- Opowiadanie: Abbadon - Fragment mojej książki ("Krwawy Szlak") i ćwiczenie z pisania scen walki

Fragment mojej książki ("Krwawy Szlak") i ćwiczenie z pisania scen walki

Oto krótki fragment napisanej przeze mnie powieści. Liczę na pomoc w kwestii pisania scen walki i finałowych starć. Jeśli kogoś zainteresowałem, całość tekstu znaleźć można na: https://www.opowi.pl/profil/abbadon/publikacje

Oceny

Fragment mojej książki ("Krwawy Szlak") i ćwiczenie z pisania scen walki

Czas pochodu: 41 dni

Stan pochodu: 5

Wioska, w której wkrótce się znaleźli, była bardzo mała. Stanowiło ją zaledwie siatka drobnych warzywnych poletek, kilka topornie wyremontowanych domów i obszerny plac, na którym stała właśnie grupka ludzi. Wielu z nich trzymało w rękach kwiaty lub kawałki gałązek, niektórzy się śmiali, inni skakali wokół jakiejś postaci na koniu, machającej do nich z góry i uśmiechającej się dostojnie.

Daniel wiedział, kim jest ta postać, jeszcze na długo, nim mógł dobrze ją obejrzeć.

Minęła krótka chwila, nim jego grupka została dostrzeżona. Potem jeszcze moment, nim okrzyki pożegnań i pozdrowień do reszty ucichły, a wszyscy zwrócili się w stronę zbryzganego krwią chłopaka z wyciągniętą bronią, idącego za nim starca, młodzieńca z łukiem w ręku oraz podążających za nimi ludzi, którzy sposobem poruszania się bardziej przypominali małpy.

Nim dotarli na plac, ten był już wyludniony. Zostali tam tylko oni, Wisenhert i trzech jego ludzi, również siedzących na koniach. Wszyscy inni uciekli do domów, zabierając ze sobą pozostałe szkapy, barykadując drzwi, zatrzaskując okna i spoglądając nerwowo zza okiennic.

Daniel nie tak wyobrażał sobie swoje nadejście.

Kompletnie nie tak.

Na ich widok, Wisenhert uśmiechnął się i zwrócił konia w ich stronę. Nie wydawał się zdenerwowany. Raczej jakby spodziewał się zaraz całkiem dobrej zabawy.

– Stać! Kto idzie!? – wykrzyknął w ich stronę. Zapewne nie oczekiwał, że mu odpowiedzą, ale Daniel zatrzymał się nagle i gestem nakazał pozostałej dwójce, by uczyniła to samo.

Chłopak otaksował przeciwnika wzrokiem. Nie wyglądał tak, jak go zapamiętał. Jego skóra była brudna i znacznie bardziej pomarszczona, mundur nie był wcale nowy, tylko połatany i rozdarty w wielu miejscach, a twarz, choć faktycznie wyniosła, miała na sobie oznaki zmęczenia i piętna zbliżającej się starości.

A przede wszystkim, podczas ich poprzedniego spotkania, samozwańczy król nosił na swoich barkach i torsie czarnego, łuskowatego pancerz.

Pancerza, który widział bardzo dawno temu i doskonale pamiętał.

– Kto idzie? – zapytał, starając się zachować skupienie i spokój. – Idzie Daniel, syn Marka, wraz ze swoimi ludźmi. Syn zamordowanego ojca i zbezczeszczonej matki, przyjaciel poległych wojowników i przywódca tych, którzy pozostali przy życiu. Przychodzi w imieniu ludzi, których zabiłeś i upokorzyłeś na Gryfich Klifach, tych których publicznie skazałeś na śmierć i torturowałeś w odległym Mieście oraz tych, którzy ginęli, gdy tłamsiłeś ich powstania. A także wszystkich innych, których zamordowałeś. Zbyt wielu, by ich wszystkich wymienić, zbyt wielu, bym choćby wszystkich zapamiętać. Jestem tu w ich imieniu. Jestem tu, by zakończyć rządy okrutnika, szaleńca i tyrana. Twoje rządy, Wisenhert.

Na samozwańczym królu przemowa ta nie zrobiła wrażenia. Przez cały czas jej trwania uśmiechał się tylko z politowaniem i kiwał obojętnie głową. Za to jadąca wraz z nim trójka wydawała się odrobinę niepewna. Patrzyli na siebie z przestrachem, wyraźnie zastanawiając się, czy w słowach Daniela by było choć ziarna prawdy. Wyraźnie nie byli chętni, by chwycić za miecz.

Dobrze. Przynajmniej tyle.

– Oh proszę, proszę – zaśmiał się Wisenhert – Jakie to słodkie. Kolejny powstaniec, mściciel, boski wysłannik czy co to tam jeszcze próbuje zrzucić mnie z tronu. Wiesz, ilu już tu było takich jak ty? Ilu próbowało? Setki. A może nawet tysiące szaleńców i idiotów, dokładnie takich jak wy.

Wisenhert ściągnął wodze swojego konia i odjechał kawałek na bok, ani na moment nie okazując strachu czy wątpliwości. Jego zachowanie mogło wydawać się jedynie pretensjonalną przemową, ale Daniel wiedział, co naprawdę się właśnie dzieje. Dał swoim ludziom znak, ale ten okazał się kompletnie niepotrzebny. Ash cofał się już, napinając łuk, a Wirmir zaczął ubezpieczać lewą flankę Daniela, by nie dać się całkowicie okrążyć.

– Wszystkich poprzednich też zamordowałeś? – zapytał Daniel, próbując zyskać nieco na czasie, by odpowiednio się ustawić. W zażartej bitwie ani przewaga jednego człowieka, ani konnicy nie była decydująca. Obaj o tym wiedzieli.

– Żebyś wiedział. Ich i wszystkich ich popleczników – odparł, niemalże z dumą – Zabijałem, torturowałem i dawałem ich okaleczone ciała za przykład. Ciągnąłem ich za końmi przez całe kilometry i oddawałem ich fragmenty ludziom, którzy myśleli oporze. Ogłaszałem ich śmierć całemu krajowi i dawałem za przykład żywym. Jeśli to nie wystarczało, zabijałem całe ich rodziny. Taka była cena za stworzenie tego, co teraz oglądasz. Na tym gruncie wyrósł cały ten kraj i jego dobrobyt, który możesz teraz podziwiać.

Daniel rozejrzał się wokoło. Popatrzył na kilka odrapanych kamienic, na leżące niedaleko pole kukurydzy, na ludzi, kulących się ze strachu i bezsilności w swoich domach.

– I to jest twoje królestwo? Kilka kamienic, rachityczne poletko warzyw i kilku ludzi, bojących się wyjść z domu, ilekroć ktoś pojawia się w ich wiosce? To jest dobrobyt, za którymi swoim życiem i wolnością musiały zapłacić setki, a może i tysiące ludzi? Powiedz mi, czy to naprawdę było tego warte? Czy oni na pewno nie byliby w stanie osiągnąć tego samego bez ciebie? A gdyby ludzie, którzy żyją w tym kraju naprawdę tego właśnie chcieli, to czy nie godziliby się na to bez niekończących się morderstw i okaleczania ich przyjaciół?

Wisenhert uśmiechnął się, ale tylko ustami. W jego oczach zatańczyły ogniki wściekłości.

– Zakończmy to. Dosyć mam już przerywania mojej zabawy.

– Wedle życzenia.

Daniel wyciągnął swój miecz.

Dwaj stojący za nim ludzie błysnęli długimi pałkami. Trzeci przygotowywał kuszę.

Na cięciwę łuku z brzdęknięciem wskoczyła pierwsza strzała.

Topór ułożył się gładko w spracowanych, pewnych dłoniach. Szaleńcy, powarkując, ustawili się obok swojego ojca.

W blasku słońca odbiła się cienka szabla.

– Zanim to zrobimy, chcę wiedzieć jedno…

Daniel nie odpowiedział. Był zbyt zajęty ustawianiem nóg i przygotowywaniem na się na przyjęcie energii z uderzenia rozpędzonego konia. Nie słuchał już, co Wisenhert do niego mówił.

– Ilu ludzi zginęło, żebyś ty dotarł do tego miejsca?

Zabolało. Daniel myślał, że go nie słyszy, ale poczuł pchnięcie prosto w serce. Zachował jednak pozycję.

Wisenhert nie dostanie tego, na co liczy, pomyślał sobie.

Przywódca kraju podniósł rękę. Czekał jeszcze przez chwilę, mierząc wszystkich przeciwników wzrokiem. Potem zacisnął dłoń w pięść.

Pierwszy jeździec ruszył od lewej, tuż przy samym krańcu placu. Drugi przeciął go na wprost. Oboje jednocześnie celowali prosto w Wirmira.

Trzeci przyłożył kuszę do barku, ale szybsza reakcja Asha przeszkodziła mu w wystrzale. Daniel nie miał pojęcia, czy permanentnie.

On również nie marnował czasu. Ruszył prosto w kierunku Wirmira, z zamiarem bronienia go przed drugim jeźdźcem.

Wtedy, drogę zajechał mu Wisenhert.

Atak jego szabli zatrzymał ukryty pod kurtką karwasz, ale kopyta jego wierzchowca były znacznie bliżej celu. Tylko natychmiastowy odskok uchronił go przed stratowaniem na śmierć. A to był dopiero początek.

Podniósł się z pozycji leżącej tak szybko, jak tylko było to możliwe. Akurat w czas, by zobaczyć swój cel, zawracający do kolejnego uderzenia. Napiął mocno wszystkie mięśnie i ułożył miecz w odpowiedniej pozycji. Przygotował się do odparcia następnej szarży.

Teraz nie miała już dla niego znaczenia sytuacja Wirmira, Asha ani reszty jego grupy. Liczył się tylko Wisenhert. Tylko on, jego szabla, zbroja i koń. Dookoła nie istniało nic.

Król ruszył po raz drugi. Jego rumak potrzebował zaledwie sekund, by dobiec z powrotem do Daniela. Kopyta szykowały się do stratowania go, ale chłopak był już gotowy. Jego miecz powędrował prosto pod nogi stwora, ostrze ruszyło bezpośrednio w zgięcia czterech kolan. Widział niczym w zwolnionym tempie, jak miecz leci w ich kierunku, jak niemalże zatapia się w powierzchni jego ciała.

Ale wtedy, zwierzę skoczyło.

Ostrze Daniela ledwie musnęło jego pęciny, gdy olbrzymia bestia wytrysnęło ku górze. Wtedy Daniel poczuł na plecach końcówkę szabli, przebijającą się przez jego skórę i fontannę krwi spływającą po plecach. Większość uderzenia zamortyzował kołnierz kurtki, ale przed oczami i tak zatańczyły mu białe mroczki. Kolana załamały się pod nim z bólu.

Koń Wisenherta przeskoczył nad słaniającym się z bólu Danielem, lądując zgrabnie kawałek dalej. Jego pan nie marnował jednak czasu, by podziwiać efekt. W jednej chwili zawrócił, szykując się natychmiast do następnej szarży.

Daniel szarpnął się, próbując jak najszybciej wstać. Czuł, że jeśli tego nie zrobi, zaraz będzie już za późno.

Natarcie przerwała jednak lecąca prosto w jego kierunku strzała. Zatrzymała się na napierśniku wodza, zdołała jednak spłoszyć na moment jego konia i spowolnić atak na tyle, by Daniel podniósł się na równe nogi.

Pomimo bólu, pobiegł w stronę Wisenherta i wyprowadził proste cięcie w obojczyk. Chybił. Wprawdzie dłoń przeciwnika pokryło teraz trochę ciemnoczerwonej substancji, ale było to małe pocieszenie. Jego ręce zaczynały omdlewać, nogi poruszały się zbyt wolno, a rana na plecach coraz poważniej dawała się we znaki. Na razie nie mógł też liczyć na ponowne wsparcie ze strony Asha ani Wirmira. Jeden z nich był właśnie atakowany przez jeźdźca, drugi zaś trzymał się za brzuch i osuwał właśnie na kolana, przy wtórze opętańczych wrzasków Pawła i Adama. Zobaczył, jak ci dwaj siłą ściągając z konia krwawiącego przeciwnika, który desperacko starał się utrzymać na rumaku.

To poddało mu pewien pomysł.

Wisenhert ruszył po raz kolejny. Tym razem chłopak nie czekał, aż na niego wpadnie. Tym razem wybiegł przeciwnikowi na spotkanie, kompletnie ignorując zmęczenie i ból. Widział oczy konia, dwie czarne kule, lecące kierujące się prosto w jego stronę. Widział cienką, srebrną szablę, błyszczącą w dłoni jego wroga. Spojrzał na swój miecz, gotowy by rzucić się i śmiertelnie ciąć. Nie przestawał biec, dopóki nie wpadł praktycznie prosto na zwierzę. W ostatniej chwili zgiął kolana, ustawiając całe ciało do skoku w prawo. Zobaczył, jak Wisenhert podnosi swoją broń. Jak celuje nią prosto w jego twarz.

Wtedy, wyprysnął w lewo.

Zobaczył zaskoczenie na twarzy Wisenherta, zobaczył pełne przerażenia, gorączkowe przerzucanie broni do drugiej ręki. Daniel okręcił się na pięcie i z całym impetem powstałego półpiruetu wypuścił ostrze w stronę swojego celu. Ale nie celował w Wisenherta, na to było już za późno.

Celował w jego konia.

Ostrze weszło gładko, przecinając jego zad niczym blok masła. Daniel poczuł triumf, słysząc ranny kwik zwierzęcia i krople czerwieni, lecące na jego twarz.

Obrócił się, obserwując dumnie zadaną ranę. Cięcie było głębokie, krew wylatywała z niego olbrzymim wodospadem. Już za kilka minut zwierzę będzie musiało się przewalić, a Wisenhert zejść do jego poziomu.

Robił postępy.

Mógł wygrać.

Daniel wykorzystał ułamek sekundy, by rozejrzeć się dookoła. Zobaczył Wirmira, leżącego bez ruchu na plecach oraz Asha, desperacko zasłaniającego się przed masakrującą go pałką.

Spojrzał też na żołnierzy przeciwnika. Kusznika, bujającego się na swoim koniu ze strzałą wystającą z gardła, pierwszego jeźdźca, zrzuconego z konia i rozszarpywanego żywcem przez szaleńców, oraz trzeciego, ostatniego żywego, dobijającego właśnie Asha.

Odwrócił się z powrotem do Wisenherta. Wirmir i tak już nie żył, Ashowi nie mógł pomóc, a wygrana była w zasięgu ręki. Jeśli teraz uda mu się zabić Wisenherta, pozostanie mu tylko jeden przeciwnik. A wtedy wciąż będzie nadzieja.

– Przepraszam, Ash – szepnął do siebie, choć wcale nie miał wyrzutów sumienia. I nie sądził, by miał je, gdyby nie wiedział, kim niegdyś był Ash. Na wojnach ludzie umierali. Tak to już działało.

Ruszył w stronę Wisenherta, wymachując swoim mieczem. On zdążył już wstać, gdy Daniel ruszył prosto na niego. Chłopak zdążył jeszcze zobaczyć, jak wróg sięga po zapasowy sztylet, ukryty za połami kurtki.

Za późno.

Wisenhert nie miał już czasu, by odpowiednio wycelować swoją broń, by ustawić stopy, ani by nabrać energii potrzebnej do poprawnego uderzenia. Na pół uderzenia serca, stał się niewolnikiem Daniela, skazanym na jego łaskę.

I tyle by mu wystarczyło.

Gdyby Wisenhert w istocie sięgał po sztylet.

– Dosyć tego! – usłyszał Daniel, po czym potężny huk i błysk białego światła przerwał jego atak. Poczuł w swoim ciele potężną falę bólu, cierpienie nie przypominające niczego na świecie. Poczuł, jak odlatuje do tyłu, jak ból i szok rozdzierają go na pół.

Upadł, patrząc prosto na Wisenherta, ściskającego w dłoni mały, srebrny kształt, wygięty w literę L.

Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział, ale wiedział dobrze, na co patrzy.

Pistolet. One istniały.

A Wisenhert ściskał właśnie jeden z nich w dłoniach.

– Koniec kurwa! Koniec! – wrzeszczał, podchodząc do Daniela, sapiąc ze złości, zmęczenia i bólu. – Zabiję cię, tutaj i teraz, do jasnej cholery!

Wisenhert schował pistolet i wziął do ręki swoją szablę. Daniel próbował się bronić, ale połamane kości i krew wypływająca z klatki piersiowej kazały mu o tym zapomnieć. Ledwo mógł chodzić. Ledwo widział. Nie było mowy o tym, by walczył.

Wisenhert stanął nad nim, wznosząc swoją szablę. Daniel zamknął oczy. Nie chciał tego widzieć, nie chciał, by to w ogóle się działo.

– Przepraszam. – Przemknęło mu przez umysł. – Przepraszam was wszystkich. Zawiodłem was.

Poczuł, jak połowa jego twarzy eksploduje bólem.

Krzyknął. Wrzasnął przeraźliwie, nieludzko, jak zagnane do rogu zwierzę.

Czuł ostrze szabli, rozpruwające mu ręce, piersi, przesuwające się po jego twarzy wśród fontanny krwi. Przewrócił się na brzuch, próbując się odczołgać, ale nie miało to sensu. Wisenhert śmiał się szaleńczo, orząc jego nogi i plecy szablą. Daniel czuł, jak krew wypływa z koryt w jego ciele, jak gigantyczna dziura pod jego żebrem rozszerza się przy każdym ruchu, powodując niewyobrażalne cierpienie.

Czuł, że jego życie się kończy. Czuł, że nie ma już dla niego nadziei.

To koniec, zrozumiał. Nic nie mogę już zrobić.

Ogarnęła go rozpacz i rezygnacja. Zamknął oczy, gotowy by umrzeć.

Ale wtedy, pojawili się szaleńcy.

Dwoje ludzi, których imion nawet nie pamiętał, zwabione jego nieludzkim krzykiem przybiegły, rycząc jak oszalałe zwierzęta. Wrzeszcząc opętańczo rzuciły Wisenherta na ziemię, wbiły swoje połamane paznokcie w jego napierśnik i zepsute, zniszczone zęby w okolice jego rąk.

Wisenhert krzyczał i próbował się bronić, uderzając szablą na wszystkie strony, lecz dwoje szaleńców miało nad nim zbyt wiele przewagi. Ich dzika, zwierzęca furia wystarczała, by przetrwać najgorsze uderzenia, ich histeryczna siła była w stanie przebić się przez najlepszy pancerz.

Wisenhert wrzeszczał. Zbliżał się już do niego ostatni jeździec, z przerażeniem oglądając to, co działo się z jego panem.

Ale Daniel na to nie patrzył. Nagły atak szaleńców znów dał mu nadzieję, ich niespodziewane przybycie sprawiło, że w jego serce zabiło raz jeszcze. Odczołgiwał się teraz desperacko i z nieludzkim trudem. Jego lewe oko bolało opętańczo, dziura pod żebrem zdawała się sięgać do gardła, a każda najmniejsza ranka palia żywym ogniem. On jednak się nie poddawał. Wciąż się czołgał, pokrwawiony, wymęczony, blady. Nie czując własnego ciała, nie wierząc, że to w ogóle ruch o jego własnych siłach, czołgał się desperacko, próbując dostać się poza teren placu.

Usłyszał za sobą kolejny huk i oślepiająco biały wystrzał. Ale tylko jeden, nie dwa. Nie myślał o tym wtedy. Jedynie czołgał się, byleby poza plac, byleby do bezpieczeństwa, byle dalej od przerażających huków i nieznośnej, zimnej śmierci.

Aż wreszcie dotarł, doczołgał się do płytkiego, miejskiego rynsztoka. Zatrzymał się tam i upadł na mokre podłoże.

Przewrócił się z powrotem na plecy, próbując chronić choć największe rany od infekcji. W tym momencie mógł jeszcze usłyszeć opętańczy, pełen bólu krzyk Wisenherta, nawet jeśli nie dane było mu go zobaczyć.

Czy ten okrzyk był agonalny? Czy udało im się zabić mężczyznę, którego tak nienawidził? Czy zakończyli jego rządy, czy którykolwiek z szaleńców dokonał tego, czego on nie mógł?

Nie wiedział i wtedy go to nie obchodziło. A nawet gdyby mógł wiedzieć, nie czułby żadnej satysfakcji. Nie czuł już nic. Nienawiści, strachu, potrzeby zemsty, czy nawet bólu. Było z nim jedynie zmęczenie i niesamowite, nieludzkie zimno. Wiedział, że to koniec.

Poczuł, że jego umysł zaczyna odpływać w dal.

Zamknął oczy.

Zasnął.

Koniec

Komentarze

No nie będę owijać w bawełnę, nie jestem zainteresowany resztą "powieści", ponieważ fragment który zaprezentowałeś jest kiepsko napisany. Powtórzenia, błędy, literówki, zbędne słowa, nimoza (nadużywasz słowa nim). Zdania i akapity stylistycznie nieporadne. Narracja prowadzona dość chaotycznie, ciężko stworzyć sobie właściwy obraz przedstawionej sceny.

 

Przykłady tego złego:

 

Stanowiło ją zaledwie siatka drobnych warzywnych poletek, kilka topornie wyremontowanych domów i obszerny plac, na którym stała właśnie grupka ludzi.

Stanowiła

 

Patrzyli na siebie z przestrachem, wyraźnie zastanawiając się, czy w słowach Daniela by było choć ziarna prawdy.

Nie udziwniaj:

czy w słowach Daniela było choć ziarno prawdy.

 

Nimoza, w czystej formie:

 

Daniel wiedział, kim jest ta postać, jeszcze na długo, nim mógł dobrze ją obejrzeć.

Minęła krótka chwila, nim jego grupka została dostrzeżona. Potem jeszcze moment, nim okrzyki pożegnań i pozdrowień do reszty ucichły, a wszyscy zwrócili się w stronę zbryzganego krwią chłopaka z wyciągniętą bronią, idącego za nim starca, młodzieńca z łukiem w ręku oraz podążających za nimi ludzi, którzy sposobem poruszania się bardziej przypominali małpy.

Nim dotarli na plac, ten był już wyludniony.

 

Oprócz nimozy w tym fragmencie jest jeszcze beznadziejnie skonstruowane zdanie wielokrotnie złożone, tworzące prawie cały akapit. Borze iglasty broń przed takimi karkołomnymi konstrukcjami.

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Z ciekawości co to za strona, to opowi.pl zajrzałem tam, i zerknąłem na prolog do tego twojego Krwawego szlaku.

 

Można by oczekiwać, że zabicie smoka przyniesie chwałę jego zabójcą.

Można by też myśleć, że przyniesienie umierającym milionom szansy na ratunek(+,) będzie oznaczać ich wdzięczność i możliwość zachowania zdobycznych dóbr.

Już w dwóch pierwszych miniakapitach są błędy.

 

zabójcom

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

No, też przeskanowałam i odpadam. Pomijając miałkość i wtórność fabuły, a także koszmarną interpunkcję, niepotrzebnie silisz się na ozdobny styl, posiadając marną sprawność językową. To nie wychodzi, to niezamierzenie śmieszy.

 

Masz tu analizę wybranego na chybił trafił niewielkiego kawałka.

 

Wrzasnął przeraźliwie, nieludzko, jak zagnane do rogu zwierzę.

To dość egzotyczne porównanie, mam wrażenie, że pokićkało ci się z frazeologizmem “zagonić w kozi róg” – https://pl.wiktionary.org/wiki/zap%C4%99dzi%C4%87_w_kozi_r%C3%B3g

 

Czuł ostrze szabli, rozpruwające mu ręce, piersi, przesuwające się po jego twarzy wśród fontanny krwi. Przewrócił się na brzuch, próbując się odczołgać, ale nie miało to sensu. Wisenhert śmiał się szaleńczo, orząc jego nogi i plecy szablą. Daniel czuł, jak krew wypływa z koryt w jego ciele, jak gigantyczna dziura pod jego żebrem rozszerza się przy każdym ruchu, powodując niewyobrażalne cierpienie

No, to, panie dziejku, to jest grafomania pierwszej wody. Klasyczna, kliniczna, nadająca się na billboardy. Po pierwsze spróbuj sobie wyobrazić ruch tego ostrza szabli, pomijając już, że przywołuje to klimaty sado-maso nie gorzej niż scena wbijania na pal Azji Tuhajbejowicza w “Panu Wołodyjowskim”. Poza tym jak już mu z rąk, piersi i twarzy tryskały fontanny krwi, a nad tym wszystkim górowała przesuwająca się zmysłowo szabla, to dalibóg on nie miał żadnych szans przewracać się na brzuch nie tracąc przy tym z bólu przytomności, o próbie czołgania się już nie mówiąc. Aż by człowiek chciał, żeby fraza “ale nie miało to sensu” była metatekstem, ale niestety nie jest. I co to są, na litość Cthulhu, “koryta w ciele”? Ani to anatomiczne, ani dobra metafora. Gigantyczna dziura pod dowolnym żebrem zasadniczo oznacza, że facet już dawno jest kaput, a to wszystko nie ma sensu.

 

Czuł, że jego życie się kończy. Czuł, że nie ma już dla niego nadziei.

Dla życia? No, wykazałam to w poprzednim komentarzu. Nie było jej już dawno. Deal with it.

 

Ogarnęła go rozpacz i rezygnacja. Zamknął oczy, gotowy by umrzeć.

Jeżeli już to gotowy na śmierć. Ale zastanawia, skąd ten apolliński spokój, skoro bohater na W śmiejąc się demonicznie orze nadal jego nogi i plecy szablą, bo nic nie wiemy o tym, jakoby przestał.

 

Dwoje ludzi, których imion nawet nie pamiętał, zwabione jego nieludzkim krzykiem przybiegły, rycząc jak oszalałe zwierzęta.

No, tu gramatyka polska zapędziła cię w kozi róg. To zdanie jest pozbawione gramatycznego sensu. Uważaj na liczebniki zbiorowe (dwoje, troje, czworo itd.), bo to wyjątkowo podstępne bestie.

 

No i jeszcze takie cudeńka:

 

Przewrócił się z powrotem na plecy, próbując chronić choć największe rany od infekcji.

Średniowieczny świat, dark fantasy i facet się infekcjami przejmuje? Może gdyby to był Konował z “Czarnej kompanii” Cooka, to bym uwierzyła, ale Cook raczej by użył bardziej pasującego do epoki i nastroju słowa.

 

Ach i jeszcze pole kukurydzy w tym europejsko wyglądającym średniowieczu. Chyba że coś mi umknęło i jednak jesteśmy u Azteków. Nawet jeżeli tezy części archeologów, że tzw. “indyjskie proso” uprawiane sporadycznie w południowej Europie już w starożytności, jest jakąś odmianą kukurydzy, to 1) nie było to powszechne, 2) nie pasuje do fantasy.

 

“Przywódca kraju” też niezamierzenie śmieszy, tak z wcześniejszych kawałków.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przewracanie się, usiłując chronić od infekcji, jest the best! Więcej tego fioletowego poproszę ;)!

Rybaku, specjalnie dla Cię:

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Za mało! Już przeczytałem całość fragmentu.

Ma być więcej. Proszę:

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Oja, gruby tekst. Pozwól, że wymienię moje ulubione fragmenty:

Wisenhert uśmiechnął się, ale tylko ustami.

A da się czymś innym uśmiechnąć? Nosem? xD Owszem na twarzy pojawiają się zmarszczki podczas uśmiechu, ale no, za uśmiech zawsze odpowiadają jedynie usta.

 

Wtedy, wyprysnął w lewo.

Człowiek może wyprysnąć? xD Rozumiem, że zaczął biec, ale ten dobór słownictwa brzmi bardzo dziwnie i kolokwialnie. Zupełnie nie pasuje do tej niby podniosłej narracji i opisu bitwy.

 

Aż wreszcie dotarł, doczołgał się do płytkiego, miejskiego rynsztoka. Zatrzymał się tam i upadł na mokre podłoże.

No jak się czołgał to raczej już upadł, chyba że uderzył twarzą o zol, jednak w takim wypadku wypadałoby to opisać

 

Wprawdzie dłoń przeciwnika pokryło teraz trochę ciemnoczerwonej substancji, ale było to małe pocieszenie.

Krew ciężko nazwać substancją. Ten synonim tutaj bardzo nie pasuje. Krew owszem składa się z substancji odżywczych, ale mi się jakoś gryzie ten zamiennik. Plus to zdanie jest bardzo niezdarne, kolokwialne nawet można rzec.

 

Usłyszał za sobą kolejny huk i oślepiająco biały wystrzał. Ale tylko jeden, nie dwa.

A te dwa zdania są takie głupie. Słowa hukwystrzał już sugerują nam liczbę pojedynczą. Więc to dopowiedzenie, że był tylko jeden, jest zupełnie niepotrzebne. Za to oślepiająco biały wystrzał można zobaczyć, ale raczej nie usłyszeć xD

 

Wisenhert krzyczał i próbował się bronić, uderzając szablą na wszystkie strony, lecz dwoje szaleńców miało nad nim zbyt wiele przewagi. Ich dzika, zwierzęca furia wystarczała, by przetrwać najgorsze uderzenia, ich histeryczna siła była w stanie przebić się przez najlepszy pancerz.

Wisenhert wrzeszczał.

A to powtórzenie faktu, że koleś krzyczy, to po co?

 

Mam też problem z imionami. Swojskie Adamy, Daniele i Pawły wyglądają mi jakoś dziwnie koło Ashów i Wisenhertów. Radziłabym się zdecydować na jedno, bo to serio brzmi troszkę komicznie.

 

Cały czas nadużywasz też słowa “wtedy”, bardzo często zaczynasz tak akapity, radziłabym to urozmaicić.

 

I tyle ode mnie. Pozdrawiam!

 

 

 

I gdy oczy otworzę dech mi w piersiach zapiera, myślę sobie: a może księżycowa chimera?

Obiecałem sobie, że nie będę polemizować tutaj z ludźmi dającymi mi odpowiedzi. Teraz jednak mam zamiar nagiąć nieco to postanowienie i zamieścić tu drobne sprostowanie. A dokładniej, wyjaśnić pewną sprawę, która nie została poruszona w samym fragmencie, a jest obecna w całości tekstu. "Krwawy Szlak" ma miejsce w świecie osadzonym po wojnie światowej, w wyniku której wyginęła niemalże cała ludzkość, zaś jej nieliczni ocaleni starają się znów stworzyć jako-takie społeczeństwo, wykorzystując do tego dostępną dla nich technologię, będącą głównie na okołośredniowiecznym poziomie. Wciąż jednak rozumieją pojęcia takie jak infekcja czy proste sformułowania chemiczne, bo ta wiedza dalej jest dla nich dostępna, nawet jeśli w nieco skromniejszej wersji. Stąd też "infekcja", kukurydza, (choć nie powiem, gdybym pisał zwykłe fantasy, uwzględniłbym ją tak czy inaczej, bo wierzę, że fantastyka dzieje się w świecie, który sam kreuję i historia naszego nie ma tu nic do rzeczy) czy pistolet w dłoni Wisenherta. To oczywiście nie kasuje wszystkich licznch uwag co do mojej pracy, ale uznałem, że warto zrobić to małe sprostowanie. A co do reszty to oczywiście wezmę wszystkie te komentarze pod uwagę i napiszę wkrótce poprawioną wersję, którą mam nadzieję, zostanie przyjęta choć trochę lepiej.

@Abbadonie, i dla mnie nie jest to dobre i ciekawe, ponieważ przegadane. Za dużo niepotrzebnych słów. Poniżej dwa fragmenty, wyboldowane – moim zdaniem – do usunięcia.

Wioska, w której wkrótce się znaleźli, była bardzo mała. Stanowiło ją zaledwie siatka drobnych warzywnych poletek, kilka topornie wyremontowanych domów i obszerny plac, na którym stała właśnie grupka ludzi. Wielu z nich trzymało w rękach kwiaty lub kawałki gałązek, niektórzy się śmiali, inni skakali wokół jakiejś postaci na koniu, machającej do nich z góry i uśmiechającej się dostojnie.

Podniósł się z pozycji leżącej tak szybko, jak tylko było to możliwe. Akurat w czas, by zobaczyć swój cel, zawracający do kolejnego uderzenia. Napiął mocno wszystkie mięśnie i ułożył miecz w odpowiedniej pozycji. Przygotował się do odparcia następnej szarży.

 

Teraz nie miała już dla niego znaczenia sytuacja Wirmira, Asha ani reszty jego grupy. Liczył się tylko Wisenhert. Tylko on, jego szabla, zbroja i koń. Dookoła nie istniało nic.

 

@Lunarchimera

A da się czymś innym uśmiechnąć? Nosem? xD Owszem na twarzy pojawiają się zmarszczki podczas uśmiechu, ale no, za uśmiech zawsze odpowiadają jedynie usta.

Tak, da się, śmiejemy się też oczami:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wydaje mi się, że polemika z autorem tekstu jest bardzo ważna. Uwierz, o wiele lepiej to wygląda, gdy autor odnosi się do wyłożonych uwag. Więc moim zdaniem to bardzo dobrze, że na nie odpisałeś.

Powyższe uwagi wzięły się zapewne głównie stąd, że zamieściłeś tutaj jedynie fragment swojej historii. Gdyby stan dostępnej bohaterom wiedzy oraz technologia owego świata były w jakikolwiek sposób w tym fragmencie wyłożone, to zapewne nikt by się nie czepiał.

I fakt, literatura fantasy jest najczęściej egzomimetyczna – przyswajamy niektóre nadprzyrodzone elementy świata, jako swoisty element danej, literackiej płaszczyzny. To prawda więc, że można wsadzić kukurydzę, ba!, nawet niebieską kukurydzę do opowiadania. Wypadałoby jednak jakoś to ująć w ekspozycji gospodarki rolnej, cokolwiek, żeby wszystko miało ręce i nogi. Jest wielu znawców historii i jeśli tekst stylizowany jest na czasy średniowiecza, to niektóre nieścisłości mogą razić, dlatego warto takie rewelacje wyjaśnić. Jednakże w tym fragmencie nie ma o tym ani słowa.

Wrzucając tutaj jedynie część całego tekstu, niestety sam naraziłeś się na takie ryzyko. Natomiast obecni tutaj komentujący, poprawiają to, co uznali za dziwne/niejasne/błędne, żeby pomóc ci udoskonalać swoje pióro i zamysł fabuły.

Cieszę się za to bardzo, że odpowiedziałeś na krytykę i że weźmiesz komentarze pod uwagę. Następnym razem polecam wrzucić jakieś skończone i samodzielne opowiadanie, żeby wszystko było jasne i klarowne. Pisanie drobnych rzeczy też może być zabawne i rozwijać umiejętności!

 

@Asylum owszem, można śmiać się też oczami, jednak moim zdaniem jest to sytuacja nieco rzadsza, niż standardowy uśmiech. Za to zdanie

Wisenhert uśmiechnął się, ale tylko ustami.

brzmi tak, jakby uśmiech ustami był czymś wyjątkowym, przez to dopowiedzenie. Przynajmniej ja to tak odebrałam. I faktycznie mogłam wziąć pod uwagę uśmiech oczami, ale trzeba przyznać, że to zdanie brzmi nieco dziwnie. W każdym razie dziękuję za zwrócenie uwagi!

I gdy oczy otworzę dech mi w piersiach zapiera, myślę sobie: a może księżycowa chimera?

Tak, zdecydowanie lepiej jest wrzucać zamknięte fabularnie opowiadania. Fragmenty nie cieszą się tu zbytnią popularnością. Jakie niebezpieczeństwa wiążą się z wrzucaniem na chybił trafił wybranych fragmentów większej całości, sam się zresztą przekonałeś.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tak, da się, śmiejemy się też oczami:)

Carissima, tylko, że to jest idiom angielski. The smile didn't reach his eyes = uśmiechał się nieszczerze, z przymusem lub z czystej uprzejmości. Idiom. Pamiętasz może tę kreskówkę, w której angielskie idiomy zostały potraktowane dosłownie? (Oni czasami wyskakują w ten typ humoru, co bywa całkiem zabawne.) I padało psami i kotami, a facet był powiązany z koleją (łańcuchem)? Bo tak, to mogłabym napisać opowiadanie o tym, jak to ktoś był na końcu cumy, więc ruszył zobaczyć białego słonia. Oj, rozgadałam się na poboczny temat :)

Obiecałem sobie, że nie będę polemizować tutaj z ludźmi dającymi mi odpowiedzi.

A, widzisz. To jest błąd. W dyskusji się uczysz, nie tylko pisania. Dyskusja ogólnie jest zajęciem pożytecznym, a czasem nawet satysfakcjonującym.

sprawę, która nie została poruszona w samym fragmencie, a jest obecna w całości tekstu

Hmm. Dobrze, tylko, że nie czytamy Ci w myślach. To, czego nie napiszesz, nie istnieje – możemy najwyżej o tym wnioskować z tego, co napisałeś (przykład z głowy: jeżeli mają kakao, a ono tu nie rośnie, muszą je skądś przywozić i jakoś zdobywać, więc mają jakiś transport itd.), ale to, co napisałeś, musi pozwalać na wyciągnięcie jakichś sensownych wniosków. I nie możesz liczyć, że wszyscy wpadną na te same, bo to się nigdy nie dzieje.

 

W kwestii infekcji i pistoletów – wiedza może przetrwać, jeżeli komuś na niej zależy. Mnisi irlandzcy przechowali sporo filozofii, ale tylko przetłumaczonej na łacinę, bo znajomość greki zanikła już w schyłkowym okresie cesarstwa zachodniego – dlatego Arystoteles był dla Średniowiecza wyłącznie logikiem, bo jego tłumacz, Boecjusz, tylko pisma logiczne zdążył przetłumaczyć, zanim się naraził władzy. A wszystko inne przechowało się w greckojęzycznym Bizancjum – zachodnia Europa miała wonczas dużo pilniejsze problemy, niż forma i substancja. A księgi, które sobie leżą w ciemnym kącie, prędzej myszy zjedzą (tak, dosłownie). Tyle o wiedzy teoretycznej.

 

Wiedza techniczna, czyli m.in. jak budować pistolety, może być przechowana bez zapisywania (przekazywana przez mistrza uczniom – o ile, oczywiście, jednym i drugim zależy), tylko, że ona jest częścią większej całości. Potrafię zszyć książkę (jeżeli nie będziesz zbyt krytycznie patrzył na wyklejki) – ale muszę mieć do tego przyszykowany papier, dratwę, igły, klej, karton i płótno na okładkę… z tych rzeczy może umiałabym sama zrobić płótno (umiem trochę tkać na tabliczkach), ale do tego z kolei muszę mieć krosna i nici. Krosien sama nie zbuduję, nici też nie uprzędę. A jeden pominięty etap w łańcuchu technologii blokuje resztę. Do zrobienia pistoletu potrzeba stali o określonych parametrach, której nie zrobisz w dymarce (Wikipedia twierdzi, że coś na kształt procesu Besemera znano w Chinach w XI wieku, ale nie wiem, na ile mogę w to wierzyć). Potrzeba precyzyjnych narzędzi. Nabój pistoletowy, to też nie jest sama kulka z ołowiu, amunicja zespolona pojawiła się chyba w XVIII (XIX?) wieku.

 

Nie chodzi o to, żebyś kopiował wiernie nasz świat – po prostu pewne rzeczy powstają etapami, i tych etapów nie da się przeskoczyć. Głupie szydełko nie było znane przed wynalezieniem porządnej stali. Ja zresztą używam głównie aluminiowych – wiesz, jakie były cyrki z wynalezieniem opłacalnego procesu produkcji aluminium? Któryś tam Napoleon szpanował przed gośćmi, podając im aluminiowe łyżeczki, bo wtedy były droższe od złota (teraz chyba już nikt ich nie robi, bo to badziew). Wszystko się łączy, wszystko jest powiązane. Oczywiście, nikt od Ciebie nie wymaga, żeby Twój świat był równie spójny, jak prawdziwy, bo to nie jest zadanie na ludzki rozum – ale mógłbyś się choć trochę postarać.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Znaczy tak: Jak Autor nie odrobi lekcji, czyli ZAWCZASU nie ułoży logicznie świata, który opisuje, a zwłaszcza nie dopilnuje również zawczasu GRUNTOWNEGO researchu, to jego dzieło zwyczajnie kupy się nie trzyma, bo i nie ma prawa. Stąd najlepsi pisarze zawsze mówią, pytani o proporcje, że research zabiera im z reguły WIĘCEJ czasu niż samo pisanie. Pozdr.

amunicja zespolona pojawiła się chyba w XVIII (XIX?) wieku

Wynaleziona w 1808, ale nie zdążyła wejść do użytku, na dobre wchodzi do użytku ok. połowy XIX w.

 

Któryś tam Napoleon szpanował przed gośćmi, podając im aluminiowe łyżeczki, bo wtedy były droższe od złota

Sądząc po tym, kiedy opracowano technologię, III (z tym że II de facto nie było). Nie znałam tej historii, muszę doczytać :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ewidentnie Trzeci.

W sumie historia zasługuje na mojego bloga z racji samej kwestii aluminium, której nie byłam świadoma, muszę tylko więcej poszperać za samymi sztućcami ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

I oto dyskusja doprowadziła do czegoś kreatywnego :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Sprawdziłam – Trzeci :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ja już też. Będzie wpis blogowy, bo to fajna i ciekawa sprawa.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Historia metali jest przewrotna. W pierwszej połowie XIX w. carowie Rosji wypuszczali np ruble zamiadt ze srebra, to z platyny, która wtedy była znacznie od srebra tańsza. Obecnie zaś platyna nie dość, że jest sporo tańsza od złota, to i bywa że od palladu, kóry kiedyś też był w cenie srebra…

Cóż w tym przewrotnego? Aluminium, żeby przy nim pozostać, jest po prostu nie do otrzymania tradycyjnymi metodami metalurgii – trzeba rudy potraktować prądem (w telegraficznym skrócie). A o pierwiastek glin można się potknąć na pierwszym lepszym chodniku, tyle, że w związkach.

Platyna, jako metal szlachetny, występuje rzadziej i w stanie rodzimym, ale zdaje mi się, że właśnie na Syberii są jej spore złoża.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Gdybyś np zmieniła w 1860 r całe posiadane złoto na aluminium (będąc bogatą młódką) licząc na profity na starość, pod koniec życia wpadłabyś w nędzę, pośród swego aluminium… Sporo ludzi gra kapitałem WYŁĄCZNIE obracając czterema kruszcami (złoto/ srebro, platyna/pallad). Np gdy srebro warte jest 1/80 ceny złota, sprzedają posiadane Au i kupują Ag. A gdy Ag do Au zmienia relację ceny na 1/35 robią odwrotnie i w efekcie– cały czas "siedząc na kruszcu", więc spekulując bezpiecznie, w efekcie tych dwóch transakcji mają 2x tyle złota, co na początku… Więc tę "przewrotność" metali odczytuj wyłącznie w kontekście ludzkich na nie reakcji;)

Rybaku, ja taka bystra nie jestem, żeby spekulować czymkolwiek :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

@ Tarnino, nie masz racji odnośnie uśmiechu:). Śmiech/uśmiech może ogarniać całą Ciebie i najtrudniej śmiać się oczami.

Mimikę twarzy można dostosować, lecz nie do ukrycia są śmiejące się oczy. Idiom, o którym piszesz – chyba też to akcentuje?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Idiom, o którym piszesz – chyba też to akcentuje?

Owszem, ale, o ile wiem, nie funkcjonuje w polszczyźnie. Może nasi przodkowie byli mniej spostrzegawczy?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

To już ostatni offtop wink

Uśmiech szczery i uśmiech nieszczery inaczej wymuszony.

Do wykonania szczerego uśmiechu potrzebujemy pracy 13 mięśni twarzy. Mięśnie te podzielone są na dwie grupy: mięśnie jarzmowe oraz okrężne oczu. Śmiejąc się szczerze używamy ich wszystkich. Wtedy wokół naszych oczu pojawiają się charakterystyczne kurze łapki, a powieki mocniej zasłaniają oczy. W wypadku gdy uśmiech jest wywoływany na twarzy umyślnie, nie pracują mięśnie okrężne oczu. Do sztucznego uśmiechu wykorzystywane są jedynie mięśnie jarzmowe, czyli w skrócie te, które poruszają naszymi wargami. Różnica pomiędzy jednym a drugim rodzajem uśmiechu jest bardzo wyraźna. Poruszają się jedynie usta, jednak reszta twarzy pozostaje bez wyrazu. 

Dzieci ponoć śmieją się czterysta razy dziennie, a dorośli tylko siedemnaście:(

 

pozdrawiamheart

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No cóż, przykro mi to mówić, Abbadonie, ale zaprezentowany fragment niczym nie zdołał mnie zainteresować i w dodatku jest bardzo źle napisany. A ponieważ błędy i usterki wskazane przez wcześniej komentujących nadal utrudniają lekturę, straciłam ochotę na zrobienie łapanki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy. W takim razie może ucieszy cię wiadomość, że wypuściłem właśnie nową, poprawioną wersję, biorącą pod uwagę wszystkie komentarze. Zapraszam do zrobienia łapanki tam :)

Abbadonie, ale zwyczajem tego portalu jest poprawianie tekstu, który wstawiłeś, a nie wrzucanie jego nowej wersji. Lepiej więc będzie, jeśli to tu podmienisz tekst na nowy (a nową wersję wykasujesz, zanim pojawią się tam komentarze), zamiast go powielać w różnych wersjach.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka