- Opowiadanie: Tarnina - Muzyka duszy

Muzyka duszy

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Muzyka duszy

Gomez poderwał głowę. Pukanie powtórzyło się, trochę szybsze. Ale to był umówiony rytm.

– Nie śpię, nie śpię. Co tam, chica?

Ciemne oczy błysnęły spod kaptura. Laura weszła, oglądając się przez ramię.

– Wszystko idzie jak po maśle, dziewczyno.

– Na razie – mruknęła. Poprawiła coś przy klapie torby.

Gomez zamknął i zaryglował drewniane drzwi stróżówki. Poprowadził Laurę wąskim korytarzem i schodami.

– Nie potknij się – ostrzegł, pchając drzwi u ich szczytu. Laura, która nuciła pod nosem jakąś melodyjkę, gwizdnęła ostro.

– Co to za jeden?

– Paco – Gomez wzruszył ramionami – tu jest zasada, że na warcie musi być zawsze dwóch. Za dużo bałaganu, księżniczko?

Laura głośno przełknęła ślinę i szerokim łukiem ominęła ciało.

– Tutaj, tutaj. Proszę. Rób swoje.

Dziewczyna wydobyła z torby kamerton. Przyklękła.

– To zejście do podziemi – zauważyła – byłeś tam już?

– Nie, przez cały miesiąc siedziałem i piłem piwo.

Kaptur stłumił fuknięcie. Potem brzęknął kamerton. Zaćwierkał flet. I znowu.

– Długo to potrwa?

– Nie przeszkadzaj – syknęła.

Gomez oparł się o ścianę, patrząc na wejście i postukując czubkiem buta w podłogę. Chciał tym rozdrażnić magiczkę, ale wyraźnie była w swoim własnym świecie, z uchem przyciśniętym do deski wypróbowując kombinacje dźwięków.

Nagle wstała. Zrobiła wdech, przyłożyła do ust flet i zagrała żwawą melodyjkę. Zamek szczęknął. Drzwi otworzyły się z jękiem.

– Ten piasek z dziurki od klucza, to normalne?

– Przemieniłam zasuwę. Nie dam się tu zamknąć.

Omal nie wybuchnął śmiechem.

– Komu, chica?

– Którędy?

Rozejrzał się. Przeliczył na palcach i poprowadził Laurę czwartym korytarzem w piwniczny chłód.

– Teraz zaczekaj, nerwusku – powiedział. Gdzieś tu powinna być nisza, w której ukrył… a, proszę bardzo. Zważył w ręku czekanik.

– Co to jest? – pisnęła dziewczyna.

– Czekan.

– Po co – zaczęła, ale słowa utonęły w łoskocie osuwających się kamieni.

Gomez spokojnie wszedł do sali. Już wcześniej ocenił, że najlepiej będzie strącić żywiołaka w rozpadlinę, nie było tu miejsca na tańce.

– Mówiłeś, że to bardzo duży gnom – wyszeptała nerwowo Laura. Przytaknął.

– Nie wzięłam niczego-

Gomez przerzucił czekan z ręki do ręki.

– Wzięłaś mnie.

Żywiołaki nie potrzebują snu. Muzyka ich duszy to jedna nuta, powtarzana bez końca. Gomez zajrzał w ciemne, lśniące oczy. Prześliznął się między głazami, w przelocie rąbnął potwora, aż zadzwoniło. Skoczył na nogi. Gwizdnął.

Jednak będą tańce.

W prawo, a głaz uderza o włos od stopy. W lewo. Chrzęst kamienia o kamień. Ostrze zaczepia się o szczelinę, ześlizguje ze zgrzytem. Podmuch wiatru zza pleców, zepchnąć gnoma. Równie dobrze mógłbyś spychać górę, odzywa się szczątek zdrowego rozsądku, ale serce Gomeza śpiewa. Zrobiłby to i za darmo. Uwaga! Przewrót i skok na nogi.

– Chodź tu, kupo kamieni!

Wielkie nogi wybijają rytm. Jeszcze chwila… Żywiołak jest za ciężki, żeby się szybko obrócić. Gomez zwodzi go, aż na skraj przepaści, i szczupakiem uskakuje.

Leży przez chwilę, dysząc. Dnem jaskini wstrząsa odległy rumor.

– Wariat – powiedziała Laura. Przykucnęła tak, że widział pasmo włosów, wymykające się spod kaptura.

– Udało się.

– Jak teraz chcesz przejść na drugą stronę? Przecież sam mi mówiłeś, gnom przenosił wielkiego skarbnika!

– Nie mamy bębnów, żeby nim powodować – przypomniał jej Gomez, siadając – i to ty jesteś od myślenia, mała.

– A czy to zwalnia ciebie?

Wstała, przeszła na skraj przepaści, tupnęła i nastawiła ucha. Gwizdnęła na palcach. Tupnęła jeszcze raz.

– Dam radę przelecieć – oceniła – ale sama. To znaczy…

– Nie ma drugiego wyjścia – ulitował się Gomez. – Grunt, żebyś przeniosła klejnoty.

– Klejnoty są łatwe, każdy na jednej nucie. Ale to potrwa.

Ponaglił ją ruchem głowy. Laura wyjęła flet.

Gomez widywał już lewitację, choć częściej w wykonaniu magów starszych, grubszych i posługujących się bardziej eleganckimi instrumentami strunowymi. Flet, powiadano, przystoi dzieciom i ulicznym sztukmistrzom. Ale, pomyślał, na pewno jest praktyczniejszy w noszeniu.

Melodia Laury była dziwna, zbyt szybka, żeby się dosłuchać wariacji, ale na pewno nie monotonna.

Gomez nawet nie zauważył, kiedy dziewczyna wylądowała po drugiej stronie. Muzyka się urwała.

Echo przyniosło rytm spiesznych kroczków, ginący w głębi skarbca.

Po chwili kroczki wróciły, wolniejsze. Zobaczył Laurę z torbą wypchaną niemal do pęknięcia.

– Zuch dziewczyna!

Syknęła. Podniosła flet do ust i zaczęła nową melodię, trochę inną. Opadła ciężko na skały, a Gomez ją przytrzymał, zanim osunęła się w przepaść.

– Oo… przesadziłam…

– Nie mdlej, ślicznotko. Daj, ja poniosę te skarby.

Torba ważyła sporo.

– Pewnie już tam nie wrócisz?

Laura wsparła się mocniej na jego ramieniu. Westchnęła. Trudno. I tak zgarnęli ładny łup.

Szli z powrotem. Wkrótce Laura zaczęła sama stawiać nogę za nogą, i nawet nucić. Magowie. Byle nie zemdlała. Nie zamierzał jej tu zostawiać, wydałaby go na sam widok straży, gdyby wcześniej nie umarła ze strachu. Łatwo będzie później zwiać z torbą. A na razie całkiem przyjemnie się szło w takt tej melodyjki, jakby znajomej. Całkiem dobrze znajomej, stopy Gomeza same przystawały i poruszały się w rytmie, odtwarzały go stuknięciami o posadzkę. Na schodach stał się trudniejszy, ale potem znowu prosty. Naturalny. Raz, dwa, raz dwa. Raz, dwa, trzy, cztery.

Minęli główną salę i wyszli w noc, pachnącą wilgocią i miejskim kurzem. Laura przestała nucić i pogładziła go po grzbiecie. Gomez parsknął.

– Nie do końca tego się spodziewałam – wyznała dziewczyna. Zaszeleścił zsuwający się po włosach kaptur.

– Myślałam, że wyjdzie mi wół. Ale jestem trochę zmęczona.

Gomez zaryczał z sympatią. Dziewczyna wspięła się niezręcznie na grzbiet osła, obok torby pełnej drogich kamieni, i ścisnęła zwierzaka piętami. Podreptał w stronę miasta. Raz, dwa, trzy, cztery.

Koniec

Komentarze

Z twistem, O!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Pozwólcie, że rzucę pewną oczwistością: pisanie szortów to sztuka rezygnacji. Nie można dać jednocześnie rozbudowanych dialogów, dokładnych opisów, nie można zrobić porządnego wprowadzenia – bo z szorcika zrobi się pełnowymiarowa opowieść. Po prostu trzeba z czegoś zrezygnować.

Anonimowy Autor cięć w ograniczonym literkowym budżecie dokonał głównie na opisach. Szczerze rzekłszy, musiałem przeczytać opowiadanie dwa razy, aby dobrze móc sobie wyobrazić całą akcję*. Choć szorcik napisany poprawnie i po polsku, to miałem wrażenie pewnego pośpiechu, chaosu. Zdecydowanie przyjemniej czytało mi się drugie pojedynkowe opowiadanie.

Plot-twist na końcu nie był znowu takim "twistem" – motywy zdrady nie lubią się z szorcikami. Aby zdrada zrobiła jakiekolwiek wrażenie, musimy sobie przedtem zakodować, że mamy do czynienia z (względnie) lojalnymi ludźmi – a na budowanie lojalności w szorcikach jest po prostu za mało miejsca. Zaskoczenie musiałoby przyjść z zupełnie innej strony, aby faktycznie zaskoczyło.

Motyw z magią opartą na muzyce naprawdę mi się spodobał. Zupełnie odmienny od wymachiwania różdżką, rzucania łacińskimi inkantacjami czy składania dziewic z ofierze. Nadaje magii trochę piękna, z którego często jest odzierana. Autor wyniósł ją z roli rzemiosła czy narzędzia do rangi prawdziwej sztuki. Duży plus za tę ideę.

Ogólnie – pomysł na plus, wykonanie na "no spoko". Czytywałem lepsze szorty, czytałem całą masę gorszych, ten plasuje się nieco powyżej średniej.

 

* Gwoli uczciwości, przeszkadzało również to, że jako niezbyt dumny przedstawiciel intelektualnego fitoplanktonu nie wiedziałem czym jest “kamerton” i musiałem to sprawdzić pomiędzy odczytem pierwszym a drugim. No i ta zależność: żywiołak=gnom też trochę wybiła mnie z rytmu.

Ładne. Ciekawe. Trafiło się kilka niezłych zdań. Trafiło się też kilka interpunkcyjnych dziwactw:

 

– Nie potknij się, – ostrzegł, pchając drzwi u ich szczytu. Laura, która nuciła pod nosem jakąś melodyjkę, gwizdnęła ostro.

– Paco, – Gomez wzruszył ramionami – tu jest zasada, że na warcie musi być zawsze dwóch. Za dużo bałaganu, księżniczko?

Czemu przecinki przed myślnikami?

 

Idę zerknąć do konkurencji. :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hmm… poszarpany ten tekst. Niemal zupełny brak opisów nie jest zły z automatu, ale tutaj mi ich zabrakło. Takie przygody aż się proszą o plastyczne opisy, a przedstawiona w szorcie scena zdała się tylko nakreślona. Pomysł magii opartej o muzykę jest naprawdę świetny, szkoda, że temat nie został bardziej rozwinięty. No, i gnom jako żywiołak – też mi się to nie kleiło.

Przyjemny tekst. Z podobnym pomysłem już co prawda się spotkałem, ale realizacja sprawiła, że od początku do końca czytałem z zainteresowaniem. Końcówka mnie uśmiechnęła, a chyba taki był cel ;)

Niestety, muzyczny rywal ustawił poprzeczkę trochę zbyt wysoko – na karcie do głosowania krzyżyk postawię przy „Muzyce sfer”.

OK, jest jakaś historia. Prosta jak konstrukcja cepa, ale nie ma co wymagać cudów od szorta.

Zgodzę się z Pliszką co do twistów. Jeśli wspólnicy mają torbę ciężką od kosztowności, to współpraca nie potrwa długo.

Przydałoby się więcej opisów, coś goło wyglądają te dialogi.

No to teraz będziemy sprawdzać, czy Anonimowi Pojedynkowicze majstrowali coś przy fragmentach reprezentacyjnych…

Babska logika rządzi!

Muszę powiedzieć, że do pewnego momentu czytałem bez zrozumienia. I niestety wpłynęło to na odbiór całości. Muzyka również nie powala, spełnia taką utylitarną rolę. Nie jest bohaterem, jest tylko rekwizytem.

Druga część i pointa, znacznie lepsze, ale nie były w stanie zatrzeć mojej początkowej dezorientacji.

Kurcze, dobre, ale nie potrafiłam sobie wyobrazić tych żywiłołaków. Bardzo duży kondensat. I któż to mówi/pisze – użyszkodnik, który skraca, usuwa, wyrzuca i jest niezrozumiały. Kurcze, a jednak brakuje tu przesławnych infodumpów.  Jak to wyważyć? Od czego zależą?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Szort napisany całkiem przyzwoicie, do tego fajnie skonstruowane i wplecione w tekst dialogi. Żywiołak niby był , ale w sumie to tak jakby go nie było, coś im za łatwo poszło :) No ale limit znaków cisnął, trzeba było się sprężyć. Zakończenie zaskakujące, choć z drugiej strony tego można było się spodziewać po czarodziejce, ale ja jestem mało domyślny, więc nie zgadłem co się wydarzy xd

Pozdrawiam!

Całkiem fajny szorcik, choć widać tu pewien pośpiech. Muzyka zamiast różdżki fajna. Zakończenie… Łatwo było przewidzieć, że ktoś tu kogoś zdradzi. Kibicowałam Laurze, więc mi się podobało ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Prosta historyjka, lecz ciekawa i ładna. Trochę za późno wyjawiło się, co oni w ogóle robią, nie lubię, gdy nie wiadomo, o co chodzi w tekście. Podobał mi się pomysł na wiecznie nucących pod nosem magów (tu zarzucę sucharem: Co mag nuci sobie pod nosem? – Mana, mana…) i moment przemienienia się Gomeza w osła, najpierw raz-dwa, a później do czterech, bo miał już cztery nogi :) Dobry warsztat, choć trochę dziwna interpunkcja, przecinki przez półpauzami w dialogach? 

Jestem już po lekturze obu opowiadań i muszę przyznać, że to drugie bardziej mi się podoba. To jest dobre, ale w porównaniu z tamtym historia wypada zbyt prosto i płytko.

Super pomysł wplecenia muzyki w magię. Końcówka jak dla mnie fajna, uśmiałem się :) Choć oczywiście zgadzam się z innymi, że do przewidzenia. Jedynie czułem miejscami lekki chaos, głównie podczas akcji i potyczki. Opisy nie tyle szczątkowe, co jakoś mało konkretne/obrazowe. Przynajmniej dla mnie. W efekcie końcowym nie wiedziałem np. co stało się z żywiołakiem, bo zwyczajnie tę informację zgubiłem w tym chaosie.

Reasumując: Super pomysł, fajne zakończenie, sposób opisanych wydarzeń jednak nieco zepsuł wrażenia całości.

Lecę do drugiego tekstu i pozdrawiam! ;)

Motyw muzyki nie jest tu może tak całkiem na pierwszym planie, ale historyjka o dwóch takich, co ukradli precjoza bardzo przyjemna. Kamerton to przecież taki nieodzowny gadżet w ekwipunku każdego sensownego złodzieja, jak wiadomo z klasyki gatunku. Zakończenie zaskakujące zdecydowanie punktuje. Motywy latynoskie tak samo.smiley Didaskaliów, które pomogły by zbudować bardziej gęsty klimat troszeczkę jednak zabrakło. Mówiąc krótko, sporo tu elementów ujmujących, ale coś jeszcze można by…

Całkiem zacna historyjka, tylko coś jakby nieco skondensowana – trochę żal, że nie mogła być dłuższa. A okoliczność, że Gomez nie do końca pozostał sobą, rozbawiła. ;)

Skoda, że magiczna muzyka nie wpłynęła na jakość szorta i znalazło się w nim kilka usterek.

 

– Nie potknij się, – ostrzegł… ―> Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

– Paco, – Gomez wzru­szył ra­mio­na­mi… ―> Jak wyżej.

 

Omal nie wy­buch­nął śmie­chem. – Komu, chica? ―>

Omal nie wy­buch­nął śmie­chem.

– Komu, chica?

 

– Nie wzię­łam ni­cze­go - ―> Czemu służy dywiz na końcu wypowiedzi?

 

przy­po­mniał jej Gomez, sia­da­jąc, – i to ty je­steś od my­śle­nia, mała. ―> Zbędny przecinek przed półpauzą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne.

Fajnie wykorzystany motyw muzyczny i powiązanie go z magią. Zakończony ciekawym twistem, który zaskoczył. Pozostawia trochę wrażenie niedosytu, dostaliśmy scenkę, urywek całości, fajnie byłoby zobaczyć więcej. 

– Nie potknij się[-,] – ostrzegł, pchając drzwi u ich szczytu.

Przecinek w tym miejscu się powtarza, nie powinno go tam być.

– Nie wzięłam niczego -

Po co ten myślnik na końcu? Jakiś inny znak powinien tu być.

– Nie mamy bębnów, żeby nim powodować – przypomniał jej Gomez, siadając[-,] – i to ty jesteś od myślenia, mała.

Stawiasz przecinki w dziwnych miejscach.

No, ogólnie nie porwało mnie, ale nie czytało się źle ;)

 

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Zgrabny pomysł na szorciak. Może nie szczególnie odkrywczy, bo magię dźwięku czy w dźwiękach już spotkałem, a też nie została ona wyeksponowana na tyle mocno, by wybrzmieć w opowiadaniu mocniej niż tylko jako dodatek (to znaczy równie dobrze mogłaby to być magia innego rodzaju) – gdyby opisane były całe kompozycje, przejścia orzez skalę dźwięków itp. nadałoby to jej wyrazistości. 

Za to twist na koniec wyszedł super, oczekiwałem czegoś zaskakującego i się nie zawiodłem. :) 

Mnie nie porwało. Opowiadanie pomieściłoby 1200 dodatkowych znaków, które można by przeznaczyć choćby na opisy. Sam pomysł na historię i twist ok, ale całość zbyt skondensowana i za szybka.

Anonimowy Autor cięć w ograniczonym literkowym budżecie dokonał głównie na opisach.

Oj, prawda Ci to, prawda. Częścią dlatego, że Autor ciut się spieszył do wynoszenia worów gratów (argh). Ale głównie dlatego, że musiał upchnąć.

Plot-twist na końcu nie był znowu takim "twistem" (…) a na budowanie lojalności w szorcikach jest po prostu za mało miejsca.

I to prawda. Ale nie do końca chodziło tu o lojalność – Laura miała raczej grać taką, co to się boi własnego cienia i dlatego nie zdradzi kolegi. No loyalty among thieves ;)

Motyw z magią opartą na muzyce naprawdę mi się spodobał.

He, he, o tym więcej za chwilę.

No i ta zależność: żywiołak=gnom też trochę wybiła mnie z rytmu.

Gnomy są żywiołakami (ziemi), ale faktycznie, nie każdy musi studiować alchemię.

Czemu przecinki przed myślnikami?

Kurka, znowu mi się coś pokiełbasiło? Muszę pogrzebać w literaturze…

Takie przygody aż się proszą o plastyczne opisy, a przedstawiona w szorcie scena zdała się tylko nakreślona.

Ano, niestety. Sama sobie podłożyłam nogę, jak zwykle.

Jeśli wspólnicy mają torbę ciężką od kosztowności, to współpraca nie potrwa długo.

Teoria gier, Finklo. Teoria gier :)

Muszę powiedzieć, że do pewnego momentu czytałem bez zrozumienia.

A mógłbyś to ciutkę uściślić? To znaczy, czy zdezorientowało Cię coś konkretnego, czy tak ogólnie?

Kurcze, dobre, ale nie potrafiłam sobie wyobrazić tych żywiłołaków. Bardzo duży kondensat.

Argh, siedem tysięcy znaków, z których wyszło pięć, bo jak zacznę rozbudowywać, to na pewno wylezę za linie :)

Żywiołak niby był , ale w sumie to tak jakby go nie było, coś im za łatwo poszło :)

Yup. Limit :)

widać tu pewien pośpiech

Guilty. Very, very guilty.

Co mag nuci sobie pod nosem? – Mana, mana…

… XD

Dobry warsztat, choć trochę dziwna interpunkcja, przecinki przez półpauzami w dialogach?

Gdzieś to już widziałam, ale być może w koszmarnych snach.

W efekcie końcowym nie wiedziałem np. co stało się z żywiołakiem, bo zwyczajnie tę informację zgubiłem w tym chaosie.

Eee… limit :)

Kamerton to przecież taki nieodzowny gadżet w ekwipunku każdego sensownego złodzieja, jak wiadomo z klasyki gatunku.

No, ba.

Całkiem zacna historyjka, tylko coś jakby nieco skondensowana – trochę żal, że nie mogła być dłuższa. A okoliczność, że Gomez nie do końca pozostał sobą, rozbawiła. ;)

W pewnym sensie pozostał… osioł jeden :D Poprawki wprowadzę wieczorkiem, heart, reg.

Pozostawia trochę wrażenie niedosytu, dostaliśmy scenkę, urywek całości, fajnie byłoby zobaczyć więcej.

Może będzie więcej. Nie chcę się teraz deklarować, bo nigdy nic nie wiadomo, porządki sobotnie raczej potrwają do lipca (a pewnie i do sierpnia), no i jeszcze Staszek czeka w kolejce (przerabiany po raz trzeci…), i cała masa innych rzeczy. Ale – patrz dalej.

Stawiasz przecinki w dziwnych miejscach.

Mam coraz mocniejsze wrażenie, że coś mi się popierniczyło z tymi przecinkami.

Zgrabny pomysł na szorciak.

Merci.

Opowiadanie pomieściłoby 1200 dodatkowych znaków, które można by przeznaczyć choćby na opisy.

Tak, tylko, znając życie, te opisy rozrosłyby się do pięciu tysięcy. Mogłam od razu postawić na dziesięć… Z drugiej strony, tymczasowo straciłam soboty, moje tradycyjnie najlepsze dni, więc…

Reasumując – czego Tarnina się nauczyła:

1. Nie zaczynaj od ontologii, a już na pewno nie w szortach: muzyczność jest w tejże ontologii dobre umocowana, i jest to naprawdę fajna ontologia – co z tego, skoro w takim małym szorciku nie dałam rady jej Wam pokazać?

2. Nie musi być doskonale: i nawet nie trzeba wygrać :) Jak się nie ma czasu na trzy zmiany zdania, to przynajmniej nie dostaje człowiek kręćka, że ciągle niedobrze.

3. Siedem tysięcy znaków to wściekle niewygodna liczba, nie upchnie się w nią dość opisu, a jak wybrać, co opisać?

Wszystkim niniejszym podziękowuję wizualnie:

 

Oraz muzycznie. heart

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Teoria gier, Finklo. Teoria gier :)

No. Prawie dylemat więźnia. Wystarczy podstawić wspólnikowi nogę tak, żeby upewnić się, że nie będzie miał okazji do rewanżu.

Babska logika rządzi!

Cóż, naturalnie cieszę się z wygranej, ale gdy przeczytałem Twój tekst, jeszcze przed pierwszymi głosami, to mina mi zrzedła. Jest lepiej napisany niż mój, płynniej, ładniejszymi zdaniami, w których czuć rytm, melodię. Może i u mnie sam pomysł bardziej wykorzystywał muzykę, ale u Ciebie muzyka siedziała w stylu, w samej konstrukcji tekstu, na poziomie zdania. 

I gdyby nie tajemnicze, balkonowo-pawlaczowe wory, to zapewne zebrałbym zdrowe cięgi. Tym bardziej pokłony dla Cię, że zgodziłaś się w zabawie wziąć udział. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Mnie tam się podobało. O takiej „muzycznej magii” jeszcze nie czytałem, więc zawsze coś nowego. Czasem miałem problem ze zrozumieniem, ale to chyba wina ograniczenia znaków (i moja!). Zakończenie niespodziewane, więc też dobrze. Nie oceniłbym, który z tekstów lepszy, bo były diametralnie różne, ale nie żałuję przeczytania ani jednego, ani drugiego. Pozdrawiam :)

Do komentarza przystąp:

To nie jest zły tekst.

To naprawdę nie jest zły tekst…

Opowiadania pojedynkowe komentuje się dosyć specyficznie, bo siłą rzeczy pojawia się taki dosyć naturalny odruch, by w opinii porównywać ze sobą oba teksty. Wykazywać “lepsiejszość” jednego nad drugim. Nie jest to do końca uczciwe, ale tak już przy okazji pojedynków musi chyba być.

Zacznę więc od porównania. Nie komentowałem zbyt wielu tekstów pojedynkowych, więc może będzie to opinia trochę na wyrost, ale w tej Waszej potyczce widzę taki klasyczny schemat: szarżujący vs punktujący.

Thargone postawił na taktykę. Wiedział, co może zrobić, na ile go stać w danym limicie i terminie i napisał tekst tak, żeby się nie wyłożyć. Tarnina postawiła na odwagę. I jak to z odważnymi bywa, została “wypykana” na punkty. ;-)

Różnica nie była duża. Przynajmniej u mnie. Nie była duża, bo jak już wspomniałem, to nie jest zły tekst. Można w nim znaleźć taką naprawdę uroczą naiwność, że uda się w tych kilku tysiącach znaków zawrzeć więcej niż to możliwe. Że uda się opowiedzieć jakąś historię, w sposób skondensowany, ale wciąż atrakcyjny dla czytelnika. Od początku wiadomo, że się nie uda, bo udać się nie ma prawa.

Jednocześnie jednak jest w takiej postawie coś dla czytelnika zachęcającego. To trochę tak, jak z walkami mistrza defensywy Niby wiesz, że wygra. Niby wiesz, że jest mistrzem. Że świetnie walczy taktycznie. Ale i tak będziesz kibicowała rywalowi. Temu nieszczęśnikowi, który próbuje atakować, który pruje ciosami na oślep, który za cholerę nie może czysto trafić i wszyscy wiedzą, że do końca walki nie trafi. Że będzie punktowany jakimiś niepozornymi ciosami.

Będziesz mu kibicowała właśnie za to, że próbuje atakować.

Z tym Twoim tekstem jest właśnie tak, jak z rywalami mistrza defensywy. Thargone robi swoje, punktuje tym, czym może, bez żadnych szalonych szarż, nieprzemyślanych ataków. A to Twoje biedactwo mota się trochę w swoich szaleńczych próbach szarż, a chociaż czytelnik wie, że to pewnie błąd, że to się nie może udać, to jednak podświadomie kibicuje temu Twojemu biednemu szorciakowi.

Kibicuje, bo jest w nim jakaś próba ofensywy. Ta naiwna wiara, że może być czymś więcej niż rzeczywiście jest w tym limicie znaków. I choć trudno wykazać wyższość Twojego tekstu nad Thargonowym, to jednak po cichu, trochę na siłę, szuka się jednak tych pozytywów, żeby choć dać remis, albo wynik bliski remisu, za tę próbę zawalczenia o coś więcej niż tekst idealnie skrojony pod limit znaków.

Dobra, ale może o samym tekście.

Tekst, jak napisałem, naprawdę niezły.

Ale…

Jak wspomniałem, tekst wydaje się koncepcyjnie przeszarżowany. Jakby ignorował limit znaków, jakby nie przejmował się faktem, że na powstanie ma jedynie tydzień.

Tutaj ma się wrażenie takiego opowiadania z syndromem zupki chińskiej. Jest zupa? Jest? Zabija głód? Zabija. Więc o co chodzi?

Ano chodzi o to, że jednak z jakiegoś powodu zupek chińskich w restauracjach się nie podaje. Ten tekst to taka historia instant. Niby wszystko jest: jest pomysł, jest historia, jest zbudowana relacja bohaterów, jest twist końcowy. Wszystko jest.

A w praktyce wszystkiego brakuje. Nie opowiadaniu nawet. Tarninie.

Z naprawdę dużą łatwością mogę sobie wyobrazić jak mógłby wyglądać ten tekst bez limitów znaków i bez presji czasu.

A co tutaj widzę?

Tutaj widzę jedynie przebłyski. Jakbym dostał taką namiastkę pełnej opowieści. Taki gościnny występ, gdzie Tarnina rzuci jakiś ochłap zebranej gawiedzi. Jasne, zrobiony w najlepszej wierze i na miarę okrojonych czasowo możliwości, ale jednak ochłap opowiadania, bo to występ gościnny.

To chyba dobry moment, żeby zaznaczyć jedną istotną rzecz. To nie jest uczciwy komentarz. Nie będę tutaj ściemniał, ani udawał, że jest inaczej. Bo ja doskonale rozumiem, że to pojedynek. Że te teksty rządzą się swoimi prawami. Że pojedynki to właśnie konieczność stworzenia tekstu instant. I że trzeba na nie patrzeć z uwzględnieniem tego, ile czasu mieli autorzy na stworzenie opowiadań.

Słowem, rozumiem, że to ten rodzaj tekstów, gdzie autorów czy autorki trzeba docenić za odwagę. Trzeba spojrzeć na ich opowiadania uczciwym, nieco łaskawszym okiem.

Ja jednak tego nie robię. Choć chciałbym.

Widzisz, ja naprawdę chętnie bym napisał, że to na poziomie pojedynkowym naprawdę porządny tekst. Bo to opowiadanie, powtórzę po raz kolejny, nie jest złe. I chętnie bym napisał, że mogę przymknąć na to i owo oko, bo w tym przypadku stawianie oczekiwań na poziomie pełnego tekstu jest nieracjonalne.

Tyle że w przypadku Tarniny tych pełnych tekstów jest ostatnio mało. Gdzie więc mam stawiać te oczekiwania? Innej okazji nie dostanę.

Oczekiwania są nieuczciwe, ale nie ma w nich złośliwości. Bo jeśli marudzę, że to nie jest Tarninowy poziom, to nie dlatego, że Tarnina musi. Bo Tarnina nic nie musi. Jednocześnie jednak wrzuca taki jakby zwiastun ciekawego lekkiego opowiadania. A dalej wyobraźnia robi swoje. Podrzuca kolejne sugestie, jak mogło to opowiadanie wyglądać odpowiednio dopracowane i rozwinięte. I gdzieś tam na końcu zostaje żal, że tego nie ma. I pewnie nie będzie. Właśnie żal, w żadnym razie nie pretensja.

Tutaj mamy, jak pisałem, taką namiastkę fajnej lekkiej opowieści. Bo jest i pomysł i koncepcja na bohaterów i jakiś element fabuły. Jest solidny fundament do budowy fajnego tekstu.

Nie ma już jednak żadnych prawie opisów, jakby szanowna Tarnina uparła się, że będzie walczyć bez broni. Jasne, wiem, że limit, że takich opisów wiele nie wciśniesz. Wiem, że czas, wiem, że pewnie nie ma za bardzo przestrzeni, żeby nad tymi opisami pomyśleć.

Ja to naprawdę wszystko wiem.

Ale jeśli wyobrazisz sobie, jak to opowiadanie mogło wypaść w "pełnej wersji", to wiesz, że strasznie tu tego brakuje.

Bohaterów masz dosyć wyraźnych i jak na limit wypadają wcale nieźle. Nie powinienem się czepiać. Ale znów, brakuje tu miejsca, żeby zbudować ich relację mocniej. Żeby trochę się więcej podszczypywali, żeby lepiej wybrzmiała forma takiej wzajemnej nieufności czy ograniczonego zaufania.

I znów, czy ja mam prawo oczekiwać więcej w tym elemencie od szorta?

Nie. Jasne, że nie. Z drugiej strony gdzie ja mam tego wymagać, kiedy Ty prawie nic innego nie piszesz. ;-)

Dobra. Kończę.

Wreszcie, co? :D

Skończę tak, jak zacząłem. To nie jest zły tekst. Tyle że fajnie będzie kiedyś zobaczyć takie opowiadanie w pełnej krasie. Bez ale:

– ale limit

– ale termin

– ale pojedynki rządzą się swoimi prawami

Bo chociaż to naprawdę niezły tekst, to jednak dalej pozostaje namiastką. Pewną krótką formą pokazową, że Tarnina to przecież potrafi świetnie pisać…

…i teraz czekam, kiedy się tym pochwali. ;-)

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

P.S. Niezależnie od tego, co napisałem w komentarzu, szacunek za ten tekst, bo jak na szort instant to poziom naprawdę wcale wysoki. :)

P.S. 2 Daruj trochę dziwny zapis komentarza, ale po przeklejeniu z notatnika zaczęły mi się tu dziać jakieś dziwne rzeczy. ;)

P.S. 3 Co to się tu działo z tą interpunkcją? ;-)

Jakiś szatan przecinkowy Cię opętał? :D

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Eeee… audaces fortuna iuvat? winkUlubiona_emotka_Baila.

 

ETA: A, i:

– Nie wzięłam niczego – ―> Czemu służy dywiz na końcu wypowiedzi?

zaznacza, że wypowiedź jest urwana.

Oraz:

Prawie dylemat więźnia.

<wcale nie wyrysowała sobie macierzy wypłat, wcale :D>

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

A co tu rysować: nie ma współpracy, jest cała torba z kosztownościami; jest współpraca – pół torby i ryzyko, że partner zrobi coś głupiego, wsypując obydwoje.

Babska logika rządzi!

Jak człowiek myśli (ha, ha) to sobie rysuje na karteluszkach. Ulubiona_emotka_Baila.

 

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ciekawa historia, sprawnie opowiedziana, z niespodziewanym, udanym twistem na koniec. Lubię fantasy i magów, ujął mnie też początek, kiedy w niewielu słowach podajesz szczegóły opisujące bohaterów: gesty, kosmyk włosów, sposób mówienia. Kibicowałam Laurze i nie zawiodłam się zakończeniem.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nowa Fantastyka