przepraszam i bardzo Ci dziękuję, Irko.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Dość długo czytałam bez szczególnego zaangażowania, bo jakoś nie potrafię wczuć się w tak osobiste doznania kogoś, kto ma wielkie problemy z odróżnianiem rzeczywistości od urojeń, jednak z czasem się trochę oswoiłam z problemem, z dziwnym światem, plamą i niby materią, i pojawiło się nawet pewne zaciekawienie.

Jestem pełna podziwu dla Ciebie, MaSkrolu, że tak obrazowo potrafiłeś opisać niezwykle gęsty i przygnębiający klimat czarnej krainy. Miałam nadzieję, że dziewczyna w końcu jakoś sobie ze wszystkim poradzi, ale cóż… Nadzieja okazała się płonna.

 

Plama prze­mknę­ła zaraz obok niej. ―> Plama prze­mknę­ła tuż obok niej.

 

Dziew­czy­na ob­ró­ci­ła się wokół. ―> Co to znaczy, że dziewczyna obróciła się wokół? Wokół czego?

 

Ma­te­ria skoń­czy­ła się na długo po tym… ―> Ma­te­ria skoń­czy­ła się długo po tym

 

Wy­ko­pa­ła w pod­ło­żu dół, sku­li­ła na samym dnie. ―> Co skuliła na dnie dołu?

A może miało być: Wy­ko­pa­ła w pod­ło­żu dół, sku­li­ła się na samym dnie.

 

Ba­lo­ny o kształ­cie twa­rzy, któ­rych ba­la­stem rów­nież były twa­rze. ―> W kształcie samych twarzy, czy może w kształcie głów?

 

la­tar­nie pę­ka­ły w pół ni­czym za­pał­ki. ―> …la­tar­nie pę­ka­ły wpół ni­czym za­pał­ki.

 

Nie­na­tu­ral­na syl­wet­ka wierz­ga­ła no­ga­mi… ―> Masło maślane – wierzga się nogami.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Regulatrzy, dziękuję za przeczytanie!

Traktuję to jako sukces, bo z poprzednich opowiadań, pamiętam, że weird nie należy do twoich ulubionych gatunków literackich.

Jestem pełna podziwu dla Ciebie, MaSkrolu, że tak obrazowo potrafiłeś opisać niezwykle gęsty i przygnębiający klimat czarnej krainy.

Dziękuję, dużo dla mnie znaczą te słowa, cieszę się, że podołałem. :)

Miałam nadzieję, że dziewczyna w końcu jakoś sobie ze wszystkim poradzi, ale cóż… Nadzieja okazała się płonna.

Niestety… tak skończyć się chyba nie mogło, ale i tak jestem zadowolony, to znaczy, że bohaterka nie była dla Ciebie obojętna :D

Dziewczyna obróciła się wokół. ―> Co to znaczy, że dziewczyna obróciła się wokół? Wokół czego?

Racja, poprawiam już.

Wykopała w podłożu dół, skuliła na samym dnie. ―> Co skuliła na dnie dołu?

A może miało być: Wykopała w podłożu dół, skuliła się na samym dnie.

Tak, poprawione.

Balony o kształcie twarzy, których balastem również były twarze. ―> W kształcie samych twarzy, czy może w kształcie głów?

O, tego mi brakowało! :D

Dziękuję za łapankę, wszystkie błędy poprawione! :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Cieszę się, MaSkrolu, że mój komentarzyk sprawił Ci przyjemność, a łapanka przydała się. Potwierdzam też to, co napisałam wcześniej – mój podziw dla stworzonej przez Ciebie czarnej krainy jest niekłamany. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wspaniale :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Świetne. Dawno nie czytałem czegoś równie interesującego.

Precz z sygnaturkami.

Dzięki, to miłe.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrolu, nie przepraszaj i niech nie będzie Ci przykro. Napisałeś naprawdę świetne opko i faktycznie zawarłeś w nim mnóstwo emocji. Fakt, nie są to łatwe emocje i tekst jest mocno przytłaczający, ale to nie zmienia faktu, że to dobry, mocny tekst.

I nie poszedłeś na łatwiznę. Niby jest tu szaleństwo, niby są ludzie, którzy próbują wyciągnąć dziewczynę z tego stanu, co mogłoby wskazywać na chorobę psychiczną. Ale miałam wrażenie, że nie do końca idziesz w tym kierunku. Ten świat jest wykreowany przez samą bohaterkę, sama go uruchamia, dzięki tej tajemniczej muzyce i sama wpada w jakąś niekończącą się pętlę. Pokazujesz, że czasami sami sobie tworzymy potwory, sami sobie robimy krzywdę.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dość specyficzne opowiadanie. Styl jest bardzo chaotyczny, ale domyślam się, że to celowe. Trochę nie podobał mi się fakt, że postanowiłeś tak zdystansować czytelnika od głównej postaci, nie podawać jej imienia, pokazywać rutyny, dokładnych reakcji. Nie nie bardzo rozumiem, po co taki zabieg. Ogólnie, pierwszy rozdział zrobiłbym zupełnie inaczej, ale tu już wkraczamy w strefę gustów.

Duży plus za świat cienia, gdzie akcja robi się naprawdę ciekawa. Podobały mi się opisy dziwacznych stworzeń i budynków stworzonych przez dziewczynę, zainteresowała mnie także “plama”. Moja ulubiona część to ta, gdy dziewczyna leży w delirium, a jej jak zgaduję rodzice próbują jej pomóc. Tajemnicze, smutne i bardzo dobrze napisane.

 

Mam wrażenie, że cały utwór ma jakieś głębsze znaczenie, lecz jeśli tak jest, to mnie niestety jak na razie ono umyka. Jest to jednak bez wątpienia przyjemna opowieść, którą miło się czytało

Irko,

Dziękuję i bardzo się cieszę, że ktoś odczytał dokładnie to, co chciałem pokazać w tekście. :)

 

Abbadonie,

Cześć, dziękuję za komentarz i odwiedziny, szczególnie, że chyba pierwszy raz jesteś pod moim tekstem, prawda?

Styl jest bardzo chaotyczny, ale domyślam się, że to celowe. Trochę nie podobał mi się fakt, że postanowiłeś tak zdystansować czytelnika od głównej postaci, nie podawać jej imienia, pokazywać rutyny, dokładnych reakcji. Nie nie bardzo rozumiem, po co taki zabieg. Ogólnie, pierwszy rozdział zrobiłbym zupełnie inaczej, ale tu już wkraczamy w strefę gustów.

Tak, to strefa gustów, a sam brak dokładnej rutyny i reakcji, brak imienia itp. może nieco pogorszyły niektóre wrażenia, ale miałem swój cel w tym, żeby bohaterka po prostu byłą osobą nie do końca określoną, żeby bardziej mogła przedstawić jakąś grupę.

Duży plus za świat cienia, gdzie akcja robi się naprawdę ciekawa. Podobały mi się opisy dziwacznych stworzeń i budynków stworzonych przez dziewczynę, zainteresowała mnie także “plama”.

Dziękuję, miło, że ci się podoba :D

Moja ulubiona część to ta, gdy dziewczyna leży w delirium, a jej jak zgaduję rodzice próbują jej pomóc. Tajemnicze, smutne i bardzo dobrze napisane.

Też bardzo lubię ten fragment, dziękuję :)

Mam wrażenie, że cały utwór ma jakieś głębsze znaczenie, lecz jeśli tak jest, to mnie niestety jak na razie ono umyka. Jest to jednak bez wątpienia przyjemna opowieść, którą miło się czytało

Bardzo mi miło i tak, jest tam pewne znaczenie, jednak moje teksty mają to do siebie, jednak wcale nie jest konieczne, aby ktoś bardzo próbował wgryźć się w tekst. Nie będę już dziękował, bo już trochę dużo tego w odpowiedzi na twój komentarz, ale bardzo się cieszę, że zajrzałeś i zostawiłeś komentarz. :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Przeczytane, komentarz później.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Witam jurorkę i dziękuję. :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Opowieść o dziewczynie, która ciągle tylko podkula te nogi/kończyny, i o plamie, które są jednym. ;)

Psychodela, ale kanciasta, raz poetycka, raz nazbyt prosta. Wypowiedzi plamy jakoś mnie nie wciągnęły, były nastolatkowe. Brak przywiązania do bohaterki, bohaterka nie jest żywa: od początku wiadomo, że jest w jakiś sposób zaburzona, również na poziomie kreacyjnym, wiadomo też, że jest w jakiś sposób martwa, choć to się dopełnia na końcu. Nie zostałam zaskoczona, kupiona, wciągnęła mnie jedynie sama dziwność stylu i zachowania.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Hmmm. Do mnie nie przemówiło. Podejrzewam, że to z powodu bohaterki – nie potrafiłam nawiązać z nią kontaktu, zrozumieć… Chyba od początku była tam, gdzie ja wcale nie chcę chodzić. To depresja?

Żadna piosenka nie pasowała. Momentami miała ochotę rozbić telefon o bruk,

Piosenka miała ochotę? Często Ci podmiot ucieka.

Babska logika rządzi!

No dobra, dzisiaj komentarz na poważnie :)

 

Jako że muzyka jest mi generalnie bardzo bliska, od razu zainteresowałeś mnie tym motywem.

 

Nikt nie będzie oceniał tego, co robi. Nikt nie skomentuje wyglądu. Nikt jej nie zignoruje. – ignorowanie nie pasuje mi do tego zbioru. Nikogo nie ma w tej niby-przestrzeni, nikt nie poświęca jej uwagi, więc to tak, jakby ją ignorowano… right?

 

Niby materia wypchnęła ją, – tzn. niby-materia? Bo chyba nie „materia, która niby wypchnęła”?

 

Nie rozumiesz czym jestem. – przecinek maybe? I może jeszcze tu: Minęło kilka tygodni od kiedy obudziła się

 

Ostatnie zdanie tekstu wydaje mi się trochę nadmiarowe.

 

Teraz ogólne wrażenia.

 

Muszę przyznać, że dzisiaj w nocy będzie mi się trudniej spało, bo dostrzegę pewnie plamy na suficie. Tekst jest mocno przerażający, napisany jakby nie słowami, a samą czernią. Podobnie jak przy tekście Kafkowym, stwierdzam, że wywoływanie wrażenia niepokoju i przerażenia u czytelnika wychodzi Ci doskonale.

 

Pozdrawiam.

Precz z sygnaturkami.

Dzień dobry, przepraszam za opóźnienie, ale jakoś tak się stało, że w ferworze różnych rzeczy i z faktu ogólnego przytłoczenia, nie zabrałem się za odpisanie na komentarze wcześniej (choć cały czas miałem to w planach). Bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarze.

 

Naz,

Kajam się, bo wytknęłaś wszystkie rzeczy, których nie byłem pewien w tym opowiadaniu i nie do końca mi się podobały (jedne bardziej, inne mniej), jednak cieszę się, że czymkolwiek zdołałem Cię wciągnąć. Poetycka i prosta równocześnie, to spory problem, jak się okazało w trakcie pisania, razem chciałem opisywać wszystko tak, raz tak, ale niestety nie oddzieliłem dobrze. Jak teraz się nad tym zastanawiam, mógłbym nawet nieco tak pomieszać, ale udałoby się tylko, gdybym kontrolował pisaninę, a nie pisał chaos, który zmienia się gdzie popodanie. Dzięki za organizację konkursu, fajny był. :P

 

Finklo,

Potwierdza się po raz kolejny fakt, że nico oddaliłem zbytnio bohaterkę od czytelnika, mój błąd, niepotrzebnie chciałem, żeby to było bardziej ogólnikowo. I tak, chodziło tu o depresję.

Piosenka miała ochotę? Często Ci podmiot ucieka.

Racja, już poprawiam.

 

Niebieski_Kosmito,

No dobra, dzisiaj komentarz na poważnie :)

Nie powiem, trochę mnie przestraszyłeś :P

Jako że muzyka jest mi generalnie bardzo bliska, od razu zainteresowałeś mnie tym motywem.

Wiesz w zasadzie, że mam podobnie. Motyw wypłynął właśnie z tego zamiłowania.

ignorowanie nie pasuje mi do tego zbioru. Nikogo nie ma w tej niby-przestrzeni, nikt nie poświęca jej uwagi, więc to tak, jakby ją ignorowano… right?

Hmm, masz rację, nie spojrzałem od tej strony i zbudowałem myśl ściśle “zewnętrznie”, nieumyślnie sobie zaprzeczyłem, poprawię.

tzn. niby-materia? Bo chyba nie „materia, która niby wypchnęła”?

Mam tutaj problem xD

Bo w zasadzie tak się przyzwyczaiłem do tego sformułowanie, że nie pojrzałem na to w tym kontekście. Czas zmienić nieco jej pisownie.

przecinek maybe? I może jeszcze tu:

Racja, poprawione.

Ostatnie zdanie tekstu wydaje mi się trochę nadmiarowe.

Hm, może i tak, ale chyba to nieco kwestia gustu, bo ktoś wcześniej wspomniał, że jest dobre. Zostawię, ale w pełni rozumiem, że tak może wyglądać.

 

Bardzo dziękuję za miłe słowa. Podbudowały mnie i chyba ich potrzebowałem… no zawsze jest fajnie czytać pozytywne opinie :P

 

Również pozdrawiam cieplutko z rodzinką.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Cześć Anet, zapomniałem odpisać na komentarz, ale jak zawsze poprawiłaś humor i wniosłaś do mojego dnia nieco uśmiechu :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Nowa Fantastyka