- Opowiadanie: ANDO - Bez powrotnego

Bez powrotnego

Nie sugerujcie się pierwszą sceną, to nie jest horror.

 

Życzę przyjemnego czytania. :)

 

23.02. Zmiana pisowni: Ziemia i Atramentowce.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Bez powrotnego

Nauczyłeś nas, jak sięgnąć niemożliwego.

Pokazałeś, jak zdobywać nowe szlaki.

Śpij spokojnie, Oppy, kołysany marsjańskim wiatrem,

Dobranoc, bohaterze.

Zapamiętamy Cię na zawsze.

 

 

 

Krew. Skąd ta krew? Otwieram szerzej oczy. Zaschnięte strużki na dłoniach, szarobrunatne plamy na wizytowej koszuli. Żadnej rany.

Przebudziłem się, czy może jeszcze śpię? W gardle Sahara, czaszka pulsuje nieznośnym bólem. Próbuję sobie przypomnieć, co się stało, jak się tu znalazłem. Nic, tylko irytująca pustka w głowie.

Rozpoznaję dom siostry, ona na pewno coś pamięta.

– Iza! – krzyczę. – Izaaa!

Odpowiada mi cisza przyprawiająca o zimny dreszcz.

Zwlekam się z łóżka, zaglądam do drugiego pokoju. W promieniach słońca wpychających się przez zasłony widzę siostrę na jasnym dywanie upstrzonym czerwienią. Rana ziejąca w piersi, niewielki pistolet, porzucony na podłodze jak oskarżenie. Zanim dotknę zimnego ciała, już wiem. Patrzą na mnie otwarte oczy trupa.

Dlaczego?!

Czarna dziura. Ale ślady podpowiadają wyraźnie.

Zerkam na pistolet z krótką, wąską lufą, na nieruchomą siostrę. Siadam na dywanie i zamykam oczy. Chcę jak najdłużej łudzić się, że to sen.

Czuję potworną niemoc, rozlewającą się po całym ciele. Słyszę szczęk otwieranego zamka, ale nie mogę się ruszyć.

W drzwiach staje Stenia, partnerka siostry. Ma przerażoną minę, szeroko otwarte oczy. Zaczyna wrzeszczeć, jakby ktoś obdzierał ją ze skóry.

 

***

 

Siedzimy we dwóch przy stoliku w obszernej sali z zakratowanymi oknami.

– Panie Marcelu, prokurator ma niepodważalne dowody. – Adwokat cedzi słowa. – Jeśli pan się przyzna, będzie szansa na łagodniejszy wyrok.

– Powtarzam, nie wiem, czy to zrobiłem – odpowiadam, patrząc na jego wypielęgnowane dłonie. – Nie pamiętam.

– Miał pan długi u siostry.

– Nie! To akurat wiem! – protestuję tak ostro, że zwracam uwagę strażnika, dlatego dodaję ciszej: – Dzień wcześniej Iza umorzyła mi wszystkie pożyczki. Dała oświadczenie na piśmie.

– Gdzie ono jest? – Adwokat nie traci opanowania nawet na chwilę. Przypomina wielkiego, znudzonego baseta.

Z całych sił próbuję sobie przypomnieć, co zrobiłem z kartką.

– Nie wiem dokładnie, schowałem gdzieś w domu.

– Policja niczego nie znalazła przy przeszukaniu, a sąsiedzi zeznali, że często się kłóciliście z siostrą. Sam pan widzi, kiepsko to wygląda. – Adwokat drapie się w łysą głowę.

 

***

 

Przesłuchania, twarda prycza w celi, wlokące się rozprawy i błyskające flesze aparatów dziennikarzy. Nie mogę tego znieść. Dawne życie i ukochana praca konstruktora maszyn bezpowrotnie odpływają w dal. Wciąż czekam, że coś sobie przypomnę, albo inni odkryją dowód mojej niewinności. Nieśmiała nadzieja topnieje z każdym dniem.

Chcę wrócić do warsztatu, do pustego, spokojnego domu, do moich wynalazków. Nienawidzę tych wszystkich obcych ludzi i osaczających pytań sędziego:

– Czy pan się przyznaje? Zastrzelił pan siostrę?

Jezu! Skąd mam wiedzieć?!

Biegli nie znaleźli we mnie śladu szaleństwa, a ja mam w głowie czarną dziurę w miejscu tamtego dnia.

– Marcel zawsze był dziwny – zeznaje partnerka siostry. – Wycofany, zamknięty w sobie, tylko te roboty i wynalazki. Zdobywał nagrody, ale nie umiał odnaleźć się w zwykłym życiu. Iza pomagała mu jak mogła, załatwiała za niego sprawy w urzędach, gotowała obiady. A on okazał się bestią bez serca!

W jednym ta kobieta się myli. Kochałem siostrę, mimo wszystko. Nawet, jeśli ją zabiłem.

 

***

 

Sędzia odczytuje wyrok. Przecież już dawno wycofali karę śmierci. O, ja naiwny!

– Sąd uznaje Marcela Sułka winnym zarzucanych mu czynów i skazuje na dwadzieścia pięć lat wygnania na Marsie.

Nie wiem, co gorsze: ta kara czy myśl, że mogli mieć rację.

Poznaję piekło. Oczekiwanie w izolatce przez długie godziny, noce zlewające się z dniami, pełne myśli tak dręczących, że nie pozwalają zmrużyć oka. Wśród nich ta najgorsza, niczym grzebanie igłą w świeżej ranie: zabiłem własną siostrę.

W końcu przychodzi ten dzień. Wyprowadzają mnie z celi do okratowanego busa, jak kilku innych więźniów. Skute ręce, obroża pod prądem na szyi. Nie zamierzam próbować, jak mocno kopie, ale widzę śmiałka.

– Pieprzone dziady! Chcecie nas spalić żywcem w kosmosie! – drze się, szarpiąc kajdanami. – Od razu strzelcie mi w łeb!

Strażnicy brutalnie przypominają mu, kto tutaj rządzi i wpychają do auta.

Szybko przeszukuję pamięć, która i tym razem nie zawodzi. Cztery loty skazańców na Marsa, w tym trzy zakończone eksplozją statku po drodze. Na takie misje dają najstarszy, zdezelowany sprzęt. Ostatni pojazd doleciał do celu, ale nikt nie sprawdza, co się stało z pasażerami. Zrobią to dopiero za dwadzieścia lat, kiedy skończy się kara. Nikt nie zainteresuje się skazańcami wcześniej. Jak obuchem uderza mnie myśl: społeczeństwo pozbywa się chwastów.

Kolejne kilometry wyznaczają mijane po drodze małe domki rozsiane wśród pól.

– Jeden, dwa, trzy – Liczenie mnie uspokaja.

– Stul pysk, świrze! – warczy wytatuowany osiłek.

Milknę i kulę się przy oknie.

…dwanaście, trzynaście, czternaście… – kontynuuję w myślach.

Dojeżdżamy do wysokiego muru z cegieł, kontrola, kolejny płot, tym razem z kolczastymi zasiekami i znów sprawdzanie przepustek. Wpuszczają nas do środka. Mrowie ludzi uwija się przy ogromnych jak wieżowce statkach kosmicznych.

Zatrzymujemy się na placu, gdzie stoi rząd innych okratowanych samochodów. Wyprowadzają nas na zewnątrz, zaganiają w gromadę, razem z więźniami z pozostałych aut. Lufy karabinów strażników błyszczą groźnie.

Wysoki chłopak odrywa się od naszej grupy, pędzi w stronę zasieków. Seria wystrzałów przecina powietrze, więzień zostaje na asfalcie. Ktoś przykrywa zwłoki brezentem.

– Ruszać! – pada rozkaz.

Prowadzą nas w kierunku statku kosmicznego, niewielkiego w porównaniu z innymi, ale opływowa konstrukcja i tak wygląda imponująco.

Jako dzieciak zawsze chciałem polecieć na inną planetę, teraz wolałbym uciec stąd gdzie pieprz rośnie. Z każdą chwilą coraz bardziej marzę, by zostać na Ziemi, w moim spokojnym domu.

Obserwuję współskazańców: łyse głowy, ciała poznaczone tatuażami od czubków palców po czoła i policzki. Na ich tle wyróżnia się człowiek z zupełnie czystą, bladą jak papier skórą. Chudy facet w średnim wieku, z kozią bródką i przenikliwymi oczami. Zna go chyba każdy w naszym kraju: to Samuel Dock, zdobywca Nobla z chemii. Seryjny zabójca młodych kobiet.

Wchodzę po szerokim trapie do środka statku.

– Szybciej! – Strażnik dźga mnie w plecy kolbą karabinu.

Prowadzą nas do przestronnej kabiny pełnej foteli, przypominającej salę kinową.

Rozkuwają mi ręce, lecz zaraz przyszpilają do siedziska stalowymi obręczami, które oplatają przedramiona, korpus i nogi. Ściągają moją obrożę i odchodzą. Próbuję się uwolnić, szarpię więzy, ale trzymają mocno. Ostre paski ranią skórę.

Większość foteli już się zapełniła. Obok mnie siedzi Samuel Dock. W gazetach pisali, że zjadał uszy swoich ofiar. Wygląda nawet zwyczajnie, tylko oczy ma dziwne: przenikliwe, świdrujące do głębi.

– Bilet na Marsa bez powrotnego – odzywa się do mnie pierwszy i nie czekając na odpowiedź, dodaje: – Poznałem cię po tej jasnej grzywie, Marcel. Słyszałem co nieco o twoich wyczynach. Naukowych. – Puszcza do mnie oko. – My, wybitne umysły, powinniśmy trzymać się razem.

Kiedy się uśmiecha, przypomina piranię.

Strażnicy wychodzą ze statku, zamykają właz, z głośników rozlega się komunikat:

 

„Będziecie unieruchomieni aż do lądowania, później zabezpieczenia rozepną się automatycznie. Kombinezony znajdziecie w ładowni. Życzymy przyjemnej podróży”.

 

Atmosfera w kabinie gęstnieje od przekleństw, ktoś zaczyna się modlić.

– Spokojnie – mówi do mnie Dock. – Na Marsie można przeżyć, przed nami ktoś już tam doleciał.

– Bezzałogowce z łazikami – odpowiadam.

– Nie tylko. Czwarta tura skazańców, słyszałeś?

Kiwam głową.

– Nie rozbili się w drodze, dolecieli i prawdopodobnie wylądowali. Interesujący początek, zwiększający nasze szanse na przeżycie, a wtedy…

Dalsze słowa Samuela zagłusza warkot silników. Wibracje sprawiają, że zaczyna trząść się podłoga. Żołądek podjeżdża mi do gardła, niczym na karuzeli. Domyślam się, że startujemy. Więźniowie wrzeszczą, wyją i klną, kabina wypełnia się smrodem potu i ludzkiego strachu.

Pamiętam, jak na zajęciach z astronomii oglądałem film o misji łazika Opportunity na Czerwonej Planecie. Wtedy marzyłem, żeby zostać odkrywcą kosmosu. Dziś wolałbym wrócić do domu, chociaż nikt już tam na mnie nie czeka. Odkąd zmarli nasi rodzice, miałem tylko Izę.

Wciąż nie potrafię uwierzyć w ten koszmar.

Warczenie i kołysanie trwa tak długo, że przyzwyczajam się do tych odgłosów, podobnie, jak inni skazańcy. Część z nich zmorzył sen, niektórzy rozmawiają. Samuel pochrapuje głośno.

Boję się zamknąć oczy, bo wtedy widzę martwą twarz siostry.

Liczę fotele współpasażerów, na ile pozwalają mi więzy: sześćdziesiąt cztery, ale kilka rzędów mam za plecami. Szacuję, że na statku leci stu dwunastu skazanych.

Silniki pracują ciszej, przestaje nami trząść, a lot staje się mniej dokuczliwy. Samuel budzi się z zadowoloną miną.

– Ruszamy na podbój kosmosu – mruczy. – Po lądowaniu musimy pierwsi dotrzeć do ładowni i zabrać butle z tlenem, zanim te barany się zorientują. Kto kontroluje zasoby, ten rządzi.

Nie zdążam nic odpowiedzieć, bo nagle robi się bardzo gorąco i duszno. Więźniowie zaczynają krzyczeć. Z każdą chwilą oddycha się trudniej, klatkę piersiową rozdziera palący ból. Słyszę coraz cichsze przekleństwa. Twarz Samuela, fotele, wnętrze statku, rozmazują się jak krajobraz za szybą, kiedy pada deszcz.

Wszystko zasnuwa ciemność.

 

***

 

Te oczy. Czarne, duże, jak u pluszowych miśków. Błyszczą w wąskiej twarzy, po bokach sterczą uszyska wielkie niczym talerze, w tym jedno trochę rozdarte u dołu. Stwór wpatruje się we mnie, przekrzywiając łeb osadzony na futrzastym korpusie koloru atramentu. Niewielka istota przypomina skrzyżowanie kreta i małpy bez ogona. Łapki przywodzą na myśl szerokie łopatki zakończone palcami o ostrych pazurach, długi nos węszy nieustannie.

Obudziłem się, a może jeszcze śpię? Siadam na posłaniu. Nogi i głowę mam oplątane szmatami.

Rozglądam się po pomieszczeniu. W środku nie ma żadnego okna, zamiast ścian widzę półprzezroczyste płachty przypominające plastikowy namiot. Mrok rozświetlają dziwne, świecące kamienie, stojące na drewnianych skrzyniach.

Zrywam się z posłania, ale brakuje mi sił. Chwieję się na nogach, kręci mi się w głowie. Muszę usiąść.

– Gdzie ja jestem? – pytam.

Stworek wydaje kilka głośnych pisków.

– Co się stało ze statkiem i ludźmi?

Znów te same odgłosy.

Przechodzę na język migowy. Naśladuję lecący statek, warcząc przy tym głośno.

Stwór patrzy ze zdziwieniem, odsuwa się ode mnie.

Próbuję czegoś łatwiejszego.

– Nazywam się Marcel – pokazuję na siebie. – Marcel.

– Maaa – powtarza, podchodząc bliżej.

– A ty?

– Ziii. – Dumnie klepie się w futrzastą pierś, po czym ucieka. Wraca po chwili, uradowany. W łapkach trzyma… kartkę z portretem wąsatego mężczyzny. Nie mam pojęcia, kto to może być.

– Wiii – mówi stworek i przytula rysunek do piersi.

Znów gdzieś leci. Słyszę raban, piski. Ziii i dwa podobne do niego stworki próbują przepchnąć do środka namiotu niewielką maszynę na kółkach. Podjeżdżają bliżej.

Nie wierzę własnym oczom.

Kamery na wysięgniku, sześć skrętnych kółek, dwie baterie litowe niczym skrzydła po bokach. Odczytuję numer seryjny na złotej ramie. Przecieram oczy ze zdumienia. Oglądam miniaturę oryginalnego łazika MER-B, prawdopodobnie złożoną z pozostałości pierwotnej konstrukcji. Symbolu mojego snu.

 

Przypominam sobie, jak ślęczałem nad książkami. Tylko najlepszych przyjmują do NASA. Wiedziałem, że nie przejdę testów na astronautę, nie miałem na to najmniejszych szans. Dlatego chciałem wysyłać w kosmos moje roboty.

Byłem zafascynowany historią Opportunity. W misji łazika widziałem własny los: dotknąć niemożliwego, przekonać wszystkich, że nawet tacy jak ja potrafią wspiąć się do gwiazd.

Zacząłem zdobywać nagrody, pracowałem bez wytchnienia. Kilka projektów i rozmów na Skype, aż wreszcie przyszedł upragniony list, że przyjmą mnie do NASA na próbę. Zamierzałem podzielić się tym szczęściem z Izą, akurat zadzwoniła z zaproszeniem. Tak, to wydarzyło się właśnie tamtego dnia…

 

Piski stworków wyrywają mnie z rozmyślań. Ziii  pokazuje palcem na Oppy, a później stuka pazurem w rysunek wąsacza. Domyślam się, że ten facet naprawił łazika.

Przesuwam rękami po zimnej obudowie, naciskam czerwony guzik. Opportunity ożywa.

Na ekranie pojawia się napis:

„Translator mowy, wykonał: Wiktor Drwęcki”.

Dech zapiera mi w piersi. Autor najlepszego podręcznika robotyki przyleciał tutaj! Nigdy nie widziałem go na żywo, pewnie dlatego nie skojarzyłem rysunku.

Stworek znów zaczyna piszczeć, ale tym razem Oppy przetwarza te odgłosy. Na ekranie widać amplitudy fal dźwiękowych. Męski głos odczytuje:

– Ziii cieszy. Ziii wita Maaa.

– Gdzie jesteśmy i co się stało? – wołam, a translator przetwarza moje słowa na piski.

Stworek odpowiada natychmiast.

– Nasza nora tu. Ty przyleciał. Chory. My cię wzięli. Ty wyzdrowiał w norze.

– A inni?

– Bum. Koniec – mówi Ziii.

 

Bum. Ten odgłos coś mi przypomina. Tamtego dnia, w mieszkaniu Izy, strzelił korek drogiego szampana. Siostra go uwielbiała. Tak samo, jak łososia w pomarańczach, którego wtedy upiekła. Zrobiła furę moich ulubionych kanapek z szynką i pomidorem.

Iza miała dziwną minę, chociaż udawała, że wszystko jest w porządku. Ucieszyła się, kiedy powiedziałem o liście z NASA i powiedziała coś dziwnego:

„Wiem, że ci się uda. Teraz będziesz musiał radzić sobie sam”.

Kiedy zapytałem, co to znaczy, uśmiechnęła się tajemniczo i odparła:

 „Szkoda czasu na szczegóły, Marcel”.

 

Czuję, że miała dodać coś ważnego, ale wspomnienie się urwało.

 

***

 

Siedzę w warsztacie Wiktora, w jednej z przestronnych nor stworków. Przeglądam jego notatki, zafascynowany geniuszem tego człowieka. Obok przycupnął Oppy, z którym staliśmy się nierozłączni. Żałuję, że to nie ja go wskrzesiłem.

Czytam dziennik Wiktora:

 

 „Jako jedyny ocalałem z czwartego lotu skazańców. Nie zamierzam wysyłać żadnego komunikatu na Ziemię. Zostaję z moimi niebieskimi przyjaciółmi, których nazwałem Atramentowcami. Stanowią niezwykłe zjawisko, potrafią oddychać rozrzedzonym powietrzem, ale nie przeszkadza im również wyższe stężenie tlenu.

Musiałem wprowadzić usprawnienia w ich norach, żeby przeżyć…”

 

Oglądam schemat instalacji dopowietrzającej system korytarzy i komorę tlenową, a zarazem sypialnię Wiktora, w której przebudziłem się po przylocie. W dzienniku czytam:

 

„Nocą wentyluję płuca, żeby zmniejszyć niedobory powietrza z całego dnia.

Dobrze, że na Ziemi znają tylko odrobinę prawdy o Marsie. Nie wiedzą, że jedynie część planety pokrywają bazaltowe skały. Fragmenty podłoża mają miękką nawierzchnię, podobną do naszej Ziemi. Atramentowce kopią w niej nory. Ta część planety żyje, jest pełna małych organizmów przypominających insekty, pokarmu moich niebieskich przyjaciół”.

 

Po raz nie wiem już który czytam ulubiony fragment:

 

„Dziś znalazłem szczątki Opportunity i zabrałem do warsztatu…”

 

Z zapartym tchem kolejny raz śledzę zapiski Wiktora, jak budował nowego łazika z ocalałych elementów. Niektóre części zredukował lub wymienił, żeby Oppy lepiej spełniał nową rolę tłumacza języka Atramentowców i zmieścił się w korytarzach.

Wiktor opisał, jak zbierał materiały do słownika translatora, ulepszał algorytmy porównywania dźwięków. Udoskonalił oprogramowanie łazika, własnoręcznie dopisując nowy kod. Naprawił spektrometr do analizy promieniowania, dodał wygodny ekran do odczytu danych, a wymontował ramię do zbierania próbek i część kamer. Pozbył się też większości antenek, ostatecznie odcinając komunikację z Ziemią. Pozostawił tylko kilka, własnej konstrukcji, do wychwytywania dźwięków mowy.

Z podziwem analizuję szkice dołączone do notatek, układy scalone odwzorowane z zegarmistrzowską precyzją. Z tyłu zeszytu kilka świetnych rysunków, domyślam się, że to Wiktor namalował swój portret dla Ziii.

Postanawiam co nieco ulepszyć w łaziku. Na początek chcę, żeby poruszał się szybciej, to ułatwi moje wyprawy na powierzchni. Zamierzam poznać tę planetę, opisać ją we własnym dzienniku. Nie boję się braku tlenu ani różnic temperatur, mam przecież kombinezon i hełm Wiktora. Rany i urazy po wypadku dokuczają coraz mniej, planuję niedługo pójść do statku po rzeczy.

Przy wejściu do nory widzę kilkanaście par dużych, czarnych oczu. Atramentowce przepychają się z cichym piskiem. Są miłe, ale niesamowicie wścibskie. Wszystko muszą wiedzieć, dotknąć, zobaczyć. Dobrze, że zjawia się Ziii i kilkoma świdrującymi w uszach odgłosami przywraca spokój. Stworki rozpierzchają się, pewnie znów pobiegły kopać nowe korytarze.

 

***

 

Łazik terkocze, kiedy przemierza piaszczyste bezdroża Marsa, przypominające pustynię maźniętą czerwoną farbą. Baterie słoneczne chłoną promienie, dając siłę mojemu elektronicznemu przyjacielowi. Kamera na czubku konstrukcji porusza się, odczytując parametry przestrzeni. Okrągłe obiektywy błyszczą jak oczy, a na ekranie migają wyniki. Nie zlecałem Oppy tego zadania.

Czasem myślę, że on ma własną duszę.

Jestem okutany w kombinezon, ale bez trudu stawiam kroki na czerwonym piasku. Mniejsza od ziemskiej grawitacja sprawia, że olbrzymie buty nie ciążą, tylko hełm podobny do wielkiej bańki trochę uwiera. Atramentowiec biegnie przodem, nie daję rady za nim nadążyć. Oppy jedzie obok, dostosowuje tempo do moich kroków.

– Ziii! Wolniej! – wołam.

Stworek przystaje i odwraca się.

– Już tam! – Wskazuje na ścianę krateru.

Wkrótce moim oczom ukazuje się statek, którym tu przylecieliśmy. Na pierwszy rzut oka nie widzę żadnych poważnych uszkodzeń.

Podchodzimy bliżej. Ziii świetnie daje sobie radę z włazem wejściowym. Całe szczęście, pewnie dzięki temu przeżyłem. Odwlekam moment odwiedzenia głównej kabiny, gdzie siedzieli ludzie.

W ładowni znajdujemy wiele przydatnych rzeczy: koce, zbiorniki z tlenem, noże, lekarstwa, nawet zapasowe kości pamięci, które od razu zabieram. Zainstaluję je w komputerze łazika.

Otwieram kolejną skrzynię, w środku widzę jedzenie. Odłamuję kawałek czekolady, jedną część wsadzam sobie do ust, a drugą podaję Ziii. Słodki smak rozpływa się na języku.

– Dobre! – Oppy przetwarza piski stworka.

Nie sposób dłużej zwlekać. Biorę głęboki oddech i przechodzę do głównej kabiny. Ziii mnie wyprzedza, pierwszy wbiega do środka. Łazik terkocze za plecami.

– Wszyscy koniec. – Słyszę głos z translatora.

Usiłuję nie patrzeć na zwłoki. Decyduję się tylko na krótkie zerknięcie na ten karnawał śmierci. Szybko przymykam oczy.

 

Kolejne wspomnienie ze spotkania z Izą.

„Ostatnia kolacja, ostatni kieliszek szampana” – powiedziała wtedy.

Nie rozumiałem kompletnie, co miała na myśli. Zwykle zaczynaliśmy się kłócić w takiej chwili, o cokolwiek. Jednak tego dnia siostra wydawała się zagadkowo zgodna.

 

Dlaczego tak się zachowywała? Nic nie przychodzi mi do głowy, rozwiązanie tej zagadki będzie musiało poczekać.

Nie chcę dłużej patrzeć na te poszarpane zwłoki. Wbijam wzrok w fotel, na którym siedziałem. Coś mi nie pasuje, coś świta, ale nie potrafię tego do końca uchwycić. Zostaję z przekonaniem, że powinienem się domyślić, dla własnego dobra.

– Ziii! – wołam towarzysza, który szpera po kątach. – Ziii! Uratowaliście kogoś oprócz mnie?

– Nie. Wszyscy koniec – odpowiada kolejny raz.

Nagle stworek wydaje przeraźliwy pisk. Podbiegam do niego. Trzyma się za zraniony policzek, z którego kapie ciemnoniebieska krew. Musiał skaleczyć się jednym z wystających drutów. Sięgam do apteczki na ścianie kabiny i wyjmuję plaster z opatrunkiem. Przyklejam do miękkiej skóry Atramentowca. Duże oczy patrzą na mnie z wdzięcznością.

 

Krew… Tamta, u siostry, była czerwona. Skąd miałem pistolet? W czasie kolacji Iza mi go pokazała. Chwaliła się, że dostała pozwolenie. Później włożyła broń z powrotem do szuflady. Nie przekręciła klucza…

 

Wspomnienie gaśnie równie szybko jak się pojawiło.

Idziemy do kabiny sterowniczej. Okazuje się, że przylecieliśmy statkiem z automatycznymi pilotami, więc tym razem nie znajdujemy żadnych ciał. Pulpit wygląda na nienaruszony. Będę musiał bliżej przyjrzeć się temu w przyszłości.

Wiem, że w każdym pojeździe zostawiono opcję kierowania ręcznego w trybie awaryjnym. Czuję napięcie, bo zdaję sobie sprawę, że ten statek może jeszcze polecieć. Na pewno układ sterowniczy zablokowano, żeby żaden z więźniów nie wrócił na ziemię przed czasem, ale przecież umiem usunąć takie zabezpieczenie.

 

***

 

Ziii prowadzi mnie do miejsca, gdzie widzę stare szczątki innego statku, mocno zniszczonego, niemal przełamanego na pół.

– Wiii leciał tym. My ratowali. – Oppy tłumaczy piski stworka.

– Pokaż mi, gdzie jest teraz Wiktor.

– Idzie.

Stworek prowadzi powoli, przygaszony, jak nigdy. Jego duże, silne stopy tną marsjański piach.

Rozglądam się bacznie wokoło. Szukam najmniejszych śladów na dowód, że ktoś jeszcze przeżył lądowanie. Oppy dzielnie mi w tym pomaga, lustruje otoczenie kamerami. Wygląda na to, że w okolicy nie ma nikogo oprócz nas.

Docieramy do skał, w których dostrzegam kilka wejść do jaskiń. Jedno z nich szczelnie zakrywa wielki kamień.

– Wiii tam. – Wskazuje stworek. – Koniec. Ty nie otwiera.

– Dobrze, nie będziemy tam wchodzić – uspokajam go.

W czarnych oczach skrzą się łzy. Wiktor musiał być bardzo ważny dla Ziii. Tak samo, jak Iza dla mnie.

 

Pamiętam, jak siostra pomagała mi po śmierci rodziców. Tłumaczyła zawiłości świata znacznie trudniejszego niż piętrowe obliczenia matematyczne.

Tamtego dnia oboje sporo wypiliśmy, o wiele za dużo. Po szampanie przyszła kolej na wódkę. Iza nalewała raz za razem, nie poznawałem jej. Wychylałem kolejne kieliszki, aż urwał mi się film.

 

Wspomnienie kończy się niespodziewanie.

 

***

 

Siedzę w warsztacie, w norze Atramentowców. Kończę ulepszenia Oppy, dodając moduł wyszukiwawczy. Uśmiecham się na myśl, jak Ziii będzie się cieszył, kiedy łazik pomoże mu szukać w jaskiniach grzybów, które tak lubi.

Uśmiecham się, zadowolony z pracy. Oppy patrzy na mnie okiem kamery, a na ekranie komputera pojawia się komunikat:

„moduł poszukiwań załączony”.

– Dobra robota, przyjacielu – mówię.

Sięgam po notatnik Wiktora, żeby upewnić się, czy wszystko dobrze poinstalowałem. Dziennik otwiera się na jednym z ostatnich wpisów.

 

„Samotność. Na Marsie dostrzegam nowe znaczenie tego słowa. Ziii i pozostałe Atramentowce dotrzymują mi towarzystwa, a ja rozpaczliwie tęsknię za Ziemią, za hot dogami z baru na rogu, które smakowały jak zużyta ścierka, za zrzędliwym sąsiadem, nawet za podatkami. Na Marsie mam zbyt dużo czasu na myślenie o tym, co zrobiłem i o dawnym życiu. Czasem wydaje mi się, że już umarłem”.

 

Mógłbym podpisać się pod słowami Wiktora. Czytam dalej:

 

„W przeciwieństwie do większości skazanych, nikogo nie zabiłem. Włamałem się do systemu obrony kraju dla sprawdzenia, czy umiem obejść każdą blokadę. Moje nieszczęście polegało na tym, że potrafiłem”.

 

Lekturę przerywają Atramentowce, które z piskiem wtaczają się do warsztatu. Musiało stać się coś strasznego, bo słyszę przerażenie w ich głosach. Włączam translator Oppy.

– Nie ma! Zabrał! Uciekł! – przekrzykują się stworki.

– Co się stało? – Próbuję zapanować nad kłębiącą się gromadką.

– Ziii! Nie ma!!! Ty idzie.

Podają mi kombinezon i hełm. Ledwie zdążam się ubrać, prowadzą mnie na zewnątrz, pokazują ślady butów, które giną w piasku. Ktoś tu był. Człowiek?

– Zabrał Ziii!

– Idę ich poszukać – decyduję.

– Ratować! My z tobą – piszczą stworki.

– Nie, poczekajcie tutaj, Ziii może wrócić.

Z trudem udaje mi się je przekonać, żeby zostały. Wolę iść bez nich, głośne piski od razu by nas zdradziły. Przecież nie będę sam, mam mojego Oppy.

Uruchamiam moduł wyszukiwania w łaziku, który jak zwykle stoi przy mnie. Najpierw skan śladów, szybkie przetworzenie danych i wyruszamy. Atramentowce żegnają nas popiskiwaniem.

Zagłębiamy się z Oppy w marsjańskiej pustyni.

Moduł wyszukujący działa bez zarzutu. Chociaż ślady wydają mi się miejscami zupełnie niewidoczne, łazik wynajduje je bezbłędnie. Wygrywa z wiatrem, który szybko chowa tropy, zasypując je piaskiem.

 

Przypominam sobie, gdzie schowałem oświadczenie siostry o darowaniu długów. Włożyłem je za okładkę książki, jednej z tych, które odziedziczyłem po matce. „Przeminęło z wiatrem”. Być może, dokument ciągle tam leży.

 

Nie mam czasu o tym myśleć, muszę się spieszyć. Przeczuwam, kto porwał Ziii. Jeśli się nie mylę, zostało nam niewiele czasu, a stworek znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Przemieszczamy się z Oppy coraz dalej od nor Atramentowców. Łazik niestrudzenie wyszukuje drogę, a ja podążam za nim.

Trasa dłuży się w nieskończoność. Nie udaje nam się dogonić porywacza. On musi nieść Ziii, ale nas spowalnia odnajdywanie śladów.

Łazik zatrzymuje się, zgubił trop na skalistym gruncie. Kamera kręci się bezradnie dookoła. Na ekranie pojawia się komunikat:

„błąd wyszukiwania”.

– Dalej, Oppy, teraz wszystko zależy od ciebie – mówię.

Przychodzi kolejne wspomnienie.

 

W czasie kolacji Iza szepnęła: „Jestem bardzo chora, zostały mi jakieś dwa miesiące. Musisz nauczyć się żyć beze mnie”.

Nalegałem, żeby powiedziała coś więcej, ale nie chciała.

„Cieszmy się dzisiaj, braciszku. Ostatni raz”. Po jej twarzy płynęły łzy, a ja niezdarnie próbowałem ją pocieszyć.

Musiałem przysnąć, ocknąłem się, kiedy siostra grzebała w biurku. Wyciągnęła broń.

Zapytałem, co się dzieje.

„Zostaw mnie, daj mi spokój. Nic nie rozumiesz!” – mówiła.

Chciałem odebrać jej pistolet. Zaczęliśmy się szarpać, wtedy padł strzał.

 

Wiem, że to prawdziwe wspomnienie. Nagle tamten dzień rozjaśnia się w mojej głowie. Każde słowo, gest, minuta po minucie. I wcale się nie cieszę. Poczucie winy nadal kąsa niczym jadowity wąż. Mogłem coś zrobić. Cokolwiek.

Jestem niewinny? Nie mam pewności. Ale może dałbym radę obronić się w sądzie.

Nie czas o tym myśleć, bo Oppy odnalazł ślad. Idziemy dalej, docieramy do wraku statku kosmicznego, którym przyleciał Wiktor.

Nagle słyszę z wnętrza głośny pisk.

– Auuu! Boli! – tłumaczy łazik.

– Poczekaj tutaj! – Wymijam go i biegnę do wejścia.

 

***

 

– Jak miło znów się spotkać! – Samuel Dock świdruje mnie wzrokiem.

Wnętrze statku sprawia wrażenie składu pełnego niedbale rozrzuconych przedmiotów. Widzę skrzynie z prowiantem, komputer, zapasowe kombinezony i butle tlenowe.

Ziii na szczęście żyje, związany, siedzi na podłodze. Na mój widok wyraźnie się ożywia.

Dock ściągnął hełm, a nadal żyje. Robię to samo i okazuje się, że wciąż mogę oddychać.

– Marcel, genialny konstruktor. – Samuel uśmiecha się wrednie, celując we mnie z pistoletu. – Obserwowałem was, tego twojego robocika i zgraję futrzaków. Nieźle się tu urządziliście.

– Możesz do nas dołączyć – odpowiadam.

– Nie żartuj! Mam tylko jeden cel: wrócić na Ziemię.

– Zostaw Ziii w spokoju. Nie będziemy ci przeszkadzać.

Razi mnie wzrokiem bazyliszka.

– Twoje futrzaki mają coś bardzo cennego – mówi.

– Czego chcesz?!

– Widziałeś, że statek nadaje się do lotu. Niestety, w bakach zostało zbyt mało paliwa. Znalazłem rozwiązanie; na bazie resztek potrafię wytworzyć nową mieszankę. Brakuje tylko jednego składnika.

– Nie rozumiem, co mamy z tym wspólnego? Chcesz, żebyśmy pomogli ci szukać? – dziwię się.

– Już znalazłem, kiedy ten potworek zranił się na statku. Nie domyślasz się? Jego krew zastąpi brakujący składnik paliwa. Wystarczy… – Zrobił ruch, jakby chciał poderżnąć komuś gardło. – Bardzo chcesz wrócić na ziemię, prawda?

Oczywiście! Mógłbym próbować oczyścić się z zarzutów, albo choćby jeszcze raz odetchnąć powietrzem w moim ogródku.

Patrzę na Ziii. Myślę o Ziemi, o cichym domu. Okrągłe oczy Atramentowca. Moje roboty i wymarzona praca.

– Jak przemyciłeś pistolet? – pytam Docka, żeby zyskać na czasie.

– Znalazłem w kabinie sterowniczej. To jak, pomagasz mi, czy użyźnisz marsjańskie bezdroża?

Powinienem się zgodzić, a później go zaatakować, kiedy nie będzie się spodziewał. Ale tacy jak ja podobno nie potrafią kłamać. Patrzę na Ziii popiskującego w kącie.

– Masz tyle skrupułów wobec tego futrzaka, a człowieka kropnąłeś bez litości – drwi ze mnie Dock.

Zaciskam szczęki.

– To był wypadek! Nie chciałem!

– Jasne, każdy tak mówi. – Wyszczerza zęby. – Dobra, straciłem cierpliwość. – Przesuwa lufę pistoletu na wysokość mojej głowy.

Słyszę cichy terkot. Oppy rozpędza się i uderza od tyłu w nogi Docka, który chwieje się, ale nie upada. Odpycha łazika, a ten odjeżdża w głąb statku.

Dopadam do Samuela, próbuję wyrwać mu pistolet, lecz mocno zaciska palce na broni. Zaczynamy się przepychać. Mimo drobnej postury, Dock okazuje się silnym przeciwnikiem, ale ja też nie zamierzam ustąpić. Walczymy zapamiętale o mały przedmiot.

Pada strzał. Drugi. Pod moimi nogami wykwita kałuża krwi.

Dock jest ciężko ranny, upada na podłogę z głuchym łoskotem i już się nie podnosi. Widzę, jak życie błyskawicznie gaśnie w jego oczach.

Też oberwałem. Trzymam się za brzuch, a spod mojej dłoni wypływa ciepła struga. Ból pali wnętrzności. Opadam na kolana.

Ziii udaje się wyswobodzić z więzów, podbiega do mnie. Oppy też powoli podjeżdża w naszą stronę.

– Próbowałeś, przyjacielu, dziękuję – mówię do łazika. Wiem, że rozumie.

– Do nory. Szybko! Ty wyzdrowieje. – Oppy tłumaczy słowa stworka.

Czuję, jak siły mnie opuszczają. Kładę się na boku, podkulam nogi. W tej pozycji mniej boli.

– Muszę odejść, czasem tak bywa – mówię.

Łazik patrzy smutno oczami kamer. Stworek przytula się do mnie mocno.

– Ty nie idzie! Będzie zdrowy!

– Opiekuj się Oppy. A ty dbaj o Ziii i resztę. Dobranoc – szepczę resztką sił.

Kładę dłoń na ciepłym stelażu łazika. Słyszę coraz cichsze piski z translatora.

Wracam na Ziemię.

 

Koniec

Komentarze

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irko, dziękuję za odwiedziny i przeczytanie tekstu.

Hej, ANDO. Niedawno przeczytałem twoje opowiadanie na kapsułę, a teraz trafiłem na ten tekst. Widzę, że nie dałaś tagu science-fiction i chyba to był dobry ruch, natomiast utwór wpada w konwencję science-fantasy (moim zdaniem). Najważniejszą kwestią z naukowego punktu widzenia byłoby wytłumaczenie, jakim cudem fakt istnienia obcej cywilizacji został zamaskowany. Lecz nie martwimy się tym problemem, bo zrealizowałaś nienaukową konwencję (przynajmniej nie w ścisłym znaczeniu). 

To było znacznie lepsze opowiadanie niż to kapsułowe, a to ze względu na narrację, którą w tym tekście znacznie rozwinęłaś. Zapewne kwestia limitu znaków. W ogóle odniosłem wrażenie, że narracja jest twoją mocną stroną. Niebywale dobrze zrealizowałaś ją w tym opku. Była ona dla mnie bardzo wciągająca i dobrze budowała klimat utworu ;-) Fajnie wyszła kreacja, pomysł na obcych, Wiktora i Oppiego. Było w tym wszystkim wiele uroku i było to interesujące. Lubię ten kierunek pisania. Fabuła wyszła całkiem nieźle. Trochę nie przekonuję mnie amnezja bohatera, ale to raczej dlatego, że nie rozumiem, jak do niej doszło. Moim zdaniem zakończeniu brakuje puenty, a może innego przebiegu wydarzeń. Podsumowując, dobre opowiadanie, mi się podobało, małe rzeczy nie zadziałały dla mnie, ale i tak wyszło fajnie ;-) Zgłoszenie do biblioteki mogę poczynić dopiero pod koniec miesiąca, ale do tego czasu utwór będzie na właściwej półce. 

 

Sugestie, luźne spostrzeżenia:

– Panie Marcelu, prokurator ma niepodważalne dowody. – Adwokat powoli cedzi słowa.

Kiedy wyobraziłem sobie tę scenę, wydała się dziwna, ponieważ “cedzenie słów” kojarzę z pewnego rodzaju naciskiem, a tutaj była kwestia do spokojnego wytłumaczenia.

Baterie słoneczne chłoną promienie, dając siłę mojemu cyfrowemu przyjacielowi.

Ten przyjaciel był raczej elektronicznym urządzeniem. Słowo cyfrowy nie pasuje do Oppiego.

Mój komputer jest po polsku

Mersayake, dziękuję za miłe słowa.

Amnezja może wystąpić przy silnych, traumatycznych wydarzeniach plus wpływ alkoholu. Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało. Trafnie zauważyłeś, że to nie s-f.

Edit. Jeszcze słowo o zakończeniu. Człowiek z takim zaburzeniem jak mój bohater nie lubi zmian i opuszczania domu, dlatego powrót na ziemię jest dla niego bardzo ważny. Poza tym, w przewrotny sposób los pozwolił mu zrealizować marzenie.

– Pieprzone dziady! Chcecie nas spalić żywcem w kosmosie!drze się, szarpiąc kajdanami. – Strzelcie mi w łeb od razu!

Tu jest coś nie tak.

Zrobią to dopiero za dwadzieścia lat, kiedy skończy się kara.

Kara bohatera skończy się za dwadzieścia pięć lat ;)

Czyli jednak na Marsie jest życie ;)

Ta amnezja jest bardzo “wygodna” dla całej historii, ale nie przeszkadzało mi to, ładnie się to wszystko splata.

Fajne,podobało mi się :)

Przynoszę radość

Anet, dziękuję za klika i komentarz.

Spację już poprawiłam.

 

“Zrobią to dopiero za dwadzieścia lat, kiedy skończy się kara.“

Kara bohatera skończy się za dwadzieścia pięć lat ;)

Czyli jednak na Marsie jest życie ;)

Powinnam zmienić to zdanie na: “mają to zrobić” albo “mówią, że to zrobią”. Poprawię po zakończeniu konkursu.

Z rozmowy Marcela z Dockiem wiemy, że na Marsie dotąd lądowały statki bezzałogowe i sondy z łazikami. Był jeszcze trzeci lot skazańców, pięć lat wcześniej, który dotarł na Marsa.

Założyłam, że stan badań nad Marsem pozostaje raczkujący, nie wysłali tam wcześniej uczonych, bo nikomu tak naprawdę nie zależy, żeby ci więźniowie przeżyli.

Skazańcy dostali zapewnienie, że ktoś po nich przyleci, ale w praktyce jeszcze nigdy tak się nie zdarzyło i pewnie nie zdarzy, to bardziej zabieg dla opinii publicznej, żeby kara wyglądała humanitarnie.

Bardzo dobry tekst, obrazowy, z intersującą fabułą, z ładnie pokazanymi emocjami, wciągający. Podobają mi się zaówno obcy, jak i Oppi, i Wiktor. Porządnie nakreśleni bohaterowie i dobry klimat. Czytało się naprwdę nieźle.

Ode mnie kliczek i życzę powodzenia w konkursie :)

 

Ps. A i podoba mi się dedykacja :)

Katiu, dziękuję za klika i miłe słowa. :)

Czytałem z przyjemnością i zainteresowaniem. Ładny styl, sympatyczny główny bohater, obrazowe, jasne opisy.

Tajemnicze morderstwo od początku intryguje. Byłem bardzo ciekaw, jak sprawa się rozwiąże.

Sama kwestia wygnania na Marsa, jako rodzaj kary, wydaje mi się niezbyt wiarygodna, choć może to kwestia obranej konwencji. Skojarzenia z Australią fajne, ale to strasznie drogi sposób "pozbywania się chwastów". Nawet jeśli w przyszłości koszty takiej wyprawy byłyby niższe. A z tekstu wynika, że kara nie jest dużo bardziej (o ile w ogóle) humanitarna od kary śmierci. I skoro przez czas trwania wygnania nikt się więźniami nie interesuje, to rządy nie mają najwyraźniej interesu w ich przebywaniu na Marsie.

Bardzo ładnie wymyślone atramentowe. Chyba je zapamiętam najbardziej z całego opowiadania. Oppy jest pełnoprawną postacią, co oczywiście też na plus.

 

Co do zauważonych usterek, sugestii:

 

"Lufy karabinów strażników błyszczą groźnie." – Nie wiem czy dobrze to nazwę, ale taka raczej nieładna aliteracja. Może tych strażników wyciąć? Z kontekstu wynika, kto trzyma karabiny.

 

"Z każdą chwilą coraz bardziej marzę, by zostać na ziemi, w moim spokojnym domu."

– Czy tu nie chodzi o planetę Ziemię i wtedy wielką literą?

 

"Symbolu mojego snu."

– Chyba czytelniej byłoby: "mojego marzenia".

 

"Nocą wentyluję płuca, żeby zmniejszyć niedobory powietrza z całego dnia."

– Wygląda to jak opis oddychania "na zapas". Tak się chyba raczej nie da. Ale znowu, wiem że tekst nie jest science-fiction, więc może nie wychwyciłem konwencji.

 

Dziękuję za opowiadanie i pozdrawiam serdecznie.

 

Filipie, ale spojlerujesz. ;) Nie mówi się na początku kryminału, kto zabił.;) Poza tym, to nie jest ten czyn co napisałeś, dlatego bohater ciągle ma wyrzuty sumienia.

System dotleniania został wymyślony na podstawie istniejącej realnie tlenoterapii dla chorych z POChP.

Odnośnie kary wygnania na Marsa, wszystko napisałam w tekście i w poprzednich komentarzach. Kara wygnania ma wyglądać lepiej dla opinii publicznej niż kara śmierci, ale nawet więźniowie zdają sobie sprawę z prawdy. Może sposób rozwiązania problemu jest kosztowny, lecz skuteczny i szybki.

Dziękuję za odwiedziny i przeczytanie opowiadania. :)

Ups, nie pomyślałem, że ktoś najpierw czyta komentarze. Zaraz zedytuję. Faktycznie, była szarpanina, ale chodziło mi o intencję. Więcej nie piszę, bo zaraz znowu spoilery. Dobrze wiedzieć z tą terapią POChP i faktycznie, jest to sensowne. ;)

Witam, ANDO. Smutne jest to, iż Atramentowce mają takie wstrząsające przeżycia z ludźmi. Bardzo ich polubiłem :) Mam nadzieję, że nie stracą sympatii dla naszej rasy.

Pendrive, myślę, że atramentowce nie stracą sympatii do ludzi, a w przyszłości poznają nowego przyjaciela. Dobrze, że mają Oppy, z nim będzie im łatwiej.

Ładnie napisane. Językowo jest właściwie bez zarzutów, przyjemnie się czytało.

Jeśli miałbym się czepiać, to jeszcze rzuć okiem na to zdanie, trochę te słowa na „u” burzą harmonię:

Siostra go uwielbiała. Tak samo, jak łososia w pomarańczach, które go wtedy upiekła. Zrobiła furę moich ulubionych kanapek z szynką i pomidorem.

 

No i w wielu miejscach piszesz „ziemia” małą literą, podczas gdy „Mars” z dużej. Jeżeli masz na myśli planetę Ziemię, to powinna być z wielkiej.

 

Podobał mi się początek. Dużo się dzieje i ciekawie, a w tym zamieszaniu ładnie przedstawiasz sylwetkę bohatera, jego umiejętności oraz zasady panujące w świecie.

Sprytnie ukrywasz szczegóły śmierci siostry i dzięki temu niemal przez całe opowiadanie trzymasz czytelnika w niepewności.

 

Troszkę mniej mi się podobało już na Marsie. Zaryzykowałaś łącząc SF z fantasy i wyszło tak średnio. Dlaczego? W SF jako czytelnik oczekuję możliwie dużej wiarygodności. Czyli choć piszemy o rzeczach, które z racji niedostępności pewnych technologii się jeszcze nie wydarzyły, to chcemy by zostały opisane tak, że nie będzie wątpliwości, że może się to w przyszłości wydarzyć. W fantasy z założenia mamy bajkowe stwory, których nie ma, więc tutaj tolerancja jest dużo większa.

Co więc wydało mi się niewiarygodne w Marsjańskiej części?

Wysyłanie więźniów na Marsa… po co? Ze względów ekonomicznych to nie ma najmniejszego sensu. Mnóstwo pieniędzy. Nie taniej wyszedłby Sybir? Co więcej, piszesz, że są to pierwsze wyprawy załogowe. Wysyłamy olbrzymi statek kosmiczny (na ponad 100 osób), a nie stać nas na wysłanie małej wyprawy z naukowcami? Nie bardzo to się kupy trzyma.

W innym miejscu piszesz, że statki z więźniami były zdezelowane i dlatego często się rozbijały. Sugeruje to całkiem duży ruch w przestrzeni kosmicznej. Dokąd więc te statki wcześniej latały, że zdążyły się tak zdezelować, a jednocześnie nikt wcześniej nie pokusił się o wyprawę na Marsa?

Kolejny element podważający wiarygodność, to opis, że są na powierzchni Marsa obszary, gdzie grunt jest na tyle miękki, że można w nim kopać nory. To akurat jest całkiem możliwe, ale opisując ten grunt używasz słowa „ziemia” w znaczeniu gleby. Czyli żyzny organiczny grunt. Jak to możliwe, że tych obszarów, jak i cywilizacji, której ślady na powierzchni są widoczne (nory), nie zauważyliśmy do tej pory? Przecież Mars jest świetnie sfotografowany w wysokiej rozdzielczości. A w szczególności obszary, gdzie lądowały łaziki.

I dlaczego nikt na Ziemi się nie interesuje tymi rozbitymi statkami?

Trochę można by tego jeszcze wymieniać.

 

Jeżeli jednak założymy, że to bardziej opowiadanie fantasy, i na te szczegóły techniczne przymkniemy oko, to historia jest całkiem fajna. Jest Oppy ożywiony i to w nowej roli. Troszkę uczłowieczony, bo w scenie finałowej podejmuje niezależne decyzje, tak jakby miał wbudowany moduł sztucznej inteligencji.

Zakończenie smutno-dramatyczne, lubię takie. Może nieco zbyt szybko urwane…choć z drugiej strony, jakbyś je przeciągnęła, mogłoby mu zaszkodzić.

 

Ogólnie podobało mi się dużo bardziej niż „Coś ważnego”. Tam był element emocjonalny, który jak dobrze wiesz, mi nie podszedł. Tutaj pod tym względem było neutralnie, czyli dobrze.

 

Moja ocena: 4.8/6 i kliczek biblioteczny.

Chrościsko, dzięki za komentarz i klik.

Literówki zaraz poprawię.

Skorzystałam z możliwości, jaką dawał konkurs i wybrałam konwencję fantasy. Miało nie być wcale s-f, ale pomyślałam, że wiarygodność opowiadania ucierpi, jeśli nie podam podstawowych informacji. Jedynie moduły Oppy przeanalizowałam według strony NASA, bo mój bohater jest konstruktorem.

Główna trudność polegała na umieszczeniu organizmów żywych na Marsie. Potrzebna mi była miękka ziemia, żeby miały gdzie mieszkać, a nie powielać pomysłu jaskiń. Musiały też coś jeść.

Pomysł z wysyłaniem skazanych na Marsa wziął się z problemu przepełnionych więzień i dylematu, co zrobić z najgorszymi kryminalistami po odbyciu przez nich wyroku. Myślę, że ktoś mógłby zaryzykować taką zawoalowaną karę śmierci, nawet mimo kosztów. Nie wyobrażam sobie, żeby nasi wschodni sąsiedzi pozwolili zbudować Unii własne więzienie na Sybirze.

Założyłam, że stan badań na Marsie odpowiada mniej więcej obecnemu. Masz rację, nie napisałam, dlaczego nie chcą badać Marsa i wysyłać tam naukowców. Pomyślałam, że celowo ta planeta mogłaby być omijana w badaniach, żeby wytworzyć miejsce wygnania, w którym skazańcy nie przeżyją. Poza tym, badania oznaczają dziennikarzy i monitorowanie sytuacji na Marsie. Pomysł również w konwencji fantasy.

Nie daję szerszego tła politycznego i naukowego. Widzimy świat oczami mojego bohatera, trochę zagubionego, muśniętego autyzmem, który skupia się na konstrukcji łazika i na własnych przeżyciach.

Cieszę się, że Oppy wyszedł uczłowieczony, właśnie taki miałam zamiar. Dzięki za miłe słowa. :)

 

Cześć, Ando:)

Zajmująca historia i fajnie napisana. Mam słabość do Atramentowców, a zestawienie ich z ekspedycją bez powrotu podkreślało urok. Postać bohatera wiarygodna, włącznie z przejściami, dobrze to obmyśliłaś. Przemknęłam jak burza przez Twoje opowiadanie, co dla mnie jednoznaczne jest z tym, że dobrze się czytało i dobrze napisane.

Motywy trochę ograne, ale nie do końca w takim połączeniu. Poza tym, wydaje mi się, że jeszcze długo będą nośne

Naturalnie skarżę do biblio:)

Pzd srd piątkowego współplemieńca:)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dziękuję za klika i miłe słowa. Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało.

Nie, to jeszcze nie ten obiecany obszerny komentarz. ;-)

Na razie komentarz krótki pod wniosek o klika. Z pełnym zjawię się w przyszłym tygodniu. Albo może nawet w przyszły weekend, bo pisanie komentarzy po pracy to zło równe fragmentom fantasy i wierszom razem wziętym. ;-)

No to krótko:

 

– Ciekawy pomysł połączenia zagadkowej śmierci na ziemi z kreacją literacką na Marsie.

– Ciekawa konstrukcja opowiadania, które rozwijasz dwutorowo, jednocześnie przedstawiając bieg zdarzeń na planecie i poszukiwania odpowiedzi w sprawie śmierci Izy.

– Konstrukcja nie wpływa w żaden sposób na zagubienie czytelnika w lekturze. Tutaj, wbrew pozorom, łatwo się można było wyłożyć.

– Opowiadanie ma fajne tempo. Czyta się płynnie, stosunkowo szybko, bez zbędnego snucia się.

 

Liczę, że pod klika wystarczy, a pełna opinia dotrze niebawem. Dziś musiałbym pisać po łebkach, bo miałem do obskoczenia trzy opowiadania.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM, dzięki za klika i miłe słowa w komentarzu. :)

Fajny pomysł, żeby Australię wyeksportować na Marsa. Fajny na wykorzystanie Oppy jako reaktywowanej wersji demo. Sympatyczna fabuła.

Trochę zawiedli bohaterowie – są czarno-biali. A w ten sposób cały tekst nabiera wydźwięku prostej bajki. Wolałabym zobaczyć tu trochę szarości.

Trudno mi uwierzyć, że bohater nie zauważył, że na fotelu obok niego brakuje ciała.

Odłamuję kawałek czekolady, jedną część wsadzam sobie do ust, a drugą podaję Ziii.

Zdjął hełm? Rakieta, mimo upadku, zachowała szczelność?

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za odwiedziny i komentarz. Cieszę się, że uważasz pomysł za fajny.

 

Trochę zawiedli bohaterowie – są czarno-biali.

Tu się nie zgodzę. Marcel jest rozbudowany, ma dobre i złe cechy. Zwisa finansowo na siostrze, nie umie poradzić sobie z codziennym życiem, ale jest genialnym konstruktorem i chyba dobrym człowiekiem, a jednocześnie – osobą z ułomnością niewidoczną na pierwszy rzut oka (Zespół Aspergera). Często tacy ludzie pozostają niezdiagnozowani przez całe życie, w którym trudno im sobie poradzić.

Sposób przedstawienia świata w opowiadaniu wynika z konwencji fantasy (bez pretensji do s-f) oraz ze sposobu widzenia rzeczywistości przez osoby z Aspergerem. W niektórych płaszczyznach bardzo rozbudowany ogląd (konstrukcja Oppy), w innych trochę naiwny lub sztywny.

Mimo pozytywnych cech Atramentowców, Marcel zaprzyjaźnia się z Oppy. Spędza większość czasu na ulepszaniu łazika i na czytaniu dziennika Wiktora. To również wynika z ZA.

Z kolei siostra Marcela pomaga bratu, ale to kłótliwa baba, rysu 3D nadaje jej też partnerka. Samuel nieco przerysowany, psychopata, chociaż chemik-noblista. Masz rację, on nie jest rozbudowany, stanowi tylko tło.

W przeciwieństwie do bajek, w opowiadaniu nie ma morału ani alegorycznych postaci. To raczej historia z życia człowieka z Aspergerem, który starał się coś osiągnąć mimo trudności, ale skończył na Marsie. Chociaż pokrętnymi drogami zrealizował swoje marzenie badania kosmosu, przyjaźń z Oppy to właściwie jedyna dobra rzecz, która go spotkała.

 

Trudno mi uwierzyć, że bohater nie zauważył, że na fotelu obok niego brakuje ciała.

Tu chyba za bardzo skrótowo napisałam. Chciałam utrzymać w tajemnicy, że brakuje Samuela. Wyobrażam to sobie tak: Samuel spodziewał się, że Marcel w końcu pójdzie na statek, dlatego położył w swoim fotelu inne zwłoki. W momencie lądowania i działania przeciążeń część ciał mogła zostać rozkawałkowana. Nie chciałam o tym szczegółowo pisać, dlatego poprzestałam na zdaniu, że Marcel nie przyglądał się zwłokom.

 

Zdjął hełm? Rakieta, mimo upadku, zachowała szczelność?

Marcel oglądał statek i stwierdził, że pojazd nadaje się do lotu. Potwierdził to również Dock. Myślę, że raczej doszło do niezbyt miękkiego lądowania niż do upadku. Nie opisuję dokładnie, co było przyczyną awarii w czasie lotu. Pozostawiam czytelnikowi domysł, czy doszło do awarii instalacji, czy celowo w kabinie uwolniono duszącą substancję.

No, niech będzie – siostra jest w porządku. Tylko szybko znika z radaru. ;-)

Protagonista – widzisz, ja tego ZA też nie zdiagnozowałam. Patrzę na bidnego faceta, który siedzi za niewinność. Nawet nie siedzi, tylko go zesłano. Psychopata na niego poluje. A nic złego nie zrobił…

Chemik – to już łajza czystej krwi. I Nobel tego nie zmienia.

(Nie)pusty fotel – szkoda, że to się nie załapało. Stanowiłoby fajny rys genialnego złola.

Z hełmem – zwracam honor.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie czytało się przyjemnie i zajmująco. Technicznie nie mam nic do zarzucenia.

Po chwili zastanowienia jednak można dostrzec fabularne zgrzyty – amnezja bohater jest jakaś mocno nieprawdopodobna – jednak traumatyczne przeżycia zazwyczaj mocniej odciskają się w pamięci – ale nie jestem ekspertem, może się mylę.

Nie wiem jak było z Australią i jakością ich statków, ale trochę kłóci mi się logika – jesteśmy humanitarni i nie zabijamy ludzi – ale jak rakieta wybuchnie to trudno. Rozumiem że raz wszystko się może zdarzyć, ale tak ciągle?

No i w Australii jednak chcący mógł sobie coś upolować – a jak bezpiecznie wylądowali by na Marsie to co mieli jeść? Bardziej niż na zesłanie skazywali ich na śmierć głodową. To samo tyczy się tlenu – butle raczej nie starczyłyby na 25 lat.

Pomimo tego jak mówiłem na wstępie – czytało się dobrze.

Witam, Natanie.

Mylisz, się co do amnezji. Psychika ludzka radzi sobie w taki sposób z przeżyciami, które ją przerastają (tzw. amnezja psychogenna). Facet mocno nieogarnięty życiowo nagle stracił jedyną opiekunkę. Dodatkowo, zadziałała spora dawka alkoholu.

Rozpamiętywanie trudnych sytuacji też może się zdarzyć, dużo zależy od psychiki danej osoby i od tego, jak odbiera wydarzenie.

 

jesteśmy humanitarni i nie zabijamy ludzi – ale jak rakieta wybuchnie to trudno

Opinia publiczna łatwiej przełknie niezawiniony wybuch rakiety niż karę śmierci. Czwarta tura doleciała do celu.

 

a jak bezpiecznie wylądowali by na Marsie to co mieli jeść? Bardziej niż na zesłanie skazywali ich na śmierć głodową. To samo tyczy się tlenu – butle raczej nie starczyłyby na 25 lat.

W ładowni mieli zapasy. Znów – opinia publiczna zadowolona, nikt nie dopuścił dziennikarzy, żeby obliczyli wielkość zasobów. To nie s-f, ale można dyskutować np. nad skompresowaniem tlenu lub jego wytwarzaniem. Mogę polecić artykuł o reaktorze tlenowym. Żywność pozbawiona wody, sprasowana itp. zajmuje znacznie mniej miejsca. Dla fabuły to rzeczy nieistotne. Poza tym, nikomu nie zależało, żeby więźniom wystarczyło pożywienia czy tlenu.

Taka wizja może oburzać, ale przypomnij sobie zsyłki na Sybir. Tam też nikomu nie zależało, żeby skazani przeżyli. Nie musieli ich rozstrzeliwać, wykorzystali naturalne warunki.

 

To wracam z tym pełnym komentarzem. Trochę to trwało, ale… tydzień roboczy też trochę trwał. ;-)

Co zrobić. Poza tym CM nie rychliwy, ale… zrzędliwy. ;)

Dobra. Do komentarza przystąp.

 

Bohater:

Dość charakterystyczny, o wyraźnie zarysowanych i przedstawionych problemach i sytuacji życiowej, nie do końca typowo skopany przez życie, lekko balansujący na granicy niewiary.

Bohatera można nazwać taką bezradną ofiarą. Natomiast nie jest to bezradność typowa jak bezradność wobec systemu u Kafki czy typowa bezradność życiowa w stylu: wszystko wali mi się na łeb i nic nie mogę na to poradzić (jakieś patologie w rodzinie, brak wsparcia, itp.; słowem typowa i czasem dość tania metoda wyłudzania współczucia u czytelnika poprzez wplątywanie go w całe serii różnych nieszczęść). Tutaj mamy taki dość charakterystyczny rodzaj bezradności. Bohater ponosi karę bez winy, ale nie przez system czy jakiś spisek, lecz (po części) w wyniku własnej niepamięci. To jest konstrukcja trochę odmienna od tych najpowszechniejszych, bo bohater, szukając w pamięci odpowiedzi jednak w teorii ma na coś wpływ. W dodatku o swojej niewinności (podobnie jak i czytelnik) dowiaduje się po pewnym czasie. To też fajne, bo przez część lektury nie możemy mu w pełni ufać. Nie ustawiasz go w roli “łowcy współczucia”, który od razu ma przywiązać do siebie czytelnika swoją bezradnością. Co prawda, ów nawrót pamięci nie spowoduje od razu odmiany jego sytuacji, ale przynajmniej da jakieś perspektywy prób walki o sprawiedliwość. I to też dobre, bo nie jest “zero jedynkowe”. Jak życie. ;-)

Pisałem, że bohater balansuje na granicy niewiary, bo też i ta niepamięć budzi przez jakiś czas pewne wątpliwości. Z początku wydaje się to dziwne, mocno nietypowe. W pierwszej chwili nawet trudne do uwierzenia. Tym nie mniej taki koncept bohatera nie wykracza poza wspomniane granice. Owa refleksja pojawia się już w trakcie lektury, bo też, jeśli ją dokładnie przemyśleć, nasuwa się raczej ocena jakiegoś rzadkiego, szczególnego rodzaju przypadku, w jakimś stopniu uzasadnionego przecież chociażby poprzez przeżycia bohatera, również konstrukcję jego charakteru. A że przypadek, przez swoją nietypowość balansuje na tej granicy? To wcale nie jest źle, bo przecież jaki jest sens opisywania przypadków typowych? Tego balansowania na granicy nie uważam więc w żadnym razie za wadę opowiadania. Jedyny minus tej koncepcji jest taki, że ona nieco sugeruje nam już na początku pewien schemat opowiadania, przez co czytelnik może przynajmniej część wypadków przewidzieć. Z góry wiadomo, że bohater w dalszej części historii będzie snuł rozważania o tym, co właściwie się wydarzyło i jednym z fundamentów tekstu będzie powolna droga ku odpowiedzi.

 

Koncepcja:

Taka mocno… filmowa. ;-)

Ostatni film oglądałem dwa lata temu, więc oczywiście wiem najlepiej. :-)

Trudno to odczucie dokładnie określić słowami, natomiast refleksja, że mam do czynienia z takim filmowym wariantem opowiadania towarzyszyła mi od początku do końca.

Dlaczego?

Zwróć uwagę na pewne połączenie, które tutaj stosujesz. Z jednej strony mamy takiego dość dobrego pod film bohatera, który jest sam, zdany na siebie, niesłusznie skazany. Poszukujący prawdy. Z drugiej zesłanie na planetę jako forma kary (pierwsza myśl to skojarzenie z “Obcym 3”, tam było coś w rodzaju planety z więzieniem; u Ciebie ten koncept jest nieco inny, ale sam motyw planety pełniącej funkcję więzienia podobny), prezentacja totalnej ignorancji ludzi, którzy ryzykują życiem więźniów (rozbite statki). Tu znów mamy pewne balansowanie na granicy niewiary. Znów go nie przekraczasz, masz wystarczająco dużo argumentów, żeby tę koncepcję obronić, natomiast da się tu zauważyć pewną charakterystyczną dla filmów efektowność, nawet kosztem balansowania na wspominanej już granicy. Bo mamy bohatera, który na odległej planecie będzie szukał prawdy i odpowiedzi, mamy koncepcję planety – więzienia wspartą pełną ignorancją ludzi (co w łatwy sposób ma wywołać pewne emocje), mamy typową katastrofę, gdzie nie przeżył nikt poza…, mamy też kogoś w rodzaju “tego złego” na planecie (myślę o Docku), więc w ostatniej scenie możemy dostać takie (znów) mocno kojarzące się z filmami starcie z wrogiem. Co ważne, piszę tylko o swoich odczuciach. Więcej! Odczucia mają to do siebie, że nie zawsze je można uzasadnić. Bo poprzeć argumentem to można tezę. Odczucia zwyczajnie się pojawiają, jak radość bez powodu, czy nagły ból kolana. Tych ostatnich już wyjaśnić nie sposób, ale i nie można zaprzeczyć, że się pojawiły.

Dobra, tyle tej filmowości. Bo ta koncepcja to nie tylko skojarzenie z filmem. Decydujesz się na taki fajny motyw historii opowiadanej dwutorowo, gdzie pomiędzy bieżącymi zdarzeniami mamy również analizę przeszłości. Wielkim plusem tej koncepcji jest jej czytelność. Nie gubiłem się, skacząc od jednego do drugiego, nie traciłem wątku. Tutaj mogłaś się, moim zdaniem, mocno wyłożyć, bo gdybym czuł się zagubiony to już na dzień dobry cała frajda z lektury, jaka w ogóle może się pojawić, odpada przez wadliwą konstrukcję. Dla mnie więc ten koncept to w sumie wartość dodana tekstu.

Poza opowieścią dwutorową decydujesz się również na dość nietypowe połączenie SF z Fantasy, o którym pisał już Chrościsko. Bardzo ryzykowne. Łączysz rzeczywistą planetę z fikcyjnymi, nazwijmy to, stworkami. To dwa puzzle, które nie cholery do siebie nie pasują. Takie połączenie mogłoby pasować, gdybyś miała do dyspozycji fikcyjną planetę. W takiej sytuacji Ty rządzisz, robisz z nią co chcesz i w pełni decydujesz o tym, co się na niej dzieje i kto na niej mieszka. W przypadku planet rzeczywistych, zwłaszcza takich, wobec których ludzkość snuje określone plany i podejmuje różne działania, wymóg urzeczywistnienia zdarzeń z tą planetą związanych wisi nad tobą jak ostrze gilotyny.

Dużo miejsca na wyjaśnienie tej kwestii poświęcił już Chrościsko, ja napiszę tylko o konsekwencjach. Jeżeli zignorujesz tę zasadę urzeczywistniania, w przypadku tego konkretnego opowiadania deprecjonujesz w pewien sposób robotę, którą wykonałaś wcześniej. Zwróć uwagę, ile razy pisałem o balansowaniu na granicy niewiary. Ani razu jej nie przekraczasz. Tworzysz bohatera, jego historię w taki sposób, że z jednej strony jest w tym określona, ciekawa literacko koncepcja, z drugiej piszesz wszystko w taki sposób, że w Twoich dłoniach cały czas pozostają argumenty na obronę wiarygodności. To nie jest łatwe. Wymaga sporo wysiłku, pracy, doboru koncepcji. I kiedy udaje Ci się mnie, jako czytelnika, nie tylko zainteresować daną historią, ale i w jakiś sposób ją uwiarygodnić, nagle… sama przekreślasz całą włożoną pracę wrzucając do tekstu kompletną fikcję. Nie piszę o tym nawet po to, żeby pozrzędzić, czy wyrazić swoje niezadowolenie czytelnicze. Chcę tylko zwrócić Twoją uwagę na to, jak łatwo, właściwie jednym ruchem, przekreślić część swojej pracy. Samo balansowanie na granicy niewiary jest charakterystyczne dla całego tekstu. I w żadnym wypadku nie jest jego wada. Więcej! Nawet fajnie się patrzy, jak sobie stąpasz po tej linie ani razu nie upadając. Bo przecież nawet ta planeta – więzienie, celowość jej istnienia, to wszystko da się uzasadnić. I kiedy wydaje się, że nie spadniesz z tej liny, właściwie… sama z niej zeskakujesz. ;-)

Tyle o stworkach. Jeszcze o Docku. Trudny do oceny pomysł pojawienia się tego bohatera. Bo z jednej strony on wydaje się na tym Marsie, przy takim pomyśle na opowiadanie niezbędny. Musisz jakoś zamknąć ten tekst. Z drugiej strony pomysł na zakończenie historii takim pojedynkiem z kimś w rodzaju “tego złego”, w dodatku z wiodącą rolą ratującego Oppiego, nie trzyma jednak poziomu reszty pomysłu na tekst. Trochę zbyt filmowa. Zbyt typowa jako efektowne zakończenie.

 

Wykonanie:

Bohater, o takich, a nie innych charakterze, problemach i historii dobrze wykonuje swoją robotę w tym tekście. Jest w tym jego poszukiwaniu prawdy pewna literacka wygoda, mały element schematyczności. Natomiast w praktyce wypada to bardzo fajnie, bo jednak ciągnie on swoją niewiedzą historię, wciąga w nią czytelnika, w dodatku ładnie ukrywasz rzeczywisty powód śmierci Izy. To chyba jeden z najważniejszych aspektów odbioru tej historii, bo jako czytelnik do końca nie wiem, co faktycznie się stało, jaki naprawdę jest główny bohater i co powinienem o nim sądzić. To ukrycie było kluczowe, w mojej ocenie, dla dobrego odbioru opowiadania i tutaj poradziłeś sobie bardzo dobrze. Na pewno to jedna z największych zalet tekstu.

Dobrze również poradziłaś sobie ze wspominaną “dwutorowością” opowieści. Wszystko jest czytelne, nie gubię się, skacząc od historii do rozmyślań, tutaj również uważam to za zaletę tekstu.

Element fantastyczny w tekście nie stanowi moim zdaniem wartości dodanej. Z prostego powodu. Łączysz mocną fikcję z planetą rzeczywistą i siłą rzeczy uwaga czytelnika skupia się na wątpliwościach z tym związanych, więc te sympatyczne skądinąd stworki (które same w sobie wcale nie są złe) nie pomagają Ci jako autorce. I, będę w pełni uczciwy, nie mają prawa pomóc. Już chyba nawet niezależnie od tego, jak je przedstawisz. To jak z nutellą i śledziem. Jak tego nie podasz i tak wiadomo, że nie będzie do siebie pasować. ;-)

Oceniając opowiadanie jako całość muszę napisać, że jest ono całkiem dobre. Czytało mi się fajnie, z zainteresowaniem. Masz konkretny pomysł na historię, bardzo autorski, momentami oparty na elementach typowych, momentami oparty na konstrukcji bardzo odważnej. Koniec końców wszystko to jednak składa się we wcale atrakcyjną czytelniczo całość. Stworki w żadnym razie tego nie przekreślają. Zwyczajnie nie stanowią wartości dodanej, nie przekonują czytelniczo. Ma to pewien wpływ na końcowy odbiór opowiadania, ale na pewno nie jest to czynnik decydujący.

Słowem, “fajne”. ;-)

P.S. Daruj ewentualne błędy i literówki w komentarzu, ale trochę za bardzo mi się rozpisało, żeby teraz przeglądać moją opinię po tym kątem. ;-)

P.S. 2 Nauczony doświadczeniami za bety: Szlaban na wykorzystywanie tego komentarza przeciwko mnie! XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM, dzięki za odwiedziny i rozbudowany komentarz. Miło czytać, że uważasz moje opowiadanie za filmowe i że podobała Ci się dwutorowość. :)

Bardzo ryzykowne. Łączysz rzeczywistą planetę z fikcyjnymi, nazwijmy to, stworkami.

Specjalnie dopytałam, fantasy w tym konkursie było dozwolone. :)

Jak już pisałam, na pewno nie jest to s-f, w powieściach fantasy czytałam o tego typu bohaterach jak moje stworki. Właściwie całość historii na Marsie można uznać za napisaną w takiej koncepcji, oprócz niektórych szczegółów dotyczących Oppy, ale to wynika z zawodu Marcela.

Zależało mi na tym, żeby pokazać obcych. Pewnie, gdyby Atramentowce miały rude futro, bardziej kojarzyłyby się ze zwierzętami niż z baśniowymi stworkami. W powieści “Na srebrnym globie” Żuławskiego też mamy mocno fantastyczną historię, starałam się oddać mniej więcej podobny klimat.

Pisałem, że bohater balansuje na granicy niewiary, bo też i ta niepamięć budzi przez jakiś czas pewne wątpliwości. Z początku wydaje się to dziwne, mocno nietypowe.

Możliwe, że wydaje się to dziwne. Na początku pokazuję scenę, dopiero później poznajemy charakter i problemy bohatera. A że nietypowy, to chyba dobrze, inaczej nie byłby ciekawy.

ANDO, początkowo myślałam, że zrobiłaś z Marsa kolonię karną, taką Australię dwudziestegoktóregoś wieku. Potem zorientowałam się, że to nie do końca tak. Lecą tam sami, niczego tam nie ma, żadnego przygotowanego dla nich zpleecza. Nawet gdyby udało im się szczęśliwie wylądować, to nie mieliby żadnych szans na przeżycie. Co mieliby niby jeść, gdzie żyć?

Pomyślałam sobie, w jakiej straszliwej hipokryzji żyje to społeczeństwo, nie ma kary śmierci, a jednak wysyłają ludzi na śmierć. Ktoś powinien nimi porządnie potrząsnąć. I w tym momencie pojawił się czarny charakter, Samuel Dock. Już byłam pewna, że idziesz w marvelowskie klimaty, coś się na pewno po drodze stanie i bohater zyska supermoce. Nawet pluszaki mi do tej wizji pasowały, że nie wspomnę już o Oppy. Antagonistę na początek też już ma. Charakter, taki trochę niepewny też pasuje, w sumie wielu superbohaterów tak ma.

A potem go tak zwyczajnie zabijasz. Do ostatniego momentu myślałam, że coś się stanie, może pomoże mu krew atramentowca, albo diabli wiedzą co, ale nie. I przyznam, że w tym momencie zaczęłam się zastanawiać, co właściwie chciałaś opowiedzieć. SF to nie jest, jak na fantasy za mało fantasy. W chłopaku żadna znacząca przemiana nie zachodzi. Mam poczucie niedosytu.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Już wyjaśniam.

To historia zdolnego chłopaka z Aspergerem, któremu świat nie dał szans na rozwinięcie skrzydeł. Kosmos, który miał być spełnieniem marzeń, stał się jego grobem. To również pokazanie zafascynowania autystów (bo w zasadzie tym jest Asperger) maszynami, stąd wątek przyjaźni Marcela z Oppy.

Przesłanie tekstu: niepełnosprawni, nawet z pozornie niewidocznymi zaburzeniami mają bardzo małe szanse na samorealizację w “normalnym” świecie.

Edit. Mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się napisać opowiadanie, które bardziej Ci się spodoba.

Nieźle się czytało historię będącą połączeniem ziemskiego wątku kryminalnego z podróżą na Marsa, gdzie bohater długo i powoli dochodzi do prawdy o wydarzeniach, które go na tę planetę przywiodły, choć nie ukrywam, że także dla mnie nie do końca jest jasne, dlaczego skazanych opłacało się wysyłać na Marsa.

Obecność popiskujących Atramentowców wydała mi się nieco bajkowa, ale skoro tak to sobie wymyśliłaś…

Natomiast fajnie w tym wszystkim znalazł się Oppy. ;)

 

Ad­wo­kat po­wo­li cedzi słowa. ―> Masło maślane – cedzenie słów jest powolne z definicji.

 

– Ziii. – Dum­nie kle­pie się fu­trza­stą pierś… ―> – Ziii. – Dum­nie kle­pie się w fu­trza­stą pierś

 

Dech za­pie­ra mi w pier­siach. ―> Dech za­pie­ra mi w pier­si.

Chyba że bohater ma więcej niż jedną pierś.

 

osta­tecz­nie od­ci­nając­ ko­mu­ni­ka­cję z zie­mią. ―> …osta­tecz­nie od­ci­nając­ ko­mu­ni­ka­cję z Zie­mią.

 

dotrzy­mać mu kroku. Oppy je­dzie obok, do­sto­so­wu­je tempo do moich kro­ków. ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Wska­zu­je na ścia­nę kra­te­ru.

Wkrót­ce moim oczom uka­zu­je się sta­tek… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

z któ­re­go kapie ciem­no nie­bie­ska krew. ―> …z któ­re­go kapie ciem­nonie­bie­ska krew.

 

Iza po­le­wa­ła raz za razem―> Iza na­le­wa­ła raz za razem

 

Cho­ciaż dla mnie ślady wy­da­ją się miej­sca­mi zu­peł­nie nie­wi­docz­ne… ―> Cho­ciaż ślady wy­da­ją mi się miej­sca­mi zu­peł­nie nie­wi­docz­ne

Coś może się wydawać mnie, nie dla mnie.

 

– Masz tyle skru­pu­łów do tego fu­trza­ka… ―> – Masz tyle skru­pu­łów wobec tego fu­trza­ka

Skrupułów nie można mieć do kogoś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dzięki za odwiedziny i komentarz. Błędy już poprawione.

Bardzo proszę, Ando. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka