- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Śmierć w karetce

Śmierć w karetce

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Śmierć w karetce

Praca w zespołach ratownictwa jest zajęciem pasjonującym i co najmniej nietypowym. Bywa, że przez kilka godzin nic się nie dzieje. Mam wtedy czas na wypicie kawy, nadrobienie zaległej książki lub na papierosa. Z drugiej strony nierzadko musimy jeździć po całym mieście tam i z powrotem. Najczęściej do pijanych. Najczęściej w weekendy… Teraz był weekend. Sobotnia noc, pięć po dwunastej. W takim okresie mogę być pewny spotkania pijanych imprezowiczów, upierających się konsekwentnie, że wypili tylko jedno piwo, emerytek nie mających czasu od miesiąca udać się do swojego lekarza oraz soczystych interwencji w asyście policji.

Chyba jestem wypalony? Taka myśl przyszła mi do głowy nie po raz pierwszy. Moja obojętność wobec tego co dzieje się dookoła, dla zwykłego człowieka może być przerażająca.

Siedziałem w karetce obserwując ćmy orbitujące wokół żarówki świecącej na żółtopomarańczowo, rozjaśniającej wiatę ambulansów. Było gorąco i duszno. Od miesiąca nie padał deszcz. Siedziałem sam nie chcąc wychodzić z samochodu, przez przekonanie, graniczące z pewnością, że za moment przez radio odezwie się dyspozytor, a ja byłbym zmuszony do szybkiego powrotu na fotel kierowcy. Więc siedziałem i patrzyłem na ćmy.

A może sobie zapalę? Znów pomyślałem. Nieee. Zostały mi dwie fajki. Przydadzą się na później. Więc trwałem w fotelu.

Nagle zerwał się wiatr. Pył zalegający na betonowej kostce brukowej wzbił się w górę. Żarówka zaczęła migać, po czym zgasła. Po chwili gwałtowne podmuchy ustały, a światło na powrót przyciągało owady. Coś się jednak zmieniło. Obok mnie siedziała zakapturzona postać z kosą w ręce. Kaptur powoli obrócił się w moją stronę, odsłaniając białą czaszkę ziejącą nieprzeniknioną czernią z oczodołów.

– Cześć. – Zaczęła kostucha wyciągając w moją stronę kościaną dłoń. – Jestem Śmierć.

Po chwili wahania, niepewnie uścisnąłem zimne kości ręki odpowiadając.

– Cześć… Ehm. Wojtek.

Podczas tej wymiany uprzejmości mój nowy, przerażający towarzysz zaczął się wiercić i przesuwać w fotelu. Wyglądało na to, że przeszkadzała mu kosa. Kościsty paliczek śmiertki wdusił przycisk elektrycznie opuszczanej szyby ale nic się nie stało.

– Możesz włączyć zapłon? – zapytał kościej.

Przekręciłem kluczyk w stacyjce dzięki czemu manewr otwarcia okna zakończył się sukcesem. Chwila manipulacji drzewcem, przeciskania ostrza pod różnymi kątami zakończyła się powodzeniem i mroczny atrybut wystawał na jedna trzecią długości z boku pojazdu.

– Ścinasz tym ludzi? – zagadałem, by przerwać niezręczną ciszę, mającą swoje źródło w pełnym skupieniu śmierci nad procesem przeciskania charakterystycznego akcesorium.

– Nie – odparł bez namysłu z lekkim zrezygnowaniem w głosie. – To taki branżowy gadżet, zupełnie przedawniony. Ty masz na ramieniu eskulapa – dodał kościotrup po chwili.

– No tak – potwierdziłem zerkając na emblemat.

– A ratujesz ludzi wężem nawiniętym na kijek?

– No nie.

– To co głupio pytasz? – skwitował bądź co bądź celnie.

Nie odpowiedziałem.

– Wpadłem by omówić pewną kwestię – znów podjął rozmowę niespodziewany gość – często jeździmy razem, a nigdy nie mieliśmy okazji się poznać. Ktoś mógłby nawet pomyśleć, że stanowimy dla siebie konkurencję. – Zachichotał i kłapnął zębami. – Nic bardziej mylnego. Widzisz, kiedyś wszystko było prostsze. Taka dajmy na to dżuma. To były czasy! – Rozmarzył się kościotrup. – Od zarażenia dwa dni z klepsydrą w ręku i mogłem przyjść. Albo rycerz dostał celnie toporem lub mieczem i sprawa była załatwiona. Nawet jeśli przeżył to nic straconego bo gdy dorwali go cyrulicy, upuścili od razu krwi. Połączenie utraty krwi z dopiero co ucięta kończyną, szybko klarowało sytuację. Wszystko było jasne, zero niespodzianek. Plan roczny wyrobiony. Premia w obolach co miesiąc. Mówię ci bajka. Ale ludzie nie są głupi. Przez tysiąclecia kombinowali jak by tu odwlec nasze spotkania. I dochodzimy do tej waszej reanimacji.

Uniosłem brwi w zdziwieniu

– Nie chcę, żebyś pomyślał, że mam do ratowników czy lekarzy pretensje. Każdy musi robić swoje – poważnie podkreślił. – Dajmy na to, taki już prawie denat, jedną nogą w grobie, serce przestaje bić, krew nie krąży, mózg obumiera. Myślę sobie jest mój!… Ale nie. Leży nieszczęśnik pięć, dziesięć, czasem piętnaście minut zanim zjawicie się wy. Nikt wcześniej nie prowadzi resuscytacji, a dobrze wiesz co dzieje się z mózgiem już po dłuższej chwili braku krążenia? – Przytaknąłem bo podobne sytuacje były mi aż za dobrze znane. – Pół biedy jak wam się nie uda. Gorzej jak taki ktoś fruwa już nad ciałem, a wy go „bzzzyt” parzydełkami na prąd w serducho i klient wraca. Ale do czego? Do skorupy niezdolnej do samodzielnej egzystencji. Formalnie jeszcze żyje z tym, że co to za życie, a w każdej chwili może mu się odmienić więc jadę z wami i tym jak to brzydko nazywacie „warzywem”. Później taki chłop trafia na intensywną terapię, wy wracacie, a ja zostaję z nim bo nigdy nie wiadomo. Trwa to dzień, tydzień, czasem kilka miesięcy nim jest mój ale do tego czasu czekam.

– Co mam na to poradzić? – wtrąciłem czując się delikatnie mówiąc niezręcznie – staram się wykonywać tę prace najlepiej jak mogę a odpuszczać dla kogoś kto wygląda jak żywa reklama głodu nie mam zamiaru.

Śmierć patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę lecz z gołej czaszki i pustki w miejscu gdzie powinny być oczy nie można było wyczytać nic.

– Nie o to chodzi. – odpowiedział po chwili – musicie trąbić wszystkim, że mają prowadzić reanimację od samego początku. Wtedy szanse znacznie wzrastają. – poważnie wytłumaczył, oczywistą oczywistość – nie wiem, róbcie kursy, przeprowadźcie kampanie społeczną, roznoście ulotki. Bo jak nie to się przez was kiedyś wykończę. U nas w robocie nie ma, że nadgodziny. Wracam po tym całym czasie do domu. Odkładam kosę i na dzień dobry żona ma pretensję, że mnie ciągle nie ma w domu, że pracoholik, że już nie jestem tą samą śmiercią co kiedyś. Wyspać się nawet nie mogę bo dzieci biegają na bosaka a nie wytłumaczysz, że mają nosić papucie. Wiesz jak się niesie dźwięk kościanej stopy po panelach?!

– Może zmień pracę? – odparłem.

– A gdzie ja prace dostane z takim ryjem? Jedynie w domu strachów jakiegoś wesołego miasteczka. Nie dziękuję. Tam też same bachory. – Gdy śmierć się uspokoiła dodała na koniec. – Jedyna nadzieja w tobie Wojtuś. Musisz uświadomić innym, że trzeba uciskać klatkę piersiową zaraz po stwierdzeniu, że biedak nie oddycha. Inaczej się wykończę. – Po tych słowach znów podał lodowatą dłoń, tym razem na pożegnanie. Otwarł drzwi. Chwilę szamotał się z kosą, którą trzeba było teraz przez otwór okna wyciągnąć z powrotem. Odwrócił się i dodał. – Do zobaczenia – chichocząc.

 

Gdy w lusterku karetki zakapturzona postać zniknęła za rogiem, a dźwięk drzewca odbijającego się cyklicznie o beton ucichł, zacząłem się zastanawiać jak wdrożyć plan zasugerowany przez nocnego gościa. Bo jeśli tego nie zrobię to on wróci rozżalony, wkurwiony i możliwe, że rozwiedziony.

Najpierw jednak zapalę papierosa. 

Koniec

Komentarze

Chyba jestem wypalony ? → Po cóż ta spacja przed znakiem zapytania? Chyba wszędzie tak masz.

Gdzieniegdzie pozjadane przecinki.

Humor raczej czarny. Mnie opowiadanie nie rozbawiło.

Przykro mi, ale nie podobało mi się. :(

Przeczytawszy.

Finkla

Przykro mi, Anonimie, ale Twój, jak go nazwałeś, śmieszny szorcik, w ogóle mnie nie rozśmieszył.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia. :(

 

Śmierć w Karetce –> Dlaczego w tytule karetka jest napisana wielką literą?

 

wokół żół­to-po­ma­rań­czo­we­go świa­tła ża­rów­ki… –> …wokół żół­topo­ma­rań­czo­we­go świa­tła ża­rów­ki

 

a ja był bym zmu­szo­ny… –> …a ja byłbym zmu­szo­ny

 

Wy­glą­dał ona to, że prze­szka­dza­ła mu kosa. –> Pewnie miało być: Wy­glą­dało na to, że prze­szka­dza­ła mu kosa.

 

– Mo­żesz włą­czyć za­płon ? Za­py­tał ko­ściej. –> – Mo­żesz włą­czyć za­płon? za­py­tał ko­ściej.

Zbędna spacja przed pytajnikiem; ten błąd pojawia się wielokrotnie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Za­ga­da­łem by wy­peł­nić nie­zręcz­ną ciszę… – …za­ga­da­łem, by przerwać nie­zręcz­ną ciszę

Ciszy się nie wypełnia.

 

To taki bran­żo­wy ga­dget… –> To taki bran­żo­wy ga­dżet

Używamy pisowni spolszczonej.

 

Ktoś mógł by nawet po­my­śleć… –> Ktoś mógłby nawet po­my­śleć

 

To były czasy ! –> Zbędna spacja przed wykrzyknikiem.

 

– Nie chce, żebyś po­my­ślał… –> Literówka.

 

Myślę sobie jest mój! … –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Do sko­ru­py nie zdol­nej do… –> Do sko­ru­py niezdol­nej do

 

a ja zo­sta­je z nim… –> Literówka.

 

Je­dy­na na­dzie­ja w Tobie Woj­tuś. –> Je­dy­na na­dzie­ja w tobie, Woj­tuś.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Dla odmiany mnie czarny humor się podobał. Choć za tematem śmierci w opowiadaniach nie przepadam, to jeśli połączony jest z humorem podchodzi mi. No i brawo za przesłanie smiley. Powodzenia w konkursiesmiley.

Dziękuję za wskazanie błędów. To moje drugie opowiadanie w życiu co sprawia że robię pełno podstawowych błędów… kiedyś się nauczę :D

Pomysł świetny. Motyw z siłowaniem się z kosą jak z dobrej komedii – roześmiałem się na głos. Nie zagrały mi może dwa miejsca, gdzie opisy były trochę zbyt kwieciste: “skwitował bądź co bądź celnie” – no… widzę, że celnie. Podobało mi się, dzięki:)

Tupot nóżek małych kościejków na panelach i scena z kosą – rzeczywiście zabawne. Fajny tekst. :)

Dobrze się czytało. Dwa momenty mnie nawet rozśmieszyły. Powodzenia!

Fajne zabawne, bardzo ludzka ta śmierć. ;)

Podobało mi się, choć przesłanie trochę zbyt nachalne.

Powodzenia w konkursie. :)

Postaw przecinki przed a :-)

 

Mi się podobało, sympatyczne i przesłanie dobre. Mógłby być szort edukacyjny, tylko kierowca musiałby nie palić, i nie być wypalony. Swoją drogą "wkrótce" Śmierci odnosi się do tego papierosa? ;>

 

Zastanawiałem się na początku czemu ze śmierci zrobiłeś (autorze/anonimie) faceta. Mąż też może być zły na żonę, że do odmu nie wraca (obiadu nie robi) itd. :D 

 

Swoją drogą "wkrótce" Śmierci odnosi się do tego papierosa? ;>

Nie napisałem nigdzie “wkrótce” :). Domyślam się że chodzi o “Do zobaczenia”, które wypowiada śmierć na koniec. Mówi tak bo każdy się z śmiercią kiedyś spotka/zobaczy.

 

Śmierć jest chłopem bo bardziej mi pasuje do stereotypu rozżalonego pracoholika. Niby kobieta też by mogła, bo śmierć to rodzaj żeński no ale zmieniłem płeć bo w moim odczuciu bardziej “siada” taka forma.

Tak na marginesie, to wiecie, co oznacza we współczesnej potocznej polszczyźnie słowo “kościej”? Wcale nie kościotrupa, tak jak w przeszłości. Osobiście raczej bym czegoś takiego do tekstu nie wstawił :D

 

Ja nie wiem.

Ja też nie wiem.

Współczesna potoczna polszczyzna – to brzmi obco.

 

A z seksem można skojarzyć prawie wszystko, zależy to od kontekstu, tego co chce przekazać nadawca i od tego jak chce to zrozumieć odbiorca.

 

Idąc tym tropem nie powinniśmy używać słowa "dzban", bo to obelga.

Wszystkie korekty wprowadzone. Przecinki, literówki, zdania hiper wielokrotnie złożone pocięte, odstępstwa od powszechnie panujących zasad zniwelowane. Mam nadzieję że jest teraz poprawnie. Gdy by ktoś czegoś się dopatrzył, proszę o info. Przed napisaniem opowiadania nie miałem pojęcia o betowaniuna serwisie :)

Śmierć w humoreskach nie jest zjawiskiem szczególnie nowym, ale (co ciekawe) sprawdza się wcale nieźle. Wszystko tak naprawdę zależy od pomysłu na wykorzystanie jej w danym opowiadaniu. Tutaj pomysł był, całkiem fajny, niestety wykonanie bardziej akcentuje samo znużenie śmierci, niż jego (tego znużenia:)) humorystyczny wydźwięk, więc tak, jak czytałem z zaciekawieniem, tak niestety za bardzo mnie ten tekst nie rozbawił. Jest oczywiście lekki, sympatyczny, ale do miana śmiesznego trochę mu w mojej opinii zabrakło.

Inna rzecz, że w kontekście zestawienia śmierci i humoru od razu przychodzi mi na myśl Świat Dysku Pratchetta i jego kreacja śmierci, więc może zwyczajnie mam nieco zawyżone oczekiwania. :-)

 

 

Wątpię, żeby w karetkach wolno było palić.

Temat niestety ograny i niepotraktowany tu szczególnie odkrywczo. Liczyłam na makabreskę, a dostałam wykład. To wszystko można było dynamicznie, z reanimacją i resuscytacją w tle.

 

Technicznie różnie bywa:

 

– Cześć[-.] – Zzaczęła kostucha

Didaskalia od czasownika zaczynamy małą literą i powinny być paszczowe, ale tu ujdzie, choć lepsze byłoby np. “zagaiła”. Dalej masz z kolei z małej, kiedy powinno być dużą i z kropką na końcu wypowiedzi. A więc dialogi do remontu.

 

Przecinki też dość leżą i kwiczą.

 

Pomysł, chociaż już wiele razy opowiedziany, podoba mi się, podobnie jaki zmęczenie Śmierci – dla mnie też zawsze była facetem, a nie kobietą ;), i znużenie Ratownika.

Lekko się uśmiechnęło – przy tupocie dziatwy i przekonywaniu Ratownika do nowatorskich rozwiązań. Niespecjalnie podobały mi się rozważania na początku. Spróbowałabym to inaczej skomponować.

Trochę brakuje przecinków.

Dobrze zrozumiałem, że tekst ma w przewrotny sposób uczyć podstaw pierwszej pomocy? Jeżeli tak, to niezbyt pasuje do niego reklama palenia papierosów. (Ale szorcik faktycznie zabawny).

Dość przyjemny szorcik i lekko śmieszny. Szału nie robi, ot taka humoreska.

Koncepcyjnie nic nowego, ale tekścik napisany jest przyzwoicie, z pomysłem, konkretnym przekazem i paroma zabawnymi momentami. Byłoby lepiej, gdyby dodać dynamiki, przedstawić bohaterów w akcji, a nie tylko siedzących i gawędzących (choć to przede wszystkim Śmierć gada). Ale i tak nie jest źle. Jeśli to Twoje początki, to dobrze wróży. Będzie coraz lepiej! 

Pozdrawiam! 

Nowa Fantastyka