- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Ostateczne rozwiązanie kwestii nordyckiej

Ostateczne rozwiązanie kwestii nordyckiej

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Chrościsko

Oceny

Ostateczne rozwiązanie kwestii nordyckiej

Vi­kan­der sunął nie­spiesz­nie dep­ta­kiem w Ła­zien­kach. Za nim tup­ta­ła w szpil­kach drob­na ko­bie­ta w ele­ganc­kiej gar­son­ce, z każdą chwi­lą coraz bar­dziej zo­sta­ją­ca w tyle.

– Można do cie­bie mówić, żebyś tak nie le­ciał! Pew­nie! Jak gro­chem o ścia­nę!

– Trze­ba było za­ło­żyć jesz­cze wyż­sze szpi­lecz­ki, Ma­dzen­to.

–  Pew­nie już je­steś umó­wio­ny na ru­chań­sko z tą lam­ba­dzia­rą Au­ra­dio­ne!

– Nie wiem, o czym mó­wisz.

Skrę­ci­li w wy­sy­pa­ną żwi­rem ścież­kę. Vi­kan­de­ro­wi nie zro­bi­ło to żad­nej róż­ni­cy, zaś Ma­dzen­ta nie­źle się gim­na­sty­ko­wa­ła, by za­cho­wać god­ność i rów­no­wa­gę. W końcu dała za wy­gra­ną i po­tup­ta­ła traw­ni­kiem.

– Ta rasz­pla po­lu­je na chło­pów, odkąd oka­za­ło się, że ma wię­cej zębów niż ja­je­czek w jaj­ni­kach! Wszy­scy to widzą! Jak mo­żesz być aż tak ślepy!

– Ma­dzen­to, od paru do­brych lat to już nie jest twoja spra­wa, z kim uma­wiam się na… ru­chań­sko. Skąd w ogóle taki po­mysł? Je­ste­śmy pod mi­ni­ster­stwem w War­sza­wie, nie na sa­ba­cie w Salem. Z tego, co pa­mię­tam, Au­ra­dio­ne od­de­le­go­wa­no do nad­zo­ro­wa­nia sa­ba­tów.

– Ta mie­dzia­na rura fi sto pięćdziesiąt w bio­drach za­wsze była in­te­re­sow­na!

– Ale wszyst­ko wska­zu­je na to, że jest teraz na dru­gim końcu świa­ta.

Vi­kan­der przy­sta­nął przed roz­dwo­jo­nym bu­kiem, Ma­dzen­ta do­łą­czy­ła po chwi­li. Ro­zej­rze­li się. Vi­kan­der wes­tchnął.

– Same pro­ble­my, odkąd prze­ro­bi­li Ła­zien­ki na mu­zeum. Jesz­cze za wstęp każą pła­cić!

Prze­szli po­mię­dzy pnia­mi, by wy­ło­nić się w obrzy­dli­wie bo­ga­to zdo­bio­nych wnę­trzach, peł­nych za­bie­ga­nych ko­biet w gar­son­kach i męż­czyzn pod kra­wa­tem. Z nie­do­rzecz­nie wy­so­kich su­fi­tów zwi­sa­ły ży­ran­do­le całe z krysz­ta­łów, roz­świe­tlo­ne barw­ny­mi ogni­ka­mi. Nikt nawet nie zwró­cił uwagi na Vi­kan­de­ra i Ma­dzen­tę, wszak co chwi­la ktoś nowy płyn­nie wta­piał się w kor­po­ra­cyj­ny tłum. Szli teraz rów­nym tem­pem, choć on nadal spo­koj­nie, a ona dro­bi­ła ob­ca­si­ka­mi tuż za jego ple­ca­mi. Vi­kan­der nagle za­trzy­mał się, by prze­pu­ścić sta­żyst­kę dźwi­ga­ją­cą klat­kę z mło­dym smo­kiem. Dziew­czy­na od­po­wie­dzia­ła uśmie­chem.

– Więc to tak! Przy­szli­śmy tu, byś sobie mógł po­pa­trzeć na te siksy w za cia­snych ża­kie­ci­kach! Prze­cież tamta miała ewi­dent­nie cycki wy­pcha­ne!

– Przy­szli­śmy, bo do­sta­łem we­zwa­nie. A ty nie wiem gdzie i po co idziesz. Brzmisz na sfru­stro­wa­ną, Ma­dzen­to. Mogę cię po­znać z któ­rymś zna­jo­mym.

– No prze­cież cię sa­me­go nie pusz­czę w ob­ję­cia har­pii! Wy­staw sobie, że w tych cza­sach ko­bie­ty nie są już ska­za­ne na takie pożal się Boże swat­ki jak ty! Po­zna­łam wczo­raj kogoś!

– Prze­cież wczo­raj stal­ko­wa­łaś mnie cały wie­czór, gdy sta­łem w ko­lej­ce po wi­wer­nie jaja.

Ma­dzen­ta za­po­wie­trzy­ła się.

– Ka­pe­lusz i ciem­ne oku­la­ry nie zro­bią z cie­bie anioł­ka Char­lie­go. Zresz­tą już sied­mio­lat­ki ogar­nia­ją, że jeśli za­kry­ją sobie oczy, to wcale nie zna­czy, że ich nie widać…

– Po­zna­łam kogoś na Tin­de­rze!

– A cóż to ta­kie­go?

– Apli­ka­cja na te­le­fon śmier­tel­nych. Koi obo­la­łe dusze, odar­te z mi­ło­ści, na którą bez­sprzecz­nie za­słu­gu­ją!

Jeden z prze­cho­dzą­cych męż­czyzn za­ofe­ro­wał chu­s­tecz­kę, wi­dząc wil­got­ne oczy Ma­dzen­ty. Chwy­ci­ła ją w biegu; nie zdą­ży­ła nawet spoj­rzeć w twarz nie­zna­jo­me­go.

– Nie wie­rzę!

– Uwierz! Wczo­raj, na ten przy­kład, jakiś pan wy­słał mi zdję­cie swo­je­go pe­ni­sa, a potem do­pi­sał „mmm, może się teraz od­wdzię­czysz”?

– I umó­wi­łaś się z nim na ru­chań­sko?

– Nie. Wtedy też mu wy­sła­łam fotkę ku­ta­sa. I do­pi­sa­łam „patrz, tak to po­win­no wy­glą­dać! A nie jakąś za­su­szo­ną ga­łąz­kę mi wy­sy­łasz!”.

Vi­kan­der wes­tchnął.

– Ża­łu­ję, że gdy pró­bo­wa­łaś re­ani­mo­wać nasz zwią­zek, zgo­dzi­łem się na se­xting.

Wów­czas do­tar­li pod drzwi z pla­kiet­ką „Mi­ni­ster­stwo magii, re­li­gii i in­nych spraw nad­przy­ro­dzo­nych”. Prący do­tych­czas pew­nie przed sie­bie Vi­kan­der nagle za­wa­hał się i przy­sta­nął przed wro­ta­mi. Przy­tup­ta­ła i Ma­dzen­ta.

– Ża­łu­jesz? Nie wy­trzy­mam! A teraz co, strach cię ob­le­ciał i nawet drzwi nie mo­żesz otwo­rzyć? Taki z cie­bie bo­ha­ter! W klu­czo­wym mo­men­cie stchó­rzyć i zo­sta­wić wszyst­ko w cho­le­rę, tyle po­tra­fisz!

Roz­sier­dzo­na ko­bie­ta mu­snę­ła drzwi, świa­do­ma że tyle wy­star­czy, by do­stać się do urzę­du. Nic się jed­nak nie stało. Do­tknę­ła zatem znowu. I jesz­cze raz. Nadal bez skut­ku. Za­czę­ła więc w nie tłuc, naj­pierw otwar­tą dło­nią, a póź­niej pię­ścią.

– Jesz­cze ci lecą sobie w chuja! W życiu nikt mnie tak nie upo­ko­rzył!

– Chcia­ły­ście rów­no­upraw­nie­nia, to macie. #the­re­are­to­oma­ny­wit­ches­for­me­too*, czy jak tam le­ciał ten hasz­tag… Nie pa­mię­tasz?

To był dość nowy wy­mysł w ma­gicz­nym świat­ku. Wiedź­my, wi­dząc suk­ces śmier­tel­nych eman­cy­pan­tek, po­sta­no­wi­ły wpro­wa­dzić pa­ry­tet i po­dzie­lić się mocą, sta­no­wi­ska­mi i obo­wiąz­ka­mi z męż­czy­zna­mi, któ­rzy dotąd speł­nia­li się w ro­lach roz­pło­do­wych, czy też pier­do­łach po­kro­ju ja­sno­wi­dze­nia bądź różdż­kar­stwa. Tym spo­so­bem Vi­kan­der, tro­chę bez­wol­nie, stał się ofia­rą no­we­go ruchu, objął do­wódz­two nad swoją eks i skoń­czył z ty­tu­łem „wit”*. A co bar­dziej uszczy­pli­wi na­zy­wa­li po­dob­nych jemu „hal­fwit”*.

– Daruj sobie i nie rób ze mnie wa­riat­ki. Idio­ta i wa­riat­ka, two­rzy­my duet nie do po­wstrzy­ma­nia!

– To okre­śle­nie jest krzyw­dzą­ce. Wo­li­my się na­zy­wać bar­dziej swoj­sko – wie­dzim.

– Wie­dzim? Toż to gwałt na ję­zy­ku pol­skim!

– Wiem, że nie brzmi to naj­zgrab­niej, ale nazwę, która aż się sama na­su­wa, blo­ku­ją nam prawa au­tor­skie. Bę­dzie­my się pro­ce­so­wać. A teraz chodź.

Zła­pał ją za rękę, tknął drew­na, a wów­czas wrota wcią­gnę­ły ich do środ­ka. Oczy chwi­lę przy­zwy­cza­ja­ły się do za­sta­ne­go pół­mro­ku. Zna­leź­li się w nie­koń­czą­cym się ko­ry­ta­rzu peł­nym rów­no­le­głych drzwi. We­wnątrz mi­ni­ster­stwa pa­no­wa­ła cisza, jakże różna od zgieł­ku w stre­fie urzę­do­wej. Ścia­ny, sufit, a także po­sadz­kę po­ma­lo­wa­no gu­stow­ną fo­to­far­bą w ko­lo­rze nieba nocy let­niej.

Gdzieś na przo­dzie na oścież otwo­rzy­ły się drzwi, przez co po nie­bie roz­la­ła się smuga żół­te­go świa­tła. Trze­ba było tro­chę po­dejść. Przy­tło­czo­na za­sta­ną sce­ne­rią Ma­dzen­ta tym razem za­mil­kła. Jak zwy­kle zo­sta­wa­ła w tyle. Obie­ca­ła sobie, że wy­rzu­ci te szpil­ki.

Vi­kan­der pierw­szy do­tarł do celu, któ­rym oka­zał się nie­du­ży po­ko­ik z jed­nym oknem. Stało przed nim biur­ko, a opie­ra­ła się o nie ru­ben­sow­skich kształ­tów ko­bie­ta o krót­kiej, heł­mo­wa­tej i wście­kle rudej fry­zu­rze, do tego uśmiech­nię­ta ni to roz­kosz­nie, ni to szel­mow­sko.

Ma­dzen­ta, gdy tylko ją zo­ba­czy­ła, zdą­ży­ła wy­ce­dzić:

– Ty…

I nawet nie dane jej było skoń­czyć kwie­ci­stej obe­lgi, bo drzwi za­trza­snę­ły jej się przed nosem.

– Za­mknę­łam nas tutaj – oznaj­mi­ła urzęd­nicz­ka. – Nie wyj­dziesz stąd, do­pó­ki cię nie wy­pusz­czę.

Vi­kan­der za­ło­żył ręce na pier­siach. Po­ki­wał głową.

– Czy to ozna­cza, że je­stem za­kład­ni­kiem?

– Mmm… Jeśli cię to kręci, to czemu nie!

Ma­dzen­ta nie da­wa­ła za wy­gra­ną i do­bi­ja­ła się do drzwi, wy­krzy­ku­jąc wią­zan­ki i nie kło­po­cząc się przy tym chyba nawet na­bie­ra­niem wde­chu. Ścia­ny wy­głu­sza­ły jej głos na tyle, że trud­no było zro­zu­mieć po­szcze­gól­ne słowa.

Urzęd­nicz­ka kla­snę­ła w dło­nie dwu­krot­nie i w po­ko­ju za­pa­dła cisza.

– Pełne wy­tłu­mie­nie! Ach, pręd­ko nie znu­dzą mi się te ko­mi­sar­skie sztucz­ki! Mogę ci po­ka­zać jesz­cze ja­kieś, jeśli masz ocho­tę. – Pu­ści­ła do niego oczko.

– Au­ra­dio­ne, co ty tutaj ro­bisz? – za­py­tał Vi­kan­der. – My­śla­łem, że od­de­le­go­wa­no cię do Salem.

Po­mi­mo rzu­co­ne­go za­klę­cia, drzwi po­now­nie za­czę­ły hu­czeć, jakby ude­rzał w nie taran.

– Po­zna­no się na mnie. Awan­so­wa­łam! Ko­bie­ta mojej klasy za­słu­gu­je na luk­sus i sta­no­wi­ska. Sława, pie­nią­dze i wiel­ka ka­rie­ra. To wszyst­ko przede mną. Zo­sta­łam ko­mi­sa­rzem do spraw nor­dów, wicca, New Age i Ko­ścio­ła Eu­ta­na­zji (bo nikt go nie chciał objąć) w De­par­ta­men­cie Re­li­gii Mi­ni­ster­stwa Magii, Re­li­gii i…

Po­mi­mo wzmoc­nień, drzwi z hu­kiem wpa­dły do środ­ka, roz­trza­sku­jąc się przy tym w drza­zgi. Do środ­ka wma­sze­ro­wa­ła na­bu­zo­wa­na Ma­dzen­ta, cała ob­le­czo­na pło­ną­cą, szkar­łat­ną lu­mi­ne­scen­cją.

– Prze­cież to po­ziom mocy wi­ce­mi­ni­stra! – szep­nął Vi­kan­der. – Ma­dzen­to, kiedy opa­no­wa­łaś taką siłę?!

– Ta stara be­to­nia­ra ma wię­cej ty­tu­łów niż cho­rób we­ne­rycz­nych! Pew­nie pół rządu wy­smy­ra­ła, żeby do­stać ten sto­łek!

– Wy­pra­szam sobie te oszczer­stwa – ob­ru­szy­ła się Au­ra­dio­ne. – Nie je­stem stara, je­ste­śmy prze­cież z jed­ne­go rocz­ni­ka!

– Je­steś z kwiet­nia, a ja z li­sto­pa­da! To tobie już pół­dup­ki gro­bow­cem śmier­dzą!

– Za­zdrość cię zżera, Ma­dzen­to. Co ty w ogóle w życiu osią­gnę­łaś? Do­sta­łaś od ciot­ki wieś w spad­ku, która chyli się ku upad­ko­wi, odkąd tylko się po­ja­wi­łaś! I jesz­cze ta nazwa! Jak ona się…

– To miej­sco­wość z mno­gi­mi tra­dy­cja­mi, która wy­da­ła na świat wielu gierm­ków do­stoj­nych ry­ce­rzy, ta­kich jak…

– Ma­dzi­ce-Piź­dzi­ce! – przy­po­mnia­ła sobie Au­ra­dio­ne. – To brzmi za­je­bi­ście do­stoj­nie!

Vi­kan­der od­chrząk­nął, a dwie furie naraz uci­chły.

– Czy mo­że­my przejść do rze­czy? – spy­tał. – Je­stem umó­wio­ny na sie­dem­na­stą na me­czyk qu­id­dit­cha.

Au­ra­dio­ne prze­szła za biur­ko, zaś po­zba­wio­na aten­cji Ma­dzen­ta wy­tra­ci­ła blask wście­kłej lu­mi­ne­scen­cji. Urzęd­nicz­ka wy­cią­gnę­ła z szu­fla­dy fol­der z kart­ka­mi i rzu­ci­ła go na blat.

– Mi­ni­ster­stwo życzy sobie osta­tecz­nie roz­wią­zać kwe­stię nor­dyc­ką – rze­kła.

– Matko i córko! – Ma­dzen­ta aż zło­ży­ła ręce. – Chcą wy­wo­łać Ra­gnarök!

– E, gdzie tam. Trzy wiel­kie zimy rok po roku zruj­no­wa­ły­by bran­żę tu­ry­stycz­ną. Grecy i Rzy­mia­nie by nas zje­dli. Mi­ni­ster­stwu nie po­do­ba­ją się na­to­miast wy­stęp­ki bó­stwa imie­niem Widar, do­ko­na­ne wspól­nie z wal­ki­ria­mi.

– Widar? – po­wtó­rzył Vi­kan­der. – Pierw­sze sły­szę o takim bó­stwie.

– Bo to bóg ciszy. Stwo­rzy­li go i ka­za­li mu mil­czeć. – Au­ra­dio­ne, zniecierpliwiona, ma­cha­ła dło­nią w po­wie­trzu. – W każ­dym razie wy­my­ślił taką klą­twę, że za każ­dym razem, gdy ktoś rzuci kurwą, a potem butem, to z As­gar­du przy­la­ty­wa­ły wal­ki­rie całe na biało, ro­bi­ły de­li­kwen­to­wi z dupy je­sień śre­dnio­wie­cza, a potem wra­ca­ły do sie­bie. Zda­niem mi­ni­ster­stwa takie wy­ciecz­ki w te i nazad to ka­ry­god­ne mar­no­tra­wie­nie pie­nię­dzy, poza tym ten cały Widar sobie ewi­dent­nie jaja robi z ma­je­sta­tu nor­dyc­kie­go pan­te­onu.

– Co mamy zro­bić? – za­py­ta­ła Ma­dzen­ta.

– Wal­ki­rie są do li­kwi­da­cji. To po­mniej­sze bó­stwa, nikt ich nie bę­dzie ża­ło­wać. Wi­da­ra tak łatwo nie zu­ty­li­zu­je­my, dla­te­go Odyn za­pro­po­no­wał, by za­mknąć go w ja­kimś świę­tym gaju za kołem pod­bie­gu­no­wym. Vi­kan­der nie takie rze­czy już robił.

Vi­kan­der przy­tak­nął.

– Ru­sza­my na­tych­miast! Póź­niej sobie po­la­tasz na mio­tle!

– Po tym jak roz­pie­przy­łaś mi drzwi, Ma­dzen­to, choć wi­ce­mi­ni­ster obie­cy­wał, że są pan­cer­ne, nie mogę cię pu­ścić na taką po­spo­li­tą misję. Po­win­nam cię zgło­sić do ja­kie­goś GROM-u…

– Ależ wy­klu­czo­ne, ko­cha­na! Ja tego w życiu nie po­wtó­rzę! Nie wiem, co mu­sia­ło­by się stać! O, wi­dzisz? – Ma­dzen­ta roz­po­star­ła ra­mio­na, wznio­sła je, a także za­ci­ska­ła pię­ści. Nic się nie dzia­ło. – Pro­sta ze mnie funk­cjo­na­riusz­ka. W ogóle nie wy­jąt­ko­wa. Poza tym muszę przy­wró­cić świet­ność Ma­dzi­com-Piź­dzi­com!

Au­ra­dio­ne wes­tchnę­ła.

– A idź mi stąd w cho­le­rę. Zgła­sza­nie do GROM-u to biu­ro­kra­tycz­ne sep­pu­ku.

Wy­cho­dząc, Vi­kan­der prze­pu­ścił Ma­dzen­tę w drzwiach, a ra­czej we fra­mu­dze. Wró­cił jesz­cze po tecz­kę z ak­ta­mi. Gdy ją za­bie­rał, Au­ra­dio­ne przy­ło­ży­ła pięść do swo­je­go po­licz­ka, wy­sta­wi­ła kciuk w kie­run­ku ucha, a mały palec w stro­nę bród­ki i wy­szep­ta­ła „ZA-DZWOŃ”, a potem znów pu­ści­ła do niego or­dy­nar­ne oczko.

Widok ta­kiej sceny był dla Ma­dzen­ty ni­czym po­li­czek. Ni­czym ty­siąc nie­ustan­nych po­licz­ków.

Wkrót­ce biuro pani ko­mi­sarz znów wy­peł­nił szkar­łat.

 

 

 

*Słow­ni­czek*

– #the­re­are­to­oma­ny­wit­ches­for­me­too – #te­żu­wa­żam­że­ma­my­za­du­żo­wiedźm

– witch – wiedź­ma

– wit – umysł

– hal­fwit – idio­ta

Koniec

Komentarze

Przeczytane. Uśmiech był. Zastanawiam się, czy to Widar II, czy raczej inspiracja. Stawiam na to drugie, bo styl trochę inny, tu jakby bardziej kobiecy, tam raczej męski. Szkoda, że tekst wygląda jak fragment. Zostało przecież prawie 9k znaków na finał, puentę, coś. Tak, czy siak spodobane. Powodzenia.

Uff! Dobrze, że uśmiech był, bo rozwiałeś moje wątpliwości, czy to w ogóle jest śmieszne…

Jak dla mnie trochę zbyt chaotyczne. Dodatkowo, często lubię wulgarny humor, ale tu mam lekki przesyt ruchańskami, piździcami i leceniem w chuja. Coś w tym jest, że student to taka istota, co się śmieje, jak przy niej powiesz “dupa”. Mi, pomimo upływu lat, coś ze studenta w tej materii zostało, ale w tym wypadku chyba zbyt duży natłok mięsa przy niemal całkowitym braku akcji i wydarzeń sprawił, że się pogubiłem. W sumie najbardziej rozbawiła mnie reakcja na Ragnarök “Trzy wielkie zimy rok po roku zrujnowałyby branżę turystyczną”. Za ten tekst plus, a poza nim, to pewnie niestety o tekście do jutra zapomnę, bo nic nie zapadło mi w pamięć.

Wiadomo! Fakt, że nie do kazdego trafi taki humor był wkalkulowany w ryzyko. Dobrego tyle, że to anonimowy konkurs, to wstyd trochę mniejszy z tą kloaką. :)))))))

Mam nieodparte wrażenie, że nie przeczytałam całego opowiadania, że to zaledwie część pozbawiona nie tylko początku, ale i porządnego zakończenia. Czytało się dobrze, choć pozostał niedosyt. Trafiały się sytuacje zabawne, ale bez szału.

 

– Ta mie­dzia­na rura fi 150 w bio­drach… –> – Ta mie­dzia­na rura fi sto pięćdziesiąt w bio­drach

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Za­czę­ła więc się tłuc, naj­pierw otwar­tą dło­nią, a póź­niej pię­ścią. –> Tu chyba miało być: Za­czę­ła więc je tłuc…

 

ko­bie­ta krót­kiej, heł­mo­wa­tej i wście­kle rudej fry­zu­rze… –> …ko­bie­ta o krót­kiej, heł­mo­wa­tej i wście­kle rudej fry­zu­rze…

Fryzura nie jest ubraniem, nie można być w niej.

 

-Ty… –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Au­ra­dio­ne ma­cha­ła dło­nią w po­wie­trzu w znie­cier­pli­wie­niu. –> Raczej: Au­ra­dio­ne, zniecierpliwiona, ma­cha­ła dło­nią w po­wie­trzu.

 

takie wy­ciecz­ki w te i na zad… –> …takie wy­ciecz­ki w te i nazad

 

a potem znów pu­ści­ła mu or­dy­nar­ne oczko. –> …a potem znów pu­ści­ła do niego or­dy­nar­ne oczko.

Puszczamy oczko do kogoś, nie komuś.

Jak widzę, Widar nieustannie inspiruje. 

Główną słabością tego opowiadania jest fabuła, która jest zwyczajnie pretekstowa. Brak jej porządnego zakończenia, po lekturze pozostałem z uczuciem, że dane mi było zerknąć jedynie na fragment większej całości. 

Z zalet wypada za to wymienić język, którym władasz nieźle. Dialogi czytało się płynnie, są wyraziste, czuć w nich emocje, choć niekoniecznie bawią tak, jak zapewne miały. 

Sam humor – bezsprzecznie obecny. Boków nie zerwałem, ale humor słowny i niektóre nawiązania wypadły całkiem nieźle. 

Przyjemny średniak. Szkoda tylko tej fabuły.

Plus za lusssss. Luz. Wyczuwalny.

Nie do końca wygładzony fragment czegoś większego. Napisany barwnie i ze swadą, umiarkowanie śmieszny. Nie wiem nawet, czy to ten sam autor (lub ta sama autorka), ale: gorsze od Widara, lepsze od wiadra.

Kabaret skeczów męczących – to taka skrótowa recenzja, ale muszę przyznać, że w jednym miejscu szczerze się uśmiechnąłem. Wydaje mi się że całe opowiadanie powstało trochę na siłę wokół tego jednego pomysłu. 

Coś się tu dziwnego podziało. Mam wrażenie, że początkowo miał to być tekścik o zazdrosnej wiedźmie, a Widar był tylko małym dodatek do uśmiechnięcia się. Jednak tytuł sprawił, że zbyt mocno zwróciłeś, Anonimie, uwagę na boga właśnie. W efekcie masz dwie historyjki, z których żadna nie kończy się porządną puentą.

Dziękuję za kolejne komentarze!

Nie ukrywam, że cudów nikt nie oczekiwał, wszak szort powstał właściwie w pół dnia. Wiem, wiem, wymówki.

Ale! Moim zamiarem było potraktować fabułę pretekstowo, by móc sobie pożartować. Jestem zdania, że limit 20k to za mało na porządną fabułę.

 

Z zalet wypada za to wymienić język, którym władasz nieźle. Dialogi czytało się płynnie, są wyraziste, czuć w nich emocje, choć niekoniecznie bawią tak, jak zapewne miały. 

Sam humor – bezsprzecznie obecny. Boków nie zerwałem, ale humor słowny i niektóre nawiązania wypadły całkiem nieźle.

NIEŹLE, moje odwieczne nemezis!

 

Edycja: poprawki naniesione. Uściski dla Regulatorki!

Jestem zdania, że limit 20k to za mało na porządną fabułę.

Złej baletnicy… :P 

NIEŹLE, moje odwieczne nemezis!

Ach, szczypta tragizmu w tym komediowym tekście (czy raczej pod nim).

poprawki naniesione. Uściski dla Regulatorki!

Regulatorka czuje się uściskana i ucieszona przydatnością poprawek. ;D

 

Zabawne. Pierwsza część bardzo dobra i śmieszna. Humor dobrze wyważony. Napisane sprawnie.

Druga część już gorzej, bo potencjał żartów genitalnopodobnych został już wykorzystany na początku, więc później już nie robi efektu.

Widar też jakby wciśnięty na siłę, wolałbym jednak oryginalną opowieść.

Zakończenie – jak wspomniała już Reg – kuleje, a raczej nie ma go wcale. Akcja urywa się tak jakby w połowie opowiadania.

Bibliotekę jednak kliknę mimo wszystko.

Wielkie dzięki, Chrościsko! Akcja się urywa? No urywa się, ale moim celem było wziąć na tapet relacje między postaciami i trochę przy tym pożartować, kosztem pretekstowej “akcji”. Może to niezbyt przyzwoite, dlatego przepraszam wszystkich, którzy spodziewali się czego innego!

Tak pół na pół ze uśmiechem i fabułą:)

Były fajne momenty, głównie na początku, lecz od połowy, coś się zaczęło sypać i przestałam rozumieć. Motyw zazdrości, kwestia nordycka i wplątany w to hashtag sprawiły, że nitki się rwały. Nie nadążałam z wiązaniem supełków, wełna się skończyła i kilim niewykończony pozostał.

Przeczytawszy.

Finkla

Ukłony dla Asylum i szanownej organizatorki.

Ale co to! Ktoś odpowiedział na ten tekst opowiastką, która szkaluje moje szalone postaci! Tak nie może być! Tylko czy ja zdążę wymierzyć sprawiedliwość do piętnastego?!

Deadline do 25 sierpnia jest:)

Nie do 15go? Hoho! Szanse rosną! :)))

Ukłony dla Asylum i szanownej organizatorki.

A dziękuję, dziękuję. :-)

Coś uśmiechnęło, raz się nieśmiało zaśmiałem i to tyle w sumie. Jest kilka rzeczy ładniejszych, coś tam stylistycznie zgrzytnęło kilka razy, ale generalnie, nie jest źle. Ironicznie użyte ruchańsko było śmieszne (chyba to pojawiające się trzeci raz w wypowiedzi Vikandera).

Zakończenie – tu odkrywczy nie będę – urwane.

 

P.S. W 20k jak się spocisz, to upchniesz naprawdę dobrą fabułę. Taką serio-serio dobrą. Zresztą wykorzystałeś tylko 11 kafli, można bylo oprócz żartów wokół pretekstu, spokojnie coś tam uknuć. Założenie było inne – okej. Żarty same w sobie wyszły okej.

Widary się mnożą i to chyba dobrze, bo całkiem zabawne są. Bardzo fajny styl, z przytupem i swadą, nadziewany żarcikami jak rodzynkami. Bardzo przyjemnie się czytało i to w zasadzie wszystko, co można powiedzieć, bo fabularnie tak sobie – coś tam z poszatkowanych elementów można sobie ułożyć, zwłaszcza, gdy zna się inne widarowe szorty, ale pozostaje wrażenie chaosu i fabularnego niedopracowania (niedokończenia). Ale to już wiesz, bo wielu o tym pisało. 

Tak czy owak, przyjemna lektura. Choć z dobrą fabułą mogłaby być znacznie lepsza. 

Pozdrawiam! 

Jest jakiś spis chronologiczny kolejnych części Widara? Taki w jednym miejscu, żeby nie skakać.

Nowa Fantastyka