- Opowiadanie: Dalibor - Guignol i zielone noce

Guignol i zielone noce

Tytułowy Guignol to jedna z głównych postaci francuskiego teatru lalek. Stworzył ją Laurent Mourguet, który pracując jako wyrywacz zębów,  przyciągał klientów, zabawiając ich lalkami.

Nie wyrywajcie sobie zębów podczas czytania.  Miłej lektury.

 

Hasło  konkursowe to francuska marionetka.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Wiktor Orłowski, PsychoFish, Użytkownicy II, Finkla

Oceny

Guignol i zielone noce

Lokal Brasserie Georges świecił pustkami. W piątkowe wieczory i noce ten bardzo popularny browar z reguły trząsł się w posadach od rozmów, śmiechu i śpiewów gości. Raz na jakiś czas zdarzały się jednak chwile, takie jak obecna, przesycone ciszą i aurą oczekiwania na powrót do normalności. Miasto wtedy gasło na podobieństwo płomienia świecy przy sztormowym wietrze i w niczym nie przypominało gwarnego, codziennego Lyonu.

Wszystko za sprawą zielonej mgły, ciągnącej znad Rodanu i Saony, pojawiającej się nagle i nie wiadomo skąd. Choć w gazetach rozpisywano się o specyficznych autotrofach, których zakwit w wodach rzek, płynących przez miasto rzekomo sprzyjał zielonym wyziewom, to na dobrą sprawę nikt nie był w stanie wskazać źródła mgły ze stuprocentową pewnością. Mówiono, że jej wdychanie nie szkodzi, ale wszyscy mieszkańcy wiedzieli, że gdy otula ona szczelnie metropolię, lepiej nie wychodzić z domów. Dziwnym trafem, zawsze gdy powietrze nad Lyonem zmieniało kolor, przez miasto przetaczała się fala niewyjaśnionych zaginięć.

Jean-Paul, właściciel browaru, siedział samotnie w Sali Piwnej, gapiąc się tępo w kolejny kufel Georges Brown Ale, ciemnokakaowego, słodowego piwa z mocną, acz pyszną goryczą, lekko drażniącą podniebienie. Rzędy czteroosobowych stolików, nakrytych nieskazitelnie białymi obrusami oraz stojące przy nich kanapy z prostymi oparciami, obleczonymi czerwoną skórą, powoli już zaczynały falować mu przed oczami. Nie wiedział jednak ile kufli tego wybornego trunku będzie musiał jeszcze sobie nalać i wypić, zanim Fermiere pozwoli mu przejść do kolejnej sali. Chwycił naczynie i głośno siorbnął gęstą, mlecznobiałą pianę.

– Bez dobrego mleka nie ma dobrego deseru – usłyszał stłumiony kobiecy głos, dobiegający zza wciąż zamkniętych drzwi Sali Obiadowej.

– Czy te zielone noce zawsze muszą wyglądać identycznie? – zapytał znudzony. – Rutyna, moja droga Fermiere, jest w stanie zabić każdy związek, nawet tak doświadczony jak nasz.

Do jego uszu dotarł dźwięk tłuczonego szkła, a zaraz potem skrzypienia otwieranych drzwi. W progu Sali Obiadowej pojawiła się niewysoka, korpulentna Murzynka, ubrana stosownie do okoliczności zielonej nocy w zieloną koszulę, mocno opinającą jej ogromne piersi, oraz czarno-zieloną rozkloszowaną spódnicę. Wbiła lodowate spojrzenie w Jean-Paula, po czym w wymuszonym, szerokim uśmiechu obnażyła białe, zdrowe zęby.

– Zapraszam na zielony posiłek – powiedziała ze sztucznie afrykańskim akcentem. Mimo, że pochodziła z Mauretanii, to na co dzień akcent miała zupełnie francuski. Od wczesnego dzieciństwa mieszkała w Lyonie i tylko zielone noce wydobywały z niej ukrytą cząstkę kolonialnej afrykańskości.

– Mogłabyś chociaż się przebrać – Jean-Paul żachnął się na jej widok. – Ostatnim razem miałaś na sobie dokładnie to samo i gdyby nie to, że zaczesałaś włosy do góry, powiedziałbym, że już przeżyłem tę noc – zarzucił jej.

– I właśnie taki efekt chciałam osiągnąć – uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Nawet przyrządziłam to, co ostatnio.

– Indyk w sosie z zielonego pieprzu – westchnął ciężko. – Przecież dobrze wiesz, że tego nienawidzę.

– Potrzebujesz trochę pikanterii Jean – powiedziała najspokojniej, jak w tym momencie potrafiła – inaczej szybko staniesz się starym, zgnuśniałym dziadem. – Rozpięła guzik koszuli, ukazując ponętny dekolt i podeszła do niego. – Podano do stołu – szepnęła.

Chwycił ją za pulchną dłoń i chwiejnym krokiem poprowadził w kierunku wytyczonym przez aromatyczny zapach indyka.

Jako para prezentowali się dość specyficznie. Widok wysokiego i wręcz niezdrowo szczupłego białego mężczyzny w towarzystwie niskiej, przysadzistej, czarnoskórej kobiety wzbudzał uśmiech na twarzach większości ludzi, jakich napotykali na swojej drodze. Sami śmiali się z siebie równie często.

Tuż za drzwiami Sali Obiadowej w ich nozdrza uderzył zapach wanilii i prażonych migdałów. Z uśmiechem spojrzeli w zajmujące niemal całą ścianę kryształowe lustro. To co ujrzał Jean-Paul, zamiast radości wywołało jednak nagłą konsternację. Ich odbicia znacząco różniły się od rzeczywistych wizerunków. On wyglądał niczym podrzędny karczmarz, który wypija więcej piwa niż jego klienci. Był niski i grubawy, a na jego łysej czaszce perliły się krople potu. Fermiere prezentowała się jednak znacznie lepiej. Miała wytworną figurę i piękne kruczoczarne włosy, opadające falą na ramiona. Przypominała modelkę żywcem wyjętą z żurnala.

Obie postacie z lustra uśmiechnęły się złowieszczo, podczas gdy Jean stanął niczym zahipnotyzowany. W tym samym momencie zaskrzypiały zawiasy drzwi wejściowych do lokalu, a Salę Obiadową wypełniła zielona mgła.

 

***

 

– Zmiażdżysz mi palce! – wykrzyknęła z bólu Fermiere, próbując wyrwać dłoń z żelaznego uścisku Jean-Paula.

Ten jednak kompletnie nie reagował. Stał bez ruchu niby muzealny eksponat, a jego błędne spojrzenie skierowane było na wysuszonego człowieczka, który dość nieoczekiwanie pojawił się w progu Brasserie Georges.

– Puść! – wrzasnęła ponownie i szarpnęła z całej mocy, uwalniając siniejącą już powoli rękę.

– Jakim sposobem? – wykrztusił Jean nie spuszczając wzroku z niespodziewanego gościa. – Przecież drzwi były zamknięte od środka.

– To sztuczna mgła, kochanie. Nie myślałam, że tak się przestraszysz. – Pogłaskała go po policzku obolałą dłonią.

– Sztuczna? – wychrypiał z niedowierzaniem. – Jak sztuczna? Przecież zasuwałem sztaby… I co robi tu ten facet? – zapytał bez ładu i składu, wskazując palcem na zamknięte drzwi.

Fermiere podeszła do wejścia i kilkukrotnie szarpnęła za klamkę.

– Zamknięte na głucho – powiedziała zaniepokojona stanem Jeana. – Na cztery spusty. Rozumiesz? Co się z tobą dzieje?

– Kim pan jest? – zapytał, podczas gdy jego partnerka patrzyła na niego jak na wariata.

Na pomarszczonej jak wysuszona słońcem rodzynka twarzy, niewidocznego dla Fermiere mężczyzny, odmalował się kwiecisty uśmiech.

– Nazywam się Francois Nuit-Verte – wybrzmiało w uszach Jean-Paula. – Dla przyjaciół Guignol, a zakładam, że wkrótce będziemy przyjaciółmi.

– Guignol? – powtórzył za nim. – Jak ta prześmiewcza kukła?

– Dokładnie. – Z jego twarzy nie schodził szczery uśmiech. – Humor mam równie cięty, a i wzrost porównywalnie nikczemny, więc sam pan rozumie.

– Ale nie jest pan z drewna? – zapytał nieśmiało.

Fermiere słysząc te słowa postukała palcem w czoło.

– Zwariowałeś? – Chwyciła go za ramię i energicznie potrząsnęła. – Z kim rozmawiasz?

Jean-Paul spojrzał wymownie na swoją partnerkę, po czym jego pytający wzrok powędrował ku twarzy Nuit-Verte’a. Człowieczek wyszczerzył w uśmiechu nieco pożółkłe zęby i podszedł na odległość kroku do Fermiere.

– Pańska kobieta nie widzi mnie, ani nie słyszy, więc tłumaczenie jej z kim pan rozmawia wydaje się bezcelowe. – Jean zdziwił się, rozszerzając powieki i marszcząc czoło, podczas gdy Guignol kontynuował. – Proszę jej powiedzieć, że pan się tylko zgrywał, a ja za chwilę wyjaśnię dokładnie po co tu przybyłem.

– Tylko ża… żar… żartowałem – wyjąkał nieprzekonująco. – Sama z resztą zaczęłaś – wymyślił na poczekaniu usprawiedliwienie dla swojego zachowania. – Pomyślałem, że będzie śmiesznie, gdy na twoją sztuczną mgłę zareaguję udawanymi zwidami. – Kąciki jego ust z drżeniem podniosły się, tworząc coś pomiędzy uśmiechem a miną zażenowania.

– Zupełnie nie było śmiesznie, przestraszyłam się jak cholera – powiedziała z wyrzutem.

– Dobrze pan to zagrał. – Guignol z uznaniem pokiwał swym pomarszczonym, okrągłym łebkiem. – Myślę, że problem mamy z głowy, ale pod warunkiem, że nie będzie pan się do mnie odzywał w jej towarzystwie.

Jean-Paul zerknął na mężczyznę, ale natychmiast wrócił swym spojrzeniem do twarzy Fermiere.

– Zjedzmy coś – powiedział, podchodząc do stolika, na którym stał półmisek z parującym indyczym udźcem.

– Przez ten twój żart zupełnie straciłam apetyt, ale… Tak, zjedzmy coś. Przecież stałam cały wieczór przy garach, żeby to przygotować.

Przysunął jej krzesło, gdy zajmowała miejsce przy stoliku, po czym usiadł naprzeciw niej. Guignol stanął tuż przy nich i głośno przełknął ślinę.

– Wygląda wybornie – powiedział.

– Wygląda wybornie – powtórzył za nim Jean.

Fermiere uśmiechnęła się niemal niezauważalnie i zabrała się za nakładanie jedzenia na talerze.

 

***

 

Guignol beknął głośno, po czym, ocierając cieknący mu po brodzie indyczy tłuszcz, wzniósł ekstatyczne spojrzenie ku pokrytemu kwiecistymi zdobieniami sufitowi.

– I właśnie tak to wygląda, panie Durand – podsumował.

Jean-Paul spojrzał na niego z osłupieniem. Nie przypominał sobie, żeby mu się przedstawiał, a mimo to Nuit-Verte znał jego nazwisko.

Historia, którą podczas kolacji usłyszał od człowieczka znikąd, wydawała się kompletnie niewiarygodna. Niejednokrotnie w czasie posiłku musiał udawać, że krztusi się od nadmiaru zielonego pieprzu, byle tylko ukryć swą reakcję na słowa Guignola i nie wzbudzić podejrzeń Fermiere.

– Muszę skorzystać z toalety, pączusiu – powiedział do swej partnerki z wymuszoną czułością, wstając nagle od stołu. Kierując się w stronę łazienki przeszedł obok Nuit-Verte’a i pociągnął lekko, ale wymownie za poły jego zielonej marynarki. Ten z uległością podążył za nim.

– To co, pomoże mi pan? – zapytał Guignol, zamykając za sobą łazienkowe drzwi.

– Zastanowię się. Najpierw muszę to przetrawić. – Odetchnął głęboko, kręcąc z niedowierzaniem głową.

Wszystko, co do tej pory wyczytał w gazetach na temat zielonej mgły, według Nuit-Verte’a miało być kompletną bzdurą, a za paraliżującymi miasto oparami miał stać jego najbliższy przyjaciel Frederick Morcelier. Nie mógł tak łatwo dać temu wiary.

– Nad czym się tu zastanawiać? – oburzył się Guignol. – Niech pan tylko połączy fakty i wszystko wyda się proste i logiczne. Morcelier gra na wykończenie konkurencji, a pan jest następny w kolejce – kontynuował.

Jean-Paul przytknął dłoń do czoła, po czym rytmicznym ruchem palców zmierzwił gęste brwi. Jak by nie patrzeć, słowa Nuit-Verte’a brzmiały bardzo prawdopodobnie. Zielona mgła zasnuwała cały Lyon, z wyjątkiem małego skrawka ziemi, położonego tuż u zbiegu Rodanu i Saony. Dziwnym trafem to właśnie w tym miejscu znajdował się lokal La Brasserie des Confluences, którego właścicielem był Frederick Morcelier i który, jako jedyny w mieście, był otwarty podczas zielonych nocy. Za prawdziwością historii Guingola przemawiał również fakt, że wśród osób zaginionych w trakcie, gdy miasto zasłaniał zielony płaszcz oparów, było kilkunastu lyońskich restauratorów, a Francois Nuit-Verte podobno był jednym z nich.

– Załóżmy, że panu uwierzę i będę skłonny pomóc – powiedział niepewnie. – Musi mi pan jednak wyjaśnić dwie zasadnicze kwestie. W jaki niby sposób Frederick produkuje tę mgłę? I dlaczego, do cholery, tylko ja pana widzę?

– Pańskiego przyjaciela w produkcji mgły wyręczają pewne owady – pospieszył z wytłumaczeniem, które sprawiło, że oczy Jeana otworzyły się nieco szerzej. Wiedział on bowiem, że entomologia, to konik Morceliera. – Przywiózł je podobno z pustynnych terenów saharyjskich Mauretanii. To jakieś ogromne chrząszcze, które trzyma w piwnicach swego lokalu. Karmione korą drzewa sandałowego i odpowiednio stymulowane impulsami elektrycznymi, wydzielają z siebie tę słodko pachnącą, zieloną mgłę. Są przy tym niesłychanie kąśliwe i agresywne.

– Z Mauretanii? – podchwycił Jean-Paul. – Moja konkubina jest z Mauretanii.

– Wiem o tym, panie Durand – skonstatował – i właśnie dlatego przyszedłem prosić o pańską pomoc.

– Nie widzę związku – bąknął z dezaprobatą. – Co niby wspólnego miałaby mieć Fermiere z jakimiś chrząszczami?

– Związek jest zasadniczy. Pani Fermiere Bafour, z tego co się orientuję, pochodzi z ludu Soninke – stwierdził ku zdziwieniu Jeana. – Wiem z pewnych źródeł, że lud ten potrafi obłaskawić te chrząszcze, a ponadto jest odporny na ich ugryzienia.

– A na czym właściwie miałoby polegać to obłaskawianie? – zapytał powątpiewając. – Wie pan, muszę poznać szczegóły, zanim namówię moją kobietę na kontakt z jakimiś robalami.

– Do niczego nie będzie jej pan musiał namawiać – stwierdził Guignol, sięgając do kieszeni swej marynarki i wyciągając z niej fiolkę, wypełnioną jakąś brunatną substancją. – Wystarczy, że poda jej pan kilka kropel tego specyfiku, a będziemy mogli pokierować nią niczym teatralną lalką. – Wręczył mu ampułkę. – To ziołowy wyciąg z odrobiną opioidów. Absolutnie nic jej się nie stanie, gdy to spożyje – zapewnił. – Będzie po prostu bardziej skora do współpracy. – Uśmiechnął się, ale Jeanowi nie było do śmiechu.

Nie chciał robić nic przeciwko swej ukochanej Fermiere, ale strach przed tym, że w trakcie którejś z zielonych nocy zniknie gdzieś bez śladu był silniejszy od miłości. Guignol powiedział mu, że dzisiejszej nocy zaginie właściciel lokalu L'Antre Amis, a Jean-Paul Durand jest podobno następny w kolei. Skąd to dokładnie wiedział?

– Plan obłaskawienia chrząszczy jest prosty – kontynuował Nuit-Verte, przerywając Jeanowi chwilowe rozmyślania. – Musimy zaprowadzić pańską partnerkę do lokalu Morceliera, po czym zrobić wszystko, by dostała się ona do piwnicy z chrząszczami i odśpiewała w swym plemiennym języku tradycyjną pieśń o pustynnej nicości.

– Tylko tyle? Przecież ta pieśń ma bodajże trzy zwrotki – zakpił Jean. – Jeśli to uspokaja te pieprzone chrząszcze, to czemu pan sam nie nauczył się słów i nie odśpiewał ich w piwnicy Fredericka?

– I tu właśnie pojawia się odpowiedź na pańskie drugie pytanie. Może i bym to zrobił – powiedział z wyrzutem – gdyby ktoś poza panem mnie widział i słyszał. Moje ciało leży spokojnie w wilgotnej, kamiennej piwnicy La Brasserie des Confluences, wraz z trzynastoma innymi ciałami, pogrążonymi w stanie głębokiego snu bez śnienia. Wszystko za sprawą tej cholernej mgły. Kilka głębszych wdechów wystarczyło, by moja jednostkowa jaźń wycofała się ze świata zewnętrznego i połączyła z jaźnią wszystkiego.

– Guignol, mój przyjacielu, nic z tego nie rozumiem – stwierdził prześmiewczo.

– To znaczy, że te zielone opary, wydzielane przez chrząszcze sprawiły, że w jednej chwili moja jaźń stała się absolutna. Uwolniła się w ten sposób od wszelkiej niewiedzy, która stwarza pozory istnienia.

– A da się prościej? Filozofia nigdy nie była moją mocną stroną. – Jean podrapał się po łysinie.

– W skrócie. Wiem wszystko, ale na nic mi ta wiedza, bo leżę jak zabity w piwnicy – niemal krzyknął zniecierpliwiony.

– Czyli co? Jest pan duchem? – Jean-Paul nadal nie rozumiał stanu, w jakim znajdował się Guignol.

– Nie! – wrzasnął. – Nadal żyję, ale moja świadomość uciekła z ciała! Co w tym jest niezrozumiałego?

– Po co te nerwy, panie Nuit-Verte? Pójdę z rana do lokalu Fredericka i odśpiewam tę pieśń. Mam klucz od tej piwnicy, bo wspólnie z moim przyjacielem sprowadzaliśmy kiedyś argentyńskie wina. Dał mi wtedy ten klucz i tak już zostało. Nigdy nie chciał, żebym mu go zwrócił.

– To nie jest takie proste. – Wciągnął powietrze nosem, żeby nieco się uspokoić. – Musi to zrobić pani Fermiere. Chodzi o jej specyficzny mauretański akcent i właściwy tembr głosu. Każdy szczegół tej pieśni, każda sylaba, każdy ton muszą być wyśpiewane należycie. Inaczej chrząszcze, zamiast się uspokoić i przestać wydzielać zieloną mgłę, staną się jeszcze agresywniejsze i wyprodukują jej znacznie więcej.

– Rozumiem – powiedział Jean, chociaż wcale nie był o tym przekonany. – Nadal jednak nie wiem, czemu tylko ja pana widzę.

– Wytłumaczenie jest znacznie prostsze, niż się wydaje – powiedział Nuit-Verte, już zupełnie spokojny. – Kiedy po raz pierwszy widział pan uliczny teatr?

Pytanie zaskoczyło Jean-Paula, ale pamiętał to znakomicie. Miał wówczas niecałe sześć lat, a spektakl był nagrodą, obiecaną mu przez ojca za to, że nauczy się jeździć na rowerze. Skromna drewniana budka, obleczona czarnym suknem, z niewielkim oknem, zakrytym czerwoną, welurową zasłoną, zza której co rusz wyłaniały się dwie marnie wykonane lalki tkacza i żandarma, komentujące w prześmiewczy sposób lyońską codzienność.

– Byłem jeszcze dzieciakiem – wspomniał z uśmiechem na twarzy. – Przypominam sobie, że przez jakiś czas po moim pierwszym przedstawieniu wyobrażałem sobie, że rozmawiam z jedną z lalek. – Zaśmiał się na to wspomnienie lekko zażenowany. – Stała się kimś w rodzaju mojego wyimaginowanego przyjaciela. Miała na imię…

– Guignol – dopowiedział Guignol.

 

***

 

Jean-Paul wyszedł z łazienki i rozejrzał się badawczo po Sali Obiadowej. Fermiere nie było w zasięgu wzroku. Podszedł do barku, nalał sobie pół szklanki Giffard Crème de Cerise Griotte i uzupełnił ją wytrawnym winem. Nie bawił się w degustowanie, tylko opróżnił naczynie na dwa hausty. Cierpkość wiśni sprawiła, że odruchowo zacisnął zęby. Chciał udać, że to co przeżył w trakcie kolacji oraz przed momentem w łazience, to jakiś niepojęty sen, ale spokoju nie dawała mu fiolka, którą trzymał na otwartej dłoni. Z kredensu wyciągnął dwie lampki i napełnił je czerwonym Trapiche Cabernet Sauvignon, jednym z tych, które wraz z Frederickiem sprowadził z Argentyny. Do jednej z lampek wpuścił kilka kropel brunatnej substancji i okrężnym ruchem rozprowadził ją w winie.

– Fermiere – zawołał czule.

– Jestem tutaj – usłyszał jej ciepły, śpiewny głos, dobiegający zza rzeźbionego filara, znajdującego się dokładnie po środku Sali.

 – Uczcijmy naszą kolejną zieloną noc. – Podążył za głosem, trzymając kieliszki w dłoniach.

Fermiere Bafour wyłoniła się zza kolumny, ubrana jedynie w zieloną, koronkową bieliznę, która idealnie komponowała się z ciemnobrązowym odcieniem jej pulchnego, ale nad wyraz jędrnego ciała.

– Mam ochotę uczcić tę noc nieco inaczej niż zwykle – powiedziała figlarnie. W rękach miała dwa szklane pucharki, na dnie których mienił się pomarańczowy likier. – Wypijmy za to, by była to ostatnia zielona noc.

– To dobry toast – stwierdził Jean odstawiając lampki z winem na stolik, na którym wciąż stał półmisek z niedojedzonym indykiem. Podszedł do partnerki, wziął z jej dłoni pucharek, po czym ucałował jej mały, kulisty nos. – By była to ostatnia zielona noc – powiedział i wypił zawartość kieliszka do dna.

Miłą atmosferę przerwało skrzypienie nienaoliwionych zawiasów. W progu drzwi wejściowych stał Frederick Morcelier, a jego pożądliwe spojrzenie wbijało się niczym ostrze w nie w pełni ubraną Fermiere. Jean-Paul spojrzał na niego ze zdumieniem, ale nim zdołał jakkolwiek zareagować poczuł narastającą senność. Chwiejąc się na nogach, wpierw tylko przyklęknął, ale po chwili runął na alabastrową posadzkę, pogrążony w głębokim śnie.

 

***

 

Uniesienie powiek stanowiło nie lada wyzwanie. Z trudem rozchylił je na milimetry i powolnym ruchem gałek omiótł pomieszczenie, w którym się znajdował. Znał tę piwnicę nie tylko z widzenia, ale również z jej specyficznego zapachu wanilii i prażonych migdałów. Był w przyziemiach La Brasserie des Confluences. Leżał bezwładnie, a obok siebie czuł ciepło kilkunastu innych ciał. Wiedział wszystko, również to, że ta wiedza na nic mu się już nie przyda.

– Trochę mi go jednak szkoda. – Usłyszał znajomy głos Fermiere Bafour. – W końcu byliśmy razem ponad dziesięć lat.

– O dziesięć za długo. – Piskliwy głos Fredericka Morceliera sprawił, że Jean-Paul chciał się zerwać na równe nogi i udusić go gołymi rękoma. Chęci to jedyne, co mu pozostało.

Leżał jak głaz, a zielona mgła smagała go po twarzy.

Koniec

Komentarze

Kolejne bardzo dobre opko. Jest baśniowo, klimatycznie i z humorem.

Bardzo klimatyczne, na początku troche się pogubiłam, ale później wszystko składa się w spójną całość. Podziwiam pomysłowe wykorzystanie hasła, bo "marionetka" kusi do banalnych rozwiązań, a tu tyle oryginalnych pomysłów – mgła, chrząszcze, afrykańskie pieśni! ;)

Brakuje mi tylko twarzy słynnego francuskiego komika ma ekranie, ale on akurat nie jest/był wysoki :-)

 

Bardzo zabawna historia o problemach związanych z prowadzeniem własnego interesu w Lyonie. To, że problemy owe wynikają z nikczemności konkurencji i są w swej formie nader niesamowite (nawiązując jednocześnie do słynnego horroru Carpentera chyba) nie ułatwia sprawy. A ponieważ rzecz dzieje się we Francji, okazuje się, że finałowy twist wpisuje się w jeden ze stereotypów o Francuzach :-)

 

Taka opowieść z krypty z europejskim sznytem, dobrze napisana. Redagowałbym kilka zdań, ale być może to kwestia indywidualnych upodobań. Językowo w porzo :-)

Sądzę, że warto, by o takie opowieści trafiały do Biblioteki, więc – klik.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie wiedział jednak[+,] ile kufli tego wybornego trunku będzie musiał jeszcze sobie nalać i wypić, zanim Fermiere pozwoli mu przejść do kolejnej sali.

– Potrzebujesz trochę pikanterii[+,] Jean

Przyjemne opowiadanie. W sumie nie dzieje się zbyt wiele, ale jest ładnie poprowadzone, klimatyczne. Podoba mi się wykorzystanie hasła konkursowego. Co prawda od sceny z kieliszkami wiadomo, jak się dalej potoczy sytuacja, ale nie przeszkadzało mi to, zakończenie wypadło naprawdę zgrabnie.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Ech, jako naczelna portalowa frankofilka napaliłam się na opowieść o jednym z moich ulubionych miast, a tu – to mogłoby się dziać absolutnie gdziekolowiek (na upór gdziekolwiek na świecie, bo francuskie są głównie nazwiska) :( Jasne, Lyon to ojczyzna Guignola, ale jedna wzmianka o tkaczach, przywołanie nazw rzek i użycie nazw prawdziwych lokali to trochę mało, żeby wykreować atmosferę miasta :( Na dodatek Brasserie des Confluences to jest restauracja muzealna w supernowoczesnym Musée des Confluences… Jeśli już się używa prawdziwych nazw, to warto zrobić risercz ;)

 

Realia, ogólnie, leżą.

 

Z innych drobiazgów: owszem, brasserie bierze nazwę od browaru (w sensie: miejsca, gdzie się warzy piwo), niemniej dziś jest to po prostu typ restauracjo-baru, gdzie piwo nie musi być nawet głównym trunkiem. (Po polsku z kolei browar oznacza miejsce produkcji piwa, a nie jego picia – to piwiarnia; ani jedno, ani drugie nie jest odpowiednikiem francuskiej brasserie, w tym języku piwiarnia to bièrerie). Poza tym nawet zakładając, że monsieur Morcelier produkuje własne piwo, jakoś średnio wyobrażam sobie bardzo francuskiego Francuza, który robi brown ale – Francja ma wbrew pozorom całkiem spore tradycje piwiarskie i zarówno własne marki, jak i własne typy, mające francuskie nazwy.

W kwestii nazwisk: Nuit-Verte jest bardzo wydumane i ewidentnie znaczące – ba, ma związek z tytułem i zielonością, ale co z tego wynika? Czy on ma być kreatorem tej mgły? Z Guignola też niewiele – już pomijam, że jakoś nie zagrała mi reakcja głównego bohatera na to imię.

Nie jest też dla mnie jasne, jaką rolę w tym wszystkim gra południowomauretańskie pochodzenie kobiety? Soninke żyją głównie w innych krajach, a pierwsze skojarzenie z Mauretanią to nie czarni Afrykanie.

Btw Frederick nie jest francuskim zapisem tego imienia → Frédéric. Fermière (zgodnie z ortografią francuską powinna mieć akcent tam, gdzie go dałam) – nie spotkałam się z tym jako imieniem, słowo znaczy “rolniczka, rolna” – poguglałam nawet dla frankofońskiej Afryki – nic…

 

Co do samego opowiadania: trochę się pogubiłam w fabule – o co właściwie tu chodzi? Nie jest to werid z takich, w których przyjęłabym to za dobrą monetę, bo jednak opowiadasz tu jakąś historyjkę. W co gra Fermière, w co gra Guignol i N-V, po co zbierają tych ludzi w piwnicy? Coś się tu z fabułą, jak dla mnie, poplątało. Są fajne pomysły z tymi owadami i mgłą, ale rozczarował mnie ten wątek :(

 

Są też jakieś problemy z przecinkami i z zapisem dialogów, ale nie wynotowywałam. Tragicznie pod tym względem nie jest, ale np. Mimo, że → Mimo że

http://altronapoleone.home.blog

Zadanie dla pierwszopoziomowego barda, żeby usunąć szkodniki z piwnicy.

 

Niestety, ja nie kupuję tego opowiadania. Fabuła mi się nie klei. Mam wręcz wrażenie, że główny wątek jest zbędny dla historii (której nie ma). Jakbyś powrzucał kilka obiecujących motywów do jednego garnka i nie zastanowił się, jak je właściwie poskładać w całość.

Setting też wydaje się płaski. Gdyby pozmieniać nazwy własne, pasowałoby to właściwie gdziekolwiek. Podejrzewam, że za ta decyzją stał pomysł, żeby tego lalkarza-dentystę podpiąć do hasła konkursowego, ale w moim odczuciu to trochę za mało.

Napisane za to całkiem zgrabnie.

Pomysł uważam za interesujący, ale niezbyt umiejętnie wykorzystany. Na początku tworzysz naprawdę fajny klimat zamkniętego przez tajemniczą mgłę browaru. Pojawienie się niezwykłego gościa też jest trafione, ale reszta średnio ze sobą gra. Wyjaśnienie, dlaczego tylko bohater widzi Guignola jest kiepskie, pomysł, że facet bez wahania dałby narkotyk kochanej żonie, zamiast spróbować z nią pogadać dość dziwny. Zakończenie też mi niezbyt zagrało – nie dlatego, że sama jego koncepcja była zła, a raczej przez to, że rozegrało się nieco zbyt szybko. Nie zdążyłam nawet poczuć napięcia. Stylistycznie za to opowiadanie mi się podoba. Ładny język i czyta się dość lekko, opisy otoczenia i ludzi są wiarygodne.

Zostaw ten żyrandol.

Dziękuje wszystkim za poświęcony czas, uwagi i opinie. 

@drakaina Kreowanie atmosfery miasta wydało mi się kompletnie bezcelowe i na dobrą sprawę nie przysłużyłoby się opowiadaniu. Dynamika fabuły nie jest zbyt wartka, więc wprowadzanie niepotrzebnych opisów miasta jeszcze bardziej by ją spłaszczyło, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że akcja dzieje się w zamkniętych pomieszczeniach.

Jeśli chodzi o nazywanie Brasserie Georges browarem, to zrobiłem to z pełną świadomością, gdyż jak najbardziej jest to browar, który może się pochwalić ponad stoosiemdziesięcioletnią tradycją warzenia brown ale. Nie używam tego określenia w stosunku do La Brasserie des Confluences, gdyż jest to restauracja jakich wiele w Lyonie.

Brnąc dalej, Soninke nie pojawiają się przypadkowo. Chodziło mi o pokazania czarnoskórego ludu, który miał jakiekolwiek związki z Saharą i wciąż jest , mimo że znikomą, to nieodłączną częścią Mauretanii.

 

@japkiewicz Lekarz-dentysta nie jest przedmiotem opowiadania, a pojawił się w przedmowie tylko i wyłącznie po to, by wyjaśnić pochodzenia dziwnego imienia w tytule. Żałuję, że widzisz w treści opowiadania same negatywy, a w rzeczywistości nie podajesz żadnych konkretów.

główny wątek jest zbędny dla historii (której nie ma)

W taki sposób można zanegować sens jakiegokolwiek pisania. W opowiadaniach żadna historia nie istnieje bez głównego wątku. Wówczas sprowadza się to do zwykłej relacji, a nie opowieści.

 

Francuską marionetką jest tu główny bohater, który daje sobą manipulować i w rezultacie kończy w piwnicy. Może nie zaakcentowałem tego zbyt wyraźnie, ale manipulacja, której jest poddany zamknięta jest w ramach wyznaczonych przez zapachy i kolory. Nieprzypadkowe też jest nazwisko Nuit-Verte. Wszystko, co głównemu bohaterowi wydaje się urojeniem, w rzeczywistości nim nie jest, a spisek zawiązany przez Nuit-Verte’a, Morceliera i Fermiere prowadzi go wprost do upadku, ze świadomością, że znajduje się na granicy paranoi.

Szkoda tylko, że muszę to tłumaczyć, bo wydawało mi się to czytelne i niewymagające dopowiedzeń.

Wybacz, pisałem mój komentarz dość późno i zmęczonym będąc, więc wyszedł dość nieskładny i nieprzyjaźnie marudny. A nie chcę być marudą, kiedy coś poddaję krytyce.

 

Może tak: rdzeń tego opowiadania opiera się na dwóch zamysłach, z których każdy jest potraktowany trochę po macoszemu i są jakby obok siebie. Jeden to zły restaurator, który wykańcza konkurencję przesadnie zakręconym planem. Drugi to facet, który zjawia się astralną projekcją u głównego bohatera. To już jest sporo jak na króciutkie opowiadanie, ale jak najbardziej wykonalne, gdyby dobrze to spoić. Tutaj niestety wątek Guignola zdaje się prowadzić donikąd, a bohater nie ma nawet szansy zacząć swojego działania, zanim pojawia się twist i zdrada małżonki. Do tego dochodzą cuda pokroju osiągnięcia rzekomej wiedzy absolutnej, co jeszcze zwiększa poczucie przesytu. Wyjaśnienie, dlaczego tylko główny bohater widzi Guignola, też wydaje się naciągane.

Tutaj w komentarzu wyjaśniasz, że chodziło o to, że Nuit-Verte jest częścią spisku. To rzuca nowe światło na wydarzenia, ale jak się cofnąłem do opowiadania, nie zauważyłem żadnej sugestii dla czytelnika w tym względzie. Wystarczyłoby dodać jedną jego wypowiedź w ostatniej scenie i już by to był jakiś sygnał, żeby zrewidować wyobrażenia na temat fabuły. Ale czy w takim wypadku motyw tych owadów też był ściemą? I czy całe to zamieszanie, cały teatr z rzekomym Guignolem, był tylko po to, żeby żona mogła mu dodać środka nasennego do drinka?

 

Lekarz-dentysta nie jest przedmiotem opowiadania, a pojawił się w przedmowie tylko i wyłącznie po to, by wyjaśnić pochodzenia dziwnego imienia w tytule

Wiem, niejasno wyraziłem swoją myśl. Chodziło mi o to, że mam wrażenie, że setting (Francja) wybrałeś pod kątem chęci wprowadzenia Guignola i nawiązania do teatru lalek, żeby w pewnym sensie “sprzedać” ten pomysł. Ale może to tylko moje wrażenie.

 

A i nie jest tak, że widzę tylko negatywy. Jak już wspominałem, sprawnie napisane, a to samo w sobie już jest nie byle czym. Po drugie, te zielone noce mają w sobie potencjał, wprowadzają ciężką atmosferę i tajemnicę. Z początku czytałem ze sporym zainteresowaniem.

Opowiadanie ma z pewnością ciekawy, oniryczny klimat i nawet jakby się w nim troszkę pogubić, to udaje się znaleźć drogę do głównego wątku. Przyznaję się bez bicia, że francuskie motywy to nie moja domena, ale spodobało mi się to jak zostały wplecione w tę konkretną całość. W sumie totalnej akuratności kontekstów trudno spodziewać się po czymś, co nie jest literaturą faktu. A tu miał być przecież weird, zatem wszystko się może zdarzyć, nawet licenza poetica wink

Daliborze, nie przekonałeś mnie… Na to, żeby stworzyć atmosferę miasta, nie musisz sadzić opisów na miarę Orzeszkowej. Wystarczy parę słów tu i ówdzie, drobne uwagi. Żeby czytelnik miał poczucie, że to nie może dziać się nigdzie indziej. Z Georges sprawdziłeś (aczkolwiek nadal nie nazwałabym tego browarem, bo oni raczej na miejscu tego piwa nie warzą (może 150 lat temu warzyli) – wikipedia ani ich własna strona nic nie mówią, jakoby warzelnia była na miejscu, a przecież dziś byłoby to atrakcją. Z wszystkich opisów można wnioskować, że obecnie Georges to też po prostu knajpa, tyle że bardziej piwna. Przy najbliższej wizycie w Lyonie przejdę się tam i zobaczę, co mi tam (nie jestem piwoszem, więc nie znałam – niemniej korzyść z lektury odniosłam, bo mi się ten dziewiętnastowieczny wątek może przydać). Tylko że cała ta, skądinąd ciekawa historia stojąca za knajpą, nijak nie znajduje odbicia w Twoim tekście – czyli nawet biorąc sobie ciekawostkę miejską nie wykorzystujesz jej tak naprawdę. To opowiadanie mogłoby się dziać gdzie indziej bez straty dla fabuły i świata.

To samo z Soninke – piszesz, że nie pojawiają się przypadkiem. Ale znów: to jest niedopracowany wątek, na mnie sprawiający wrażenie dekoracji, a nie czegoś, co jest zdecydowanie przemyślane. Może istotnie, jak napisano powyżej, chciałeś upchnąć tu za dużo elementów, w związki z czym żadnemu nie dałeś w pełni wybrzmieć?

 

A ogólnie to mam trochę podobnie jak japkiewicz – wydawało mi się, że z tych zielonych nocy wyłoni się coś ciekawszego. (Nawiasem mówiąc, opis mgły były świetną okazją do przemycenia jakichś charakterystycznych elementów miasta…)

http://altronapoleone.home.blog

Przede wszystkim moją uwagę przykuła bardzo ciekawa interpretacja hasła konkursowego – francuskiej marionetki – z odniesieniem do faktycznej lalki Guignola. Pomysł kupił mnie na wstępie i, ku mojej niewysłowionej radości, utrzymał w stałym zainteresowaniu do końca opowiadania. Za pomocą starannego researchu odmalowujesz wyrazisty setting dla naprawdę ciekawie skrojonej fabuły. Szczególnie spodobały mi się bajery podbijające klimat: nietypowa, egzotyczna towarzyszka bohatera, fajna operacja kolorem zieleni, wprowadzony motyw mgły i sekretnych kolacji.

Co podobało mi się nieco mniej – motyw żuków, który wydał mi się tutaj nazbyt fantastyczny i naciągnięty (w pewnym momencie miałam wrażenie, że zjechałeś w nim raczej w tricki, po które sięga młodzieżowa przygodówka). Bardzo ładnie balansujesz historię plot twistem, w którym bohater staje się nieruchomą lalką, w moim odczuciu jednak znacznie ciekawiej byłoby, gdyby sam proces leżący u podstawy tej zmiany został bardziej owiany tajemnicą, bez wytłumaczeń w postaci fantastycznych owadów.

W warstwie językowej: bardzo dobrze, wyhaczyłam parę zbłąkanych przecinków i kilka naprawdę zgrabnych wyrażeń (chociażby otwarcie i klamra zamykająca tekst, niezłe!).

@Wiktor Orłowski Dziękuję za odwiedziny i miłe słowa, a przede wszystkim za wskazanie, co kolejnym razem mogę zrobić lepiej.

Byłby ładny kontrast normalności (realizm, konkretne osadzenie akcji, nawet precyzyjny dobór napitków) z fantastyką (zielona mgła), gdyby tylko moc fantastyczna nie osłabła i nie stała się elementem normalności. Skoro okoliczna ludność przywykła do mgły, elementy tajemnicy i egzotyki słabną. Powinna szokować (chociażby z powodu koloru) tymczasem mamy dialog jak ze skeczu – coś o absolucie jaźni, wzniośle i dumnie (choć zaburzone przez “cholerną”, IMO zbędne te wszelkie cholery, istnieją lepiej pasujące bluzgi) oraz kontratak pod postacią: “taa? fajno, ale ja tam się nie znam na filozofii… ”. Mówisz, że zielone noce są straszne, protagonista może tak myśleć, co jednak z czytelnikiem? Mam wrażenie, że tekst potyka się o wielowątkowość. 

 

(…)Georges Brown Ale, ciemnokakaowego, słodowego piwa z mocną, acz pyszną goryczą, lekko drażniącą podniebienie. Rzędy czteroosobowych stolików, nakrytych nieskazitelnie białymi obrusami oraz stojące przy nich kanapy z prostymi oparciami, obleczonymi czerwoną skórą(…)

Tyle epitetów, że głowa puchnie. Wtrącasz oceny, szczegółowe obrazy. Czy dosłowność nie jest ciut przesadzona? Spójrz – to ładny opis teatralnej sceny, przyjemny konkret dla gatunku wymagającego konkretu, malarskość. Fundamenty pod coś efektownego, wydaje mi się – niestety niewykorzystane. Gdyby dalszy ciąg opowiadania zaburzył szczegółowość, poprzestawiał rekwizyty, zastanowił czytelnika – a więc zrobiła coś, co powinno robić weird fiction – byłoby świetnie. Tymczasem miałam wrażenie, że jestem w dusznym, zagraconym salonie, a zamiast grozy, czuję irytację. Szczegółowość nie jest zła, myślę jednak, że należy ją odpowiednio dozować. Nie odczuwam przyjemności z takiego “przesadzonego” strachu.

 

Nie lubię zabiegów typu “i see dead people”, czyli tylko bohater X widzi jądro ciemności opowiadania.

 

Leżące bezwładnie ciała są klasycznie straszne, marionetki też – tu jest ok. Interpretacja hasła konkursowego nieco zbyt dosłowna. Ramy gatunku WF są tak ruchome, że można było zaryzykować więcej.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

 

Mi tam francuskości w tekście wystarczyło. Może dlatego, że się nie znam.

Odnoszę wrażenie, że piszesz obrazowo, zahaczasz o różne zmysły – tu mgła, tam indyk, ówdzie zielona bielizna…

Fajny pomysł na wykorzystanie prawdziwej marionetki.

IMO, wszystko, o czym piszesz w komentarzach, nie wynika z tekstu. A powinno.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka