- Opowiadanie: Michał Pe - Jazz

Jazz

Ciężki dyżur na odcinku pulpowych historyjek z dreszczykiem.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Jazz

Światło reflektorów wycina z mroku pas drogi biegnącej prosto, jak strzelił w pysk. Miarowy warkot silnika usypia. Zaciśnięta na kierownicy dłoń sięga palcem ku gałce radia. Przez chwilę napór na przełącznik jest zbyt słaby, aby uruchomić urządzenie, lecz nie należy łączyć tego faktu z wahaniem. Nie. To po prostu chwilka. Ot, może na ćwierć mili.

Pstryk.

Zestaw perkusyjny chodzi z nerwem Szatana, krążącego wokół kadzi z wodą święconą. Organy Hammonda szczekają, trzymając akordami frazę. Pat Martino czaruje improwizacją – wyrafinowane konstrukcje melodyczne falują niczym ocean pod rozgwieżdżonym niebem. O cholera. Nieźle. Spodziewałby się tu usłyszeć coś w stylu Hanka Williamsa, albo inne gówno, a tu proszę. Jazz biały jak dupa pastora. Zaciśnięta na kierownicy dłoń porusza się, chcąc nadążyć za tańcem bębnów. Nieźle. Naprawdę nieźle.

W pewien letni dzień tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku miałem piętnaście lat i wraz z przyjacielem ukradliśmy wóz spod warsztatu samochodowego w Charleston. – Niski, zmęczony życiem głos bierze w posiadanie fale eteru, gdy ostatni akord finałowego crescendo wybrzmiewa i niknie w ciszy. – Przez kilka dni woziliśmy się po zachodnim Illinois szukając przygód. Jedzenie i benzynę dostawaliśmy w zamian za fanty, podbierane z domów stojących na uboczu. W salonie jednego z nich natrafiłem na adapter i skromny zestaw płyt – nic z tego, czego się wtedy słuchało. Nastawiłem igłę w odruchu ciekawości, a to, co wówczas usłyszałem na zawsze zmieniło moje życie. Tak poznałem jazz. Od tego się zaczęło. „El Hombre”. Tu KXPA 107.5 FM. Dzwońcie w każdej sprawie. Noc jest młoda, a ja głodny waszych opowieści. Mówi Ted Burke, jesteśmy razem do rana.

Wyświetlacz radia ukazuje rząd cyfr. Dłoń zwalnia uścisk kierownicy i sięga po leżący nieopodal telefon. Naciśniecie zielonej słuchawki daje kontrapunkt monotonnej pracy silnika. Cyfrowy sygnał wypełnia kabinę.

– Chcę rozmawiać z tym facetem z radia.

Kobiecy głos, który odpowiada w słuchawce, nie zwodzi koniecznością oczekiwania, nie pyta o zbyt wiele, po prostu wpuszcza go na antenę.

Prócz rzeczy dobrze znanych przygotowałem na dzisiejszą noc także kilka nowości, lecz zanim zdradzę coś na ich temat posłuchajmy, co ma do powiedzenia nasz pierwszy rozmówca. Witaj, kowboju. Co cię do nas sprowadza?

– Naprawdę kradłeś samochody?

Pytanie jak strzał między oczy. Cisza jest dla radia zabójcza, ale facet drążący niskim głosem pustkę nocy z pewnością nie siedzi przed mikrofonem pierwszy raz. O zaskoczeniu nie może być mowy.

Zgadza się, kowboju. Tak się składa, że mam na sumieniu kilka nieczystych zagrań. Na szczęście są to sprawy, które dawno zostawiłem za sobą i teraz jestem tu, aby pomagać innym. Możesz mi opowiedzieć o wszystkim.

– Grasz zbyt dobrą muzykę, jak na teksańskiego kaznodzieję. Pytam, bo sam niedawno ukradłem wóz. Nie, nie dla pieniędzy. Był mi potrzebny. Muszę dostać się na wybrzeże.

Kalifornia, zgadłem? Któż z nas do niej nie zmierza. Któż z nas nie błądzi. Nie jestem kaznodzieją. Traktuj mnie jak starego kumpla, który rzadko kiedy miewał w życiu z górki.

– Wiesz, to mi pasuje. Chcesz usłyszeć moją opowieść?

Zgadza się. Po to tu jestem.

– Też nie miałem w życiu łatwo. Matka nas zostawiła, ojciec pił i miał ciężką rękę. Od szczeniaka musiałem dorabiać, ledwie wiązaliśmy koniec z końcem.

Jednym słowem; witaj w klubie.

– Moje dzieciństwo było parszywe, dopóki nie pojawiła się w nim ona. Jill, dziewczyna z sąsiedztwa, choć może to źle powiedziane, bo mieszkaliśmy na zadupiu, gdzie dom od domu dzielą przynajmniej trzy mile. Przyszła do naszej szkoły, gdy mieliśmy po trzynaście lat. Świetny czas. Jesteś jak motyl, który dopiero co rozpostarł skrzydła. Zakumplowaliśmy się. Zawsze wracaliśmy ze szkoły razem, bez przerwy gadając. Czasem zahaczaliśmy o pobliskie wzgórza, aby trochę dłużej pobyć ze sobą. Ona opowiadała przedziwne historie, ja umiałem słuchać. Miała wyobraźnię jak milion dolarów. Odlatywaliśmy w świat fantazji, jakby dało się prowadzić drugie życie, obok tego prawdziwego. Znaleźliśmy nasze magiczne miejsce, na wzgórzach, nad potokiem, gdzie rosły wiekowe drzewa. Obiecaliśmy sobie, że istnieć będzie ono tylko dla nas, dla spędzonych razem chwil, gdy czuliśmy się szczęśliwi. Taka latarnia morska dla duszy, coś, co w przyszłości pozwoli ci odnaleźć drogę, jeśli zbłądzisz w mrokach nocy. Zakochałem się, jasne i to tam, kilka lat później, oddała mi się spełniając marzenia zakompleksionego małolata. Było to latem, gdy kończyliśmy szkołę. Ja miałem przed sobą przyszłość w robocie na stacji benzynowej, dzięki czemu mogłem spłacić długi ojca, ona stypendium dla młodych twórców na Akademii Sztuki. Sprawa bez szans. Wyjechała jesienią, po krótkim pożegnaniu. Nie chciałem niczego więcej. Nie była dla mnie. Zbyt wiele nas dzieliło.

Tak bywa, kowboju. To dotyczy nas wszystkich.

– Jak tylko stary kopnął w kalendarz, wstąpiłem do wojska. Nie miałem przyszłości, a tam mogłem zdobyć fach i coś zarobić. Ale to było gówno. Konkretne gówno. Armia defloruje ci mózg, a walka z wrogiem, który nie ma w powietrzu choć jednej maszyny, demoralizuje. Włóczysz się z karabinem jak zombie, sam nie wiesz gdzie i po co. A oni, ci na górze, też tego nie wiedzą. Tylko udają, że to, co robisz, ma jakieś znaczenie.

Amen, kowboju. Sam bym tego lepiej nie ujął.

– Gdy wróciłem do kraju, zdarzył się cud. Po raz pierwszy poczułem, że nad moim życiem pochylił się Bóg. Siedziałem w przydrożnej knajpie, gdzieś w Georgii, zastanawiając się, jak do reszty nie spierdolić sobie życia. W uczepionym nad barem telewizorze leciał zwyczajowy bełkot, nawet nie spoglądałem. Aż do chwili, gdy na ekranie pojawiła się twarz Jill. Mojej Jill. Starszej o te dziesięć lat, które minęły od naszego rozstania, lecz jednak. To były lokalne wiadomości i news o zaginięciu lubianej nauczycielki. Ponoć nie układało jej się z mężem, ponoć tego nie wytrzymała. Ostatni raz widziano ją przed kilkoma dniami, wyjechała do pracy, jak co dzień. Od tamtej pory nie było z nią kontaktu. Na żonę czekał skruszony mąż i stęskniona córka. Moja córka. Stało się to jasne, gdy tylko na ekranie pokazano zdjęcie dziesięcioletniej dziewczynki. W jednej chwili zrozumiałem, co należy robić. Z pobliskiego parkingu podprowadziłem wóz i teraz jadę. Na wybrzeże, w rodzinne strony. Ona tam na mnie czeka. W naszym miejscu, gdzie byliśmy szczęśliwi.

Mocna rzecz, kowboju. Nie chciałbym studzić twojego zapału, ale czy nie nakręciłeś się o drobinę zbyt mocno? Pamiętaj, że…

– Kupiłeś to? Naprawdę?! Ha, ha, ha! Przecież to brednie z melodramatycznej szmiry! Prawdziwe życie tak nie wygląda, przecież wiesz!

No proszę, wesołek z ciebie. Musze przyznać, że odetchnąłem z ulgą, choć myślę, że kilka ze słuchających nas osób zdążyło już uronić łezkę.

– Co zrobisz, świat pełen jest naiwniaków. Ale w tej historyjce jest trochę prawdy. Chcesz posłuchać?

Myślę, że wszyscy chcemy.

– Była Jill i ja, zakompleksiony smark i była przyjaźń, a potem rozstanie. Bolesne, jak to w życiu. I faktycznie, ten jeden raz Bóg się nade mną pochylił. Dla żartu, oczywiście. Spotkałem Jill na lotnisku w Atlancie, zaraz po powrocie do kraju. Była żebrzącą narkomanką, którą mogłeś zerżnąć za kilka dolców. Stoczyła się po śmierci córki, którą wychowywała samotnie i której nie dopilnowała, gdy ulicą przejeżdżał pijany idiota. Taka wiecznie bujająca w obłokach matka, dobre, nie? Wkurwiłem się wtedy, jasne, ale teraz jestem Bogu wdzięczny, że tak to rozegrał. Nie lubię sentymentów i złudzeń, o wiele lepszy jest jasny ogląd zdarzeń. I wiesz co? Jill jest tu teraz ze mną. W bagażniku. Wracam do naszego miejsca żeby ją zabić i zamknąć tę historię. Żeby pogrzebać marzenia. Należy mi się to, prawda?

Parsknięcie.

Tego nie wiem, ale myślę, że masz bujną wyobraźnię.

– Więc zmyślam, tak?

Już raz to zrobiłeś. I zdaje mi się, że chcesz zabawić się cudzym kosztem.

– Nie żartuj, to nie w moim stylu.

W takim razie po co mi to opowiadasz?

– Heh, człowieku, grasz zbyt dobrą muzykę, żeby słuchało tego kilku zapijaczonych onanistów. Pomyśl o słuchaczach. Streamujesz chyba tę gadkę? Licznik bije, co? Znasz zasady show biznesu – seks i przemoc.

Twoim przystankiem musi być zatem Hollywood.

– Być może będzie. Ale najpierw mała zabawa. Przepadam za Martino, daj więc teraz coś z tych nowości. Jeśli mi się spodoba, puszczę Jill wolno, jeśli nie, sam rozumiesz. Taka gra. Myślę, że słuchaczom się spodoba.

Wreszcie. W niskim głosie wreszcie drga nutka zaskoczenia.

Chcesz igrać z emocjami starego człowieka, kowboju?

– Igram z życiem i śmiercią. To jak? Wchodzisz w to? Zresztą, nie odpowiadaj. Już wszedłeś.

Naciśnięcie czerwonej słuchawki kończy rozmowę. Telefon ląduje na fotelu pasażera. Dłoń zaciska się na kierownicy, lecz wpierw podkręca regulator głośności.

Cisza jest dla radia zabójcza, lecz bywają chwile, gdy nic prócz niej nie wybrzmiewa jak trzeba. Mężczyzna o niskim głosie o tym wie, dlatego przez pewien czas milczy, pozwalając słuchaczom trawić w myślach słowa, które właśnie usłyszeli. Potem włącza muzykę.

Saksofon rozpoczyna temat łamiący się niczym wafel w palcach rozkapryszonego grubaska. Rozmyta fraza daje punkt wyjścia dla improwizacji fortepianu. Dalej repryza i saksofon już nie odpuszcza, wpierw, podbity sekcją rytmiczną, wbija kilka nut z impetem rozpędzonego hard rockowego bandu, potem odpływa ku krainom swobodnej improwizacji. David Binney. Wstyd się przyznać, ale to dzięki niemu nawrócił się na Coltrane’a. Wcześniej wolał jazz gitarowy, lub klasyczne trio. Dłoń zsuwa się z kierownicy, sięgając ku przyciskowi zwalniającemu blokadę klapy bagażnika. Nieźle. Naprawdę nieźle.

 

***

 

Blada łuna przedświatu przeciera czerń nocnego nieba, gdy okaleczona, zziębnięta i ledwie żywa z przerażenia Jill dostrzega światła zbliżającego się samochodu. Nadjeżdża z zachodu. Jakby wracał z Hollywood.

Koniec

Komentarze

Po przeczytaniu spalić monitor.

Klimat jak w dobrym amerykańskim filmie, duży plus za motywy muzyczne. Jedyne czego troszkę brakuje to bardziej rozbudowane opisy zachowań i emocji bohaterów gdzieś pomiędzy dialogiem, który i tak płynie rytmicznie i gładko.

To opowiadanie jest przepełnione dźwiękiem, wręcz słyszałem je wszystkie podczas czytania. Prosty koncept, ale świetnie zrealizowany. Sposób w jaki wypowiada się kierowca auta z początku trochę nazbyt ooetycki, ale domyślam się, że o to właśnie chodziło.

No – dobre!

Raczej thriller niż horror, ale klimat jest. Zrobiło się sentymentalnie, jak gdybym pierwszy raz miał przed oczami Kinga w podstawówce. Wtedy to się przeżywało czytanie takich historii. Gratulacje. 

I po co to było?

 Popłynęłam niesiona muzyką. Amerykańska droga, radio, bad boy… ech ;-) 

Jak dla mnie świetnie napisane opowiadanie. Plastyczny język, pomysł, klimat – no zazdroszczę. 

mr.maras, dzięki za odwiedziny. Od dłuższego czasu zastanawiam się, skąd znam tego czerwonookiego jegomościa z Twojego obrazka i przypomnieć sobie nie mogę (któraś z okładek Magii i Miecza, Portalu?). Demencja to już, czy go z czymś mylę?:P

 

oidrin, dziękuje bardzo! Didaskalia poszły tym razem w diabły, znaki trzeba było zostawić na inne rzeczy:)

 

Gekikara, również bardzo mi miło, że się podobało:) Od kierowcy trąci poezją powiadasz? Kurcze, być może, po wszystkim wydało mi się, że straszny z niego bubek, ale kto wie, może i poeta?:)

 

syf., również wielkie dzięki. Thriller, zgadza się. Dodałem taki tag, bo w ustawieniach gatunku przy dodawaniu tekstu nie ma takiej opcji. W stylu Kinga wyszło, nie? Miał zresztą taki tekst “Jazda na kuli” czy coś podobnego, w każdym razie o chłopaku, który bierze na stopa diabła, albo sam do prowadzonego przez diabła samochodu wsiada, nie pamiętam, ale przy pisaniu kołatało się to z tyłu głowy:)

 

Matko, dziękuję bardzo:) Czasem wystarczy tylko podkręcić radio i dodać gazu, żeby życie nabrało kolorów;) Szczególnie jak się tnie w poprzek Stany, bo tam to co chwila jak nie Wrong Turn to Lost Highway:) 

 

I Arnubis jeszcze dołączył, miło, mam nadzieję, że przejażdżka kilka chwil życia umiliła:) 

Świetnie opisana muzyka, aż się ją słyszy, i dzięki tym opisom tekst ma nietypowy klimat. Podobało mi się. 

Fajny klimat. Milo bylo sie podtopic :)

ninedin, pawelek, dzięki! Gdzieś na etapie poprawek przyszło mi do głowy żeby zmienić tytuł i zaakcentować troszkę inny aspekt tej historyjki, ale to był ten moment, gdy zaczynam już tekst psuć, zamiast poprawiać, więc finalnie zostało jak jest – i chyba wyszło dobrze:)

 

Pozdrawiam!

Toż to Frank Frazetta i "Death Dealer". Mogłeś widzieć na okładce jednego z Conanów wydawnictwa PIK. I chyba w galerii "Fantastyki".

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo mi się podoba. Głównie za klimat i za muzykę. Dzięki plastycznym opisom i muzycznym motywom udało Ci się stworzyć atmosferę amerykańskich thrillerów… Powodzenia w konkursie, a ode mnie biblioteczny kliczek :)

Klimat jest… no klimatyczny. Od razu sobie przypomniałam te wszystkie noce wycieczki, gdzie istniała jedynie noc, gra świateł i cisza przerywana dźwiękami płynącymi z radia. Mimo tematyki (faktycznie bardziej kryminał niż horror) mam nieodpartą chęć pojechać gdzieś, żeby odświeżyć wspomnienia. Dzięki za to – choć mój bagażnik będzie pusty ;)

Zamierzałam zabrać się za dalsze czytanie marsjańskich opków, ale jazz ma pierwszeństwo *(. Zawsze i wszędzie, tak to już będzie. 

Historia wpadająca w ucho, motywy lekko ograne, klimat highwaya oddany znakomicie i ten JAZZ. 

Pięknie opisujesz. Debiutancki album Martina, w którym dał z siebie wiele, a miał już znakomitą technikę.

Dyżurowa perełka, dynamiczna historia z pomysłem :)

Czytałeś „Jazz i fizyka”?

Naturalnie skarżę się do biblio, z pewnością mnie jednak ktoś wyprzedzi.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ojej! Michale, bardzo dobre opowiadanie. Kojarzy mi się z “Przebudzeniem” Kinga, tam też było “słychać” historię i też było takie mocno amerykańskie :) Świetnie się czytało.

Z uwag, to chyba jak wyżej, te duże bloki dialogowe przedzieliłabym od czasu do czasu jakimś wtrąceniem narratora, coby móc oddech wziąć :) Poza tym jest bardzo dobrze.

Zgłaszam do biblioteki.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

No tak, obiecałem sobie, że tym razem po wrzuceniu tekstu będę warował przy komputerze, żeby na bieżąco odpowiadać na komentarze i ze w ogóle, w weekend poczytam, pokomentuje, ale życie jak zwykle jest bezduszne i brutalne. Zatem znów podziękowania zbiorowe:( 

 

katiu, strasznie mi miło, że się podobało, dziękuje za kliczek:)

 

kasjopejatalesie (uf, co za mordercza ksywa;), dzięki ogromne! To dla autora wielka nagroda, jeśli w sercu czytelnika tknie swym tekstem czułą strunę miłych wspomnień – szalenie mnie to cieszy!

 

Asylum, cóż ja mam napisać, prócz tego, że jesteś chyba moją mentalną siostrą, bo widzę, że spojrzenie na wiele spraw, gusta i upodobania zbiegają nam się tak zgodnie, jak rzadko kiedy:) Dzięki ogromne! “Jazz i fizyka”? Nie, nie znam. Cóż to takiego? Ciesze się, że przy okazji dyżurnego konkursu wpadł mi do głowy taki pomysł, że mogłem choć odrobinę zahaczyć o muzykę, bo to temat do którego dusza wyje. Kiedyś muszę napisać w takim duchu coś większego, coś na poważnie, nie w ramach rozrywkowej konwencji, tylko tak od serca, naprawdę. Ech, plany i marzenia;)

 

sy, dzięki ogromne! “Przebudzenia” akurat nie znam, ale rzekło się już, że duch Kinga unosi się nad tym króciakiem. Cokolwiek by o Kingu nie sądzić, bo pisze strasznie nierówno, ale fakt niepodważalny – jego historyjki to mordercze pociski, zrzucane na nasze głowy przez nieustająca od lat kanonadę amerykańskiej popkultury. Wszyscy się na tym wychowaliśmy. Dzięki za klika!

kasjopejatalesie (uf, co za mordercza ksywa;)

Miało być kasjopeja.tales, ale gdzieś mi kropka zwiała przy rejestracji i teraz już nie umiem tego zmienić ;) 

 

Jestem amuzykalna, słoń mi na ucho nadepnął, więc jeśli mnie rusza opko, w którym muzyka odgrywa pierwszoplanową rolę, to znaczy, że to jest dobre opko. A ruszyło ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Fajne :)

Przynoszę radość

Miało być kasjopeja.tales, ale gdzieś mi kropka zwiała przy rejestracji i teraz już nie umiem tego zmienić ;) 

O, z kropeczką inna bajka, od razu wiem o co chodzi :) Znaki przystankowe po raz kolejny ujawniły swą moc :)

 

Irko, dziękuję bardzo:)

 

Anet, jedno słowo, a ile radości:)

 

Pozdrawiam serdecznie!

:D

Przynoszę radość

Wiesz, Michale, to nie jest jakaś niezwykła historia, ale cholernie sprawnie napisana. :)

Tak więc za Anet. :D

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki, Darconie! Nie da się ukryć, że w tej historyjce, bo nie historii nawet, nie wyściubiamy nosa poza rozrywkę, więc jeśli jest radość to czuję się spełniony :)

Amerykańska bajka średnio mnie porwała (takie to było filmowe, owszem, ale jak film klasy B), ale jak to jest napisane! Czysta przyjemność, fajerwerki rozkoszy, eksplozje doznań. Wow.

www.facebook.com/mika.modrzynska

 

Podobało mi się. Przede wszystkim ta rozmowa i historie były bardzo interesujące. Myślę, że bardzo dobrze udało Ci się oddać stylistykę tego typu opowieści. Dialogi grają i są naturalne. W sam raz na scenariusz filmu (a przynajmniej jego początku) :)

Dzięki, Kamila! Chciałbym napisać, że ten tekst to rodzaj hołdu składanego zgranym konwencjom i ciasno rozumianej gatunkowości i horrorom z cyklu “grupa młodych przyjaciół…”, ale prawda jest dużo bardziej banalna. Od dawna nie mogę napisać nic na serio i o czymś, więc pozostają mi tylko takie rozrywkowe kawałki. Nie ma w nich nic złego, szczególnie jeśli uda je się smacznie podać, ale tęsknota za napisaniem czegoś większego jest ogromna. Ech, może z nadejściem wiosny mi przejdzie :)

 

Witam także Blacktoma, zamykającego stawkę jurasów!

 

Edwardzie, bardzo się cieszę, że się podobało! Początek filmu, tak? W pewien sposób mnie rozgryzłeś, bo kanwę tej historyjce dał początek pewnego filmu. W pierwotnej wersji opowiadania w trakcie rozmowy obu panów padał nawet jego tytuł, lecz później zrezygnowałem z tego pomysłu – nawiązanie było chyba zbyt odległe. Ale może ktoś zgadnie, o jaki tytuł chodzi. Stawiam przysłowiowy browar;)

No dobra, a gdzie tu jest fantastyka?

Nie porwało.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo za odwiedziny! Mam nadzieję, że porwie następnym razem. Co do twojego pytania, pomału klasycznego dylematu tego portalu, proponuję, żeby zachować lajtmotiw tekstu, zamienić je na równie retoryczne “czy też nie ma tu feelingu, czy tez może jest?”.

Feeling. Hmmm. Muzyka nigdy nie stanowiła dla mnie czegoś istotnego w życiu. Za jazzem nie przepadam. Czyli pozytywnego feelingu raczej nie było. Ale nie musisz się tym przejmować.

Babska logika rządzi!

Muzyka nigdy nie stanowiła dla mnie czegoś istotnego w życiu.

Ha! Wyjaśnia się, jak to jest, że nadążasz pisać na wszystkie konkursy. Po prostu nie trwonisz czasu na słuchanie:)

Ani na oglądanie filmów! ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka