- Opowiadanie: drakaina - Spotkamy się w kapsule czasu

Spotkamy się w kapsule czasu

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Spotkamy się w kapsule czasu

Prze­ży­łam ko­lej­ny dzień – po­my­śla­ła Ani, kiedy Tessa ukła­da­ła brud­ne dziec­ko na ma­te­ra­cu.

Zer­k­nę­ła na wy­bla­kłe fo­to­gra­fie usta­wio­ne na półce. Na jed­nej stara ko­bie­ta po­chy­la­ła się nad urzą­dze­niem, które – od dawna nie­czyn­ne – stało wciąż w kącie.

„Kie­dyś wy­łą­czy­my kom­pu­te­ry. Albo same prze­sta­ną dzia­łać” – mówiła Bab­cia, kiedy mała Ani py­ta­ła, co robi.

Wtedy, pra­wie czter­dzie­ści lat temu, Bab­cia dru­ko­wa­ła wszyst­ko, co się dało. Ani zer­k­nę­ła w stro­nę ko­ta­ry od­dzie­la­ją­cej głów­ne po­miesz­cze­nie od ciem­nej, po­zba­wio­nej okien wnęki. Wie­dzia­ła, że wy­si­łek nie na wiele się zdał: pa­pier za­mókł, wy­dru­ki były czę­ścio­wo nie­czy­tel­ne.

Matka zni­kła rok po tym, jak Ojca – któ­re­go obec­ność Ani le­d­wie pa­mię­ta­ła – roz­strze­la­no za próbę zdo­by­cia po­nad­przy­dzia­ło­wej czy­stej wody. Zo­sta­ła Bab­cia, a potem i ona ode­szła, dzie­się­cio­let­nią Ani zaś przy­gar­nę­ła Tessa.

– Wiesz, że on tu nie zo­sta­nie. – Głos przy­ja­ciół­ki wy­rwał ją z za­du­my.

– Nie mo­że­my zro­bić wy­jąt­ku? – za­py­ta­ła bła­gal­nie.

– Nie.

Su­ro­wa i prak­tycz­na Tessa ode­szła z woj­ska, by zająć się ra­to­wa­niem dzie­ci, któ­rych ro­dzi­ce nie wy­trzy­my­wa­li tego, że są ostat­nim po­ko­le­niem ży­ją­cym w świe­cie na­da­ją­cym się do życia. Ani była pierw­sza – i je­dy­na, która zo­sta­ła. Za­miesz­ka­ły wśród wspo­mnień daw­ne­go życia, choć Tessa wo­la­ła­by spa­lić le­żą­ce w pu­dłach pa­pie­ry, oddać metal do prze­ro­bie­nia, wy­rzu­cić pa­miąt­ki. Pa­trzy­ła wy­łącz­nie w przy­szłość. Się­ga­ją­cą kilku dni, a cza­sem tylko kilku go­dzin.

– Zo­staw prze­szłość tym w Re­zer­wa­cie – po­wta­rza­ła.

Za za­sie­ka­mi z drutu kol­cza­ste­go i za­rdze­wia­łe­go że­la­stwa wciąż pra­co­wa­ły kom­pu­te­ry, a Ba­da­cze usi­ło­wa­li wy­ko­rzy­stać po­zo­sta­ło­ści na­uko­wej wie­dzy, by przy­wró­cić ludz­ko­ści utra­co­ną wodę i utra­co­ną na­dzie­ję. Syn Tessy, Maks, miesz­kał w Re­zer­wa­cie.

– Od­naj­dę cię, mamo – szep­nę­ła Ani do mło­dej ko­bie­ty o oliw­ko­wej skó­rze i ciem­nych oczach.

Tessa od­wró­ci­ła się do niej.

– Znowu chcesz szu­kać kap­su­ły? – za­py­ta­ła. – Nie szko­da ci czasu?

Nie – po­my­śla­ła Ani. – Przy­szło­ści nie ma, po­zo­sta­ła tylko prze­szłość.

I opo­wieść Babci o tym, że Oj­ciec po­znał Mamę w obo­zie dla uchodź­ców. Ona – prze­ra­żo­na dziew­czy­na, która prze­by­ła z nie­zna­ny­mi ludź­mi setki ki­lo­me­trów z pło­ną­cych re­jo­nów świa­ta w pół­noc­ne ob­sza­ry, gdzie upał był jesz­cze zno­śny. On – wo­lon­ta­riusz, który za­ko­chał się w pod­opiecz­nej.

Ostat­nie wspo­mnie­nie o Mamie: drob­na po­stać po­chy­lo­na nad biur­kiem, pi­szą­ca coś na kart­ce. A potem gi­ną­ca w mroku twarz nad łó­żecz­kiem Ani.

„Wy­bacz mi, serce” – wy­szep­ta­ła Mama. „Znaj­dziesz mnie w kap­su­le czasu”.

Potem była ciem­ność i strasz­na wia­do­mość, któ­rej sze­ścio­lat­ka nie zro­zu­mia­ła. I z którą czter­dzie­sto­lat­ka wciąż nie chcia­ła się po­go­dzić. Twarz o oliw­ko­wej cerze nigdy wię­cej nie po­chy­li­ła się nad łó­żecz­kiem. Zo­sta­ła Bab­cia, która nie chcia­ła o tym mówić. Potem Bab­cia ode­szła, a po­ja­wi­ła się Tessa z ka­ra­bi­nem i za­cię­tą miną. A jesz­cze póź­niej przy­szła wojna, taka praw­dzi­wa, i nikt już nie mówił o prze­szło­ści.

– Tak – od­po­wie­dzia­ła Ani. – Jutro ru­szam do Ruin. Jutro nasz dzień wolny.

Tessa nawet wolne chwi­le po­świę­ca­ła na prze­rzu­ca­nie zna­le­zio­nych na uli­cach ma­lu­chów w bez­piecz­niej­sze miej­sca na wsi. Nie wszyst­kie dzie­ci prze­ży­wa­ły, a więk­szość mogła zo­stać tylko Luź­ny­mi. Jak Ani, córka sa­mo­bój­czy­ni, nie­pew­ny ma­te­riał ge­ne­tycz­ny.

 

Na­stęp­ne­go dnia za­ło­ży­ła ubra­nie ochron­ne i ru­szy­ła ku ru­inom sta­re­go mia­sta. To miej­sce nie po­trze­bo­wa­ło za­sie­ków, by mało kto miał ocho­tę się tam za­pusz­czać. W prze­ci­wień­stwie do blo­ków, które po pro­stu za­wa­li­ły się w cza­sie wojny albo tuż po niej, star­sze bu­dyn­ki czę­sto nadal stały, choć nikt w nich nie miesz­kał. Nie było tu szans na wodę, a wszyst­kie przed­mio­ty po­kry­wał kurz. Krą­ży­ły po­gło­ski, że za­war­te w nim sub­stan­cje mogą prze­żreć płuca albo znisz­czyć skórę.

Ani po­pra­wi­ła maskę. Do ruin obo­wią­zy­wa­ły prze­pust­ki i spe­cjal­ne za­bez­pie­cze­nia, ale straż­ni­cy ją znali z wspól­nych z Tessą wy­praw po po­rzu­co­ne dzie­ci, jak i z sa­mot­nych wy­cie­czek w po­szu­ki­wa­niu śla­dów prze­szło­ści.

W wy­dru­kach Babci nie było nic o kap­su­le czasu, Maks też ni­cze­go nie wie­dział. Ani my­śla­ła cza­sem, że wszyst­ko jej się przy­śni­ło, albo Mama miała na myśli…

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Ci, któ­rzy wie­rzy­li w życie po śmier­ci, po­za­my­ka­li się w Azy­lach i nikt wła­ści­wie nie wie­dział, co się tam dzie­je. Może po­peł­ni­li zbio­ro­we sa­mo­bój­stwo, li­cząc na drugi żywot.

Z ca­łych Ruin nigdy jesz­cze nie była na wzgó­rzu, więc brnę­ła teraz przez ster­ty ce­gieł i ka­mie­ni, wy­pa­tru­jąc sza­brow­ni­ków i trzy­ma­jąc broń w po­go­to­wiu. Kto zgi­nął w Ru­inach, ten tu po­zo­sta­wał, do­pó­ki pa­trol sa­ni­tar­ny nie na­tknął się na ciało. A wzgó­rze ucho­dzi­ło za naj­nie­bez­piecz­niej­sze.

Nie na­po­tka­ła jed­nak ni­ko­go, może dzię­ki pa­skud­nej po­go­dzie. Przez ster­ty gruzu do­tar­ła do lasu fi­la­rów, gdzie błą­dzi­ła przez chwi­lę, przy­pa­tru­jąc się po­trza­ska­nym rzeź­bom, frag­men­tom ma­lo­wi­deł wy­zie­ra­ją­cym z ki­ku­tów ścian, łukom pod­trzy­mu­ją­cym nie­gdyś skle­pie­nie.

Serce za­bi­ło moc­niej – była tu z bar­dzo już chorą Bab­cią w swoje dzie­sią­te uro­dzi­ny. Spa­ce­ro­wa­ły wśród gro­bów, oglą­da­ły to, co zo­sta­ło z daw­nej świet­no­ści. „Mu­sisz pa­mię­tać” – po­wie­dzia­ła Bab­cia.

Bab­cia rzad­ko ro­bi­ła co­kol­wiek bez po­wo­du. Czyż­by tutaj…?

Na od­głos kro­ków za sobą Ani od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie – za późno. Ży­la­sty męż­czy­zna, sporo star­szy od niej, stał tuż obok. Nie ma szans na uciecz­kę, oce­ni­ła, po­zo­sta­je tylko mieć na­dzie­ję…

– Witaj, Ani. Cze­ka­łem na cie­bie. – Chwy­cił ją za rękę.

Usi­ło­wa­ła się wy­ry­wać, ale cie­ka­wość wal­czy­ła ze stra­chem.

Za­pro­wa­dził ją nie­da­le­ko, na czę­ścio­wo za­wa­lo­ny dzie­dzi­niec pa­ła­cu.

– Wiesz, co to jest? – za­py­tał, wska­zu­jąc na nie­fo­rem­ny me­ta­lo­wy przed­miot, któ­re­go naj­wy­raź­niej nie zdo­ła­li ro­ze­brać sza­brow­ni­cy. Uzmy­sło­wi­ła sobie, że stoi obok jed­ne­go z nich, a on na razie nie zro­bił jej krzyw­dy.

Po­krę­ci­ła głową.

– Kap­su­ła czasu – od­parł.

 

– Twoja bab­cia była na­uczy­ciel­ką hi­sto­rii. Moją na­uczy­ciel­ką, ja jesz­cze cho­dzi­łem do szko­ły.

Pa­trzy­ła na niego nie­ro­zu­mie­ją­cy­m wzrokiem. Choć znała wszyst­kie słowa, sens tego, co mówił, nie do­cie­rał do niej.

– Byłaś tu w twoje dzie­sią­te uro­dzi­ny, pa­mię­tasz?

Skąd on…? Po­tak­nę­ła, czu­jąc na­pły­wa­ją­ce do oczu łzy.

– Bab­cia wie­dzia­ła, że nie­dłu­go umrze – wy­szep­ta­ła.

– Tak – od­parł męż­czy­zna. – Miała na­dzie­ję, że za­pa­mię­tasz to miej­sce, że tu wró­cisz. Dała mi wtedy to. – Wy­cią­gnął z kie­sze­ni me­ta­lo­we pu­de­łecz­ko. – Dla cie­bie.

– Je­steś… – Głos grzązł jej w gar­dle. – Je­steś sza­brow­ni­kiem. Nie ro­zu­miem.

Za­śmiał się krót­ko, chra­pli­wie.

– To dzia­ła, praw­da? Po­dob­nie jak ten tru­ją­cy kurz? Tu są skar­by… Sporo tego, co dało się sprze­dać, roz­kra­dli zło­dzie­je. Zo­sta­ła prze­szłość, którą chcę oca­lić. Twoja bab­cia wie­rzy­ła, że to ważne. Na­uczy­ła mnie tego.

– Dla­cze­go mnie wcze­śniej nie zna­la­złeś?

Pa­trzył na nią z po­wa­gą.

– To ty mu­sia­łaś zna­leźć kap­su­łę. Wie­dzia­łem, że szu­kasz w Ru­inach, znam się ze straż­ni­ka­mi. Wie­dzia­łem, że w końcu przyj­dziesz. Nie chcesz zo­ba­czyć, co jest w pu­deł­ku?

Wzię­ła je ostroż­nie do ręki i otwar­ła. W środ­ku było kilka zło­żo­nych, za­pi­sa­nych kar­tek.

„Świat spło­nie, za sto lat już go nie bę­dzie” – prze­czy­ta­ła na pierw­szej. – „Wy­bacz mi, Ani, że zo­sta­wiam ci tylko wspo­mnie­nia kosz­ma­ru, i tych kilku cu­dow­nych lat, które prze­ży­łam z twoim Ojcem. Słu­chaj Babci, ona jest mądrą ko­bie­tą. Na­pi­sa­ła­bym, że cię ko­cham, ale wiem, jak pusto i ego­istycz­nie to za­brzmi. Bądź silna i pa­mię­taj o prze­szło­ści”.

Dal­sze karty były za­pi­sa­ne po­spiesz­nym pi­smem.

Ani pod­nio­sła wzrok na męż­czy­znę.

– Co wła­ści­wie ro­bisz?

Wska­zał na naj­le­piej za­cho­wa­ny bu­dy­nek.

– Na­zwa­łem się Ar­chi­wi­stą, ale mo­żesz mówić mi Ar­chie. Mam kilku współ­pra­cow­ni­ków – od­rzekł. – Zbie­ra­my, w Ru­inach i nie tylko, pa­miąt­ki. Za­pi­ski, przed­mio­ty, ob­ra­zy. Kie­dyś ci z Re­zer­wa­tów od­da­dzą lu­dziom życie, a wtedy my od­da­my im pa­mięć. Kap­su­ła to tylko sym­bol, na­iw­ne wizje ludzi sprzed stu lat.

Ani po­my­śla­ła o Tes­sie, za­pa­trzo­nej w naj­bliż­szą przy­szłość. Za­wdzię­cza­ła jej wszyst­ko, ale… ona sama za­wsze wo­la­ła spo­glą­dać w prze­szłość. Tu wresz­cie na­bie­ra­ło to sensu.

– Mogę tu zo­stać? – za­py­ta­ła.

Ar­chie ski­nął głową.

– Mia­łem na­dzie­ję, że o to za­py­tasz – od­parł.

 

----

Agnieszka Fulińska

Koniec

Komentarze

miło się czyta, wzrusza :)

 

pozdrawiam

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

Prosty styl, ale czyta się nawet dobrze. W końcówce drażnią początki akapitów – poczuła, usłyszała, pokręciła, patrzyła, zerknęła, podniosła… tak nie pisz, staraj się to urozmaicić. Stosujesz też zdania wielokrotnie złożone, dużo przecinków, to przytłacza czytelnika. A fabuła? Taka sobie, ot prosta historyjka. Dialogi suche, pozbawione emocji. Ogólnie spodziewałem się, że będzie lepiej. Pozdrawiam.

Już się zabieram za początki akapitów ;) dzięki

 

Co do emocji – chyba nie potrafię pisać “na wysokim C”, ale też nie lubię czytać takich tekstów…

http://altronapoleone.home.blog

Matka znikła rok po tym, jak Ojca

 

Czemu słowo “ojciec” jest tutaj z dużej litery? Jak i cała reszta członków rodziny “Babcia” “Mama” itd. przecież to nie są nazwy własne. Chyba nawet w opisanym w opowiadaniu świecie, by nimi nie były.

 

Ogólnie podoba mi się styl. Jest prosty, ale elegancki. Natomiast jeśli chodzi o samą historię, to dla mnie trochę za prosta i zbyt sentymentalna. Skoro nie ma tutaj miejsca na psychologię postaci, to – przynajmniej mi – trudno się jakoś specjalnie zaangażować emocjonalnie. 

Podoba mi się takie podejście do emocji. Nie powinny być na powierzchni. Mnie ten tekst poruszył.

Killmanie – dziękuję za opinię. Co do Ojca, Matki, Babci – klucz jest prosty. Perspektywa w tym opowiadaniu jest Ani, a dla niej to są “imiona”, którymi nazywa te postacie (nie będzie o swoich rodzicach mówiła imieniem i nazwiskiem, prawda?). Współcześni mają prawdziwe imiona – ci z przeszłości są przez nią nazywani tak, jak ona ich widzi, pamięta. Ona nie może o nich “mówić” (bo to “przez nią” oglądamy świat) imionami i nazwiskami. Natomiast te określenia są dla niej jak imiona własne – przecież poza wszystkim często używamy w sytuacjach emocjonalnych, pisząc np. o własnych rodzicach, dużych liter. Dlatego zresztą w wypowiedzi Archiego, dla którego pani X (jakkolwiek się nazywała, nie wymyślałam tego ;) ) jest “babcią Ani”, jest babcia małą literą, jako nazwa pospolita.

 

Nikolzollernie – dziękuję, miło znaleźć osobę, która też woli stonowane emocje :)

http://altronapoleone.home.blog

Jak wszystkie w tym konkursie, opowiadanie skondensowane do granic możliwości. Aby zrozumieć ten świat, trzeba nie tylko przeczytać je dwa, trzy razy – ale dodatkowo wyczytać jak najwięcej między wierszami. Ja przeczytałem raz i na pewno jeszcze tu wrócę. Na razie napiszę tylko tyle, że świat i bohaterowie przemówili do mnie – mam nadzieję, że nie doprowadzimy naszej planety do takiego stanu. No, i oczywiście czytało się dobrze.

@drakaina → Dzięki za wyjaśnienie. Tak myślałem, że właśnie o coś takiego ma w tych dużych literach chodzić. Do mnie osobiście to nie przemawia, choć rozumiem sam koncept i ogólnie sam w sobie brzmi rozsądnie.

Dość zwięzły szort, a właściwie to scena, odwołująca się do przeszłości, rzucona na tło z przyszłości. Mam nieodparte wrażenie, że opowiadanie powstało by Ani mogła zadać ostatnie pytanie, a Archie jej odpowiedzieć. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż, Reg, nietrafiony… Akurat te słowa padły, bo zabrakło limitu na rozwijanie interakcji tej dwójki i cały finał wymyśliłam jako ostatni. Opowiadanie powstało, bo wymyśliłam sobie, że nieumiejąca już żyć matka pisze w ramach tego konkursu do córki list, który zamknie w kapsule czasu, ale potem sobie policzyłam i nijak mi z tego sto lat nie wyszło, więc cała koncepcja – od tegorocznego konkursu do sto lat później – poszła się bujać :( Pierwotnie matka miała chcieć popełnić rozszerzone samobójstwo, a babcia ocalić wnuczkę, ale na to też zabrakło limitu, poza tym chyba przekroczyłoby to moją odporność na emocje w tekście :/

http://altronapoleone.home.blog

Dopisz po konkursie, bo szkoda żeby się pomysł zmarnował. Ja “Kod” przerabiam, jest już trzykrotnie dłuższy i to nie koniec.

Do mnie przemówiło. Miałam kilka skojarzeń z “Metrem”. Kiedy wcześniej czytałam Twoje teksty, drakaino, styl mnie przytłaczał, ale tu bardzo mi się podobał, może dlatego, że pasował do przedstawionego świata i emocji. Tak, tu trzeba czytać między wierszami, ale to duży plus. Zmuszasz czytelnika do myślenia podczas czytania lektury. Nie mogę powiedzieć, że tekst wywołał u mnie pozytywne emocje. Wzruszył mnie i przejął, może nawet trochę przeraził, mimo prostej historii. Dobre. Bardzo mi się podobało.

Cóż, Reg, nie­tra­fio­ny…

Cóż, w takim razie będę musiała porozmawiać i rozprawić się wrażeniem, które zaprowadziło mnie na manowce. ;)

No i dziękuję, Drakaino, że rzuciłaś na całą rzecz nieco światła.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kolejny tekst w konkursie, który bardziej stawia na symbolikę niż na dokładne futurologiczne analizy. Trochę czuć okołostalkerowskim klimatem. Spodobała mi się autoreferencja do kapsuły czasu. Myślę, że ten końcowy komentarz Archiego będzie istotny przy odczytywaniu tekstów za sto lat, o ile oczywiście kapsuła i ludzkość (lub jej następcy) zdołają przetrwać.

 

Sugestie poprawek:

 

 

Na jednej stara kobieta pochylała się nad urządzeniem, które, od dawna nieczynne, stało wciąż w kącie.

Zdania podrzędne następujące bezpośrednio po zaimku względnym lepiej wydzielać półpauzami, żeby uniknąć ujęcia zaimka w przecinki z obu stron:

które – od dawna nieczynne – stało wciąż w kącie.

 

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/przecinek-po-spojnikach-i-zaimkach-wzglednych;14938.html

 

Jutro nasz dzień wolny.

Tutaj chyba jest literówka – nie powinno być “masz”?

 

Mama miała na myśli… Wzruszyła ramionami.

Tu po wielokropku dałbym nowy akapit, żeby zaznaczyć zmianę wątku. Obecnie można odnieść wrażenie, że to Mama wzruszyła ramionami.

 

Przez sterty gruzu dotarła lasu filarów

Zgubiony przyimek:

 

Przez sterty gruzu dotarła do lasu filarów

 

 

Skąd on…? Potaknęła, czując napływające do oczu łzy.

– Babcia wiedziała, że niedługo umrze… – wyszeptała.

– Tak – odparł mężczyzna. – Miała nadzieję, że zapamiętasz to miejsce, że tu wrócisz. Dała mi wtedy… to. – Wyciągnął z kieszeni metalowe pudełeczko. – Dla ciebie.

– Jesteś… – Głos grzązł jej w gardle. – Jesteś szabrownikiem. Nie rozumiem.

Spore nagromadzenie wielokropków, wyciąłbym któreś z nich.

 

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Zacząłem czytać i dość mocno się wciągnąłem w oczekiwaniu na zakończenie, które bardzo mi się podobało. Lubię taką symbolikę, do tego przedstawiona wizja świata również mnie zainteresowała. 

Czytało się łatwo i przyjemnie, nie czuło się od tekstu sztuczności, więc to też na plus.

No i szczerze mówiąc myślałem, że trochę się wzruszę, ale jak dla mnie trochę za mało było tu opisu emocji, co sprawiło, że tak się niestety nie stało.

Mimo wszystko opowieść oceniam pozytywnie ;)

Pozdrawiam serdecznie ;)

Nosz, miałam napisać jako pierwsza, ale nie zdążyłam, choć opowiadanie przeczytałam błyskawicznie. 

Dobrze się czytało, bo masz, Drakaino, styl i warsztat. Tutaj nie było się do czego czepiać. Sama historia mnie specjalnie nie ruszyła. Miałam wrażenie, że jest strasznie pośpieszona, że można by opowiedzieć więcej, ale nie powiem, że nie byłam zaintrygowana. Chyba szczególnie zakończenie wydało mi się urwane, bo jakoś… Nie wiedziałam jaki impakt decyzja Ani będzie miała na nią i jej przyjaciół, więc też nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Wydawała mi się czymś oczywistym wręcz. 

Niemniej ogólnie na plus i ode mnie na pewno jest nominacja do biblioteki. :)

 

EDIT: Po przeczytaniu komentarzy, widzę, że moje odczucia nie wzięły się z niczego. Mam nadzieję, że zdecydujesz się rozpisać tę opowieść, bo pomysł wydaje się bardzo obiecujący. ;)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Interesująca wizja przyszłości. Prawdopodobna, niestety.

Ech, przedpiścy często wspominają o emocjach, o wzruszeniach. Mnie nie wzruszyło, ale tak jest OK. Pewnie, gdybyś za mocno próbowała to zrobić, tylko bym się nastroszyła.

Babska logika rządzi!

Pewnie, gdybyś za mocno próbowała to zrobić, tylko bym się nastroszyła.

Nie próbowałabym, bo sama się stroszę na nadmiar emocji :D

 

Wszystkim dziękuję za komentarze :)

 

Rosebelle – zasadniczo najchętniej napisałabym dłuższą opowieść na motywach tego szorcika…

Tu w zasadzie nie chodziło o impakt i fabułę, ale o punkt zwrotny w życiu kobiety 40+, która w postapokaliptycznym świecie od lat egzystuje – i znajduje wreszcie sens tej egzystencji. Nie taki ogólny, bo ratowanie ludzi jest obiektywnie bardziej potrzebne, ale taki, który dla niej osobiście będzie jakąś namiastką spełnienia.

http://altronapoleone.home.blog

To miejsce nie potrzebowało zasieków, by mało kto miał ochotę się tam zapuszczać. – bo?

 

Przez sterty gruzu dotarła lasu filarów… – do lasu?

 

Moją nauczycielką, ja jeszcze chodziłem do szkoły. – jak?

 

Hej, drakaino!

Fajna wizja, dobrze opisana, przyjemnie spędzony czas podczas lektury. Osobiście emocji większych nie uświadczyłem. To znaczy widać w tym tekście, że nimi nie emanujesz na prawo i lewo. Jakiś taki… dziwny, nieopisany dystans czułem między wykreowanymi bohaterami a samą Autorką. Opowiadanie czytałem zatem z zaciekawieniem i z zadowoleniem, jednakowoż losami Ami bardzo się nie przejąłem. Dodatkowo może, choć nie musi, być to sprawka pierwszej części tekstu. Jest ona w formie opowieści, czyli x lat temu stało się to i tamto itd. W ten sposób trudniej mi się zaangażować niż gdybym te informacje poznał podczas akcji, dialogów, na żywo. Ale rozumiem, limit itp. A, i jeszcze to:

– To ty musiałaś znaleźć kapsułę.

Dlaczego? To znaczy rozumiem czemu służy ten zabieg, tak jest w większości tego typu opowieściach, jednak często drażni mnie, że nie ma na to dobrego i logicznego wyjaśnienia. Często w filmach czy książkach mamy setki możliwości aby wydarzyło się coś wcześniej lub w wygodniejszy sposób, ale NIE, bo bohater musi zrobić to sam wtedy i wtedy bo jakoś fabułę trzeba poprowadzić. W tym przypadku nie jestem przekonany, dlaczego bohaterka musiała sama odnaleźć kapsułę. Chyba, że coś mi umknęło. To nie jest zarzut tylko takie moje rozterki, mam nadzieję, że w miarę jasno się wyraziłem.

Reasumując, podobało mi się!

 

 

 

 

Czytało się nieźle, ale historia mnie nie porwała. Zabrakło mi emocji, które powinna wzbudzać taka wizja. Myślę, że ta historia zyskałaby, gdyby była dłuższa. Część losów Ani została podana czytelnikowi jako informacje od wszechwiedzącego narratora, wolałabym dowiedzieć się tego z akcji. Wiem, limit. :)

Postapo w wersji “umierającej Ziemi”. Nawet z nutką nadziei, a przynajmniej jej złudzeniami, które funduje Archie swoją wypowiedzią :)

Jest tu prezentacja świata, stonowane emocje i klimat zadumy nad przeszłością. Punkt zwrotny bohaterki, która odnajduje to, co straciła. Treść daje jednak wrażenie “wstępu” – spokojnie mógłby to być prolog większego tekstu :)

Technicznie czyta się dobrze.

Tak więc ładny koncert fajerwerków, skoncentrowany bardziej na zadumie niż akcji czy emocjach.

 

Edycja:

Aha, byłbym zapomniał. Motyw meta z kapsułą i zapisami wizji przyszłości to ciekawe puszczenie oka ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cześć, drakaino! :)

 

Mam podobne odczucia, co pozostali – tekst broni się przede wszystkim warsztatem, który masz prześwietny i bardzo go lubię :). Ciekawa wizja przyszłości świata, aż szkoda, że limit powstrzymał cię przed jej rozwinięciem (czytałam twoja odpowiedź na komentarz reg).

 

Ogólnie jest w porządku, bez fajerwerków, ale zjadliwie :) Plusik za potraktowanie dosłownie tematu konkursu i ukazanie światełka w tunelu na końcu opowiadania. Miło w postapo trafić na tekst, który daje choć trochę nadziei na szczęśliwe zakończenie :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Posępna wizja opisana bardzo przystępnie. Pokazujesz przez pryzmat jednej sceny, jaka przyszłość może nas czekać bardzo umiejętnie. :)

Zostaw ten żyrandol.

Cóż więcej mogę dodać? Gdybyś napisała fantastyczne przygody worka kartofli, przeczytałabym. Jesteś, drakaino, na takim poziomie, że cokolwiek nie tkniesz, warsztat obroni każdy pomysł.

Nie wiem, co mogę więcej napisać, ale w tym przypadku to dobrze :)

No, jak zwykle świetnie napisane, choć przyznam, że sama historia specjalnie mnie nie ruszyła. Decyzja matki wydaje mi się mocno egoistyczna i dziwię się, że babcia dziewczyny nigdy jej tego nie powiedziała, a na dodatek pokazała jej miejsce, gdzie matka ukryła swoje przesłanie.

Podobała mi się natomiast rola Archiego i przesłanie, które wyczytałam z jego postaci. Mamy dzisiaj świra na punkcie dygitalizowania wszystkiego i zapominamy, że elektronika może przetrwać krócej niż papier.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki, Irko :) Chyba nie dość mocno podkreśliłam, że matka jako uchodźczyni miała wyjątkowo pod górkę i nie ogarniała, a Babcia to w końcu zrozumiała i dlatego zdecydowała się dać wnuczce wybór, czy będzie szukać, czy nie… W sumie mam jeszcze zapas znaków, bo te 8k to wg worda, ale i tak nie zmieszczę wyjaśnienia, obawiam się ;) Może rozwinę to kiedyś w dłuższą historię.

 

Dzięki, Deirdriu i Verus za miłe słowa!

http://altronapoleone.home.blog

Popieram pomysł z rozbudowaniem tej historii.

Jeśli za drutami kolczastymi i zardzewiałym żelastwem pracowały komputery, to mogły archiwizować efektywniej. Wszystko. Pewna niekonsekwencja.

Neurologu, dziękuję za uwagę. Z powodu morderczego limitu kontekst może umykać, choć wzmianka o “prawdziwej wojnie” coś tam podpowiada. Nie ma pełnej “ciągłości kulturowej” w pracy komputerów, tzn. w czasie wojny pewnie coś tam pracowało, ale zasadniczo kultura internetu, wielkich dysków, chmur itd. sprzed wojny się skończyła. Nie ma fizycznych (sprzętowych i ludzkich) możliwości, żeby archiwizacji dokonywać na komputerach. No i nie jest to priorytet – w Rezerwatach odzyskiwana jest wiedza naukowa (science), a nie dziedzictwo kulturowe.

Poza tym jak miałyby archiwizować coś, co jest nieznane? Komputer nie zrobi wykopalisk za archeologa czy kwerendy archiwalnej za historyka… (W drugim przypadku być może dałoby się opracować zaawansowany algorytm, który poszukiwałby odpowiednich danych, pod warunkiem, że zawartość archiwum zostałaby wprowadzona do jego pamięci. A to kwestia albo odczytania tekstów i ich wklepania na dysk, albo bardzo ale to bardzo zaawansowanego OCR, na poziomie SI).

Dane przechowywane na komputerach są znacznie bardziej narażone na zniszczenie/utratę w razie totalnego konfliktu lub kryzysu niż na tradycyjnych nośnikach.

http://altronapoleone.home.blog

Naprawdę ładna, melancholijna wizja dość prawdopodobnego obrazu przyszłości. Sądzę, że tekstowi zaszkodził (pieruńsko wyśrubowany) limit – na początku opisem tkasz atmosferę bardzo spokojną, malującą przed oczami obrazki warstwy leżącego kurzu, pustych pól odgrodzonych zasiekami i zmęczonych ludzi, a potem podkręcasz (szczególnie końcowym dialogiem, który moim zdaniem został rozegrany trochę za szybko, by w pełni wybrzmieć).

Ciekawa i trafna rzecz, która przykuła moją uwagę – potraktowanie potomków samobójcy jako niepewny materiał genetyczny. Coś w tym jest – niezależnie od tego, czy twarde dowody genetyczne się znajdą, czy nie.

Nieźle, gratuluję.

Powodzenia w konkursie, spotkamy się przy kapsule z wynikami!

Dzięki, Wiktorio :) Tak, limit zabił ostatnią scenę, zdaję sobie sprawę, ale pokazanie świata uznałam tu za ważniejsze. Super, że zwróciłaś uwagę na kwestię materiału genetycznego. Rozważam rozwijanie tego świata i to kluczowa sprawa dla konstrukcji społeczeństwa.

Będę czytać inne konkursowe teksty od soboty!

http://altronapoleone.home.blog

Zastanawiam się od czego zacząć, bo dużo myśli ciśnie się na usta, ale chyba niekonsekwencja jest tym, co najbardziej rzuca mi się w oczy. Postapo to trudny temat i rzadko spotykam się z naprawdę porządnymi i gruntowo przygotowanymi opowiadaniami. U Ciebie zaraz na początku pojawiły się dwa znaki zapytania, jak “brudne dziecko i urządzenie od dawna nieczynne”. Rozumiem, że chciałaś wprowadzić dane, ale wydaje mi się, że zbyt szybko. Brudne dziecko może oznaczać przynajmniej kilka powodów, tak samo jak urządzenie, które samo w sobie jest niewiadomą. Nie żebym rozbierał opowiadanie na czynniki pierwsze, ale przy innych Twoich opowiadaniach raczej nie potykałem się na początku.

Dalej pojawia się, wspomniana wyżej niekonsekwencja. Rozumiem, że bohaterka została sierotą, rozumiem, że ktoś się nią zajął, ale dlaczego akurat Tessa? Obie sprawy z nią związane, to znaczy wojsko i dzieci nie mają finalnie większego znaczenia. Owszem, niech będzie, że żołnierka lepiej ich obroni w tych ciężkich czasach, ale to nie jest jakiś mocny argument. A dzieci? Sumarycznie, nie mają wpływu ani na bohaterkę, ani na akcję, bo finalnie to pamięć o przeszłości, babci i stara kapsuła czasu jest najważniejsza.

Przypadkowym wydaje się też spotkanie z samym starszym mężczyzną. Przecież:

ale strażnicy ją znali z wspólnych z Tessą wypraw po porzucone dzieci, jak i z samotnych wycieczek w poszukiwaniu śladów przeszłości.

Więc dlaczego akurat teraz, tego dnia:

– Witaj, Ani. Czekałem na ciebie. – Chwycił ją za rękę.

I tak jak on niespodziewanie pojawia się w tekście, tak samo ja jestem zaskoczony, ale nie w ten pozytywny sposób tylko z pytaniem dlaczego teraz, dlaczego on, dlaczego stary i dlaczego po kilku sekundach Ani idzie za obcym mężczyzną, który może zrobić jej krzywdę? Wszak wprowadziłaś, myślę, że świadomie, bohaterkę Tessę, która broniła Ani przez te wszystkie lata, dając tym samym pewien obraz świata, który jest niebezpieczny.

Same pogłoski na temat ruin, które wydają się być rozpuszczane przez samego dziadka, brzmią trochę naiwnie. Czy ludzie, którzy każdego dnia walczą o przetrwanie, porzucą być może atrakcyjny w towar teren, przez pogłoski? Możliwe, ale argumenty w opowiadaniu brzmią zbyt słabo.

Ostatecznie sama kapsuła czasu okazuje się być niczym specjalnym, ale to akurat dobrze, najgorsze co mogłabyś zrobić to stworzenie świętego Graala…

Przepraszam, ale jakoś postapo najczęściej bezwiednie poddaję logicznej analizie, chyba jak żadne inne opowiadania.

Znalazłem jeszcze takie rzeczy:

– Twoja babcia była nauczycielką historii. Moją nauczycielką, ja jeszcze chodziłem do szkoły.

Wzięła je ostrożnie do ręki i otwarła.

Nie otworzyła? Ten wydaje mi się potoczny, wykorzystywany bardziej przy chęci nakreślenia braków w edukacji, ale to tylko wrażenie.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Napisane – jak to Ty– oczywiście na poziomie. Jednak tematyka i kierunek opowieści niespecjalnie mnie ujęły. Ostatnia scena taka zbyt łatwa. Wiadomo, że limity, ale jednak ta łatwość mi zgrzytnęła. Czytało się dobrze:)

Rzecz klimatem stoi, zbudowanym na porządnym warsztacie. Autoreferencja do kapsuły czasu – takie miłe mrugnięcie okiem. Ale historii mi tu brak, konfliktu bądź problemu do rozwiązania, płynie sobie ładnie, leniwie, jak truchło szczura ściekiem między zniszczonymi budynkami, sterczące jak spróchniałe pieńki zębów w paszczy miasta, aż się rozleniwiłem i nie poszedłem za gryzoniem.

 

Mam takie przeczucie, że gdybyś wzięła samo przesłanie Archiego i wokół niego zbudowała fabułę szorta, mogłoby być znacznie bardziej interesująco.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, psychorybo, cóż, nie zawsze musi być konflikt – ja jestem długodystansowcem, więc fabuły na 8k raczej nie sklecę ;) Konkurs opiewa na wizję świata przyszłości, co więcej, w tej wersji pozaportalowej jest wzmianka o małych ojczyznach – no więc napisałam możliwy obrazek z Krakowa, nie pretendując do pisania porywającej fabuły ;)

Dzięki jednakowoż za wizytę :)

 

Aryo – takoż, dzięki, że wpadłaś. Tak, limit zabił ostatnią scenę… Zob. wyżej w kwestii dystansów… I tak jestem zdumiona, że udało mi się ścisnąć pierwszą scenę na tyle, że na drugą w ogóle zostało miejsce.

http://altronapoleone.home.blog

Prąciem uprzejmie.

 

Psychoryb. Dumnie dostarcza komcie od początku internetów.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

Siemanko drakaino. Piszesz laserowo: precyzyjnie, równo, imponująco sprawnie. Ale, to chyba nic nowego :) Podoba mi się uchwycony klimat, trochę jak z Kantyczki dla Leibowitza. Staram się czytać sukcesywnie opowiadania konkursowe. Próbę mam na razie niewielką, ale tak sobie myślę, że w tym konkursie czytelnicy nie powinni liczyć na rozbudowane fabuły. Przecież tu chodzi o wizję świata, c'nie? Twoja wizja jest przedstawiona bardzo elegancko i sugestywnie. Pozdro.

Kiedyś ci z Rezerwatów oddadzą ludziom życie, a wtedy my oddamy im pamięć.

Pięknie napisane. Zwłaszcza, że historia prowadzi do tej puenty, a dzięki temu ona wybrzmiewa.

 

Cóż, nie była to historia Gienka, ale też była ciekawa. Jak zwykle wykonanie na poziomie. Czy to jest postapo, postapo? Może nie do końca… and so what? Nie wiem do końca dlaczego, ale miałem podczas lektury skojarzenie z Terminatorem. Może przez Tessę i fakt, że świat w jakimś sensie funkcjonował. Spodobały mi się pomysły z babcią historyczką i archiwistami – było w nich wiele uroku. Całkiem ciekawa fabuła i dość przekonujący bohaterowie. I wielki plus za zdanie zacytowane wyżej ;)

Mój komputer jest po polsku

Ciekawa (i sprytna) interpretacja tytułu konkursu. Ujęła mnie scena gorączkowego drukowania zawartości zagrożonych “wyginięciem” komputerów – to oryginalny i poruszający motyw. Dalej było już bardziej klasycznie, jeśli chodzi o dekoracje postapo. Limit wyraźnie cisnął, Tessa tylko przemknęła przez opowiadanie. I nie wiem, kim jest “on” w zdaniu: 

– Wiesz, że on tu nie zostanie

Tak bardzo mnie wkręciło i chciałam wiedzieć co dalej. Zagadka, poszukiwania, zadrukowane kartki z potencjalnie wartościową treścią. Czyta się jak dobry kryminał, z zaciekawieniem i emocjami. Tylko zakończenie takie bez odpowiedzi i fajerwerków.

Pomysłowe, klimatyczne i bardzo efektownie napisane, ale co ja ci będę wiele mówić, u ciebie to norma. Bardzo ładnie, na niewielkiej przestrzeni, nakreślony melancholijny świat raczej dystopijnej, ale nie tragicznie niszczycielskiej przyszłości. Podoba mi się skupienie na bohaterce i jej psychice raczej niż na akcji. 

stało wciąż w kącie

Przestawiłabym: wciąż stało w kącie.

 kotary oddzielającej główne pomieszczenie od ciemnej, pozbawionej okien wnęki

Hmm.

 rodzice nie wytrzymywali tego, że są ostatnim pokoleniem żyjącym w świecie nadającym się do życia

Skróciłabym, tylko w tej chwili nie wiem, jak dokładnie.

 Ani była pierwsza – i jedyna, która została.

Troszeczkę się potknęłam. Może: i jako jedyna została? Chociaż wtedy gubi się paralelizm, hmm.

 Patrzyła wyłącznie w przyszłość. Sięgającą kilku dni, a czasem tylko kilku godzin.

Jesteś pewna, że przyszłość sięga?

 To miejsce nie potrzebowało zasieków, by mało kto miał ochotę się tam zapuszczać.

Angielskawe.

 Nie było tu szans na wodę

A nie: na znalezienie wody?

 strażnicy ją znali z wspólnych z Tessą wypraw

Ze wspólnych wypraw. Fonetyka.

 porzucone dzieci, jak i z samotnych

"Jak" psuje mi tu bieg zdania.

 Z całych Ruin nigdy jeszcze nie była na wzgórzu

Czegoś tu brak. Nie była tylko na wzgórzu?

 ten tu pozostawał

Jakoś mi to nie brzmi.

 lasu filarów

Jesteś pewna tego "lasu"? Nie za optymistyczny?

 wyzierającym z kikutów

Mało spójne.

 była tu z bardzo już chorą Babcią w swoje dziesiąte urodziny

Wtrącenie: była tu, z bardzo już chorą Babcią, w swoje dziesiąte urodziny.

 nierozumiejącym wzrokiem

 Choć znała wszystkie słowa, sens tego, co mówił, nie docierał do niej.

Skróciłabym: Choć znała wszystkie słowa, sens do niej nie docierał.

 

Ładna końcówka, przypomniał mi się "Mnemon" Sheckleya, ale poza tym – trochę to na kolanie pisane. Poniżej Twoich możliwości. Są miejsca, w których dobrze by było przystrzyc, tło cokolwiek pospiesznie nakreślone, emocje cokolwiek odgrzewane. Nie chodzi o to, żeby były "na wysokim C", tylko żeby było wiarygodnie, a tutaj wiarygodność cierpi na tym, że tło takie schematyczne. Zdecydowanie najlepsze dałaś na koniec – ale byłoby dobrze to zapowiedzieć, bo przecież w końcówce wygłaszasz tezę tego szorta. A teza powinna go przenikać, nie?

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Nowa Fantastyka