- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Letnia bajęda o lekkim zabarwieniu erotycznym

Letnia bajęda o lekkim zabarwieniu erotycznym

Przepraszam najmocniej, ale w tekście występują niecenzuralne słowa oraz przedmiotowe traktowanie kobiet. Niestety bohater raczej nie należy do grona dżentelmenów, zresztą oceńcie sami...

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Letnia bajęda o lekkim zabarwieniu erotycznym

Paweł nie lubił rekonstrukcji historycznej. Wydawało mu się to głupie, takie tam przebieractwo, przypominające bezmyślny szoping, byle tylko wbić się w coś, co zakłuje w oczy metką i da asumpt do zatkania mordy snobującemu ego. To znaczy nie. Wiedział oczywiście, że te wszystkie walory edukacyjne, patriotyczne i popularyzatorskie to tak naprawdę słuszna rzecz i jeśli ktoś lubił, to owszem, czemu nie, tyle że żaden z tych dzisiejszych rycerzy nie rozpłata pod Grunwaldem znienawidzonego Krzyżaka, ani żaden warszawski powstaniec nie da stolicy swej krwi. Nawet nie kopnie Niemca w dupę, po prostu. Niezależnie od wszystkiego w rekonstrukcji nie sposób było przekroczyć pewnej granicy, przez co w oczach Pawła zabawa ta przypominała seks, niemogący zakończyć się satysfakcjonującym finałem. A Paweł był prawdziwym facetem i lubił robić rzeczy naprawdę. I Kaśka była naprawdę. Naprawdę jak cholera.

Pociągnął łyk piwa z plastikowego kubka i udając, że słucha, raz jeszcze omiótł spojrzeniem głęboki dekolt. Boże jedyny, oderwanie oczu od tych kształtów przychodziło z bólem. Piersi, pupa, biodra, wszystko to niczym wygłaskane z piany morskich fal. Tak pełne, soczyste, że tylko brać i pieścić, lizać i całować, ssać, przygryzać i więcej. O wiele więcej. Na przykład zaciskać dłonie na smagłej szyi, sadzić zbyt mocne klapsy, niekoniecznie w tyłek… Tylko czy ona lubiła takie rzeczy? Uhm, na pewno. Ten nieschodzący z jej ust uśmieszek, te spojrzenia, aha, jasne, niby przypadkiem raz i drugi taksujące jego krocze, no, do diabła!, przecież nie był głupi, wiedział, że lubi dużych chłopców i gotowa jest na naprawdę wiele, a on miał do zaoferowania podróż podniebnym rollercoasterem, wprost do krainy zapomnienia, gdzie zdjęte z nieba gwiazdy wciśnie jej do gardła i to mocno, tak mocno, że ostatni jęk rozkoszy ugrzęźnie w nim na wieki.

Dopił piwo i rzucił kubek w stronę dawno już przepełnionego kosza. Cholera, aż stwardniał. Przetarł czoło, uśmiechając się, że niby tak, to bardzo interesujące i jasne, strasznie dziś gorąco, ale od tego jest lato, więc przestań baranie marudzić i przeciskaj się przez tę cholerną ciżbę odwiedzających przeklęty piknik historyczny.

Bo Kaśka miała pewną wadę. Uwielbiała te rekonstrukcyjne klimaty.

– Chodźmy tam. – Pociągnęła go za rękaw. – Tam dzieje się coś ciekawego!

Zostawili wioskę Słowian, czy tam innych wikingów, kierując się w stronę rzędu armat, obstawionych kolorowym, napoleońskim wojskiem. Zmełł w ustach przekleństwo, wymijając spoconego grubasa. Dobrze, że przynajmniej zgubili Jacka, Martę i resztę znajomych z biura. Miał ich po dziurki w nosie na co dzień i na weekendzie byli mu potrzebni jak gwóźdź w dupie. Zgodził się na tę wycieczkę tylko ze względu na Kaśkę. A teraz zostali sami. No, nie licząc otaczającego ich tłumu. Ale przecież musiała tu gdzieś istnieć jakaś zaciszna ławeczka. Miejsce, gdzie mogliby tylko we dwoje… Od ich pierwszego spotkania czuł, że wzbudził jej zainteresowanie. Nowa sekretarka prezesa, no proszę, mogła kręcić pupą przed prawdziwymi szychami, robić karierę przez łóżko, a jednak wybrała jego. Cóż, dziewczyna jej pokroju potrzebowała prawdziwego faceta, nie ratujących się wiagrą staruchów. Kasa to nie wszystko, o nie, zresztą Pawłowi także nie brakowało pieniędzy.

– Panie i panowie! Chłopcy i dziewczęta! Przed wami jedyna w swoim rodzaju okazja ujrzenia niezwykłej sztuczki, jaką zaszczyt miałem prezentować oczom głów koronowanych i konsekrowanych, personom zdrowym na ciele i chorym na umyśle, biednym, bogatym i tym o nie do końca ustalonym statusie materialnym, słowem wszystkim, którzy gotowi byli za jej ujrzenie zapłacić skromny grosz, lub którzy po prostu przechodzili w pobliżu, zrządzeniem losu kierując wzrok akurat w moją stronę. Mili państwo! Tylko dziś i tylko tutaj! Lot na armatniej kuli!

Jakiś facet, wbity w mundur, który Paweł niejasno kojarzył z wojskiem starego Fryca, nagabywał kłębiącą się wokół placu gawiedź do obejrzenia szykowanego pokazu. Pewnie podrzędny aktorzyna, wynajęty przez rekonstruktorów, którzy po wszystkim wylecą do ludzi z kapeluszem, zbierając na to swoje stowarzyszenie czy inne kółko miłośników nikogo nic nie interesujących bitew. Ot, podwórkowy pijar, rzecz po kilku piwach do zbycia machnięciem dłoni. Ale na Kaśkę podziałało.

– Zostańmy! – Uwiesiła się mu na ramieniu. – Chcę to zobaczyć!

Parsknął, niby rozbawiony pomysłem, ale czując przy sobie żar jej ciała nie umiał odmówić. Zresztą trzeba przyznać, że naganiacz w oficerskim mundurze miał gadane, a jego chuderlawą, upodobniającą go do Don Kichota sylwetkę obserwowało się z miłym dla oka poczuciem współbrzmienia słów i gestów. Owszem, plótł bez większego sensu, mieszając przesadną teatralność z frazami rodem z cyrku Monty Pythona, ale mogło się to podobać, a na pewno zwracało uwagę.

– Dziś jednak rzecz niezwykła i nie lada wyzwanie! Oto lot na armatniej kuli obwołuję konkursem, w szranki którego stanąć może każdy, w sercu kogo nie brak odwagi i śmiałości zaimponowania lubym naszym sercom damom lub partnerom płci wszelakiej. Rzecz domaga się trójki uczestników, którzy wzleciawszy pod niebiosa, zmierzą się ze sobą względem przebytego dystansu. Zwycięży, kto doleci dalej, a zapewniam, iż będą to loty sycące wzrok ciekawskich nie gorzej niż bezmyślna przemoc oraz przypadkowa golizna.

– Uroczy cudak, prawda? – Uśmiech Kaśki uzupełnił się z zaciskaną na jego przedramieniu dłonią. – Ciekawe, co z tego wyniknie.

Rzeczywiście. Paweł musiał przyznać, że poczuł się zaintrygowany. Przy szpalerze armat zgromadziła się już zresztą całkiem spora grupa ludzi, wśród których zwykli, „cywilni” gapie, mieszali się z rekonstruktorami wszelkiego autoramentu, tak że całość wyglądała niczym wyjęta z futurystycznego komiksu, gdzie pomieszanie z poplątaniem gra pierwsze skrzypce. Tu rzymski centurion przechylał browar z puszki, tam ułan-szwoleżer podszczypywał Pocahontas, a między nimi sterczał pan Mietek z warzywniaka, z siatką Biedronki w ręce i mocnym postanowieniem, że jeśli każą mu tu za coś płacić, to on pierdoli taką historię, bo wiadomo że najlepiej było za Gierka i basta.

– Drodzy państwo, proszę o gromkie brawa! Mamy pierwszego zawodnika! Oto zbliża się ku nam nie kto inny, jak Sokrates we własnej osobie! Zapraszamy, bądź łaskaw zająć miejsce na pierwszej z armat, przyjacielu! Brawo, drodzy państwo, gorące oklaski!

Z tłumu po drugiej stronie placyku wynurzył się podstarzały jegomość z siwą brodą, przyodziany jedynie w przerzucone przez ramię prześcieradło. Pozdrawiając zebranych, podszedł do najbliższej z armat i usiadł okrakiem na jej zwróconej w niebo lufie. Cholera, starożytnych Greków Paweł dziś jeszcze nie widział, ten piknik musiał być o wiele większy, niż mu się wydawało.

– Któż odważy się być następny? – grzmiał facet w pruskim mundurze. – Przyjmuję jedynie zawodników o szlachetnych sercach i jądrach ze stali. Tak, tu nie ma żartów! To zabawa dla prawdziwych mężczyzn, chłopcom i niedorostkom dziękujemy. Zostańcie w domu, z mamusiami!

Salwa śmiechu rozdarła powietrze, gdy kolejnym z uczestników okazał się być kartoflanej urody mężczyzna w mundurze sowieckiego marszałka, w którym nawet średnio zorientowany w historii Paweł rozpoznał wypisz wymaluj zdobywcę Berlina Żukowa. Duch rekonstrukcji najwyraźniej zainfekował jegomościa do szpiku, bo czerwona gęba i bełkotliwe, rosyjskie pozdrowienia, które kierował do zebranych, niechybnie świadczyły o tym, że ma już dobrze w czubie. Zajął miejsce na armacie po prawej od Sokratesa, witając się z nim niezgrabnym zbiciem piątki.

– Ostatnia szansa! Kto waha się niech wie, że już za moment będzie zbyt późno, aby udowodnić wszem i wobec, że ma się między nogami najprawdziwszą armatę!

Znów wybuch śmiechu. Kaśka aż zapiszczała z ekscytacji. Objął ją ramieniem, przesuwając dłoń nisko, aż na pośladek. Pozwoliła mu na to, wtulając się w jego pierś niczym kotka. Weźmie ją dzisiejszej nocy, bez dwóch zdań, najpierw tylko zrobi to, co na jego miejscu zrobiłby każdy prawdziwy mężczyzna.

– Ja! – krzyknął hardo, unosząc dłoń. Wkroczył pewnym krokiem na plac, odklejając od siebie zaskoczoną dziewczynę. – Ja wygram te zawody!

– Brawo! – wychrypiał Prusak. – Gratuluję samopoczucia! Grunt, jak mówią, to dobre wychowanie, ale zawsze byłem zdania, że o wiele ważniejsza jest należyta pewność siebie. Czy pozwolimy temu pięknolicemu młodzieńcowi stanąć w szranki z owymi dwoma nygusami?!?

Tu zwrócił się w stronę Sokratesa i Żukowa, a gawiedź dookoła, do której oczywiście kierowane było pytanie, zawyła z aprobatą.

Ruszając ku wskazanej armacie Paweł nie spuszczał Prusaka z oczu. Może to przez urzekającą błękitnokrwistością urodę jego twarzy, a może delikatny, lecz wyczuwalny niemiecki akcent, który u Polaków zawsze wzbudzał szczególny rodzaj szacunku, ale było w tym facecie coś pieruńsko intrygującego.

– Panie i panowie! Chłopcy i dziewczęta! Oto chwila, na którą wszyscy czekali! Już za moment trójka śmiałków dosiądzie armatnich kul by wzbić się ku niebiosom i podążyć w nieznane! Gotujmy się na spektakl, na przecudne przedstawienie, gdzie męstwo i odwaga staną naprzeciw strachu przed tym, do czego ani trochę nie powołał nas Stwórca. Oto lot na armatniej kuli!

Siadając na lufie Paweł zastanawiał się, gdzie tkwił haczyk. Armata huknie, on się przestraszy, zleci na tyłek i już? Nie, zbyt banalne. Tu szykowało się coś więcej, nie potrafił tylko odgadnąć co. Może to jakaś artyleryjska gra, pokaz odwagi, walka kogucików w rywalizacji o prymat samca alfa? Jeśli tak, to nie miał się czego obawiać. Ci dwaj, obok, nie stanowili wyzwania.

– Ty, gieroj – sapnął ku niemu Żukow. – Trzymaj portki. I nie popuść!

Mężczyzna zaniósł się pijackim śmiechem, wkomponowując go w narastającą nad placem wrzawę niczym kwiat maku w łan młodej pszenicy. Paweł obrzucił rekonstruktora pogardliwym spojrzeniem, ale przezornie ujął dłońmi skraj wylotu lufy. Nie da się zrzucić z tego konia, o nie, wygra te absurdalne zawody, pieczętując tym samym swoją małą zdobycz, która już tam za nim piszczała, tak wilgotna, tak chętna, tak gotowa…

– Ogniomistrzowie, szykuj broń! – Prusak przeciął sprężystym krokiem przestrzeń przed wylotem skierowanych ponad najbliższe drzewa luf, przezornie schodząc z linii strzału. – Na moje trzy, dwa…

Paweł zacisnął uda i zagryzł wargi. Gdzieś z tyłu uderzyły werble.

– …jeden, pal!

Bum!

Rzeczywistość odpłynęła w okamgnieniu. Kolorowa pstrokacizna zgromadzonego na pikniku tłumu, wierzchołki najbliższych drzew, niewyraźna wstęga płynącej nieopodal rzeki, poszło to w diabły, ginąc w rozpędzonej szarówce, jakby nagle wpadł do tunelu podróży w czasie, takiego z amerykańskich produkcji science-fiction lat osiemdziesiątych. Tyle, że nie, tam zawsze były kolory, pęd się zgadzał, ale wielobarwny, nasycony, atrakcyjny dla oka, a tutaj mknęła przed nim szarówka niczym wyjęta z najbardziej przytłaczającego listopada w historii świata. Lub może Polski, bo przecież nikt inny poza nami nie rozumie, co znaczy zapaść się w otchłań szarówki dni listopadowych.

Bam!

Przydzwonił o ziemię ledwie zdawszy sobie sprawę, że się do niej zbliża.

Odbił się, przekoziołkował, uderzył jeden raz i drugi, aż wreszcie rozpłaszczył na trawie niczym naleśnik.

O dziwo wstał. Podniósł się, otrzepał, rozejrzał dookoła. Nie bardzo mógł uwierzyć w to, co się stało, ale przecież żył, miał się nieźle i nawet nie zbierało mu się na wymioty. Krocze co prawda piekło, jakby zbyt długo siedział na rozgrzanym betonie, ale do cholery, to chyba jeszcze o niczym nie świadczyło?!

Rzecz nabrała rumieńców, gdy nadleciał Sokrates.

Ten to przydzwonił. Jego prześcieradło furkotało w powietrzu tyle razy, że Paweł stracił już nadzieję, że staruszek w ogóle znajdzie się na ziemi. Lecz jednak. Filozof zarył tyłkiem w trawie, kończąc lot bliżej niż Paweł, choć nota za styl mogła tu jeszcze całkiem sporo zmienić.

– Halo, proszę pana! – Chłopak złapał się za głowę, gnając ku staruszkowi. – Nic się panu nie stało? Halo?! Proszę do mnie mówić!

Sokrates wstał i zamyśleniu począł gładzić siwą brodę. Wyglądało na to, że analizuje przyczyny porażki.

– Nie młodzieńcze, jestem cały. Dziękuję za troskę. – Uśmiechnął się, gdy Paweł dopadł do niego, chwytając za ramiona. – Poczekajmy jeszcze chwilę. Za moment wszystko się wyjaśni.

Wskazał palcem w niebo i mrugnął porozumiewawczo. Nie minęło wiele czasu, gdy na horyzoncie pojawił się Żukow.

Praw fizyki nie sposób oszukać. Kartoflana fizjonomia Rosjanina zwyciężyła. Żukow uderzył o ziemię o wiele dalej, niż oni i musieli czekać dobrą chwilę, zanim do nich dołączy.

– Job twoju mać. – Powitał ich uśmiechem. – Wielki chuj mi wyszedł! Ale ty trzymałeś portki, gieroj, widziałem. Zuch! Pogratulować!

Uścisnął dłoń Pawła, klepiąc go protekcjonalnie w ramię.

– Panowie, ale co tu się wyrabia?! Gdzie my jesteśmy?

– No, popatrzmy. – Sokrates odniósł się do bijących ze słów Pawła nut paniki ze stoickim spokojem i omiótł spojrzeniem przestrzał posępnej równiny. – O, tam – rzekł po chwili. – Minas Morgul. Wylądowaliśmy w Mordorze.

– A to dobre – zarechotał Żukow, sięgając po dyndającą mu na piersi lornetkę. – Niechże spojrzę.

Paweł zmrużył oczy, wlepiając wzrok we wskazanym przez Sokratesa kierunku. Rzeczywiście, w oddali majaczyła wieża, nad którą unosiło się ogromne, spowite płomieniami oko.

– Co jest?! – wrzasnął. – To jakaś kpina! Panowie, co tu się do kurwy nędzy dzieje!

Sokrates z Żukowem popatrzyli po sobie, ledwie powstrzymując uśmiechy.

– No co ty, tak mocno pieprznąłeś o glebę? – zapytał Rosjanin.

Pytanie zawisło w powietrzu, pozostając tam przez nieznośnie długą chwilę.

– Nie – odezwał się filozof. – Zdaje się, że mamy do czynienia ze świeżynką.

Położył dłoń na ramieniu Pawła, jakby tym opiekuńczym gestem chciał rozegnać absurd sytuacji.

– Usiądźmy. Widzę, ze należy ci się kilka słów wyjaśnienia.

Paweł zrzucił z siebie dłoń starca, wlepiając w niego pytające spojrzenie.

– Co tu jest grane? To jakaś ukryta kamera, czy jak?!

– Cóż, nie do końca – zasępił się Sokrates. – Ale coś w tym jest. Powiedz mi, drogi przyjacielu, jak się nazywasz i czym zajmujesz.

– Co? – wrzasnął chłopak. – Mam na imię Paweł i jestem managerem w bardzo poważnej firmie. Przyszedłem na ten pierdolony piknik żeby stuknąć jedną laskę, nic więcej! Czy taka odpowiedź wystarcza?!

– Owszem. A coś więcej?

– No, do cholery, jestem managerem i przyszedłem stuknąć laskę. Kaśkę znaczy, stuknąć ją!

Zająknął się, oślepiony myślą, że tak naprawdę to nic więcej o sobie nie wiedział. Miał na imię Paweł, był managerem i przyszedł na piknik żeby stuknąć Kaśkę, bo, do cholery, to zajebista laska była! I nic więcej. Nawet rozmiar noszonego buta był dla niego tajemnicą.

– Co jest… – stęknął, skacząc pełnym rozpaczy spojrzeniem od Sokratesa do Żukowa i z powrotem.

– Jesteś świeżynką, misiu. – Marszałek zmarszczył brwi. – Ale nic się nie bój. Wszystko ci wyjaśnimy.

Sokrates pokiwał głową.

– Posłuchaj – rzekł, poprawiając fałdy swego prześcieradła. – Nie jesteś człowiekiem, jak ci się to dotychczas wydawało. Żaden z nas nie jest. Jesteśmy postaciami literackimi, a raczej wypadkową tego, co o nas napisano. Figurami, zaokrąglonymi do przeciętnej czytelniczych wyobrażeń.

– Co? To jakieś żarty?!

– Nie. Popatrz. To jest marszałek Żukow. A raczej to, jak wyobraża go sobie zbiorowy, czytelniczy mózg. Jegomość kartoflany, wiecznie wstawiony i przy każdym kroku pobrzękuje medalami. A ja to Sokrates. Rozmyślam, zaplątany w to durne prześcieradło, bo tak mnie sobie wyobrażają. Nawet srać nie muszę, bo i po co?

– Jak to?

– No tak to – wtrącił się Żukow. – Każdy z nas pochodzi z jakiejś pisaniny, a jej odbiór buduje wyobrażenie. My to niby postaci historyczne, ale tylko pozornie, bo byliśmy bohaterami tylu książek i opowiadań, że nie zliczę. I proszę, popatrz!

Wyprężył się, niemal strzelając obcasami. Rzeczywiście, ordery na jego piersi zabrzęczały.

– Otóż to – podjął Sokrates. – I ty też jesteś bohaterem jakiejś opowieści. Wprawdzie niedokończonej, bo pojawiłeś się, a nie wiesz, czym jesteś, lecz jednak. Masz na imię Paweł, chcesz czegoś dokonać i na tym się kończysz, bo autor nie napisał jeszcze dla ciebie ciągu dalszego, a rzesza czytelników nie przefiltrowała cię przez pryzmat odbioru. Prawdę powiedziawszy najciekawsze jest to, z jakiej książki pochodzisz. Co, Żukow, zabawimy się w detektywów?

– Się rozumie! – Rosjanin wydobył zza pazuchy piersiówkę i podał ją Pawłowi. – Dla kurażu, gieroj. Oswoisz się, jak każdy.

Paweł chwycił flaszeczkę i pociągnął od serca. Jeśli miał zmierzyć się z tą urojoną fantazją, to na pewno nie na trzeźwo.

– Polak, młody, dobrze uposażony i z chętką na bałamucenie kobiet – mruknął Sokrates. – Podejrzewam kryminał. Co ty na to Żukow?

– No, z gęby widać, że erotoman-sadysta. Kryminał jak się patrzy. To teraz popularne.

– Dobrze, pomyślmy. Polski kryminał, kogo tam znamy? Prokurator Teodor Szacki? – strzelił filozof. – Nic ci to nie mówi?

Paweł zaprzeczył ruchem głowy.

– Może ten psycholog śledczy, jak mu tam, Hubert Meyer?

– Też nic.

– Wiem! Komisarz Jakub Mortka! – wypalił Żukow. – Spotkałem niecnotę w ubiegłym tygodniu, strasznie był sponiewierany po ostatniej książce.

– O, niezłe! – przyklasnął Sokrates. – Też nic? Czy jednak?

Paweł znieruchomiał, bojąc się odległego echa, jakie rzucone przez Rosjanina nazwisko przywoływało. Komisarz Jakub Mortka, mógł to już gdzieś słyszeć.

– No, mamy zająca! – przerwał jego wahanie Żukow. – Jesteś erotoman-morderca z nowej książki o Mortce! Szach i mat! Na jesieni w księgarniach!

– I po bólu – Sokrates klepnął Pawła w ramię. – Teraz wiesz na czym stoisz.

Paweł przechylił piersiówkę, oszołomiony tym, co usłyszał. W głębi jego serca narastało przekonanie, że jakoś mu się to wszystko układa, że chyba wylądował we właściwym dla siebie miejscu.

– Ale ten Prusak… – stęknął.

– Prusak? Aaa… Münchhausen. On w kółko z tymi armatami. Taki typ, nic nie poradzisz.

– Ale jak to możliwe, że my tu, razem?

Rozłożył ramiona, dając do zrozumienia, że nie zgadza się mu już tylko ten drobny element.

– No, ktoś pewnie o nas napisał – sapnął Żukow. – I teraz czytają takie bzdety. To się cały czas zdarza, rozumiesz, durne fanfiki. Ja zdobywałem już Berlin w takich konfiguracjach, że nie uwierzysz. Raz nawet na czele armii Uruk-hai.

Wskazał palcem w kierunku wieży.

– Uszy do góry! – Sokrates wyjął piersiówkę z dłoni Pawła i napił się. – O tę dziewczynę to się nie martw. Jak książka trafi do księgarni to będziesz ją gwałcił i mordował przy każdym czytelniku, zbrzydnie ci jeszcze, zobaczysz. A teraz w drogę, póki godzina młoda. Sauron może nie jest szczególnie bystry, ale bawić się to potrafi. Odwiedźmy łobuza, niechże nas trochę pogości!

Podciągnął prześcieradło i ruszył w kierunku wieży.

– No, gieroj – mrugnął porozumiewawczo Żukow. – Mordor, czyli wojna będzie. A na wojnie gwałcić i mordować to mus. Choć, z nami biedy nie zaznasz.

Paweł wydął wargi w nieco kwaśnym uśmiechu, lecz cóż mu pozostało? Gwałcić i mordować, na niczym innym się przecież nie znał.

Pognał za Żukowem niczym smyk za starszym bratem.

Koniec

Komentarze

To, co napisałełaś w przedmowie może niektórych zniechęcić. Zabarwienie erotyczne jest, przedmiotowe traktowanie kobiet jest, ale według mnie nie ma w tym przesady. Fun również jest.

Świetny pomysł z armatą i “podróżą” bohaterów. Fajne zakończenie. Podobało mi się :)

Styl narracji doskonale dopasowany do postaci głównego bohatera. W ogóle bardzo dobry styl i bardzo dobrze skonstruowany narrator, idealnie współgrający z tym gwałcicielem in spe – Pawłem. Nawiasem mówiąc, już na początku ówże delikwent zaleciał mi jakimś kryminogennym smrodem i byłam mile (sic!) zaskoczona, gdy w końcówce okazało się, że tak właśnie miało być. Luz, zjadliwy humor, plastyczny język, proporcjonalna dawka absurdu – dobry tekst, przyjemna lektura, adekwatny finał, który – co muszę przyznać – bardziej trafił do mnie przy czytaniu drugim niż po pierwszym kontakcie, ale w tej chwili akceptuję go bez zastrzeżeń. Poniżej to, co mi w oko wpadło, rzecz jasna bez uwag na temat braków interpunkcyjnych, bo są nudne.

 

(..) co zakuje w oczy metką (…)

To od „zakuty łeb” czy niekoniecznie?

 

Boże jedyny, oderwać oczu od tych kształtów przychodziło z bólem.

„oderwanie” – rzeczownika potrzebujesz, nie bezokolicznika.

 

nie koniecznie w tyłek…

Oczywiście miało być razem, tylko się wypskło spod kontroli, prawda?

 

– Panie i Panowie! Chłopcy i dziewczęta!

Tu też się wypskło.

 

(…) jaką zaszczyt miałem prezentować oczom głów koronowanym i konsekrowanym,

I tu się wypskło: koronowanych i konsekrowanych

 

w szranki którego stanąć może każdy, w sercu kogo nie brak odwagi i śmiałości zaimponowania

A tu nie wiem czy się wypskło czy nie, ale powinno być: „komu w sercu nie brak odwagi …” E, i tak jakoś nie brzmi.

 

lubym naszym sercom damom lub partnerom płci wszelakiej.

Dobre! Bardzo na czasie! Tu emotka z gatunku tych turlających się!

 

1. Cholera, starożytnych greków Paweł dziś jeszcze nie widział

2. niemiecki akcent, który u polaków zawsze wzbudzał szczególny rodzaj szacunku

A, dajżepanspokój! Jeszcze bym zrozumiała Marsjan napisanych małą literą, bo to zielone cholerstwo furt w nocy porywa ludzi, potem oddaje nadpsutych, z czipami we łbach i trzeba ich leczyć, ale w powyższych przypadkach? No, bez przesady!

 

niezgrabnym zbiciem piątki.

„przybiciem”, zda mi się.

 

Siadając na zimnej lufie Paweł zastanawiał się, gdzie tkwił haczyk.

Ta lufa to albo chłodzenie miała, albo narrator ściemnia: „Przetarł czoło, uśmiechając się, że niby tak, to bardzo interesujące i jasne, strasznie dziś gorąco, ale od tego jest lato,” Według mnie, raczej powinna parzyć w tyłek.

 

Mężczyzna zaniósł się pijackim śmiechem, wkomponowując go w narastającą nad placem wrzawę niczym kwiat maku w łan młodej pszenicy.

Bardzo fajnie wtrynione, absurdalne porównanie! Kompletnie od czapy! Podoba mi się!

 

1. – Nie – odezwał się filozof. – Zdaje się, że mamy do czynienia ze świeżynką.

2. jakie znał z durnych, amerykańskich produkcji science-fiction lat osiemdziesiątych.

3. I nic więcej. Nawet rozmiar noszonego buta był dla niego tajemnicą.

Był świeżynką, guzik wiedział, nie znał numeru własnych butów, ale dysponował wspomnieniami z lat osiemdziesiątych? Ktoś tu mąci. Albo autor, albo narrator. Albo obaj pospołu.

Matko jedyna, czegóż to mam się spodziewać po opowiadaniu, skoro już w przedmowie Anonim przeprasza za to, co będzie potem! A potem przekonałam się, że jest naprawdę nieźle, bo pomysł na opowiadanie okazał się zacny, a opisanie spostrzeżeń i przemyśleń Pawła także przypadło mi do gustu. Niespodziewany zwrot akcji zaskoczył, a finał znalazłam jako naprawdę satysfakcjonujący. ;)

 

wbić się w coś, co za­ku­je w oczy metką… –> …wbić się w coś, co za­kłu­je w oczy metką

Chyba że, Anonimie, miałeś na myśli metkę-młot.

 

– Tam dziej się coś cie­ka­we­go! –> Literówka.

 

Mili Pań­stwo! –> Mili pań­stwo!

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

upodob­nia­ją­cą go do don Ki­cho­ta… –> …upodob­nia­ją­cą go do Don Ki­cho­ta

 

i mu­sie­li cze­kać dobrą chwi­le… –> Literówka.

Dzięki dziewczyny, bardzo się ciesze, że się podobało!

 

Saro, mam nadzieję, że tych zniechęconych nie będzie aż tak wielu, nie chciałem po prostu nikogo urazić, bo przecież chodzi o fun, nie wkładanie kija w mrowisko (tym razem;)

A, no i pomysł z armatą to niestety jedynie taki ukłon w stronę jednej z moich ulubionych postaci literackich, nie pomysł autorski. Ale fajnie, że się spodobał, zachęcam do podążenie tropem jegomościa od armat, fantastyczne przygody gwarantowane :)

 

w_baskerville, dzięki ogromne za miłe słowa, to chyba największa radość do autora, gdy czytelnik odnajduje podrzucane tropy, dzięki którym lektura staje się dla niego przyjemniejsza. Bałem się trochę, żeby w tych wstępnych fragmentach nie przeholować w stronę tandetnej erotyki, a w każdym razie nie takiej niesmacznej, bo tandeta jakoś do Pawła pasuje i mam nadzieję, że się udało. Dzięki za bardzo konkretną łapankę, jak zawsze babolków zostało w tekście sporo.

 

Boże jedyny, oderwać oczu od tych kształtów przychodziło z bólem.

„oderwanie” – rzeczownika potrzebujesz, nie bezokolicznika.

Hmm, no własnie. Kombinowałem z tym zdaniem i chyba pomieszałem urok podwórkowego slangu z poszukiwaniem językowej poprawności. W każdym razie nie wyszło tak, jak trzeba:)

 

(…) jaką zaszczyt miałem prezentować oczom głów koronowanym i konsekrowanym,

I tu się wypskło: koronowanych i konsekrowanych

Kurde i tu się zagubiłem z przeróbkach tego długaśnego zdania… 

 

w szranki którego stanąć może każdy, w sercu kogo nie brak odwagi i śmiałości zaimponowania

A tu nie wiem czy się wypskło czy nie, ale powinno być: „komu w sercu nie brak odwagi …” E, i tak jakoś nie brzmi.

No i ciąg dalszy. Chyba jeszcze inaczej trzeba by to ująć…

 

lubym naszym sercom damom lub partnerom płci wszelakiej.

Dobre! Bardzo na czasie! Tu emotka z gatunku tych turlających się!

A, dziękuję, czasem człowiek nabiera ochoty pójścia za trendem:)

 

1. Cholera, starożytnych greków Paweł dziś jeszcze nie widział

2. niemiecki akcent, który u polaków zawsze wzbudzał szczególny rodzaj szacunku

A, dajżepanspokój! Jeszcze bym zrozumiała Marsjan napisanych małą literą, bo to zielone cholerstwo furt w nocy porywa ludzi, potem oddaje nadpsutych, z czipami we łbach i trzeba ich leczyć, ale w powyższych przypadkach? No, bez przesady!

Oto odwieczna zagadka kosmosu. Głupich Krzyżaków poprawiłem na wielką literę w ostatnim czytaniu tekstu, a to? Tego nie da się wyjaśnić! Wstyd i sromota… 

 

Mężczyzna zaniósł się pijackim śmiechem, wkomponowując go w narastającą nad placem wrzawę niczym kwiat maku w łan młodej pszenicy.

Bardzo fajnie wtrynione, absurdalne porównanie! Kompletnie od czapy! Podoba mi się!

Fajnie, że się spodobało! Jedną z największych zalet opowiadań pisanych na luzie, z jakąś tam dawką absurdu jest to, że można w tekst wsadzić nagle coś takiego, z innej bajki i tylko dodaje to całości uroku:) No i w ogóle, jak letnia bajęda, to polne kwiaty, łany pszenicy złotem malowane i dzięcielina pała:)

 

Siadając na zimnej lufie Paweł zastanawiał się, gdzie tkwił haczyk.

Ta lufa to albo chłodzenie miała, albo narrator ściemnia: „Przetarł czoło, uśmiechając się, że niby tak, to bardzo interesujące i jasne, strasznie dziś gorąco, ale od tego jest lato,” Według mnie, raczej powinna parzyć w tyłek.

1. – Nie – odezwał się filozof. – Zdaje się, że mamy do czynienia ze świeżynką.

2. jakie znał z durnych, amerykańskich produkcji science-fiction lat osiemdziesiątych.

3. I nic więcej. Nawet rozmiar noszonego buta był dla niego tajemnicą.

Był świeżynką, guzik wiedział, nie znał numeru własnych butów, ale dysponował wspomnieniami z lat osiemdziesiątych? Ktoś tu mąci. Albo autor, albo narrator. Albo obaj pospołu.

No, tu mnie przyłapałaś na srogiej niekonsekwencji. Teraz będę zachodził w głowę, jak to wyprostować…

 

I edytka:

regulatorzy, dzięki! Bardzo się cieszę, że opowiadanie umiliło Ci kilka chwil życia. Jeśli uznajesz lekturę za satysfakcjonującą, to jestem kontent i mogę spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku:)

 

 I edytka kolejna:

Poprawiłem te okropne babole, więc jeśli ktoś jeszcze ma ochotę na lekturę, to zapraszam:)

 

Przeczytawszy.

Finkla

Münchhausen i finał odkupiły mi nieco przydługi początek oraz rozejście się z realiami. Rekonstrukcje historyczne to raczej imprezy monotematyczne, że tak powiem (bitwy, wydarzenia), a nie zbieranina ludzi w kostiumach każdy z innej bajki. To prędzej jakiś festyn albo święto ludowe :P Albo zlot cosplayowców, ale nie rekonstrukcja.

Paweł jest antypatyczny i mogę to zaakceptować – z tym nie mam problemu, bo tacy ludzie istnieją (wręcz w nadmiarach), więc dlaczego nie mają istnieć w literaturze? Uważam wręcz, że niepotrzebnie się tłumaczyłeś/aś z antypatycznego bohatera w przedmowie. Natomiast mam trochę alergię na to, że “chłopak” i od razu “menedżer” w dużej firmie. Nie za wcześnie? Ale nie znam się na korpo.

Ogólnie lektura umiarkowanie satysfakcjonująca, na pewno bardziej niż większości tekstów w tym konkursie, jak na razie.

 

Technicznie coś tam zgrzyta, ale nie wypisywałam, sorry, trochę nie mam na to czasu ;)

Całkiem, całkiem. :)

Początek trochę mnie przestraszył, bo miałem obawy, że brniesz w jakiś prymitywny, rubaszny humor, ale szczęśliwie na obawach się skończyło. Nawet fajna historia, na pewno w pewien sposób pomysłowa, czyta się nieźle, może bez większego zachwytu, ale też i bez poczucia zmarnowanego czasu.

Naprawdę przyzwoite opowiadanie.

P.S. Daruj krótki komentarz, ale tak “tłuczecie” tymi opowiadaniami konkursowymi, że nie nadążam komentować. :)

– Nie młodzieńcze, jestem cały. Dziękują za troskę. → Dziękuję

 

Bardzo sprawnie napisane, narracja stylizowana odpowiednio, ciekawe postaci i bohaterowie i twist też jest. Pomysł dobry, może nie nowatorski, ale przecież dobrze wykonany i sprawiający przyjemność z czytania. Czy rozbawiło? Uśmiechnęło, ale w głos się nie śmiałem. Ale, ale, ja wcale śmiania się w głos nie wymagam, bo w głos to się człowiek śmieje albo z rzeczy genialnych, albo z tych całkiem przyciemnych.

Ciekawy język, użyte fajne słowa. Ktoś z dobrym piórem to napisał i warsztatem co najmniej solidnym.

Opko lepsze od tych dodanych do konkursu wcześniej, a tych dalej to jeszcze nie czytałem. Co ważne, w tych niespełna 19k znaków udało się zmieścić i określonych bohaterów, i opisy, i zabawny język, i fabułę.

 

Pozdrawiam!

 

klik

Podczas lektury (a także już po niej) w mojej głowie rodziło się wiele pytań. Domyślam się, że lot na kuli jest nawiązaniem do czegoś, ale czego? Co filozof i marszałek robili w cudzej książce? W jaki sposób kula przeniosła bohaterów do Mordoru? Jak kartoflana fizjonomia miałaby poprawiać aerodynamikę? Dlaczego Żukow pojawił się z takim opóźnieniem, skoro wszyscy ruszyli równo? Tyle pytań, tyle zagadek…

Mówiąc bardziej poważnie – czytało się przyjemnie, choć momentami czułem się nieco zagubiony, nie potrafiłem zrozumieć celu niektórych zabiegów. Nie jest to poważny minus, jednak w moim odczuciu minusem pozostaje. 

Na plus – kreacja głównego bohatera, który jak już kilkukrotnie wspomniano, jest dokładnie tak oślizgły, jak być powinien. Dialogi całkiem przyjemne, opisy nawet lepsze, humor obecny, świeży i nawet zabawny. 

Przyjemne czytadło, choć jak dla mnie trochę za dużo grzybków pływa w tym barszczu.

Lot na kuli armatniej – baron Münchhausen, jedna z najbardziej znanych opowiastek

Hej! Dzięki za wizytę i pozostawienie po sobie śladu!

 

drakaino, musisz mi wybaczyć sprowadzenie tak szlachetnej działalności jak rekonstrukcja historyczna do ram prowincjonalnego festynu, ale to pierwsza cegiełka budująca absurd w tym tekście. Ja rekonstruktorów kocham i szanuję, ale dziś imprezy typu “piknik historyczny” są już tak powszechne, że niedługo może faktycznie zmienią się w swoisty lunapark z tanimi atrakcjami. A przynajmniej taka wizja jakoś mnie rozśmiesza:)

No i ten “chłopak” pada chyba jedynie w kontekście pozostałej dwójki uczestników konkursu, a przy tych uświęconych tchnieniem historii postaciach Paweł nie może wypaść inaczej, niż jak chłopak, no chłopaczyna nawet, może i pełen dobrych chęci i zapału, ale przecież znać się na czymkolwiek to toto nie może:) Zresztą menedżer 30+ to nic niezwykłego, a w dzisiejszych czasach 30+ ma bliżej do chłopaka, niż mężczyzny. Zresztą rozróżnienie tych pojęć to temat-rzeka, nie mnie rozstrzygać:)

 

CM, daruję, oczywiście:) Tekstów przybywa i myślę, że zbierze się ich finalnie całkiem sporo, oby jak najlepszych! Najważniejsze, że obyło się przy lekturze bez poczucia zmarnowanego czasu, a ta obawa, która się u Ciebie pojawiła, to nawet mi dobrze na duszy zrobiła:) Nie ma jak to na wstępie “zmylić przeciwnika”:)

 

Mytrix, dzięki za klika! “Uśmiechnięcie” to mój max, bo ludzi, którzy potrafią kilkoma słowami wywołać szczere rozbawienie mogę jedynie podziwiać. Moja półka jest w tej kategorii bardzo-bardzo niziutko:)

 

Co ważne, w tych niespełna 19k znaków udało się zmieścić i określonych bohaterów, i opisy, i zabawny język, i fabułę.

 

Fajnie, że o tym wspominasz. Udało się, bo żeby napisać coś sensownego, to musi się “udawać”. Jęczydusze na dwudziestu k znaków ledwie wprowadzające bohatera odsyłam do ciężkich robót na odcinku drabli. Tam nabiorą odpowiedniego spojrzenia na proporcję tego, ile czego i gdzie w tekście powinno się znajdować. Po jakimś czasie okaże się, że i w drablu jest miejsce na wodolejstwo;)

 

None, tak wiele pytań, a czasu brak;) Bardzo się cieszę, że humor obecny i w ogóle że “dał ten tekst radę”. Prawda, jak to przy takich luźnych opowiastkach jakieś nawiązania się pojawiły i niektóre rzeczy mogą być niejasne, choć też starałem się za każdym razem wyłożyć kawę na ławę – jak z tym Munchhausenem. Po cichu to liczyłem na jakieś głosy oburzenia ze strony znawców kryminałów, którzy w “świętej trójcy” wymienianej przez bohaterów widzieli by kogo innego. Ale może jeszcze ktoś rzuci pierwszy kamień… 

Z tą rekonstrukcją to może wyjaśnię dokładniej: piszesz, że Paweł nie lubi, a jego dziewczyna owszem “rekonstrukcję historyczną”, taki termin konkretnie pada. Czyli ona nie wie, co to jest reko? To mi zgrzyta, a nie buduje absurd.

Tak gwoli ścisłości to pada: “Paweł nie lubił rekonstrukcji historycznej” oraz “Kaśka miała pewną wadę. Uwielbiała te rekonstrukcyjne klimaty”. Rozumiesz oczywiście, co oznacza ta różnica, a w zasadzie brak precyzji, jaki pojawia się w drugim przypadku. Może to zgrzytać, jak wszystko – takie jest święte prawo czytelnika.

Zresztą absurd nie jest tu zbudowany na stosunku którejkolwiek z postaci do zjawiska rekonstrukcji, tylko na jego przedstawieniu w krzywym zwierciadle taniego festynu, gdzie wszystko może być od czapy, aby tylko ludożera się dobrze bawiła.

Stąd też nie jest to rozejście się z realiami, o czym wspominasz w pierwszym poście, a świadome ich wypaczanie, które oczywiście podobać się nie musi.

 

 

Oczywiście, że w drabblu jest miejsce na lanie wody. Dopiero dribelki wymuszają zwięzłość.

To pisałam ja, Finkla.

Anonimie, nie jestem do końca przekonana tą argumentacją, wydaje mi się ona lekko naciągana i ad hoc, ale to Twój tekst, więc ostatecznie Ty decydujesz o jego kształcie, a czytelnicy co najwyżej zgłaszają swoje zastrzeżenia.

Podobało mi się. Językowo sprawnie i praktycznie bez błędów. Zostałem posądzony nawet o autorstwo tego opowiadania, czemu niniejszym zadaję kłam, choć przyznam, że nie powstydziłbym się tego dzieła. Jest fun, jest fantastyka, czyta się przyjemnie.

A ja się nudziłem, jak na fun to nie fun.

Jej, Finklo, a jaka jest między nimi różnica?

 

drakaino, przykro mi, że nie jestem w stanie rozwiać Twoich wątpliwości, niemniej nic tu na poczekaniu nie zmyślam, odwołuję się do tego, co w tekście jest i cały czas było. 

Taka ogólna uwaga na boku. Całe to “zgrzytanie”, które sporo osób wciąga do swojego podręcznego słownika krytyki, obsługuje chyba te z zastrzeżeń, których natury czytelnik nie potrafi sobie uświadomić. Trudno jest się do takich uwag odnosić, bo jeśli czytelnik nie wie co mu nie pasuje, to ja mu tego nie powiem. Dla mnie jest ok, w przeciwnym razie napisałbym inaczej. Stąd też uwagi typu „coś mi tu zgrzyta”, albo „to a to nie brzmi najlepiej” przypominają trochę to, co Pawłowi przypomina rekonstrukcja historyczna.

 

Chrościsko, dzięki za miłe słowa i klika! Cieszę się bardzo, że lektura sprawił ci przyjemność:)

 

No i Tomaszu, tu mi z kolei przykro, że się nie udało:( Jak wiadomo poczucie humoru miewamy bardzo rozmaite, a ja już bardziej w fun nie potrafię. Chyba mało ze mnie funiasty człowiek ;)

Dribble to 50 słów.

50 słów to nie próbowałem. Ale to idealne rozwiązanie na pomysły z cyklu “na pół drabbla”:)

Fajny ten koncept z armatami, bo wciąga czytelnika. No i żarty z pisanych taśmowo kryminałów zawsze na propsie.

Ale mnie i tak najbardziej urzekło zdanie (pomijając, że nie bardzo pasuje ono do charakterystyki bohatera):

Lub może Polski, bo przecież nikt inny poza nami nie rozumie, co znaczy zapaść się w otchłań szarówki dni listopadowych.

 

Z baboli zostało Ci jeszcze:

gdzie męstwo i odwaga staną naprzeciw strachu przed tym,

 

i kilka literówek:

przezornie schodząc z linii strzału.

Krocze co prawda piekło, jakby zbyt długo siedziała na rozgrzanym betonie

Pomysł diaboliczny, spodobał mi się!, lubię bohaterów zstępujących z ekranu, opisanego literami, czy/i ruchomym obrazem oraz aluzje do popowej literatury erotycznej. Przy ostatnim szczególnie byłam ciekawa, czy uda Ci się. Po prawdzie to kibicowałam na „tak”, albowiem wiem, że to niełatwe.

Świetnie napisane, postaci żywe, dialogi, dekoracje. Czuć tę imprezę rekonstrukcyjną. Wciąga, choć bohater odstręcza, ale nurtuje równie silnie, co też autor wymyśli, jakiego mu psikusa szykuje.

 

Zatrzymało mnie to zdanie: 

‚Nowa sekretarka prezesa, no proszę, mogła kręcić pupą przed prawdziwymi szychami, robić karierę przez łóżko, a jednak wybrała Pawła.

tu, chyba jego? albo w ogóle – nic, albo zmień tak, żeby to zdanie nie wybijało się z myśli Pawła. Podobnie w ostatnim zdaniu tego akapitu: myśl Pawła i o nim komentarz. Tak mi się wydaje.

 

Już w biblio, ja też bym kliknęła.

Jeszcze jedno, czy zabawne – tak. Zdecydowanie jest humor:)))

Zgrabnie napisane i nawet zaskakujące na końcu, z pewnością takiego finału się nie spodziewałam. Pomysł z armatami ciekawy i fajnie przedstawiony. W sumie zabrakło mi w tym jedynie jakiegoś wątku przewodniego, w efekcie czego bardziej pasowałoby mi to na wstęp do jakiejś dłuższej historii, niż samodzielny byt. 

Motyw z bohaterem, który uświadamia sobie, że nie wie nic na swój temat poza jakimś podstawowym założeniem, skojarzył mi się z jakimś filmem, który kiedyś widziałam, ale teraz za nic nie mogę sobie przypomnieć tytułu ;)

Bardzo dobrze przedstawiasz również myśli takiego klasycznego zwyrodnialca z literatury lub filmów. 

Ogólnie ciekawa zabawa konwencją. 

Ale mnie i tak najbardziej urzekło zdanie (pomijając, że nie bardzo pasuje ono do charakterystyki bohatera):

Lub może Polski, bo przecież nikt inny poza nami nie rozumie, co znaczy zapaść się w otchłań szarówki dni listopadowych.

Dzięki coboldzie! Pozwoliłem sobie w tym miejscu odejść od bajdurzenia o przygodach bohatera i napisać coś od siebie, tak prosto z trzewi, żeby choć jakiś ułamek prawdy o świecie spróbować zawrzeć w tym czysto przecież rozrywkowym kawałku. Miałem to nawet w ostatnim czytaniu skasować, ale może dobrze, że tego nie zrobiłem ;)

 

Z baboli zostało Ci jeszcze:

gdzie męstwo i odwaga staną naprzeciw strachu przed tym,

Przepraszam, ale tu nie kapuję.

 

Asylum, dziękuję bardzo! Zwróciłaś mi uwagę na bardzo ważną rzecz. Czasem zbyt nonszalancko traktuje kwestie narratora i później tak to się plącze – zapamiętać, na przyszłość!

 

Caphiedomiko, również wielkie dzięki za dobre słowo! Ten wstęp do dłuższej historii to mnie prześladuje – prawie wszystko, co napiszę się tym cechuje. Myślałem, że tym razem będzie inaczej, ale rzeczywiście, także tę historyjkę można potraktować jako swoiste otwarcie.

A’propos filmu, przypomniał mi się film “Memento”, tam było coś podobnego – bohater każdego dania traci pamięć, mogąc zachować jedynie jakiś niewielki fragment przeszłości. Dobrze już tego nie pamiętam, w każdym razie facet był, zdaje się, cały wydziarany, bo w taki sposób “zapisywał” to, czego już się dowiedział – czy jakoś tak, bo dawno już oglądałem:)

Nowa Fantastyka