- Opowiadanie: syf. - Mokre ekskrementy

Mokre ekskrementy

Hasło: mokre ekskrementy

 

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Mokre ekskrementy

Prolog

Tego dnia po przebudzeniu Gerhard Sams poczuł przeraźliwy smród.

Fetor fekaliów drażnił wszystkie jego zmysły. Przywodził na myśl chlupot w dołach wojskowych latryn podczas ulewnego deszczu. Oblepiał mdłą woskowatością skórę, wnętrza nozdrzy i ust. Zdawało się, że ściany, poręcze łoża, a nawet okna umazane zostały żółciejącą smugą biegunki. Sam zapach był boleśnie wręcz poniżający.

Gerhard wstał, by opłukać twarz. Podszedł do toaletki, czując coraz większe zażenowanie. Być może w nocy coś się stało.

Z przerażeniem dostrzegł w lustrze, że jego ciało zamieniło się w gówno.

 

I

– Mamy do czynienia z problemem dość delikatnej natury – mówi skryba miejski, pochylając się konfidencjonalnie nad stołem w jednej z mniej reprezentacyjnych sal ratusza.

Galt nie odpowiada. Patrzy na kroplę, formującą się na suficie, która w pewnym momencie spada i z plaśnięciem uderza o podłogę. Zostawia brązowy rozbryzg.

– Wielmożny pan Sams dotknięty został chorobą o czarnoksięskim pochodzeniu, podobną nieco trądowi. Trzeba dyskretnie ustalić, jaki jest powód tego nieszczęścia.

– Będę mógł rozmówić się z panem Samsem?

– Oczywiście, aczkolwiek jego stan wymaga ostrożności.

 

*

– Ta rozmowa oczywiście nie miała miejsca – Galt kończy. – Nikt nie raczył mi wspomnieć o zaklętym Samsie. Powiedzieli teraz, jak już wybuchł ten pierdolnik. Po co, kurwa, kapitan straży miejskiej miałby wiedzieć, że najbogatszy człowiek w mieście również zamienił się w gówno. Jako pierwszy!

Jest zmęczony. Z braku snu kleją mu się oczy. Głowa mimowolnie opada, a dłonie się trzęsą.

– Cały ten gnój zaczął się tak niepozornie.

 

*

Galt patrzył na wybite z kału monety w kufrach. Pokryte gęstym śluzem, obrzydliwie połyskiwały w świetle pochodni. Na tych u góry stosu można było dostrzec zarys oblicza cesarza, te na dole zlewały się w brązową masę. Mokre ekskrementy parowały, roznosząc odrażający odór.

– Obraza majestatu – rzucił któryś strażnik.

– Chodzi tylko o te skrzynie? – zapytał Galt.

– Tak – odpowiedział bankowy skryba.

– Do kogo należą?

– Dysponentem środków jest szanowny pan Meyer, kupiec korzenny.

Galt rozejrzał się po skarbcu. Jeden ze strażników zdążył już obejść i ostukać mury, drugi z lupą obadał zamki w drzwiach i kłódki. Kolejni rozpytywali bankierów.

Zimne, nieco zmurszałe cegły od stuleci trwały na swoim miejscu, zaś zabezpieczenia nie nosiły żadnych śladów złej woli.

– Co tu się, do chuja pana, wydarzyło?

Do krypty wbiegł roztrzęsiony mężczyzna o bladych, obwisłych policzkach. Poczuł smród. Zajrzał do kufrów. Poczerwieniał.

– Kto rządzi tym bajzlem? – ryknął, spoglądając na zgromadzonych. – Ty!

– Kapitan Marinus Galt – odpowiedział cicho.

– Na co czekasz? Bierz się do roboty, patałachu jeden. Złodzieje mają do rana wisieć za jaja na bramie miejskiej!

– Nie ma żadnych śladów.

– Chuj mnie to obchodzi! Do roboty, bo ty zadyndasz!

– Szanowny panie – przerwał bankier. – Prawnie złoto w skarbcu należy do banku. Panu przysługuje jedynie wierzytelność o wydanie równowartości wpłaty.

– Czyli?

– Czyli to nie pana okradziono, tylko bank.

– A to macie wszyscy, kurwa, szczęście. A jutro zabieram stąd moje wierzytelności!

– Dzięki – szepnął Galt do bankiera, kiedy Meyer już poszedł.

 

*

– Pewne rzeczy, mój przyjacielu – odpowiada Ridiger – niestety czasem pozostają poza naszą wiedzą.

– Gdybym od samego początku miał wgląd w tajemnice bogaczy, być może dałoby się uniknąć nieszczęścia.

– Trafiłeś w sedno. – Potakuje Ridiger, dolewając mu wina. –Najbogatszy człowiek w naszym mieście nie chce, by najbogatsi ludzie z innych miast dowiedzieli się o jego niefortunnej przypadłości. Wie, że wykorzystaliby sposobność i rozdarli jego kupieckie imperium na strzępy. Wykorzystuje wpływy w magistracie. Urzędnicy pomagają mu ukryć problem. W ostateczności jednak wszyscy zostają skrzywdzeni.

 

*

 Galt stał nad mokrymi ekskrementami, uformowanymi w ludzką figurę, wypełniającą damskie ubranie. Ktoś włożył dużo wysiłku, by oddać kształt kobiety – wąską talię, delikatne palce, zadarty nosek. Ile artyzmu, pomyślał, można zamknąć w tak plugawym materiale. Zleciały się pierwsze muchy.

W międzyczasie odór wygnał z pokoju mniej odpornych strażników.

– Więc mówicie – Galt zapytał burdelmamę – że to jest Ponętna Trzpiotka?

– To jej ubrania – zapłakanym głosem odparła kobieta. – Mała wczoraj się źle czuła. Zamknęła się w pokoju i nie wychodziła. Dzisiaj chciałam sprawdzić, co u niej i

– Makabryczny żart.

– Ja nie żartuję. To naprawdę Trzpiotka! Szanowny pan kapitan zobaczy. – Kobieta wskazała palcem. – To jej wisiorek po mamie. Złoty. Przecież by złotego nie zostawiła w gównie.

– Starczy. Nie zawracaj mi już dupy.

Jeden ze strażników nachylił się, by podnieść wisiorek. Szarpnął. Kiedy łańcuszek werżnął się w szyję, figura otworzyła gówniane usta i wydała z siebie pełen przeraźliwego bólu krzyk.

 

*

– Szlag by to trafił! – Galt uderza pucharkiem o blat stołu. Czerwone rozbryzgi wina ściekają po jego dłoni. – Tyle cierpienia! Kto jest temu winny? Kto posprząta ten syf?

 

*

Skryba miejski, siedząc za swoim stołem w jednej z mniej reprezentacyjnych sal ratusza, z niepokojem przeglądał spływające pisma.

Ktoś wyrżnął sad w rezydencji Martjaegerów i w miejsce drzew usypał kupy fekaliów. Ktoś porwał wyścigowego konia Brunellusa i podrzucił ulepioną z kału kukłę. Nadeszła wieść o statku handlowym, który dosłownie rozpuścił w doku zamorskiego portu pozostawiając jedynie plugawe nieczystości.

Urzędnik nie mógł również zapomnieć o sprawach zgłaszanych przez straż miejską – w tym o dziwce zaklętej w gówno.

Słyszał pogłoski o przypadłości pana Samsa. Próbował sugerować rajcom, że sprawy mogą być powiązane, ale kazano mu milczeć.

Z sufitu spadła kropla, która rozbryzgując się na papierze, zostawiła brązowy ślad. Skryba odruchowo starł ją rękawem. Co jest, pomyślał, czując smród latryny. Kolejna kropla uderzyła w jego czoło. Obok kolejna, i następna.

 

*

– Szedłem w kierunku ratusza – powoli relacjonuje Galt – kiedy to się zdarzyło. W jednej chwili gmach, wieża, zegar rozpadły się i zmieniły w gęstą falę plugastwa, która rozlała się po ulicach miasta. Jakbyś chlusnął nieczystościami z nocnika. Gówno sięgnęło piętra kamienic. Wlewało się do domów, zatapiało sutereny i zalewało studnie. Ludzie tonęli. Prąd niósł ich w kierunku bram miejskich. Ledwo uciekłem. Potem znajdowaliśmy zwały trupów przy kratach.

– Rozumiem twoje zmęczenie – odpowiada Ridiger – ale w tej sprawie pojawił się ważny wątek.

– O czym ty mówisz?

– Mam na myśli guślarzy, którzy sprowadzili klątwę.

 

II

Tego dnia Ridigera przebudziło kołatanie do drzwi.

– Szanowny panie – powiedział goniec. – Szybko. Wielmożny Gerhard Sams potrzebuje pomocy.

Ridiger udał do domu Samsów. Na miejscu byli już burmistrz i najważniejsi rajcowie. Na ich twarzach malowało się zszokowanie.

– Mistrzu magicznych sztuk – zaczął Sams. – Co mi jest?

Ridiger obserwował ulepionego z gówna człowieka, siedzącego w jedwabnej pościeli, zostawiającego po każdym ruchu brązowe smugi. Czuł zapach wody różanej, wymieszany z plugawym smrodem; odór wsiąkał w zdobione złotymi nićmi tapiserie z rajskimi widokami jak masło w ciepły chleb.

– Klątwa – orzekł Ridiger po wyczerpującym badaniu. – Ktoś wielmożnego pana przeklął.

– Ten incydent – rzekł zebranym kupiec, odzyskawszy pewność siebie – musi pozostać utajony. Nikt się nie może dowiedzieć. Tymczasem wszystkim zajmie się pan Ridiger.

 

*

– Niespodzianka, skurwysyny! – ryczy Galt, włażąc przez wyłamane drzwi.

W małej oficynie na tyłach spichlerza po drugiej stronie rzeki, gdzie nie dotarła fala plugastw, czworo ludzi gorączkowo niszczy księgi, rozbija i łamie w drzazgi magiczne symbole, rwie na strzępy szaty, a resztki wrzuca do pieca.

Piechurzy wparowują do środka. Dziewczyna zaczyna płakać. Dwaj mężczyźni próbują wyskoczyć przez okno. Czający się na zewnątrz strażnicy okładają ich pałkami i zatrzymują.

Ostatni z guślarzy, o obcych rysach twarzy, chwyta sztylet.

– Rzuć to – woła Galt – bo cię zajebiemy!

– Przecież po to przyszliście – odpowiada drżącym głosem młody mężczyzna.

Recytuje inkantację w obcym, szeleszczącym języku i dyskretnym ruchem rzuca przed siebie fiolkę. Strażnicy cofają się, słysząc zaklęcie, ale ostatecznie nadstawiają włócznie, by go zakłuć.

Głośny wybuch i kłęby dławiącego dymu rozpraszają piechurów.

Guślarz wykorzystuje okazję, chwyta dziewczynę za rękę i we dwójkę zrywają się do ucieczki. Galt jednak bierze zamach i rzuca pałką. Trafia dziewczynę w potylicę.

Mężczyzna zostawia nieprzytomną i wybiega z budynku.

 

*

Ridiger spoglądał przez okno na ogrody letniej rezydencji Galtów. Podobały mu się równo posadzone, starannie obielone jabłonki, wręcz ociekające zielenią na tle pomalowanej na czerwono stodoły. Ze wzgórza widać było ceglastą plamę miasta; hełm ratuszowej wieży błyskał w popołudniowym słońcu. Urokliwy widok scenerią dla tak ponurej rozmowy, pomyślał.

– Czy szanowny pan dostrzega wątki, które łączyłyby następujące rzeczy, osoby i miejsca – zaczął wyliczać przejawy klątwy.

– To nie on. Niemożliwe – szepnął Sams. – Dlaczego?

– Nie wiem, trzeba go zapytać.

– A gdzie on jest?

– Pańscy ludzie nie wiedzą. Jego aura jest jeszcze zbyt słaba, bym mógł go zlokalizować – odparł Ridiger. – Być może powinniśmy poinformować straż miejską.

– A co oni z nim zrobią?

– Zapewne przekażą go łowcom czarownic.

– Nie! – Sams machnął rękoma, zostawiając ślady na ścianie i drzwiach. – Nie zgadzam się. Kiedy będzie go pan w stanie namierzyć?

– Z każdą kolejną klątwą którą rzuci, wzmocni się jego magiczne oddziaływanie. Im będzie silniejsze, tym łatwiej będzie mi go znaleźć.

– Dobrze – odpowiada bez wahania Sams. – Poczekamy.

Ridiger sprawdza, czy ma na pewno na szyi amulet chroniący przed klątwami.

– Proszę go do mnie sprowadzić.

 

*

– Patrzcie, coście uczynili temu miastu – mówi Galt do związanych guślarzy.

– To nie my – płacze dziewczyna.

– To wszystko tak przez przypadek wyszło – mówi jeden z chłopaków. – Chcieliśmy tylko okantować tego bogatego chłoptasia.

– To wina Kheleniego – dopowiada drugi. – To on odprawiał gusła!

Ich oczom ukazuje się zdewastowane śródmieście. Pożółkłe, grzybiejące fasady kamienic zdają się pochylać nad mieszkańcami, jakby miały ich za chwilę pogrzebać pod gruzowiskiem. Przemęczeni ludzie rozbijają kilofami zasychające hałdy ekskrementów, pieczętujące zejścia do piwnic, okna, niekiedy całe zaułki. Wyciągają z rynsztoków ludzkie zwłoki i truchła zwierząt. Wszędobylski fetor z łatwością przenika przez chusty. Miasto wypełnia się grozą, drgającą w takt bzyczenia chmar much; zgrzytliwą jak pazury hord szczurów, przemykających nawet za dnia po nagrzanym bruku; gnijącą jak gangrena, której nie ma jak wyciąć. Wszyscy instynktownie czują, co czai się pośród wiader z ciepłą wodą i koszy z czerstwym chlebem.

Nadchodzi zaraza.

– Będziemy z was drzeć pasy.

 

*

Kheleni, Loew i Inga wymienili dyskretne uśmiechy, kiedy Manfred odebrał ciężką sakiewkę od przybyłego mężczyzny.

Sala była przygotowana. Draperie zasłaniały okna. Wątłe plamy światła wokół rozdygotanych świec odsłaniały przed wzrokiem urywki magicznych symboli; wydobywały z czerni zarysy totemów; pozwalały wierzyć, że coś więcej czai się w mroku. Zapach wosku mieszał się z cierpką wonią ziół.

 – Wypij – powiedział Manfred, podając mężczyźnie kielich z mocnym alkoholem i miksturą sprowadzającą omamy.

Kheleni otworzył księgę. Spojrzał na pozostałych – Manfred i Loew byli już specjalistami w inscenizacjach. Dla Ingi był to jednak debiut. Dziewczyna mu się spodobała, nawet bardzo. Miała coś w sobie. Poświęcił sporo czasu, by przekonać pozostałych, że warto wcielić ją do trupy.

Przybyły usiadł wewnątrz nakreślonego solą kręgu. Loew i Inga zaczęli śpiewać pieśń. Kheleni inkantował zaklęcie; stara guślarska księga w jego rodzimym języku, szeleszczącym i obcym miejscowym, nadawała pozór autentyczności wywoływaniu duchów, sprowadzaniu klątw, błogosławieniu szczęściem – za co tylko zapłacił klient. Omamy dopełniały dzieła.

 

*

– Wtedy wszystko się spierdoliło – kontynuuje Manfred.

Siedzi na drewnianym zydelku, przywiązany do obręczy w ścianie. W celu przebywają jeszcze Galt, Ridiger oraz zwalisty strażnik o nieprzytomnym spojrzeniu i bardzo ciężkiej pięści.

–Paniczyk odpływał do krainy marzeń, kiedy nagle przez salkę przelała się fala przeraźliwego zimna. Zobaczyłem, jak w ścianie tworzy się szczelina. Za nią był jakby inny świat. Kościanobiałe pustkowie, poprzetykane kikutami drzew, a na horyzoncie majaczyły ruiny jakiegoś zamku czy pałacu.

– Czy jakaś kreatura przeszła przez portal?

– T-tak – niepewnie odpowiada Manfred, jego głos zaczyna drżeć – Nagle pojawił się przed nami potwór. J-ja się brzydzę go opisać!

Galt kiwa głową, a strażnik wymierza chłopakowi kilka uderzeń w twarz.

– Ta przemoc jest zbyteczna – komentuje Ridiger. – Jesteście barbarzyńcami.

– To jest jama i tu panują barbarzyńskie zwyczaje – odpowiada Galt. – U siebie możesz ich gościć winkiem i marcepanami.

– On był wysoki i szary – płaczliwie mówi Manfred. – Chyba owinięty złożonym skrzydłami. Albo to skóra zwisająca z jego szyi utworzyła pelerynę. Nie widziałem jego rąk. Wyglądał jak człowiek, ale taki wielki i spotworniały. Patrzył na nas przerażającymi, białymi jak mgła oczami, a potem chyba się uśmiechnął, ale jego uśmiech był jak piła do obcinania nóg. Lewitował na środku salki i zapytał: „czemuż to mnie sprowadziliście”.

– A paniczyk, rozumiecie kurwa – Manfred wybucha opętańczym śmiechem – myślał, że tak miało być i wypowiedział swoje życzenie.

– I czego sobie zażyczył? – pyta Galt.

– Powiedział tak: „chcę, by wszystko, czego pragnę, stało się moje!”

– Stwór odparł: „niech tak będzie”.

– Nie rozumiem. Przecież stąpamy po kolana w gównie.

– No tak – kwituje Ridiger.

– Jak zawsze jasno i na temat – rzuca Galt. Potem pyta Manfreda: – Dlaczego od razu nie wydaliście Kheleniego straży, skoro wpierdolił was w taką kabałę?

– Przecież byliśmy przyjaciółmi.

– I na pewno nie wiesz, jak się nazywał wasz klient?

– Nie.

Mężczyźni wychodzą z celi.

– Skąd wiedziałeś o tych guślarzach? – pyta Galt.

– Badałem magiczną aurę nad miastem.

– Rozumiem – Kapitan zawiesza głos. – Przypuszczamy, że syn Samsa może być jakoś związany z tą chujnią. Zachodzi związek między nim a paroma rzeczami, które zamieniły się w gówno. No i od razu się ulotnił.

– Równie dobrze sam mógł się przemienić w kałową kukłę albo utonąć podczas kałowej powodzi.

Ridiger wyciąga z torby srebrne pudełko. Otwiera je. W środku jest siateczka z wplecionymi drogocennymi kamieniami.

– Po co ci to?

– Marinusie, mój przyjacielu – odpowiada Ridiger. – Chyba nie sądzisz, że ten biedy cudzoziemiec wywołał klątwę, czytając podniosłym głosem szarlatański bełkot?

– Przecież wywołał wybuch w magazynie.

– Dobre sobie. Chłopak was po prostu przestraszył jakąś alchemiczną zabawką. Natomiast któreś z pozostałej trójki posiada czarnoksięską moc, być może nieuświadomioną. – Ridiger nastraja urządzenie. – Rozkaż, by otwarto cele i nie przeszkadzajcie mi, proszę.

 

*

Młody mężczyzna szedł środkiem ulicy. Otumaniony i zlękniony, wciąż nie mógł uwierzyć, że naprawdę doszło do spotkania z duchem, demonem… cokolwiek to było. Najważniejsze, że kreatura zgodnie ze słowem guślarzy zgodziła się spełnić jego życzenie.

Idąc, zataczał się, odurzony nadchodzącym spełnieniem. Piękne kobiety, pieniądze, interesy. Nie będzie już musiał przepłacać u dziwek, gdyż same rozłożą przed nim nogi. Nikt już go nie okantuje. Przez jego głowę przelatywały obrazy pragnień i żądz, których dotychczas nie mógł zaspokoić.

Carillon na ratuszowej wieży odegrał krótką melodię, sygnalizującą nakaz zgaszenia ognia.

To będzie zwieńczenie mojej kariery, pomyślał. Burmistrzowski łańcuch. Wtedy przyjdę i pokażę temu bydlakowi, co osiągnąłem, szeptał do siebie, zobacz, zobacz ojcze, kim jestem.

Zachłysnąwszy się tą myślą, pobiegł ku pierwszej piwnicy piwnej.

 

III

– Nie dziwi mnie, że ściągnąłeś do swojego loszku pannę – mówi Galt.

– Marinusie, nie mierz mnie swoją grubiańską miarą – odpowiada Ridiger. – Posłuchaj, zgodnie z moimi przypuszczeniami same gusła nie otworzyły wrót krainy zmarłych. Uczyniła to dziewczyna.

– Jak?

– Krótko mówiąc, jest ona owocem nieczystego związku kobiety oraz mieszkańca krainy zmarłych, jakiegoś potężnego przedwiecznego ducha, który jest w stanie siłą swej woli pokonać barierę ciała, a który też zapewne spełnił owo nieszczęsne życzenie w opaczny i niezwykle złośliwy sposób. Duch ten wykorzystał uniesienie dziewczęcia podczas rytuału, by móc wkroczyć do naszego świata.

– Ona jest niebezpieczna – rzuca Galt.

– Odpowiednio ją zamknąłem. Nie musimy obawiać się wizyty jej rodziciela.

– Czego właściwie ode mnie chcesz?

– Nasza misja nie jest ukończona.

– Misja?

– Tak. Trzeba pozbawić sprawcę jego przeklętych mocy.

– Co mam zrobić?

– Musisz przeprawić się do krainy zmarłych, do miejsca odległego i niedostępnego nawet potężnym magom.

– Żartujesz.

– Nie.

 

*

– To tu – powiedział Ridiger przed niską kamieniczką, chowając magiczne urządzenie.

Ostrożnie przeszedł nad jęzorem zaschniętego kału, upstrzonym otworami, z których wypełzały tłuste larwy.

– Panowie, do dzieła.

Dwaj mężczyźni sprawnie wybili drzwi z futryny i wpadli do środka. Ridiger usłyszał odgłosy szamotaniny. Również wszedł. No tak, pomyślał, kurwidołek, gdzieżby indziej schował się młody Sams. Poczuł rozczarowanie. Liczył, że ktoś, kto może sprowadzić na innych tyle nieszczęścia, będzie miał dość odwagi, by ukręcić sobie pętlę.

Jonas Sams leżał na łóżku. Był pijany. Obok siedziała prostytutka z rozbitą wargą, niezwykle gruba i brzydka. Na podłodze walały się butelki po winie.

– Więc tak próbowałeś wygasić żądze, spółkowaniem i alkoholem – rzekł. – Słabo ci poszło.

Mężczyźni owinęli Jonasa płaszczem i zabrali.

 

*

– Posłuchaj – mówi Ridiger. – Klątwy można odwrócić. Za każdym razem kiedy w naszym świecie doszło do przemiany, w krainie zmarłych materializował się symbol, wiążący przemianę z mocą tamtejszej magii. Musisz dostać się do pałacu tego ducha, o którym mówili guślarze, i wykraść symbole. Po powrocie je zniszczymy.

– Skąd wiesz, gdzie one są?

– Wiem kogo pytać po drugiej stronie.

– Mam iść sam?

– A kogo byś chciał wtajemniczyć w taki plan?

– A ty?

– A ja zapewnię, byś bezpiecznie wrócił.

– Najważniejsze – pyta Galt. – Co z mocą rzucenia klątwy?

– Znajdziesz stosowny symbol.

Ridiger zdejmuje z ognia kociołek. Odsłania pokrywę i miesza. Smród spalenizny wypełnia komnatę.

– Co to za syf?

– Do fetoru powinieneś się już przyzwyczaić. To jest wywar ze zwłok i palonych kości. Wszak wybierasz się do krainy zmarłych. – Podaje strażnikowi odcedzony tłusty płyn. – Wysmaruj się.

– Skoro nie ma innego wyjścia, by to zatrzymać.

Ridiger tłumaczy mu, co zrobić i jak zachować się w pałacu, a w międzyczasie przygotowuje otwarcie portalu.

– Idź – mówi, kiedy na murze pojawia się szczelina o kościstoszarej poświacie.

 

*

– Oddech. Odgłos rzadki w tych stronach.

Galt drętwieje. Znów dopada go poczucie paniki, jeszcze gorsze niż kiedy pierwszy raz spojrzał na bezkresną pustkę krainy zmarłych. Skradając się między pałacowymi ruinami do wskazanej przez Ridigera wieży musiał zatrzymać się w jakiejś piwnicy. Nie potrafił opanować szlochu. Dojmująca cisza obudziła w jego głowie wszystkie demony.

Kątem oka dostrzega szare monstrum, wiszące u sklepienia. Stara się nie patrzeć.

– Widzę, że znalazłeś skrzynkę ze skarbami rodu Samsów.

Galt trzęsąc się, pada na kolana. Jego doświadczenie i broń są bezwartościowe. Ridiger wysłał go tu na śmierć. Chce płakać, ale nawet oczy odmówiły mu posłuszeństwa.

– Nie bój się. Nic ci nie zrobię. Te śmieci, które próbujesz zabrać, są dla mnie bezwartościowe – mówi duch. – Chociaż nie, ratusz zostaw. Wszyscy tutaj uznaliśmy ten wątek za wyjątkowo udany.

Galt na czworaka dopełza do skrzyni i płacząc pakuje symbole do sakwy.

– Podoba mi się twoja odwaga. Przybyłeś tu. Choć ta wizyta ma oczywiście swoją cenę. Pustka i rozpacz już nigdy cię nie opuszczą. Za to pokażę ci coś, śmiertelniku. – W ścianie otwiera się portal. – Tędy wrócisz do swojego świata.

– Gdzie jest symbol mocy rzucania klątw? – najwyższym wysiłkiem pyta Galt.

– Nic takiego nie istnieje. Twój przyjaciel cię okłamał.

– Proszę!

– Klęczysz przede mną jak wyznawca. Błagasz. Czegóż bóg nie robi dla swoich wiernych. Cofnę moc.

Galt pospiesznie włazi do przejścia.

 

*

Winko i marcepanki, myśli z przekąsem Ridiger, otwierając torbę z narzędziami chirurgicznymi.

– Rzeczywiście jesteś przeklętym pomiotem.

– Ja nic nie zrobiłam. – Przywiązana do stołu Inga płacze.

– Oczywiście, że nie. To wina twojej rodzicielki. Aczkolwiek dzięki tobie – Ridiger wymownie patrzy na opatrunek po amputacji jej nogi – nasz przyjaciel, pan kapitan Galt, mógł złożyć wizytę twojemu ojcu.

Wtyka dziewczynie knebel w usta.

– Zadziałało w jedną stronę – mówi, wyciągając skalpel i zaciski – zadziała i w drugą. Tym razem potrzeba więcej materiału.

 

*

Dwaj mężczyźni spotykają się w karocy na rozstaju dróg.

– Ojcze, co ja ci zrobiłem!

– Synu, wiem, że chciałeś dobrze.

Gerhard przytula płaczącego Jonasa, zostawiając na jego ubraniu ciemne smugi.

– Próbowałem ci zaimponować. Pokazać, że jestem godzien być twoim synem.

– Rozumiem, po prostu wybrałeś złą drogę. Ale to też moja wina. Przez całe życie poświęcałem ci zbyt mało uwagi. Wyjedziemy do stolicy. Tam zaczniemy od nowa, z dala od tego bałaganu. – Podaje mu metalową obręcz. – Załóż to. Pan Ridiger powiedział, że dzięki niej twoja magiczna moc wygaśnie.

Galt nie wierzy. Chce krzyczeć, zatrzymać Jonasa, doprowadzić go przed sąd, z majątku Samsów sfinansować odbudowę miasta. Wola ducha pozwala mu jedynie patrzeć, nie działać.

Wychodzi z cienia dopiero wtedy, kiedy tamci odjadą.

 

Epilog

Galt wróci do miasta.

Po drodze spotka grabarzy, składających do zbiorowych mogił ciała zmarłych od zarazy. Przechodząc przez bramę miejską dostrzeże wiszące na sznurach poćwiartowane ciała guślarzy. Idąc przez plac zobaczy kilka wypalonych stosów; tłuszcza dopadła Kheleniego, powie strażnik, tyle że kilka razy. Zauważy jeszcze, że na ulicach królują szabrownicy i szczury. Potem wróci do swojej kwatery i pójdzie spać.

Tymczasem Galt siedzi nad strumieniem i drżącymi rękoma przebiera symbole przywleczone z zaświatów. Poświęcił się, by uratować skarby bogaczy i jedną dziwkę. Niszczy figurkę Trzpiotki. Samsa i całą resztę w gniewie ciska do wody.

Gdy toń się uspokaja, spogląda na swoje odbicie. Roztrzęsiony, o pustych oczach, zużyty. Zamieniony w gówno.

 

*

Ridiger kończy karmić dziewczynę, której zostało dostatecznie dużo ciała, by przeżyć, ale za mało, by samodzielnie żyć.

Wreszcie zasiada w kręgu soli. Wokoło znajdują się glify ochronne, tworzone przez ostatnie tygodnie. W kątach stoją fiolki z esencją ciała Ingi oraz lustra ogniskujące jej moc. Przejście do krainy zmarłych lśni kościstoszarą poświatą. W ogniu świec błyszczą rubiny z mozołem zbudowanych urządzeń poszukiwawczych i pętających.

Ukorzysz się przede mną, potworze, myśli.

W aurze chłodu materializuje się pod sufitem szara, owinięta błonami postać. Przerażają, ale Ridiger jest pewien swej wiedzy i doświadczenia.

– Któż mnie sprowadził?

– Ja! Magister Jan Ridiger, cesarski badacz spraw pośmiertnych!

– Czegóż tak znamienita postać chce od zapomnianego ducha, którego śmiertelna skorupa dawno już sczezła i rozpadła się w proch pod naporem wieków?

– Wiem, że posiadasz moc spełniania życzeń. Tedy pętam twą wolę i nakazuję ci, byś spełnił moje żądanie dosłownie i bez przeinaczeń.

– O wielki magistrze – odpowiada duch. – Jakie jest twoje pragnienie?

– Chce nieśmiertelności.

– Twe żądanie zostało spełnione.

– Przepadnij, zły duchu!

Komnatę wypełnia klekoczący jak kości w trumnie śmiech.

– Chyba nie myślałeś, że pozwolę ci przeżyć twe życie do końca?

Duch spod szarych fałd wysuwa ręce i zaciska dłonie na szyi Ridigera.

–Będziesz po wieki przykuty do swojego martwego ciała. – Puchnie twarz Ridigera, jego oczy zachodzą krwią, język wychodzi z ust i sztywnieje. – Będziesz błąkał się po świecie żywych i nigdy nie trafisz do krainy zmarłych! Oto twoja nieśmiertelność!

Ridiger po kilku dniach wstaje, zbudzony głodowym wyciem Ingi.

W lustrze dostrzega, że życzenie zostało spełnione.

Koniec

Komentarze

Niektórych bohaterów powyższego opowiadania można spotkać również w tekście zatytułowanym “Trupi pieniążek”. Zapraszam :) 

I po co to było?

Nie spodziewałem się, że opowiadanie o gównie może być nie tylko ciekawe, ale nawet – ładne. Wyprowadziłeś mnie z błędu, syf :)

– Oddech. Odgłos rzadki w tych stronach.

To dobre. Naprawdę dobre.

Nie rozumiem, w jaki sposób życzenie „chcę, by wszystko, czego pragnę, stało się moje!” zaowocowało takimi efektami, jak stoi w tekście. Wyjaśnisz?

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Oj, ja, ale hasło… 

A gdzie tag “wulgaryzmy”? Przydałby się. 

 

Tematycznie nie moja bajka, więc nie mogę powiedzieć, żebym była zadowolona z lektury. Aczkolwiek muszę przyznać, że przeczytałam też bez przykrości.

Moją uwagę zwrócił zabieg z naprzemiennie używanymi czasami narracji, który nadał opowieści ciekawego charakteru. Chociaż w którymś fragmencie czasy się wymieszały niepotrzebnie, wprowadzając nieco zamieszania. 

Pomysł na klątwę dobry. I w jakiś dziwny sposób spodobała mi się postać ducha, lubię takich bohaterów :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmmm. Bardzo fajny pomysł na klątwę. Ale ja też nie widzę powiązania między życzeniem chłopaka a zmianami.

Trochę się gubiłam przy śledztwie. Za dużo postaci, za słabo zarysowanych. Mylili mi się, nie wydają się specjalnie różnić. Mam wrażenie, że dużo chciałeś wcisnąć w ten limit. A przemieszanie chronologii (chyba?) nie pomagało.

Sporo literówek i innych drobnych usterek.

– Oczywiście, aczkolwiek jest stan wymaga ostrożności.

Jest?

Nadeszła wieść o statku handlowym, który dosłownie rozpuścił w doku zamorskiego portu pozostawiając jedynie plugawe nieczystości.

Czegoś brakło. Nie tylko przecinka.

Babska logika rządzi!

Podejrzewam, że wszystko, czego pragnął, stało się jego ekskrementem, a jeśli tak, to dało się zręczniej rozwiązać motyw życzenia-spełnionego-w-złej-woli-przez-przewrotną-istotę-z-innego-świata.

Rzeczywiście akcja trochę się rwie i wyzwoleni z limitu pomogłoby opowiadaniu.

Demon bardzo fajny, złowieszczy.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

No to ambitny chłopak skończyłby biegunką i odwodnieniem. ;-)

Babska logika rządzi!

Opowiadanie podchodziło pod 30.000 znaków w wersji wstępnej. Było rżnięcie znaków – do tego stopnia, że wywaliłem wszystkie wielokropki, bo strona je liczyła po 8 znaków zamiast po 1. 

 

Czegoś brakło. Nie tylko przecinka.

Nie ma przecinka i nie będzie! :) 

 

 

W opowiadaniu jest scena, w której Jonas Sams idzie przez miasto i wylicza, czego chce – a czego w zwyczajnymi metodami nie byłby w stanie osiągnąć. Jego żądze albo są puste, albo sięgają daleko poza jego kompetencje. Demon oczywiście takich postaci nie lubi – więc powoduje, że wszystko, czego głęboko pragnie Sams, przemieni się w gówno. Jednocześnie zamienione w kupę rzeczy pokazują, czego dokładnie chciał Sams – jakiejś dziwki, cudzych pieniędzy, konia wyścigowego, czyjegoś przedsiębiorstwa; a nadto władzy nad miastem wyrażonej ratuszem, co ostatecznie miało doprowadzić do zyskania ojcowskiego uznania, na które zapewne też nie zasłużył. Jednocześnie można się zastanowić, czy gdyby faktycznie młody Sams otrzymał to, czego pragnie, to czy i tak by tego nie zamienił w kupę ze względu na swój charakter. 

Przypuszczam, pisząc komentarz, że być może Jonas Sams powinien był zostać nieco bardziej wyeksponowany. 

I po co to było?

Jego żądze albo są puste, albo sięgają daleko poza jego kompetencje. Demon oczywiście takich postaci nie lubi – więc powoduje, że wszystko, czego głęboko pragnie Sams, przemieni się w gówno.

Coś w ten deseń podejrzewałam, może bardziej podejrzewałam przekorę i czystą złośliwość demona, niż jego preferencje co lubienia lub nie charakteru człowieka. Czyli nie za bardzo się pomyliłam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Że demon nie lubi Jonasa Samsa za jego charakter, to jest moja ocena – przy uwzględnieniu zachowania się ducha względem Galta. Nic oczywiście nie stoi na przeszkodzie, by uznać, że po prostu jest złośliwym ch-jem, co z drugiej strony można poprzeć tym, że jednak zabronił Galtowi zabrać symbol ratusza (a właściwie tym, co się stało z całym miastem) :) 

I po co to było?

Nie ma przecinka i nie będzie! :) 

No to może chociaż “się”? ;-)

OK, widać, czego sobie życzył chłopak. Ale dlaczego akurat wszystko zmienia się w odchody (poza tym, że takie miałeś hasło), a nie na przykład w drewno, błoto, kamień, rzygowiny (jeśli ma być obrzydliwie)…?

Babska logika rządzi!

Gówno zdaje się być naturalnym przeciwieństwem sukcesu, oczekiwanych przez bohatera, i jest odpowiednio spektakularne – wyobraź sobie ratusz głównego miasta w Gdańsku zamieniający się w drewno, błoto, kamień, rzygowiny lub gówno. Z wymienionych surowców to fala brązowego stolca zalewająca ulice miasta jest najbardziej obrazowa, wystrzałowa i niosąca najwięcej konsekwencji (zresztą możliwość zobrazowania sceny zalania miasta i skutków tego zdarzenia skusiły mnie do napisania opowiadania), a jednocześnie ma jakiś walor metaforyczny, o którym wspomniałem we wcześniejszym poście :D

I po co to było?

OK, gówno jest obrazowe i robi się z tego śmierdząca sprawa. Ale czy demon nie powinien w jakiś pokrętny sposób spełnić prośby? A nie spełnia, bo wybrał kupę.

Babska logika rządzi!

Myślę, że demon nie spełnia prośby, bo nie musi.

Nasza wiedza na temat mocy demona i ewentualnych jej ograniczeń wynika z tego, co mówi nam Ridiger. A wiedza i umiejętności Ridigera zostały zweryfikowane w ostatniej scenie. Jednocześnie fakt, że demon pokazał Galtowi scenę spotkania Samsów wskazuje, że wcale nie jest on związany osobą Ingi w kontaktach ze światem doczesnym. Z pewnością obecność córki w jakiś sposób może go przyciągać do świata żywych, ale nie jest jednocześnie dla niego ograniczeniem.

Tym samym – demon, jak już znalazł się w miejscu, gdzie paru pajaców odprawia rytuał dla bucowatego bogacza, to nie omieszkał ich skrzywdzić :)

I po co to było?

No dobra, jeszcze się wtrącę. Dla mnie sprawa była jasna, gdy pomyślałam o powiedzeniu, że gówno z czegoś tam będzie – czyli, że się nie powiedzie i nie pójdzie po czyjejś myśli. Dlatego nie drewno, kamień czy co innego.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Myślę, że demon nie spełnia prośby, bo nie musi.

Nasza wiedza na temat mocy demona i ewentualnych jej ograniczeń wynika z tego, co mówi nam Ridiger. A wiedza i umiejętności Ridigera zostały zweryfikowane w ostatniej scenie.

To dla mnie na minus. Łamie konwencję demonicznego “paktu”, ale nie w jakiś rozwojowy, ujmujący sposób.

Jeśli komponujesz konflikt, rzadko chcesz mieć taką sytuację, że wszystkie atuty znajdują się w ręku jednej strony. Raczej chodzi o to, że obaj przeciwnicy posiadają określone narzędzia i rozstrzygnięcie zależy od tego, jak rozegrają swoje karty.

Tradycyjny topos “paktu z diabłem” spełnia to kryterium, bo czart musi wypełnić życzenie, musi być posłuszny, ale czarownik wie, że piekielny pomiot będzie działał w złej woli i musi starannie formułować swoje żądanie. Dodatkowo diabeł chce posiąść duszę czarownika, więc ma w tej grze jakaś stawkę, na czymś mu zależy, nie jest po prostu znudzonym pierdem z piekła.

Tutaj rozdałeś wszystkie asy diabłu, a czarownik nie ma nic. Diabeł robi co chce, nie jest związany życzeniem, jest wszechmocny, zamienia ludzi w gówno dla kaprysu.

Niby krytykuję, ale udała się dzięki temu inna rzecz: zbudowałeś poczucie beznadziei i bezsensu, które pasuje do Twojej historii. Ale jako czytelnik czuję się lekko oszukany, bo zapraszasz mnie do gry w “opaczne interpretowanie życzeń”, a potem okazuje się, że figa – wątek nie znajduje rozwiązania.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Ale jako czytelnik czuję się lekko oszukany, bo zapraszasz mnie do gry w “opaczne interpretowanie życzeń”, a potem okazuje się, że figa – wątek nie znajduje rozwiązania.

 

Przyznam, że nie miałem intencji, by opaczne życzenie stało się elementem gry między tekstem a czytelnikiem – skutek klątwy zacząłem pokazywać od samego początku, a kwestię skrzywionego życzenia opisałem gdzieś w 2/3 historii.

Pisząc opowiadanie, nie postrzegałem relacji między bohaterami a demonem jako konfliktu, w którym każdy może coś ugrać. Chciałem przepotężnej kreatury, która niejako przy okazji niszczy życie całego miasta (demon dla kaprysu jedynie niweczy możliwość spełnienia pragnień Samsa, jest mu chyba obojętne, co to za pragnienia i jakie będą tego konsekwencje), i w konfrontacji z którą Galt poczuje, że jest niczym. 

Jednocześnie wydaje mi się, że sposób, w jaki demon potraktował Galta na tle innych bohaterów – właśnie nie będąc czymkolwiek związanym, nie grając o żadną stawkę, kierując się wyłącznie własnym poczuciem szacunku, dodał mu złowieszczości i atrakcyjności. 

Niby krytykuję, ale udała się dzięki temu inna rzecz: zbudowałeś poczucie beznadziei i bezsensu, które pasuje do Twojej historii.

 

To natomiast jak najbardziej było objęte moim zamiarem :) 

Ostatnio sprawia mi dużą frajdę pisanie opowiadań dark fantasy, w których kluczowe znacznie odgrywa przygnębiająca atmosfera. Wobec tego wykreowanie klimatu było priorytetowe względem chociażby realizacji konwencji paktu. 

I po co to było?

Ciekawe hasło sobie wybrałeś, syfie :D 

Podobnie jak w Trupim pieniążku tak i tutaj budujesz klimatyczną, ciężką, śmierdzącą fabułę. Nie jestem grupą docelową takich opowiadań, ale przeczytałam bez znużenia. Niestety czuć odrobinę cięcia w tekście, o których wspominasz w komentarzach. Opowiadaniu przydałyby się szersze ramy limitu, ale i tak jest dobrze – bohaterowie przekonujący, zwłaszcza postać demona, jak dla mnie, stanowi mocny punkt.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dzięki za komentarz!

 

Podobnie jak w Trupim pieniążku…

Cóż – myślę, że będzie kolejne opowiadanie, teraz już bohaterowie mają swoje konkretne historie i obciążenia, świat jest zdewastowany i przeżarty zarazą, czyli jest idealnie :) 

No i tym razem bez limitu znaków.

I po co to było?

Obrzydliwie dobre.

Hasło konkursowe i jego wykorzystanie pozwoliło wlać w świat znany z Trupiego pieniążka kolejne hektolitry brudu. Był klimat, klątwy i pełnokrwiści bohaterowie. Warsztat bardzo dobry, czyta się z przyjemnością.

Z drobnych uwag to wydaje mi się, że czuć było ograniczenia znaków. Dawało się wyczuć tu i tam ducha słów, które zostały poświęcone w imię limitu. Klimat, choć jak wspomniałem zdecydowanie jest i jest zacny, chyba odrobinę mniej gęsty niż w Trupim Pieniążku.

Również trochę nie pasowała mi scena z Meyerem. Galt, którego miałem za twardego profesjonała, wydał mi się tu zbyt potulny. 

Ale ogólnie bardzo przyjemna lektura i zgłaszam do biblioteki. 

Dzięki za komentarz. 

 

Również trochę nie pasowała mi scena z Meyerem. Galt, którego miałem za twardego profesjonała, wydał mi się tu zbyt potulny. 

 

Ogólnie rzecz biorąc, chciałem, żeby w tle przewijał się wątek wpływowych i bezkarnych bogaczy, którym nawet Galt nie fiknie, bojąc się, że go posuną. 

 

Dawało się wyczuć tu i tam ducha słów, które zostały poświęcone w imię limitu.

 

Z bólem serca ciąłem :) 

I po co to było?

Nie tym razem, Syfie. Ja wiem, że fekalia to jakby Twój znak rozpoznawczy, w końcu nick zobowiązuje ;), ale nie wciągnęło mnie to gówno. :) Skanowałem wzrokiem, ale dotrwałem do końca. Jeśli miałbym wskazywać największą przyczynę nie wciągnięcia, to żartobliwy ton. Nie byłem po prostu ciekawy, ja to się skończy.

Pozdrawiam serdecznie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Jeśli miałbym wskazywać największą przyczynę nie wciągnięcia, to żartobliwy ton.

 

To ciekawe, starałem się, by opowiadanie było raczej utrzymane w mroczno-smętnej tonacji :) 

 

Dzięki za wizytę. 

I po co to było?

Przeczytałem całość dość płynnie, bo i opowiadanie sprawnie napisane, wciąga swoją dynamiką. Pozostanie też w pamięci na dłużej, poprzez swoją, dość specyficzną tematykę. Ale… po pierwsze nie zrozumiałem intrygi, przyznam się jednak, że bardzo się nie starałem, po drugie, zaś nie kleiło mi się to gówno. Mam na myśli, że część gównianych tworów się rozpadała a część trwała w skupieniu – głównie gówniani ludzie. Nie wiem, może lepiej było, magicznym sposobem, trzymać to wszystko w kupie?

No i oczywiście duży plus za odwagę w realizacji tematu. laugh

Mam na myśli, że część gównianych tworów się rozpadała a część trwała w skupieniu – głównie gówniani ludzie. Nie wiem, może lepiej było, magicznym sposobem, trzymać to wszystko w kupie?

 

Ta kwestia chyba również stała się ofiarą cięć, pewnie przydałoby się więcej rozmów między bohaterami o klątwie. W każdym razie tak mi się wydało bardziej ciekawie, by przeklęci ludzie trzymali się w kupie, a rzeczy rozpadały się na kupy kawałki :) 

Dzięki za komentarz. 

I po co to było?

Z komentarzem jeszcze wróce, a póki co zostawię technikalia:

 

"–Najbogatszy człowiek w naszym mieście nie chce, by najbogatsi ludzie"

"–Paniczyk odpływał do krainy marzeń"

"–Będziesz po wieki"

Brak spacji po półpauzie.

 

" Galt stał nad mokrymi ekskrementami"

" – Wypij – powiedział Manfred"

A tu nadmiarowe spacje na poczatku akapitu.

 

"Dzisiaj chciałam sprawdzić, co u niej i"

Tu natomiast czegoś brakło. Pytanie czy wielokropka czy czegoś innego.

 

Niezłe, nie wiedziałam, że z gówna można tyle wyczarować ;)

Fajny pomysł, trzymająca się kupy historia ;) Trochę mnie hamowała poprzestawiana chronologia. Przy takiej ilości bohaterów, to naprawdę utrudnia czytanie. Pewne rzeczy przydałoby się dotłumaczyć, ale to już wskazywali przedpiścy. Generalnie bardzo fajne opko, podobało mi się :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dobra, wracam.

Mówiąc krótko: tekst trzyma się kupy ;-)

W pierwszym komentarzu dałeś odniesienie do innego opowiadania. Całkiem serio, nie znając jeszcze tego komentarza, już w treści można było zauważyć podobieństwa. Choć nie na poziomie postaci, a raczej rozwiązań fabularnych. W pewien sposób część schematów tu przeniesiono, choć nie szkodziło to samemu opowiadaniu.

Co ciekawe, w pewnym momencie można było już pomyśleć, że bezpośrednie okrucieństwo się nie pojawi (rzadkość w Twoich tekstach), nawet jeśli przemiana w ekstrementy sama w sobie jest paskudna. Ale i tak okrucieństwo w koncu wyszło.

Gdzieś pod koniec nieco spójność została naruszona, w scenach w innym wymiarze trochę można się pogubić, choć z drugiej strony może to być celowe i nawet pasuje do pomieszania umysłu. Aczkolwiek mam nieodparte wrażenie, że gdzieś albo tu albo w scenie już po powrocie postaci do świata żywych było chyba jakieś cięcie – właśnie w jednym z tych dwóch fragmentów. Co trochę zaskakuje, bo jednak jesteś specjalistą umieszczania maksymalnej ilości tresci w minimum długości. Choć to tez broń obusieczna, bo jeśli tej skondensowanej tresci będzie dużo, to w którymś momencie trudno tak zwyczajnie skracac i zamiast tego może dojśc właśnie do wrażenia nieciągłości. Ciekawi mnie tylko czy trafnie zgaduję, czy moze jednak przyczyna tej lekkiej chaotyczności w tym fragmencie jest własnie zaplanowanym efektem pomieszania w głowie.

Scena z próbą wyciągnięcia wisiorka na swój sposób straszna. Niby drobiazg na tle reszty, a jednak dająca mocniejsze wyobrażenie zdarzeń.

Całość? Bardzo dobre opowiadanie oparte na absurdalnym, a jednak nie wyłączającym rzeczywistości pomyśle. 

No, koszmar.

 

Dzięki za komentarze!

 

Trochę mnie hamowała poprzestawiana chronologia. Przy takiej ilości bohaterów, to naprawdę utrudnia czytanie.

 

Przyjęty format chyba rzeczywiście lepiej się sprawdza w bardziej kameralnej opowieści. Pod koniec pisania opowieści również zacząłem dostrzegać, że robi się nieco pogmatwanie, ale na tym etapie już nie było jak z tego wybrnąć. Z drugiej strony – jak zaczynałem pisać opowiadanie, to źle oceniłem liczbę wydarzeń, bohaterów, rozmów i przemyśleń, które trzeba by w to włożyć, by wszystkie aspekty historii były domknięte i wyjaśnione. 

 

W pewien sposób część schematów tu przeniesiono, choć nie szkodziło to samemu opowiadaniu.

 

Tak – doszedłem do wniosku, że pewne zabiegi formalne – przykładowo klamry, przeplatanie scen fabularnych i dialogowych – powinny być wspólne dla zestawu opowiadań z tego świata i również sygnalizować czytelnikowi z czym będzie miał do czynienia :)

 

Ale i tak okrucieństwo w koncu wyszło.

 

No ba.

 

Aczkolwiek mam nieodparte wrażenie, że gdzieś albo tu albo w scenie już po powrocie postaci do świata żywych było chyba jakieś cięcie – właśnie w jednym z tych dwóch fragmentów.

 

Owszem, było. Scena w zaświatach podwójnie ucierpiała. To zresztą była ostatnia scena, którą napisałem, więc już na tym etapie nastąpiło zgniatanie treści, a potem coś jeszcze usuwałem. Natomiast pierwotnie zakładałem, że będzie jeszcze jedna scena dotycząca Galta po powrocie do rzeczywistości – niestety zabrakło miejsca. 

 

Co trochę zaskakuje, bo jednak jesteś specjalistą umieszczania maksymalnej ilości tresci w minimum długości.

Limit znaków był zabójczy – taki trochę za duży na przerośniętego szorta, ale za mały na bardziej złożone opowiadanie. 

 

Ciekawi mnie tylko czy trafnie zgaduję, czy moze jednak przyczyna tej lekkiej chaotyczności w tym fragmencie jest własnie zaplanowanym efektem pomieszania w głowie.

 

No, to chyba jest jedyna scena, gdzie następuje pomieszczanie czasów gramatycznych. Pierwotnie te zmiany były nieco lepiej zapowiedziane w sąsiadujących akapitach, ale potem zacząłem ciąć :) 

I po co to było?

Tak – doszedłem do wniosku, że pewne zabiegi formalne

Chodziło mi raczej o pewne podobieństwa linii fabularnej. Chociażby sprowokowanie żołnierza do działania.

Limit znaków był zabójczy

No hallo, jesteś jednym z ostatnich, dla których to by było usprawiedliwienie :P

 

Chodziło mi raczej o pewne podobieństwa linii fabularnej. Chociażby sprowokowanie żołnierza do działania

 

A tak – to też brałem pod uwagę. Natomiast z uwagi na rozwój wypadków chyba w kolejnym opowiadaniu trzeba będzie od tego odstąpić. 

 

No hallo, jesteś jednym z ostatnich, dla których to by było usprawiedliwienie :P

 

:) 

 

I po co to było?

Niezłe. Pełne brudu jak to u Ciebie, ale ta historia ma w sobie coś z prostej przyjemności, jaką daje rasowe fantasty. Postaci i wątków strasznie dużo i pewnie musiałbym przeczytać drugi raz, żeby wszystko ogarnąć, ale i tak czytało się bardzo dobrze.

 ta historia ma w sobie coś z prostej przyjemności, jaką daje rasowe fantasy.

 

Bardzo się cieszę, o to chodziło!

I po co to było?

Jest moc w tym gównie! Dawno nie czytało mi się tak przyjemnie opowiadania na tym portalu. Ale ta historia, jak sam zauważyłeś, nie mieści się w limicie znaków. W efekcie nie wiadomo, dlaczego właściwie klątwa zamienia wszystko akurat w fekalia. A sceny pędzą jedna za drugą na złamanie karku.

Jest trochę literówek, tę zapamiętałem: W celu przebywają jeszcze Galt…

I jeszcze się przyczepię do tego: Fetor fekaliów drażnił wszystkie jego zmysły. Ciekawe jak zapach mógł drażnić np zmysł słuchu… ;)

Fabuła ciekawa i całkiem nieźle to napisane, ale chyba nie należę do grupy docelowej. Obrazowe opisy ekskrementów wywoływały u mnie raczej odruch wymiotny, co utrudniało czytanie. Bohaterowie mi się też plątali, może było ich zbyt wielu jak na tak krótki twór. Za to wyraźnie widać dobry warsztat, więc to na plus.

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki za komentarze!

I po co to było?

Dobrze się czytało :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Jak zawsze – miło mi, że się podobało :) 

I po co to było?

Czytajcie w kupie. Cztery miliardy much nie może się mylić.

 

Jedna uwaga: w jaki sposób demon doszedł do tego, żeby życzenia Samsa przekręcić w gówno, to -na podstawie tekstu – nie pojmuję. Dla mnie to jedyna, ale istotna wada. Bo reszta: postaci, rwana narracja, brązowa beznadzieja, oryginalna klątwa – gra i buczy. Dobrze przeczytać znów coś syf.owego.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cofłem się, żeby jednak dać klika :) Powód? Pomimo pewnego niedosytu, o którym pisałem wcześniej, jest to jedno z najbardziej zwariowanych (i dobrych jednocześnie) opowiadań w tym konkursie. Wiele innych, choć naprawdę świetnych, jest jak dla mnie “zwyczajną’ fantastyką.

Frapująca historia i bardzo przyjemna lektura. Motyw może niesmaczny, bo wiadomo, ale podany pierwsza klasa. Lubię naturalizm w twoich tekstach.

Rybo, wróciłeś :)

 

 

jest to jedno z najbardziej zwariowanych (i dobrych jednocześnie) opowiadań w tym konkursie.

 

Miło mi, dzięki!

 

 

Lubię naturalizm w twoich tekstach.

 

Zacząłem pisać kolejną historię z tego cyklu, ale tym razem chcę w inny, nieco bardziej stonowany sposób zbudować obrazy :)

I po co to było?

#kwarantanna i wszystko jasne :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo mi się podobało, jak weirdowe i groteskowe hasło ograłeś w settingu de facto fantasy; fajna nowa, nietypowa w tym konkursie jakość ci wyszła. Zdecydowanie – i koncepcyjnie, i fabularnie – mi się podobało; no i pochwała za bardzo obrazowy, efektowny sposób pisania, choć to dzięki temu niektóre obrazy z tego opowiadania zostają człowiekowi w, no cóż, koszmarach. 

Zdecydowanie – i koncepcyjnie, i fabularnie – mi się podobało; no i pochwała za bardzo obrazowy, efektowny sposób pisania, choć to dzięki temu niektóre obrazy z tego opowiadania zostają człowiekowi w, no cóż, koszmarach. 

 

Jak to mawiają – Twe słowa miodem dla moich uszu :) 

I po co to było?

Choć opowiadanie wręcz dosłownie realizuje hasło konkursowe – mokre ekskrementy – które samo w sobie daje szerokie pole do popisu w nurcie weird, groteski i dziwactwa (ze szczególnym umiłowaniem bizarro), mam wrażenie, że sama fabuła z ww. koncepcjami dość istotnie się rozmywa. A to niedobrze, ponieważ konkurs miał zbierać teksty z nurtu weird fiction, groteski i absurdu.

Mam wrażenie, że w oparciu o motyw zamiany ludzi w gówno wykreowałeś raczej stylizowany kryminał momentami sięgający po motywy fantasy przygodowego. Osią wydarzeń jest próba zrozumienia, skąd bierze się cały ten kał, i zaradzenia temu problemowi. Jakkolwiek sama transformacja ludzi w gówno jest tajemnicza, bardzo szybko (jak w kryminale) stawiasz hipotezy, co w moim odczuciu mocno osłabia atmosferę niesamowitości i niepokoju, a przede wszystkim niwelujesz absurd. Tekst jest też, mimo pozornie obrzydliwej tematyki, wybitnie zachowawczy.

Bohaterów jest wielu, ale żadnego nie poznaliśmy bardziej od strony psychologicznej, a szkoda. Kompozycyjnie tekst jest spójny, nie mam wrażenia, by w którymś momencie przyspieszał. Operujesz językiem przejrzystym, choć według mnie przydałoby się zamiecenie miotełką redakcyjną (zbłąkane spacje, parę przecinków, „piwnica piwna” i bardzo dekoncentrujący misz-masz czasów w pierwszym fragmencie epilogu).

Mam wrażenie, że przyjęta przez Ciebie koncepcja fabularna – zamiana człowieka w gówno – stanowi świetną furtkę do pogłębienia rozważań na temat rzeczywistości, którym ten gatunek żyje, szkoda więc, że „Mokre ekskrementy”, prócz bycia dobrze napisanym, solidnym tekstem, nie zostały też literackim komentarzem.

Podsumowując: uważam, że jest to opowiadanie dobrze przemyślane i dobrze napisane, lecz nie z myślą o tematyce konkursu.

Czytałem "Trupi pieniążek" i starsze opowiadanie z piórkiem, i porównując do tamtych, "Mokre ekstrementy" spodobały mi się najmniej. Zapowiadało się ciekawie, lecz im dalej, tym mniej byłem przekonany do historii. Tekst momentami fajnie napisany, ale nie jest pozbawiony usterek.

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

 

Podstawą kupy jest jej obrzydliwość, w dodatku dość jednowymiarowa, można jedynie pogłębić jej obrzydliwość, dodając więcej kupy.

Kloaczna sytuacja była w moim odczuciu dość nijaka. Toaletowy humor jest sam w sobie nieskomplikowany i klarowny, także wypatrywałam intrygi w historii kryminalnej, widząc potencjał dla przyjemnego, bawiącego kontrastu. Opowieść przypomina poboczny quest z gry fabularnej – czuć, że jest częścią innej historii, zaczyna się jakby od środka i równie środkowo się kończy. Duch jest tradycyjnie kapryśny, Ridiger Faustowy, Galt Geraltowy. Poczynania ducha bawiły, zamiast straszyć; nie czułam potrzeby kibicować komukolwiek, choć właśnie to sadystyczny duch przykuł moją uwagę. Najciekawszy jest przypuszczalny dwuczęsciowy epilog i maniera opisującego go narratora; nieśmiertelność w postaci przykucia do martwego ciała jest szalenie okrutną karą, świetnie wymyśloną.

Choć tytuł nie pozostawia żadnych wątpliwości, co do treści wypełniającej opowiadanie, czytało się je całkiem nieźle, albowiem nie tylko rzeczona treść stanowi o jakości tej historii. I choć były momenty, że nieco się gubiłam, to na koniec wszystkie klocki znalazły swoje miejsce i odważę się powiedzieć, Syfie, że wydaliłeś bardzo porządne opowiadanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za komentarze!

I po co to było?

Nowa Fantastyka