- Opowiadanie: ManeTekelFares - Na zachód

Na zachód

Perceval, Quebec 1927

W pierwszym odruchu chciałem przenieść Percevala z zamku Graala do Kanady, ale bohater  postanowił  inaczej i wybrał się do okopów I Wojny Światowej. 

(Mam ogromny problem z tytułem.)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Na zachód

Dziesięcioletni ford TT nie był demonem prędkości, ale dawał stuprocentową pewność, że wyprawa z Saint John w Nowym Brunszwiku do Saint-Patrice w Quebec przebiegnie bez niespodzianek. Tyle tylko, że pokonanie trzystu dziesięciu mil zajmowało dziesięć godzin. I w zasadzie to jedyny mankament. Może poza wizją ucięcia sobie drzemki w ciasnej kabinie. Ale dla kogoś, kto spędził prawie rok w okopach północnej Francji, ciasnota to nie nowość. Percy nigdzie też się nie spieszył. Dlatego nie wahał się, gdy kapitan statku, na którym przybył z Portland w Maine, wskazał na ubłoconego pick-upa. Kiedy podszedł bliżej zauważył, że auto wygląda jak skopane przez stado byków. Pogniecione blachy karoserii dodatkowo zżerała rdza.

– Kapitan Williams mówił, że jedzie pan na zachód – rzekł do mężczyzny, który sprawdzał naciąg sznurów zabezpieczających ładunek.

– Jadę. – Usłyszał w odpowiedzi.

– Mogę się zabrać?

Kierowca odwrócił się i przyjrzał pytającemu.

– Pięć dolców – powiedział i dodał: – Waszych dolców. Stać cię?

Percy miał w kieszeni więcej pieniędzy, niż na to wyglądał. Pięć dolarów to niezła dniówka, ale mógł pozwolić sobie na taki wydatek. Zsunął z ramion wojskowy plecak i bez słowa wsiadł do szoferki.

Kenneth, kierowca forda, okazał się całkiem sympatycznym i rozmownym facetem – jak na gust Percy’ego, zbyt rozmownym. Do Saint-Patrice nad rzeką św. Wawrzyńca jeździł raz w miesiącu. Po skóry. Sprawdzeni dostawcy, wysoka jakość, dobra cena.

– Williams zaczeka do jutra wieczór – powiedział Kenneth i zaśmiał się. – To bardzo uczciwy kupiec.

„Kupiec?”, pytanie przeleciało przez umysł Percy’ego. Również w myślach wzruszył ramionami. Stało się jasne, że kapitan dorabia na handlu poza oficjalnym obiegiem. Ukrycie dwóch tysięcy funtów nielegalnego towaru na średniej wielkości frachtowcu to żaden wyczyn. „Ciekawe, co na tej pace jedzie w zamian”, pomyślał.

– To dobry interes – ciągnął kierowca. – Jak to mówią w Quebec, towar première espèce. Pierwsza klasa.

Percy dobrze znał francuski. Głównie za sprawą Lilianne.

Ostatnie pół roku wojny spędził na urlopie zdrowotnym. Najpierw w szpitalu Salpêtrière w Paryżu, a potem w mieszkaniu Lilianne. Pracowała jako pielęgniarka, jednak dla Percy’go była przede wszystkim piękną kobietą. Poznali się dzięki pretensjonalnej kulturze kolegów z sali. Amerykańscy żołnierze nie zawsze zachowywali się stosownie wobec personelu, zwłaszcza żeńskiej części. Niewybredne żarty, klepanie w pośladki, to norma. Nietrudno się domyślić, że Lilianne również spotykały przykrości. Nie akceptował takiego zachowania. Pewnego dnia czara gniewu przelała się, rzucił celnie blaszanym talerzem i zgasił uśmieszek na twarzy współtowarzysza niedoli, który nie całkiem przypadkowo uszczypnął pośladek Lilianne.

– Jeszcze raz ją dotkniesz, a połamię ci ręce – powiedział wtedy z taką stanowczością w głosie, że tamten się nie odezwał. Fakt, że na jednym ze spacerów po szpitalnym parku musiał potwierdzić, że nie rzucał słów na wiatr. Zwichnięcie nadgarstka wystarczyło. Co prawda zastanawiał się, czy którejś nocy nie zostanie zaduszony poduszką, ale nic takiego się nie stało. Nieszczęśnik miał dość rozumu, by wiedzieć, że sprawa z pewnością ujrzy światło dzienne i na końcu takiej przygody zwykle czeka pluton egzekucyjny. Czy warto tak się poświęcać dla jakiejś Francuzki?

Percy zaryzykowałby.

Lilianne już nikt nie obmacywał. Szybko rozniosło się, że ma protektora. Koledzy zmienili obiekt zainteresowania.

Kiedy Percy opuszczał szpital, umówili się na spotkanie. Następnego dnia siedział na ławce na zalanym lipcowym słońcem skwerze d’Anvers. Nadeszła od alei Trudaine.

Taką ją zapamiętał. Falujące, sięgające ramion kasztanowe włosy, zielona sukienka i uśmiech, który można porównać do radości, jaką tylko potrafi okazać szczęśliwe dziecko.

Dwa dni później o poranku po raz pierwszy przyniósł do jej mieszkania świeże croissanty.

 

– Dokąd jedziesz?

Pytanie kierowcy wytrąciło Percy’ego z zamyślenia. Odpowiedział bez namysłu.

– Na Alaskę.

– A, złoto ci w głowie – zachichotał Kenneth.

Percy milczał. Gdyby miał być szczery, to w ogóle nie myślał o złocie. Po prostu Alaska była daleko.

Kierowca spoważniał.

– To już nie to samo, co Klondike – powiedział. – Ale wciąż nie brakuje takich, co szukają szczęścia.

„Czy ja szukam szczęścia?”, pomyślał Percy. Kiedy w grudniu dziewięć lat temu opuszczał Francję, czuł, że właśnie ucieka od szczęścia. Jednak wiedział, że musi spełnić obowiązek do końca. Niektórzy zostali. Inni pewnie wrócili po rozformowaniu jednostki. On nie wrócił.

Bał się.

Zdjęcie tego faceta widział tylko raz. Wysunęło się z książki, którą chciał obejrzeć dla zabicia czasu. Czekał, aż Lilianne przygotuje kolację. Weszła akurat wtedy, gdy podnosił fotografię, na której zatrzymano w czasie uśmiechniętego szeregowca w mundurze francuskiej piechoty.

– Pod Verdun – powiedziała, odwracając twarz.

Zjedli w milczeniu. Percy zrozumiał, dlaczego w szpitalu od razu zwrócił na nią uwagę. I nie chodziło tylko o nieprzeciętną urodę. Podświadomie przyciągała, trawiącym od środka żalem, który rysował na jej twarzy smutek.

Potem kochali się tak, jak poprzednich nocy.

Ostatecznie, on też odszedł.

 

– Mój biznes nie zależy od szczęścia. – Kenneth nie przejmował się milczeniem pasażera. Miał okazję pogadać, to korzystał. – Wszystko jest ułożone, sprawdzone, pewne. Żadnych niespodzianek. Daję ludziom to, czego potrzebują, w cenie, na jaką mogą sobie pozwolić. Tym w Quebecu amerykański luksus, a tym na wschodnim wybrzeżu kanadyjską dzikość. Wszyscy są zadowoleni.

Percy na końcu języka miał słowa: „aż w końcu przyskrzyni cię kanadyjska konna”. Ale powstrzymał się. W końcu to nie jego sprawy. Chciał tylko dotrzeć do rzeki, a potem dalej na zachód.

Właściwie dlaczego na zachód?

Odpowiedź zdawała się prosta, bo cóż przed stu laty pchało tych wszystkich ludzi w niebezpieczną drogę? Po co kupowali bilet w jedną stronę i przedzierali się przez dzikie tereny? I dlaczego robią to do dziś?

Do Lilianne napisał tylko raz. Jednak nigdy nie nadał listu. Kartka papieru spoczywa na dnie szuflady biurka, stojącego w gabinecie. A może już jej tam nie ma? Nigdy się tego nie dowie.

Sprzedał rodzinny dom w Bangor. Nowy właściciel ucieszył się z okazji. Percy potrzebował pieniędzy na podróż, nic więcej go nie interesowało. Nie myślał o przyszłości. Wiedział tylko, że musi iść.

Następnego dnia wsiadł w Portland na pierwszy statek płynący do Kanady. Z Williamsem od razu znaleźli myślowy wspólny mianownik. Kapitan statku też służył we Francji. W kolumnie transportowej. Jak na żołnierza głupio stracił nogę. Potknął się i wpadł pod cofającą ciężarówkę. Po tym, jak w szpitalu został kaleką, wysłali go do domu i zostawili samego sobie. Ale nawet w Ameryce okaleczony czterdziestolatek nie ma szans na spełnienie marzeń o sukcesie. Alternatywy wydają się tylko dwie. Życie na ulicy, albo półświatek. Williams znał się na żegludze. Miał więcej szczęścia, niż Percy.

Przypomniał sobie dzień, w którym otrzymał przeniesienie do rezerwy. Stał przed bramą Camp Evans z dwiema setkami ostatniego żołdu w kieszeni. Wystarczyło, by przeżyć bez większych trosk dwa miesiące, ale Percy zastanawiał się, co dalej? Gdzie pójdzie i co będzie robił.

W Nowym Jorku nie zagrzał miejsca zbyt długo. Miasto nie oferowało wiele dla byłych żołnierzy. Miał dwadzieścia dwa lata i całe życie przed sobą, ale jakoś los nie sprzyjał. Czuł się jak trędowaty wśród tych wszystkich wykształconych, eleganckich i bogatych. Dożywotnia posada sprzedawcy w Queens nie odpowiadał jego ambicjom, choć i takich zajęć też się imał. Myśli wciąż wypełniała Lilianne. Bał się wsiąść na statek. Czy nie zapomniała już o nim, tak jak o chłopaku z fotografii?

Miesiące mijały i wizja wypłynięcia w morze oddalała się. Oszczędności topniały. Życie kosztuje.

Potem był Boston i Portland. Na wieść o śmierci ojca wrócił do Bangor. Wiedział, że kolejnym obowiązkiem, który musi spełnić do końca to opieka nad matką. Wtedy napisał list do Lilianne.

Matka żyła jeszcze osiem lat. Zmarła przed miesiącem.

 

Percy obudził się, gdy Kenneth wprowadził pojazd w ostry zakręt. Zwisająca bezwładnie głowa uderzyła o słupek drzwi.

– O, dzień dobry – rzucił kierowca, patrząc na Percy’ego, który masował dłonią bolące miejsce. – Jesteśmy już prawie na miejscu.

Mijali małe drewniane domki, które początkowo rozrzucone, rosły i zdawały się gęstnieć, aż w końcu ustawiły się w równym rzędzie, przylegając do siebie ścianami.

Kierowca zatrzymał pojazd przed witryną sklepu, nad którą dyndał powieszony na łańcuchach drewniany szyld. Napis nasuwał skojarzenie, że właścicielem był niejaki Maurice.

– Koniec trasy. Pięć dolców się należy.

Kenneth po chwili żałował, że nie potroił stawki za usługę. Percy wyjął z kieszeni plik banknotów i wyciągnął jeden. Zarzucił plecak na ramię i udał się w stronę pirsu. Stanął na nabrzeżu i poczuł chłodny wiatr na twarzy. Kark i plecy przyjemnie ogrzewało słońce, które wyłoniło się już znad dachów Saint-Patrice. Na brzegu rybak zacumował lódź i zabrał się za wyładunek wczesnoporannego połowu. Percy słyszał, że długie na pięć stóp muskie nie są w tych wodach rzadkością. A i sandacz mierzący trzy stopy to ponoć norma. Przekonał się o tym, gdy pierwsze efekty zmagań rybaka wylądowały na kamienistym brzegu.

Zaciekawiony podszedł bliżej. Splątane w sieci ryby toczyły beznadziejną walkę o wolność i odrobinę wody.

– Jak się tam dostać? – zapytał Percy i wskazał ręką na oddaloną o kilka mil zieloną kępę drzew.

Rybak podążył wzorkiem we wskazanym kierunku.

– A po co? – odparł i wrócił do pracy.

Percy poczuł się zaskoczony, że nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć na tak proste pytanie. Postanowił jednak, że pozostanie przy wizji celu, jako miejsca.

– Muszę dostać się na drugi brzeg – powiedział.

Rybak wyprostował się i zwrócił twarz w tym samym, co poprzednio kierunku.

– To Wyspa Zajęcy – wyjaśnił przyjaznym tonem. Uśmiechnął się nawet. – A to dopiero połowa drogi. Widzi pan te wzgórza? To jest drugi brzeg. Najbliżej znajduje się Port-au-Persil. Jakieś piętnaście mil

– Jak tam dopłynę?

– W poniedziałki promem.

– Dziś jest czwartek.

– Zgadza się. Dlatego pytałem po co? Wszystkie drogi i tak biegną do Quebecu. Co za różnica, czy pójdziesz pan po tej, czy po tamtej stronie rzeki. No, ale jeśli masz jakiś interes w Port-au-Persil i nie chcesz pan nadkładać drogi, to trzeba czekać.

Percy spojrzał na rzekę. Szmaragdowa toń zdawała się spokojna. Zerknął więc na łódkę rybaka. „Bez problemu pomieści dwie osoby”, pomyślał i powiedział na głos:

– A ile by mnie kosztowało, gdyby pan tam popłynął.

Rybak zaśmiał się. Jednak w tym śmiechu więcej było życzliwości, niż spodziewanego szyderstwa z kogoś, kto nie rozumiał tej wielkiej rzeki.

– Drogi panie – odezwał się, – gdybym miał żagiel i chociaż dwadzieścia lat mniej to może byś mnie pan namówił. Nie da rady. Nie ja.

– A zna pan kogoś, kto…

– Nie – uciął rybak, ale zanim powrócił do rozładunku dodał. – Na pańskim miejscu poczekałbym na jakiś automobil, który jedzie do Quebecu. Tak będzie prościej.

Percy dał się przekonać. W sumie to nie miało znaczenia. Byleby na zachód. Skoro tutejszy mówi, że tak będzie lepiej, to zapewne ma rację.

Przyglądał się jeszcze chwilę pracy rybaka i tylko dlatego po upływie kilku minut, na tle wyspy dostrzegł biały żagiel. Wyraźnie zbliżał się do brzegu Saint-Patrice.

– Ki czort – zaklął rybak, który również zauważył całkiem sporą łódź prującą taflę wody. W świetle porannego słońca żaglówka zdawała się świecić. Z każdą minutą rosła, aż wreszcie zatrzymała się kilkanaście jardów od brzegu. Na rufie siedział siwowłosy starszy mężczyzna o bladym obliczu. Percy’ego zdziwiło to trochę. Ale brak przesadnej opalenizny również u rybaka pracującego na nabrzeżu utwierdziło go, że to pewnie kolejny nocny poławiacz. Pomachał ręką i krzyknął w stronę łodzi.

– Dobry człowieku, nie płynie pan na drugi brzeg?

– Płynę – odpowiedział donośny głos starca. – Wsiadaj.

Rybak na brzegu pchnął łódkę na wodę.

– Tyle mogę zrobić. Wskakuj pan.

Po chwili burty obu łodzi spotkały się. Percy chwycił poręcz tej większej i wskoczył na pokład.

Nie rozmawiali. Starzec przymknął oczy i siedział z wysoko uniesioną głową. Uśmiechał się.

W południe przybili do brzegu Port-au-Persil. Pierwsze, co zauważył Percy, to drewniany pomalowany na biało kościółek. Właściciel łodzi odgadł pytanie, zadane wzrokiem.

– To kościół McLarena – powiedział. – On zaprojektował, my zbudowaliśmy. Wierzyliśmy, że uchroni nas od nieszczęść. To już dwadzieścia pięć lat jak nam służy. Ale ten czas leci.

Spojrzał gdzieś daleko. Zamyślił się.

Trwało to dłuższą chwilę, ale otrząsnął się i na twarz znów spłynął uśmiech.

– Nie poznaliśmy się. – Wyciągnął dłoń. – Eugenne Tremblay.

– Percival Whitecox. Proszę wybaczyć, powinienem przedstawić się, kiedy wsiadałem na pańską łódź. To niewybaczalny błąd, przepraszam.

– Nic się nie stało – odrzekł pojednawczym tonem Tremblay. – Zapraszam do mojego domu. Marie z pewnością znajdzie coś dobrego w kuchni. Zawsze znajduje.

Położył dłoń na ramieniu Percy’ego i ruszyli w stronę samotnego domu, stojącego w odległości nie większej niż dwieście jardów od brzegu.

Dom bardziej przypominał myśliwską chatkę w górach, niż małomiasteczkową zabudowę środkowego wschodu Kanady. Grube ciosane bale bardziej pasowały od surowej północy. Parter z poddaszem. Dwuspadowy dach sięgający niemal ziemi. Małe okienka nie wróżyły, że wnętrze będzie jasne i przestronne.

Weszli do środka. Percy poczuł zapach świeżo wypranych zasłon, mieszający się z aromatem gorącej kawy.

– Mamy gościa, Marie – rzekł Eugenne. – Nie uwierzysz. Przypadkiem spotkaliśmy się na drugim brzegu.

– Tak się cieszę – odparła. Percy podszedł i ucałował wyciągniętą dłoń. „Jak prawdziwa Francuzka”, pomyślał.

– Niechże pan usiądzie. Zaraz podam kawę.

Kiedy zasiedli przy stole przykrytym świeżym białym obrusem, Eugenne odezwał się pierwszy:

– Jak na Amerykanina mówi pan świetnie po francusku.

– Półtora roku przebywałem we Francji – odpowiedział Percy.

Gospodarz nie przestawał się uśmiechać.

– Interesy, studia? – dopytywał.

– Wuj Sam mnie wysłał w siedemnastym roku.

Przeciągłe „aha” wydobyło się z ust Temblay’a. Sposępniał. W tym samym momencie Marie postawiła na środku stołu dzbanek z kawą.

– Co pana sprowadza w te strony? – zapytała.

Percy przyglądał się gospodyni, nalewającej kawę do porcelanowych filiżanek o ściankach cienkich jak papier. „Ciekawe, czy to ten amerykański luksus od Kenneth’a”, przemknęło mu przez myśl.

– Jestem przejazdem, w drodze na Alaskę.

– Zatem jedzie pan szukać złota – stwierdził Eugenne.

– Można tak powiedzieć. Szukam.

Percy uciekł wzrokiem w parujący czarny płyn.

 

Po kilku minutach spędzonych na rozmowie o pogodzie i czyhających pułapkach na szlaku, gospodyni podała konfitury, masło i chrupiące bułki. „Jak u Lilianne”, zaważył w myślach Percy.

– Najlepiej będzie jak wsiądzie pan w Montrealu w Canadian Pacific do Vancouver. A dalej to chyba tylko aeroplanem. Nie umiem doradzić. – Tremblay wzruszył ramionami.

– Znajdę drogę – odpowiedział Percy.

Zjedli w milczeniu. Pierwsza odezwała się Marie:

– Proszę zostać na noc. W taką drogę najlepiej wyruszyć przed świtem.

– Tak – dodał Eugenne. – O tej porze najłatwiej jest spotkać jakąś ciężarówkę, jadącą do Quebec.

Percy i Eugenne zasiedli w fotelach przy kominku. Gospodarz sięgnął po papierośnicę. Poczęstował Percy’ego, który kątem oka śledził Marie.

Dostrzegł, jak podeszła do komody ustawionej między schodami na poddasze a kominkiem. Na samym środku blatu stała ramka z fotografią. Po bokach dopalały się dwie świece. Marie przyszła wymienić je na nowe.

– Paul – odezwał się Eugenne.

– Co proszę? – zapytał Percy.

– Widzę, że przyglądasz się naszemu ołtarzykowi.

Percy poczerwieniał na twarzy zawstydzony.

– Przepraszam, jeśli… – nie dokończył, gdyż Tremblay wszedł w słowo:

– Nic się nie dzieje. To żadna tajemnica. Paul, nasz syn, został zastrzelony pierwszego kwietnia osiemnastego roku.

– Tak mi przykro – odparł Percy. – Wielu bohaterów pochłonęła ta wojna.

Wezbrała w nim złość. Poczuł jak wszystkie rozsypane w głowie myśli mają wreszcie własną nazwę. Części mowy ułożyły się w zdania. Zrozumiał czego szukał. I była to sprawiedliwość. Jeszcze raz zobaczył śmierć w okopach nad Marną i roześmianych eleganckich młodych ludzi na ulicach Nowego Jorku, Bostonu i Portland. Drażniło go to już w Paryżu. Zobaczył chłopaka ze zdjęcia w mieszkaniu Lilianne.

Ale o jaką sprawiedliwość walczył?

Spojrzał na dwoje starych ludzi, wypielęgnowany dom. W powietrzu nadal unosił się zapach czystych zasłon i kawy.

Życie toczyło się dalej.

Czy tyle lat szedł donikąd? Czy naprawdę nie ma złotego Graala, z którego można zaczerpnąć sprawiedliwości?

– Przepraszam, potrzebuję świeżego powietrza – powiedział i nie czekając na odpowiedź, wybiegł przed dom. Instynktownie skierował się w stronę kościoła. Niemal od razu zauważył ubraną na czarno postać, siedzącą na stopniu schodów przed wejściem.

Kiedy zbliżył się na odległość kilku jardów, poczuł ścisk w gardle tak wielki, że nie mógł przełknąć śliny. Dopiero po kilku sekundach zdołał wydobyć jakikolwiek dźwięk.

– Lilianne, to ty? – wymamrotał.

Dziewczyna podniosła głowę. Tak ją zapamiętał. Kasztanowe włosy sięgające ramion i uśmiech szczęśliwego dziecka. Odsunęła rąbek tkaniny zawiniątka, który tuliła do piersi. Ujrzał roześmianą twarz niemowlęcia.

– Czy to? – zapytał, ale słowa znów uwięzły w krtani.

– Tak – wyszeptała. – To twój syn.

– Ale… – Szukał słów, by wypowiedzieć myśli, kłębiące się w umyśle. Nie rozumiał. Wyrwało mu się tylko niewyraźne pytanie, „jak?”

Dziewczyna nie odpowiedziała. Podniosła się i tuląc zawiniątko do piersi, odeszła w stronę rzeki. Percy stał i patrzył, jak znikają we mgle, która nagle uniosła się nad taflą wody.

Nierealność tej sceny utwierdziła go, że to omam. Ponury żart, który spłatał udręczony, przepełniony wspomnieniami umysł.

Postanowił, że wróci do chaty Eugenne’a i zbierze myśli.

Przekroczył próg i jego zmysły zaniepokoiła cisza. Wnętrze wyglądało na opuszczone. Serweta na stole zszarzała. Tu i ówdzie dostrzegł pokryte kurzem pajęczyny. Podszedł do komody, na której centralnym miejscu stała fotografia w ramce. Wypalone świecie zastygły nieregularną kałużą na drewnianym blacie. Tuż obok leżał wycinek ze starej gazety. Prześledził litery i przetłumaczył w myślach na angielski. Reporter donosił, że przeciwnicy posyłania kanadyjskich chłopców na front zorganizowali demonstrację. Policja oddała strzały. Zginęło czterech przypadkowych przechodniów, a wśród nich dwudziestojednoletni Paul Tremblay, który właśnie udawał się do punktu rekrutacyjnego, by zgłosić się na ochotnika.

Przeniósł wzrok na fotografię. Zdawała się inna niż ta, którą widział wcześniej.

Ujrzał młodego mężczyznę w mundurze żołnierza francuskiej piechoty. Tylko ta twarz, kogoś mu przypominała.

Oczyma pamięci spojrzał w lustro.

– Graal nie był złoty. – Usłyszał za plecami głos. Stłumiony, jakby dochodzący ze studni. Odwrócił się. Przy drzwiach stał średniowieczny rycerz zakuty od stóp do głów w wypolerowaną stal. Obie dłonie wspierał na sięgającym do piersi mieczu.

– Jeszcze masz czas – powiedział rycerz i wyszedł za drzwi. Percy ruszył za nim.

Na zewnątrz nie było nikogo.

***

Zarzucił plecak na ramię i ruszył wzdłuż rzeki.

Na wschód.

Był gotów przepłynąć ocean.

Choćby wpław.

Koniec

Komentarze

Świetnie napisane, może nie moje klimaty to mi się podobało. Zaskoczyło mnie to zdjęcie, nie będę mówić dlaczego, bo nie chce komuś zepsuć zabawy z czytania.

Ale dla kogoś, kto spędził prawie rok w okopach północnej Francji[+,] ciasnota to nie nowość.

Kiedy Percy opuszczał szpital[+,] umówili się na spotkanie.

– A to dopiero połowa drogi..

Albo jedna kropka, albo trzy ;)

Fajne opowiadanie, świetnie się czyta. Zaskoczyło mnie zakończenie, ale lubię takie klimaty rozmów z duchami. Ładne, klimatyczne, wciągające. Podobało mi się.

Przynoszę radość :)

Przez większość tekstu trudno mi było połapać się, gdzie on właściwie zmierza (i tekst i Percy, choć tu wiedzieliśmy tyle, że "na zachód"), ale w ogóle mi to nie przeszkadzało, bo świetnie poprowadziłeś to opowiadanie, płynąłem z Percym orzez morze wspomnień wojennych, przemierzałem Amerykę, mogłem wyobrazić sobie tragiczny los żołnierzy, którzy wracają po wojnie i nie potrafią odnaleźć się w świecie (ta niesprawiedliwość, o której piszesz). Twist mnie zaskoczył, czyli wyszedł.

Bardzo dziękuję za komentarze i cieszę się, że lektura Was nie rozczarowała. Serio się cieszę. :-)

 

Dołączam do zadowolonych z lektury czytelników. Od początku do końca przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Ładnie połączyłeś postać Preciego z okopami I Wojny. I dobrze wszystko opisałeś, bez problemu wczułam się w atmosferę tamtych czasów.

Klikam bibliotekę i życzę powodzenia w konkursie :)

Akcji praktycznie nie ma i myślałem po chwili, że się wynudzę. Ale nie. Czuć tu, mimo współczesności, tą arturiańską melancholię skazanego na porażkę poszukiwania. Czytało się bez problemu, tylko raz się zatrzymałem na: 

Czy naprawdę nie ma złotego Graala, z którego można zaczerpnąć sprawiedliwości?

– Przepraszam, muszę zaczerpnąć świeżego powietrza

Te dwa zaczerpnąć to celowe?

 

Bardzo dobre opowiadanie ze świetnym klimatem. Pozdrawiam

Katia72, lubię takie wiadomości. :-) Bardzo dziękuję. 

Zanais, 2x zaczerpnąć, ewidentny babol. Zaraz to wygładzę. Dzięki za wizytę i czujne oko. 

Wciągnął mnie ten tekst tak jak to się rzadko zdarza. Lekkość, z jaką połączyłeś archetyp rycerza prostaczka (w znaczeniu nieskomplikowania charakteru) o czystym sercu i moment historyczny, urzeka. I to zakończenie takie niedopowiedziane, nie do końca podane na tacy… Świetna robota i tak trzymać smileyyes 

Percy zaskoczony niemal bezczelną bezpośredniością, jakby na to nie patrzeć, banalnej ale logicznej odpowiedzi, przez dłuższą chwilę nie potrafił zebrać się na ripostę.

Bezczelna bezpośredniość banalnej, ale logicznej odpowiedzi? Strasznie dużo określeń. Ktoś tu chyba chciał mieć ciastko i zjeść ciastko :)

Jakieś piętnaście mil

Zabrakło kropeczki na końcu.

„Ciekawe, czy to ten amerykański luksus od Kenneth’a”

Zdaje mi się, że apostrof w tym przypadku jest niepotrzebny.

Percy uciekł wzrokiem w parujący czarny płyn.

Nazwanie kawy płynem jest moim zdaniem mało eleganckie. Ale to się już czepiam ;)

Mnie akurat tekst nie uwiódł. Jest ładnie napisany i klimatyczny, to prawda; może po prostu nie przemawia do mnie taka nostalgia. Sam motyw i jego wykorzystanie ciekawe. Końcówka mi się spodobała. Z kolei w początkowej scence z Lilianne i historią ich znajomości jest trochę za dużo cukru, jak na mój gust.

Bezczelna bezpośredniość banalnej, ale logicznej odpowiedzi? Strasznie dużo określeń. Ktoś tu chyba chciał mieć ciastko i zjeść ciastko :)

Trafiony, zatopiony. Od początku mi to zgrzytało. Spędziłem parę godzin nad myśleniem o tym właśnie zdaniu i stałem się jego zakładnikiem. A gdybym je wywalił? Co ono wnosi do tekstu? 

Nazwanie kawy płynem jest moim zdaniem mało eleganckie

Mało elegancko uniknąłem powtórzenia. Do przemyślenia. Słuszna uwaga.

 

Odnośnie początkowej sceny… cóż, Francja. :-) 

W każdym razie, bardzo cenny komentarz, bo w znacznym stopniu pokazał dylematy, które też mam.

A gdybym je wywalił? Co ono wnosi do tekstu? 

Myślę, że pierwsza część zdania by wystarczyła – tzn. że Percy był zaskoczony bezczelną bezpośredniością rybaka (a może samą bezczelnością, albo samą bezpośredniością?). Druga część to takie trochę powtórzenie pierwszej, ujęte w inne słowa.

W każdym razie, bardzo cenny komentarz, bo w znacznym stopniu pokazał dylematy, które też mam.

Cieszę się, że mogłam się przydać :)

Silva, tak sobie myślę i myślę i dochodzę do wniosku, że właściwie dlaczego w ogóle miałby być zaskoczony? Jako żołnierz i tułacz, raczej niewiele miał wspólnego z arystokratyczną etykietą. Raczej w ogóle to zlikwiduję, bo kompletnie nic nie wnosi oprócz zamętu.

Jeszcze raz dziękuję.

Fajne, lecz może trochę za długie dla mnie. Jest tu droga, ale niewiele się dzieje. Nie wiemy po co, dlaczego i trudno się też tego domyślić. Stosunkowo dużo jest też streszczania losów Percego.

Właściwie nie bardzo rozumiem, o co mu chodziło, bo motyw dopiero zyskał na końcu. Kiedy myślę sobie o IWŚ to był ogromny, okrutny dramat i dziwię się, że tego nie wspomina, że nie ma koszmarów, że wspomina Paryż i dziewczynę. Jeśli był Kanadyjczykiem zapewne brał udział w bitwa pod Passchendaele (trzecia bitwa pod Ypres). Straty niewiarygodne, warunki tak podłe (bagno i ulewy). W walce o ten skrawek, front przesunął się ledwie o dziesięć kilometrów, zginęło prawie pół miliona żołnierzy alianckich i ćwierć miliona Niemców.

Może niepotrzebnie o tym wspominam, ale duże wrażenie zrobił na mnie film 1917, a wcześniej, kilka lat temu jeszcze książka Beigebedera o moim ulubionym pisarzu Salingerze (Oona i Salinger) i zamieszczone w niej przebitki z tej straszliwej wojny, Właściwie to one spowodowały, że zaczęłam szperać i czytać o tamtym czasie i miejscu.

 

Wracając jednak do opka, jest – moim zdaniem – bardzo dobrze napisane, i dialogi, i narracja, tylko jakby nie widzę związku pomiędzy błąkaniem się Percego: rozmowy z kierowcą ciężarówki, Rybakiem, a głównym wątkiem. Te rozmowy są jakby pretekstowe.

 

Skarżę do biblio, bo zdecydowanie tego warte! Fajnie piszesz. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, bardzo dziękuję za obywatelską postawę i donos. :-)

Spieszę z wyjaśnieniami. Percy był Amerykaninem. Przez przypadek umieściłem jego dom rodzinny w stanie Maine. Na marginesie, w Bangor jest pewien słynny dom. Kto wie czy nie należał kiedyś do Percego. :-)

Amerykanie przystąpili do wojny późno. Kanadyjczycy, jako dominum Wlk. Brytanii na froncie mieli większe doświadczenia. Ma to związek z tym, że społeczeństwa obu krajów inaczej widziały wojnę i jej skutki. Jak przeczytałem gdzieś, że w Kanadzie wśród francuskojęzycznej społeczności gwałtownie protestowano przeciw udziałowi kanadyjskich żołnierzy w walkach i potem o tej historii z zastrzelonymi przypadkowymi ludźmi, pomyślałem, że to jest to. Syn przeciwnika wojny idzie do punktu rekrutacyjnego i zostaje śmiertelnie postrzelony przez policję, która wzięła go za manifestującego sprzeciw. Co za ironia losu. I tutaj mamy nieszczęście Króla Rybaka. Została mu jeszcze rola próby dokonania zmiany w Percym, który tuła się bez celu, obity emocjonalnie a jedynym sensem życia jest poczucie obowiązku. Po śmierci matki odcina ostatni korzeń i wyrusza przed siebie. Tam jest taki fragment, gdzie wspominam, że jedynym uzasadnieniem dla wyboru Alaski, jako celu, była odległość.

 

Tak, przystąpiły w kwietniu 2017. Amerykański korpus zaczęto formować maj-czerwiec, wzięli udział dopiero w walkach w październiku właśnie pod Ypres, przedtem ich “szykowano”.

Bitwę znam muzycznie:

Iron Maiden Paschendale (Death on the road)

Get Dethroned Passiondal

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przyjemnie się czytało:) Napisane w taki sposób, że chce się czytać. Nie wszystko zrozumiałam (dlaczego akurat na Alaskę i co tam szukał? O co chodziło z tym zdjęciem? Bo jak zrozumiałam zobaczył swoją twarz?), ale to może być wina, że czytałam późno w nocy i nie wyłapałam. Zastanawiało mnie również co ma wnieść wizyta bohatera w chacie Eugenne’a, ale bardzo fajnie to rozegrałeś. No i poruszyłeś bardzo ważny temat wojny i żołnierzy. Idę kliknąć:)

Silva, tak sobie myślę i myślę i dochodzę do wniosku, że właściwie dlaczego w ogóle miałby być zaskoczony? Jako żołnierz i tułacz, raczej niewiele miał wspólnego z arystokratyczną etykietą. Raczej w ogóle to zlikwiduję, bo kompletnie nic nie wnosi oprócz zamętu.

Można i tak. Właściwie to myślę, że odpowiedź rybaka była cokolwiek błyskotliwa :)

Monique.M, Percy w 1918 roku walczył na froncie IWŚ jako żołnierz amerykański. Wygląda na to, że znajomość z Lilianne dała owoc w postaci syna. Rok narodzin 1919. Jak myślisz, jaki jest prawdopodobny los tego chłopaka, gdy będzie miał dwadzieścia jeden lat? To będzie 1940 rok. Rybak nie uchronił swojego syna, ale zasugerował Percyemu, co jest ważne.

Dlaczego Alaska?

Percy milczał. Gdyby miał być szczery, to w ogóle nie myślał o złocie. Po prostu Alaska była daleko.

Silva,  jeszcze nie poprawiłem, ale uczynię to niebawem.

 

Asylum, nie ukrywam, że nie byłem fanem IWŚ. Bardziej interesowałem się drugą. No i w zasadzie, musiałem “grzebać” w temacie od zera. Pewnie sporo mi umknęło i 

Aha. Dzięki za wyjaśnienie:)

Monique.M,  trochę mi dałaś do myślenia, że chyba nie wszystko dobrze zasugerowałem w opku.

Z tym, że ma syna zrozumiałam:) Wcześniej ktoś w komentarzu napisał, że też zrozumiał scenę ze zdjęciem:).

Silva, zdecydował się na coś takiego:

Rybak podążył wzorkiem we wskazanym kierunku.

– A po co? – odparł i wrócił do pracy.

Percy poczuł się zaskoczony, że nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć na tak proste pytanie. Postanowił jednak, że pozostanie przy wizji celu, jako miejsca.

– Muszę dostać się na drugi brzeg – powiedział.

Monique.M, w takim razie, chyba to zostawię, jak jest.

Myślę, że jest okej teraz :)

Na wstępie: spoiler w przedmowie wiele psuje. Bo naprawdę spoileruje. Do wywalenia.

Sam tekst… No wyszło coś, co mocno klimatem pasuje do przedstawionych czasów i przedstawionego miejsca. Właściwie nawet końcówką XIX wieku zalatuje, ale lata dwudzieste XX wieku tez są tu adekwatne. A na końcu całośc zmienia się w przypowieść. I to bardzo sprawnie. Prawie do końca trzymas czytelnika w takim “wzruszeniu ramion”, a tu bam, magle jakieś nawiedzone miejsce, które w taki naturalny sposób wiele zmienia.

Swoją drogą scena ze starcem płynącym nocą jakoś tak została przedstawiona, ze niemal spodziewałem się, że rybak-niepłynący zaraz się przeżegna. Niby nic wprost tego nie zasygnalizowało, a coś między wierszami na to wskazywało – i jak widać po finale coś było na rzeczy.

Całość – nie porwała. Ale widać, że potrafisz obrazować taki spokojny klimat i nie masz problemu z nagłym jego przewróceniem. Dla mnie za mało, ale dość, żeby kiedyś zaglądnąć na inne Twoje teksty z nadzieją na coś zywszego :-) 

wilk-zimowy, po pierwsze dziękuję za wizytę.

Po drugie, spojler wywalę zaraz po tym, jak nacisnę “gotowe” pod tym komentarzem.

Po trzecie, trochę nie rozumiem, czym sprawiłem nawiązanie do końcówki XIX w. Jeśli nawet, to zrobiłem to kompletnie nieświadomie, więc bardzo chciałbym dowiedzieć się, dlaczego Cię to naprowadziło w tym kierunku.

Cztery. :-) Scena ze starcem. Wyłowiłeś coś, co czułem ,ale nie potrafiłem pokazać. To jeden z momentów, w których miałem i mam wątpliwości. Rybak na brzegu był zdziwiony, że ktoś jednak żegluje a jednak natychmiast oferuje pomoc, zamiast próbować oddalić się. Górę wzięło przekonanie, że lepiej nie wnikać.

Pięć. Z porwaniem jest tak, że trzeba wykazać się sporymi umiejętnościami. I nie chodzi tylko o to, by mieć przewagę, wykorzystać element zaskoczenia, ale też, żeby mieć umiejętności pozwalające na nierozwalenie całego planu o najbliższy patrol drogówki. A to już wyższa szkoła jazdy. Jeszcze nie podejdę do egzaminu.

Czas na sześć. Zbudowałeś mnie komentarzem. Dziękuję.

Po trzecie, trochę nie rozumiem, czym sprawiłem nawiązanie do końcówki XIX w.

Czasem wyobraźnia podpowiada mi różne cechy tekstu. W tym przypadku ów XIX wiek. A ze w tej okolicy końcówka XIX i początek XX wieku może kojarzyć się z podobnymi sceneriami…. A;Ale trudno mi powiedzieć co konkretnie akurat to skojarzenie zbudowało.

 

A, ok. Myślałem, że w researchu coś pokręciłem i powstawiałem obrazki z różniących się epok.

Jeszcze raz dziękuję za czas i opinię.

Czyta się to bardziej jak wstęp do powieści niż jak opowiadanie. Narzucone tempo jest wolniutkie, spokojne, zarysowujące tło. Zakończenie wyskakuje trochę zbyt nagle. Czuję, że z przyjemnością czytałbym twoje zabawy z dłuższą formą. Napisane ładnie, płynnie. Lubię, kiedy ktoś umie tak bezszwowo łączyć wspomnienia z główną linią narracji.

Opowiadanie ociera się tylko zarówno o fantastykę jak i o hasło konkursowe, ale mnie jako czytelnikowi to nie przeszkadza.

japkiewicz, miło, że zajrzałeś.

Zakończenie wyskakuje trochę zbyt nagle.

Czuję, że z przyjemnością czytałbym twoje zabawy z dłuższą formą.

Tu jest odpowiedź, dlaczego ciężko mi pisać dłuższe formy. Mam problem z utrzymaniem fabuły w ryzach. Po 60-80k zaczynam się ostro gubić. Co nie znaczy, że podejmuję prób. A Twoje słowa są dodatkową zachętą. Dziękuję.

Dobrze mi się czytało. Czuć ten ,,tułaczy” klimat, na oddaniu którego pewnie Ci zależało. Połączenie bóstwa i miejscówki ciekawe, udanie wpleciony wątek damsko – męski. Dla mnie dodatkowy plus za nawiązania do Pierwszej Wojny Światowej.

Fajne, jest historia, jest klimacik. Smutne trochę, bo kiedy syn Percy’ego dorośnie, to akurat zacznie się następna wojna.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wybaczcie, że dopiero teraz odpisuję.

adam_c4,  

Dla mnie dodatkowy plus za nawiązania do Pierwszej Wojny Światowej.

Jak zwykle zrządził to przypadek. Kiedy gryzłem jabłko i wybrałem Quebec 1927, moje myśli krążyły wokół Wielkiego Kryzysu. Ale szybko uzmysłowiłem sobie, że w dwudziestym siódmym, to nikt nie przypuszczał, że będzie jakiś kryzys. Wtedy google podrzucił mi kryzys rekrutacyjny w Kanadzie i dalej samo poszło. :-)

Irka_Luz,

Smutne trochę, bo kiedy syn Percy’ego dorośnie, to akurat zacznie się następna wojna.

Dlatego ubrałem go w mundur francuskiego żołnierza. Choć nie wiem, czy trochę nie przeszarżowałem z tymi domysłami.

Fajny klimat i czuć jakąś tajemnicę. Trochę z początku tekst mi się dłużył (choć to raczej przez to, że średnio lubię opowieści drogi), ale w momencie, gdy bohater wysiadł z auta, było już lepiej. No, a gdy pojawiła się łódka, czuć było już gęstniejącą atmosferę. Zakończenie dopasowane do opowieści i z nią spójne, choć bez fajerwerków – ale chyba tak powinno być w spokojnej opowieści ;)

kasjopejatales, chyba tak kształtuje się mój styl. Niespiesznie. :-) Dzięki za wizytę i przyjazny komentarz.

 

http://altronapoleone.home.blog

Oho, żarty się skończyły. wink

Hmmm. Mam wrażenie, że za słabo znam legendy arturiańskie, żeby w pełni zrozumieć opowieść.

Długo czekałam na fantastykę pełną gębą, a kiedy w końcu zaczęła się pojawiać, nie wiedziałam, o co w tym chodzi.

Ale interesujący nastrój jest.

Babska logika rządzi!

Finkla, do komentarza ninedin postanowiłem pokornie milczeć na temat wykorzystania motywu legendy. Potem opowiem, co konkretnie mną kierowało. Wszak ostatecznie najważniejsze jest, czy autor swe chęci przedstawił tak, by czytelnik je odczytał w sposób z nimi zgodny.

Niemniej, bardzo dziękuję za komentarz i obiecuję, że wrócę do niego.

Bardzo mi się podoba. Precyzja świata przedstawionego mnie urzekła, opisy wcale nie zmęczyły, wręcz przeciwnie. Trochę mam w głowie “Into the wild”, kiedy myślę o Twojej historii, mimo wszystko mamy u Ciebie coś na kształt szczęśliwego zakończenia. Fantastyka chyba nieco na siłę, z tymi duchami, rycerzem, ja bym chyba z tego zrezygnował, trochę wydaje mi się to takim deus ex machina w tej historii. Nagle dopadło bohatera wielkie skumanie dzięki tym fantastycznym elementom ;) Ale to tylko moje takie marudzenie ;)

Exit light

Cieszę się, że się podobało.

Ta końcówka to w pewnym sensie odniesienie do oryginalnej powieści o Percewalu autorstwa Chretiena, a dokładnie wizyty w zamku Graala. Z tą różnicą, że mój Percy w lot pojął czym jest jego Graal.

W ramach prokrastynacji postanowiłam popisać trochę komentarzy.

 

Jestem fatalna w zapamiętywaniu szczegółów fabuł, z tekstów i filmów pamiętam zazwyczaj głównie nastrój, ale to nastrój też był tym, co mnie w Twoim opowiadaniu najbardziej ujęło. Przejrzałam je jeszcze raz i właściwie budujesz go małymi wzmianeczkami o wydarzeniach, ale udało Ci się stworzyć poprzez migawki pierwszowojenne przekonującą atmosferę. Jak dla mnie dominantą tego opowiadania jest przejmujący smutek i niespełnienie. Dzięki w związku z tym za optymistyczne zakończenie, bo inaczej nic tylko sobie strzelić w łeb ;) Mit arturiański jest tu bardzo subtelnie wpleciony, ale ja nie mam zastrzeżeń, choć nie wiem, co powie druga jurorka, ta od mitologii. Kojarzyło mi się dziwnie z różnymi filmami, niekoniecznie okołopierwszowojennymi – nie masz wielu szczegółowych opisów, a jednak jest ta wizja plastyczna.

 

Z drobiazgów teraz rzuciło mi się w oczy takie powtórzenie:

 

odeszła w stronę rzeki. Percy stał i patrzył, jak znikają we mgle, która nagle uniosła się nad taflą rzeki.

Oraz od początku miałam problem z imieniem Eugenne, bo taka forma nie występuje w żadnym języku, a nie jest też (inaczej) znacząca ani ogólnie, ani w obrębie mitu.

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Jak miło, że zajrzałaś, drakaino.

W ramach prokrastynacji

Rozumiem bardzo. Przy czym, ja już z tym nie walczę. Jestem na etapie podziwiania operatorów koparko-ładowarek za precyzyjnie wyznaczone cele i upór w ich realizacji.

Jak dla mnie dominantą tego opowiadania jest przejmujący smutek i niespełnienie.

Dla mnie to było najsilniejszym nawiązaniem do Percivala. 

 

nie masz wielu szczegółowych opisów, a jednak jest ta wizja plastyczna.

Nie przepadam za opisami i zawsze mam dylemat, czy mój punkt widzenia ma w ogóle cokolwiek wspólnego z literaturą.

 

Oraz od początku miałam problem z imieniem Eugenne,

Przesadziłem z ilością “n”?

Nazwiska i imiona wyłowione podczas reaserchu. Kompletnie nie pamiętam skąd się wzięło akurat to. W wymyślaniu nazw jestem słabiutki i w chwilach zwątpienia przypominam sobie casus pewnego kibica z Bułgarii.

 

 

Nowa Fantastyka