- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Właściwa interpretacja

Właściwa interpretacja

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Właściwa interpretacja

Ko­man­dor Lio­nel de Eagle, z Za­ko­nu Ako­li­tów Pa­triar­chy Ro­ma­na zwa­nych po­wszech­nie za­ka­pio­ra­mi, czuł na­ra­sta­ją­cą wście­kłość. Ktoś ukradł mu parę butów. Co gor­sza, zni­kły nie te, od ofi­cjal­ne­go za­kon­ne­go stro­ju, z sza­rej skóry na ple­cio­nej po­de­szwie, tych miał w sza­fie ja­kieś trzy­dzie­ści sześć par: w tym wer­sje let­nie, zi­mo­we, ba­gien­ne i wo­jen­ne. Po­zba­wio­no go obu­wia prze­zna­czo­ne­go do dzia­łań in­co­gni­to, wy­jąt­ko­wo kosz­tow­ne­go i ele­ganc­kie­go. Zgi­nę­ły no­wiut­kie ciżmy z dłu­gi­mi no­sa­mi krę­co­ny­mi jak ba­ra­nie rogi, do tego zgod­nie z naj­now­szą modą pięk­nie bar­wio­ne, prawy na żółto, a lewy na czer­wo­no i ma­gicz­nym, rocz­nym, gwa­ran­to­wa­nym za­klę­ciem, za­bez­pie­czo­ne przed prze­mok­nię­ciem i prze­tar­ciem. Iry­ta­cja Lio­ne­la była tym więk­sza, że dziś wie­czo­rem miał w nich udać się do księż­nej Ka­ta­rzy­ny de Bim­bo­dur. Oczy­wi­ście w celu za­cho­wa­nia dys­kre­cji miał sta­wiać się u niej nie w cha­rak­te­rze prze­ło­żo­ne­go za­kon­nej ko­man­do­rii, ale jako ry­cerz don Juan de Juran. Spek­trum misji było bar­dzo sze­ro­kie i obej­mo­wa­ło: ochro­nę bez­po­śred­nią, omó­wie­nie po­li­tycz­nych pla­nów księ­cia mał­żon­ka, syn­chro­ni­za­cję dzia­łań za­ko­nu i służb ksią­żę­cych, wy­mia­nę da­nych wy­wia­dow­czych oraz prak­tycz­nych spo­so­bów po­zy­ski­wa­nia in­for­ma­cji. O za­an­ga­żo­wa­niu ko­man­do­ra w ten ostat­ni aspekt krą­ży­ły le­gen­dy. Zwy­kle po­mi­ja­ły one służ­bo­we spek­trum spra­wy, a kon­cen­tro­wa­ły się na po­wierz­chow­nej cie­le­sno­ści. Plot­ki su­ge­ro­wa­ły nawet, iż ry­cerz de Juran re­gu­lar­nie od­da­wał się z księż­ną cie­le­snym ucie­chom i miał zna­czą­cy oso­bi­sty wkład w prze­dłu­że­nie dy­na­stii de Bim­bo­dur. Złe ję­zy­ki nie­kie­dy wią­za­ły don Juana z za­ka­pio­ra­mi, wów­czas ko­man­dor był zmu­szo­ny zwal­czać te ka­lum­nie. Pa­triar­cha Roman na­uczał, iż naj­prost­sze me­to­dy są zwy­kle naj­sku­tecz­niej­sze, toteż Lio­nel uci­nał plot­ki, uci­na­jąc ję­zy­ki plot­ka­rzy. Nie­któ­rych oszczer­ców bro­ni­ła po­zy­cja, więc nie można było ich uci­szyć tym pro­stym spo­so­bem. Jed­nak­że ka­rzą­ce ramię Dać­bo­ga chro­nią­ce­go zakon znaj­do­wa­ło i na to spo­sób, bo od czego są magia i tru­ci­zna.

Utrud­nio­no mu kon­tak­ty z księż­ną Ka­ta­rzy­ną. Szyb­ko sko­ja­rzył fakty. To mu­sia­ła być zdra­da, oso­bi­sta zło­śli­wość, lub prze­jaw ty­po­wej dla cie­lę­ce­go wieku głu­po­ty. Znał swych pod­wład­nych, żaden z funk­cyj­nych oraz star­szych braci nie byłby tak sza­lo­ny, aby po­łasz­czyć się na przed­mio­ty słu­żą­ce ko­man­do­ro­wi do pracy w te­re­nie. Sie­dzi­ba za­ko­nu była do­brze chro­nio­na, toteż nie do­stał­by się tu nikt obcy. Eli­mi­nu­jąc nie­moż­li­we po­zo­sta­ło mu tylko jedno roz­wią­za­nie. Głu­po­tą mu­siał wy­ka­zać się któ­ryś ze szko­lo­nych tu no­wi­cju­szy. Na­tych­miast ru­szył ze swej kom­na­ty w wieży do kon­wik­tu na pierw­szym pię­trze zamku klasz­tor­ne­go.

– Ba­ka­łarz, fech­mistrz, wol­ty­żer i star­si rocz­ni­ków do mnie!

– Je­ste­śmy na twe we­zwa­nie. – Wy­wo­ła­ni po­ja­wi­li się przy ko­man­do­rze cicho i spraw­nie ni­czym duchy.

– Spro­wadź­cie też tu wszyst­kich no­wi­cju­szy.

– Z ja­kie­go to po­wo­du?

– Za­rzą­dzam prze­szu­ka­nie kon­wik­tu.

– Czego mamy szu­kać?

– Moich ciżm do taj­nych misji.

– Sta­nie się jako rze­czesz, bra­cie.

W chwi­li, kiedy ko­man­dor prze­kro­czył próg wspól­nej sy­pial­ni, wszy­scy kan­dy­da­ci na ako­li­tów stali już w rów­nych sze­re­gach przed swo­imi po­sła­nia­mi.

– Nic­po­nie, tra­ci­my na wasze szko­le­nie czas i nerwy! – Lio­nel od razu prze­szedł do rze­czy. – A jak wy mi się od­wdzię­cza­cie? Krad­nie­cie mi ciżmy służ­bo­we. Czy ro­zu­mie­cie co­ście uczy­ni­li?

– Wąt­pię bra­cie, al­bo­wiem to są nic­po­nie i głąby ka­pu­ścia­ne. – Ba­ka­łarz, jak to miał w zwy­cza­ju, wszedł swemu prze­ło­żo­ne­mu w słowo.

– Po­wiem wam co­ście zro­bi­li. Ule­gli­ście po­żą­da­niu, a to, jak na­uczał nasz za­ło­ży­ciel, naj­cięż­szy grzech. Ktoś z was do­strzegł je i za­pra­gnął po­siąść, więc ukradł. Co gor­sza okradł nawet nie mnie, bo jako ako­li­ta nie mam żad­nej wła­sno­ści, ale nasz świę­ty i za­słu­żo­ny zakon. Zro­bił to, bez wąt­pie­nia z głu­piej bez­myśl­no­ści, a jak na­uczał pa­triar­cha Roman, to z niej biorą się wszel­kie grze­chy, te zaś przy­cią­ga­ją mon­stra wsze­la­kie. Po­dej­mie­my więc kroki za­rad­cze, dzię­ki któ­rym zro­zu­mie­cie, po­win­no­ści praw­dzi­we­go za­ka­pio­ra. Winny kra­dzie­ży, o ile się przy­zna, do­sta­nie pięć­dzie­siąt batów na goły zad, by wybić mu głu­po­tę z głowy. Po­zo­sta­li no­wi­cju­sze po pięć batów, aby na przy­szłość byli czuj­ni i nie do­pusz­cza­li do grze­chu. Gdyby jed­nak nie chciał się przy­znać, do­sta­nie sto razów. Jed­nak­że je­śli­by ktoś z was miał wie­dzę o spraw­cy kra­dzie­ży, niech mi o tym powie a batów unik­nie. Zro­zu­mia­no?

– Głu­pio jest lać w zad, by wybić coś z głowy. – Ktoś z końca sze­re­gu wy­ra­ził swoje wąt­pli­wo­ści.

– Za py­sko­wa­nie ga­gat­ku do­sta­niesz do­dat­ko­we pięć­dzie­siąt batów – rzekł Lio­nel.

– Wąt­pię.

No­wi­cjusz sko­czył na jedno z okien kon­wik­tu. Ko­man­dor do­strzegł, na jego no­gach swoje dro­gie ciżmy. Od­ru­cho­wo rzu­cił się by zła­pać zło­dzie­ja. Ten jed­nak ani my­ślał cze­kać na ka­rzą­cą rękę spra­wie­dli­wo­ści. Z przy­sło­wio­wą elfią zręcz­no­ścią po­czął ucie­kać po gzym­sie. Ko­man­dor nie od­pusz­czał i ru­szył za nim. Ucie­ka­ją­cy wi­dząc, iż w naj­bliż­szym oknie czeka na niego ekipa star­szych za­ka­pio­rów, mam­ro­czą­cych mo­dli­twy te­le­ki­ne­tycz­ne sal­tem sko­czył w dół. Roz­wie­szo­ne tam były su­szą­ce się po pra­niu ubra­nia za­kon­ni­ków. Zło­dziej wy­lą­do­wał no­ga­mi w spodniach bę­dą­cych kom­ple­tem z ko­man­dor­ski­mi ciż­ma­mi. Od­piął spi­na­cze, sta­nął na we­wnętrz­nym dzie­dziń­cu, wy­cią­gnął zza pa­zu­chy pasek i jakby nigdy nic, za­czął go prze­wle­kać przez szluf­ki w por­t­kach. Ko­man­dor wzno­wił po­ścig. Fe­no­me­nal­nym pi­ru­etem, god­nym ra­so­we­go po­grom­cy po­two­rów, ze­sko­czył na sznur z pra­niem. Prze­mknął po nim śli­zgiem, lekko je­dy­nie po­sił­ku­jąc się le­wi­ta­cją. Prze­chy­lił się i zła­pał zło­dzie­ja za kark. Ten jed­nak pró­bo­wał wy­rwać się i dalej ucie­kać. W efek­cie Lio­nel spadł ze sznu­ra do no­gaw­ki wy­jąt­ko­wo ob­szer­nych pan­ta­lo­nów brata ba­ka­ła­rza, jed­nak nie pu­ścił, tylko rzu­tem ca­łe­go ciała, ze­rwał spi­na­cze i prze­wró­cił prze­ciw­ni­ka. Szar­pa­li się chwi­lę, aż ko­man­dor chwy­cił zło­dzie­ja za ręce. Nie­ste­ty, nawet teraz nie po­tra­fił usta­lić, kim jest rabuś, po­nie­waż ten krył swą twarz za czar­nym wo­alem. Wście­kły ko­man­dor schwy­cił ma­te­riał zę­ba­mi i szarp­nął. Tka­ni­na pu­ści­ła, jed­nak­że za­miast spo­dzie­wa­nej prysz­cza­tej twa­rzy młodego adepta był koci pysz­czek. Zdu­mie­nie spra­wi­ło, iż prze­ło­żo­ny za­ka­pio­rów obu­dził się.

Cięż­ki to był po­wrót ze świa­ta sen­nych ma­rzeń do rze­czy­wi­sto­ści. Nie­mal nagi ko­man­dor sie­dział na pod­ło­dze z no­ga­mi spę­ta­ny­mi kocem i zę­ba­mi za­ci­śnię­ty­mi na wy­rwa­nym frag­men­cie ko­szu­li noc­nej księż­nej de Bim­bo­dur.

– Dzi­ku­sie, nawet we śnie zdzie­rasz ze mnie ubra­nie.

– Ależ dusz­ko moja, to było nie­chcą­cy. Mia­łem sen…

– Skoro mnie obu­dzi­łeś, to się głu­pio nie tłu­macz, tylko… – Ka­ta­rzy­na spoj­rza­ła na niego swymi zie­lo­ny­mi, odzie­dzi­czo­ny­mi po el­fiej matce, ocza­mi i ski­nę­ła za­pra­sza­ją­co pal­cem. – Kon­ty­nu­uj…

– Słowa wa­szej wy­so­ko­ści są dla mnie roz­ka­zem – rzekł, wsta­jąc z pod­ło­gi.

– Wydam ci więc jesz­cze jeden. Jak skoń­czy­my, nie chcę cię wi­dzieć, do­pó­ty nie ku­pisz mi je­dwab­nej, tka­nej przez elfy sukni, w miej­sce tej, którą wła­śnie znisz­czy­łeś.

– Le­d­wie odro­bin­kę po­szar­pa­łem, ale zaraz to zmie­nię. – Lio­nel sko­czył na łoże.

 

Tuż przed świ­tem Lio­nel de Eagle wszedł do taj­ne­go tu­ne­lu łą­czą­ce­go leśną ka­pli­cę pa­triar­chy Ro­ma­na z ko­man­do­rią. Był zmę­czo­ny po ca­ło­noc­nych dzia­ła­niach ope­ra­cyj­nych w ksią­żę­cym zamku i miał ocho­tę się wy­spać, jed­nak­że obo­wiąz­ki wzy­wa­ły. Do­tarł­szy do swo­ich kom­nat, szyb­ko prze­brał się w szary strój za­kon­ny. Kiedy tylko tar­cza sło­necz­na wze­szła nad ho­ry­zont, po­pro­wa­dził po­ran­ną za­pra­wę fi­zycz­ną ako­li­tów oraz uczniów. Choć padał pra­wie padał ze zmę­cze­nia, udał się do za­kon­nej bi­blio­te­ki, by za­na­li­zo­wać swój sen. Teo­re­tycz­nie mógł­by sko­rzy­stać z po­mo­cy brata peł­nią­ce­go za­szczyt­ną funk­cję klasz­tor­ne­go freu­de­ru­sa, tłu­ma­cza snów. Nie­ste­ty mu­siał­by mu wów­czas podać rów­nież tajne szcze­gó­ły ope­ra­cyj­ne misji u księż­nej Ka­ta­rzy­ny. Pro­blem w tym, że brat freu­de­rus był po­twor­nym plot­ka­rzem. Ko­man­do­ro­wi nie wy­pa­da­ło zaś po­zba­wiać ję­zy­ka wła­sne­go pod­wład­ne­go, de facto nie miał więc wy­bo­ru i sam mu­siał zna­leźć wy­ja­śnie­nie swego snu w na­uko­wej li­te­ra­tu­rze. Stu­dio­wał za­gad­nie­nie ze znacz­nym tru­dem, bo oczy same mu się za­my­ka­ły.

– Czego szu­kasz bra­cie? – Lio­nel do­pie­ro teraz do­strzegł, iż na­prze­ciw­ko niego usiadł jakiś stary za­ka­pior.

– Mia­łem sen. Teraz sta­ram się po­znać jego zna­cze­nie.

– Może ja ci go ob­ja­śnię?

– Dzię­ku­ję, ale to nie­po­trzeb­ne.

– To ja de­cy­du­ję o tym, co jest po­trzeb­ne ako­li­tom mego za­ko­nu.

– Ty je­steś…

– Roman.

– Prze­bacz pa­triar­cho.

– Prze­ba­czę gdy bat za­świ­sta nad twą głowa sto razy, a plecy zro­bią się krwi­stoczer­wo­ne.

– Tak się sta­nie.

– Teraz słu­chaj mnie uważ­nie, bo nie będę po­wta­rzał. Znam twe czyny, myśli i sny. Sen twój prze­niósł cię w prze­szłość.

– Jak to?

– Byłeś już w sy­pial­ni księż­nej, a śniło ci się, że masz do­pie­ro tam wy­ru­szyć.

– Fak­tycz­nie – rzekł po­kor­nie ko­man­dor.

– Mia­łeś oso­bi­sty kło­pot, ale ści­ga­łeś prze­ciw­ni­ka i ujaw­ni­łeś jego toż­sa­mość.

– No wła­śnie nie bar­dzo mi to wy­szło.

– Rusz głową. Ktoś z prze­szło­ści może spra­wić ci kło­po­ty, to nasz ako­li­ta, kot jest jego…

 

Szarp­nię­cie za ramię wy­rwa­ło ko­man­do­ra ze snu nad księ­ga­mi.

– Co się dzie­je?

– Wasza za­ka­pior­skość śnia­da­nie przy­nio­słem. – Uczeń z kra­sno­ludz­ką de­li­kat­no­ścią bu­dził Lio­ne­la.

– Ty… – Ko­man­dor przez chwi­lę za­sta­na­wiał się nad uka­ra­niem adep­ta, ale za­pach je­dze­nia wpły­nął na zła­go­dze­nie de­cy­zji. – Po­bie­gniesz teraz do brata fech­mi­strza i po­le­cisz mu aby za go­dzi­nę sta­wił się w ka­pli­cy z na­mo­czo­nym batem i dzie­się­cio­ma brać­mi naj­bie­glej­szy­mi we wła­da­niu tym na­rzę­dziem.

– Do­brze.

– Oprócz tego niech przy­nio­są miskę ochry oraz wszyst­ko co po­trzeb­ne do zło­że­nia ofia­ry pa­triar­sze Ro­ma­no­wi za udzie­le­nie rady.

– Tak jest, ko­man­do­rze.

 

W ka­pli­cy przed na­tu­ral­nej wiel­ko­ści po­są­giem Dać­bo­ga pło­nę­ły ofiar­ne zioła, ob­fi­cie po­la­ne moc­nym bim­brem, zna­czą­co pod­no­sząc tem­pe­ra­tu­rę w całym po­miesz­cze­niu. Lio­nel de Eagle ro­ze­bra­ny do pasa sen­nie kiwał się w mil­czą­cej mo­dli­twie. Po czer­wo­nych od ochry ple­cach ście­ka­ły struż­ki potu. Wła­śnie ostat­ni z wy­zna­czo­nych braci skoń­czył świ­stać mu nad głową batem. Skru­pu­lat­nie od­li­czo­no, setne świśnięcie. Ko­man­dor lekko przy­mknął oczy, a zja­wił się przed nim Roman.

– Ako­li­to, czy je­steś pe­wien, że to mia­łem na myśli, gdy mó­wi­łem o bacie świsz­czą­cym nad głową i krwi­sto­czer­wo­nych ple­cach.

– Pa­triar­cho, wszak sam na­ucza­łeś, że gdy po­le­ce­nie po­zwa­la na różne in­ter­pre­ta­cje, nie jest winą pod­wład­ne­go, gdy wy­ko­na je w naj­do­god­niej­szy dla sie­bie spo­sób. Do­sta­łem po­le­ce­nie, by bat świ­stał nad mą głowa sto razy i tak się stało. Plecy me miały być krwi­stoczer­wo­ne i tak rów­nież się stało.

– Cie­ka­wa in­ter­pre­ta­cja. Co zaś po­wiesz na to? Na­ucza­łem też, aby nie po­żą­dać, a ty re­gu­lar­nie od­wie­dzasz sy­pial­nię księż­nej de Bim­bo­dur.

– Ow­szem, ale na­ucza­łeś też, że nad­rzęd­nym jest dobro za­ko­nu i po­rzą­dek spo­łecz­ny. Dzię­ki moim wi­zy­tom u księż­nej zakon ma pełen wgląd w po­li­ty­kę księ­stwa i nie grozi mu los, który spo­tkał nasze ko­man­do­rie w Alam­rii u księ­cia Fi­li­pa. Nikt nas tu nie roz­wią­że i by zająć zamki i prze­trzą­snąć skarb­ce. Po­nad­to samo księ­stwo Bim­bo­nii za­bez­pie­czy­łem przed kry­zy­sem dy­na­stycz­nym spo­wo­do­wa­nym bra­kiem na­stęp­cy tronu.

– Tak po­jęt­ni ako­li­ci za­wsze ra­do­wa­li me serce. – Roman uśmiech­nął się i roz­pły­nął w po­wie­trzu.  

Lio­nel zaś mógł w końcu po­grą­żyć się w nor­mal­nym, a nie prze­po­jo­nym prze­po­wied­nia­mi śnie. Śnie szczę­śli­wym al­bo­wiem sam duch pa­triar­chy Ro­ma­na po­chwa­lił ko­man­dor­skie in­ter­pre­ta­cje nauk za­ko­nu.  

Koniec

Komentarze

Momentami całkiem zabawne. Trochę brakowało mi tu jakiegoś sedna, czy głębszej historii, ale jak na krótkie humorystyczne opowiadanie, to jest bardzo w porządku, według mojego gustu. :) Teraz człowiek może zastanawiać się, czy nie ma tu jeszcze głębszego snu w śnie, niczym w filmowej “Incepcji”.

 

Kilka błędów, które wychwyciłem:

 

wyciągnął za pazuchy -> zza pazuchy

 

szlówki -> szlufki

 

polecisz mu aby w za godzinę -> bez "w"

Przyjemne. Sny ciekawe, obrazowe. Zabawne nawet :)

Czy ja wiem… 

Sprawnie napisane, czyta się lekko, humor jakiś tam jest, ale zbrakło mi gdzieś pół ciuta fabuły, bo trochę taki o niczym ten tekst. Sen, objawienie, wszystko zdaje się ku czemuś prowadzić, a ostatecznie nic się w sumie nie dzieje.

Nie mówię, że to zły tekst, ale wodnisty, nawet jeżeli w tej wodzie błyśnie czasem łuską rybka dowcipu.

Poprawki naniosłem.  

 

None wszak w opowiadaniu jest:

– wątek kryminalny z kradzieżą ciżm do misji incognito,

– wątek mistyczny związany z interpretacją snów,

– wątek edukacyjny związany z tym, iż każdą naukę należy właściwie zinterpretować, 

– jest nawet szczęśliwe zakończenie

wink

 

Przeczytawszy.

Finkla

None wszak w opowiadaniu jest:

– wątek…

Przypomina mi się dowcip, jak to pani w szkole kazała dzieciom napisać wypracowanie z wątkiem religijnym, historycznym, romantycznym i tajemnicą. Jasio wykpił się jednym zdaniem:

O, mój Boże (wątek religijny) – powiedziała hrabina (wątek historyczny) – jestem w ciąży (wątek romantyczny) i nie mam pojęcia, z kim (tajemnica).

 

To pisałam ja, Finkla.

Owszem, jest, ale wątki te nie składają się na historię, a na zbiór luźnych zdarzeń – z początku fabuła wydaje się dokądś prowadzić, ale okazuje się, że to był sen. Potem mamy próbę interpretacji snu, która zdaje się dokądś prowadzić, ale nie prowadzi. Wtrąca się za to siła wyższa, co też nie prowadzi do niczego, poza dość przewidywalnym twistem – choć przyznaję, że to miło, gdy dla odmiany to śmiertelnik przechytrzy nadprzyrodzonego cwaniaka, dosłownie i co do słowa przestrzegając umowy. To nie jest opowieść, to luźne wątki, z których tylko jeden zostaje porządnie zwieńczony. 

W humorystycznym tekście niekoniecznie jest to niewybaczalny błąd, niemniej nie jest to mój typ opowiadania.

Jest zamysł, akcja, kilka scenek, trochę humoru bardziej lub mniej do mnie trafiającego. I jest jakaś puenta. Fabuła niestety szczątkowa, ale i znaków znów nie tak dużo.

W niektórych zdaniach zmieniłbym szyk. I te duże bloki-akapity podzielił na mniejsze. Warsztatowo jest okej, użycie tu czy tam odpowiedniego słownictwa na plus.

Fajna interpretacja świstającego bicza i krwawych pleców :-)

Nie lubię opowieści o cudzych snach, ale przez Właściwą interpretację przebrnęłam w miarę bezboleśnie, z tym że jakoś nic nie wzbudziło we mnie szczególnej chęci roześmiania się – ani pościg za złodziejem ciżem, ani wizyta w łożu księżnej, ani świstanie bata.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Oczy­wi­ście w celu za­cho­wa­nia dys­kre­cji sta­wiał się u niej… –> Wizyta miała nastąpić dopiero wieczorem, więc: Oczy­wi­ście w celu za­cho­wa­nia dys­kre­cji miał sta­wić się u niej

 

lub prze­jaw ty­po­wej dla na­sto­lat­ków głu­po­ty. –> To słowo, jako że pojawiło się dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku, w tym opowiadaniu nie ma racji bytu.

 

Zrzą­dzam prze­szu­ka­nie kon­wik­tu. –> Pewnie miało być” – Zarzą­dzam prze­szu­ka­nie kon­wik­tu.

 

za­czął go prze­wle­kać przez szluw­ki w por­t­kach. –> …za­czął go prze­wle­kać przez szlufki w por­t­kach.

 

Ten jed­nak dalej pró­bo­wał wy­rwać się i dalej ucie­kać. –> Powtórzenie.

 

aż ko­man­dor schwy­tał zło­dzie­ja za ręce. –> Raczej: …aż ko­man­dor chwy­cił zło­dzie­ja za ręce.

 

za­miast spo­dzie­wa­nej prysz­cza­tej twa­rzy na­sto­lat­ka był koci pysz­czek. –> To nie mógł być nastolatek.

 

a plecy zro­bią się krwi­sto-czer­wo­ne. –> …a plecy zro­bią się krwi­stoczer­wo­ne.

 

Skru­pu­lat­nie od­li­czo­no, setne świst­nię­cie. –> Skru­pu­lat­nie od­li­czo­no, setne świśnię­cie.

 

Plecy me miały być krwi­sto-czer­wo­ne… –> Plecy me miały być krwi­stoczer­wo­ne

Kruca fuks niedobrze, że nieśmieszne 

 

No to wnoszę poprawkę, Anonimie – świstanie bata i krwistoczerwone plecy, rozbawiły mnie. ;)

Dziękuję w ramach podziękowania za dobre słowo dorzucę świniaka w kopercie, ale dopiero po tem jak na poczcie znajdę tak dużą kopertę ;)

 

Fajna humoreska! Podobało mi się zgrabne przechodzenie z jednego absurdalnego snu w drugi i równie zgrabne połączenie w finale ich prawiefreudowskich podtekstów. Nawiasem mówiąc pomysł uzupełnienia zestawu klasztornych „fachowców” o brata freuderusa wielce znaczący. I zabawny! Skoro był potrzebny, to musiało się dziać w tym zgromadzeniu zakapiorów! Komandor, z najwyższym poświęceniem, całymi nocami i w pocie czoła realizujący „nauki zakonu”, godzien najwyższej pochwały!

Atmosfera dyskretnego rozpasania, polane bimbrem zioła fajczące się przed ołtarzem Daćbora, „tajne szczegóły operacyjne misji u księżnej Katarzyny”, „krasnoludzka delikatność” itd. – uroczy, nienachalny dowcip słowny. I na dodatek to klasyczne zakończenie, gdy niezrozumiałe działania bohatera zostają objaśnione i nabierają zaskakującego sensu, niczym w „Baśniach z tysiąca i jednej nocy” albo w „Trzech elektrycerzach” Lema.

Tak więc ogólnie – jestem prawie usatysfakcjonowana lekturą. Prawie! Bo, Panie Anonimie, a z pewnością jest  pan panem nie panią, kropnął pan bolesnym babolem! TU:

 

Niemal nagi komandor siedział na podłodze z nogami spętanymi kocem i zębami zaciśniętymi na wyrwanym fragmencie koszuli nocnej księżnej de Bimbodur.

(…)

Jak skończymy, nie chcę cię widzieć, dopóty nie kupisz mi jedwabnej, tkanej przez elfy sukni, w miejsce tej, którą właśnie zniszczyłeś.

 

Suknia i koszula nocna to dla pana ganz egal? No, psiakość! Czuję się osobiście dotknięta! Owszem, niegdyś wdziewało się nocne suknie, ale księżna pani nie użyła epitetu „nocna” to raz, a dwa – skuszona wyprzedażą w Zarze i tropikiem w powietrzu – nabyłam niedawno zarąbistą kieckę i od Bliskiej Mi Osoby usłyszałam: „No, co ty! W koszuli nocnej będziesz chodziła?”. Dlatego właśnie pomylenie odzieży nocnej z dzienną uważam za niegodne, świadczące o głębokiej niewiedzy autora tudzież braku zrozumienia dla istotnych kwestii mody!

w_baskerville ogólnie miód na mą literacką duszę i w dowód wdzięczności ślę podpiętą pod gołębia pocztowego,  butelkę przedniego miodu pitnego.

 

Takie pytanie czy zamiast nocnej koszuli może być halka? to to samo czy też inne coś.  Albowiem jak wydedukowano jam jest Pan i nie bardzo łapię co to sukienka, co to spódnica. Na szczęście kilt szkocki od nich umiem odróżnić co pozwala uniknąć mi niezręcznych sytuacji. 

Miód chętnie przytulę. A o halce zapomnij. Dla niektórych współczesnych czytelników Halka to ksywa tej depresyjnej laski z opery Reymonta “Chłopi” albo powieści Moniuszki “Straszny dwór”. Co sobie będziesz zawężał krąg odbiorców!

To był “Niesamowity dwór”. Z Panem Samochodzikiem. ;-)

Przyjemnie się czytało, w kilku miejscach uśmiechnęłam się. Dzięki odpowiedniemu słownictwu łatwiej mi było wczuć się w zakonny klimat. Szkoda, że nie dowiedzieliśmy się kim był ten “kot”, ale całościowo ciekawie to poukładałeś. w_baskerville doskonale ujęła wszystko w pierwszej części komentarza, więc nie będę już powtarzać. No i świetna ostatnia scenasmiley.

Powodzenia w konkursie smiley

To był “Niesamowity dwór”. Z Panem Samochodzikiem. ;-)

Fakt, machnęłam się. Rzeczywiście chodzi o “Niesamowity dwór” który, rzecz jasna, jest na dodatek baletem i to nie Moniuszki a Czajkowskiego. Sorki!

 

Co do kwestii koszuli nocnej to, Anonimie, śmiem twierdzić, że alternatywą dla nazwy tego przyodziewku mogłaby być “pyjama”. W takiej właśnie archaicznej, jeszcze nie spolszczonej formie. Brzmi arystokratycznie, idiotycznie, francusko – współgra więc z nazwiskiem księżnej, która – sądząc na podstawie urody i upodobań – ani chybi jest reinkarnacją pani de Pompadour. Ale upierać się nie będę.

Finkla, mogłabyś dodać jeszcze wątek fantastyczny, zakończenie “może z tym kosmitą?” i jest gotowy szorcik na Twój konkurs :)

Hmmm. Coś w tym jest… Czajkowski w pyjamie Nienackiego. Koniecznie tańczący w balecie. Owszem, dostrzegam potencjał komiczny. A jak się dobrze pogrzebie, to i kosmiczny się znajdzie.

Podsumowując, halkę noszą kobiety kiedy niesamowicie depresyjni chłopi są na dworze. 

 

Jak rozumiem tą część kobiecej garderoby wypromowali Reymont, Moniuszko i Nienacki odstawiając balety. 

 

Teraz pozostało tylko ustalić kto się kryje pod ksywką Pan Samochodzik i co to ma wspólnego z komisowym zagłębiem w Ostrowi Mazowieckiej 

 

 

Depresyjni chłopi na dworze – to musi być pańszczyzna i ekonom z batem. Twór obrasta w dodatkowe wątki…

Myślałem raczej o inwazji emo

 

Emo, emu, ecu… Wszystko się nada na dobrą inwazję.

Strasznie trudny do oceny tekst. Bo i lekki i zgrabnie napisany, ma parę naprawdę zabawnych momentów, ale jednocześnie jest on jakiś taki… nienachalny dla pamięci czytelnika. :-)

Czytałem parę dni temu, teraz usiłuję się wygrzebywać z zaległych komentarzy i tak, jak wrażenia z lektury miałem w sumie dość pozytywne, tak jednocześnie ciężko było mi sobie wspomnieć, czymże właściwie rzeczony tekst mnie urzekł.

Głupio jest lać w zad, by wybić coś z głowy.

Nie mając więc zbyt wiele mądrego do napisania, pochwalę Cię za to spostrzeżenie, bo tak, jak jest ono dosyć niepozorne, tak w swojej prawdziwości niebywale zabawne.

Zapewniam że urodę księżnej Bimbodur trudno zapomnieć ;) 

Tekst zaczął się nieźle, ma też całkiem sympatyczny pomysł, ale żebym się przy nim zaśmiewała, to nie powiem. Jest momentami zabawny, to prawda, ale spodziewałam się większych wodotrysków humoru. Ogólnie – całkiem sympatyczna rzecz, ale niepozostająca na długo w pamięci.

 

Czyta się płynnie, ale trochę baboli się znajdzie.

 

Nowicjusz skoczył na okno konwiktu.

Trochę to dziwnie brzmi. Jakby było tylko jedno okno w jednym jedynym pomieszczeniu, a nigdzie nie wyczytałam, że było to wspólne dormitorium dla wszystkich.

 

 

Przecinki nieco chaotycznie – są, gdzie ich być nie powinno, a nie ma ich tam, gdzie ich miejsce. Kilka przykładów (nie wszystkie):

 

– Stanie się jako rzeczesz[+,] bracie.

 

wszyscy kandydaci na akolitów[-,] stali już

 

Ktoś z was dostrzegł je[-,] i zapragnął posiąść

Drakino, po zastanowieniu się  przypomniałem sobie, że konwikt miał więcej okien ;)

 

 

Nie rozbawiło mnie, nie wywołało uśmiechu. Sorki.

Momentami zabawne. Żeby tylko jeszcze akcja podążała w jakimś sprecyzowanym kierunku.

No przecież akcja podąża za ciżmami i to zgodnie z naukami patriarchy Romana ;)

 

Nie mogę powiedzieć, że tekst mi się nie podoba. Jest napisany sprawnie, zgrabnie, z polotem i humorem. To czy dowcip jest lepszy czy gorszy, zależy już od konkretnego czytelnika i jego osobistego dowcipu wyczucia. Ważne, że humor ów jest czytelny i nie absurdalny, a do tego również nie prostacki i nie trzeba śmiechów z offu, żeby wiedzieć kiedy się uśmiechnąć. Czyli wszystko co trzeba, by zrobić lekką, łatwą i przyjemną humoreskę. Fakt, fabularnie fajerwerków nie ma i nie mogę powiedzieć, że za miesiąc na pewno będę tekst pamiętał. Ale też nie jest to najistotniejsze w tego rodzaju opowieści. Liczy się kilka chwil niezłej rozrywki. 

Pozdrawiam! 

Dziękuję za miłą opinię ;)

Kurcze, pomysł jest, pogoń za ciżmami fajna:)

Trochę za dużo tego śnienia i wydaje mi się, że przez to oraz ozdobniki (odchudziłabym niektóre zdania) uciekał mi wątek.

Zastanawiałabym się też nad rozbiciem niektórych długich akapitów.

 

pomocy brata pełniącego zaszczytna funkcję

literówka

 

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka