- Opowiadanie: MM99 - Wóz

Wóz

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Wóz

Droga z Massalli do Avaricum jest prawie zupełnie prosta. Za względu na ukształtowanie terenu musi skrzywić się tylko kilka razy, żeby ominąć pagórek lub wijącą się w pobliżu rzekę Aksonę. Przeszkody te nie wydłużają jej jednak za bardzo, więc uważa się powszechnie, że droga nie mogła zostać poprowadzona lepiej, zwłaszcza że pomimo swojej długości cała znajduje się na terytorium jednego państwa – Alezji.

Problemy pojawiają się właściwie tylko w przez kilka miesięcy. W porze deszczowej droga jest czasami zalewana przez wspomnianą już rzekę, a w zimie zasypywana przez obfite opady śniegu. Ta druga kwestia nie ma jednak większego znaczenia, ze względu na doskonale zorganizowany cech drogowców, dbających o przejezdność trasy. W porze zimowej pojawia się niestety znacznie większy problem – śnieżne monstra.

Istnieje mnóstwo teorii, opowiadających skąd właściwie się one wzięły, ale zajmujący się podobnymi sprawami uczeni z wieży w Farsalos nie zdołali jak dotąd stwierdzić, która z nich jest najbardziej prawdopodobna. W grę wchodzi urok rzucony na krainę przez umierającego czarnoksiężnika Gnejusza, kolejny krok w ewolucji tutejszej odmiany Yeti, czy też wynik testów balistycznych przeprowadzanych w pobliżu przez oddziały specjalne Gergowijczyków. Z powodu tej nieokreśloności naukowcy nie zdecydowali się jeszcze na nadanie im odpowiednio klasyfikującej je nazwy, przez co określało się je w tym okresie jako monstra lub potwory, a każdy i tak wiedział, o co chodzi.

Jedno wiemy na pewno, każdej zimy w okolicy pojawiają się grupy trzymetrowych, śnieżnobiałych humanoidów z całkowicie niebieskimi oczami, które napadają na przejezdnych oraz rabują wieziony przez nich ładunek. Dla śnieżnych monstrów nie stanowi większej różnicy czy napadają na większe grupy, czy pojedynczych wędrowców. Zależnie od sytuacji zmienia się tylko ich taktyka walki. Szybkie doskoki i odwroty lub frontalny atak zakończony kradzieżą majątku podróżnych, lub nawet porwaniem grupy ludzi.

Z tego względu Arnold powinien uważać się za szczęściarza. Zdecydował się bowiem na samotną podróż, najnowszym cudem techniki nazwanym od nazwiska wynalazcy rowerem, a natknął się tylko na dwa osobniki, które w dodatku będąc niezwykle zaskoczone jego pojawieniem się, dały się pokonać dość łatwo. Zanim jednak zostały zabite i spoczęły na poboczu jako kupa śniegu, jeden z nich ewidentnie niedostatecznie uważnie patrząc pod nogi, nadepnął mu na rower, co uniemożliwiło dalsze jego użytkowanie.

Summa summarum, Arnold siedział przy drodze na rzeczonej kupie śniegu, która dzięki niskiej temperaturze powietrza nie topniała nawet przykryta kocem i czytając książkę czekał, aż ktoś będzie akurat przejeżdżał. Co jakiś czas wstawał i rozglądał się bardziej szczegółowo, ale mimo już trzech godzin czekania nikt się nie zjawiał. Arnold czekał jednak cierpliwie, martwiąc się tylko malejącą w zastraszającym tempie ilością kawy w termosie.

W końcu, kiedy Arnold po raz nie wiadomo który, podniósł głowę znad książki, zobaczył zbliżający się z południa pojazd. Dla pewności przetarł okulary i spojrzał ponownie w stronę spodziewanej pomocy. Faktycznie, powolnym tempem do jego stanowiska przy drodze zbliżał się wóz ciągnięty przez dwa jaki. Odetchnął z ulgą i zaczął pakować swoje rzeczy. Nie było to zresztą zbyt trudne, bo podróżował z jednym tylko plecakiem. Nienadające się już do niczego resztki roweru postanowił mało ekologicznie porzucić przy drodze.

W miarę zbliżania się pojazdu Arnold patrzył na niego z coraz większym zdziwieniem, bo okazało się, że owe jaki, nie były zwykłymi jakami, które spotyka się w większości tutejszych gospodarstw, a jakimś dziwnym gatunkiem, którego pomimo swojego gruntownego wykształcenia nie potrafił zidentyfikować. Kształt grzbietu, głowy i wierzchnia sierść faktycznie przywodziły na myśl jaka, ale te zwierzęta wydawały się jakby bardziej umięśnione a na głowach miały dłuższe rogi. Najbardziej jednak dziwiły ich oczy, które były w zasadzie małymi ogniskami umieszczonymi w oczodołach zwierząt i patrzącymi się non stop przed siebie. Wóz poruszał się w zasadzie bezgłośnie. Była to kolejna rzecz, która powinna zdecydowanie dawać do myślenia.

Wóz prowadził ubrany w zimowy płaszcz, z zatkniętym za pas rewolwerem i czapkę z nausznikami mężczyzna. Ciężko było określić jego wiek, bo większość twarzy zakryta była brodą, ale na podstawie głosu Arnold stwierdził, że jego rozmówca mógł mieć około trzydziestu lat, czyli byli mniej więcej w tym samym wieku.

– Witam kolegę – powiedział powożący wozem – problemy na trasie?

– Tak, zdecydowanie – Odpowiedział Arnold, wskazując na górkę śniegu będącą jeszcze kilka godzin temu lodowym monstrum – to były tylko dwa problemy. Trzeci i największy polega na tym, że zniszczyły mi rower.

– Co?

– Rower – powtórzył Arnold i wskazał na leżący z boku zniekształcony i niedający się już do niczego pojazd – nowy wynalazek. Służy do przemieszczania się.

– Tak? A nie wygląda – odparł woźnica, drapiąc się po zarośniętym policzku – W każdym razie, oferuje podwózkę. Na drodze trzeba pomagać no nie?

Arnold wziął swój plecak i wgramolił się na miejsce obok woźnicy na ławeczce. Mężczyzna w zimowej czapce natychmiast strzelił lejcami i zwierzęta bezgłośnie ruszyły miejsca.

– Arnold – powiedział pasażer, wyciągając rękę w stronę nowego znajomego.

– Harald – odparł zagadnięty, mocno ściskając dłoń Arnolda – rzuć ten plecak do tyłu na wóz, będzie więcej miejsca.

Poproszony faktycznie rzucił plecak za siebie, po czym wzdrygnął się zaskoczony, słysząc, że wywołał tym stłumiony jęk dobiegający jakby z umieszczonych na wozie pakunków.

– Słyszałeś to? – spytał, odwracając się.

– No – Harald najwyraźniej nie widział w tym nic nadzwyczajnego – Elf chyba odzyskał przytomność.

– Co? Elf? – Arnold przesunął nieco kilka worków na wozie i zobaczył związanego mężczyznę z dużymi jaskrawozielonymi oczami, które patrzyły do góry nie do końca świadomym wzrokiem. – A czemu on jest związany?

– Bo go związałem no nie? – Harald wyciągnął zza pazuchy fajkę, trzymając lejce jedną ręką. – Masz może tytoń?

– Oczywiście, ale chyba wolałbym się najpierw dowiedzieć, czemu wieziesz na wozie związanego i nieprzytomnego elfa – Arnold przesunął się nieco w bok na ławeczce, spoglądając czujnie na Haralda.

Woźnica spojrzał na niego ponurym wzrokiem.

– Dziad próbował mnie oszukać na kartach. A teraz naprawdę chciałbym pożyczyć trochę tytoniu.

 

Po chwili obaj pykali fajki, zmierzając w stronę Avaricum. Harald w pełnym spokoju i trzymając w rękach lejce, Arnold wręcz przeciwnie czyli w pełnym napięciu spoglądając niespokojnie na towarzysza. Elf tymczasem w pełni odzyskał już przytomność i wbijał pełny nienawiści wzrok w plecy woźnicy. Sytuacja prezentowała się więc dość niezręcznie, co jako pierwszy postanowił przerwać Arnold.

– No dobrze, ale jak właściwie chciał cię oszukać?

Harald wypuścił z ust większy niż do tej pory kłąb dymu, po czym odpowiedział.

– Dzisiaj rano w karczmie pograłem chwilę w oczko. Po jakimś czasie do gry wszedł ten elf. Kilka rund później był już w dużej mierze spłukany, ale nie chciał się wycofać. Pewnie myślał, że za chwilę karta się odwróci, wiesz jak to jest. W każdym razie, w końcu postawił swój wóz. Jak się pewnie domyślasz, przegrał. Tylko że dziad nie pogodził się z tym, że przegrał i nie chciał mi dobrowolnie oddać tego wozu.

W tym momencie przerwał, bo wyjęta z ust fajka przygasła i Harald próbował podpalić tytoń od nowa, przekazując lejce Arnoldowi.

– No i co? – dopytał pasażer.

– Doszło do niewielkiego mordobicia, po którym wóz jest już mój. Prosta sprawa.

Harald włożył zapaloną fajkę do ust i odebrał lejce.

– W porządku, to wziąłeś wóz, ale dlaczego wieziesz go ze sobą?

– Na policje cholera, niech zamkną drania. – stwierdził zimno Harald – gra w oczko, rzecz święta.

Arnold pokiwał głową. W kulturze Alezji, oczko nie tylko jest grą niezwykle przez wszystkich szanowaną, ale oficjalny charakter idących za nią zakładów zagwarantowany był przez specjalnie ustalone normy prawa cywilnego. Krótko mówiąc, uchylanie się od wykonania zakładu wynikającego z gry w oczko wiązało się z dotkliwymi karami finansowymi, bądź nawet pozbawieniem wolności.

– Gorzej – odezwał się po chwili milczenia Harald – że nie mam pojęcia, co to jest właściwie za wóz.

– Ja też, nigdy nie widziałem niczego podobnego – odparł Arnold, poprawiając okulary – zwłaszcza jeśli chodzi o te zwierzęta. Miałeś z nim jakieś problemy w drodze?

– Nie. W sumie to dość dziwne. Te zwierzęta nie wydają żadnych dźwięków. Poruszają się strasznie cicho, a jak stoją w miejscu to w ogóle się nie ruszają i gapią cały czas do przodu.

– Niespotykane.

Arnold wyjął z plecaka notatnik i coś w nim zapisał.

– Próbowałeś się czegoś dowiedzieć od elfa?

– Nie no, cholera wie co oni umieją robić. Jeden znajomy kiedyś mówił, że elfy mogą rzucać uroki tylko przez rozmowę. Wolę nie ryzykować.

Gdyby któryś panów patrzył akurat do tyłu, mógłby zauważyć jak związany więzień wywraca oczami z niedowierzaniem.

– Ależ skąd. To niemożliwe. Elfy w ogóle rzadko zajmują się magią. Pracują z nią tylko ich kapłani, w ramach obrzędów religijnych i wynalazcy z ich instytutów.

– A tam, wolę nie ryzykować – stwierdził Harald, zerkając przez ramie na więźnia – a ty skąd właściwie się tak na tym znasz?

Arnold wzruszył ramionami.

– W sumie to nie jest moja specjalność, ale trochę zapamiętałem ze studiów.

– A co tutaj robisz co? Bo z tego, co słychać to powinieneś raczej teraz siedzieć w jakichś laboratoriach czy czym tam.

– No, właściwie to tak powinno być – stwierdził Arnold – ale Farsalos, zostało zmuszone przez władze Alezji do głębszego zbadania zjawiska śnieżnych monstrów. Wygląda na to, że król chce się w końcu pozbyć problemu. W każdym razie kapituła wysłała mnie z misją, żebym znalazł jakieś ich gniazdo, które jak ustalono, znajduje się mniej więcej w tej okolicy.

– Samego cię wysłali? – zdziwił się Harald – trochę ryzykowne, no nie?

– W teorii, ale większa grupa mogłaby ściągnąć na siebie ich uwagę. Samemu mogę się gdzieś zaczaić, zacząć śledzić jakąś grupę monstrów wracającą z wypadu i znaleźć gniazdo… taki przynajmniej miałem plan. Problem w tym, że krążę tu po okolicy już od tygodnia i jedyne monstra, które napotkałem to te, których resztki widziałeś przy drodze.

– Jak na złość, no nie? Chcesz ich znaleźć, to akurat ich nie ma, a modlisz się przez całą drogę żeby ich nie było, to zawsze cię znajdą.

Arnold tylko pokiwał głową w odpowiedzi.

– A jak już znajdą to gniazdo? Wątpię, żeby król będzie chciał faktycznie wysyłać wojsko do takiej roboty. Pewnie wolałby załatwić śnieżnych jakimś tańszym sposobem.

– Zdecydowanie. Dlatego zaangażował do tego nas. Z tym, że żebyśmy mogli opracować jakiś sposób, musimy mieć więcej informacji na ich temat. Tu właśnie wracamy do mojej roli.

– A masz w tym jakieś doświadczenie? – Harald zmierzył Arnolda krytycznym spojrzeniem.

– Żadne – przyznał Arnold – pewnie po prostu stwierdzili, że jak jestem najmłodszy, to dam sobie radę w jeżdżeniu rowerem w kółko przez Bóg wie ile czasu. Poza tym miałem też niezłe wyniki na strzelnicy, więc teoretycznie powinienem sobie poradzić, gdyby była taka potrzeba. A teraz już nawet nie mam roweru, to pomyślałem, że pojadę do Avaricum, posiedzę tam chwilę i pomyślę co dalej. Bo jakby nie patrzeć pierwotny plan nie wypalił.

– Ano nie.

Po tej wymianie zdań nastała dłuższa chwila ciszy, w czasie której obydwu towarzyszom podróży zdążyły się wypalić fajki. Skrępowany elf zdołał natomiast przekonać się o bezskuteczności tarcia wzmocnionym magią i elfimi metodami przemysłowymi sznurem o wystający z wozu gwóźdź celem jego przecięcia.

– Trochę się ściemnia – powiedział w końcu Harald. – zatrzymajmy się tu na postój. Będziemy w Avaricum jutro koło południa.

Mówiąc to, pociągnął nieco mocniej prawy koniec lejc, kierując zwierzęta wraz z wozem na pobocze.

 

Zdecydowali się nie rozbijać wielkiego obozu przy drodze, więc prowizoryczne obozowisko składało się z położonego w środku ogniska, śpiworów w jego pobliżu i przywiązanego do pobliskiego drzewa elfa. Harald wbił również w ziemię nie daleko ogniska kord, co stanowiło chyba jakiś jego szczególny zwyczaj.

Nie czekali na szczególne miejsce tylko po prostu zjechali z drogi na położona zaraz obok polanę, której granice wyznaczała z jednej strony droga, a z drugiej jeden z wielu w okolicy niewielkich zagajników. Ustawili się wobec tego tak, żeby mieć ten zagajnik przed sobą w razie gdyby w nocy doszło do wiadomego rodzaju niedogodności.

Zastanawiające było zachowanie zwierząt ciągnących wóz. W sumie bardziej pasowałoby określenie brak zachowania, bo te dziwne stworzenia stały tylko bez ruchu, patrząc się swoimi ognistymi oczami w dal. I tak cały czas. Nie wydawały nawet najmniejszego dźwięku. Mimo że Harald uprzedził Arnolda podczas jazdy, że tak się właśnie zachowują podczas postojów, to jednak oglądanie tego na żywo był i tak dość ciekawe.

Arnold starał się obserwować zwierzęta i notować najważniejsze spostrzeżenia w zeszycie, z tym że nie bardzo było co notować. Z każdą próbą kończyło się to tak, że po prostu siedział skonfundowany, próbując skojarzyć te nowe stworzenia z czymś znajomym. Zainteresował go natomiast sam wóz, który zwierzęta ciągnęły, bo ile wcześniej wydawało mu się, że jest on zupełnie zwyczajny, o tyle teraz zauważał w nim kilka specyficznych elementów. Był on zrobiony, ze szczególnego rodzaju drewna, którego słoje miały kształt ósemek, a na krawędziach był umieszczony bliżej niezidentyfikowany metal.

– Co one właściwie jedzą? – zagaił po dłuższym okresie milczenia Arnold.

– Nie mam pojęcia. – odparł Harald, żując kawałek suszonego mięsa – po drodze rzucałem im różne rzeczy, ale nawet nie zwróciły na to uwagi.

– Czyli od rana nic nie jadły tak?

– No.

– Może spytajmy elfa, bo mogą nam gdzieś zemdleć po drodze, jak nic nie zjedzą.

– Chłopie mówiłem ci, że nie chcę ryzykować – Harald schował resztę jedzenia do plecaka i położył się na wznak, przykrywając się śpiworem. – staniesz pierwszy na warcie?

To najprawdopodobniej nie było tak pytanie, tylko raczej sposób na zakończenie dyskusji, gdyż Harald natychmiast po zadaniu go obrócił się na bok tyłem do ognia, a więc też od towarzysza podróży. Jego zachowanie sprawiało, że Arnold faktycznie wolał stanąć pierwszy na warcie… tak dla pewności.

Siedział więc przy ogniu spoglądając na wóz. Przy niezbyt jaskrawym tej nocy świetle księżyca i gwiazd, widoczne były tylko niewyraźnie oświetlone przez światło z ogniska kształty zwierząt oraz oczywiście wpatrzone w dal płonące oczy. Po kilku takich chwilach Arnold wstał od ogniska i niepewnie podszedł do zwierząt. Zero reakcji. Zbliżył twarz do oka jednego z nich. Zero reakcji. Dotknął lekko grzbietu drugiego. Zero reakcji.

Nieco zrezygnowany Arnold cofnął się kilka kroków i zerknął przez ramię na elfa. Nastawienie więźnia nie zmieniło się w sposób wyraźny przez ostatnie kilka godzin. W dalszym ciągu niewiele miał do zrobienia poza patrzeniem wściekłym wzrokiem. Arnold skontrolował czy Harald faktycznie jest odwrócony do niego plecami, po czym powoli ruszył w stronę elfa. Nie chciał go oczywiście wypuścić, ale po prostu nie mógł już wytrzymać z ciekawości i planował dowiedzieć się czegoś o wozie u źródła, czyli u jego właściciela.

Znajdował się już około metra od więźnia. Otwierał już usta, żeby zadać pytanie. Wyciągał rękę, żeby wyjąć mu knebel z ust, kiedy zwaliło go z nóg uderzenie wielkiej kuli śniegowej.

 

Jest to swego rodzaju innowacja, którą do techniki prowadzenia walki wprowadziły śnieżne monstra. Polega na spowolnieniu i zdezorientowaniu przeciwnika poprzez obrzucenie go śniegiem. Przy sprawnym przeprowadzeniu może to ustawić całą walkę, jednakże jest skuteczne jedynie w obecności elementu zaskoczenia. Szczęśliwie dla śnieżnych monstrów akurat w tej sytuacji on występował, nieszczęśliwie… dotyczył tylko jednego z obecnych w obozie podróżników.

W czasie kiedy Arnold próbował wygrzebać się ze śniegu, monstra wbiegły do obozu, wykrzykując okrzyki bojowe w sobie tylko znanym języku. Wyglądały tak jak zwykle. Coś w rodzaju bardzo wysokich ludzi, o chorobliwie białej skórze i niebieskich oczach bez białek. Była to spora grupa około trzydziestu potworów, ubranych w coś przypominającego skórzane worki i uzbrojone w kije, konary i proce.

Po krótkiej chwili byli już zaangażowani w walkę z Haraldem, który nadspodziewanie szybko wygrzebał się spod śpiwora i zaatakował. Na swoje szczęście okazał się człowiekiem bardzo ostrożnym i kładąc się spać, załadował swój rewolwer i położył go zaraz obok swojego śpiwora. Sześć strzałów później na obóz nacierało już cztery potwory mniej z tym że było to dość mało w porównaniu z ilością wciąż żyjących monstrów.

Harald chwycił więc wbity nieopodal ogniska kord i rzucił się do walki wręcz. Nie można powiedzieć, żeby w zaistniałej sytuacji miał duży wybór, ale było to jednak działanie delikatnie mówiąc ryzykowne. Postronny obserwator mógłby być pod wrażeniem jego szermierczych umiejętności, mógłby nawet stwierdzić, że z nieco mniejszą liczbą przeciwników dałby sobie radę bez trudu, ale niestety nie miał do czynienia z mniejszą liczbą przeciwników. Monstra szybko więc sprowadziły go do głębokiej defensywy mocnymi uderzeniami kijów.

Wygrzebawszy się ze śniegu, Arnold zastał zatem nie najlepszy rezultat walki. Harald został zepchnięty w okolice drzewa, z przywiązanym elfem i rozpaczliwie starał się trzymać potwory na dystans. Sam elf nie wyglądał zresztą jakby zwracał na całą sytuację jakąś szczególną uwagę, mimo że znalazł się w samym centrum wydarzeń. Arnold podbiegł więc do wozu i za pomocą wyciągniętego z wnętrza plecaka rewolweru zmienił kolejne dwa monstra w kupy śniegu. Rzecz jasna tym sposobem zwrócił na siebie uwagę części potworów, które rzuciły się teraz w jego stronę.

Arnold wystrzelił ostatni nabój, trafiając kolejnego potwora w ramię, po czym wskoczył na ławeczkę i pociągnął za lejce, dając zwierzętom sygnał do ataku. Te oczywiście natychmiast ruszyły, a kolejne strzepnięcie lejcami sprawiło, że jeszcze przyspieszyły. Monstra rozstąpiły się przed jadącym dość szybko wozem ciągniętym przez uzbrojone w długie i ostre rogi zwierzęta, próbując jedynie trafić powożącego uderzeniami kijów.

Walczące dotąd z Haraldem potwory, najwyraźniej również poczuły się nieswojo na widok jadącego w ich stronę wozu, wycofały się kilkanaście metrów w stronę zarośli. Arnold zatrzymał zwierzęta przy drzewie. Podniecony walką Harald natychmiast wskoczył na pokład.

– Już mi wystarczy. Spieprzamy stąd!! – wrzasnął towarzyszowi do ucha.

– Czekaj nie możemy go tu przecież zostawić – Arnold rzucił lejce Haraldowi i zeskoczył z wozu.

Niestety mniej więcej w tej samej chwili monstra przełamały swoje wątpliwości i ponownie zaatakowały, tym razem szarżując jedną grupą. Harald podniósł się na nogi i wycelował w nie mieczem, wykrzykując w ich stronę mało kulturalne określenia.

Arnold podbiegł do elfa. W oczach tamtego nie było ani trochę strachu mimo że w trakcie walki został trochę poturbowany, przez atak hordy potworów. Widząc zbliżającego się człowieka, elf zaczął wykonywać oczami i twarzą ruch, który mógł znaczyć tylko i wyłącznie domaganie się aby najpierw wyciągnięto mu knebel. Arnold mimo że nieco zdziwiony jego priorytetami, spełnił jego żądanie. Kiedy tak się stało elf krzyknął jakieś słowo w swoim języku i wtedy stało się coś dziwnego.

Zupełnie beznamiętne do tej pory zwierzęta nagle tupnęły przednimi nagami. Przez wóz przebiegło coś przypominającego impulsy elektryczne, tylko że w kolorze czerwonym. Następnie zwierzęta zderzyły się bokami rogów i otworzyły paszcze, z których wypłynęły nagle strumienie żywego ognia. Po śnieżnych monstrach, będących na linii strzału i w pobliżu nie pozostał nawet śnieg. Tam, gdzie znajdowała się wcześniej szarżująca grupa potworów, została tylko kałuża błota i ślady spalonych doszczętnie drzew.

 

Cisza. Przez następnych kilka chwil Arnold i Harald byli w stanie tylko i wyłącznie gapić się na zwierzęta, które swoim zwyczajem wróciły do stania w bezruchu i spoglądania przed siebie. Obaj podróżnicy znajdowali się dokładnie w tych samych pozycjach, które zajmowali w momencie zakończenia walki. Żaden z nich nie był na razie w stanie zareagować. W końcu niezręczne milczenie przerwał elf.

– Panowie, wiem że mieliśmy swoje niesnaski. – stwierdził niechętnie – ale teraz chyba możemy już o tym zapomnieć i iść swoją drogą co?

Arnold i Harald spojrzeli na siebie niepewnie. Zachowywali się tak jakby wybudzali się z długiego snu, albo jakby odzyskiwali przytomność.

– Co tu się w ogóle… co to są za zwierzęta – wykrztusił w końcu Harald, zapominając najwyraźniej, że miał z elfem na wszelki wypadek nie rozmawiać.

– Mumaki. Z tym że same z siebie nie mogą robić takich rzeczy, dopiero połączone istotowo z wozem.

– Słucham? – uaktywnił się Arnold

Półelf westchnął przeciągle.

– To pomysł naszych kapłanów. Nie jestem pewien jak do tego doszli, ale za pomocą magicznych eksperymentów udało im się połączyć istotowo mumaki ze specjalnie do tego celu wybudowanym wozem. Generalny koncept polega na tym, że ciągnięty przez nie wóz wytwarza sporo naturalnej magicznej energii, która na odpowiedni sygnał przepływa przez zwierzęta i wydostaje się w postaci ognia. Przejdźmy jednak do nieco bardziej istotnej dla mnie sprawy.

Elf poprawił swoja pozycje siedzącą, na ile było to możliwe będąc związanym.

– Uratowałem wam życie, więc można powiedzieć że jesteśmy kwita i możecie mnie wypuścić i nie domagać się wozu. Jakby dowiedzieli się u mnie w kraju, że oddałem go ludziom… lepiej by było, gdybym w ogóle nie wrócił. Zapomnijmy proszę o całej sprawie.

Arnold zerknął na Haralda, który westchnął ciężko, ale ostatecznie zeskoczył z wozu i przeciął kordem więzy elfa. Ten wstał i przeciągnął się tak mocno, że chrupnęło mu chyba we wszystkich stawach. Po czym wymierzył Haraldowi prawego prostego, który trafił go idealnie w nos. Uderzony wylądował wskutek tego na ziemi, ale dość szybko się podniósł i chyba nie planował odwdzięczać się elfowi podobnym ruchem.

– W porządku, prawdopodobnie zareagowałem wcześniej trochę za ostro. – przyznał niechętnie Harald. – teraz już na pewno możemy powiedzieć, że jesteśmy kwita.

Elf pokiwał spokojnie głową masując pięść. W dalszym ciągu wyglądał na zupełnie niewzruszonego tym co działo się wokół niego. Jedyną częścią ciała, która wyrażała jakieś emocje były duże zielone oczy, obrazujące nieskrywaną niechęć do obydwu rozmówców. Stalowe nerwy, były zdecydowanie jedną z najbardziej charakterystycznych cech elfów.

– Dobra, to miło było. – powiedział w końcu, odwracając się w stronę wozu – Wybaczcie, że tak sobie po prostu pojadę, ale nie mam za bardzo ochoty z wami rozmawiać – Zwinnie wskoczył na miejsce woźnicy – lepiej się jednak jedzie, siedząc na tym miejscu.

– Czekaj – odezwał się Harald – niesamowita sprawa z tym wozem i w ogóle wygląda na to, że jest dla ciebie ważny. Po cholerę żeś się o niego zakładał?

Elf skrzywił się.

– Sam nie wiem. W tamtej chwili z jakiegoś powodu wydawało mi się to sensowne. Tutaj też proszę was uprzejmie… zapomnijmy o całej sprawie.

Po tych słowach rzucił w stronę zwierząt jakieś kolejne słowo w języku elfów, po którym zwierzęta ponownie zderzyły się rogami. Po raz kolejny przez wóz przepłynęły jakby impulsy elektryczne i wóz razem ze zwierzętami i woźnicą nagle rozjarzył się bardzo jasnym światłem, po czym zniknął.

– Dobra – stwierdził po chwili Arnold – może jak doniosę o tym wszystkim do Kapituły, to mnie nie wywalą z roboty za niewykonanie zadania.

– Może – Harald wyciągnął zza pazuchy fajkę, ale jakby rozmyślił się zaraz przed włożeniem jej do ust – Poczekaj moment. Gdyby król miał kilka takich wozów, to pewnie mógłby się szybciej rozprawić ze śnieżnymi monstrami, no nie?

– No, na pewno.

– Czyli że taka informacja mogłaby być sporo warta na dworze. Zwłaszcza że zaoszczędziliby na badaniach w Farsalos, no nie?

– Fakt. – Arnold zaczynał rozumieć, o co chodzi towarzyszowi – Król mógłby ponegocjować z elfami o kooperacji w sprawie monstrów. Ciekawe ile dokładnie mógłby zyskać ktoś, kto dostarczyłby taką informację.

– Sprawdźmy – odparł Harald, zarzucając plecak na ramię – Avaricum jest już niedaleko, a tak się składa, że jesteśmy zaraz obok drogi.

Arnold pokiwał głową i podniósł też swój plecak. Po chwili obaj szli już drogą w stronę stolicy, nie zwracając uwagi na to, że dalej panuje bezgwiezdna noc. Kilkadziesiąt metrów dalej stwierdzili zgodnie, że Avaricum jednak nie znajdowało się tak blisko jak im się wydawało, co dość oczywistym stwierdzeniem skwitował Harald.

– Cholera, przydałby się wóz…

Koniec

Komentarze

Anonimie, zgodnie z regulaminem teksty należy opublikować pod własnym nickiem. Do godz. 22 masz czas na ujawnienie autorstwa utworu, w przeciwnym razie zostanie on zdyskwalifikowany. 

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Ogólnie podobało mi się. Opowiadanie w niewymuszony sposób wpisalo się w tematykę konkursu (i w końcu nie jest o tramwaju :P ). Wóz i niezwykłe jaki to oryginalny pomysł. Nie podobało mi się, że dopiero przy scenie walki dałeś opis śnieżnych monstrum. Do tej pory zdążyłam wyobrazić je sobie zupełnie inaczej. Końcówka do mnie nie przemówiła – taka bajkowa opowieść, a i tak musi kończyć się rozmową o pieniądzach ;) Ale ostatnie zdanie do bólu prawdziwe

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

 

Fantasy :/

W sumie – dość ciekawe. Ale jednak raczej o niczym. Taka migawka.

No i ten postmodernizm – elfy, Galowie, magia… Brakło tylko ksenomorfów i wiedżmina :P. Czyta się płynnie, acz czasem trochę skrzypi – a to jakiś infodump srogi, a to przefajnowujesz…

Ze szczegółów:

– “musi skrzywić się” – drogi się kraywią? raczej zakręcają;

– “nie daleko” – niedaleko;

– “tego na żywo był i tak” – było;

– kije, konary” – a konar to nie kij?

 

Przeczytałem bez bólu, ale długo w głowie nie zostanie!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Fabuła: Infodump na początek, trochę niefajnie. Potem, kiedy na swoim kolorowym powozie w pełnej krasie wjechała groteska, zrobiło się trochę ciekawiej. Ogółem całkiem fajny i momentami zabawny tekst, tylko w końcówce (no, poza ostatnim zdaniem) trochę niepotrzebnie skręca w poważne strony. Może nie arcydzieło, ale też nie ma tragedii.

Oryginalność: Nieco recyklingu sztampowych motywów fantasy celem ich obśmiania, dorzutka kilku współczesnych elementów dla podkreślenia absurdu. Najciekawiej wypadł chyba wóz i jego magiczny "KERS" pozwalający jakom ziać ogniem.

Styl: Sporo prostych błędów, można to poprawić. Powtórzenia, momentami niewłaściwy zapis dialogów, albo rozdeptany niczym rower Arnolda szyk zdania: "Wóz prowadził ubrany w zimowy płaszcz, z zatkniętym za pas rewolwerem i czapkę z nausznikami mężczyzna."

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Spełnienie podstawowego założenia – fantastyczny środek transportu – jest.

Lekko absurdalny, groteskowy tekst, w którym się nieco pogubiłam miejscami. Monstra stworzone są ze śniegu (to skąd skóra)? Czy pokonane się w niego zmieniają? To błąd, czy elementy absurdu? 

Sam pomysł na wóz i sprzężone z nim magiczne zwierzęta ciekawy, chociaż przedstawiony w dość prostej historyjce.

Trochę usterek w tekście jest, np. niefortunnie zbudowane zdania, powtórzenia. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wracam z komentarzem jurorskim.

 

 

Gdzieś w pół drogi między typową fantasy a jej pastiszem. Sprawnie napisane, więc dobrze się czyta. Najciekawsze chyba jest w nim ogrywanie nietypowych gadżetów (rower!) i niewymuszony humor. Akcja, niestety, trochę zaczyna się rozłazić przy za długiej końcowej bijatyce.

Językowo wymaga trochę poprawek, ale generalnie na plus. PS. Droga z Massalii do Avaricum (z Marsylii do Bourges) taka znowu prosta nie jest, parę górek po drodze się znajdzie, i to sporszych :D

Pomysł był, nawet niezły, ale co z tego, skoro utonął w masie błędów i usterek. Postanowiłam nie dzielić się wrażeniami z lektury, albowiem Autor nie ma zwyczaju odpowiadać na komentarze czytelników.

Wykonanie, jak wspomniałam, pozostawia bardzo wiele do życzenia, ale ponieważ Autor nie ma też zwyczaju poprawiać opowiadań, uznałam, że szkoda mojego czasu na robienie łapanki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka