- Opowiadanie: Numizmat - Tam gdzie mieszkają tajemnice

Tam gdzie mieszkają tajemnice

Witam wszystkich. To moja pierwsza publikacja na łamach tego portalu i bardzo się cieszę, że mogę się z Wami podzielić tym właśnie opowiadaniem, z którego zawsze byłem bardzo zadowolony. Mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu. Z wielką chęcią wysłucham wszystkich opinii i odpowiem na komentarze tych, którzy postanowią coś mi naskrobać. Życzę miłej lektury. 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Tam gdzie mieszkają tajemnice

Mizerna karczma, do której zajechał, w istocie nie wyróżniała się niczym szczególnym. Tak przynajmniej mógłby rzec postronny, niezaznajomiony z okolicą obserwator. Taki, który to ogółem niewiele rozeznając się w świecie, po pobieżnym przyjrzeniu się podupadłemu budynkowi lokalnej tawerny uznałby niechybnie, iż jej, delikatnie mówiąc, mało reprezentacyjna fasada z pewnością doskonale odzwierciedla faktyczny stan całego lokalu.

Nic bardziej mylnego.

Na całe szczęście wysoki, odziany w długi, spięty szerokim pasem w talii biały płaszcz przybysz, który właśnie gibko zeskoczył z konia, nie zaliczał się do ów grupy postronnych osłów i ignorantów.

Nieposiadająca jakiegokolwiek wartego wspomnienia miana karczemka, o którą rzecz się rozchodzi, nie była bowiem ani pospolita, ani pozbawiona znaczenia, jak wielu zwykło sądzić. Była zaś niepozorna, a więc i niezgorzej ukryta, przez co doskonale swą rolę. Rolę, o którą to nowo przybyły wcale a wcale nie dbał w chwili przekroczenia jej progu. Dość intensywnie skupiał się natomiast na posiłku, dzbanie eramoskiego ciemnego piwa oraz odpoczynku w ciepłym łożu. Po uprzednim odprowadzeniu łagodnej klaczy za uzdę wprost do niewielkiej, przybudowanej do szynku stajni, by i jej skapnęło coś od życia w tę noc, pchnął drzwi tawerny.

Już w pierwszej sekundzie przywitała go nadzieja. Nadzieja obecnie rezydowała najwidoczniej pod postacią odcinającej się od wieczornego chłodu ciepłej atmosfery wnętrza oraz kuszącej woni jadła. W istocie postać takowa była mężczyźnie bardzo miła, więc niewiele myśląc, ochoczo przestąpił przez próg, lekkim krokiem stąpając po skrzypiących deskach podłogi.

W pierwszej chwili oczywiście prędko omiótł spojrzeniem całe wnętrze. Na szczęście zewnętrzna obskurność nie wcisnęła jeszcze swoich macek do środka lokalu. W rzeczywistości wyglądał on na schludny, czysty i porządnie prowadzony, z czego mężczyzna ucieszył się w duchu. Niepotrzebne mu było teraz towarzystwo szemranych typów, upijających się niemal do nieprzytomności, rozlewających trunki z kufli na wszystko wokół i zapewne kończących libację na zwyczajowej burdzie oraz późniejszej nocy w ciupie. Na szczęście w tym miejscu klientela zdawała się wcale porządna. I choć większość porozstawianych po głównej izbie drewnianych stolików stała pozajmowana, w przestronnym pomieszczeniu nie dało się słyszeć hałasu. Było oczywiście gwarno od rozmów i śmiechów, lecz przybysz nie znajdował w tych odgłosach niczego nieprzyjemnego.

Przy ścianie po jego lewej, za plecami jakiejś większej zgrai, jak gdyby gardząc niewielkimi eardami ciepła porozstawianymi gdzieniegdzie po izbie, dodatkowo płonęło tradycyjne palenisko, nad którym wciąż unosił się równie tradycyjny kociołek z parującą zawartością. 

Niezrównany klimat, pomyślał przybysz. W stronach, z których pochodził, nie zadawano już sobie podobnego trudu.

Jak okiem sięgnąć, wszystkie stoły suto pozastawiane były talerzami zup, półmiskami ryb z dodatkami przeróżnych sałat, zawijane pity oraz ochoczo popijane do tego trunki. Mężczyzna, walcząc z burczącym żołądkiem, nie czekając dłużej, od razu ruszył w stronę solidnie zbudowanego kontuaru, za którym straż nad zadowoleniem gości trzymał starszy, brodaty karczmarz o wysmukłej sylwetce, wytartej koszuli i ciekawskim spojrzeniu.

– Witajcie – przywitał się, nachylając do gościa, który właśnie zajął miejsce na stołku, jedną stopę kładąc na podnóżku. – Nowi w Faas? Nie widziałem tu jeszcze waszej twarzy.

Mężczyzna kiwnął głową krótko i odparł:

– Bardziej przejezdni jak już. Nie zabawię tu długo. Wy jesteście właścicielem gospody?

– Ja – przytaknął starzec z dumą. – Jestem Telmos. Was zwą…?

– Arno. Arno z Dearmon.

Karczmarz zmarszczył brwi i pogładził palcami siwą brodę, lekko zakłopotany.

– A gdzie to leży, dobry człeku?

– Parę staj za Veor – objaśnił krótko.

– I to stamtąd jedziecie?

Przybysz przytaknął, nie siląc się na nic więcej.

– Daleka droga – stwierdził Telmos w zamyśleniu.

– To prawda. – Arno dyskretnie rozejrzał się na boki. – Słuchajcie, zapasów wam tu wyraźnie nie brakuje. Nie muszę chyba pytać, czy znajdzie się tu dla mnie jakaś kolacja? Najlepiej z zimnym eramoskim w zestawie.

– To zależy, czy macie czym zapłacić.

– Mam.

– W takim razie znajdźcie sobie jakieś wolne miejsce. O, tam widzę jedno. W drugim kierunku, panie. O, tam w rogu.

– Widzę – przytaknął Arno, zerkając krzywo na chyba najlichsze miejsce w całej izbie. Mały stolik w ciemnym kącie z dala od przyjemnego ciepła, które dawał ogień.

– W takim razie, rozgośćcie się, a któraś z moich dziewczyn za chwilę do was podejdzie. – Karczmarz mimowolnie kiwnął głową lekko na bok, wskazując na znajdujące się za nim drzwi, prowadzące do kuchni zapewne.

Arno skinął głową na znak zgody i już miał ruszyć na wskazane miejsce, kiedy Telmos zatrzymał go jeszcze podniesionym głosem:

– Prócz antałka, życzycie sobie coś konkretnego na posiłek?

– Nie należę do wybrednych. Możecie mnie zaskoczyć, Telmosie. – Arno po raz pierwszy uśmiechnął się słabo, po czym obrócił się na pięcie i odszedł.

Najwyraźniej jedyny wolny stolik w lokalu, który mu pozostał, mógł sprawiać przyjemne wrażenie jedynie dla odludka bądź dziwaka. Z drugiej strony, czy nie tego mężczyzna teraz właśnie chciał? Znaleźć się na uboczu, poza wzrokiem innych? Jeśli myśleć w ten sposób, to wygląda na to, iż miejsce zostało dopasowane do niego idealnie. Nic to, iż dawniej nie zwykł takowych zajmować.

W milczeniu rozpiął pas płaszcza, rozchylił poły na piersi, po czym z ulgą zrzucił go z ramion i zawiesił na oparciu krzesła, na którym zaraz się rozsiadł. Arno znajdował się w nieustannej drodze już od trzech dni. Teraz wreszcie mógł pozwolić sobie odetchnąć i dać odpocząć nieco zdrętwiałym od kulbaki mięśniom. Odruchowo musnął opuszkami palców umieszczony w cynowym kandelabrze na środku okrągłego stolika eard światła. Mały kamień od razu rozjarzył się przyjemnym, ciepłym blaskiem, automatycznie sprawiając, iż kąt Arno stał się nagle dużo bardziej cywilizowany. 

Eardy światła należało precyzyjnie szlifować w doskonałe kule, by światło, które się z nich wydaje, było możliwie stabilne i równo rozprzestrzenione we wszystkich kierunkach. Ten kamień musiał być albo mizernie wykonany, albo porysowany z wiekiem, gdyż na blacie stołu Arno dostrzegał kilka rzucanych przez niego jaskrawych refleksów. Podejrzewał jednak, że sam nie wykonałby lepszej roboty, więc nie zamierzał narzekać. Pomimo iż eard był drobny, bez problemu zmieściłby się na opuszku kciuka mężczyzny, emanował wystarczającą ilością światła, by wyraźnie oświetlić jego kąt izby, nie oślepiając jednocześnie ludzi w bezpośredniej bliskości.

 Po chwili bystry wzrok Arno padł na znajdującą się na cokole w przeciwnym rogu pomieszczenia rzeźbę. Sięgnął ukradkiem do jednej z wewnętrznych kieszeni zawieszonego na oparciu płaszcza i po krótkim gmeraniu wyciągnął stamtąd drobny eard zmysłów, jarzący się nikłym, żółtym blaskiem. Subtelnie zaczerpnął z niego mocy, na co kamień rozsypał się w proch między jego palcami.

Tęczówki mężczyzny zalśniły na żółto przez ułamek sekundy, a już po chwili jego wszystkie zmysły stały się niepomiernie wyostrzone. Żołądek skręcił mu się z głodu jeszcze mocniej, gdy poczuł roztaczającą się wewnątrz izby woń jadła dużo intensywniejszą niż przedtem był w stanie zwietrzyć. Krzesło zdało mu się nagle dwa razy twardsze pod tyłkiem niż wcześniej, a bielizna, którą miał na sobie, trzykroć bardziej szorstka. Spojrzeniem z łatwością dostrzegał roszące się na zmarszczonym czole Telmosa krople potu, gdy ten za kontuarem przetaczał beczki z piwem. Pomimo ogólnego zgiełku Arno bez trudu słyszał też toczoną przy sąsiednim stoliku dyskusję.

– Do miasta ponoć ktoś ważny zawitał – odezwał się jeden z gości. – Z Eramos jakiś oficjel. U samego namiestnika bawi.

– Pleciesz. – Jego rozmówca machnął ręką lekceważąco. – Twoja baba co ranek znosi ci z miasta takie brednie, a ty w nie wierzysz i jeszcze powtarzasz, bezmyślnie mieląc ozorem. Który to już raz w tym tygodniu gadasz mi, że do Faas przyjechał to ten, to tamten?

– Głupiś! – zaperzył się. – Że namiestnik ma gościa na mieście gadają wszyscy, tylko ty żeś głuchy jak pień, capie!

– Może zwyczajnie mam lepsze rzeczy do roboty, niż pchanie rzyci nie tam, gdzie jej miejsce.

– Wolisz pchać ją na przykład do łoża Arestoleny, która, jak mawiają, za byle grosze robić tego nie pozwala. – Mężczyzna zarechotał głupkowato.

– A żeby cię zaraza zadusiła, skurwysynie! Gówno ci do tego, na czyim sianie wieczorami własną rzyć grzeję!

– Więc i tobie zapewne gówno do tego, że twoja damka prócz ciebie dupczy się z połową Faas. Powiedz, Merodosie, twoja jest w środy czy może w czwartki?

W odpowiedzi Merodos nieomal rzucił się na swojego towarzysza z pięściami. Na szczęście w ostatniej chwili udało mu się powstrzymać. Splunął wprost do kufla rozmówcy i wycedził:

– A żebyś kurwa wiedział, że w środy i w czwartki! Lepsze to niż dzień w dzień z twoją babą!

Arno pokręcił głową i z niejakim wysiłkiem oderwał się od tej jakże pasjonującej dysputy, po czym wygasił pozostałe doznania i skupił się jedynie na wzroku oraz zauważonej przez siebie wcześniej rzeźbie, która nie do końca zgrywała się z resztą dość minimalistycznego wystroju gospody. Było to wykonane z czystego, białego marmuru popiersie jakiejś kobiety o wygiętej szyi i spoglądającej w bok niebrzydkiej twarzy. Dzięki wyostrzonemu wzrokowi mężczyzna był w stanie podziwiać ją ze szczegółami nawet z takiej odległości. Dostrzegał każde subtelne uderzenie dłuta oraz każde drobne pęknięcie marmuru powstałe wraz z upływem lat.

Z pewnością nie była to przeciętna rzeźba lokalnego rzemieślnika samouka. Wręcz przeciwnie. Arno wyglądała ona na zapewne jedno z dzieł tego znanego rzeźbiarza, Tyrosa z Faas, który przed trzystu laty urodził się w tej prężnie rozwijającej się mieścinie, na dalekim skraju której stała gospoda dobrego Telmosa. Arno widział wiele rzeźb Tyrosa jeszcze w Veor, gdzie ten pracował i tworzył przez większość swojego życia. To popiersie musiało być jedną z nielicznych jego rzeźb, które pozostały w tych okolicach.

Pewnie jedną z pierwszych, pomyślał Arno mimochodem. Być może podobizna kochanki, której pragnął zawrócić w głowie. Tyros był bowiem znanym babiarzem i dziwkarzem, przez co, jak powszechnie wiadomo, w dość młodym wieku wykończyła go wenera. Jakkolwiek, karczma i tak musi słynąć, mogąc chwalić się przed całym Półwyspem tym znanym dziełem. Los jednak często ma to do siebie, iż posiada w zanadrzu więcej niespodzianek, niż ktokolwiek może się spodziewać. Tak się bowiem złożyło, że gdy nastanie świt, a po nim nastanie jeszcze jeden, ta obskurna, bezimienna karczma na skraju Faas zasłynie z jeszcze jednego powodu, o czym wówczas nikt z tu obecnych, nawet sam Arno, nie mieli pojęcia.

Arno nigdy nie miał się za wielkiego miłośnika sztuki. Napatrzywszy się, pozwolił mocy ulecieć ze swojego ciała. Już po chwili w uszach zaczęło mu dokuczać ciche dzwonienie, a jego gałki oczne wyschły i poczęły swędzieć, powodując również dotkliwy ból skroni. Skrzywił się nieco i, przymykając powieki, przyłożył doń dłonie i zaczął masować delikatnie.

Na szczęście używał mocy earda zmysłów relatywnie krótko, więc nieprzyjemności nie były tak znaczne, a i zelżały całkiem szybko. Arno i tak nie był zadowolony. Odkąd pamiętał, zawsze wyjątkowo źle znosił skutki uboczne wynikające z używania eardów. Jak można się domyślić, często okazywał się to wręcz doskonały powód do kpin z jego osoby. Nie trwały one jednak specjalnie długo, gdyż szybko okazało się, iż w sztuce korzystania z mocy niewielu znalazło się takich, którzy mogli się z nim równać.

– Panie? – Z zamyślenia wyrwał go przyjemny, dziewczęcy głos.

Arno otworzył oczy i ujrzał przed sobą ładną, młodą dziewczynę o wyjątkowo szczupłej sylwetce oraz związanych z tyłu smukłej głowy jasnych włosach. W jednej dłoni trzymała sporą miskę z pierwszą częścią jego kolacji, jak się domyślił, a w drugiej zadowalającej wielkości dzbanek z zimnym, miał nadzieję, piwem.

– Dziękuję – odezwał się uprzejmie, gdy młodziutka kelnerka stawiała przed nim na stole oba naczynia.

Dziewczyna uśmiechnęła się do niego serdecznie.

– Za chwilę przyniosę kubek i resztę posiłku, panie.

Mężczyzna kiwnął głową, po czym bacznie przyglądał jej się, gdy wdzięcznym krokiem oddalała się z powrotem w kierunku kuchni i musiał przyznać, że była wcale urodziwa. Sylwetkę posiadała raczej chudą, lecz wciąż zgrabną. Miała delikatną, emanującą swego rodzaju niewinnością twarz na policzkach i na nosie poznaczoną małymi piegami. Nie nosiła dekoltu i jej piersi raczej nie wyróżniały się znacznie spod karczemnego fartucha. Za to za widokiem jej pośladków obrócili się chyba wszyscy goście co do jednego, jak dostrzegł Arno, który również z największym trudem zmusił się w końcu do oderwania wzroku i zanurzenia łyżki w swoim stygnącym wywarze warzywnym. 

Gdy jadł, starannie wybierając najpierw soczyste kawałki mięsa, jego myśli i tak krążyły wokoło dziewczyny. Coś bardzo głęboko go w niej urzekło. Była zupełnie… zupełnie niepodobna do niej. Ile to już czasu minęło od ich ostatniego spotkania…? Czy jak cała reszta zapragnęłaby go teraz zabić, słysząc wszystkie te kłamstwa, które zapewne jej opowiedzieli?

Kelnerka wróciła po paru minutach. Arno ponownie przyłapał się na tym, że wciąż uśmiecha się do niej głupkowato.

Durny.

Ta, nie odrywając oczu od jego pokrytej niechlujnym zarostem twarzy, ustawiła przed nim parujący półmisek z pieczonym pstrągiem wydającym z siebie intensywny zapach czosnku i mięty. Arno zdał sobie sprawę, że cieknie mu ślinka. Jak dawno nie jadł już porządnego dwudaniowego posiłku? Jak dawno nie spoglądał na tak uroczy widok?

Dziewczyna, wciąż patrząc mu prosto w oczy, zaczęła nalewać piwa z dzbanka do przyniesionego kufla. Gdy nachyliła się w jego stronę, jej fartuch odchylił się nieco od ciała i mężczyzna dostrzegł skrywające się pod nim małe piersi. Arno chrząknął z niejakim zakłopotaniem, a młódka, gdy tylko zdała sobie sprawę, co zaszło, oblana szkarłatnym rumieńcem wyprostowała się tak gwałtownie, że trochę piwa z antałka rozlało się po blacie stołu i podłodze. 

– Ja… tak bardzo przepraszam, panie! – pisnęła, odskakując od stołu wciąż z dzbankiem ściskanym za ucho pobladłą ręką. – Nie wiem, co we mnie wstąpiło! Za sekundkę wszystko posprzątam! Proszę się nie źlić!

– Spokojnie, nic takiego się przecież nie stało – powiedział szybko. – Nieco rozlanego trunku w gospodzie to rzecz raczej pospolita. Naprawdę nie ma powodu się tak przejmować. Hej, dziewczyno! Słyszysz mnie?

– Tak, panie… – wzdrygnęła się, wciąż roztrzęsiona. – Jeszcze raz przepraszam… – Po chwili wynalazła skądś szmatę i pośpiesznie poczęła wycierać rozlane piwo.

– Popraw mnie, jeśli się mylę, ale chyba nie pracujesz tu zbyt długo, co? – zapytał z lekką wesołością.

– Całkiem długo, panie. Jestem córką Telmosa – odparła. – Nalewam piwo, odkąd rękoma zaczęłam sięgać blatów. Nie wiem tedy, czemu…

– Przestań już. Naprawdę się nie gniewam. Widzisz, już przecież wszystko w porządku – przerwał jej Arno.

Pociągnął kilka łyków ciemnego, a następnie postanowił wreszcie zabrać się za wybornie wyglądającego i pachnącego pstrąga, którym, jak tak dalej pójdzie, za moment będzie musiał raczyć się całkiem zimnym.

– Tak, panie…

– Daleko mi od pana, dziewczyno. Choć pewnie widziałem nieco więcej ze świata, jestem niewiele starszy od ciebie. Na imię mi Arno. Możesz się tak do mnie zwracać.

Córka właściciela szynku uśmiechnęła się nieśmiało, w końcu zdając się nieco uspokoić.

– Dobrze, Arno.

– Jak mogę zwracać się do ciebie?

– Jestem Dalara – powiedziała spłoszona, po czym nerwowym krokiem prędko odeszła i skryła się na powrót w kuchni.

No i uciekła.

Arno westchnął nieco zawiedziony, po czym zabrał się na powrót za swoją rybę. Ryba przynajmniej nie wymknie mu się z talerza. Na kuchni znał się równie mało co na sztuce, ale jeszcze potrafił stwierdzić, że coś mu smakuje. Posiłek był wyborny, a trunek jeszcze lepszy. Widać, że Telmos nie wciska swojej klienteli byle chłamu, z czego Arno był w duchu wielce rad. Miał dosyć tych rozwodnionych, ważonych na jakimś świństwie szczyn, które wciskano mu ostatnie parę razy.

Ledwo odłożył widelec na pusty talerz, oblizał wargi i opróżnił do końca drugi kufel piwa, który tym razem napełnił sobie samodzielnie, znikąd przysiadł się do niego jakiś mężczyzna. Był wysoki i krzepki, ale nie zwalisty. Daleko było mu do postury osiłka. Miał wąsko zarysowaną twarz o ostrych rysach, wydatny podbródek oraz nieco zadarty nos. Czarne włosy trzymał związane z tyłu głowy w niewielką kitę. Odziany był natomiast w prostą, luźną na ramionach, białą tunikę.

Arno przewiercił go spojrzeniem.

– Nie zabłądziłeś czasem, przyjacielu?

– Witaj, druhu! – zawołał przyjaźnie. – Skądże! Siedzisz sam jak kołek, co wyraźnie ci nie w smak, więc uznałem, że podejdę i przedstawię się. Jestem Paolos z Kernny i nie mam w zwyczaju błądzić.

Arno uniósł pojedynczą brew.

– Nie w smak? Skąd ten pomysł? Być może jest dokładnie przeciwnie. Być może miłe jest mi tylko własne towarzystwo i nie potrzeba kompana zakłócającego spokój. Jak widzisz, na tym stole znajduje się zaledwie jeden zestaw sztućców, jeden kufel i jeden pusty dzban piwa.

– To akurat – uśmiechnął się mężczyzna przebiegle – da się dość łatwo naprawić, druhu.

Chwilę później jakby znikąd wyciągnął kolejny dzban piwa, po czym usłużnie najpierw nalał go do kufla Arno, później do swojego, który przez cały czas ściskał w lewej dłoni.

– Napijmy się – zaoferował, stukając kuflem w szkło rozmówcy i pociągając solidny łyk.

– Od tego trzeba było zacząć, druhu – mruknął Arno, celowo przeciągając ostatnie sylaby. – Możesz mówić mi Arno, choć wolałbym, byś mówił mi „bywaj”.

– Twój upór mnie porusza, druhu, jednak starego Paolosa nie da się tak łatwo omamić. Pomimo cienia, który przykrywa twoją twarz, to, iż naprawdę nie w smak ci samotność, wnioskuję po minie, jaką zrobiłeś, gdy nasza urocza córka karczmarza uciekła od ciebie w popłochu.

– Uciekła to dość szumne słowo – mruknął Arno, krzywiąc się nieznacznie, bo poczuł, jakby nagle zarobił solidny policzek. – Poza tym, Paolosie, jakbyś nie był świadom tej tajemnej wiedzy, istnieje subtelna różnica między towarzystwem kobiety o niebrzydkiej twarzy, a mężczyzny o twarzy zupełnie mi obojętnej, który opuścił swych dobrych kompanów, by nagabywać nieznajomego.

– Cóż za celna uwaga. Choć moich kompanów, jak ich zwiesz, poznałem jeszcze tego wieczora – odparł Paolos zupełnie niezrażony docinkami. – To koledzy po fachu, można powiedzieć. Dość szybko dogaduję się z ludźmi.

– To dla mnie pewne zaskoczenie. – Uśmiechnął się ironicznie Arno. – A jakiż to fach reprezentujecie, dobrzy panowie, jeśli mogę spytać?

– Jesteśmy emisariuszami.

Arno ponownie uniósł brwi. Doskonale wiedział, że osobnicy nazywający siebie emisariuszami, jak Nadoria długa i szeroka zwykli też pełnić nieco bardziej wyspecjalizowane role w służbie swoich suwerenów, aniżeli tylko przewożenie listów.

– Niech cię to nie dziwi, druhu – dodał Paolos. – W tym przybytku spotkasz nas wielu.

– Nie to mnie zaskakuje, lecz bardziej wasza dobra komitywa. Jeśli mnie słuch nie mylił, pochodzisz z okolic Heanoru. Jeden z twoich towarzyszy natomiast, sądząc po tym śmiesznym nakryciu głowy, które odłożył na bok, swoje korzenie wywodzi z Nadairu. Kolejni z całą pewnością jadą z Eramos, gdyż tylko tamtejsi obywatele mają w zwyczaju spożywać ciemne piwo z dodatkiem czegoś mocniejszego, co obaj właśnie czynią.

– Spostrzegawczy jesteś, druhu! – zaśmiał się mężczyzna, na co Arno tylko wzruszył ramionami obojętnie. – Cóż, pozostaje mi tylko rzec, iż nasze miasta nie prowadzą obecnie wszakże żadnej wojny, a w naszym fachu obowiązuję hm… pewna solidarność, można by rzec.

– A to – uśmiechnął się wrednie – już zupełnie mnie zaskakuje. Ciekawi mnie zatem, czy i ci, na których usługach się znajdujecie, są równie zadowoleni z waszej niecodziennej solidarności, czy też, mimo wszystko, dopatrują się w niej śladów zdrady.

Paolos popatrzył na niego bacznie.

– To niepotrzebne insynuacje, druhu. Jesteśmy profesjonałami w swoim fachu, a profesjonałom wolno od czasu do czasu spotkać się na szlaku przy dzbanuszku piwa. Czyż nie podobną solidarnością odznaczają się Kamieniobiegli? – spytał niewinnym tonem. – Pochodzą i rezydują przecież w różnych miastach, a mimo tego tworzą jedną, spójną Akademię i nieobce są im wzajemne sprawy, mam rację?

Arno spiął się momentalnie i spojrzał koso na towarzysza. 

W co ten Kernnejczyk grał?

Mimo poruszenia, Arno postarał się odpowiedzieć z wymuszonym opanowaniem, wolno cedząc jednak każde słowo:

– Nic mi do spraw Skalniaków i tobie radzę to samo podejście, druhu.

Paolos musiał dostrzec jakiś mrok w jego oczach, bo wyciągnął dłonie w pojednawczym geście i wydusił pośpiesznie:

– Nie ma potrzeby się unosić. Lepiej się napić. – Uniósł w połowie opróżniony już kufel w stronę Arno. – Zawsze lepiej się napić niż waśnić, zapamiętaj te słowa, druhu.

– Pijmy – przytaknął niechętnie, po czym również zaczerpnął kilka łyków i od razu poczuł, jak zaczyna uchodzić z niego para.

– Czas mija, a piwo się kończy. Ku memu żalowi, jedno nierozerwalnie związane jest z drugim, jak pradawni bogowie ustalili – odezwał się nagle Kernnejczyk. – Byłbym rad, gdybyś zechciał przyłączyć się do mnie i moich towarzyszy, a postaramy się, żeby trunku nie zabrakło nam do białego rana. Nie ma potrzeby, żebyś ślęczał tu sam nad pustym talerzem, skoro proponowane są ci piwo i rozmowa wśród druhów. To jak będzie?

– Świetnie – zawołał z udawaną radością. – Skoro wreszcie zaczynamy przechodzić do rzeczy, proponuję niniejszym do reszty porzucić to pieprzenie i ustalić, czegóż takiego poszukuje grupa emisariuszy w moim towarzystwie, bom od początku rozmowy wielce tego ciekaw.

Paolos westchnął z rezygnacją.

– Na świętego Netehrona, nie ma z tobą lekko, co, druhu? Jakby cię wykuli z earda siły.

– Często to słyszę – Mężczyzna wzruszył ramionami – ale możesz być pewien, że z kamieniami mam tyle wspólnego, co heanorski sędzia ze sprawiedliwością. Bez urazy oczywiście.

– Idzie wojna, druhu – odezwał się w końcu Kernnejczyk, zupełnie ignorując wcześniejszą zaczepkę Arno, ku jego niewielkiemu żalowi. Zamiast tego głos mężczyzny przybrał poważny ton.

– A co? Któremuś z nadorskich miast znudził się pokój? Może to twoja ojczyzna, Paolosie, znów zapragnęła włócznią i ogniem wywalczyć sobie hegemonię?

– Czy zawiodę cię, mówiąc, iż Heanorowi wcale nie śpieszno do kolejnej wojny domowej? Szło mi o nawałnicę, która nadciąga na nas ze wschodu. Akerion Kedarski bezustannie poszerza granice imperium. Jego pragnienie niczym północne źródła nigdy nie gaśnie. Prze na zachód ku Byrowi i Meoden, a jego armie dosłownie zalewają tamtejsze równiny. Jeśli zdobędzie wybrzeże… to nie skończy się dla nas dobrze.

– Być może… – Arno odrzekł ostrożnie. – Ale co to, na Lardona, ma niby wspólnego ze mną, tobą i twoimi znajomkami emisariuszami?

– A zaglądałeś ostatnio do któregoś z większych miast?

Arno przezornie pokręcił głową w niemym przeczeniu.

– Nadoria jest zalewana uchodźcami. Uchodźcami, dla których w dodatku nie ma tu pracy. Mamy dość swoich ludzi. Zresztą, nawet podrzędny Geard deklasuje każdego zwykłego robotnika ze wschodu.

– Na wschodzie też mają eardy siły oraz tych zdolnych ich używać – zauważył Arno.

– Z których wszyscy zostali już dawno przymusowo wcieleni do armii – dokończył Paolos spokojnie. – To nie ta światła część społeczeństwa przekracza nasze granice, druhu. Wierz mi, na całym Półwyspie jak długi i szeroki zawiązują się więc przeróżne zbójeckie bandy, które nic tylko szukają guza oraz łatwego zarobku.

– Dalej jednak nie widzę w tym wszystkim związku ze swoją osobą.

– Widzisz, tak wyszło z rozmowy, że ja oraz kilkoro moich nowych druhów zmierzamy w tę samą stronę. Do Nadairu. Szlak jest niepewny, a nasze zadanie ważne. Przydałby nam się ktoś, kto w razie czego potrafiłby zabezpieczyć nasze plecy. Rozumiesz, druhu?

– Chcecie mnie wynająć jako ochroniarza? – Arno uniósł brwi z niekrytym zdziwieniem.

Kernnejczyk zawahał się nieznacznie.

– Bardziej dobrego kompana podróży o dodatkowych zdolnościach takich jak skuteczne odstraszanie potencjalnych niebezpieczeństw.

– I widzisz we mnie kogoś takiego? – parsknął mężczyzna. – Jak z pewnością zauważyłeś, nie noszę nawet broni.

– Jeśli nie liczyć twoich oczu, to rzeczywiście masz słuszność, druhu. – Paolos uśmiechnął się nieznacznie, ale Arno raczej przestał czuć się w nastroju do żartów.

– Ktoś na was nastaje, emisariuszu? – spytał poważnie.

– Na Lardona, mam nadzieję, że nie! – zawołał mężczyzna natychmiast. – Wolimy po prostu zachować ostrożność.

– Źle więc trafiliście – odparł Arno ze spokojem, mając już powoli dosyć tej dyskusji. Ten Kernnejczyk od początku wydał mu się podejrzany. Był zdecydowanie zbyt spostrzegawczy. Arno nie miał zamiaru jechać z nim choćby pojedynczej stai. – Pomijając już fakt, że do Nadairu mi nie po drodze, to nie mieszam się w takie sprawy. Jak wy, nie jestem ani wojownikiem, ani ochroniarzem. Nie mielibyście ze mnie żadnego pożytku. A teraz wybacz, ale muszę rozmówić się jeszcze z karczmarzem w prywatnej kwestii.

Podniósł się z miejsca i skierował do kontuaru. Paolos również wstał.

– Gdybyś zmienił zdanie, wiesz, gdzie mnie szukać – powiedział, wskazując podbródkiem na jeden ze stolików oraz swoich lekko ponurawych kompanów. – Oferta wspólnej biesiady wciąż jest aktualna.

– Może przy innej okazji. – Arno uśmiechnął się lekko i uścisnął Kernnejczykowi dłoń.

– Bywaj, Arno.

– Powodzenia na szlaku, emisariuszu.

– Przyda się.

Paolos odszedł niepocieszony w kierunku swojego stolika, na pytający wzrok reszty emisariuszy odpowiadając bezradnym rozłożeniem rąk.

Tak będzie lepiej dla wszystkich, uznał Arno. Jego towarzystwo było dużo bardziej niebezpieczne niż jakaś tam banda wychudzonych Terysyjczyków czająca się w krzakach. Poza tym, jak niby miałby ich ochronić, nie ujawniając, kim naprawdę jest? Wszystko zaczęłoby się wówczas od nowa, a na to pozwolić zwyczajnie nie mógł.

– Telmosie? – zagaił wysokiego szynkarza przyjaznym tonem.

– Tak, panie Arno? Jadło przypadło do gustu?

– Dawno nigdzie nie przygotowano mi smaczniejszej wieczerzy – przyznał szczerze, po czym przeszedł do sedna: – Telmosie, na piętrze macie pokoje na wynajem, prawda? Znalazłby się dla mnie jeden?

– Będzie ciężko. – Właściciel gospody zmarszczył czoło, namyślając się. – Większość zajęli ci wszyscy emisariusze, z jednym z których rozmawialiście.

– Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby jednak znalazło się jakieś miejsce. Góra jedna noc. To powinno z nawiązką pokryć koszty noclegu oraz posiłku. – Arno wyciągnął rękę, wręczając mężczyźnie zapłatę.

Gdy ten rozchylił pięść, jego oczy otworzyły się szerzej.

– Przeciętny?

– Niestety tylko mały – poprawił karczmarza. – Czy to wystarczające?

– Ma się rozumieć, panie! – zawołał Telmos. – Za taką cenę, odstąpię wam jedną ze swoich prywatnych kwater…

– Czy to na pewno w porządku? Pańska rodzina…

– Wszystko w najlepszym porządku, panie Arno. Ja tutaj jestem głową domu i jeśli mówię, że przyznaję jeden pokój gościu, to tak właśnie będzie – zapewnił właściciel. – Za chwilę napełnię wam jeszcze jeden antałek ciemnego, a potem zaprowadzę do kwatery. Dużo macie ze sobą dobytku?

– Tylko płaszcz. – Mężczyzna wskazał na pozostawione na oparciu krzesła odzienie.

– Dobrze. Spocznijcie. Za chwilę podam… – Telmos urwał gwałtownie, gdyż w tej właśnie chwili lekko nadwyrężone i skrzypiące już drewniane drzwi do jego lokalu zostały otwarte z dość nikłym poszanowaniem kultury oraz dobrych obyczajów i z hukiem wyrżnęły o ścianę, a Arno usłyszał, jak co najmniej pół tuzina nowych osób wtłacza się do izby.

Starszy mężczyzna zbladł nagle, na co Arno, pełen niepokoju, czym prędzej obrócił się na pięcie w kierunku nowoprzybyłych. Na ich widok nie pozostało mu nic innego, jak tylko zakląć szpetnie pod nosem.

Jeszcze tego mi tu brakowało, pomyślał poirytowany.

Banda ośmiu chłopa – wielkich jak dęby i uzbrojonych po zęby – błyskawicznie rozstawiła się dwójkami wewnątrz gospody. Obstawili wejście i łypali groźnie na każdego, kto choćby uniósł wzrok w kierunku drzwi. Nie wyglądali na amatorów, ale na profesjonalistów też niespecjalnie. Nie nosili żadnych pancerzy ani osłon. Jedynie grube, chroniące przed chłodem skórzane kaftany, ale nawet i je każdy nosił na zupełnie inną modłę. Nijak miało się to do jednolitego umundurowania. Podobnie było z ich bronią, którą najwyraźniej dobierali sobie według własnych, niekoniecznie pospolitych upodobań. W pomieszczeniu znalazł się więc całkiem pokaźny zestaw groźnie wyglądających toporów, siekier, harpunów, zakrzywionych mieczy, a nawet młotów bojowych. Arno spoglądał na to jednak bez specjalnego poruszenia. Dobrze wiedział, że jeśli naraz zaczną tu machać całym tym żelastwem w ponatykanej drewnianymi filarami izbie, to prędzej sami się pozabijają, niż rzeczywiście trafią w zamierzony cel.

– Witacie! – zawołał herszt bandy, wysuwając się nieznacznie do przodu. Nagle jakby zabrakło mu słów albo zapomniał, co miał powiedzieć. Zacharkał dziwnie, splunął wprost pod nogi jednego ze stołów i ciągnął jeszcze bardziej podniesionym głosem: – Nie chcemy tu tego… no… rozlewu krwi żadnego! Przyszliśmy tylko po złoto. Dawać wszystko! Opróżniać kieszenie! Oddawać wszystko, co macie, kmioty, to nikomu włos z głowy nie spadnie!

Hersztów zbójeckich grup zawsze łatwo było rozpoznać, stwierdził Arno w myślach. Z reguły byli najwięksi i najbrzydsi spośród wszystkich znajomków. Wyglądało na to, że tak jest i w tym przypadku.

Żaden ze zbójów nie był zresztą ładny. Wszyscy, jak jeden mąż, mogli poszczycić się posiadaniem szczególnego rodzaju zakazanych mord oraz niegrzeszącego rozumem spojrzenia. Mimo tego do uchodźców ze wschodu popchniętych na ścieżkę występku z powodu braku innego zajęcia było tej niewyszukanej zbieraninie raczej daleko. Cała banda składała się raczej z tutejszych, zupełnie nieegzotycznych rzezimieszków.

Z drugiej strony cóż za przedziwny zbieg okoliczności, nie mógł nie zauważyć Arno. Dosłownie parę minut wcześniej rozmawiam z Paolosem na temat zbierających się po Nadorii zbójach, a tu proszę! Chwilę później całkiem ładna zgraja rzeczonych wpada sobie prosto do naszej gospody. Doprawdy zadziwiające!

Poza tym jacy bandyci, do licha, zamiast na kupców przy trakcie, zasadzają się na leżące pośrodku zadupia karczmy? Zabrakło im piwa w podróży czy jak? Cała ta sytuacja śmierdziała łajnem na milę.

– Ludzie… – zaczął Telmos nieskładnie, trzęsąc się za kontuarem.

– Stul pysk, łajzo! – warknął herszt. – Wyciągaj całe złoto i pakuj do wora, staruchu! Pozostali też!

– Tylko chyżo! I niech nikt nie waży się choć pomyśleć o spierdalaniu. Weźmiemy tylko, co nam się należy i każdy wróci do własnych spraw. Nie chcemy… nie chcemy tu żadnych trupów!

A pewnie, że nie chcecie, pomyślał kąśliwie Arno. Za napad i rozbój po prostu was powieszą. Za morderstwo wezmą was na długie i wyszukane męki.

Może jednak nie byli tacy durni, na jakich wyglądali. Wyraźnie czegoś szukali. Było jasne jak słońce, że nie obrali tej karczmy za cel przypadkiem. Nie chcieli przy tym zyskiwać zbytniego rozgłosu ani też przesadnie narażać się lokalnym siłom porządkowym, które być może mniej gorliwie będą podchodzić do ewentualnych poszukiwań sprawców, jeżeli w starciu nie poleje się krew.

– A to kurwa co?! – warknął jeden ze zbójów, brutalnie przetrzepując płaszcz jednego z emisariuszy towarzyszących Paolosowi. – Gdzie masz złoto?!

– Nie mam go – odparł hardo mężczyzna, wyrywając się wreszcie agresorowi i mimowolnie poprawiając na sobie płaszcz. – Noszę przy sobie jedynie te listy.

– Szefie? – Skołowany bandyta zwrócił pytający wzrok w stronę swojego przywódcy.

– Niech daje papiery!

Emisariusz pobladł.

– Po co wam one? – spytał odrobinę zbyt szybko. – To tylko jakieś dokumenty, które przewożę. Nie są wartościowe.

Miał rację, pomyślał Arno. Może i nie miały w sobie nic wartościowego, ale istniała spora szansa, że były bezcenne.

Czy i bandyci mogli o tym wiedzieć?

– Sam to ocenię, ścierwo!

– Słyszałeś szefa, oddawaj papiery!

– Nie mogę… – Emisariusz pośpiesznie cofnął się o krok. – Ręczę głową za ich bezpieczne dostarczenie.

– A co nas kurwa obchodzi twój sagan? Ładuj listy do wora!

– Reszta grzecznie to samo – dodał herszt. – Ale już! Jeśli będziecie ten… współpracować, to nikomu krzywda się nie zadzieje. Inaczej nie ręczę za siebie!

Emisariusz wciąż jednak tylko kręcił głową przerażony i cofał się. Bandyta, który go przeszukiwał, w końcu stracił cierpliwość, złapał go brutalnie i zaczął szarpać. Jego pięść kilkukrotnie przecięła powietrze, a z nosa zaatakowanego na deski gospody buchnęła krew. Mężczyzna krzyczał, ale wokół nikt nie zareagował. Wszyscy, włączając samych członków bandy, trwali w bezruchu, niemo wpatrując się w scenę. Zanim jednak napastnik zdołał wyrwać emisariuszowi listy i dorzucić je do zbiorowego wora łupów, z tłumu wyskoczył Paolos.

– Panowie! – zawołał z emfazą. – Nie ma potrzeby uciekać się do przemocy. Zostawcie, proszę, mojego dobrego przyjaciela, który, jak dobrze widzicie, jest zwyczajnie przerażony. Źle reaguje, kiedy się go tarmosi niczym szmatkę do ocierania nosa.

Herszt bandy popatrzył na Kernnejczyka jak na durnia.

– A co do dokumentów, o które, panowie, tak się dopraszacie, to mój druh mówił szczerą prawdę – ciągnął Paolos. – Nie są one zupełnie nic warte, a już z pewnością nie obrywania za nie po twarzy.

Emisariusz odebrał pomięte list od wciąż trzymanego przez bandytę kompana, po czym zza pazuchy wyjął własny plik zalakowanych starannie kopert.

Arno zaklął pod nosem na ten widok, gdyż dotarło do niego, co mężczyzna zamierzał uczynić.

– W istocie są one tak bezwartościowe, że mógłbym je tu i teraz bez żalu wrzucić w ogień…

Oczy zaskoczonego bandziora otworzyły się szerzej na te słowa.

– Zatrzymać tego głupca! – ryknął na cały głos.

Paolos jednak, nim ktokolwiek zdążył zareagować, rzucił się w kierunku paleniska i cisnął weń listy, które spłonęły w okamgnieniu. Dopiero po tym na deski powaliło go dwóch mężczyzn i zaczęło okładać pięściami w brzuch i żebra. Przywódca podszedł do nich szybkim krokiem i cały czerwony na twarzy z furii zamachnął się na twarz Kernnejczyka ubraną w pancerną, kolczastą rękawicę pięścią. Jeśli po ciosie czymś takim kończyło się z zaledwie zmiażdżoną twarzą, to można było mówić o szczęściu.

Arno zacisnął zęby i wykonał dwa kroki naprzód. Wahał się tylko przez moment.

– Karczmarzu! – zawołał nagle. Zrobił to wystarczająco głośno, by usłyszeli go bez wyjątku wszyscy w izbie. – W zaistniałej sytuacji jestem zmuszony wycofać się z naszej umowy. Prosiłbym zatem o zwrot dokonanej przeze mnie zapłaty.

Cała gospoda w jednej chwili dosłownie zamarła. Goście znieruchomieli wstrząśnięci. W pół kroku zatrzymał się również zdumiony herszt bandy, który właśnie okutą w żelazo rękawicą miał rozgnieść na miazgę twarz Paolosa. Zatrzymali się też bandyci tarmoszący pozostałych emisariuszy, wytrzepując z ich płaszczy wszelkie dokumenty. Zamarł również właściciel gospody wraz z córkami bladzi ze strachu i trzęsący się za kontuarem. W istocie samo powietrze zdawało się stanąć na dźwięk władczego głosu Arno. Ten zaczynał już myśleć, że przeoczył użycie jakiegoś earda czasu, ale wtedy przywódca bandy obrócił się, przechylił lekko głowę i zawołał:

– Co ty pierdolisz, gównojadzie?! Jeżeli do kogoś wróci tu jakakolwiek zapłata, to trafi ona tylko do mojego wora, rozumiesz?!

Arno zignorował go zupełnie i obejrzał się przez ramię.

Stary Telmos zamrugał oczami kilkukrotnie, jak gdyby gubiąc się w sytuacji i nie mogąc przetworzyć tego, o co został poproszony. Na całe szczęście zareagowała Dalara z trzeźwością, o którą Arno jej nie podejrzewał. Prędko wychylając się zza pleców ojca, szczupłymi dłońmi pochwyciła coś z blatu zza kontuarem i bez wahania rzuciła to w stronę Arno. Mężczyzna zręcznie złapał przedmiot w locie, po czym szczerząc zęby jak głupi, niezatrzymywany przez wstrząśniętych bandytów, postąpił jeszcze parę kroków w stronę ich przywódcy.

W tym momencie uwaga wszystkich skoncentrowała się całkowicie na nim. Paolos, stękając, zdołał jakoś odczołgać się w bok. Jego towarzysz ocierał twarz z krwi, a pozostali emisariusze w pośpiechu i ze smakiem wcinali własne zestawy dokumentów.

– Co tam trzymasz? Natychmiast rozewrzyj garść, albo osobiście poślę cię na spotkanie z Odwróconym! – warknął wściekle, a Arno czuł się więcej niż rad, mogąc spełnić jego prośbę.

Z nieznikającym uśmiechem otworzył dłoń, na której widniał mały, mieniący się szkarłatnym blaskiem eard. W kolejnej sekundzie jego światło zgasło nagle, a sam kamień rozpadł się w pył. Czerwonym blaskiem przez ułamek sekundy zapłonęły za to oczy Arno, a chwilę potem zajarzyło się nim całe jego ciało. Skóra zdawała się zapłonąć. Żyły na rękach wyglądały, jakby nagle wypełniły się spływającą ze szczytu wulkanu lawą.

Bogowie, jak ja nienawidzę tego światła, pomyślał w tej samej chwili.

Nagle przepełniła go jednak moc ponad wszelkie wyobrażenie. Siła pół tuzina chłopa. 

– GEARD! – ryknął herszt bandy na wpół wściekły, na wpół osłupiały.

Było już jednak za późno. Zastrzyk adrenaliny błyskawicznie pchnął Arno do działania. Jego rozświetlona szkarłatem dłoń ze świstem przecięła powietrze, lądując na twarzy oszołomionego bandyty. Jego żuchwa w mgnieniu oka oderwała się od reszty twarzy i strzaskana poszybowała gdzieś w dal, pozostawiając za sobą w powietrzu strumień krwawych kropli. Przywódca grupy z brakującą połową twarzy zwalił się na ziemię.

Zanim reszta tych ochlapusów zdołała otrząsnąć się ze zdumienia i przygotować do walki, Arno rzucił się do przodu i z rykiem zamachnął po raz drugi. Czaszka kolejnego z mężczyzn rozłupała się z głośnym, nieprzyjemnym chrupnięciem, nie pozostawiając z twarzy delikwenta niczego, na co przyjemnie byłoby spoglądać. 

Arno błyskawicznie obrócił się na pięcie, w sam czas, by ujrzeć ząbkowane ostrze żelaznego czekana świstające mu przed nosem. Zacisnął wargi i odskoczył na dwa kroki, by zaraz potem z wielką siłą wyrzucić nogę przed siebie. Potężne kopnięcie trafiło zaskoczonego bandytę prosto w pierś. Nie zdążył nawet krzyknąć, gdyż z momentalnie strzaskanym mostkiem i żebrami poszybował przez pół izby i martwy wyrżnął o jeden ze stołów.

Na ten widok pozostali napastnicy drgnęli niespokojnie. Pozostała ich już tylko piątka, jednak skóra dwóch z nich również zapłonęła raptownie czerwonym światłem. Korzystali z eardów siły.

Teraz poczują się pewniej, zauważył w myślach Arno.

Miał rację. Uspokojeni swoją przewagą bandyci zaczęli zbliżać się do niego, okrążając ze wszystkich stron. W tym też momencie szkarłatny blask Arno wyparował z jego ciała równie nagle, jak się pojawił.

I to by było na tyle.

Moc niewielkiego earda wyczerpała się, zużyta w czasie zadawania ciosów.

Geard zaklął szpetnie pod nosem. Nie pogardziłby paroma minutami dłuższego działania. Teraz jego ciało zwiotczało i poczuł jak doskwiera mu zdrętwiałe, obolałe i zmęczone jak po całym dniu nadludzkiego wysiłku. Arno zerknął ukradkiem w bok. Resztę swoich eardów pozostawił w płaszczu na oparciu krzesła. Zbyt daleko, by do nich sięgnąć, a bandyci wciąż się zbliżali. Ostrożnie, ale pewnie. Pierwsi uderzą ci z eardami. Jeśli Arno czegoś nie zrobi, to po walce z nimi zostanie z niego zaledwie mokra plama.

Jak mógł być tak głupi?

Nie było szans, żeby poradził sobie z piątką zbójów bez pomocy swoich eardów. Nie był w końcu wyszkolonym, zaprawionym w bitwach żołdakiem, ale jednym z Kameniobiegłych. Arno z Dearmon – Trzynasty Renegat.

Na całe szczęście posiadał jeszcze jednego asa w rękawie. Eard, który zawsze nosił przy sobie. Duży kamień zręczności, wprawiony w złoty medalion, którego nigdy nie zdejmował z szyi. Jego ostatnia linia obrony. Ostatnie zabezpieczenie. Od dawna czuł, iż wreszcie nadejdzie moment, kiedy będzie zmuszony go użyć.

Zmrużył oczy i wziął głęboki oddech. Wraz z nim połowa mocy zawarta w eardzie, który spoczywał na piersi Kamieniobiegłego, wpłynęła gwałtownie do jego ciała. Kamień nie rozpadł się w proch, gdyż Arno nie zaczerpnął z niego zupełnie. Jego tęczówki zapłonęły jednak na kolor złotego brązu, a zaraz potem świat wokół niego zwolnił. Nie tak naprawdę. Nie użył earda czasu. Stał się po prostu bardziej skupiony. Reagował znacznie szybciej, niż normalny człowiek byłby w stanie. Zanim ktokolwiek zdążył chociażby wykonać do końca swój ruch, Arno już go widział i reagował. Dar zręczności był jednym z najbardziej przydatnych, z jakimi mężczyzna się zetknął. Dlatego to ten właśnie kamień zawsze trzymał blisko siebie.

– Na Lardona!

– To Skalniak? – zawołał któryś z bandytów lekko przestraszonym głosem.

– Chędożyć to!

Pierwszy Geard ruszył na niego. Arno w mgnieniu oka usunął mu się z drogi, po czym, mijając zaskoczonego bandytę z boku, zbliżył się do jego towarzysza. Ten zamachnął się na niego swoją zaostrzoną szablą. Arno zręcznie uniknął ciosu i pchnął oponenta wewnętrzną stroną dłoni, jednocześnie drugą ręką wyrywając mu broń. Błyskawicznie zważył ją w dłoni, po czym zamachnął się ostrzem sprężyście. Krew z szyi bandyty wystrzeliła w górę, ale Arno już na to nie patrzył. Obrócił się na pięcie i odrąbał ramię Gearda, który właśnie na niego nacierał. Poprawił pojedynczym pchnięciem w brzuch, po czym znów odskoczył na bok, wykonał zwinny piruet i w pojedynczym wymachu rozorał kolejnemu z mężczyzn twarz. Następny zdołał wyprowadzić w stronę Kamieniobiegłego kilka uderzeń, lecz żadne nawet nie zbliżyło się do trafienia w cel. Arno wykonywał delikatne, subtelne ruchy, sprawnie unikając każdego ciosu, tak że te mijały go jedynie o włos. Gdy jednak to on wyprowadził cios, jego przeciwnik nie poruszył się już więcej.

Po kilkunastu sekundach było po walce. Ostatni padł drugi z Geardów, z krwią szybko wyciekającą z rozpłatanej piersi. Deski podłogowe w izbie wręcz lepiły się od czerwonej posoki. Wszyscy wpatrywali się w rzeź bladzi na twarzach i z przerażeniem w oczach.

Arno, dysząc ciężko, wypuścił ociekającą krwią szablę z dłoni, która, upadając na podłogę, wydała z siebie głośny brzęk. Uwolnił z siebie resztki mocy earda i podparł ciężko o jeden z filarów, na których opierał się sufit gospody.

Minęło kilka przeciągających się w nieskończoność chwil ciszy, podczas których mężczyzna wciąż czuł na sobie spojrzenia każdego jednego człowieka znajdującego się w pomieszczeniu. Wreszcie zaklął na głos.

Znowu to zrobiłem. Znowu wszystko spieprzyłem…

 

***

 

Arno nie spał. Był środek nocy, kiedy ostrożnie uchyliła drzwi i boso wkradła się do niewielkiego pokoju na poddaszu. Nie zapytał, co tu robi. To była w końcu jej sypialnia. Nie zapytał również o nic, gdy usłyszał cichy szelest opadającej na drewnianą posadzkę koszuli, a dziewczyna w milczeniu wsunęła się pod jego pościel. Słyszał tylko głośny, przyśpieszony oddech, gdy jej lekko drżące, ciepłe ramiona obejmowały jego ciało. Gładki dotyk jej skóry sprawił, że przeszedł go elektryzujący dreszcz. Zagryzając dolną wargę, pragnął odwzajemnić ten dotyk. Wtedy nachyliła się nad nim i złożyła na jego ustach miękki pocałunek, a mężczyzna poczuł się przy tym, jakby był on jego pierwszym w życiu. Po szyi muskały go jej rozpuszczone włosy, a w nozdrza uderzył słodki zapach cynamonu, przez który już nie był w stanie odgonić od siebie podniecenia. Tym razem zadrżał naprawdę. Dziewczyna poruszyła się, siadając na niego okrakiem. Mocno zacisnęła uda, a mężczyzna otworzył oczy, lecz nie dostrzegł niczego prócz ciemnej sylwetki oraz zarysu unoszących się nad jego nagim torsem małych piersi.

– Dziękuję – wyszeptała nagle, a szept ten zawibrował mu pod czaszką siłą bijących z tysięcy Wież Blasku dzwonów.

– Nie masz za co, dziewczyno. Przynoszę jedynie kłopoty – odparł zachrypłym głosem.

– To nieprawda.

– Dalara…

– Cii… Nic już nie mów. – Złożyła na jego wargach jeszcze jeden pocałunek. Potem na szyi, a potem sprawiła, że wreszcie poczuł ją całym sobą. I ona jego.

Nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz, zdążył pomyśleć jeszcze, po czym objął ją i przycisnął do siebie silniej, na co dziewczyna jęknęła cicho, ustami znów wpijając się w jego kark.

Nie jestem bohaterem.

 

***

 

Odgłosy wyprowadzanych ze stajni koni usłyszał zaraz po tym, jak krawędź słonecznej tarczy wzniosła się ponad horyzont. Arno westchnął w duchu. Nie należało spodziewać się niczego innego.

Wysunął się z delikatnych objęć Dalary, której słodki oddech przez większość nocy muskał mu szyję, a pierś unosiła się i opadała miarowo w spokojnym śnie. Najciszej jak potrafił, odgarnął przepoconą pościel i podniósł się z niemiłosiernie skrzypiącego, wąskiego łoża. Zaciskając niepewnie wargi, otulił jeszcze dokładnie śpiącą dziewczynę, po czym, pochwyciwszy w biegu swoje odzienie, opuścił sypialnię córki karczmarza.

Poranek był chłodny i Arno, wychodząc na zewnątrz przybytku Tlemosa, owinął się szczelniej białym płaszczem, nie chcąc poddać się zimnemu powietrzu oraz przenikającej do samych kości wilgoci. Zaszczękał głośno zębami, żałując, iż nie ma przy sobie żadnego earda ciepła. Wykorzystał wszystkie zeszłego tygodnia, gdy trzy noce z rzędu przyszło mu spędzać pod gołym niebem na jakimś wygwizdowie.

Cholerna tułaczka.

Grupka emisariuszy, ku którym zmierzał, zdawała się nie podzielać jego problemów. Wszyscy mężczyźni sprawiali wrażenie rześkich, wypoczętych i dobrze rozgrzanych. Po wczorajszej awanturze spodziewałby się bardziej grobowych nastrojów. Telmosowi pewnie z pół nocy zajęło zmywanie krwi z desek, po tym jak stróże z Faas zabrali już ciała oprychów. Na całe szczęście Arno nie musiał się im zbyt gęsto tłumaczyć, ponieważ właściciel gospody wziął na siebie większość ciężaru składania zeznań i sobie tylko znanym sposobem jakoś załatwił swojemu wybawcy trochę spokoju. Wciąż… Prawie dziesiątka trupów, a Arno mógłby przysiąc na samego Pana Nieba, że idąc do emisariuszy, usłyszał co najmniej kilka rzuconych mimochodem żartów. W dodatku bardzo kiepskich.

A może to po porostu jego własny dekadentyzm.

Emisariusze oczywiście dostrzegli go już w momencie, w którym otwierały się drzwi gospody. Nawet gdyby te nie jęczały zawodząco zapewne wciąż obolałe po tym, jak je wczorajszego wieczora potraktowano, wysoką, ubraną w biały płaszcz postać Kamieniobiegłego z pewnością ciężko było przeoczyć w nikłym świetle poranka. Mimo to mężczyźni w żaden sposób nie dali po sobie poznać zainteresowania przybyłym. Nawet na chwilę nie przerwali oporządzania rżących nerwowo koni, napełniania juków zapasami i przyciszonych pogawędek między sobą. Jak gdyby w ogóle go tu nie było. Jak gdyby zaledwie parę godzin wcześniej nie ocalił im wszystkim głów. Teraz widzieli w nim tylko dziwnego, tajemniczego Skalniaka, od którego lepiej było trzymać się z dala.

Arno poczuł nagły przypływ irytacji. Tyle się wydarzyło, a ci jak gdyby nigdy nic dalej grali z nim w te swoje przewrotne gierki. Musieli wiedzieć, kim był, gdy prosili go o pomoc. A teraz uciekali bez choćby błysku wdzięczności w oczach.

– Wymykacie się ukradkiem skoro świt, przyjaciele? – zawołał w ich stronę cierpkim tonem.

Odpowiedział mu cichy śmiech.

– Skądże znowu, druhu. – Stojący najbliżej Paolos obrócił ku niemu głowę. – Gdyby naszym pragnieniem była ucieczka, zrobilibyśmy to zaraz po tym, jak ostatni z bandytów padł martwy na ziemię, zamiast spędzać sobie tu spokojnie noc. Widzisz, twoja obecność pod tym samym dachem sprawiła jednak, że jakoś bezpieczniej wydawało nam się zostać w ciepłych łóżkach, niż pędzić konie po nocach. Ale teraz pilno nam z powrotem na szlak. Sam rozumiesz.

– Mogła przypałętać się po was kolejna grupa tych najemników – zauważył. – Bo tym właśnie byli, mam rację? Nie podrzędnymi rębajłami ze wschodu, którymi mnie wczoraj straszyłeś, lecz kimś specjalnie wynajętym, by was znalazł. Dość kiepsko się z tym kryli.

– Wygląda na to, że masz rację, druhu – odparł beztrosko Kernnejczyk. – Ale ta druga grupa, jeśli istnieje, musiałaby być szalona, by szturmować gospodę zaraz po tym, jak jakiś obłąkany Skalniak zrobił tam krwawą miazgę z ich kompanów. – Zaśmiał się chytrze, na co Arno jedynie wydął wargi ze złością.

– Wiedziałeś, że jesteście celem. I okłamałeś mnie – warknął.

– Hola! – obruszył się mężczyzna. – Nie wiedziałem i nie kłamałem! Po prostu liczyłem się z taką ewentualnością. Emisariusz przezorny to emisariusz żywy, jak to nieciekawie powiadają w naszym fachu.

– Więc co teraz? – zapytał prosto z mostu.

Paolos spoważniał nagle. Poklepał konia po boku i podszedł kilka kroków do wciąż stojącego w miejscu Arno. Kamieniobiegły od razu zauważył drobny eard ciepła dyndający na szyi emisariusza pomiędzy połami ocieplanego, przeznaczonego specjalnie do konnej jazdy płaszcza.

Pieprzony szczęściarz, pomyślał Arno, zazdrośnie spoglądając na emisariusza.

W gruncie rzeczy nie było to nic niezwykłego. Zarówno eard światła, jak i ciepła należały do wąskiej grupy biernych kamieni, którymi potrafił posługiwać się niemal każdy. Takie przenośnie podgrzewacze nie były tanie, ale z pewnością nie należały też do luksusów, na które mogła pozwolić sobie jedynie szlachta.

– Nasze plany uległy lekkiej zmianie. Nadair musi poczekać. Każdy zawraca teraz konia i w podskokach galopuje tam, skąd przybył – powiedział.

– Te listy…

– Nie trafiły w niepowołane ręce. To najważniejsze.

– Nie będziecie mieli przez to problemów?

– Nie sądzę – odparł Paolos ostrożnie. – To tylko papier, druhu. Zawsze można zapisać go na nowo i dostarczyć wieści z opóźnieniem. Ci z Rady zrozumieją.

– Paolos, słuchaj – Arno wziął głęboki wdech. – Byłbym wdzięczny…

– Twój udział w całej tej hecy zostanie między nami, druhu, spokojnie. – Mężczyzna klepnął go w ramie przyjacielsko, szczerząc się przy tym od ucha do ucha. – Wszystko już z moimi towarzyszami ustaliliśmy.

– Dziękuję. – Arno kiwnął głową oszczędnie. Jego wdzięczność była jednak jak najbardziej szczera. Gdyby wieść o tym wszystkim się rozniosła…

Paolos wzruszył ramionami.

– To nic takiego. Podejrzewałem, że rozgłos może być ci nie w smak i choć tyle jesteśmy ci winni za uratowanie naszych miękkich dup.

– Nie takich znowu miękkich. – Arno pozwolił sobie na lekki uśmiech. – To jak rzuciłeś się z tymi listami do paleniska… jak wszyscy się stawialiście. To wymagało jaj ze stali, druhu.

– Jaj ze stali to dopiero wymagałby powrót do domu po utracie tych listów na rzecz jakichś pachołków, wierz mi. – Kernnejczyk również się zaśmiał, ale w jego oczach raczej próżno było szukać wesołości.

Arno skinął mu głową. Zrozumiał.

– Od początku wiedziałeś, kim naprawdę jestem, prawda, ty cwany lisie?

Ku zaskoczeniu mężczyzny emisariusz wytrzeszczył na niego oczy w zdumieniu.

– Na cycki Thalany, w życiu! – zawołał. – Widziałem tylko, jak ci się ślepia na żółto w pewnej chwili zaświeciły i myślałem, żeś zwyczajny Maer. 

– Ale przecież ja jestem tylko zwyczajnym Maerem. – Arno uśmiechnął się, a jego oczy zabłysły chytrze.

– I Geardem.

– I jeszcze paroma innymi – zauważył Kamieniobiegły uczynnie.

– Nie wnikam, bo raczej cenię swoje życie. Przywiązałem się do niego, wiesz? – Kernnejczyk uniósł obie dłonie w obronnym geście.

– Bardzo mądrze.

Paolos obejrzał się przez ramię, gdzie jego kompani od dłuższej chwili wpatrywali się już w dwójkę rozmówców z wyczekiwaniem.

– Żal mi się z tobą żegnać, druhu, ale, jak widzisz, czas nagli – odezwał się. – Mam szczerą nadzieję, że nasze ścieżki jeszcze kiedyś się przetną.

– I ja. Powodzenia na szlaku, emisariuszu – powiedział Arno, odsuwając się na kilka kroków i robiąc miejsce dla koni, na które właśnie wskakiwali mężczyźni. W zasadzie każdy z innego narodu, każdy służący innym władcom, a jednak złączeni więzami fachu, powinności oraz tajemnicy o pewnych mrożących krew w żyłach wydarzeniach.

– Powodzenia na szlaku, Skalniaku. – Paolos skinął mu głową. Pozostali emisariusze również, po czym cała grupa popędziła konie na cztery strony świata, prędko przechodząc w cwał, aż w jaśniejące niebo uniosły się tumany kurzu.

Arno obrócił się na pięcie i w milczeniu ruszył z powrotem do gospody. Z jego rozwartej dłoni posypała się pozostałość po eardzie empatii. Teraz był pewien, że intencje emisariuszy były szczere i że naprawdę zachowają dla siebie wiedzę o jego osobie. Gdyby któryś z nich miał inne postanowienie… Z westchnieniem ulgi włożył do kieszeni płaszcza eard siły, który przez cały czas skrywał w drugiej dłoni i z radością przywitał na powrót przyjemne ciepło karczmy.

 

***

 

Na śniadanie podano mu solidną, świeżą porcję gotowanej na mleku owsianki z suszonymi owocami przeróżnej maści, którą Arno kończył właśnie ze smakiem wyskrobywać z drewnianej miski.

Stojący za kontuarem Telmos uśmiechnął się na widok zadowolonej miny gościa.

– Owsianka pierwszej próby, hę, panie? – zagaił, porządkując naczynia za swoim stanowiskiem.

– Twoja żona nie ma sobie równych, Telmosie – odparł Arno, popijając lekkim, owocowym winem, które wcześniej zaserwował mu karczmarz.

– Ano! – zaśmiał się. – Wydaje wam się, dlaczego uganiałem się za nią z trzy wiosny?

– Może dla szczęścia posiadania tylu piękny córek. – Arno wskazał na trzy krzątające się po izbie dziewczyny, obsługujące napływających coraz to nowych gości.

Telmos twierdził, że tłok był większy niż zazwyczaj z rana, lecz Kamieniobiegły nie czuł się tym zbytnio zaskoczony, zważywszy na spojrzenia, które co rusz otrzymywał. Postawiłby każdego miedziaka na to, że część z ludzi, która o tak wczesnej porze odwiedziła dziś gospodę, przyszła tu specjalnie z jego powodu. Każdy na własne oczy chciał sobie popatrzeć na obcego, który w pojedynkę zabił ponad pół tuzina bandytów, nastających na ich ulubioną w okolicy karczmę.

Arno uznał to za najlepszy powód, iż nadszedł czas, by oddalić się od tego miejsca jak najdalej. Nie minie wiele dni, nim plotka rozprzestrzeni się na pół półwyspu, nawet pomimo tego, że emisariusze zobowiązali się do zachowania niejakiej dyskrecji. Wciąż jednak nurtowało go…

– Córki jak córki. – Stary karczmarz wzruszył ramionami. – Rozpuszczone przez matkę jak dziadowski bicz.

Kamieniobiegły uśmiechnął się lekko pod nosem, po czym złowił spojrzenie stojącej za plecami ojca w przejściu do kuchni Dalary i na widok jej błyszczących z podniecenia oczu uśmiechnął się jeszcze szerzej. Ich wspólnie spędzona noc napełniła go czymś w rodzaju… beztroskiego szczęścia. To, co ich połączyło, wydawało mu się tak niewinne, że aż zupełnie nierealne. Wiele by dał, żeby… Momentalnie ogarnął go żal.

Naprawdę najwyższy czas się zbierać, pomyślał osowiały.

– Co tak zmarnieliście? – zagaił Telmos.

– Słyszałeś kiedyś o Iradosie? – spytał Arno, ale karczmarz pokręcił przecząco głową.

– Nie obiło mi się o uszy, panie.

– Irados był filozofem, który żył i prowadził na Nadorii szkołę jakieś czterysta lat temu. Głosił ideę zupełnej obojętności świata względem losu człowieka. Odróżnił bogów od fatów, które według niego stanowiły wyłącznie uosobienie ludzkich przesądów oraz wiary w sprawiedliwość, a świat określił jedynie jako pozbawioną jakiejkolwiek świadomej mocy sprawczej przestrzeń. Stwierdził, że człowiek może polegać tylko na sobie, gdyż nawet bogowie nie interesują się sprawami pojedynczych jednostek. Świat również nic nie da mu od siebie za darmo, a jeśli czegoś od niego pragniemy, należy mu to wydrzeć. Los nie nagrodzi za prawość, ani nie ukarze za nikczemność. Mogą to zrobić jedynie inni, stojący z nim na równi ludzie. Rozumiesz, Telmosie?

Karczmarz roześmiał się głośno z niewinnym wyrazem twarzy.

– Po prawdzie to niezbyt – powiedział. – Sami mówicie jak jeden z filozofów, a dla mnie to chyba nazbyt wysokie progi. Po co zresztą dywagować o rzeczach, których prosty człek nigdy nie pojmie ani nie doświadczy. Ważne jest tu i teraz. By mieć gdzie spać, co do garnka włożyć, zapewnić szczęście i dostatek rodzinie. Poprzez rozprawy o losie i podarkach od świata nie idzie tego uczynić, panie. Czemu w ogóle wspominacie o tym filozofie?

– Ponieważ nie zgadzam się z nim – stwierdził Arno. – Uważam, że świat wcale nie ma nas w dupie. Daje i odbiera. Po prostu przeważnie czyni to w zupełnie niewłaściwych momentach.

– Zaufam wam na słowo, panie. – Telmos raz jeszcze się roześmiał, a Kamieniobiegły tylko kiwnął mu głową.

Nie minęło parę sekund, jak drzwi gospody znów się otworzyły i stanęła w nich kolejna grupa przybyłych z Faas gości. Większość z nich rozeszła się od razu po izbie w poszukiwaniu wolnych stolików. Jeden jednakże, od którego pozostali zdawali się trzymać jak najdalej, pewnym krokiem ruszył wprost ku kontuarowi oraz wytrzeszczającemu oczy w niemym zdumieniu Telmosowi. Przybyły bez słowa przysiadł się na stołku zaraz obok Arno, zamaszystym gestem odrzucając bogaty, wytwornie zdobiony kolorowymi wstęgami oraz błyszczącymi obszyciami płaszcz. Był wysoki, solidnej postury. Pochodził najpewniej ze wschodu, patrząc na jego ciemną, przywodzącą na myśl bursztynową kawę karnację. Miał kruczoczarne, starannie ułożone włosy i gęste, krzaczaste brwi niemalże zachodzące mu na oczy. Spojrzał spod nich władczo na karczmarza i odchrząknął znacząco.

Arno zacisnął zęby tak mocno, że aż rozbolała go żuchwa. Pochylił się nad swoją miską, udając, że wciąż wygrzebuje z niej resztki już dawno ostygłej owsianki. Jednocześnie zwalczał w sobie chęć panicznej ucieczki bijącej się z przemożnym pragnieniem natychmiastowego złapania za eard siły.

Przysiadł się do niego sam pieprzony Kamieniobiegły. W środku jakiejś postawionej na zadupiu karczmy! I to nie jakiś zawszony Geard albo Maer, tylko cholerny Wyższy Kamieniobiegły z Trzeciego Kręgu Akademii, sądząc po insygniach jastrzębia wyszytych na charakterystycznym płaszczu, sygnetach oraz amulecie z eardem ochrony dyndającym na piersi. Pradawny Lardon by to…

Telmos spojrzał na mężczyznę z trwogą.

– Witam, panie… – zająknął się. – W czym mogę panu służyć?

– Nalej mi kielich złotego tyryjskiego, jeśli łaska – odpowiedział Kamieniobiegły, ani na chwilę nie przestając lustrować uważnym wzrokiem zarówno karczmarza, jak i siedzących w pobliżu klientów.

Telmos na jego żądanie aż zachłystnął się własnym oddechem.

– Panie… błagam o wybaczenie… Nie stać mnie na import złotego. Obawiam się, że… – zaczął tłumaczyć się nieskładnie.

Kamieniobiegły skrzywił się z wyraźną irytacją, po czym z jadowitym uśmiechem wskazał na siedzącego obok Arno i powiedział:

– W takim wypadku chcę te, które pije ten dżentelmen.

– Już nalewam, Jasny. Oczywiście na mój koszt – zawołał karczmarz szybko. Dało się dostrzec wyraźne kropelki potu spływające wolno po jego czole.

Arno czuł coraz większą obawę. Nie mógł się powstrzymać i rzucił zaniepokojone spojrzenie wyglądającej zza przejścia do kuchni Dalarze. To nie był jeden z przyjaznych Kamieniobiegłych. Nosił się z wyższością. Wzrok miał skupiony i przebiegły, a z jego twarzy o ostrych rysach emanowała trudna do przeoczenia arogancja i pewność siebie. To nie był człowiek nawykły do służby i pomocy ludowi. To był człowiek, który został wychowany i przywykły do władzy. Tak bardzo przypominał mu w tym Kalejosa. Arno musiał się powstrzymać, by po jego twarzy nie rozlała się pełna nienawiści wzgarda. Ostatnimi czasy Wyżsi Kamieniobiegli mieli w zwyczaju wtrącanie za coś takiego do lochów, z których już nigdy się nie wracało na światło dnia.

Minutę później Kamieniobiegły upił pierwszy łyk swojego wina, zrobił kwaśną minę, po czym odstawił kielich na blat i nieznacznie odsunął go jak najdalej od siebie. Telmos przełknął głośno ślinę na ten widok, lecz wyniosły Kamieniobiegły zupełnie go już ignorował. Przyciszonym głosem zwrócił się wprost do Arno:

– A więc to ty jesteś tym tajemniczym osobnikiem, który zeszłego wieczoru ponoć samodzielnie powalił prawie tuzin uzbrojonych po zęby bandytów.

W jego głosie trudno było przeoczyć niedowierzanie i nutę kpiny.

Arno jedynie skłonił głowę. Nie zdziwił się, nie słysząc w głosie mężczyzny żadnego egzotycznego akcentu. Skądkolwiek pochodził, było jasne, że jako członek Akademii Kamieniobiegłych musiał wychować się na Półwyspie.

– Miałem pomoc, panie. Szlachetnego gospodarza oraz dzielnych emisariuszy – powiedział, spod opuszczonych oczu uważnie obserwując reakcję mężczyzny. Ten jedynie wydął wargi.

– No proszę. To dobra nauka dla mnie, by nie wierzyć zrazu wszelkim powtarzanym przez motłoch plotkom. Ale tak się składa, że przebywałem akurat w Faas i rozumiesz chyba, iż musiałem się przekonać o nich na własne oczy.

– Oczywiście, panie.

Kamieniobiegły zrobił kwaśną minę i zacmokał kilkukrotnie. Wyglądał, jakby miał ochotę splunąć przez ramię.

– Wiedziałeś o tym, że o charakterze człowieka można bardzo dużo powiedzieć na podstawie tego, jakie wino pija? – zapytał nieoczekiwanie.

– Nie, panie, nie słyszałem. – Arno zazgrzytał zębami.

Kamieniobiegli i ich gierki.

– Weźmy ciebie na przykład – ciągnął. – Pijasz słabe, słodkie wino o wyraźnym, wręcz mdlącym aromacie tanich owoców ukrywającym naturalny kwaśny posmak trunku. Co sądzisz, jak to o tobie świadczy? Żadnych pomysłów?

– Obawiam się, że nie, Jasny.

– Oczywiście. Też bym nie chciał się przyznać na twoim miejscu. Jesteś miękki, Nadorczyku. Niezdecydowany, niezdolny do podjęcia odważnych decyzji i pozbawiony umiejętności wytrwania w nich. Nie pasujesz do większości miejsc, w których się znajdziesz. Ukrywasz to, kim naprawdę jesteś, mylnie sądząc, że inni nie przejrzą cię zza twojej maski oszusta.

– Rzeczywiście, wiele można powiedzieć o charakterze człowieka na podstawie samego wina. Podejrzewam, że gdybym w zanadrzu trzymał więcej pieniędzy, które mógłbym nań wydawać, i mój charakter znacząco by na tym skorzystał – wycedził renegat. – Być może od razu winienem zacząć oszczędzać na złote z Tyr.

– Kim jesteś?

– Nikim.

– W Faas mawiali, że władasz eardami siły. Pokaż swój znak.

– Z całym szacunkiem, mój znak to moja sprawa, Jasny.

– Uważaj. – Kamieniobiegły zniżył głos do jadowitego szeptu. – Nie masz pojęcia, czym grozi twoja bezczelność. Nie chcesz mieć we mnie nieprzyjaciela.

– Jestem nikim, Jasny – powtórzył Arno z uporem. Równocześnie starał się myśleć, planować, obserwować z uwagą, ale przede wszystkim nie dać się ponieś emocjom.

Gdy się skoncentrował, nie mógł wyczuć żadnej mocy earda ze strony Kamieniobiegłego. To znaczyło, że przynajmniej nie próbował wpływać na niego ani go czytać w żaden magiczny sposób. To go trochę uspokoiło. Najwyraźniej nie uważał Arno za żadne zagrożenie.

– Głupiec! Jeszcze w całej nadorskiej historii żaden „nikt” nie zwrócił się do Wyższego Kamieniobiegłego takim tonem jak ty teraz. Rozmawiasz z Vernadenem z Nadairu. 

– Błagam o wybaczenie, Jasny, ale nic mi to nie mówi – mruknął Arno, na co w brązowych oczach mężczyzny pojawił się ogień.

– Z tego, co widzę, zdążyłeś już sobie zagrzać miejsce w tej brudnej karczmie. Być może zaprzyjaźniłeś się z karczmarzem, który co chwila rzuca ci proszące spojrzenia. Być może zdążyłeś już nawet zaprzyjaźnić się z jego córkami, które również wpatrują się w ciebie z czymś, co raczej ciężko określić jako neutralną obojętność. Ostrzegam cię. Jeśli wciąż będziesz okazywał mi brak szacunku, to miejsce oraz twój czas w nim rychło się zakończy. Zapytam więc raz jeszcze. Kim jesteś, przybłędo?

– Wiesz, gdzie się teraz znajdujemy, Jasny? – odpowiedział pytaniem na pytanie Arno, jeszcze mocniej ściszając głos. – Założę się o młot Tanniavina, że wiesz.

– W gospodzie.

– Nie w byle jakiej gospodzie. – Arno uśmiechnął się chytrze. – To miejsce jest starsze niż ja, ty, a nawet sam jego właściciel razem wzięci. Dziesiątki lat temu, krótko po zakończeniu wojny domowej, postawiono je w miejscu, gdzie krzyżują się drogi między wszystkimi ważniejszymi miastami południowej Nadorii. Miał to być kluczowy przystanek dla wszystkich podróżujących między nimi posłańców, a z czasem stał się głównym punktem wymiany informacji. Po dziś dzień wszyscy podążający traktem emisariusze zatrzymują się tu na noc i uzupełniają zapasy. Po dziś dzień w cieniu tej karczmy spotyka się połowa szpiegów na Półwyspie. Po dziś dzień w izbach na poddaszu tego budynku mieszkają największe tajemnice Archontów z Rad Sześciu przenoszone w listach przez emisariuszy. A ty z jakiegoś powodu próbowałeś je wczoraj przejąć za pomocą bandy najemnych zbirów.

Vernaden zerwał się ze swojego miejsca tak gwałtownie, że aż przewrócił stołek.

– Jak śmiesz?! – syknął.

Wszyscy w izbie skierowali na nich swoje zaskoczone spojrzenia. Arno także wstał i przybliżył swoją twarz do Kamieniobiegłego, spoglądając mu prosto w gorejące gniewem oczy.

– Masz tupet, wracając tu dzisiaj, Jasny. Myślisz, że nie zauważyłem, jak przez cały czas rozglądasz się po stolikach? Jak sprawdzasz, czy aby czasem nie wszyscy emisariusze jeszcze wyjechali. Nie kłopocz się. Po listach, których ty albo cała twoja Akademia tak pożądaliście, nie pozostało już śladu. Podejrzewam, iż nie zechcesz mnie oświecić, panie, po co wam one były? Co planujecie?

– Żyjesz w iluzji, głupcze. Akademia Kamieniobiegłych broni praw i pokoju na Nadorii od stuleci. Nie pozwolę ci narażać tej reputacji na szwank. Zresztą… nie jesteś mi w stanie udowodnić, że miałem cokolwiek wspólnego z tamtą bandą. Nikt ci nie uwierzy. Żaden Kamieniobiegły. Żaden Archont. A jeśli będziesz na tyle głupi, by zbyt głośno krzyczeć, spotkamy się po raz kolejny, przybłędo.

– Och, ale ja wcale nie zamierzam na ciebie skarżyć, Jasny – powiedział Arno. – Doskonale wiem, że wszystko uszłoby ci wówczas na sucho. Ale nie pozwolę ci się tak łatwo wywinąć.

– Zatem co? – Vernaden prychnął z pogardą. – Co może niby zrobić ktoś taki jak ty? Prostak. Bez pieniędzy, bez władzy, bez mocy. Nie liczysz się. Nawet gdybym rzeczywiście chciał przejąć wiadomości Archontów, to ty nic z tym nie zrobisz.

– Pytałeś, kim jestem. Odpowiedź wciąż pozostaje taka sama. Jestem nikim. Lecz nawet „nikt”, jeśli szczęście akurat uśmiecha się do świata, jest w stanie czasem wymierzyć sprawiedliwość. Wczoraj w tej karczmie mogli zginąć ludzie…

– Mówiono, że bandyci nie dążyli do rozlewu krwi.

– Bandyci nie dążyli do rozgłosu, ale emisariusze stawiali opór.

Kamieniobiegły parsknął.

– Prostacy, nie mający pojęcia, jak cenne w rzeczywistości jest to, co przewożą. Nie byłoby mi ich żal.

Arno skrzywił się i cofnął o krok.

– Vernadenie z Nadairu, powołując się na starożytne prawa ustanowione przez Darnosa Agemnona, w obliczu Pradawnych, Słońca oraz świadków śmiertelnych, ja, Arno z Dearmon wyzywam cię na święty pojedynek w rytualnym Kręgu Popiołów! – Arno uniósł głos na tyle, by dosłownie każdy z dziesiątek ludzi znajdujących się w karczmie mógł go teraz usłyszeć.

W izbie zapadła cisza, którą niemal natychmiast przerwał głośny, pogardliwy śmiech Kamieniobiegłego.

– Pojedynek w Kręgu? Z tobą? Zwykłym Geardem? Nie rozśmieszaj mnie! Nie przetrwasz sekundy, głupcze. Taka walka byłaby poniżej mojej godności.

Arno wciąż spoglądał na niego ze spokojem.

– Możliwe. Ale wtedy wszyscy obecni teraz w tej gospodzie opowiedzą, jak to Wyższy Kamieniobiegły odrzucił wyzwanie prostego Gearda. Jak tchórz uciekł ze strachu nawet wówczas, gdy ów Geard śmiertelnie go pohańbił.

– Co ty bredzisz…?

Arno zamachnął się potężnie i uderzył Kamieniobiegłego z otwartej dłoni w twarz.

Vernaden posiniał ze złości. W jego oczach pojawiła się żądza mordu. Telmos, widząc to zza kontuaru, aż wstrzymał oddech.

– Podejrzewam, że również i tego żaden „nikt” w całej historii Nadorii nie uczynił Wyższemu Kamieniobiegłemu.

– Nie uda ci się mnie sprowokować! – wycedził. – Gdybym nie był tu oficjalnie… gdyby wszyscy nie patrzyli… wiedz, że starłbym cię na proch tu i teraz. Znajdę cię, obiecuję..

Arno wymierzył cios raz jeszcze. Tym razem w drugi policzek, a huk uderzenia aż zadzwonił mu w uszach.

– Potraktowany niczym tania dziwka, lecz wciąż odwraca wzrok!

– Ty…

– Znieważyłem cię! Przyjmujesz wyzwanie, o Jasny?! – krzyczał Arno. – Pojedynek. Kamieniobiegły przeciw Kamieniobiegłemu. Jak za dawnych czasów!

– Głupcze! – zagrzmiał Vernaden. – Na zewnątrz! Już! Zróbcie mi miejsce, do cholery!

Mężczyzna przepchnął się przez tłum wstrząśniętych ludzi i jak burza wypadł z karczmy. Arno spokojnym krokiem postąpił za nim. Na jego twarzy malował się jednak wstyd.

Znów niepotrzebnie się wtrącam. Będę tego wszystkiego żałował, pomyślał jeszcze, ciaśniej okrywając się płaszczem.

 

***

 

Pojedynek w Kręgu Popiołów był starożytną tradycją ustanowioną przez samego założyciela Akademii Kamieniobiegłych, który zakończył serię krwawych wojen między dzierżycielami eardów, kładąc tym samym kres niszczycielskiej pożodze nierzadko pozostawiającej całe regiony Półwyspu w ruinie. Darnos Agemnon zjednoczył ich we wspólnocie rozciągającej się na kilkanaście lądów. Od tamtej pory wszyscy Kamieniobiegli, nieważne, z którego miasta się wywodzili, nieważne, któremu władcy się kłaniali, mieli stać się jedną, wzajemnie wspierającą się siłą. Wszystkie walki i spory między nimi miały natomiast ograniczyć się do rytualnych pojedynków w kręgu i tam się kończyć.

Arno nie słyszał, by za jego życia odbył się choć jeden taki pojedynek. I tu pojawiał się problem. Cokolwiek się tu za chwilę nie stanie, to echo tego wydarzenia z pewnością dobiegnie uszu każdego jednego Kamieniobiegłego, każdego Archonta, a nawet samego imperatora na złotym tronie Kedaru.

Jestem beznadziejny w trzymaniu się na uboczu, pomyślał cierpko.

Vernaden powiódł go oraz spory podążający za nimi tłumek na porośniętą wysoką, pożółkłą od południowego słońca trawą równinę zaraz za skręcającym ku karczmie Telmosa traktem. Arno dostrzegł unoszący się kilka staj dalej dym pochodzący z kominów małego Faas. Samego miasteczka jednak nie dostrzegał, gdyż było ukryte za wzgórzami.

Ciekawe, czy gdyby dać im czas, zlecieliby się tu dosłownie wszyscy jego mieszkańcy, przemknęło mu mimowolnie przez myśl. Prędzej ze szczytów Wież Blasku zleciałaby się tu połowa Akademii, uznał w końcu.

Słońce wznosiło się już dość wysoko nad horyzontem, ale wciąż nie padało z góry, lecz świeciło prosto w oczy, zauważył Arno. Trzeba będzie uważać na to w trakcie walki, a jeśli szczęście pozwoli, może wykorzystać nawet na swoją korzyść.

Mężczyzna musnął palcami sięgające mu ud suche źdźbła trawy i odruchowo zerknął w kierunku stojącej na samym brzegu zbiegowiska Dalary.

Co ona sobie teraz o mnie pomyśli? W jakim świetle mnie ujrzy?

Przed nim stanął nagle Kamieniobiegły, wciąż marszcząc gniewnie brwi. Jego zdobiony płaszcz powiewał delikatnie, popychany przez lekki wiatr, a eardy w pierścieniach i amuletach mieniły się w świetle słońca.

– Pamiętaj, to twoje dzieło. Sam się o to prosiłeś, przybłędo – warknął.

– Nie żałuję – stwierdził Arno z przekonaniem.

– Nie mamy arbitra. – Vernaden zauważył po chwili. – Ale może to i lepiej, że nikt istotny nie zobaczy poniżenia, jakim będzie ta parodia pojedynku. Zresztą, gdy z tobą skończę, nie potrzeba będzie żadnego arbitra, by określić zwycięzcę.

Arno aż wzdrygnął się na myśl o kolejnym Kamieniobiegłym, który mógłby tu przybyć.

– Przestań pieprzyć, tylko czyń honory – burknął.

Kamieniobiegły wydął wargi ze złością, ale mimo to kiwnął głową na znak zgody i cofnął się o parę kroków. W jego dłoni zamigotał drobny, pomarańczowy eard ciepła, który po chwili rozsypał się w proch, na co z ciała mężczyzny uniosła się ledwo widoczna para, a on sam wzdrygnął się wyraźnie. Arno mu się nie dziwił. Wyżsi Kamieniobiegli posiadali zdolność nie tylko aktywowania, ale i wchłaniania mocy biernych eardów. To doświadczenie nie należało jednak do najprzyjemniejszych, o czym renegat wiedział z własnego doświadczenia. Po takiej sztuczce człowiek trzęsie się z zimna przez najbliższą godzinę.

Vernaden tymczasem, krzywiąc się na twarzy, przykucnął na jedno kolano i przyłożył dłonie do ziemi. Fala gorąca, która rozeszła się nagle wokół niego, praktycznie wypaliła rosnącą trawę w promieniu pięciu metrów od Kamieniobiegłego. Pozostały po niej jedynie opadłe, poczerniałe strąki oraz pył. Krąg Popiołów. Ich pole bitwy.

Mężczyzna wstał z klęczek, i klnąc siarczyście, opróżnił całą manierkę wody, którą pośpiesznie wyszarpnął zza poły płaszcza. Po jego twarzy lał się pot. Arno prawie mu współczuł. Prawie.

– Czegoś was jednak uczą w tej Akademii – stwierdził kąśliwie, ustawiając się po przeciwnej stronie kręgu, co Vernaden.

– Zamknij się, durniu – warknął wściekle.

– Zasady?

– Klasyczne.

Arno pokiwał głową na znak zgody. Klasyczne zasady sprowadzały się w sumie do trzech rzeczy. Członkowie pojedynku nie mogli samodzielnie opuścić kręgu, ale mogli zostać z niego wyrzuceni przez przeciwnika. Wówczas walka zostawała wznawiana po krótkiej przerwie. Dozwolone było użycie wszystkich rodzajów eardów, które ma się przy sobie w chwili pojedynku z wyłączeniem Kamieni Specjalnych, niezależnie od tego, do którego kręgu należeli oponenci. Pojedynek kończył się w chwili, gdy któryś z przeciwników opuścił Krąg, poddał się lub nie był zdolny do dalszej walki. Rzadko zdarzało się, by ktoś walczył na innych zasadach niż klasyczne. No chyba że Arcybiegli. Tyle tylko, że Arcybiegli nie pojedynkowali się od stuleci. I lepiej, by lud nadal w to wierzył…

– Daję ci ostatnią szansę, przybłędo – ostrzegł Vernaden, mimowolnie muskając eardy na swoich pierścieniach.

– Obleciał cię strach?

Kamieniobiegły syknął ze złością i splunął na popiół.

– Niechaj przyświeca nam łaska Pradawnych – wycedził starożytną formułkę, która tradycyjnie rozpoczynała pojedynek.

– Niechaj przyświeca nam łaska Pradawnych – powtórzył Arno.

Vernaden nie zwlekał. Jeden z eardów wprawionych w sygnet na jego palcu rozsypał się w proch, a wokół dłoni mężczyzny pojawiła się biała, ledwo widoczna poświata, jakby samo zakłócenie ruchu powietrza. Eard fali.

Sukinsyn! Szybko zamierzał skończyć walkę.

Złączył dłonie razem i wyrzucił je przed siebie. Huknęło. Arno bez zastanowienia rzucił się w bok. Jego płaszcz zafurkotał głośno. Potężna fala uderzeniowa minęła go o centymetry.

Sukinsyn, zaklął w myślach raz jeszcze.

Upadł boleśnie na twarz. Jego usta wypełniły się gorzkim smakiem popiołu. Nieomal sam wyskoczył z pieprzonego Kręgu. Gdyby jednak to uderzenie go trafiło, skończyłby z połamanymi żebrami. To zakończyłoby pojedynek.

– Ostrzegałem cię, głupcze. Jesteś skazany na porażkę – usłyszał triumfalny okrzyk Kamieniobiegłego.

Renegat podniósł się z ziemi i otrzepał szary od popiołu płaszcz. Wokół niego uniósł się tuman pyłu. Zakaszlał mimowolnie i odkrzyknął:

– Kamienie Elementarne prędzej czy później ci się skończą, Skalniaku!

– Nie liczyłbym na to.

Arno sięgnął do kieszeni i zaczerpnął z earda siły. Jego ciało błyskawicznie rozjarzyło się szkarłatnym blaskiem. W milczeniu ruszył na Kamieniobiegłego, unosząc pięści do ciosu.

– Geardzi, jesteście żałośni. Wy i iluzja siły, w której żyjecie.

Żyły na rękach Arno zdawały się płonąć ogniem. Zamachnął się kilkukrotnie, za każdym razem pozostawiając w powietrzu mglistą, czerwoną poświatę. Żaden z jego ciosów nie trafił w cel. Vernaden zawsze uchylał się ułamki sekund przed tym, zanim dosięgła go pieść. Jego oczy błyszczały złoto-brązowym blaskiem. Po chwili Kamieniobiegły wywinął się zwinnym piruetem i błyskawicznie znalazł się za plecami Arno. Ten w ostatniej chwili zdołał się obrócić i sparować cios lśniącej szkarłatem ręki.

Głupota, pomyślał, po czym w mgnieniu oka pojedynczym kopnięciem uderzył w odsłonięte nogi mężczyzny. Tym razem to Vernaden zarył twarzą w ziemię.

Trzeba mu jednak przyznać, że nie dochodził do siebie długo. Moc earda siły rozlała się po całym jego ciele, błyskawicznie przeturlał się na bok i wyskokiem poderwał z powrotem na nogi.

Arno uśmiechnął się pod nosem. Wtedy jednak szkarłat z oczu Vernadena zniknął, a on sam rozwiał się w powietrzu. Ułamek sekundy później jakaś niewidzialna siła wyrzuciła Arno w powietrze. Z głośnym stęknięciem upadł w wysoką trawę, raniąc sobie przy okazji skórę o ostre źdźbła. 

Niech to!

Wyciągnął szyję i ujrzał Vernadena wciąż stojącego wewnątrz Kręgu z zadowoloną miną.

Ten drań użył earda szybkości i, korzystając z rozpędu, wypchnął mnie z Kręgu, domyślił się natychmiast.

Zazgrzytał zębami, dźwigając się na nogi.

– Jeśli chciałeś się popisywać, Sklaniaku, wystarczyło zatańczyć nago na stole! – zawołał, wracając na pole walki.

Zaczerpnął mocy z kolejnego earda siły i z adrenaliną buzującą w nabrzmiałych czerwonym blaskiem żyłach ruszył na Kamieniobiegłego.

Vernaden stał spokojnie w samym środku Kręgu, z niezachwianym opanowaniem obserwując oponenta. Arno uderzał w niego raz po raz, ale każdy z jego ciosów rozbijał się o niewidzialną barierę, która roztaczała się wokół postaci mężczyzny. Arno zmarszczył czoło i w każdy kolejny atak począł wkładać coraz więcej siły, na co Vernaden tylko zaczął się śmiać.

– Widzisz? – powiedział. – Dlatego właśnie to prawdziwi Kamieniobiegli trzymają w rękach władzę, podczas gdy Geardzi są jedynie sługami.

– Cóż to za dziwna władza, posiadając którą, trzeba podstępem wykradać biednym, podpitym emisariuszom korespondencję – Arno odparował kpiąco.

Nie przestawał uderzać. Moc earda ochrony Vernadena nie zgasła jednak. Za to z ciała renegata ponownie wyparowało czerwone światło. W tym momencie mężczyzna znów zniknął mu z oczu.

Cios ugodził Arno znikąd. Jego potylica eksplodowała bólem. Potem kolejny cios z boku w żebra, ułamek sekundy później następny pod kolana. Renegat osunął się na ziemię. Vernaden nagle zmaterializował się tuż przed nim. Arno zapiekło ucho, a zaraz po tym pięść Kamieniobiegłego złamała mu nos.

– O, Jasny… – Arno splunął krwią na pokryte popiołem buty z drogiej skóry Skalniaka. – Bijesz jak cipa.

Vernaden popatrzył na niego z góry, kipiąc pogardą. Jego oczy rozbłysły czerwienią, po czym potężnym kopnięciem w klatkę piersiową ponownie posłał Arno poza Krąg Popiołu.

Renegat jęknął, czując jak ostry ból przeszywa całe jego ciało. Bydlak połamał mu żebra. Gdy zakasłał, z jego ust wytrysnęła krew, a pierś nieomal rozpadła mu się wówczas na części.

Kamieniobiegły podszedł do granicy Kręgu i uśmiechnął się jadowicie.

– Trzeba było zostać nad miską owsianki i tanim winem, przybłędo – powiedział.

Arno ze stęknięciem przeturlał się po trawie.

– Nie jesteś w stanie kontynuować tej walki, głupcze. Poddaj się. Poddaj się teraz, a masz moje słowo, że przeżyjesz.

– Sram na twoje słowa… – wykrztusił Arno, z najwyższym trudem niczym pijak, który stoczył się pod stół, podnosząc się na nogi.

Przez chwilę przed oczami zrobiło mu się ciemno z bólu i niemal znów wylądował na czworakach.

– No proszę! Wojownik – zaśmiał się Vernaden.

– Tak mnie stworzono – burknął Arno, sięgając do płaszcza po eard regeneracji.

Sekundę później jego ciało omiotła seledynowa poświata, na co oczy Vernadena zrobiły się wielkie jak spodki ze zdumienia.

– Niezarejestrowany? Niemożliwe… – szepnął, wyraźnie chwiejąc się na nogach.

W tym momencie Arno skoncentrował się i skupił magię earda na klatce piersiowej i nosie, choć reszta jego ciała wciąż wyła o odpoczynek po tym, jak nadużył eardów siły. Miał wrażenie, że jego dłonie za moment odpadną od reszty ciała.

– Dar precyzji… – wydusił z siebie osłupiały mężczyzna. – Jak…? Szkolono cię w Akademii… Kim jesteś, na Odwróconego?!

Arno spojrzał na niego wymownie.

– Nazywam się Arno z Dearmon. Człowiek, którym byłem kiedyś, już nie istnieje.

– Renegat… Zabito cię! – niemalże krzyknął Kamieniobiegły. W jego oczach po raz pierwszy od początku pojedynku błysnął strach.

Arno milczał. Wygasił earda regeneracji, po czym pewnym krokiem wszedł na powrót do Kręgu Popiołów. Vernaden nie spuszczał z niego wstrząśniętego wzroku. Arno stanął po przeciwległej stronie pola i odwrócił się ku Kamieniobiegłemu ze spokojem.

– Kończmy to – powiedział.

Vernaden zacisnął szczęki. Zerknął niepewnie po zebranym w pewnej odległości wokół tłumie. Ludzie jednak wciąż stali w miejscu z tym samym zaangażowaniem i ekscytacją na twarzach, obserwując pojedynek.

Dla nich nic się nie zmieniło, pomyślał renegat. Nie dbali o to, do którego kręgu należeli Skalniacy. Dla motłochu liczyło się tylko to, by widowisko było jak najbardziej spektakularne. Za chwilę zaczną pewnie krzyczeć z zachwytu. Z równą siłą, niezależnie kto wyląduje twarzą w popiele.

Vernaden zaatakował. Arno, nie ruszając się z miejsca, wciągnął energię earda ochrony, a fala, którą wypuścił w jego kierunku Kamieniobiegły, rozbiła się o niego, ledwo mierzwiąc mu kręcone włosy.

Arno postąpił dwa kroki wprzód. Bez trudu zniósł kolejny atak, gdy Vernaden desperacko rzucił ku niemu resztki swojej mocy.

Kolejne dwa kroki.

Renegat wypuścił wokół ukształtowaną moc, którą zaczerpną z eardu iluzji. W Kręgu Popiołów pojawiło się nagle tuzin identycznych kopii jego samego, wykonujących dokładnie te same ruchy co on. Następnie, korzystając z earda przemieszczenia, przeskoczył kilkukrotnie po obwodzie Kręgu, mieszając się z iluzjami, które również w mgnieniu oka zmieniały swoje pozycje. Cały tuzin mocno wkurzonych renegatów zaczął niespodziewanie wyparowywać w przestrzeni i w ułamku sekundy pojawiać się w zupełnie innych miejscach.

Vernaden wytrzeszczył na to oczy. Przez jego twarz przemknął cień paniki. Arno niemalże mógł dostrzec, co dzieje się teraz w jego głowie.

O nie, teraz mi nie uciekniesz, bydlaku, pomyślał Arno, zgrzytając zębami.

Sięgnął do płaszcza po eard ziemi – jeden z cenniejszych eardów, które przy sobie miał i zaciągnął odrobinę jego mocy.

Eardy iluzji różniły się nieco od pozostałych. Zamiast utrzymywać ich moc w ciele, można ją było wypuścić na zewnątrz w ukształtowanej formie, gdzie trwała, póki jej siła nie osłabła i nie rozproszyła się. Dlatego mimo obecności iluzji, Kamieniobiegły był w stanie zaczerpnąć energii innych eardów.

Wykonał szybki gest dłonią, a stopy Vernadena przywarły do podłoża, uwięzione.

– Skurwysyn! – ryknął mężczyzna, biegając wzrokiem chaotycznie wkoło.

Tuzin oponentów zbliżył się do niego ze spokojem.

– Trzeba było dalej popijać złote tyryjskie w cieniu Wieży Blasku – szepnął mu do ucha Arno, wrzynając jednocześnie wyciągnięty zza paska sztylet pod żebra.

Vernaden stęknął, krzywiąc się z szoku i cierpienia.

– Ty…

Arno przekręcił ostrze w dłoni, po czym je wyciągnął. Czuł, jak po rękojeści na jego dłoń popłynęła ciepła krew.

– Kamieniobiegli od zawsze gardzili bronią białą. Gdy ćwiczyłem szermierkę, szydzili ze mnie. Nie zdawali sobie sprawy z przewagi, jaką daje miecz. Żaden z nich nie wyobrażał sobie, że kiedyś to nie za sprawą earda, ale właśnie mojego ostrza może spotkać ich śmierć.

– Wy… wymordowałeś ich… – jęknął mężczyzna. Warstwa popiołu pokrywająca jego płaszcz poczęła mieszać się z coraz gęściej płynącą z jego rany krwią.

– Zdradzili mnie. Zdradzili wszystkich.

Nagle znaleźli się w Kręgu Popiołów zupełnie sami. Iluzje Arno wyparowały. Moc earda ziemi zanikła, a Vernaden upadł na ziemię i zakasłał. Tłum wpatrujących się w nich z oszołomieniem gapiów zdawał się odleglejszy niźli Niebyt.

– Poddaję… – Vernaden dobył z siebie chrapliwy głos.

Arno prędko zasłonił mu dłonią usta.

– Nie mogę na to pozwolić – powiedział. – Na poddaszu tej karczmy mieszkały nie tylko tajemnice Archontów. Jeśli to coś warte, przepraszam, ale… poznałeś moją.

Spojrzał w ciemne, pełne lęku oczy Kamieniobiegłego. Na piersi mężczyzny nagle znalazła się jego ręka. Niczym w amoku dostrzegł, że zabłysła czerwonym blaskiem. Wtedy nacisnął. Chwilę później, czując ból każdym fragmentem ciała, odpłynął w ciemność.

 

***

 

Przebudził go jej delikatny dotyk. Był niczym kojące muśnięcie jedwabnej chustki dla obolałego, wyczerpanego od nadużywania kamieni ciała. Arno czuł, że jego myśli płyną wolno. Kończyny są zdrętwiałe, ruchy ociężałe i powolne. Jej przyjemny dotyk odgonił wrażenie bólu choć na chwilę. Niechętnie i z trudem otworzył oczy.

Leżał w łóżku okryty należącą do Dalary pościelą. Pamiętał, jak zemdlał. Pamiętał strach w oczach Vernadena, głośne chrupnięcie miażdżonych kości, a potem ciemność. Musiano przynieść go na powrót do karczmy.

Powinni zostawić mnie tam w polu. Razem z popiołami, pomyślał gorzko.

– Arno… Arno. – Głos dziewczyny wysączył z niego odrętwienie.

Mężczyzna zdał sobie sprawę, że brzmiała na zaniepokojoną.

– Mój ojciec wywiedział się, że w mieście sędzia z magistratu posłał do Eramos po Skalniaków – wydusiła z siebie jednym tchem. – Przyjdą po ciebie. Zabiłeś jednego z nich. Zabiłeś Skalniaka… – Położyła mu dłoń na policzku i przycisnęła się do niego silnie.

– Nasz pojedynek był uczciwy. Nie dlatego po mnie przyjdą. – Westchnął.

– Zabiją cię! – Dziewczyna załkała. Jej ciało drżało wtulone w jego ramiona.

Arno przezwyciężając opór ścierpniętych mięśni, uniósł rękę z materaca i zaczął głaskać Dalarę po jasnych, miękkich włosach. Następnie uniósł jej twarz i pocałował.

– Nic mi nie będzie – odezwał się w końcu – ale muszę stąd zniknąć.

– Odejdę z tobą! – zawołała natychmiast. – Choćby zaraz!

Jej oczy błyszczały, a twarz aż drżała z podniecenia.

Arno z cichym jękiem podniósł się z pozycji leżącej i usiadł na skraju materaca, głównie po to, by ukryć cień bólu, który pojawił się na jego twarzy.

– Nie wiesz, co mówisz – szepnął.

– Tego pragnę!

Kamieniobiegły zacisnął zęby.

– To nie jest dla ciebie, dziewczyno. To… to cię zmieni. Nie prowadzę prostego, spokojnego życia. Ciągle podróżuję. Ciągle oglądam się przez ramię… Nie chcesz tak żyć, wierz mi – zwrócił się do niej ponuro. – Nie chcesz trwać w tułaczce przy kimś, kto skazany jest na klęskę. Ze mną nie ma dla ciebie przyszłości.

Już w pierwszej sekundzie poznał, że jej nie przekona. Na jej młodej twarzy malował się ślepy upór i bunt, który on sam pamiętał z czasów, gdy był młodszy. 

– Tu. W tym miejscu nie ma nic już dla mnie. Ciebie pragnę i przy tobie chcę żyć. Nieważne dokąd zawędrujemy i nieważne kto za nami podąży. Nie mam innych pragnień, niż być tam z tobą. Gdziekolwiek byle z tobą. Pojmujesz?

Arno westchnął ciężko.

– Dlaczego? Dlaczego właśnie ze mną? Nie jestem bohaterem. Nie jeżdżę po świecie, wybawiając ludzi z opresji. Przywiał mnie tu przypadek i przypadek mnie stąd wygoni. A ty… Tu jest twój dom. Twoja rodzina. Mnie znasz ledwie jedno uderzenie serca.

– Pierwsze i jedyne uderzenie, którym moje serce zabiło prawdziwie… – powiedziała cicho.

– Zdajesz sobie sprawę, że jestem Skalniakiem? – zapytał po chwili. – Takim samym jak oni. Jak oni wszyscy…

– Nie – ku jego zdziwieniu Dalara odparła stanowczo. – Nie takim samym. – Pogładziła go dłonią po policzku.

– Jeśli obierzesz tę ścieżkę, ona cię zmieni – szepnął raz jeszcze. – Znienawidzisz mnie za to…

– Ta ścieżka jest dla mnie. Będę cię kochać, dopóty ty będziesz kochać mnie. – Objęła go mocniej, a mężczyzna uśmiechnął się smutno ponad jej ramieniem.

Nie mógł. Wiedział, że nie…

Pradawni, proszę, sprawcie, bym jej nie skrzywdził, wypowiedział bezgłośną modlitwę.

– Pomóż mi wstać, proszę – wykrztusił w końcu, czując jednocześnie, jak jego wnętrze zalewa coś przerażająco zimnego. – Musimy przygotować konia do drogi. Potem będę miał ci coś do opowiedzenia.

Czasami najlepszym sposobem na ucieczkę od własnych tajemnic jest podzielenie się nimi z kimś innym, dodał jeszcze w myślach.

 

 

***

 

– Wiesz, najgorsze w tym wszystkim jest to, że chciałem tego. JA tego chciałem. Teraz mogę przyznać to bez bicia. Jeśli jednak myślisz, że wstydzę się tego… że moje pragnienia sprzed lat wpędzają mnie w kolące poczucie winy, to muszę cię uprzedzić, iż cholernie się mylisz. Nie byłem wcale wyjątkowy… inny niż wszyscy. Niech pierwszy rzuci eardem ten, kto nigdy nie spojrzał tęsknie w kierunku pieprzonej Wieży Blasku i nie pomyślał: „Wolałbym zostać jednym z nich”. Nie różniłem się. Jak każdego biegającego po polu dzieciaka dopadały mnie te dziwne chwile, gdy nagle ni z tego, ni z owego zatrzymywałem się pomiędzy łodygami prosa i zlany potem, zadyszany patrzyłem na malujące się w dali mury Ritis. Na odcinającą się od nich Wieżę, nie mogąc wprost doczekać się dnia, w którym zostanę zabrany na sam jej szczyt, by pod okiem któregoś z Poszukiwaczy przejść Selekcję.

Rzecz jasna, doczekałem się. Każdego z nas to czekało. Oni postarali się o to. Postarali się, by ich słowo stało się prawem. Wszyscy musieli przejść ten proces, jak tylko skończyło się trzynaście lat. Talent nie mógł się przecież marnować. Nie mógł również pozostać tajemnicą. Było nie do pomyślenia, aby potencjalni Arcybiegli przez całe swoje życie marnowali się gdzieś na roli, brodząc po nogi w gównie albo żeby jeden z Odrzuconych otoczył się togą Archonta i zagrzał miejsce w Konsylium. Nie, takie rzeczy nie wchodziły w rachubę i cały Półwysep musiał do tego przywyknąć. I zrobił to.

Czy naprawdę tak trudno im się dziwić? Kamieniobiegli są wszakże opoką cywilizacji. Światłem, za którym podąża postęp i kultura. Strażnikami pokoju i prawa; trzonem sprawiedliwości. To z ich Akademii wywodzili się najwięksi bohaterowie zarówno starożytnych, jak i współczesnych czasów. Co z tego, że większość opowieści o ich domniemanej prawości to cholerne bzdury? Nikt nie był nieskazitelny, bez skaz, czysty do porzygu… Tyczy się to również dzierżycieli mocy eardów, którym do ucieleśnienia szlachetności jest równie daleko, co mi do łoża czternastej kochanki kedarskiego imperatora. Uwierz mi, wiem, co mówię. Nie zmienia to jednak nawet o cal ich miejsca na piedestale, które zajmują w umysłach prostego ludu. Bo faktem jest, że bez przewodnictwa Kamieniobiegłych Półwysep Nadorski cofnąłby się w rozwoju o tysiące lat, a może nawet i do niepamiętnych czasów Wojen Koszmarów. Byli bohaterami dawnych wojen. Zbawcami, dzięki którym zapanował pokój. Dlatego właśnie większość dzieciaków z utęsknieniem wyczekiwała swojej Selekcji. Co innego rodzice wszystkich tych marzycieli o lśniących z ekscytacji oczach…

Piętnastego dnia każdego miesiąca jeden z Poszukujących wzywał wszystkich w odpowiednim wieku na Wieżę Blasku, przy czym kandydatowi zwykle mógł towarzyszyć jeden rodzic. Mnie zabrała mama po tym, jak ojciec zdążył jej już wyperswadować z głowy pomysł ucieczki do Byru. To zabawne, ale rzeczywiście mogło się to skończyć dla nas lepiej, co wówczas nawet nie przeszło mi przez myśl. Tak bardzo chciałem się sprawdzić. Tak bardzo pragnąłem wyróżnienia. Życia w mieście… życia wśród najlepszych. Nienawidziłem wsi, pola, brudu i pracy w pocie czoła jeszcze zanim choć zaczął się świt. Sam nie wiem, czemu ci to wszystko opowiadam… Powiedz, nie nudzę cię? Jeśli tak… Cieszę się. Naprawdę.

W każdym razie, wiedziałem, że mam szansę. Oboje rodziców należało zaledwie do Kręgu Biernych, ale mimo to mój brat potrafił kontrolować eardy zmysłów. Kiedyś pozwolił mi spróbować i, na Lardona, udało mi się. Dlatego na ceremonię szedłem pełen nadziei, wręcz ciągnąc matkę za rękę. Nie przestawałem paplać, czego to nie dokonam, gdy już zostanę przyjęty na nauki. Pragnąłem być jak wielki Eribiusz z Dae-Sanor. Walczyć i zwyciężać. Przeciwko wszystkim.

Moja Selekcja odbyła się piętnastego dnia Beluna. Słyszysz dzwony? Może dlatego jestem dziś taki rozgadany. W końcu od tamtej chwili mija właśnie równo piętnaście lat… To wtedy wszystko się dla mnie zaczęło. Początek mojej drogi. Potem… potem było już tylko gorzej.

– Pamiętam, jak przekraczaliśmy bramy Ritis tak dobrze, jakby zdarzyło się to wczoraj. Mama co chwila ciągnęła mnie za rękaw, powtarzając, żebym się uspokoił. Nie byłem w stanie. Rzadko bywałem w mieście. Kamienne mury, piętrowe domy, brukowane place, marmurowe fontanny, rozciągający się na całą cholerną długość ulicy Targ Zbożowy. Chciałem takiego życia. Chciałem w nim pozostać. Selekcja była ku temu furtką. Dlatego nie potrafiłem się uspokoić, nawet wtedy, gdy słyszałem błagalny głos matki. Nawet wtedy, gdy widziałem spływające z jej oczu łzy… Ona… wiesz, czasami sobie myślę, że ona wiedziała. Wiedziała już wtedy. Jak przebiegnie Selekcja i kim stanie się jej syn oraz… oraz ile ją to będzie kosztować… Moja matka zginęła tamtego dnia.

Słyszałaś, ile procent populacji Półwyspu nosi w sobie potencjał Wyższego Kamieniobiegłego? Trzy. Trzy procent. Taka była szansa. Dla mnie. Dla mojej przyszłości. Że to wszystko się wydarzy… Potrafisz to sobie wyobrazić? Pierdolone trzy procent!

Gdy już wystaliśmy swoje w kolejce podobnie do mnie rozemocjonowanych dzieciaków z czerwonymi wypiekami na policzkach oraz równie zmartwionych i zapłakanych co moja mama rodziców, strażnicy wprowadzili nas krętymi schodami na sam wierzchołek Wieży Blasku. Swoją drogą to zadziwiające, że z całym tym szacunkiem i podziwem, jakim darzeni są Kamieniobiegli, prawie każdy rodzic prędzej sprzedałby własną duszę, niż dobrowolnie pozwolił dziecku dołączyć do tego prestiżowego psiakrew grona. Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego? Bo wiedzą, co to oznacza. Że to nie oni je wychowają. Że stanie się zupełnie kimś innym. Kimś, kto najprawdopodobniej o nich zapomni i już nigdy więcej go nie zobaczą, chyba że z podestu miejskiego placu wykrzykujących rozkazy.

Otwarty szczyt Wieży Blasku olśniewał. Jak wszystko zresztą musiało, co miało choćby luźny związek z Akademią Kamieniobiegłych. Wielki Kamień lśnił tak mocno, że trzeba było aż mrużyć oczy, by dostrzec twarze wszystkich stojących obok Skalniaków. Verration. Tak go nazwali.

Nie zapomnę, jak zbladła moja matka, gdy to usłyszała. Oprócz nas na Wieży Verrationa znajdował się Poszukiwacz, jakiś stary Arcybiegły i kilku strażników. Poszukiwacz, jak tylko dotknął mojego czoła, otworzył szerzej oczy i wyszeptał coś do starca. Wtedy ten obwieścił, że muszę udać się do Veor, do głównej siedziby Akademii, gdzie otrzymam wykształcenie i trening. Od razu… Udać się od razu, rozumiesz?

Mama spanikowała. Zaczęła krzyczeć, płakać, szarpać mnie i odpychać strażników. Błagała, prosiła, wygrażała, krzyczała, że nie pozwoli. Że za nic mnie nie puści. Oni… oni starali się ją uspokoić… Był tam jeden Geard… Gdy matka usiłowała wyszarpnąć mnie z ramion Arcybiegłego, on odepchnął ją zbyt mocno. Wyrzuciło ją w powietrze i spadła poza krawędź. Runęła w dół, wyrzucona z Wieży niczym jakiś śmieć. Ciągle słyszę ten krzyk. I światło. Czerwone światło dobywające się z ciała Gearda, który ją zabił.

Arcybiegły wściekł się. Uderzył strażnika pociemniałą od mocy dłonią, a ten dosłownie padł trupem w miejscu, w którym stał. Z jego oczu w ułamku sekundy odpłynęło życie. Kamieniobiegły zamordował go pojedynczym gestem niczym robaka. Coś nieważnego. Tak samo jak on potraktował wcześniej moją matkę. Tym właśnie są Kręgi w Akademii. Poziomami władzy. Władzy nad życiami tych, którzy znajdują się pod nami. Hierarchią arogancji i podłości…

Dziesięć minut później Verration rozbłysnął silniej, a ja w mgnieniu oka znalazłem się na takiej samej, bliźniaczej Wieży Blasku w dalekim Veor. Otrzymałem nowy dom, nowy strój, nowe imię, nowych nauczycieli i nowe życie. Naznaczono mnie, przyznano nazwisko i tytuł, ale w przeciwieństwie do moich towarzyszy nigdy nie zapomniałem, skąd pochodzę. Nie zapomniałem mojej matki oraz szkarłatnego blasku Kamieniobiegłego, który zgasił w niej życie. Uczyłem się, szkoliłem w ich sztuce i chciałem być w niej najlepszy. Najlepszy z nich wszystkich, bo w głębi serca nienawidziłem ich za to, kim byli, i kim ja się stałem. To właśnie w sobie noszę. I dlatego właśnie w pewnym sensie ulżyło mi, gdy los niejako zepchnął mnie na ścieżkę zdrady i tułaczki.

Nazywałem się Calos Itarius. Teraz jestem ścigany jako Trzynasty Renegat.

Koniec

Komentarze

 

Numizmacie, chcia­ła­bym abyś miał świadomość, że opo­wia­da­nie prze­kra­cza­ją­ce 80000 zna­ków nie wcho­dzą do gra­fi­ku dy­żur­nych, a tym samym dy­żur­ni na mają obo­wiąz­ku ich czy­tać. Opowiadania takie nie mogą też, choć­by były świet­ne, być no­mi­no­wa­ne do pió­rek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, dzięki za informację. W takim razie zasadny wydaje się niestety podział na dwie części. Mówi się trudno ;)

Jeśli dzielisz tekst na dwie części, daj w przedmowie link do tej drugiej, łatwiej kliknąć raz niż szukać ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Numizmacie, skoro podzieliłeś opowiadanie, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Dodam jeszcze, że opowiadanie podzielone na części nie stanie krótsze. Wiedz też, że fragmenty podlegają takim samym zasadom jak długie opowiadania, o których wspomniałam w pierwszym komentarzu, w dodatku nie są zbyt chętnie czytane przez użytkowników.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W takim razie dzielenie jednak nie ma sensu. Wrzucam więc w całości. Jeszcze raz dzięki za informacje.

 

Jaaaaaaaa… Dlaczego drugie słowo to karczma :(

 

Taki, który to ogółem niewiele rozeznając się w świecie, po pobieżnym przyjrzeniu się podupadłemu budynkowi lokalnej tawerny uznałby niechybnie, iż jej, delikatnie mówiąc, mało reprezentacyjna fasada z pewnością doskonale odzwierciedla faktyczny stan całego lokalu.

Stań przed lustrem i z pełną powagą, płynnie przeczytaj to na głos. Albo przeczytaj to koledze i spytaj ile z tego zrozumiał – pewnie streści to w kilku słowach. I czytelnik też by wolał, żebyś to streścił. Zdania wielokrotnie złożone, z dużą ilością zbędnych słów nie sprawią, że Twoje opowiadanie będzie fajne.

Tym bardziej, że to początek tekstu, a Twoim zadaniem jest wzbudzić w czytelniku zaciekawienie. Zanęcić. Sprawić by połknął haczyk i został z Tobą do końca.

 

Na całe szczęście wysoki, odziany w długi, spięty szerokim pasem w talii biały płaszcz przybysz, który właśnie gibko zeskoczył z konia, nie zaliczał się do ów grupy postronnych osłów i ignorantów.

Kto to jest biały płaszcz przybysz? Czy to wysoki jest płaszcz, co gibko zeskakuje z konia? A nie, to przybysz!

A tak na serio, przesadziłeś i przekombinowałeś. Ja wiem co chcesz przekazać, ale po co skazywać czytelnika na męki, lub narażać się na wywołanie śmieszności?

 

Okej dalej – cały kolejny akapit znów rozwodzisz się o tej tawernie. Po co? To poczatek tekstu, daj żyć! W dwóch prostych zdaniach to streść – i krótkich – i przejdź do czegoś ciekawszego! Zresztą te długie zdania to pułapka, bo interpunkcja szwankuje.

 

Była zaś niepozorna, a więc i niezgorzej ukryta, przez co doskonale swą rolę.

O, a w tym zdaniu czegoś brakuje!

 

No, i nie, nie wyzłośliwiam się, tylko takie są fakty :-)

 

Jutro spróbuję przeczytać więcej.

 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytrix, dzięki za komentarz. Nie wszystko samemu się zobaczy czasami. Fajnie, ze ktoś swoim okiem czasem zerknie i się podzieli.

Dużo tego, kruca bomba – może się okazać, że komentarze wyjdą dwa, albo i więcej. No, nic, do roboty:

 w istocie nie wyróżniała się niczym szczególnym.

Widzę tu pewne rozchwianie semantyczne. Otóż zapewniasz mnie, że karczma naprawdę była tym, na co wyglądała ("w istocie") – ale potem, po rozbudowanym, a jednak niewiele mówiącym opisie twierdzisz coś wręcz przeciwnego. Rozumiem, że próbujesz się tu zaprezentować od najlepszej strony, ale przeskoczyłeś swoje umiejętności. Najpierw naucz się chodzić, potem możesz tańczyć.

 Na całe szczęście wysoki, odziany w długi, spięty szerokim pasem w talii biały płaszcz przybysz, który właśnie gibko zeskoczył z konia, nie zaliczał się do ów grupy postronnych osłów i ignorantów.

Owej grupy. Podejrzewam, że przeoczyłeś ten błąd, bo zakryło go barokowe zaplątanie tego zdania – ja sama zauważyłam go na drugi rzut oka. Tak czy siak, cały opis postaci w jednym zdaniu – to nie jest dobry pomysł.

 Nieposiadająca jakiegokolwiek wartego wspomnienia miana

Barokowe i nie po polsku. Spróbuj: bezimienna. Kropka.

 jak wielu zwykło sądzić.

Ale potem przestało, jak rozumiem?

 Była zaś niepozorna, a więc i niezgorzej ukryta, przez co doskonale swą rolę.

Co swoją rolę?

 Rolę, o którą to nowo przybyły wcale a wcale nie dbał w chwili przekroczenia jej progu.

"To" zbędne. Dlaczego przybysz przekracza próg roli?

 Dość intensywnie skupiał się natomiast na posiłku

Jakoś mi to nie pasuje do fantasy. "Intensywnie"?

 Po uprzednim odprowadzeniu łagodnej klaczy za uzdę wprost do niewielkiej, przybudowanej do szynku stajni, by i jej skapnęło coś od życia w tę noc, pchnął drzwi tawerny.

Jeden – dłużyzny. Dłużyzny! Dwa – on już przekroczył próg, ale jeszcze musiał konia odprowadzić?

 Nadzieja obecnie rezydowała najwidoczniej pod postacią

Nie. Nie rezydowała.

 lekkim krokiem stąpając po skrzypiących deskach podłogi.

Pomijając chaos pojęciowy – nie da się stąpać inaczej, niż krokiem.

 W pierwszej chwili oczywiście prędko omiótł spojrzeniem całe wnętrze.

Oczywiście, bo konwencja, czy oczywiście, bo oczywiście?

 Na szczęście zewnętrzna obskurność nie wcisnęła jeszcze swoich macek do środka lokalu.

… ło, matko. Nie przesadzasz trochę?

 W rzeczywistości wyglądał

"W rzeczywistości" wskazuje na jakieś błędne wyobrażenie, które bohater miał przed wejściem. Ale nie opisałeś go, dałeś tylko bardzo mętne podpowiedzi.

stolików stała

Brzmi to dość śmiesznie.

 nie dało się słyszeć hałasu. Było oczywiście gwarno

Kiedy czytam "nie dało się słyszeć hałasu" wyobrażam sobie, że było cicho. Oj, kruchutko u Ciebie z organizacją opisu.

 za plecami jakiejś większej zgrai

Ale przed chwilą goście karczmy wydali mu się mili?

 niewielkimi eardami ciepła

Co to jest?

 płonęło tradycyjne palenisko, nad którym wciąż unosił się równie tradycyjny kociołek

Palenisko to miejsce na rozpalenie ognia i powinno być niepalne, a kociołki to nie latające spodki.

 Niezrównany klimat, pomyślał przybysz.

Był bowiem podróżnikiem w czasie z XXI wieku.

 Jak okiem sięgnąć, wszystkie stoły suto pozastawiane były talerzami zup, półmiskami ryb z dodatkami przeróżnych sałat, zawijane pity oraz ochoczo popijane do tego trunki.

Primo – zmieniasz rodzaj w środku zdania i siekasz je na sałatkę. Ale, co ważniejsze, secundo – przed chwilą to był zwykły wieczór, nie wielka uczta. Ponadto – pita to określenie bliskowschodnie, u nas nazywano to plackiem lub podpłomykiem.

 solidnie zbudowanego kontuaru, za którym straż nad zadowoleniem gości

… ?

 karczmarz o wysmukłej sylwetce, wytartej koszuli i ciekawskim spojrzeniu.

Koszula była bowiem jego cecha konstytutywną.

Witajcie – przywitał się,

Really.

 zajął miejsce na stołku, jedną stopę kładąc na podnóżku.

Ekwilibrysta. Gdzie tam jest miejsce na podnóżek?

 Nie widziałem tu jeszcze waszej twarzy.

Nienaturalne. Kto tak mówi?

 kiwnął głową krótko

Bo zwykle robi się to powoli i z namaszczeniem?

 przejezdni jak już

Przejezdni, jak już.

 Najlepiej z zimnym eramoskim w zestawie.

Znowu współczesne słownictwo.

 w ciemnym kącie z dala od przyjemnego ciepła, które dawał ogień

Przy ogniu byłoby jasno, nie?

 W takim razie, rozgośćcie się

Przecinek zbędny.

 Karczmarz mimowolnie kiwnął głową

Znaczy, taki tik miał?

 na bok, wskazując na znajdujące się za nim drzwi

Na bok – ale za nim?

 podniesionym głosem

Na bogów, czemu?

 po raz pierwszy uśmiechnął się słabo

Wcześniej uśmiechał się mocno?

 Znaleźć się na uboczu, poza wzrokiem innych?

Na uboczu właśnie lepiej go widać, schować się łatwiej w tłumie.

 rozchylił poły na piersi

Czy to Rejtan?

 znajdował się w nieustannej drodze

To nie droga jest nieustanna, tylko Arno w niej nie ustawał.

 mógł pozwolić sobie odetchnąć

Dziwnie to brzmi.

nieco zdrętwiałym od kulbaki mięśniom

Po co właściwie to "nieco"?

 kąt Arno stał się nagle dużo bardziej cywilizowany.

Tak, zaczął recytować Miltona.

 Eardy światła należało precyzyjnie szlifować w doskonałe kule

Należy szlifować – podajesz fakt obowiązujący w świecie przedstawionym.

 światło, które się z nich wydaje,

Światło może się najwyżej wydobywać.

 kamień musiał być albo mizernie wykonany, albo porysowany z wiekiem

Kamienia się nie wykonuje, a wieku nie można porysować.

jaskrawych refleksów

https://sjp.pwn.pl/szukaj/refleks.html

 nie wykonałby lepszej roboty

"Wykonać" to jedno z tych słów, których powinno się zabraniać początkującym autorom. To jest słowo urzędowe. Nie literackie. Dopuszczałabym najwyżej wykonanie rozkazu przez wojska złego imperium.

 Pomimo iż eard był drobny

Mały był. Mały. Kolokacje. Chociaż eard był mały… Ponadto – co chwilę muszę zmieniać obraz tego okruszka światła – z początku myślałam, że eardy stoją swobodnie, więc musiałyby być duże. Potem nagle powiedziałeś, że stoją na stolikach, więc skorygowałam rozmiar do wielkości butelki. A teraz mi mówisz, że są małe jak grosik. Kręci mi się w głowie.

emanował wystarczającą ilością światła, by wyraźnie oświetlić jego kąt izby, nie oślepiając jednocześnie ludzi w bezpośredniej bliskości.

To jest w ogóle możliwe?

 zaczerpnął z niego mocy, na co kamień rozsypał się

Kamień nie jest istotą rozumną (chyba, że akurat jest, ale tego nie powiedziałeś) i nie może reagować na nic.

 zalśniły na żółto przez ułamek sekundy

Przez ułamek sekundy lśniły żółto.

 jego wszystkie zmysły stały się niepomiernie wyostrzone

Wszystkie jego zmysły wyostrzyły się niepomiernie.

Krzesło zdało mu się nagle dwa razy twardsze pod tyłkiem niż wcześniej

Bathos. Przed "niż" przecinek.

 Spojrzeniem z łatwością dostrzegał

Nie musisz wyjaśniać, którym zmysłem co dostrzegał – sami zgadniemy.

 oderwał się od tej jakże pasjonującej dysputy

A w jakim właściwie celu ją przytaczasz?

 skupił się jedynie na wzroku oraz zauważonej przez siebie wcześniej rzeźbie

Nie łącz bytów tak odmiennych.

 rzeźbie, która nie do końca zgrywała się z resztą dość minimalistycznego wystroju gospody.

Minimalistyczny to nie to samo, co skromny.

 powstałe wraz z upływem lat

Powstałe z upływem lat. Upływ lat przecież nie powstawał.

 Arno wyglądała ona na zapewne jedno z dzieł

Mylące. Arno ocenił, że to zapewne jedno z dzieł…

 w dość młodym wieku wykończyła go wenera.

Nowoczesne.

 Jakkolwiek, karczma i tak musi słynąć, mogąc chwalić się

To jest anglicyzm.

 posiada w zanadrzu

"Posiada" – kolejne słowo, na które kładę tabu. Nie używaj go.

 Tak się bowiem złożyło, że gdy nastanie świt, a po nim nastanie jeszcze jeden, ta obskurna, bezimienna karczma na skraju Faas zasłynie z jeszcze jednego powodu, o czym wówczas nikt z tu obecnych, nawet sam Arno, nie mieli pojęcia.

Ale nie zapowiadaj tego, tylko mi o tym wreszcie opowiedz, do licha. Myślisz, że na co czekam?

 poczęły swędzieć

Argh. "Poczęły". Nie używaj.

 przyłożył doń dłonie

Do czego przyłożył dłonie? Ostatnim, co było w liczbie pojedynczej, jest "ciało".

relatywnie krótko

Niefantasy.

 często okazywał się to wręcz doskonały powód do kpin z jego osoby

Gramatyka! Okazywało się powodem.

 W jednej dłoni trzymała sporą miskę

Spróbuj to zrobić sam, a przekonasz się o realizmie tego zdania.

 młodziutka kelnerka

Nowoczesne.

 musiał przyznać, że była wcale urodziwa.

Przed chwilą już to powiedział.

 Sylwetkę posiadała raczej chudą

Sylwetka nie jest częścią majątku.

 Nie nosiła dekoltu

https://sjp.pwn.pl/szukaj/dekolt.html

 Ta, nie odrywając oczu od jego pokrytej niechlujnym zarostem twarzy

Nie przesadzaj z tymi zaimkami.

 jej fartuch odchylił się nieco od ciała i mężczyzna dostrzegł skrywające się pod nim małe piersi.

Znaczy się, nic pod tym fartuchem nie miała, tak?

 piwa z antałka

Antałek to nie to samo, co dzbanek.

 z dzbankiem ściskanym za ucho pobladłą ręką

Dziwnie to brzmi.

 Proszę się nie źlić!

A to już całkiem. To chyba próba stylizacji, ale tak nienaturalna, że się potknęłam.

 wynalazła skądś szmatę

Wynalazła gdzieś.

 którym, jak tak dalej pójdzie, za moment będzie musiał raczyć się całkiem zimnym.

Nienaturalny szyk.

zdając się nieco uspokoić.

To też nienaturalne, chyba wręcz niepoprawne.

 ważonych na jakimś świństwie szczyn

Waży się na wadze. Piwo się warzy.

 opróżnił do końca drugi kufel piwa, który tym razem napełnił sobie samodzielnie

Hmm.

 

Dobrze, na razie wystarczy, bo przy tych temperaturach naprawdę nie jestem w stanie się na dłużej skupić. Wnioski z dotychczasowej lektury:

Stylizacja wydumana i nierówna. To się popisujesz staropolszczyzną, to rzucasz nowoczesnym grepsem. Ale przede wszystkim – ten tekst jest co najmniej dwukrotnie za długi. Popisujesz się, kluczysz, niczego nie chcesz pokazać po prostu, dajesz po dwa określenia tej samej rzeczy, gubisz się w nich – i te popisy dają wrażenie rozkosznej wręcz nieporadności. Nie tygrys, nie Tygrysek, a kociątko próbujące łapek po raz pierwszy. Nie znasz znaczenia wielu słów i kolokacji ojczystego języka, musisz więcej czytać, a unikać telewizji (telewizja to zło!) Nadużywasz zaimków i określników, które przesłaniają sens zdań. Po szesnastu i pół tysiąca znaków nadal nie wiem, kim jest Twój bohater, czego szuka i dlaczego przyjechał akurat do tej zapyziałej wioski. To niedobrze.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nimizmacie, czy tekst, który tu zaprezentowałeś jest zamkniętą całością, czy też fragmentem czegoś większego?

Masz tutaj mnóstwo pozaczynanych wątków, które w żaden sposób się nie wyjaśniają. O co chodzi z tą zbliżającą się wojną? Dlaczego kamieniobiegły chciał ukraść emisariuszom listy? Co właściwie sprawiło, że Arno stał się renegatem? Co z pozostałymi renegatami (skoro jest trzynastym)?

Właściwie wyjaśnia się jedynie sprawa tożsamości głównego bohatera. A i to nie do końca, ponieważ jego dramatyczne oświadczenie, iż jest trzynastym renegatem ani mnie ziębi, ani grzeje. Nic z niego nie wynika, ponieważ zbyt mało poznałam ten świat, aby miało to dla mnie jakieś znaczenie. W ogóle zakończenie w stylu jestem tym i tym nie ma większego sensu, chyba że w prologu jakiejś powieści.

Biorąc to wszystko pod uwagę, mam wrażenie, że nie przeczytałam opowiadania, a jedynie fragment czegoś. Jeśli tak, bądź łaskaw zmienić tag na “fragment”.

 

Tekst jest mocno przegadany. Niepotrzebnie operujesz tak złożonymi zdaniami, nie ma w nich nic kunsztownego, a jedynie utrudniają czytanie.

Decyzja dziewczyny, żeby uciec z Arno i jego dylematy w tym temacie wydają mi się mocno naciągane. Arno spędził z nią jedną noc i to wszystko, na dodatek dziewczyna była… hmm… biegła, a więc nie był jej pierwszym mężczyzną. Dlaczego zatem się nią przejmuje i chce jej wyznać swoją wielką tajemnicę, zamiast po prostu spakować manatki i wyjechać?

 

Dodatkowo, w dobrym tonie na portalu jest poprawiać babole, które wskazują czytelnicy, aby każda kolejna osoba, która zdecyduje się zainwestować czas w Twoje opko, miała do czynienia z coraz lepszym tekstem. Jeśli dobrze zrozumiałam Twoją odpowiedź na komentarz Mytrixa, zgodziłeś się z jego uwagami, ale tekstu nie poprawiłeś.

 

Myślę, że przyda ci się krótki poradnik funkcjonowania na portalu. Zajrzyj tutaj:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782

Hej Tarnina, Irka_Luz. Dzięki za lekturę i opinie. Na pewno wezmę Wasze komentarze pod uwagę.

 

Tarnina, czytam całkiem sporo ;) Być może rzeczywiście pewne rozwiązania, które w przypadku tego opka chciałem wypróbować nie są do końca trafione i pewne rzeczy przekombinowane. Postaram się coś z tym zrobić.

 

Irka_Luz, i tak i nie. Tekst sam w sobie jest jednym z kilku opowiadań osadzonych w tym samym świecie, ale z drugiej strony jest też zamkniętą jednostką. Struktura tego, co chciałem napisać nie pasowała mi do standardowej noweli. Duży rozrzut czasu i miejsca, kilka osobnych historii. Dlatego zdecydowałem się na cykl kilku dłuższych opowiadań, połączonych niejako wątkiem historii przeszłości bohatera, zaczynając pewne wątki, by zamknąć je później. Czyli rzeczywiście jest to fragment, ale też i opowiadanie zamknięte jednym tytułem. Nie powstanie Tam gdzie mieszkają tajemnice 2. Problem polega na tym, że przeważnie nie piszę małych tekstów, a jeśli już to i tak zawieram je w trochę większej historii, bo lubię planować trochę rozleglej, a niekoniecznie mam czas to potem szybko napisać. A jak sporo osób wyżej zauważyło, większe rzeczy gorzej się publikuje. A ja lubię pisać wielkie rzeczy, lubię tez publikować ;)

 

Co do decyzji, to mało słyszy się o takich sytuacjach choćby w wiadomościach? Że jakaś dziewczyna wyjeżdża nagle za granicę z nowo poznanym nieznajomym i ledwo daje znać rodzinie? Może wydawać się naciągane, bo dziś nikt z nas pewnie takiej decyzji by nie podjął . Ja na pewno nie ;) Ale są ludzie, dla których taka decyzja wiązałaby się z rozpoczęciem przygody życia ;) Arno przejmuje się, bo jest zmęczony, samotny, długo dusił w sobie pewne rzeczy no i autentycznie polubił dziewczynę. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie poznał takiej osoby, że po dniu znajomości miał ochotę opowiedzieć jej historię życia ;) Ja tak miałem i wydawało mi się, że nietrudno sobie wyobrazić taką sytuację. A co do tajemnicy, to nigdzie nie zostało wspomniane, że wyjawił jej dosłownie wszystko, co skrywał ;)

 

Błędy oczywiście poprawię, ale aktualnie nawarstwiło mi się sporo spraw związanych z praca i innymi projektami, że nie mam czasu poprawiać tekst na bieżąco z każdym komentarzem, zwłaszcza że jak się okazało, trochę do poprawy jest. Niestety jak wszystko będzie musiał odczekać trochę w kolejce.

 

Jeszcze raz dzięki za komentarze ;)

Zanim wrócę z dalszym komentarzem:

Co do decyzji, to mało słyszy się o takich sytuacjach choćby w wiadomościach? Że jakaś dziewczyna wyjeżdża nagle za granicę z nowo poznanym nieznajomym i ledwo daje znać rodzinie? Może wydawać się naciągane, bo dziś nikt z nas pewnie takiej decyzji by nie podjął . Ja na pewno nie ;)

Ja też nie. Ale ta hipotetyczna dziewczyna ma jakieś powody, i gdybyś o niej pisał, musiałbyś je chociaż zasygnalizować.

ETA: Komentarza część druga "Przecinki kontratakują"

 wąsko zarysowaną twarz

Czy masz na myśli twarz pociągłą?

 niewielką kitę

To brzmi dziwnie. W kucyk? W ogóle opis nie wydaje mi się dobrze zorganizowany.

 – Witaj, druhu! – zawołał przyjaźnie. –

To bym wycięła.

 uniósł pojedynczą brew

Znaczy, drugiej nie miał?

 miłe jest mi tylko własne towarzystwo i nie potrzeba kompana

Coś tu jest składniowo nie teges.

 pusty dzban piwa

Po polsku jak dzban jest pusty, to "po piwie".

 jakby znikąd wyciągnął kolejny dzban piwa

Hammerspace?

 zaoferował, (…) pociągając solidny łyk.

Trudno tak mówić i żłopać naraz ;)

 byś mówił mi „bywaj”.

Ten dowcip ma sens tylko po angielsku, niestety.

 Twój upór mnie porusza

Mmm, chyba nie.

 Pomimo cienia, który przykrywa twoją twarz, to, iż naprawdę nie w smak ci samotność, wnioskuję po minie, jaką zrobiłeś

Purpurowe, zaplątane. Minie, którą.

 Uciekła to dość szumne słowo

Supozycję materialną zaznaczamy cudzysłowem: "Uciekła" to dość szumne (?) słowo.

 krzywiąc się nieznacznie, bo poczuł, jakby nagle zarobił solidny policzek

?

 pełnić nieco bardziej wyspecjalizowane role w służbie swoich suwerenów, aniżeli tylko przewożenie listów.

https://sjp.pwn.pl/szukaj/wyspecjalizowany.html

 wzruszył ramionami obojętnie

"Obojętnie" jest zbędne – wzruszenie ramionami sygnalizuje obojętność, nie musisz tego jeszcze podpisywać.

 rzec, iż nasze miasta nie prowadzą obecnie wszakże żadnej wojny

Fonetycznie nieładne, ale przede wszystkim – używasz za dużo słów, które niczego nie wnoszą w Twoje życie (tm moja pani od "przedsiębiorczości").

 niepotrzebne insynuacje

A normalnie są potrzebne?

 profesjonałami w swoim fachu

Czyli fachowcami w swoim fachu.

 Czyż nie podobną solidarnością odznaczają się Kamieniobiegli?

Niepolski szyk: Czyż Kamieniobiegli nie odznaczają się podobną solidarnością? (Odznaczają?)

 Pochodzą i rezydują przecież w różnych miastach, a mimo tego tworzą jedną, spójną Akademię i nieobce są im wzajemne sprawy

Przecież rezydują w różnych miastach, a mimo to tworzą jedną Akademię i nieobce im są sprawy kolegów.

 spiął się momentalnie

A zwykle to zajmuje czas?

 Mimo poruszenia, Arno postarał się odpowiedzieć z wymuszonym opanowaniem, wolno cedząc jednak każde słowo:

Uciąć, skrócić i wyrzucić: Arno odpowiedział z kamiennym spokojem.

 musiał dostrzec jakiś mrok w jego oczach

Purpura.

 w połowie opróżniony już

Łamie język.

 napić niż waśnić

Fonetycznie dziwne. Przed "niż" przecinek.

 po czym również zaczerpnął kilka łyków i od razu poczuł, jak zaczyna uchodzić z niego para.

Naraz kilka łyków? I "uchodzenie pary" to dość nowoczesny obraz.

 skoro proponowane są ci piwo i rozmowa wśród druhów.

Nienaturalne.Kto mówi w stronie biernej?

 zupełnie ignorując

Anglicyzm.

ku jego niewielkiemu żalowi.

? To ironia, czy nie? Czy co?

 głos mężczyzny przybrał poważny ton.

Jak już, to nabrał poważnego tonu.

 Jego pragnienie niczym północne źródła nigdy nie gaśnie.

Panie i panowie, oto podręcznikowy przykład metafory niespójnej. Pragnienie może gasnąć – ale czy mogą zgasnąć źródła? I źródła kojarzą się z pragnieniem tylko o tyle, że można je przy źródłach zaspokoić.

 Prze na zachód

Pragnienie?

 Arno przezornie pokręcił głową w niemym przeczeniu

Uciąć, skrócić itp.

 Nadoria jest zalewana uchodźcami. Uchodźcami, dla których w dodatku nie ma tu pracy.

Dla uchodźców nigdy nie ma pracy. Ponadto – facet nie wyglądał dotąd na źle poinformowanego?

 Z których wszyscy zostali

Anglicyzm. Dałabym raczej: Wszyscy oni już dawno zostali…

 na całym Półwyspie jak długi i szeroki

Połamany frazeologizm: jak Półwysep długi i szeroki.

 które nic tylko szukają

Które nic, tylko szukają.

 potrafiłby zabezpieczyć nasze plecy

Anglicyzm. Zabezpieczyć (nam) plecy.

 zawahał się nieznacznie

Czyli tak normalnie, jak zawsze?

 uniósł brwi z niekrytym zdziwieniem.

Gdyby je krył, to nie unosiłby brwi. Nie?

 Bardziej dobrego kompana podróży o dodatkowych zdolnościach takich jak skuteczne odstraszanie potencjalnych niebezpieczeństw.

Trying way too hard.

 Jak z pewnością zauważyłeś, nie noszę nawet broni. – Jeśli nie liczyć twoich oczu, to rzeczywiście masz słuszność

???

 raczej przestał czuć się w nastroju do żartów

Niezręczne. Może: stracił ochotę do żartów?

 mając już powoli dosyć tej dyskusji.

Zrobiłabym z tego osobne zdanie, jeśli w ogóle.

 Był zdecydowanie zbyt spostrzegawczy.

Nie zauważyłam.

jechać z nim choćby pojedynczej stai.

Jak już, to: jechać z nim nawet staję.

 lekko ponurawych

Dwa osłabienia. Nie przesadzasz? I naprawdę, wytnij wszystkie "lekko", bo już tracą sens.

 na pytający wzrok

Spojrzenie.

 bardziej niebezpieczne niż

Bardziej niebezpieczne, niż.

 Większość zajęli ci wszyscy emisariusze, z jednym z których rozmawialiście.

Niezgrabne. Nie musisz wszystkiego pchać w jedno zdanie, zwłaszcza w dialogu.

 Góra jedna noc.

Kolokwialne.

Przeciętny? – Niestety tylko mały

Niestety, tylko mały. Co to za karczmarz, który nie potrafi tego sam ocenić?

 Czy to wystarczające?

Po polsku: Czy to wystarczy?

 Za taką cenę, odstąpię

Bez przecinka.

 przyznaję jeden pokój gościu

Gościowi.

 urwał gwałtownie

 lekko nadwyrężone i skrzypiące już drewniane drzwi do jego lokalu zostały otwarte z dość nikłym poszanowaniem kultury oraz dobrych obyczajów

Szlag trafia zawieszenie niewiary, kiedy opowiadasz o tym w ten sposób. To jak puszczanie oka do czytelnika – samo w sobie nie jest złe, ale nie zawsze odpowiednie.

 Starszy mężczyzna zbladł nagle, na co Arno, pełen niepokoju, czym prędzej obrócił się na pięcie w kierunku nowoprzybyłych.

Za długie te zdania, podzieliłabym. Szybka akcja = krótkie zdania. Mniej określników.

 pomyślał poirytowany

Pomyślał, zirytowany.

 wielkich jak dęby i uzbrojonych po zęby

Rym śmieszy. Chyba nie o to chodziło.

 Nie wyglądali na amatorów, ale na profesjonalistów też niespecjalnie.

Ekhm. Tertium non datur.

 Nie nosili żadnych pancerzy ani osłon

Osłon?

 ale nawet i je każdy nosił na zupełnie inną modłę. Nijak miało się to do jednolitego umundurowania.

Informacja powtórzona dwa razy, a mimo to mało informacyjna.

 własnych, niekoniecznie pospolitych upodobań.

Tak, bo powinni ją dobierać wedle porad z ostatniego numeru Smugglers & Robbers.

W pomieszczeniu znalazł się więc całkiem pokaźny zestaw groźnie wyglądających toporów, siekier, harpunów, zakrzywionych mieczy, a nawet młotów bojowych.

A to nawet brzmi jak z reklamy w tym szacownym czasopiśmie.

 Arno spoglądał na to jednak bez specjalnego poruszenia.

 Dobrze wiedział, że jeśli naraz zaczną tu machać całym tym żelastwem w ponatykanej drewnianymi filarami izbie, to prędzej sami się pozabijają, niż rzeczywiście trafią w zamierzony cel.

Wiesz, jaki pas w sztukach walki jest najniebezpieczniejszy? Biały. Nie przewidzisz, co zrobi sobie – i Tobie. ("Ponatykanej"? Dear God in Heaven, why?)

 Nagle jakby zabrakło mu słów albo zapomniał, co miał powiedzieć.

 Z reguły byli najwięksi i najbrzydsi spośród wszystkich znajomków.

Znajomków?

jacy bandyci, do licha, zamiast na kupców przy trakcie, zasadzają się na leżące pośrodku zadupia karczmy

Właśnie… i nie zasadzają się.

 

Dobra, na nieprofesjonalnych zbójcach kończę, bo nie przypuszczam, żebym tutaj zobaczyła coś, czego dotąd nie widziałam.

Wnioski z poprzedniego posta – podtrzymuję. Są ludzie, którym ciężko przychodzi pisanie, i są tacy, którym przychodzi za łatwo. Ty zaliczasz się do drugiej grupy. Ten radosny nadmiar trzeba ciąć, a ciąć, żeby wyszło coś, co ma jakiś kształt. Szczególnie uważaj, żeby nie używać słów, jeśli nie rozumiesz ich znaczenia.

 

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No cóż, doczytałam do momentu, kiedy do Arno dosiadł się nieznajomy, a ponieważ do tej pory nie znalazłam w opowiadaniu niczego, co by mnie zainteresowało, na tym zakończę lekturę, zwłaszcza że mnóstwo błędów, usterek i nierzadko mało czytelnych zdań, wcale jej nie ułatwia.

Do uwag wcześniej komentujących dorzucam jeszcze garstkę, choć mam świadomość, że być może nigdy nie zostaną wykorzystane.

 

pod­upa­dłe­mu bu­dyn­ko­wi lo­kal­nej ta­wer­ny… ―> Raczej:…pod­upa­dłej miejscowej ta­wer­nie

 

do­sko­na­le od­zwier­cie­dla fak­tycz­ny stan ca­łe­go lo­ka­lu. ―> Nazwanie karczmy lokalem nie jest dobrym pomysłem.

 

nie za­li­czał się do ów grupy po­stron­nych osłów i igno­ran­tów. ―> …nie za­li­czał się do owej grupy po­stron­nych osłów i igno­ran­tów.

Dlaczego tych, którzy pierwszy raz znaleźliby się w nieznanym sobie miejscu, nazywasz osłami i ignorantami, zwłaszcza że piszesz o nich postronni, czyli nienależący do danego grona i niezaangażowani w jego sprawy?

 

kar­czem­ka, o którą rzecz się roz­cho­dzi… ―> Rozchodzić się mogą nogi, drogi i małżeństwa. Rzecz o karczemkę rozejść się nie może.

Winno być: …kar­czem­ka, o którą ­cho­dzi

 

ocho­czo prze­stą­pił przez próg, lek­kim kro­kiem stą­pa­jąc po skrzy­pią­cych de­skach pod­ło­gi. ―> Ze zdania wynika, że mężczyzna najpierw lekko stąpał po skrzypiących deskach, a potem ochoczo przestąpił próg. Domyślam się, że chyba musiał rozchodzić nogi.

 

całe wnę­trze. Na szczę­ście ze­wnętrz­na ob­skur­ność… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

ob­skur­ność nie wci­snę­ła jesz­cze swo­ich macek do środ­ka lo­ka­lu. ―> W tym opowiadaniu lokal nie jest właściwym określeniem karczmy, o mackach obskurności nie wspominając.

 

gar­dząc nie­wiel­ki­mi ear­da­mi cie­pła po­roz­sta­wia­ny­mi gdzie­nie­gdzie po izbie… ―> Co to są eardy ciepła?

 

od razu ru­szył w stro­nę so­lid­nie zbu­do­wa­ne­go kon­tu­aru… ―> W dawnych karczmach nazywało się to szynkwas.

 

straż nad za­do­wo­le­niem gości trzy­mał star­szy, bro­da­ty karcz­marz… ―> Dlaczego zadowolenie gości musiało być trzymane pod strażą?

 

Mały sto­lik w ciem­nym kącie… ―> O ile mi wiadomo, w dawnych karczmach nie było stolików, bo po każdej bójce karczmarz musiałby wstawiać nowe meble. W karczmach ustawiano ciężki solidne i duże stoły a przy nich równie ciężki i solidne ławy.

 

któ­raś z moich dziew­czyn za chwi­lę do was po­dej­dzie. ―> …któ­raś z moich dziewek za chwi­lę do was po­dej­dzie.

 

Naj­wy­raź­niej je­dy­ny wolny sto­lik w lo­ka­lu… ―> Nie stolik i nie lokal.

 

W mil­cze­niu roz­piął pas płasz­cza, roz­chy­lił poły na pier­si… ―> Obawiam się, że Arno nie mógł tego uczynić, albowiem żaden płaszcz nie ma pół na piersi, gdyż poła to dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu.

 

zrzu­cił go z ra­mion i za­wie­sił na opar­ciu krze­sła… ―> Tak jak w karczmach nie było stolików, tak z tego samego powodu nie było w nich krzeseł.

 

zmie­ścił­by się na opusz­ku kciu­ka męż­czy­zny… ―> Opuszki są rodzaju żeńskiego, więc: …zmie­ścił­by się na opusz­ce kciu­ka męż­czy­zny

 

nie ośle­pia­jąc jed­no­cze­śnie ludzi w bez­po­śred­niej bli­sko­ści. ―> O jakiej bezpośredniej bliskości tu mowa, skoro Arno usiadł na uboczu?

 

woń jadła dużo in­ten­syw­niej­szą niż przed­tem był w sta­nie zwie­trzyć. ―> Wietrzenie, o ile mi wiadomo, jest umiejętnością zwierząt; człowiek może, co najwyżej, zwietrzyć pismo nosem.

 

Skrzy­wił się nieco i, przy­my­ka­jąc po­wie­ki, przy­ło­żył doń dło­nie… ―> Skrzy­wił się nieco i, przy­my­ka­jąc po­wie­ki, przy­ło­żył do nich dło­nie

Za SJP PWN: doń «do niego»

 

zwią­za­nych z tyłu smu­kłej głowy ja­snych wło­sach. ―> Smukła może być sylwetka, ale nie głowa.

 

miskę z pierw­szą czę­ścią jego ko­la­cji… ―> Kolacja może składać się z kilku dań, ale na czym polega kolacja z części?

 

gdy mło­dziut­ka kel­ner­ka sta­wia­ła… ―> W dawnych karczmach nie było kelnerek.

 

za­nu­rze­nia łyżki w swoim sty­gną­cym wy­wa­rze wa­rzyw­nym. ―> A może: …za­nu­rze­nia łyżki w stygnącej zupie.

 

Kel­ner­ka wró­ci­ła po paru mi­nu­tach. ―> To nie był kelnerka.

 

Za se­kund­kę wszyst­ko po­sprzą­tam! ―> Skąd karczemna dziewka wie, co to sekundka?

 

za­brał się na po­wrót za swoją rybę. ―> …za­brał się na po­wrót do ryby.

 

Czar­ne włosy trzy­mał zwią­za­ne z tyłu głowy w nie­wiel­ką kitę. ―> Dlaczego mężczyzna trzymał włosy? Czy były słabo związane i dlatego musiał je trzymać?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej 

Do uwag wcześniej komentujących dorzucam jeszcze garstkę, choć mam świadomość, że być może nigdy nie zostaną wykorzystane

Zostaną, zostaną ;) Jak komentarze wszystkich, za które dziękuję. Z niewielką ich częścią się nie zgadzam, ale jak będę miał więcej czasu, to nad większością uwag będę pracował. 

Nowa Fantastyka