- Opowiadanie: Konrad1399 - Opowieści z Wszechdrzewa - Asystent Czarodzieja część 2

Opowieści z Wszechdrzewa - Asystent Czarodzieja część 2

Oceny

Opowieści z Wszechdrzewa - Asystent Czarodzieja część 2

Gordon czuł się bezsilny. Jego uczeń zmaga się teraz z czymś, czemu żaden czarodziej nie mógłby zaradzić. Co z niego za mistrz, że nie potrafi pomóc swojemu uczniowi. I on musiał czymś zabić myśli. Przypomniał sobie o próbce gleby, którą wczoraj zebrał w puszczy, w całym tym zamieszaniu zupełnie wyleciało mu to z głowy. Ciągle chował ją w szacie. Czas zająć się czymś pożytecznym – pomyślał. W tym celu poszedł do swojej pracowni znajdującej się w pomieszczeniu sprawiającym wrażenie jakby doczepionego do reszty budynku, bo łączyła go zaledwie jedna ściana. Miało to na celu zwiększenie bezpieczeństwa jak również zapewnić obieg powietrza przez okna w każdej z pozostałych trzech ścian. Pod podłogą pracowni znajdowała się też piwniczka gdzie Gordon trzymał składniki podatne na światło słoneczne.

Mag przeprowadził na próbce cały szereg badań, a żaden z wyników nie był zgodny z normami. Podczas jednego z nich – testu na obecność magii o mało nie wysadził pracowni. Czyżby stało się to za sprawą tej energii o której powiedział mu Filip? Strach pomyśleć co się stanie, gdy jeszcze bardziej się rozprzestrzeni.

Nie wiedział, na ile może być to pomocne dla swojego ucznia, ale postanowił przekazać mu wszystko, czego się dowiedział. Jego jednak nie było w domu.

 – Hanno, nie wiesz gdzie poszedł Filip? – spytał swojej gospodyni.

 – Od prawie dwóch godzin jest na zewnątrz. I zdaje się, że z kimś rozmawia – odparła zaciekawiona. – Jeśli to gość, to powinien zaprosić go do środka.

 – A z kim on miałby teraz rozmawiać? Pójdę do niego, muszę mu o czymś powiedzieć.

 – Nie zapomnij zaprosić na herbatę.

Gordon wyszedł drzwiami kuchennymi w stronę starej jabłoni. Filip zawsze tam chodził gdy chciał spędzić chwilę w samotności. Zastał go siedzącego z zamkniętymi oczami pod jabłonią. Być może usnął – przeleciało mu przez myśl.

Wyglądało na to, że jest sam.

 – Filipie, czy wszystko w porządku?

Ten otworzył oczy i wzdrygnął się zaskoczony.

 – To ty mistrzu? – chłopak sprawiał wrażenie zakłopotanego.

 – Szlag by to, już prawie ci się udało! I coś ty najlepszego zrobił stary zgredzie!

 – Kto to powiedział?! Już ci ja dam zgreda!

 – Czy wy wszyscy ślepi jesteście? Ja nawet nie jestem taki mały. NA DOLE.

Gordon spojrzał pod nogi by dostrzec kunę o nietypowo czaro – białym umaszczeniu. Gordonowi zdawał się umykać fakt, że rozmawia ze zwierzęciem.

 – Co to za szkodnik?! – skierował pytanie do Filipa.

 – To jest… – zaczął szukając odpowiednio dyplomatycznej odpowiedzi.

 – NOWY nauczyciel Filipa. Na miejsce STAREGO – odpowiedział za niego Kirbi nie szczędząc przy tym złośliwej dwuznaczności.

Jego twarz nabrała wyrazu, jakby go ktoś spoliczkował. Wzrok zaś mógłby przewiercać mury, gdyby był magiczny. Ale ponieważ nie jest, to jedyny mur jaki rujnował to ten stworzony z nerwów Filipa.

 – Ten stwor… powiedział, że przydzieli mi nauczyciela – odrzekł próbując się wytłumaczyć – by pomóc mi przejść test.

Gordon spojrzał z podejrzliwością na kunę, lecz szybko się opanował.

 – Jeśli potrafisz sprawić by Filip został w domu, to kontynuujcie. Nie będę wam już przeszkadzał – odpowiedział jak gdyby nigdy nic.

 – To on tego dokona – Kirbi wskazał pyszczkiem na chłopaka.

 – Może być i tak. Filipie, gdy zrobicie sobie przerwę, to chciałbym ci coś przekazać. I jeszcze coś – Hanna zaprasza na herbatę.

Gordon opuścił ich wracając do posiadłości. Przez chwilę zapanowała niezręczna cisza, którą przerwał Kirbi.

 – To było dziwne.

 – Noo… – nie było go stać na więcej w tych okolicznościach.

 – To jeszcze godzinę i idziemy na herbatę.

 

***

 

Gdy wznowili ćwiczenie, Filip powtórzył czynności, które Kirbi nakazał mu wykonać za pierwszym razem. Najpierw wybrać dobrze mu znane miejsce, które będzie odzwierciedlać jego przestrzeń myślową. Następnie odciąć się od realnego świata najbardziej jak to możliwe, na ten moment Filip może tylko zamknąć oczy. W końcu wyobrazić sobie siebie w wybranym miejscu. Mimo upływającego czasu, rezultatów wciąż nie było. Według Kuny był całkiem blisko, dopóki nie przeszkodził mu mistrz, choć nie czuł, by coś się w nim zmieniało. Gdy minął kolejny kwadrans Filip poczuł się trochę zmęczony. Otworzył oczy po czym zwrócił się do swojego nauczyciela.

 – Czy możemy zrobić chwilę przerwy?

 – Przerwy, teraz? Przecież dopiero, co tu dotarłeś – odpowiedział Kirbi.

Chłopak spojrzał na niego zdziwiony.

 – Gdzie?

 – Do twojej przestrzeni myślowej. Nie zauważyłeś niczego dziwnego?

Rozejrzał się dookoła, ku jego zdumieniu miejsce, w którym stał jego dom, teraz było puste. I nie tylko ono. Całą okolicę, nie licząc jabłoni, aż po horyzont zajmowały pola zielonej trawy falujące na wietrze, który wcale nie wiał.

 – Więc to jest twoja przestrzeń myślowa. – stwierdziła kuna – Trochę tu pusto, ale się nada.

 – I co teraz?

 – Teraz usiądziemy sobie, pogadamy, i sprawdzimy ile tu wytrzymasz.

 To ostatnie nie brzmiało dla Filipa zbyt dobrze. Szybko zauważył, co Kirbi chciał przez to powiedzieć. Przebywanie tutaj pozbawiało go sił i czuł teraz zmęczenie, ale nie na tyle by miał przez to paść. Mimo to chętnie usiadł.

 – Powiedziałeś, że to mój umysł prawda? Więc jak to możliwe, że i ty tu jesteś? – zaczął chłopak.

 – Włamałem się, przyznaję, nie było to uprzejme, ale konieczne.

 – Włamałeś mi się do umysłu?! Jak ty…. Ty też władasz esencją.

 – Potrafię jej używać, ale biorę ją od ciebie. Tak to działa. Zabieram ci esencję która z ciebie „wycieka”, dzięki temu nie wyrządzasz szkód, a tego co zbiorę, mogę używać.

 – To chyba dobry moment, żebyś coś więcej o sobie opowiedział.

Kirbi widać nie był zbyt chętny do wyznań. Lecz po krótkiej chwili się odezwał.

 – Ahh… tak naprawdę to nie ma o czym opowiadać. Ja jestem… częścią opiekuna.

Filip spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami. On częścią TEGO opiekuna. Biorąc pod uwagę to jak mało wie o możliwościach esencji, to nie jest w stanie powiedzieć, czy to niemożliwe. Ale kuna w niczym nie przypominała tamtej istoty. Ani z wyglądu, ani z charakteru.

 – Opiekun stworzył mnie, używając własnej wiedzy i części swojej duszy. Bym ci pomógł.

 – Więc pomagasz mi, bo opiekun ci tak kazał, bo jesteś tylko marionetką w jego rękach! – Filip zaczynał go lubić, ale jeśli wszystko co robi i mówi to tylko czyjaś manipulacja, to wszystko to jest niczym innym jak iluzją. 

 – Nie jestem niczyją marionetką! Jestem jego częścią, ale nie jestem NIM. – wysyczał nastroszony – Mam swoją wolę i imię. I choć to opiekun mnie do ciebie przysłał, to nie zrobiłbym tego gdybym nie chciał. – To musiało go trapić już wcześniej. Widać, że szczerze wierzy w to co mówi, ale czy może być tego całkowicie pewnym?

 – Czy ty… nienawidzisz opiekuna?

Kuna spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami i podniesionymi uszami wstrząśnięta sugestią.

 – Co?…,NIE!…. Skąd ci to przyszło do głowy? 

 – Wydawało mi się….

 – Nigdy nie czułem do niego nienawiści. Co prawda, często manipuluje innymi, ale nigdy nie robi tego dla siebie. No i bywa kapryśny, ale wierz mi, to i tak nic w porównaniu z ludźmi, którzy na tym świecie posiadają jakąkolwiek władzę.

 – Więc skąd twoje zdenerwowanie? Wyraźnie podkreślałeś swoją odrębność. Zbyt wyraźnie, jakbyś to siebie próbował przekonać. – Nawet jeśli jest teraz wścibski, to jeśli ma go zaakceptować musi wiedzieć, czy może mu zaufać.

 – Nie odpuścisz co? Może i jestem zły, ale ty byś nie był? Problem w tym, że wszystko czym jestem, jaki jestem – to wszystko zostało z góry ustalone i przemyślane. Więc nawet, jeśli podejmuję decyzje z własnej woli, to i tak opiekun będzie się ich spodziewał, a wręcz aprobował.

 – To jak pływanie nurtem rwącej rzeki – można się najwyżej szarpać ale i tak nie zmienisz kierunku – dodał.

 – I tyle w temacie wolnej woli – skomentował Filip.

 – Mniej więcej. Ale moja chęć pomocy jest prawdziwa. To wiem na pewno.

 – Skoro tak, to chcę cię o coś zapytać. Dlaczego chcesz mi pomóc?

 – Dlaczego?! Spotkał cię niewiarygodny pech. Gdyby akurat nie było nikogo w pobliżu czekałby cię los znacznie gorszy od najgorszej śmierci. A teraz grozi ci kilkusetletni pobyt w zaświatach. Nie zasłużyłeś na to wszystko.

 – To wciąż nie jest odpowiedź. Dlaczego CHCESZ mi pomóc?

Kuna ucichła nie będąc pewnym jakiej odpowiedzi udzielić. Czy zwykła chęć pomocy komuś w wielkiej potrzebie to za mało na powód?

Po chwili Kirbi udzielił Filipowi swojej odpowiedzi.

 – Bo nie będę stać i przyglądać się, gdy ktoś potrzebuje pomocy, której ja mogę udzielić. Zwłaszcza, jeśli od tego zależy czyjeś życie. Dlatego chcę cię nauczyć tyle, ile jestem w stanie, by na tym świecie było chociaż o jedną tragedię mniej.

Nieoczekiwanie ich otoczenie się zmieniło. Powrócił dom, wzgórza i lasy na horyzoncie jak również miasto nieopodal. Obaj wrócili do rzeczywistości.  

Filip przez krótki moment siedział osłupiały. Po czym wstał i wziął kunę na ręce. Zaskoczony Kkirbi nie wiedząc, co się dzieje już miał protestować.

 – Hej, co ty… – uciął równie nagle gdy chłopak go objął.

 – Wszystko porządku? – dodał zmieszany.

Filip odstawił go z powrotem na ziemię.

 – Dziękuję…, i przepraszam za to co o tobie powiedziałem – odparł dochodząc do siebie.

 – Nie przejmuj się tym. – Kirbi udał się w kierunku domu. – Idziemy na herbatę?

Filip zaśmiał się pod nosem po czym podążył za nim.

 

***

 

Cała czwórka zasiadła do stołu w jadalni. Choć był drobny kłopot ze znalezieniem miejsca dla Kirbiego, który nawet siedząc na krześle ledwo sięgał do krawędzi stołu. W końcu Hanna przyniosła skądś drewnianą skrzynkę, którą potem położyła na krześle. Pozostało jeszcze znaleźć odpowiednio małe naczynie dla kuny. Padło na kieliszek do mocniejszych trunków wyjęty przez mistrza z górnej szafki w kuchni. Filip nawet nie zdawał sobie sprawy, że takowy posiadają, Hanna najwyraźniej też, bo spojrzała na niego z dezaprobatą.

 Mistrz Gordon usiadł po jednej stronie z Hanną, natomiast Filip wraz z Kirbim – naprzeciwko nich. Panowała niezręczna cisza, widać nikt nie był chętny by pierwszy zabrać głos. Jako pani domu Hanna postanowiła ocalić sytuację.

 – Więc jesteś tu by uczyć Filipa? – zwróciła się do kuny. Wciąż nie czuła się z tym komfortowo.

 – To prawda. Będę od teraz jego nauczycielem.

 – On ma już mistrza – wtrącił się Gordon. – Ty jesteś tu tylko przez tę niedorzeczną próbę.

 – Przecież może uczyć się od dwóch osób. Tak będzie nawet lepiej bo esencja potęguje działanie magii, której ja nie znam. – odparł Kirbi popijając z kieliszka, który trzymał dwoma łapkami.

 – Jak to potęguje? – Zaciekawił się mag.

 – W dużym skrócie – osoba korzystająca z esencji może jej używać do zwiększania siły zaklęć, bo magia to pochodna esencji. Trzeba tylko pamiętać o jednym – esencja jest bez porównania potężniejsza i może się łatwo wymknąć spod kontroli.

Gordon przypomniał sobie o zajściu w pracowni. To by wyjaśniało te niecodzienne wyniki, ale to by znaczyło, że ta cała esencja rozeszła się po całej puszczy.

 – Filipie, co do tego zamieszania z puszczą. Mam ci coś do przekazania. – Gordon powiedział o zdarzeniach w pracowni i o swoich obawach z nimi związanymi. Podczas, gdy Filip i Hanna wyglądali na przejętych tą wiadomością, to Kirbi zdawałoby się, kompletnie ją zignorował.

 – Esencja wypłynęła ze szczeliny – oznajmiła kuna.

 – Szczeliny? Masz na myśli źródło? Ono zniknęło, zaraz po tym jak zanurzyłem w nim rękę – odparł chłopak.

 – To nie źródło, tylko szczelina między wymiarami, rzadko spotykany fenomen, pozostawiony sam sobie bywa niebezpieczny.

 – Czy chcesz przez to powiedzieć, ze jesteśmy w niebezpieczeństwie? – wtrącił się Gordon, przygotowując się na kolejne złe wieści.

 – Nic nam nie grozi. Nie, kiedy Opiekun jest w pobliżu. – Pozostała trójka spojrzała na niego wnikliwie. – Uprzedzając następne pytanie, tak, jest gdzieś w tym świecie z cielesną formą i nie pozwoli esencji się rozprzestrzeniać – dodał widząc ich twarze wyrażające różne odczucia – osłupienie, ciekawość czy zaniepokojenie.

 – Możesz nam powiedzieć o nim coś więcej? Kim on jest? – Filip próbował pytać istotę bezpośrednio, nie doczekując się konkretnej odpowiedzi, sam też się nad tym długo zastanawiał, może to jakieś bóstwo. Choć pomysł brzmiał niepoważnie, to lepszy nie przyszedł mu do głowy.

 – Wolałbym nie obgadywać go za plecami, bo pewnie i tak by się o tym dowiedział. Myślę, że sam ci odpowie jutro, przy następnym spotkaniu. Poza tym to rozległy temat, mógłbym opowiadać cały dzień i noc a tyle czasu nie mamy. Lepiej się zastanowić, co będzie ci potrzebne na próbie – odparł zmieniając temat.

I po raz kolejny niczego się nie dowiedział. Wygląda na to, że faktycznie będzie musiał poczekać.

 – A skoro mowa o próbie, czy Filip będzie mógł używać magii? Na czym ona w ogóle polega? – spytał ponownie Gordon.

 – Odpowiedź na oba pytania brzmi „Nie wiem”. Mi też nikt nic nie mówił – odparł zakłopotany. – Ale skoro miałem uczyć kontroli esencji, to test pewnie będzie polegać na jej używaniu.

 – I ten test jest jutro? – odezwała się Hanna dolewając herbaty.

 – Tak. W południe.

 – To co wy tu jeszcze robicie?! Zabierzcie się psia mać do roboty! – Zrugał ich mag.

Kirbi nic sobie z tego nie robiąc ponownie chwycił kieliszek.

 – Tylko dopiję.

Filipa ten widok rozbawia za każdym razem – kuna pijąca „oburącz” herbatę z kieliszka na alkohol. Z początku obawiał się jak reszta domowników zareaguje na niecodziennego gościa, tymczasem poszło lepiej niż dobrze. Szczególnie z Gordonem.

 – Mistrzu, mogę o coś zapytać? Jak to jest, że na tobie jedynym nie zrobiło najmniejszego wrażenia to, że przychodzi do nas mówiąca kuna? – spytał przypominając sobie ich pierwsze spotkanie.

 – Za młodu widziałem już mówiące portrety, krzyczące listy, nawet przeklinające skarłowaciałe czerepy. W porównaniu z tym mówiąca kuna jest mi równie powszednia co bóle stawów.

 – Ciekawe co wtedy palił – skomentował Kirbi półszeptem do Filipa.

 – Co tam mamroczesz?

 – Mówię, że powinniśmy już wrócić do ćwiczeń.

 – Przecież o tym przed chwilą mówiłem!

 – No tak… – Kirbi odstawił kieliszek na stół, po czym zszedł ze swojego prowizorycznego siedziska i powędrował w stronę drzwi. Filip udał się za nim.

 – Dziękuję za herbatę. Wrócimy przed zmierzchem – dodał po czym rozległ się odgłos trzaskających drzwi. 

Teraz w jadalni zostali tylko Gordon i Hanna, która zaczęła zbierać puste naczynia ze stołu.

 – Czy naprawdę pozostało nam tylko czekać z założonymi rękami podczas gdy waży się życie Filipa? – zwróciła się z żalem do maga.

 – Boję się, że dokładnie tak jest. Nie wiem co mógłbym dla niego jeszcze zrobić.

 

***

 

Znajdowali się teraz w przestrzeni myślowej. Już czwarty się tu przenoszą odkąd wrócili z Kirbim z przerwy i wyraźnie wychodzi mu to coraz lepiej. Już nie czuł takiego osłabienia jak za pierwszym razem, a ponieważ jest w stanie spędzić tu dłuższą chwilę, to w końcu może przejść do kolejnego etapu. Tylko właściwie jakiego?

Nawet z przedłużonym czasem jaki daje przestrzeń myślowa, według Kirbiego Filip i tak nie nauczy się wszystkich podstaw do jutra. W związku z tym postanowił dociec, co dokładnie będzie potrzebne do przejścia próby.

 – Przypomnij sobie rozmowy z Opiekunem. Nie dał ci jakichś wskazówek, czy podpowiedzi? – spytała kuna stojąc na tylnych łapach.

Jak dotąd próbował naśladować tyle ludzkich zachowań, na ile pozwalało mu zwierzęce ciało, najczęściej mu to wychodziło, lecz gdy tylko spróbował cokolwiek chwycić w swoje przednie łapy, to najczęściej owy przedmiot upuszczał. Jednak niezależnie czy jego naśladowanie było udane czy też nie, zawsze rozbawiał Filipa takim zachowaniem.

 – Nie, nie powiedział niczego na temat próby – odrzekł starając się przy tym nie śmiać.

 – Nie musiał tego powiedzieć wprost. Mógł wpleść informacje w waszą rozmowę tak byś się w pierwszej chwili nie zorientował.

 – Dlaczego miałby to robić?

 – Sprawdza cię. To, czy potrafisz słuchać i wyciągać wnioski. Jeśli tak, zyskujesz drobną przewagę, a przynajmniej dobry start. Więc, pamiętasz coś?

 – Powiedział by nie kłócić się z myślami gdy sięgam umysłem.

Ten machnął na to łapą.

 – Nie, to się przydaje tylko podczas podróży międzyświatowych, a do tego nie może cię zmuszać.

 – Przecież już to robiłem.

 – Ty tylko zaglądałeś, a nie przechodziłeś. To tak, jakbyś patrzył przez okno – widzisz, co się dzieje na zewnątrz, ale nie wychodzisz. Coś jeszcze?

– zachęcał dalej.

Niewiele rozmawiał z Opiekunem w zaświatach. Także niewiele z jego wypowiedzi zawierało konkretne informacje, ale teraz na myśl przyszło mu jeszcze jedno.

 – Mówił jeszcze, że jedną z rzeczy których muszę się nauczyć to zmieniać swoje postrzeganie esencją.

Kuna aż zjeżyła się z oburzenia.

 – I mówisz mi o tym dopiero teraz?! To aż zbyt oczywiste – powiedział schodząc z powrotem na cztery łapy.

 – Wcześniej o tym nie pomyślałem. Nie sądziłem, że ktoś będzie ode mnie oczekiwać czytania między wierszami – tłumaczył się Filip.

 – Już dobrze, teraz przynajmniej wiem od czego zacząć. Posłuchaj – nakazał poważnym tonem. – Wyjaśnię ci, co musisz zrobić, ale część ćwiczeń będziemy musieli przełożyć do rzeczywistości. Teraz wyjaśnię ci temat i wszystko, co musisz o nim wiedzieć.

 – Jestem gotowy.

 – Wracając do tematu, zmiana postrzegania służy do lepszego dostrzegania świata wokół ciebie. Możesz zmienić swój wzrok, słuch, a nawet obudzić zupełnie nowy zmysł. Przykładowo, mógłbyś nauczyć się wyczuwać ruch powietrza, by dowiedzieć się jaka będzie pogoda za kilka dni, albo rozpoznawać prawdziwość tego, co usłyszysz od innych. Ale nas teraz interesuje możliwość wyczuwania i dostrzegania energii. Każdej, magii, esencji czy życia.

 – To brzmi niesamowicie, ale jak to zrobić? – spytał będąc jednocześnie zdumiony i strapiony słowami kuny. Zdumiony, na myśl o rzeczach, do których jest zdolny. Strapiony, na myśl o tym, kim może się przez to stać. Zarówno w pozytywnym jak i negatywnym aspekcie.

 – Tutaj możemy zrobić tylko jedno. Pamiętasz jak mówiłem o tym, że zabieram od ciebie esencję?

Filip skinął głową.

 – I za jej pomocą przeniosłem się do twojego umysłu. Czy wyczuwasz przez to jakąś różnicę?

 – Nie. A powinienem?

 – Zwykły człowiek nie powinien. Ale ty możesz. Zamknij oczy i skup się na swoim umyśle, nie tym wokół tylko tym w twojej głowie. Wyobraź sobie że jest pokojem który musisz przeszukać. Znajdź mnie w nim.

Filip zrobił to, co nakazał mu jego nauczyciel, który od tej chwili jedynie czekał i obserwował uważnie wszystko dookoła. Nie bez powodu. Po chwili przestrzeń myślowa zaczęła się zmieniać – na miejsce zielonej trawy pod stopami pojawiała się drewniana podłoga a zamiast dalekiego horyzontu ukazywały się ściany. Zgodnie z poleceniem wyobraził sobie swój umysł jako pokój, zatem zareagowała również przestrzeń myślowa, gdyż są w istocie tym samym. Teraz, zamiast bezkresnych równin, przestrzeń przybrała formę zagraconego pokoju. Kirbi musiał się mocno postarać by nie potknąć się o jakiś przypadkowy przedmiot.

 – Udało ci się? – spytał zniecierpliwiony – Czy możesz mnie wyczuć? Tak czy inaczej nie otwieraj oczu.

 – Nie…. Zrobiłem jak powiedziałeś, ale nie widzę różnicy.

 – Pomyśl jeszcze raz nad tym czego szukasz. Spróbuj wychwycić w swojej głowie myśli, które nie są twoje.

Filip w tym celu oczyścił się z niepotrzebnych myśli i zaczął wsłuchiwać się w całą resztę, lecz zapanowała całkowita cisza. Przetrząsał swój „pokój” w poszukiwaniu czegoś, a raczej kogoś, kogo nie powinno tam być, gdy nagle usłyszał niewyraźne słowa. „Sł… …nie”. Postanowił poświęcić im całą uwagę próbując usłyszeć je na nowo ale tym razem wyraźnie, i udało mu się. „Słyszysz mnie?” – tak brzmiały owe słowa, rozpoznał też głos osoby, która je wypowiedziała.

 – Słyszę cię – odpowiedział Kirbiemu.

 – Świetnie, ale dla utrwalenia, „będę …o ciebie …ówił przez myśli” – dokończył przesyłając wiadomość przez umysł Filipa.

 – Dobrze – odpowiedział chłopak.

 – „Słyszysz teraz mój głos, jeśli za nim podążysz, to naprowadzi cię do mojego umysłu jak nitka do kłębka. Dalej, spróbuj”.

Nie trwało to długo bo w rzeczywistości nie był taki odległy jak się z początku zdawało. Patrząc na to teraz Filip sam się sobie dziwił, że nie zauważył tego wcześniej, gdyż to co wyczuł było ogromne, albo takie sprawiało wrażenie. Mimo iż nie mógł zobaczyć tego używając wzroku, to i tak obecność była przytłaczająca.

 – „O to chodziło!” – To, co wcześniej słyszał jako niewyraźny szept, teraz aż miał ochotę zatkać sobie uszy. Ale nic z tego, to umysł.

 – Czy możesz mówić ciszej!

 – „A tak, wybacz. Ale wcześniej nawet to ledwo do ciebie docierało”. – Faktycznie teraz ucichł, przytłaczające uczucie także osłabło.

 – „Gotów na ostatnią część?”

 – Tak. Na czym ona polega?

 – „Usłyszałeś już mój głos, potem znalazłeś mój umysł. Teraz wyczuj moją esencje”.

 – Jak to zrobić?

 – „Jest tam gdzie umysł, tylko jej nie dostrzegasz. Żeby to zrobić musisz zrozumieć że esencja to podstawa, pierwszy, najdrobniejszy fundament. Więc nie będzie ona czymś wielkim, raczej czymś tak małym, że potrzebowałbyś najlepszej lupy. Jest wszędzie, musisz się tylko uważnie przyjrzeć”.

Filipowi przyszedł na myśl pył gliniany. Z pyłu robi się cegły, z cegieł domy a następnie miasta. Jest tak mały a tyle można stworzyć za jego pomocą. Chyba zaczyna to rozumieć. By spojrzeć na esencję, musi znaleźć okruch ceglany, nie dom. Ta myśl zaczęła mu towarzyszyć w jego poszukiwaniach. Wyczuł umysł, potem myśl, na myśli składało się coś, co Filip opisałby jako iskry, ale zdał sobie sprawę, że to jeszcze nie to. Iskry składały się z cząstek tak małych, że wyobraźnia młodego ucznia ledwo nadążała. Ale coś podpowiadało mu, że to wciąż nie jest koniec, szukał więc dalej. Brnął tak daleko że każdy następny etap łatwo mylił z poprzednim. W pewnym momencie trafił na coś, co nawet w tym niewielkim świecie przypominało skrzącą się, błękitną chmurę. Przyglądał się jej, próbował wejść z nią w jakiś kontakt, i odkrył że ta podąża za jego każdą myślą. Do tego stopnia że może również nadawać jej kształt.

 – To chyba to – stwierdził z lekkim wahaniem.

 – „Moje gratulacje” – rozległ się głos Kirbiego. – „Właśnie postawiłeś ważny krok na drodze kontroli. Zapamiętaj dokładnie to doświadczenie, bo jeszcze nieraz ci się przyda…, wiesz co? Nieważne, pomogę ci w tym”.

Niemal natychmiast po ukończeniu tej wypowiedzi Filipa poczuł oszołomienie, jakby jego świadomość częściowo zanikła, omal przez to nie utracił kontaktu. Na szczęście nim to się stało chłopak zdążył wrócić do siebie. Otworzył oczy w przestrzeni myślowej i zwrócił się nadąsany do kuny.

 – Co robisz?! Prawie się przez to zbudziłem.

 – To dobrze, bo powinniśmy wracać – odparł jak gdyby nigdy nic.

 – Teraz?

 – Tak właśnie teraz. Będę na ciebie czekał – to powiedziawszy Kirbi zniknął Filipowi sprzed oczu, co oznaczało, że wrócił do świata rzeczywistego.

 – Co za… – zamiast dokończyć tylko wrzasnął rozgniewany zachowaniem swojego nauczyciela. Który to już raz w ciągu ich krótkiej znajomości postępuje wobec niego tak arogancko. Z mistrzem Gordonem coś takiego praktycznie nigdy się nie zdarzało. Może powinien poprosić go o udzielenie kilku rad pewnemu futrzakowi – przeszło mu przez myśl. Wziął głęboki wdech, na tyle ile jest to możliwe wewnątrz umysłu.

 – Innym razem – odpowiedział sobie po czym sam zaczął się wybudzać.

 

***

 

Jeszcze zanim otworzył oczy Filip zauważył u siebie coś dziwnego. Wspomnienia z przestrzeni myślowej prawie zawsze były nieco rozmyte, pod tym względem przypominały sny. Z tą różnicą, że ma się świadomość tego iż wydarzenia z nich są prawdziwe i z czasem się utrwalają. Podobnie jak tym razem, z jednym wyjątkiem – wspomnienia cząsteczki esencji. To jedno było aż zbyt wyraźne. Pamiętał bardzo dokładnie jej wygląd, drogę jaką do niej przebył, jak również wrażenie jakie mu w tej chwili towarzyszyło. Już wiedział co miała na myśli kuna mówiąc, ze pomoże mu to zapamiętać. Chyba jednak wolał tradycyjną metodę, do teraz męczą go zawroty głowy.

 – Jesteś już. Dobrze, możemy kontynuować – oznajmił z typowym dla niego entuzjazmem. Filipowi się on jednak nie udzielał.

 – Daj mi chwilę, dopiero wróciłem – odparł przecierając oczy i próbując poukładać sobie wydarzenia z przestrzeni.

 – Powinieneś najpierw spytać mnie o zgodę zanim zacząłeś grzebać mi w pamięci. – odpowiedział tłumiąc gniew, który to natychmiast zastąpiła fascynacja gdy tylko spojrzał na kunę.

 – Nie złość się tak o to. Tym sposobem było po prostu prościej. I jak, widać różnicę? – dodał widząc minę chłopca.

Filip rozglądał się dookoła. Wszędzie gdzie spojrzał, trawa, jabłoń, jego dom – wszystko spowiła różnokolorowa poświata zależna od danego obiektu. Roślinność otaczała zieleń, kamienie zaś szarość. Jednak najbardziej rzucająca się w oczy należała do Kirbiego – jasna niemal jak latarnia w kolorze wyblakłego błękitu, ale to nie jedyna wyróżniająca cecha. W jego kierunku nieustannie podążały inne, śnieżnobiałe wiązki, które jakby rozpływały się przy kontakcie z nim.

Filip spojrzał na swoje ciało, on także promieniował taką samą bielą co światła wędrujące do kuny, one pochodziły od niego, to jego esencja.

 – Napatrzyłeś się już? Jeśli tak, mogę wyjaśnić parę rzeczy, jeśli masz taką potrzebę.

 – Mam tylko jedno pytanie.

 – Tak?

 – Co dalej?

 – Najważniejsze ćwiczenie już za tobą. Chyba. Ale na wszelki wypadek poćwiczymy kilka prostych, ale przydatnych sztuczek.

Do zmroku zostały dwie godziny. W tym czasie Kirbi pokazywał jak manipulować esencją by za jej pomocą przesuwać lub niszczyć przedmioty, to ostatnie wychodziło mu nawet bez wcześniejszych wskazówek bo znacznie prościej jest niszczyć coś doprowadzając esencję do kompletnego bezładu, niż w jednej chwili harmonijnie poruszyć wszystkie cząsteczki danego przedmiotu . Już stracili kilkanaście jabłek, które Filip po kolei wysadzał próbując je przesunąć raptem o kilka centymetrów. Postanowili więc przerzucić się na suche patyki.

 – Co stałoby się człowiekowi po czymś takim? – zapytał z ciekawości Filip.

 – Dokładnie to samo. Zginąłby rozerwany na strzępy. – odparł z powagą.

 – Nie wspomniałem o tym wcześniej więc mówię teraz – obiecaj, że nigdy nawet nie spróbujesz manipulować esencją żywych stworzeń, nieważne czy to człowiek czy nie.

Filip nie musiał się nad tym długo zastanawiać. Nie uczy się o esencji, ani magii by kogoś krzywdzić.

 – Obiecuję.

 – Świetnie, to wróćmy do łamania drewna. – potrząsnął łepkiem zadowolony.

Po kilku uwagach Kirbiego i po kilku roztrzaskanych patykach w końcu zaczęło mu wychodzić. Nawet jeśli zwyczajne poruszenie suchą gałęzią nie jest zbyt widowiskowym wyczynem, to dla Filipa i tak był to krok na przód.

Tak im minął pozostały czas. Słońce już niemal całkiem zaszło i według Kirbiego mogli na dzisiaj kończyć. Lecz jego uczeń miał inne plany.

 – Kończyć?! Próba jest już jutro. Będę ćwiczył całą noc, jeśli będzie trzeba.

 – Jutro też będzie czas, a zaspani uczniowie do niczego się nie nadają. Poza tym uważam, że powinieneś też poćwiczyć magię.

 – Sam powiedziałeś, że to próba esencji.

 – Nawet jeśli, to na pewno nikt nie zabroni ci korzystać z magii. Znasz ją lepiej, więc może ci się przydać. Tylko musisz o czymś pamiętać – od teraz używaj tylko odrobiny energii która do tej pory była ci potrzebna do rzucenia zaklęcia.

 – Zaklęcie nie zadziała, jeśli wykorzystam jej zbyt mało – stwierdził.

 – To spróbuj rzucić jakieś widoczne zaklęcie. Powiedzmy, płomień świecy.

Filip wyciągnął więc prawą rękę z otwartą dłonią i wypowiedział w myślach słowa zaklęcia „Ignatio Lumeni”. By rzucić jakieś zaklęcie nie trzeba wypowiadać inkantacji na głos, tak naprawdę nie potrzeba żadnych słów, ale wypowiadając je łatwiej jest opanować czar, inaczej nauka magii przypomina błądzenie w ciemnościach.

Słowa nadają treść i kierunek mocy władającego.

To zaklęcie było jednym z pierwszych, których się nauczył. Nie wymaga dużych zdolności, ani dużo magii, a jego efekt to mały płomyk w ręku. Tak przynajmniej było do tej pory. Z otwartej dłoni buchnęły płomienie niemal sięgające jego twarzy. Czym prędzej przerwał czar po którym pozostało jedynie kilka przypalonych włosów na jego grzywce.

 – Co to było?! – spytał przestraszony.

 – Twoje czary są zasilane esencją. Już zawsze tak będzie.

Teraz, gdy o tym pomyślał, to odkąd wrócił z pustki nie rzucił ani jednego zaklęcia.

 – Mogłeś mi wcześniej o tym powiedzieć.

 – Mogłem, ale teraz zobaczyłeś to na własne oczy. Poćwicz jutro i dowiedz się ile energii potrzebujesz teraz do zaklęć. I nie bój się, będzie czas na wszystko, co konieczne ale na dziś nam wystarczy – przekonywał łagodnym tonem.

Filip wciąż nie był co do tego pewny, ale wierzył, że Kirbi naprawdę chce dla niego dobrze, więc nie doradzałby mu na jego niekorzyść w takiej sprawie, nawet jeśli to naiwne, to już wcześniej postanowił mu zaufać.

 – Dobrze, ale zaczniemy z samego rana.

 – Ma się rozumieć – przytaknął serdecznie.

Gdy sprawa została rozwiązana, obaj wrócili do posiadłości, gdzie Hanna zaczynała przygotowywać kolację. Filip poinformował mistrza Gordona o dzisiejszych ćwiczeniach odnośnie magii. Ten wydawał się zafascynowany nowym odkryciem i już zaczął snuć plany o przyszłych eksperymentach jak również o nowych drogach, które otworzyły się przed jego uczniem. Mógłby się stać najpotężniejszym i najbardziej wpływowym czarodziejem na świecie. Ale te plany musiały zaczekać, najpierw Filipa czekał decydujący dzień, poprzedzony nocą pełną obaw, w towarzystwie nowego współlokatora.

 – Dlaczego u mnie? W tym domu jest kilka wolnych pokoi – dziwił się Filip patrząc na kunę rozkładającą się w jego szafce.

 – Bo muszę być stale w pobliżu. Nocą też. Czyżbyś nie przywykł do dzielenia pokoju?

Przeciwnie. Jako sierota przez większość swojego życia Filip mieszkał w jednym pokoju z kilkoma innymi dziećmi z sierocińca, wiele rzeczy mieli wspólnych.

Zmieniło się to gdy przyjął go mistrz, z początku cieszył się że wszystko ma teraz własne, lecz z czasem zaczęło mu brakować tego gwaru towarzyszącego mu o każdej porze dnia.

 – Nie, nie ma problemu – odpowiedział po czym sam zaczął kłaść się do łóżka.

Ale na sen mu się nie zbierało. Za dużo miał rzeczy na głowie by tak po prostu położyć się i zasnąć. Pierwszy to test, co się z nim stanie jeśli mu się nie uda – czterysta lat w zaświatach. I nawet gdy mu się powiedzie, nie będzie mógł wrócić do swojego dotychczasowego życia. Mistrz Gordon ma rację, otwierają się przed nim możliwości o jakich nie śniło się przedtem żadnemu czarodziejowi. Najpotężniejszy na świecie. Nie zależało mu na tym. Życie jako mag z małego miasteczka zupełne mu wystarczało.

A może jednak będzie jak dawniej, przecież nikt nie musi się o niczym dowiedzieć, a on nie musi się z niczym wychylać. Wszystko potoczy się tak jak planował od początku. Wystarczy tylko przejść jakąś głupią próbę.

Tej nocy chyba jednak nie zaśnie.

Wolałby jednak wrócić do ćwiczeń i przynajmniej nie tracić czasu w ten sposób. Może nie jest jeszcze za późno. Podniósł się do pozycji siedzącej po czym zawołał kunę

 – Hej, Kirbi.

Ten po chwili wygramolił się ze sterty płócien służących mu za posłanie.

 – O co chodzi? Tak trudno jest ci odpocząć? – odpowiedział.

 – Dokładnie tak. Ale zamiast tu leżeć bezczynnie całą noc, mogę wznowić ćwiczenia.

 – Zapomnij, idź spać.

 – Jak niby mam spać wiedząc, co mnie jutro czeka.

 – Rozumiem jak ważna jest dla ciebie ta próba, ale jesteś na dobrej drodze, spróbuj myśleć pozytywnie. Na przykład co zrobisz gdy ci się uda.

 – W tym problem. Co ja zrobię potem. Chciałem spokojnego życia w Loran, a teraz słucham od mistrza jakim to wielkim człowiekiem się stanę.

Kirbi głośno westchnął, jakby właśnie usłyszał coś głupiego.

 – Posłuchaj, nawet jeśli nie będziesz już tym kim byłeś wcześniej, cokolwiek to znaczy, to i tak to, co zrobisz ze zdobytą mocą zależy od ciebie. Nikt nie może ci rozkazać kim będziesz.

 – Łatwo ci mówić.

 – Tak, bo sprawa jest prosta, ty musisz tylko zdecydować, co jest dla ciebie ważne. A jeśli chodzi o tego piernika, to nie sądzę by miał coś przeciwko twojej decyzji, jakakolwiek by nie była. 

Filip zastanowił się chwilę nad tym, co usłyszał. Myśl, że ma wybór jest niewątpliwie pocieszająca, nawet jeśli wciąż nie był przekonany, czy ma pełne wsparcie Gordona.

 – A co z tobą? – zapytał kuny.

 – Ze mną? Ja nigdzie się nie wybieram. Zostaję, by cię uczyć dalej. Mój wybór.

 – Dzięki.

 – Nie ma sprawy. Nie wiem jak ty, ale ja wolę się wyspać. – jakby na podkreślenie tych słów ziewnął, po czym z powrotem owinął się starym materiałem, kompletnie w nim znikając.

Widząc, że o nocnych ćwiczeniach może zapomnieć, Filip położył się jeszcze raz. „Trudno, nie zaszkodzi spróbować” – pomyślał. Niedługo po tym, w końcu zmorzył go sen.

 

***

 

Następnego ranka Filip wyjątkowo wstał jako pierwszy z domowników będąc w pełni gotowym do dalszej nauki. Następnie obudził Kirbiego, który o dziwo zdawał się tryskać energią jak tylko otworzył oczy. Z jakiegoś powodu spodziewał się, że jest jednym z tych zwierzaków, które przesypiają cały dzień.

Bez zbędnych słów obaj poszli do kuchni. Na co dzień to Hanna przygotowuje każdy posiłek w ciągu dnia, ale teraz zapewne jeszcze śpi. Nie chcąc jej budzić, ani zostawiać jej dodatkowej roboty, przygotowali sobie szybkie śniadanie a następnie przyszedł czas po sobie posprzątać. Choć jedzenie przygotował głównie Filip, to przy sprzątaniu aż stanął osłupiały gdy na jego oczach miotła sama zamiatała, szmatki same czyściły stół i blat a szufla sama wyrzucała śmieci, w tym czasie Kirbi usiadł sobie na stole i nadzorował to wszystko.

 – Co się tak patrzysz? Magią nie da się sprzątać? – odezwał się do chłopaka.

 – Jeśli tak, to będę wściekły na mistrza że mnie tego nie nauczył – odparł a następnie postanowił sprawdzić jak to teraz wygląda przy dostrzeganiu esencji. Gdy już wyostrzył wzrok, zaskoczony stwierdził, że robi on to samo, co sam ćwiczył zeszłego dnia, z tą różnicą że porusza z wielką dokładnością kilkoma przedmiotami, podczas gdy sam miał problem z przesunięciem głupiej gałązki.

 – Jak ci się to udaje? – spytał niedowierzając własnym oczom.

 – Coś ci zdradzę – posiadać kontrolę nad esencją to jedno, ale prawdziwym limitem jej potencjału jest nasza wiedza. Im więcej wiesz, tym potężniejszy się stajesz.

 – Czy to twój pośredni sposób na przechwalanie się? – wytknął mu żartobliwie.

 – Nie, nie. Ale skoro przy tym jesteśmy, to właściwie możemy zacząć teraz. Spróbuj poruszyć tą szmatką.

I tak sprzątanie przerodziło się w poranne zajęcia. Nauka szła dziś trochę lepiej, a jedyną szkodą jaką wyrządził Filip było naderwanie starego materiału.

A gdy niedługo później do kuchni przyszła Hanna, to pierwszą rzeczą która rzuciła jej się w oczy była szmata poruszająca się sama po stole, a dwa kroki od niej stał Filip wymachując ręką.

 – To miłe z waszej strony – zaczęła z uśmiechem na twarzy – ale jeśli nie zamierzacie ugotować śniadania dla czterech, to muszę was poprosić byście wyszli.

 – My już jedliśmy – odparł Filip.

 – Więc możecie czarować gdzieś, gdzie nie będziecie zagrażać moim ulubionym ścierkom. – Wskazała tę jedną, która uległa zniszczeniu.

 – Ściślej mówiąc to esencja – wtrącił się Kirbi.

 – Może to być wasza esencja, magia czy czym się tam jeszcze zajmujecie. Ale kuchnia jest moja! No już, idźcie.

Zanim wyszedł, Kirbi przypomniał sobie o jeszcze jednej rzeczy.

 – Hanno, czy mogłabyś przekazać Gordonowi, że Filipowi potrzebna jego pomoc? Będziemy za domem – poprosił gospodynię.

 – Dobrze, przekażę mu.

Przez pewien czas powtarzali te same czynności z wczoraj i dzisiejszego ranka – widzenie esencji oraz przesuwanie przedmiotów i niszczenie ich. Także wykonywanie dwóch z tych czynności naraz. Nic więcej. Nieco zmartwiony tym faktem Filip spytał, kiedy nauczy się czegoś nowego.

 – Niestety na nic więcej nie ma czasu. To, co ci pokazałem to podstawy a i tak opanowałeś je dopiero teraz.

Filip spojrzał na niego gniewnie.

 – Chcesz mi powiedzieć, że nie masz mnie czego uczyć?!

 – Sama nauka prawie nie ma końca, ale wymaga czasu którego nie mamy. Więc tak, do próby niczego więcej cię nie nauczę. Ale najważniejsze już potrafisz, to musi wystarczyć.

 – Więc pozostało mi tylko czekać i liczyć na to, że to co umiem mi wystarczy?

 – Tego nie powiedziałem. Masz to co niezbędne, teraz pozostało ci zwiększać swoje szanse.

Przerwali dyskusję, gdy zauważyli zbliżającego się do nich mistrza Gordona.

 – Hanna wspomniała, że potrzebna wam moja pomoc – oznajmił, gdy już do nich dołączył.

Filip spojrzał pytająco na kunę, na co ten zwrócił się do maga.

 – Musisz powtórzyć ze swoim uczniem tyle przydatnych zaklęć ile zdążysz do południa.

 – Jak to? Miałeś go przygotować! – zaznaczył oskarżycielsko.

 – Zrobiłem, ile się dało, a teraz ty musisz pomóc Filipowi w kontrolowaniu jego mocy tak, jak robiłbyś to z magią – wytłumaczył spokojnie.

 – Do południa?

 – Zgadza się.

 – No to się lepiej bierzmy do roboty.

Filip wyjaśnił mistrzowi już wcześniej na czym polega interferencja esencji w zaklęciach, ale stary mag miał na to sposoby.

 – W tej sytuacji muszę potraktować cię jak osobę z ponadprzeciętnym zasobem energii magicznej. To się zdarza i czarodzieje umieją sobie radzić z takimi przypadkami. Mówiłeś, że co rzucałeś wcześniej? Płomień świecy tak?

 – Tak mistrzu, ale jakby, wymknął się spod kontroli – odpowiedział nieco zawstydzony.

 – Dobrze, w takim razie wyczaruj go jeszcze raz. Tak jak przedtem.

Filip wyciągnął zatem prawą rękę najdalej, jak to było możliwe. Przechylił nawet lekko dłoń, by jak najbardziej zmniejszyć szanse, że dosięgnie go jego własny ogień. Nie zamierzał popełnić tego samego błędu co ostatnio. Gdy był już gotowy, wypowiedział inkantację tak by i mistrz słyszał.

 – „Ignatio Lumeni”.

Płomienie wystrzeliły z dłoni Filipa. Gordon wpatrywał się w ten pokaz oniemiały. Zwykły czar płomyka dał efekt podobny do średnio-zaawansowanych zaklęć.

 – Doprawdy niesamowite – wyszeptał pod nosem.

Gdy pierwsze wrażenie minęło, na powrót opamiętany mistrz wydał następne polecenie.

 – Doskonale, a teraz zmniejsz płomień do stopnia, który odpowiada zaklęciu. I co by się nie działo nie odwołuj zaklęcia.

 Filip próbował wypełnić polecenie używając swojej mocy by stłumić płomień, na próżno.

 – Nie potrafię.

 – Ten płomień karmi się twoją energią, dzięki niej istnieje i wzrasta. Odbierz mu ją.

Czarodziej przerywa zaklęcie odcinając swoją energię magiczną. Nigdy nie próbował robić tego szczątkowo, dla zwyczajnego ucznia takiego jak on nie miało to sensu. Zwykle starał się postępować odwrotnie – zwiększać ilość pochłanianej energii, by efekt zaklęcia był silniejszy, udawało mu się to. Zatem skoro mógł zwiększać przepływ energii, logiczne jest, że mógłby go także zmniejszać. „To tak jak przelewać wodę przez lej. Poradzę sobie. Na pewno.” – Pomyślał.

Chwila minęła, ale płomień pozostawał taki sam. Gordonowi ledwo mieściło się to w głowie. Podtrzymując takie zaklęcie, każdemu uczniowi już dawno powinna skończyć się energia, a tu – bez zmian. Jego ciekawość w końcu zmusiła go, do szukania odpowiedzi.

 – Ile czasu minie nim skończy mu się energia i zaklęcie wygaśnie? – zapytał jedynej osoby w okolicy, która mogła na to pytanie odpowiedzieć – Kirbiego, który do tej pory tylko przyglądał się ich poczynaniom.

Ten prychnął usłyszawszy pytanie.

 – Nie wygaśnie. Przy tej ilości mocy której używa, to szybciej się ona nim odnawia niż Filip jej zużywa.

Gordon stanął jak wyryty na dźwięk tych słów.

 – Kogo ja właściwie wychowuję. On jest o wiele potężniejszy ode mnie – stwierdził zmartwiony.

 – W tej chwili – chłopca, którego przyszłość stoi pod znakiem zapytania. By jakąś mieć będzie potrzebował dużego wsparcia, niezależnie od tego jak potężny jest.

Po chwili zastanowienia odpowiedział stanowczo.

 – Pioruńska racja.

Płomień w dłoni Filipa zaczął się wreszcie zmieniać, z ogień początkowo wielkości ogniska zmniejszył się mniej więcej do pochodni, teraz było już tylko kwestią czasu, aż osiągnie pożądany rezultat. Gdy w dłoni Filipa płonął niewielki płomyk, lekcja została oficjalnie zaliczona.

 – Brawo chłopcze – pogratulował mu mistrz. – Czy byłbyś w stanie to powtórzyć?

Filip odpowiedział z pewnym siebie uśmieszkiem na twarzy.

 – W każdej chwili mistrzu.

 – To dobrze, bo będziesz musiał robić to samo, tylko szybciej i z wieloma innymi zaklęciami – odparł Gordon ostudzając zapał chłopaka.

Lecz gdy już raz nauczył się reguły, która miała zastosowanie w praktycznie każdym zaklęciu, dalsze ćwiczenia nie sprawiały mu tyle problemu – to pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy i gdy już się go pokona, to zostaje tylko kwestia wprawy. I to właśnie robił – oswajał się z nowo zdobytą mocą.

Od czasu do czasu przerywał im Kirbi, by zwrócić uwagę na zmieniającą się esencję podczas zaklęć. Im dłużej ją obserwował, tym bardziej zdawał się ją rozumieć. Esencja jest jak żywioł, który nigdy nie znika. Cokolwiek Filip robił, czy to używając mocy czy nie, choćby tylko ruszył ręką – esencja reagowała na wszystko, jest wszędzie i zawsze. Czasem wygląda jak iskry, innym razem jak kręgi na wodzie przenoszące się po każdym przedmiocie, albo jak chmara świetlików lecących w różnych kierunkach. To go naprawdę fascynowało, bo teraz, gdy to wszystko widzi to nawet najprostsza czynność potrafi zachwycić niczym magiczny pokaz. Lecz teraz nie miał na to czasu. Dochodzi południe.

Cała nasza trójka zebrała się by zapytać Kirbiego co powinni teraz zrobić.

 – Musimy zaczekać. Opiekun się z nami skontaktuje, najpewniej przez… – zamarł na chwilę, po czym oczy kuny zajarzyły się niebieskim blaskiem.

 – Przyjdźcie na skraj Puszczy Północnej – rozległ się niski, dźwięczny głos. – Tam przekażę wam resztę. Radzę się pospieszyć.

Głos po tych słowach ucichł, a oczy Kirbiego wróciły do normalności.

 

***

 

 – Jak można się najszybciej dostać do puszczy? Macie wóz albo chociaż konia? – spytał Kirbi gdy już doszedł do siebie.

 – Nie mamy, musielibyśmy wypożyczyć, ale jest poniedziałek. Więcej czasu stracimy na poszukiwaniach niż gdybyśmy mieli tam pójść pieszo – poinformował go mag.

 – Dlaczego ci się tak spieszy? To nie tak daleko – dopytał Filip.

 – Ja już znam to jego „radzę wam”, w rzeczywistości oznacza to tyle co „uwaga, bo od tego może zależeć wasze życie”.

Filip i Gordon popatrzyli po sobie słysząc ostrzeżenie.

 – Trudno, po prostu ruszajmy jak najszybciej – polecił. – A ty Gordonie może chciałbyś zostać jeśli szybkie tępo to dla ciebie za dużo – dodał.

 – Martw się o swoje tempo, oraz o ludzi, którzy mogą cię zdeptać po drodze – odparł mag.

 – Hm…. Racja. Filipie, zabierzesz mnie ze sobą?

 – No, dobrze – zgodził się niepewnie, po czym przyklęknął i wyciągnął rękę do kuny. Kirbi wdrapał się po niej i przysiadł na jego ramionach przywodząc teraz na myśl futrzany kołnierz.

 – Lepiej już chodźmy mistrzu – napomniał Filip.

Obaj udali się w pośpiechu w stronę Puszczy Północnej. Przechodząc przez miasto pozdrowiło ich kilku mieszkańców, lecz nie zwracali na nich zbytnio uwagi, któryś ze sprzedawców spytał Filipa o nowego zwierzaka dostrzegając kunę wokół jego szyi. Na co ten wyraził swoje oburzenie sycząc w odpowiedzi na dany komentarz. Po opuszczeniu Lorhan ich dalsza wędrówka minęła bez podobnych sensacji. Droga do puszczy wciąż pozostawała pusta – widocznie mieszkańcy wciąż obawiają się tam chadzać. To nawet lepiej, bo po ostatnich wydarzeniach kto wie, co mogłoby się przytrafić przypadkowemu wędrowcowi.

Gdy wreszcie trafili na linię drzew, Filip znów zauważył, iż dotarli tam szybciej, i to wcale nie zasługa szybszego marszu. Znów to samo – las ponownie się powiększył. Jak gdyby próba była dla niego zbyt małym zmartwieniem. Chłopak z nerwów nie mógł choćby stać spokojnie.

 – Filipie, strach tu w niczym nie pomoże. Jakiekolwiek by to zadanie nie było, to na nim musisz się skupić. – Poradził mu mag.

 – Tak, wiem.  

 – Opiekun chce coś przekazać – poinformował Kirbi zeskakując z ramienia.

Nagle jego oczy ponownie zalśniły tym samym blaskiem co wcześniej.

 – Twoim zadaniem jest odnaleźć wyciek esencji w lesie. Ten sam który wydarł z ciebie duszę – zabrzmiał niski głos.

 – Ale to zniknęło – odparł Filip na wspomnienie o źródle.

 – Tylko chwilowo, teraz znów jest gdzieś wśród drzew. Masz czas do zachodu słońca. Jeśli do tego czasu go nie znajdziesz – przegrasz. Do próby stajesz sam, żadnej pomocy. Idź. – Oczy kuny wróciły do normalności.

 – Życzcie mi szczęścia – rzekł na pożegnanie po czym popędził między drzewa.

 – Powodzenia chłopcze. Wróć tylko – odezwał się mag.

 

***

 

Filip pędził przez las z wyostrzonym na esencję wzrokiem w poszukiwaniu źródła z esencją, lecz ku jego rozczarowaniu niewiele mu pomaga, gdyż okazuje się że cała puszcza przesiąknięta jest esencją, tak że drzewa, nawet ziemia po której biegł – wszystko było skąpane w białym świetle. W tym stanie ledwo widział kolory, kontury i krawędzie, przez co już się kilka razy potknął o wystający korzeń, który w jego oczach idealnie wtopił się w otoczenie. W tym stanie znalezienie czegokolwiek w tym lesie zajmie całe wieki. Musi znaleźć inne rozwiązanie.

Myśl, nie uczyłeś się przecież da darmo. – powiedział do siebie.

Zatrzymał się by zebrać myśli. Czego do tej pory dowiedział się o esencji? Naturalnie jest wszędzie. Niedawno ogromna jej ilość rozprzestrzeniła się po lesie powodując nagły wzrost roślin. Władający esencją podobnież mogą używać jej na nieograniczoną ilość sposobów. Ale on potrafi tylko niszczyć, przesuwać nieduże przedmioty i widzieć niedostrzegalną wcześniej esencję.

 – To za mało! – ze złości kopnął kępę mchu, którą akurat miał pod nogami posyłając ją i kawałek przyległej ziemi kilka kroków dalej.

Nie wiedząc co robić dalej opadł bezwiednie na ziemię przytłoczony swoją bezradnością. Nie myślał o niczym szczególnym, nie patrzył na nic konkretnego. Za neutralny punkt posłużył mu kawałek odsłoniętej przez niego ziemi. Ta w odróżnieniu od reszty otoczenia, zamiast jarzyć się bielą była zgniło-zielona. Wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym przez jego umysł przeszła jedna jedyna myśl – „ciekawe jak reszta lasu wygląda pod tą bielą”, i zastanowił się nad tym.

Nagle stało się coś nieoczekiwanego – jakby na jego życzenie świat zmieniał się w jego oczach, biała esencja znikała, a jej miejsce zajmowały odcienie zieleni i szarości. To już nawet nie przypominało lasu, bo zniknęła nie tylko esencja, ale i jej wszelkie twory. Po rozejrzeniu się Filip stwierdził iż poznaje tę okolicę. Przechodził tędy z mistrzem w drodze do puszczy, zauważył też niedaleko szare pasmo, jakby wstęgę w krajobrazie ciągnącą się w dwie strony – droga. Po raz pierwszy odkąd tu wszedł wiedział gdzie się znajduje. Źródło pojawiło się na terenie puszczy. Teraz wie, w którą stronę iść.

 

***

 

W międzyczasie na skraju puszczy zmartwieni i zniecierpliwieni Gordon i Kirbi wdali się w zaiste ożywioną dyskusję.

 – Co mnie obchodzi jakiś demon czy czymkolwiek on jest. Muszę mu jakoś pomóc – upierał się mag.

 – Nie możesz. Jeśli spróbujesz interweniować Opiekun wyrzuci cię z lasu po pierwszym kroku.

 – Czyżby?! Sprawdźmy.

Mag szybkim marsze udał się między drzewa, tylko po to by ułamek sekundy później znaleźć się z powrotem w tym samym miejscu z którego ruszył. Zdezorientowany zwrócił się do kuny.

 – O co w tym chodzi?!

 – Cały teren lasu jest teraz miejscem zastrzeżonym. Nikt nie wejdzie ani nie wyjdzie do końca próby.

 – Więc musimy tu stać do zachodu słońca?! A skąd będziemy wiedzieć czy zdał czy nie?

 – Właściwie sam nie wiem – przyznał. – Może Opiekun wyśle wiadomość a może… – nagle otworzył szeroko oczy właśnie coś sobie uświadamiając. – No przecież…, czemu wcześniej o tym nie pomyślałem – dodał zamykając powieki jakby kładł się do snu.

 – O czym? Czy ty przysypiasz? – napomniał mag.

 – Ciszej.

 – A niby co właśnie….

Nim zdążył dokończyć obaj nagle zniknęli. W miejscu gdzie jeszcze przed chwilą wykłócał się starzec z mówiącą kuną teraz nastała zupełna cisza.

 

***

 

Idąc wzdłuż drogi, niemal całkiem opanowanej przez podszyt. Filip dotarł do drogowskazu oznaczającego niegdyś rozwidlenie. Nie dostrzegłby go bez swojej nowej umiejętności. Już gdy tędy przechodził ostatnio był obrośnięty pnączami, w tej chwili wtopił się w resztę krajobrazu przypominając jedno z drzew.

Na podstawie tego drogowskazu obrał ten sam kierunek co dwa dni temu, gdy rozdzielił się z mistrzem. Lecz jego obecny wzrok miał pewną wadę – nie dostrzegał roślin wyrośniętych na esencji, czyli tych napotykanych na każdym kroku. To go zmusiło do używania swych zwyczajnych oczu. Lepsze to niż wchodzenie w każde drzewo po drodze, która bynajmniej nie ułatwiała wędrówki.

Krzewy będące niedawno trudną przeszkodą stały się zaporą nie do przebycia, co zmusiło go szukania okrężnej drogi. Czas uciekał, a Filip opadał z sił. Dlatego poczuł wielką ulgę, gdy wreszcie znalazł ogromny, drzewny krąg, wewnątrz którego znalazł źródło – jego największe jak do tej pory przekleństwo. Zbliżył się kilka kroków. Nic. Żadnych znaków świadczących o tym iż próba dobiegła końca. Wyostrzył wzrok esencją, po czym opadł na kolana z rozpaczy. Źródła tam nie było, ani nawet najmniejszego śladu po nim. Przyszedł tu sądząc że odnajdzie swój cel. Jeśli tak nie jest, to oznacza to że jedynym sposobem na przejście próby jest przeszukanie puszczy kawałek po kawałku. Do zachodu słońca została godzina, może dwie. Normalnie zajęłoby to przynajmniej dwa dni. Czas od samego początku działał na jego niekorzyść. Kirbi powiedział mu, że jest niejeden sposób na niedostatek czasu. Uwierzył w to, że nawet jeśli prawa rządzące wszechświatem są przeciw niemu, to jest w stanie dokonać czegoś co wydaje się niemożliwe. I nadal w to wierzy. Dlatego nie zrezygnuje. Bo nic się jeszcze nie skończyło, na nic nie jest jeszcze za późno. „Nie pozwolę na to”.

Wstał z kolan i wymówił inkantację.

 – „Repidivelda”.

Jeszcze tego ranka uczył się jak powstrzymywać energię zaklęć, by nie wymknęły się spod kontroli. Nie tym razem. Być może nie jest w stanie zapanować nad czasem, ale może jest w stanie sprawić, by te dwie godziny starczyły mu aż nadto. Efekt zaklęcia poczuł od razu. Rzucił na siebie zaklęcie prędkości, pozwala rzucającemu, lub wybranej osobie szybciej się poruszać. Przyspiesza ruch ciała, bicie serca i prędkość myśli, lecz przy dłuższym użytkowaniu jest szkodliwe. Co więc się stanie jeśli wzmocnić to zaklęcie esencją?

Odpowiedź miał przed oczami – liście. Opadały tak wolno, że Filip mógłby ich teraz zbierać dziesiątki nim te dotknęłyby ziemi. Dźwięki także zwolniły, mógł wychwycić przerwę między uderzeniami blaszek liści trwającymi dla niego po kilka sekund.

 – Teraz musi się udać.

Filip pognał przez las z widzącym esencję wzrokiem. Nałożył na siebie dwie wizje – widzącą biel, oraz tego co pod nią by nie zderzyć się więcej z żadną przeszkodą. Po drodze zobaczył zająca w biegu, mógłby go okrążyć kilka razy i złapać zanim ten w ogóle zdążyłby go zauważyć. Najłatwiejsze polowanie w życiu. Czuł się wspaniale, jakby żadne zmartwienia świata zewnętrznego go nie dotyczyły. Ale wiedział co musi zrobić. Nie zmęczył się nawet po przetrząśnięciu trzeciej części lasu, ale źródła nie znalazł. Musiał się spieszyć.

Co prawda w takich okolicznościach zachodem nie musiał się już przejmować, ale rzucając zaklęcie nałożył na siebie inny limit – wytrzymałość. Jeśli czym prędzej nie odwoła czaru, to ceną za jego rzucenie będzie jego życie.

Kto wie, może już jest tak naprawdę martwy? Filipowi na krótką chwilę rozmazał się wzrok. Niby nic takiego, ale zdawał sobie sprawę co to oznacza – pierwszy objaw.

Połowa lasu już za nim, wciąż nic. Nie zatrzymywał się ani na moment, nie miało to sensu, wciąż nie czuł zmęczenia.

Zawroty głowy, kolejna oznaka kończącego się czasu. Przez tę chwilową nieuwagę potknął się o wystający korzeń. To powinien być bolesny upadek, ale bólu też nie odczuwał. Podniósł się równie szybko i ruszył dalej.

Dziwne ciepło rozchodzące się od oczu zalało jego twarz. Zignorował to skupiając się na poszukiwaniach. W pewnym momencie dostrzegł coś kątem oka. Jakby błysk jasnego światła. Zmienił kierunek bez zatrzymywania się i podążył za blaskiem. Owy błysk okazał się być odleglejszy niż z początku zakładał, a to dlatego iż po pierwsze – był również większy niż przypuszczał, po drugie – nie było jednego, tylko dwa. Pierwszy był znanej mu śnieżnobiałej barwy, lecz ten drugi widział po raz pierwszy. Czysty błękit, intensywniejszy od morza.

Gdy Filip dotarł do ogniska światła, jego blask raził go tak, że musiał zamknąć oczy i jeszcze zasłonić je ręką. Nie miał już wątpliwości – dotarł do źródła.

Przywrócił sobie zwykły wzrok, i gdy przyzwyczaił się do obecnego światła jego oczom ukazały się dwie rzeczy – lśniąca tafla o wyglądzie nieba w nocy, i postać w czerni stojąca u jej brzegu. Wciąż był pod wpływem zaklęcia, ale nieznajomy poruszał się zwyczajnie, jakby nic się działo. Na widok Filipa zmusił się na lekki uśmiech po czym zaczął klaskać.

 – Moje gratulacje, udało ci się.

Usłyszawszy te słowa Filip poczuł niezmierną ulgę. Bez zastanowienia odwołał zaklęcie prędkości. Uczucie, które nadeszło wraz z jego wygaśnięciem wstrząsnęło zarówno ciałem jak i umysłem. Każdy najmniejszy ruch najdrobniejszym mięśniem sprawiał mu ból jakby jego ciało stanęło w ogniu, a przy każdym uderzeniu serca miał wrażenie, że ktoś uderza w nie młotem. Z trudem oddychał, stracił czucie w nogach, przez co osunął się na ziemię i zamarł w bezruchu.

Pozostały mu tylko myśli, „Czy tak ma się to skończyć? Nie spędzi czterystu lat w pustce, nie wróci do domu, tylko zginie tu i teraz? Jego starania poszły na marne bo posunął się za daleko?”

 – Filipie! – usłyszał czyjś krzyk.

Kątem oka zobaczył mistrza klęczącego obok niego.

Potem jego powieki opadły, dźwięki cichły. Ostatnią rzeczą jaką poczuł, był ogarniający jego ciało, błogi chłód.

 

***

 

Czekałem obok przecieku, stale pilnując by więcej się nie rozprzestrzeniał. Odszukanie go uznałem za doskonały sprawdzian, bo dla początkującego stanowi wyzwanie. Byłem całkiem pewny, że chłopakowi się uda. Szybko się uczył już podczas podróży między światami. Więc nie zdziwiło mnie gdy zawitał do tego niewielkiego gaju z nadludzką prędkością. Nie doceniłem tylko jednego – tego jak bardzo był zdeterminowany by zatrzymać swoje dotychczasowe życie. Zaryzykował, postawił wszystko na jedną kartę i zjawił się godzinę przed czasem. W okropnym stanie.

Twarz miał całą we krwi wypływającej z uszu, nozdrzy, oczu. Opadł za ziemię gdy tylko obwieściłem mu jego sukces. Jego mistrz i Kirbi pospieszyli mu z pomocą. Krótko po rozpoczęciu testu moja cząstka wysłała mi wiadomość z prośbą o możliwość obserwowania poczynań jego ucznia. Nie miałem powodów by się nie zgodzić, więc przeniosłem obu do zagajnika. Gdy stary mag mnie zobaczył, był lekko mówiąc zdziwiony. Stworzyłem dla nich, powiedzmy „okno widokowe” by mogli obserwować próbę moimi oczami. Sprawa się nieco skomplikowała gdy chłopak rzucił zaklęcie. Wtedy z naszej trójki tylko ja nadążałem z interpretacją wydarzeń. W czasie rzeczywistym odstęp pomiędzy rzuceniem przez Filipa zaklęcia prędkości, a dotarciem tutaj wynosił piętnaście minut, lecz dla Filipa minęło szesnaście godzin. Co to oznacza? Zaklęcie, które rzucił nie przyspieszało jego czasu, tylko funkcje życiowe. Skurcze mięśni, receptory, impulsy nerwowe – ich prędkość została przyspieszona. Jego organizm w ciągu piętnastu minut przyjął wysiłek równy szesnastu godzinom, a przez większość tego czasu biegał po lesie. Tylko dzięki nagromadzonej w nim esencji jego ciało pozostało w jednym kawałku. Aż do teraz.

 – Filipie! – wykrzyczał mag widząc stan swojego ucznia. – Coś ty zrobił?!

Gordon ułożył go na plecach, wyciągnął dłonie nad ciałem Filipa i rzucał zaklęcia uzdrawiające, ale to nie wystarczy.

Idę w ich stronę, nie spiesząc się zbytnio.

 – Zwał serca, uszkodzenie mózgu, zerwanie większości włókien mięśniowych, rozległy krwotok wewnętrzny wywołany popękaniem naczyń, a może raczej ich eksplozją. Ciekawych rzeczy się od was uczy – skomentowałem.

Gordon spojrzał na mnie z furią w oczach.

 – To ty go do tego zmusiłeś! To przez ciebie umiera!

 – Ale nie pozwoli mu umrzeć – wtrącił się Kirbi. Co zdaje się powstrzymało maga przed zaatakowaniem mnie. – Choćby po to, by dotrzymać danego słowa.

Całkiem dobrze mnie zna, w końcu jest częścią mojej duszy, ale nie podoba mi się że stawia mnie w takim świetle. Czy było to częścią zawartej umowy czy nie, nie pozwoliłbym chłopakowi zginąć w takich okolicznościach. Leczenie rozpocząłem od razu. Nie musiałem nawet się zbliżać.

Odbudować żyły i tętnice, spoić pęknięty rdzeń, zregenerować zwoje mózgowe. Sporo tego. Wszystko było prawie gotowe gdy stanąłem nad ciałem Filipa. Przyklęknąłem i położyłem dłoń na jego czole.

 – Pozostało tylko… się zbudzić.

Chłopak nagle otworzył oczy i zerwał się do pozycji siedzące strącając moją rękę z czoła. Zdezorientowany zaczął się rozglądać.

 – Mistrzu…, Kirbi… – odezwał się widząc ich obok siebie. – Zdałem? – spytał, po czym spojrzał na swoją dłoń, na której Opiekun umieścił swój znak. Nie było go tam.

 – Tak chłopcze, udało ci się – odparł mag śmiejąc się uradowany.

Filip również odpowiedział śmiechem, krótkim i niewyraźnym gdyż jeszcze nie odzyskał pełni sił. Gdy wreszcie mnie dostrzegł, jego twarz wyraziła zdziwienie.

 – To ty……, ten muzyk? – spytał widząc znajomą twarz.

Choć przy jego obecnym stopniu świadomości powiedziałbym raczej, że rozpoznał ubrania.

 – Jedno z moich hobby.

 – Jak to, kim jesteś? – spytał podnosząc się z ziemi.

 – Nie poznajesz mnie? A gdybym był trochę wyższy, miał niższy głos… i rogi?

 – Opiekun – stwierdził otwierając szeroko oczy. – Wydajesz się… inny.

 – Faktycznie. Wcześniej poznałeś moją inną twarz. Wraz z twarzą moja osobowość również ulega kilku zmianom.

Filip zastanowił się chwilę.

 – Ale skoro ty jesteś Opiekunem, to znaczy, że również byłeś tego dnia w puszczy. To znaczy, że mogłeś zapobiec wszystkiemu, co się wtedy stało!

 – Masz rację, mogłem sprawić byś nigdy nie zobaczył wycieku, by esencja nigdy do ciebie nie trafiła. Żadnych wizyt w zaświatach, żadnych prób.

 – Więc dlaczego? – spytał podnosząc się z ziemi.

 – Mogłem też nie robić nic, wtedy również znalazłbyś esencję i zginąłbyś, a twoja dusza wędrowałaby po pustce. Lecz podjąłem działania, uratowałem ci życie, pomogłem twojemu mistrzowi i posłałem w niebo światło by cię znalazł. Odnalazłem cię w pustce i odesłałem z powrotem do ciała.

Przypomniał sobie o tym, jak mistrz zobaczył słup światła, który wskazał mu miejsce. Więc to też robota opiekuna. Z tego co mówi wynika, że nie chodziło tylko o ocalenie komuś życia.

 – Chciałeś bym zdobył moc. Po co? I czemu miała służyć ta próba?

 – Chciałem potwierdzić, że się nadajesz. Do czego? Moim celem było stworzenie kogoś, kto byłby w stanie wpływać na losy tego świata. Kogoś, kto w chwili potrzeby przywracałby w nim harmonię.

„Kogoś podobnego do nas” – pomyślałem z nostalgią.

 – Ale ja tego nie chcę! A co jeśli się nie zgodzę? Zmusisz mnie?

 – Nie, dałem ci narzędzie, teraz gdy mam pewność że potrafisz go używać i że nie użyjesz go niewłaściwie, możesz zrobić z nim co uważasz za stosowne.

Filip aż nie wierzył w to co usłyszał.

 – Tak po prostu? Włożyłeś sporo wysiłku w ten swój plan. Skoro dajesz mi wybór, to czy w ogóle było warto. Jeśli powiem „Nie”, wszystko pójdzie na marne.

 – Nie chciałem zmarnować takiej szansy – w losowym miejscu na świecie pojawia się rzadka anomalia, mogąca obdarować kogoś wielką mocą i akurat trafia na kogoś, kto ma zdolności i dobre chęci. Zbyt kuszące zrządzenie losu.

 – Więc to przez zwykły przypadek? Ze wszystkich ludzi, lepszych, bardziej doświadczonych, czemu akurat ja?

 – Nie pytaj losu dlaczego ci się coś przydarza, zapytaj siebie, co z danym faktem zrobisz.

Spuścił wzrok próbując znaleźć właściwą odpowiedź.

 – Nie wiem.

 – Nie szkodzi. Masz sporo czasu by to przemyśleć – odparłem przyjaznym tonem z uśmiechem. – I wiesz? Nie musisz mi mówić, zamiast tego możesz odpowiedzieć swoimi własnymi działaniami. Będę czasem zaglądać.

Odwróciłem się i zrobiłem kilka kroków w stronę wycieku.

 – Pozostaje jeszcze kwestia puszczy i esencji.

 – Powiedziałeś mi wcześniej, że zajmiesz się tym. – zauważył Gordon.

 – Owszem, zajmę się.

Podniosłem prawą rękę, zmaterializowałem w niej swoją laskę i uderzyłem nią o ziemię. Wraz z uderzeniem rozległ się huk niczym od walącej się góry. Potem zatrzęsła się ziemia, w oddali słychać było też trzask łamanego drewna.

Źródło zaczęło znikać na ich oczach w sposób, jaki Filip zapamiętał gdy ostatnio je widział – na miejsce tafli pojawiało się runo i trawa. Lecz nie tylko źródło ulegało zmianie. Bowiem znikały też niektóre drzewa jakby rozsypywały się na pył inne się kurczyły tracąc nawet połowę swojej wielkości, podobnie z krzewami i roślinami porastającymi runo. Cały las ulegał przemianie na ich oczach.

Filip i Gordon przyglądali się temu przedstawieniu z zapartym tchem. Kirbi również zdawał się być zainteresowany.

 – Popisuje się – skomentował.

Trzęsienie wreszcie ustało, roślinność również nie ulegała dalszym zmianom.

Gdy puszcza całkiem się uspokoiła, pozostali odważyli się zabrać głos.

 – Co tu się stało? – spytał Gordon.

 – Przywróciłem las do poprzedniego stanu, sprzed esencji i rozrostu. – wytłumaczyłem.

 – Tyle rzadkich okazów.

 – Pozwolę sobie puścić ten egoistyczny komentarz mimo uszu. Szczęśliwie jesteście jedynymi osobami w okolicy, którzy wiedzą co tu się naprawdę działo, zatem obejdzie się bez zbędnych sensacji. Oczywiście mogę liczyć na waszą dyskrecję, prawda? – spojrzałem po zebranych.

 – Nikomu nie powiemy – odparł Filip. – Mistrzu?

 Mag zamyślił się na chwilę.

 – To dużo do przemilczenia. Ale niech będzie, zatrzymamy to w tajemnicy. Trzeba będzie jeszcze powiedzieć Hannie.

 – Znakomicie. Skoro przeciek został załatany, a Filip pokazał na co go stać, to wychodzi na to, że już mogę was opuścić.

Oddaliwszy się raptem na kilka kroków, ktoś widocznie chciał mnie jeszcze zatrzymać.

 – Czekaj! – zawołał Filip – czy zdradzisz nam w końcu kim jesteś zanim odejdziesz?

Odwróciłem się znów w ich stronę i zastanowiłem się nad tym.

 – Właściwie już dużo wam wyjawiłem…, więc odrobina więcej nie zrobi różnicy. Śmiertelni różnie nas nazywają: wielkie duchy, demony, bogowie. My nazywamy siebie inaczej. Zatem pozwólcie, że się należycie przedstawię: „Jestem przedwiecznym opiekunem Wszechdrzewa, Lethanel filar wolności”. Ale mówcie mi Lethan.

 – Nie mam pojęcia, co to znaczy – odparł Filip.

 – Pamiętasz naszą wycieczkę po innych światach?

Przytaknął w odpowiedzi.

 – Pokazałem ci, że poza tym światem istnieje wiele innych. My, opiekunowie dbamy o to, by wszystkie te światy zostały utrzymane we względnym porządku by mogły dalej istnieć. Taka anomalia na przykład, którą nazywasz „źródłem”, gdyby ją tak zostawić prędzej czy później wydrążyłaby tyle dziur w tej rzeczywistości, że ta w końcu zostałaby rozerwana na kawałki. Innymi słowy istnieć.

Filip i Gordon popatrzyli po sobie z twarzami zastygłymi w zgrozie.

 – Mówisz, że nas wszystkich czekałaby zagłada? Gdyby cię tu nie było? – upewniał się chłopak.

 – Gdyby nie zjawił się tu żaden opiekun, wtedy tak, czekałaby. Ale już po wszystkim, nie macie się czego obawiać. Powinniście raczej świętować twój sukces.

 – Może i ma rację Filipie. Nic nam nie przyjdzie z zamartwiania się czymś, co mogłoby się zdarzyć – pocieszył go mag.

 – Święte słowa. Wiecie, tak naprawdę mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia zanim odejdę. Więc w ramach gratulacji, chciałbym was zaprosić do gospody.

Moja propozycja w szczególności przykuła uwagę samego Filipa. To w końcu ten dzień. Wszystko jak w zegarku.

 – Zapraszasz piętnastolatka na piwo? Po moim trupie – oburzył się Gordon.

 – Niezupełnie, ale nie martwcie się. Nie pożałujecie. Zgadzacie się?

 – Czemu nie? Ja pójdę – Zgodził się Filip.

 – Ja z tobą – dołączył się Kirbi.

 – Ktoś musi was pilnować, więc jeśli tak bardzo chcesz iść to i ja pójdę – zgłosił się Gordon. – Słyszałeś opiekunie, pójdziemy z tobą.

Uśmiechnąłem się szczerze widząc tę wzorową frekwencję. Z pewnością będzie zabawnie.

 – Idealnie.

 

***

 

 Nie chcąc tracić czasu, przeniosłem wszystkich na skraj Lorhan, tak jak zrobiłem to wcześniej z Gordonem i Kirbim. Zwyczajnie pojawiliśmy się w innym miejscu jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. Resztę drogi przeszliśmy pieszo. Nastał już zmrok, mieszkańcy rozpalili swoje świece w domach i latarnie przy głównej drodze oraz rynku, którego perełką dzisiejszego wieczoru była gospoda, zapraszająca mieszkańców swoim światłem i gromkim śmiechem dobiegającym z jej wnętrza. Nowi goście wciąż przybywali, a wewnątrz znalezienie wolnych miejsc stanowiło nie lada wyzwanie. Gordon mieszka w Loran od lat, ale jeszcze nie widział, by w tym przybytku pojawiło się naraz tylu klientów.

 – Ki czort ich tu wszystkich przygnał? – dziwił się mag.

 – Ja się chyba domyślam. – Kirbi siedzący na ramionach Filipa spojrzał niezauważalnie w stronę Lethana.

 – Znajdziemy tu w ogóle miejsce? – zmartwił się Filip.

 – Zobaczę, co da się zrobić. Opuszczam was na moment. – W tym celu udałem się na zaplecze znikając wszystkim z oczu.

Chwilę później podszedł do nich gospodarz – Bernard, ze swoją nigdy nie znikającą uprzejmością.

 – Ah, to wy mistrzu. I młody Filip, witam was serdecznie. Wasz stolik już czeka. Zapewniłem najlepsze miejsca.

 – Dziękujemy Bernardzie, ale nie rezerwowaliśmy miejsc – tłumaczył Gordon.

 – Bo to wcale nie wy mistrzu, ale jegomość o nietypowym imieniu, Lethan o ile mnie pamięć nie myli. – Bernard poszedł kawałek dalej do wydawałoby się jedynego pustego stolika w gospodzie po czym przywołał ich ruchem ręki.

„Wszystko sobie zaplanował drań jeden” – przeszło Gordonowi przez myśl.

 – To ten, jeśli zechcecie coś zamówić wystarczy zawołać jedną z dziewcząt. Życzę miłego występu. – Opuścił ich gdy tylko skończył to zdanie. Widać jest dziś bardzo zabiegany.

– Od kiedy tu jest scena? – napomniał Filip widząc drewniany stopień kilka kroków od ich stołu. – I jaki występ?

 – Niedługo się dowiemy – odparł Gordon zajmując miejsce.

Filip poszedł jego śladem i usiadł na przeciwko. Kirbi z kolei zszedł z ramion chłopaka i usiadł na stole nie przejmując się ciekawskimi spojrzeniami.

Zamówili tylko po naparze z owoców do picia. Obsługująca ich kobieta trochę się zdziwiła gdy poprosili o jeszcze jeden, najmniejszy kubek jaki posiadają, ten był oczywiście dla kuny. Jeszcze zanim dokończyli, na scenę wszedł Bernard z obwieszczeniem.

 – Rad jestem widzieć was tu wszystkich. Zapewne większość z was przybyła tu z tego samego powodu – kilka dni temu do Loran zawitał pewien artysta, który w jedno popołudnie poruszył serca tych z was, którzy mieli okazję zapoznać się z jego sztuką. Udało mi się go namówić do jeszcze jednego występu w moim przybytku. Tak więc bez dalszych wypowiedzi – przedstawiam wam barda Lethanela.

Goście gospody zaczęli bić brawa gdy na scenę wszedł młody mężczyzna w czarnym płaszczu trzymający Fidel i smyczek. Filip domyślił się, o kogo chodzi gdy Bernard wspomniał o artyście. Ostatnio w Loran pojawił się tylko jeden, który okazał się być istotą spoza tego świata.

 – A wydawało się, że więcej w nim powagi – skomentował mag.

 – Na tym polega sztuczka – odparł Kirbi. – On nigdy nie wygląda na tego kim jest. Zwodzi swoim pierwszym wrażeniem, by sprawdzić jacy jesteśmy naprawdę.

Przerwali rozmowę gdy reszta gości ucichła, dając zabrać głos muzykowi.

 – Dziękuję wam za przybycie. Choć spędziłem tu czasu, to i tak będzie on dla mnie niezapomniany. Zastanawia was co może być niezapomnianego w takim miasteczku? Otóż prawdziwie niesamowite zdarzenia mogą się czaić w najmniej spodziewanym miejscu, i są niezwykle trudne do dostrzeżenia. A to dlatego, że same w sobie są całkiem zwyczajne. Chwile ciekawości, strachu, bólu. To zwyczajne rzeczy, ale co się stanie po nich? Rezygnujesz czy idziesz na przód, uciekasz czy podejmujesz wyzwanie, ulegasz czy wstajesz? Uwielbiam dobre opowieści, wy pewnie też. Lecz one nie pojawiają się znikąd, muszą mieć gdzieś swój początek, a zaczynają się całkiem zwyczajnie. Kto wie? Może któreś z was już rozpoczęło swoją własną, niesamowitą opowieść nawet o tym nie wiedząc. Życzę wam wszystkim wspaniałych opowieści, i aby zawsze dobrze się kończyły.

Tłum ponownie zaczął bić brawa. Tym razem również Filip się dołączył, a po nim nawet Gordon i Kirbi, na swój sposób.

 – Nie przedłużając, zapraszam do wysłuchania mojego pożegnalnego utworu.

Muzyka zabrzmiała gdy tylko smyczek dotknął strun, radosna, skoczna, zachęcająca do tańca. Niektórzy klaskali, inni wybijali rytm , a jeszcze inni, jak Filip zwyczajnie się wsłuchiwali. Myślał o słowach opiekuna, Lethana. Jego opowieść z pewnością nie rozpoczęła się zwyczajnie. Choć to zależy, co uznać za początek. Ale koniec jeszcze dla niego nie nadszedł, bo żeby mieć swoje dobre zakończenie musi zdecydować, co chce zrobić, jak żyć z tym co otrzymał. Ale jeszcze nie dzisiaj. Filip rozejrzał się po gospodzie. Wszędzie widać rozweselone twarze. Nawet Gordon był w dobrym humorze. Dziś osiągnął wielki sukces, i dziś powinien się nim cieszyć. Filip również zaczął przyklaskiwać do muzyki która porywała coraz więcej osób, do tego stopnia, że goście zaczęli przesuwać stoliki by zrobić miejsce do tańca. Jako że miejscowi znali raptem kilka wiejskich układów, to Lethan grał tak, by rytm pasował do ich kroków. Po kilku takich tańcach tępo muzyki zwolniło pozwalając odpocząć kilku zziajanym chłopom.

Następna melodia różniła się od poprzednich, nie nadawała się do tańca, brzmiała melancholijnie i trochę smutno. Pomimo tego, żadna inna melodia którą Filip słyszał nie brzmiała tak… prawdziwie. Wszyscy wsłuchiwali się w nią z zapartym tchem jak zaczarowani. Jemu też udzielał się nastrój tej melodii, która jakby opowiadała swoją własną historię. Powoli jej rytm się zmieniał, dźwięki były coraz wyższe a sama melodia coraz bardziej dynamiczna. Filip czuł przez nią wzrastające napięcie dopóki melodia w pewnym momencie nie ucichła. Goście gospody włącznie z Filipem stali tak przez chwilę nie będąc pewnym co powinni teraz zrobić, następnie chłopak zaczął bić brawa, powoli przyłączyli się pozostali bijąc tak głośno ja tylko potrafili. Lethan ukłonił się w odpowiedzi na ich brawa. Nagle muzyk na moment stanął w płomieniach… i zniknął w nich ku przerażeniu widzów. Myśląc iż jest to część występu, brawa gości wróciły.

 – Czy on? – spytał Filip.

 – Tak, odszedł – odpowiedział Kirbi.

 

***

 

Filip i Gordon na razie wrócili do swojego codziennego życia, pomijając codzienne lekcje z Kirbim. Chłopak uczy się szybko zarówno o magii jak i esencji odnajdując podobieństwa między nimi. Pomimo iż jeszcze nie podjął decyzji, to bez wątpienia stanie się wspaniałą osobą, która w razie potrzeby postąpi słusznie, i z pewnością wyjdzie obronną ręką z każdej trudnej sytuacji.

Koniec.

 – No, może nie zupełnie. Przyszłość jeszcze przed nami – powiedziałem kładąc na półkę księgę zatytułowaną „Asystent Czarodzieja”.

 – Kolejna? – dobiegł mnie męski głos zza moich pleców.

 – Zgadza się. Jest bardzo obiecująca.

 – Znam tu każdą księgę, i wiem też skąd pochodzi. Ty przynosisz ich najwięcej.

 – To dlatego, że nigdy nie mam ich dość.

Spojrzałem na regał z książkami, ciągnący się po horyzont w obie strony. Pamiętam każdą z nich.

 – Jaka będzie następna?

Koniec

Komentarze

Przykro mi, ale nie będę czytał tego tekstu mimo dyżuru. Po pierwsze, jest to moim zdaniem tylko fragment dłuższego opowiadania (konkretnie jego druga połowa), którego pierwsza część nie podlega pod mój dyżur. Po drugie, całość ma ok. 130 tysięcy znaków. Dziwne praktyki stosujesz, Konradzie1399, wrzucając tutaj takie kobyły w kawałkach oznaczonych jako samodzielne opowiadania. Może ktoś przeczyta całość, ale na dyżurnych bym nie liczył.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Konradzie, ponieważ to tylko część (druga) Twojej opowieści, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dołączam do chóru. Skoro sam w tytule dajesz opis “część 2”, to jest to fragment. Początek też na to wskazuje.

http://altronapoleone.home.blog

Zmieniłem oznaczenie obu fragmentów (części 1 i 2) na prawidłowe.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Na początek nieźle, ale rozczarowało mnie, że po tylu ćwiczeniach i nauce Filip nie wykorzystał swoich możliwości w jakiejś walce. Znów pojawił się problem z pomieszaniem czasów.

Podobała mi się postać Kirbiego, dodała opowieści koloru. Zastanawiałam się, z jakiego powodu Gordon go tolerował i jeszcze pozwolił mu na ingerowanie w edukację swojego ucznia :)

Bohaterowie prowadzą długie rozmowy, historia byłaby ciekawsza, gdyby pojawiły się też inne elementy: opisy miejsc i działanie postaci. Zachęcam Cię do pisania krótszych opowiadań, wtedy łatwiej jest zapanować nad światem opowieści i bohaterami.

Nowa Fantastyka