- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Jeszcze pożyjemy!

Jeszcze pożyjemy!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Jeszcze pożyjemy!

– Syl­wia dzwo­ni­ła, wiesz?

Wzrok Ro­ma­na z tru­dem zry­wał więzi z ekra­nem pe­ce­ta.

– Która Syl­wia?

– Jak to która? – W gło­sie Eli dało się wy­czuć uta­jo­ną ner­wo­wość, jak za­wsze gdy in­da­go­wa­ła męża za­nu­rzo­ne­go w wir­tu­al­nym świe­cie. – Ile Syl­wii znamy?

– Po­licz­my – mruk­nął Roman wciąż mer­da­jąc mysz­ką. – Twoja ko­le­żan­ka z li­ceum to raz, ta pod­sta­rza­ła da­mul­ka, co ją po­zna­li­śmy na wcza­sach w Buł­ga­rii to dwa, wy­cho­waw­czy­ni Agaty z gim­na­zjum to trzy, wresz­cie te­ścio­wa Da­wi­da. Czte­ry – pod­su­mo­wał z try­um­fem.

– Ale kon­tak­ty utrzy­mu­je­my tylko z tą ostat­nią.

– Ty utrzy­mu­jesz. I nie tylko z ostat­nią. Mie­siąc temu ga­du­li­łaś z tą z li­ceum ponad dwie go­dzi­ny. Nie pa­mię­tasz jak się wpie­kla­łem, że te­le­fon wciąż za­ję­ty?

– Ojej, bę­dziesz mi to wy­po­mi­nał z dzie­sięć lat chyba. Oma­wia­ły­śmy or­ga­ni­za­cję spo­tka­nia kla­so­we­go na trzy­dzie­sto­le­cie.

– Mo­głaś dzwo­nić z ko­mór­ki.

– Do­pie­ro byś się wpie­klał jaka to roz­rzut­na je­stem. W sta­cjo­nar­nym mamy dar­mo­we mi­nu­ty. Zresz­tą mniej­sza z tym. Więc dzwo­ni­ła te­ścio­wa na­sze­go sy­nal­ka. Jest cięż­ko chora – zdia­gno­zo­wa­li u niej raka pier­si.

– Przy­kre.

– Żal mi jej, taka była przy­bi­ta… Prze­cież to jesz­cze młoda ko­bie­ta!

– Mó­wisz, jakby już stała nad gro­bem. Prze­cież dzi­siaj rak pier­si to nie wyrok. Zaraz ci po­ka­żę – Roman ob­ró­cił się do kom­pu­te­ra i kli­kał z wpra­wą. – O, masz, tutaj są sta­ty­sty­ki: w Pol­sce wy­le­czal­ność wszyst­kich no­wo­two­rów raka pier­si wy­no­si 40%, a sto­su­nek umie­ral­no­ści do za­cho­ro­wal­no­ści 50% – prze­czy­tał z ekra­nu.

– Sta­ty­sty­ki, sta­ty­sty­ki. Pan i pies mają śred­nio po trzy nogi. Łatwo tak mówić, do­pó­ki nie do­tknie cię to oso­bi­ście. Jak­byś zo­ba­czył w swo­jej per­spek­ty­wie smut­ną panią z kosą, ina­czej byś śpie­wał. Nie masz za grosz em­pa­tii.

– Każdy z nas umrze. Prę­dzej czy póź­niej.

– Ow­szem, ale le­piej by­ło­by póź­niej, praw­da? Le­piej by­ło­by jesz­cze trosz­kę pożyć. Zresz­tą… co to u cie­bie za życie! Ca­ły­mi dnia­mi trzy­masz ten łeb w in­ter­ne­cie. My­ślisz, że tam znaj­dziesz wiecz­ność? Jak w grach, gdzie bo­ha­ter ma trzy życia albo i wię­cej? I jakby tego było mało – po „Game Over” ro­bisz re­start i grasz dalej.

Pew­nie gde­ra­ła­by tak bez końca, gdyby nie przy­zy­wa­ją­cy dzwo­nek ko­mór­ki. Po­bie­gła jej szu­kać, a Roman ode­tchnął i po­now­nie za­nu­rzył się w wir­tu­al­nym świe­cie. Wcale nie grał, jak mu to im­pu­to­wa­ła mał­żon­ka. Pro­wa­dził dia­bel­nie wcią­ga­ją­cą dys­ku­sję na ulu­bio­nym por­ta­lu „Nie­zna­ne-nie­okieł­zna­ne”. Zna­leź­li tę boską cząst­kę czy nie?

Z kuch­ni do­bie­ga­ły strzę­py roz­mo­wy żony.

– Tak, to ja…

……

– Nie, nie sły­sza­łam o tym…

……

– Ale skąd pani ma numer mojej ko­mór­ki?

……

– Tak, znam oczy­wi­ście.

……

– No nie wiem, mu­sia­ła­bym na­ra­dzić się z mężem.

……

– Jutro i po­ju­trze wy­klu­czo­ne.

……

– W czwar­tek tak. Ale ra­czej wie­czo­rem.

……

– Ulica Do­bro­mi­ra piętnaście miesz­ka­nia dwadzieścia dwa.

……

– Tak, przy Ron­dzie Wy­spiań­skie­go skrę­ci pani na świa­tłach w lewo i to jest drugi z kolei blok.

……

– Koło sie­dem­na­stej? Może być.

……

Do zo­ba­cze­nia.

„Znów dała się na coś na­cią­gnąć” – po­my­ślał Roman ze zło­ścią. Ileż to już razy per­swa­do­wał jej, że po­win­na być bar­dziej aser­tyw­na w tym świe­cie prze­peł­nio­nym na­chal­ny­mi akwi­zy­to­ra­mi agi­tu­ją­cy­mi na wszel­kie moż­li­we spo­so­by.

– Ko­cha­nie, bę­dzie­my mieli gości w czwar­tek – głos Eli zdra­dzał ner­wo­we na­pię­cie.

– Gości? Kto dzwo­nił?

– Taka jedna pani, która pro­wa­dzi z mężem pre­zen­ta­cje.

– Pre­zen­ta­cje? – Roman po­czuł na­ra­sta­ją­cą wście­kłość.

– Tak, ja­kiejś zdro­wej po­ście­li.

– Elu, ile razy ci mó­wi­łem, żebyś nie uma­wia­ła się z na­cią­ga­cza­mi?

– Skąd wiesz, że to na­cią­ga­cze?

– Bo do­ty­czy to więk­szo­ści han­dlu­ją­cych w ten spo­sób. Ale do­brze. Po­roz­ma­wiaj­my spo­koj­nie i rze­czo­wo. Co to za firma?

– N… nie wiem.

– Nawet nie spy­ta­łaś??

– Jakoś nie po­my­śla­łam…

– Jezu…

– No co? Ko­bie­ta po­wo­ły­wa­ła się na moją ko­le­żan­kę z li­ceum…

– Wandę?

– Aku­rat nie Wandę, ale Beatę. Też z mojej klasy.

– I od tej ko­le­żan­ki do­sta­ła numer two­jej ko­mór­ki?

– Tak.

– To za­dzwoń do niej teraz i spy­taj o tę firmę.

– Nie mam nu­me­ru do Beaty.

– Nie masz nu­me­ru? Bez­tro­sko roz­da­jesz numer swo­jej ko­mór­ki na lewo i prawo, a ta Be­at­ka, która nie ra­czy­ła ci nawet prze­ka­zać swo­je­go nu­me­ru, rów­nie bez­tro­sko dys­po­nu­je twoim, bez wie­dzy i zgody wła­ści­ciel­ki? Do­dat­ko­wo, jak do­sły­sza­łem, po­da­łaś tym na­cią­ga­czom nasz adres! Elu, tym razem już prze­gi­nasz z tą swoją na­iw­no­ścią!

– A ty masz zero za­ufa­nia do ludzi. Pew­nie naj­chęt­niej żył­byś w twier­dzy z fosą i ogro­dze­niem pod na­pię­ciem. Skoro uma­wiam się z nimi na pre­zen­ta­cję, muszę im podać adres!

– Mo­głaś się umó­wić w ich sie­dzi­bie na przy­kład.

– Ale oni robią pre­zen­ta­cje po do­mach! Na do­da­tek dla wszyst­kich do­mow­ni­ków! Ty też masz być obec­ny.

– Wy­bacz, nie in­te­re­su­je mnie to.

– Nie mo­żesz mi tego zro­bić! Pani mó­wi­ła, że twoja obec­ność jest nie­odzow­na!

– W takim razie za­dzwoń do niej i zgłoś re­zy­gna­cję. Ja sta­now­czo od­ma­wiam!

– Nie, no co za nie­uży­ty drań! Nie oba­wiaj się, nie mu­si­my ni­cze­go ku­po­wać!

– W takim razie po co się zgo­dzi­łaś?

– Bo pani po­wie­dzia­ła, że ta moja ko­le­żan­ka bę­dzie miała z tego ty­tu­łu jakiś bonus.

– No wspa­nia­le! Świę­ty Fran­ci­szek w spód­ni­cy! Zre­asu­muj­my: twoja kum­pe­la, którą hoj­nie po­czę­sto­wa­łaś nu­me­rem ko­mór­ki nie bio­rąc jej nu­me­ru w za­mian, na­pu­ści­ła na nas akwi­zy­to­rów ja­kiejś firmy, a ty, nie zna­jąc ani jej nazwy ani ich na­zwisk, usłuż­nie po­da­łaś im nasz adres i bez­tro­sko za­pro­si­łaś, nawet nie py­ta­jąc mnie o zda­nie. Dość już tego! Dzwoń i od­ma­wiaj!

Ela wes­tchnę­ła z dez­apro­ba­tą, wy­cią­gnę­ła ko­mór­kę, we­szła w menu „ostat­nio ode­bra­ne”.

– Nie mogę od­dzwo­nić – po­wie­dzia­ła z re­zy­gna­cją. – Numer za­strze­żo­ny.

 

***

 

Gdy usły­szał dzwo­nek do­mo­fo­nu, wy­biegł aby oso­bi­ście od­pra­wić na­cią­ga­czy, lecz nie zdą­żył. Żona wła­śnie wci­snę­ła guzik zamka drzwi do klat­ki scho­do­wej. Wście­kły od­wró­cił się i wra­ca­jąc do swo­je­go po­ko­ju wark­nął:

– Nie ma mnie. Nie ma, ro­zu­miesz?

Za­trza­snął drzwi i usiadł przy kom­pu­te­rze. Ręce mu się trzę­sły jak temu sta­rusz­ko­wi, który od czasu do czasu przy­cho­dził po jakiś datek lub je­dze­nie. Tyle że z cał­kiem in­nych po­wo­dów. Za­czął pisać ko­men­tarz na por­ta­lu, lecz nie mógł się sku­pić. Z po­ko­ju go­ścin­ne­go do­bie­ga­ły stłu­mio­ne od­gło­sy roz­mo­wy. Sły­szał głę­bo­ki, ak­sa­mit­ny głos ko­bie­ty i skrzy­pią­cy ba­ry­ton męż­czy­zny, ale nie był w sta­nie zro­zu­mieć po­szcze­gól­nych słów. Ostroż­nie uchy­lił nieco drzwi swo­je­go ga­bi­ne­ci­ku i wyj­rzał przez szcze­li­nę.

– Tak, mąż w domu, ale nie jest za­in­te­re­so­wa­ny pre­zen­ta­cją.

– Pro­szę pani, prze­cież mó­wi­łam, że jego obec­ność jest ko­niecz­na! – ode­zwa­ła się ko­bie­ta.

– Sens na­sze­go po­ka­zu jest w pełni wi­docz­ny tylko przy obec­no­ści wszyst­kich do­mow­ni­ków. Mają pań­stwo dzie­ci? – spy­tał męż­czy­zna.

– Tak, ale są już do­ro­słe, mają wła­sne miesz­ka­nia – od­po­wie­dzia­ła żona. Jej sztucz­ny, drew­nia­ny głos zdra­dzał onie­śmie­le­nie, może nawet lęk.

– W takim razie musi pani na­mó­wić męża, żeby do nas do­łą­czył – rzekł apo­dyk­tycz­nie męż­czy­zna.

Roman za­nie­po­ko­ił się. Akwi­zy­to­rzy z re­gu­ły byli uni­że­nie grzecz­ni. Prze­cież prze­cho­dzą spe­cjal­ne szko­le­nia PR-owskie, gdzie ich uczą, że na­chal­ność, tupet i agre­sja zra­ża­ją po­ten­cjal­nych klien­tów.

– Ależ mąż ma dużo pracy no i mó­wi­łam, że nie jest za­in­te­re­so­wa­ny! – od­pa­ro­wa­ła żona z de­spe­ra­cją.

– Na pewno go pani prze­ko­na – po­wie­dzia­ła mięk­ko ko­bie­ta, pró­bu­jąc zła­go­dzić nie­ocze­ki­wa­nie ostry kli­mat roz­mo­wy.

– Mogę w tym pani pomóc, mam nie­zły dar ar­gu­men­ta­cji. – Męż­czy­zna za­czął po­wo­li pod­no­sić się z fo­te­la.

„No nie, tego już za wiele!” – po­my­ślał Roman. Wstał i ener­gicz­nie otwie­ra­jąc drzwi wkro­czył do sa­lo­nu.

– Dro­dzy pań­stwo, co to ma zna­czyć? – spy­tał zimno. – Skąd ta na­chal­ność? Czy żona nie dość wy­raź­nie po­wie­dzia­ła wam, że nie je­stem za­in­te­re­so­wa­ny waszą ofer­tą?

– A oto i mał­żo­nek – try­um­fal­nie wy­krzyk­nął męż­czy­zna, sia­da­jąc na po­wrót w fo­te­lu. Roman zlu­stro­wał go dys­kret­nie.

„Nie jest źle, ra­czej cher­lak” – po­my­ślał po­krze­pio­ny.

– Nie jest pan za­in­te­re­so­wa­ny? A skąd pan wie, co ofe­ru­je­my? Być może, gdyby pan tę ofer­tę po­znał, zna­la­zło­by się to za­in­te­re­so­wa­nie – po­wie­dzia­ła z lekko wy­czu­wal­nym sar­ka­zmem ko­bie­ta.

– Sza­now­na pani, sądzę, że znam sie­bie wy­star­cza­ją­co, w każ­dym razie na tyle do­brze, żeby wie­dzieć, czym mogę, a czym nie mogę być za­in­te­re­so­wa­ny – od­parł.

– Pro­szę po­wie­dzieć, czemu nie chce nam pan po­świę­cić tych drob­nych dwu­dzie­stu minut? – spy­ta­ła niezra­żo­na ko­bie­ta.

– Nie widzę po­wo­du, żeby się przed wami tłu­ma­czyć! – wy­rzu­cił z sie­bie pod­nie­sio­nym tonem.

– Ależ Ro­ma­nie, spo­koj­nie – pró­bo­wa­ła się wtrą­cić Ela, wi­dząc, że kli­mat znów gęst­nie­je.

– Nie jest pan zbyt uprzej­my dla gości, a mówią, że Po­la­cy to go­ścin­ny naród – iro­nicz­nie za­uwa­żył męż­czy­zna.

– Nie są pań­stwo dla mnie żad­ny­mi go­ść­mi! – krzyk­nął roz­złosz­czo­ny Roman. – Pro­szę na­tych­miast opu­ścić mój dom!

– Może dla pana nie, ale za­pro­si­ła nas pań­ska żona, która także tu miesz­ka; sądzę, że na rów­nych pra­wach? – męż­czy­zna nadal iro­ni­zo­wał. Jego tupet, pew­ność sie­bie, ale także lo­gi­ka ar­gu­men­ta­cji iry­to­wa­ły Ro­ma­na coraz bar­dziej. Stra­cił pa­no­wa­nie nad ner­wa­mi.

– Pro­szę na­tych­miast wyjść! – po­wtó­rzył. – W prze­ciw­nym wy­pad­ku dzwo­nię na po­li­cję!

– Roman co ty! – krzyk­nę­ła Ela płacz­li­wie. – Usiądź, po­roz­ma­wia­my spo­koj­nie, prze­cież nic się nie stało!

– Ale zaraz się sta­nie – mruk­nął Roman i pod­szedł w kie­run­ku te­le­fo­nu.

Zda­rze­nia ro­ze­gra­ły się bły­ska­wicz­nie. Męż­czy­zna ze­rwał się i rzu­cił w kie­run­ku Ro­ma­na. Wi­dząc nóż w jego dłoni, Ela krzyk­nę­ła „Roman uwa­żaj” i ze­rwa­ła się z fo­te­la, aby za­biec drogę męż­czyź­nie. W tej samej chwi­li sie­dzą­ca ko­bie­ta pod­sta­wi­ła jej nogę i Ela upa­da­jąc, na­dzia­ła się na błysz­czą­ce ostrze. Roman pa­trzył z roz­dzia­wio­ną gębą jak try­ska­ją­ca krew zra­sza obrus na ławie. Ru­szył w kie­run­ku męż­czy­zny, ata­ku­jąc go z furią. Ten jed­nak zro­bił zgrab­ny unik i za­to­pił ostrze za­krwa­wio­ne­go już noża w szyi prze­ciw­ni­ka. Świat Ro­ma­na roz­my­wał się po­wo­li jak w zwol­nio­nym fil­mie, po czym sczezł.

 

***

 

Świat po­ja­wił się na nowo, ro­ze­dr­ga­ny i roz­fa­lo­wa­ny. Roman wi­dział swój pokój z per­spek­ty­wy su­fi­tu. Obok ławy z po­pla­mio­nym krwią ob­ru­sem le­ża­ły dwa ciała, rów­nież za­krwa­wio­ne. Męż­czy­zna i ko­bie­ta uwi­ja­li się w sa­lo­nie, wy­próż­nia­jąc szu­fla­dy i szaf­ki.

Nie czuł bólu. W ogóle nie­wie­le czuł. Bło­gość? No, może trosz­kę.

Spoj­rzał w górę. W su­fi­cie ziała dziu­ra. De­li­kat­ny prze­ciąg wsy­sał go po­wo­li do środ­ka.

„No tak, tunel ze świa­teł­kiem, jak­że­by ina­czej” – po­my­ślał.

Po­ru­szał się coraz szyb­ciej, lecz świa­teł­ka nie było. Za to im dalej, tym bar­dziej świe­ci­ły sub­tel­ną lu­mi­ne­scen­cją ścia­ny tu­ne­lu. Mro­wi­ły jak „for­ty­fi­ka­cje” przy zwia­stu­nie mi­gre­ny. Widok ten sko­ja­rzył mu się z re­kla­mą ja­kie­goś środ­ka prze­czysz­cza­ją­ce­go, w któ­rej ta­blet­ka wę­dru­je wzdłuż prze­wo­dów ukła­du po­kar­mo­we­go.

Znów spoj­rzał przed sie­bie szu­ka­jąc świa­teł­ka. Za­miast niego doj­rzał białą plamę. Zbli­żył się do niej samą wolą myśli. To była Ela. Pły­nę­ła ma­je­sta­tycz­nie jak Sky­lab po or­bi­cie.

Nagle ośle­pił go krót­ki błysk. Za­sko­czo­ny przy­mknął po­wie­ki. Gdy je otwo­rzył, obok mi­gnął jakiś ciem­ny przed­miot w kształ­cie słupa. Obej­rzał się i onie­miał. To był przy­droż­ny fo­to­ra­dar!

– Ela! Ela! – za­wo­łał gło­śno. Biała po­stać obej­rza­ła się.

– To ty Roman? O Boże, całe szczę­ście – wes­tchnę­ła.

– Zwol­nij tro­chę! Wła­śnie radar zro­bił ci zdję­cie! – krzyk­nął, za­no­sząc się śmie­chem.

Do­go­nił ją i ujął za rękę.

– Wi­dzisz? Je­ste­śmy u sie­bie. Jesz­cze po­ży­je­my!

Koniec

Komentarze

Humoru widzę tu niewiele, chociaż końcówka z radarem całkiem pozytywna. Generalnie opowiadanie zaskakująco brutalne, ale w sumie… może i prawdopodobne. Trochę to prosta historyjka, a trochę przestroga dla naiwnych.

Mam tylko drobny problem z dialogami – kiedy sam próbuję coś napisać, robię niemal to samo, więc może dlatego łatwo mi to wychwycić u innych. Mianowicie, postacie rozmawiają ze sobą zbyt składnie, zbyt poprawnie. Przekazują trafne spostrzeżenia, ale brzmi to tak jak wystudiowana, wyuczona wypowiedź, a nie swobodna rozmowa. Zupełnie tak, jakby “ktoś” im to napisał ;) Nie mówię jednak, że to jest wada, pewnie źle czytałoby się dialogi nazbyt “ludzkie”, z pauzami, błędami gramatycznymi i potknięciami. Czuć jednak, że jest to minimalnie sztuczne, chociaż sprawdza się dobrze w celu przekazania poglądów.

Jeszcze tylko jeden zgrzyt – wiek bohaterów. Koleżanka z liceum, gdzie ochodzone jest dwudziestolecie? Czyli Ela ma jakieś 38 lat, tak? I co najmniej dwójkę dzieci, które zdążyły się już wyprowadzić z domu? Coś tu nie pasuje. Proponuję zwiększyć jubileusz klasowy o co najmniej pięć lat, chociaż i 40-50 lat działałoby dobrze, dodatkowo wskazywałoby wtedy na problem naiwności i nadmiernej ufności wśród sporej części osób starszych.

Dziękuję. Uwaga z wiekiem zasadna – poprawiłem. A z dialogami już tak jest jak piszesz: dogodzisz jednym, sarkać będą drudzy :)

Gdzieś mi umknął niestety humor, niezależnie od koloru. Zdziwiła mnie cała akcja ze złodziejami-mordercami. Wbijać się tak do mieszkania i zabijać, ryzykując choćby, że usłyszą ich sąsiedzi zamordowanych. No nie wiem, chyba że potraktować tekst bardziej w kategoriach groteski…

No chyba że groteski. Chociaż obserwując trendy, rzeczywistość u nas coraz bardziej groteskę przypomina :)

Przykro mi, ale nie podeszło. Tekst mnie nie rozbawił, nie zainteresował, nie wciągnął.

Fabuła niewiele więcej niż pretekstowa. Krwawy finał nie zaskoczył szczególnie, choć spodziewałem się raczej napaści rabunkowej. 

Postacie co do jednej niesympatyczne. Zapewne w sposób zamierzony – niemniej dodatkowo zmniejszało to przyjemność z lektury. 

No i jeżeli jest tu jakiś humor, to mi umknął.

Bardzo fajnie prowadzisz narrację, po tekście płynie się z dużą przyjemnością, dialogi bardzo naturalne, niosą treść nienachalnie, opowiadają o bohaterach więcej, niż trzy akapity szczegółów, po prostu czysta przyjemność czytania. Niestety gdzieś bliżej końca naszła mnie obawa, czy to wszystko aby zgra się w finale i cóż, końcówka pokazała, że nie zagra to ni diabła. Tekst leży na poziomie struktury. Historyjkę da się streścić w haśle: “zobacz Helena, nasi tu byli, jak oni żyli to i my jeszcze pożyjemy”, a to wszystko, co tak fajnie podawałaś (bo chyba mamy tu do czynienia z autorką) po drodze, te wszystkie Sylwie, wkrętka Romana w internety, urocza naiwność Eli i nawet sama “prezentacja” w zasadzie niczemu nie służą. Czyta się to świetnie, tylko po co?

Szkoda. Czuć, że stać Cię na więcej. 

Dziękuję Michale za ten komentarz! Tak się dobrze zapowiadał, a tak fatalnie skończył… zupełnie jak to moje opowiadanie prawda? smiley

Powiadasz, że to wszystko w zasadzie niczemu nie służy? No czemuś tam służy! Np. temu, by wzbudzić refleksję, że życie jest jak to opowiadanie: tyle zachodu, a koniec nagły i do niczego! Miało być niebo, a jest radar!

A skoro pytasz

tylko po co?

to odpowiadam: dla suspensu, który miał rozbawić. Nie rozbawił – no i moja strata crying

Gra stereotypami jest pożywką wielu kabaretów, umiejętnie podkreślane a niewyolbrzymiane, potrafią być naprawdę śmieszne. Bardzo sprawnie, w nieustającym dialogu bawisz się tą konwencją a ja się uśmiecham i dopasowuje do znanych mi postaci i sytuacji. I nagle pojawia się nóż, rach ciach i są dwa trupy. No dobrze, ostrzegałeś anonimie o czarnym a nawet niebieskim humorze, przełknąłem. Niestety w ostatnim rozdziale dobił mnie “przedmiot w kształcie słupa”. Tak jakoś to wszystko za szybko się na końcu dzieje i nie trzyma konwencji. Może gdyby autor pociągnął wątek tunelu, dołożył jeszcze, no nie wiem, może anioły albo św. Piotra, zamiast tego nieszczęsnego słupa? Może wtedy było by trochę śmieszniej?

Bardzo fajnie mi się czytało, sprawnie napisane, dialogi zgrabne, ale niestety końcówka rozczarowująca.

O to mi właśnie chodziło, żeby potraktować czytelnika tak jak bohaterów: rach ciach suspensem! To trochę tak jak jedziesz autostradą, upajasz się prędkością bo auto sunie bezgłośnie po gładkim asfalcie, a tu nagle pachołek i łup!

No i nie wyszło. Nikomu się nie podoba. Słusznie, bo kto to lubi?

Ale widzisz, jak to mówią ryzyk-fizyk! Czytasz na własną odpowiedzialność! :)

Pozdrawiam!

Jakoś tak bez emocji czytałam, choć Ela zachowywała się w sposób co najmniej irytujący. Nie rozumiem roli prezenterów – czy to byli złodzieje-mordercy, czy Elę i Romana położyli trupem niejako przypadkiem i przy okazji?

W opowiadaniu nie dopatrzyłam się niczego szczególnie zabawnego, nic mnie nie rozśmieszyło.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

– O, masz, tutaj są sta­ty­sty­ki: w Pol­sce wy­le­czal­ność wszyst­kich no­wo­two­rów raka pier­si wy­no­si 40%, a sto­su­nek umie­ral­no­ści do za­cho­ro­wal­no­ści 50% – prze­czy­tał z ekra­nu. –> – O, masz, tutaj są sta­ty­sty­ki: w Pol­sce wy­le­czal­ność wszyst­kich no­wo­two­rów raka pier­si wy­no­si czterdzieści procent, a sto­su­nek umie­ral­no­ści do za­cho­ro­wal­no­ści pięćdziesiąt procent – prze­czy­tał z ekra­nu.

Liczebniki zapisujemy słownie i nie używamy symboli, zwłaszcza w dialogach.

 

– Ulica Do­bro­mi­ra 15 miesz­ka­nia 22. –> – Ulica Do­bro­mi­ra piętnaście miesz­ka­nia dwadzieścia dwa.

 

– Tak, przy Ron­dzie Wy­spiań­skie­go skrę­ci Pani na świa­tłach… –> – Tak, przy Ron­dzie Wy­spiań­skie­go skrę­ci pani na świa­tłach

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

N.. nie wiem. –> N… nie wiem. Lub: N-nie wiem.

Wielokropek ma zawsze trzy kropki!

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać jąkanie: https://poradnia-jezykowa.uni.lodz.pl/faq/zapis-jakania-sie/

 

– Akurat nie Wandę, ale Beatę też z mojej klasy. –> – Akurat nie Wandę, ale Beatę, też z mojej klasy.

Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach, bo czynią je mniej czytelnymi.

 

Pani mó­wi­ła, że Twoja obec­ność jest nie­odzow­na! –> Pani mó­wi­ła, że twoja obec­ność jest nie­odzow­na!

 

– Pro­szę Pani, prze­cież mó­wi­łam… –> – Pro­szę pani, prze­cież mó­wi­łam

 

– Mogę w tym pani pomóc, mam nie­zły dar ar­gu­men­ta­cji – męż­czy­zna za­czął po­wo­li pod­no­sić się z fo­te­la. –> – Mogę w tym pani pomóc, mam nie­zły dar ar­gu­men­ta­cji.Męż­czy­zna za­czął po­wo­li pod­no­sić się z fo­te­la.

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Być może, gdyby Pan tę ofer­tę po­znał… –> Być może, gdyby pan tę ofer­tę po­znał

 

spy­ta­ła nie zra­żo­na ko­bie­ta. –> …spy­ta­ła niezra­żo­na ko­bie­ta.

 

– Może dla Pana nie… –> – Może dla pana nie

Poprawki wprowadzone.

Nie rozumiem roli prezenterów.

Przecież to oczywiste, że był to napad rabunkowy. Tak jak są oszustwa “na wnuczka”, tak ten napad był “na prezenterów”.

W opowiadaniu nie dopatrzyłam się niczego szczególnie zabawnego, nic mnie nie rozśmieszyło

Czarny humor nie zawsze jest śmieszny, nawet jeśli zawiera domieszkę niebieskiego :)

A w ogóle problem humoru skomplikowany jest. Bywa, że jedni mają wybujałe poczucie humoru, inni są go w ogóle pozbawieni. A bywa też tak, że niektórzy ludzie śmieją się z dowcipów, choć nie potrafią wyjaśnić, co właściwie jest w nich śmiesznego, bo, jak wiadomo, teoria humoru to trudny orzech do zgryzienia. (S. Lem, Summa Technologiae).

A None w dyskusji na Let's Have Fun! pisze, że

Wygląda na to, że humor to nie taka łatwa sprawa.

Też mi odkrycie :)

Anonimie, dziękuję za wyjaśnienia. ;)

O wyłudzaniu “na wnuczka” słyszałam, o napadach “na prezenterów”, nie. :(

A co do poczucia humoru – no cóż, każdy ma własne…

o napadach “na prezenterów”, nie. :(

 Nie słyszałaś, bo ta metoda została wymyślona na potrzeby tego opowiadania. W końcu to fantastyka czyli fikcja :) I całe szczęście! Mam nadzieję, że nikt tego nie będzie próbował wcielać w czyn :)

Nie no, nie chciałem żeby mój komentarz kończył się fatalnie! Mimo wszystko tekst czyta się bardzo dobrze:)

 

Powiadasz, że to wszystko w zasadzie niczemu nie służy? No czemuś tam służy! Np. temu, by wzbudzić refleksję, że życie jest jak to opowiadanie: tyle zachodu, a koniec nagły i do niczego! Miało być niebo, a jest radar!

 

A takie myśli to akurat mi do głowy nie przyszły:) Jakby chcieć opowiedzieć coś takiego to może przez pryzmat dorobkiewicza, który całe życie podporządkował karierze i robieniu kasy, a wali mu się to na łeb przez jakąś śmieszną błahostkę, która ustawia go w kolejce do zaświatów razem z tymi wszystkimi obibokami od lewych zasiłków i amatorami popijania Arizony pod sklepikiem na popegeerowskiej wsi. Kurde, pomysł na niezobowiązujące opowiadania jak malowanie;)

 

Tak na marginesie, kiedyś pracowałem na telefonach i umawiałem takie prezentacje. Naprawdę istnieje taki gatunek człowieka, dla którego te pokazy garnków czy innego badziewia stanowi atrakcję:) A te opowieści o numerze telefonu przekazanym przez jakąś tam znajomą to real story:) 

w kolejce do zaświatów

Akurat opowiadanie o stojących w kolejce do zaświatów mam na sumieniu i planuję go kiedyś tu wrzucić, tyle, że opko raczej humorystyczne nie jest :)

Niestety nie podeszło. Humoru nie zauważyłem (okej, gusta, może po prostu typ humoru był tu tak różny od mojego, że nie byłem w stanie go dostrzec, jak Płaszczak trzeciego wymiaru). Fabularnie też nie chwyciło. Zaczyna się fajnie – człowiek spodziewa się zabawy stereotypami ciągniętej przez niezłe dialogi, ale potem jeb, sru, przedziwny napad (rabunek? Psychopaci jacyś raczej…) i nieco absurdalna puenta. Trochę tak, jakby motyw radaru był puentą jakiegoś krótkiego dowcipu, a cała reszta została dopisana, by z kilkuzdaniowego żartu zrobić opowiadanie. 

Szkoda, zwłaszcza że widać, iż pisać umiesz, a wykonanie nienajgorsze. 

Pozdrawiam! 

Dziękuję za komentarz! Kiedyś, w erze bigbitu był taki zespół Niebiesko-Czarni, publika go kupiła. Niestety, mojego humoru niebiesko-czarnego nikt kupić nie chcę, chyba się pochlastam :)

Pozdrawiam wzajemnie!

Przeczytawszy.

Finkla

Zdaje się, że jeszcze mnie tu nie było.

Cholera, trudne do oceny opowiadanie. Napisane sprawnie, czyta się dobrze, nawet wciąga. Tyle że na końcu ani nie wywołuje emocji, ani nie potrafi rozbawić, a i puenta nie robi chyba takiego wrażenia, jak powinna. Inna rzecz, że ja z tych, którzy lubią mieć podane wszystko na tacy, więc może należało poszukać tych brakujących ogniw nieco głębiej.

Daruj krótki komentarz, ale chciałem w końcu zostawić jakiś ślad (czytałem w dniu publikacji), a czasu jak brakowało, tak brakuje.

Tak czy owak dziękuję za komentarz. No cóż, czarny humor jest specyficzny, a co dopiero niebiesko-czarny :) Po komentarzach widzę, że mój strzał mocno chybiony, ale cóż: Polacy nic się nie stało! Przecież to tylko zabawa :)

Pozdrawiam!

Rozmowy bardzo fajne, irytująco realistyczne. Sama scena akcji (jako scena, nie część opowiadania) mi się podoba. Reszta raczej średnia i raczej pozbawiona humoru. Koniec końców więc rozminąłeś się z oczekiwaniami i niestety koncert fajerwerków nie podszedł. 

NoWhereMan, podobny wniosek przedstawiam w komentarzu poprzednim.

Przepraszam, że spytam: co rozumiesz przez “koncert fajerwerków”?

“Koncert fajerwerków” to znak rozpoznawczy NWM. Sygnalizuje w ten sposób, czy Mu się tekst podobał.

To raczej nie jest fun. Bardziej mnie przeraziło niż rozśmieszyło.

Cóż, czarny humor raczej nie rozśmiesza. Ale przecież happy end jest to skąd to przerażenie? :)

O jej, mi też nie przypadło do gustu. Strasznie przegadane. I nie rozumiem, dlaczego naciągacze zabili Elę i Romana. 

 

Mężczyzna i kobieta uwijali się w salonie, wypróżniając szuflady i szafki.

Wypróżniali szafki? surprise Czy tylko ja skojarzyłam to z pewną czynnością fizjologiczną?

 

Nie, no co za nieużyty drań!

Ale w sensie, że jaki? :D

Po doborze niektórych słów w tekście byłbym skłonny obstawić, że to napisała kobieta. Lub ktoś, komu żona suszy głowę :D

Przedstawiłeś, anonimie, taką naszą rzeczywistość z typowymi domowymi problemami, chociaż mam wrażenie, że takie akwizytorstwo i prezentacje trochę obumarły w XXI wieku. Trochę, bo nie całkiem. Szkoda, że nie dowiadujemy się niczego o motywacji rabusiów?/morderców.

Niestesty nie ubawiło, ani nie wciągnęło zbytnio. Braknie jakiejś głębi, lub jeżei to groteskowa scenka, to lepszego humoru.

 

Świat Romana rozmywał się powoli jak w zwolnionym filmie, po czym sczezł.

Dlaczego to świat sczezł, a nie Roman?

 

 

SaraWinter:

nie rozumiem, dlaczego naciągacze zabili Elę i Romana

w celach rabunkowych, to chyba oczywiste uwzględniwszy kontekst

 

Synonimy słowa wypróżniać: bebeszyć, oczyszczać, ogołacać, opróżniać, rozładowywać, rozpakowywać, wybebeszać, wyładowywać, wyprzątać, defekować

 

nieużyty pot. «niechętny do pomagania komuś»

tu są także przykłady użycia tego słowa:

https://sjp.pwn.pl/slowniki/nieu%C5%BCyty.html

 

Mytrix:

Dlaczego to świat sczezł, a nie Roman?

Skrót myślowy. Pełne zdanie brzmiałoby:

Świat widziany przez Romana rozmywał się powoli jak w zwolnionym filmie, po czym sczezł.

Roman nie sczezł skoro chwilę później obserwuje świat z powrotem, lecz już jako duch.

 

w celach rabunkowych, to chyba oczywiste uwzględniwszy kontekst

Ok, rozumiem, ale jakoś ten motyw mnie nie przekonał. 

 

Co do wypróżniania, to po prostu było, ot takie moje, pierwsze skojarzenie, ale wiadomo, o co chodzi.

Dziękuję

Napiszę tak – dialogi niezłe, rzeczywistość złapana w sidła. Niestety fantastyki i zabawności nie za wiele.

Trochę z dialogów można jeszcze odjąć, np.

– Sylwia dzwoniła, wiesz?

Wzrok Romana z trudem zrywał więzi z ekranem peceta.

– Która Sylwia?

– Jak to która? – W głosie Eli dało się wyczuć utajoną nerwowość, jak zawsze gdy indagowała męża zanurzonego w wirtualnym świecie.

Ile Sylwii znamy?

– Policzmy – mruknął Roman wciąż merdając myszką. – Twoja koleżanka z liceum to raz, ta podstarzała damulka, co ją poznaliśmy na wczasach w Bułgarii to dwa, wychowawczyni Agaty z gimnazjum to trzy, wreszcie teściowa Dawida. Cztery – podsumował z tryumfem.

Wyboldowane, moim zdaniem niepotrzebne.

Nowa Fantastyka