- Opowiadanie: adam_c4 - Dżentelmen

Dżentelmen

Strona A: Dagon

Strona B: Providence 1915

 

Uwaga! Do dnia 27.06.2020 naniosłem na tekst sporo kosmetycznych poprawek. Wyłącznie kosmetycznych – nie ingerowałem w fabułę opowiadania.  

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Dżentelmen

Pojawia się nagle, w różnych miejscach ciemnego pokoju. Najczęściej stoi tuż za progiem zamkniętych drzwi. Wyprostowana, na dwóch kończynach. Zdarza się, że siada na krześle przy sekretarzyku, co nadaje jej przedziwnej, bryłowatej fizjonomii pozorów ludzkiego kształtu. Zeszłej zimy objawiła się na suficie, wczepiona weń pazurami wszystkich czterech odnóży, a pewnego razu, dawno temu, ujrzał ją na łóżku, przycupniętą i wyprężoną do skoku. Runęła na niego mokrym cielskiem, które na ułamek chwili błysnęło w całej, upiornej okazałości. Obudził się na podłodze, krzycząc i spychając z siebie kłęby pościeli.

Atak się nie powtórzył. Najczęściej zmora tylko mu się przygląda, tkwiąc nieruchomo tam, gdzie postanowił umieścić ją śpiący umysł. Czasami siada na brzegu łóżka. Pochyla nad nim łeb, kosmyki włosów łaskoczą go. Czuje jej oddech. Cuchnie rybami.

Szczęśliwie, w takich przypadkach od razu się budzi i po raz kolejny zapewnia samego siebie, że nie musi się bać. Wciąż zamroczony snem, szepcze obelgi w różnych kierunkach. Złorzeczył już rodzicielom, naturze, Bogu, przeznaczeniu, ślepemu trafowi. Temu wszystkiemu, co w danym momencie winił za sprowadzenie go na pełen koszmarów świat.

Tej nocy zmora krążyła po pokoju. Przesunęła się ku oknu, z mozołem przekładając kończyny. Tkwiła tam przez chwilę, po czym wróciła pod drzwi. Wtedy sen pierzchnął.

Kiedy otwiera oczy, pokój prezentuje mu się w blasku młodego poranka. Dziś, dla odmiany, nie ciska klątw, a błogosławi prawidła wszechrzeczy, dzięki którym zmieniają się pory roku, a on nie jest skazany na całoroczne budzenie się pośród ciemności.

Ale równocześnie, wraz z falą wdzięczności, wdziera się w niego drugi, ciemny nurt. Zostaje zalany goryczą, czuje ją na czubku języka. Odruchowo zamyka oczy i zakrywa twarz poduszką, tylko po to, by sekundę później ją odrzucić i gwałtownie usiąść na posłaniu.

Papierowy świstek nie zniknął. Leży na sekretarzyku, w tym samym miejscu, w którym zostawił go wczoraj. Żelazne prawa materii nie znają litości. Szkoda.

Wstaje z łóżka i podchodzi do drzwi. Po drugiej stronie czeka już taca ze śniadaniem. Podnosi ją ostrożnie i dopiero wtedy dociera doń, że nie może postawić jej na sekretarzyku. Przychodzi mu do głowy, by jednak to zrobić, zwyczajnie nakryć ten przeklęty liścik, ale myśl ta natychmiast budzi w nim sprzeciw, który ściska żołądek. Rozdrażniony, wraca do łóżka i kładzie śniadanie na poduszce.

Podnosi ze srebrnej tacy złożoną na pół karteczkę. Nie sposób nie porównać jej z tamtą, leżącą na drewnianym blacie. Jak bardzo różniły się dłonie, które stawiały na nich litery! Trudno uwierzyć, że ludzie zamieszkujący ten kraj posługują się jednym językiem; można, co prawda, stosować go do celów wielkich i niskich, dowolnie ukwiecać bądź plugawić, ale jest to wciąż ta sama mowa i bez względu na intencje jej użytkowników, zawsze więcej będzie ich łączyć, niż dzielić. Nie od rzeczy wydają się praktyki przyjęte w niektórych rejonach odległej Azji, gdzie obywatele tego samego państwa stosowali od pokoleń odmienne, uzależnione od społecznego statusu narzecza, by w sposób jednoznaczny podkreślić istniejące między nimi przepaście. Do tego potrzeba jednak olbrzymiej konsekwencja rządzących oraz pokory rządzonych, a na te nie ma co liczyć w hołdującej nowomodnym zwyczajom Ameryce.

Wie, że te rozważania nie prowadzą go w dobrym kierunku, dlatego odrywa się od nich i czyta: 

 

Howardzie,

na 8:00 – 40°F. Wietrznie. Pani May narzeka na swoje stare kości, nie ma co liczyć na szybką poprawę aury.

 

Przeklęta pogoda – myśli, sięgając po filiżankę z herbatą. Potem zabiera się za grzanki i jajko na miękko. Je szybko, pochylony nad tacą. Boże, jakie to żałosne! Kiedy dostrzega swe odbicie w tafli – dwoje szeroko otwartych oczu i zaciśnięte wargi – stwierdza, że każdy, kto przyglądałby mu się z boku, miałby z niego prawdziwy ubaw. Dość tego! 

Wstaje, odpychając się od materaca. Porywa liścik z blatu, by ponownie go przeczytać. Rzuca się w niego jak w gęstą toń:

 

Szanowny panie Howardzie,

przyznać muszę, że do tej pory pozostaję pod wrażeniem spotkania z Panem i Pańską matką. Żadna ze mnie marzycielka (fakt ten z pewnością nie umknął Państwa uwadze!) i nad poetyckie uniesienia natura moja odruchowo przedkłada banały sterczące przed czubkiem nosa. Tak się jednak składa, że plastyczne obrazy, które byli łaskawi Państwo przede mną roztoczyć, pozwoliły mi na moment oderwać się od doczesności. Pan tak pięknie potrafi opowiadać!

 W związku z tym pozwalam sobie wystosować do Pana niniejszy list, który jest równocześnie zaproszeniem. Czy byłby Pan łaskaw, brytyjskim zwyczajem, wpaść do mnie na herbatkę w najbliższy wtorek o 17? Mam nadzieję usłyszeć więcej o dalekich miejscach, które szczególnie Pan sobie upodobał. Czekam na Pana pod adresem Hardwick Street 6, rzut kamieniem od mojego sklepu, z pewnością Pan trafi. Dom mój wyróżnia pnący się po ścianie bluszcz.

 

PS. Jako że mieszkam sama i nieczęsto miewam gości, będę bardziej niż zadowolona, jeśli zechce Pan zabawić u mnie dłużej – po herbacie służę kieliszkiem wybornego porto, wprost ze słonecznej Portugalii! Koniecznie musi Pan skosztować!

 

PS2. Proszę darować, że niniejsze zaproszenie nie uwzględnia Pańskiej szanownej matki, ale nie śmiałabym jej fatygować – wtorek ma być chłodny i deszczowy, a w te dni zacna Pani nie czuje się szczególnie dobrze, o czym była łaskawa mi wspomnieć.

 

Szczerze oddana,

Mary Saints

 

Howard odrzuca liścik niby robaczywe jabłko. To trafne porównanie, idące jeszcze dalej; choćby godzinami wmawiał sobie, że zepsuty owoc jest najbardziej naturalną rzeczą pod słońcem, wciąż budziłby jego wstręt.

Z głęboką niechęcią powraca do wydarzeń z ubiegłego tygodnia: ma wrażenie, że doszło wówczas do zagadkowego zjawiska; czasowe kontinuum podzieliło się na krótkie, pędzące z szaleńczą prędkością fragmenty, a każdy z nich stanowił osobny rozdział, zwieńczony lichą puentą, godną snutej przez pensjonarkę historyjki. Oto kroczą z matką wzdłuż Westminster Street. W huku przejeżdżających automobili i dorożek mijają kolejne sklepowe witryny, kiedy nagle jego towarzyszka wsiąka w jedną z nich. Natychmiast pojawia się ekspedientka i jeszcze nim na dobre zdoła odnotować jej szczupłą sylwetkę, sięgającą ziemi seledynową suknię, ciasno spięte włosy i uprzejme, przeznaczone dla klientów spojrzenie, matka już prowadzi z nią dialog. Wypowiadając dużo więcej słów niż to niezbędne, informuje, że jest zainteresowana torebką z wystawy. Kobieta, odpowiadając w podobnym stylu, wręcza kobiecie pożądany towar, nie przestając mówić. Potem Howard musi zdawkowo pochwalić potencjalny nabytek, a matka stwierdza, że z taką torebką nie wstydziłaby się pokazać na ulicach Paryża. Już rozprawiają o podróżach, środkach lokomocji, wielkim świecie, Europie. Można odnieść wrażenie, że ekspedientka, która zdołała już nie tylko zdradzić swoje imię, ale i fakt, że jest właścicielką tego sklepu, wykracza poza ramy, jakie narzuca na nią rola; zdaje się, że wypluwanie z siebie słów sprawia jej przyjemność i nie jest podyktowane wyłącznie chęcią zarobku, co dla Howarda byłoby może fascynujące, gdyby równocześnie tak bardzo go nie przerażało.

A potem zostaje zmuszony do tego, by mówić. Panna Mary zapewnia go, że również marzy o dalekich podróżach i pyta, jakie miejsce najlepiej byłoby odwiedzić w pierwszej kolejności. Odpowiada sobie sama: Paryż, oczywiście, choć nie, to nie takie oczywiste, może pierwszeństwo powinien mieć Londyn? Rzym? Co z Wiedniem, ponoć bajecznie pięknym? A Praga? Może, może, ale dopiero potem, jak pan sądzi? Wojna nie będzie trwać wiecznie, chyba nie ma nic zdrożnego w snuciu podobnych planów…?

Mordęga trwała dobry kwadrans. Kiedy wracali do domu, matka, ściskając pod pachą nową torebkę, przyznała, że urocza z tej całej Mary osóbka. Niezbyt lotna, ale wciąż – urocza. Syn podzielał tę opinię połowicznie.

Spogląda na zegar. Dochodzi trzynasta. Matka wkrótce poda obiad.

Postanawia wybrać się na spacer. Przeciera buty szmatką, wyciąga z szafy świeżą koszulę i garnitur. Wygląda przez okno. Nieruchome gałęzie drzew i zachmurzone niebo dają mu niewielkie pojęcie o panującej na zewnątrz temperaturze.

Uchyla drzwi i nasłuchuje. Z głębi domu nie płyną ku niemu wywody pani May, są więc sami. Przestępuje próg i, najciszej jak potrafi, zamyka za sobą drzwi. Stawiając kroki szybko i bezdźwięcznie, przesuwa się w stronę kuchni. Staje i słucha. Dobiega go rytmiczne stukanie. Matka musi kroić jakieś warzywo, stoi więc przy stoliku, odwrócona plecami do wejścia

To jego szansa. Sunie po taktownie nieskrzypiących deskach podłogi. Mija kuchnię, w której matka rzeczywiście zajęta jest krojeniem składników na obiad. Już jest przy drzwiach wejściowych, już, prawie…

– Howardzie?

Zastyga w bezruchu. Głos matki najeżony jest niepokojem i nie jest to niepokój płynący z obawy, że po domu kręci się ktoś obcy. Ona wie, że to on. Wie też, że próbował wyjść niezauważony.

– Tak? – pyta tonem kogoś, kto nie ma i od dawna nie miał niczego na sumieniu.

– Wychodzisz?

– Tak.

– W taką pogodę?!

– Tak.

– Za pół godziny podaję obiad!

– Niedługo wrócę.

Czeka jeszcze kilka sekund z dłonią na klamce, ale to wszystko. Wychodzi.

Pogoda jest ponura, ale zrobiło się cieplej. Promienie wiosennego słońca docierają na ziemię przez masę brudnobiałych chmur. Zdarzają się sporadyczne powiewy wiatru, które przeszywają chłodem.

Nie myśli o powodach i kierunku spontanicznej wyprawy, tym bardziej nie myśli o matce i o pannie Mary. Nogi same niosą go w na wschód. Po chwili znajduje się na Broad Street, która nieodłącznie kojarzy mu się z jedynym miejscem, ku któremu zawsze zmierza, ilekroć się na niej znajdzie. Kroczy żwawo, mijając kościoły, sklepy i niskie domki, do których zdążył przywyknąć w ciągu lat samotnych wędrówek. Tylko ludzkie twarze, dostrzegane kątem oka na podwórkach i w oknach, choć znane mu dobrze, pozostają tak naprawdę obce. Od czasu do czasu ktoś go pozdrawia, a on, ze wzrokiem wciąż wbitym pod nogi, odpowiada niedbałym skinieniem, jakby kłaniał się płytom chodnika. Czuje na karku kropelki potu.

Mija rozwidlenie ulic, skąd ma już tylko o rzut kamieniem od cmentarza Oakland. Ta część wędrówki, ostatnie kilkadziesiąt kroków do celu, zawsze upływa najprzyjemniej.

Kiedy odchyla bramkę z kutego żelaza, jak zwykle wstępują w niego nowe siły. Prostuje plecy, unosi ramiona. Bierze głęboki wdech i raptem otaczająca go szaruga nabiera blasku.

,,Słowo daję, Howardzie! Skarżysz się na koszmary, a w kółko biegasz na ten cmentarz! Sam się o nie prosisz!”

Zarzut matki był tak bardzo nietrafiony, że aż śmieszny. To właśnie cmentarze, jedyne miejsca, w których śmierć i przemijanie próbuje oswoić się porządkiem i systematycznością, dodawały mu otuchy i nie potęgowały koszmarów, lecz pozwalały lepiej je znosić. Równe rzędy grobów, wyrastające pośród ciszy alejek i starannie skoszonej trawy, dawały nadzieję na to, że umarłym istotnie przypada w udziale spokój, którego próżno szukali za życia. Przeciwieństwo tego spokoju Howard znajdował w kościołach – wysokich, dusznych gmachach, wzmagających w nim lęk przed nieznanym. Tym dziwniejsza wydawała mu się propozycja matki, by to właśnie w świątyniach próbował szukać ukojenia dla swych skołatanych nerwów.

Odkąd wyznał, że podczas wizyt na cmentarzu oddaje się modlitwie za dusze zmarłych, nieco mu odpuściła. Okłamał ją, ale w swoich oczach czuł się usprawiedliwiony; był przekonany, że robi dla zmarłych znacznie więcej.

Wiatr błąka się po cmentarnym polu, czubki topoli kołyszą się. W szumie nagich gałęzi Howard szuka inspiracji. Staje przed grobem, od którego dzisiaj ma zacząć. Pod płytą z szarego piaskowca spoczywa Ann Swanson. Przyszła na świat w roku 1885, opuściła go w roku 1914. Zeszłej zimy? Może odeszła w lecie? Tak, to musiało być lato. Czyżby zmarła w połogu? Na grobie brakuje informacji, mogących stanowić trop; zdawkowe epitafium, zwykły krzyż.

Howard rozpoczyna rundkę po cmentarzu, układając w myślach koleje życia kobiety, o której wie bardzo mało. Wymyśla dla niej dom i rodzinę, obdarza nieprzeciętną urodą i naznacza wadą wymowy. Snuje linię życia przez gęstwinę codziennej rutyny, odnotowując przy tym zdarzenia wyjątkowe, takie jak pierwsza noc pod gołym niebem, pierwszy pocałunek, ślub, spłodzenie i urodzenie dziecka. Potem kolejna ciąża, potem jeszcze jedna, no i koniec.

Historia szybko dobrnęła do oczywistego finału. Czasami fikcyjne życiorysy są tak obfite, że wymuszają kolejne okrążenie. Ale Ann nie była kilkuletnią Suzie, porwaną przez zazdrosnego ojca (w istocie jej mogiła była pusta!), czy Thomasem Bookiem, który dożył nieprawdopodobnego wieku osiemdziesięciu czterech lat. Howard myślał, że ułoży dzisiaj przynajmniej trzy życiorysy, ale pierwsze podejście tak go zniechęciło, że kiedy wraca pod grób pani Swanson, sztywno mu się kłania i rusza w kierunku bramy.

Uciążliwy, jednostajny wiatr nie zostaje na cmentarzu, postanawia mu towarzyszyć. Chowa dłonie do kieszeni i kieruje się ku zatoce. Zdaje sobie sprawę z tego, że obiad już na niego czeka, ale nie potrafi zdobyć się na to, by wrócić do domu.

Jakież potężne było wczoraj jego zażenowanie! Kiedy matka wręczyła mu kopertę zaadresowaną do niego zwiewnym charakterem pisma, przywodzącym na myśl pajęcze odnóża. Nawet nie zapytała, czy przypuszcza, kto może być nadawcą. Korespondencja, którą wymieniał z przyjaciółmi, nie była podejrzana – litery na kopercie nie skrywały w sobie damskich pierwiastków, a nawet jeśli któryś z piszących do niego mężczyzn odznaczał się podobnym uchybieniem, to żaden z nich nie kusił się na anonimowość.

Po lekturze listu od panny Mary nie miał pojęcia, co powinien z nim począć. Ukryć, podrzeć, a może pokazać matce i spróbować zbagatelizować jego wydźwięk? Nie, tylko nie to. Dostał potężnej migreny, resztę dnia spędził w łóżku.

Dociera do wód rzeki Providence. Staje przy nabrzeżu i toczy spojrzeniem po granatowej toni, wdzierającej się głęboko w ląd. Na pobliskich pirsach dostrzega marynarzy, uwijających się przy statkach. Wiatr, dający się we znaki już na cmentarzu, teraz bezlitośnie chłoszcze go podmuchami bijącymi od rzeki. Zdaje się on nie przeszkadzać skromnie ubranym, oddanym pracy mężczyznom; niektórzy z nich nie mają na sobie nawet koszul. Półnagie, smagłe ciała dźwigają skrzynie i przetaczają beczki z godną zwierząt zapamiętałością. Natura bywa mało subtelna, ale nie należy odmawiać jej mądrości. Wszystko na tym świecie, nawet prymitywna szpetota, zdaje się czemuś służyć.

Rusza wzdłuż nabrzeża, pilnując się, by nie zaczepić spojrzeniem któregoś z mężczyzn. Cały się trzęsie i szczęka zębami, zamiast dłoni ma dwie bryłki lodu. Mimo to nie decyduje się, by odbić w jedną z bocznych ulic. Konsekwentnie trzyma się nurtu rzeki, który wiedzie go w oczywistym kierunku.

 

***

 

Wygląd domu niemal zupełnie pokrywa się z jego wyobrażeniem. Dwupiętrowy, ze zdobnymi okiennicami i starannie utrzymanym ogrodem. Bluszcz jest za to mniej okazały, niż przypuszczał; z jakiegoś powodu zakładał, że w swej bujności pokrywać będzie całą ścianę domu, od ziemi aż po dach. Tymczasem zastał kilka skromnych pnączy, skupionych wokół okna na piętrze. Okna sypialni, zapewne.

– Howardzie?!

Stoi w otwartych drzwiach i przygląda mu się jak jakiemuś rzadkiemu zjawisku na niebie. Dzisiaj ma na sobie suknię w kolorze kremowym. Włosy ułożyła podobnie, jak ostatnio.

Panie Howardzie, Howardzie, a nawet drogi Howardzie – tak się do niego zwracały. Zawsze trzymały się na pewną odległość i bardzo pilnowały, by jej nie zmniejszać; świadczyły o tym rozważne spojrzenia i ruchy warg, po których krążyły znaki zapytania. Czuł bijące od tych istot ciepło, miał wrażenie, że gdyby któraś przypadkowo musnęła go najmniejszym palcem dłoni, zostawiłaby po sobie czerwony ślad, ścieżkę wypaloną przez gorączkę, która trawiła je pełnymi snów na jawie dniami oraz bezsennymi nocami, podczas których pragnęły owe sny ziścić.

Zbiega ku niemu z werandy, poły sukni falują.

– Nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie…

Milczy. Zauważa,że skóra na jej szyi marszczy się, przywodzi na myśl ciało płaza. Twarz, pełna zmarszczek, również nie oparła się działaniu czasu.

– Rozumiem, że nie mogłeś się doczekać? Chodź, młodzieńcze. Chodź…

Idzie więc.

 

***

 

Noc jest zimna i ciemna. Latarnie, osaczone bezlitosnym mrokiem, robią co mogą, by podarować śmiertelnikom choć odrobinę światła. Mężczyźnie jest ono zbędne. Kroczy środkiem pustej ulicy, nie patrząc pod nogi, lecz w gwiazdy, z których spadło niegdyś wszystko: on, to miasto, dusze i ciała, zło, dużo zła, może odrobinę dobra, schowanego gdzieś wysoko, poza zasięgiem tych, którzy świadomi są własnej kruchości i nienasycenia.

Howardzie… Więc tak….?

Kiedy wziął ją w ramiona, wydała mu się lżejsza, niż przypuszczał.

Och, Howardzie!

Nie miał planu. Nie mógł mieć – instynkt, który wziął go we władanie i zaprowadził do tego miejsca, nie pozwoliłby mu go ułożyć. Był teraz czynem, działaniem.

Nie! Dlaczego?!

Musi dotrzeć do wody. To do niej spadli z gwiazd, to w jej odmętach spokojnie rośli i rozwijali się. Upragniona, zimna kolebka.

Przestań! Pomocy! POMOCY!

Wzmaga się wiatr wiejący od rzeki. Wypełnia płuca, nasyca go niepokojem, ale i poczuciem wolności.

Powoli traci siły, ale da radę, musi. Jeszcze trochę. Jest tuż, tuż. Tak blisko celu, o którym nie wie nic.

Zatrzymuje się gwałtownie i zauważa, że znalazł się na nabrzeżu. Czarne widma statków skrzypią, kołysząc się na cumach. Zamyka oczy i czeka. Żałuje, że nie potrafi się modlić.

Kiedy słyszy plusk, wydaje z siebie krótki okrzyk, który zlewa się w jedno z wyjącym wiatrem. Chwilę potem odgłos powtarza się. Jakby ktoś szybkim ruchem wyciągał coś z wody.

Drży coraz mocniej, z trudem trzyma się na nogach. Oddycha nosem i ustami, ale raptem wybucha kaszlem, kiedy wdziera się w niego lepki, rybi smród. Cały czas zaciska oczy i pragnie, tak bardzo pragnie, móc podobnie zacisnąć uszy.

Dobrze wie, jaki obraz ukazałby mu się przed oczami, gdyby okazał się na tyle szalony, by je otworzyć. Słyszy plaśnięcia długich łap, dźwigających powłoki, które stworzono do podwodnej egzystencji.

Wie, co teraz nastąpi i choć rozumie, że nie ma innego wyjścia, narasta w nim opór. Spomiędzy powiek wypływają łzy, smród jest okropny.

Najpierw lekkie szarpnięcie. Kiedy nie ustępuje, powtarza się. Potem przez chwilę nic, jakby dwie kreatury bezgłośnie się naradzały. Kolejna próba jest brutalna, nie sposób się jej oprzeć. Wcale zresztą nie próbuje, dlatego martwe, kobiece ciało wylatuje z jego rąk, a on upada na kolana. Łoskot, z jakim bezwładny ciężar uderza o bruk, sprawia, że zanosi się płaczem. Dopiero teraz dociera do niego, że może zatkać uszy, co też czyni, dzięki czemu nie słyszy, jak zmory ciągną truchło ku wodzie.

 

***

 

Znaleziono go wczesnym popołudniem, wciśniętego między beczki w pustym magazynie. Bosy, w podartym ubraniu, ściskał w dłoni przywleczony skądś drąg i wściekle nim wymachiwał, kiedy próbowano się do niego zbliżyć. Szaleniec nie odpowiadał na pytania. Najwidoczniej znajdował się pod wpływem alkoholu lub opium.

– Zbliża się czas! – wrzeszczał, unosząc nad głowę prowizoryczną broń, niby włócznię. – Czas wielkiej wojny! Zostaniecie zepchnięci tam, skąd wyleźliście! Bóg podwodnego świata zwrócił się ku mnie! Ja pozostanę tutaj! Będę czysty i suchy już do końca, po kres dni!

Oszalała z nerwów matka postawiła na nogi pół miasta, bijąc na alarm, jakby chodziło o coś więcej niż nocną eskapadę młodego mężczyzny. Dzięki temu szybko połączono magazynowego obdartusa z informacjami o ,,zaginionym” człowieku.

Ponieważ panna Mary Saints miała w zwyczaju odgrażać się swym nielicznym krewnym i znajomym, że pewnego dnia w cholerę rzuci to przeklęte, cuchnące miasto i wyjedzie do Europy, nie patrząc za siebie, założono, że to właśnie uczyniła, nie kłopocząc się nawet pakowaniem waliz – na podobną ekstrawagancję było ją stać, i to w każdym znaczeniu tego słowa. Członkowie familii, pozbawieni nadziei na spadek, machnęli ręką na nią i jej sklep, który miał stać zamknięty przez wiele, wiele lat, czekając jej powrotu, póki ostatecznie nie uznano ją za zmarłą.

Gdyby ktoś zadał sobie trud przeszukania pustego domu przy Hardwick Street 6, pewnie zwróciłby uwagę na to, że przyłóżkowa szafka w sypialni jest przewrócona, a na podłodze, tuż przy niej, leży mosiężna figurka słonia i kilka innych bibelotów. W łóżku, pośród skłębionej pościeli, można było znaleźć dwie pończochy i zniszczoną, niemal rozdartą na pół halkę. Mniej lub bardziej wprawne oko raczej nie dostrzegłoby innych, niepokojących śladów. Trudno tedy zakładać, że potencjalny śledczy zdołałby wysnuć jakieś daleko idące wnioski.

A nawet jeśli, to z pewnością żaden z nich nie wiódłby do pana Howarda L., który od zawsze mieszkał w mieście ze swą szacowną matką i choć odznaczał się małomównością oraz miał zwyczaj popadania w dziwne nastroje, był w każdym calu dżentelmenem, posługującym się nienagannymi manierami i godną szacunku rozwagą – należy zaznaczyć, że cechy te nie są rzadkością wśród mieszkańców Nowej Anglii.

Koniec

Komentarze

Na początek szybka łapanka:

po herbacie służę kieliszkiem wybornego Porto, wprost ze słonecznej Portugalii!

Porto małą literą.

czasowe kontinuum podzieliło się na krótkie, pędzące z szaleńczą prędkością, fragmenty,

Zbędny przecinek.

każdy z nich stanowił osobny rozdział, zwieńczony tępą puentą,

Tępa puenta? Chyba nie do końca wiem, co mam przez to rozumieć…

Oto kroczą z matką wzdłuż Westminster street.

Street wielką literą.

Z głęboką niechęcią powraca do wydarzeń z ubiegłego tygodnia: Ma wrażenie, że doszło wówczas do zagadkowego zjawiska;

Po dwukropku ciąg dalszy powinien być rozpoczęty małą literą.

uprzejme, przeznaczone dla klientów, spojrzenie

Zbędny przecinek.

Niezbyt lotna, ale wciąż – urocza. Syn podzielał tę opinię połowicznie.

A to zdanie mi się bardzo spodobało :D

-Tak.

Połknęło spację.

Na pobliski pirsach dostrzega marynarzy

Pobliskich.

uganiających się przy statkach

A nie uwijających?

pustego domu przy Hardwick street 6

I znów – Street dużą literą.

Lubię lovecraftowe klimaty, więc oczywiście musiałam przeczytać. Podoba mi się język, czyta się gładko, może w paru miejscach trafiły się jakieś zgrzyty, ale nie wpłynęły na odbiór całości. Ogólnie cała stylizacja na duży plus. Przypadł mi do gustu też dobrze zarysowany klimacik chłodnego, oblepionego wilgocią Providence. Trochę mniej jestem przekonana do fabuły. Od momentu spotkania w domu panny Mary wydarzenia, do tej pory rozwijające się spokojnie, nagle gwałtownie przyspieszyły, jakby trzeba było już zmierzać do końca.

Aczkolwiek zakończenie trochę dziwnie mi się czytało, bo… no, jakoś tak moje własne opowiadanie mi przypominało. Oczywiście nie posądzam o nic, ale pewnie dlatego końcówka tak mi mniej podeszła.

Cześć, Silva! Dziękuję za łapankę (już poprawione) i podzielenie się opinią. Do tej pory nie miałem okazji zapoznać się z Twoją twórczością na portalu (postaram się nadrobić), zapewniam, że wszelkie podobieństwa są czysto przypadkowe.

Mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się lepiej wstrzelić w Twój gust :) Pozdrawiam! 

Właściwie to jest całkiem w moim guście i czytało się przyjemnie. No, przez to nieszczęsne podobieństwo trochę mi się odbiór popsuł, ale cóż zrobić ;) A zorientowałam się, że mam już wystarczająco dużo skomentowanych opowiadań aby móc nominować do biblioteki, więc polecę :)

Silva,dziękuję za klik ;)

Atmosfera tego tekstu bardzo mi się udzieliła, bo mam taki okres odkrywania na nowo Lovecrafta ostatnio. Główny bohater też jest dobrze opisany i skonstruowany, w sensie chce się za nim podążać przez tę historię aż do samego jej końca. W pewnych momentach są jednak potyczki językowe jeśli chodzi o przejścia między czasem teraźniejszym, a przeszłym i przyszłym, które troszeczkę wybijały z rytmu. Jest nieźle, ale po malutkich poprawkach może być lepiej smiley

Hejka! 

Zacząć od minusów? Okej, będziemy mieli to z głowy: 

Niezbyt poczułem ten horror. Nie wiem… jakiegoś zagrożenia, większego napięcia. 

No i do plusów:

+Super nastrój – odbieram go jako fundament tagu horror i rozumiem, że to właśnie dlatego tekst do niego się zalicza – ok. 

Kolejny plus to całkiem bogate słownictwo, przez co nieźle budujesz zdania (chociażby opis nad rzeką Providence). 

No i cóż tu jeszcze powiedzieć – druga połowa tekstu najbardziej przypadła mi do gustu, no bo i dzieje się więcej, a początek taki mało wciągający. 

Mimo wszystko jednak, ogólny odbiór mam bardziej pozytywny.

A teraz tak trochę pół żartem, pół serio:

Szkoda, że w tekście nie pojawiły się charakterystyczne słówka, jak:

osobliwy/groteskowy

Baaaardzo często pojawiające się słówka w polskim tłumaczeniu Lovecrafta ;p 

Kończąc komentarz: 

A dam tego klika. 

Pozdrawiam!

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Ode mnie masz kolejnego kliczka; przede wszystkim za klimat. Poza tym dobrze mi się czytało. Sama historia jak i bohater też na plus :)

Powodzenia w konkursie.

oidrin, dziękuję za wizytę i komentarz. Z pewnością prześwietlę tekst jeszcze raz i zwrócę uwagę na kwestie, o których wspomniałaś :)

 

NearDeath, fajnie że wpadłeś, dziękuję za komentarz i za klika. Co do kultowych przymiotników, to faktycznie mogłem się pokusić, by gdzieś je mimochodem wpleść ;) Dobrze, że nie przyszło mi do głowy sięgnąć po nieopisany czy coś w tym guście – jeszcze ktoś by się czepił, że nie umiem oblec w słowa czegoś, co wymyśliłem, zamiast wierzyć na słowo, że moja wizja jest zbyt przerażająca, by ją precyzować :) 

 

 katia72, dziękuję za wizytę i za klika! Cieszę się, że opowiadanie Ci się podobało. Powodzenia!

Dobrze mi się czytało :)

Przynoszę radość :)

Dzięki, Anet. Bardzo mnie to cieszy :)

Czytało się bardzo przyjemnie. Klimat Lovecrafta zaznaczony bardzo subtelnie, całość napisana naprawdę porządnie. Zakończenie mnie nie zaskoczyło, ale nie mogło być inne.

Cześć, zygfrydzie! Cieszę się, że zajrzałeś i że Twoja opinia jest pochlebna. Wielkie dzięki za klika! Serdecznie pozdrawiam!

Hm, dziwne uczucie wiedzieć od początku co zrobi/robi bohater ;) Niemniej jednak opowiadanie bardzo klimatyczne. Ale to, co mi się najbardziej podobało trochę ciężko ująć w słowa. Przykładowo ta scena, gdy opowiadasz o wizycie w sklepie, jakoś tak wyjątkowo mi się spodobała. Można było to zrobić na wiele sposobów, ale ten wydaje mi się trafiony w punkt. W skondensowany (ale nie hasłowy) sposób przekazujesz bardzo dużo informacji, o tym jaki bohater (ale robisz to tak… nienachalnie). Podobne odczucia miałam, gdy bohater kieruje się ku wodzie i dajesz przebitki z napaści. Dużo nie mówisz, wiele pomijasz, a i tak wszystko wiadomo :)

 

kasjopejatales, dziękuję za komentarz! Właśnie to chciałem osiągnąć. Z jednej strony starałem się umieścić jak najwięcej informacji przybliżających postać Howarda, z drugiej zaś – zależało mi na tym, by czytelnik nie miał wrażenia, że wciskam za dużo. Pozdrawiam!

Bardzo dobrze emulujesz Lovecrafta. Czuć w tym nie tylko inspirację, ale nawet pewien wzór, zarówno fabularny jak i stylistyczny.

Twój warsztat nie szybuje, ale braki w poprawności nadrabiasz kreatywnością, która w moim odczuciu jest nieporównywalnie ważniejsza niż bezbłędność. Piszesz z serca, przelewając obrazy w wyrazy i to się chwali. Może tylko kiedy akcja przyspiesza, narracja potrafi się troszkę zgubić sama w sobie, ale to nie takie istotne. Atmosfera jest senna, ciężka, szara. Dobrze pasuje do treści. Spodobały mi się turpistyczne elementy i nienachalnie wplecione przemyślenia samego autora.

 

Dwie uwagi merytoryczne:

Raz – nie rozumiem sceny z zakupem torebki. Wydaje się całkowicie zbędna w stosunku do opowiadania. Dwa – choć nie umniejsza to jakości samego dzieła, miejsce i czas zdają się idealnie pasujące do wybranego bóstwa, a chyba nie o to chodzi w konkursie.

Cześć, japkiewiczu! Fajnie, że wpadłeś. Dziękuję Ci za opinię i uwagi dotyczące tekstu.

 

Co do Twoich dwóch uwag merytorycznych:

Scena z zakupem torebki służyła mi przede wszystkim do nakreślenia okoliczności, w jakich poznali się bohaterowie, ale miała też sporo powiedzieć o postaciach oraz ich wzajemnych relacjach.

Zestawiając tę scenę z listem, który był niemal jawnym zaproszeniem na schadzkę, można wnioskować, że panna Mary, bogata właścicielka sklepu, ujrzała w kostycznym młodzieńcu szansę na odmianę losu – niegłupi kawaler, na pierwszy rzut oka zupełnie zdominowany przez matkę, wydał się pewnie świetnym kandydatem na ,,przyjaciela”, mogącego uprzyjemniać czas starej pannie. Kwalifikował się też (po uprzednim omotaniu) na towarzysza do tournee po Europie, które planowała (a przynajmniej o nim marzyła – kto wie, czy ośmieliłaby się głośno mówić o swych fantazjach, gdyby nie panująca na Starym Kontynencie wojna, przekreślająca szansę na ich rychłe spełnienie).

Chciałem, by czytelnik podczas tej sceny ujrzał matkę oczami jej syna: jako osobę głośną, bezpośrednią, świetnie odnajdującą się w kontaktach społecznych – a więc jego przeciwieństwo. Dziwne wrażenie zmysłowe, jakich Howard doświadczył w sklepie, miały ponadto wskazywać na to, że jest mocno znerwicowany. Dlaczego? Chodziło o kontakt z obcym człowiekiem twarzą w twarz? Wstyd związany z tym, że inni mogą wziąć go za maminsynka? A może o to, że razem z matką konfrontują się wspólnie z obcą kobietą?

No właśnie – potrzebowałem sceny, w której cała trójka spotyka się. Chciałem pokazać, że syn i matka, narcystyczni sprzymierzeńcy, traktują Mary z góry. Nic dziwnego – wszak są ze sobą emocjonalnie sklejeni. To też tłumaczy nerwową reakcję Howarda na otrzymany później list, a może i wskazuje na to, czemu wciąż jest kawalerem – wszak żadna niewiasta nie miała szans w zetknięciu z krytycznym okiem pani L. Syn, któremu przyrządza posiłki i podsyła liściki przestrzegające przed panującą na zewnątrz kiepską pogodą, to jej największy skarb. Jaka kobieta może być go godna?

 

Co do drugiej uwagi – pełna zgoda. Połączenie jest tak mało przewrotne, że już po publikacji przyszło mi do głowy, że z automatu się zdyskwalifikowałem. Jurorki zapewniły mnie, że to mi nie grozi, ale sądzę, że na punkty za oryginalne zestawienie bóstwa i miejscówki raczej nie mam co liczyć ;)

Ach, no tak, całkiem mi umknęło, że to była ona. Musiałem gdzieś uciec myślami na chwilę i neurony mi nie odpaliły. Scena była fajna ogólnie, ale odnosiłem wrażenie, że jest doklejona, niełącząca się z resztą zamysłu historii. Teraz to ma znacznie więcej sensu. Tak się kończy czytanie zanim kawka zadziała. Kajam się.

Kto bez winy, niech pierwszy rzuci japkiem! Nie do takich nieporozumień wiodły niedobory kofeiny :)

 

http://altronapoleone.home.blog

Hmmm. Nie przemówiło do mnie, ale zapewne dlatego, że nie przepadam za Lovecraftem. Tobie wyszło bardzo podobnie – ten napuszony i rozwlekły styl, który nijak nie potrafi mnie nie wciągnąć. Więc chyba cel osiągnięty.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finklo! Miło, że odwiedziłaś moje kolejne opowiadanie. Przyznam, że mocno odpłynąłem w stronę Lovecrafta, faktycznie zależało mi na stworzeniu tekstu w tym przyciężkim klimacie. Chyba się udało :)

W ramach prokrastynacji postanowiłam popisać trochę komentarzy.

 

Ja akurat przepadam może nie tyle za samym Lovecraftem jako pisarzem, ile za typem grozy, któremu dał początek, więc oczywiście podeszłam z entuzjazmem do pomysłu, choć dobór bóstwa i miejsca niezupełnie pasuje do wymogów konkursu.

Początek mi się zdecydowanie podobał, ale potem opowiadanie troszkę mi się zaczęło rozłazić. Masz klimat i utrzymujesz go, ale poprzez to, że tak dosłownie potraktowałeś Lovecrafta, opowiadanie stało się przewidywalne.

Ogólnie: jest niezła kreacja postaci, jest całkiem udana stylizacja i niby wszystko na swoim miejscu, a jednak czegoś mi tu zabrakło.

Przyjmuję wytłumaczenie w kwestii sceny z torebką, bo miałam podobne odczucia jak Japkiewicz i trochę nadal je mam, bo ta scena jakoś wyłamuje się z nastroju.

Ogólnie: niezły tekst, ale bez efektu wow.

 

PS.

cienkim charakterem pisma

Coś mi nie gra w tym określeniu :(

http://altronapoleone.home.blog

Cześć, drakaino! Dziękuję za jurorski komentarz.

Kiedy patrzę na ten tekst z perspektywy czasu, wydaje mi się, że coś jest na rzeczy z tą zbytnią dosłownością. Możliwe, że już samo, mało przewrotne, dopasowanie bóstwa i miejscówki ukierunkowało mnie na raczej zachowawczą, przewidywalną fabułę. Szkoda, że nie zdecydowałem się na bardziej (dużo bardziej) nieoczywiste połączenie.

Pozdrawiam! 

Nowa Fantastyka