- Opowiadanie: Adler - Wszystko ma swą cenę

Wszystko ma swą cenę

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Wszystko ma swą cenę

Spojrzał ponad wierzchołki drzew. Właściwie zrobił to odruchowo, bez patrzenia w górę doskonale wiedział, że zbliża się południe. Po raz setny dzisiaj przeklął swoją opieszałość. Gdyby wyruszył przed świtem, to teraz zapewne zbliżałby się już do Źródła i południowy skwar mógłby przeczekać leżąc wśród chłodnych skał. Wprawdzie drzewa usłużnie pokryły cieniem całą ścieżkę jak okiem sięgnąć, jednak upał dawał się coraz bardziej we znaki. Przysiadł ociężale na kamieniu i opuścił głowę. Nie był zmęczony, ale tak miało to wyglądać dla potencjalnego obserwatora. Obserwator, no właśnie… Od jakiegoś czasu czuł tą obecność. Człowiek? Duże zwierzę? A może jeden z Zapomnianych… Odegnał tą myśl. Nie tu, za daleko. I nie teraz, w środku dnia. Poza tym jeszcze przyjdzie czas na myślenie o Nich…

Wyrównał oddech, nakreślił w myślach runę Tropiciela i błyskawicznie stworzył impuls, który uformował w sieć. Pomimo pośpiechu starał się zadbać o dokładność, najdrobniejszy błąd mógł go drogo kosztować. Samo tworzenie sieci tropiącej nie było trudne, zdolny adept zwykle opanowywał tą umiejętność w kilka tygodni. O wiele trudniejsze było ukrycie takiej penetracji przed kimś, kto osiągnął podobny lub wyższy poziom wiedzy. Gdzieś w oddali, niespełna milę stąd wyczuł obecność na ścieżce. Człowiek. Młody mężczyzna zmierzający raźno pod górę. Nie, trzeba wrócić, to jest gdzieś tutaj, o wiele bliżej. Czytał otoczenie wysyłając impulsy rozchodzące się jak kręgi na wodzie. Odbierał coraz więcej sygnałów. Zwierzęta mniejsze i większe, organizmy żyjące swoimi potrzebami, dla których on był zupełnie niezauważalny lub odbierany jako chwilowe zagrożenie. Nic więcej. Zatem ktoś lub coś tu jest i robi wszystko, żeby nie być odczytanym.

Pomimo głęboko zakorzenionej niechęci do takiego pomysłu musiał zaakceptować towarzysza w tej podróży. Nie czekał długo. Zarówno wygląd jak i strój wędrowca nie pozostawiały wątpliwości, do jakiej grupy społecznej należy.

– Niech będzie pochwalony – pozdrowienie młodzieńca zabrzmiało bardziej jak wyzwanie.

– Kto? – siedzący podjął zaczepkę.

– Tak myślałem, po odzieniu przecie widać…

– Co widać? Żem rabusiem, łotrem czy skrytobójcą?

– No nie… – zmieszał się kmiotek. – Uchybić nie chciałem a i zwady nie szukam – dodał po chwili, nieco łagodniejszym tonem.

– Ja też zwady nie szukam, przeto nie oceniam ludzi po odzieniu – lekki uśmiech siedzącego wyglądał bardziej na szczery niż prowokujący.

– Zwą mnie Nastek – głos młodzieńca nareszcie przerwał niezręcznie długą ciszę.

– Zamir – wstając wyciągnął rękę.

Kmiotek zawahał się zaledwie na krótką chwilę, po czym odpowiedział krzepkim uściskiem nadgarstka.

– Zatem na kogo ci wyglądam?

– No, jesteście żercą – Nastek zadumał się. – Albo magiem, czaroszeptaczem…

– A tobie wszystko za jedno?

– Nie uczyli jak was rozeznawać.

– Z czego zatem wnosisz? Poza strojem rzecz jasna.

– Szatę nosicie długą i ciemnej barwy, ale to nie habit, materiał możniejszy. No i włosy nie postrzyżone ani ogolone jako fratrowie noszą. Pierwej zaś, krzyża nie widzę, jeno swarzycę i inne jakoweś symbole, których nie znam ale i poznawać nie pragnę. Kromie tego woń ziół od was idzie i mikstur. Z tego wnoszę, żeście nie naszej wiary i Krysta nie sławicie.

– Nie waszej wiary… – powtórzył jak echo Zamir – I Krysta nie sławię…

Niezmiernie zadziwiło go, że ten niepozorny kmiotek w krótkim czasie dokonał tak trafnej oceny. Będzie musiał dokładniej przyjrzeć się swojemu towarzyszowi podróży.

– Jednakoż nie masz nic przeciw wspólnej wędrówce? Szczególnie, że w kierunku tym samym podążamy.

– We dwu raźniej niż samemu, troskam się jeno, że nam nie po drodze.

– Nie zmierzasz przecie na szczyt aby ruiny klasztoru oglądać, przeto bynajmniej czas najbliższy droga będzie nam wspólna.

Nastek zmieszał się wyraźnie, ale przemilczał i skinął głową potakująco.

 

Przez dłuższy czas wędrowali bez słowa. Wyczerpujący marsz w upale nie nastrajał do pogawędki a i oni sami też nie szukali pojednania w rozmowie. Dopiero kiedy na rozdrożu przed szczytem Zamir skręcił w lewy trakt, niepozorny i znacznie mniej odwiedzany, Nastek przystanął.

– Tu kres naszej wspólnej, krótkiej wędrówki – bardziej stwierdził niż zapytał.

– Doprawdy?

– Widzę przecie, że ścieżka wasza nie na Ślężę, no a ja nie zmierzam na Radnynę.

Zamir spojrzał głęboko w oczy młodzieńca.

– Kwiatu paproci na Ślędze, czy jak wolisz, na Ślęży, nie znajdziesz…

– Skąd..? – Nastek zaczerwienił się i opuścił głowę. – Zatem prawdą jest, że moc posiadacie by czytać ludzkie myśli… Zaiste diabelska to praktyka.

– Umiemy. A bynajmniej niektórzy z nas. Ale to nie tak jak myślisz. – mówiąc wskazał kosturem miejsce w cieniu między głazami. Kiedy zasiedli, kontynuował:

– Nie jest to diabelska praktyka, jeno studium długie i żmudne. Ale też nie jest tak, że czytamy w ludzkich myślach jak w księdze otwartej. Poznajemy odczucia, emocje, zamiary – Zamir zastanawiał się, ile jego towarzysz pojmuje, wiedział jednak, że musi wiele wyjaśnić, jeśli nadal chce wędrować wspólnie.

– Nie czytałem w twych myślach. Nie musiałem. Nie trudno odgadnąć po co samotny młodzieniec idzie na Ślężę w noc Kupały.

– Zda wam się to szaleństwem? Chcecie drwić, to drwijcie, nic mi po tym.

– Nie zwykłem drwić z ludzkich pragnień, nawet jeśli zdają się zgoła szaleństwem. Dziwi mnie jeno, że taki gorliwy krystianin wierzy w dawne gusła i zabobony – pomimo, że się starał, wypowiadając szczególnie ostatnie słowa nie potrafił powstrzymać się od drwiącego tonu.

Młodzieniec sapnął gniewnie, ale zmilczał, co Zamir przyjął za przyzwolenie do dalszego wywodu.

– Religia krystian wtargnęła na ziemie nasze w nieodległej przeszłości. No bo cóż to kilka stuleci wobec bogów, których czczono przez tysiąclecia. To jak dziecko, które ledwie poczęło mówić, uważa się za mędrszego od swych rodzicieli. Jeśli kto wyrwać chce potężny i wiekowy dąb, długa i żmudna czeka go praca. Tyle, że tu praca nie na jedno, a nawet kilka, jeno na wiele pokoleń. I najlepiej zacząć od korzeni. Tak też poczęli kapłani Krysta, zatruwają korzenie. Zrabowali od nas i innych święte dni, obyczaje a nawet znaki. Ot choćby krzyż o którym jużeś wspomniał. Symbol takowy i podobny czcili już Galatowie, Persowie, Wikingowie a choćby też Grecy i Rzymianie, na wiele wiele wieków przed krystianami. Używali tego znaku kapłani z kraju Faraonów czy innych krain, tak odległych, że wiele miesięcy a nawet lat trza by tam wędrować…

Nastek milczał długo ale wreszcie przemówił, półgłosem, jakby sam wstydził się swoich słów:

– Dali byście już pokój… Po prawdzie to sami wiecie jak jest. Przy trakcie do każdego sioła krzyże stoją ale w chatach ludzie swarzycę i perunowe symbole strugają u powały. Noc Kupały nadal czcimy, a nie noc świętego Jana, jako mnichowie chcą… Ale rzeknijcie jak jest, wyście przecie uczeni przez dawnych, to prawdę znacie.

– Co mam ci rzec? Chcesz wiedzieć, czy perunowe kwiecie to prawda, czy jeno legenda?

Nastek nieśmiało skinął głową.

– Tak, pobierałem nauki i nadal pobieram, bom zaledwie na początku swej drogi. Wiele żem przeczytał ksiąg i zrozumiałem rychło, że nie ma nikogo, kto posiadłby całą wiedzę naszego świata. Wiem też, że bywa niekiedy, iż najdziwniejsza opowieść jawi się prawdą, a bywa i wspak, to co zdawało się być najprawdziwsze okazuje się zwykłym łgarstwem.

– Do tego to akurat ksiąg czytać nie trza… Jużem tego zdążył doświadczyć – młodzieniec uciekał wzrokiem. – Bo widzicie, u nas po wsiach wiele się opowiada, jako pewnie i wszędzie, tyle że nasze historie szczególne, bo i góry szczególne. Znacie zapewne opowieść o czartach, które jakoby miały tu wejście do swego królestwa?

Zamir potwierdził skinieniem głowy. Znał tą legendę. Ale znał też inną jej wersję, poznaną od swych preceptorów.

– Tak, różne mamy tu opowieści… – Nastek zamyślił się. Łatwo było go sobie wyobrazić jako pacholę, które w długie chłodne wieczory siedzi przy ogniu i z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną gębą wysłuchuje opowieści o herosach ale też i zwykłych ludziach o niezwykłej odwadze, którzy po wielu ciężkich i niebezpiecznych próbach zdobywają ostatecznie to czego pragnęli i o co walczyli.

– Cztery dni drogi jest góra zwana Śnieżnikiem, lub też Śnieżyną – młodzieniec przerwał ciszę nadal uciekając spojrzeniem gdzieś w dal. – Pewnie ją znacie. Nasłuchał żem się opowieści o pieczarach zwanych przez miejscowych Twarożnymi Grotami. Ponoć skarbów tam tyle, co kamieni w strumieniu, jeno że wejść to wyczyn nie lada bo mary potępieńcze szkodzą i utrudniają. Ale kiedy je pokonać, brać można ile dusza zapragnie… Wziął żem wodę święconą, łuczywo, jadło… Wciskałem się w każdą dziurę i szczelinę. I wiecie co? Łajno… Czasu wiele żem jeno zmitrężył.

Mag powstrzymał się od uśmiechu ale nie spodziewał się innego zakończenia tej opowieści.

– Ale mało mi tego było. Bajarze u nas powiadają, że jak czego się bardzo pragnie, to trza kura czarnego wziąć i przed świtem wejść na Śnieżkę. Tą górę też pewnikiem znacie, wszak najwyższa u nas – Nastek nie czekał na potwierdzenie tylko ciągnął swoją opowieść. – O wschodzie słońca pokłonić się trza na cztery strony świata, na koniec zaś pokłon uniżony Duchowi Gór naszych złożyć. Po czym urżnąć łeb kurowi i krew jego rozlać, niech w górę wsiąka. A kiedy się to wszystko dopełni i Duch ofiarę przyjmie, trza wykrzyczeć czego się pragnie, gromko aby wśród wiatru posłyszał. Tako żem zrobił… Nie wiem, możem nie godny i ofiara nie była miła Duchowi Gór…

– A może Duch Gór to jedynie wymysł starych bajarzy..? – Zamir wpatrywał się przenikliwie w młodzieńca.

– Kpicie sobie ze mnie?!

– Daleko mi do tego. Zastanawiam się jeno…

– Koniec końców zdecydowałem, że ostatni raz spróbuję. Jeśli się nie uda, poniecham wszystkiego, bies to chędożył…

– I padło na kwiat paproci…

– Dlatego też pytam, co o nim wiecie? Prawdaż to, że życzenia spełnia? Wszystkie czy jeno trzy?

– Pierwej ja spytam. Czego tak po prawdzie szukasz? A może bardziej, czego pragniesz?

– Tego co wszyscy, bogactwa i dostatniego żywota. No może nie wszyscy – zorientował się patrząc w twarz maga. – Ale większość tych, których znam.

– A jeśli ci rzeknę, że takowy kwiat nie istnieje a wszelakie opowieści o nim to zwykłe bajanie? Jak wszystkie te opowiastki jeno po to, by w ludziach pragnienie za tym co niezdobyte poruszyć. Bywa też nierzadko, że opowieści są dla pozoru, iż wyjaśnia się rzeczy, których po prawdzie wyjaśnić się nie umie. Ludzie bardziej chcą wierzyć w to co nadprzyrodzone niż zrozumieć to, co nieznane…

Cisza jaka nastała po słowach Zamira była na tyle krępująca, że wbrew swoim zwyczajom mag postanowił zażartować:

– Legendy, jak ta o perunowym kwiecie mają jednakoż zalety. Kiedy młodzieniec i dziewka mają się ku sobie, w noc Kupały pod pozorem wspólnego szukania kwiatu paproci mogą udać się w odosobnienie i tam chędożyć do woli.

Nastek uśmiechnął się szeroko, lecz po chwili znów spochmurniał.

– Zatem gonię za mrzonką, za rojeniem?

– Gonisz za nieuchwytnym, ale gonić będziesz i nie zaprzestaniesz. Taka twoja natura. Jeśli ci zdradzę, że nie dalej jak dwa dni drogi jest miejsce, gdzie będziesz mógł złoto w strumieniu płukać, a dzień marszu stąd srebro można ukopać i jest go tyle, że i twoi wnukowie cieszyć się będą dostatkiem, czy wówczas zapomnisz o marzeniach i poniechasz swych poszukiwań?

Nastek milczał długo ale nie trzeba było czytać w myślach, żeby znać jego odpowiedź.

– Nie poniecham.

– Tak i myślałem. Bo nadto pragnień o bogactwie inne jeszcze w tobie żądze rozbudzone. Znam to.

– Jakie?

– Ty chcesz wiedzieć. Dlatego pójdziesz ze mną.

Nie odpowiedział. Wstał, otrzepał portki, poprawił rzemień tobołka i wszedł na ścieżkę wiodącą na Radnynę. Zamir uśmiechnął się smutno, dyskretnie rozejrzał wokoło i podreptał za swoim towarzyszem.

 

 

Południe dawno już minęło, kiedy dotarli do kamiennego kręgu na szczycie góry. Po drodze nie gawędzili, bo i nie było o czym. Zamir nie należał do ludzi rozmownych a Nastek dawno już pojął, że mag powie jeno to, co powiedzieć zamierza, dlatego też nie zagajał i nie tracił czasu na zbędną dysputę. Jedynie, kiedy już przysiedli wśród ociosanych przed wiekami głazów, rzucił uwagę:

– Od Tąpadła rychlej by było.

– Wiem to… – Zamir milczał dłuższą chwilę, a jego towarzysz domyślał się, że mag nie zdecydował jeszcze, jaką cześć wiedzy chce mu przekazać.

– Bystry z ciebie młodzieniec – zaczął po dłuższej przerwie. – Jużeś zmiarkował, że nie przypadkiem właśnie dziś tu przywędrowałem.

– Dziś Kupała.

– Kupała, Palinocka, Midsommar…Zwij jak chcesz. Rzecz w tym, że noc najkrótsza w roku przeto i moc wielką posiada. Wiedzieli o tym przed wiekami, wiedzą i dziś. W noc taką wiele dokonać można ale też i strzec się trzeba, bo dzisiejszej nocy, jak żadnej innej, duchy i monstra wszelakie prostą drogę do naszego świata mają.

– Wierzycie w to? – w głosie młodzieńca mag nie wyczuł zwątpienia czy kpiny, bardziej potrzebę potwierdzenia.

– Wierzę… Pytałeś dlaczego obrałem drogę przez Ślężę. To jest cześć rytuału, który muszę wypełnić…

– Ja też jestem częścią rytuału? – Nastek spojrzał w oczy maga.

– Pytasz, czy planuję złożyć cię w ofierze? – Zamir nie uciekł spojrzeniem. Młodzieniec potwierdził powolnym skinieniem głowy, co wywołało uśmiech jego towarzysza.

– My nie składamy w ofierze żywych istot. Bogowie tego nie oczekują. Poświęcamy siebie, nasze modlitwy, naszą ciężką pracę w dążeniu do wiedzy i poznania. Odbieranie życia nikogo jeszcze nie uczyniło lepszym człowiekiem.

Może mu się zdawało, a może rzeczywiście młodzieniec odetchnął z ulgą.

– Wyznać jednak muszę, że twoja obecność jest mi po myśli. Rzekłem o rytuale. Idąc przez Ślężę wypełniam ten rytuał, ale to ledwie ścieżka, podążali nią przede mną, podążać będą i po mnie. Rzecz najcięższa dopiero mnie czeka… – zawiesił głos. – I nie wiem czy wyjdę z tego cało.

Nastek sądził przez krótką chwilę, że mag zbytecznie chce go nastraszyć, ale kiedy spojrzał w oczy mówiącego odnalazł w nich coś ponurego, coś z najmroczniejszych opowieści, tych nie przeznaczonych dla dzieci na długie zimowe wieczory. I poczuł ten sam co kiedyś dreszcz, podnoszący włosy na karku.

– Wkrótce zmierzchać będzie i schodzić się zaczną do kręgu. Polana zaroi się od tych co wiedzą i od tych którym zda się, że wiedzą.

– Co wiedzą?

– Po co stworzono ten krąg…

Nastek też chciał wiedzieć, przeczuwał jednak, że nie pozna odpowiedzi.

– Dlatego też muszę opuścić to miejsce. Jeśli podążysz ze mną, jutro o poranku zyskasz wiedzę jak zdobyć bogactwo. Otrzymasz też odpowiedzi na pytania które cię gnębią… Niektóre odpowiedzi… Ale to droga trudna i niebezpieczna, jakiej jeszcze nie doświadczyłeś. Napomnieć też cię muszę, że wszystko ma swą cenę, a im bardziej wartościowe jawi się tobie, tym cena będzie wyższa.

– To jak w opowieści o perunowym kwiecie? Zyskam bogactwo ale jeno dla siebie i z nikim nie wolno mi się będzie dzielić?

– To tylko legenda. Jednakoż mówi o tym, że człek który posiądzie skarby nieprzebyte traci cząstkę swej duszy, niekiedy mniejszą, zazwyczaj większą. Zdecydowałeś zatem?

– Powiedzcie pierwej, do czego wam będę przydatny?

– Wiedza to moc, który ma swych wrogów. Takoż i my ich mamy. Jak wielu tego nie wiemy, ale wietrzyć należy, że sporo i wystrzegać się ich musimy. Przeto stróża potrzebuję dzisiejszej nocy.

Zdziwienie jakie zagościło na twarzy młodzieńca wywołało niekontrolowany uśmiech maga.

Zeszli zboczem góry na stronę północną. Nagły chłód jaki zapanował po chwili Nastek tłumaczył sobie nadchodzącym zmierzchem i faktem, że tej części zbocza słońce za dnia nie wygrzało wystarczająco. Zamir również czuł chłód, w przeciwieństwie jednak do swego towarzysza, wiedział co jest jego źródłem. Zbliżali się i ta myśl o konieczności, ale też nieuchronności jego działań, wzbudziła dreszcze na ciele maga.

Po kwadransie marszu w gąszczu ostępów leśnych zatrzymał się i w milczeniu wskazał kosturem niewielką ścianę skalną. Głazy częściowo oświetlone pomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca nie wyróżniały się niczym szczególnych, jednak kiedy zbliżyli się do nich, odebrał falę mrocznej energii bijącą od tych bloków skalnych. Jego towarzysz też coś poczuł, bo wbił pytający wzrok w maga a w głębi jego spojrzenia czaił się strach.

– Tak, to tutaj – nie sądził, że Nastek potrzebował tego potwierdzenia, ale z pewnością chciał usłyszeć spokojny głos, który poświadczy, że mag ma wszystko pod kontrolą. Tyle, że nie do końca był pewien czy ton jego głosu był wystarczająco spokojny.

– Co to jest? – młodzieniec nie wyglądał na uspokojonego. Nic dziwnego, mroczna energia wdzierała się w zakamarki umysłu.

– Wspomniałeś, że znasz legendę o biesach, co mieli tu wejście do swego królestwa… – Zamir przysiadł na zbutwiałym konarze wskazując towarzyszowi miejsce na przeciw.

– I wejście to na wieki zasypano kiedy walka rozgorzała z hufcami niebieskimi. W naszej ziemi najmniejszy berbeć, co ledwo od ziemi odrósł zna tą historię… Tyle, że… – Nastek poderwał się – Chcecie mi rzec, że tu jest brama do piekła?!

– Nie lękaj się. Nie istnieje wejście do piekła, a bynajmniej nie w takiej fizycznej postaci. Jednakoż, jak mawiają, w każdej legendzie jest ziarno prawdy. Ale ziarno jeno. Prawda jest zgoła inna, tyle że jej nie pojmiesz. No już, nie dąsaj się jak dziewka. Jużem rzekł żeś bystry, jeno nawet człek bystry zrazu tego wszystkiego nie pojmie, a czasu nie mam, żebym ci ze szczętem to objaśnił. Dość rzec, że oprócz naszego świata, są jeszcze inne. Nie przerywaj, pierwej wysłuchaj do końca a jak czas będzie, to zapytasz. Światy o których rzekłem są inne od naszego, jako też istoty co w nich zamieszkują. Niekiedy światy te się łączą a i przenikają wzajem. To jakbyś zeszedł pod wodę. Poniekąd bywać tam możesz, ale jeno chwilę. A choćbyś się przysposobił i nawet sporo czasu mógł pod wodą siedzieć, to przecie żyć się tam nie da. A ryba wyjęta z wody szybko zdechnie. Tak też jest z nami i tymi istotami. Bywa też jak z żabami na ten przykład, które chociaż żyją w wodzie, mogą wiele czasu bywać poza nią. Zjawy, upiory czy inne monstra to wynik koniunkcji tych właśnie światów z naszym…

– Czy istoty te potężniejsze są od nas? – Nastek wykorzystał moment przerwy w opowieści maga.

 – Większość z nich posiada zdolności, które my prosto zwiemy mocami lub też magią, tyle że jak i u nas, są słabsi i silniejsi. W tamtych światach takoż istnieją prawa i zasady jako też pojęcie czynienia dobra i zła. Tyle, że bywa nieco odmienne od naszego. Jeśli kogo u nas przydybią na złodziejstwie czy innej nieprawości, trafia do lochu, jeśli zabójca, idzie na stryczek. Dla stworzeń z tamtych światów to nasza ziemia jest takim lochem, ciemnicą…

– Czemuż to?

– Tego nie wiemy i póki co nie poznamy. Może u nas warunki dogodne do odosobnienia, mocy mniej tu mają. Może też być, że przyczyna ta prostsza niż się zdaje. Bo podumaj jeno, gdybyś wiedział, że kto łotr czy okrutnik, nastawał byś, coby takiego jak najdalej od twego domostwa i twych bliskich trzymać. A może to jeno zwykły kaprys, bez inszych pobudek. Wyznać się w tym ciężko. To co pewne, że żad wielce osłabia ich moce.

– Żad?

– Zwany też nefrytem. W tych górach sporo go jest i może to też być wiodący zamysł takiegoż ich postępowania. Pewne jeno, że w skałach tu przed nami przebywają istnienia z tamtych światów, z niewiadomych dla nas pobudek tu właśnie uwięzione. Mówimy o nich Zapomniani. Czy więcej takich miejsc, tego nie wiem.

– Co zamierzacie i jaka w tym moja rola? – młodzieniec wyraźnie stracił wcześniejszy animusz i łatwo było zauważyć, że najchętniej znalazłby się daleko od tego miejsca.

– Muszę tam zejść, a ty będziesz tutaj stróżował mojej wyprawie – chciał, żeby nie zabrzmiało to tak poważnie, bo obawiał się, że po tych słowach jego towarzysz najzwyczajniej ucieknie. Jednakże Nastek przyjął to oświadczenie nad wyraz spokojnie. Może wcześniej obawiał się, że mag będzie go przymuszał do wspólnego zejścia i dlatego ostatnie słowa uspokoiły nieco młodzieńca.

– Musicie czy chcecie?

– Ma to jakie znaczenie dla ciebie?

– Ciekawym jeno… Ktoś tam już wchodził przed wami?

– Tylu, że porachować trudno. A pewnie też i wielu takowych, o których nie wiemy, bo nie byli z naszego Kręgu.

– Ilu powróciło?

– Z grubsza licząc, jeden na pięciu. Tyle, że z tych co wrócili niejeden tam zmysły postradał i teraz do rozumnej pracy nie zdatny, jeno do pomocy w kuchni czy obejściu. Nic nie mówią, jedzą tyle co w nich wmusić. A co niektóry to cały dzień stoi i w ścianę patrzy a w nocy krzyczy, że włos się jeży na głowie.

– To czego tam szukacie? Przecie nie ma musu wchodzić.

– Bo ci co wrócili a w głowie im nie pomieszało, wrócili zupełnie odmienieni. Nie fizycznie – Zamir uśmiechnął się widząc rozszerzone ze zdziwienia oczy młodzieńca. – Rogi ani chwosty im nie wyrosły. Mówiąc prosto, wrócili lepsi, bystrzy i rozumni ponad miarę. Inaczej świat widzą, postrzegają w nim rzeczy, które nam umykają. Pamięć mają tęgą a czego my uczymy się tygodniami, oni w lot pojmują. Ksiąg nie muszą czytać, żeby wiedzieć co w nich napisane. A szczególne jest to, że moc od nich bije wielka, którą kierować potrafią. Umiejętności magiczne naszych mistrzów z Kręgu to dla nich kuglarskie sztuczki.

– Rozprawialiście z którym z takich?

– Tak. Nie stronią od rozmowy i uczą też chętnie, jeśli pojmuje się, co tłumaczą. Jeno kiedy na temat tego – Zamir wskazał głową bloki skalne – zaczynałem wypytywać, milkli natychmiast i wzrokiem uciekali. Dowiedziałem się ledwie, co każdy z nich wtenczas powtarzał, żebym tu nie wchodził, bo nawet jeśli wyjdę, to wszystko ma swą cenę.

– Ciekawym jaką oni zapłacili…

– Może wkrótce i mnie przyjdzie się tego dowiedzieć. Jestem gotów na każde poświęcenie.

– A co jeśli nie wrócicie? Przecie szanse macie niewielkie.

– Lękasz się, że długu nie spłacę i nie powiem jak zdobyć bogactwo?

– Sram na to… O was się troskam.

Szczerość towarzysza wzruszyła Zamira. Żeby tego nie okazać, szybko zmienił temat:

– Słońce właśnie zaszło, zatem pora na mnie.

– A co mnie robić?

– Siedź tu i miej baczenie na wszystko. Tyle że ognia nie krzesz, bo z daleka cię wypatrzą. Jeśli nawet kto mnie śledził, tam za mną nie wejdzie, jeno tu się zaczai. A jeśli złe ma zamiary, uderzy po moim powrocie. Nie powstrzymuj go i nie atakuj, w walce z takowym szansy żadnej ci nie daję. Przeto nie rób nic, jeno przyczaj się i obserwuj. Kiedy wyjdę… – mag zawiesił głos – Jeśli wyjdę, a nędznik taki będzie się na mnie zamierzał, uprzedź mnie okrzykiem i pozostaw sprawy w moich rękach.

Podszedł do swojej sakwy i coś z niej wyjął, zaszeleściło i zadźwięczało.

– Wdziej na głowę. Trochę ciężkie i niewygodne, ale przydatne.

– Co to?

– Jeśli kto chce mnie dopaść a przygotowany odpowiednio, przeto wiedzę nabył jak czytać myśli. Ten czepiec uchroni cię od tego.

– Czy nie nazbyt jesteście ostrożni?

– Tego nigdy za wiele. Sakwę zostawiam, jeśli nie wrócę, jest twoja. Bogactwa tam nie ma, ale i krzywdy mieć nie będziesz.

Zrobił krok, po czym się odwrócił:

– I rzecz najważniejsza – spojrzał głęboko w oczy towarzysza – Pod żadnym pozorem nie śmiej tam za mną wchodzić.

– Tego akurat mówić mi nie trza…

Stanął przed ścianą i zaczął szeptać. Nastek obserwując maga spodziewał się, że nagle bloki skalne rozsuną się z hukiem i utworzy się jakaś czeluść, czarna otchłań. Tymczasem nic się nie stało. Po chwili Zamir podszedł do jednej ze szczelin w skałach, którą dopiero teraz zauważył młodzieniec, pochylił głowę i po prostu wcisnął się do wnętrza. Nastała kompletna cisza. Nastek przysiadł na zwalonym pniu, zsunął z głowy czepiec, rzeczywiście ciężki i niewygodny i pomyślał, że wbrew temu co powiedział wcześniej mag, to będzie bardzo długa noc. Po kwadransie bezruchu jego uszy oswoiły się z ciszą i zaczęły wyłapywać dźwięki. Początkowo bezładna kompozycja przeradzała się powoli w pojedyncze, coraz łatwiejsze do zidentyfikowania odgłosy. Gdzieś w oddali gwar rozmów, śpiewy, śmiechy, pewnie na Radnyni. Chociaż może i wychwytuje odgłosy aż ze Ślęży? Po chwili był już nawet przekonany, że słyszy trzask płonącego drewna. Właśnie w tym momencie dotarło do niego, że przecież dzisiaj noc Kupały. Gdzieś tam w blasku ognisk zaczynała się zabawa. Wesołe tańce i pląsy, przy których panny pozwalały na dużo więcej, niż w każdym innym dniu roku. W szybkim tempie opróżniano dzbany z gorzałką i piwem zagryzając specjalnie na tą okazję upieczonymi kołaczami. Niedługo już, najpierw pojedyncze a potem coraz liczniejsze pary zaczną wymykać się ukradkiem, żeby poszukać kwiatu paproci, jak słusznie podsumował jego towarzysz.

Co ja tu robię? Przecie mogłem tera siedzieć pośród swoich, pić, jeść i pląsać z dziewkami. A za godzinę czy dwie zaciągnąć jaką, choćby Bognę czy Wszemiłkę. Wszak niejedna we wsi ogląda się na mnie i uśmiecha. Do najbiedniejszych w okolicy ojciec nie należą, w radzie zasiadają, a ja przecie drugi syn, parę morg ziemi mi się przynależy, jak obyczaj mówi. Chatę wybuduję, wyswatają z jaką miłą panną, nie odmówię. Co mnie za błęd omamił, żem tu przylazł…

Mag bogactwo przyrzekł. A kto mi zaręczy, że on z tej wyprawy cały wyjdzie. A jeśli wyjdzie, to skąd pewność, że mu te zjawy we łbie nie pomieszają i zapomni wszystko, co mi obiecał…

Mag. Czaroszeptacz, bies z nim tańcował. Niby w księgach czyta, moc posiada, z wiedzą swoją się wynosi i że ja niby za durny, żeby te jego dyrdymały pojąć a po prawdzie to on sam jełop tęgi, skoro myśli że te istoty mocą go obdarują, zamiast zwyczajnie łeb ukręcić. Wszelako z innego świata, ale przecie to jakoweś łotry i szubrawcy…

Mag. Tera pewnie upiory jakoweś go chędożą i nic innego jak to jest zapłatą za moc od nich. Nie dziwne przeto, że potem rozpowiadać o tym nie chcą. Bo i chwalić się nie ma czym…

Mag. Polazł w skały, a ja mam zadka jego pilnować. A co ja pies, żeby stróżować? Innych nie ma? Mógł sobie jakiego ucznia wziąć, z którymi pewnie gżą się w tych swoich przybytkach nauki. Nie wziął bo ryzyko zbyt wielkie… Jak kogo mają tu ubić, to lepiej kmiotka nieuczonego… Znaczy zostawił mnie tu na śmierć… A jak rano zobaczy moje truchło, to pewnikiem okiem nawet nie mrugnie, że o lamentowaniu nie pomnę.

Mag. Zda mu się, że taki sprytny… No to policzę ja mu o świcie za moje usługi, oj policzę…

 

Świt wstawał powoli, leniwie. Wyglądało, jakby bogowie nie chcieli zbyt gwałtownie budzić tych, którzy wczoraj oddawali im, w taki czy inny sposób, swój hołd. Tu, po północnej stronie trudno było o poranku wyczekiwać ogrzewających promieni słońca, dlatego Nastek, pomimo że noc była ciepła, czuł się skostniały i przemarznięty. Wstał rozcierając powoli kolana i dłonie. Doszedł do wniosku, że skoro świta to on nie musi już siedzieć w bezruchu.

Poczuł jego obecność znacznie wcześniej nim go spostrzegł. Spodziewał się ujrzeć kogoś wystraszonego, z płonącymi obłędem oczami, brudnego i odrapanego, w podartym odzieniu. Tymczasem mag wyglądał dokładnie tak, jak go wczoraj pożegnał. Jedyną zmianą jaką udało mu się dostrzec, był nienaturalny błękit oczu. A może to tylko złudzenie… Zresztą teraz, pomimo wysiłku, Nastek nie był w stanie sobie przypomnieć, jaki kolor oczu Zamir miał wczoraj. Może od początku takie były…

– Żyjecie? – jedyne pytanie jakie teraz przyszło mu do głowy.

– Ano, jak widzisz – głos maga też był chyba nieco zmieniony. – A tobie noc przeszła spokojnie, jak widzę. Bardzom rad, żeś bez szwanku wyszedł z tej nocnej warty. A to kiedy żeś zdjął – ruchem głowy wskazał czepiec leżący na zwalonym pniu.

– Przed chwilą – gładko skłamał młodzieniec.

Mag pochylił się podnosząc swój tobołek. Teraz! W ostatniej chwili rzucił się na ziemię i błyskawicznie przeturlał w bok. Zablokował go zwalony pień drzewa. Zasłonił się przedramieniem. Nóż ześliznął się po skórze znacząc swój ślad krwawą rysą. Dłoń wraz z nożem zaplątała się w luźny materiał długiego rękawa i atakujący stracił równowagę. Kilka cali przed swoim nosem mag zobaczył wykrzywioną wściekłością twarz młodzieńca. Uderzył miażdżąc kość policzkową, poprawił ciosem w nos i odepchnął kopniakiem w podbrzusze. Palce i nadgarstek zranionej ręki zaczęły drętwieć. Trucizna. Gdyby nóż nie ześliznął się tylko wszedł w mięsień, prawdopodobnie byłoby już po nim. I tak zostało niewiele czasu, paraliż postępował. Przeciwnik właśnie obniżył sylwetkę szykując się do skoku. Pomimo pokaleczonej i krwawiącej twarzy nie rezygnował z walki. Nie pokonasz go, uciekaj! Nastek zamarł w pół skoku, spłoszony i niezdecydowany. Chwilę później odwrócił się i rzucił do ucieczki. Mag wyćwiczonym ruchem sięgnął zdrową ręką do rozcięcia w pasie. Zielonkawe, pokryte runami ostrze w kształcie wydłużonego liścia świsnęło cicho i utkwiło między łopatkami młodzieńca. Napastnik zwalił się bezwładnie łamiąc krzaki i gałęzie. Zamir nawet nie spojrzał w tamtym kierunku, decydowały sekundy. Wyjął z sakwy składniki, mieszał pośpiesznie nie dbając o proporcję, zagniótł, włożył do ust, wymieszał z własną śliną. Wyjął, ugniótł palcami w wąski rulon, przycisnął do krwawej pręgi na przedramieniu modląc się, żeby nie było za późno. Zacisnął zęby na skórzanym pasie sakwy. Nagły ból wydusił z niego zdławiony krzyk i przekleństwo. Znów sięgnął do sakwy, odnalazł zieloną buteleczkę, zębami zerwał korek, wypił jednym haustem. Za dużo, ale jego żołądek powie mu o tym dopiero za kwadrans lub dwa. Teraz jego organizm potrzebuje chwili…

Ręka nie była jeszcze w pełni sprawna, ale czucie powoli wracało, zdążył. Podniósł się powoli i ciężkim krokiem podreptał w stronę leżącego napastnika. Żył jeszcze. Przerażonym wzrokiem obserwował zbliżającego się maga.

– Wszystko to jego wina… On mnie zmamił… – mówił z trudem, rozpaczliwie łapiąc oddech, z kącika ust płynęła mu krew.

– Widziałeś go? Wiesz jak wygląda?

– Nie… Pierwej wlazł mi do głowy… Kusił i zmawiał przeciw wam… A potem przymusił, bym was zabił…

– Przymusił. I włożył ci nóż do ręki.

– Nie.. To nie tak – mówił coraz ciężej – Nóż sam się pojawił… Nie wiedzieć skąd… Nagle, tuż przy mnie… Jego słyszałem jeno w mej głowie…

Zamir wiedział, że ma coraz mniej czasu, dlatego nie ciągnął rozmowy. Nie było też i o czym już rozmawiać. Wziął młodzieńca na ręce i zwrócił się w stronę skalnej ściany.

– Wszystko to miało być inaczej – idąc mruczał sam do siebie.

– Gdzie mnie niesiecie?

– Nie ty miałeś być jeno tamten, tak żem to planował. Tyle, że on uciekł a ty chciałeś mnie ubić, nożem w plecy. Cóż, twój wybór. Tamtego dopadnę później.

– Gdzie mnie niesiecie?! – pomimo bólu Nastek prawie krzyczał.

– Mówiłem ci przecie, wszystko ma swą cenę. Tu ceną jest dusza. A że twoja nie tamtego, wiń sam siebie. Czas który ci został poświęć na modlitwę do swojego Boga. Jeno nie wiem, czy on wysłuchuje morderców…

Koniec

Komentarze

Dobre opowiadanie, typowe fantasy, takie jak lubię. Czytało się płynnie, mimo stylizowanego języka. Raczej na żadne zgrzyty i błędy nie trafiłem. Może tyle, że w początkowych dialogach gubiłem się, kto co mówi, musiałem dwa razy przeczytać je. Zakończenie odczuwam jako dosyć otwarte, choć wątek zapłaty rozwiązałeś ostatecznie :) Ciekaw jestem ciągu dalszego.

Uwaga! Spoilery w komentarzach! Czytasz na własną odpowiedzialność

– syndrom gadających głów: dialogi praktycznie pozbawione opisów, bohaterowie nic nie robią oprócz poruszania ustami

 

– mnóstwo błędów językowych, szalona interpunkcja, nieprawidłowy zapis dialogów

 

– wiadomo, że autor jest młody stażem, bo kto inny sięgałby po tę męczącą, pseudośredniowieczną narrację; nie jestem jej fanką głównie dlatego, że mało kto potrafi jej dobrze używać

 

– podejście do tematu może nie oszałamiająco oryginalne, ale jeszcze nie całkiem oklepane – trafiły się teksty w pseudośredniowieczu, jeden również pisany przez początkującego autora, trafiły się też teksty o poszukiwaniu magicznego kwiatka i nie narzekałabym na to, gdybyś na oklepany temat spojrzał w oryginalny sposób lub wniósł coś swojego (pomysłów istnieje tylko ograniczona liczba), ale rozgrywasz swój tekst w sposób schematyczny; to dobrze jak na początkującego pisarza, bo zdajesz sobie sprawę z pewnych elementów, które w tekście muszą się pojawić i znasz klisze; to dobra podkładka pod dalsze próby literackie

 

– zakończenie bardzo ciekawe – dynamiczne, przewrotne, z głębią, której brakowało przez większość tekstu; bardzo mi się!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Ostatni z wstępów.

“Niestety mało czasu u mnie ostatnio. Toteż moje komentarze będą krótkie, kilkuzdaniowe. Zaręczam jednak, że teksty przeczytałem z taką uwagą i starannością, na jaką było mnie stać!”

 

Czepialstwo:

– “Od jakiegoś czasu czuł tą obecność” – “tę” – w ogóle masz problem z tą/tę, bo jeszcze kilka takich pomyłek jest;

– “Zamir skręcił w lewy trakt” – a są lewe i prawe trakty? skrętność jakąś mają czy jak?;

– “Nie trudno odgadnąć” – nietrudno;

– “Dali byście już pokój…” – spokój;

– “Twarożnymi Grotami” – nazwa gór na pewno od białego serka?;

– “możem nie godny” – niegodny;

“ Zamir przysiadł na zbutwiałym konarze” – zaraz walnie na glebę i robactwo go oblezie :).

tą historię

 

Hmm… Nadanie konkursowych nazw bohaterom to jednak według mnie zbytnie naginanie zasad. Poza tym – dość sprawnie napisane, choć sporo infodumpów. I bardzo ciekawe zakończenie, o którym jeszcze nie wiem, czy mi się podoba, czy nie podoba.

I gdyby to tylko nie było fantasy…

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i przeczytanie.

 

 herox002, cieszę się, że udało mi się trafić w Twoje gusta:-) Być może, idąc za Twoją sugestią, pokuszę się o c.d.

 

kam_mod, Twoja poprzednia opinia (zanim usunąłem to opowiadanie z NF) była nieco inna:-)

 

Staruch, co do Twojego “czepialstwa”:

– uważam, że skoro na rozdrożu można skręcić w lewą czy prawą ścieżkę (mówiąc potocznie) to można również skręcić w lewy trakt.

– “dajcie pokój” – język staropolski, znaczy to samo, co współcześnie – “dajcie spokój”

– “Twarogowe Groty” – “Tvarożne Diry” (w języku czeskim) – jaskinie na stoku Śnieżnika. Ściany jaskiń pokryte są mlekiem wapiennym, które komuś skojarzyło się z serem i stąd nazwa. Spotkałem się z tym, że miejscowi czasem nazywają je, mieszając polską i czeską nazwę – Twarożne Groty.

– Zbutwiałego konara nie będę komentował – usiadł gdzie mu pasowało:-)

 

Hmm… Nadanie konkursowych nazw bohaterom to jednak według mnie zbytnie naginanie zasad. – tego zupełnie nie rozumiem, możesz przybliżyć?

 

 

No cóż, Zamir i Nastek, mający różne zamiary, przypadkiem spotkali się na drodze, prowadzącej do szczególnego miejsca i rozmawiając ze sobą o dawnych i nowych wierzeniach, nauce i demonach, wespół dotarli do celu. A jako że zakończenie było zaskakujące, jeden z nich dotarł do celu ostatecznego.

Czytało się nieźle, ale przyjemność z lektury byłaby większa, gdyby nie liczne błędy i usterki.

 

Ode­gnał myśl. ―> Ode­gnał myśl.

 

zwy­kle opa­no­wy­wał umie­jęt­ność… ―> …zwy­kle opa­no­wy­wał umie­jęt­ność

 

– Kto? – sie­dzą­cy pod­jął za­czep­kę. ―> – Kto? – Sie­dzą­cy pod­jął za­czep­kę.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

po czym od­po­wie­dział krzep­kim uści­skiem nad­garst­ka. ―> Czy Nastek uścisnął nadgarstek Zamira, czy może ściskał jego rękę własnym nadgarstkiem?

 

prze­to by­naj­mniej czas naj­bliż­szy droga bę­dzie nam wspól­na. ―> Czy tu aby nie miało być: …prze­to przynajmniej/ choć przez czas naj­bliż­szy droga bę­dzie nam wspól­na.

 

Do­pie­ro kiedy na roz­dro­żu przed szczy­tem Zamir skrę­cił w lewy trakt, nie­po­zor­ny i znacz­nie mniej od­wie­dza­ny… ―> O ile mi wiadomo, w dawnych czasach trakt był szeroką wiejską drogą. Nie wydaje mi się, aby pod szczytem góry prowadził trakt, zwłaszcza że wspominasz, że droga była niepozorna.

Z traktów/ dróg/ ścieżek korzysta się, ale chyba się ich nie odwiedza.

 

– Skąd..? – Na­stek za­czer­wie­nił się i opu­ścił głowę. ―> Wielokropkowi brakuje jednej kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Uży­wa­li tego znaku ka­pła­ni z kraju Fa­ra­onów… ―> Uży­wa­li tego znaku ka­pła­ni z kraju fa­ra­onów

 

Dali by­ście już pokój… ―> Daliby­ście już pokój

 

Noc Ku­pa­ły nadal czci­my, a nie noc świę­te­go Jana… ―> Noc ku­pa­ły nadal czci­my, a nie noc Świę­te­go Jana… (noc kupały)

 

Chcesz wie­dzieć, czy pe­ru­no­we kwie­cie to praw­da… ―> Chcesz wie­dzieć, czy Pe­ru­no­we kwie­cie to praw­da

 

Znał le­gen­dę. Ale znał też inną jej wer­sję, po­zna­ną od swych pre­cep­to­rów. ―> Przypuszczam, że pierwsze powtórzenie jest celowe, ale w dalszej części zdania proponuję:  Znał le­gen­dę. Ale znał też inną jej wer­sję, zasłyszaną od swych pre­cep­to­rów.

 

– Czte­ry dni drogi jest góra zwana Śnież­ni­kiem… ―> Chyba miało być: – Czte­ry dni drogi stąd jest góra zwana Śnież­ni­kiem

 

górę też pew­ni­kiem zna­cie… ―> górę też pew­ni­kiem zna­cie

 

– A może Duch Gór to je­dy­nie wy­mysł sta­rych ba­ja­rzy..? ―> Wielokropkowi brakuje jednej kropki.

 

– Le­gen­dy, jak ta o pe­ru­no­wym kwie­cie mają jed­na­koż za­le­ty. ―> – Le­gen­dy, jak ta o Pe­ru­no­wym kwie­cie, mają jed­na­kowoż za­le­ty.

 

w noc Ku­pa­ły pod po­zo­rem wspól­ne­go szu­ka­nia kwia­tu pa­pro­ci… ―> …w noc ku­pa­ły, pod po­zo­rem wspól­ne­go szu­ka­nia kwia­tu pa­pro­ci

 

nie dalej jak dwa dni drogi jest miej­sce… ―> …nie dalej jak dwa dni drogi stąd jest miej­sce

 

mag nie zde­cy­do­wał jesz­cze, jaką cześć wie­dzy chce mu prze­ka­zać. ―> Literówka.

 

– Dziś Ku­pa­ła. ―> – Dziś ku­pa­ła.

 

– Ku­pa­ła, Pa­li­noc­ka, Mid­som­mar…Zwij jak chcesz. ―> – Ku­pa­ła, pa­li­noc­ka, mid­som­mar… Zwij jak chcesz.

 

Rzecz naj­cięż­sza do­pie­ro mnie czeka… ―> Rzecz najtrudniejsza do­pie­ro mnie czeka

 

coś z naj­mrocz­niej­szych opo­wie­ści, tych nie prze­zna­czo­nych dla dzie­ci… ―> …coś z naj­mrocz­niej­szych opo­wie­ści, tych nieprze­zna­czo­nych dla dzie­ci

 

– To jak w opo­wie­ści o pe­ru­no­wym kwie­cie? ―> – To jak w opo­wie­ści o Pe­ru­no­wym kwie­cie?

 

Jed­na­koż mówi o tym… ―> Jed­na­kowoż mówi o tym

 

– Wie­dza to moc, który ma swych wro­gów. ―> Literówka.

 

Po kwa­dran­sie mar­szu w gąsz­czu ostę­pów le­śnych… ―> Czy w czasach tej opowieści wiedziano co to kwadrans?

 

wska­zu­jąc to­wa­rzy­szo­wi miej­sce na prze­ciw. ―> …wska­zu­jąc to­wa­rzy­szo­wi miej­sce naprze­ciw.

 

Jed­na­koż, jak ma­wia­ją… ―> Jed­na­kowoż, jak ma­wia­ją

 

Wy­znać się w tym cięż­ko. ―> Wy­znać się w tym trudno.

 

a ty bę­dziesz tutaj stró­żo­wał mojej wy­pra­wie… ―> Można stróżować/ pilnować czegoś, ale nie można stróżować/ pilnować czemuś.

 

i teraz do ro­zum­nej pracy nie zdat­ny… ―> …i teraz do ro­zum­nej pracy niezdat­ny

 

że prze­cież dzi­siaj noc Ku­pa­ły. ―> …że prze­cież dzi­siaj noc ku­pa­ły.

 

We­so­łe tańce i pląsy… ―> Tańcepląsy to synonimy, znaczą to samo.

 

W szyb­kim tem­pie opróż­nia­no dzba­ny z go­rzał­ką i piwem… ―> W czasach, o których piszesz, jeszcze nie pijano gorzałki.

 

brud­ne­go i odra­pa­ne­go, w po­dar­tym odzie­niu. ―> …brud­ne­go i podra­pa­ne­go, w po­dar­tym odzie­niu.

 

Dłoń wraz z nożem za­plą­ta­ła się w luźny ma­te­riał dłu­gie­go rę­ka­wa… ―> Czy dobrze rozumiem, że do długiego rękawa przyszyty był luźny materiał?

Może wystarczy: Dłoń wraz z nożem za­plą­ta­ła się w szeroki dłu­gi rę­ka­w

 

Kilka cali przed swoim nosem… ―> Czy w czasach kiedy dzieje się ta opowieść, bohaterowie wiedzieli, co to cale?

 

Za dużo, ale jego żo­łą­dek powie mu o tym do­pie­ro za kwa­drans lub dwa. ―> Kiedy mu powie?

 

– Nie.. To nie tak – mówił coraz cię­żej – Nóż sam się po­ja­wił… ―> – Nie To nie tak – mówił z coraz większym trudem. – Nóż sam się po­ja­wił…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

kam_mod, Twoja poprzednia opinia (zanim usunąłem to opowiadanie z NF) była nieco inna:-)

Na pewno nie mylisz mnie z nikim? Wszystkie opinie wstawiłam jednocześnie, pod twoim poprzednim opowiadaniem nic nie pisałam.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Regulatorzy, dziękuję za odwiedziny i kawał roboty nad moim tekstem. W którym, jak widzę, błędów niemało:-).

Pozwolę sobie jednak nie zgodzić w paru kwestiach. Dlaczego Noc Kupały z małej litery? Po pierwsze, to nazwa święta, podobnie jak Midsommar, po drugie Kupała był bóstwem, a że nie chrześcijańskim, to jednak nie ma znaczenia. Zauważam też brak konsekwencji, skoro Noc Kupały z małej litery, to dlaczego perunowe kwiecie z dużej?

Co do świętego Jana, nie ma obowiązku pisać słowo święty z dużej litery. 

W temacie uściśnięcia nadgarstka, dawniej był to jeden ze sposobów powitania. Zamiast, dziś powszechnego, uścisku dłoni, ściskano sobie wzajemnie ręce na wysokości nadgarstka. Ale wiem, w tym zdaniu było to mało precyzyjne.

W języku potocznym dość powszechnie używane jest słowo – ciężki, zamiast – trudny. Ciężka sprawa, będzie to ciężko załatwić itd. Dlaczego zatem uznano to jako błąd?

Tak, w tamtych czasach wiedziano, co to kwadrans. Różnica była w długości godziny w okresie letnim i zimowym, ale podział godziny na kwarty stosowano już w czasach hellenistycznych. Odmierzany był przy pomocy klepsydr, a we wczesnym średniowieczu w kościołach i klasztorach używano w tym celu odpowiednich świec, które paliły się ok. kwadrans. Natomiast w XIII wieku pojawiały się już zegary mechaniczne.

O destylacji alkoholu ( z wina) wspominają arabscy alchemicy już w VIII w. I to z arabskiego pochodzi słowo alkohol, podobnie jak araqalembik. U nas destylacją zajmowano się już w XII wieku, wtedy najczęściej z miodu pitnego, ale również z wina. Jak twierdzi większość znawców tematu, słowo gorzałka nie pochodzi od palącego smaku wódki, ale od faktu, że przy destylacji używano ognia (gore), do podgrzewania zacieru. Później, a może równolegle pojawiła się nazwa okowita, od łacińskiego wyrażenia aqua vitae (woda życia). Uważano kiedyś, że picie tego trunku przedłuża życie:-)

 

Dłoń wraz z nożem zaplątała się w luźny materiał długiego rękawa… ―> Czy dobrze rozumiem, że do długiego rękawa przyszyty był luźny materiał? – dłoń (młodzieńca) z nożem zaplątała się podczas ataku w rękaw maga.

 

Za dużo, ale jego żołądek powie mu o tym dopiero za kwadrans lub dwa. ―> Kiedy mu powie?

W tym zdaniu chodziło o to, że wypił miksturę, rodzaj odtrutki, ale wypił za dużo, co w krótkim czasie wywoła u niego wymioty.

Dla­cze­go Noc Ku­pa­ły z małej li­te­ry?

Za SJP PWN: kupała «uroczystość obchodzona dawniej przez Słowian wschodnich w noc letniego przesilenia słonecznego»

noc świętojańska «najkrótsza noc w roku z 23 na 24 czerwca, przed dniem św. Jana»

20.7. Nazwy obrzędów, zabaw i zwyczajów

 

Za­uwa­żam też brak kon­se­kwen­cji, skoro Noc Ku­pa­ły z małej li­te­ry, to dla­cze­go pe­ru­no­we kwie­cie z dużej?

Perun jest imieniem własnym pogańskiego bóstwa. O kwiecie Perunowym należy pisać wielką literą, bo to przymiotnik dzierżawczy –> 18.12. Przymiotniki dzierżawcze zakończone na -owski, -owy, -in, -yn, -ów (…)

 

Co do świę­te­go Jana, nie ma obo­wiąz­ku pisać słowo świę­ty z dużej li­te­ry.

Istotnie.

 

W ję­zy­ku po­tocz­nym dość po­wszech­nie uży­wa­ne jest słowo – cięż­ki, za­miast – trud­ny. Cięż­ka spra­wa, dla przy­kła­du, dla­cze­go zatem uzna­no to jako błąd?

Adlerze, wszak nigdzie nie napisałam, że to błąd.

Dla mnie cięż­kie jest coś, co dużo waży.

Cięż­ka może być praca fi­zycz­na. Kiedy ro­bot­nik ko­pią­cy rów prze­rzu­ci szpa­dlem tonę ziemi, po­wiem, że cięż­ko pra­co­wał.

Kiedy na­uko­wiec roz­wią­że bar­dzo skom­pli­ko­wa­ny pro­blem, nie po­wiem, że cięż­ko pra­co­wał. Po­wiem, że pra­co­wał mo­zol­nie i długo, że wy­tę­żał umysł i roz­wią­zał trud­ne/ niecodzienne/ zawiłe za­da­nie.

Mówi się też, że ktoś za­pła­cił za coś cięż­kie pie­nią­dze. Wy­da­je mi się, że po­wie­dze­nie po­cho­dzi z cza­sów, kiedy jeszcze nie znano bank­no­tów i wszy­scy po­słu­gi­wa­li się mo­ne­ta­mi, a więk­sza ich ilość była zwy­czaj­nie cięż­ka. I ja po­sia­dam kilka rze­czy, na które wy­da­łam cięż­kie pie­nią­dze.

Gdy widzę kilka su­kie­nek i nie wiem, na którą się zde­cy­do­wać, nigdy nie po­wiem, że mam cięż­ki wybór. Po­wiem na­to­miast, że nie­ła­two mi pod­jąć de­cy­zję, albo że mam trud­ny wybór.

Po prze­my­śle­niach, w wy­ni­ku któ­rych dojdę do pew­nych wnio­sków i zdam sobie z cze­goś spra­wę, nie po­wiem, że cięż­ko my­śla­łam. Po­wiem na­to­miast, że to były trud­ne, ale chyba owoc­ne prze­my­śle­nia.

Owszem, przy­miot­nik cięż­ki, ostat­nio bar­dzo się roz­po­wszech­nił i wręcz wy­parł całe mnó­stwo pojęć, które w pew­nych przy­pad­kach le­piej mo­gły­by oddać opi­sy­wa­ne sy­tu­acje czy do­zna­nia.

Za­zna­czam, że nie je­stem po­lo­nist­ką ani ję­zy­ko­znaw­czy­nią, że to tylko moje wła­sne po­glą­dy w kwe­stii cięż­ki czy trud­ny.

Podeprę się jeszcze opinią ze SJP PWN: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ciezko-a-trudno;19058.html

 

Tak, w tam­tych cza­sach wie­dzia­no, co to kwa­drans, mniej wię­cej oczy­wi­ście.

OK, przyjmuję do wiadomości.

 

O de­sty­la­cji al­ko­ho­lu ( z wina) wspo­mi­na­ją arab­scy al­che­mi­cy już w VIII w. I to z arab­skie­go po­cho­dzi słowo al­ko­hol, po­dob­nie jak araqalem­bik. U nas de­sty­la­cją zaj­mo­wa­no się już w XII wieku, wtedy naj­czę­ściej z miodu pit­ne­go, ale rów­nież z wina. Jak twier­dzi więk­szość znaw­ców te­ma­tu, słowo nie po­cho­dzi od pa­lą­ce­go smaku wódki, ale od faktu, że przy de­sty­la­cji uży­wa­no ognia, do pod­grze­wa­nia za­cie­ru. Póź­niej, a może rów­no­le­gle po­ja­wia się nazwa oko­wi­ta, od ła­ciń­skie­go wy­ra­że­nia aqua vitae (woda życia). Uwa­ża­no kie­dyś, że picie tego trun­ku prze­dłu­ża życie:-)

Destylat wina nigdy nie był i nie jest gorzałką.

Z tego, co mi wiadomo, umiejętność destylacji alkoholu przywędrowała do Europy ze Wschodu, wraz z powracającymi uczestnikami wypraw krzyżowych. Gorzałkę/ okowitę wyrabiano, przynajmniej początkowo, w aptekach, była bardzo kosztowna i stosowana jako lekarstwo. Było tak jeszcze w XVI w.

Nie wydaje mi się, aby chłopów z Twojego opowiadania było stać na raczenie się gorzałką, zwłaszcza pitą w opisanej przez Ciebie ilości.

 

…dłoń (mło­dzień­ca) z nożem za­plą­ta­ła się pod­czas ataku w rękaw maga.

I o to mi właśnie chodziło – można było napisać zwyczajnie, że ręka zaplątała się w szeroki rękaw, a nie, że …za­plą­ta­ła się w luźny ma­te­riał dłu­gie­go rę­ka­wa

 

Na koniec dodam, że wszystkie moje uwagi, poza wskazaniem ewidentnych błędów, to tylko sugestie i propozycje. Będzie mi miło, jeśli skorzystasz choćby z jednej, ale zrozumiem, jeśli będziesz wolał pozostać przy własnych sformułowaniach. To Twoje opowiadanie, Adlerze, i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wszystkie uwagi. Z uporem maniaka powracam do Kupały:

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Kupa%C5%82a_(b%C3%B3stwo) 

 

Noc Kupały, zwana też kupalnocką (to można z małej) pochodzi jednak od samego Kupały, słowiańskiego bóstwa płodności.

 

Co do destylacji z wina i nazewnictwa samych destylatów, można napisać niejedną książkę, więc na tym etapie zakończę temat.

Bardzo proszę, Adlerze. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

I ja zaglądam do Wikipedii, jednakowoż jeśli chodzi o zasady pisowni, większym zaufanie darzę Słownik języka polskiego PWN.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja również nie traktuję Wikipedii jak słownika, dałem to jako przykład źródła ( jednego z wielu), mówiące o tym, że Kupała był bóstwem słowiańskim.

 

Perun jest imieniem własnym pogańskiego bóstwa. O kwiecie Perunowym należy pisać wielką literą, bo to przymiotnik dzierżawczy

 

Czy zatem określenie Noc Kupały nie będzie podlegało podobnej zasadzie?

Moim zdaniem nie, ale jak już wspomniałam, Adlerze, Twoje opowiadanie będzie napisane tak jak Ty zechcesz.

 

edycja

Zacytuję jeszcze hasło z Encyklopedii PWN: 

kupała, kupalnocka,

mit. słow. u Słowian wschodnich obchody letniego przesilenia słonecznego, połączone z obrzędami, tańcami wokół ognia, zbieraniem ziół itp., co miało zapewnić zdrowie i urodzaj;

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale w Twoim przykładzie nazwy – kupała i kupalnocka, to nazwa święta, podobnie jak noc świętojańska. W powyższym kupała występuje jako nazwa potoczna. Natomiast określenie tego święta w pełnej nazwie (Noc Kupały) odnosi się do obrzędów poświęconych słowiańskiemu bóstwu płodności – Kupale.

 

Natomiast określenie tego święta w pełnej nazwie (Noc Kupały) odnosi się do obrzędów poświęconych słowiańskiemu bóstwu płodności – Kupale.

Podkreślenie moje.

Pozwolę sobie raz jeszcze zacytować SJP PWN:

20.7.

Małą literą piszemy nazwy obrzędów, zabaw i zwyczajów:

andrzejki, dożynki, dyngus, gaik, kupała, mikołajki, oczepiny, turoń, walentynki, zaręczyny.

O pisowni nazw świąt i dni świątecznych wielką literą – zob. 18.13.

 

Adlerze, sam piszesz, że chodzi Ci o nazwę obrzędu poświęconego słowiańskiemu bóstwu, a ja nie umiem inaczej wytłumaczyć Ci, dlaczego tę nazwę piszemy małą literą – jak wspomniałam, nie jestem polonistką, nie jestem językoznawczynią, dlatego raz jeszcze powołuje się na SJP PWN.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widzę, że nie do końca zostałem zrozumiany, czy też nie rozwinąłem wystarczająco, zatem spróbuję. Dodam, że konsultowałem to z dwoma nauczycielkami języka polskiego.

Jeśli mówimy o obrządku kupalnocka, noc świętojańska, czy też kupała (ale jako nazwa obrządku, nie jako imię bóstwa), wówczas piszemy nazwy małą literą.

Jeżeli natomiast ten sam obrządek nazwiemy Noc Kupały, gdzie w tym wypadku słowo Kupała jest imieniem własnym słowiańskiego bóstwa, wówczas piszemy dużą literą.

 To tyle. Ja również nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć:-)

Od jakiegoś czasu czuł obecność. Człowiek? Duże zwierzę? A może jeden z Zapomnianych… Odegnał myśl.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Podobały mi się wyjaśnienia na temat koniunkcji światów i pomysł wykorzystania Ziemi jako więzienia. Gorzki, ale interesujący.

Na początku trochę mi się bohaterowie mylili, to znaczy, nie potrafiłam zapamiętać imion i przypisać ich do maga czy chłopa.

Fabuła dziwna. Niby coś się dzieje, ale oni niemal tylko gadają. Zakończenie dobre.

Interpunkcja mocno kuleje.

adept zwykle opanowywał tą umiejętność w kilka tygodni

Tę umiejętność.

– Wiedza to moc, który ma swych wrogów. Takoż i my ich mamy. Jak wielu tego nie wiemy, ale wietrzyć należy,

Dwie literówki w jednym akapicie. Przesada, IMO.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka