- Opowiadanie: Minuskuła - Płaskacz i Ossalka

Płaskacz i Ossalka

Mam za­stój pi­sar­ski, a dziś od­na­la­złam ten tekst na dysku i uzna­łam, że wciąż go lubię, więc szko­da by­ło­by, żeby zgnił w szu­fla­dzie. Na­pi­sa­łam go czte­ry lata temu; miał być w za­mie­rze­niu pierw­szym roz­dzia­łem po­wie­ści, ale sta­no­wi też swego ro­dza­ju za­mknię­tą ca­łość*. Nie­ste­ty ro­ze­sła­na pro­po­zy­cja wy­daw­ni­cza po­zo­sta­ła bez od­po­wie­dzi, więc dal­szy ciąg (mimo że jest do­kład­nie roz­pi­sa­ny) na razie nie po­wstał, choć chcia­ła­bym kie­dyś jesz­cze opo­wie­dzieć tę hi­sto­rię do końca. Tym­cza­sem ser­wu­ję po­cho­dzą­cy z kon­spek­tu i za­wie­ra­ją­cy spo­iler opis ca­ło­ści:

 

“Pła­skacz i Ossal­ka” to hi­sto­ria roz­gry­wa­ją­ca się na prze­strze­ni sześć­dzie­się­ciu lat w cza­sach, gdy wy­peł­nio­ny magią świat wy­wra­ca do góry no­ga­mi re­wo­lu­cja prze­my­sło­wa. Losy Pła­ska­cza i Ossal­ki spla­ta­ją się już w dzie­ciń­stwie, gdy ich ro­dzin­na wio­ska zo­sta­je spa­lo­na po wy­bu­chu ta­jem­ni­czej za­ra­zy. Od tam­tej pory, choć Pła­skacz po la­tach sta­nie się wła­ści­cie­lem for­tu­ny i po­ten­ta­tem prze­my­sło­wym, a Ossal­ka ma­gi­nią i zło­dziej­ką, prze­zna­cze­nie bę­dzie dą­ży­ło do tego, by po­łą­czyć ich na wszel­kie moż­li­we spo­so­by.

 

*Rów­nież spo­iler – po­wieść w za­mie­rze­niu miała opi­sy­wać całe życie bo­ha­te­rów (dzie­sięć roz­dzia­łów, prze­sko­ki w per­spek­ty­wie mię­dzy Pła­ska­czem a Ossal­ką i każdy ko­lej­ny roz­dział dzie­je się około sześć lat po po­przed­nim). Stąd też każdy roz­dział jest wła­ści­wie mi­ni-opo­wia­da­niem i dla­te­go ośmie­lam się go tu za­mie­ścić w for­mie innej niż frag­ment.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Irka_Luz, thargone, Użytkownicy

Oceny

Płaskacz i Ossalka

Kiedy nad­szedł ko­niec zna­ne­go im świa­ta, Pła­skacz sie­dział na brze­gu i sztur­chał kij­kiem rybkę na­dym­kę. Ta mia­ro­wo pu­chła i fla­cza­ła, le­d­wie zi­piąc i ostat­kiem sił czer­piąc hau­sty po­wie­trza. Chło­piec pa­trzył jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny w gu­zi­ko­wa­te, bez­myśl­ne oczy ryby, do­pó­ki jak zwy­kle nie prze­szko­dzi­ła mu Ossal­ka.

Na­de­szła od wio­ski, czła­piąc po roz­mię­kłym brzegu, pod­my­wa­nym oce­anem. Jej opa­lo­ną, wiej­ską twarz oka­la­ła burza czar­nych, skołtunionych wło­sów, po­scze­pia­nych drew­nia­ny­mi pa­cior­ka­mi. Wiatr hulał pod jej zgrzeb­ną sukienką, pod­ka­su­jąc kieckę ponad umo­ru­sa­ne bło­tem ko­la­na. Kiedy szła, bose stopy wy­chla­py­wa­ły rytm, który przy­spie­szył, gdy do­strze­gła sie­dzą­ce­go na ka­mie­niu chłop­ca.

– Pła­ska­aacz! – wrza­snę­ła.

W tej samej se­kun­dzie rybka na­dym­ka ostat­ni raz na­pęcz­nia­ła i wy­pu­ści­ła po­wie­trze, zmie­nia­jąc się w ośli­zgły, wy­pom­po­wa­ny flak.

Pła­skacz sap­nął ze zło­ścią. Wtedy czła­pa­nie usta­ło i włosy Ossal­ki po­ła­sko­ta­ły go w czu­bek głowy.

– Co ro­bisz?

– Nic – od­parł i wciąż ro­ze­źlo­ny ci­snął patyk w kłę­bią­ce się przed nim fale.

– Ale ja widzę, że coś ro­bisz! No po­wiedz mi!

Pła­skacz stra­cił cier­pli­wość i pod­niósł się gwał­tow­nie, ude­rza­jąc czasz­ką o brodę dziew­czy­ny, aż oboj­gu za­dzwo­ni­ły zęby.

– A idźże sobie! – jęk­nął, ła­piąc się za głowę. – Baw się z dzie­wu­cha­mi!

Wście­kły chło­piec od­wró­cił się na pię­cie i grzęznąc w mięk­kim pia­sku ru­szył w stro­nę lasu. Ossal­ka zo­sta­ła w tyle, ale nawet mimo szumu fal sły­szał jej po­chli­py­wa­nie.

Pła­skacz zdą­żył już minąć pierw­sze kępki trawy, gdy zrów­na­ła się z nim, za­smar­ka­na i czer­wo­na od pła­czu.

– Mama mó­wi­ła, że jest za­ję­ta i mam iść do cie­bie. Że się po­ba­wi­my.

W jej gło­sie roz­brzmie­wał wy­rzut i Pła­skacz mi­mo­wol­nie po­my­ślał, że wszyst­kie baby mówią w ten sam spo­sób. Z wy­rzu­tem.

Wes­tchnął cięż­ko.

– To wróć do niej i za­py­taj się, po co tak głu­pio gada.

Ossal­ka wy­da­wa­ła się przez chwi­lę roz­wa­żać taką moż­li­wość, ale w porę przej­rza­ła pod­stęp. Zmru­ży­ła ciem­ne oczy, na­dę­ła po­licz­ki.

– Chcia­łeś sobie pójść sam, tak?

– Skąd taki po­mysł?

Pła­skacz wspiął się na wiel­ki ko­rzeń i ze­sko­czył po jego dru­giej stro­nie. Otrze­pał ręce i cicho po­gwiz­du­jąc ru­szył dalej.

Ossal­ka do­bie­gła chwi­lę póź­niej, jesz­cze bar­dziej spo­co­na i zzia­ja­na, we wło­sach oprócz ozdób miała jesz­cze teraz kilka list­ków i roz­ga­łę­zio­ny badyl. Brud­ną rącz­ką wy­gła­dzi­ła sukienkę i wy­pro­sto­wa­ła plecy.

– Też umiem gwiz­dać.

– Tak? To pokaż.

Dziew­czyn­ka za­trzy­ma­ła się, pod­par­ła boki pię­ścia­mi, zło­ży­ła usta w dzió­bek i na­bra­ła głę­bo­ko po­wie­trza. Gdy je wy­dmu­cha­ła nie roz­legł się żaden dźwięk, a na jej ustach pękła bańka śliny.

Pła­skacz par­sk­nął z za­do­wo­le­niem.

– To ma być gwiz­da­nie? Ha! Po­słu­chaj tego!

Chło­piec dum­nie wy­piął pierś i spró­bo­wał za­nu­cić jedną z pio­se­nek, którą śpie­wa­li ry­ba­cy, gdy wy­pły­wa­li ran­kiem w morze. Była o ko­bie­tach z płe­twa­mi za­miast rąk i Pła­skacz wie­dział, że to wszyst­ko bajki, które mają stra­szyć wy­rost­ków. Ale on się już nie bał, był na to za duży, prze­cież już nawet wy­pły­nął raz z ojcem o świ­cie, gdy słoń­ce zło­ci­ło fale. Wciąż ma­rzył, by tata wziął go na łódkę po­now­nie, ale wie­dział, że na razie nie miał co na to li­czyć.

Ossal­ka ukrad­kiem zbli­ży­ła się, uda­jąc, że gwiż­dże i wcale nie wpa­tru­je się w Pła­ska­cza z po­dzi­wem.

– No już, star­czy tego! – prze­rwał, przy­trzy­mu­jąc gałąź i pusz­cza­jąc ją tak, że pac­nę­ła Ossal­kę w twarz.

Dziew­czyn­ce za­drża­ła warga i po­tar­ła ciem­ne oczy piąst­ka­mi, ale upar­cie drep­ta­ła dalej. Przez chwi­lę pró­bo­wa­ła zła­pać wąską dłoń Pła­ska­cza, ale ten bawił się z nią, to przy­bli­ża­jąc, to od­da­la­jąc rękę, aż w końcu wy­buch­nął zło­śli­wym śmie­chem i ob­ra­żo­na Ossal­ka dała temu spo­kój.

– Kto ostat­ni przy rzece, ten śla­zor! – wrza­snął nagle chło­piec i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, rzu­cił się pędem mię­dzy ob­fi­te za­ro­śla. Jego roz­cho­dzo­ne buty za­świe­ci­ły po­de­szwa­mi spo­mię­dzy li­ści i znik­nę­ły, nim Ossal­ka zdą­ży­ła choć­by wes­tchnąć.

– Nie je­stem śla­zo­rem! – pi­snę­ła i rzu­ci­ła się bie­giem w ślad za Pła­ska­czem.

Ga­łę­zie sma­ga­ły ją po twa­rzy ni­czym ude­rze­nia bata, a ostre kra­wę­dzie szy­szek ka­le­czy­ły bose stopy, ale mimo to dziew­czyn­ka bie­gła z ca­łych sił, od­de­chem za­głu­sza­jąc do­cho­dzą­cy z koron drzew śpiew pta­ków. Pach­nia­ło ży­wi­cą, lasem, mokrą zie­mią, a ona sama nio­sła woń morza i słoń­ca wprost w gęst­nie­ją­cy las.

Nagle zdała sobie spra­wę, że poza swoim sa­pa­niem nie sły­szy żad­nych in­nych dźwię­ków – żad­ne­go tu­po­tu spło­szo­nych saren, ani nawet cich­szych od brzę­czą­cej muchy kro­ków za­ją­ca.

Wła­ści­wie to nie sły­sza­ła żad­nych kro­ków poza swo­imi.

– Pła­skacz?! – za­wo­ła­ła roz­pacz­li­wie. Mo­men­tal­nie prze­sta­ło ob­cho­dzić ją, czy zo­sta­nie śla­zo­rem, była zbyt prze­ra­żo­na, by się tym przej­mo­wać. Za­trzy­ma­ła się w za­gaj­ni­ku pa­pro­ci, któ­rych li­ście wy­ra­sta­ły ponad czu­bek jej głowy, za­sła­nia­jąc błę­kit­ne niebo. – Gdzie je­steś?!

Nikt nie od­po­wie­dział i Ossal­ka po­czu­ła, że serce bije jej tak mocno, jak gdyby zro­bi­ła coś nie­do­bre­go i mu­sia­ła o tym opo­wie­dzieć mamie.

Nagle, z od­da­li do­tar­ło do niej od­le­głe echo dźwię­ku, le­d­wie szmer, roz­po­zna­ła go jed­nak i ode­tchnę­ła z ulgą. Od­gar­nę­ła splą­ta­ne włosy z czoła i za­czę­ła iść w stro­nę, z któ­rej uspa­ka­ja­ją­co plu­skał stru­mień.

Przed wyj­ściem spo­mię­dzy za­ro­śli po­pra­wi­ła za­dar­tą su­kien­kę i unio­sła brodę, uda­jąc, że wcale, ale to wcale się nie bała.

Z kolei Pła­skacz nie wy­da­wał się uda­wać.

Z wytrzeszczonymi oczami i bladą z napięcia twarzą, przykucnął za drzewem. Przez chwi­lę Ossal­ka my­śla­ła, że za­ła­twia swoje po­trze­by i spe­szo­na od­wró­ci­ła wzrok, ale gdy chło­piec się nie ode­zwał, zro­zu­mia­ła, że się my­li­ła.

– Co się…

Nie do­koń­czy­ła, bo do­strze­gła, co tak prze­ra­zi­ło Pła­ska­cza. Żo­łą­dek zwi­nął jej się w cia­sny węzeł, taki sam, jaki sto­so­wa­li ry­ba­cy pod­czas ple­ce­nia sieci, a po grzbiecie prze­szedł nie­przy­jem­ny dreszcz.

– Pła­skacz… – jęk­nę­ła, czu­jąc, jak łzy na­pły­wa­ją jej do oczu.

– Cicho!

– Ale…

– Cicho bądź, smar­ku­lo! – syk­nął prze­ra­żo­ny Pła­skacz.

Dla Ossal­ki było to zbyt wiele.

Łzy po­pły­nę­ły jej z oczu ob­fi­tą stru­gą, roz­my­wa­jąc ślady kurzu i brudu na opa­lo­nej buzi i ka­piąc na ni­ja­ką sukienkę. Tym razem pła­ka­ła na­praw­dę, z głębi dzie­cię­cej duszy, łka­jąc tak gło­śno, że z pew­no­ścią sły­sza­ły ją wszyst­kie leśne de­mo­ny, co tylko prze­stra­szy­ło ją jesz­cze bar­dziej, więc ob­ję­ła się chu­dy­mi ra­mio­na­mi, za­my­ka­jąc mocno po­wie­ki.

– No, prze­stań!

Pła­skacz nie wia­do­mo kiedy zna­lazł się koło niej, a ten prze­marsz spod sosny, pod którą kucał, wy­da­wał mu się osią­gnię­ciem god­nym do­ro­słe­go męż­czy­zny. Ze­brał w sobie całą od­wa­gę, po­ło­żył dłoń na gło­wie Ossal­ki i szep­nął zdła­wio­nym gło­sem:

– Daj spo­kój, czu­pi­ra­dło… To nic, to nic… Tylko… Tylko, chodź­my stąd!

Mocno zła­pał wciąż pła­czą­cą dziew­czyn­kę za ramię i pchnął z grub­sza w stro­nę ich wio­ski.

– Mama zaraz da ci coś do­bre­go. Może zro­bi­ła małże ze słod­kim sosem? Wi­dzia­łem, jak rano je zbie­ra­li. No już.

Szedł na sztyw­nych no­gach, a las wy­da­wał mu się nagle zło­wro­gi i prze­ra­ża­ją­cy, ale nie chciał dać tego po sobie dać po­znać. Wy­da­ło go jed­nak to, że nie ob­ró­cił się za sie­bie ani razu, bo ro­bi­ło mu się nie­do­brze ze stra­chu na samą myśl, co mógł­by zo­ba­czyć za ple­ca­mi.

 

***

 

Szara smuga dymu pach­ną­ce­go drze­wem so­sno­wym wiła się ponad nędz­ny­mi cha­łu­pa­mi, okrą­ża­ła ka­mien­ną stud­nię z bu­twie­ją­cym żu­ra­wiem, wzno­si­ła się ponad za­gro­dę ze śla­zo­ra­mi, które za­pisz­cza­ły gło­śno na widok przy­by­szów, aż w końcu do­le­cia­ła do noz­drzy Pła­ska­cza i Ossal­ki i woń domu wy­peł­ni­ła ich umy­sły spo­ko­jem.

Przez całą drogę po­wrot­ną nic nie mó­wi­li, tylko upar­cie szli, dep­cząc igli­wie i wbi­ja­jąc wzrok w po­kry­tą wil­got­nym mchem zie­mię. Im bli­żej znaj­do­wa­li się wio­ski, tym gło­śniej­szy był szum fal i zna­jo­my po­smak mor­skiej soli na ję­zy­ku, aż w końcu ich oczom uka­za­ły się domki wy­ko­na­ne z drew­nia­nych bali, strze­chy i trzci­ny.

– I już, wi­dzisz, nie było czego pła­kać – rzu­cił Pła­skacz, za­kła­da­jąc ra­mio­na za głowę. – Leć do mamy, ob­dar­tu­sie.

Ossal­ka pod­nio­sła na niego za­szklo­ne oczy, wy­glą­da­ją­ce spo­mię­dzy czar­nych, po­tar­ga­nych ko­smy­ków i przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, że coś powie, że za­uwa­ży uda­wa­ny spo­kój Pła­ska­cza albo wy­tknie mu jego wła­sny strach, ale w końcu tylko smark­nę­ła w zgię­cie łok­cia i po­bie­gła w stro­nę małej, po­ło­żo­nej na ubo­czu chaty, zo­sta­wia­jąc na ziemi ślady drob­nych stóp.

Chło­piec ode­tchnął głę­bo­ko i żwawo od­szedł w stro­nę wła­sne­go domu. Jed­nak każdy ko­lej­ny krok sta­wiał coraz wol­niej i wol­niej, aż wresz­cie za­trzy­mał się przed obej­ściem, po któ­rym krę­cił się ich mlecz­ny śla­zor o dłu­gich, okla­płych uszach i na­dę­tym, bia­łym brzu­chu. Gdy Pła­skacz za­mknął furt­kę, zwie­rzak za­ja­zgo­tał we­so­ło i pod­biegł, bijąc o zie­mię ra­ci­ca­mi.

– Cześć, mała. – Chło­piec po­kle­pał zwie­rzę po fu­trza­stym łbie, wciąż wpa­tru­jąc się w wej­ście do chaty. Gło­śno prze­łknął ślinę. – Oj­ciec w domu, co?

Zwie­rzę po­pa­trzy­ło na niego czar­ny­mi, wy­łu­pia­sty­mi ocza­mi, nie oka­zu­jąc naj­mniej­sze­go śladu zro­zu­mie­nia.

– Tak my­śla­łem… – mruk­nął Pła­skacz i prze­cze­sał dło­nią włosy, które skrę­ca­ły mu się nad czo­łem i kar­kiem w, jego zda­niem, mało mę­skie kę­dzio­ry.

Wziął głę­bo­ki wdech i prze­kro­czył próg chaty, gdzie owio­nął go dusz­ny za­pach głogu i ce­bu­li. Pod stro­pem wi­sia­ły splo­ty za­pra­wio­nych solą su­szo­nych ryb; dwie z nich wła­śnie opie­ka­ły się nad bu­zu­ją­cym pa­le­ni­skiem. Ogień wy­peł­niał izbę żarem, a dym wy­ci­skał z oczu łzy.

– Ojcze?

Przez chwi­lę nie sły­szał nic poza strze­la­niem iskier z pa­le­ni­ska i ci­chym skwier­cze­niem pie­czo­nych ryb. Zaraz potem jed­nak z kąta, który słu­żył za ich po­sła­nie do­biegł rumor, a chwi­lę póź­niej zwa­li­sta syl­wet­ka po­chy­la­ła się pod zbyt ni­skim stro­pem.

– Pła­skacz? Co ty ro­bisz, nie mia­łeś po­ma­gać bratu, hę?

Chło­piec za­czer­wie­nił się po czu­bek pło­wej głowy, scho­wał się w sobie, jak wie­ko­wy żółw, któ­re­go ostat­nio zna­lazł na plaży.

Oj­ciec, za­ta­cza­jąc się, do­padł do niego, cały cuch­ną­cy pę­dzo­ną z głogu go­rzał­ką. Zła­pał go mocno za chu­der­la­we ra­mio­na i po­trzą­snął, aż za­krę­co­ny ko­smyk zsu­nął się chłop­cu na oczy.

– Słu­chaj no, smar­ka­czu! Chcesz zdech­nąć z głodu, hę? Nie ma nic darmo! Bez sieci…

– Ojcze… – cicho prze­rwał Pła­skacz. Męż­czy­zna za­drżał, jego usta scho­wa­ne pod rudym wąsem wy­krzy­wi­ły się ze zło­ścią.

– Czego mi prze­ry­wasz, hę?!

– Ryby… – wy­krztu­sił chło­piec.

Oj­ciec od­wró­cił się, pusz­cza­jąc barki Pła­ska­cza tylko na mo­ment, ale chłop­cu to wy­star­czy­ło. Czmych­nął czym prę­dzej, roz­rzu­ca­jąc siano z kle­pi­ska i wzbi­ja­jąc w po­wie­trze kurz, nie my­śląc o tym, że wie­czo­rem czeka go za to tęgie lanie. Noc była da­le­ka, a strach bar­dzo bli­ski.

Wy­padł więc z chaty, go­nio­ny we­so­łym po­pi­ski­wa­niem śla­zo­ra i krzy­kiem wście­kłe­go ojca, któ­re­go zo­sta­wił sa­me­go ze spa­lo­ny­mi ry­ba­mi.

 

***

 

Pła­skacz do­strzegł brata już z da­le­ka. Stał męż­nie wy­pro­sto­wa­ny, w rę­kach trzy­mał sieć i zda­wał się mu być fi­gu­rą ja­kie­goś bó­stwa, prę­żą­ce­go się w po­po­łu­dnio­wym słoń­cu. Obok niego na ni­skim zydlu sie­dzia­ła Jo­an­ka z brzu­chem okrą­głym jak rybka na­dym­ka i plo­tła sznur, który brat na­stęp­nie prze­su­wał mię­dzy stward­nia­ły­mi od pracy rę­ko­ma.

– Mar­cyl! – wrza­snął Pła­skacz, omal nie po­ty­ka­jąc się o wła­sne nogi. – Ma­ar­cyl!

Brat ode­rwał spoj­rze­nie od pracy, doj­rzał chłop­ca i wziął się pod boki, nadal ści­ska­jąc w ręku splot sieci.

– No, ga­gat­ku! Gdzieś ty był? Oj­ciec po­wie­dział, że przyj­dziesz mi pomóc, a przez cie­bie Jo­an­ka musi się mę­czyć. Chodź tu, zo­ba­czysz, jak cię zleję! – Głos Mar­cy­la niósł się wzdłuż plaży i Pła­skacz zwol­nił, ale nie prze­stał iść w stro­nę brata.

– Coś się stało nad rzeką! – krzyk­nął chło­piec, za­trzy­mu­jąc się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści.

– Po­dejdź no, nic nie sły­szę!

Po­licz­ki Pła­ska­cza były czer­wo­ne z wy­sił­ku, a jasne włosy mokre od potu. Zbli­żył się je­dy­nie o krok, nadal po­zo­sta­jąc poza za­się­giem brata.

– Wi­dzia­łem… wi­dzia­łem coś nad rzeką!

– Niech zgad­nę, pew­nie jakie leśne kra­sna­le? No chodź­że tutaj!

Pła­skacz prze­stą­pił z nogi na nogę, znów zbli­żył się odro­bi­nę.

– Mówię praw­dę! – Głos miał wyż­szy niżby chciał i brzmiał pi­skli­wie, ale mimo to mówił dalej. – To było… To chyba był śla­zor…

– Śla­zor – skwi­to­wał Mar­cyl. – Śla­zor. Prze­stra­szy­łeś się śla­zo­ra?

– Nie – bąk­nął Pła­skacz, sto­jąc teraz na wy­cią­gnię­cie ręki od brata. Jo­an­ka pod­nio­sła na niego spoj­rze­nie błę­kit­nych, wiel­kich oczu. – On był mar­twy.

– Więc prze­stra­szy­łeś się mar­twe­go śla­zo­ra?

Brat do­sko­czył do Pła­ska­cza jed­nym susem i zła­paw­szy go za ko­szu­lę uniósł nad zie­mię tak, że stopy w roz­czła­pa­nych bu­tach dyn­da­ły w po­wie­trzu.

– Dra­niu, nic­po­niu jeden! Śla­zo­ry goni, jesz­cze czego! Oj­ciec cię zleje, zo­ba­czysz. Jak ja byłem w twoim wieku, to wy­pły­wa­łem już na łodzi, rzu­ca­łem sieci, aż ręce mi krwa­wi­ły. A ty? Ty nawet igły nie po­tra­fisz utrzy­mać! – par­sk­nął Mar­cyl, sa­piąc pro­sto w twarz chłop­ca. Sypnął mu się już pierw­szy za­rost i Pła­ska­czo­wi wy­da­wa­ło się, że brat jest naj­praw­dziw­szym męż­czy­zną, zu­peł­nie ina­czej niż on sam, chudy, słaby i gład­ki jak brzuch ryby.

– Mar­cy­siu… – Ła­god­nie za­czę­ła Jo­an­ka, od­kła­da­jąc na bok zwój sieci.

– Nie teraz, teraz pro­wa­dzi­my męską roz­mo­wę jak brat z bra­tem – wark­nął w stro­nę dziew­czy­ny, która po­słusz­nie po­chy­li­ła głowę upięk­szo­ną gru­bym war­ko­czem z wple­cio­ny­mi weń mor­ski­mi kwia­ta­mi. W końcu opu­ścił na zie­mię Pła­ska­cza, któ­re­mu już za­czę­ło bra­ko­wać tchu. – Więc słu­chaj, smar­ku, jak mówię, że masz pomóc, to rób, co każę. Niech zgad­nę, szla­ja­łeś się z tą małą? Czy wiesz, że jej matka roz­ma­wia z de­mo­na­mi? Tfu!

W Pła­ska­czu coś się zła­ma­ło, nagle ro­ze­źlił się tak, że za­ci­snął pię­ści i wspiął się na palce.

– Ona taka nie jest!

Mar­cyl przez chwi­lę tylko na niego pa­trzył i Pła­skacz prze­stra­szył się, że prze­sa­dził, ale nie po­ru­szył się, nadal rzu­ca­jąc wy­zwa­nie bratu.

W końcu Mar­cyl ro­ze­śmiał się tu­bal­nie.

– Ha! Nie jest taka! Sły­sza­łaś, Jo­an­ka? Smark bę­dzie mi mówił co wiem, a czego nie wiem!

Jo­an­ka znów spoj­rza­ła na Pła­ska­cza tymi nie­bie­ski­mi ocza­mi i chłop­cu wy­da­wa­ło się, że ona jako je­dy­na wy­da­je się go ro­zu­mieć, ale nie ode­zwa­ła się ani sło­wem.

Za to Mar­cyl nie prze­sta­wał się z niego na­śmie­wać.

– No tak, do­bra­na z was para, co racja, to racja! Córka wiedź­my i nie­do­raj­da! I co, do końca życia bę­dziesz mie­lił czo­snek na uroki? – Chło­piec śmiał się, aż trzę­sły mu się barki i fale roz­cho­dzi­ły się po trzy­ma­nej w rę­kach sieci. Wresz­cie uspo­ko­ił się nieco i wy­stu­dio­wa­nym ge­stem po­dra­pał po rzad­kiej bro­dzie. – Głu­pek z cie­bie, Pła­skacz. Głu­pek i dzie­ciak. I myślę, że czas wresz­cie do­ro­snąć, smar­ku. Zmy­kaj stąd, szko­da na cie­bie czasu. Bądź tu jutro skoro świt i ani chwi­li póź­niej. No już, sio!

Pła­skacz opu­ścił głowę, czu­jąc się jak zbity pies, któ­re­mu nikt nie chce rzu­cić nawet ze­schłej krom­ki. Za­ci­snął zęby i od­wró­cił się na pię­cie, idąc w stro­nę chat. Cały czas miał przed oczy­ma ro­ze­śmia­ną twarz brata, więc wrza­snął:

– A jak nie chce­cie mnie słu­chać, to idź­cie nad rzekę i wszy­scy po­mrze­cie! A do­brze wam tak, ot co!

Jed­nak gdy krzyk­nął, pełen żalu i zło­ści, brat go już nie słu­chał, stał ob­ró­co­ny tyłem i zwi­jał sieć. Je­dy­nym od­bior­cą jego groź­by oka­za­ła się po­chy­lo­na na zydlu cię­żar­na Jo­an­ka, która pa­trzy­ła na niego smut­no nie­bie­ski­mi ocza­mi i nagle Pła­ska­czo­wi zro­bi­ło się bar­dzo, bar­dzo wstyd.

 

***

 

Biegł tak szyb­ko, że but roz­darł mu się wzdłuż szy­cia i teraz wpa­da­ły do niego kurz i ka­my­ki, a po­de­szwa kla­pa­ła w rytm kro­ków. Z ja­kie­goś po­wo­du Płaskacz czuł, że musi pójść do Ossal­ki, do­wie­dzieć się, czy na pewno wi­dzia­ła to samo i zro­zu­mieć, co mogło to ozna­czać. Wie­dział, że to musi być coś waż­ne­go, coś co właśnie on od­kry­je i dzię­ki temu ura­tu­je wio­skę, a Ossal­ka bę­dzie pa­trzy­ła na niego z po­dzi­wem, a oj­ciec i brat wresz­cie się od­cze­pią.

Jed­nak gdy był już nie­da­le­ko, po­my­ślał, że głu­pio robi, bo pew­nie dziew­czyn­ka dawno już o wszyst­kim za­po­mnia­ła wtu­lo­na w mat­czy­ną pierś i teraz je ze sma­kiem pie­czo­ne w ogni­sku małże przy­pra­wio­ne solą i ty­mian­kiem. Przez chwi­lę już my­ślał, żeby za­wró­cić, ale wtedy do­strzegł pod li­chym pło­tem drob­ną, przy­kuc­nię­tą po­stać, która krzą­ta­ła się ner­wo­wo po małym ogród­ku.

– Hej… – za­ga­ił niby od nie­chce­nia. Kop­nął roz­wa­lo­nym butem grudę ziemi i prze­klął, gdy za­dar­ła mu się po­de­szwa.

Spe­szył się tym brzyd­kim sło­wem, któ­re­go nie po­wi­nien uży­wać przy dziew­czyn­ce i za­sta­na­wiał się wła­śnie jak je za­tu­szo­wać, gdy Ossal­ka gwał­tow­nie pod­nio­sła głowę.

Widok jej twa­rzycz­ki wydał mu się strasz­niej­szy niż wszyst­ko, co zo­ba­czy­li nad rzeką. Dziew­czyn­ka miała wiel­kie, czer­wo­ne od pła­czu oczy, jej śnia­da skóra po­bla­dła, a pod okiem zro­bił się ciem­ny si­niec.

– Co ci?! – pi­snął.

Ossal­ka wy­da­wa­ła się go nie słu­chać, jej wzrok już wró­cił do po­de­pta­nych grzą­dek, oczy­ma wo­dzi­ła od punk­tu do punk­tu, jakby cze­goś szu­ka­ła.

– Słu­chasz ty mnie? – za­py­tał tylko po to, by prze­rwać tę upior­ną ciszę i wy­rwać dziew­czyn­kę z transu. – Co ci się stało z okiem? Hej!

– Szu­ka­łam… – wy­mam­ro­ta­ła Ossal­ka, ewi­dent­nie po to, by chło­piec zo­sta­wił ją w spo­ko­ju.

– Czego szu­ka­łaś? I co… Uch! – Pła­skacz jed­nym susem prze­sko­czył roz­pa­da­ją­cy się pło­tek i sta­nął tuż przed Ossal­ką, przy­dep­tu­jąc ro­śli­nę, którą naj­wy­raź­niej za­mie­rza­ła ze­brać. – Po­wiedz coś, bo mnie stra­szysz!

– Mama źle się czuje – od­par­ła cicho.

Pchnę­ła go w oko­li­cy kolan, a on po­słusz­nie się od­su­nął, ob­ra­ca­jąc w my­ślach usły­sza­ne wła­śnie zda­nie.

– Co to zna­czy? – wy­po­wie­dział te słowa bar­dzo wolno. Miał złe prze­czu­cie, które spo­wo­do­wa­ło, że od razu roz­bo­lał go brzuch.

Tych kilka chwil mię­dzy jego py­ta­niem a od­po­wie­dzią Ossal­ki zda­wa­ły się mu wiecz­no­ścią, którą wy­peł­nia­ły strach i obawa, że dzie­je się coś bar­dzo nie­do­bre­go.

– Ma czar­ne plamy. Tu. – Dziew­czyn­ka wska­za­ła bocz­ną część szyi.

Żołądek Płaskacza fiknął koziołka, a zimny wiatr hu­la­ją­cy mię­dzy cha­ta­mi zda­wał się nagle nieść woń zgoła inną niż słod­kie­go, so­sno­we­go dymu.

Prze­łknął ślinę.

– Co… coś ci po­wie­dzia­ła?

Ossal­ka przyj­rza­ła się uważ­nie trzy­ma­nemu w dło­niach na­rę­czu ziół i prze­ka­za­ła to, czego Pła­skacz zdą­żył się do­my­ślić już sam.

– Że była nad stru­mie­niem.

Nie­da­le­ko za­szcze­kał bez­pań­ski kun­del, a w od­da­li szu­mia­ło morze. Świat wy­da­wał się spo­koj­ny, zwy­czaj­ny i Pła­skacz po­czuł ro­dzą­ce się w nim po­czu­cie od­po­wie­dzial­no­ści. Tylko on znał praw­dę. Tylko on i…

– Chcia­ła, żebym przy­nio­sła czar­nul­kę, ru­mia­nek i mor­skie ziele. – Ossal­ka za­mil­kła na mo­ment i po­krę­ci­ła głową tak mocno, że włosy za­kry­ły jej drob­ną buźkę. – Ale wiem, że to nie star­czy. Trze­ba kory dę­bo­wej.

– Kory dę­bo­wej… Ale to…

Ossal­ka, ta sama Ossal­ka, która nie­daw­no chli­pa­ła nad tru­chłem śla­zo­ra, teraz z za­cię­tym wy­ra­zem twa­rzy pod­nio­sła się i spoj­rza­ła chłop­cu w oczy.

– Pój­dziesz ze mną?

Nim zdą­żył się za­sta­no­wić nad od­po­wie­dzią, zdał sobie spra­wę, że kiwa głową. Ossal­ka odło­ży­ła przy­wię­dłe, po­de­pta­ne zioła na pie­niek i Pła­skacz nie za­pro­te­sto­wał, kiedy wsu­nę­ła małą dłoń w jego rękę i tu­piąc bo­sy­mi stóp­ka­mi, po­cią­gnę­ła go w stro­nę lasu.

 

***

 

Naj­pierw bał się tak bar­dzo, że był pe­wien, że zmo­czy spodnie, ale potem, gdy po­tknął się o wy­sta­ją­cy ko­rzeń, a Ossal­ka po­mo­gła mu wstać, strach gdzieś ustą­pił. Może to nic, my­ślał. Może głupi zbieg oko­licz­no­ści, nie­groź­na cho­ro­ba, może to ze śla­zo­rem coś było nie tak, a mama Ossal­ki… mama Ossal­ki…

Przed oczy­ma Pła­ska­cza znów sta­nął widok mar­twe­go śla­zo­ra. Chło­piec nie­raz wi­dział, jak zwie­rzę­ta pa­da­ły, ale to było coś in­ne­go. Nie­na­tu­ral­ne­go.

Zwie­rzak ten, zwy­kle po­tul­ny i dobry, wy­glą­dał, jakby przed śmier­cią wpadł w szał. Krze­wy i drze­wa na­oko­ło były po­ła­ma­ne, odra­pa­ne i po­gry­zio­ne jego nie­przy­sto­so­wa­ny­mi do tego pła­ski­mi zę­ba­mi. Samo ciało z kolei było całe czar­ne, zwę­glo­ne, jed­nak śla­zor nie zgi­nął od ognia. Pła­skacz za­sta­na­wiał się, czy pęk­nię­ty brzuch, z któ­re­go ucie­ka­ły wnętrz­no­ści, mógł wy­buch­nąć od zbyt dużej ilo­ści wody. Albo ina­czej, tej wody, z tego kon­kret­ne­go stru­mie­nia.

Naj­gor­sze oka­za­ły się krą­żą­ce nad cia­łem muchy, które sia­da­ły na wy­cho­dzą­cych z czasz­ki oczach, na wy­wa­lo­nym, po­czer­nia­łym ję­zy­ku, na roz­bi­tym wło­cha­tym łbie, wło­sach zle­pio­nych ró­żo­wo-żół­tą ropną mazią…

Pła­skacz za­mknął oczy, od­ga­nia­jąc okrop­ny obraz i jesz­cze gor­sze wra­że­nie, że oprócz śla­zo­ra cza­iło się tam coś jesz­cze. Coś, co znowu ich ota­cza­ło, jak tylko wkro­czy­li do lasu.

 Nie mógł prze­cież wie­dzieć, od czego zgi­nął śla­zor. A co jeśli ktoś lub coś mu w tym po­mo­gło?

Pła­skacz za­drżał, uważ­niej wsłu­chu­jąc się w ota­cza­ją­ce ich dźwię­ki. Szmer jodeł i sosen, fale ryt­micz­nie wy­le­wa­ją­ce się na piasz­czy­sty brzeg gdzieś za linią lasu, po­ru­sze­nie w krza­kach, z któ­rych wy­sko­czył jakiś zwie­rzak i po­biegł dalej, upa­da­ją­ca szysz­ka, która mu­snę­ła jego włosy.

Ossal­ka wy­da­wa­ła się być zde­ter­mi­no­wa­na, pewna swego i nie­ustę­pli­wa. Mil­cza­ła z upo­rem ośmio­let­nie­go dziec­ka, które ob­ra­żo­ne na świat i tak zrobi to, co po­sta­no­wi­ło. Szła więc za­ci­ska­jąc usta i trzy­ma­jąc spo­co­ną rącz­ką jego dłoń, która co jakiś czas wy­śli­zgi­wa­ła się z po­wo­du wil­go­ci.

– Jak my­ślisz, co się stało two­jej mamie? Czy ktoś ją… za­ata­ko­wał? – szep­nął z prze­ję­ciem wsłu­chu­jąc się w po­wol­ne skrzy­pie­nie ko­na­rów, po­ru­sza­nych wia­trem.

Ossal­ka od­gar­nę­ła koł­tu­ny z twa­rzy.

– Mama mó­wi­ła, że coś jest nie tak ze stru­mie­niem. – Zmarsz­czy­ła czoło. – A może z po­wie­trzem. Że jest stru­te…

– Stru­te? W sen­sie, że ktoś je za­truł? – Pła­skacz za­my­ślił się, wpa­tru­jąc się w po­wa­lo­ne drze­wo, ze ster­czą­cy­mi, po­ro­śnię­ty­mi mchem ko­rze­nia­mi. – Ale jak to mia­ło­by być, po co komu taka tru­ci­zna?

Na myśl przy­szła mu stud­nia w środ­ku wio­ski. Czy ona także po­bie­ra­ła wodę ze stru­mie­nia? Za­drżał na samą myśl, wy­obra­ża­jąc sobie, jak tru­ci­zna zżera od środ­ka wszyst­ko, co znał.

– Stój, gdzie idziesz? – Ossal­ka po­cią­gnę­ła go ku sobie, w stro­nę roz­ło­ży­ste­go dębu, który ocie­niał małą po­lan­kę. – Już je­ste­śmy.

Pła­skacz za­drep­tał w miej­scu, po­grą­żo­ny w my­ślach, aż w końcu za­trzy­mał się i bez­myśl­nie wga­pił w kozik, który nagle po­ja­wił się w dłoni dziew­czyn­ki.

– Skąd go masz? – Ossal­ka zi­gno­ro­wa­ła jego py­ta­nie, na­bra­ła po­wie­trza w wy­chu­dzo­ne po­licz­ki i zbli­ży­ła się do drze­wa. – A zresz­tą, nie­waż­ne. Po pro­stu to daj, smar­ku­lo.

Wy­rwał jej nożyk, a dziew­czyn­ka nawet nie za­pro­te­sto­wa­ła. Kuc­nę­ła tylko w po­bli­żu z za­dar­tą, po­szar­pa­ną sukienką, brud­na, smut­na i bez­rad­na. Pła­skacz sta­rał się nie pa­trzeć w jej stro­nę i tylko wy­cią­gnął wolną rękę.

– Daj jakiś worek albo co.

Usłuż­nie wrę­czy­ła mu ka­wa­łek szmat­ki, jesz­cze bar­dziej po­pla­mio­ny niż jej ubra­nie i Pła­skacz za­czął stru­gać korę, na­ci­na­jąc ga­łąz­ki i zbie­ra­jąc pod­wa­żo­ne no­ży­kiem frag­men­ty do miesz­ka.

Jasne brwi zbie­gły się mu u na­sa­dy nosa, my­ślał mocno, in­ten­syw­nie, czu­jąc jed­no­cze­śnie prze­ra­że­nie i jakiś nie­zna­ny dreszcz, pod­skór­ną wi­bra­cję, która ka­za­ła mu iść pro­sto nad stru­mień i bo­ha­ter­sko zmie­rzyć się z nie­zna­nym.

 Echo tego uczu­cia po­brzmie­wa­ło w jego gło­wie, gdy od­wró­cił się do Ossal­ki, trzy­ma­jąc zwi­nię­tą szmat­kę mocno w dło­niach.

– Dasz radę wró­cić sama?

Oczy dziew­czyn­ki, która wciąż ku­ca­ła boso wśród dę­bo­wych szy­pu­łek i liści, roz­sze­rzy­ły się, nie wia­do­mo czy to ze stra­chu, czy zdzi­wie­nia.

– Czemu?

Pła­skacz nagle się wy­pro­sto­wał, czu­jąc się nie­mal tak duży, jak sto­ją­cy obok dąb. Ze stro­ny morza za­wiał wiatr, który wpro­wa­dził mię­dzy drze­wa słoną bryzę.

– Muszę pójść w górę rzeki i zo­ba­czyć, co się tam wy­da­rzy­ło.

Ossal­ka przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w jego pro­fil, aż w końcu pod­nio­sła się z kucek.

– Głupi je­steś – od­par­ła tylko i wy­rwa­ła mu z rąk za­wi­niąt­ko z korą.

Plecy Pła­ska­cza mo­men­tal­nie się przy­gar­bi­ły. Ro­ze­źlo­ny ru­szył za Ossal­ką, która po­now­nie we­szła w leśną gę­stwi­nę.

– A bo co? Ktoś musi prze­cież iść, a nikt mi nie wie­rzy!

Ossal­ka ma­sze­ro­wa­ła dalej, nie zwra­ca­jąc na niego uwagi.

– Hej, dzie­wu­cho! – Zła­pał dziew­czyn­kę za ramię i za­trzy­mał w pół kroku. – Gadaj, co niby głu­pie­go jest w tym, że chcę ura­to­wać wio­skę?

– To, że jak tam pój­dziesz, to się po­cho­ru­jesz.

Pła­skacz otwo­rzył i za­mknął usta, nie mając po­ję­cia, co od­po­wie­dzieć na takie przed­sta­wie­nie spra­wy.

– Nie­praw­da – wy­du­kał. – By­li­śmy już raz nad rzeką wtedy, co… co wiesz. I nic nam nie jest!

Ossal­ka pa­trzy­ła na niego uważ­nie, świ­dro­wa­ła ocza­mi w ko­lo­rze mo­kre­go pia­sku, które błysz­cza­ły w świe­tle pa­da­ją­cym spo­mię­dzy koron drzew.

– Może jak do­wiem się, co za­tru­ło stru­mień, twoja mama bę­dzie wie­dzia­ła, co robić? Może są na to ja­kieś od­po­wied­nie zioła? Może dzię­ki temu… Hej, co się dzie­je?… No mówże, co jest?! Boli cię coś? Oczy?

Do­pa­dła do niego szyb­ciej, niż mógł­by ją od­go­nić.

– Chcę do domu – wy­chli­pa­ła pro­sto w jego prze­po­co­ną ko­szu­lę.

Przez chwi­lę się wahał, pa­trzył na po­czo­chra­ne, ciem­ne włosy ozdo­bio­ne drew­nia­ny­mi pa­cior­ka­mi. A potem wes­tchnął głę­bo­ko i pod­niósł dziew­czyn­kę.

– No już. Trzy­maj wo­re­czek, smar­ku. Zaraz zo­ba­czysz się z mamą.

 

***

 

Przez chwi­lę pa­trzył za Ossal­ką, która bie­gła w stro­nę chaty, po­ka­zu­jąc czar­ne jak noc po­de­szwy bo­sych stóp. Wi­dział jak prze­ska­ku­je przez pło­tek, za­cze­pia­jąc się o pal sukienką i jak nie zwa­ża­jąc na roz­dar­cie ma­te­ria­łu wbie­ga do chaty, krzy­cząc coś gło­śno.

Wie­dział, że po­wi­nien pójść z nią, zo­ba­czyć, jak się ma jej matka i pomóc dziew­czyn­ce. Po­wi­nien trzy­mać Ossal­kę za spo­co­ną rącz­kę i za­pew­niać, że wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku, nawet jeśli tak nie było. Wie­dział o tym, ale nie mógł się na to zdo­być.

Więc gdy tylko dziew­czyn­ka znik­nę­ła w mroku chaty, za­miast rze­czy od­waż­nej zro­bił tchórz­li­wą, czyli od­wró­cił się na pię­cie i po­pę­dził w górę stru­mie­nia ile sił w no­gach, tak, by zgu­bić ob­ra­zek za­pła­ka­nej Ossal­ki, sa­mot­nie sto­ją­cej na progu i wo­ła­ją­cej jego imię.

Bu­dzą­ce wstyd echo dziew­czę­ce­go głosu go­ni­ło go, od­bi­ja­ło się od pni sosen, wdzie­ra­ło się do serca, które biło tak szyb­ko, jakby miało zaraz wy­sko­czyć z pier­si.

Nie za­trzy­my­wał się ani razu, zbyt za­że­no­wa­ny, by przy­znać, że to, co wcze­śniej od­czu­wał jako de­li­kat­ny dreszcz emo­cji, teraz wy­peł­ni­ło jego żyły żywym ogniem i ra­do­śnie pło­nę­ło w chło­pię­cej pier­si per­spek­ty­wą przy­go­dy.

Biegł z nie­cier­pli­wo­ścią wy­pa­tru­jąc celu, za sobą zo­sta­wia­jąc żal, cho­ro­bę i bez­rad­ność.

 

***

 

Im dalej za­głę­biał się w las, tym było ci­szej i strasz­niej. Do stru­my­ka zbli­żył się po­wy­żej punk­tu, w któ­rym na­po­tkał śla­zo­ra i po­dą­żał w górę spo­koj­ne­go nurtu. Rzeka wiła się wśród ob­ro­śnię­tych trawą i mchem gła­zów, za­krę­ca­ła pod odra­pa­ny­mi z kory świer­ka­mi i bul­go­cząc opa­da­ła z usko­ków ma­ły­mi wo­do­spa­da­mi.

Gdy zaj­rzał w jej nurt, spo­dzie­wał się uj­rzeć pły­ną­cą czerń, go­to­wą wy­sko­czyć i zła­pać go za szyję, ale nic się nie wy­da­rzy­ło. Wziął głę­bo­ki wdech i przy­trzy­mał po­wie­trze w płu­cach, ale wbrew jego oba­wom nie zwę­gli­ły się one w gry­zą­cych opa­rach tru­ci­zny.

Pod­bu­do­wa­ny tym fak­tem Pła­skacz wsko­czył na jeden z czer­wo­nych, wy­sta­ją­cych z rzeki ka­mie­ni i przy­kuc­nął, mo­cząc rękę w chłod­nej wo­dzie. Nurt opły­wał jego dłoń, po­wierzch­nia się marsz­czy­ła, ale ani nic nie wcią­gnę­ło go w ciem­ną toń, ani jego skóra nie za­ję­ła się czar­ny­mi pla­ma­mi.

Było strasz­nie, ale nor­mal­nie. Zwy­czaj­nie wręcz i przez to nieco nudno.

Pła­skacz ze­sko­czył z ka­mie­nia i cicho po­gwiz­du­jąc dla do­da­nia ani­mu­szu, ru­szył dalej w górę rzeki, gdzie drze­wa moc­niej gar­bi­ły się nad brze­ga­mi, nie­mal przy­sła­nia­jąc słoń­ce.

W pew­nym mo­men­cie za­czął się za­sta­na­wiać, jak długo bę­dzie mu­siał jesz­cze iść, zanim uzna, że nie ma to sensu, gdy drze­wa za­czę­ły się prze­rze­dzać i chło­piec zo­rien­to­wał się, że do­tarł już na młyń­ską po­lan­kę.

Lu­dzie na­zy­wa­li tak to miej­sce ze wzglę­du na ruiny ka­mien­ne­go domku, które znaj­do­wa­ły się po­środ­ku nie­wiel­kiej po­la­ny. Tuż obok roz­wa­lo­ne­go bu­dyn­ku z osy­pa­ny­mi, ka­mien­ny­mi ścia­na­mi, z któ­rych tylko pół­noc­na zda­wa­ła się jako tako trzy­mać kupy, stało młyń­skie koło, które kie­dyś, w daw­nych cza­sach, mu­sia­ło wy­glą­dać ma­je­sta­tycz­nie. Teraz jed­nak skła­da­ło się tylko z kilku le­d­wie skle­co­nych desek i skrzy­pia­ło przy naj­lżej­szym po­dmu­chu wia­tru.

Gdy Pła­skacz był tro­chę mniej­szy, uwie­sił się pew­ne­go dnia na jed­nej z kle­pek, spa­da­jąc wraz z nią do wody. Jego brat, wów­czas jesz­cze za­le­d­wie pod­ro­stek, na­śmie­wał się z niego i nie chciał mu podać ręki, by pomóc wy­do­stać się na brzeg. Pła­skacz bro­dząc po szyję w lo­do­wa­tej wo­dzie, roz­pła­kał się, tym samym sta­jąc się po­śmie­wi­skiem dla ba­wią­cych się z nimi dzie­cia­ków.

Zde­ner­wo­wa­ny tym wspo­mnie­niem chło­piec ude­rzył otwar­tą dło­nią w sosnę, która w od­po­wie­dzi ob­sy­pa­ła go igli­wiem. Pła­skacz gwał­tow­nie po­trzą­snął głową i po­tarł po­wie­ki, usu­wa­jąc z nich pyłki.

Wtedy, sku­pio­ny, z za­mknię­ty­mi ocza­mi, zdał sobie spra­wę, że szmer stru­mie­nia nieco się zmie­nił. Za­miast rów­no­mier­ne­go plu­ska­nia sły­szał teraz coś na kształt fal ude­rza­ją­cych o brze­gi.

To tu, po­my­ślał, czu­jąc ucisk w brzu­chu. Zaraz dowie się, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Od­kry­je ta­jem­ni­cę i opo­wie ją wszyst­kim w wio­sce.

Wes­tchnął, wy­pro­sto­wał się i ru­szył przed sie­bie na sztyw­nych no­gach. Gdy zna­lazł się nad stru­mie­niem, po­cząt­ko­wo nic nie do­strze­gał. Za­czął po­su­wać się zatem dalej, po pra­wej ręce mając po­lan­kę z ru­ina­mi domu, które nagle zdały mu się nie­po­ko­ją­co dobrą kry­jów­ką dla po­ten­cjal­ne­go po­two­ra. Po­pa­tru­jąc raz na stru­mień, raz na chatę mły­na­rza, omal nie przegapił tego, czego szukał. 

Przez chwi­lę za­po­mniał, że po­wi­nien od­dy­chać. Na­stęp­nie za­kasz­lał tak gwał­tow­nie, że bał się, że się udusi. Nic mu się jed­nak nie stało.

Ina­czej spra­wa miała się z męż­czy­zną, obi­ja­ją­cym się o gra­fi­to­wy głaz.

Ciało wy­glą­da­ło okrop­nie, wciąż jed­nak dało się roz­po­znać ludz­kie rysy po­czer­nia­łej, owrzo­dzo­nej twa­rzy. Dłu­gie, smo­li­ste włosy pły­wa­ły na po­wierzch­ni jak upior­ne wo­do­ro­sty, a jasny ubiór męż­czy­zny upstrzo­ny był spa­lo­ny­mi pla­ma­mi i nad­gry­zio­ny przez pły­wa­ją­ce w po­bli­żu ryby.

Pła­skacz po­pa­trzył, od­wró­cił się, zwy­mio­to­wał, a potem spoj­rzał jesz­cze raz i jesz­cze, tak długo po­na­wia­jąc próby, aż spo­glą­da­nie na zwło­ki nie po­wo­do­wa­ło u niego mdło­ści. Jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny wpa­try­wał się w od­cho­dzą­ce płaty czar­nej skóry, na po­zba­wio­ne pa­znok­ci palce za­ci­śnię­te w pię­ści.

Na ta­tu­aż na we­wnętrz­nej stro­nie przed­ra­mie­nia, który od­ci­nał się fos­fo­ry­zu­ją­cym tur­ku­sem od spa­lo­nej skóry.

Pła­skacz prze­krzy­wił głowę i głup­ko­wa­to roz­chy­lił usta. Sły­szał le­gen­dy o tych ta­tu­ażach. Pa­mię­tał opo­wie­ści ojca, które wie­lo­krot­nie snuł przy wie­czor­nych ucztach, w cza­sach gdy jesz­cze każdy za­chód słoń­ca nie za­sta­wał go pi­ja­ne­go na kle­pi­sku ze śliną ciek­ną­cą z opa­da­ją­ce­go ką­ci­ka ust. Oj­ciec opo­wia­dał o tym, jak spo­tkał nie­gdyś wła­ści­cie­la ta­kie­go ta­tu­ażu i wy­świad­czył mu przy­słu­gę, prze­wo­żąc go łódką na są­sied­nią wyspę i jak ponoć w po­dzię­ce za ten uczy­nek, męż­czy­zna po­bło­go­sła­wił jego sieci. Gdy oj­ciec mówił, pod­krę­cał ru­de­go wąsa i śmiał się tak bar­dzo, że Pła­skacz wi­dział wszyst­kie jego zęby, nawet te ciem­ne z tyłu buzi.

Chło­piec zdał sobie spra­wę, że tę­sk­ni za tamtymi wie­czo­ra­mi i tamtym ojcem. A jesz­cze smut­niej zro­bi­ło mu się, gdy po­my­ślał, że to wszyst­ko już mi­nę­ło i ist­nie­je tylko w jego gło­wie.

A jed­nak wspo­mnie­nie wró­ci­ło, gdy pa­trzył na tur­ku­so­wy ta­tu­aż w kształ­cie smu­kłej róży. Ta­tu­aż maga, cza­ro­dzie­ja, za­kli­na­cza. Nazw krą­żą­cych w le­gen­dach było wiele, ale wszyst­kie ozna­cza­ły jedno – osobę, która po­tra­fi­ła zmie­niać rze­czy­wi­stość i uży­wać ta­jem­ni­czych przed­mio­tów, któ­rych Pła­skacz nawet nie po­tra­fił sobie wy­obra­zić.

A teraz ten męż­czy­zna leżał tu, w stru­my­ku pły­ną­cym nie­opo­dal jego małej wio­ski. Nędz­ny, po­czer­nia­ły i mar­twy.

Chło­piec po­chy­lił się, zwal­cza­jąc strach i za­czął się za­sta­na­wiać, co mogło się przy­tra­fić cza­ro­dzie­jo­wi, a na­stęp­nie śla­zo­ro­wi i mamie Ossal­ki. Nie do­strze­gał nic poza tym, co za­uwa­żył już wcze­śniej, po­zo­sta­ło mu więc tylko jedno roz­wią­za­nie. Bar­dzo głu­pie, nie­roz­sąd­ne.

Jego zda­niem bar­dzo od­waż­ne.

Pła­skacz mocno sta­nął na tra­wia­stym brze­gu, po­chy­lił się i zanim zdą­żył się roz­my­ślić, szarp­nął trupa za rękaw, cią­gnąc go w stro­nę lądu. Nie było to jed­nak tak łatwe, jak mo­gło­by mu się zda­wać i przez dłuż­szą chwi­lę chło­piec si­ło­wał się z cia­łem, które nurt upar­cie ścią­gał w dół rzeki. Przez cały ten czas Pła­skacz uważ­nie ob­ser­wo­wał wła­sne dło­nie, szu­ka­jąc ja­kich­kol­wiek oznak cho­ro­by, ale nic się nie dzia­ło.

W końcu wy­cią­gnął ciało na brzeg, a sam padł obok z wy­sił­ku. Czuł się jak bo­ha­ter na skra­ju wy­trzy­ma­ło­ści, który ma jed­nak świa­do­mość, że wła­śnie zro­bił coś szla­chet­ne­go. Pła­skacz z nie­skry­wa­ną dumą po­my­ślał, że być może ura­to­wał całą wio­skę, a może i w ogóle wszyst­kich, bo rzeka w końcu wpły­wa­ła do morza, a morze…

Z za­my­śle­nia wy­rwał go de­li­kat­ny błysk i chło­piec spoj­rzał w bok, na rękę z tur­ku­so­wym ta­tu­ażem. Do­strzegł coś mię­dzy pal­ca­mi, które przez szar­pa­ni­nę nie były już za­ci­śnię­te w pię­ści.

Kamyk, brył­ka, gruda ziemi.

Prze­wró­cił się na bok i przy­pa­trzył zna­le­zi­sku. Wy­glą­da­ło jak zwy­kły odła­mek skal­ny o sza­ro-czar­nej po­wierzch­ni z czer­wo­ny­mi żył­ka­mi. To wła­śnie żyłki wy­da­wa­ły się pul­so­wać ogni­stym świa­tłem, hip­no­ty­zo­wać i nęcić.

Nim Pła­skacz po­my­ślał, co wła­śnie robi, jego palec już zmie­rzał w stro­nę ka­my­ka i le­d­wie do­tknął chro­po­wa­tej po­wierzch­ni.

Bo­la­ło tak, jakby wło­żył rękę do ogni­ska.

Wrza­snął i od­tur­lał się na bok, ła­piąc się za zra­nio­ną dłoń. Czym prę­dzej rzu­cił się do stru­mie­nia i za­nu­rzył w nim opa­rzo­ny palec. Gdy pod­no­sił rękę do oczu, mo­dlił się do wszyst­kich bogów, by nie zna­leźć tam czar­nych opa­rzeń.

Prze­łknął ślinę. Spoj­rzał na palec. I wrza­snął.

Na samym końcu opusz­ki była mała, czar­na plam­ka.

Pła­skacz po­czuł, jak ob­le­wa go zimny pot i do­pie­ro teraz zro­zu­miał, że Ossal­ka miała rację. Nie był bo­ha­te­rem. Był głup­cem.

Pła­cząc jak małe dziec­ko, mo­czył palec w wo­dzie i po­cie­rał go o ka­mie­ni­ste dno, pró­bo­wał zma­zać plamę trawą, śliną, ale nic nie po­ma­ga­ło. Czar­na krop­ka była tam, gdzie wcze­śniej i nie zda­wa­ła się ani mniej­sza, ani więk­sza. Ot, le­d­wie plam­ka.

Po­wi­nien był wcze­śniej po­my­śleć o ukry­ciu ciała lub ka­mie­nia. Wtedy, gdy jesz­cze czuł się ni­czym młody bóg i zanim na­pę­dził sobie ta­kie­go stra­cha, że je­dy­ne o czym mógł my­śleć, to wła­sna ry­chła śmierć. Nie zwa­ża­jąc na losy wio­ski i świa­ta, rzu­cił się pędem w dół stru­mie­nia, ob­fi­cie za­le­wa­jąc się łzami i po­ty­ka­jąc o ko­rze­nie i pa­gór­ki, gdyż przez całą drogę po­wrot­ną wpa­try­wał się w czar­ną plam­kę na wy­pro­sto­wa­nym, trzy­ma­nym z dala od twa­rzy palcu.

 

***

 

Z ja­kie­goś po­wo­du, być może przez obu­dzo­ne wspo­mnie­nia o mi­łych wie­czo­rach z ojcem, Pła­skacz był pe­wien, że gdy tylko wróci do wio­ski, wszyst­ko bę­dzie do­brze. Że tata go obro­ni, brat śmie­chem od­cza­ru­je czar­ny ślad, a Jo­an­ka jed­nym ła­god­nym spoj­rze­niem roz­pę­dzi cały strach.

Za­miast tego było tylko go­rzej i ta rze­czy­wi­stość, to twar­de wy­rwa­nie z dzie­cin­nych prze­ko­nań Pła­ska­cza oka­za­ło się naj­gor­szym cio­sem, osta­tecz­nie po­grą­ża­ją­cym go w pa­ni­ce i smut­ku, a przede wszyst­kim po­czu­ciu winy.

– Co się stało? – wy­ją­kał wciąż za­pła­ka­nym gło­sem, na uła­mek se­kun­dy za­po­mi­na­jąc o wła­snej krzyw­dzie.

Sto­ją­ca naj­bli­żej niego Ka­li­na, star­sza ko­bie­ta, która miesz­ka­ła w cha­cie z omsza­łym da­chem, po­krę­ci­ła głową.

– Krzy­wa umie­ra. Jakiś urok ją do­padł, tfu! – Ka­li­na za­po­bie­gaw­czo splu­nę­ła przez ramię i skrzy­żo­wa­ła ra­mio­na. – Pono całą twarz ma czar­ną, jakby ją jaki demon zła­pał i prze­cią­gnął pod zie­mią.

Pła­skacz scho­wał palec za ple­ca­mi.

– Gdzie… gdzie Ossal­ka? – wy­chry­piał. Gar­dło miał suche jak wiór. Bał się, że nie bę­dzie już w sta­nie nigdy mówić.

– Chyba przy­szła po nią Mar­cy­lo­wa. O tam stoją! – Stara ru­chem głowy wska­za­ła miej­sce pod pło­tem, gdzie pod sa­mot­nym drze­wem stała po­chy­lo­na Jo­an­ka i Ossal­ka z głową wci­śnię­tą mię­dzy ra­mio­na.

Dziew­czyn­ka pła­ka­ła. Jo­an­ka wy­cią­gnę­ła rękę i po­gła­dzi­ła ją po wło­sach, a na­stęp­nie przy­tu­li­ła do swego du­że­go brzu­cha. Stały tak razem w cie­niu, pod­czas gdy lu­dzie pa­trzy­li i ga­da­li.

Pła­skacz po­stą­pił o krok, a potem się za­trzy­mał. Po­tarł kciu­kiem opusz­kę palca i za­wró­cił. Czła­piąc butem do­padł do obej­ścia i prze­biegł obok pisz­czą­ce­go cicho śla­zo­ra, aż wresz­cie wpadł do za­dy­mio­nej izby, w któ­rej cze­kał na niego oj­ciec.

Chło­piec nie kło­po­tał się ocie­ra­niem łez, bo gdy oj­ciec bił go za­wzię­cie, z oczu cały czas le­cia­ły mu nowe.

 

***

 

Mamę Ossal­ki po­cho­wa­no przed domem, tuż obok ogród­ka, na grząd­kach któ­re­go żół­kły po­de­pta­ne zioła.

Na­stęp­ne­go ranka dziew­czyn­ka przy­szła tam w to­wa­rzy­stwie Jo­an­ki, by za­sa­dzić na kopcu mor­skie kwia­ty o tur­ku­so­wych li­ściach i płat­kach w bar­wie wscho­dzą­ce­go słoń­ca.

Jesz­cze tego sa­me­go dnia, wie­czo­rem za­cho­ro­wał oj­ciec Pła­ska­cza. Jak zwy­kle po za­pad­nię­ciu zmro­ku zwa­lił się pi­ja­ny, śmier­dząc al­ko­ho­lem, wy­mio­ci­na­mi i gło­giem. Pła­skacz przy­krył go lnia­ną derka, po czym wy­szedł w stro­nę plaży, by po­pa­trzeć jak wzbu­rzo­ne fale po­kry­wa­ją w trak­cie przy­pły­wu znacz­ną część lądu. Całą drogę wpa­try­wał się w małą plam­kę na palcu, lśnią­cą de­li­kat­nie w bla­sku księ­ży­ca, aż usły­szał wrzask, tak upior­ny i roz­pacz­li­wy, że wszyst­kie włosy sta­nę­ły mu dęba.

Prze­ra­żo­ny Pła­skacz wpadł do domu i za­trzy­mał się w progu okop­co­nej izby. Do­strzegł na dło­niach ojca czar­ne stru­py, w mi­go­czą­cym świe­tle pa­le­ni­ska ledwo od­róż­nial­ne od cieni. Oj­ciec zawył z bólu i za­czął dra­pać skórę do krwi, ale czerń nadal po­zo­sta­wa­ła czer­nią, a ból bólem.

Chło­piec po­czuł, jak wie­cze­rza ob­ra­ca mu się w żo­łąd­ku, gdy pa­trzył na cier­pią­ce­go opie­ku­na, tę samą osobę, która dawno temu trzy­ma­ła go za rękę, gdy po raz pierw­szy za­nu­rzył się cały w wo­dzie, aż przy­kry­ła go fala. Oj­ciec pod­niósł go wtedy, ocie­ka­ją­ce­go wodą, za­śmie­wa­jąc się przy tym do roz­pu­ku. Tatę, który w mil­cze­niu kopał dół, ze zle­pio­ny­mi wą­sa­mi i za­szklo­ny­mi ocza­mi, nie re­agu­jąc na płacz dzie­ci, pod­czas gdy blada mama le­ża­ła nie­ru­cho­mo na sien­ni­ku.

Pła­skacz za­czął wołać ojca, prze­ły­ka­jąc łzy, ale wy­so­ki męż­czy­zna nie zwra­cał na niego uwagi. Jego oczy wy­wró­ci­ły się, świe­cąc białkami, gdy po­ło­żył się na boku, tar­ga­ny drgaw­ka­mi.

Chłopiec wy­padł z domu z po­rwa­nym z pa­le­ni­ska le­d­wie pło­ną­cym pa­ty­kiem, który słu­żył mu za źró­dło świa­tła. Nie mógł zła­pać od­de­chu, biegł, krzy­czał i prze­ska­ki­wał ponad przy­go­to­wa­nym na po­ran­ny połów opo­rzą­dze­niem.

– Ma­ar­cyl! MA­AR­CYL! – darł się, aż lu­dzie nie­pew­nie sta­wa­li w pro­gach, świe­żo prze­bu­dze­ni, z sia­nem we wło­sach i przy­mru­żo­ny­mi ocza­mi, które usi­ło­wa­ły wy­pa­trzeć in­tru­za w ciem­no­ściach.

– Czego, smar­ku? – wark­nął Mar­cyl, który z da­le­ka już sły­sząc wrza­ski brata, wy­szedł przed obej­ście. Miał na sobie luźną, lnia­ną ko­szu­lę do snu, spod któ­rej wy­sta­wa­ły owło­sio­ne łydki. Zza progu, z ciemności wyzierała Joanka, która z rozpuszczonymi, falującymi niby morze włosami, wyglądała jak leśna boginka.

– Oj­ciec… – za­łkał Pła­skacz. – Po­cho­ro­wał się.

Star­szy chło­pak chciał chyba naj­pierw zru­gać brata i prze­mó­wić mu do ro­zu­mu, ale wyraz jego twa­rzy za­czął się zmie­niać, aż w końcu Mar­cyl mocno zła­pał Pła­ska­cza za bark i po­pchnął przed sie­bie w ciem­ność.

– Dalej, idź, bo ludzi stra­szysz. Ty zo­stań! – za­wo­łał w stro­nę Jo­an­ki, któ­rej jasne włosy lśni­ły jak białe złoto. – Jak­bym mało miał z tą babą pro­ble­mów… – mruk­nął pod nosem.

Pła­skacz wy­rzu­cił bez­u­ży­tecz­ny patyk, gdy ten wydał cichy syk i żar zgasł zu­peł­nie, za­stą­pio­ny wąską smużką sza­re­go dymu, która szyb­ko roz­my­ła się w noc­nych ciem­no­ściach.

Szli bez słów, ramię w ramię, dwaj chłop­cy, z któ­rych jeden był tylko nieco bar­dziej wy­ro­śnię­ty. Obaj się bali, choć żaden nie chciał tego przy­znać. Wresz­cie do­szli do chaty, przed którą śla­zor nie­spo­koj­nie krę­cił się po po­dwór­ku.

Mar­cyl po­kle­pał zwie­rzę po gło­wie i prze­szedł przez próg. Pła­skacz szedł tuż za nim, wstrzy­mu­jąc od­dech.

Ogień w pa­le­ni­sku do­ga­sał, a z kąta dało się sły­szeć ciche po­chra­py­wa­nie.

– No i co, dur­niu? Niech cię… Znowu dałem się na­brać na te twoje bajki! – wark­nął Mar­cyl. Nie wy­da­wał się jed­nak zły, tylko nie­spo­koj­ny.

– Nie, zo­bacz! – na­le­gał Pła­skacz, pod­bie­ga­jąc do ognia i bio­rąc jedną chudą szcza­pę, która da­wa­ła de­li­kat­ny po­blask.

– Uwa­żaj! – wy­ce­dził Mar­cyl. – Nie spal chaty!

Pła­skacz nie słu­cha­jąc brata, szyb­ko zbli­żył się do miej­sca, skąd do­cho­dzi­ło chra­pa­nie i po­chy­lił się, oświe­tla­jąc ob­li­cze ojca.

Po­wie­trze prze­szył świst wcią­ga­ne­go gwał­tow­nie po­wie­trza.

Teraz czerń była już nie tylko na dło­niach, ale rów­nież wy­kwi­ta­ła pla­ma­mi na bar­kach, wspi­na­jąc się po gru­bej szyi i sta­wia­ła pierw­sze stem­ple na skry­tym pod za­ro­stem pod­bród­ku.

Mar­cyl in­stynk­tow­nie cof­nął się o krok.

– Co żeś mu zro­bił, Pła­skacz? Coś ty na­ro­bił?!

Chło­piec zwie­sił głowę.

– Ja nic… nic… – wy­szep­tał.

Brat po­krę­cił głową.

– Tu trze­ba zna­cho­ra, zie­lar­ki. Ja… nie wiem, co mam robić!

Pła­skacz uniósł płową głowę. Przy­dłu­gie ko­smy­ki okla­pły mu nad czo­łem i skrę­ci­ły się w małe locz­ki.

– Nie ma już zie­lar­ki, Mar­cyl. Zmar­ła przed dwoma dnia­mi, pa­mię­tasz?

– To co mamy niby zro­bić, młody, hę? – Mar­cyl zła­pał się za ciem­ne włosy. Pła­skacz pa­mię­tał, że mama miała po­dob­ne. Pach­nia­ły so­sna­mi, ży­wi­cą i dymem. – Co mamy robić?!

Pła­skacz po­chy­lił się nad ojcem i zo­rien­to­wał się, co wy­da­wa­ło mu się nie pa­so­wać w jego twa­rzy nawet bar­dziej niż ciem­ne plamy. Ob­li­cze męż­czy­zny było nad wyraz spo­koj­ne, ni­czym wy­ku­te w ka­mie­niu, bez śladu zło­ści czy pi­jac­kie­go szału.

Pła­skacz ode­zwał się do brata, nie pod­no­sząc głowy.

– Idź do chaty zie­lar­ki, tam po­wi­nien być prze­wią­za­ny ko­nop­nym sznur­kiem wo­re­czek, w któ­rym jest kora dębu. Idź i go przy­nieś. Ot co po­wi­nie­neś zro­bić.

 

***

 

Pła­skacz przy­rzą­dził mięk­ką papkę z roz­ro­bio­nej kory dęby po­łą­czo­nej ze słod­ką wodą, tak jak wi­dział to nie­raz w cha­cie Ossal­ki. W zu­peł­nej ciszy pod­niósł ko­szu­lę ojca, ob­na­ża­jąc sze­ro­kie plecy, które po­wo­li ob­le­ka­ły się w po­kry­tą stru­pa­mi czerń. Drżą­cy­mi dłoń­mi ob­ło­żył ciem­ne plamy na skó­rze i uło­żył ojca wy­god­nie na boku.

Mar­cyl krę­cił się po izbie, ude­rzał dłoń­mi o strop, kopał dawno nie­uży­wa­ne na­rzę­dzia do na­pra­wia­nia łodzi.

– Pomóż mi – po­pro­sił cicho Pła­skacz, pró­bu­jąc na­po­ić ojca.

Mar­cyl za­trzy­mał się w pół kroku, za­wa­hał się, ale pod­szedł w końcu i uklęk­nął obok.

– Bli­żej – po­in­stru­ował Pła­skacz. – Pod­nieś głowę, a ja zajmę się wodą.

Mar­cyl wstrzy­mał od­dech i przez chwi­lę zda­wa­ło się, że nie wy­ko­na po­le­ce­nia, ale wresz­cie zła­pał głowę ojca i uniósł, kła­dąc ją sobie na ko­la­nach. Jasne, po­tar­ga­ne włosy za­kry­ły nogi chło­pa­ka, który po­chy­lił czoło, wpa­tru­jąc się w nie­przy­tom­ne­go ojca.

Pła­skacz umo­czył szmat­kę i wy­ci­snął przy ustach ojca, który le­d­wie za­uwa­żal­nym ru­chem ję­zy­ka zli­zał wil­goć z ze­schnię­tych warg. Gdzieś obok chło­pa­ka roz­legł się jakiś dźwięk i Pła­skacz za­sko­czo­ny zo­rien­to­wał się, że wy­da­wał go brat.

Nie ode­zwał się ani sło­wem, gdy Mar­cyl przy­mknął za­czer­wie­nio­ne oczy.

Sie­dzie­li tak przez mo­ment we trój­kę, aż w końcu star­szy syn de­li­kat­nie od­su­nął głowę ojca i otrze­pał ko­la­na.

– Muszę… Muszę iść zo­ba­czyć do Jo­an­ki.

– Mhm – od­parł cicho Pła­skacz. Bo i co in­ne­go mógł od­po­wie­dzieć?

Mar­cyl wy­szedł przed chatę, ale sły­chać było, że nie od­szedł dalej. Po­wo­li za­czy­na­ło świ­tać i Pła­skacz do­strze­gał pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca ry­su­ją­ce ścież­ki w za­ku­rzo­nym po­wie­trzu.

– Pła­skacz – za­chry­piał nagle oj­ciec i chło­piec omal nie pod­sko­czył. Twarz męż­czy­zny była już pra­wie cała czar­na i nie­wie­le zo­sta­ło w nim z wą­sa­te­go, śmie­ją­ce­go się taty, któ­re­go jego syn znał i ko­chał.

– Tak, ojcze? – od­parł, sta­ra­jąc się brzmieć spo­koj­nie.

– Świta już. Przy­go­tuj dla nas łódkę. – Męż­czy­zna ma­ja­czył, wpa­tru­jąc się w wi­szą­ce pod su­fi­tem wień­ce su­szo­nych ryb.

Długo za­ję­ło Pła­ska­czo­wi wy­do­by­cie słów ze ści­śnię­te­go gar­dła.

– Tak, ojcze.

 

***

 

W tę po­dróż ich oj­ciec wy­brał się jed­nak sam. Zmarł nad ranem, na tym samym sien­ni­ku, na któ­rym kie­dyś pie­lę­gno­wał ich matkę. Nie po­tra­fi­li zdo­być się na wy­ko­pa­nie grobu, więc speł­nia­jąc jego proś­bę, pu­ści­li go w morze w sta­rej łódce, która ko­ły­sa­ła się wśród fal, aż wresz­cie znik­nę­ła na ho­ry­zon­cie.

Oj­ciec nie był je­dy­ną osobą, którą do­pa­dła cho­ro­ba pod­czas tej i ko­lej­nej nocy. Czerń wy­cią­ga­ła macki, przy­cho­dzi­ła po zmierz­chu i po­kry­wa­ła ciała miesz­kań­ców wio­ski. Pła­skacz nie chciał za­miesz­kać u brata, za­czął więc opo­rzą­dzać izbę domu ojca. Jego domu.

Wtedy za­ra­za wy­bu­chła z pełną mocą.

Naj­pierw zmar­ła stara Ka­li­na, póź­niej cała ro­dzi­na miesz­ka­ją­ca tuż obok niej. Pła­skacz, który po­cząt­ko­wo oba­wiał się swo­je­go zna­mie­nia na palcu, nagle za­czął wie­rzyć, że plama w jakiś spo­sób chro­ni go przed cho­ro­bą. No bo jak ina­czej wy­tłu­ma­czyć fakt, że nic mu nie było? W każ­dym razie, gdy przy­szedł do niego brat, by oznaj­mić mu o wy­jeź­dzie, Pła­skacz od­mó­wił uciecz­ki razem z ro­dzi­ną.

– Nic mi nie bę­dzie – oznaj­mił.

– Zdur­nia­łeś. Zgłu­pia­łeś i po­stra­da­łeś zmy­sły. Czy ty wi­dzisz, co się dzie­je? Czy chcesz tak jak oj­ciec leżeć i czer­nieć, aż w końcu nie zo­sta­nie nikt, by cię po­cho­wać? – Za­milkł na mo­ment. – Jo­an­ka… Jo­an­ka chyba osza­la­ła. – Mar­cyl prze­łknął ślinę i prze­cze­sał dło­nią włosy. – Cho­dzi po cha­tach, sma­ru­je ran­nych, poi ich i gada, choć oni pew­nie nie ro­zu­mie­ją ani słowa!

– To chyba do­brze? – za­ry­zy­ko­wał Pła­skacz.

– Do­brze?! Ona nie może się po­cho­ro­wać! A łazi wszę­dzie, upar­ta jak koza i wcale nie chce mnie słu­chać, wcale, ro­zu­miesz? Za­mknę ją dzi­siaj – oświad­czył, po­cią­ga­jąc nosem. – Za­mknę i nie wy­pusz­czę. Dla jej dobra. A jutro… jutro wy­je­dzie­my.

Pła­skacz od­wró­cił wzrok, po­pa­trzył na zalegający w kącie izby kurz.

– A co z Ossal­ką?

Mar­cyl po­krę­cił głową, za­my­ślił się.

– Jo­an­ka mnie za­du­si, przy­się­gam, ale wolę tak, niżby coś się jej stało. Nie mo­że­my jej za­brać. W końcu to jej matka jako pierw­sza była chora. Nie mo­że­my i już, i tak po­mo­gli­śmy jej aż nadto…

Pła­skacz prze­gryzł wargę.

– To co z nią bę­dzie? – za­py­tał cicho.

Mar­cyl po­ło­żył dłoń na barku brata.

– Jeśli chcesz zo­stać, je­steś sza­lo­ny. Ale nie wezmę cię siłą, nie je­steś moją babą, żebym za cie­bie de­cy­do­wał. Dziew­czy­na sie­dzi w po­ko­ju i cią­gle pła­cze, w ogóle nie chce wyjść, gada tylko z Jo­an­ką. Więc… Jeśli zo­sta­niesz… Bę­dziesz się mu­siał nią zająć. Ro­zu­miesz, smar­ku? Wiesz, co to zna­czy się kimś zaj­mo­wać?

– Wiem – od­parł cicho Pła­skacz i od razu dodał, jakby chciał się sam w tym utwier­dzić. – Wiem.

– Do­brze, młody. Do­brze. Prze­myśl to jesz­cze i rano po­dej­miesz de­cy­zję. Wy­ru­sza­my o świ­cie.

Pła­skacz po­pa­trzył na od­cho­dzą­ce­go brata i wy­obra­ził sobie, że sam jest już w jego wieku i za kogoś od­po­wia­da. Przed oczy­ma miał wy­ro­śnię­te­go męż­czy­znę o buj­nym za­ro­ście, który jest dość silny, by obro­nić bli­skich i spra­wić, że omija ich całe zło świa­ta. Zaraz jed­nak opu­ścił wzrok i zo­ba­czył tylko swoje chude, pa­ty­ko­wa­te ręce.

Kiedy Mar­cyl znik­nął mię­dzy cha­ta­mi, Pła­skacz nie mógł się po­zbyć wra­że­nia, że widział wła­śnie brata po raz ostat­ni.

 

***

 

Do­pie­ro co zro­bi­ło się widno i słoń­ce za­czę­ło roz­pra­szać zgro­ma­dzo­ną pod­czas nocy wil­got­ną mgłę, gdy na kle­pi­sku chaty roz­legł się tupot bo­sych stóp.

 – Pła­skacz. – W cie­niut­kim gło­si­ku był lęk, obawa, roz­pacz, ale i także na­dzie­ja. – Pła­skacz!

Chło­piec uniósł głowę, na poły jesz­cze znaj­du­jąc się we śnie o wart­kim stru­mie­niu, wy­sa­dza­nym sza­ry­mi, żył­ko­wa­ny­mi czer­wie­nią ka­mie­nia­mi, kiedy do­strzegł za­pła­ka­ną i umo­ru­sa­ną Ossal­kę.

– Chodź tutaj – mruk­nął i dziew­czyn­ka, łka­jąc cicho, opa­dła na sien­nik tuż przy jego boku.

Nie za­sta­na­wia­jąc się, przy­tu­lił ją mocno, aż po­czuł, jak jego cia­łem wstrzą­sa szloch dziew­czyn­ki, zu­peł­nie tak, jakby byli jedną osobą.

 – No już – mruk­nął w jej skoł­tu­nio­ne włosy, które pach­nia­ły oliwą i ku­rzem.

Ossal­ka usnę­ła kilka chwil póź­niej i Pła­ska­cza uko­ły­sa­ło do snu jej rów­no­mier­ne po­sa­py­wa­nie.

 

***

 

– Co teraz bę­dzie? – Ossal­ka po­cią­gnę­ła nosem, dyn­da­jąc no­ga­mi na wy­so­kim zy­del­ku.

– A co ma być? – za­py­tał Pła­skacz, kro­jąc na pół upie­czo­ną rybę na małe ka­wał­ki, by podać je Ossal­ce. Ob­li­zał ubru­dzo­ne tłusz­czem palce.

Dziew­czyn­ka unio­sła głów­kę i z za­cie­ka­wie­niem ro­zej­rza­ła się po izbie.

– Jak długo tu bę­dzie­my?

Pła­skacz prze­rwał kro­je­nie i spoj­rzał na Ossal­kę spo­nad przy­go­to­wy­wa­ne­go dania. Odło­żył po­wo­li nóż na stół.

– A dokąd chcesz iść? Tu jest nasz dom.

Dziew­czyn­ka po­ki­wa­ła głów­ką.

– Tak, ale wszy­scy już po­szli albo… – Opu­ści­ła wzrok. Przez chwi­lę nic nie mó­wi­ła, aż w końcu zmru­ży­ła oczy, wpa­tru­jąc się w Pła­ska­cza. – Teraz to jest taka za­ba­wa w dom. Ale potem pój­dzie­my, tak?

Chło­piec zbyt gwał­tow­nie się­gnął po nóż, omal nie strą­ca­jąc go ze stołu.

– Nie bądź głu­pia. – od­parł ze zło­ścią i wró­cił do kro­je­nia ryby, nie mogąc prze­stać pa­trzeć na swoje zbyt wą­skie dło­nie i chude ręce.

 

***

 

Tej nocy stało się to, czego Pła­skacz oba­wiał się naj­bar­dziej.

– Bolą mnie plecy – za­ję­cza­ła Ossal­ka.

– Nie ma­rudź – burk­nął w od­po­wie­dzi, roz­kła­da­jąc na stole wszyst­kie po­zo­sta­łe im za­pa­sy. Nie było tego zbyt wiele i Pła­skacz zdał sobie spra­wę, że nie­dłu­go bę­dzie mu­siał wy­ru­szyć na morze, by zło­wić tro­chę ryb.

– Nie, na­praw­dę! – Ossal­ka stę­ka­ła, pró­bu­jąc wy­giąć się przy pa­le­ni­sku w taki spo­sób, by do­strzec obo­la­łe miej­sce.

Pła­skacz wes­tchnął.

– Dalej, pokaż.

Zbli­żył się do dziew­czyn­ki i zła­pał ją za wierz­ga­ją­cą nogę. Roz­draż­nio­ny ję­cze­niem, z za­że­no­wa­niem uniósł sukienkę, przy­su­nął skórę bli­żej źró­dła świa­tła… i za­marł.

– Co tam jest?

– Nic. – Prze­su­nął dło­nią po po­czer­nia­łym pła­cie skóry pod ło­pat­ką i szyb­ko za­krył plecy brud­ną sukienką. – Nic. Coś cię ugry­zło.

– Aha. – Ossal­ka wy­dę­ła dolną wargę. – Boli.

Pła­skacz od­wró­cił się, nie pa­trząc dziew­czyn­ce w oczy i uda­wał, że wró­cił do li­cze­nia za­pa­sów, choć serce w pier­si wa­li­ło mu tak, że bał się, iż sam ten dźwięk go zdra­dzi.

– To nic, przej­dzie.

Ossal­ka wró­ci­ła do ple­ce­nia wian­ka z kwia­tów, który na­stęp­nie z uśmie­chem wsa­dzi­ła sobie na czu­bek po­tar­ga­nej czu­pry­ny. Si­niak pod okiem już tro­chę zbladł, prze­cho­dząc w róż i żółć.

– Ład­nie? – za­py­ta­ła Pła­ska­cza, który ob­ró­cił się ku niej, wkła­da­jąc cały wy­si­łek w za­cho­wa­nie zwy­czaj­ne­go wy­ra­zu twa­rzy.

– Bar­dzo – od­po­wie­dział i zro­bił coś, co za­sko­czy­ło ich oboje. De­li­kat­nie do­tknął opusz­ka­mi dłoni chu­de­go po­licz­ka Ossal­ki i po­wtó­rzył: – Bar­dzo ład­nie.

Gdy Pła­skacz za­brał dłoń, dziew­czyn­ka uśmiech­nę­ła się jesz­cze sze­rzej i pod pie­przy­kiem koło jej ust po­ja­wił się do­łe­czek.

 

***

 

Wie­dział, że to nic nie da, ale nie mógł po pro­stu cze­kać. Nie zniósł­by tego, gdyby Ossal­ka po­wo­li tra­ci­ła siły tak, jak oj­ciec, aż w końcu jej ciem­ne oczy bez­myśl­nie za­czę­ły wpa­try­wać się w za­dy­mio­ny sufit.

Nie pła­kał, tylko szedł, zły na sie­bie, zły na świat, na tę za­ra­zę, na to, że był zbyt słaby, by obro­nić Ossal­kę. Przez chwi­lę, krót­ką chwi­lę, zda­wa­ło mu się, że może już być praw­dzi­wym męż­czy­zną, ale wszyst­ko to było tylko złu­dze­niem, ułudą, która spra­wi­ła, że na­ra­ził dziew­czyn­kę na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Nie mógł tego wy­trzy­mać, więc szedł zbyt szyb­ko, po­ty­ka­jąc się w ciem­no­ści i za­ci­ska­jąc palce na no­ży­ku.

Wresz­cie zna­lazł się pod dębem, pod któ­rym, jak mu się wy­da­wa­ło, ostat­nio sie­dział z Ossal­ką wieki temu w innym świe­cie.

Wziął głę­bo­ki wdech i za­brał się do pracy, mo­zol­nie skro­biąc ga­łę­zie. Płaty kory opa­da­ły, skrę­ca­jąc się w po­dob­ne do sko­ru­pek śli­ma­ków zwoje. Było ciem­no choć oko wykol i zimno, choć w pew­nym mo­men­cie Pła­skacz zdał sobie spra­wę, że robi się coraz cie­plej, a ponad drze­wa­mi wy­kwi­tła ruda łuna, zu­peł­nie jakby nie­da­le­ko go­rza­ło pa­le­ni­sko.

Wie­dzio­ny złym prze­czu­ciem zwią­zał wo­re­czek, przy­tro­czył go sobie do pasa i ru­szył z po­wro­tem w stro­nę wio­ski. Z po­cząt­ku szedł ostroż­nie, ale gdy zdał sobie spra­wę, że go­rą­co i smród spa­le­ni­zny bije do­kład­nie z tego kie­run­ku, do któ­re­go zmie­rzał, za­czął biec.

Jeszcze zanim wy­biegł z lasu, do­strzegł ponad drze­wa­mi bi­ją­ce snopy iskier.

Rzu­cił się na oślep, wy­bie­ga­jąc spo­mię­dzy sosen, tylko po to by zo­ba­czyć, jak jego wio­ska pło­nie.

Nie­da­le­ko stało kil­ko­ro ludzi trzy­ma­ją­cych się w od­po­wied­niej od­le­gło­ści, na twarzach mieli zawiązane ja­kieś szma­ty, a w rę­kach ści­ska­li pro­wi­zo­rycz­ną broń. Sami męż­czyź­ni.

Któ­ryś z nich do­strzegł wy­ją­ce­go po­tę­pień­czo Pła­ska­cza, który biegł pro­sto w pło­ną­ce chaty i wy­szedł mu na­prze­ciw, mocno osa­dza­jąc go na ziemi twar­dy­mi dłoń­mi.

– Hej, chłop­cze. Skąd je­steś? Z tej wio­ski?

– Pusz­czaj! – darł się Pła­skacz, okła­da­jąc nie­zna­jo­me­go drob­ny­mi pię­ścia­mi. – Zo­sta­aaw! Tam jest Ossal­ka!

– Uspo­kój się, młody! Ni­ko­go tam nie ma, same trupy i za­ra­za, tfu!

Pła­skacz, który zdał sobie spra­wę, że po jego po­licz­kach płyną łzy, ma­chał rę­ko­ma coraz wol­niej i wol­niej, aż w końcu osłabł w ra­mio­nach męż­czy­zny.

– Trupy?…

– Hej, chło­pa­ki, po­móż­cie mi z tym tutaj! – za­wo­łał do swo­ich to­wa­rzy­szy, a na­stęp­nie zwró­cił się do Pła­ska­cza: – Pokaż mi się no. Je­steś chory?

Chło­piec bez­myśl­nie po­krę­cił głową, od­trą­ca­jąc dłoń męż­czy­zny i wpa­tru­jąc się w pło­ną­cy dom za jego ple­ca­mi. Nawet jeśli Ossal­ka żyła, teraz z całą pew­no­ścią nie mógł­by już jej ura­to­wać. Strop za­pa­dał się, grze­biąc izbę pod górą po­pio­łu i ognia.

– Tam była dziew­czyn­ka – wy­chli­pał, po­cie­ra­jąc za­smar­ka­ny nos. – Ossal­ka. Ja… To dla niej. – Po­ka­zał wo­re­czek przy­tro­czo­ny do pasa. – Żeby ją wy­le­czyć…

Męż­czy­zna przy­pa­trzył mu się uważ­nie, zaj­rzał do szmat­ki z korą dębu.

– Tego nie szło wy­le­czyć. Przy­kro mi, młody.

Resz­ta grup­ki zbli­ży­ła się do nich, trzy­ma­jąc się jed­nak na dy­stans od Pła­ska­cza. Roz­ma­wia­ją­cy z nim do tej pory rosły męż­czy­zna po­chy­lił się, by zrów­nać swoją twarz z twa­rzą chłop­ca.

– Mu­sie­li­śmy spa­lić te chaty, ina­czej za­ra­za do­tar­ła­by i do nas. Tak mó­wi­li ci, co ucie­kli. Ro­zu­miesz?

Pła­skacz go nie słu­chał. Pa­trzył, jak ginie wszyst­ko, co znał, jak w nocne niebo strze­la­ją kłęby dymu, który w ni­czym nie przy­po­mi­nał tego sza­re­go, pach­ną­ce­go sosną i domem.

Ten był strasz­ny, nisz­czy­ciel­ski, zwia­sto­wał śmierć i ko­niec.

– Mia­łem… – Pła­skacz mam­ro­tał coś pod nosem i męż­czy­zna mu­siał przy­bli­żyć się, by to zro­zu­mieć. – Mia­łem… mia­łem się nią… zaj­mo­wać.

Nie­zna­jo­my po­ło­żył mu na barku dłoń i mocno ści­snął. Stali w mil­cze­niu, ota­czał ich żar, paląc skórę i wy­ci­ska­jąc łzy z oczu. Pła­skacz nie miał już sił, zgar­bił się i za­ci­snął dło­nie w pię­ści, wpa­tru­jąc się w zie­mię. Czuł złość, wstyd, żal, roz­pacz.

Przed oczy­ma wi­dział Ossal­kę w wian­ku z kwia­tów i nie po­tra­fił my­śleć o ni­czym innym.

– Tak cza­sem jest. Tak po pro­stu cza­sem w życiu jest. Sam się jesz­cze prze­ko­nasz.

 

***

 

Do wscho­du słoń­ca pła­kał cicho, obej­mu­jąc się ra­mio­na­mi. Ogień nadal wzbi­jał się pod niebo, a on upie­rał się, by jesz­cze chwi­lę za­cze­kać. Choć grupa męż­czyzn ode­szła, ten rosły i szczu­pły, z czę­ścio­wo po­si­wia­łą brodą, stał razem z nim na linii sosen i obaje pa­trzy­li w mil­cze­niu na pło­ną­ce chaty. Nic nie mówił i Pła­skacz był mu za to wdzięcz­ny, bo nie był pe­wien, czy po­tra­fił­by znieść ja­kie­kol­wiek słowa.

W końcu chło­piec zro­zu­miał, że to już ko­niec, że zgliszcza mogą się tlić jesz­cze nawet kilka dni, więc od­wró­cił się, a męż­czy­zna po­szedł razem z nim. Ru­szy­li w stro­nę naj­bliż­szej wio­ski, gdzie pla­no­wał za­trzy­mać się tylko na chwi­lę, a potem iść, iść tak długo, jak star­czy mu sił. Jesz­cze nie miał odwagi za­sta­na­wiać się, gdzie jest jego brat i czy mógł­by go od­na­leźć. Był pe­wien, że nie miał­by dość od­wa­gi, by spoj­rzeć w błę­kit­ne, czułe oczy Jo­an­ki i po­wie­dzieć, co się stało.

Oznaj­mić bratu, że jed­nak nie wie­dział, co ozna­cza, by się kimś zaj­mo­wać.

Szedł więc, czła­piąc roz­wa­lo­nym butem, aż męż­czy­zna zwró­cił mu na to uwagę.

– Mógł­byś go załatać.

Pła­skacz za­mru­gał, za­sko­czo­ny i uniósł wzrok na męż­czy­znę.

Ten wska­zał pal­cem na po­ło­wicz­nie ode­rwa­ną po­de­szwę.

– Znam kogoś, kto mógł­by ci po­ka­zać, jeśli sam nie umiesz.

Chło­piec bez­myśl­nie po­ki­wał głową i po­chy­lił się nad butem, by po­pra­wić od­pa­da­ją­cy ka­wa­łek ma­te­ria­łu. I wtedy do­pie­ro, we wscho­dzą­cym świe­tle słoń­ca do­strzegł coś, co spra­wi­ło, że na mo­ment wstrzy­mał od­dech.

Przy­glą­dał się i choć jesz­cze nie ro­zu­miał, nie po­tra­fił pojąć, co to ozna­cza, czuł, że jest to ważne. Ob­li­zał ner­wo­wo usta i z drżą­cy­mi rę­ko­ma pod­niósł się, by do­go­nić idą­ce­go przed nim męż­czy­znę.

Gdy za­ci­skał pięść, my­ślał o palcu pra­wej dłoni. Jego ja­snej skó­rze, o opusz­ce, na któ­rej nie było widać choć­by naj­mniej­szej czar­nej plam­ki. I o do­łecz­ku na po­licz­ku Ossal­ki, nad któ­rym po raz pierw­szy zo­ba­czył wczo­raj ma­ły pie­przy­k.

Słoń­ce za­czę­ło prze­dzie­rać się przez ko­ro­ny drzew i cęt­ko­wa­nym świa­tłem padać na twa­rze dwóch wę­drow­ców, z któ­rych po­wo­li zni­kał cień. I nagle Pła­skacz po­czuł mały pro­myk nadziei, kiedy zdał sobie sprawę, że z ja­kie­goś po­wo­du za­ra­za oszczę­dzi­ła wła­śnie jego. I że on, Pła­skacz głę­bo­ko na dnie duszy czuje z tego po­wo­du ulgę i szczę­ście.

Że mimo bólu, wsty­du i po­czu­cia winy cie­szy się, że prze­żył.

Koniec

Komentarze

Czyta się miejscami nieźle bo jest motyw Tajemnicy, ale eksponowane jest to wszystko zdecydowanie za wolno. Tak jakby z góry zaplanowane było że trzeba napisać tyle a tyle stron w pierwszym rozdziale bo cała powieść musi mieć przecież te pińcet stron :)

 

Prócz zbyt wolnego tempa jest drugi grzech – niespójności. Chłopak ma na tyle determinacji by ponownie iść do lasu prowadzić śledztwo w sprawie która go na śmierć przeraziła a nie ma determinacji by przekonać kogokolwiek (w tym bliskich) że w lesie dzieją się te wszystkie dziwne rzeczy: trupy zwierząt, potem trup maga, magiczne kamienie powodujące dziwne efekty. Bratu daje się zbyć jakimiś głupimi uwagami, strzela focha “zginiecie, uuuu!” i odchodzi. Mając niebywale ważne informacje, de facto “być albo nie być” dla całej wioski – w tym dla siebie – nie robi nic. Zero determinacji, jeszcze przed chwilą tak eksponowanej. Czeka sobie po prostu aż zaraza zabije wioskę. I co? Zaraza zabija wioskę.  

 

Czuć że ten zabieg został wprowadzony sztucznie, by fabuła posunęła się w kierunku zamierzonym przez autora. Do końca opowiadania, absolutnie nikt poza chłopaczkiem nikt nie wie że parę minut drogi od chałup w lesie leży trup maga i dzieją się cuda – fakt ewidentnie ważny i mogący mieć związek z zarazą. W realnym świecie, w tego rodzaju pierwotnej wspólnocie byłoby tak: Dzieciak przybiega do wioski z wywieszonym jęzorem z sensacją że w lesie widział jakieś niesamowite historie. Kolejna scena: za 5 minut absolutnie cała wioska stoi w okręgu nad trupem maga i zastanawiają się co tu się dzieje. To by było wiarygodne, to by się czytało, “suspension of disbelief” nienaruszone.

 

Co innego gdyby było wyeksponowane że np. chłopak jest łgarzem, opowiadał milion takich historii i nikt już mu nie wierzy. Ale tu tego nie ma: ot, widzimy go jak w złości rzuca: “uuu! zginiecie!” No i fakt, prawie wszyscy giną, włącznie z naszym bohaterem, no geniusze survivalu ;) Można by to jeszcze na koniec odwrócić w żart jakby on na koniec tego rozdziału wzniósł pięść ku wiosce i powiedział “wy tępe ch..je! a nie mówiłem!?”. Wtedy byłoby śmiesznie przez absurd, ale tu akurat rozumiem że nie taki miał być ten bohater i ta historia. 

 

 

Zgniataczu galatyk, zazwyczaj wszystko w moich tekstach dzieje się niespiesznie, ale tutaj masz rację; tekst był początkowo pisany na zamówienie pod projekt, który właśnie zakładał dokładnie taką objętość ;) Tak więc jest to faktycznie wymóg odgórny.

 

Szanując oczywiście Twoje zdanie, pozwolę się nie zgodzić co do niespójności w kwestii mówienia całej wiosce. Po pierwsze reakcja Ossalki postawiła go w sytuacji, w której musiał zbagatelizowac sprawę, jeśli chciał uspokoic dziewczynkę. Dalej – ojca chłopaka nie bardzo obchodziło już cokolwiek, a brat nie brał go na poważnie. Płaskacz nie mówił wszystkiego, a jedynie próbował, bo się najzwyczajniej bał, co jest jasno związane z karami cielesnymi wspomnianymi w tekście; słowa dzieciaka w takiej społeczności są traktowane inaczej niż współcześnie, zwłaszcza w rodzinie patologicznej, takiej jak ta w opowiadaniu.

Wszystko (jak zauważyłeś) eskalowało powoli – początkowo sprawa dotyczyła tylko martwego zwierzaka; kiedy pojawił się martwy człowiek, Płaskacz czuł się już w pewien sposób odpowiedzialny za to, co stało (dotknął kamienia, nie zapobiegł zarazie) i próbował wyprzeć swój udział w tej historii. Zauważmy też, że mówimy o młodym (dwunastoletnim) chłopaku, dla którego do pewnego momentu to była przygoda, sposób na pokazanie swej “dorosłości”, a cała sprawa go przerosła dopiero później. No i że nie od początku był on pewien powiązania faktów (zastanawiał się, czy rzeka jest zatruta, czy woda, czy ślazor, czy co tam).

Generalnie co miał zrobić ten chłopak? Przybiec i powiedzieć, że widział martwego ślazora? Tak, zrobił to. Ślazor mógł być martwy z wielu różnych powodów, Płaskacz sam nie znał przyczyny. A potem, po martwym człowieku było już za późno, bo zaraza i tak wybuchła i wszyscy to widzieli. Czuł się winny, więc po prostu wrócił do domu i dostał lanie, na które uważał, że zasłużył.

"Bądź spokojny: za sto lat wszystko minie!" ~Ralph Waldo Emerson

Początkowo myślałam, że to będzie bajka o dziewczynce, która zgubiła się w lesie. Nagle skręciłaś w zupełnie inną stronę, niż się spodziewałam. Zamiast bajki zrobił się horrorek :)

Podobało mi się. Rozumiem rozterki młodego chłopca, dziecka jeszcze, próbował wyjaśnić, próbował sam rozwiązać sprawę, a efekty były coraz gorsze. Wydaje mi się tylko, że w czasach, które opisujesz od dwunastolatka wymagano już więcej i był bliżej dorosłości, niż ma to miejsce dzisiaj. Odjęłabym mu ze dwa lata. Z góry uprzedzam, że nie zwróciłam uwagi, czy wiek chłopca pojawia się w opku, czy też tylko w Twoim komentarzu.

Trochę się pogubiłam przy plamce. Nie wiem, czy chłopiec był nosicielem, czy faktycznie chroniła go przed chorobą. Raczej to drugie, bo przecież nie zachorował. Ale wtedy, po przeniesieniu plamki na policzek Ossalki, dziewczynka też powinna być chroniona.

Zakończenie trochę nieostre, czegoś mi tu zabrakło. A może po prostu jest to wynik tego niezrozumienia plamki. Nie wiem.

 

Płaskacz poczuł mały promyk, kiełkującą myśl, że z jakiegoś powodu zaraza oszczędziła właśnie jego.

Jakoś to nie brzmi, promyk czego i czy można poczuć myśl?

 

Podobało mi się na tyle, że klikam :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, dziękuję za klika. Cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu.

Powiem szczerze, że te dwanaście lat tak rzuciłam tak tylko w komentarzu (pamiętałam, że z racji budowy tekstu robiłam podczas pisania dokładne wyliczenia co do wieku) i jak teraz wyciągnęłam teczkę z notatkami, to Płaskacz ma tam właśnie dziesięć lat. Tak więc można powiedzieć, że nomen omen trafiłaś w dziesiątkę ;)

Co do plamki – wszystko odczytałaś dobrze. Plamka chroniła Płaskacza i w zamyśle miała ochronić też Ossalkę (zakażenie się zaczęło, ale w momencie przekazania znamienia jego postęp się zatrzymał i Ossalce w dorosłości zostanie tylko pamiątka po chorobie w postaci szpecącego znamienia pod łopatką). Zaraziła się wszak przed otrzymaniem magicznej ochrony :)

Końcówka jest jaka jest, bo miała powstać dalsza część, dlatego nie ma bardziej stanowczego domknięcia. Niemniej fajnie, że samodzielnie tekst się też jakoś obronił.

Promyk poprawię.

Pozdrawiam!

"Bądź spokojny: za sto lat wszystko minie!" ~Ralph Waldo Emerson

O, czyli dobrze zrozumiałam. I po tych wyjaśnieniach wiem też czego mi w zakończeniu zabrakło. Domyślam się, że promyk, który Ci wytknęłam, był promykiem nadziei, że Ossalka jednak żyje. Fajnie by to było umieścić w tekście, bo inaczej końcówka jest trochę myląca.

Czyli w którymś momencie Płaskacz się domyślił, że dziewczynka żyje. Rozumiem dlaczego nic z tą wiedzą nie zrobił. Do tej pory, kiedy próbował pomagać, sytuacja się tylko zaogniała. Widział, jak nieznajomi potraktowali jego wioskę i pewnie domyślił się, że jeśli wspomni o Ossalce i na dodatek tajemniczej ochronie, to i tak nikt mu nie uwierzy, co najwyżej ludzie będą szukać dziewczynki, żeby ją zabić, w obawie, aby nie roznosiła dalej choroby.

Nie mógł jej w żaden sposób pomóc, ale jest to niewidoczne w tekście. Przydałoby się jakieś zdanie, że trzyma za nią kciuki, wierzy, że uda jej się przetrwać, czy coś w tym guście. Wtedy zakończenie byłoby jaśniejsze.

A dalszą część napisz, chętnie przeczytam :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Przeczytałam ze sporym zainteresowaniem, ale brakło mi fantastyki – wzmianka o magach to trochę za mało, a wydarzenia w lesie też jakoś nie zadowoliły mnie w tej mierze. Dopiero kiedy zajrzałam do przedmowy, zrozumiałam że fantastyka zapewne miała pojawić się w dalszych rozdziałach, więc koniec końców, na razie musi wystarczyć historia opowiadająca o dzieciństwie Płaskacza i Ossaliki, a ta, choć miejscami nieco przegadana, okazała się całkiem zajmująca. ;)

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Na­de­szła od wio­ski, czła­piąc po roz­mię­kłym i pod­my­wa­nym oce­anem brze­gu. ―> A może: Na­de­szła od wio­ski, czła­piąc po roz­mię­kłym brzegu, pod­my­wa­nym oce­anem/ przez ocean.

 

burza czar­nych wło­sów, po­spla­ta­nych w koł­tu­ny i po­scze­pia­nych drew­nia­ny­mi pa­cior­ka­mi. ―> Kołtunów nie splata się.

Proponuję: …burza czar­nych skołtunionych wło­sów, po­scze­pia­nych drew­nia­ny­mi pa­cior­ka­mi.

 

Wiatr hulał pod jej zgrzeb­ną tu­ni­ką, pod­ka­su­jąc kiec­kę… ―> Miała na sobie tunikę czy kieckę?

Tunika i kiecka/ sukienka to nie to samo.

 

Wście­kły chło­piec od­wró­cił się na pię­cie i za­pa­da­jąc się w mięk­kim pia­sku… ―> A może: Wście­kły chło­piec od­wró­cił się na pię­cie i grzęznąc w mięk­kim pia­sku

 

Stał przy­kuc­nię­ty za drze­wem z wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi i bladą z na­pię­cia twa­rzą. ―> Albo stał, albo przykucnął.

Czy dobrze rozumiem, że drzewo miało wytrzeszczone oczy i bladą twarz?

Proponuję: Z wytrzeszczonymi oczami i bladą z napięcia twarzą, przykucnął za drzewem.

 

pod­czas ple­ce­nia sieci, a po ple­cach prze­szedł… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …pod­czas ple­ce­nia sieci, a po grzbiecie prze­szedł

 

Łzy po­pły­nę­ły jej z oczu ob­fi­tą stru­gą, roz­my­wa­jąc ślady kurzu i brudu na jej opa­lo­nej buzi… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

sły­sza­ły wszyst­kie leśne de­mo­ny, co tylko prze­stra­szy­ło jesz­cze bar­dziej… ―> Jak wyżej.

 

Mocno zła­pał wciąż pła­czą­cą dziew­czyn­kę za ramię i pchnął z grub­sza w stro­nę ich wio­ski. ―> Pchnął z grubsza, czy z grubsza w stronę wioski?

 

uka­za­ły się domki wy­ko­na­ne z drew­nia­nych bali, strze­chy i trzci­ny. ―> Dachy domków pokrywa się strzechą, ale nie wydaje mi się, aby domki wykonywano ze strzechy.

 

Rzu­cił mu się już pierw­szy za­rost… ―> Kiedy młodzieńcowi pojawiał się zarost, mówiono że sypie mu się wąs/ zarost. Nie słyszałam, aby zarost się rzucał.

 

Jo­an­ka znów spoj­rza­ła na Pła­ska­cza tymi nie­bie­ski­mi ocza­mi… ―> Czy Joanka mogła spojrzeć też innymi/ tamtymi oczami?

 

Chło­piec śmiał się, aż trzę­sły mu się barki i fale roz­cho­dzi­ły się po trzy­ma­nej w rę­kach sieci. Wresz­cie uspo­ko­ił się nieco… ―> Lekka siękoza.

 

I co.. Uch! ―> I co Uch!

Wielokropkowi zabrakło jednej kropki.

 

Te kilka chwil mię­dzy jego py­ta­niem a od­po­wie­dzią Ossal­ki zda­wa­ły się mu wiecz­no­ścią… ―> Tych kilka chwil mię­dzy jego py­ta­niem a od­po­wie­dzią Ossal­ki, zda­wa­ło się mu wiecz­no­ścią

 

Żo­łą­dek fik­nął Pła­ska­czo­wi ko­zioł­ka… ―> Żołądek nie fika koziołków komuś.

Proponuję: Żo­łą­dek Pła­ska­cza fik­nął ko­zioł­ka

 

Ossal­ka przyj­rza­ła się uważ­nie trzy­ma­nej w dło­niach na­rę­czy ziół… ―> Naręcze jest rodzaju nijakiego, więc: Ossal­ka przyj­rza­ła się uważ­nie trzy­ma­nemu w dło­niach na­rę­czu ziół

 

Jego brat, wów­czas jesz­cze za­le­d­wie pod­ro­stek, na­śmie­wał się z niego i nie chciał mu podać ręki, by pomóc mu wy­do­stać się na brzeg. ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

sta­jąc się po­śmie­wi­skiem wśród ba­wią­cych się z nimi dzie­cia­ków. ―> …sta­jąc się po­śmie­wi­skiem dla ba­wią­cych się z nimi dzie­cia­ków.

 

wpa­try­wał się w od­cho­dzą­ce płaty czar­nej skóry, na po­zba­wio­ne pa­znok­ci palce za­ci­śnię­te w pię­ści. ―> Jeśli palce dłoni były zaciśnięte w pięści, to raczej nie mógł widzieć paznokci.

 

Chło­piec zdał sobie spra­wę, że tę­sk­ni za tymi wie­czo­ra­mi i tym ojcem. ―> Raczej: Chło­piec zdał sobie spra­wę, że tę­sk­ni za tamtymi wie­czo­ra­mi i tamtym ojcem.

 

od­tur­lał się na bok, ła­piąc się za zra­nio­ną dłoń. Czym prę­dzej rzu­cił się do… ―> Lekka siękoza.

 

wy­szedł w stro­nę plaży, by po­pa­trzeć jak wzbu­rzo­ne fale po­kry­wa­ją w trak­cie przy­pły­wu znacz­ną część plaży. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Jego oczy wy­wró­ci­ły się, świe­cąc biał­kiem… ―> Jednym białkiem?

 

Miał na sobie luźną, lnia­ną ko­szu­lę do snu, spod któ­rej wy­sta­wa­ły jego owło­sio­ne łydki. ―> Zbędny zaimek – czy spod koszuli mogły wystawać cudze łydki?

 

Zza progu, z ciem­no­ści wy­glą­da­ła Jo­an­ka, która w roz­pusz­czo­nych fa­lo­wa­nych jak morze wło­sach wy­glą­da­ła jak leśna bo­gin­ka. ―> W jaki sposób Joanka znalazła się we włosach? Powtórzenia.

Proponuję: Zza progu, z ciem­no­ści wyzierała Jo­an­ka, która z rozpuszczonymi, falującymi niby morze włosami, wy­glą­da­ła jak leśna bo­gin­ka.

 

i popchnął przed siebie w ciemność.

– Dalej, idź, bo ludzi straszysz. Ty zostań! – zawołał za siebie w stronę… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Pła­skacz wyrzu­cił bez­u­ży­tecz­nych patyk… ―> Literówka.

 

żar zgasł zu­peł­nie, za­stą­pio­ny wąską struż­ką sza­re­go dymu… ―> Raczej: …żar zgasł zu­peł­nie, za­stą­pio­ny wąską smużką sza­re­go dymu

 

Wreszcie doszli do chaty, przed którą ślazor niespokojnie kręcił się po podwórku.

Marcyl poklepał zwierzę po głowie i przeszedł przez próg. Płaskacz szedł tuż za nim… ―> Powtórzenia.

 

Pła­skacz po­chy­lił się nad ojcem i zo­rien­to­wał się, co wy­da­wa­ło mu się nie pa­so­wać… ―> Lekka siękoza.

 

Drżą­cy­mi dłoń­mi ob­ło­żył ciem­ne plamy na skó­rze i uło­żył ojca… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Długo za­ję­ło Pła­ska­czo­wi wy­do­by­cie słów ze ści­śnię­te­go gar­dła. ―> Długo trwało, nim ze ści­śnię­te­go gar­dła Płaskacza wydobyły się słowa.

 

by cię po­cho­wać? –Za­milkł na mo­ment. ―> Brak spacji po półpauzie.

 

po­pa­trzył na zgar­nię­ty w kącie izby kurz. ―> Czy ktoś zgarniał kurz do kąta, czy może: …po­pa­trzył na kurz zebrany/ zalegający w kącie izby.

 

Pła­kacz nie mógł się po­zbyć wra­że­nia… ―> Literówka.

 

nie mógł się po­zbyć wra­że­nia, że zo­ba­czył wła­śnie brata po raz ostat­ni. ―> …nie mógł się po­zbyć wra­że­nia, że właśnie widział brata po raz ostat­ni.

 

Było ciem­no jak oko wykol… ―> Było ciem­no choć oko wykol…

 

Tuż zanim wy­biegł z lasu, do­strzegł… ―> Jeszcze zanim wy­biegł z lasu, do­strzegł

 

na twa­rzy mieli prze­wią­za­ne ja­kieś szma­ty… ―> Na jednej twarzy?

Proponuję: …na twa­rzach mieli za­wią­za­ne ja­kieś szma­ty… Lub: Twarze mieli prze­wią­za­ne ja­kimiś szma­tami

 

– Pusz­czaj! – Darł się Pła­skacz… ―> – Pusz­czaj! – darł się Pła­skacz

 

stał razem z nim na linii sosen i oboje pa­trzy­li… ―> Piszesz o mężczyźnie i chłopcu, więc: …stał razem z nim na linii sosen i obaj pa­trzy­li

Oboje to mężczyzna i kobieta.

 

że ogień może się tlić jesz­cze nawet kilka dni… ―> …że zgliszcza mogą się tlić jesz­cze nawet kilka dni

 

jak star­czy mu sił. Jesz­cze nie miał sił za­sta­na­wiać się… ―> Powtórzenie.

 

Szedł więc, czła­piąc roz­wa­lo­nym butem, aż męż­czy­zna zwró­cił mu na to uwagę.

– Mógł­byś go za­ce­ro­wać. ―> Butów się nie ceruje.

 

we wcho­dzą­cym świe­tle słoń­ca do­strzegł… ―> Literówka.

 

po raz pierw­szy zo­ba­czył wczo­raj ma­łe­go pie­przy­ka. ―> …po raz pierw­szy zo­ba­czył wczo­raj mały pieprzyk.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jego rozchodzone buty zaświeciły podeszwami spomiędzy liśćmi i zniknęły, nim Ossalka zdążyła choćby westchnąć.

Napisałbym "spomiędzy liści", ale nie daję gwarancji, że tak jest poprawnie :-) 

Płaskacz nie wiadomo kiedy znalazł się koło niej, a ten przemarsz spod sosny, pod którą kucał, wydawał mu się osiągnięciem godnym dorosłego mężczyzny.

Kurde, nie wiem co nie pasuje mi w tym zdaniu, ale jakoś to nie gra. Ja bym to napisał tak:

"Płaskacz nie wiadomo kiedy znalazł się obok niej, susem, który, w jego mniemaniu, był godny dorosłego mężczyzny." 

Popatrując raz na strumień, raz na chatę młynarza, niemal nie przegapił tego, czego szukał.

Niemal przegapił to, czego szukał. 

Albo:

Omal nie przegapił tego, czego szukał. 

Ale kruszyć kopii nie będę, bo stuprocentowej pewności nie mam :-) 

O tam, stoją!

To bym bez przecinka dał. 

Płaskacz zaczął wołać ojca, przełykając łzy, ale wysoki mężczyzna nie zwracał na niego uwagi. Jego oczy wywróciły się, świecąc białkiem, gdy położył się na boku, targany drgawkami.

Płaskacz wypadł z domu z porwanym z paleniska ledwie płonącym patykiem, który służył mu za źródło światła. Nie mógł złapać oddechu, biegł, krzyczał i przeskakiwał ponad przygotowanym na poranny połów oporządzeniem.

Dwa bardzo podobne akapity, zaczynające się od "Płaskacz" – to nie brzmi dobrze. Wystarczy zmienić na "chłopiec" albo coś w tym stylu. 

A ogólnie – rzeczywiście, bardzo nieśpiesznie się to toczy, dokładnie opisujesz to co bohaterowie robią, myślą i czują, detalicznie przedstawiasz ich relacje i, że się tak wyrażę, środowisko, w jakim każesz im żyć. Czuć, że jest to rozbieg jeno, rozgrzewka, wstęp do powieści, i gdyby rzecz miała fabularnie zamykać się w tej konkretnej, opiwiedzianej tutaj historii, to połowa z tego wszystkiego nie byłaby potrzebna. Mimo to, czytało się bardzo dobrze, muszę przyznać, że znakomitej większości wychwyconych przez Reg niezręczności nie zauważyłem. Co albo świadczy o tym, że tekst mnie pochłonął, albo czytałem bardzo nieuważnie, albo zdążyłaś już je poprawić :-) 

Choć muszę przyznać, że jednak trochę pochłonął, bo choć niczego odkrywczego tu nie znalazłem, to ta opowieść o zbyt szybkim dorastaniu, potrzebie opieki z jednej i opiekowania się kimś z drugiej strony, o zadziwiająco skomplikowanych emocjach dziecka na pograniczu wymuszonej dorosłości, ma w sobie sporo wdzięku, lotności i uczucia. Szkoda, że tekst kompozycyjnie i fabularnie stanowi jednak bardziej pierwszy rozdział niż zamkniętą całość, ale i tak czytało się znakomicie i chętnie zajrzałbym do reszty :-) 

Biblioteka, droga Pluskuło, należy się, wedle słów Baila, jak psu Budda. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Hej, ja tylko daje znać, że jestem tu i czytam – dziękuję za klik i komentarze. Jak tylko znajdę wreszcie wolna chwile to się do nich odniosę i poprawie wszystkie usterki :)

"Bądź spokojny: za sto lat wszystko minie!" ~Ralph Waldo Emerson

Uff, no dobra, przepraszam okropnie za tę zwłokę, ale ten weekend to moje pierwsze naprawdę wolne dni, od miesiąca…

 

Irko, cieszę się, że udało Ci się dostrzec w tekście wszystkie te rzeczy. W wersji powieściowej było to trochę bardziej zawieszone, bo tytułowa Ossalka raczej musiała przeżyć i nie trzeba było stawiać kropki nad i ;) A tutaj faktycznie może warto to dopisać. Dodam tylko, że Płaskacz w tamtym momencie domyślił się, że mogła przeżyć, aczkolwiek pewien na 100% być nie mógł. Niemniej nadzieja pozostała.

A dalszą część napisz, chętnie przeczytam :)

Motywujące. Bardzo bym chciała napisać całość, bo dłuugo planowałam ten tekst, mam chyba z 50 stron notatek i do dziś lubię tę historię. Najbardziej rozdziały, gdy oboje mają po ok. 40 lat i zaczyna się robić smutno – nie żeby wcześniej nie było, ale wiadomo ;)

 

Reg – bardzo dziękuję za wychwycenie błędów – postaram się jak najszybciej nanieść poprawki. Faktycznie w tej części fantastyki jest dość mało, ale ku pokrzepieniu to na niej opiera się cała istota tego wszechświata i mistycznych kamieni, które stają się kością niezgody między przemysłem a magami. Wszystko to rzecz jasna w domyśle; na teraz bardzo się cieszę, że opowieść o dzieciństwie bohaterów mimo tego, że długawa, okazała się w pewnym stopniu satysfakcjonująca :)

 

thargone, dziękuję za dobre słowo; pięknie ująłeś istotę tej opowieści. Błędy wskazane przez Ciebie, tak jak i te wypunktowane przez reg, ogarnę w nadchodzącym tygodniu. Nie zdążyłam ich poprawić przed Twoją lekturą, więc tym bardziej cieszy, że wsiąknąłeś w tekst na tyle, by ich nie dostrzegać ;) Racja to, że rzecz snuje się raczej wolno i rozgrzewa się raczej, niż osiąga pełnię formy, ale jak zauważasz, to dopiero swego rodzaju prolog.

i tak czytało się znakomicie i chętnie zajrzałbym do reszty :-)

Tak jak powyżej do Irki – motywujące i zagrzewające do walki i nieporzucania jednej z ulubionych historii ;) dzięki – także za klika!

 

Pozdrawiam!

"Bądź spokojny: za sto lat wszystko minie!" ~Ralph Waldo Emerson

News życia, ja wiem, po tych kilku miesiącach… ale informuję, że w końcu udało mi się nanieść poprawki i usunąć buble, za wytknięcie których serdecznie dziękuję ;)

"Bądź spokojny: za sto lat wszystko minie!" ~Ralph Waldo Emerson

miarowo puchła i flaczała

Nie brzmi mi to "miarowo" – to nie jest błąd leksykalny, ale nie płynie gładko.

 ostatkiem sił czerpiąc hausty powietrza

"Haustu" się nie pluralizuje. Może "haust za haustem powietrza"?

 brzegu, podmywanym oceanem

Wodami oceanu, albo przez ocean. Drobne subtelności, carissima.

 Jej opaloną, wiejską twarz

"Wiejską"? Ja bym zrobiła tak: opaloną twarz wieśniaczki.

 włosów, posczepianych drewnianymi paciorkami

Paciorki mogą być na włosy nawleczone, ale jak je sczepisz?

 Wiatr hulał pod jej zgrzebną sukienką

Co dokładnie chciałaś powiedzieć?

 stopy wychlapywały rytm, który przyspieszył

Jak wyżej.

 odparł i wciąż rozeźlony cisnął

Wtrącenie: odparł i, wciąż rozeźlony, cisnął.

 No powiedz mi!

No, powiedz mi!

podniósł się gwałtownie, uderzając czaszką o brodę dziewczyny

Ał… troszkę za dużo tej anatomii, jak dla mnie.

 odwrócił się na pięcie i grzęznąc w miękkim piasku ruszył

Wtrącenie: odwrócił się na pięcie i, grzęznąc w miękkim piasku, ruszył.

 Płaskacz zdążył już minąć pierwsze kępki trawy

Ja wiem, o co chodzi, ale ktoś, kto nie bywa nad morzem, mógłby nie zrozumieć.

 mimowolnie pomyślał

Dlaczego nie mogło mu po prostu przyjść do głowy? Czemu wszyscy muszą pisać "mimowolnie"? To wytrych.

 zapytaj się

Bez "się".

 wydawała się przez chwilę rozważać taką możliwość

Dałoby się skrócić.

 Otrzepał ręce i cicho pogwizdując ruszył dalej

Otrzepał ręce i, cicho pogwizdując, ruszył dalej.

 we włosach oprócz ozdób miała jeszcze teraz kilka listków

Teraz jeszcze. Ale coś mi tu jeszcze nie gra, nie jestem pewna, co.

 Brudną rączką wygładziła sukienkę i wyprostowała plecy.

To wygląda tak, jakby wyprostowała plecy rączką.

 Gdy je wydmuchała nie rozległ się

Gdy je wydmuchała, nie rozległ się.

 spróbował zanucić

Przecież miał gwizdać?

 na razie nie miał co na to liczyć

Nie ma (c.t.).

 Ossalka ukradkiem zbliżyła się

"Zbliżyła się", zwłaszcza na końcu, nie gra stylistycznie, poza tym są dwa "się" w jednym zdaniu.

 tak, że pacnęła Ossalkę w twarz

Tak, żeby. I "pacnięcie" jest delikatniejsze, niż to, co robi w takim razie gałąź.

 Dziewczynce zadrżała warga i potarła ciemne oczy piąstkami

Hmm.

 obrażona Ossalka dała temu spokój.

"Temu" bym wycięła.

 chłopiec i nie czekając na odpowiedź, rzucił się

Wtrącenie: chłopiec i, nie czekając na odpowiedź, rzucił się.

 Jego rozchodzone buty zaświeciły podeszwami spomiędzy liści

Coś tego nie widzę.

 rzuciła się biegiem

Powtórzona konstrukcja.

 Gałęzie smagały ją po twarzy niczym uderzenia bata

Uderzenia nie smagają, bo same są smagnięciami.

ostre krawędzie szyszek kaleczyły bose stopy, ale mimo to dziewczynka biegła z całych sił

Chodziłaś kiedyś po szyszkach?

 oddechem zagłuszając dochodzący z koron drzew śpiew ptaków

Ale skoro ona go nie słyszy i raczej nie zwraca na ten śpiew uwagi, to po co to zaznaczać? Mam wrażenie, że wyobrażasz sobie nie, co czułaby Ossalka, ale co Ty byś czuła i słyszała, patrząc z boku. To niekoniecznie źle, ale skoro patrzył Ossalce przez ramię, trochę zgrzyta.

 poza swoim sapaniem nie słyszy żadnych innych dźwięków

Angielska składnia. Wyrzuć przynajmniej "innych", bo zbędne.

 ani nawet cichszych od brzęczącej muchy kroków zająca

Muchy brzęczą dość głośno, a kroki zająca chyba są za ciche, żeby je usłyszeć.

 Momentalnie przestało obchodzić ją,

Przestało ją obchodzić – nie kładziemy akcentowanych jednosylabowców na koniec, to daje rosyjską prozodię. "Momentalnie" też mało fantastyczne.

 przerażona, by się tym przejmować. Zatrzymała się w zagajniku

Aliteracja, i to dwukrotna.

 paproci, których liście wyrastały ponad czubek jej głowy, zasłaniając błękitne niebo.

Tak to jest w zagajniku, nie?

 Nagle, z oddali dotarło

Albo wtrącenie: nagle, z oddali, dotarło; albo bez przecinka.

 Z kolei Płaskacz nie wydawał się udawać.

Niefantastyczne, zrymowane, nienaturalne: Za to Plaskacz chyba nie udawał.

 Z wytrzeszczonymi oczami i bladą z napięcia twarzą, przykucnął za drzewem.

Bez przecinka.

 taki sam, jaki stosowali rybacy podczas plecenia sieci,

Niezbyt naturalne (zresztą stosują zwykły węzeł nad ręką, ale to nieistotne) – podstawowym problemem jest to, że wyraźnie chcesz tu zbudować napięcie, a długie i rozbudowane porównania je rozluźniają, odsuwają czytelnika od sytuacji.

 po grzbiecie przeszedł nieprzyjemny dreszcz

Grzbiety mają raczej zwierzęta.

 Dla Ossalki było to zbyt wiele.

Dla Ossalki to było zbyt wiele.

 Łzy popłynęły jej z oczu obfitą strugą

Skróciłabym: Łzy popłynęły jej obfitą strugą.

 rozmywając ślady kurzu i brudu na opalonej buzi

Jesteś pewna?

 że z pewnością słyszały ją wszystkie leśne demony, co tylko przestraszyło ją jeszcze bardziej

To, że demony ją słyszały? Gubię się trochę. I czego ona się tak boi w końcu?

nie wiadomo kiedy

Nie wiadomo, kiedy.

 a ten przemarsz spod sosny, pod którą kucał, wydawał mu się osiągnięciem

Skaczesz po głowach.

 pchnął z grubsza w stronę ich wioski.

"Ich" zbędne.

 Widziałem, jak rano je zbierali.

Przeczytaj to głośno. Wymowne?

 No już.

No, już.

 nie chciał dać tego po sobie dać poznać

Nie chciał dać tego po sobie poznać.

 na samą myśl, co mógłby

Na samą myśl o tym, co mógłby.

Im bliżej znajdowali się wioski,

Im bliżej wioski się znajdowali. I – mało fantastyczne.

 zaszklone oczy

Czemu ona ma szyby w oczach?

oczy, wyglądające spomiędzy czarnych, potarganych kosmyków

Hmm.

 żwawo odszedł w stronę własnego domu. Jednak każdy kolejny krok stawiał coraz wolniej i wolniej

Nie dałabym głowy za ten opis.

 zatrzymał się przed obejściem, po którym kręcił się

Dwa "się".

 łbie, wciąż wpatrując się

Rym.

 przeczesał dłonią włosy, które skręcały mu się nad czołem i karkiem w, jego zdaniem, mało męskie kędziory

Skracalne.

 owionął go duszny zapach głogu i cebuli

Kwiaty głogu maja trochę duszny zapach, ale na krzaku. W chacie – nie wiem.

 sploty zaprawionych solą suszonych ryb

Sploty? I nie mogą być po prostu solone ryby?

 Ogień wypełniał izbę żarem, a dym wyciskał z oczu łzy.

Ale zapach głogu jeszcze czuć?

 nie słyszał nic poza

Nie słyszał niczego, poza.

 strzelaniem iskier z paleniska

To nie iskry strzelają, tylko drewno trzaska (paruje zawarta w nim woda).

 z kąta, który służył za ich posłanie dobiegł

Z kąta, który służył im za posłanie, dobiegł.

 zwalista sylwetka pochylała się pod zbyt niskim stropem

Dziwnie to brzmi.

 zataczając się, dopadł do niego

Dopadł go.

 pędzoną z głogu gorzałką

Po destylacji raczej nie będzie już czuć głogu. Zresztą, alkohol robi się raczej z owoców, niż z kwiatów – więcej cukru, większa wydajność.

 zakręcony kosmyk zsunął się chłopcu na oczy.

Może spadł? Szybciej i dynamiczniej.

 – Czego mi przerywasz, hę?!

Powtórzenie, i nie jestem przekonana do tej wypowiedzi.

 Stał mężnie wyprostowany

Stał, mężnie wyprostowany. Mężnie?

zdawał się mu być figurą

Zdawał się figurą. Skąd nagle ten patos?

 Brat oderwał spojrzenie od pracy, dojrzał chłopca

I dalej patos. Chcesz zrobić z Marcyla figurę mitologiczną, dobra, tylko po co?

 Chodź tu, zobaczysz, jak cię zleję!

To nie wygląda na braterskie przekomarzanki…

 No chodźże tutaj!

No, chodźże tutaj!

 Głos miał wyższy niżby chciał i brzmiał piskliwie

Nie on brzmiał, tylko jego głos, i powtarzasz informację.

 złapawszy go za koszulę

To też wtrącenie.

 Sypnął mu się już pierwszy zarost i Płaskaczowi wydawało się, że brat jest najprawdziwszym mężczyzną, zupełnie inaczej niż on sam, chudy, słaby i gładki jak brzuch ryby.

I myśli o tym tak szczegółowo, kiedy jest bity?

 posłusznie pochyliła

Aliteracja.

 Czy wiesz

"Czy" bym wycięła, bo to kolokwialna rozmowa.

 W Płaskaczu coś się złamało, nagle rozeźlił się tak, że zacisnął pięści i wspiął się na palce.

Trzy "się" w jednym zdaniu, chyba niepotrzebne.

 nie poruszył się, nadal rzucając wyzwanie bratu

Angielska konstrukcja z imiesłowem.

 mówił co wiem

Mówił, co wiem.

 chłopcu wydawało się, że ona jako jedyna wydaje się go rozumieć

Nie za dużo tego "wydawania"?

No tak

No, tak.

I co, do końca życia będziesz mielił czosnek na uroki?

Nie bardzo mi się to łączy logicznie.

 I myślę, że czas wreszcie dorosnąć, smarku.

Jak z amerykańskiego filmu.

 opuścił głowę, czując się jak

Rozdzieliłabym.

 A dobrze wam tak, ot co!

Idiom: I dobrze wam tak, ot, co!

 Jednak gdy krzyknął, pełen żalu i złości, brat go już nie słuchał,

Gdy to krzyknął.

 Jedynym odbiorcą jego groźby

Bardzo dziwnie to brzmi.

 rozdarł mu się wzdłuż szycia

Szwu, albo przeszycia.

 zrozumieć, co mogło to oznaczać

Zrozumieć, co to może oznaczać.

 coś co właśnie on

Coś, co właśnie on.

 będzie patrzyła na niego

Będzie na niego patrzyła.

zapomniała wtulona w matczyną pierś i teraz je

Wtrącenie: zapomniała, wtulona w matczyną pierś, i teraz je.

 już myślał, żeby zawrócić

Współczesne, i powtarzasz "myślał". Może: już chciał zawrócić?

 pod lichym płotem drobną, przykucniętą postać, która krzątała się nerwowo

To siedziała pod płotem, czy krzątała się?

 zagaił niby od niechcenia

Zagaił, niby od niechcenia.

 Speszył się tym brzydkim słowem, którego nie powinien używać przy dziewczynce i zastanawiał się właśnie jak je zatuszować

Zdecydowanie za długie i niezręczne.

 wydawała się go nie słuchać, jej wzrok już wrócił

Spojrzenie wróciło, i czemu wszyscy się jacyś wydają?

 Słuchasz ty mnie?

Nie widzę sensu tego powtórzenia.

 ewidentnie

Niefantastyczne.

 Pchnęła go w okolicy kolan

Konkretniej!

 Miał złe przeczucie, które spowodowało, że od razu rozbolał go brzuch.

Skróć: Od złych przeczuć rozbolał go brzuch.

kilka chwil między jego pytaniem a odpowiedzią Ossalki zdawały się

Kilka chwil między jego pytaniem a odpowiedzią Ossalki zdawało się wiecznością. Kropka. Nie tłumacz jak krowie na rowie.

 strach i obawa, że dzieje się coś bardzo niedobrego

Case in point. Wyjaśniasz to tak szczegółowo, powtarzając informacje, jakbyś uważała czytelnika za głupka.

 Żołądek Płaskacza fiknął koziołka, a zimny wiatr hulający między chatami zdawał się nagle nieść woń zgoła inną niż słodkiego, sosnowego dymu.

Rozdzieliłabym. I – raz tłumaczysz jak idiocie, teraz niedopowiadasz – męska decyzja. Ponadto – dym raczej nie jest słodki.

 przekazała to, czego Płaskacz zdążył się domyślić już sam.

Nie jest masztem GSM. Carissima, dobór słów jest sprawą podstawową nie tylko dla jasności przekazu, ale przede wszystkim dla wrażenia, jakie odniesie czytelnik.

 Płaskacz poczuł rodzące się w nim poczucie

Anglicyzm i powtórzenie: Płaskacz poczuł, jak rodzi się w nim odpowiedzialność…

 Kory dębowej… Ale to…

Garbniki, głównie. Zielarka powinna mieć takie rzeczy w domu.

 strach gdzieś ustąpił

Strach ustąpił. Albo gdzieś zniknął.

 Przed oczyma Płaskacza znów stanął widok martwego ślazora

"Widok" jest tu nadmiarowy.

 widział, jak zwierzęta padały

C.t.: padają.

 Zwierzak ten, zwykle potulny i dobry, wyglądał, jakby przed śmiercią wpadł w szał.

Ten konkretny zwierzak? Ale nawet wtedy "ten" jest zbędne.

 pogryzione jego nieprzystosowanymi do tego płaskimi zębami

Pokaż te ślady.

 Samo ciało z kolei

Albo "samo", albo "z kolei". Oba – to za dużo.

 

Wiesz, to jest całkiem ładne, tylko nieznośnie przegadane. Mam problem z wiarygodnością psychologiczną – standardowy zły ojciec? Znowu? Później postaram się wrócić i dokończyć, bo w tej chwili muszę zniknąć jak cień :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Hmmm. Na razie wygląda na klasyczną fantasy – quasi-średniowiecze, magowie. Motyw ze spaleniem zarażonej wioski też popularny. Czyli – lecisz po kliszach.

Wątek kamienia może być wyjątkowy, ale póki co jeszcze nie widać, czy to drobny artefakt, czy coś bardzo ważnego dla tego świata. A może nawet kryształ, w którym coś tam jest zmagazynowane… Tylko dlaczego cały kamień nie pomógł magowi ze strumienia, skoro chłopcu wystarczyło dotknąć, a potem jeszcze uzdrowił dziewczynkę?

No i zgadzam się, że przegadane.

warkoczem z wplecionymi weń morskimi kwiatami.

Są morskie kwiaty?

Babska logika rządzi!

Zależy, co rozumiesz przez kwiaty :) zresztą, fantasy.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nooo, przez kwiaty rozumiem niewielkie roślinki (kwitnąca wiśnia to drzewo, nie kwiat), które w celu rozmnażania wykształcają słupki, pręciki i całą tę resztę w otoczeniu płatków kontrastujących kolorem z liśćmi.

Nawet w fantasy pszczółki nie latają nad morzem, chyba że Autor udowodni mi, że jest inaczej.

Babska logika rządzi!

Nie muszą, są kwiaty wiatro– i nawet wodopylne, choć raczej w wodach słodkich. Ale zgoda, że coś takiego nie powinno być ozdóbką, tylko (jak już) rozwiniętym (he, he) elementem świata.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Eeee, te wiatropylne to już nie mają prawdziwych kwiatów. Takich dekoracyjnych – do wianka i wplatania we włosy.

Babska logika rządzi!

Tyż prawda.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Drogie panie, dzięki za komentarze! No, ja po prostu lubię takie wolnosnuje ;) I prawdą jest, że to dość schematyczne fantasy, nie siliłam się na szczególne światotwórstwo, więc przyjmuję na klatę; głównie zależało mi na opisaniu relacji bohaterów.

 

Tarnino, dzięki za obszerną listę uwag – niestety z przykrością muszę uprzedzić, że ze względu na chroniczny brak czasu może mi się nie udać ich wszystkich nanieść (jak widzisz te ze stycznia naniosłam dopiero w kwietniu, ech…), a nie chciałabym marnować Twojego czasu, więc jeśli jeszcze będziesz wracać do lektury, to nie chcę Cię naciągać na łapankę :) Ale cieszę się, że mimo mojego wodolejstwa i dość standardowego punktu wyjścia lektura Cię nie zmęczyła.

 

Co do morskich kwiatów – nie poświęciłam temu jakiejś szczególnej uwagi ;D

 

Pozdrowionka!

"Bądź spokojny: za sto lat wszystko minie!" ~Ralph Waldo Emerson

Znaczy, nie spieszyć się? ^^

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tak, Tarnino. Ja też pisanie w slow motion ;)

"Bądź spokojny: za sto lat wszystko minie!" ~Ralph Waldo Emerson

Interesujące opowiadanie, wciągające. Podobał mi się motyw z czarodziejskim kamieniem, w sumie chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej na ten temat.

Podoba mi się otwarte zakończenie (takie są najlepsze ;)). Jasne, przeczytałam wstęp, więc wiem, że Ossalka nie zginie, ale fajnie, że tak to zostawiłaś.

Świetnie się czyta.

Fajne :)

 

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka