- Opowiadanie: Eva - Czego pragną dziewczynki, a boją się mamy

Czego pragną dziewczynki, a boją się mamy

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Czego pragną dziewczynki, a boją się mamy

 

 

Mała, śliczna dziewczynka, kochana przez mamę, jeszcze bardziej przez babcię, kroczyła leśną dróżką z koszyczkiem w ręce. Niosła w nim wino i ciasto dla schorowanej staruszki. Uwielbiała babcię, bo ta obdarowywała ją wszystkim co miała, przez co dziewczynka ostatnio spuchła na twarzy, rączkach i nóżkach. Stara kobieta na tym nie poprzestała. Z tej miłości i pragnienia rozpieszczania wnuczki, uszyła dla niej czerwony płaszczyk z kapturem. Dziewczynce tak bardzo się on spodobał, że niemal stał się nią samą. Raz go założywszy, nigdy go nie ściągnęła. Od tamtej pory wszyscy we wsi nazywali ją Czerwonym Kapturkiem i pokochali jeszcze bardziej.

– Zanieść babci koszyczek… Nie biegać, bo butelka może się potłuc… Nie zbaczać z drogi… Przywitać się z babcią i nie rozglądać się po kątach… – powtarzała sobie cicho dziewczynka wszystkie polecenia mamy. Chciała być posłuszna, bo wiedziała, że wszystko, czego pragną mamy to bezpieczeństwo swoich dzieci. Ponad wszystko.

– Dzień dobry, dziewczynko – odezwał się basowy głos zza jej ramienia. 

Dziewczynka omal nie upuściła koszyczka. Oczami wyobraźni zobaczyła wypadającą z niego butelkę. Na całe szczęście nic się nie wydarzyło. Oj, byłaby zła, mamusia byłaby taka zła. Odwróciła się, by spojrzeć na sprawcę niedoszłej katastrofy. Tak oto stał przed nią wilk, na dwóch łapach, wysoki, rzucający jeszcze większy cień na dróżkę. Uszy miał ogromne, równie duże oczy, a ciało jego pokrywało piękne futerko koloru czekolady.

Wilk. O wilku mamusia nic nie mówiła. Każdej osobie we wsi życzyła dobrego dnia, dlaczego wobec wilka miałaby się zachować inaczej?

– Dzień dobry… – wyrzekła niepewnie i ukłoniła się wilkowi tak, jak uczyła ją mama. – Przepraszam, nie widziałam pana, to dlatego się nie przywitałam – wyjaśniła prędko. – Jestem Czerwony Kapturek.

– A ja Wilk – odparł, rozkładając bezradnie ręce. – Po prostu. Co tam niesiesz w koszyczku, Kapturku? – spytał, pochyliwszy się nad dziewczynką.

– W koszyczku jest wino i placek, który mama kazała mi zanieść chorej babci.

– Chorej babci, która dobrze gotuje… – zauważył wilk, musnąwszy palcem pyzatą twarz Kapturka.

– Tak, najlepiej na świecie – potwierdziła z energicznym kiwnięciem głowy. Zdziwił się Kapturek tym gestem, ale nie odsunął się od wilka, bo jego łapa okazała się przyjemna w dotyku. 

– Gdzie mieszka twoja babcia? – zaciekawił się wilk. – Może ją odwiedzę…

– O tak, ucieszy się! Chcesz iść ze mną? To kwadrans drogi stąd.  Daleko w lesie, pod trzema wielkimi dębami stoi chatka otoczona leszczynowym żywopłotem – rzekł Czerwony Kapturek.

– Może zróbmy tak – zaproponował wilk: Ja odwiedzę babcię wcześniej, zaczekam u niej na ciebie, a ty przed przyjściem pozbierasz dla niej kwiaty. Zobacz, jakie piękne tu rosną! 

Dziewczynka przystała na to. Zanurzyła nóżki w trawie, w której po chwili usiadła. Gdy uzbierała cały bukiet kwiatów, podążyła ścieżką ku chatce babci.

Kiedy tylko stanęła przed werandą starego domku, serce szybciej zabiło jej w piersi. Drzwi były otwarte na oścież, a z wnętrza dobiegały odgłosy zaciekłego szamotania. Wkroczyła do izby. Przy przeciwległej ścianie ujrzała wilka mocującego się z drzwiami potężnej szafy. Po podłodze walały się pościel, poduszki, a obok nich leżało przewrócone lóżko.

Nie od razu wilk spostrzegł Kapturka. Kiedy tylko zostawił szafę w spokoju, znieruchomiał na widok dziewczynki, jak gdyby zupełnie zapomniał, że ją wcześniej spotkał. Dziewczynka nie poznała wilka, jego oczu, błyszczących z wściekłości i głodu, choć tego drugiego dziewczynka się nie domyślała.

Wściekły blask zgasł w jego oczach, a z gardła wydobył się basowy głos:

– Nie ma babci.

Dziewczynka wypuściła z ręki bukiet świeżo zebranych kwiatów i rozdziawiła buzię, jak rybka, ze zdziwienia.

– Nie… Nie ma babci? – powtórzyła.

Wilk rozłożył bezradnie łapy, ciężko dysząc.

– Szukałem wszędzie.

Dziewczynka spoglądała na wilka, wilk nie spuszczał oka z dziewczynki. W takim stanie zastał ich myśliwy, który przechodził nieopodal chatki. Zdziwiły go otwarte drzwi domku, w którym przecież mieszkała stara kobieta. Wszedł na werandę, a później do izby.

Wilk zawarczał na widok młodzieńca ze strzelbą, a dziewczynka gwałtownie się odwróciła i wycofała w głąb pomieszczenia.

Myśliwy skierował broń ku wilkowi.

– Znalazłem cię, szkodniku…

– Nie ma babci! – krzyknął Kapturek, tak jakby młodzieńcowi należało wyjaśnić, że są ważniejsze sprawy.

Myśliwy znieruchomiał na chwilę, zbity z tropu.

– Co się stało?– spytał oniemiały.

– Nie ma babci – powtórzył Czerwony Kapturek.

Myśliwy bez zastanowienia podniósł strzelbę ku wilkowi.

– Zabiję cię, bydlaku…

– Nie! – sprzeciwiła się dziewczynka, zastępując drogę myśliwemu, by chronić wilka. Widok był komiczny, ponieważ swym niskim wzrostem osłania jedynie jego nogi. – On też chciał odwiedzić babcię!

– Dziewczynko… – zaniepokoił się myśliwy. – To wilk… Wilki nie przychodzą ludzi odwiedzać, wilki przychodzą ich zje…

– Zjednać – przerwał wilk, zbliżając się do dziewczynki. – Pomagają im się zjednać, odnaleźć. Mają świetny węch. Trzeba znaleźć twoją babcię, Kapturku.

– Tak, trzeba – potwierdził płaczliwie Kapturek. – Jest bardzo chora, a jeśli coś jej się stało…

– Nie udawaj, łajdaku! – wycedził myśliwy, zsuwając palec na spust. – Odsuń się, Kapturku. Babci nie ma, bo ten wybryk natury ją zaa…

– Zastał? – wszedł znów w słowo wilk myśliwemu. – Nie zastałem jej, Kapturku, twojej babci tutaj nie było, gdy już przyszedłem.

– Kapturku, odsuń się – wrzasnął czerwony z wściekłości młodzieniec. – On ci zrobi krzywdę albo gorzej… Muszę go zastrzelić, nie zrobię tego, gdy ty przy nim stoisz.

– Ja? Krzywdę? – wydusił z teatralnym niedowierzeniem wilk. – A co z wami myśliwymi? To ja będę w niebezpieczeństwie jeśli się odsuniesz, Kapturku. Wiesz co myśliwi robią z wilkami? Straszne rzeczy – dokończył szeptem przy uchu Kapturka. Tym samym szeptem dodał również: Szkoda czasu. Poszukamy twojej babci, dobrze? Ze mną szybko ją znajdziemy.  

Jedno spojrzenie i kiwnięcie głowy dziewczynki. Chwyciła wilka za łapę i pociągnęła go za sobą. Młodzieniec nie ustąpił przed nimi, gotów był strzelać, lecz wilk okazał się sprytniejszy. Podniósł Kapturka i osłonił się nim niczym tarczą. Z impetem rzucił się ku młodzieńcowi.

Myśliwy nie strzelił. Rąbnął plecami o podłogę werandy.

– Kapturku! – krzyknął przerażony, widząc w perspektywie na opak, jak Kapturek dosiada czterołapego wilka niczym wierzchowca. Gdy tylko podniósł się z podłogi, tych dwoje pochłonął las.

I tak rozpoczął się pościg myśliwego za wilkiem i dziewczynką zwaną Czerwonym Kapturkiem. Poruszali się, będąc nieustannie na celowniku młodzieńca, poruszali się sprytnie, gdyż wilk nie rozstawał się z Kapturkiem, trzymając go ciągle w objęciach, usadawiając na swoich ramionach lub, jak teraz, gdy zbiegli myśliwemu, pozwalając się dziewczynce dosiąść. Wszystko tylko po to, by myśliwy zza krzaków lub pni drzew nie mógł strzelić do wilka bez ryzyka skrzywdzenia Kapturka.

– Co myśliwi robią z wilkami? – spytała, kiedy wilk zwolnił ze sprintu do powolnego marszu.

– Bardzo złe rzeczy – wycedził z lekką zadyszką wilk. – Zabijają je, a potem obdzierają ze skóry.

– Zabijają i obdzierają ze skóry?! – powtórzyła piskliwie dziewczynka. – To okropne. Dobrze, że z nim nie poszłam – stwierdziła zadowolona z własnej rozumności.

– Bardzo dobrze.

Kluczyli między drzewami, przez których bujne korony przebijały się promienie słońca. Dziewczynka podziwiała w ciszy porosłe mchem pnie drzew, szeleszczące liście na gałęziach i jasne snopy, odkrywając na nowo świat, wcześniej wymalowany grozą słów z poleceń mamy. Nie żałowała, że opuściła spowszedniałą dróżkę do chatki babci.

Z podniebnych widoków przeniosła wzrok na wilka, jego miękkie futro, w które wpiła palce, i na uszy stojące na baczność niczym żołnierze w szeregach armii.

– Wilku, dlaczego masz takie duże uszy? – spytała wreszcie dziewczynka.

– Żeby lepiej słyszeć – odparł zmęczony wilk.

– A dlaczego masz takie wielkie łapy?

– Żeby móc lepiej chwytać rzeczy.

– Rzeczy? Jakie rzeczy?

– Różne rzeczy… – odrzekł przeciągle wilk.

– A dlaczego masz takie duże zęby?

Wilk nie odpowiedział natychmiast. Odwrócił łeb ku dziewczynce, ślepia, bo oczami już się nie wydawały dziewczynce, zalśniły jakoś niepokojąco, zaś uśmiech jego rozszerzył się aż po same kąciki paszczy.

– Lubię mięsko – oświadczył.

– Jakie mięsko? – dociekała dziewczynka, mniej pewnie niż wcześniej. – Takie z królika? Moja mama czasami skóruje króliki, a potem odcina im głowy i piecze nad ogniem.

– Króliki… Też się zdarzają – odpowiedział wilk w zamyśleniu. – Smakują mi wszystkie małe zwierzątka, ich mięsko jest takie miękkie i soczyste…

– Mnie też! – wykrzyknęła dziewczynka. – Takie jest najsmaczniejsze! Mojej mamie zawsze takie wychodzi.

Wilk nie przestał się uśmiechać, oderwał jednak wzrok od dziewczynki, wracając spojrzeniem na drogę przed nimi.

– A co z twoim tatą? – spytał po krótkim milczeniu.

– A z twoim? – odwinęła się dziewczynka.

– Mój nie żyje.

– Mój ciągle pracuje. To prawie jakby nie żył… Aj! – pisnęła dziewczynka. – Zniszczyłam sukienkę! Mama będzie się złościć.

– Boisz się swojej mamy – stwierdził, nie zapytał.

– Pewnie. Mamy trzeba się bać.

– A co z babcią?

– Babcia mnie kocha. Uszyła dla mnie ten czerwony płaszczyk z kapturem. Ciągle daje mi prezenty i wiele smakowitości.

– To akurat czuję, chyba ważysz tyle, ile te smakowitości – rzucił ciszej wilk.

– Nie rozumiem… Ale dziękuję – odrzekła, uśmiechając się pyzatą twarzą.

Czas płynął nieubłaganie, lecz ani Kapturkowi, ani wilkowi to nie przeszkadzało. Można powiedzieć, że zaczęli się ze sobą wzajemnie oswajać. Chociażby wtedy, gdy wilk wył dla zabawy, jak przy pełni księżyca, a dziewczynka ze wszystkich sił w płucach próbowała za nim powtórzyć. Apogeum przyzwyczajenia nastąpiło w momencie, gdy zorganizowali sobie zawody w splunięciu śliną w dal. Pierwsze miejsce na podium zajął wilk, lecz Kapturka zadowalało samo w sobie łamanie maminych zasad, gdyż mamusia z pewnością by ją skrzyczała.

Ni stąd, ni zowąd dobiegły ich krzyki z oddali, głosy męskie i głos kobiecy. Dziewczynka wyprostowała się raptownie, wciągając z sykiem oddech.

– Babcia?

Wilk ruszył w te pędy. Podążyli w kierunku źródła odgłosów. Niedługo trwały ich poszukiwania. Wnet zatrzymali się na skraju polany. W jej sercu stały trzy zażarcie kłócące się ze sobą osoby – dwóch eleganckich mężczyzn i jedna wiejska staruszka.

– Babcia! – wykrzyknęła dziewczynka.

Ześlizgnęła się z grzbietu wilka i wybiegła na polanę. Staruszka, ubrana w długa szarą sukienkę i fartuszek razem spięte pasem, o bialutkich włosach uczesanych w kuc, zamilkła, nie kryjąc zdziwienia obecnością wnuczki. Dwóch panów we frakach zerknęło na dziewczynkę znad okrągłych szkieł okularów. Kapturek zlustrował ich spojrzeniem.

– Babciu, kim są ci panowie? – spytała.

– To… – wybąkała staruszka. – To są bracia Grimm, Kapturku.

– Bracia Grimm… – wymruczał wilk, zbliżając się do towarzystwa. – Mogłem się domyślić.

– Wilk?

Oczy babci zaokrągliły się ze strachu.

– Co tutaj robi wilk?! – spytała, bez zastanowienia przyciągając do siebie Kapturka.

– Przybył razem ze mną – wyjaśniła dziewczynka. – Chciał mi pomóc ciebie odnaleźć.

– Niedobrze – stwierdził jeden z wytwornie ubranych mężczyzn zwanych braćmi Grimm. – To nie tak miało być…

– To przez nich zniknęłaś? – zdziwiła się dziewczynka. – Myślałam, że jesteś chora. Mama kazała mi zanieść do twojej chatki wino i placek w koszyczku, który… Ach! – Pacnęła się w czoło. – …który zostawiłam u ciebie w domku!

Dziewczynka przyjrzała się babci i resztki entuzjazmu ją opuściły. Oddaliła się o krok od staruszki.

– Nie jesteś chora. Kłamałaś?

– Nie, Kapturku, ja…

– Miała odegrać swą rolę – wyjaśnił z rezygnacją wilk. – To bracia Grimm, Kapturku – oświadczył. – Opowiadacze baśni. Niebezpieczni ludzie, cokolwiek napiszą, wydarza się to w rzeczywistości.

– Niezupełnie – wtrącił się jeden z braci. – Pewne rzeczy trzeba zaaranżować.

– Zaara… Co? – pogubił się Kapturek.

– Kto wiedział o baśni? – zapytał wilk. – Ty babciu na pewno, kto jeszcze?

– Tu jesteś, szkodniku!

Oczy wszystkich skierowały się ku myśliwemu, przemierzającemu ostatkiem sił wysokie trawy. Niósł nie tylko strzelbę, ale również koszyczek z winem i ciastem. Mimo że z trudem łapał oddech, w momencie, gdy przyłączył się do kręgu, wydawał się rozbawiony całą sytuacją.

– Wilk, niezjedzone babcia i Kapturek, chyba nie tak to sobie wyobrażaliście – zauważył młodzieniec, szczerząc się do Grimmów.

– Babcia postanowiła się sprzeciwić – stwierdził kwaśno jeden z braci. – To zniszczyło całą baśń.

– Jaką baśń?! – wykrzyknęła dziewczynka, błądząc spojrzeniem po wszystkich twarzach.

– Baśń o Czerwonym Kapturku, który, zanosząc wino i placek chorej babci, spotyka w lesie złego wilka – odrzekł rzeczowo jeden z braci. – Dziewczynka mówi wilkowi, gdzie mieszka babcia, po czym, zbiera dla niej bukiet kwiatów. Gdy wchodzi do chatki babci, widzi przebranego za nią wilka, nie wie o tym, ze wilk połknął babcię, przez co sama zostaje zjedzona…

– Zjedzona?! – pisnęła dziewczynka. – Chciałeś mnie zjeść, wilku?

Wilk oblizał się ze smakiem.

– Nie ukrywam, ze smaczny byłby z ciebie kąsek, ale wcześniej przeszukałem spiżarnię twojej babci, więc głód nie był tak wielki… Mimo to większych bredni nie słyszałem – przyznał wilk, zwracając się do Grimmów. – I czego ta baśń niby miała uczyć?

– Posłuszeństwa – wytłumaczyła z zakłopotaniem babcia. – Uratowałby nas myśliwy, który rozciąłby brzuch wilkowi, żeby nas z niego wydostać. Czerwony Kapturek nauczyłby się nie zbaczać z dróżki, którą zna i słuchać mamy, która ponad wszystko chce jej bezpieczeństwa.

– Dlatego wysyła ją samą do lasu? Bez żadnej wiedzy o świecie? – parsknął ze śmiechem wilk. – Mała, gdy mnie spotkała, nawet nie wiedziała, że zjadam ludzi.

I tak kłótnia stawała się coraz żarliwsza, zarzuty rzucane miedzy sobą i wobec braci Grimm potęgowały się, a Kapturek czuł się coraz bardziej nieswojo. Gdy przekonał się, że nikt już nie zwraca na niego uwagi, wycofał się powoli, powolutku ku skrajowi polany.

Nie dowiedziała się, co stało się z wilkiem i myśliwym. Wieść głosi, że wilk z myśliwym zjedli na pół placek i wypili wspólnie wino z koszyczka. Babci i rodzicom zostawiła porzucony w lesie czerwony płaszczyk, zaś sama zakradła się do powozu braci Grimm, gdy tylko znalazła się ku temu sposobność.

– Co tutaj robisz, Kapturku? – zapytali bracia, widząc dziewczynkę siedzącą obok woźnicy.

– Nie jestem już Kapturkiem – wyjaśniła dziewczynka. – Oddałam płaszczyk rodzicom i babci. Był wszystkim, czego ode mnie oczekiwali, a ja… A ja chce zbaczać ze ścieżki – dodała, ze smutkiem wspominając wilka, z którym miło spędziła czas. – Zabierzcie mnie do innej baśni.

Bracia krótkimi porozumiewawczymi spojrzeniami przedyskutowali całą sprawę.

– Zgoda. To w drogę, dziewczynko!

– To w drogę – zgodziła się pulchna, słodka dziewczynka, kiedyś zwana Kapturkiem.– Chcę jednak ciekawszej baśni. W tej było nudno.

 

Koniec

Komentarze

No proszę, już myślałam, że z Czerwonego Kapturka nic więcej nie da się wycisnąć, a tobie jednak się udało. :)

Podobało mi się, bardzo przyzwoicie napisane (choć jak wpadnie do ciebie Reg, na pewno jakieś babole znajdzie), z dobrym pomysłem na fabułę. Na dodatek, mam wrażenie, z lekkim przesłaniem, żeby za bardzo nie przejmować się oczekiwaniami innych i, jak coś nie pasuje, szukać innej bajki.

Gratulacje, udany debiucik. :D

Idę kliknąć na Bibliotekę.

 

Z uwag technicznych: Nie musisz wpisywać tytułu przed tekstem. Jeśli wpiszesz go wcześniej w odpowiednią rubryczkę, system sam go umieści przed tekstem. Spójrz zresztą na tekst, masz tytuł dwa razy.

Początek był, jakby to rzec…

 

Czerwony Kapturek, znowu, serio? Do tego jakaś podróba, jakby nie dało się wymyślić czegoś swojego.

 

…ale, ostatecznie wcale nie było tak źle ;)

 

Udana ironia na babcię kłamczuchę, przekarmiającą wnuczkę, oraz nieodpowiedzialną mamę posyłającą dziecko same do lasu. Akcję prowadzisz dość wartko i lekkim humorem, co ratuje opowieść.

Ciekawe, do której baśni trafi Kapturek? Sądząc po tuszy, obstawiałbym przybraną siostrę Kopciuszka :)

 

Wykonanie miejscami do poprawki. Chociażby początek:

Mała, śliczna dziewczynka, kochana przez mamę, jeszcze bardziej przez babcię, kroczyła leśną dróżką z koszyczkiem w ręce. W koszyczku niosła dla schorowanej staruszki wino i ciasto. Kochała babcię, bo ta obdarowywała ją wszystkim co miała, przez co dziewczynka ostatnio spuchła na twarzy, rączkach i nóżkach. Babcia na tym nie poprzestała. Z tej miłości i pragnienia rozpieszczania dziewczynki, uszyła dla niej czerwony płaszczyk z kapturem.

Trochę dużo tych powtórzeń.

Jakże świeże spojrzenie na dobrze znaną baśń, opowiadającą o wszystkim znanym Czerwonym Kapturku. Tym razem jednak zobaczyłam tę postać z zupełnie innej, znacznie ciekawszej strony. Bardzo podoba mi się zakończenie, bo ukazuje, że dziewczynka ma całkiem niebanalny pomysł na własną przyszłość. ;)

Kiedy znikną usterki, kliknę Bibliotekę.

 

Chcia­ła być po­słusz­ną… –> Raczej: Chcia­ła być po­słusz­na

 

Dziew­czyn­ka omal nie opu­ści­ła­by ko­szycz­ka. –> Dziew­czyn­ka omal nie upu­ści­ła­ ko­szycz­ka.

 

– Dzień dobry…– wy­rze­kła nie­pew­nie… –> Brak spacji po wielokropku.

 

uj­rza­ła wilka mo­cu­ją­ce­go się z drzwia­mi mo­sięż­nej szafy. –> Pierwszy raz w życiu słyszę o szafie z mosiądzu…

A może miało być: …uj­rza­ła wilka, mo­cu­ją­ce­go się z drzwia­mi potężnej szafy.

 

wy­ja­śnić, ze są waż­niej­sze spra­wy. –> Literówka.

 

– Dziew­czyn­ko…– za­nie­po­ko­ił się my­śli­wy. –> Brak spacji po wielokropku.

 

Babci nie ma, bo ten wy­bryk na­tu­ry ją zaa.. –> Wielokropkowi brakuje jednej kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

jak Kap­tu­rek do­sia­da czte­ro­łap­ne­go wilka… –> …jak Kap­tu­rek do­sia­da czte­ro­łap­e­go wilka

 

wilk nie od­stę­po­wał Kap­tur­ka, trzy­ma­jąc go na rę­kach… –> Nie sposób odstąpić kogoś, kogo trzyma się na rękach. Wilk nie mają rąk.

Może: …wilk nie rozstawał się Kap­tur­kiem, trzy­ma­jąc go ciągle w objęciach

 

– Różne rze­czy…– od­rzekł prze­cią­gle wilk. –> Brak spacji po wielokropku.

 

Czas włó­czył się nie­ubła­ga­nie… –> Chyba miało być: Czas mijał/ płynął nie­ubła­ga­nie

 

gdyż ma­mu­sia z pew­no­ścią by ją okrzy­cza­ła. –> …gdyż ma­mu­sia z pew­no­ścią by ją skrzy­cza­ła/ na nią nakrzyczała.

Za SJP PWN: okrzyczany «cieszący się dobrą opinią, często niezasłużenie»

 

razem spię­te pasem, o bia­lut­kich wło­sach spię­tych w kuc… –> Powtórzenie.

 

Dwóch panów we fra­kach zer­k­nę­ło na dziew­czyn­kę spod okrą­głych szkieł oku­la­rów. –> Można patrzeć przez szkła okularów, można patrzeć znad nich, ale nie wydaje mi się możliwe patrzenie spod szkieł okularów.

 

– My­śla­łam, ze je­steś chora. –> Literówka.

 

wino i pla­cek w ko­szycz­ku, który…. Ach! –> Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Ach! – pac­nę­ła się w czoło. –> Ach! – Pac­nę­ła się w czoło.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawiłam błędy. Dziękuję za opinię

Bardzo proszę, Evo. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czerwony Kapturek w nowej odsłonie… Mi też się podoba :) Wykorzystując mocno już wyeksploatowaną bajkę, w umiejętny poruszasz problemy z pogranicza socjologii i psychologii. Ode mnie też kliczek :)

Cześć, Eva!

Zajrzałam, by się przekonać, czy coś jeszcze można wycisnąć z tej baśni. Udowodniłaś, że można. 

Tekst czytało się płynnie, lektura bardzo przyjemna. Nie jestem fanką baśni, ale muszę pochwalić za nowe spojrzenie na Czerwonego Kapturka. Ładnie to rozegrałaś. 

Chętnie przeczytałabym kolejne Twoje opowiadanie, które nie bazuje na znanych opowieściach.

Debiut udany! Gratulacje! :)

Pozdrawiam!

Przyjemna zabawa motywami znanej baśni, czytało się szybko, a opowiadanie powędrowało w kierunku, którego się nie spodziewałem. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ciekawy pomysł na nową aranżację starej bajki. Przeczytałem z przyjemnością.

Mimo zabawą motywem nie jestem w stanie kupić tej historii. Na swój sposób jest satysfakcjonujące przełamanie schematu Czerwonego Kapturka, ale… Czerwony Kapturek nadal zaufał wilkowi. Może moje myśli odpływają w kierunku grząskim, ale jak wiemy, baśnie można różnie interpretować. A nieposłuchanie mamy staje się najmniejszym problemem. Te niby zabawy z wilkiem, który w każdej chwili mógł zjeść Kapturka. Ma to dla mnie perwersyjny oddźwięk niczym w oryginale. Kapturek popełnił ten sam błąd – zaufał komu nie powinien. Potem wybiera się do innej bajki z dwoma dorosłymi facetami. Zakładam, że nie było Twoim zamierzeniem tworzenie takiego oddźwięku, ale główna bohaterka w moim odbiorze nie zmieniła się. jak była naiwna, tak została. 

NO dobrze… Gratuluję pomysłu. Ale dlaczego w tak krótkim opowiadanku aż 37 razy uzyłaś słowa “dziewczynka”, w tym wielokrotnych powtórzeń po kilka razy w krótkich akapitach?

Nie było innego?

To naprawdę przeszkadza w lekturze, dziewczynko :D

Przez całą opowieść czułem, że prowadzisz mnie ku jakiemuś przewrotnemu finałowi, jakiejś przewrotnej puencie. Chatka, podróż z wilkiem, spotkanie z braćmi Grimm – to wszystko zdawało się być preludium do czegoś więcej. Nie było. W finale zabrakło mi jakiejś mocniejszej nuty, jakiegoś zaskoczenia. Zostałem z uczuciem niedosytu. Może nawet lekkiego zawodu.

Postacie raczej pretekstowe, choć dialogi w porządku. Można było wycisnąć z nich więcej, ale ten tekst nie był na to nastawiony, więc nie jest to duży zarzut.

 

Czy tylko ja poczułem ochotę, by jeszcze raz przeczytać Wyprawę czarownic Pratchetta?

Sympatyczne :)

Nawet niezłe to było, choć zgadzam się z None – zakończenie mogłoby być lepsze. Ale może to i dobrze, że obyło się bez niepotrzebnego komplikowania i udziwniania. Ważne, że przesłanie jest jasne.

Tekst od początku nie był mi obojętny, bo sam popełniłem swego czasu wariację na temat “Czerwonego Kapturka”. Każde opowiadanie nawiązujące do znanych baśni lub przetwarzające je w sposób twórczy budzi w moim sercu ciepłe uczucia.

 

Poniżej garść baboli, które rzuciły mi się w oczy:

 

– Może zróbmy tak – zaproponował wilk: Ja odwiedzę babcię wcześniej, zaczekam u niej na ciebie, a ty przed przyjściem pozbierasz dla niej kwiaty. Zobacz, jakie piękne tu rosną!

Po “wilku” kropka, nowe zdanie od myślnika.

 

Widok był komiczny, ponieważ swym niskim wzrostem osłania jedynie jego nogi.

“Osłania” → “osłaniała”. Całe zdanie jakoś mi zgrzyta. Może się mylę, ale to chyba nie wzrost jako taki osłaniał nogi wilka, tylko dziewczynka charakteryzująca się niskim wzrostem.

 

– Dziewczynko… – zaniepokoił się myśliwy. – To wilk… Wilki nie przychodzą ludzi odwiedzać, wilki przychodzą ich zje…

– Zjednać – przerwał wilk, zbliżając się do dziewczynki. – Pomagają im się zjednać, odnaleźć. Mają świetny węch. Trzeba znaleźć twoją babcię, Kapturku.

We współczesnej polszczyźnie chyba nie ma czegoś takiego, jak “zjednać się” (dawniej bodajże synonimu “pojednać się (z kimś)”), jest tylko “zjednać”. Słowo to ma dwa znaczenia, ale w żadnym nie jest synonimem “odnaleźć się”.

 

– Nie zastałem jej, Kapturku, twojej babci tutaj nie było, gdy już przyszedłem.

“(…) twojej babci już tutaj nie było, gdy przyszedłem”.

 

Tym samym szeptem dodał również: Szkoda czasu.

Myślnik po dwukropku.

 

– Zabijają i obdzierają ze skóry?! – powtórzyła piskliwie dziewczynka. – To okropne. Dobrze, że z nim nie poszłam – stwierdziła zadowolona z własnej rozumności.

Przecież myśliwy wcale jej nie proponował, żeby gdzieś z nim poszła, tylko kazał się jej odsunąć, żeby mógł zastrzelić wilka.

 

jasne snopy

Snopy światła?

 

Z podniebnych widoków przeniosła wzrok na wilka, jego miękkie futro, w które wpiła palce, i na uszy stojące na baczność niczym żołnierze w szeregach armii.

Wyciąłbym “armii”. Przecież wiadomo, że nie straży pożarnej.

 

wciągając z sykiem oddech

Może nie jest to błąd, bo pojawia się u Iwaszkiewicza i w jakichś dziewiętnastowiecznych “Poezyjach”, ale dla mnie brzmi niezręcznie. Ściśle mówiąc, wciągnąć do płuc można powietrze, a sama czynność wciągania go – i wypuszczania – nazywamy oddechem.

 

Staruszka, ubrana w długa szarą sukienkę

“Długą”.

 

po czym, zbiera dla niej bukiet kwiatów

Niepotrzebny przecinek.

 

nie wie o tym, ze wilk połknął babcię

“Że”.

 

A ja chce zbaczać ze ścieżki

“Chcę”. Stosunkowo często gubią Ci się znaki diakrytyczne.

- Panie Bożu, czy Jacku Dukaju wolno do nieba? - Nie wolno jenu.

Sympatyczna antybajka.

Kiedy psychoanalitycy dorwali się do “Czerwonego Kapturka”, ustalili, że to baśń o dorastaniu i inicjacji seksualnej. W tym kontekście wersja, że wilk nie skrzywdził dziewczynki, więc bez wahania poszła z obcymi facetami, nabiera głębi.

Babska logika rządzi!

Nie spodziewałam się, ale udało ci się mnie zaskoczyć. Zabawna lektura :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Nowa Fantastyka