- Opowiadanie: maciekzolnowski - Z dziennika borówkarza, czyli o łowcach miodu i ambrozji

Z dziennika borówkarza, czyli o łowcach miodu i ambrozji

Co my tu mamy? Próba połączenia filmu “Pi” z 1998 roku z “Dziennikiem” E. Stachury. Kompozytor, pasjonat i zbieracz runa leśnego, za dnia zrywa borówki i włóczy się po lasach, a w nocy tworzy dzieło życia. Podczas upalnego lata poznaje tajemniczą osobę, która staje się jego duchowym i ludowym przewodnikiem (napisałbym nawet: ludycznym cicerone). Brzmi gejowsko? A nie powinno. I nie dajcie się zwieść tęczowej aurze i słoneczku – zamierzałem pisać horror, ale koniec końców poszedłem w (nie takie znowu dark) fantasy. A oto kompozycja muzyczna, którą popełniłem pod wpływem króciaka i która ilustruje zawarte w nim idee: https://www.scoreexchange.com/scores/435564.html  .

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Z dziennika borówkarza, czyli o łowcach miodu i ambrozji

Dwa słowa miast prologu

Był wczesny wieczór wyjątkowo upalnego dnia, ja zaś znajdowałem się przy delikatesach w Górkach, kiedy go zauważyłem. Ostatnie promyki zachodzącego pięknie słońca, a tu młody dość, na oko dwudziestoparoletni, dobrze wyglądający facet o sylwetce sportowca wraca sobie ze zbiorów runa górskiego. Uśmiech od ucha do ucha, rozwichrzone włosy i ten jakby zawadiacki, młodzieńczy błysk w oczach. Tak, to był on, to był mój kumpel niezadługo najlepszy, niezadługo, ale nie dziś jeszcze i nie teraz. Miał na fioletowo zabarwione ręce i był strasznie spocony. Pewnie chciało mu się pić, tak jak i mnie. I na sto procent piwo, ale go o nie nie pytałem, niczego sam nie proponowałem póki co. Zaczepiłem natomiast słowami: „pogoda sprzyja sportowcom, panie kolego”. 

 

19 VII 2013, Górki

Borówka czernica: zero litrów, jeżyna: zero litrów. Obecności jednorożców dziś nie zarejestrowano.

Między mną a nowo poznanym wywiązała się krótka, lecz intrygująca rozmowa:

– Cały dzień łaziłem po krzaczorach, kłułem się, drapałem i szukałem tych najsmaczniejszych okazów-owoców, kolego.

– Najsmaczniejszych, czyli jakich? Najsłodszych? Najbardziej soczystych?

– Nie wiem, jak to jest z borówkami, ale im wyżej się je zbiera, tym są smaczniejsze. Ponadto owoce z każdego pojedynczego krzaka różnią się od siebie, i to nawet dość mocno, więc trzeba się starać, bardzo, bardzo starać, najpierw dużo łazić i próbować, smakować, wybierać sobie krzaczki i polanki odpowiednio nasłonecznione, a dopiero potem, kolego, zrywać, jak się trafi na „złotą żyłę” borówkową.

– I co robisz po takim dniu?

– Rodzinka ma domek letniskowy tu niedaleko. My – krakusy, na stałe w Górkach nie mieszkamy. I ja w tym domku zagotowuję słoiki. Wiesz, robię głównie soki i dżemy, ale niekiedy też nalewki, a część surowizny mrożę z odrobiną cukru. Ale podobno mrożenie jest mało opłacalne.

– Mało opłacalne, no tak. A wiesz? Nigdy jeszcze nie zbierałem borówek, ale może czas to zmienić, no nie wiem, nie wiem…

 

21 VII 2013, Skoczów – Błatnia

Rowerem ze skrzypcami do Skoczowa. Z futerałem na plecach. Zaczepia mnie imć grubas, Pan Beczułka:

– Fajny masz ten pojemnik na gorzałę! E, to tylko futerał. A już myślałem.

Od dziesiątej gram na stricie w Skoczowie. I wtedy podchodzi do mnie ten zawiany żul i zaczyna się koncert życzeń i zażaleń.

– A „Poloneza” Ogińskiego mi ciupniesz?

– „Poloneza”? Ciupnę!

Ale coś mi nie idzie, więc mówię:

– Ćwiczę, ćwiczę i wyćwiczyć nie umiem! 

A on:

– Uczę się życia, uczę i nauczyć nie mogę! Ale nastroiłeś skrzypce kalafonią?

– Nasmarowałem smyczek kalafonią i nastroiłem się.

– Zuch uwertoz!

Popołudniem na zachód słońca. Najpierw, zaraz po wejściu do lasu, zdejmujemy bluzy, coby się nie zapocić. I już lecimy, pędzimy pieszo z Adamem przez ten lasek na Błatnią, no a z powrotem, to busikiem z Brennej, czyli bardzo elegancko. W tym lasku – na Polankach Cisowych i Błatniej – byłem bodaj po raz pierwszy. Jednak czuję, że będę przychodził nie raz jeszcze i nie dwa, a może więcej.

Nie rozumiem, skąd ten irracjonalny lęk przed boru mrokami we mnie. Od zawsze bałem się dwóch rzeczy. Po pierwsze, czarnego lasu. I po drugie, zimnych poklasztornych albo poszpitalnych murów szkoły muzycznej. Myślę, że jest coś złego i stresującego w tradycyjnie pojętej edukacji muzycznej. I że unosi się nad nią jakiś zły duch, który sprawia, że muzyka Bacha albo Beethovena przytłacza i sprowadza uczniów niepotrzebnie do parteru. No przecież nie tędy droga.

Wieczorem słuchanie Bacha. Allemande – część pierwsza Partity II to jest coś, co mnie od teraz inspiruje. Może powinienem napisać podobne solo na skrzypce?

Nocą pojawia się senna interpretacja tego wiekopomnego dzieła. Niezwykła. Lecę mianowicie, szybuję jako ogromne ptaszysko. Kondor, orzeł? Nie umiem powiedzieć. Kolejne pochody interwałowe układają się w kolejne etapy podniebnych akrobacji. Opór powietrza znikomy. Cały czas towarzyszy mi ruch, ba, to ja ten ruch tworzę, ja jestem ruchem. Dziwnie to wygląda. Wspaniale! Podczas trwania snu tę oszałamiającą translację, bo chyba raczej nie transkrypcję, mianem Bachowskiego ruchu określam, cokolwiek to oznacza. A co oznacza? O tym przekonam się już niebawem.

 

23 VII 2013, szczyt Błatniej

Borówka czernica: trzy literki, jeżyna: zero literków. Obecności jednorożców nie stwierdzono.

– Przychodzę raz na Błatnią – mówi Adaś – i widzę: o, siedzi jeden facet. I ten facet do mnie tak: „E! Rezerwuję sobie krzaczek”. Na to ja, że tylko bez takich. No to ten wyrwał może z pół krzaka i poszedł z nim na stronę, obrywać z owoców. Takie są teraz ludzie!

Zbiory na Błatniej. Cudowne. To zbiory mych marzeń i snów, wyśnione i wymarzone, podczas których nikt nam nie przeszkadza, a my znajdujemy się gdzieś poza szlakiem zupełnie, gdzieś – zdawać by się mogło – na antypodach ucywilizowanego jako tako świata, gdzie tylko Bóg nas widzi i nikt więcej. Takie cudowne zanurzenie w dobroczynne światło słońca popołudniowego, słodycz dnia miododajnego. Na co dzień się nie zdarza takie zanurzenie. Nie znam bardziej relaksującego zajęcia od poszukiwania „złotych żył”, tych borówkowych i tych słonecznych, choć ręce już zabarwione na kolorek, który trudno będzie zmyć, i plecki bolą trochę też. Kleszcza dziś na szczęście nie złapałem żadnego, ale za to żmijka przesmyknęła mi się w pobliżu odsłoniętych nóg. Adaś mówi, żeby się nie przejmować ani jednym, ani drugim tałatajstwem pełzającym. Mówi dokładnie tak: jeśli chodzi o kleszcze, to musisz mieć odsłonięte nogi. I jak tylko widzisz jakiś czarny punkcik, to go strzepuj, bo to na pewno kleszcz, a jeśli idzie o węże, to ja wiem, gdzie są. Dokładnie tak się wyraził, zabawnie dość. Co to znaczy: wiem, gdzie są? Mam rozumieć, że wie, gdzie znajdują się konkretne gniazda? Nie wszystkie oczywiście, ale na przykład te w pobliżu Błatniej i Cisowych, czy tak? No chyba tak.

Wieczorem powtórne z Bachem obcowanie. Kawałek ten sam, co leciał wczoraj. Wspaniała muzyczka, wiecznie nieśmiertelna. Chciałbym i ja móc taki pomnik sobie wznieść. A kto by nie chciał? I oto wyznaczam cel na kolejne dni i tygodnie – skomponować współczesny utwór na skrzypce solo w duchu Jana Sebastiana według zadanych kryteriów.

 

24 VII 2013, Cisowe Polanki

Borówka czernica: pięć litrów, jeżyna: jeden litr, zero malin, jedna Baba Jaga!

Zbiory od świtu do popołudnia obfite. Ażby się chciało namiot na polance rozstawić i zrywać od świtu do zmierzchu i potem… heja, od samego rana. Rosa niebywała, słoneczko niebywałe. Zeszła rosa, pojawiły się kleszcze (też niebywale wyżarte).

Przyszedł jeden „sportowiec” starszej daty, ale miły, sympatyczny dość i mówi:

– Górecka gaździna chciała mnie przegnać, a ja na to: „Wy gaździno nie zbieracie borówek, na cóż wam one?”. Ona: „my nie zbieramy, ino pilnujemy” i lizie na mnie z batem. Podniosłem kija i: „oj, gaździno, spróbujcie mnie tylko tknąć, to ja wam taki masażyk sprawię, że się nie pozbieracie”. Miała szczęście, że kobiet naprawdę nie biję, ale ona o tym nie wiedziała. Miała dwa szczęścia: jedno, że kobiet nie biję, i drugie, że odwróciła się w porę i sama z siebie poszła w cholerę.

– A dla kogo pan szanowny zbiera?

– A to zależy: trochę dla siebie, trochę dla sąsiadki. Uzbieram, co mam uzbierać, a potem szlus i ani jednej borówki więcej!

To ja do niego:

– Mój kolega Adaś, wie pan, ma takie ambicje, by zebrać wszystkie borówki w okolicy i nawet zwierzątkom nic nie zostawić. Wszystkich, mówię mu, nie dasz rady. „Wszystkich nie, ale trzeba mieć jakieś ambicje” – odpowiada. To trochę, jak w tej piosence Kiepury, zna pan szanowny? „Blondynki, brunetki… ja wszystkie was dziewczynki całować chcę”. Wszystkich się przecież nie da. Nie szkodzi, ale trzeba chociaż próbować.

I nagle rozlega się krzyk. Adaś!

– Nie no! Kleszcz mi wpadł między borówki. A tak z nimi uważałem. I co ja teraz zrobię!?

I tak gadamy, zbieram, a czas płynie, życie płynie, krew tryska, wytryskuje, no i płynie. Cały podrapany jestem, bo tu wszędzie maliny przeklęte, które ranią, między krzewinki borówek powciskane. Chyba tylko Adaś lubi te maliny tak naprawdę i uwielbia się drapać i kłuć sadystycznie. Mam też odciski na palcach u nóg.

Rozpoczęło się od Polanek Cisowych i słoneczka, a wcześnie rano, po południu zaś była burza. Uciekamy z kumplem z rozmysłem rozdzielenie się. Adaś ma swój plan, a ja swój. Schodzi Szlakiem Myśliwskim, ja – kontynuuję wędrowanie pasemkiem i szczytami. Tak długo, jak jest las, mam wrażenie, że burza mnie goni, dopiero po wydostaniu się z ostępów, pogodowy straszny demon odpuszcza i ostatecznie tylko moknę. Moknę, ale za to cały, zdrowy i z czarnym pysznym “urobkiem” docieram do domu.

Definicja Allemande [almãd] według Wikipedii. Jest „to taniec dworski, pochodzenia niemieckiego, popularny od XVI wieku w Anglii, Francji i Niderlandach. Charakteryzuje się parzystym metrum oraz wolnym tempem. Od XVII wieku uległ stylizacji i wszedł w skład barokowej suity, najbardziej spopularyzowany przez Johanna Sebastiana Bacha. W tradycyjnej suicie Allemande zajmowało pierwsze miejsce – przed Courante, Sarabande i Gigue”.

 

03 VIII 2013, Dworek Myśliwski – Klimczok

Borówka: trzy litry, Baba Jaga: jedna. Uwaga na złośliwe skrzaty pod Klimczokiem!

Raniutko z Górek do Brennej piechotą. Wytyczony cel: Dworek Myśliwski. Dobrą chwilę czekam na Adasia schodzącego z Polanek Cisowych. Następnie jazda z nim jego autem na sam koniec Brennej. Rozmowa w aucie mniej więcej tej treści:

– Z tym słodkim zapachem gnilnym, to jednak miałeś rację. Sprawdziłem. Poszedłem w jedno takie miejsce, a tam młoda syrenka wodna, sadzawkowa już nie żyła. Truchło jej tylko znalazłem. Hm, słodki zapaszek, dobre sobie! Na przyszłość będę wiedział, co zwiastuje.

Następnie parkowanie w dogodnym miejscu za Brenną i wdrapywanie się na sam szczyt. Po wyjściu z auta, idziemy doliną potoku, mijamy Chatkę Wuja Toma, a gadka gładko gulgoce se i płynie:

– A wziąłeś chlebek, gul, gul?

– A wziąłeś.

– A włożyłeś do plecaka, gul, gul?

– A włożyłeś.

– A smaczny i ostrawy?

– Ostrawy, bo to jest chleb z Ostrawy.

Zbiory borówek do późna. Potem, pod wieczór, kupowanie w Brennej kukułek tuż przed zamknięciem samu. Panie sklepowe zamykają się oraz nas, myją podłogę i twierdzą, że nikogo nie wypuszczą. Fajne są i atmosfera też fajnie wesoła. Takie kukułki lubię najbardziej, rodzime i słodkie.

Odkryłem wieczorem ciekawą rzecz. Że mianowicie poddaję się wielu różnym wpływom i inspiracjom, takim jak: ambient, chillout, new age, synthpop, podkłady muzyczne do filmów przyrodniczych o tematyce najczęściej morskiej i tropikalnej. Dziwne. A więc jednak nie tylko Bach! Nie tylko, ale jednak przede wszystkim i zwłaszcza on, zawsze on. Trzeba koniecznie zdefiniować ten ruch Bachowski, powiedzieć, na czym polega i sformułować założenia i kryteria przyszłych lub przyszłej kompozycji, jednej lub wielu. Jeśli stworzę więcej niż jeden utwór, to będę miał potem z czego wybierać. A wybiorę oczywiście spontanicznie, ad hoc, bo mnie intuicja nigdy jeszcze nie zawiodła.

 

12 VIII 2013, ku Żywiecczyźnie, a w stronę słońca

Borówek zero, zauważono jednorożce pod Baranią Halą, pod Radziechowską – świetliki (to pewnie już ostatki).

Mówię ojcu Adasia, że Adaś się spóźnia. Na to on, że być może znów się nawalił. Dokładnie tak się wyraził: „nawalił się”, brzydko dość. Nigdy tego nie zapomnę.

Idziemy i Adaś mówi nagle gdzieś po drodze:

– Patrz! Jak ten zaskroniec piknie symuluje, jak się strasznie wije i w ogóle. Udaje żmiję. Skubany!

Gruby jegomość pod Salmopolem udziela porady praktycznej:

– Jak spotkasz w lesie miśka, to koniecznie musisz śmierdzieć, a wtedy może przeżyjesz.

Na drodze przeciwpożarowej za Salmopolem zaczepia mnie sędziwa turystka:

– Boże! Jak tu brzydko! Widzi pan to, tę brzydotę tutejszą?

– Co pani ma na myśli? – pytam. – Brak punktów widokowych?

– Nie chodzi o punkty. Tu po prostu jest brzydko.

Idziemy nadal, nadal znosimy ten straszny upał. Jesteśmy już przed Baranią. Adam lekko wyluzowany. A na horyzoncie starsza turystka. Pojawia się i mówi:

– Dawniej się tak nie piło jednak. Kto to widział, żeby jedno piwo za drugim grzmocić. Owszem, od święta była wódeczka, ale tylko od święta. A teraz, panie?! Rano się zaczyna, a późno w nocy kończy, i to tak: jedno za drugim, jedno za drugim. Mocne, halne, tyskie, panie, tatra, żubr, żywiec, mój Boże! Co to za czasy teraz mamy?!

Adaś:

– A widzi pani tę kanapkę? Człowiek dziwnie się czuje, jedząc kanapkę z żółtym serem i zapijając mlekiem. Bo to tak, jakbym pochłaniał krowinę z koni i “muczyną”. To już wolę piwo.

 

13 VII 2013

Borówek – cały okrągły litr.

Raniutko wstajemy i idziemy na jagody. Golimy się w potoku, czym wywołujemy uśmiech na twarzach przypadkowo napotkanych turystów. Podobno golenie humor poprawia, no turystom poprawiło, a że w strumyku, cóż… Po drodze mijamy wieśniaczkę z koszem pełnym jagód, malin, ostrężyn, różnorakich owoców leśnych. Adaś rozpoczyna snucie teorii spiskowej:

– Teraz już nie ma nawet po co iść! Ta pani wszystko nam sprzed nosa wyzbierała. Tyle teoria!

A na szlaku łączącym Lipowską z Boraczą mój spostrzegawczy towarzysz coś zauważa:

– O, spójrz tam! Kapliczka ze świętym Tadeuszem. Nigdy nie słyszałem o takim świętym, no chyba że o nieświętym. A tak, to słyszałem.

Przy Boraczej młoda dziewczyna chce nas mapą „poczęstować”, to jest uraczyć. I już się schyla, tobołki odstawia, już po mapę sięga. My – że dziękujemy i że mamy swoją. Ostatecznie – głupio wyszło – i tak korzystamy z jej materiałów.

– A skąd panienka? – pytam, jako że ciekaw jestem z natury.

– A ze Szczecina.

– Na piechotę z Zachodniopomorskiego? Podziwiać!

– Nie no, pociągiem wcześniej jechałam.

– Aa! A już myślałem, że na piechotę ze Szczecina, to by było dopiero coś!

Bachowski Allemande. Na Boraczej Hali rzeczywiście najsmaczniejszy! Słucham w wyobraźni przy akompaniamencie sfer niebieskich, musica mundana, a gdzieniegdzie dzwoneczki baranków się odzywają i kontrapunktują swoiście. Wyznaczam zadania na kolejne dni: poszukać ciekawych pentatonik subiektywnie kojarzących się ze światłem słońca i tropików, wodami mórz i oceanów (uwaga: nie wchodzić w muzykę ilustracyjną ani programową), przetestować melodię Allemande zagraną w różnych skalach i ustalić, jakie akordy całotonowe, kwartowe i septymowe są w ogóle na skrzypcach możliwe do zagrania, ale bez odwoływania się do techniki skordatury.

 

15 VIII 2013, dzień świąteczny i wesoły

Niczego nie zbieramy, tylko świętujemy. U źródełka – jeden wodnik, ale mały.

Trwa wypad z Adaśkiem po Żywiecczyźnie kilkudniowy, prawie tygodniowy, jak się okazało. Słoneczko. Dwie halby piwa po drodze. Objadamy się borówkami, tylko objadamy, bo zbieranie odpada. W sklepie ciekawa reklama piwa halnego (po słowacku: akcja). Adaś mówi:

– Okropnie nachalna promocja.

Z Rycerki Kolonii do centrum podwozi nas jeden sympatyczny dość leśnik. I wywiązuje się krótka pogawędka:

– Dzisiaj natknąłem się na kornika. Takiego byka jeszcze w życiu nie widziałem. Muszę te kawały drewna zwieźć do laboratorium.

– Kurde! Nie wiem, czy niechcący nie usiadłem na czymś zarobaczywionym – tłumaczy Adaśko.

Żegnamy się, dziękujemy za podwózkę. Robimy jeszcze parę kroków, po czym kamrata dopada refleksja:

– Mam teraz te korniki w dupie! Kornik drukarz dupny odbytowy.

Na nocleg z Rycerki do Zwardonia przez Sól… tej ziemi najprawdziwszą. Adaś chce dokupić więcej okowity, mając na uwadze to, że zakłócam sen. Ja zakłócam? W ramach superceny, prosi gospodynię o drugi dodatkowy pokój, bo – jak twierdzi – kolega chrapie. I o dziwo pokój taki otrzymuje. Nie musi nawet nic dopłacać!

Ach, to tutejsze nazewnictwo! Wielce oryginalne, które zwraca uwagę, zapładnia wyobraźnię i zdaje się odsyłać do jakiegoś innego, lepszego uniwersum – do świata duchów, podań ludowych i miejscowych legend. Przegibek, Bania, Parszywka, Boracza, Śmiecha, Dziobaki, Misiorka, Słonica, Wytrzyszczona, Abrahamów, Pawlusia, Bacmańska, Dadoki, Straceniec, Smerkówka, Muńcoł, Danielka, Miziowa, Cukiernica, Cebulowa, Tanecznik, Munczolik, Durajka, Tuł, Wróżna, Diablak, Hołcyna, Malinka, Dziechcinka, Dobka, Świniorka, Łazek, Bukowa, Żarnowiec, Kamieniec, Głębiec, Barujec, Głębce, Obłaziec, Jawornik, Zdejszy, Tokarnia, Gahura, Jarzębata, Partecznik, Łabajów, Jurzyków, Gościejów, Nierodzim, Lipowiec, Zawodzie, Jaworzyna, Chrobaczy, Jatny, Brzozowa, Jaworowa, Borek, Lachy, Kotarz, Nostrożny, Snowaniec, Kobyla, Stawieńce… Dobry Boże! W jaki sposób powstawały te przepiękne nazwy?

W trakcie analizowania Allemande i wyznaczania celu, wspominałem o potrzebie stworzenia kryteriów przyszłej kompozycji, jednej albo wielu. A zatem przedstawiam założenia: materiału wysokościowego dostarczyć mają różne pentatoniki plus ewentualnie skala całotonowa, harmonia – najlepiej kwartowa albo tercjowa, obie harmonie z elementami sekundowymi, uprzywilejowane akordy to: durowy z septymą wielką oraz mollowy z septymą małą i ewentualnie noną wielką.

Elementy Bachowskiego ruchu: progresje i mikroprogresje (takie progresje w progresjach), ornamentalne motywy sekundowe, przewaga ruchów sekundowych, niewielka ilość skoków o duży interwał i pochodów akordowych, stosowanie dłuższych wartości celem jak gdyby odbicia się, przygotowania do wykonania skoku o większy interwał. Uwaga pierwsza: z dłuższych wartości i progresji będzie można ewentualnie zrezygnować. Uwaga druga: stosowanie dźwięków prowadzących i ich ewentualne współgranie z dłuższymi wartościami uzależnić od tego, czy pentatonika jest hemitoniczna (półtonowa) czy też anhemitoniczna (bezpółtonowa). W przypadku braku półtonów w skali, dźwięków prowadzących lub ciążących ku swego rodzaju rozwiązaniu nie będzie.

 

16 VIII 2013

Jesteśmy w drodze. Zbiorów wobec tego brak. Fest odpoczywamy za to.

Powrót z Żywiecczyzny przez Baranią, Trzy Kopce i Orłową. Zmierzcha się. Adaś mówi, że może w krzakach gdzieś czają się niedźwiedzie albo inne nocne drapieżniki. W pewnym momencie zaczynam truchtać i Adaś też zaczyna. Pytam więc, czemu mnie straszy i czy coś może usłyszał? A on, że nic. I że biegnie, bo ja biegnę. Wtenczas obaj przystajemy. A pod Żarnowcem, zaraz przed wyjściem z kniei, siedział sobie kotek i lizał łapki. Cudem go zauważyliśmy, bo było praktycznie ciemno. Adaś do niego podszedł i mówi:

– Czemu nie uciekasz, mały? Przecież rysie są z natury płochliwe zwierzęta.

Co należałoby przetestować i ewentualnie skomponować w niedalekiej przyszłości? No więc po kolei: jednostajne pochody wznosząco-opadające z rytmem motorycznym; takie same pochody jednostajne, ale rytm w nich zawarty choćby minimalnie urozmaicony; przekształcenie pochodów jednostajnych w niejednostajne poprzez uzupełnienie melodii i wzbogacenie przebiegu rytmicznego, by był taki, jak u Bacha; imitowanie efektu echa, jak w ambiencie i chilloucie (na przykład można nakładać na siebie wspomniany efekt, czyli jednocześnie imitować dwa rodzaje rzeczywistego pogłosu, które to rodzaje są, mogą być asynchroniczne); akordy tercjowe, septymowe, nonowe i kwartowe zagrane mocno i pełnym dźwiękiem, tak jak na początku słynnej Chaconne (nacisk w kompozycji położony na element harmoniczny, nie zaś na melosferę, a przy tym brak melodii i pulsacji – pulsujących przebiegów); wielodźwięki wzbogacone o tremolo flażoletowe, ogólny zaś charakter kompozycji raczej statyczny, brak w związku z tym zarówno melodii, jak i przebiegów czy pochodów jako takich; utwór repetycyjny, minimalistyczny oparty o różne transowe, chilloutowe i ambientowe rytmy.

 

Epilog

Adaś – uosobienie tajemnicy i letniej przygody. Wyjechał niespodzianie, bez najmniejszej zapowiedzi czy ostrzeżenia. To właśnie on zaraził mnie miłością do gór, patriotyzmem lokalnym, pasją zbieracza i wiele nauczył. Tak strasznie dużo mu zawdzięczam. Chciałbym chociaż podziękować, ale nie wiem, czy kiedykolwiek się jeszcze spotkamy, a to z uwagi na przeprowadzkę, która przede mną.

I jeszcze jedno, bardzo ważne: wreszcie wyzbyłem się irracjonalnego lęku przed boru mrokami i nauczyłem darzyć Bacha miłością szczerą, a nie szkolnym i wyuczonym na blachę pseudouwielbieniem.

Tymczasem z sześciu kompozycji jakie popełniłem, wybrałem jedną, w mym odczuciu najbardziej słoneczną, która spełnia kryteria Bachowskie i którą w całości zamieszczam poniżej, życząc przy okazji wszystkim miłego odbioru:

https://www.scoreexchange.com/scores/435564.html.

Koniec

Komentarze

O, jakie to fajne!:) Samo się czyta, klimat niesłychany, wstawki Bachowskie w sam raz, doskonale to wszystko wygrywasz!:). To truchło syrenki horrorystyczne takie, ale zapewnia ciut ciut fantastyki, aczkolwiek maaaałoooo! Magicznowate, nastrojowate, a nawet jagodowate pychotowate! Klik!

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Dzięki wielkie, Rrybaku, za wizytę, przeczytanie, szybki komentarzyk, pochwałę realizmu magicznego i wreszcie kliknięcie. Zastanawiałem się wcześniej, dlaczego tyle czasu zajęło mi napisanie tego teksu. Potem pomyślałem, że przecież musiałem pracować równolegle zarówno nad stroną muzyczną projektu, jak i literacką. I wszystko jasne. Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam! M 

Coś magicznego snuje się w tej opowieści – niby to zwykłe wędrówki po lasach i zwykłe borówkobranie, a jednak wzmianki już to o syrence sadzawkowej, już o złośliwych skrzatach podklimczokowych, o spotkaniu Baby Jagi, czy niespotkaniu jednorożca powodują, że klimat opowiadania jest niezwykły. Zasługa w tym także pięknie cytowanych rozmówek z miejscowymi i przyjezdnymi, że o pogwarkach z przyjacielem Adasiem nie wspomnę.

Rozważania o muzyce i komponowaniu przydają opowiadaniu czegoś bardzo osobistego i sprawiają, że klimat staje się jeszcze bardziej niezwykły. ;D

 

– Cały dzień ła­zi­łem po krza­czo­rach, kułem się, dra­pa­łem… ―> Pewnie miało być: – Cały dzień ła­zi­łem po krza­czo­rach, kłułem się, dra­pa­łem

 

Po­po­łu­dniu na za­chód słoń­ca. ―> Po ­po­łu­dniu na za­chód słoń­ca. Lub: Po­po­łu­dniem na za­chód słoń­ca.

 

będę przy­cho­dził nie­raz jesz­cze i nie dwa… ―> …będę przy­cho­dził nie ­raz jesz­cze i nie dwa

 

po­po­łu­dniu zaś była burza. ―> …po ­po­łu­dniu zaś była burza.

 

Toby było do­pie­ro coś! ―> To by było do­pie­ro coś!

 

Muszę te ka­wał­ki drew­na zwieść do la­bo­ra­to­rium. ―> Muszę te ka­wał­ki drew­na zwieźć do la­bo­ra­to­rium.

 

Pytam się więc, czemu mnie stra­szy… ―> Pytam więc, czemu mnie stra­szy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo mi się podobało, głównie za magiczną atmosferę, którą udało Ci się wykreować. jak to u Ciebie niesamowite opisy, nastój, no i te borówki…

Wyjątkowo przyjemna lektur i oczywiście ode mnie kolejny biblioteczny kliczek :)

Dzięki wielkie, Miłe Panie! Katiu, jak zbiorę (no a zbiorę) takie borówki, to masz ode mnie przynajmniej jeden słoiczek w prezencie! A Tobie, Droga Reg, dziękuję dodatkowo oraz w sposób szczególny za chwytankę. Zaprawdę wolę taką łapankę od łapania kleszczy w trawie. Pozdrawiam! ;-)

Piękne to było. Co prawda na muzyce się nie znam, słoń mi na ucho nadepnął, ale zabrałeś mnie w podróż do krainy dzieciństwa i obudziłeś wspomnienia podobnych zbiorów.

Ech, Twoje pisanie ma w sobie coś magicznego.

Ode mnie też kliczek :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Tak się składa, Maćku, że i ja wolę przeczochrać tekst i wyłapać co trzeba, niż mieć do czynienia z kleszczami. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pięknie dziękuję, Irko! :) 

Oj, nie mów mi, proszę, nic o kleszczach, Reg!

Tekst uzupełniłem paroma dodatkowymi linijkami (łuk przemiany bohatera) i uważam za skończony, co nie oznaczy, że nie będę go nadal cyzelował. 

Praca artysty nigdy się nie kończy… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj, to prawda! No chyba po raz pierwszy udało mi się napisać tekst o czymś, a nie o niczym – o procesie twórczym mianowicie. Zwykle szedłem w banalizację i humor jednak. Tymczasem tyle ważkich tematów wkoło i na świecie dzieje się niemało. Te tematy leżą na ulicy niczym przysłowiowe pieniądze. 

Mam wątpliwość jeszcze, co do owego nieszczęsnego “toby”. A może “to by”?

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/toby-i-to-by;8712.html

Przykład z kozą: “Żeby kózka nie skakała, toby nóżki nie złamała”.

Mam wątpliwość jeszcze, co do owego nieszczęsnego “toby”. A może “to by”?

Maćku, wyzbądź się wątpliwości. Twoje zdanie winno brzmieć: To by było dopiero coś! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, wyzbyłem się! :)

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładne, klimatyczne opowiadanie z zabawnymi dialogami. Tworzysz magiczny nastrój, trochę bajkowy, z plastycznymi opisami. Zgadzam się z Rrybakiem, że samo się czyta. Doklikam do biblioteki. :)

Super, dzięki, ANDO! 

Reg, właśnie sobie przypomniałem… A znasz może to? To tak à propos kliknięć. ;-)

 

Lajkować – dribbelek

Inaczej dawać lajka, czyli polubienia. Polega to na tym, że pod postem klikamy ikonkę like z charakterystycznym kciukiem uniesionym w górę. Lajkować możemy wszystko, co nam się podoba albo po prostu nas śmieszy.

Lubię lajki, choć nie zawsze. Dziś na przykład… lajkują moje ciało kleszcze z lasu i okolicznych łąk. 

Maćku, oczyma wyobraźni ujrzałam kleszcza z zaciśniętą piąstką i wystawionym kciukiem. yes

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czy Akcia po słowacku nie oznacza promocji w rozumieniu specjalnej oferty (łączącej się z obniżoną ceną)? Tak mi się kojarzy, ale mogę być w błędzie.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki za odwiedziny i przeczytanie, Nevaz. Zabiłeś mi klina, muszę wyznać. Na Słowacji byłem setki razy i wiem, co w sklepie widziałem, ale na translatorze nie wychodzi mi słówko “akcia” w sensie promocji. Może to jakiś lokalny zwyczaj Kraju żylińskiego i preszowskiego: Poprad, Martin, Rużomberok? Nie wiem, naprawdę nie wiem.  

Zazdroszczę, ja bywałem chyba tylko w Bratysławie i mam nadzieję, że w najbliższych latach będzie mi dane to nadrobić. Z tą akcią nie byłem pewny, czy nie miesza mi się coś w głowie z językami południowosłowiańskimi, wiem, że gdzieś na pewno używają tego słowa właśnie w takim kontekście.

Natomiast jeśli chodzi o sam tekst, to spodobał mi się klimat, podoba mi się wątek męskiej przyjaźni, ale przyznam, że trochę zabrakło mi bardziej wyrazistego zakończenia.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Zdecydowanie postawiłem na klimat i na “obyczajówkę”, na stronę obyczajową tekstu. 

Nevaz, nie masz czego zazdrościć. Po prostu wskakuj w auto albo pociąg i jedź do braci Słowaków. Choć z drugiej strony, z uwagi na tę cholerną pandemię, może nienajlepszy ku temu czas teraz, buu… :(  

No dobrze. A gdzie tu jest fantastyka? Nazwanie nieprzyjemnej gaździny Babą Jagą to za mało.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finkla! Fantastyka jest, ale wyczuć ją można wyłącznie w promilach. ;-)

Nowa Fantastyka