- Opowiadanie: Realuc - Serc pragnienia

Serc pragnienia

28.04. – Zgłaszam, iż po zastosowaniu się do wszelkich uwag wprowadziłem istotne zmiany w tekście:

- wojny.

- arystokraci wrócili tam, skąd przybyli.

- Marie nie jest już tylko pokojówką, co uzasadniłem.

- Zmiana w dialogach: już jest grzeczna i mówi per pan. 

- I jakieś szczególiki.

:)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Serc pragnienia

Marie Paradis szła wąską uliczką, rozkoszując się zapachem ozdabiających okiennice kwiatów. Przyjemny letni wiatr targał białą suknią. Kobieta mijała ludzi, których twarze widziała po raz pierwszy. A w niewielkim, leżącym w dolinie miasteczku Chamonix, ukrytym w cieniu majestatycznych Alp, było to co najmniej dziwne. Ale coś się zmieniało. W ostatnim czasie widywała coraz więcej przyjezdnych. Nie przeszkadzały im w podróży nawet wojny. Do wioski, która nie posiadała choćby jednego château, przyciągały ich góry.

A raczej jedna, konkretna góra. Zdobywająca szybką sławę, Mont Blanc.

Marie dotarła do największej posiadłości w tej dziurze, jak często określała Chamonix. Niegdyś kochała to Sabaudzkie miasteczko, nie tak dawno dopiero przyłączone do Francji, ale z każdym rokiem przygnębiało ją coraz mocniej. Od śmierci matki, po utracie rodzinnego domu, nie było tym samym miejscem. Zamknięta w klatce utworzonej z ośnieżonych skał, samotna, bez perspektyw na inną przyszłość. I praca, która choć dawała dach nad głową i sprawiała, że nie musiała martwić się o dzień jutrzejszy, ostatecznie przyprawiała ją o mdłości. Gdyby nie ten obrzydliwy Thierry, może byłoby inaczej…

– Jesteś wreszcie. Mówiłem ci, że organizujemy dziś kolację dla pana Gerarda i Clovisa. Przybyli z daleka i mają wypchane mieszki. Wiesz, co to oznacza, prawda? Lepiej, żebyś zdążyła wszystko przygotować.

Marie minęła w progu barczystego gospodarza i od razu udała się w stronę kuchni. Choć dawno temu zaczynała jako pokojówka, Thierry z roku na rok wykorzystywał kobietę coraz bardziej. Obecnie była jedyną służącą w posiadłości państwa Le Bon, więc wszystko było na jej głowie. Radziła sobie jednak doskonale. Choć miała za sobą trzydzieści lat życia, z których połowę przepracowała dzień w dzień, nigdy nie narzekała na wysiłek i zmęczenie. Szczupła, niska, krucha, a jednak silna i wytrzymała. Po matce…

Przyrządzając pieczone kacze udka i marynowane warzywa, myślała o tych, którzy będą zajadać się jej wytworami. Pewnie jakieś wyższe sfery. Kiedyś marzyła o tym, żeby poślubić szlachcica, zamieszkać z nim w zamku i żyć jak prawdziwa dama. Może to dobra okazja, aby takowego poznać? Poprzedniego dnia podsłuchała rozmowę gospodarza z panem Gerardem. Dowiedziała się z niej, że przybyli z drugiego końca Francji jegomoście zamierzają wdrapać się na szczyt Mont Blanc. Pewnie im się to uda – myślała. Góra została zdobyta po raz pierwszy, gdy Marie miała osiem lat. Od tego czasu nie jest już takim mistycznym, rytualnym miejscem, gdzie dostęp ma jedynie Bóg. A przybyła do Chamonix dwójka mężczyzn pieniądze ma, to jest pewne. A kto ma pieniądze, ten osiąga to, czego chce. Wykupią tylu tragarzy, ilu zechcą, i tylu pomocników, ilu połasi się na parę monet. Może panicze zostaną tam nawet wniesieni.

Rozmyślanie przerwał jej Thierry, który niespodziewanie wparował do kuchni. Stanął tuż za Marie. Czuła na karku jego oddech. Swąd alkoholu i tytoniowego dymu napawały ją obrzydzeniem.

Jednym łapskiem podciągnął suknię, tak że delikatne treny znalazły się na wysokości bioder. Drugą rękę położył tuż pod biustem, tam gdzie kończył się podniesiony stan.

– Wszystko gotowe? – zapytał ochrypłym głosem.

– Prawie.

Tę szczątkową wymianę zdań zakończył delikatnym klapsem. Suknia opadła, gospodarz opuścił kuchnię. Marie wbiła nóż w kacze udko z taką siłą, że ostrze dosięgnęło drewnianego stołu. I w tej samej chwili obiecała sobie, że zmieni swoje życie.

 

 

*

 

 

Marie wyszła z namiotu i zaciągnęła się wolnością, którą niosło górskie powietrze.

Spojrzała na białe wierzchołki. Z jednej strony wyglądały na niedostępne, odległe, niepisane dla ludzkich stóp. Z drugiej zaś droga do pierwszego obozu nie była wcale taka trudna. Wynajęci przez przybyszów tragarze, z pomocą zwierząt, wynieśli cały sprzęt. Najlepszy przewodnik prowadził najlepszą trasą. Tak czy siak wiedziała, że to dopiero rozgrzewka. Że drabinki, raki i alpensztoki nie są z nimi dla ozdoby. Na szczycie Mont Blanc osiadły gęste, białe chmurzyska, skutecznie zakrywając łeb giganta. Choć pogoda dotychczas dopisywała, Marie dostrzegła pierwsze szare obłoki, a w oddali niebo ciemniało złowrogo.

– Cieszę się, że jest pani z nami, panno Paradis.

Gerard wyszedł ze swojego namiotu tak gwałtownie i niespodziewanie, że kobieta aż podskoczyła.

– Również się cieszę, panie Gerardzie – odpowiedziała Marie. Z pełną szczerością.

– Pierwsza kobieta na Mont Blanc, to będzie coś! I pomyśleć, że jest pani, bez urazy, zwykłą służącą. Albo już nie? Ten cały Thierry minę miał wielce nietęgą, kiedy po krótkiej rozmowie przy jego stole zaproponowaliśmy pani tę wyprawę. Zezwolił pani na to?

Nie. W zamian za to, okropnie pijany, zaciągnął ją na drugi koniec domu, aby małżonka niczego nie usłyszała. Bał się chyba tylko jej. Potem zgwałcił Marie. Wymierzył jej karę, nie jedną, nie dwie. Jeśli kiedyś będzie miała zamiar tam wrócić, to tylko po to, żeby napluć temu obrzydliwcowi w twarz.

– Tak, oczywiście – powiedziała jednak, gdyż nie miała najmniejszej ochoty wgłębiać się w ten temat.

Gerard pokiwał głową, poprawił grube rękawice i uniósł wzrok.

– Zaraz ruszamy. Od dziś kończy się zabawa, panno Paradis. Jest pani gotowa na tytaniczny wysiłek? Na mróz? Na wszystkie niespodzianki, które mogą nas spotkać? Czy jest pani gotowa dokonać tego, co dla większości ludzi nadal wydaje się niemożliwe?

– Jak pan widzi, wstałam jako pierwsza i jestem już przygotowana do dalszej drogi. Proszę zapytać o to pozostałych, a ja poczekam. – Kobieta nie zastanawiała się długo nad odpowiedzią, choć pytania nie należały do łatwych. Ale w końcu kto ma szanse zmienić swoje życie, jak nie pierwsza kobieta, która stanęła na wierzchołku najwyższej góry Europy?

– Znakomicie! – Mężczyzna klasnął i popędził w stronę targanych wiatrem namiotów.

– Panie Gerardzie! – zawołała za nim Marie.

– Tak? Coś się stało, panno Paradis?

– Chodzi o niebo. Ciemnieje. I wiatr się wzmaga.

Gerard machnął ręką i uśmiechnął się pod krzaczastym wąsem.

– Proszę się nie martwić. Dostaliśmy informacje, że przez najbliższe dni nie musimy się obawiać pogody. To zapewne chwilowe zachmurzenie.

Po tych słowach zniknął w namiocie Clovisa.

Niedługo później wyruszyli. Siedmiu mężczyzn i jedna kobieta.

Marie szybko przekonała się, do czego potrzebne były drabinki, gdy przekraczając pierwszą szczelinę niemal nie zemdlała ze strachu.

Przekonała się również, jak ważne są raki, gdy po potknięciu wywołanym zmęczeniem omal nie spadła, wraz z dużą warstwą śniegu, w przepaść.

Następnie dogłębnie poznała termin, jakim był tytaniczny wysiłek.

Czarne chmury krążyły to tu, to tam. Straszyły, spozierały zza szczytów, jednak długo czekały z ostatecznym natarciem. A wiedziały, kiedy uderzyć.

Marie wbijała właśnie siekierkę w lodową skorupę. Ledwo się utrzymywała na stromym zboczu. Popatrzyła za siebie. Siedmiu mężczyzn, każdy z okropnym zmęczeniem i przerażeniem w oczach. Ostatnie podejście na szczyt.

I wtedy grzmotnął pierwszy piorun.

 

 

*

 

 

Z trudem uniosła przymarznięte powieki. Czuła ciężar białego puchu. Nie mogła się poruszyć. Wiedziała, że to koniec. Burza dopadła ich w miejscu, z którego nie mieli możliwości ucieczki. Widziała, jak spadają w przepaść. Jeden ciągnący za sobą drugiego. Wszyscy. Jakim cudem przeżyła? Bo przecież spadała, tak jak inni. Gdzie teraz jest? Nieistotne. Przecież i tak nikt nie znajdzie jej ciała. Chciała płakać. Za utracone marzenia, za niewykorzystane życie, za to, że tak długo godziła się na poniżanie. Za wszystkie swoje błędy. Nie była jednak w stanie zrobić nawet tego.

– Witaj.

Ktoś odgarnął przygniatający ją śnieg i wygramolił na zewnątrz. Leżąc, spojrzała przed siebie. Siedmiu mężczyzn, ułożonych w równym rzędzie, leżało tuż obok. Wszyscy mieli założone na klatce piersiowej ręce. Wszyscy też byli nieruchomi niczym skała. Ósmy klęknął tuż przy głowie Gerarda. Pogładził jego siwy policzek i przeniósł wzrok na Marie. Nieznajomy był w wielce sędziwym wieku. Długie, siwe włosy i broda powiewały na zimnym wietrze. Mróz nie imał się jego pomarszczonej, ale pełnej życia i ciepła twarzy, ani jego kościstych, niczym nie osłoniętych dłoni. A przecież miał na sobie jedynie zwykłe łachmany przykryte połatanym płaszczem.

– Co… co… – Marie próbowała coś wybąkać. Bezskutecznie.

– Spokojnie. Mam dla ciebie propozycję. Z tych nie do odrzucenia.

– Kim…

– Ach, nie przedstawiłem się, racja. Ludzie zwą mnie Kościej. Kościej Nieśmiertelny. A teraz, jeśli pozwolisz, przejdę do konkretów.

Okropnie chudy starzec wstał i uniósł głowę. Zmierzył wzrokiem lodową ścianę a następnie spojrzał prosto w oczy Marie. W szarej tęczówce dostrzegła pustkę i coś, co sprowadziło na nią lęk. Gdy Kościej przemawiał, z ust nie wydobywał się nawet najmniejszy obłoczek.

– Zapewne nigdy o mnie nie słyszałaś, ale nie dziwię się. Nie jestem Jezusem, Zeusem, ani Thorem. Nie piszą o mnie tak wielu ksiąg. No i nie pochodzę z tych terenów. Choć cząstka mnie jest tutaj już od setek lat. Wracając jednak do propozycji.

Starzec wydobył spod płaszcza dwie, wypełnione przezroczystym płynem, fiolki. Uśmiechnął się i kontynuował:

– Na szczycie, na który zmierzałaś, dawno temu ukryłem coś bardzo cennego. Wtedy byłem pewien, że żaden człowiek nigdy nie pokona tej góry. Jak widać, nie doceniłem was. Gdy dwadzieścia dwie zimy temu pierwsze ludzkie stopy dosięgnęły nieosiągalnego, bałem się, jak jeszcze nigdy. Jednak, niczego nie znaleźli. W kolejnym roku, kolejni ludzie, również nie zwrócili uwagi na mój skarb. I wtedy zrozumiałem. Znaleźć może go tylko kobieta. Nie pytaj mnie, czemu. To długa opowieść. Może kiedyś, gdy będziemy mieć jeszcze okazję porozmawiać…

Marie czuła, że odpływa. Że uchodzą z niej resztki sił. Resztki życia. Wybąkała:

– Kon…kre…ty.

– Tak, tak, oczywiście! Widzisz, gdyby nie ja, skończyłabyś tutaj dzisiaj tak, jak twoi towarzysze. Ale zrozumiałem również, że jeśli nie ty, w końcu zrobi to inna kobieta. Że w końcu jakaś znajdzie to, co znalezione zostać nie może. A więc, droga Marie, sprawa jest całkiem prosta. W jednej ręce mam żywą wodę, która sprawi, że twoi przyjaciele wrócą do tego świata. Będą pełni sił, pomogą ci zdobyć szczyt. W drugiej zaś mam wodę martwą, której łyk sprawi, że wszystkie niedogodności owej wyprawy pójdą w zapomnienie. Całą fiolkę dostaniesz zaś, gdy tylko zniesiesz dla mnie skarb. Wypicie jej przyniesie ci długowieczność, o jakiej żaden śmiertelnik marzyć nawet nie może. To wszystko.

Marie rozważała dwie opcje. Albo już umarła, i to wszystko to jakieś pośmiertne omamy, albo to rzeczywiście istota, która posiada nadludzkie moce. W końcu nikt nie przeżyłby w tych warunkach w takich łachmanach. Nie miała już przecież nic do stracenia.

– Czemu… – zaczęła.

– Czemu nie pójdę po swoje sam? Widzisz, nie ten wiek. Tutaj przyleciałem na swym wierzchowcu, ale on też już sędziwy. Ledwo tu dotarł, nie wiem, co byłoby wyżej. A został mi tylko on. Zanim się zgodzisz, poświadczę mym słowom.

Kościej kucnął przy Marie, wlał jej do ust odrobinę wody z fiolki. Przełknęła. Zaczęła ruszać palcami u rąk. Zaraz potem u nóg. Miała siłę sama wstać. Czuła, że znowu żyje. Że może wszystko. Że to, co się właśnie dzieję, jest darem, a tajemniczego starca zesłał jej sam Bóg.

– Niesamowite… – stwierdziła patrząc w paskudną, pomarszczoną gębę staruszka.

– No więc? Jak będzie? – zapytał, choć znał odpowiedź.

– Co mam przynieść? I jak to znajdę?

– Po prostu idź za biciem serca.

– Jak to? Mam słuchać swojego serca?

– Nie, droga Marie. Masz słuchać bicia mojego.

Po tych słowach starzec wlał do siedmiu ust wodę z drugiej fiolki. Na oczach kobiety twarze mężczyzn odzyskiwały kolor życia, a ciała zaczęły się poruszać. Gdy wstali i rozejrzeli się ze zdziwieniem, Kościeja już tam nie było. Marie zdążyła jeszcze zobaczyć skrzydlatego wierzchowca, który niosąc na grzbiecie garbatego chudzielca, niknął gdzieś w dole. 

– Marie… co się stało? – zapytał Gerard.

Kobieta spojrzała w kierunku wierzchołka Mont Blanc i odpowiedziała, pewna siebie:

– Wszystko dobrze, panie Gerardzie. Była mała lawina, straciliście przytomność. Mamy do nadłożenia trochę drogi, ale to nic. Jutro zdobędziemy szczyt!

 

 

*

 

 

Szczyt zdobyli w samo południe.

Marie szybko utraciła siły po wypiciu tajemniczej wody, na szczęście towarzyszom nie zabrakło jej do samego końca. Podczas ostatniego podejścia była ich bagażem, który musieli wtargać. Teraz nie czuła jednak żadnego zmęczenia.

– Udało się! – wrzeszczał Clovis.

– A jakże inaczej, bracie! – dopowiedział Gerard, którego ośnieżone wąsy wyglądały wielce groteskowo.

Marie podeszła na skraj wierzchołka i rozłożyła szeroko ręce. Radowała się chwilą, której dostąpiła jako pierwsza kobieta na świecie. Chmury, które jeszcze chwilę wcześniej osiadły na Mont Blanc, rozstąpiły się niczym pod rozkazem. Jakby ktoś uznał, że byłej pokojówce należy się celebrowanie tej chwili w pełnej krasie. I jednego była pewna. Nigdy nie zapomni tego widoku. Poszarpanych, białych gór, które tonęły w obłokach. Marie była ponad tym wszystkim. Ponad tym, co znane człowiekowi. Ponad swoimi słabościami i lękami.

Ponad poprzednim życiem.

I choć jako dobrze wychowana dziewczyna nie miała w zwyczaju używać brzydkich słów, tym razem, tym jednym razem, zrobiła wyjątek i wykrzyczała:

– Spierdalaj na zawsze, Thierry! Spierdalaj na zawsze, dziuro! Spierdalaj na zawsze, stary świecie!

Towarzysze wyprawy nie zwrócili nawet na kobietę uwagi. Próbowali za to utkwić na alpejskim kolosie flagę z dziwacznym symbolem przypominającym koguta. Gdy Marie ochłonęła, zamknęła oczy i wytężyła słuch.

Puk.

Puk.

Puk.

Bicie serca. Podążyła za dźwiękiem na przeciwległy skraj wierzchołka. Ujrzawszy samotny kamień wiedziała, co ma zrobić. Dudniący dźwięk chciał rozsadzić oblodzoną skałę. Dźwignęła ją z trudem. Głaz potoczył się chwilę i zniknął w przepaści. Odgłos stał się wyraźniejszy. Kobieta, za pomocą siekierki, pospiesznie zaczęła rozgarniać śnieg, aż w końcu dotarła do celu.

Serce było czarne.

Ruszało się jednak i biło jak w żywym ciele. Marie schowała znalezisko pod skórzaną kurtę i wróciła do reszty zdobywców.

– Panno Marie, jak się czujesz jako pierwsza kobieta na szczycie lodowego giganta?

– Nigdy nie czułam się lepiej – odpowiedziała zupełnie szczerze.

 

 

*

 

 

– Ma pani gościa. Mówi, że chce pani pogratulować. – Głowa Clovisa pojawiła się nagle w wejściu do namiotu.

– Dziękuję, panie Clovis. Niech wejdzie – odpowiedziała Marie, która mogła spodziewać się tylko jednej osoby. Nie sądziła jednak, że odwiedzi ją tak szybko. Dopiero co zeszli do pierwszego obozu, nie zdążyła nawet dojść do siebie.

– Piękny dzień, prawda? – rzekł Kościej Nieśmiertelny, gdy tylko wszedł do środka. Usiadł na ziemi, tuż przy leżącej kobiecie.

– Udało się – stwierdziła.

– Wiem.

– Co z moją wodą?

Nie wiedziała, co w praktyce oznacza długowieczność, jednak miała już w głowie dziesiątki pomysłów na jej wykorzystanie. Starzec bez zawahania sięgnął pod płaszcz, po czym wręczył jej do ręki wypełnioną pod sam korek fiolkę. Marie skinęła w zamian głową w kierunku stojącej w kącie szkatuły.

– Dziękuję. – Kościej wyciągnął serce i schował do kieszeni.

– Dlaczego jest czarne? – zapytała Marie.

– Ach, gdybyś miała tyle lat, co ja, wierz mi, twoje serce również nie byłoby takie… nieskalane. Wiele pytań chodzi ci po głowie, co?

– Czytasz mi w myślach. Jednak teraz marzę tylko o śnie. Może odwiedzisz mnie jeszcze?

– Wątpię. Ale kto wie? Naszego pierwszego spotkania też nie planowałem jakoś specjalnie wcześniej.

– Powiedz chociaż, dlaczego ja. Dlaczego to musiała być kobieta.

Starzec wyraźnie spochmurniał. Wcześniej nie wyglądał na kogoś, kto potrafi wykrzesać z siebie takie emocje.

– Widzisz… nikt nie jest całkiem taki, jakim go malują. Choć ludzie źle o mnie mówią, nie znają mojej historii.

– A jaka ona jest? – Marie, z trudem, usiadła naprzeciw Kościeja.

– A taka, że grupa chłopów zaciągnęła moją ukochaną do puszczy. Za wiedźmę ją uznali. Przywiązali do drzewa, przypalali pochodniami każdy skrawek ciała, potem jeden po drugim, zbryzgali własnymi nasieniami. Na koniec zostawili wilkom na pożarcie. Wtedy wyciąłem własne serce i postanowiłem je schować. Ale nie dlatego, że chciałem w ten sposób chronić swoją nieśmiertelność. Dlatego, że nie chciałem, aby zabiło kiedykolwiek dla jakiejś kobiety. Później odwiedziła mnie ukochana. W snach, a może na jawie, nie wiem. Rzekła, że chce, abym był szczęśliwy, więc sprawiła, aby moje serce usłyszała każda kobieta chodząca po świecie. Dopiero niedawno to zrozumiałem. Po tym zniknęła i nie pojawiła się już nigdy więcej, a ja ukryłem to, co daje mi nieśmiertelność, tam gdzie miałem nadzieję nikt nie dotrze. Choćbym na wieczność miał byś samotnym dziadem, nie chcę innej. Taka jest moja historia. Nie byłem zły, Marie. Jednak życie nas zmienia. Będę mścił się na ludziach w nieskończoność. Ty też zemściłabyś się na mordercy matki. Tak jak i na tym chamie, który perfidnie wykupił wasz dom i wyrzucił cię na ulicę. Na koniec zemściłabyś się na tym, który przez tyle lat dawał ci pracę, a zarazem sprawiał tyle bólu.

– Mnie jednak pomogłeś.

– Miałem w tym swój interes.

– No tak… – Marie zamilkła. Po dłuższej chwili ciszy postanowiła zadać jeszcze jedno pytanie: – Co teraz zrobisz ze… swoim sercem?

Starzec wstał i podszedł do wyjścia. Zamyślił się na chwilę, ale odpowiedział pewnie:

– Gdyby nie żądza zemsty, sam dawno bym je przebił. Nieśmiertelność, tkana z nici niekończących się bólu i tęsknoty, nie jest niczym przyjemnym. Jednak czuję, że jeszcze wiele ludzkich istot musi zapłacić za krzywdy. Myślę zatem, że tym razem będzie to Czomolungma. Dwukrotnie wyższa, dwukrotnie groźniejsza. Znajdę jakiś sposób na wyniesienia serca na dach świata. Mam paru dłużników. I tam już z pewnością nikt nigdy nie wejdzie. Bywaj, panno Marie.

Starzec wyszedł z namiotu i ruszył w dół zbocza. Choć polubił nieco tę kobietę, nie czuł się źle z tym, że zostawił jej fiolkę ze zwyczajną wodą. Pobraną z tej samej rzeki, nad którą czekał teraz na niego czarny koń ze skrzydłami z kości. Kościej nie miał bowiem w zwyczaju układać się z ludźmi, a już tym bardziej dotrzymywać dla nich słowa. Choć po chwili dotarło do niego, że przecież podarował jej drugie życie. Czy będzie długie, tego nie wiedział. Dzięki niemu jednak ośmiu ludzi, zamiast gnić w cieniu góry, ma się całkiem dobrze.

Włożył rękę do kieszeni płaszcza i zacisnął dłoń na spokojnie bijącym, czarnym sercu. Przez jedną, krótką chwilę miał ochotę zgnieść je na miazgę. Wbił kościste palce w pulsujący organ. Zwolnił uścisk.

Jeszcze nie tym razem.

Koniec

Komentarze

Nie przeszkadzały im w podróży nawet wojny napoleońskie.

Nie jestem pewna, czy współcześni używali tej nazwy.

 

Od śmierci matki, po straceniu rodzinnego domu, nie było tym samym miejscem.

Dałabym: po utracie rodzinnego domu

 

Tą szczątkową wymianę zdań zakończył delikatnym klapsem.

Ta wymianą, wię tę wymianę.

 

– Tak, oczywiście – Powiedziała jednak, gdyż nie miała najmniejszej ochoty wgłębiać się w ten temat.

Powiedziała z małej litery

 

Z trudem dźwignęła przymarznięte powieki.

dźwignąć – dźwigać

1. «podnieść z wysiłkiem w górę coś ciężkiego»

2. dźwigać «nieść ciężkie rzeczy»

3. «podnieść kogoś na duchu lub wesprzeć materialnie»

4. «ulepszyć, podnieść na wyższy poziom»

5. «dać radę trudom, obowiązkom

 

Podobało mi się, fajne opko. Dobrze się czytało. Nazwisko sprawdziłam zaraz na dzień dobry i z przyjemnością śledziłam Twoją wersję tej historii. Nie wiem na ile postać Marii jest zgodna z oryginałem, ale podobał mi się sposób, w jaki ją przedstawiłeś. Da się go najlepiej zilustrować tym cytatem:

– Jak pan widzi, wstałam jako pierwsza i jestem już przygotowana do dalszej drogi. Proszę zapytać o to pozostałych, a ja poczekam.

Kościeja pamiętam jako tego złego, w Twojej wersji jest bardziej realistyczny, to jego zło z czegoś wynika.

Wieem, że babolki poprawisz, więc klikam :)

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irko, dzięki za pierwszy komentarz i kliczka! :) Cieszę się bardzo, że Ci się spodobało, a babolki oczywiście poprawiłem :)

 

Nie jestem pewna, czy współcześni używali tej nazwy.

Być może nie, jednak sformułowanie to nie jest użyte w dialogu, jeno używa go narrator. Może to coś zmienia, może nie… Ten aspekt jeszcze zostawię i poczekam na inne głosy, jeśli takowe się pokażą :)

 

Pozdrówka!

Te wojny napoleońskie też mi nie przypadły do gustu, jakby były tu umieszczone z jakiegoś całkiem innego porządku. Zresztą same wojny napoleońskie wojnom napoleońskim nierówne, myślę, że dla dobra ładnego obramowania opowieści kontekstem historycznym można by to bardziej doprecyzować o jaki konkretnie fragment epoki chodziło.

 

Najbardziej przeszkadzały mi jednak na mój gust zbyt umowne realia epoki. Francuska pokojówka, która nie rozróżnia szlachty od arystokracji?Do tego pokojówka, która sama prowadzi zajazd w XIX wieku to takie trochę s-f. Chyba nawet większe niż sama postać Kościeja w drugiej części. Damo przygotowywanie posiłków to jest kawał roboty.

 

Nie widzę też za bardzo, o czym właściwie jest ta historia. Co mają wspólnego ze sobą Kościej i Marie? Czemu wybrał właśnie ją. Z tego, co na szybko wygooglowałem o samej Marie to jej sukces jako pierwszej kobiety na Mont Blank wydaje się trochę przypadkowy.

Hejka!

Ja natomiast podszedłem do opowiadania bez znajomości konkursu i Googlowania (jeszcze to ogarnę). 

Ogólnie wrażenia na plus, choć nie do końca moje klimaty. 

Najbardziej podobała mi się końcowa sekwencja ze starcem – ładnie to napisane. 

Czytało się lekko i przyjemnie, jak baśń – a z racji że mało czytam tego typu tekstów, to była to nawet fajna odskocznia. 

Stylowo bez zarzutów – chociaż w dostrzeganiu błędów jestem słabiutki ;p

Myślę, że na klika w sam raz. 

Niedługo przyleci ;D

Pozdrawiam no i powodzenia w konkursie! 

 

killman, przeczytawszy Twoje uwagi nachodzą mnie dwie myśli. Pierwsza jest taka, że to ja niedostatecznie opisałem pewne kwestie, druga zaś, że to Ty przeczytałeś tekst po łebkach. Nie wykluczam oczywiście zaistnienia obu. A teraz odpowiadam:

 

myślę, że dla dobra ładnego obramowania opowieści kontekstem historycznym można by to bardziej doprecyzować o jaki konkretnie fragment epoki chodziło.

To tekst konkursowy z konkretną datą, ba, w moim przypadku to nawet konkretny miesiąc, podczas konkretnego historycznego wydarzenia. Nie wiem zatem co miałbym bardziej doprecyzować.

 

Francuska pokojówka, która nie rozróżnia szlachty od arystokracji?

Tutaj nie rozumiem, skąd bierze się to pytanie. Poza tym to nie jest pokojówka z Paryża jeno z wiochy.

 

Do tego pokojówka, która sama prowadzi zajazd w XIX wieku to takie trochę s-f. Chyba nawet większe niż sama postać Kościeja w drugiej części. Damo przygotowywanie posiłków to jest kawał roboty.

Nigdzie nie jest napisane, że to zajazd. Myślisz, że w miasteczku w górach, gdzie jest parę domów, każdy każdego zna, potzeba im było pięciu służących i trzy kucharki? Przyjazdy arystokratów były nowością, wcześniej w tym miejscu nie potrzebowali żadnych hoteli i zajazdów, bo to dziura była. Toteż goście zostali zaproszeni na kolację do tej akurat rodziny.

 

Nie widzę też za bardzo, o czym właściwie jest ta historia. Co mają wspólnego ze sobą Kościej i Marie? Czemu wybrał właśnie ją. Z tego, co na szybko wygooglowałem o samej Marie to jej sukces jako pierwszej kobiety na Mont Blank wydaje się trochę przypadkowy.

Jak to czemu? To akurat chyba jest czarno na białym wyjaśniane, i to niejednokrotnie w dialogach. Choćby w tym fragmencie:

Widzisz, gdyby nie ja, skończyłabyś tutaj dzisiaj tak, jak twoi towarzysze. Ale zrozumiałem również, że jeśli nie ty, w końcu zrobi to inna kobieta. Że w końcu jakaś znajdzie to, co znalezione zostać nie może.

Owszem, według źródeł Marie została niemal wniesiona na szczyt, stąd też między innymi pomoc Kościeja i wskrzeszonych przez niego ludzi.

 

NearDeath

Hej, dzięki za przeczytanie! ;) Cieszę się, iż mimo, że tekst nie jest w Twoich klimatach to odebrałeś go pozytywnie. Z pewnością znajomość, chociaż ogólna, głównej bohaterki oraz wybranej postacii mitologicznej pomaga nieco w zrozumieniu tekstu :)

 

 

Hej, 

nie będę odpowiadał na uwagę, że nie doczytałem uważnie. No nie wiem… Może… Nie wydaje mi się, ale kto wie… Jeśli ta dzienna data padła w tekście to faktycznie ją przeoczyłem. Nie zwróciłem też uwagi, że to jest tekst konkursowy. Zobaczyłem wiek XIX i przeczytałem. Dopiero jak po wszystkim wygooglowałem, o co chodzi z tą całą Marie.

 

Teraz też rozumiem, że pojawienie się Kościeja było elementem założeń konkursowych. Jak czytałem tekst tego nie wiedziałem, więc w trakcie lektury zadałem sobie w pewnym momencie pytanie: No dobra, ale o co właściwie chodzi?

 

Co do kwestii tego, czy pokojówka z jakiejś tam wiochy na odludziu mogła nie rozróżniać szlachty od arystokracji… To wydaje mi się to mocno wątpliwe. Różnice klasowe i ich waga były bardzo mocno wdrukowane w świadomość ludzi z epoki. 

 

Co do kwestii tego, że ona była pokojówką… Nie każda służąca to od razu pokojówka. Ta pracuje raczej na pokojach, jak wskazuje nazwa. Z twojego opowiadania wynika bardziej, że była taka służącą. No ja bym był po prostu bardziej pryncypialny w opisie kwestii związanych z szeroko rozumianym obyczajem, czy realiami epoki, i tyle… 

 

Ustaliłyśmy z współjurorką, że merytoryczne uwagi z zakresu naszych specjalności wstawiamy oprócz obrazków oznaczających byłam tu, więc…

Disclaimer: te uwagi nijak nie mają się do oceny pomysłu na opowiadanie i wplecenia postaci mitologicznej w dane miejsce/czas, czyli ostatecznie do oceny opowiadania z punktu widzenia wymogów konkursowych.

 

Nie jestem pewna, czy współcześni używali tej nazwy.

Nie. Określenie “wojny napoleońskie” do dziś nie jest zbyt chętnie używane we Francji, bo to typowy konstrukt “historii pisanej przez zwycięzców”, zwłaszcza że bardzo często spotyka się to określenie dla wojen 1792-15, gdzie do 1804 nie ma “Napoleona” ;) Poza tym wbrew temu, co ludzkości wmówili następnie głównie Anglicy, ogromna większość wojen tej epoki była rozpoczynana przez przeciwników Francji.

Współcześnie najczęściej używano nazw konkretnych kampanii (dla 1808 ostatnią była wojna pruska, ewentualnie polska 1806-07 w zależności od tego, kto mówił – bo też nie było ustalonych nazw i, wybiegając w przyszłość, o ile Rosjanie mówili o bitwie pod Borodino, to Francuzi – nad [rzeką] Moskwa: de la Moscova; Anglicy mówili o bitwie pod Waterloo, Francuzi – Mont-Saint-Jean…). Mówiło się czasem o kolejnych koalicjach antyfrancuskich (w 1808 roku ukazała się książka pt. “Histoire de la guerre des coalitions contre la France 1805-07”), ew. o wojnach Republiki i Cesarstwa.

To, że mówi narrator nic nie zmienia, bo narratora masz z wewnątrz świata przedstawionego, a nie np. kronikarza, który opisuje wydarzenia sprzed pół wieku. Gdybyś uczynił nim Alexandre’a Dumasa, który spotkał się jakoś w latach trzydziestych z Marie Paradis, od biedy byłoby to uprawnione – termin już istniał, choć akurat Dumas by raczej tego terminu nie użył, bo był bonapartystą.

Tl;dr – wydaje mi się, że w ogóle w takiej opowieści ogólne “wojny” byłoby najlepsze, bo przed wojnami Republiki była np. cała wielka seria wojen XVIII w., a i XVII Francji nie oszczędził.

 

Co do pokojówki (zgoda z killmanem w kwestii terminologii) i arystokratów – dla mnie głównym problemem jest to, że ona o nich mówi po imieniu – bardzo zdecydowanie używałaby wyłącznie nazwisk. A w ogóle ci arystokraci (grupa społeczna w 1808 siedząca w dużej mierze na emigracji, choć część wróciła; ale grupa niedominująca) w tej historyjce są niepotrzebni – równie dobrze mogła być historyjka o realnej wyprawie Marie, z miejscowymi. A na tym wątku realia też bardzo cierpią.

 

Zakładam, że kwestie sprzętowe sprawdziłeś, bo na tym się nie znam ;) Raki wydają mi się czymś oczywistym jako wynalazek, chyba nawet w jakimś bardzo starym materiale coś takiego znajdowano, podobnie jak siekierki/ciupagi :)

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję Drakaino za obszerne wyjaśnienia. Jeśli można jeszcze zmienić to i owo, do czasu zakończenia konkursu, oczywiście je uwzględnie i zmienię co trzeba. Jeśli to już za duża ingerencja, trudno. Sprzęt sprawdzałem w źródłach oraz na obrazach więc tego akurat jestem pewien. Pozdrawiam!

Tak, do końca konkursu można zmieniać, prosimy tylko o raport większych zmian w przedmowie :)

http://altronapoleone.home.blog

W takim razie na spokojnie spiszę wszystkie nieścisłości, zrobię korektę za jednym zamachem i wtedy wstawię odpowiednią informację. Super, dzięki :)

Sympatyczna historia. Podoba mi się sposób, w jaki połączyłeś Kościeja z Mont Blanc.

Czytałam z zainteresowaniem.

Pokojówka zajmuje się gotowaniem? Mnie też to zgrzytnęło.

Babska logika rządzi!

Finklo, cieszę się :) Z tą pokojówką chodziło mi o to, żeby przez to pokazać, jak była wykorzystywana przez pracodawce (nie tylko fizycznie). Ale wszelkie nieścisłości niebawem będę korektował ;)

Zgłaszam jurorom iż wprowadziłem istotne korekty. Szczegóły w przedmowie :)

Przede wszystkim intersujący pomysł na sparowanie postaci mitologicznej z miejscem i epoką. Fajnie sobie to wszystko obmyśliłeś. Czytało się płynnie i szybko. Powodzenia w konkursie, a ode mnie kolejny biblioteczny kliczek.

Katiu, dziękuję! :)

Szybko mnie zaciekawiłeś. Opowieść ma dla mnie dobre tempo – wydarzenia dzieją się szybko, bez rozwleczonych opisów. Podoba mi się pomysł oraz sposób jego realizacji. Pierwsza kobieta na Mount Blanc oraz Kościej to na pierwszy rzut oka historie nie do pogodzenia, ale Tobie udało się je zręcznie połączyć (np. śmierć członków wyprawy z wodą życia i wodą martwą). Idę klikać :)

Monique.M, bardzo się cieszę, że spodobał Ci się pomysł :) Dzięki i pozdrawiam!

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość

:)

Oooo… bardzo ładna to historia. Początek trochę się dłużył, ale od momentu wbicia noża w kaczkę wciągnęło i nie nużyło aż do końca. Ładnie przedstawiłeś Marie i Kościeja, wplotłeś tu jeszcze, nie rozwlekając, historię kobiety. I podobało się zakończenie – to, że Kościej został taki trochę nieludzki. 

Czytało się płynnie. Miła lektura. :)

Saro, dzięki za odwiedziny i bardzo się cieszę, że dostrzegłaś tyle plusów :) Pozdrawiam!

Czytało się przyjemnie, podoba mi się Twój styl…

 

Od tego momentu zaczynam sobie zrzędzić :) 

 

… ale sama historia mi nie podeszła. Wiem, że o to chodziło w konkursie, ale jakoś mi się wydawało, że to tak trochę na siłę pisane i połączone, że nie rozwinięte do końca, że niektóre wydarzenia jakoś mało przekonujące. Przykładowo, przebiegła sobie przez tę górę, a ja nawet nie poczułem ani zimna, ani trudu tej wędrówki. Jest w miasteczku, potem przeskakujemy do namiotu i praktycznie za chwilę mamy szczyt. Za szybko jak dla mnie. Miałem wrażenie, że w dialogach bohaterowie trochę zamiast do siebie, mówią do mnie, streszczając mi historię swego życia. Mariee rozmawia z dziwną postacią jakby nigdy nic, jakby ufała kościejowi, który ewidentnie jest dziwny i nienaturalny. Ja tam bym jednak czuł niepokój. Do tego wspomnienie o gwałcie – zgwałcono ją, a ja mam wrażenie, że doszła po tym bardzo szybko do siebie i za bardzo to na nią nie wpłynęło. No cóż takie mam subiektywne odczucia.

 

Patryku, dziękuję za komentarz i cieszę się, że podoba Ci się styl.

Rozumiem Twoje uwagi. Więc:

 

Przykładowo, przebiegła sobie przez tę górę, a ja nawet nie poczułem ani zimna, ani trudu tej wędrówki. Jest w miasteczku, potem przeskakujemy do namiotu i praktycznie za chwilę mamy szczyt. Za szybko jak dla mnie.

Rozumiem, że mogło być dla Ciebie za szybko. Początkowo chciałem obszerniej opisać wędrówkę, jednak zdecydowałem się tym razem na takie właśnie przeskoki. Po części bałem się, że nie zmieszczę się w limicie, a po części umyślnie zrobiłem taką a nie inną narrację, w pełni świadomie, więc mam również świadomość, że dla kogoś w niektórych miejscach było za szybko.

 

Miałem wrażenie, że w dialogach bohaterowie trochę zamiast do siebie, mówią do mnie, streszczając mi historię swego życia.

Jeśli możesz to podaj przykład. Pomoże mi to w przyszłości unikać podobnych sytuacji.

 

Mariee rozmawia z dziwną postacią jakby nigdy nic, jakby ufała kościejowi, który ewidentnie jest dziwny i nienaturalny. Ja tam bym jednak czuł niepokój.

Nie spotkała go na ławce w parku tylko została przez niego uratowana. Była na skraju życia i śmierci, jedyne co jej zostało to mu zaufać. Nawet myśli sobie w pewnym momencie, że zesłał go sam Bóg, więc tym bardziej postanawia mu zaufać.

 

Do tego wspomnienie o gwałcie – zgwałcono ją, a ja mam wrażenie, że doszła po tym bardzo szybko do siebie i za bardzo to na nią nie wpłynęło.

Tylko zważ na fakt, że pracuje tam przez połowe swojego zycia i to nie była zapewne pierwsza taka sytuacja. W tekście mamy wzmianki o tym, jak była traktowana oraz inne sytuacje. Przeklina swego prześladowce na szczycie, chce się uwolnić od poprzedniego życia również, a może przede wszystkim z jego powodu.

 

Dzięki raz jeszcze za wszystkie uwagi. Nawet te subiektywne, czy słuszne w mojej ocenie czy też nie, wiele znaczą :)

 

 

 

 

– A taka, że grupa chłopów zaciągnęła moją ukochaną do puszczy. Za wiedźmę ją uznali. Przywiązali do drzewa, przypalali pochodniami każdy skrawek ciała, potem jeden po drugim, zbryzgali własnymi nasieniami. Na koniec zostawili wilkom na pożarcie…

Ty też zemściłabyś się na mordercy matki. Tak jak i na tym chamie, który perfidnie wykupił wasz dom i wyrzucił cię na ulicę. Na koniec zemściłabyś się na tym, który przez tyle lat dawał ci pracę, a zarazem sprawiał tyle bólu.

Z jednej strony rozumiem, bo w ten sposób przedstawiasz mi ich historię, a limit jednak sporo ogranicza. Z drugiej mam wrażenie, że oni to mówią do mnie, streszczają swoje życie, żebym to ja coś o nich się dowiedział, a nie oni dowiedzieli się coś o sobie. Nie wiem, tak czuję po prostu.

Bo może np. on w jakiś sposób jest samotny i chciał się podzielić swoją historią. Może zwyczajnie jest gadatliwy, albo po prostu, skoro zapytała, postanowił odpowiedzieć, bo nie przeszkadza mu mówienie o tym. Dla mnie takie życiowe tragedie jednak trzyma się gdzieś w głębi i raczej nie opowiada od tak, bo mimo wszystko oni się w sumie w ogóle nie znali.

 

Tylko zważ na fakt, że pracuje tam przez połowe swojego zycia i to nie była zapewne pierwsza taka sytuacja. W tekście mamy wzmianki o tym, jak była traktowana oraz inne sytuacje.

Dla mnie to chyba za mało wybrzmiało. Bo z jednej strony jej szef przyprawia ją o mdłości, ale właściwie to pracę nawet mogłaby polubić do tego kocha swoje miasto. Może nie ma perspektyw, ale tak jakby nie ma tragedii. Za szybko to poleciało wszystko i nie zdążyłem się wczuć. Dla mnie to po części historia kobiety, która ma beznadziejne życie, ale postanawia to zmienić i ta góra to taka jej walka z samą sobą, walka o lepsze życie o godność i poczucie własnej wartości, o siebie. Takie swoiste katharsis jak dla mnie. I taką historię chciałbym przeczytać. O tym jak wspina się na tę górę i ją zdobywa mimo wielu przeciwności losu i przy tym wygrywa siebie. A tutaj dostałem zawrotne tempo i kościeja, który jest mi po prostu trochę zbędny i jeszcze ma monolog o swoim i jej życiu. Myślę też sobie, że może po prostu ja szukałem tu trochę innej historii? Zamotałem się już :) Także:

Takie moje zdanie, mam nadzieję, że chociaż trochę pomocne :) 

 

Za sam dobór postaci duży plus. Kościej mający kiedyś nawet w odległych czasach jakieś ludzkie uczucia jest nietypowy i dziwny w kontekście znanych historii, ale w twojej się broni. Co do realiów historyczno-geograficznych się nie wypowiem, bo z rzeczy francuskich lubię tylko niektóre klasyki literatury i kuchnię – kolejność nieprzypadkowa. Ale wracając do sedna atmosfera, którą stworzyłeś bardzo do mnie przemówiła. Plus za język opisów, który mimo że oszczędny jest esencją tego, co potrzeba, żeby wczuć się i w akcję i w myśli bohaterów. smiley

Oidrin, bardzo się cieszę, że Twój odbiór tekstu okazał się pozytywny :) Kościej faktycznie nietypowy no ale chciałem sprawić, aby był przez to bardziej ,,ludzki". Dzięki za komentarz! :)

Początek był bardzo udany, opisy lekkie, barwne, klimat świetnie zarysowany. Potem – jak dla mnie – coś się popsuło, gdy doszło już do spotkania Kościeja. Coś mi nie zagrało w dialogach, zdawały się mało naturalne, bardziej nastawione na ekspozycję dla czytelnika niż na rzeczywistą wymianę zdań. Hm, tak, dialogi zdecydowanie mniej mi przypadły do gustu od opisów. Dobre zakończenie – w przypadku kogoś takiego jak Kościej nie mogło przecież być zbyt różowo. No i ciekawy pomysł na całość.

Silva, dzięki za komentarz. Może i za wiele chciałem wyjaśnić w dialogach i stąd te odczucia. Tak czy siak cieszę się, że znalazłaś pozytywne strony :) Pozdrawiam

Pomysł jest interesujący. Połączenie dwóch połówek jabłka niby nonsensowne, a jednak pasujące. Historia może banalna i prostolinijna, ale poniekąd dzięki temu czyta się to, jakby samo w sobie było pewnym mitem. Nie wzbudziło we mnie specjalnych emocji, ale czytało się nieźle.

Japkiewicz, dzięki za komentarz. Fajnie, że mimo braku większych emocji nieźle się czytało. Powodzonka w konkursie :)

Dziękuję i z wzajemnością!

Rzuciły mi się w oczy dwie rzeczy:

 

Niegdyś kochała to Sabaudzkie miasteczko

Przymiotnik powinien być zapisany małą literą.

 

– Wszystko gotowe? – zapytał ochrypłym głosem.

– Prawie.

Tę szczątkową wymianę zdań zakończył delikatnym klapsem.

Hmm… formalnie rzecz biorąc, była to wymiana równoważników zdań, a nie zdań. Trochę mi to zgrzytnęło, ale może się czepiam :)

 

Moim zdaniem sprawnie oddałeś klimat górskiego miasteczka. Przybliżenie postaci Marie, nakreślenie jej dramatycznej sytuacji – również na plus. Całość czytało mi się dobrze. Pozdrawiam! 

 

 

Adamie, wielkie dzięki za uwagi i komentarz! Cieszę się, że całość wyszła na plus :) Pozdrawiam!

Bardzo przyjemne opowiadanie :) Takie nie za długie, nie za krótkie, żeby opowiedzieć ciekawą historię. Bohaterka zdecydowana ale i prosta; postaci Kościeja nie znałam, a chyba warto poznać :) Co więcej, podoba mi się jego podejście do ludzi: takie dobre, złe i neutralne jednocześnie. Bardzo pasuje mi to do nieśmiertelnych, bo zakładam, że jak ktoś tak długo żyje to nie tak prosto jednoznacznie ocenić jego charakter. A tu było to pokazane nienachalnie i jakby od niechcenia (ale w tym pozytywnym sensie).

Kasjopejatales, dzięki wielkie za przeczytanie i komentarz :) I cieszę się, że opowiadanie okazało się przyjemne. Starałem się z Kościeja zrobć bardziej złożoną postać, więc fajnie, że to dostrzegłeś. Pozdrawiam!

No więc tak, mamy tu zdecydowanie elementy na plus. Podoba mi się bardzo połączenie Kościeja z Mont Blanc. Za dobry kierunek trzeba też uznać pogłębienie psychologiczne obu głównych postaci. Tak więc obie mają za sobą ciężkie przejścia, które też wpływają na ich działania i teraźniejszą kondycję.

Jednak w tym momencie zaczyna się zgrzyt. Bo, mimo że pozornie te postacie nie są papierowe, to jednak w samym tekście nie dajesz tego za bardzo odczuć. Widać to szczególnie w dialogach, które są trochę drewniane. Nie ma w nich naturalnej interakcji między dwiema osobowościami. Zamiast tego używasz ich do podania czytelnikowi infodumpów, w dodatku niezbyt zgrabnie przemyconych. Np. tutaj:

– Pierwsza kobieta na Mont Blanc, to będzie coś! I pomyśleć, że jest pani, bez urazy, zwykłą służącą. Albo już nie? Ten cały Thierry minę miał wielce nietęgą, kiedy po krótkiej rozmowie przy jego stole zaproponowaliśmy pani tę wyprawę. Zezwolił pani na to?

Skoro wcześniej wyszła z namiotu, znaczy są już od jednego dnia w drodze. I po takim kawale czasu on jej zadaje to pytanie? Nie brzmi to naturalnie.

– A taka, że grupa chłopów zaciągnęła moją ukochaną do puszczy. Za wiedźmę ją uznali. Przywiązali do drzewa, przypalali pochodniami każdy skrawek ciała, potem jeden po drugim, zbryzgali własnymi nasieniami. Na koniec zostawili wilkom na pożarcie. Wtedy wyciąłem własne serce i postanowiłem je schować. Ale nie dlatego, że chciałem w ten sposób chronić swoją nieśmiertelność. Dlatego, że nie chciałem, aby zabiło kiedykolwiek dla jakiejś kobiety. Później odwiedziła mnie ukochana. W snach, a może na jawie, nie wiem. Rzekła, że chce, abym był szczęśliwy, więc sprawiła, aby moje serce usłyszała każda kobieta chodząca po świecie. Dopiero niedawno to zrozumiałem. Po tym zniknęła i nie pojawiła się już nigdy więcej, a ja ukryłem to, co daje mi nieśmiertelność, tam gdzie miałem nadzieję nikt nie dotrze. Choćbym na wieczność miał byś samotnym dziadem, nie chcę innej. Taka jest moja historia. Nie byłem zły, Marie. Jednak życie nas zmienia. Będę mścił się na ludziach w nieskończoność. Ty też zemściłabyś się na mordercy matki. Tak jak i na tym chamie, który perfidnie wykupił wasz dom i wyrzucił cię na ulicę. Na koniec zemściłabyś się na tym, który przez tyle lat dawał ci pracę, a zarazem sprawiał tyle bólu.

Ten spory infodump wprawdzie jest uzasadniony, ale z drugiej strony może sugerować, że autor nie potrafił przekazać informacji w mniej nachalny, a przez to ciekawszy sposób. Być może lepiej byłoby rozbić ten monolog, np. poprzez poprzerywanie go reakcjami (czy nawet jakąś jedną reakcją) Marie.

Niezbyt podobały mi się przeskoki (to ze względu na limit?). Szczególnie pierwszy. Być może się mylę, ale nigdzie nie wyjaśniasz, dlaczego bogaci paniczowie zdecydowali się zabrać prostą służącą na wyprawę (w dodatku nie konsultując tego z jej pracodawcą). W tym świetle pierwszy przeskok wygląda mi podejrzanie na wręcz unik autora wobec dziury fabularnej. Chyba że rzeczywiście coś przeoczyłem, co też jest niewykluczone.

 

Podsumowując, bardzo podoba mi się pomysł, trochę mniej wykonanie, ale to oczywiście moje subiektywne odczucie, bo widzę, że większość komentujących go nie podziela ;)

Światowider, przede wszystkim dzięki za tak rozbudowany komentarz. Sporo mi ukazał.

Owszem, pewne rzeczy o których wspominasz, a może nawet prawie wszystkie, występują za sprawą limitu. Ja już tak mam, że gdy jest jakaś linia końcowa, której nie można przekroczyć, spinam się w pewien sposób przez co pisanie nie jest już takie swobodne. Mam z tyłu głowy ograniczenia więc ucinam to, robię przeskok tam, piszę coś w inny sposób, niż gdybym mógł płynąć bez ograniczeń. 

W zasadzie więc rozumiem i zgadzam się z Twoimi uwagami. Dialogi mogłem bardziej rozbić, pewne informacje wpleść w inny sposób. Moja wina.

Cieszę się za to, że spodobał Ci się pomysł :)

Pozdrawiam!

 

 

Nowa Fantastyka